E-book
6.83
drukowana A5
43.03
Syndrom złamanego serca

Bezpłatny fragment - Syndrom złamanego serca

Objętość:
323 str.
ISBN:
978-83-8155-766-5
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 43.03


Czasami życie musi się skomplikować,

byśmy poznali tych, na których możemy liczyć.


Mojej córce Monice i siostrze Heni

.

Mirosław

Tajemnica o rodzących się uczuciach przyjaźni a później miłości między Tośką Wiśniewską a Mirkiem Sador, nie dotarła do jej najbliższej rodziny w Ostrowcu Świętokrzyskim. Mirek, podobnie jak każdego tygodnia, przyjechał do Małszewa w piątek około godziny osiemnastej. Nie zastał Antoniny w domu, ani nad jeziorem. Było cicho, jakby wieś wyludniło. Tylko Marysia szykowała łódkę do wypłynięcia na jezioro. Zawsze spontaniczna, nawet czasami potrafiąca Mirkowi rzucić się na szyję, dzisiaj wyjątkowo wyciszona.

— Cześć kuzynka.

— Cześć.

— Co tak głucho, gdzie są wszyscy?

— Po obiedzie tata z mamą i Krysią pojechali do Szczytna. Myślę, że za niedługo wrócą.

— A Antosia?

Zazwyczaj wtedy, kiedy przyjeżdżał, można ją było spotkać nad jeziorem, jakby na niego tam czekała. Był zdziwiony że dzisiaj jej nie ma na molo ani na podwórku, również na placu, gdzie wieczorem rozpalano ognisko.

— Gdzie jest?

— Pojechała.

— Do Szczytna, razem z nimi?

— Nie do Szczytna. Wyjechała.

— Gdzie wyjechała?

— Do domu.

— Do jakiego domu?

— O Matko i córko. Do swojego, rodzinnego domu.

— Jak to wyjechała? Chyba żartujesz?

— Nie. Nie żartuję.

Po policzkach zaczęły płynąć jej łzy. Podszedł do kuzynki zdenerwowany. Chwycił ją za ramiona.

— Marysia, czy coś się stało? Dlaczego płaczesz? Gdzie Antonina?

— Przykro mi, że wyjechała.

Nie mógł uwierzyć. Niemożliwe, aby tak po prostu zabrała bagaże i sobie pojechała. Przecież umawiali się, że po nią przyjedzie, razem pożegnają zakątki Małszewa a potem pojadą do Warszawy.

— Kiedy wyjechała?

— Wczoraj rano do Ostrowca Świętokrzyskiego.

— Naprawdę jej nie ma?

— Jak mówię nie ma, to nie ma. Wczoraj rano wsiadła do autobusu PKS i pojechała do Olsztyna, potem pociągiem miała jechać do Ostrowca, z przesiadką w Warszawie Wschodniej.

Był w szoku i więcej jak pewny, że dziewczyny uknuły jakiś żart.

— Mama próbowała jej tłumaczyć, żeby na ciebie czekała. Rozmawiały ze sobą dosyć długo. Tośka słuchała, kiwała głową, mówiła tak, wszystko rozumie, ale postawiła na swoim. Powiedziała, że musi jechać na cmentarz, bo jak wyjedzie do Warszawy to nie będzie miała okazji iść na grób swojej mamy. Cieszyła się nową szkołą i tym, że będzie mieszkała w Warszawie. Nawet mówiła o tobie, że jesteś fajny, odpowiedzialny, pracowity i chyba ją lubisz.

— Lubić, to czuć sympatię do kogoś, być do kogoś albo do czegoś przywiązanym, znajdować w czymś przyjemność. Kochać a lubić to zupełnie co innego.

— Nie musisz mi tłumaczyć co to znaczy lubić. Powtarzam tylko to, co ona powiedziała. No właśnie tak powiedziała.

— Wszystkiego się boi, nawet nazwać prawidłowo mojego uczucia do niej. Wszyscy wiedzą o mojej miłości do tej dziewczyny a ona, że ją lubię. Cała Tośka.

— Nie denerwuj się. Może się krępowała i słowo kocha zastąpiła słowem lubi.

— Może tak albo jakaś przykrość ją spotkała?

— Na pewno nie w naszym domu.

— Maryśka, może ty jej coś niestosownego powiedziałaś? Czasami masz niewyparzony język.

— Przestań. Ja jej przykrość zrobiłam? Najlepszej mojej przyjaciółce? Daj spokój. Nic jej nie zrobiłam, co by mogło dziewczynie sprawić przykrość. Od dawna rozumiemy się bardzo dobrze i nikt nikomu ani nie dokuczał, nie pyskował, ani nawet nie próbował drugiej osoby urazić.

Widać było na jego twarzy nie tylko zdenerwowanie, ale wściekłość. Zrobił się blady i można było zauważyć drgające mięśnie w okolicach żuchwy.

— Płyniesz ze mną?

— Tak, oczywiście. Z tobą to nawet na koniec świata, jeśli będziemy rozmawiać o Antoninie.

Zamknął samochód na klucz. Podwinął nogawki, zdjął buty i skarpetki. Pomógł jej zepchnąć łódkę na jezioro. Wypłynęli prawie na środek. Tu ryby biorą najlepiej. To dobre miejsce do pogadania. Nikt ich nie będzie podsłuchiwał, będą mogli rozmawiać na różne tematy i nawet mówić niecenzuralne słowa.

— Już od wczoraj za nią tęsknię. Taka fajna mieszczka. Tak jakoś smutno zrobiło się bez niej. Jak u Kochanowskiego w Czarnolesie, jedną maluczką duszyczką, tak tu w Małszewie, jedną delikatną Tosią tak wiele ubyło.

Na samym początku, kiedy Mirek przywiózł ją do nich na wakacje, kuzynka nie nadawała z nią na jednych falach. Jej dobroć i anielski głos, pogodna buzia drażniły Maryśkę. Taka ułożona, jak panienka z wyższych sfer i jej delikatność, to nie do zniesienia dla wiejskiej dziewczyny. Im bardziej się poznawały, Marysia przełamywała do niej niechęć. Kiedy doszła do wniosku, że Antonina jest taka z natury, nie gra roli paniusi, polubiły się i zaprzyjaźniły na dobre i na złe. Jedna drugiej powierzała swoje sekrety. Nie było to z dnia na dzień, trwało około dwóch tygodni. Mirkowi od razu przypadła do gustu, cztery lata temu na pogrzebie jej mamy. Nigdy nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, dopóki sam tego nie doświadczył. Był od razu przekonany, że z nią chciałby spędzić resztę życia. Trudno mu było komukolwiek o tym powiedzieć, że zakochał się w kuzynce i to niepełnoletniej. Uważał, że ma coś w sobie, czego nie widział u innych dziewczyn. Jest urocza, niezwykle ciepła i bezinteresowna. Oddałaby wszystko innym, nic nie chcąc w zamian. Altruistka potrafiąca pomagać sama od siebie, całym sercem. Mówiła, że ma skomplikowaną i nieodgadnioną osobowość. Im bardziej ludzie próbują ją poznawać, tym mniej o niej wiedzą. Bardzo skromna i przez to na początku sprawiała wrażenie, że to takie ciele mele, co nie potrafi przekroczyć progu dziesiątkowego. Pomimo delikatnej powłoki bezpretensjonalności i nieśmiałości jest twarda, zdecydowana, logicznie myśląca. Dużo czyta, analizuje, wyciąga wnioski. Jest delikatna, ale zahartowana i nie daje się przeciwnościom losu.

Urodziła się jako wcześniak,  w siódmym miesiącu ciąży, na saniach przed szpitalem. Z nieba leciały ogromne płatki śniegu i było minus dwadzieścia dziewięć stopni Celsjusza. Połączona pępowiną z mamą,  okryta kożuchem wozaka, który przywiózł ciężarną do porodu, czekała na położną.   Takiej akcji przejęcia narodzonego dziecięcia z nieodciętą pępowiną, nigdy wcześniej nie mieli w ostrowieckim szpitalu. W latach pięćdziesiątych XX wieku wyposażenie szpitali było skromne, praca lekarzy w ekstremalnych warunkach skuteczna. Twarda jak ten węgiel na saniach, który wiózł furman do klienta. I potrafi rozżarzyć do czerwoności, praktycznie nic nie robiąc i nic nie mówiąc. Tak po prostu, tylko swoją obecnością. W żartach mówiła, że ma bezpłatny przejazd na saniach.

Szkoda, że właściciel pojazdu nie wystawił jej na tę okoliczność specjalnego zaświadczenia.

Była bardzo maleńka. Z chwilą urodzenia ważyła niecałe dwa kilogramy. Ciągle spała, niewiele jadła i znów spała. Słabo przybierała na wadze, nie rosła. Taki stan trwał ponad dwa lata. Później niż wszystkie inne dzieci siadała i z opóźnieniem zaczęła stawiać pierwsze kroki. Łuszcząca, przemrożona skórka na całym ciele nie dodawała jej uroku. Wyglądała jak mały, ugotowany, czerwony i brzydki raczek. Sąsiadki pocieszały matkę, że nie będzie się męczyć z chorym dzieckiem, bo za niedługo maleństwo odejdzie razem z Aniołkami do Nieba. Bóg jej nie zabrał, została. Spod odpadających łusek z jej twarzy, wyłoniła się piękna buzia małej, drobnej dziewczynki, z niebieskimi oczami i brązowymi, gęstymi włosami. Kąpana w ziołach, kwiatach nagietka, szałwii, płatkach róży, miała ciało delikatne jak atłas. Później ciągle chora, stała bywalczyni szpitali, przychodni lekarskich i rehabilitacyjnych. A potem śmierć mamy, która choć trochę ją uodporniła, wpędzała w strach przed ludźmi, szczególnie przed mężczyznami.

Marysia zauważyła, że omija chłopaków z daleka. Ci co przychodzili na ogniska z letnikami, początkowo myśleli, że wszystkich ignoruje, wywyższa się, nie chce z wieśniakami rozmawiać i z nimi się zadawać. Taka panienka z miasta. Jak ją lepiej poznawali, zmieniali zdanie. Podziwiali za piosenki biesiadne, których znała niezliczoną ilość, za kawały, fraszki i opowiadania o swoim hutniczym mieście. Cytatami z literatury mogła sypać bez końca.

Opowiadała o tym, że jak była w ósmej klasie, często jeździła na kielecką wieś do rodziny mamy. Dzieciakom kazała mówić do siebie pani. Młodsze czuły respekt przed nią. Tych starszych, chodzących do szkoły odpytywała tabliczkę mnożenia. Jak nie umiały, uczyła mnożenia na palcach. Podobno wcześniej nauczył ją takiego mnożenia ojciec. Mówiły do niej pani Antonino. Wychodziła z założenia, że przecież takiej dorosłej, prawie piętnastoletniej dziewczynie maluchy z gilami pod nosem, nie będą mówiły po imieniu. Później jak wróciła do domu, brat dokuczał jej i zamiast po imieniu, przez długi czas zwracał się do niej Pani Antonino.

Ojciec nauczył ją dodawania na liczydłach. Mieli w domu biurowe liczydła, z brązowymi i czarnymi liczmanami. Często rywalizowali, kto pierwszy doda kilka liczb dwu, trzy a nawet sześciocyfrowych. Dopóki ojciec wygrywał, z chęcią robił takie konkurencje. Jak zaczął z nią przegrywać, mówił, że uczeń przerósł mistrza.

— Według mnie Tosia ma lekką androfobię?

— Co to jest?

Androfobia zwana jest również mizoandrią i jest rodzajem fobii społecznej. Jest to patologiczny stan, charakteryzujący się panicznym, paraliżującym strachem przed płcią męską. To dolegliwość na tle psychicznym a nie fizycznym.

— Dla niej mężczyzna kojarzy się wyłącznie z przykrymi i niebezpiecznymi sytuacjami. Ona zdaje sobie sprawę z niedorzeczności swoich lęków, chociażby dlatego, że o nich mówi. Ma trudności z zapanowaniem nad tym. Niekontrolowana i nie leczona androfobia może prowadzić do wycofania się z życia społecznego.

— Kiedyś przy grabieniu siana, opowiadała jak jej starsza siostra chciała zapoznać ją z kolegą swojego chłopaka. Był trzy lata od niej starszy.

Po pochodzie pierwszomajowym poszła z siostrą, jej chłopakiem i ich kolegą na ciastka do cukierni. Wszystko było dobrze, dopóki byli w czwórkę. Zapoznali ją z Andrzejkiem. Była wesoła, nawet opowiadała kawały, dowcipy, dopóki Irka nie chciała odejść i zostawić jej samej z chłopakiem. Powiedziała, że nie chce tak, że chce być razem z nią, w przeciwnym wypadku pójdzie sama do domu. Początkowo myśleli, że sobie żartuje. Nawet siostra chciała ją zatrzymać, chwytając za rękaw swetra. Wysunęła ręce z rękawów, zostawiła swój sweterek i odeszła bez pożegnania. W domu pokłóciły się ze sobą, tamta wyzwała ją od dzikusek. Tośka się poryczała i przez pół roku ze sobą nie rozmawiały. Wtedy miała siedemnaście, albo osiemnaście lat.

— Wierzę w to, ona taka jest. Zastanawiam się, dlaczego mnie toleruje?

— Musi ci ufać. Może dlatego, że jesteś jej rycerzem? Podobno testowałeś ją ze znajomości bitwy pod Grunwaldem.

— Nie testowałem, tylko zapytałem, czy wie co było pod Grunwaldem? No i ona wówczas na złość mówiła i mówiła o tej bitwie, nie dając dojść do słowa. Nie pozwoliła przerywać, tylko kazała słuchać.

Gdyby siedzieli na ławce, czy spacerowali, to pewnie zamknąłby jej opowiadanie pocałunkami, ale w samochodzie nie dało się, musiał pilnować kierownicy.

— A widzisz?

Ma wiedzę, to mówiła, gdyby nie miała to by się pewnie jąkała. Dobrze ci tak. Nie trzeba było jej wywoływać do tablicy. Myślałeś, że ją w kozi róg zapędzisz, ale się nie dała. I właśnie za to ją lubię. Myślę, że cię toleruje również dlatego, że jesteście kuzynami.

— A tam kuzynami.

— A nie?

— Maryśka, nie wkurzaj mnie tym tematem.

— Dobrze, dobrze, bo się zaraz pokłócimy.

Mirek, nie wyobrażasz sobie ile ona zna wierszy. Podziwiam ją, że jej się to wszystko mieści w pamięci. Nie wiem, jak ona to robi. Fajnie potrafiła recytować, modulowała głos. Można ją było słuchać z przyjemnością.

— Jakie wiersze recytowała?

— Różne, niektóre znam, inne nieznanych mi autorów.

— Kiedyś zaczęła recytować Inwokację Pana Tadeusza. Boże, jak pięknie.

— A jak mówiła księgę XII — koncert nad koncertami — Koncert Jankiela, to tak jakbym tam była i słyszała granie na cymbałach. Tego chyba nigdy nie zapomnę. Nawet słyszałam brzęczenie muchy, co musnęła swoim skrzydełkiem strunę cymbałów. Aż sama ten fragment nauczyłam się na pamięć.

Znowu gra: już drżą drążki tak lekkimi ruchy.

Jak gdyby zadzwoniło w strunę skrzydło muchy.

Wydając ciche, ledwie słyszalne brzęczenia.

Mistrz zawsze patrzył w niebo czekając natchnienia.

Powiedziała, że w każdym polskim domu powinien być Pan Tadeusz — epopeja narodowa. Bo epos, to utwór literacki o istotnym znaczeniu dla danego narodu. Pierwsze eposy narodowe były w Grecji, to Iliada i Odyseja Homera. W Polsce uznano „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicz jako epopeję narodową. Opisuje historię okupowanego narodu, który widzi nadzieję na niepodległość w nadchodzących wojskach Napoleona. W Niemczech epopeją narodową jest Pieśń o Nibelungach. W Stanach Zjednoczonych epopeją narodową jest Pieśń o Hajawacie. Jest to epos amerykańskiego poety romantycznego Henry’ego Wadswortha Longfellowa.

W Małszewie mieszka może więcej niemieckich rodzin, niż polskich. Tym bardziej, w polskich domach nie może zabraknąć tego dzieła. W tym co mówiła, była bardzo przekonywująca.

— Jak byłam w Szczytnie, oczywiście kupiłam Pana Tadeusza. Postawiłam w biblioteczce na honorowym miejscu. Wydanie jest bardzo ładne, z rycinami. Niejednokrotnie czytałam sobie fragmenty. Koncert Wojskiego na rogu ja czytałam, ona mówiła z pamięci. Pięknie swoim anielskim głosem zakończyła.

Tu przerwał, lecz róg trzymał, wszystkim się zdawało,

Że Wojski wciąż gra  jeszcze, a to echo grało.

— Naprawdę pod wpływem tego co mówiła, kupiłaś Pana Tadeusza?

— Przecież mnie do tego nie zmusiła. Tak bardzo to wzięłam do serca, iż powiedziałam sobie, że muszę mieć wielkie dzieło Adama Mickiewicza w domu, w zasięgu ręki. Jesteśmy Polakami żyjącymi w Małszewie wśród wielu rodzin niemieckich. W szkole lektury czyta się z niechęcią, inaczej odbiera się treści książek, jeśli czyta się je bez żadnego przymusu.

Zaśmiała się.

— Na bank powiem o tym w szkole na języku polskim. Opowiem o takiej jednej mieszczce z kieleckiego, która jest moją kuzynką.

— A Szymek pewnie jeszcze więcej o niej dopowie, bo się chyba w niej zadurzył. Już wczoraj pytał o nią. Powiedziałam, że jeszcze wróci.

— Skromna Tośka a taka patriotka. U nas w domu jest Pan Tadeusz taki zwykły, który czytaliśmy jako lekturę. Inne, stare wydanie ze złoceniami na okładce, ojciec gdzieś kupił w antykwariacie.

— Sama się dziwię, że to co mówiła, wzięłam sobie do serca.

— Przysięgnij, że nigdy jej tego nie powiesz.

— Czego nie powiem?

— Przysięgnij.

— Przysięgam na naszą przyjaźń.

— Ona sama też pisze różne wiersze, wierszyki i rymowanki. Nawet potrafiła tworzyć je na poczekaniu. Zawsze nosiła ze sobą notes i coś do pisania, najczęściej ołówek. Robiła notatki, pisała w nim strofy, rymy, synonimy.

— Naprawdę?

— Tak.

— Kiedyś czekając na ciebie, jak przyjdziesz z remizy strażackiej, poprosiłem, aby powiedziała jakiś wiersz. Początkowo nie chciała, ale jakoś się przełamała. Mówiła wiersz, który tworzyła na poczekaniu, o tym co widziała, co słyszała.

Nie jest to trzynastozgłoskowiec, jak Pan Tadeusz, ale jej własny. Nie znam go na pamięć, ale to jakoś tak było. Chwilę w myślach układał po kolei strofy.

Wieczór otwiera szarą bramę,

tuż za nią ciemność się roztacza,

noc płynie falami jeziora,

w oddali słychać szopa pracza.


Potem coś tam, coś tam, coś tam… Nie pamiętam.

A potem ostatnia zwrotka tak brzmiała.


W sypialni wielkie łoże czeka,

dla ciał rozgrzanych pieszczotami,

wtulonych w siebie, bez przykrycia,

wzajemnie sobą rozkochanych.

— Niesamowita Tośka. Nie mogę uwierzyć, że mamy taką fajną kuzynkę. I widzisz, mówiła ci wiersz o miłości. Jak przy tobie mówiła strofy o miłości, to jest więcej jak pewne, że się w tobie zakochała.

Z nią nie można było się nudzić. Jeśli komuś zaufała, była super. Dlaczego ona do Małszewa pierwszy raz przyjechała? Tabuny kuzynów tu się zjeżdżało, ona zawitała na Mazury dopiero jako dziewiętnastolatka. Przyjeżdżała rodzina z Opatowa, Ożarowa, Sandomierza, nigdy z Ostrowca.

Koledzy Marysi zakładali się między sobą, który Tośkę na dobre poderwie i chociaż raz pójdzie z nim na spacer albo pojadą gdzieś razem na rowerach. Opracowywali wspólnie strategie. Nie mieli żadnych szans. Była wesoła w grupie i tylko w grupie.

— Mojemu koledze z klasy tłumaczyła matematykę. Wyobraź sobie, że wczoraj zdał poprawkę. Powtarzałby klasę jak nic, bo z matmy cienki.

Przez przypadek kumple wygadali, że Szymek ma z matematyki poprawkę, ale nie ma szans jej zaliczyć, bo sam się nie nauczy. Profesor przygotował mu około sto pięćdziesiąt zadań. Dał do zrozumienia, że jak je wszystkie rozwiąże, to nauczy się matematyki. Jak przyjdzie na egzamin poprawkowy, na pewno go zda. Ona powiedziała, że może temu chłopakowi pomóc. Umie trochę matematykę, razem mogą rozwiązywać zadania. Sama będzie miała zajęty czas i nie będzie rozmyślała o przeszłości. Musi przynieść dwa grube zeszyty, książki do matematyki, tablice matematyczne, dwa długopisy, ołówki, gumkę do wycierania, komplet przyborów do geometrii. Był obowiązkowy, co nie podobne do Szymka. Nie spóźniał się, przychodził dwadzieścia minut przed czasem. Nigdy nie rozpoczynali nauki wcześniej niż o dziewiątej. Zawsze uczyli się na werandzie. Prawie pięć tygodni, każdego dnia od poniedziałku do piątku, w godzinach od dziewiątej do jedenastej tłumaczyła mu, rozwiązywali razem przykłady i zadania. Czasami nawet ostro do niego, jak próbował zagadywać na tematy nie związane z matematyką. Rozwiązali wszystkie zadania, które dostał od nauczyciela i jeszcze inne, które wyszukiwała w książce. W ostatnim dniu dała mu na pamiątkę zeszyt, w którym ona rozwiązywała zadania, szkicowała figury geometryczne, robiła wykresy i różne zapiski. Na okładce napisała dedykację:

„Matematyka to język, w którym nie można wyrazić nieprecyzyjnych, czy mglistych myśli”. Henri Poincare.

Na pamiątkę Szymkowi, za wspólne rozwijanie pamięci oraz umiejętności myślenia abstrakcyjnego i logicznego rozumowania.

Życzę powodzenia na egzaminie. Będę trzymała kciuki.

Małszewo, sierpień 1973 r.

Antonina Wiśniewska

Tosia

W podziękowaniu za wiele godzin, które mu poświęciła podarował jej na pamiątkę wieczne pióro firmy Parker, które dostał od ciotki z Niemiec. Kiedy wracał do domu oglądał zeszyt i całował, przede wszystkim własnoręcznie przez Tośkę napisaną i zamieszczoną tam dedykację. Był szczęśliwy. Na egzaminie poprawkowym rozwiązał zadania na dziewięćdziesiąt sześć procent. Profesor od matmy był w szoku. Nawet nie dowiedziała się czy zdał, bo jak on wrócił ze Szczytna, to jej już nie było. Wieczorem matka Szymka, w podziękowaniu za to, że wyedukowała syna, przyniosła dla niej prezent.

— Zajrzałam do torby. Są tam słodycze, kosmetyki i elektryczny młynek do kawy. Wszystko niemieckie. Mama Szymka bardzo ładnie haftuje.

Na bawełnianej torbie wyhaftowała wzór twierdzenia Pitagorasa.

a² + b²= c²

Mirek się szczerze uśmiechnął.

— Czemu się śmiejesz?

— Że Tosia, jak to powiedziała, umie trochę matematykę. Ona wygrywała wojewódzkie konkursy matematyczne. Na ogólnopolskich olimpiadach z matematyki raz była trzecia, raz druga.

— W ogóle się nie chwaliła.

— Jak jej gratulowałem to odpowiedziała, że jej się udało. Zżerała ją trema i zabrakło sprytu, by stanąć na najwyższym podium.

— Niesamowita ta nasza Tośka. Ja bym się chwaliła do wszystkich w gminie a nawet i w powiecie.

— Jak powiem chłopakom, że ona miała takie osiągnięcia, to będą mi zazdrościć kuzynki, mojej mieszczki.

Ładna, uzdolniona matematycznie, pięknie śpiewa, pisze wiersze a taka zakompleksiona, taka skromna. Pomyślał Mirek.

— Jeszcze wrócę do tych moich kolegów, co przychodzili na ogniska z letnikami. Ten od matematyki był pewny, że będzie jego dziewczyną. Starał się o jej względy.

Nawet między kolegami się założył. Chłopak nie powiem, przystojny. Kiedyś żartem mu powiedziała, chyba na odczepnego, że umówi się z nim jak rozwiąże z matematyki jedno zadanie. Musiała wiedzieć, że nie jest w stanie tego zrobić, nie ryzykowałaby. Napisała mu z pamięci krótkie zadanie.

Nie rozwiązał. Koledzy mu pomagali, nawet ja się w to włączyłam. Wszystkim wychodziły inne wyniki. Potem wytłumaczyła, jak się trzeba było do tego zabrać i jak rozwiązać. Robiła to z takim wdziękiem i na wesoło, że nawet najgorszy tuman by zrozumiał i nie mógłby czuć się urażony. Jak biliśmy jej brawo, to łzy miała w oczach. Mam to zadanie w domu, dam ci do rozwiązania.

— A jak sobie nie poradzę, to się skompromituję?

— No chyba tak, jesteś inżynierem.

— Już dawno jej mówiłem, że się marnuje w tym zadymionym Ostrowcu. Namówię ją w przyszłości, żeby studiowała matematykę, przynajmniej od takiej nauczycielki będą wychodzili uczniowie, którzy nie będą bali się matury z matematyki.

— Nauczycielką przedszkola też będzie fajną. Umie bawić się z dzieciakami. Dzieci będą za nią szalały.

Taka fajna dziewczyna, mądra, uzdolniona, elokwentna a boi się facetów, którzy nie sięgają jej intelektem do kostek. Marysia zamyśliła się.

— To co, źle robiła, że się nie umawiała z tymi chłopakami?

— Nie. Nie dlatego mówię, że się boi facetów. To, że się z nimi nie umawiała, świadczy o jej lojalności wobec mnie.

— O czymś nie wiem? Oświadczyłeś się jej?

— Nie, jeszcze nie. Jest na tyle inteligentna, iż wiedziała, że nie przyjeżdżam do ciebie, ani do nikogo innego, tylko do niej.

— Ona się w tobie zadurzyła i to na fest. Jak kocha, nie interesuje się innymi facetami, znaczy, że ci ufa. Jak to zrobiłeś? Ona nie wszystkim ufa. Jedynie z tobą chciała chodzić na spacery, siedzieć na molo i nawet wypłynąć na jezioro. Żaden inny facet nie miał szans. Pewnie z moim ojcem nie wsiadłaby do łódki, bo by się bała. Jak wróci, dasz jej klapsa za to co zrobiła?

— Przydałoby się jej tęgie lanie. Ale jak taką delikatność przywoływać do porządku? Jej spojrzenie mnie zniewala. To mówisz, że już mogłem jej się oświadczyć?

— No pewnie, nie mogłeś, ale powinieneś. Żelazo kuje się póki jest gorące. Wówczas jest plastyczne i można go naginać, jak się chce. Jak jest zimne to tylko można ciąć brzeszczotem.

Wszyscy o niej mówią, że jest kruszynką, co nie jest prawdą. Ona jest taka normalna, jest szczupła, co nie znaczy, że chuda. Trochę tu przybrała na wadze. Małszewo jej służyło.

— Maryś. Opowiadała ci o chorobie po śmierci mamy?

— Nie.

O śmierci mamy mówiła, że bardzo tęskniła, że mocno to przeżywała, miała koszmary senne, nie mogła się uczyć i przez to zawaliła rok szkolny. Na cmentarzu czytała mamie wiersze, opowiadania, zadawała jej pytania, niestety były zawsze bez odpowiedzi.

— Nic więcej?

— Nic. A ty coś wiesz? Chyba wiesz, skoro mnie pytasz?

— Nie wiem. Nie lubiła o sobie opowiadać i o tym co ją dręczy.

Mirek był pełen wiary, że jego uciekinierka, jak ją nazwał, szybko się odnajdzie. Najpóźniej do 31 sierpnia dotrze do Marysina. Przecież od 1 września rozpocznie naukę w warszawskim LWP. Lepiej by było, gdyby przyjechała wcześniej. Musi jej pokazać jak dojechać autobusem do szkoły, jakimi ulicami dojść. Na początku zawsze jest trudno poruszać się po obcym mieście. Po pracy będzie ze szkoły zabierał ją samochodem. Gdyby nie umiała matematyki, to by jej dawał korepetycje, ale w tym przypadku pomoc nie będzie potrzebna. Korepetycje to dodatkowe godziny sam na sam przy zamkniętych drzwiach, żeby nikt nie przeszkadzał.

Marysia się uśmiechnęła.

— Boję się, czy przy tobie ona będzie miała czas na naukę. Ty zamiast jej pomagać, będziesz przeszkadzał.

— Będę ją sprawdzał, czy ma odrobione lekcje.

Marysia skarciła jego pomysł. Nie może tak robić i od samego początku podporządkowywać ją sobie. Zresztą nie wierzy, że Tośka da się podporządkować. Ona jest bardzo grzeczna i ułożona, ale ma swoje zdanie. Nie pozwoli sobie wejść na głowę i z siebie robić nieudacznika.

Mirek miał natomiast inne zdanie. Uważał, iż istnieje taki model, że w kobiecej naturze powinna leżeć uległość i bezwzględne zaufanie partnerowi.

— Kocham ją. Dawniej pożądałem dziewczyny, ale nigdy nie kochałem. A pożądanie i miłość to dwie różne sprawy.

— Ona też jest tobą zauroczona, lecz zbyt inteligentna, żeby w to wszystko wierzyć. Ona potrafi czytać między wierszami. Nie tylko słuchała co ty mówisz, ale również wiedziała to, co myślisz.

— Skąd wiesz, mówiła ci?

— Nie mówiła, nie musiała.

Przez tyle tygodni, które tu była, Marysia ją poznawała. Widziała, jak tuli się do jego poduszki, jak przytula jego koszulkę do twarzy i ust. Lubiła leżeć na wersalce, na której spał. Była zawsze taka szczęśliwa, jak widziała nadjeżdżającego czerwonego fiacika. Kiedy wracali ze spacerów, wycieczek, nocnych rozmów w soboty, była wesoła, rozpromieniona i zauroczona Mirkiem.

— Zastanawiam się, dlaczego sama, bez ciebie zdecydowała się jechać do Ostrowca?

— Być może nie chciała, aby jej siostry coś na nasz temat mówiły? Może uważała, że za wcześnie wtajemniczać rodzinę w sprawy dla niej trudne?

— Wszystko fajnie, ale ta sytuacja rodzinna. Wasze matki są siostrami.

— Skąd wiesz? Ja nie jestem tego pewny, a ty wiesz?

— Można podejrzewać, że ojciec nie jest biologiczny, ale matka? Zazwyczaj ta co rodzi, jest biologiczną matką. Innej opcji nie ma.

— Ta co rodzi tak, ale może jestem podmieniony w szpitalu, może ona mnie nie urodziła. Przy porodzie byłem co prawda obecny, ale za mały, żeby to wiedzieć.

— Nie filozofuj. Jak by się dowiedziała co pleciesz, to by ci wybiła głupoty z głowy. Wy szczęśliwi, ja szczęśliwa ze swoim chłopakiem. Cudowne wakacje.

— Szkoda, że to nie wiosna, bo razem byśmy podziwiali złociste, kwitnące łany rzepakowych pól. Ona tak pragnęła zobaczyć jak kwitnie rzepak.

— Mieszczka marzycielka.

— A na wiosnę zabiorę ją za Warszawę i pokażę rzepakowe pola. Będę pod wrażeniem jej zauroczeniem złocistymi łanami kwitnących, żółtych kwiatów tej rośliny.

Przez dwa miesiące Mirek zmienił się na lepszego człowieka. Nie wypił ani jednego piwa i ani jednego drinka. Kiedyś przy ognisku piwo było obowiązkowe. Ona nigdy mu nie mówiła, żeby nie pił, o nic nie prosiła. Przy tak delikatnej dziewczynie nie wypada pewnych rzeczy robić. A picie całkowicie odpada.

— Lubiłeś się z nią całować?

— Maryśka!

— No nie powiesz, że nie. Zawsze wracaliście tacy szczęśliwi z ustami nabrzmiałymi, jak szminką wymalowanymi.

— Nauczyłem ją, bo pierwszy raz to robiła.

— Akurat. Dziewiętnastoletnia dziewczyna pierwszy raz się całowała.

Mirek zamknął oczy i przypominał sobie pierwsze kradzione pocałunki, potem delikatne muśnięcia i wreszcie te namiętne, głębokie, cudowne. Założył ręce na szyję, zaczął się przeciągać i mówić bez słów, Tośka, jak ja ciebie mocno kocham.

— Namieszała ci w życiu?

Jest wolnym facetem. Nic mu nie namieszała w życiu, jedynie w głowie, sercu i duszy. Od czterech lat tylko ona dla niego jest ważna. Sam w to nie wierzy, że człowiek może tak się zmienić. Wszystkie panienki, które obracał, to przeszłość. Stracił aż cztery lata, żeby spotkać się z nią i upewnić, że uczucie jest prawdziwe. Od dwóch miesięcy jest nią zauroczony na maksa.

— Ożenisz się z nią?

— Pewnie, mógłbym to zrobić nawet dzisiaj. Ty sobie nie możesz wyobrazić, jak cudownie mieć dziewczynę, której nikt wcześniej nie całował, ani nie dotykał.

— Nie jestem facetem, więc nie wiem jak to jest.

Zachichotała Marysia.

— Mógłbyś się nawet dzisiaj z nią ożenić, tylko gdzie narzeczona? Przestań marzyć i nie zapeszaj.

Tośka musi zdać maturę i podjąć studia. Taka zdolna dziewczyna nie może zagrzebać się w pieluchach, gotowaniu kaszki manny dla niemowlaka i chodzeniu na spacerki z wózeczkiem. Nie może zmarnować zdolności, daru od Boga i nie uczyć się. Jeśli ją naprawdę kocha nie powinien myśleć kategoriami faceta, który natychmiast chce założyć rodzinę, bo to dla niego najwyższy czas.

Jego stać na utrzymanie żony i dzieci, co nie znaczy, że kobieta ma być kurą domową i całkowicie uzależniona od kieszeni męża. Niektóre kobiety lubią taki model rodziny, ale na pewno nie Antonina.

Jeśli jej przedstawiał takie wizje, to nic dziwnego, że pojechała sama i zaszyła się gdzieś, aby wszystko uporządkować w myślach. Ona — mąż, dzieci, pieluchy, ogródek a on — konferencje, narady, hotele, wyjazdy. Nie, to nie dla Antoniny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 43.03