E-book
13.65
drukowana A5
49.35
System

Bezpłatny fragment - System


4
Objętość:
305 str.
ISBN:
978-83-8189-222-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.35

Rozdział I — Z liścia

1. Z liścia

To się nazywa „dostać z liścia”. Klaśnięcie nie było nawet donośne, ale głowa Starego odskoczyła, „bo praw fizyki pan nie zmienisz, i nie bądź pan głąb” — jak słusznie twierdził klasyk. Policzek palił, w lewym uchu włączył się gwizdek, a Stary był bardziej zdumiony niż obolały. Facet zaskoczył go, i szybkością i doborem metod perswazji. Kiedy piszczenie w uchu nieco przycichło, przyszedł strach. Gęba młodego śledczego nie wyrażała żadnych emocji, patrzył w oczy Starego jak uczony w okular mikroskopu. Nie było w nim złości, ani nawet satysfakcji z dobrze wykonywanej pracy. Ot, Stary był dla niego jednym z wielu, którym trzeba przewietrzyć łeb wypełniony idiotyzmami. Bo tacy są wrogami, i są niebezpieczni. Uderzenie pozbawiło Starego chęci do polemiki. Nie przerwało jednak przesłuchania. Zmieniło za to jego charakter. Na początku tej dyskusji Stary miał przewagę intelektualną nad śledczym, miał argumenty, wiedzę i swadę. Ale na siłę argumentów odpowiedziano argumentem siły. Skutecznie.

— No i jak to będzie, szanowny panie? Dalej będziemy żartować i bawić się w pogaduchy? — zapytał śledczy kolebiąc się tuż nad głową siedzącego Starego. Stary milczał.

— No…? — śledczy zamarkował uderzenie, Stary odruchowo się skulił.

— Ja nie lubię bić staruchów, ale jak mus — to mus, no więc…? — znów zbliżył swoją twarz do twarzy Starego.

— Nie rozumiem, o co pan pyta — wykrztusił wreszcie ze ściśniętym gardłem, próbując śmiało patrzeć w gębę śledczego. Zdawał sobie sprawę, że może w ten sposób zirytować go, ale pokutowała w nim jeszcze chęć zachowania resztek człowieczej godności. Wybito mu ten pomysł z głowy w ciągu godziny. Dosłownie wybito. Za to pożądany, mentalny status quo, kreowano i utrwalano przez kolejne 45 godzin. Próbowano rzetelnie. Taka robota. Stary pojął, że dla własnego bezpieczeństwa musi zmienić styl udzielania odpowiedzi. „Spokornieć”.

— Ta zmiana tonu odpowiada mi. Ale rżnięcie głupa już nie. Ponowię pytanie: od kiedy uprawiasz wrogą propagandę w miejscach publicznych? — powtórzył pytanie z bliska, prosto w twarz, rezygnując równocześnie z formy „pan”. Wiedział, że takie dubeltowe przekraczanie strefy prywatności deprymuje każdego.

— Ja nie rozumiem… Ja nie uprawiam żadnej… — Stary przerwał, musiał przerwać, bo dłoń śledczego trafiła go ponownie w policzek, z impetem godnym zawodowego wykidajły.

— Za co? Za co mnie bijesz ty…? — krzyknął odruchowo Stary.

— Za gówno. Bo lubię. A takich gnojów, zatruwających ludzkie umysły, to z ogromną przyjemnością — zamilkł. Tylko na chwilę.

— Są świadkowie, dzieci też słyszały. A twój wspólnik… twój wspólnik, już sypie — dodał z uśmiechem. Uśmiechem pierwszym lecz nie ostatnim tego dnia. Po kolejnej godzinie, przy użyciu zaledwie kilku uderzeń, bolesnych lecz niegroźnych dla życia, wybito Staremu dwa zęby, naruszono żebra i pozbawiono złudzeń. O śladowej choćby chęci mataczenia nie wspominając. Odpowiadałby zgodnie z prawdą, gdyby… Problem tkwił bowiem w pytaniach, na które nie było żadnej sensownej odpowiedzi. Nie był agitatorem, terrorystą, nie był członkiem zakamuflowanej siatki, nie działał dla obcego wywiadu. Ot, powiedział o kilka słów za dużo. A wszystko zaczęło się ledwie kilkadziesiąt godzin temu, w sercu miasta. Sam nie mógł w to uwierzyć.

2. Test z patriotyzmu

— Mamo? — głos córki ledwie przebił się przez szum wody płynącej do zlewozmywaka.

— No, co tam…?

— A kiedy skończyła się trzecia „wojna ivańska”? — dopytywała córka.

— A po co ci to?

— No, testy robię, do szkoły.

— Pierwsza — w 1921 roku, Bitwą Chocholską — „Cudem nad Chocholią”…

— To wiem, to proste jest.

— Druga — matka kontynuowała wykład — przegnaniem ivańskick wojsk z Chocholii. W 1992 roku. A trzecia…

— W 1989 roku? — dopowiedziała córka.

— Ależ skąd, Justysiu. Myśl logicznie, córuś. Przecież to wcześniej o trzy lata — więc…? Wtedy, w 1989 roku, zaczęła się zdrada wewnętrzna. Spisek w Marcjannie. A w tym — to Ivania łapy na pewno maczała. Wojnę wewnętrzną i z obcymi, to wygrał Pan Naczelnik, w 2020 roku, po przewrocie i wygnaniu zdrajców — tłumaczyła cierpliwie matka. — I to się nazywa teraz „trzecią wojną ivańską”.

— To dokąd wygnano tych zdrajców? Do Ivanii? — drążyła córka.

— No, różnie to było. Bo ci zdrajcy, to Chocholanie byli… i różnie z nimi było… — matka wolała nie drążyć tematu.

— A ten Małęta, to kto był? Też zdrajca? — kolejne pytanie testu, przysporzyło matce następnych kłopotów.

— A po co ci ten Małęta? Przecież to grubo wcześniej… w stoczni, w 1980… i po co ci to? — matka usiłowała dociec, mimo wszystko, przyczyn szczegółowości ankiety.

— No powiedz, mamo… z HiP-a mam test… — dziecko nie ustępowało.

— Z HiP-a? A cóż to za dziwoląg? — zapytał ojciec dziewczynki, przysłuchujący się dotąd biernie rozmowie swoich kobietek.

— No Historia i Polityka, przedmiot taki nowy — ze znudzeniem tłumaczyła dziewczynka.

— I co z tym Małętą? — wróciła do pytania.

— Kapuś — etatowy, zdrajca. Marionetka i błazen — matka chciała szybko zamknąć dyskusję.

— To co on robił w tej stoczni? — córka, zaintrygowana zbiorem cnót Małęty, nie ustępowała.

— Donosił, manipulował, strajki niby organizował, i na manowce zwodził Naród… — to ojciec podpowiedział z drugiego pokoju.

— Kapuś? — córka usiłowała pojąć złożoną materię historii najnowszej.

Matka zajęta kuchnią lub zbyt zmęczona, przemilczała to pytanie.

— A strajk.. no ten strajk… to po co kapuś, no ten Małęta, robił ten strajk? — córka dociekała.

— Oj nie zawracaj już głowy. Poczytaj sobie w Internecie…

— Nie ma Internetu…

— Ty nie bądź taka mądra. W Info-Sieci wszystko masz. Tak? Możesz, prawda?

— Ale ja chcę wiedzieć, jak było naprawdę — córka nie ustępowała.

W mieszkaniu na chwilę zapanowała absolutna cisza. Oboje rodzice weszli do pokoju córki. Ojciec ze śrubokrętem w dłoni i jakąś śrubką w drugiej, matka z kuchennym nożem i ściereczką. Oboje byli przerażeni.

— Dziecko kochane, Justynko, co ty wygadujesz? Skąd te pytania? Z kim ty o tym rozmawiałaś, mów, natychmiast! — ojciec z matką dopytywali na wyprzódki. Córka wystraszyła się na dobre.

— Ja nic złego nie zrobiłam. Lekcje mam, i pytania takie… — tłumaczyła — …kazali rodziców spytać i wpisać odpowiedzi.

— Ach tak — rodzice wymienili spojrzenia.

— Poczekaj chwilę, skończymy nasze sprawy, siądziemy razem i wypełnimy te testy. A teraz to najlepiej pooglądaj telewizję — zalecili.

— Wpisywałaś już coś w te rubryki? — ojciec zadał najważniejsze pytanie, zerkając z niepokojem na zeszyty córki.

— Tylko na brudno…

— Chwała Bogu — wyszeptała matka.

Nie wszyscy rodzice mieli tyle szczęścia, by ich dziecko prawidłowo wypełniło „ankietę historyczną”. Teczki kolejnych obywateli wzbogacono o dowody ich rzeczywistego stosunku do Ukochanej Ojczyzny, historii, zdrajców i bohaterów.

Pytaniem, z innej beczki, które bardzo ich zaskoczyło tego wieczora, było:

— A co to jest stocznia, mamo?

Oni jeszcze pamiętali. Cóż, pamięć czasem płata figle. Wypadało odpowiedzieć dziecku.

— To taka fabryka, nad morzem, gdzie buduje się statki, nadaje imię, potem je woduje i statek „pływa po morzach i oceanach, sławiąc imię…” — tu przerwała formułkę, bo od dawna już nie zaczęto budowy żadnego statku, ale stocznia, ta stocznia, oficjalnie… ech, szkoda gadać. Cóż, życie potoczyło się dalej, i trzeba patrzeć z czego człowiek ma chleb. Jak się nie ma wpływu na nic, to lepiej nie gadać po próżnicy, bo z tego tylko kłopoty.

3. Kwesta

Wieżowiec stał w grupie czterech innych, niemal w centrum miasta. Ot kilometr, może dwa… Z okien siódmego piętra rozciągał się rozległy widok na miasto. Nieboskłon często przecinały sylwetki samolotów, czasem ciągnących za sobą smugę kondensacyjną, oraz podchodzących do lądowania na pobliskim lotnisku. Znajomi wiedzieli, że zamiast wizytówki na drzwiach tkwi mały napis Seventh Heaven. Izabella lubiła to swoje siódme niebo, zdobyte przed laty, z takim trudem i wysiłkiem. Sąsiedzi wiedzieli, że jest skrzypaczką, trudno było — mimo wyciszenia lokalu — nie zauważyć. Ponadto pisarką, scenarzystką, dziennikarką i Bóg raczy wiedzieć, kim jeszcze. Szczupła brunetka, zgrabna, o miłym głosie i pięknych niebieskich oczach kontrastujących z jej naturalnym, ciemnym kolorem włosów — złamała pewnie wiele serc. Ale miała swoje powody. Była i nie była sama. Kobiety czasem tak mają. Prowadziła aktywny tryb życia, często wyjeżdżała. Sąsiedzi niby wiedzieli co robi, ale tylko od stopnia ich życzliwości zależało, czy dopowiadali złośliwe i nieuprawnione insynuacje, czy też wierzyli skąpym, a prawdziwym informacjom na jej temat. Ot, los kobiet mieszkających solo. Jej książek przecież nie czytali.

Muzyka dobiegająca z kolumn, była tym czego potrzebowała najbardziej. W niej był jakiś ład, porządek. Nawet dramatyczne utwory miały swój nastrój, logikę. Chyba dlatego nie znosiła „muzyki współczesnej” upatrując w niej — mimo cmokania fachowców — pozy, szalbierstwa i oszustwa. Tyle w tej „muzyce” było chaosu, konfliktu, agresji. Ona raniła, nie leczyła. A może o to właśnie chodzi, w tych wariackich czasach? A ci współcześni kompozytorzy tylko stali się zwierciadłem swoich czasów i „tego całego zgiełku”, szaleństwa? Muzyka rozrywkowa, to była już zupełnie inna bajka… nie negowała jej, przeciwnie, widziała zalety, emocje… sama pisała muzykę. Dobrą… O Disco-Chocho nie chciała się wypowiadać. Była zbyt dobrze wychowana.

Gong domofonu zadźwięczał swoje trzy takty. Nikogo nie oczekiwała.

— Halo, dzień dobry, my w sprawie zbiórki… — obcy kobiecy głos w domofonie? Ki diabeł? Wpuściła. Dwie starsze panie, które wysiadły z windy, uśmiechały się promiennie.

— My tylko na chwilkę, w sprawie zbiórki — wyjaśniły przyczynę najścia.

— Jakiej zbiórki? Nic nie rozumiem — odparła, zatrzymując niewiasty w drzwiach.

— Zbieramy pieniążki dla fundacji, na walkę z przestępczością — powiedziała wyższa.

— Każda kwota jest ważna, nawet najmniejsza — wtórowała z powagą ta mała, starsza.

— Co to za fundacja? — dopytywała Iza.

— To pani nic nie wie? W całym kraju aż huczy… — z wyjaśnieniami pospieszyła wysoka.

— Fundacja „Jasność prawdy” ojca Borowika — sprecyzowała druga.

To było nazwisko wielce szanowanego zakonnika, przynajmniej w pewnych kręgach władzy i społeczeństwa. Szkopuł w tym, że Iza nie należała do tych kręgów. Trafił w nią grom. To była nowość. Do tej pory nie nachodzono ludzi w domach. Wystarczały dotacje państwa. Spore dotacje, przyznawane wbrew prawu, pod pozorem remontu zabytków, komisji kultury, wydawnictw, dobroczynnych fundacji, ekologii, akcji itd., itp. Prócz tego oczywiście kwesty po kościołach, akcja pocztowa, „dobrowolne składki” pracowników dużych firm, zakładów i spółek skarbu państwa. Najwidoczniej Ojcu Borowikowi i tego było za mało. Tylko kogo i przed czym chce chronić ojciec Borowik? A od czego policja, wszystkie te służby jawne i tajne? Cóż, wypadało odpowiedzieć.

— Jeśli panie zbierają na taki szlachetny cel… — starsze panie zaczęły uśmiechać się promiennie — … to być może dowiedzą się panie, na co poszły pieniążki zbierane przed wielu, wielu laty na ratowanie hut. Huty zamknięto, ludzi zwolniono, a o pieniążkach nikt nic nie wie. Do dziś. Mam nadzieję, że panie — będąc osobami zaufanymi, kwestarkami zbiórki — szybciej się tego dowiedzą. Za informację na ten temat będę niezwykle wdzięczna. I wtedy na pewno się dołożę, do tej kolejnej zbiórki. A póki co, żegnam panie — i zamknęła drzwi tuż przed nosem zdumionych i oburzonych dam.

— No sama widzisz Stefciu, ile to wśród ludzi kłamstwa, jadu i nienawiści do tego świętego człowieka. A swoją drogą trzeba by proboszczowi zapisać ten adres… — starsza z pań kończyła zdanie już w windzie.

— To jakaś… ateistka, albo… szatanka? — Widziałaś to „Sewenth Heaven” na drzwiach? Co za bezczelność! A taka milusia, na pierwszy rzut oka. Diabeł przyjmuje różne oblicza… — podsumowała młodsza.

Swój trud kwestowania, znoszenia obelg i kłamstw ofiarowały Przenajświętszej Panience. Natomiast informacja o niegrzecznej, prowokacyjnej i politycznie agresywnej kobiecie dotarła tam, gdzie trzeba. Rozsiewanie oszczerstw nie powinno uchodzić na sucho.

W Chocholii — tak jak w większości państw — każdy obywatel ma teczkę. Leżąca dotąd spokojnie teczka Izy, została wydobyta z archiwum. Jej szczupłość nieco rozczarowała badacza. W zasadzie — nie było się do czego przyczepić. Ale… za granicę, jeszcze przed Naszą Jesienią, wyjeżdżała? Tak. Zarabiała? Tak. I co z tego, że legalnie? Czort wie, w co się tam zaangażowała? Mieszkanie własne ma? Ma. A nie każdego stać. Zwłaszcza osoby samotnej. Samochód, ma? Ma. Hmmm, no i blisko kolaborowała — przed Naszą Jesienią — z tamtą telewizją! Ciekawe, ciekawe… Książki pisze… każdemu wolno… sporo jeździ po kraju. Niczym… emisariusz??? Po co tak jeździ? Z czym? Z książkami? Ciekawe… Taka ładna, i wciąż sama? Zamiast rodzinę założyć, dzieci rodzić? Przecież nie lesbijka, bo coś by w papierach o tym było. Może to jakaś nowa… Mata Hari??? — głowił się śledczy. Wniosek nasunął się jeden. Trzeba ją sprawdzić. „Przenicować babę na nice” — jak mawiano w Firmie. Znaczy… odwrócić, czy jakoś tak? Jeśli niewinna — nic złego się nie stanie. Tylko… jak? Trzeba pogadać z oficerem rewizyjnym. Oni mają większe doświadczenie. No i… środki. Bo bez tego — ani rusz. Odpowiedni wniosek powędrował na właściwe biurko. Zaakceptowano.

4. Marlena

Marlena nie była głupią dziewczyną, wiedziała na jakim świecie żyje. I postanowiła żyć tak dobrze, jak się tylko da. Za wszelką cenę. Drogę wyznaczyła sobie prostą, choć średnio szlachetną. Matka może by i zrozumiała, ale swojemu facetowi nie powie ani słowa, nigdy. Taki tępak nic nie zrozumie, jeszcze da jej po pysku, a temu cuchnącemu tłuściochowi… jeszcze jakąś krzywdę zrobi… — te rozważania zajmowały uwagę Marleny, drobnej brunetki, w czasie i okolicznościach dość intymnych. Hotelowy pokój, muzyczka, dwa kieliszki szampana „na odwagę”, a przyszła tu po dobroci. Jej ciuchy leżały tuż obok. Czekała. Dziewicą nie była od dwóch lat, gdy związała się ze swoim aktualnym facetem, który miał tylko jedną zaletę, był. Inni mieli tylko ochotę na ten „pierwszy raz”, akurat z nią i ulotnienie się, więc goniła ich w diabły.

Tęskniła za prawdziwą miłością, a musi bzykać się z tym wstrętnym tłuściochem. Pieprzone życie… Cóż, faceci myślą kutasami, a skoro tak — trzeba to wykorzystać, a nie dawać za frajer. Kurwą nie będzie, brzydziłoby ją to, jak cholera. Poza tym zdrowie można stracić, a wyrok zarobić. Ale ten jeden raz — pierwszy i ostatni — chyba musi. Zresztą, nie miała dużego wyboru. A na prace przymusowe na jakieś zadupie nie pojedzie. Tłuścioch dyszał, sapał, pocił się, przez chwilę bała się, że wykorkuje przy zadaniu, które najwyraźniej go przerosło. Niewiele brakowało, żeby zwymiotowała od jego smrodu. Na szczęście, wreszcie skończył mieszając słowa od „kocham cię” po „ty kurwo”. Nareszcie mogła pójść się umyć. Ten kretyn nie pomyślał o gumce, na szczęście ona tak. Na myśl, że mogłaby zajść z nim w ciąże — przechodził ją dreszcz.

— Jak było? — spaślak usiłował być elegancko dociekliwy. Przez godzinę nie obchodziła go bardziej niż materac, a teraz taki troskliwy — myślała siląc się na uśmiech.

— Cudownie, nie wiedziałam, że z ciebie taki kogut — łgała w żywe oczy, ale nie zapomniała ani na sekundę, czemu to robi. Spaślak ukontentowany, ubierał się powoli.

— Może… spotkamy się jeszcze? Byłaś de’beściara — ten komplement miał ją skusić, w końcu taki z niego kogut… O naiwny — pomyślała dziewczyna, z trudem reanimując swój wygląd do stanu „mniej złachanego”.

— Może… — zatrzepotała rzęsami, wyduszając z siebie grymas uśmiechopodobny — …jak już tu będę pracować, tak jak obiecałeś, to może… Chyba, że już zapomniałeś? — zagrała rozżaloną, trzepocząc koncertowo rzęsami.

— No co ty, jak obiecałem… — nie dokończył.

— Bo wiesz… jak by mój chłopak się dowiedział, że mnie… zgwałciłeś… — cedziła słowa jak truciznę, starannie, powoli. Tłuścioch podskoczył jak rażony prądem.

— No co ty, Marlena, ja… żaden gwałt… ja cię lubię, a jak obiecałem… — plątał się, pojmując, że będzie musiał dotrzymać słowa, bo ta mała wcale nie była taka głupia, jak myślał. A gdy zobaczył, że wyłącza swoją komórkę, której — cholera jasna — do tej pory nie zauważył, zrozumiał, że ta „mała stara kurwa” może go załatwić. Cholera, jak on to teraz przepchnie przez kadry i dyrektora? — zaczął panikować.

— No to wpadnę, w środę, tylko nie zniknij… chłopczyku — pożegnała go machaniem dłoni, jak na dworcu kolejowym. Usiadł ciężko na łóżku, objął głowę w poczuciu klęski.

Te cholerne dupy, robią się cwane i bezczelne. Że też musiał na taką trafiać… — to była pierwsza refleksja, jak wówczas naszła Tłuściocha. Problem znalezienia pracy „dla tej zdziry” odebrał mu spokój i apetyt. Na spóźniony obiad zjadł tylko połowę zwykłej, niemałej zresztą porcji. Trudno zaprzeczyć, wrażliwym facetem był.

Marlena po spotkaniu z Tłuściochem ledwie zdążyła do restauracyjnej toalety, na parterze, gdzie wymiotowała długo, płacząc i rozmazując resztki makijażu.

Późnym wieczorem, gdy opadły emocje, nietypowa myśl zakołatała w głowie Tłuściocha. Ta dziewczyna była jakaś inna. Niby dała mu — jak inne — bez wygibasów, fakt, ale… chyba po raz pierwszy chciałby, żeby to „było na stałe”. Przegnał tę myśl jak natrętną muchę. Zgłupiał, czy co? Załatwi jej robotę i jakoś to będzie.

5. Recenzja

Dyrektorowi zrobiło się gorąco. Poczerwieniał na twarzy. Cierpiał wprawdzie na nadciśnienie i parę innych chorób wieku post-średniego, ale tym razem pokraśniał na licu, nie z powodu szklaneczki ulubionej whiskey. Ani nawet nie za sprawą nowej redaktorki, do której zapałał — z wzajemnością — uczuciem wielkim, choć pozamałżeńskim. A za sprawą tekstu, który przeczytał przed chwilą. Niepełne trzy strony, napisane rzeczowo, ze swadą i niestety „na temat”, dosłownie zmiażdżyły recenzowaną książkę. Autor recenzji, zwany od wielu lat — za sprawą przedwczesnej siwizny, ale bez złośliwości — Starym, wytknął autorowi nierzetelność, dobieranie faktów pod z góry postawioną tezę, pomijanie niewygodnych informacji, przeinaczanie innych, prostacki język i coś, co na słowo „styl” nie zasługiwało. Bełkot, propaganda, łajdactwo i gnojenie ludzi. Czyli grób — mogiła. Każdy autor, obdarzony nawet odpornością nosorożca, po przeczytaniu takiej recenzji powinien się powiesić, a przynajmniej zrezygnować z uprawiania szlachetnego zawodu pisarza i naukowca. Autor recenzji miłosiernie, a może z rozsądku, pominął milczeniem sam pomysł drukowania w formie książkowej pracy, zasługującej — co do tego, żaden normalny czytelnik, nie mógł mieć wątpliwości — wyłącznie na przemiał. Kto był autorem recenzji? Wiadomo. Niepotrzebnie zlecił zrecenzowanie pracy temu akurat człowiekowi — Dyrektor bił się w pierś, co było u niego rzadkością. Odłożył przeczytany tekst, zastanowił się chwilę, dając swemu sercu odpocząć od nadmiaru emocji, i wezwał przed swe oblicze recenzenta, a sekretarce polecił by nie przeszkadzano mu pod żadnym pozorem, póki nie skończy rozmowy.

— Czy pan oszalał? — zadał na przywitanie pytanie, od którego większości podwładnych ugięłyby się nogi. Pytany nie należał jednak do większości. Odpowiedział na temat.

— Jeśli pan Dyrektor pyta o recenzję tego… czegoś, to niewiele brakowało, bym sfiksował przy mordędze lektury tego dzieła.

— Niech pan nie dowcipkuje, nie miejsce i nie pora — dyrektor chciał załatwić sprawę szybko i „merytorycznie”.

— Czy pan nie zauważył, kto jest autorem tej książki? — usiłował być jadowity.

— Miałem tego pecha, i to mnie średnio zainteresowało — recenzent usztywniał stanowisko.

— Czy pan nie wie, gdzie on pracuje i z czyjego polecenia dostaliśmy to do wydania?? — Dyrektor wciąż grzecznie, ale już głośniej, chciał uświadomić swojego podwładnego, w jak skomplikowane meandry życia wkroczył, zachowując się… niezgrabnie. Nie-po-li-tycz-nie!

— Z grubsza wiem, ale to na jotę nie zmienia mojej oceny tego, nie bójmy się słowa, chłamu — recenzent wciąż nie wyglądał na wystraszonego.

— Niech to wydaje, w tym swoim „Narodowym Instytucie Czegośtam”, skoro to takie „wybitne”. Dla nas, to zdecydowanie za wybitne — ironizował dalej. To zirytowało przełożonego.

— A mówiono mi, że pan jest… inteligentny… Hmmmm… Jak widzę, w życiu jest pan… nieelastyczny — szef dalej trzymał się mentorsko życzliwego tonu, ale widać skończyła mu się cierpliwość do tępego rozmówcy, bo w końcu wypalił ostro, od serca, a może raczej od wątroby.

— Pańska opinia nikogo nie zainteresuje. Mnie też. Mamy to wydać i wydamy. Ja przez pańskie fochy nie będę ryzykował swojej przyszłości. A jeśli panu „zawodowa rzetelność” przeszkadza w realnej ocenie sytuacji i… tej pracy, to tym gorzej dla pana! W końcu, z sądu i w ogóle z palestry, wywalono pana na zbity pysk, za nieprawomyślność? Prawda? Przyjąłem pana z litości, z rekomendacji, po znajomości! I tak mi się pan teraz odpłaca??? Radzę przebudzić się, bo szkoda byłoby… — urwał w pół zdania, licząc na refleksję Starego.

— Niech pan nie liczy na honorarium za tę swoją… niewyważoną opinię. Zrecenzuje kto inny, jeśli to pana… przerosło — Dyrektor dał upust swojej irytacji. Rozmowa była skończona. Przechodząc przez sekretariat Stary spotkał spojrzenie sekretarki.

— Dywanik? — zapytała rzeczowo, po znajomości.

— Lepiej, zostałem… analfabetą. Może to i dobrze, pani Zosiu? Miłego dnia.

— Ostra miotła… Zmienił się. On też się boi. Niech pan na siebie uważa, panie Stanisławie, czasy teraz takie… — pożegnała go spojrzeniem pełnym obawy.

6. Plac

Nie było nic szczególnego w tym miejscu. Ludzie umawiali się tu rzadko, łatwiej było spotkać grupy turystów, lub wolno sunące autobusy z wytrzeszczonymi obiektywami aparatów i kamer. Widowiskowo i tłumnie było tu tylko kilka razy w roku. Notable, wieńce, asysta wojska, tłum gapiów i wścibskie kamery, ryk megafonów — to sceneria uroczystości „ku czci” lub fetowania gości VIP, z samego szczytu, nawiedzających Chocholię. Spontaniczne wiece, rzadkie i ryzykowne, to była odległa przeszłość.

Tego dnia na Placu miał pojawić się tłum widzów. I pojawił. Wśród nich było kilka nie znających się osób, które w nieodległym czasie, miały się spotkać ponownie, w dziwnych, niekiedy dramatycznych okolicznościach.

Wczesnym rankiem przyszedł Stanisław. Towarzyszyła mu żona, Emilia. Chcieli popatrzeć na Plac bez ludzi, zgiełku, propagandy. Nieruchoma warta przy Memoriale Żołnierzy Ojczyzny, płomień czar ogniowych i łopot flag — to chcieli zapamiętać. Tylko obecność trybuny honorowej i szeregu barierek nadawał temu miejscu wygląd odmienny niż co dnia, i nieco koturnowy. Był też nadporucznik Mokrzycki ze swoimi ludźmi. Godzinę później, na oficjalną państwową uroczystość, wraz z klasą przyszedł, choć bez entuzjazmu, Szpila. Po godzinie — zgodnie z planem — pojawili się na placu ci najważniejsi. Wśród oficjeli byli: Naczelnik Państwa, Prezydent, Premier, najwyżsi rangą duchowni oraz ministrowie, generalicja. Nieliczną grupę dyplomatów akredytowanych w stolicy umieszczono na trybunie honorowej nieco z tyłu, i z boku. Wyjątek uczyniono jedynie dla Nuncjusza Apostolskiego — ten stał blisko Naczelnika. Zdziwienie pozostałych dyplomatów było szczere i starannie ukrywane.

Majerek żonę zostawił w domu, ale on też był tu służbowo.

W tłumie — stając na paluszkach, by dojrzeć cokolwiek zza pleców tłumu — była Nadzieja i Dżonu. Ten ostatni na paluszkach stawać nie musiał, był bowiem dryblasem wyższym o głowę od większości rodaków płci męskiej.

W tym czasie — z grona osób, które niebawem miały odegrać swoją rolę w tym losowym kalejdoskopie — zabrakło na placu między innymi Kamili z mężem i córką, ale oni mieli tu przylecieć z Brytolii za kilka dni. Ich rola była zresztą trzecioplanowa. Byli więc usprawiedliwieni.

Wierzący w magię miejsc, lub obecność genius loci, mogliby zapewne dorobić całą ideologię do miejsca i wydarzeń, które miały nastąpić w ciągu kolejnych 45 dni, bo zaczęły i skończyły się właśnie tu, ale nie miejmy złudzeń. Za to co się stało, co ciągle dzieje wokół nas i z nami — odpowiedzialni byli, są i będą ludzie.

7. Defilada

— Burza braw, tak, burza braw przywitała wchodzącego na trybunę Pana Naczelnika Państwa — komentator sprawiał wrażenie naprawdę podnieconego.

— Entuzjazm tłumu jest szczery. Znamy zasługi Pana Naczelnika Państwa w zwalczaniu wrogów, wytyczaniu nowych kierunków rozwoju ukochanej Ojczyzny. Wiemy, że był on, jest i będzie celem bezpardonowych ataków totalnej opozycji, sprzedawczyków, zdrajców i szaleńców. Cały zjednoczony Naród zawsze będzie stał po jego stronie. Dzisiejsze święto jest hołdem dla światłej myśli i genialnego kierownictwa — wiodących nas ku szczęśliwej przyszłości.

— Pan Naczelnik Państwa po krótkim przemówieniu skierowanym do generalicji, oficerów i żołnierzy naszej wspaniałej Armii, ogłosił uroczyste rozpoczęcie defilady — komentator starał się być elokwentny i rzetelny w swoim przekazie.

— Jako pierwsze na placu zaprezentują się oddziały piechoty.

— „Nowe mundury, sztandary, uzbrojenie” — to motto najwyższych dowódców. Ma iść ku lepszemu.

— A teraz — nowość. Oddziały specjalne biegną z bagnetami na broni, równo, szybko, wspaniale. Widywaliśmy ten sposób marszobiegu w innych krajach. Ten efektowny sposób przemieszczania się oddziału, spodobał się i u nas. Gromkie brawa pozdrawiają żołnierzy w brązowych beretach.

— Tuż za nimi — widać ich już w perspektywie alei — zmierzają ku trybunie honorowej oddziały naszej niezwyciężonej kawalerii. Proporczyki na lancach są jednocześnie znakiem rozpoznawczym jednostek. Świetnie ujeżdżone i ułożone konie, odporne na huk broni palnej, poniosą naszych dzielnych kawalerzystów w najtrudniejsze ostępy, lasy i pustkowia. Ruchliwe, trudne do zlokalizowania — mogą szerzyć panikę, strach i nieść śmierć każdemu agresorowi, który ośmieliłby się nas zaatakować.

— W głębi alei pokazały się właśnie oddziały rowerzystów. Rowery krajowej produkcji, odporne na warunki atmosferyczne, pozwalają oddziałom na szybkie przemieszczanie się w najtrudniejszych warunkach terenowych. Ogumienie specjalnie zaprojektowane i wyprodukowane w krajowych zakładach zbrojeniowych — umożliwia jazdę w śniegu i po lodzie. Tak, nie przesłyszeliście się szanowni widzowie — jazdę po lodzie, a to dzięki kolcom osadzonym w gumie opon.

— Samochody terenowe, ze zdjętym częściowo brezentowym dachem — tak, nie mylą się państwo — to ruchome centra informacji. Żołnierze-sygnaliści, wyposażeni w chorągiewki, mogą w przypadku awarii sprzętu łącznościowego, błyskawicznie nawiązać łączność, przekazując meldunki i rozkazy. Relacjonujący wraz ze mną tę defiladę kapitan dyplomowany Marian Mruczek, podpowiada, że sygnaliści właśnie w tej chwili pozdrawiają Pana Naczelnika Państwa, wymachując słowa „Niech żyje Pan Naczelnik Państwa”.

— Pan Naczelnik uśmiechnął się, macha ku żołnierzom. To wzruszający widok…

— Jak powiedział nam nieco wcześniej rzecznik prasowy ministerstwa Wojny — pułkownik Koniuszek — kończą się prace koncepcyjne, nad zastosowaniem reflektorów Aldisa, stosowanych dotąd tylko na morzu, do pracy na lądzie, w ciemności i w trudnych warunkach meteorologicznych. Specjalne filtry uniemożliwią wrogowi namierzenie i odczytanie przekazywanych tym sposobem informacji.

— Wszystkim malkontentom i krytykantom możemy odpowiedzieć, że koncepcja rewitalizacji sprawdzonych w polu, w boju środków oraz metod, uwalnia nas od importu za dewizy. Blokowanego zresztą — jak wszyscy wiemy — przez bezprawne embargo nałożone na naszą Ojczyznę przez wrogie ośrodki polityczne. Co najważniejsze, nasz sprzęt będzie odporny na wszelkiego rodzaju zakłócenia elektromagnetyczne, radiowe, mikrofalowe i inne.

— A oto i nasza duma. Ten dym spalin i łoskot gąsienic, ryk silników i brawa, jeszcze raz brawa dla naszych pancerniaków. Tylko oni wiedzą, ile potu trzeba wylać na wykładach, w garażach i na poligonach, by uczynić z tych stalowych potworów straszną broń. Posłuszną ich umysłom i rękom. Wara wszystkim wrogom… tak, wrogom, którzy… hmm… chcieliby poważyć się… na atak… Hmmmm, pragnę państwa uspokoić, ten postój czołgu z numerem burtowym 756, to zaplanowany pokaz, tak… podjeżdżają wozy techniczne na podwoziu czołgowym… po to, po to… żeby pokazać… sprawność służb technicznych. Ten niby uszkodzony czołg jest holowany do… do… polowego punktu napraw. Brawo czołgiści, brawo mechanicy!!! — ten werbalny majstersztyk kosztował redaktora Żytko strugę potu na plecach. Odzyskujący dech, przerażony kapitan dyplomowany Marian Mruczek uniósł dłoń w geście: opijemy ten sukces. Ja stawiam. Uśmiech reportera znaczył, że zaproszenie zostało przyjęte z satysfakcją. Być w komitywie z Armią — to był dobry sposób na życie. I wakacje wraz z rodziną, w wojskowym ośrodku wypoczynkowym. Nad morzem. Za frajer.

— Oczy państwa nie mylą, to nie fatamorgana. Nadjeżdżające platformy prezentują dwie nowości — model kutra torpedowego, w skali „jeden do jednego”, dla naszej marynarki wojennej, uzbrojonego w kilka rodzajów broni palnej i dwie torpedy. Takie niewielkie, szybkie kutry, są postrachem większych jednostek. Dowodzone przez sprawnych i oddanych służbie oficerów, mogą powstrzymać każdą armadę.

— Tuż za nim makieta pancernika „Naczelnik Państwa”, który na pewno powstanie w naszej stoczni, dzięki przyjętej z powszechnym entuzjazmem inicjatywie Narodowej Zbiórki Morskiej. Dzieci, uczniowie, studenci, pracownicy przemysłu i usług, rolnicy, rzemieślnicy, handlowcy, przedsiębiorcy, a nawet rodacy zza granicy, swoimi datkami zgromadzą środki na realizację tego ambitnego przedsięwzięcia. Prace projektowe toczą się w najgłębszej tajemnicy, projekt tworzą najwybitniejsi znawcy żeglugi, nawigacji, elektroniki i uzbrojenia.

— Jak już państwo zapewne wiedzą, wczoraj na Zamku odbyła się uroczystość wręczenia nominacji generalskich i admiralskich nowym generałom wszystkich rodzajów broni. Niewielu jednak wie, że nasza generalicja jest — licząc średnią wieku — najmłodszą w Europie. Młodzi, zdolni i oddani służbie oficerowie, awansują szybko i zasłużenie. Stare nawyki, stara kadra — były tylko obciążeniem dla naszego wojska. Wykluczenie z OTAN, którym tak straszyli nas lobbyści upadłego reżimu — okazało się błogosławieństwem dla naszego wojska, przemysłu zbrojeniowego i Ojczyzny. — Wczorajsze uroczystości w stolicy były znaczącym akordem w symfonii święta naszego wojska. Decyzją Pana Naczelnika Państwa, wszyscy oficerowie w czynnej służbie otrzymali awanse o jeden stopień. Grad medali, który spadł na naszych wspaniałych oficerów, podoficerów i żołnierzy — jest wyrazem uznania państwa dla ich codziennego trudu i zachętą do dalszej dynamicznej, ofiarnej służby i pracy na rzecz Państwa i Narodu.

— Przy tej okazji, w imieniu widzów i swoim, nasza redakcja pragnie pogratulować awansów i medali pracownikom i oficerom służb specjalnych, w codziennym trudzie walczącym o bezpieczeństwo wewnętrzne kraju. Z oczywistych względów nie możemy pokazać twarzy tych wspaniałych ludzi, w trosce o ich bezpieczeństwo i skuteczność służby. Im również życzymy sukcesów, w ich ciężkiej i niebezpiecznej pracy.

— Oooooo!!!!! Właśnie — jak państwo zapewne zobaczyli na ekranach swoich telewizorów — przemknęły nad naszymi głowami, srebrzyste orły, cztery odrzutowce z naszych sił powietrznych. Za sterami tych maszyn siedzą piloci o najwyższych kwalifikacjach, przygotowani i odporni na wszystkie nieprzewidziane sytuacje. Strzegą błękitu naszego nieba, by żaden wróg nigdy nie ośmielił się naruszać przestrzeni powietrznej nad naszą ojczyzną. Jak wiadomo, nasi piloci potrafią latać nawet na drzwiach od stodoły. Ale dzięki wysiłkowi całego narodu, mogą latać na tych pięknych samolotach.- A oto najnowszy produkt Wojskowych Zakładów Radiotechnicznych nr 3. Te stacje radiolokacyjne piątej generacji, już za dwa lata śledzić będą nasze niebo, wspomagając wojska rakietowe i lotników. Podzespoły — pozyskamy na podstawie bilateralnej umowy z Rokeańską Ludową Republiką. Ostatnia wizyta Ministra Wojny w Rokei Zachodniej, przyniesie konkretne efekty. Szczegóły — z oczywistych względów — chroni tajemnica wojskowa.

— Wracamy na ziemię, przed nami platformy z makietami rakiet krótkiego, średniego i dalekiego zasięgu. Prace nad wprowadzeniem tych modeli do produkcji, a następnie na uzbrojenie jednostek liniowych — są przedmiotem ogromnej troski najwyższych gremiów dowódczych i Pana Naczelnika Państwa. Jak poinformowano nas na konferencji prasowej, już za rok, na tradycyjnej defiladzie, zobaczymy prototypy tej groźnej broni. Będą stanowiły postrach każdego agresora. Z każdym rokiem nasz potencjał militarny rośnie, to zasługa Naczelnika Państwa, Ministra Wojny oraz naszego przemysłu zbrojeniowego.

— Zwieńczeniem defilady — jak zwyczaj każe — jest przemarsz orkiestry, pod kierunkiem kapelmistrza, majora dyplomowanego Arkadiusza Motowidły. Kończymy naszą transmisję, dziękując naszym generałom, oficerom, podoficerom i żołnierzom za ich trud i odwagę, życząc im i sobie, by trwał pokój, na straży którego czuwają dniem i nocą, na lądzie, morzu i w powietrzu.

8. Protest

Wbrew napisowi na ekranie informującemu, że transmisja jest na żywo, nadawano ją z poślizgiem, jak zawsze. Pozwoliło to wyciąć fragmenty… niepotrzebne. Pan Naczelnik Państwa w swym przemówieniu poszedł daleko, bardzo daleko, oskarżył bowiem niemal wszystkie kraje ościenne, o wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Chocholii, naciski, spiski i wszelkie inne matactwa stojące w opozycji do norm prawa i zasad współżycia międzynarodowego. Szczególnie paskudną rolę miały w tych knowaniach odgrywać przedstawicielstwa dyplomatyczne akredytowane w stolicy. A na to zgody Pana Naczelnika Państwa i narodu całego, nie było, nie ma i nie będzie — uderzeniem dłoni w blat mównicy Naczelnik Państwa dobitnie dał wyraz swej determinacji i orientacji w temacie.

Nie wiedzieć czemu, skromna grupa dyplomatów, pracujących w nielicznych czynnych przedstawicielstwach, pogadała, poszemrała między sobą i… zeszła z trybuny. Przytomny redaktor z telewizji dziękował w duchu Opatrzności, że realizator wizji błyskawicznie zorientował się w sytuacji i zakazał operatorom kamer ukazywania tego gorszącego incydentu. W późniejszej relacji, w głównym wydaniu „Teleinformacji”, obecność dyplomatów na uroczystości i ich rejterada w ogóle zostały pominięte. Drugim wydarzeniem, nieobecnym w relacji, była akcja służb porządkowych wymierzona w osoby demonstrujące otwarty sprzeciw, wobec porządku prawnego Chocholii i wobec Pana Naczelnika Państwa. Transparenty nosiły napisy: „Precz z satrapą”, „Miał być Bóg, Honor, Ojczyzna — a są kłamstwa i zgnilizna”, „Uwolnić więźniów politycznych”. „Przestańcie kłamać”, „Ogłupiony naród — dobry naród?”. Akcja panów po cywilnemu trwała tak krótko, że tylko stojący najbliżej, zobaczyli transparenty i szamotaninę, zakończoną zapakowaniem demonstrantów w „budy” — jak tradycyjnie zwano wozy do przewozu więźniów. W mediach nie wspomniano ani słowem o tym incydencie. Kary nałożone na „bandytów ze szmatami”, były — co nie mogło być zaskoczeniem — surowe.

9. Nadporucznik

Nadporucznik Mokrzycki był jednym z nielicznych, którzy nie uśmiechali się promiennie w czasie defilady. Teoretycznie powinien tryskać entuzjazmem, dostał awans na Młodszego Kapitana, medal i podwyżkę, jak wszyscy oficerowie. Ale jego wadą było to, że myślał. Za dużo myślał. O mizerii uzbrojenia armii, o tragicznym poziomie wyszkolenia i o — ostro kontrastującym ze stanem rzeczywistym — poziomie samozadowolenia kadry dowódczej. Im wyżej — tym lepsze nastroje. Młody Mokrzycki szybko awansował, uczelnie kończył z wyróżnieniem, ale — za radą ojca — stosował zasadę chińskich mędrców, by nie uzewnętrzniać swoich myśli i nastrojów. Wolał udawać mruka, samotnika. Na rżnięcie przygłupa był za bystry, za dobre miał wyniki.

Oddelegowanie do obsługi defilady wprawiło go w kiepski nastrój. Gdy wszystko wychodziło zgodnie z planem — pozytywna opinia lądowała w aktach. Gdy jednak coś szwankowało — och, lepiej nie myśleć… Nadporucznik, pardon, już prawie Młodszy Kapitan pochodził z rodziny o mundurowych tradycjach. Jednak powoływanie się na nie, nawet żartem, byłoby błędem. Ostra cezura jaką wobec przeszłości wyznaczyła Nasza Jesień — i wynikające stąd czystki — odbijały się czkawką w wielu dziedzinach życia. W służbach mundurowych również. Oficjalnie musiał więc odcinać się od rodzinnych tradycji. Był na tyle inteligentny i przydatny, że przymknięto oko na tę genetyczną skazę.

Czy to intuicja czy doświadczenie, a może brak zaufania do zarozumiałych i zadufanych w sobie kolegów oficerów, grunt, że Mokrzycki na własną odpowiedzialność i ryzyko, rozkazał umieścić przy trasie przemarszu kolumny zmechanizowanej, wszystkie trzy gąsienicowe wozy pomocy technicznej, z których dwa wydobył niemal spod ziemi. Za skrzynkę gorzały — gdyby kto pytał. I to tylko po znajomości. Gdy jeden z czołgów zdechł w najmniej stosownym miejscu i czasie — bo tuż przed trybuną honorową — natychmiast rozkazał ściągnąć niesprawny wóz, przy użyciu wyczarowanego przez siebie wozu technicznego. I tylko w tej kwestii wszystko zagrało. A tak na marginesie, jego bezpośredni przełożony w pierwszym odruchu chciał go ukarać za samowolę „w temacie sprzętu”, ale wyższa szarża pochwaliła za operatywność, więc odpuścił. Jak to w wojsku.

10. Dwaj panowie „M”

Wszczęte tuż po defiladzie dochodzenie miało „ustalić winnych sabotażu”. Ustalono, że sprzęt czasem się psuje. Zwłaszcza wysłużony, zbyt rzadko konserwowany. A i tak konserwacja bez części zamiennych była idiotyzmem i chowaniem głowy w piasek. Ale to nikogo nie interesowało. Wydarzenie w stolicy pozwoliło wypłynąć Mokrzyckiemu na szersze wody. Ktoś zauważył, docenił. W końcu i w wojsku, prócz robotów, potrzebni są też myślący. Drugi medal — może być. Ale rozterki i wątpliwości Mokrzyckiego po incydencie na defiladzie wcale nie zblakły. Pamiętał opowieści stryja, który służył w czasach, gdy czołgów, samolotów, śmigłowców i sprzętu, „było w cholerę” — jak mawiał stryj. Na ćwiczeniach nie markowano wystrzałów, ostrą amunicję wydawano nie tylko raz do roku. Samolotów mieliśmy wielokrotnie więcej niż dziś. Artyleria strzelała. Czołgi nie stały w garażach, tylko jeździły, strzelały. I trafiały. Flota choć niewielka — pływała. Pod wodą też. Komandosów mieliśmy chyba najlepszych. Stryj wiedział o czym mówi, bo sam ich szkolił, za co mu podziękowano obcinając emeryturę po kolejnym zakręcie. I ponownie po Naszej Jesieni. Budżet musiał się dopinać, a poczucie „sprawiedliwości dziejowej” hasało w najlepsze.

Ostra popijawa w pułkowej kantynie oficerskiej, z okazji święta armii i awansów, dała okazję do zaskakującej rozmowy Mokrzyckiego z jednym z nowych oficerów, również świeżo upieczonym, młodszym kapitanem, Mokrym. Obaj — za sprawą podobnie brzmiących nazwisk — stanowili przedmiot wysublimowanych żartów w stylu koszarowym, które musieli po prostu przeczekać, aż dowcipnisiom się nie znudzi, lub nie znajdą sobie innego obiektu do żartów.

— Błysnął refleksem pan kapitan… — odezwał się Mokry przepijając do Mokrzyckiego.

— To nie refleks, tylko myślenie… kolego kapitanie — odparł Mokrzycki, wznosząc kieliszek do ust.

— I radość zapewne… kolega kapitan… czuje, ogromną…? — ton ironii dał się słyszeć w głosie Mokrego. To podrażniło jego rozmówcę.

— Radości? Z czego? Z tego, że chłopaki jeżdżą złomem, który nie nadaje się nawet na defilady? Bo do walki, to one się nadają jak… kurwa do seminarium! Sam pan kapitan pewnie też to wie? Mylę się? — Mokrzycki odpłacił kąśliwie, nieelegancko i niezbyt roztropnie.

— Oooo… widzę, że kolega kapitan zwątpił w wartość bojową naszej niezwyciężonej armii? — Mokry naciągał strunę.

O co mu chodzi, do ciężkiej cholery? — zaczął zastanawiać się Mokrzycki. Odpalił…

— W co tu wątpić… A ty, co? Wypuszczasz mnie, Mokry? Kolegę, oficera? Z tak podobnym nazwiskiem? Nieładnie — Mokrzycki trzeźwiał błyskawicznie i stawiał do pionu Mokrego. Ale Mokry wcale nie był pijany. Obaj zresztą bardziej udawali pijanych, niż byli w istocie. Nawyk kamuflażu? Mokry musiał zagrać w otwarte karty.

— Nie, nie wypuszczam. Moim zdaniem armia jest do dupy. Kraj trzymany za mordę, ludzie ogłupieni. A my świętujemy. Coś istotnego pominąłem?

Mokrzycki poczuł się niepewnie.

— Może… Na trzeźwo też mi to powtórzysz? — wiedział, że taki sprawdzian byłby absurdem. Jeśli Mokry jest prowokatorem, to powtórzy, i co z tego? Żadna gwarancja. To on sam powinien natychmiast powtórzyć tę rozmowę oficerowi służb wewnętrznych, inaczej jego przyszłość będzie… może być, nędzna, albo i gorzej. Ale coś podpowiadało mu, że to jeden z nielicznych, któremu może i powinien zaufać. Musi. Bo w osamotnieniu zwariuje, albo zacznie pić. A przynajmniej będzie żył w paranoicznym, wirtualnym świecie dwóch wykluczających się prawd.

Rozdział II — Pomnik

11. Pomnik

Okazały postument ustawiony na środku placyku, nosił na sobie pomnik. Z brązu. Złote litery napisu honorowały tę postać. Zwyczaj stawiania pomników osobom żywym, jakoś funkcjonował w Chocholii… periodycznie. Co jakiś czas był potępiany w czambuł, to znów kultywowany. Specyfika regionu. Tylko gołębie nie okazywały szacunku, ale i z tym sobie poradzono. Elektronika. Pod pomnikiem zawsze były świeże kwiaty, paliły się znicze. Od mieszkańców. Oficjalne wieńce — składane tu w dni świąt państwowych — były gigantyczne. No i zawsze czysto. Ten plac był nieduży, za to ładny, usiany drzewami. Ławki — ustawione w regularnej sieci alejek — chronił cień. Wyspa zieleni w centrum miasta. Nic więc dziwnego, że od wiosny aż do późnej jesieni, wszystkie ławki były okupowane przez starszych zazwyczaj mieszkańców dzielnicy. To za dnia. Wieczorami rezydowała tu młodzież. Wyjątkowo dobrze wychowana. Sieć monitoringu i częste wizyty policji gwarantowały spokój przez całą dobę. Menelia i graficiarze wystrzegali się tej okolicy od dawna. Siedzący na ławce mężczyzna schował smartfon do kieszeni. Serwis informacyjny zirytował go. Jak każdy, od kilku już lat. Starał się otrząsnąć. Wiosna jest, do cholery. Ma wolny dzień, więc ma się relaksować, a nie pieklić. Gapił się z ciekawością na ptaki buszujące wśród gałęzi i ćwierkające z zapałem, który daje wiosna i instynkt zachowania gatunku. Ubrany był niemodnie, ale czysto. Kiedyś to ubranie mogło uchodzić za bardzo eleganckie. Cóż, czas robi swoje. Starannie ogolony, świecąc przezierającą łysinką i uśmiechem — mógł uchodzić za uosobienie pogody ducha i starczego pogodzenia z losem. Oraz SFE-trem — jak nazywano kiedyś żartobliwie, jeszcze przed ogłoszeniem upadłości, państwowego ubezpieczyciela od spraw emerytalnych. Z epoki poprzedniego, „złodziejskiego reżimu” — jak głosiły rządowe media. Facet nie był jednak — wbrew pozorom i przedpołudniowej porze — emerytem. O tej porze większość praworządnych obywateli była w pracy. On akurat miał nienormowany czas prac. Ale z tego tłumaczył się rzadko. Pamiętał inny pomnik, stojący kiedyś w tym miejscu, długo. Ale usunięto go. Tak jak i wcześniejsze. Taka dola pomników. Polityka. Siadający obok gość przywitał się skinieniem głowy i retorycznym pytaniem, czy można. Obaj byli chyba w podobnym wieku, znali się z widzenia. „Ławkowo”. Zanosiło się na pogaduszki o niczym.

Wielobarwna stonoga przedszkolaków wędrowała powoli w ich kierunku, rozgdakana wielogłosem dziecięcych rozmów, sporów i krzyków. Stary patrzył z uśmiechem na dzieci, miał do nich słabość, w końcu to „przyszłość narodu”. Gdy grupa doszła do podnóża cokołu, opiekunki zatrzymały dzieci, nakazały ciszę. Wychowawczyni wskazując ręką na pomnik rozpoczęła tłumaczyć przedszkolakom, kogo on przedstawia i jakie były i są zasługi bohatera. Im dłużej mówiła, tym starszy pan uważniej słuchał.

— Pan Naczelnik kocha dzieci. Poświęcił całe swoje życie dla was i dla waszych rodziców… — prawiła przewodniczka. — To on poprowadził nasz kraj do prawdy. Do zwycięstwa… — Jurand! — przerwała na chwilę opowieść. — Przestań się kręcić i szeptać. To są ważne sprawy. Bo nie pójdziesz do ZOO! — przywołała stanowczym głosem nieuważnego słuchacza do porządku.

— Pan Naczelnik — kontynuowała — uratował nas przed wojną, przed napaścią. Zdrajców wsadził do więzienia. Już nikt i nigdy nie zrobi z nas niewolników! — odruchowo podnosiła głos. — Kilka razy próbowano go zabić, tak jak jego brata, ale opatrzność boża czuwała nad nim — tokowała. Im dłużej trwał panegiryk ku czci Naczelnika, tym bardziej starszy pan wiercił się nerwowo, mrucząc coś pod nosem. Uśmiech znikł z jego twarzy.

— Słyszy pan te brednie? Zbawca narodu… — wysyczał jadowitym tonem. — Heros. Wyzwoliciel… — wyliczał.

— Daj pan spokój — mitygował go sąsiad. — Szkoda słów. Takie czasy… — wzruszył ramionami. Grupa przedszkolaków kierowana wprawnie przez opiekunki odeszła od pomnika. Gdy dzieci zrównały się z ławką zajmowaną przez Starego — ten podniósł się, postąpił krok ku nadchodzącej wychowawczyni.

— Nie wstyd pani opowiadać dzieciom te brednie? Toż to same kłamstwa! — rozpalał się z każdym słowem. Kobieta otaksowała go czujnym spojrzeniem, sięgnęła do kieszeni.

— Uspokój się pan. Po co to panu? — apelował sąsiad z ławki.

— Kto pani wmulił te brednie? Pani w to… — nie zdążył dokończyć zdania.

— Zamknij ryja, gnoju… — powiedziała głośno wychowawczyni. Dzieci umilkły.

— Takich prowokatorów i zdrajców, trzeba wieszać! Albo do domu wariatów zamykać — rzuciła. Z oczu jej biła szczera pogarda.

— Dzieci! Idziemy! — zakomenderowała. Starszy pan usiadł poirytowany, klnąc pod nosem „bezczelne gówniary i idiotki”. Nie zauważył, że grupa dzieci ledwie po pokonaniu kilkunastu kroków zatrzymała się. Wychowawczyni skończyła krótką rozmowę prowadzoną przez telefon. Czekała. Dzieci na powrót rozgadały się, a ptaki z jazgotem wróciły do swoich ptasich spraw. Kilka minut później wysoki mężczyzna podszedł do wychowawczyni, ta wskazała ruchem głowy na ławkę zajmowaną przez starszych panów. Jak spod ziemi wyrosła grupa kilku rosłych mężczyzn. Otoczyli ławkę. Kazali wstać obu siedzącym i udać się do samochodu, który najspokojniej wjechał między aleje. Przedtem skuto ich z rekami do tyłu — jak przystało na groźnych bandytów. Mężczyźni nie stawiali oporu. Kilka chwil później nie pozostało nawet wspomnienie po incydencie. Tylko głębokie koleiny na trawniku były śladem wizyty bezpieczniaków na placu. Postronni obserwatorzy wrócili do swoich spraw. Nikt nie komentował wydarzeń. Przynajmniej w miejscu publicznym. Nauka nie poszła w las.

— I po co im to było? — zastanawiał się ten i ów spośród świadków incydentu, dumając nad brakiem rozwagi dwóch, ujętych w centrum miasta agitatorów.

12. Wuj

Wczesną wiosną, nadporucznik pełniący obowiązki oficera dyżurnego, stał się świadkiem i współuczestnikiem gorszącego incydentu o poważnych konsekwencjach. Dwaj oficerowie wracający z przepustki, razem, „w stanie wskazującym…” najzwyczajniej pokłóciło się o dziewczynę. Jeden chodził z nią na poważnie, albo przynajmniej tak uważał. Pokłócił się z nią o jakiś drobiazg. Drugi z nią wprawdzie nie chodził, ale chciał. I zabrał się do pocieszania panny. No to pierwszy z tej przyczyny chciał mu dać po mordzie — co zrozumieć można. Dziewczyna ich pogodziła, doraźnie, więc obaj poszli na wódkę. Ale już w drodze do koszar, fala uczuć wezbrała i pyskówka przy bramie wymknęła się spod kontroli.

— …Ty chamie zbolały, cudze dziewczyny bajerujesz? Koledze oficerowi? Dawniej to takiemu ciulowi nikt by ręki nie podał! Wyleciałbyś z jednostki albo byśmy sobie postrzelali… — warczał jeden.

— Cudza dziewczyna? Może jeszcze twoja? Zapomnij… I mnie pojedynkiem nie strasz. Więcej wiem o Boziewiczu niż ty… Lepiej spierdalaj do tej… Indianii, do wuja pułkownika! Może ci znajdzie jakąś… murzynkę, chętną? I nie obrażaj lepszych od siebie, popaprańcu! — pieklił się drugi.

— A chuj ci do mojego wuja. Wuj porządny człowiek, a ty… z ciebie taki oficer, jak z koziej dupy armata. Bez honoru jesteś! — krzyczał mając najwyraźniej ochotę na rękoczyn. Na to widowisko napatoczył się oficer dyżurny. A ten słuch miał dobry i swoje obowiązki znał. Niestety kłótnia miała miejsce tuż za bramą koszar, w obecności dwóch żołnierzy. Zamieść sprawy pod dywan już się nie dało. Oficer dyżurny kazał zatrzymać obu, wsadził ich do pudła, żeby ochłonęli i powiadomił dowódcę jednostki. Machina ruszyła. Dowódca sprawdził w kancelarii ankiety obu awanturników. Tam o żadnym wuju w Indianii — ani słowa. W dodatku — pułkowniku. To i cóż, że w stanie spoczynku, od lat… No to się dowódca zmartwił, bo dalszy ciąg tego cyrku był już poza zasięgiem jego kompetencji. Wezwany oficer wiadomych służb, przesłuchał rano obu kochliwych pyskaczy. I zabrał do aresztu, ale już ważniejszego. Był proces. Jeden dostał wyrok za ukrywanie prawdy, o oficerze mającym rodzinę za granicą, drugi — dwa razy tyle, za sam fakt posiadania wuja, i to pułkownika.

Kilkanaście lat temu, wuj w Indianii, pułkownik w dodatku, byłby dla Chocholanina powodem do chwały i dumy, za to teraz… I tak miał szczęście, bo gdyby wuj pochodził z Ivaniii — to ho ho ho. Dostałby koleś przynajmniej 15 lat. A ze służby i tak musieli obaj wylecieć, i szkoda, bo zdolni byli.

Tym oficerem dyżurnym był Mokrzycki. Z całego zdarzenia wyciągnął generalne wnioski: nie ufać nigdy i nikomu. Nie pić gorzały z byle kim — kto gorzały pić nie potrafi i jęzorem miele w nerwach. A dziewczynę sobie znaleźć jak najdalej i najlepiej sierotkę. I brzydką, żeby nikogo nie kusiło.

13. Pobojowisko

— Dostaniesz do domu wezwanie, przed Trybunał. Szybko. Siedź na dupie i nie fikaj. I adwokata poszukaj sobie dobrego, bo ten z urzędu… — pożegnał go dobrą radą jeden ze strażników. I kopnął w dupę przy samej bramie — zwyczaj taki. Żeby nie wracał. Forma była średnio elegancka, ale treść chyba życzliwa, rzeczowa i rozsądna. Przed budynkiem stał jakiś człowiek. Stary poznał go w mgnieniu oka. To był facet z ławeczki. Najwyraźniej zwolniono ich obu równocześnie. Rozmowa nie była miła.

— I coś pan, kurwa mać, najlepszego zrobił, no? Nie masz pan nic do roboty? Nudzi się panu? A może ktoś panu nasrał do łba, bo nikt normalny, kurwa, guza nie szuka! A mnieś pan przy okazji zapierdolił papiery. Co ja, kurwa w pracy powiem? Pół etatu miałem, baranie jeden… A co żonie powiem? Sam bym ci chętnie przypierdolił, agitator zasrany! — facet pieklił się nie na żarty. Stary nie miał ochoty na dalszy wygawor ani na mordobicie. Bez słowa odwrócił się i ruszył przed siebie.

Do domu doszedł po niemal półtorej godzinie. Na drzwiach naklejono pasek z pieczątką. Wystarczyło 48 godzin. Zerwał naklejkę. W środku zastał… burdel nieziemski. Próbował się uspokoić. To nie było łatwe, biorąc pod uwagę stan w jakim było mieszkanie. Jeśli czegoś szukali, to i tak było to dodatkową czynnością, bo zasadniczą była dewastacja mebli, książek, starych obrazów. Co one im zawiniły? Zawartość wszystkich szaf i szuflad — na podłodze. W kuchni — jedno rumowisko szkła i porcelany. Lodówka otwarta, wiktuały w wodzie.

— Dzicz, swołocz, barbarzyńcy… — klął pod nosem, ale to nie przynosiło ulgi. Poczuł koszmarne zmęczenie. W domu — na szczęście — żony nie było. Wyjechała do sanatorium, ledwie kilka dni przed całą awanturą. I dobrze. Najście tych goryli przeraziłoby ją do cna. Sanatorium mieściło się tam gdzie diabeł mówi dobranoc, najrozsądniejszym wyjściem była więc podróż autem. No i dobrze. Przynajmniej oszczędzonym jej było denerwowanie się tym… incydentem? I tak, jak wróci, dowie się wszystkiego i odchoruje — zgodnie z rodzinną tradycją.

Hmmm, jak sprzątnąć ten bałagan? W łazience z rozbitego lustra spojrzało na niego stukrotne odbicie szarej twarzy. Jego twarzy. Postanowił zajrzeć do sąsiadki, pani Palowskiej, była z nimi od lat w komitywie. Może pożyczy jakieś wiktuały i trochę gotówki? Zadzwonił, otwarła tylko odrobinę uchylając drzwi. Nim zdążył zapytać o cokolwiek, zobaczył jej wystraszone oczy.

— W co się pan wmieszał, panie Stanisławie, po co to panu było? — i zamknęła mu drzwi przed nosem. W pierwszej chwili rozśmieszył go jej strach, ale tylko na chwilę. Czuł się dziwnie. Wrócił do mieszkania. Telewizor leżał na ziemi, ale działał. Na przywitanie jednak, na wszystkich kanałach Stary zobaczył śnieg. Awaria? Odłączyli go od sieci. Domowa instalacja awansowała do roli złomu. Tym samym jego laptop nadawał się tylko do oglądania archiwaliów i gry w szachy. Błąd, nie nadawał się już do niczego, bo ktoś skasował cały zasób z DOS-em włącznie. Do zera. Korzystając ze smartfona wszedł na stronę swojego banku. Zdążył tylko doczytać, że jego konto jest zablokowane. Gdy telefon komórkowy zamilkł na amen — zrozumiał. Jest martwy. Biologicznie żywy, ale… tak, martwy. Gotówki w domu miał tyle, że na zwykłe zakupy nawet nie starczy. Za to zapasów w domu — tyle co nic. Bo i po co? Przywykł od lat regulować wszystkie płatności kartą, smartfonem lub przez laptop. Teraz był ślepy, głuchy, niemy. I biedny. Otwarł barek. Nie zaglądał tam często. Szklaneczka whisky… tego mu teraz trzeba. Musi się uspokoić. Musi. A może już nic nie musi? Bo już nic nie może? Gówno. Nie było ani jednej butelki. Oryginalne dowody rzeczowe zbierają ci skurwiele — niezwykle nieelegancko i krytycznie ocenił profilaktyczne działania funkcjonariuszy.

14. Wywiadówka

Rodzicom Justynki się upiekło. Zachowali czujność. Najbliższa, zwołana w trybie awaryjnym wywiadówka w jej klasie, przyniosła sporo emocji. Gdy rodzice — wśród śmiechów — zajęli już miejsca przy niewielkich stolikach, nauczycielka… sprawdziła listę obecności. Z początku rozśmieszyło ich to, ale po chwili zrozumieli, że będzie to wywiadówka inna niż wszystkie dotychczas. Prócz nauczycielki w sali pojawił się łysawy szatyn w nijakim wieku, kiepsko ubrany i szary na obliczu. Albo z przepracowania, albo z drążącej go choroby. Po symbolicznym wstępie głos oddano gościowi. Ten wprzódy starannie otaksował wzrokiem zebranych, przejrzał listę obecności, potem przywdział służbowy uśmiech i głosem łagodnym, modulowanym, rozpoczął monolog.

Nazywam się Jędrzejek, jestem pracownikiem… funkcjonariuszem — niby to poprawił się z uśmieszkiem — Służby Pokoju Wewnętrznego. Moim zadaniem jest… opieka nad szkołami, uczniami i… nauczycielami — skierował wzrok ku spłoszonej na to dictum nauczycielce.

— Z przykrością stwierdzam, że… dobrze nie jest. Testy wykonane przez państwa dzieci, świadczą o pewnym… — szukał odpowiedniego słowa — ...rozgardiaszu, braku busoli, i miejmy nadzieję, że tylko o tym — dodał zmieniając intonację.

— Do programu i szkoły — zaufanie mamy. Sprawdzamy to na bieżąco. Dzieci same „takich rzeczy” nie wymyślają, gdy więc mówią „pewne rzeczy” to, albo mają złe kontakty poza szkołą — w co wątpię, albo… — tu znacząco zawiesił głos — ...albo w domu! — i walnął pięścią w blat, aż wszyscy niemal podskoczyli.

— Dzieci mają tę zaletę, że fachowo postraszone, rzadko kłamią. Nie tak jak dorośli. A tu obyło się bez straszenia. Prawda sama wypłynęła na wierzch — to grzmiał, to szeptał niemal, by słuchacze nie oswoili się i nie uodpornili na jego exposé. Sięgnął po notatnik.

— Jeśli Justynka Kabelska odpowiadała jak z nut, to już Anna-Maria Mrozek — pisze dyrdymały o historii najnowszej. Niejaki… Małęta — bohaterem, a Naczelnik Państwa — już nie? Z kolei Szymon Talecki uważa, że wojna skończyła się — uwaga, będzie sensacja — w 1945 roku! No gratuluję! A „Bohaterowie Zapomniani” — to co? A ivańska okupacja? A spisek w Marcjannie? A euro-zdrajcy? A w końcu ten zdradziecki zamach sprzed lat, tak starannie skrywany, ale bolesny do dziś — to co? Nic? No pogratulować. Po to jest program HiP, filmy, książki, komiksy nawet — Jędrzejek był szczerze oburzony — żeby dzieci takie kłamstwa powtarzały? My z tym porządek zrobimy. I radzę, po dobroci, ale ostatni raz, zajmijcie się dziećmi, ich wiedzą, ich świadomością, bo inaczej… my… zajmiemy się… wami — potoczył wzrokiem po zebranych.

— Za dwa tygodnie kolejny test. Jeśli wyniki będą podobne — to ja już do tej waszej szkoły nie przyjadę. Zaproszę wszystkich was do siebie, po kolei, w Aleje Naczelnika, pod „trzynasty”, pokój 208, drugie piętro. Ale nie radzę — skończył z uśmiechem na twarzy. Szczerze ubawił go wyraz twarzy rodziców. Lubił tę pracę. Inaczej kiepski byłby z niego funkcjonariusz.

15. Kamil

Stary nie miał biletu, ani pieniędzy na taksówkę. Drałował więc przez pół miasta, ale w końcu doczłapał. Drzwi tworzył mu bratanek, Kamil.

— Ojciec jest? — Stary zapytał z nadzieją.

— Nie, jeszcze nie wrócił z Nimska. Jutro wraca. Stryjek wejdzie… Na międzynarodową konferencję go zaprosili — mówił to z dumą, ale jego uwaga skupiona była na czymś zgoła innym.

— Czy ja dobrze widzę? — zdumiał się młodzian. — Stryj z podbitym okiem i złamaną jedynką? A kto stryja tak… załatwił? — więcej w tym pytaniu było troski niż ironii.

— A tam, za dużo by gadać. Powiedziałem o kilka… krytycznych zdań… za dużo, w miejscu publicznym, ktoś się wkurzył, zadzwonił gdzie trzeba i… sam wiesz, jak to teraz bywa… No zarobiłem kilka szybkich na policji… A ze mnie bokser kiepski, zwłaszcza garda… — starał się żartem zlekceważyć sprawę.

— Pakujesz się? — zmienił temat.

— Tak, jutro lecę do Brytolii. Z grupą Młodej Jesieni, w nagrodę za działalność społeczną. Do Noldynu lecimy. Cholernie się cieszę — Kamil nie potrafił ukryć podniecenia.

— No to gratuluję.

— Tata kilka razy próbował wyprawić mnie „w szeroki świat — żebym liznął świata” — przez „ORBITĘ” — ale się nie udało. Brakowało punktów. Dopiero przez Młodą Jesień. Rekomendacja — rozumie Stryj? — referował Kamil. Staremu niczego nie trzeba było tłumaczyć. Wiedział, że jego brat — choć pogodzony z reżimem i sprawnie w nim funkcjonujący — dba o horyzonty syna. A mechanizm torpedowania „niepotrzebnego szwendania się obywateli poza Ojczyzną i marnowania cennych dewiz” pamiętał z odleglejszych czasów.

— Jasne, jasne… Do Noldynu, powiadasz? Piękne miasto — rzucił odruchowo.

— Był Stryj w Noldynie?? Kiedy? — drążył bratanek.

— Kilka razy, ale to było dawno, gdy jeszcze byliśmy w Unii — tłumaczył jak dziecku.

— Na szczęście już nie jesteśmy — skwitował Kamil.

— Na szczęście?

— Podpuszcza mnie Stryj?

— Nie. Dlaczego? Wtedy mogliśmy podróżować po całej Europie. Nikt nie musiał „załatwiać” paszportu ani rekomendacji… — Stary starał się rzeczowo argumentować.

— Akurat. Jeździli złodzieje, cwaniacy i sługusy reżimu — dowodził z gniewem małolat.

— Hola, przyhamuj Kamilu! Ja nie byłem złodziejem, cwaniakiem ani sługusem reżimu. A paszport miałem w domu. Jak wszyscy — niepotrzebnie podniósł głos.

— Stryj — może, ale większość? Ludzie naiwni byli, i sprzedajni. No i mamy. Przecież wiadomo, że Jermania i ta cała Unia — ta banda złodziei i zboczeńców — doiła Chocholię aż do spodu. Ile można dokładać do tych Judów?

— Co ty wygadujesz, Kamil… Jermania, Judzi, Unia, złodzieje…? Groch z kapustą — komentował Stary.

— A dlaczego w Chocholii był kryzys? I strajki. I te sankcje i cła — to skąd tak nagle? O demokrację niby szło? Niech się zajmą pedałami, narkomanami i innymi ciapatymi, u siebie — wyrzucił z irytacją bratanek. — Wszystko przez spiski, zdradę i sprzedajność tej BU-ckiej bandy.

— Co ty bredzisz, Kamil — Stary zdumiał się szczerze. — Kto ci tych dyrdymałów nawtykał, ojciec? Nie wierzę. Chyba tv i Młoda Jesień? Ta banda oszołomów i psychopatów wpędziła nas w szambo, a teraz szuka winnych w Unii? Albo czepia się wnuków — za dziadków z BU? Ivańsko-Jermańskie metody! W ogóle… bzdury — rzekł Stary.

Kamil na chwilę zamilkł, otaksował Starego, jak by widział go pierwszy raz w życiu.

— Stryjek chce mieć kłopoty?

— Nie muszę chcieć, już je mam.

— Jak Stryjek głosi takie mądrości, to się nie dziwię — zamknął dyskusję bratanek. W tym podsumowaniu nie było lekceważenia lubianego skądinąd krewnego, raczej troska i niezrozumienie. Bratanek uważał dyskusję za jałową. Ta rozmowa nie miała sensu. Stary chciał się unieść honorem i trzasnąć drzwiami, ale proza życia zmusiła go do skomlenia.

— Kamil, czy… czy możesz mi pożyczyć kilka, kilkanaście milionów? — starał się nie patrzeć bratankowi w oczy. — Stryjna w sanatorium, a ja, od dziś — goły i wesoły — dodał wyjaśniająco.

— Hmmmm… kilkanaście milionów? — w głosie bratanka czytelne było zdumienie. Dotąd nie było takiej sytuacji, ale reputacja Stryja, mimo różnic w poglądach, była nieskazitelna. A kilkanaście milionów, to w końcu coś koło… pięćdziesięciu dolarów. Ojciec by nie odmówił, więc i on… Chłopak jeszcze pamiętał, że Stryj był „spoko kolo” i nie raz fundował mu lody, kino czy kupował gry komputerowe. A nawet pożyczał bezdebitowe książki. Póki ojciec ich nie przyuważył i kategorycznie mu tego nie zabronił. Tak, ale to było dwa lata temu.

— W domu tyle nie ma, ale mogę Stryjowi przelać na konto — zaproponował bratanek.

— Nie, nie, żywą gotówkę potrzebuję — wyjaśnił pospiesznie. — Konto mi zablokowali — pospieszył z wyjaśnieniem Stary.

— Kto? — zdziwił się Kamil.

— Szach Perski! No wiadomo, że Oni.

— Ups! To musiał Stryj zdrowo narozrabiać, że Stryja teraz tak „prasują” — ocenił sytuację bratanek.

— Fakt, nawoływałem przedszkolaki do nieposłuszeństwa. A serio — zakwestionowałem zasługi Ojca Narodu. Publicznie. Wypatroszyli mi mieszkanie, zdewastowali wszystko, nawet barek. Odcięli tv, info-sieć, zablokowali konto i komórkę. No i będę miał sprawę w sądzie. Masz terrorystę w rodzinie — Stary wyrzucił to z siebie jednym tchem.

Z każdym wypowiedzianym słowem, bratanek sprawiał wrażenie człowieka przebudzonego ze snu, zszokowanego. Przełknął ślinę. Nie był gotów do samodzielnych wniosków. Lata indoktrynacji nie poszły w piach.

— No to, do bankomatu musielibyśmy… — bratanek, mimo wszystko, wciąż skłonny był do pomocy.

— A mógłbyś teraz…?

16. Nadzieja

Danie dziecku na imię Nadzieja w kraju, gdzie wypada dać córce na imię Maria, Anna, Katarzyna, Zofia, Ewa czy Karolina — świadczyło o braku wyobraźni, bądź graniczącym z bezczelnością, lekceważeniem głosu i opinii większości. Wszak zakazano tych dziwacznych Sandr, Amand, Henriet, Isaur, Helg i innych obcych dziwolągów. Ale Nadzieja…? I jak to zdrabniać, w ogóle? Na potrzeby najbliższych była NaDi — jak sama wymawiała swoje imię od czasu, gdy nauczyła się mówić. Dla obcych — Nadzieja, czy to się komu podoba, czy nie. Żadna tam Nadia ani Nadieżda, tylko Nadzieja, jasne? Może dlatego mała Nadzieja czuła się izolowana w swoim środowisku. Jedyną drogą do zdobycia pozycji — i nienawiści tępych koleżanek z klasy — była wiedza. Co gorsza Nadzieja była ruda, ładna i cholernie inteligentna. Dopiero teraz doceniła przebiegłość rodziców, chcących wyrwać ją — tym prostym trikiem z imieniem — z szeregu identycznych, zglajszachtowanych, bezmyślnych rówieśniczek. Czy Nadzieja musiała być tylko żoną, kucharką, matką, najlepiej wieloródką, i pozostać w domu? Wszak studia wyższe, doktorat, nie mówiąc o wyższych szczeblach kariery, traktowano od pewnego czasu jako wybryk rozpasanego indywidualizmu, fanaberię, objaw dążenia do — wyklętego z mównic i ambon, pozornego, i wbrew prawom boskim — zrównania płci.

Cóż, skoro ono taka zdolna, pracowita i uparta — a rodzice wykształceni, prawomyślni i pokorni, a ponadto w miejskiej Radzie Patriotów Naszej Jesieni — niech im będzie. Miała rzeczywiście najlepsze wyniki testów, a po odjęciu punktów za płeć — dalej mieściła się w czołówce stawki ubiegających się o indeks. Teraz, po czterech latach studiów, zgarnąwszy wszystkie stypendia rektorskie i ministerialne — znów była sama. Propozycję studiów na renomowanej uczelni na Zachodzie — odrzuciła. I to bez żadnych nacisków. To policzono jej — w pewnych kręgach decyzyjnych — na plus. Może i będą z niej ludzie? Opiniujący nie mieli pojęcia o motywach kierujących dziewczyną. A był to motyw — prawdę mówiąc — jeden, stary jak świat, ale po dziś dzień bardzo ważny i trudny do przecenienia. Miłość.

17. Majerek

Z pożyczki nic nie wyszło. Ledwie wyszli z domu i stanęli przy najbliższym bankomacie na rogu przecznicy — podszedł do nich jakiś obcy facet i zapytał Kamila spokojnym głosem.

— Kolega wyjmuje kasę z bankomatu, by pożyczyć temu… skurwysynowi? Nie radzę. Chyba, że kolega zrezygnował już z wyjazdu do Noldynu…? — tajniak był świetnie zorientowany. — …A tatuś kolegi, nie pochwaliłby tej decyzji — typ stał nadal o krok od nich i przewiercał Kamila wzrokiem bazyliszka. Kamil spłoszony spojrzał na Stryja, na tajniaka, znów na Stryja… Stary postanowił heroicznie ratować sytuację. Zrobił w tył zwrot, rzucając tylko przez ramię — Cześć Kamil. Do zobaczenia, kiedyś…

Tajniak pożegnał obu podejrzanych martwym spojrzeniem. Wyćwiczył to do perfekcji. Majerek, im dłużej był w służbie, tym bardziej lubił tę robotę. Nie tylko służył wielkiej sprawie, nie tylko był w formacji cieszącej się szacunkiem obywateli i bezsilną nienawiścią wrogów Ojczyzny, ale jednocześnie… spełniał się. Rozumiał, że los mu sprzyjał. Był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. A pochwała z ust Koordynatora Rewiru — No, dobra robota, Majerek — była, prócz pensji, źródłem największej satysfakcji. A na tego szczeniaka wystarczyło kilka słów. Zabawne.

18. Przemówienie

Romuald Zdzisław Walduś — Superintendent Rządu, mimo sporego doświadczenia, zawsze tremował się przed kamerami. Technik przestał gmerać przy mikrofonach umocowanych w klapach jego marynarki. Za chwilę przemówi do Narodu. Wielka chwila, wielka. Cała Ojczyzna będzie go widzieć, cała.

„Obywatele, Rodacy. Zbliża się kolejna rocznica Naszej Jesieni. Mamy prawo do dumy z osiągnięć. Pamiętamy o ofiarach. Wiemy jakie zadania nas czekają. Jednocześnie wiemy, że niestrudzona praca Pana Naczelnika Państwa, jego głęboka myśl teoretyczna i osobisty wkład w życie polityczne naszej ukochanej Ojczyzny — jest jedyną, słuszną busolą dla Narodu. Nie spoczniemy, póki zadania, które przed nami postawił Pan Naczelnik Państwa, nie zostaną wykonane. Uroczysty nastrój, jak co rok, zburzyć będą chcieli nasi wrogowie. Tyle wysiłków włożono w uświadomienie obywateli, przekonanie ich, uodpornienie na wrogą propagandę. Niestety, wciąż zdarzają się incydenty prowokowane przez wrogie siły, inspirowane zapewne i opłacane z zagranicy, ale i rodzime, skrajnie nieodpowiedzialne elementy antydemokratyczne. O co im chodzi? O obalenie demokratycznego ładu, zaprowadzonego dzięki żelaznej woli i — nie bójmy się takich słów — żelaznej ręce Naczelnika Państwa. Ileż czasu poświęcił On na próby pogodzenia całego Narodu? Wybrany wolą większości, zdecydowanej większości Narodu, miał On prawo i obowiązek przerwać łańcuch kłamstw, prowokacji, bezprawia, protestów i słów niegodnych. I czynów łajdackich, niszczących najukochańszą Ojczyznę. Zbrodniarze, głupcy i sprzedajne kreatury działające na szkodę Ojczyzny i Narodu — trafili tam, gdzie ich miejsce. Włos im z głowy nie spadł, choć podnosiły się głosy, że za zdradę — kara jest jedna. Pan Naczelnik Państwa — jak przystało na Ojca Narodu — wykazał surowość ale i miłosierdzie. Niezależne sądy orzekły surowe, ale sprawiedliwe wyroki. Przyjęte one zostały przez społeczeństwo — a przynajmniej jego patriotyczną i oddaną sprawie większość — z uznaniem. Pan Naczelnik — kierując się chrześcijańskim miłosierdziem — wystąpił do Prezydenta o zamianę części najsurowszych wyroków, na dożywocie. Nawet ten akt dobroci i łaski został wyśmiany, opluty, zlekceważony przez szumowiny zwące się opozycją. Zadajmy pytanie, czym jest owa opozycja? Opozycją wobec czego? Ładu? Porządku? Woli Narodu wyrażonej w niesfałszowanych wyborach sprzed 12 lat? Wobec państwowej dobroczynności, nie dopuszczającej do głodu, nędzy i zbrodni? Takiej opozycji nasz doświadczony wielokroć w przeszłości Naród — z winy zdrajców i szumowin — nie chciał, nie chce. I chcieć nie będzie. Stan Specjalnej Troski ogłoszony przez Pana Naczelnika Państwa, po zamieszkach wywołanych rzekomo sfałszowanymi wyborami, trwać będzie tak długo, jak wrogowie Ojczyzny i Narodu nie zaprzestaną swoich knowań. Powoływanie się przez anarchistów, szaleńców, zdrajców, sprzedawczyków, narkomanów, zboczeńców, środowiska LGBT, tak zwane Nowe Sufrażystki — na demokrację i starą, skompromitowaną konstytucję — nie zmusi nas do ustępstw i rezygnacji z drogi głębokich, i oczekiwanych przez Naród reform. Życzymy Panu Naczelnikowi zdrowia i sił, w prowadzeniu słusznej walki, aż do zwycięskiego końca. Niech żyje Chocholia, niech żyje Pan Naczelnik Państwa.”

Gdy z reżyserki doszedł głos: — Koniec nagrania… — Romuald Zdzisław Walduś odetchnął. Kilka godzin później, wraz z rodziną, z przyjemnością obejrzał swoje wystąpienie na ekranie telewizora. Żona z uwielbieniem patrzała na męża. I kto by przypuszczał, że tak daleko zajdzie? Z głębokiej prowincji, ale uczciwy. Uparty i… wierny. Tak, wierny. A Naczelnik takich ceni najwyżej.

— Na antenie wszystkich stacji radiowych, telewizyjnych oraz w Info-Sieci, nadaliśmy przemówienie Superintendenta Rządu — Romualda Zdzisława Waldusia, wygłoszone z okazji dzisiejszych, uroczystych obchodów 9 rocznicy Naszej Jesieni.

— Już za chwilę na wszystkich antenach radia, telewizji i w Info-Sieci nadamy transmisję z uroczystego koncertu z okazji 9 rocznicy Naszej Jesieni. W uroczystościach na Zamku, uczestniczyć będzie Pan Naczelnik Państwa.

19. Dusza

Dusza Majerka była w siódmym niebie. A sprawa była banalnie prosta Siedział sobie w parku na ławce, czytał jakiegoś kolorowego szmatławca, aby być na bieżąco. „Trzeba mieć żywy kontakt z rzeczywistością” — tak mówił Koordynator Rewiru. No to Majerek się starał. Koordynator wspomniał też, niby mimochodem, że ambitni powinni się szkolić i awansować. Majerek nie w ciemię bity. Zrozumiał i przyjął te słowa do siebie. Po maturze skończył kurs, potem drugi. Zdał egzaminy. Wdrożył się do roboty błyskawicznie. Miał wyniki. Jego twarz — nie wiedzieć czemu — wzbudzała zaufanie. I jakoś to szło. Żona Majerka — fryzjerka — też miała spore zasługi w dobrej ocenie samego Majerka. Słuchając tylko rozmów klientek, dowiadywała się tego i owego. Majerek otrzymując od żony namiar na gaduły — będące na bakier z rozsądkiem i instynktem samozachowawczym — wnioskował o założenie podsłuchu w domach i… po kilku tygodniach, były podstawy do wezwania, przesłuchania, postraszenia, postawienia na baczność. W ten również sposób udawało się Majerkowi — za cenę bezkarności i czystej teczki — pozyskiwać kapusiów. Oficjalnie to były Osobowe Źródła Informacji. A teczka Majerka wzbogacała się o kolejne pochwały.

Siedział więc sobie Majerek w parku, szeleścił kartkami szmatławca i… słuchał. Nawyk taki. Dwóch siedzących obok smarkaczy gadało — jak im się wydawało, szeptem — o jakimś planie. Wiatr przynosił strzępy rozmowy, ale to wystarczyło tak domyślnej i doświadczonej osobie jak on, do skonfigurowania z okruchów całości. A imię jego „spisek”. Smarkacze debatowali, to o jakiejś nielegalnej bibule, to o akcji malowania karykatur i haseł antypaństwowych, a to o doborze nowych członków. Majerek uznał, że to wystarczy. Złożył szmatławca, wstał, skręcił w prawo, uczynił cztery kroki… zatrzymał się, wykonał przepisowe „w tył zwrot”. Wrócił przed ławkę, dłuższą chwilę patrzył znacząco na twarze młodzianków. Nim zdążyli umrzeć ze strachu, pochylił się ku nim.

— Dyskretniej chłopcy, w czterech ścianach. Chyba, że chcecie mieć kłopoty — polecił szeptem. Wyprostował się. Zdumienie w oczach tych dwóch było dowodem, że zagrał swą rolę celująco. Po chwili znów się pochylił.

— Jeśli chcecie naprawdę działać w opozycji, to… jutro, tu, o siedemnastej. Tylko wy dwaj — i odszedł. Następnego dnia, wprowadził młodzianków w struktury „tajnej organizacji”, którą powołał do życia wraz z Koordynatorem Rewiru. Młodziankowie zachowywali się tak, jak oni chcieli. W miesiąc założyli poważną organizację, liczącą połowę uczniów tej klasy. I kilku z innych klas. Wymalowali kilka haseł, wydali gazetkę, która trafiła do ośmiu czytelników. Ponadto Majerek „dopomógł im” — czyli zredagował w stylu odpowiadającym prokuratorowi — „Statut” i „Założenia Programowe” organizacji „WOLNA OJCZYZNA”, zmierzającej do obalenia ustroju państwa przemocą oraz zaplanowali zamachy terrorystyczne na prominentów z samej góry. Że były to wyssane z palca banialuki, nie miało już znaczenia. Po kolejnym tygodniu Koordynator wraz z Majerkiem zorganizowali „Likwidację tajnej organizacji zmierzającej itd., itp…” o czym w triumfalnym tonie poinformowały wszystkie media. Rodzice kilkunastu „spiskowców” mieli zobaczyć swoje dzieci dopiero na rozprawie. Potem już tylko co trzy miesiące, o ile Naczelnik Zakładu Wychowawczego nie postanowił inaczej. Na wolność mieli wyjść po dziesięciu, piętnastu latach. Ci dwaj „założyciele” dostali czapę. Sądu nie interesowała niepełnoletniość młodych terrorystów, mieli powyżej szesnastu lat, a w Kodeksie stało jak byk, że sprawcy najcięższych przestępstw przeciwko państwu, za swe zbrodnie płacą głową. Majerka nie obchodziły szlochy rodzin na sali rozpraw. Racja i sprawiedliwość były po ich stronie. Z całej akcji najbardziej zapamiętał miny spiskowców, gdy w czasie przesłuchań wchodził do pokoju w mundurze. Głupie gnojki.

Pan Naczelnik Państwa — z powodu urlopu — nie wypowiedział się w sprawie skorzystania przez Prezydenta z prawa łaski. A pan Prezydent całkiem głupi nie był. Bandytów powieszono więc w kotomowskim więzieniu, jak tradycja nakazywała. Ciał nie wydano. Spalono, popioły rozsypano w niewiadomym miejscu.

20. Hotelowy układ

Marlena szybko wkomponowała się w hotelowy układ, porządek rzeczy, przepisy i nieformalne prawa. Była niewątpliwie osobą inteligentną. Ponadto ambitną, ale i pracowitą. W normalnym państwie te przymioty wystarczyłyby do uzyskania pracy. Ona musiała pójść inną drogą. Po pierwsze, edukację skończyła zbyt szybko. Nie była tępa, po maturze mogłaby — teoretycznie — zdawać na studia. Ale tylko teoretycznie. Ojciec umarł gdy miała piętnaście lat, matka zarabiała kiepsko, bo wyrzucono ją z Akademii po Naszej Jesieni, a w dodatku od niedawna zaczęła pić. Na stypendium nie miała co liczyć, matka — co proste jak drut — nie należała do Naszej Jesieni, a bez ich rekomendacji na stypendium nie było szans. Na swoje szczęście Marlena była bardzo ładna. W miarę poprawnoe mówiła po brytolsku i jermańsku. Przyjęta „na próbę” — z polecenia Tłuściocha — dała sobie radę nadspodziewanie dobrze. Zamiast sprzątać, trafiła szybko na zastępstwo w recepcji, i tak już zostało. Goście hotelowi ją lubili, a to też ważne. Do dziś na widok swojego „amanta od załatwienia pracy” — wykrzywiała twarz w sztucznym uśmiechu, unikając jakiejkolwiek sposobności, by Tłuścioch mógł się zbliżyć, pocałować, pogłaskać czy pomacać. Osiągnęła mistrzostwo w sztuce uników. W końcu Tłuścioch zrozumiał i odpuścił. Mając niezły słuch i w miarę spokojne, nocne dyżury w recepcji, szybko podszlifowała brytolski i jermański. Będąc osobą bystrą zauważyła też, że niemal nikt z personelu nie mówi po ivańsku. A goście stamtąd też przyjeżdżali i zatrzymywali się u nich. Bo tylko tam im pozwalano. Wydłubała skądś stary podręcznik i mozolnie zaczęła orkę, poczynając od dziwacznych bukw. Kilkaset słów, zwrotów, i na podstawową konwersację powinno wystarczyć. Los szybko dał jej szansę. Bogaci turyści z Ivanii z satysfakcją zauważyli, że młoda recepcjonistka nie zmusza ich do posługiwania się brytolskim, a rozumie piękną mowę Łotstoja, Logola i Merlontowa. Mina kierownika recepcji — niemego, dosłownie i w przenośni, świadka tego zdarzenia — okazała się bezcenna. Strzępy wiedzy wyniesione ze szkoły — zdatne psu na budę — uświadomiły Marlenie po raz kolejny różnicę między „naukom” a „nauką”. Zwłaszcza sensowną i przydatną. Czasem przez głowę przemykała jej myśl, że mając normalny dom i szansę na naukę — mogłaby coś osiągnąć, nie zniżając się do seksualnej… quasi-prostytucji, na wspomnienie której, wciąż robiło się jej niedobrze. W ciążę nie zaszła, bo wiedziała do czego służą gumki. I je zdobyła. Do smutnego domu wracała z coraz większą niechęcią. Zaczął boleć kontrast między lśniącymi i luksusowymi wnętrzami hotelu, a własnym domem. Na szczęście mama obiecała, że już pić nie będzie, i spłaci długi. Marlena za długo żyła na tym świecie, by uwierzyć w przysięgi alkoholiczki. Kochała ją, ale każda libacja, wrzaski, każda przepijana cenna rzecz z ich domu — leczyła ją z tego uczucia, które przychodzi chyba za karę, a odchodzi samo. Przed tygodniem zagroziła matce — a mówiła to ze śmiertelną powagą — że po kolejnym pijackim „marszu w Chocholię” — wyprowadzi się z domu, zerwie wszelkie kontakty i zapomni, że w ogóle ma matkę. Matka rozryczała się pod niebiosa, ale Marlena nie odszczekała ani litery ze swej groźby. I zamierzała ją zrealizować, jeśli jeszcze choć raz matka się upije. Ta, przysięgała na wszelkie świętości, że skończy z nałogiem. Który to już raz?

21. Sklep

Robienie zakupów, z żoną, dla przeciętnego faceta jest mordęgą. Normalny gość robi zakupy w 10 minut. W pierwszym sklepie, widząc to czego potrzebuje, gdy rzecz jest gustowna, a cena nie nokautuje — po prostu kupuje. Kobieta — a przynajmniej ich większość — z zakupów „robi zagadnienie”. Nawet jeśli to coś pasuje, jest ładne — to po cholerę międlić to w rękach przez godzinę, potem zostawić, odwiedzić pięć kolejnych sklepów, wrócić i… kląć pod nosem, bo jakaś wywłoka kupiła tę śliczną, pasującą, dobrze odszytą, relatywnie niedrogą kieckę właśnie przed minutą? Tak bywało w Chocholii, lecz teraz „chwilowe trudności w zaopatrzeniu”, „brak masy towarowej”, inflacja — będąca jednak pod kontrolą władz, oraz niegodziwość spekulantów sprawiły, że kupowano to co akurat było dostępne, a nie to co potrzebne. Zawsze znajdował się chętny do handlu wymiennego. Handel w nowych realiach skupił specyficzną warstwą ludzi. Ergo — nowe-stare obyczaje. Dżonu stał w kolejce do kasy w supersamie, który przed laty zbudował jakiś krwiopijca, szczęśliwie wyrugowany podatkami i polityką celną. Dżonu zauważył zdumiewającą zmianę wizerunku supersamu. Połowę gigantycznej hali przesłonięto szczelną zasłoną, od stropu aż po beton podłogi. Płachta — niczym żagiel w czasie flauty — leniwie falowała. Wyobraźnia podpowiadała klientom skarlałego sklepu, co mieści się teraz za ową oponą. A był to najzwyklejszy magazyn mebli, zazwyczaj pusty, bo połowa mebli nie dojeżdżała do magazynu, znajdując nabywców po drodze. Z prowizją za uprzejmość dla przewoźnika. Drugą część wykupowali na pniu posiadacze ”Talonów towarowych” otrzymywanych jako gratyfikacje w dużych i małych zakładach przemysłowych, państwowych. Bo te, po reformach premiera Ołomunieckiego, na powrót stanowiły zdecydowaną większość w krajowej gospodarce.

Uwagę Dżonu przykuła starsza pani o wyglądzie zubożałej inteligentki starej daty i jej dorosła córka. Sposób poruszania się, mówienia, argumentacji a przede wszystkim inteligencja błyszcząca w oku starszej pani, były jej paszportem do elity. Choć nie finansowej zapewne. Starsza pani szeptem utyskiwała na tempo i styl obsługi w kasie. Jednej z niewielu czynnych w szeregu. Coś tam skwierczało, rzęziło, zacinało się. Kolejka wiła się już zakolami, lecz ludzie w pokorze stali milcząc. Przynajmniej większość.

— No co ja poradzę, że się psuje. To może se pani do drugiej kolejki iść, jak się pani coś nie podoba — wszechmocna kasjerka dyscyplinowała zniecierpliwioną klientkę.

— Zgodne majom być, zgo-dne, no mówiłam przecie, a co mnie pani tutaj daje? Urodzę pani te resztę? — pytała rozindyczona królowa kasy.

Starsza pani pamiętająca odległe czasy, systemy, reżimy i sytuacje rynkowe — była zła. I dała temu wyraz. Głośno.

— Co za bezczelność! Nie dość, że w tym sklepie zaopatrzenie jak za komuny, ceny z kosmosu, to jeszcze traktuje się nas jak uciążliwych natrętów. To przecież skandal. Kto tu jest dla kogo? — pytała retorycznie, rzucając swe opinie w szereg kolejkowiczów. Profilaktycznie milczących.

— Jezus Maria, mamo, ja cię błagam, przestań, bo znów będą kłopoty — to córka apelowała do matki, która najwyraźniej już nikogo i niczego się nie bała. Tłum pokornie sterczał w bezruchu, nie próbując nawet stanąć w obronie klientki „bez zgodnych”, które „majom być” — sekowanej przez wampira na etacie kasjerki. Syndrom władzy. Babsko obsługując je — gdy przyszła pora — przewiercała obie zabójczym wzrokiem, ale zgodnych, „które majom być” nie zażądała. Tuż obok kasy, podszedł do nich młody mężczyzna, chyba student? Wysoki, szczupły, o inteligentnym wyrazie twarzy. Kumple nazywali go Dżonu. Nie ze snobizmu nosił tę ksywkę. Ale tego obie panie nie wiedziały.

— Miała pani rację, sztorcując to babsko. I niech się panie nie martwią, i nie denerwują, wszystko mija, reżimy też. Spokojnego wieczoru — skłonił się i odszedł. Odprowadziły go spojrzenia zdumionych tą brawurą ludzi. Miał szczęście, że w pobliżu nie było żadnego kapusia.

Rozdział III — Rozprawa

22. Rozprawa

Niespodziewany powrót żony z sanatorium, był zaskoczeniem. Z minuty na minutę kazano jej wynosić się z ośrodka. Nie pozwolono zostać w pokoju choćby do rana. Na pytanie o przyczynę relegowania — uzyskała tylko enigmatyczną odpowiedź, by zapytała męża. Telefon w domu i komórka milczały. Telefonicznie indagowana sąsiadka zdobyła się tylko na komunikat, że jej mąż narozrabiał i ona… bardzo jej przykro… ale nie chce już z nimi mieć nic wspólnego. A znały się dwadzieścia trzy lata. Noc spędziła za kierownicą. Nie lubiła prowadzić w nocy. Wlokła się do domu licząc minuty i godziny, umierając z niepokoju. Dotarła rankiem. Męża zastała w domu. Rzut okiem na mieszkanie wystarczył.

— Kto?

— Policja.

— Za co?

— Jestem elementem antypaństwowym. Nawołuję do buntu przeciw legalnej władzy.

— Co ty bredzisz? Pijany jesteś?

— W tym domu nie ma się czym upić. Zginęło w czasie rewizji. A podpadłem, bo zachciało mi się zwrócić uwagę przedszkolance, bredzącej o zasługach Naczelnika. W miejscu publicznym. No i starczyło.

— I po co ci to było? Po co, pytam!? Siwa głowa a… zachowanie… — przełykała łzy. Nie miała sił na awanturę. Rozmowę przerwał gong przy drzwiach wejściowych. Wezwanie przed Trybunał Sprawiedliwości przyniósł jakiś kurier o posturze komandosa, z tym jednym tylko dokumentem w garści. Stary pokornie pokwitował. Zamknął drzwi, przeczytał wezwanie, podał żonie. Ta, po lekturze zbladła — i zadała tylko jedno pytanie.

— Co z nami będzie?

Wzruszenie ramion było jedyną odpowiedzią.


Trzy dni później, do siedziby Trybunału Sprawiedliwości poszedł pieszo. Na bramce „zapiszczał” raz i drugi. Długopis, sprzączka przy pasku od spodni, obrączka… rozbrojony z „niebezpiecznych narzędzi” mógł pójść pod salę rozpraw. Podtrzymując opadające spodnie. Odczytał wokandę. Wtedy podszedł do niego młody człowiek w todze z zielonym żabotem adwokackim. To, że wyglądał jak wystraszony uczniak przed maturą i to, że się jąkał, można było wybaczyć. Radę — Niech się pan przy… przy… przyzna, od razu, i poprosi o łagodny wy… wy… wymiar kary, to wyrok będzie ła… ła… łagodniejszy… — już nie. Wywołano jego sprawę. Za stołem sędziowskim już siedzieli ludzie, sędzia w todze, z przyciężkim łańcuchem — z nowym godłem Chocholii — na szyi, a po bokach dwie starsze kobiety w cywilnych ubraniach. Ławniczki. Na salę rozpraw publiczności nie wpuszczono. Zresztą, nie było chętnych. Po sprawdzeniu jego tożsamości, prokurator zabrał głos. Lista zarzutów oraz przywołanych paragrafów wystarczyłaby na trzech oskarżonych. Stary słuchał tych bredni z rosnącym zainteresowaniem. Obietnica spędzenia dziesięciu, piętnastu lat w Zakładzie Wychowawczym o zaostrzonym rygorze, przepadek mienia, pozbawienie praw obywatelskich na 10 lat, oraz prawa do ubiegania się o przedterminowe zwolnienie — podziałały na wyobraźnię Starego.

23. Oficerowie

Rozmowa Mokrzyckiego z Mokrym — jeśli miała cokolwiek nowego wnieść w ich relacje — musiała odbyć się w kameralnych warunkach. A o to — przy intensywności ich zajęć — łatwo nie było. Gdy wreszcie nadarzyła się okazja, obaj obwąchiwali się nieufnie. Obaj mieli świadomość konsekwencji, jakie to może pociągnąć za sobą, jeśli ten drugi jest agentem lub zwykłym nadgorliwcem i kapusiem.

— Dalej uważasz — mechanicznie przeszli na „ty” — że nie jest tak pięknie w naszej Chocholii, jak opisują media? — Mokry musiał zacząć.

— Owszem. I myślę, że każdy w miarę normalny człowiek, widzi to i wie.

— I milczy — dorzucił z paskudnym uśmieszkiem Mokry.

— Milczy, bo albo ma to wszystko w dupie, albo się boi.

— Albo… uwierzył — Mokry pozwolił sobie na przytomny wtręt. — A ty, jak widzę, ani nie uwierzyłeś, ani się nie boisz, ani nie masz w dupie? — sondował bezczelnie Mokrzyckiego.

— Błąd. Boję. Tylko, że nie mam w dupie. Bo ktoś z tym musi coś zrobić — Mokry wpatrywał się w oczy Mokrzyckiego jak zakochany licealista w oczy ładnej i wymarzonej koleżanki.

— A co proponujesz? Zamach stanu? Uprowadzenie Naczelnika? — Mokry wciąż lawirował nie chcąc otwarcie przyznać, że w każdym słowie rozumie i identyfikuje się z kolegą.

— Kpiny to twój sposób na życie? — Mokrzycki zaczął się denerwować, rozmowa zaczynała pachnieć prowokacją.

— No, nie… Przepraszam cię, ja też się boję. Ale ten stan rzeczy… — na chwilę zawiesił się szukając słów… — ....jest nieznośny.

— Widzisz jakąś realną szansę na działanie, dla nas, oficerów, przy tej infiltracji? Bo ja nie. Ilu może być wariatów w Armii, takich jak my? Trzech, trzydziestu, trzystu? Wątpię — Mokrzycki ponuro spuentował problem. — I tu jesteś w błędzie. Powinieneś wiedzieć, że nie jesteśmy osamotnieni w swoich opiniach. Zamach stanu w latynoskim stylu — bzdura. Ale bezwład i akceptacja tej „degrengolady” — to zdrada. Czym bronić kraju w razie najlżejszego zagrożenia? Jak wygląda technika, szkolenie, kadry, sojusze, sam wiesz… Ale najważniejsza jest praprzyczyna: ten nasz polityczny… burdel, bezprawie, cały system — umilkł czekając na reakcję Mokrzyckiego.

— Załóżmy, że zgadzam się z tobą co do słowa. Ale co my powinniśmy… możemy robić, wiesz? Z kim, jak, kiedy, jakimi środkami…?

— Myślę, że wiem. Dalej organizować ludzi, którzy w sprzyjających okolicznościach wystąpią razem, jako siła i wspólna myśl, a nie stado baranów, bo do tej roli nas sprowadzono. Ja, do buntujących się ludzi, strzelać nie zamierzam, ani stanąć przed plutonem egzekucyjnym, za odmowę wykonania rozkazu — Mokry rozkręcał się. Z każdym zdaniem tego wywodu Mokrzycki znajdywał wspólny mianownik, i co do celów i co do metod działania. Mokry był przekonujący, wiarygodny. Imponował logiką i konsekwencją. Dla Mokrzyckiego te wieści i cała sytuacja wymagały przetrawienia, analizy. Poprosił o czas na przemyślenie sprawy. Ale na pewno był ZA. Pożegnali się salutując. Po kilku dniach spotkali się ponownie. Mokrzycki zaczął od setki pytań, potem zaś zaproponował kilka rozwiązań, dotyczących zachowania konspiracji. Włączanie nowych ludzi było balansowaniem na chybotliwej linie, rozpiętej nad wodospadem ale innej drogi nie było. Mieli świadomość, że za spiskowanie w każdym wojsku kara jest jedna.

24. Test lojalności

Koordynator wezwał Majerka, by zadać mu tylko dwa pytania. Ważne pytania. Odpowiedź na pierwsze: czy jesteś bezwzględnie oddany sprawie, misji, jaką ma do wykonania nasza Firma? — nie sprawiła mu żadnego kłopotu. Cóż za pytanie.

— Oczywiście. Bez zastrzeżeń i wątpliwości — odparł wręcz mechanicznie. Szczerze. Z drugim pytaniem było już nieco kłopotu.

— Czy dokonasz, na polecenie przełożonego, egzekucji terrorysty?

Majerek — zapewne z przywiązania do atawistycznej tradycji — czekał na ciąg dalszy, może coś o sądzie, o wyroku… a tu nic. No ale rozkaz, to rozkaz… — mimo to, zatkało go.

— Widzę, że się wahacie Majerek — pochwalił Koordynator. Choć zupełnie nieszczerze.

— To dobrze o was świadczy, znaczy to, że jesteście odpowiedzialni. Myślicie, a to ważne w naszej służbie. No brawo… — Koordynator zawiesił głos, dając mu szansę na oprzytomnienie i poprawę. Skutecznie. Dopieszczony pochwałą Majerek zapomniał o pytaniu „czemu ma pełnić rolę kata” — i odpowiedział służbiście.

— Tak jest, wykonałbym. Ku chwale Ojczyzny i służby.

Liczył w duchu, że test lojalności skończy się na deklaracjach werbalnych. Błądził.


Już po dwóch dobach Majerek otrzymał — przez telefon — polecenie Koordynatora, by udać się niezwłocznie do Zakładu Wychowawczego w Nowem, gdzie otrzyma dalsze rozkazy. Jeździć pod kogutem nie lubił, kłóciło się to z jego naturą cienia, ale dzięki temu, podróż trwała tylko dwie godziny. Gdy zgłosił się u dyżurnego, po okazaniu identyfikatora, polecono mu pozostawić broń służbą w dyżurce, na wartowni. Klawisz przeprowadził go przez kilka krat, wędrowali ponurymi korytarzami pra-jermańskiego więzienia, działającymi na normalnych ludzi przygnębiająco. W gabinecie Naczelnika zastał swojego Koordynatora. Rozmowę poprowadził gospodarz.

— Do rzeczy. Kolego, mamy tu takiego ananasa. Szkód narobił. Naszych poranił. Jednego zabił — ciągnął Naczelnik, puszczając wodze wyobraźni.

— Musimy z nim zrobić porządek. Rozstać się… na zawsze — rozumiecie co mam na myśli… Wasz Koordynator wskazał was jako osobę odpowiednią. Naszym ludziom tego polecić nie mogę, rozumiecie, dyskrecja, dobro służby… — tu nieco się zacukał. Wyręczył go Koordynator.

— Majerek, rozmawialiśmy o tym. No myślę, że nie zabraknie wam jaj, żeby wykonać to zadanie. Jasne? — wrzasnął by obudzić Majerka ze stuporu, w jaki popadł, gdy dotarła do niego treść otrzymywanego polecenia.

— Tak jest, panie Koordynatorze — bardziej wyrzęził niż zameldował Majerek.

Naczelnik wstał, z szafy pancernej wyjął kaburę, podał ją Majerkowi.

— Naładowany — pouczył Majerka.

— No, szkoda czasu, wyjmijcie to z kabury, i za pasek, nie trzeba nam tu widowiska — Koordynator wiedział jak animować Majerka. Ten posłusznie wyjął pistolet, wsadził go za pasek od spodni i przybrał postawę zasadniczą.

Wyszli z gabinetu. Naczelnik prowadził. Na korytarzach, przy zakratowanych przejściach stali tylko dyżurni. Zeszli w podziemia. Gdy zatrzymali się przy tych drzwiach, Naczelnik przez interkom wydał polecenie. Dał się słyszeć stłumiony szczęk zamków, a nad wejściem zapaliła się czerwona lampka. Naczelnik sam otworzył. Weszli, w ciasnym pomieszczeniu pod ścianą klęczał człowiek, z czarnym workiem na głowie. Majerek nie był nawet pewien czy to kobieta czy bardzo młody, szczupły mężczyzna.

— No, wykonać — polecił Koordynator.

Klęczący człowiek trząsł się, czy to z zimna, czy ze strachu… słychać było nawet szczękanie jego zębów. Majerek odbezpieczył pistolet, przeładował, stanął za więźniem. Ta zwłoka była nieznośna. Koordynator wrzasnął.

— No, kurwa, Majerek, strzelaj!

Padł strzał. Siła pocisku rzuciła człowieka na betonową posadzkę. Krew obryzgała przeciwległą ścianę. Naczelnik odebrał znieruchomiałemu Majerkowi pistolet. Schował go do kabury, która w cudowny sposób pojawiła się w jego rękach.

— No, spierdalamy stąd — zarządził Koordynator.

Musiał szarpnąć za ramię Majerka, by ten ruszył się z miejsca. Naczelnik zamknął drzwi katowni. Wrócili do gabinetu. Tam Naczelnik schował pistolet do szafy pancernej. Widząc bladość kata, wyjął ze schowka butelkę koniaku, nalał pół szklanki i podał Majerkowi. Ten wypił zawartość „na raz”. Koordynator i Naczelnik nie pili. Po chwili Majerek poczuł się lepiej, mógł wracać. Koordynator pożegnał go niedbałym gestem i rzuconym półszeptem zdaniem.

— Teraz jesteś nasz. Zabiłeś więźnia w czasie przesłuchania. Bez sądu, bez wyroku. Są świadkowie, jest broń, są odciski. Zrozumiałeś? — dopełnił tym samym bezkrwawej egzekucji na Majerku, bez satysfakcji. Taka służba.

Majerek osłupiał. Wezwany klawisz wyprowadził go na wewnętrzny dziedziniec, gdzie czekał już służbowy samochód. Oddano mu jego pistolet. Majerek niewiele pamiętał z drogi powrotnej. Zdążył nieco otrzeźwieć, nim wysiadł z wozu. Żona na jego widok wstrzymała się od wszelkich pytań. Nigdy o nic nie pytała. Nim się z nim związała, powiedział jej gdzie pracuje.

25. psychiczny

Gdy przewodniczący składu orzekającego polecił mu podać swoje personalia, Stary…. schował się za ławą i chichocząc, kilkakroć wychylił się krzycząc:

— A kuku! A kuku…!

Siedzący obok strażnicy w pierwszej chwili zgłupieli, potem zerwali się na równe nogi, złapali go boleśnie pod ręce wykręcając je. Skwitował to głośnym krzykiem.

— Beeeeee! Stasio nie lubi! Beeee, brzydkie pany! Ja chcę do mamusi!!!!

Widząc zdumioną minę swojego papugi, omal nie parsknął śmiechem. To urozmaiciło jego dalszy występ. Koziołek Matołek byłby zachwycony.

— Beeeee, hihihihi, beeeeeeeee… Stasio się zesra, Stasio chce nocniczek!!!!! — tupał przy tym nogami, jak rozbestwiony bachor. I tak przez kilka dobrych minut.

Sędzia przerwał rozprawę, nim zdążył ją w ogóle na dobre rozpocząć. Do protokołu polecił wpisać: „Oskarżony z powodu objawów skretynienia, zostanie skierowany na badania psychiatryczne w zakładzie zamkniętym. Sąd postanowił — z powodu braku bezpośredniego zagrożenia porządku prawnego ze strony oskarżonego — by opiekę nad nim, do momentu umieszczenia go w zakładzie psychiatrycznym, sprawowała rodzina, bezwzględnie izolując go od otoczenia. W wypadku uchylania się rodziny, od podjęcia opieki nad oskarżonym, zostanie złożony wniosek o nałożenie na nich kar administracyjnych, a oskarżony zostanie umieszczony tymczasowo w szpitalu więziennym. Zalecenie to, nie było podyktowane troską o stukniętego więźnia, ale z powodu notorycznego braku miejsc w pobliskich aresztach.


Żona odebrała go z aresztu. Do chwili przekroczenia progu swego mieszkania nucił pod nosem jakiś hit sześciolatków. Nie patrzył na żonę. W domu mrugnął okiem, naskrobał na kartce „Podsłuch. Narzekaj na swój los, płacz. Ja „zwariowałem”. I podał żonie. Kartkę po chwili spuściła w klozecie. A on zawył i zachichotał w stylu Koziołka Matołka. Powoli dorabiał się własnego stylu. Nie znał niestety żadnego psychiatry gotowego przyuczyć go do roli „psychola”. Ujawnienie mistyfikacji groziło jeszcze dłuższą odsiadką, a na to nie miał ochoty.

26. Randka

To dawno wyparte ze słowników słowo „randka”, podobało się Nadziei. Może z powodu oficjalnej banicji, może z powodu wspomnień rodziców, którzy wytłumaczyli jej rzeczywiste znaczenie tego słowa, oficjalnie zrównanego z prostytucją. Ponadto rodzice dokonali rzeczy najtrudniejszej: wytłumaczyli jej czym jest wolność, miłość, seks i rodzina. Trwało to kilka lat, ale Nadzieja była dziś o wiele mądrzejsza od koleżanek, i większości odmóżdżonych nauczycielek Nowej Generacji — absolwentek z prawidłowym światopoglądem i kręgosłupem moralno-politycznym. Nie bladła słysząc zakazane słowa: seks, erekcja, prezerwatywa, antykoncepcja, jajeczkowanie, in vitro, świadome macierzyństwo. Te słowa wyparto z rozmów ludzi przyzwoitych. Z obszaru publicznej komunikacji. Czy myślała o małżeństwie i własnych dzieciach? Oczywiście. Ale nie już, nie zaraz i natychmiast. Czy po to tyrała tyle lat, by zrezygnować? Koło „trzydziestki” też można rodzić, i nie jest chyba prawdą, że to „za późno”, bo dzieci „będą wymagały szczególnej troski”. Od czasu wyrugowania z oficjalnej medycyny: in vitro, badań prenatalnych i operacji na płodzie w łonie matki — takich dzieci istotnie przybyło. Na szczęście te najbardziej zdeformowane, bez mózgu, połowy narządów czy niezdolne w ogóle do życia — umierały niemal natychmiast po urodzeniu. Ale dzięki bogu — ochrzczone. Część kobiet, po takim przymusowym porodzie rezygnowała wprawdzie z macierzyństwa, ale wszyscy byli zgodni, że „z wolą bożą się nie dyskutuje”. Od czasu uszczelnienia granic skończyła się turystyka aborcyjna. Surowe wyroki na ciężarne i lekarzy mordujących nienarodzone — zrobiły swoje, przyrost wzrósł. Problem był tylko ze zgwałconymi dziewczynkami i bardzo młodymi kobietami. Były i takie zdemoralizowane jednostki, które albo rodziły gdzieś, pokątnie lub na odludziu i umierały, albo porzucały noworodki. Najgłupsze uciekały ze szpitali pozostawiając dzieci. Skuteczność wyłapywania tych zbrodniarek była wysoka, pomoc społeczeństwa zaś — nieoceniona. Wyroki — sprawiedliwe czyli surowe.


Czarnorynkowa cena środków antykoncepcyjnych, testów ciążowych i prezerwatyw — przemycanych z dużą dozą pomysłowości — szybowała pod niebiosa. Nikt nie wyrzucał gumek do pojemników na śmieci. Po pierwsze — jeszcze się przydadzą, wymyć, osuszyć, talkiem przesypać. A po wtóre — gdyby znalazł je ktoś bardzo dociekliwy, afera dotknęłaby wszystkich mieszkańców bloku. I po co to komu?

Nadzieja wiedziała to wszystko, choć sama — na razie przynajmniej — nie była zainteresowana tymi sprawami. Tak jej się przynajmniej wydawało.


Na randkę z Dżonu poszła z własnej woli. Wyglądał poważnie, mówił do rzeczy, nie zarzucał jej banałami ani tanimi komplementami. Żarty też miewał dowcipne, a nawet inteligentne. Unikat. Zapytany na samym początku znajomości o swoją ksywkę — „Dżonu” — wyjaśnił, że nadano mu imię Jan. Zaś Jaś, Jasio, Jasiek, Jasieczek, Jasiulek — zostało mu obrzydzone we wczesnej młodości przez „nadczułe” ciocie. Nawet pomnikowa postać czołgisty Janka Wróbla z archiwalnego filmu wojennego, pokazywanego już tylko cichcem, w domach, ze starych płyt video, niewiele zmieniło w jego stosunku do własnego imienia. Dopiero równie stara komedia z „wujkiem z Indianii — Jaśkiem właśnie, przechrzczonym za wielką wodą na Dżonu — zamknęło temat. Został Dżonu i koniec, kropka. Ubawiła ją ta opowieść. Nawet nie przypuszczał, ile opowiedziała o nim samym.

Ubierając się na to spotkanie wybrała lekką sukienkę do kolan, w różnobarwne kwiaty na jasnobeżowym tle. Pierwszy raz w życiu, wybierając bieliznę, zorientowała się, że nosi rzeczy praktyczne, w dobrym gatunku, ale… beznadziejne. Nie, nie miała zamiaru obnażać się czy prowokować do podglądania. Ale naprawdę chciała być… sexy. Cokolwiek to zakazane słowo miało znaczyć. Widziała kiedyś żurnal przemycony zza granicy, gdzie bielizna była… cudowna. Czemu w naszych sklepach królowały te… praktyczne i wygodne… barchany? Czy kobieta w ładnej bieliźnie jest… osobą zepsutą, niemoralną i — jak często mawiał ich proboszcz — „naczyniem grzechu”?

Mama pozwoliła jej użyć własnych kosmetyków. Umalować usta DELKATNIE, użyć cieni do powiek i perfum — w miarę, by nie zostać posądzoną o uprawianie nierządu. Dlatego też ojciec zawiózł ją pod drzwi teatru, oddając w ręce Dżonu, który od tej chwili, aż do powrotu do domu, odpowiadał za nią własną głową. Samotna kobieta na ulicy to… ryzyko, prowokacja i poważne wykroczenie obowiązującego od dwóch lat — Kodeksu Moralności Publicznej.

27. Polityczni

Ponure gmaszysko stało tu od ponad stu lat. Było pomniejszoną kopią więzienia w Nowem. Pełniło swą rolę służąc kilku systemom, ideologiom, reżimom. W każdym są bowiem niezbędne. Różnią się obecnością lub brakiem cel śmierci i sali egzekucji. W zależności od woli aktualnej „siły przewodniej”. To więzienie, swym archaicznym wyglądem pasowało bardziej do mrocznego thrillera, ale póki co, spełniało swoją podstawową funkcję. Prócz aresztu, było więziennym szpitalem, a część cel przeznaczono dla więźniów z wyrokami.

Czasem, nawet najlepszy mechanizm zaskrzypi. Tak było i w kwestii „zakładów karnych”, zwanych oficjalnie „wychowawczymi”, a popularnie „więzieniami””. Było ich wciąż za mało. Przeludnione, niewygodne, nawet dla personelu. Absurdalna sytuacja, w której więźniowie musieli czekać na wolności, by odbyć karę jej pozbawienia — trwała od kilku lat. Brak miejsc, a wyroków sporo. Wyjątek stanowili „polityczni”, ci nie musieli czekać. Grupa więźniów politycznych przywieziona przed trzema tygodniami, po pokazowym procesie „anarchistów, wichrzycieli, sługusów wrogich nam sił, wrogów państwa i narodu” — wylądowała właśnie tu. Zgodnie z zaleceniem z samej góry, rozrzucono ich pomiędzy kryminalnych, agresywnych, niezrównoważonych i dewiantów. Mieli poznać uroki pozbawienia wolności i prawdziwe oblicze współobywateli, o których prawa tak zaciekle walczyli. Komunikacja między więźniami — dzięki „życzliwości” niektórych, specjalnie szkolonych na tę okoliczność strażników — funkcjonowała. Dyrektor zakładu był więc na bieżąco. Pokpił jednak sprawę, bo strajk głodowy politycznych i ich żądania, zaskoczyły go. Chcieli wspólnej odsiadki — a nie wśród kryminalnych, realnej opieki zdrowotnej i zaprzestania szykan wobec młodych w większości więźniów. Kilka pierwszych dni tego strajku też przespał. Wiadomość o strajku wypłynęła na zewnątrz. Krążyła po ludziach, w końcu podała ją na swej antenie rozgłośnia Swobodny Kontynent. Dyrektor wezwany do stolicy tłumaczył się gęsto i mętnie. Kolejne kilka dni rozważano, czy w ogóle i jak dalece ustąpić wobec „buntu tych szczeniaków”. Nikogo z możnych tego świata nie drażnił brak logiki i konsekwencji, w traktowaniu ich raz — jak szczeniaków, a kiedy indziej — jak groźnych wichrzycieli i przestępców. Uznano za to, że „dwa tygodnie diety nikomu jeszcze nie zaszkodziło”. Proste prowokacje, z podsuwaniem naprawdę znakomitych, pachnących posiłków, ostentacyjne ich spożywanie — przez podstawionych więźniów — w celach strajkujących, a z drugiej strony próby szantażu, bicia i zastraszania — nie podziałały. Kolejne godziny upływały, więźniowie zaczęli mdleć w celach i na spacerach. Po dwóch tygodniach przeniesiono tych w najgorszym stanie do szpitala więziennego. Po kolejny 4 dniach, byli tam w komplecie. Dni płynęły. Władze rozważały przymusowe karmienie więźniów „przez rurkę”, skrępowanych, przywiązanych do prycz. Żadnych rzetelnych badań nikt nie prowadził. Gdy umarł najmłodszy, rachityczny Wojtek — uczeń, kierownictwo więzienia przez 24 godziny nie poinformowało władz zwierzchnich. Wiadomość mimo to wyciekła do publicznej wiadomości. Rozpoczęła się więc kampania dezinformacji. Media podały, że więzień popełnił samobójstwo. Prawdopodobnie był chory psychicznie. Gdy zmarła dziewczyna — studentka, pod więzieniem zaczęły się pikiety rodzin i osób postronnych. Sprawnie pacyfikowane.

Bunt zwykłych więźniów w obronie politycznych — zakończył karierę Naczelnika więzienia. Pod presją międzynarodowej opinii publicznej i po apelu Papieża — więźniom obiecano zmianę warunków odbywania kary. Przewieziono ich do klinik, na „wolności”. Trzecią śmiertelną ofiarą był Łukasz, pomoc przyszła o dobę za późno. Zmarłych pochowano chyłkiem, nocą, na wskazanych przez rodziny cmentarzach. Naczelnik Państwa był wściekły.

— Produkujecie im męczenników? O to wam szło? — pytał nie licząc na odpowiedź. Wszyscy wiedzieli, że nie żal mu zmarłych, a jedynie zirytował go opór smarkaczy i nieudolność w wywieraniu presji, by przerwali tę idiotyczną demonstrację. Nawet gdyby umarło ich stu, tysiąc — on nie zwykł ulegać naciskom. No, może tylko Mamie, póki żyła.

28. Podsłuch

Urlop urlopem, ale telefon od Koordynatora Majerek odebrałby nawet w trumnie. Kilka razy żona narzekała, że Koordynator nie lubi gdy jego podwładni uprawiają seks, bo dzwonił zawsze, gdy byli „w trakcie”. Majerek krzywym uśmiechem kwitował te uwagi, ale z wolna popadał w… — nie, to nigdy nie zdarzało się w rodzinie Majerka… — w niemoc seksualną. Pierwsze dwa zdarzenia można było przypisać przypadkowi, ale przy czwartym… Majerek błysnął konceptem i „niby żartem” zapytał Koordynatora, czy ten ma taką intuicję, czy jest zazdrosny, bo żona się skarży na nieudane pożycie, z legalnym w końcu mężem. Koordynator zachował kamienną twarz, nie wydawał się również zaskoczony tą niezwykłą sytuacją. To stropiło Majerka. A odpowiedź Koordynatora — Być może… — ogłuszyła. Odmeldował się. Żona jednak oniemiała, kazała sobie powtórzyć treść rozmowy i… pokazała mu na migi, że mają wyjść natychmiast na spacer. Zadała mężowi — na początku — tylko jedno pytanie. Ważne.

— Czy te… skurwysyny, podsłuchują swoich ludzi?

Majerek został zaskoczony, dubeltowo. Po pierwsze zaskoczyło go użycie przez jego słodką żoneczkę słowa „skurwysyny” i to wobec jego kolegów z pracy. Po wtóre, sama myśl, że jest podsłuchiwany, wydawała mu się wręcz absurdalna. Nawet jako żart na Prima Aprilis. Pierwszy, odruchowy komentarz: BZDURA — ugrzązł mu w gardle. A odpowiedzi na następne logiczne przecież pytania: dlaczego, za co, po co — nawet nie próbował formułować.

— Czy ty coś masz na sumieniu? Podpadłeś? — żona chciała zrozumieć przyczynę utraty zaufania do męża.

— Nie wiem, nie wiem, kurwa! — Majerek miotał się jak pijany. Był stropiony, zdruzgotany, wściekły, zdumiony. A używając swojego ulubionego powiedzonka — „wkurwiony jak rudy pies”. Kto go podesrał? Kto mu robi koło dupy? Za co? Przecież dowiódł swego bezwzględnego posłuszeństwa, więc — co jest, do cholery? Nie podejrzewał o autorstwo Koordynatora. I błądził. A najgorsze dopiero na niego czekało. Jak teraz — wiedząc, że jest podsłuchiwany — ma z siebie wykrzesać zapał, siły, pomysły? Jego spadek zaangażowania utwierdzi podsłuchujących, że nie jest absolutnie lojalny i oddany. Włosy stawały mu dęba. Popadał w panikę. Co on ma robić? Przecież nie znał innego życia, niż w Firmie. Na samą myśl, że miałby szukać pracy w jakimś „cywilnym” zawodzie — pomijając nawet to, że ktoś ma coś do niego, ktoś na tyle ważny, że mógł zlecić podsłuch funkcjonariusza — odechciewało mu się żyć. Przecież nie miał… żadnego zawodu. Żona widząc go wstrząśniętym — ugryzła się w język. Potrzebował wsparcia, a nie wyrzutów czy małżeńskiego prania mózgu. Sprytna kobieta, licząc się z tym, że mogą być śledzeni, grała słodką idiotkę, szepcząc mu do ucha instrukcje, by wymusił na twarzy choć cień uśmiechu. W domu — ani słowa o pracy czy kłopotach. W jego sytuacji, z takim poleceniem na karku, tylko dobry aktor mógłby podołać zadaniu. Następnego dnia zdobył się na desperacki akt odwagi. Poszedł wprost do Koordynatora, choć droga służbowa była dłuższa.

— Koordynatorze, dlaczego jestem na podsłuchu? — wypalił w ostatnim odruchu heroizmu. Szef otaksował go spokojnym spojrzeniem, wprowadził na twarz dyżurny uśmiech i zrewanżował się serią pytań. Nie oczekując odpowiedzi. Przedtem jednak ostentacyjnie włączyć leżący na jego biurku rejestrator.

— 10 maja, godzina 9.17, mój gabinet, rozmowa z Majerkiem. Kto ci powiedział, że jesteś na podsłuchu? Czy to ci przeszkadza? Masz coś do ukrycia? Skąd wiesz, że nie jesteśmy, profilaktycznie, podsłuchiwani wszyscy, ja też? Kwestionujesz kompetencje i dobrą wolę tych, którzy wydali takie polecenie? Może chcesz zrezygnować ze służby? — ciągnął, nie czekając na odpowiedzi. Majerek milczał. To było rozsądne. Koordynator wyłączył rejestrator. Dopiero wtedy zadał najbardziej perfidne z pytań.

— Zapomniałeś o egzekucji?

Nie zapomniał. Pamiętał. Każdej nocy wspomnienie tego mordu wracało upiornym snem.

29. Stasio

Pod dom zajechał ambulans. Weszli na piętro. Stary stał w korytarzu z martwą twarzą. Co kilka minut powtarzał swoje zaklęcia.

— Stasio boi, Stasio będzie grzeczny, Stasio prosi — i tak w kółko.

Żona poważnie obawiała się, czy ta rola wariatunia — odgrywana tak udatnie przez ostatnie dwa tygodnie — rzeczywiście nie zaczęła rzutować na jego prawdziwe zdrowie psychiczne. Gdy objęła go i ucałowała, ani jeden muskuł nie drgnął na jego twarzy. Wyszeptał tylko kilka wyrazów.

— Stasio nie lubi ciumków. Stasio kocha Milusię — wtedy żona wybuchła szczerym szlochem. Milusia, było imieniem, tak, pierwszym imieniem nadanym jej — dawno, dawno temu — przez przyszłego męża, pieszczotliwym i znanym tylko im obojgu. Potem były i inne, nie mniej czułe, jak to w małżeństwie. Sanitariusze i lekarz przyglądali się tej scenie z zawodowym chłodem na twarzach. Po sprawdzeniu tożsamości pacjenta, zabrali go, nie zakładając kaftana. Tylko ledwie dosłyszalny szmer świadczył, że sąsiedzi śledzą niezwykłą sytuację na korytarzu, przez wizjery, zwane nie bez powodu „judaszami”.

30. Szpila

Parny dzień i niskie ciśnienie sprawiły, że zarówno uczniowie jak i kadra nauczycielska zachowywali się jak postaci na filmie wyświetlanym w zwolnionym tempie. Nie chciało się myśleć, pytać, pisać ani odpowiadać. Jedyną osobą odporną na takie „biometowe dyrdymały” był Sarkofag — jak nazywano nowego belfra od „historii i polityki”. Alternatywnie nazywano go czasem „HiP-sterem”, bez związku z rzeczywistością. Facet nie był nawet stary, ale sztywny jak jermański feldfebel, bez krzty poczucia humoru czy wyobraźni. Sarkofag nigdy nie sygnalizował gestem, mimiką czy tonem głosu, jaki ma nastrój. Czy wynikało to z emocjonalnej tępoty, nikłości jego wiedzy, czy z kompleksów, a może ze strachu przed trudnymi pytaniami jakie bezczelna młodzież zadawała nauczycielom przy każdej okazji, grunt, że sztywno trzymał się programu i obowiązującej wykładni historii współczesnej. Zero kroku w bok. Szlaban. I o to zaczęła się awanturka.

Sarkofag zasuwał z wykładem na temat drugiego półwiecza poprzedniego stulecia. Gdy doszedł do lat osiemdziesiątych — zaczęło się. Ktoś chrząkał, ktoś zachichotał. Sarkofag podniósł wzrok znad notatek i uwagę jego zwróciła kamienna twarz Szpili. Zazwyczaj tak impulsywny i pyskaty — milczał, wwiercając się nieruchomym wzrokiem w twarz Sarkofaga. Nie chichotał, nie chrząkał ale… bezczelnie patrzał, nawet bez zwykłego dla siebie ironicznego grymasu, na pryszczatej twarzy. Tą twarzą Bustera Keatona zirytował Sarkofaga. Bo ten czuł, że za tą kamienną maską, żywiołowego zazwyczaj ucznia, czai się jakaś przykra niespodzianka. Jakiś numer. Sarkofag takie sprawy załatwiał po żołniersku.

— Szpilkowski, wstań — polecił belfer.

— Cóż kolegę Szpilkowskiego tak zauroczyło? — zapytał przez zaciśnięte szczęki.

Szpila, zamiast trzymać mordę na kłódkę, wypalił.

— Zaskoczył mnie wykład pana profesora — odparł, wstając z miejsca niczym Łazarz ze swego przedostatniego posłania. Z wysokości swych 190(.) centymetrów górował nad Sarkofagiem, o co najmniej 20 centymetrów. Już samo to, wkurzało Sarkofaga. Ale tym razem poszło o bezczelność, o próbę podjęcia jawnej polemiki. Sarkofag zagotował się zgodnie z oczekiwaniem. Spoza jego zaciśniętych zębów wydobyło się „podstępne i chytre” pytanie.

— Coś konkretniej, może…? — Sarkofag chciał wydobyć coś ze Szpili. Coś, co pozwoli mu zmiażdżyć nielubianego ucznia. Wtedy Szpila wyprostował się jeszcze bardziej, chyba nawet stanął na palcach, odchrząknął i palnął mówkę.

— Pan profesor opowiedział tu oficjalną wersję wydarzeń z lat osiemdziesiątych i późniejszych…

— Oficjalną? A to jest jakaś inna historia? — Sarkofag wysyczał pytanie, z trudem tłumiąc wściekłość.

— Problem w tym panie profesorze, że mój dziadek tam był, uczestniczył w tych wydarzeniach… — ciągnął Szpila.

W sali zapanowała śmiertelna cisza. Nawet najbardziej tępi i rozrywkowi maturzyści trzymali języki za zębami. Nie w oczekiwaniu nieuchronnej draki, ale wyczuwając powagę sprawy, o którą toczył się spór. Niektórzy uznali, że Szpila jest samobójcą, podejmując bardzo ryzykowną polemikę z wrednym belfrem, na dwa miesiące przed maturą.

— … i na prośbę mojego ojca, na rok przed śmiercią, spisał wspomnienia. Czytałem ten jego pamiętnik. Kilka razy. I mam właśnie problem, poważny problem. Bo są w pamiętniku mojego dziadka — który był człowiekiem prawym i prawdomównym — fakty, nazwiska i wydarzenia… — z emocji zaschło mu w gardle, odchrząknął szukając słów celnych — … i wydarzenia, zupełnie inaczej przedstawione niż pan profesor był uprzyjmy przed chwilą zaserwować. No i zastanawiam się, czy ktoś się myli, albo… czy ktoś łże? — nie podniósł głosu, kończąc niby pytajnikiem, ale podanym w ten sposób, że nawet tępy jak dzida belfer zrozumiał aluzję.

— Kto łże? — zapytał ponownie Szpila. — Mój świętej pamięci dziadek, który tam był, i wiele ryzykował, czy…? — zawiesił głos i usiadł.

— Kto łże, kto łże? Ja? Ty smarkaczu! Zapłacisz mi za to! — wrzasnął Sarkofag, zabrał Dziennik z katedry i wyszedł, trzaskając drzwiami. Sekundę później zawrócił. Otworzył drzwi wsadzając głowę do klasy i zarządził.

— Szpilkowski! Do dyrektora, natychmiast. I cisza ma być, bo ze szkoły wypierdolę! Wszystkich! Jak boga kocham!!!!

Na twarze niemal wszystkich uczniów wypełzły ironiczne uśmiechy. O proszę, Sarkofag pokazał swoją prawdziwą gębę. Kabotyn. Klasa nie wiedziała, że ruszająca lawina poturbuje i ich samych.

31. Co jest grane

Stare powiedzonko przypisywane ivańskim konspiratorom mówiło: „Im mniej wiesz, tym krócej będą cię przesłuchiwać”. W połowie — koszmarny żart, w połowie — święta prawda. Bo choć byś nawet chciał — nic więcej nie powiesz. Niby proste i zasadne, ale w praktyce szczelna zasłona informacyjna utrudnia życie i „gończym”, i samym konspiratorom. Wystarczy by jeden lub więcej elementów wyskoczyło z tej układanki, a następuje częściowy paraliż organizacyjny, przynajmniej na jakiś czas. A z drugiej strony — nieskuteczna konspiracja jest biletem za kraty lub na cmentarz. I wypośrodkuj tu mądrze człowieku…

Patrząc na pole konfliktu narastającego w Chocholii, zobaczylibyśmy następujący układ figur. Po stronie władz: Armia — wielka wydmuszka, z zabytkowym sprzętem, nędznym uzbrojeniem, szkoleniem i dowodzeniem. „Szwejki”. Armia zdolna do wojny z… San Escobar i nikim więcej. No chyba, że z bezbronnymi cywilami. Dalej — siły policyjne ministra Błotowskiego, również słabo wyszkolone, kiepsko uzbrojone i jeszcze gorzej dowodzone. Dalej — wojska „pospolitego ruszenia”, sformowane przed kilkunstu laty przez byłego już ministra Kapralskiego, utrzymywane nie wiedzieć czemu przy życiu przez ministra Mocnego — niby lepiej uzbrojone i z ochotniczego zaciągu, ale wciąż amatorskie, jak na prawdziwy konflikt zbrojny.

Aparat bezpieczeństwa, był jedynym sprawdzonym atutem władz. Formalnie podlegał bezpośrednio ministrowi Mocnemu. Był jednak nieprzewidywalny. To nie znaczy, że nielojalny, bierny czy defensywny. Raczej wyjątkowo brutalny. Zazwyczaj ponad miarę. Oni zawsze mieli w zanadrzu jakiś numer, łajdactwo, prowokację, inspirę. Perfekcyjny system donosicielski w połączeniu z brutalnością przesłuchań, dawał wyniki i zapełniał więzienne cele. Ich jawne, mundurowo-wojskowe skrzydło również żądne było sukcesów, porównywalnych z wynikami tajniaków. Byli też „Rzeźnicy”, słynna 13.Brygada Pancerna. Sprawni, groźni, bezwzględni i lojalni, choć niemal połowa ich sprzętu kwalifikowała się tylko do muzeum. Atutami państwowych sił wojskowo-policyjnych były: liczebność, dowództwo, łączność, zasoby materialne. No i prawo skrojone na takie okoliczności.

Po drugiej stronie linii frontu byli „Wściekli” — raczkujący ruch oporu, wielka niewiadoma. Teoretycznie — zero wartości bojowej. Choć pomysłowi i — być może — skuteczni, ale na krótko. Relatywnie — w porównaniu z siłami rządowymi — garstka ludzi. Lecz byli wśród nich wojskowi, doświadczeni, zdeterminowani. Crème de la crème sił zbrojnych tyle, że w odstawce od lat, z woli rządzących. Szkopuł tkwił w tym, że z wiadomych względów „Wściekli” nie mieli bladego pojęcia jaki jest układ sił, who is who. W tym mroku wszczynać bunt? Iść na żywioł? Wielka improwizacja i ruletka — na łut szczęścia? Toż to prosta droga przed pluton egzekucyjny lub na komotowską szubienicę. Spasować? Logistycznie — było jeszcze gorzej. Śladowe ilości broni palnej, materiałów wybuchowych. Brak środków łączności, centralnego dowodzenia, sztabu. A zapałem dziur nie zatkasz. Czy była to siła zdolna do ataku lub przeciwstawienia się siłom rządowym? Przez jaki czas?

W zamyśle, spektakularny bunt niewielkiej lecz hałaśliwej grupy, miał być pierwszym kamieniem lawiny, ale bez gwarancji, że ruszając w dół, pociągnie za sobą innych. Tłum cywilów — to łatwy cel i łakomy kąsek dla sadystycznych dewiantów w mundurach. Największą niewiadomą było zachowanie wojska i… tłumu rodaków, biernych dotąd, lecz przekonanych, że dłużej tak żyć nie sposób. Czy będzie liczny, zdyscyplinowany i skłonny do jakiegokolwiek ryzyka — nie wiedział nikt. Wsypa, a nawet drobny incydent mogły obalić wszelkie kalkulacje. Polka-galopka po polu minowym. Informacje o obecności nowych uczestników konfliktu, z wolna docierające do „Wściekłych”, rykoszetem, niekiedy przypadkiem — miały być zwiastunem i sygnałem, że trzeba i da się te sznurki połączyć.

Rozdział IV — Każdy

32. Każdy

Majerek starał się pracować i zachowywać normalnie. Na pozór nic się nie zmieniło, ani w pracy ani w domu. Częściej słuchali muzyki, oglądali telewizję, a nawet czytali. Byle tylko mniej rozmawiać. O seksie zapomnieli. Majerek zdał sobie sprawę, że jego przełożeni chcieli, by wiedział o założeniu podsłuchu w jego domu. O spiski i nielojalność nie można go było posądzać, więc…? Pomyłka? Nie, w Firmie nie popełniano takich błędów. Więc…? Czekanie na kolejną „niespodziankę” rujnowało mu system nerwowy. Wezwanie przed oblicze Koordynatora przyjął ze strachem, ale i nadzieją, że wreszcie wyjaśni się przyczyna jego inwigilacji.

— I co tam…? — zapytał Koordynator nie podnosząc nawet głowy znad otwartej teczki leżącej na jego biurku. Na Majerka podniósł wzrok dopiero po chwili, by milczącego i chrząkającego, a tak naprawdę to w panice zbierającego myśli podwładnego, zmusić do wykrztuszenia choć słowa.

— Melduję posłusznie, że…

— Ty mi tu nie melduj, tylko gadaj po ludzku, co u ciebie, co… u was…? Coś zmieniliście tryb zajęć… tryb życia, podobno… — Koordynator mówił tonem, którego Majerek nie znosił, ba, chyba nawet bał się go. Takim tonem mówił do… przesłuchiwanych.

— Melduję, że staram się wykonywać wszystkie rozkazy…

— ...Ale żonki już nie kochasz, jak dawniej… a przynajmniej przestałeś bzykać Natalię — przerwał mu Koordynator. Majerek zaniemówił. Patrzył tępym wzrokiem na Koordynatora, nie znajdując słów na tę chamską ingerencję w jego prywatne życie. Jego, lojalnego od zawsze funkcjonariusza.

— No dobra, skończmy tę zabawę — Koordynator zmienił ton. — Nic do ciebie nie mam, ale musisz sobie zapamiętać, że każdy, każdy w tym państwie jest podejrzany. Nie ma świętych krów. Własne szeregi też sprawdzamy. Nie pierdniesz, żebym o tym nie wiedział! A żonkę możesz sobie bzykać do woli. Nagrania kasuję. Niepotrzebne nagrania. No i cieszę się, że taki z ciebie macho. No, spadaj — pożegnał się wytwornie, nie wstając zza biurka.

Majerek do końca dyżuru nie odezwał się słowem do nikogo. Nikt też nie miał do niego sprawy. W domu pozwolił żonie spokojnie zjeść obiad. Potem, skinieniem głowy dał jej znak, by wyszli. Celowo wybrał ruchliwą ulicę, i powtórzył jej słowo w słowo przebieg rozmowy. Zatrzymała się, a łzy upokorzenia i złości musiały wystarczyć Majerkowi za cały komentarz. Te łzy uświadomiły Majerkowi, jak bardzo są uzależnieni, zniewoleni. Jak dalece nikt nie liczy się z nimi, jako ludźmi. To co miało Majerka ustawić na baczność, stało się zarzewiem jego buntu. Buntu, o który nigdy by siebie nie podejrzewał. Nie miał odwagi, by powiedzieć żonie, że zabił człowieka na rozkaz Koordynatora. Zasypiając tulił żonę, głaskał ją po włosach. Tej czułości potrzebowała najbardziej. Jego już nikt, nigdy nie pogłaszcze. Nie zasłużył.

33. Las

W lesie czuli się wspaniale. Nareszcie wolni od otaczających ich ludzi. Pod parasolem drzew, wśród zapachów, poszumów wiatru. Jedynie ptaki swymi trelami i szczebiotem, przypominały, że pewnie tak wyglądał raj. Przezierające słońce rysowało wciąż nowe wzory i desenie na kobiercu zieleni i na nich samych. Oboje oczytani, wrażliwi na przyrodę i dowcipni… mieli o czym rozmawiać, i o czym… milczeć. Czas płynął im razem, w tempie ekspresowym. Lubili stare kino i lody. Właściwie brakowało im tylko czasu. Czasu dla siebie. Oboje po dyplomie, w trakcie dalszej wspinaczki po wiedzę. Z odległych dyscyplin — bo on chemik, a ona historyk — ale tym łatwiej było im znajdować ciekawostki, popisywać się wiedzą. Ale najważniejszy w ich relacjach był sposób patrzenia na świat, na ludzi. Za to odpowiadali niewątpliwie ich rodzice. Choć nie znali się wcale, poznawszy niedawno „przez dzieci”, szybko znaleźli wspólny język. Milczeniem pomijali politykę, bieżące wydarzenia. Interpretację bieżących wydarzeń politycznych dokonywaną przez media — zostawiali bez komentarza. Tylko spojrzenia mogły ich zdradzać.

Te leśne eskapady mieli okazję odbywać zdecydowanie za rzadko. Pozwalały im spokojnie milczeć, wdychać zapachy lasu, słuchać wiatru, drzew i ptaków. Kryjąc się w wysokiej trawie patrzyli w niebo, liczyli barany, delikatnie dotykając swoich rąk. Zabawne było znajdowanie znanym obojgu bajek, książek, filmów. Cytowali powiedzonka, przysłowia, frywolne fraszki. Ten spacer był inny. Po raz pierwszy Dżonu przytulił Nadzieję i.. nie chciał wypuścić jej z ramion. Gdyby poczuł, że ona chce się uwolnić z jego uścisku, choć z żalem, ale wypuściłby ją. Amor był jednak tego dnia łaskawy dla nich obojga. Nadzieja myślała, że to jej serce — nie wiedzieć zresztą czemu — tak wali. Ale gdy poczuła jak wali serce Dżonu, rozczuliło ją to.

— Nie denerwuj się. Przecież nie robimy niczego złego — powiedziała mu to patrząc, choć z trudem, bo górował nad nią o głowę, prosto w oczy. Błyszczące i zamglone. Całowali się niezdarnie, ucząc tej cudownej sztuki od osób, które właśnie zesłał im los. Musieli przerwać, by złapać dech, uspokoić kołaczące serca. Usiedli na posłaniu z mchów i paproci. Żwirek i Muchomorek nie zgłaszali obiekcji. Jak jednak całować się w tak niewygodnej pozycji? Leżąc w trawie tuż obok siebie, usłyszeli rozmowę ludzi idących przez las. Nie mieli zamiaru się ujawniać, nikomu nie było to potrzebne do szczęścia. Gdy ludzie — również para — przechodzili o kilka kroków od nich, trzymali dłonie na ustach, by powstrzymać zupełnie infantylny atak śmiechu. Gdy ucichło, przytulił się do niej i poczuł falę nigdy nie zaznanych emocji i podniecenia. Nie był w tym osamotniony. Nagle Nadzieja zaczęła się śmiać. Spojrzał na nią zaskoczony.

— Wiesz, zastanawiałam się, dlaczego nasz proboszcz nazywa kobiety „naczyniem grzechu”? Chyba zapomniał dobrodziej wspomnieć, czym to naczynie się napełnia — powiedziała to prowokacyjnie, ale od razu zarumieniła, jak przystało na porządną panienkę. Dżonu parsknął śmiechem, a gdy się uspokoił, spojrzał na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy.

— Czy… czy ty… czy ty chciałabyś… żebyśmy… — skrępowanie blokowało mu krtań.

— No, powiesz to wreszcie? — zapytała szeptem.

— Żebyśmy się… kochali?

— A robiłeś to… kiedyś? — zapytała przytomnie.

Dżonu spojrzał na nią zaskoczony, ale w jej oczach nie było czczej ciekawości, ale… pytanie, czy oboje są dla siebie „tymi pierwszymi”.

— Nie, nigdy — odparł, jak gdyby przyznawał się do tego, że nie jest mężczyzną.

Uśmiechnęła się i pocałowała go.

— Ech ty, niemądry, kocham cię.

Całowali się czule, ale Nadzieja była mądrą dziewczyną, a miłość nie zawsze wyłącza rozum, i gdy poczuła jego ręce wędrujące coraz śmielej po jej ciele, zapytała.

— Jesteś absolutnie pewien, że chcesz za dziewięć miesięcy zostać tatusiem?

Oprzytomniał. Na pociechę szepnęła.

— Będziemy razem, ale nie tu i nie teraz. Kocham cię.

Zrozumiał. Unikat. Odprowadził ją pod same drzwi. Ojciec zobaczył, że pocałowali się na pożegnanie. Pokiwał głową. No tak, córki dorastają. Byle tylko ten facet jej nie skrzywdził, bo… — iluż to ojców boi się o swoje dorastające córki, obiecując szubrawcom urwanie… no, mniejsza ze szczegółami. Tego samego dnia Nadzieja postanowiła, że zdobędzie — choćby z podziemi — tak piękną bieliznę, jak tę widzianą kiedyś w żurnalu. Chciała być najpiękniejsza, dla niego.

34. Jesteśmy

Co zamierzali? Na to pytanie, na początku nie byli w stanie odpowiedzieć jednoznacznie, nawet sobie. Ogólniki — nawet najsłuszniejsze — to nie fundament. Udzielenie ostatecznej, kompleksowej odpowiedzi było potrzebne nie tylko im, bo zamysł to za mało na werbowanie ludzi, którzy mieli ryzykować własnym życiem. Zredagowali więc jednostronicową notatkę — nie tak zwięzła jak Dekalog — ale dla nich i dla werbowanych, fundamentalną. Krystalizacja celów uspokoiła ich samych, przestali się szamotać. A ludziom łatwiej było identyfikować się z ich planem.

Duet Mokry-Mokrzycki w krótkim czasie stworzył średnio liczny, nieformalny, dobrze zakamuflowany i bardzo zdecydowany związek tych, którzy noszą mundury, ale nie jest im wszystko jedno. Raptem coś koło czterdziestu ludzi. To dlatego Mokry wybrał sobie pseudo — Alibaba. Większości na oczy nigdy nie widzieli, ani nie znali. Jeden kontakt i koniec. Taki łańcuszek Św.Antoniego.

Mokry miał chyba większy talent do prześwietlania ludzi i werbowania ich w szeregi „rozbójników” — jak autoironicznie nazywał ich związek. To było nudne, żmudne i niebezpieczne. Ekscytujące? Tak, o ile wsadzanie ręki do kosza z kobrą w środku, uznamy za ekscytujące.

Mokrzycki mając w swoim czasie więcej okazji by czytać, przewertował wszystkie dostępne publikacje tyczące działań guerilli, organizacji podziemnych i terrorystycznych, od czasów OAS, IRA, ETA, RAF, Hezbollah, ISIS, po czasy najnowsze. Organizacja zamachów stanu, jak choćby w Chile czy Hiszpanii dawały pewien ogląd mechanizmów i metod. Ale realia uległy zmianie, choćby kwestia łączności, inwigilacji. Za to realia geopolityczne były — jak zawsze w Chocholii — niesprzyjające. Mokrzycki czytał poza biblioteką pułku. Cywilni znajomi z czasów przed- i pomaturalnych, przyjaciele i kumple, służyli pomocą. Dyskretnie. Więcej książek, chocholskich i zagranicznych, było w nielicznych, prywatnych księgozbiorach, niźli w publicznych. Wiedział, że w Info-Sieci nie znajdzie niczego ciekawego. Cenzura działała na wszystkich polach. Zresztą bezpieka automatycznie wyszukiwała zbyt aktywnych poszukiwaczy „trefnych tematów” penetrujących Info-Sieć. Oficerski mundur nie byłby w żadnej mierze usprawiedliwieniem i uzasadnieniem tego prywatnego „poszukiwania wiedzy tajemnej”. Ale pewne pojęcie o regułach gry zdążył sobie wyrobić. I wcielić w życie. Obaj — tak odmienni wyglądem, temperamentem, sposobem wysławiania — uzupełniali się znakomicie. Chyba tylko poczucie humoru mieli z tej samej półki.

Korzystając z każdej nadarzającej się okazji, systematycznie zapraszali i profilaktycznie upijali na umór oficerów, sprawujących — z ramienia służb wewnętrznych i kontrwywiadu — nadzór nad ich jednostką. Toasty za kochaną Ojczyznę, Naczelnika i Armię — były podstawą programową tych mityngów. W zamian, w swoich teczkach osobowych mieli peany na swą cześć: zdolni, lojalni, oddani, przy-szło-ścio-wi.

35. Konsylium

Konsylium w składzie: Dyrektor Szpitala, Ordynator, doktor Mędrzycki oraz nasłany niedawno Koordynator — Specjalista z województwa, zebrało się jak zwykle w gabinecie Dyrektora, by przygotować się do comiesięcznych obrad Komisji Kwalifikacyjnej. W ostatniej chwili Dyrektor zawezwał na spotkanie doktora Rębajłę. Wszyscy traktowali to zajęcie ze śmiertelną powagę. Mieli świadomość, że od ich decyzji zależeć będzie nie tylko zdrowie, ale i losy hospitalizowanych, bądź skierowanych tu pacjentów. I tych, którzy zgłaszali się sami, dobrowolnie. Personel medyczny znał się od lat. Choć co to dzisiaj znaczyło? Nowy był tylko doktor Rębajło. To archaicznie brzmiące nazwisko przysparzało mu i przyjaciół i złośliwców. Nie dbał o to. Choć każdy szpital — a zwłaszcza psychiatryczny — żyje swoim rytmem, na pozór z dala od zgiełku dnia i polityki, to wydarzenia ostatnich lat odcisnęły swe piętno i tu. Poczynając od oszczędności, a potem cięciach na zagranicznych lekach, a kończąc na… klienteli, jak nieelegancko mawiali niektórzy z młodszych lekarzy, o pacjentach. Większość z omawianych przypadków nie wymagała nadzwyczajnych działań, zmiany leków czy odmiennej terapii. Problem niespodziewanie pojawił się przy pacjencie zwanym powszechnie Stasiem, choć miał nazwisko, wykształcenie, rodzinę i bogatą przeszłość. Przyczyną szczególnego traktowania Stasia były objawy oraz kontekst polityczny jego hospitalizacji. Dyrektor dowiedział się jako pierwszy, że Staś „zwariował” w wyniku konfliktu z prawem. Publicznie wdał się w polityczną pyskówkę, ktoś doniósł, a to pociągnęło za sobą całą lawinę wydarzeń. Aparat ścigania wystrzelił do wróbla z armaty. Nie trzeba być wróżką, wszyscy wiedzieli — pantoflową pocztą — jak traktowano „wywrotowców”. Izolacja, ostracyzm, szykany. No i na pierwszej rozprawie „Oskarżony z powodu objawów skretynienia, zostanie skierowany na badania psychiatryczne w zakładzie zamkniętym…” — jak głosił dokument sądowy. Pomijając amatorską diagnostykę „pana sędziego z łapanki” — to wszystko w tym wypadku, nie trzymało się kupy. Milczenie kolegów lekarzy też dało Dyrektorowi do myślenia. Ordynator — zazwyczaj tak elokwentny i wszechwiedzący — też siedział cichy, osowiały. Nikt nie chciał rozpocząć rozmowy. Być może przyczyną tej powszechnej wstrzemięźliwości była obecność Koordynatora z województwa, którego rola nie do końca była jasna. A może plotka, nigdy nie potwierdzona ani nie zdementowana, że orzeczenia Komisji Szpitalnej tyczące „psychicznych-politycznych”, mogą zaważyć na przyszłości lekarzy orzekających. Nie byli Komisją, a tylko zwykłym konsylium, ale każdy z nich wiedział, na jakim świecie żyje. Stanęło na tym, że Staś „jest przypadkiem trudnym i opornym na leki”, co zapisano. Ale to mogło być za mało, aby zapewnić Stasiowi względny komfort bezterminowego azylu.

36. Lekcja religii

Telefon w kieszeni dyrektora Zażywnego zadzwonił w najmniej stosownej chwili. W trakcie prowadzonej przez niego narady. Zadźwięczał sygnałem zastrzeżonym tylko dla bardzo ważnych rozmówców. „Szkoła Joasi”. Zażywny przeprosił zebranych, udał się w kąt sali konferencyjnej.

— Zażywny, słucham.

— Kręglowa, ze szkoły Joasi — II b.

— A, witam panią. Czy coś z Joasią?… — wolał nie kończyć.

— Nie, nic złego się nie stało… w zasadzie… hm… jak by to panu… otóż musimy się spotkać w szkole możliwie szybko. Kiedy pan mógłby…? — zawiesiła głos.

— Jeśli to… bardzo pilne… — liczył na zaprzeczenie — … jeśli to bardzo pilne, to może dziś po 16.00-tej? — starał się pójść nauczycielce, skądinąd sympatycznej kobiecie, na rękę. Nie wiedział, że jest akurat na odwrót.

— Będę czekała w pokoju nauczycielskim — stuknięcie było sygnałem, że rozmowa zakończyła się bez zwyczajowych uprzejmości. Zażywny z trudem wrócił do spraw zawodowych. Konferencję skończył szybciej niż planował. Zadzwonił do domu, powtórzył żonie treść rozmowy z nauczycielką, i przekonał ją, że jego stawiennictwo w szkole w zupełności wystarczy.

— Facet zawsze szybciej załatwi każdą sprawę, nieprawdaż Skarbie? — uspokajał.

— Daj mi znać natychmiast, jak od niej wyjdziesz. Pa.

W opozycji do swego nazwiska, dyrektor Zażywny był szczupłym, wysokim i w miarę przystojnym facetem. Na szczęście jego sex-appeal i libido były we władaniu rozumu, ponadto żona obdarzona temperamentem, urodą, intuicją, pomysłowością i wciąż żywym uczuciem, absolutnie spełniała jego oczekiwania w sypialni i nie tylko. On sam na szczęście również nie popadł w samozachwyt i starał się emablować ją, jak przed ślubem. Rzadkość, niestety.

Przywitanie z nauczycielką było wyjątkowo oschłe. Zaprosiła go do pustej klasy i zaserwowała informacje, które zmroziły mu uśmiech na twarzy.

— Dziś, na lekcji religii Joasia wdała się w polemikę, powtarzam — w polemikę — z katechetką.

— Naprawdę, nie rozumiem co uczennica trzeciej klasy…

— Ja również nie rozumiem… — niegrzecznie przerwała mu w pół słowa — ...nie rozumiem skąd u niej taka… wiedza i… zapał w obronie swojego zdania — nauczycielka próbowała być oględna w słowach.

— Tematem lekcji było Zwiastowanie i niepokalane poczęcie. Joasia — wedle słów katechetki — pozwoliła sobie na zupełnie niestosowna uwagę, że „...dzieci biorą się z brzuszka mamy. I tatuś musi bardzo kochać mamusię, żeby urodził się dzidziuś…” — wyrzuciła to z siebie z rumieńcem wstydu i zakłopotaniem. Dyrektor Zażywny uśmiechnął się pod nosem i odpowiedział nauczycielce.

— Z tego co ja wiem na ten temat, to właśnie w ten sposób i Joasia, i my, i pani również, a nawet pani katechetka, przyszliśmy na świat właśnie w ten sposób — myślał, naiwny, że w ten sposób rozładuje problem. Tę burzę w szklance wody.

— Jak widzę, nie dociera do pana powaga sytuacji — nauczycielka zmusiła się do spokoju i poważnego tonu.

— Dzieci zareagowały ży-wio-ło-wo! Pani Katechetka zdenerwowała się, a im bardziej próbowała uspokoić dzieci, te tym głośniej reagowały chichotem, dziwnymi słowami i skandowaniem: dzi-dziuś, dzi-dziuś! Przez dłuższą chwilę nie można ich było uspokoić. Pani Katechetka pobiegła na skargę do dyrektora szkoły. Dopiero on poskromił ten… bunt. Zaprosiłam pana, żeby — po starej znajomości — uprzedzić państwa, o nadciągającej burzy.

— Jakiej burzy? Jaki bunt??? — Zażywny dalej nie pojmował wagi sprawy.

— Po oficjalnej skardze do Kuratorium i biskupa, sprawa nabierze pędu. Możecie państwo trafić przed oblicze prokuratora. No i proszę się liczyć z tym, że będziemy musieli Joasię… relegować ze szkoły — zakończyła nie patrząc Zażywnemu w oczy.

— Z powodu tych kilku, prawdziwych słów? To chyba jakiś czarny żart!?

— Jeśli uważa pan za żart, publiczne kpiny z religii, obrażanie cudzych uczuć religijnych, podważanie Pisma Świętego — no to gratuluję. Pomijam już sam fakt, że dziewczynki nie powinny „tych rzeczy” wiedzieć, przynajmniej jeszcze kilka lat, do pełnoletniości. Sami państwo — tymi niepotrzebnymi naukami — wpędzili dziecko… i siebie… w kłopoty — jej ton świadczył o tym, że sprawę uważa za poważną i zamkniętą, przynajmniej w swoim zakresie kompetencji.

Zażywny, zastanawiał się, czy to wszystko mu się śni, dumał jak powiedzieć to wszystko żonie i jakie kroki przedsięwziąć, by wyciągnąć rodzinę z kłopotów. On — praktykujący i wierzący — po raz pierwszy w życiu uznał, że obowiązujący kiedyś rozdział państwa i kościoła, miał sens. A obecny status quo — jest… głupi. Zły. Dający pole do popisu nawiedzonym i nadgorliwym. Takich nigdy nie brakuje. Zgodnie z obietnicą zadzwonił do żony. W pierwszej chwili całą tę historię uznała za idiotyczny żart. Gdy zrozumiała wreszcie, że mąż mówi serio, zaczęła się bać. Bezsensownie, atawistycznie, do szpiku kości.

37. Marlena Cnotliwa

Któraś z bardziej spostrzegawczych koleżanek w hotelu, ochrzciła ją złośliwym w założeniu przydomkiem „Marlena Cnotliwa”. Bo też nie prowadzała się z facetami. Jej pierwszy facet sprawy erotyczne między nimi traktował jak bonus od losu, bez zobowiązań jakichkolwiek, przy okazji był egoistą największym w całej galaktyce. No i wiecznie bezradny życiowo. Ze stu pomysłami na godzinę i zerem konsekwencji, przy jakimkolwiek przedsięwzięciu. Biedny taki. Gdy zaczęła pracować w hotelu — zbyt namolnie domagał się pieniędzy, na kolejny świetny biznes, więc pogoniła go obietnicą skręcenia karku przez „znajomych z miasta”. Z tym środowiskiem kontaktów żadnych wprawdzie nie miała, ale gostek gierojem nie był nigdy, więc wystarczyło. Ból rozstania niewielki więc był. Przygodnych kontaktów unikała, z nikim z załogi hotelu też się nie zadawała. Na prywatne życie nie miała czasu, a kontakty w dzielnicy utrzymywała w ryzach i w ramach starych, dobrosąsiedzkich układów. Dlatego późną porą czuła się w swojej dzielnicy bezpieczna. To wciąż była „jej dzielnia”. A seks — starała się, na razie, wykreślić ze swego planu zajęć. Wspomnienie „randki” z Tłuściochem działało jak łyżka chrzanu w kompocie.

38. Nokaut

Rozmowa w gabinecie Dyrektora była krótka i treściwa.

— Ty gnojku, myślisz, że będziesz mi tu spiskował? Wodę z mózgu robił tym szczeniakom? Ja wiem, że ty jesteś, kurwa, inteligentny jak bies, ale tobie, kurwa, odpierdoliło. Rewolty chcesz robić… I nie pierdol mi tu o dziadku-sratku. W dupie mam twojego dziadka i twoje mądrości. To jest moja szkoła… — nie dokończył. Blady jak trup Szpila, wyższy od Dyra o głowę, trzepnął go prawidłowym hakiem i Dyro przepisowo nakrył się nogami. Sarkofag przerażony i zdumiony „zamachem na urzędnika publicznego w trakcie pełnienia funkcji” mamrotał tylko.

— Ty gnoju, ty gnoju…

Ale do boju, w obronie „urzędnika publicznego w trakcie…” nie stanął. Szpila wyszedł z gabinetu, z klasy zabrał swój plecak i graty, w drzwiach tylko odwrócił się, jak by chciał zapamiętać ten widok, którego już pewnie nie zobaczy. Klasa milczała.

Wiadomość o tym, że „Szpila agitował na lekcji, wkurwił Sarkofaga, a potem dał w mordę Dyrowi” ożywiła szkołę i domy rodzinne wszystkich uczniów. Opinie rodziców na temat tego incydentu — jak można się domyślać — były skrajnie odmienne.


Szpila pętał się po ulicy, niewidzącymi oczami omiatał witryny sklepów, omal nie wpadł pod auto na skrzyżowaniu bez świateł. Potem polazł do parku. Tam dopiero dotarło do niego, co się stało. Zastanawiał się czy uprzedzić rodziców… Czy żałował, że dał w twarz temu bezczelnemu zupakowi? Nie. Niezależnie od konsekwencji. Świat nie kończy się i nie zaczyna na maturze. Znajdzie robotę, może gdzieś pojedzie…

Wracając do domu, został zaskoczony. Drzwi otworzył mu jakiś dryblas, i wpuścił go do środka. W dużym pokoju rodzice siedzieli milcząc, z opuszczonymi głowami. W pokoju było jeszcze dwóch rosłych facetów po cywilnemu. Jeden z zakapiorów słodkim głosem powitał go serdecznie.

— Ooooo, a któż to nas zaszczycił w rodzinnym gniazdku? Czy to nie ten słynny Szpila — agitator i bokser? Kłamca, agresywny młody bandyta, terroryzujący klasę i szkołę? Niegrzeczny chłopczyk, niegrzeczny… Oj trzeba będzie wychować chłopczyka, bo tatuś i mamusia zaniedbali swoje obowiązki. A to się źle kończy. Prawda? — zwrócił się do rodziców. Szpila stał jak zamurowany.

— No, dosyć tej pogawędki. Do roboty chłopcy, pewnie znajdziemy tu masę ciekawej literatury. Eleganckim gestem zrzucił telewizor na ziemię i kilka doniczek z parapetu. Drugi z tajniaków zerwał Szpili plecak ze szkolnymi papierzyskami, omal nie przewracając go przy tym. Niechcący zapewne.

— Co wy… — ojciec zerwał się na proste nogi. Zakapior tylko na to czekał. Wprawnym prostym zwalił ojca z nóg. Drugi — stojący obok Szpili — profilaktycznie trzepnął go soczystym hakiem w nerki, aż chłopak z jękiem upadł na podłogę.

— Co robicie, oprawcy… — matka krzyczała, póki nie spoliczkowano jej, ze sporą wprawą i satysfakcją — prawdę powiedziawszy. Hałasy z „przeszukiwanego” mieszkania, a to za sprawą totalnej demolki, docierały do sąsiadów jeszcze przez godzinę. Nikt z sąsiadów nie był jednak na tyle głupi, by wzywać policję „do awantury domowej”. Kilka znalezionych książek historycznych, archiwalne numery gazet, listy od krewnych z Anglii oraz — casus belli — pamiętnik dziadka Szpili, zarekwirowano. Awansowały do rangi „dowodów rzeczowych w sprawie o szerzenia antypaństwowej propagandy, kłamstw historycznych, nawoływanie do anarchii i terroryzmu”. Najgroźniej

jak zamurowany.

— No, dosyć tej pogawędki. Do roboty chłopcy, pewnie znajdziemy tu masę ciekawej literatury. Eleganckim gestem zrzucił telewizor na ziemię i kilka doniczek z parapetu. Drugi z tajniaków zerwał Szpili plecak ze szkolnymi papierzyskami, omal nie przewracając go przy tym. Niechcący zapewne.

— Co wy… — ojciec zerwał się na proste nogi. Zakapior tylko na to czekał. Wprawnym prostym zwalił ojca z nóg. Drugi — stojący obok Szpili — profilaktycznie trzepnął go soczystym hakiem w nerki, aż chłopak z jękiem upadł na podłogę.

— Co robicie, oprawcy… — matka krzyczała, póki nie spoliczkowano jej, ze sporą wprawą i satysfakcją — prawdę powiedziawszy. Hałasy z „przeszukiwanego” mieszkania, a to za sprawą totalnej demolki, docierały do sąsiadów jeszcze przez godzinę. Nikt z sąsiadów nie był jednak na tyle głupi, by wzywać policję „do awantury domowej”. Kilka znalezionych książek historycznych, archiwalne numery gazet, listy od krewnych z Anglii oraz — casus belli — pamiętnik dziadka Szpili, zarekwirowano. Awansowały do rangi „dowodów rzeczowych w sprawie o szerzenia antypaństwowej propagandy, kłamstw historycznych, nawoływanie do anarchii i terroryzmu”. Najgroźniej zabrzmiało oskarżenie, o „czynną napaść na urzędnika podczas pełnienia…”, który to czyn w nowym Kodeksie Karnym zagrożony był karą bezwzględnego pozbawienia wolności i praw publicznych od lat 6. do 15. bez prawa ubiegania się o wcześniejsze zwolnienie z odbywania kary.

39. Patrioci

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 49.35