E-book
13.65
drukowana A5
45.55
System

Bezpłatny fragment - System


4
Objętość:
305 str.
ISBN:
978-83-8189-222-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.55

Rozdział I — Z liścia

1. Z liścia

To się nazywa „dostać z liścia”. Klaśnięcie nie było nawet donośne, ale głowa Starego odskoczyła, „bo praw fizyki pan nie zmienisz, i nie bądź pan głąb” — jak słusznie twierdził klasyk. Policzek palił, w lewym uchu włączył się gwizdek, a Stary był bardziej zdumiony niż obolały. Facet zaskoczył go, i szybkością i doborem metod perswazji. Kiedy piszczenie w uchu nieco przycichło, przyszedł strach. Gęba młodego śledczego nie wyrażała żadnych emocji, patrzył w oczy Starego jak uczony w okular mikroskopu. Nie było w nim złości, ani nawet satysfakcji z dobrze wykonywanej pracy. Ot, Stary był dla niego jednym z wielu, którym trzeba przewietrzyć łeb wypełniony idiotyzmami. Bo tacy są wrogami, i są niebezpieczni. Uderzenie pozbawiło Starego chęci do polemiki. Nie przerwało jednak przesłuchania. Zmieniło za to jego charakter. Na początku tej dyskusji Stary miał przewagę intelektualną nad śledczym, miał argumenty, wiedzę i swadę. Ale na siłę argumentów odpowiedziano argumentem siły. Skutecznie.

— No i jak to będzie, szanowny panie? Dalej będziemy żartować i bawić się w pogaduchy? — zapytał śledczy kolebiąc się tuż nad głową siedzącego Starego. Stary milczał.

— No…? — śledczy zamarkował uderzenie, Stary odruchowo się skulił.

— Ja nie lubię bić staruchów, ale jak mus — to mus, no więc…? — znów zbliżył swoją twarz do twarzy Starego.

— Nie rozumiem, o co pan pyta — wykrztusił wreszcie ze ściśniętym gardłem, próbując śmiało patrzeć w gębę śledczego. Zdawał sobie sprawę, że może w ten sposób zirytować go, ale pokutowała w nim jeszcze chęć zachowania resztek człowieczej godności. Wybito mu ten pomysł z głowy w ciągu godziny. Dosłownie wybito. Za to pożądany, mentalny status quo, kreowano i utrwalano przez kolejne 45 godzin. Próbowano rzetelnie. Taka robota. Stary pojął, że dla własnego bezpieczeństwa musi zmienić styl udzielania odpowiedzi. „Spokornieć”.

— Ta zmiana tonu odpowiada mi. Ale rżnięcie głupa już nie. Ponowię pytanie: od kiedy uprawiasz wrogą propagandę w miejscach publicznych? — powtórzył pytanie z bliska, prosto w twarz, rezygnując równocześnie z formy „pan”. Wiedział, że takie dubeltowe przekraczanie strefy prywatności deprymuje każdego.

— Ja nie rozumiem… Ja nie uprawiam żadnej… — Stary przerwał, musiał przerwać, bo dłoń śledczego trafiła go ponownie w policzek, z impetem godnym zawodowego wykidajły.

— Za co? Za co mnie bijesz ty…? — krzyknął odruchowo Stary.

— Za gówno. Bo lubię. A takich gnojów, zatruwających ludzkie umysły, to z ogromną przyjemnością — zamilkł. Tylko na chwilę.

— Są świadkowie, dzieci też słyszały. A twój wspólnik… twój wspólnik, już sypie — dodał z uśmiechem. Uśmiechem pierwszym lecz nie ostatnim tego dnia. Po kolejnej godzinie, przy użyciu zaledwie kilku uderzeń, bolesnych lecz niegroźnych dla życia, wybito Staremu dwa zęby, naruszono żebra i pozbawiono złudzeń. O śladowej choćby chęci mataczenia nie wspominając. Odpowiadałby zgodnie z prawdą, gdyby… Problem tkwił bowiem w pytaniach, na które nie było żadnej sensownej odpowiedzi. Nie był agitatorem, terrorystą, nie był członkiem zakamuflowanej siatki, nie działał dla obcego wywiadu. Ot, powiedział o kilka słów za dużo. A wszystko zaczęło się ledwie kilkadziesiąt godzin temu, w sercu miasta. Sam nie mógł w to uwierzyć.

2. Test z patriotyzmu

— Mamo? — głos córki ledwie przebił się przez szum wody płynącej do zlewozmywaka.

— No, co tam…?

— A kiedy skończyła się trzecia „wojna ivańska”? — dopytywała córka.

— A po co ci to?

— No, testy robię, do szkoły.

— Pierwsza — w 1921 roku, Bitwą Chocholską — „Cudem nad Chocholią”…

— To wiem, to proste jest.

— Druga — matka kontynuowała wykład — przegnaniem ivańskick wojsk z Chocholii. W 1992 roku. A trzecia…

— W 1989 roku? — dopowiedziała córka.

— Ależ skąd, Justysiu. Myśl logicznie, córuś. Przecież to wcześniej o trzy lata — więc…? Wtedy, w 1989 roku, zaczęła się zdrada wewnętrzna. Spisek w Marcjannie. A w tym — to Ivania łapy na pewno maczała. Wojnę wewnętrzną i z obcymi, to wygrał Pan Naczelnik, w 2020 roku, po przewrocie i wygnaniu zdrajców — tłumaczyła cierpliwie matka. — I to się nazywa teraz „trzecią wojną ivańską”.

— To dokąd wygnano tych zdrajców? Do Ivanii? — drążyła córka.

— No, różnie to było. Bo ci zdrajcy, to Chocholanie byli… i różnie z nimi było… — matka wolała nie drążyć tematu.

— A ten Małęta, to kto był? Też zdrajca? — kolejne pytanie testu, przysporzyło matce następnych kłopotów.

— A po co ci ten Małęta? Przecież to grubo wcześniej… w stoczni, w 1980… i po co ci to? — matka usiłowała dociec, mimo wszystko, przyczyn szczegółowości ankiety.

— No powiedz, mamo… z HiP-a mam test… — dziecko nie ustępowało.

— Z HiP-a? A cóż to za dziwoląg? — zapytał ojciec dziewczynki, przysłuchujący się dotąd biernie rozmowie swoich kobietek.

— No Historia i Polityka, przedmiot taki nowy — ze znudzeniem tłumaczyła dziewczynka.

— I co z tym Małętą? — wróciła do pytania.

— Kapuś — etatowy, zdrajca. Marionetka i błazen — matka chciała szybko zamknąć dyskusję.

— To co on robił w tej stoczni? — córka, zaintrygowana zbiorem cnót Małęty, nie ustępowała.

— Donosił, manipulował, strajki niby organizował, i na manowce zwodził Naród… — to ojciec podpowiedział z drugiego pokoju.

— Kapuś? — córka usiłowała pojąć złożoną materię historii najnowszej.

Matka zajęta kuchnią lub zbyt zmęczona, przemilczała to pytanie.

— A strajk.. no ten strajk… to po co kapuś, no ten Małęta, robił ten strajk? — córka dociekała.

— Oj nie zawracaj już głowy. Poczytaj sobie w Internecie…

— Nie ma Internetu…

— Ty nie bądź taka mądra. W Info-Sieci wszystko masz. Tak? Możesz, prawda?

— Ale ja chcę wiedzieć, jak było naprawdę — córka nie ustępowała.

W mieszkaniu na chwilę zapanowała absolutna cisza. Oboje rodzice weszli do pokoju córki. Ojciec ze śrubokrętem w dłoni i jakąś śrubką w drugiej, matka z kuchennym nożem i ściereczką. Oboje byli przerażeni.

— Dziecko kochane, Justynko, co ty wygadujesz? Skąd te pytania? Z kim ty o tym rozmawiałaś, mów, natychmiast! — ojciec z matką dopytywali na wyprzódki. Córka wystraszyła się na dobre.

— Ja nic złego nie zrobiłam. Lekcje mam, i pytania takie… — tłumaczyła — …kazali rodziców spytać i wpisać odpowiedzi.

— Ach tak — rodzice wymienili spojrzenia.

— Poczekaj chwilę, skończymy nasze sprawy, siądziemy razem i wypełnimy te testy. A teraz to najlepiej pooglądaj telewizję — zalecili.

— Wpisywałaś już coś w te rubryki? — ojciec zadał najważniejsze pytanie, zerkając z niepokojem na zeszyty córki.

— Tylko na brudno…

— Chwała Bogu — wyszeptała matka.

Nie wszyscy rodzice mieli tyle szczęścia, by ich dziecko prawidłowo wypełniło „ankietę historyczną”. Teczki kolejnych obywateli wzbogacono o dowody ich rzeczywistego stosunku do Ukochanej Ojczyzny, historii, zdrajców i bohaterów.

Pytaniem, z innej beczki, które bardzo ich zaskoczyło tego wieczora, było:

— A co to jest stocznia, mamo?

Oni jeszcze pamiętali. Cóż, pamięć czasem płata figle. Wypadało odpowiedzieć dziecku.

— To taka fabryka, nad morzem, gdzie buduje się statki, nadaje imię, potem je woduje i statek „pływa po morzach i oceanach, sławiąc imię…” — tu przerwała formułkę, bo od dawna już nie zaczęto budowy żadnego statku, ale stocznia, ta stocznia, oficjalnie… ech, szkoda gadać. Cóż, życie potoczyło się dalej, i trzeba patrzeć z czego człowiek ma chleb. Jak się nie ma wpływu na nic, to lepiej nie gadać po próżnicy, bo z tego tylko kłopoty.

3. Kwesta

Wieżowiec stał w grupie czterech innych, niemal w centrum miasta. Ot kilometr, może dwa… Z okien siódmego piętra rozciągał się rozległy widok na miasto. Nieboskłon często przecinały sylwetki samolotów, czasem ciągnących za sobą smugę kondensacyjną, oraz podchodzących do lądowania na pobliskim lotnisku. Znajomi wiedzieli, że zamiast wizytówki na drzwiach tkwi mały napis Seventh Heaven. Izabella lubiła to swoje siódme niebo, zdobyte przed laty, z takim trudem i wysiłkiem. Sąsiedzi wiedzieli, że jest skrzypaczką, trudno było — mimo wyciszenia lokalu — nie zauważyć. Ponadto pisarką, scenarzystką, dziennikarką i Bóg raczy wiedzieć, kim jeszcze. Szczupła brunetka, zgrabna, o miłym głosie i pięknych niebieskich oczach kontrastujących z jej naturalnym, ciemnym kolorem włosów — złamała pewnie wiele serc. Ale miała swoje powody. Była i nie była sama. Kobiety czasem tak mają. Prowadziła aktywny tryb życia, często wyjeżdżała. Sąsiedzi niby wiedzieli co robi, ale tylko od stopnia ich życzliwości zależało, czy dopowiadali złośliwe i nieuprawnione insynuacje, czy też wierzyli skąpym, a prawdziwym informacjom na jej temat. Ot, los kobiet mieszkających solo. Jej książek przecież nie czytali.

Muzyka dobiegająca z kolumn, była tym czego potrzebowała najbardziej. W niej był jakiś ład, porządek. Nawet dramatyczne utwory miały swój nastrój, logikę. Chyba dlatego nie znosiła „muzyki współczesnej” upatrując w niej — mimo cmokania fachowców — pozy, szalbierstwa i oszustwa. Tyle w tej „muzyce” było chaosu, konfliktu, agresji. Ona raniła, nie leczyła. A może o to właśnie chodzi, w tych wariackich czasach? A ci współcześni kompozytorzy tylko stali się zwierciadłem swoich czasów i „tego całego zgiełku”, szaleństwa? Muzyka rozrywkowa, to była już zupełnie inna bajka… nie negowała jej, przeciwnie, widziała zalety, emocje… sama pisała muzykę. Dobrą… O Disco-Chocho nie chciała się wypowiadać. Była zbyt dobrze wychowana.

Gong domofonu zadźwięczał swoje trzy takty. Nikogo nie oczekiwała.

— Halo, dzień dobry, my w sprawie zbiórki… — obcy kobiecy głos w domofonie? Ki diabeł? Wpuściła. Dwie starsze panie, które wysiadły z windy, uśmiechały się promiennie.

— My tylko na chwilkę, w sprawie zbiórki — wyjaśniły przyczynę najścia.

— Jakiej zbiórki? Nic nie rozumiem — odparła, zatrzymując niewiasty w drzwiach.

— Zbieramy pieniążki dla fundacji, na walkę z przestępczością — powiedziała wyższa.

— Każda kwota jest ważna, nawet najmniejsza — wtórowała z powagą ta mała, starsza.

— Co to za fundacja? — dopytywała Iza.

— To pani nic nie wie? W całym kraju aż huczy… — z wyjaśnieniami pospieszyła wysoka.

— Fundacja „Jasność prawdy” ojca Borowika — sprecyzowała druga.

To było nazwisko wielce szanowanego zakonnika, przynajmniej w pewnych kręgach władzy i społeczeństwa. Szkopuł w tym, że Iza nie należała do tych kręgów. Trafił w nią grom. To była nowość. Do tej pory nie nachodzono ludzi w domach. Wystarczały dotacje państwa. Spore dotacje, przyznawane wbrew prawu, pod pozorem remontu zabytków, komisji kultury, wydawnictw, dobroczynnych fundacji, ekologii, akcji itd., itp. Prócz tego oczywiście kwesty po kościołach, akcja pocztowa, „dobrowolne składki” pracowników dużych firm, zakładów i spółek skarbu państwa. Najwidoczniej Ojcu Borowikowi i tego było za mało. Tylko kogo i przed czym chce chronić ojciec Borowik? A od czego policja, wszystkie te służby jawne i tajne? Cóż, wypadało odpowiedzieć.

— Jeśli panie zbierają na taki szlachetny cel… — starsze panie zaczęły uśmiechać się promiennie — … to być może dowiedzą się panie, na co poszły pieniążki zbierane przed wielu, wielu laty na ratowanie hut. Huty zamknięto, ludzi zwolniono, a o pieniążkach nikt nic nie wie. Do dziś. Mam nadzieję, że panie — będąc osobami zaufanymi, kwestarkami zbiórki — szybciej się tego dowiedzą. Za informację na ten temat będę niezwykle wdzięczna. I wtedy na pewno się dołożę, do tej kolejnej zbiórki. A póki co, żegnam panie — i zamknęła drzwi tuż przed nosem zdumionych i oburzonych dam.

— No sama widzisz Stefciu, ile to wśród ludzi kłamstwa, jadu i nienawiści do tego świętego człowieka. A swoją drogą trzeba by proboszczowi zapisać ten adres… — starsza z pań kończyła zdanie już w windzie.

— To jakaś… ateistka, albo… szatanka? — Widziałaś to „Sewenth Heaven” na drzwiach? Co za bezczelność! A taka milusia, na pierwszy rzut oka. Diabeł przyjmuje różne oblicza… — podsumowała młodsza.

Swój trud kwestowania, znoszenia obelg i kłamstw ofiarowały Przenajświętszej Panience. Natomiast informacja o niegrzecznej, prowokacyjnej i politycznie agresywnej kobiecie dotarła tam, gdzie trzeba. Rozsiewanie oszczerstw nie powinno uchodzić na sucho.

W Chocholii — tak jak w większości państw — każdy obywatel ma teczkę. Leżąca dotąd spokojnie teczka Izy, została wydobyta z archiwum. Jej szczupłość nieco rozczarowała badacza. W zasadzie — nie było się do czego przyczepić. Ale… za granicę, jeszcze przed Naszą Jesienią, wyjeżdżała? Tak. Zarabiała? Tak. I co z tego, że legalnie? Czort wie, w co się tam zaangażowała? Mieszkanie własne ma? Ma. A nie każdego stać. Zwłaszcza osoby samotnej. Samochód, ma? Ma. Hmmm, no i blisko kolaborowała — przed Naszą Jesienią — z tamtą telewizją! Ciekawe, ciekawe… Książki pisze… każdemu wolno… sporo jeździ po kraju. Niczym… emisariusz??? Po co tak jeździ? Z czym? Z książkami? Ciekawe… Taka ładna, i wciąż sama? Zamiast rodzinę założyć, dzieci rodzić? Przecież nie lesbijka, bo coś by w papierach o tym było. Może to jakaś nowa… Mata Hari??? — głowił się śledczy. Wniosek nasunął się jeden. Trzeba ją sprawdzić. „Przenicować babę na nice” — jak mawiano w Firmie. Znaczy… odwrócić, czy jakoś tak? Jeśli niewinna — nic złego się nie stanie. Tylko… jak? Trzeba pogadać z oficerem rewizyjnym. Oni mają większe doświadczenie. No i… środki. Bo bez tego — ani rusz. Odpowiedni wniosek powędrował na właściwe biurko. Zaakceptowano.

4. Marlena

Marlena nie była głupią dziewczyną, wiedziała na jakim świecie żyje. I postanowiła żyć tak dobrze, jak się tylko da. Za wszelką cenę. Drogę wyznaczyła sobie prostą, choć średnio szlachetną. Matka może by i zrozumiała, ale swojemu facetowi nie powie ani słowa, nigdy. Taki tępak nic nie zrozumie, jeszcze da jej po pysku, a temu cuchnącemu tłuściochowi… jeszcze jakąś krzywdę zrobi… — te rozważania zajmowały uwagę Marleny, drobnej brunetki, w czasie i okolicznościach dość intymnych. Hotelowy pokój, muzyczka, dwa kieliszki szampana „na odwagę”, a przyszła tu po dobroci. Jej ciuchy leżały tuż obok. Czekała. Dziewicą nie była od dwóch lat, gdy związała się ze swoim aktualnym facetem, który miał tylko jedną zaletę, był. Inni mieli tylko ochotę na ten „pierwszy raz”, akurat z nią i ulotnienie się, więc goniła ich w diabły.

Tęskniła za prawdziwą miłością, a musi bzykać się z tym wstrętnym tłuściochem. Pieprzone życie… Cóż, faceci myślą kutasami, a skoro tak — trzeba to wykorzystać, a nie dawać za frajer. Kurwą nie będzie, brzydziłoby ją to, jak cholera. Poza tym zdrowie można stracić, a wyrok zarobić. Ale ten jeden raz — pierwszy i ostatni — chyba musi. Zresztą, nie miała dużego wyboru. A na prace przymusowe na jakieś zadupie nie pojedzie. Tłuścioch dyszał, sapał, pocił się, przez chwilę bała się, że wykorkuje przy zadaniu, które najwyraźniej go przerosło. Niewiele brakowało, żeby zwymiotowała od jego smrodu. Na szczęście, wreszcie skończył mieszając słowa od „kocham cię” po „ty kurwo”. Nareszcie mogła pójść się umyć. Ten kretyn nie pomyślał o gumce, na szczęście ona tak. Na myśl, że mogłaby zajść z nim w ciąże — przechodził ją dreszcz.

— Jak było? — spaślak usiłował być elegancko dociekliwy. Przez godzinę nie obchodziła go bardziej niż materac, a teraz taki troskliwy — myślała siląc się na uśmiech.

— Cudownie, nie wiedziałam, że z ciebie taki kogut — łgała w żywe oczy, ale nie zapomniała ani na sekundę, czemu to robi. Spaślak ukontentowany, ubierał się powoli.

— Może… spotkamy się jeszcze? Byłaś de’beściara — ten komplement miał ją skusić, w końcu taki z niego kogut… O naiwny — pomyślała dziewczyna, z trudem reanimując swój wygląd do stanu „mniej złachanego”.

— Może… — zatrzepotała rzęsami, wyduszając z siebie grymas uśmiechopodobny — …jak już tu będę pracować, tak jak obiecałeś, to może… Chyba, że już zapomniałeś? — zagrała rozżaloną, trzepocząc koncertowo rzęsami.

— No co ty, jak obiecałem… — nie dokończył.

— Bo wiesz… jak by mój chłopak się dowiedział, że mnie… zgwałciłeś… — cedziła słowa jak truciznę, starannie, powoli. Tłuścioch podskoczył jak rażony prądem.

— No co ty, Marlena, ja… żaden gwałt… ja cię lubię, a jak obiecałem… — plątał się, pojmując, że będzie musiał dotrzymać słowa, bo ta mała wcale nie była taka głupia, jak myślał. A gdy zobaczył, że wyłącza swoją komórkę, której — cholera jasna — do tej pory nie zauważył, zrozumiał, że ta „mała stara kurwa” może go załatwić. Cholera, jak on to teraz przepchnie przez kadry i dyrektora? — zaczął panikować.

— No to wpadnę, w środę, tylko nie zniknij… chłopczyku — pożegnała go machaniem dłoni, jak na dworcu kolejowym. Usiadł ciężko na łóżku, objął głowę w poczuciu klęski.

Te cholerne dupy, robią się cwane i bezczelne. Że też musiał na taką trafiać… — to była pierwsza refleksja, jak wówczas naszła Tłuściocha. Problem znalezienia pracy „dla tej zdziry” odebrał mu spokój i apetyt. Na spóźniony obiad zjadł tylko połowę zwykłej, niemałej zresztą porcji. Trudno zaprzeczyć, wrażliwym facetem był.

Marlena po spotkaniu z Tłuściochem ledwie zdążyła do restauracyjnej toalety, na parterze, gdzie wymiotowała długo, płacząc i rozmazując resztki makijażu.

Późnym wieczorem, gdy opadły emocje, nietypowa myśl zakołatała w głowie Tłuściocha. Ta dziewczyna była jakaś inna. Niby dała mu — jak inne — bez wygibasów, fakt, ale… chyba po raz pierwszy chciałby, żeby to „było na stałe”. Przegnał tę myśl jak natrętną muchę. Zgłupiał, czy co? Załatwi jej robotę i jakoś to będzie.

5. Recenzja

Dyrektorowi zrobiło się gorąco. Poczerwieniał na twarzy. Cierpiał wprawdzie na nadciśnienie i parę innych chorób wieku post-średniego, ale tym razem pokraśniał na licu, nie z powodu szklaneczki ulubionej whiskey. Ani nawet nie za sprawą nowej redaktorki, do której zapałał — z wzajemnością — uczuciem wielkim, choć pozamałżeńskim. A za sprawą tekstu, który przeczytał przed chwilą. Niepełne trzy strony, napisane rzeczowo, ze swadą i niestety „na temat”, dosłownie zmiażdżyły recenzowaną książkę. Autor recenzji, zwany od wielu lat — za sprawą przedwczesnej siwizny, ale bez złośliwości — Starym, wytknął autorowi nierzetelność, dobieranie faktów pod z góry postawioną tezę, pomijanie niewygodnych informacji, przeinaczanie innych, prostacki język i coś, co na słowo „styl” nie zasługiwało. Bełkot, propaganda, łajdactwo i gnojenie ludzi. Czyli grób — mogiła. Każdy autor, obdarzony nawet odpornością nosorożca, po przeczytaniu takiej recenzji powinien się powiesić, a przynajmniej zrezygnować z uprawiania szlachetnego zawodu pisarza i naukowca. Autor recenzji miłosiernie, a może z rozsądku, pominął milczeniem sam pomysł drukowania w formie książkowej pracy, zasługującej — co do tego, żaden normalny czytelnik, nie mógł mieć wątpliwości — wyłącznie na przemiał. Kto był autorem recenzji? Wiadomo. Niepotrzebnie zlecił zrecenzowanie pracy temu akurat człowiekowi — Dyrektor bił się w pierś, co było u niego rzadkością. Odłożył przeczytany tekst, zastanowił się chwilę, dając swemu sercu odpocząć od nadmiaru emocji, i wezwał przed swe oblicze recenzenta, a sekretarce polecił by nie przeszkadzano mu pod żadnym pozorem, póki nie skończy rozmowy.

— Czy pan oszalał? — zadał na przywitanie pytanie, od którego większości podwładnych ugięłyby się nogi. Pytany nie należał jednak do większości. Odpowiedział na temat.

— Jeśli pan Dyrektor pyta o recenzję tego… czegoś, to niewiele brakowało, bym sfiksował przy mordędze lektury tego dzieła.

— Niech pan nie dowcipkuje, nie miejsce i nie pora — dyrektor chciał załatwić sprawę szybko i „merytorycznie”.

— Czy pan nie zauważył, kto jest autorem tej książki? — usiłował być jadowity.

— Miałem tego pecha, i to mnie średnio zainteresowało — recenzent usztywniał stanowisko.

— Czy pan nie wie, gdzie on pracuje i z czyjego polecenia dostaliśmy to do wydania?? — Dyrektor wciąż grzecznie, ale już głośniej, chciał uświadomić swojego podwładnego, w jak skomplikowane meandry życia wkroczył, zachowując się… niezgrabnie. Nie-po-li-tycz-nie!

— Z grubsza wiem, ale to na jotę nie zmienia mojej oceny tego, nie bójmy się słowa, chłamu — recenzent wciąż nie wyglądał na wystraszonego.

— Niech to wydaje, w tym swoim „Narodowym Instytucie Czegośtam”, skoro to takie „wybitne”. Dla nas, to zdecydowanie za wybitne — ironizował dalej. To zirytowało przełożonego.

— A mówiono mi, że pan jest… inteligentny… Hmmmm… Jak widzę, w życiu jest pan… nieelastyczny — szef dalej trzymał się mentorsko życzliwego tonu, ale widać skończyła mu się cierpliwość do tępego rozmówcy, bo w końcu wypalił ostro, od serca, a może raczej od wątroby.

— Pańska opinia nikogo nie zainteresuje. Mnie też. Mamy to wydać i wydamy. Ja przez pańskie fochy nie będę ryzykował swojej przyszłości. A jeśli panu „zawodowa rzetelność” przeszkadza w realnej ocenie sytuacji i… tej pracy, to tym gorzej dla pana! W końcu, z sądu i w ogóle z palestry, wywalono pana na zbity pysk, za nieprawomyślność? Prawda? Przyjąłem pana z litości, z rekomendacji, po znajomości! I tak mi się pan teraz odpłaca??? Radzę przebudzić się, bo szkoda byłoby… — urwał w pół zdania, licząc na refleksję Starego.

— Niech pan nie liczy na honorarium za tę swoją… niewyważoną opinię. Zrecenzuje kto inny, jeśli to pana… przerosło — Dyrektor dał upust swojej irytacji. Rozmowa była skończona. Przechodząc przez sekretariat Stary spotkał spojrzenie sekretarki.

— Dywanik? — zapytała rzeczowo, po znajomości.

— Lepiej, zostałem… analfabetą. Może to i dobrze, pani Zosiu? Miłego dnia.

— Ostra miotła… Zmienił się. On też się boi. Niech pan na siebie uważa, panie Stanisławie, czasy teraz takie… — pożegnała go spojrzeniem pełnym obawy.

6. Plac

Nie było nic szczególnego w tym miejscu. Ludzie umawiali się tu rzadko, łatwiej było spotkać grupy turystów, lub wolno sunące autobusy z wytrzeszczonymi obiektywami aparatów i kamer. Widowiskowo i tłumnie było tu tylko kilka razy w roku. Notable, wieńce, asysta wojska, tłum gapiów i wścibskie kamery, ryk megafonów — to sceneria uroczystości „ku czci” lub fetowania gości VIP, z samego szczytu, nawiedzających Chocholię. Spontaniczne wiece, rzadkie i ryzykowne, to była odległa przeszłość.

Tego dnia na Placu miał pojawić się tłum widzów. I pojawił. Wśród nich było kilka nie znających się osób, które w nieodległym czasie, miały się spotkać ponownie, w dziwnych, niekiedy dramatycznych okolicznościach.

Wczesnym rankiem przyszedł Stanisław. Towarzyszyła mu żona, Emilia. Chcieli popatrzeć na Plac bez ludzi, zgiełku, propagandy. Nieruchoma warta przy Memoriale Żołnierzy Ojczyzny, płomień czar ogniowych i łopot flag — to chcieli zapamiętać. Tylko obecność trybuny honorowej i szeregu barierek nadawał temu miejscu wygląd odmienny niż co dnia, i nieco koturnowy. Był też nadporucznik Mokrzycki ze swoimi ludźmi. Godzinę później, na oficjalną państwową uroczystość, wraz z klasą przyszedł, choć bez entuzjazmu, Szpila. Po godzinie — zgodnie z planem — pojawili się na placu ci najważniejsi. Wśród oficjeli byli: Naczelnik Państwa, Prezydent, Premier, najwyżsi rangą duchowni oraz ministrowie, generalicja. Nieliczną grupę dyplomatów akredytowanych w stolicy umieszczono na trybunie honorowej nieco z tyłu, i z boku. Wyjątek uczyniono jedynie dla Nuncjusza Apostolskiego — ten stał blisko Naczelnika. Zdziwienie pozostałych dyplomatów było szczere i starannie ukrywane.

Majerek żonę zostawił w domu, ale on też był tu służbowo.

W tłumie — stając na paluszkach, by dojrzeć cokolwiek zza pleców tłumu — była Nadzieja i Dżonu. Ten ostatni na paluszkach stawać nie musiał, był bowiem dryblasem wyższym o głowę od większości rodaków płci męskiej.

W tym czasie — z grona osób, które niebawem miały odegrać swoją rolę w tym losowym kalejdoskopie — zabrakło na placu między innymi Kamili z mężem i córką, ale oni mieli tu przylecieć z Brytolii za kilka dni. Ich rola była zresztą trzecioplanowa. Byli więc usprawiedliwieni.

Wierzący w magię miejsc, lub obecność genius loci, mogliby zapewne dorobić całą ideologię do miejsca i wydarzeń, które miały nastąpić w ciągu kolejnych 45 dni, bo zaczęły i skończyły się właśnie tu, ale nie miejmy złudzeń. Za to co się stało, co ciągle dzieje wokół nas i z nami — odpowiedzialni byli, są i będą ludzie.

7. Defilada

— Burza braw, tak, burza braw przywitała wchodzącego na trybunę Pana Naczelnika Państwa — komentator sprawiał wrażenie naprawdę podnieconego.

— Entuzjazm tłumu jest szczery. Znamy zasługi Pana Naczelnika Państwa w zwalczaniu wrogów, wytyczaniu nowych kierunków rozwoju ukochanej Ojczyzny. Wiemy, że był on, jest i będzie celem bezpardonowych ataków totalnej opozycji, sprzedawczyków, zdrajców i szaleńców. Cały zjednoczony Naród zawsze będzie stał po jego stronie. Dzisiejsze święto jest hołdem dla światłej myśli i genialnego kierownictwa — wiodących nas ku szczęśliwej przyszłości.

— Pan Naczelnik Państwa po krótkim przemówieniu skierowanym do generalicji, oficerów i żołnierzy naszej wspaniałej Armii, ogłosił uroczyste rozpoczęcie defilady — komentator starał się być elokwentny i rzetelny w swoim przekazie.

— Jako pierwsze na placu zaprezentują się oddziały piechoty.

— „Nowe mundury, sztandary, uzbrojenie” — to motto najwyższych dowódców. Ma iść ku lepszemu.

— A teraz — nowość. Oddziały specjalne biegną z bagnetami na broni, równo, szybko, wspaniale. Widywaliśmy ten sposób marszobiegu w innych krajach. Ten efektowny sposób przemieszczania się oddziału, spodobał się i u nas. Gromkie brawa pozdrawiają żołnierzy w brązowych beretach.

— Tuż za nimi — widać ich już w perspektywie alei — zmierzają ku trybunie honorowej oddziały naszej niezwyciężonej kawalerii. Proporczyki na lancach są jednocześnie znakiem rozpoznawczym jednostek. Świetnie ujeżdżone i ułożone konie, odporne na huk broni palnej, poniosą naszych dzielnych kawalerzystów w najtrudniejsze ostępy, lasy i pustkowia. Ruchliwe, trudne do zlokalizowania — mogą szerzyć panikę, strach i nieść śmierć każdemu agresorowi, który ośmieliłby się nas zaatakować.

— W głębi alei pokazały się właśnie oddziały rowerzystów. Rowery krajowej produkcji, odporne na warunki atmosferyczne, pozwalają oddziałom na szybkie przemieszczanie się w najtrudniejszych warunkach terenowych. Ogumienie specjalnie zaprojektowane i wyprodukowane w krajowych zakładach zbrojeniowych — umożliwia jazdę w śniegu i po lodzie. Tak, nie przesłyszeliście się szanowni widzowie — jazdę po lodzie, a to dzięki kolcom osadzonym w gumie opon.

— Samochody terenowe, ze zdjętym częściowo brezentowym dachem — tak, nie mylą się państwo — to ruchome centra informacji. Żołnierze-sygnaliści, wyposażeni w chorągiewki, mogą w przypadku awarii sprzętu łącznościowego, błyskawicznie nawiązać łączność, przekazując meldunki i rozkazy. Relacjonujący wraz ze mną tę defiladę kapitan dyplomowany Marian Mruczek, podpowiada, że sygnaliści właśnie w tej chwili pozdrawiają Pana Naczelnika Państwa, wymachując słowa „Niech żyje Pan Naczelnik Państwa”.

— Pan Naczelnik uśmiechnął się, macha ku żołnierzom. To wzruszający widok…

— Jak powiedział nam nieco wcześniej rzecznik prasowy ministerstwa Wojny — pułkownik Koniuszek — kończą się prace koncepcyjne, nad zastosowaniem reflektorów Aldisa, stosowanych dotąd tylko na morzu, do pracy na lądzie, w ciemności i w trudnych warunkach meteorologicznych. Specjalne filtry uniemożliwią wrogowi namierzenie i odczytanie przekazywanych tym sposobem informacji.

— Wszystkim malkontentom i krytykantom możemy odpowiedzieć, że koncepcja rewitalizacji sprawdzonych w polu, w boju środków oraz metod, uwalnia nas od importu za dewizy. Blokowanego zresztą — jak wszyscy wiemy — przez bezprawne embargo nałożone na naszą Ojczyznę przez wrogie ośrodki polityczne. Co najważniejsze, nasz sprzęt będzie odporny na wszelkiego rodzaju zakłócenia elektromagnetyczne, radiowe, mikrofalowe i inne.

— A oto i nasza duma. Ten dym spalin i łoskot gąsienic, ryk silników i brawa, jeszcze raz brawa dla naszych pancerniaków. Tylko oni wiedzą, ile potu trzeba wylać na wykładach, w garażach i na poligonach, by uczynić z tych stalowych potworów straszną broń. Posłuszną ich umysłom i rękom. Wara wszystkim wrogom… tak, wrogom, którzy… hmm… chcieliby poważyć się… na atak… Hmmmm, pragnę państwa uspokoić, ten postój czołgu z numerem burtowym 756, to zaplanowany pokaz, tak… podjeżdżają wozy techniczne na podwoziu czołgowym… po to, po to… żeby pokazać… sprawność służb technicznych. Ten niby uszkodzony czołg jest holowany do… do… polowego punktu napraw. Brawo czołgiści, brawo mechanicy!!! — ten werbalny majstersztyk kosztował redaktora Żytko strugę potu na plecach. Odzyskujący dech, przerażony kapitan dyplomowany Marian Mruczek uniósł dłoń w geście: opijemy ten sukces. Ja stawiam. Uśmiech reportera znaczył, że zaproszenie zostało przyjęte z satysfakcją. Być w komitywie z Armią — to był dobry sposób na życie. I wakacje wraz z rodziną, w wojskowym ośrodku wypoczynkowym. Nad morzem. Za frajer.

— Oczy państwa nie mylą, to nie fatamorgana. Nadjeżdżające platformy prezentują dwie nowości — model kutra torpedowego, w skali „jeden do jednego”, dla naszej marynarki wojennej, uzbrojonego w kilka rodzajów broni palnej i dwie torpedy. Takie niewielkie, szybkie kutry, są postrachem większych jednostek. Dowodzone przez sprawnych i oddanych służbie oficerów, mogą powstrzymać każdą armadę.

— Tuż za nim makieta pancernika „Naczelnik Państwa”, który na pewno powstanie w naszej stoczni, dzięki przyjętej z powszechnym entuzjazmem inicjatywie Narodowej Zbiórki Morskiej. Dzieci, uczniowie, studenci, pracownicy przemysłu i usług, rolnicy, rzemieślnicy, handlowcy, przedsiębiorcy, a nawet rodacy zza granicy, swoimi datkami zgromadzą środki na realizację tego ambitnego przedsięwzięcia. Prace projektowe toczą się w najgłębszej tajemnicy, projekt tworzą najwybitniejsi znawcy żeglugi, nawigacji, elektroniki i uzbrojenia.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.55