E-book
10.92
drukowana A5
59.27
Świętałowie

Bezpłatny fragment - Świętałowie

czyli w krainie zielonej miłości


Objętość:
415 str.
ISBN:
978-83-8104-912-2
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 59.27

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Waldemar Ciekalski


Skład: Waldemar Ciekalski


Korekta: Waldemar Ciekalski


Tytuł powieści: ŚWIĘTAŁOWIE czyli w krainie zielonej miłości


Imię i nazwisko autora: Waldemar Ciekalski


Wszelkie prawa zastrzeżone.

Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.


Wszystkie postacie w książce są fikcją literacką.

Jakiekolwiek podobieństwa do osób rzeczywistych

są całkowicie przypadkowe


Tego samego autora dostępne również:

„Zagubione dusze”

„Kobiety polskie i ich imiona”

„Pamięć o czasach Solidarności —

wspomnienia z lat 1980 — 1989”

„Wynalazek”

Słowo wstępne autora

Przedstawiając losy rodziny Świętałów i ich współmieszkańców, starałem się nakreślić ich sytuację wtedy, gdy mieszkali w Polsce na wsi w ówczesnym województwie kieleckim, w okresie dwudziestolecia międzywojennego, okupacji niemieckiej i lat powojennych do roku 1970. Tylko fragmentarycznie wracałem do lat wcześniejszych oraz do sytuacji w innych krajach. Tymczasem jest to dość istotne, chociaż niestety uchodzi często uwadze i ludzie — także w Polsce — dziwią się niekiedy, że kraj nasz był w ówczesnych okresach i jest jeszcze teraz, opóźniony w rozwoju gospodarczym i pod względem infrastruktury, w porównaniu z innymi krajami, zwłaszcza Zachodniej Europy.

Cofnąć należałoby się do czasów „potopu” szwedzkiego z lat 1655 — 1656, kiedy to wojska szwedzkie i najemne oddziały brandenburskie, siedmiogrodzkie, kozackie oraz z Niemiec, Szkocji i Irlandii dokonały w Polsce zniszczeń większych, niż dwie wojny światowe razem wzięte — jak to powiedział prof. Mirosław Nagielski w wywiadzie pod tytułem „Karol Barbarzyńca” na portalu Onet — HISTORIA NEWSWEEK w dniu 26 listopada 2014. Żołnierze szwedzcy i najemnicy zapłatę brali sobie sami, rabując wszystko co tylko się dało, gwałcąc młode dziewki — jak je wówczas nazywano, a rezydencje magnackie i setki dworków szlacheckich obrócono w popiół.

Polska była wówczas państwem zamożniejszym i na wyższym poziomie cywilizacji niż Szwecja, ale za panowania króla Jana Kazimierza pojawiały się już pierwsze symptomy rozpadu ustroju Rzeczypospolitej, a obrady sejmów były zrywane przez „liberum veto”. Ponadto Rzeczpospolita Obojga Narodów była osłabiona powstaniem Chmielnickiego na Ukrainie.

Król Szwecji Karol X Gustaw marzył o podbojach i uderzył na słabnącą Rzeczypospolitą.

W czasie „potopu” śmierć poniosło około czterech milionów obywateli Korony i Litwy. Straty ludności w niektórych rejonach wyniosły od czterdziestu do siedemdziesięciu procent. W stolicy Polski Warszawie z osiemnastu tysięcy mieszkańców zostało po „potopie” około sześć tysięcy, a miasto było w ruinach. Zamek Królewski został zdewastowany i ograbiony z bogactw. Także w innych miastach i miasteczkach oraz wsiach widać było kupy gruzów i stosy trupów. Wśród tych, którzy przeżyli było wiele kalek i chorych. Budynki mieszkalne, świątynie i pałace były spalone i zrujnowane. Wszędzie panował głód, słychać było jęki i cierpienia. To, czego nie zniszczono i spalono, zostało zagrabione i wywiezione do Szwecji.

Najazd Szwedów był dla Rzeczypospolitej katastrofą cywilizacyjną. Zapanowała nędza i głód.

Kiedy po około stu latach od „potopu” szwedzkiego Polska odrodziła się mniej więcej do stanu poprzedzającego te lata zniszczeń i śmierci, zaczęły się zbliżać czasy rozbiorów. Po trzecim rozbiorze w 1795 roku Polska ostatecznie zniknęła z mapy Europy i świata. Trzej zaborcy: Rosja, Prusy i Austria czerpali korzyści z pracy rąk Polaków, starając się nawet wykorzenić polską mowę w ramach rusyfikacji, germanizacji i „Kulturkampf”.

W tym czasie wiele krajów Europy Zachodniej miało kolonie w różnych częściach świata, z których czerpały wielkie korzyści dla siebie kosztem tubylców i bogactw naturalnych na ich ziemiach.

Największym imperium kolonialnym było królestwo Wielkiej Brytanii, które miało kolonie niemal na całym świecie, a niektóre były terytorialnymi kolosami, jak Kanada, Australia czy Indie, które uzyskały niepodległość dopiero w 1947 roku. Były brytyjskie kolonie, protektoraty, dominia i terytoria zależne. Nowy Jork był kolonią brytyjską ponad sto lat i stał się niepodległy dopiero w 1776 roku jako część Stanów Zjednoczonych. Miała też Wielka Brytania kolonie w Afryce, a w jednej z nich pewien Anglik Francis Rhodes miał kopalnię diamentów i potem nadał nawet nazwę podbitemu krajowi od swojego nazwiska, a mianowicie Rhodesia (po polsku Rodezja). Kraj ten dopiero w 1979 roku uzyskał pełną niepodległość i zmienił nazwę na rodzimą — Zimbabwe.

Drugim największym imperium kolonialnym była Francja — od początku XVII wieku, tocząc wojny kolonialne z Wielką Brytanią w Ameryce. Podbita w latach 1830 — 1847 przez Francję Algieria uzyskała niepodległość dopiero w roku 1958 po dojściu do władzy generała de Gaulle’a.

Królestwo Niderlandów czyli holenderskie imperium kolonialne miało kolonie w Azji, Afryce i obu Amerykach od XVII do XX wieku.

Niemcy miały kolonie w Afryce na przełomie XIX i XX wieku: Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia i Niemiecka Afryka Wschodnia.

Belgijskie imperium kolonialne miało kolonie w Afryce, z których największe było Kongo Belgijskie — już od 1877 roku do czasu odzyskania niepodległości w 1960 roku. Rdzenni mieszkańcy Konga pracowali ciężko na plantacjach kawy, kakao, trzciny cukrowej oraz w kopalniach złota i diamentów i musieli dostarczać kolonizatorom kość słoniową i kauczuk. Przy tych ciężkich pracach śmierć poniosło ponad pięć milionów rdzennych mieszkańców Konga, a według niektórych szacunków nawet do piętnastu milionów ludzi.

Hiszpańskie imperium kolonialne istniało od XV do końca XIX wieku. W skład Królestwa Hiszpanii wchodziły terytoria i kolonie w Europie, obu Amerykach, Afryce, Azji oraz Oceanii.

Portugalskie imperium kolonialne miało tereny w Afryce, Indiach i na Dalekim Wschodzie. W XIX wieku głównymi koloniami portugalskimi były: Angola, Mozambik i Gwinea Portugalska oraz kilka innych małych obszarów.

W tym czasie, kiedy imperia kolonialne czerpały olbrzymie zyski z podbitych krajów — z pracy rąk tubylców i bogactw naturalnych — Polska była traktowana jak kolonia przez trzech zaborców: Rosję, Prusy i Austrię.

Kiedy wybuchła druga wojna światowa i Polska jako pierwszy kraj przeciwstawiła się zbrojnie hitlerowskim Niemcom, które podzieliły się jej terytorium ze Związkiem Sowieckim na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, a potem przez ponad pięć lat była pod wrogą okupacją, sytuacja w innych krajach była zupełnie inna. Kilka krajów europejskich było sprzymierzeńcami hitlerowskich Niemiec: Włochy, Węgry, Bułgaria, Rumunia, Słowacja, inne przystąpiły do wojny później i utworzyły rządy kolaboracyjne, jak Francja i Norwegia, jeszcze inne kraje były neutralne, jak Szwajcaria, Turcja, Hiszpania, Portugalia i Szwecja.

Hitler rozkazał swoim generałom traktować Słowian z największym okrucieństwem jako „Untermenschen” czyli podludzi. Czy Hitler wiedział o tym, że słowo „niewolnik” (Slave) pochodzi od „Słowianin” (Slav), tego nie wiadomo, ale kazał Słowian traktować gorzej, niż niewolników. Na pierwszej linii tego rozkazu znaleźli się Polacy. Taki rozkaz — traktowania z największym okrucieństwem — wydał Hitler później jeszcze tylko przed atakiem na Związek Radziecki i Grecję. Natomiast nie wydał Hitler takiego rozkazu w stosunku do krajów zachodnich i skandynawskich, których narody uważał za bliskie narodowi germańskiemu.

Z powyższych względów straty ludnościowe i zniszczenia wojenne w wielu krajach europejskich i na świecie były o wiele mniejsze w porównaniu z Polską. Na przykład straty ludnościowe Wielkiej Brytanii w czasie drugiej wojny światowej wyniosły 0,1 procent, podczas gdy w Polsce straty takie wyniosły około siedemnaście procent. Mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i wielu krajów w Ameryce i na świecie nie wiedzieli co to są zniszczenia wojenne oraz cierpienia i śmierć ludności cywilnej pod wrogą okupacją.

Warszawa była jedyną stolicą wśród krajów europejskich, którą Hitler kazał zrównać z ziemią po powstaniu warszawskim jakie wybuchło pierwszego sierpnia 1944 roku i pochłonęło około sto pięćdziesiąt tysięcy ofiar wśród ludności cywilnej i około szesnaście tysięcy powstańców.

Kiedy zakończyła się druga wojna światowa, Polska odnalazła się w innych granicach i zniewolona na długie lata przez swojego wschodniego sąsiada.

Fakty powyższe przytoczyłem w tym celu, aby zwrócić uwagę Czytelnika na sytuację, w jakiej znalazła się rodzina Świętałów w chwili odzyskania przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 roku po zakończeniu pierwszej wojny światowej oraz później — w okresie okupacji niemieckiej i po drugiej wojnie światowej.

Losy i przeżycia członków rodziny Świętałów oraz ich współmieszkańców i rodaków w latach 1918 — 1970 znajdzie Czytelnik na kartkach tej książki.

Część Pierwsza

DRUGIE NARODZINY

Rozdział 1

Motto: Ziemia matka

jest w tobie na zawsze.


Wczesną wiosną 1919 roku polną drogą, biegnącą z północy na południe szedł młody piechur, ubrany w na wpół podniszczony już nieco uniform, z zarzuconą na ramieniu torbą podróżną. Na twarzy jego, jakkolwiek młodej jeszcze, znaczyły się ślady przebytych zdarzeń, a w oczach widać było zadumę i jak gdyby niepewność.

Bo też miał o czym rozmyślać Wojciech Świętała — tak bowiem nazywał się ów człowiek. Wracał właśnie w swoje rodzinne strony po kilkuletniej tułaczce wojennej, w czasie której różne przechodził koleje losu. Walczył najpierw w szeregach żołnierzy Romanowych, bo tak mu kazano, chociaż nie bardzo wiedział, kim są jego domniemani wrogowie. Widział ich wprawdzie — byli takimi samymi albo też młodszymi lub starszymi od niego ludźmi, którzy tak jak on strzelali, zdobywali okopy, bili się i zażarcie walczyli o własne życie.

Nie trwało to jednak długo, gdyż on czuł się Polakiem i chciał walczyć dla swojego kraju, a nie dla kogoś innego. Kiedy w drugim tygodniu sierpnia 1914 roku wszedł z rosyjską kawalerią do Kielc i dowiedział się, że ma walczyć ze strzelcami Legionów Polskich, to coś się w nim zaczęło buntować.

— Toć ja jestem Polak. I Polaków mam bić? Dla Rusków? Ja tak nie chcę.

Zaczął dyskretnie rozmawiać z mieszkańcami i dowiedział się, że w kieleckim magistracie i w pałacu biskupim mieści się sztab tych legionów i biuro werbunkowe. Postanowił się tam jakoś dostać. Było to ryzykowne, ale mu się udało. W ten sposób został żołnierzem Legionów Polskich i dowiedział się, że dowódcą jest jakiś Józef Piłsudski. Potem walczył już przeciwko swoim niedawnym kolegom z armii carskiej i modlił się o to, żeby nie zrobić krzywdy Polakom. Na polityce się nie znał, ale był przekonany, że walczy dla Polski, chociaż w rzeczywistości Legiony Polskie walczyły po stronie Austrii, która była jednym z zaborców, przeciwko Rosji, która była innym zaborcą — taka była polityka Józefa Piłsudskiego, gdyż w tamtych czasach nie widział innej możliwości i miał nadzieję na wywalczenie w ten sposób niezależności dla Polski. W pierwszym okresie wojny wraz z wojskami austriackimi i Legionami Piłsudskiego odnosili sukcesy i dotarli nawet do Warszawy widząc po drodze jak Rosjanie zostawiali za sobą zgliszcza spalonych domostw i pędzili ludzi na wschód. Później sytuacja się zmieniła i wojska austriackie i sprzymierzone z nimi wojska niemieckie zaczęły ponosić klęski. Na około rok przed końcem pierwszej wojny światowej wraz z większością innych polskich żołnierzy odmówił złożenia przysięgi wiernopoddańczej austriackiemu monarsze i znalazł się w obozie dla internowanych. Po zwolnieniu tułał się po świecie, aż wreszcie postanowił wrócić do rodzinnego domu w swojej wsi Wieśniowie.

Idąc tak, wspominał między innymi zdarzenie, które tyle zamętu i sprzecznych odczuć wywołało w jego głowie.

Było to w czasie jednej z wielu utarczek wojennych, w jakich razem z innymi rekrutami brał udział jako żołnierz Legionów Piłsudskiego walcząc po stronie armii austriackiej. Po gwałtownej strzelaninie, w czasie której zostało zabitych wielu żołnierzy, doszło pod koniec bitwy do walki wręcz. W pewnym momencie młody Wojtek ujrzał przed sobą kudłatą twarz starego wojaka w mundurze żołnierza armii carskiej i nie namyślając się wiele zamierzył się bagnetem, aby ratując własne życie odebrać go temu drugiemu. I wtedy z ust tamtego usłyszał coś, co powstrzymało zadanie ciosu.

— Nie zabijoj dobry cłowieku! — były to słowa normalne na wojnie. Ale dla Wojtka oznaczały co innego, gdyż były wypowiedziane tym samym językiem, którym on władał — polską mową.

— Ktoś ty? — zapytał.

— Polok, panie — usłyszał w odpowiedzi.

— I ja Polak — słowa te jak gdyby same wydobyły się z ust Wojciecha Świętały.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, wzajemnie się obserwując i jeszcze nie bardzo sobie dowierzając.

— To my łobydwa Poloki — powiedział wreszcie starszy — i my się ze sobą bijem? Jagze to jest panie?

— Nie nam o tym myśleć — odrzekł młody. Nam robić to, co każą.

Wypowiedziawszy te słowa, które znów przeraziły stojącego przed nim, zdał sobie od razu sprawę z ich bezsensu. Bo już wiedział, że nie zabije starego wojaka, a tak przecież powinien zrobić wedle rozkazów.

Rozeszli się potem bez słowa, spoglądając tylko na siebie ciekawie.

Wspominając to zdarzenie Wojciech Świętała uzmysłowił sobie, że to było to, o czym opowiadał mu jego ojciec i jego znajomi. Wierzył w to i wiedział, że to jest prawda, ale nie czuł tego. Dopiero tam — wtedy — poczuł to i miał zapamiętać na zawsze i nosić to w sobie.

Tak — była więc kiedyś nasza kraina, jedna kraina, wspólna dla wszystkich, którzy mówili tym samym językiem. Dawno to było — ponad sto dwadzieścia lat temu. Różnie wtedy bywało — raz lepiej, raz gorzej. Żyli ludzie w zgodzie, ale było i tak, że kłócili się między sobą. Ale gdy przyszła wojna, wszyscy jak jeden stawali razem i bili tych, co inną mowę mieli.

A potem nie było już naszej krainy — rozpadła się na trzy części, zabrane przez trzech zaborców: Rosję, Prusy i Austrię. Mówić kazali różnymi językami, rodzonej mowy zabraniali, a wreszcie postawili naprzeciwko siebie i kazali się nawzajem zabijać.

I oto pod koniec tego zabijania dziwne wieści zaczęły krążyć wśród żołnierzy. Szeptano najpierw, a potem mówiono coraz głośniej, że podobno ma być znowu tak jak kiedyś, że się połączymy wszyscy, że będziemy sami sobą rządzić, razem się trzymać, w razie potrzeby wspólnie się bronić i dbać o swoją krainę.

Bo przyznać trzeba, że zaniedbana była strasznie. Co się dziwić? Kto miał o nią dbać? Tamci? Oni mieli swoją i o niej myśleli, dla niej żyli i pracowali. Niby to mówili inaczej — że ta też jest ich, ale w gruncie rzeczy to gardzili tymi nie swoimi ziemiami. Były one jak zaszczepione na obcym drzewie gałęzie, które nie chcą się przyjąć, chorują i niejednokrotnie wolą zginąć, niż rodzić owoce dla kogoś innego.

Widać to było na każdym kroku, a po tej wojnie — strasznej i bezlitosnej, która zasiała śmierć i zniszczenie na skalę niespotykaną dotychczas — szczególnie to się rzucało w oczy. Sterczące ruiny spalonych, ubogich domostw, zburzone mosty, porujnowane drogi, połamane drzewa i nie obsiane pola.

I ludzie — obszarpani, zaniedbani, nierzadko z bosymi nogami i ponurymi, steranymi twarzami, w których czaiła się nieśmiała nadzieja na lepsze. Bo przecież to, o czym mówili jeszcze niedawno tylko ukradkiem, stawało się faktem — mieli znów swoją krainę! Wprawdzie dźwigała się dopiero z ruin i walczyła jeszcze, ale tym bardziej ją kochali i chcieli jej służyć, dla niej żyć i ciężko pracować.

Dzień ten piękny był, ale tylko wtedy, gdy patrzyło się w górę. Drzewa wprawdzie tu i ówdzie okaleczone, pokryte już były zielonymi liśćmi, połyskującymi w słońcu, które świeciło na jasnym bezchmurnym niebie. Gdzieniegdzie widać było zieleniejące się oziminy, chociaż więcej trawą zarosłych, jak gdyby zapomnianych poletek. Wszystko budziło się do życia.

Wieśniów położony był w szerokiej dolinie, obrzeżony ciemną koroną lasów z widocznymi w oddali Górami Świętokrzyskimi. Była to piękna wieś o każdej porze roku — tak przynajmniej zapamiętał ją Wojciech Świętała. Nie miało dla niego znaczenia to, że widział duże różnice w porównaniu do tych wsi z terenów Niemiec i Austrii. Nie było tu wodociągów i kanalizacji, były doły kloaczne umieszczone byle gdzie, studnie — nie dość że rzadkie, to bez hermetycznego zamknięcia i majaczące w oddali — kryte słomianymi strzechami chaty. Nawierzchnia drogi biegnącej do wsi była nierówna, pełna błota, bez rowów i bocznych chodników dla pieszych. Na poboczu drogi była kapliczka z figurą Matki Boskiej, a dalej wysoki krzyż z wizerunkiem Chrystusa u góry. Przy drodze rosły gęsto piękne, stare brzozy, lipy i wierzby płaczące.

Idąc tak skrajem drogi zastanawiał się Wojciech Świętała, co zastanie w swojej wiosce i w domu rodzinnym. Prawdę mówiąc, to nie bardzo miał wracać do czego i nieraz nosił się nawet z zamiarem, aby ruszyć gdzie w świat. Od dawna nie wiedział już bowiem nic o swoich bliskich i sądził nawet niekiedy, że już chyba nikt nie spodziewa się, że wróci z tej strasznej wojny. Dlatego opóźnił się jego powrót do domu, gdyż zatrzymywał się tu i ówdzie, zarabiając przy okazji trochę pieniędzy. Wspominał jednak często swoją matkę, ojca, braci i siostry. Myślał także o starej, ubogiej chacie krytej słomianą strzechą, w której z trudem się jakoś mieścili.

A kiedy na horyzoncie zobaczył zarysy znanych domostw, serce zabiło mu mocniej i zwolnił nieco kroku. Ujrzał właśnie po prawej stronie duży różowy głaz i zdrożony usiadł na nim ciężko. Rozejrzawszy się wokół nie zobaczył nikogo i spuściwszy nisko głowę, pogrążył się w głębokiej zadumie.

Nie należał Wojciech Świętała do bojaźliwych ani też do takich, którzy łatwo poddają się nastrojom — o tym mieli możność przekonać się jego dowódcy w czasie wojny, wysyłając go na najbardziej niebezpieczne akcje. Zresztą już jako młody chłopak dawał się innym we znaki i raczej nie zdarzało mu się płakać.

I oto teraz, po tylu doświadczeniach, po latach ciężkich i twardych walk z przeciwnościami, które zawsze jakoś udawało mu się pokonywać — teraz właśnie — dwie łzy spłynęły po jego twarzy. Bo to było coś innego, niż tamte przeciwności. To było coś, z czym nie wiedział jak walczyć.

W pewnym momencie ocknął się, twarz jego ożywiła się nieco, podniósł głowę, spojrzał swoimi bystrymi oczami przed siebie i ktoś, kto znałby go nieco bliżej wiedziałby już, że myśli inaczej niż przed chwilą.

Bo w istocie tak było.

Oto przypomniał sobie nagle o tych wszystkich opowieściach swoich współtowarzyszy — pełnych otuchy, nadziei i wiary w lepsze. Przecież to musi być prawda! Przecież to jest tak, jak gdyby uwięzionego ptaka z klatki wypuścił na szerokie, pełne strawy pola i lasy.

Toteż zerwał się na równe nogi i ruszył żwawo w dalszą drogę, aby w niedługim czasie znaleźć się na skraju wioski. Stojące przy drodze chaty tonęły w zieleni drzew i sadów, tworząc jak gdyby wieś-ogród, stanowiącą malowniczy widok — bliski i trudny do zapomnienia dla każdego z mieszkańców. Wtulone między drzewami stały zagrody — przeważnie dwubudynkowe, złożone z chałupy pod wspólnym dachem z oborą i osobno stojącej stodoły. Były też zabudowania trój-budynkowe, gdzie dom, budynki inwentarskie i stodoła stały osobno. Dachy były już w większości nie czterospadowe — jak dawniej przed wojną — lecz dwuspadowe, pokryte żytnią słomą na gładko, z narożnikami w schodki. Tylko kilka domów pokryte było gontami. Na niektórych budynkach widać było jeszcze ślady zniszczeń wojennych.

Ranek budził się właśnie dopiero, słychać było dobiegające z zabudowań odgłosy krzątających się ludzi.

W pierwszej i drugiej zagrodzie nie było nikogo na podwórzu, natomiast w trzeciej — po prawej stronie kamienistej, błotnistej i nierównej drogi — stał przy studni stary Pliszka i poił konia. Zobaczywszy idącego człowieka odwrócił głowę i zaczął się podejrzliwie przyglądać. Nie poznał jednak młodego Świętały — tych parę lat tu na wsi może niewiele znaczyło i niewiele by go zmieniło. Tam jednak te same lata jak gdyby liczyły się podwójnie, a może nawet potrójnie i zrobiły z niego poważnego młodego człowieka.

— Dobry dzień — odezwał się Wojtek.

— Na zdrowie — odpowiedział stary Pliszka. A że był to człowiek, który starał się zawsze wiedzieć o wszystkim co się we wsi dzieje, nie poprzestał na tym, lecz zapytał z ciekawością:

— A dokąd to idziecie młody człowieku?

— Do Świętałów, Wojtek jestem, nie poznajecie mnie? — padła odpowiedź.

— A.….. a….. a….., dyć rzeczywiście. Toś się zmienił przez te lata, że trudno cię poznać. A tu już myśleli wszyscy, że cię zastrzelili gdzie na tej wojnie. Matka cię opłakała, a inni to chyba nie bardzo się tym przejęli, bo i bez ciebie miejsca w izbie niewiele mają.

Słowa te ukłuły Wojtka, ale opanował się wspomniawszy, że ludzie we wsi za Pliszkami nie przepadali. Poszedł więc dalej, nie podejmując dłuższej rozmowy, a idąc spotykał co pewien czas inne znajome twarze. Niektórzy nawet go poznawali i witali serdecznym słowem mówiąc, że się domownicy na pewno ucieszą.

Wreszcie stanął przed domem rodzinnym i znów poczuł niespokojne drżenie. Przyglądał się, starając sobie przypomnieć wszystko to, co przed kilku laty opuścił i dostrzec różnice. Niewiele ich jednak było. Tak jak dawniej, stała trochę odsunięta od drogi, mała drewniana, pokryta strzechą chata. Ściany zewnętrzne były już nieco zmurszałe i odrapane. Z drogi widać było małe kwadratowe okno z lewej strony, wychodzące na północ. Wejście do izby znajdowało się od podwórza. Zresztą — nie tylko do izby, bo chata przedzielona ścianą — stanowiła także pomieszczenie dla żywego inwentarza. Od strony zachodniej i północnej ściany pokryte były gacią z liści — nie zdjętą jeszcze po ciężkiej zimie. Z kalenicy wystawał komin, z którego pospadały na słomiany dach odpryski kamienia.

Nieco dalej od drogi stała drewniana, pokryta również strzechą, niewielka stodoła. Spojrzawszy na nią pomyślał od razu Wojtek, czy jest jeszcze w niej coś zboża, zważywszy na to, że przecież był to już przednówek, który zawsze tak bardzo dawał im się we znaki, gdyż przymierali głodem. Od strony zachodniej przylegał do stodoły zbity z desek ustęp, który stanowił jak gdyby przedłużenie drewnianego płotu wykonanego ze sztachet. Z drugiej strony była otwarta przestrzeń, na której rosły dwie wierzby, brzoza oraz czereśnia, która zawsze na wiosnę sprawiała dzieciom wiele uciechy swymi dorodnymi owockami.

I jeszcze jedna rzecz była, którą od razu każdy przybysz musiał zauważyć — choćby z racji głośnego szczekania — to buda dla Burka, stojąca pod czereśnią. Było to stworzenie, które cieszyło się u domowników specjalnymi względami z racji swoich umiejętności w łowieniu szaraków. Teraz również Burek był pierwszym, który wyczuł przybysza i przycupnąwszy na tylnych łapach zaczął poszczekiwać, początkowo głośno, później zaś coraz bardziej nieśmiało i przekręcając głowę to na lewą, to na prawą stronę. Coś mu się nie zgadzało i nie wiedział jak ma reagować. Zachowywał się zresztą trochę podobnie do przybysza, który również stąpał nieśmiało.

Nadszedł jednak wreszcie moment, kiedy Wojciech Świętała stanął w progu rodzinnego domu po pięciu prawie latach nieobecności. Drzwi do chaty były już lekko uchylone — ojca bowiem nie było i z przyległej obórki dochodziły odgłosy jego krzątaniny. Pozostali domownicy spali jeszcze.

Pchnięte lekko drzwi otworzyły się na oścież i w chacie zrobiło się od razu jaśniej, tak że śpiące postacie zaczęły się poruszać. Jedna z nich nawet podniosła się i usiadła na łóżku — a była to najstarsza.

— Witajcie mamo! — te dwa proste krótkie słowa, wydawałoby się niewiele znaczące, zostały jednak wypowiedziane tak pełnym i szczerym głosem, że zawierały to co było w tym momencie najważniejsze.

— Wojtek! — odpowiedź była jeszcze krótsza, ale zawierała również wszystko to, co chciała powiedzieć mówiąca. Zerwała się jednocześnie z łóżka i boso, w koszuli podbiegła do syna. Rzadko o nim ostatnio mówiła, ale tylko ona wiedziała, że myśli niemal bez przerwy. Przez krótką chwilę przyciskała do piersi jego głowę, aż musiał się mocno pochylić, a potem trzymając go dalej odsunęła się nieco i patrzyła na jego twarz tak, jak gdyby chciała potwierdzenia, że to jest prawda.

— To ty żyjesz synu! — nie mogła pohamować drżenia głosu i nie mogła uniknąć wypowiedzenia tych słów, które zdradziły jej myśli.

— A po cóż miałbym umierać, mamo? Przecież teraz potrzeba takich jak ja — młodych i silnych. Toć nowy kraj mamy budować. — Chciał jeszcze powiedzieć coś więcej, ale w tym momencie zrobił się ruch na posłaniu — podnosiły się następne postacie i coraz to któraś wypowiadała podobne słowa:

— Wojtek przyjechał! Wojtek jest w domu! Wojtek wrócił z wojny! Wojtek — to słowo słychać było najczęściej.

Powstali wreszcie wszyscy z jego rodzeństwa, a było ich tam razem pięcioro: siostry: Halina, Bronka i najmłodsza Gienia oraz dwaj bracia: najstarszy Kazimierz i ostatni z rodu — najmłodszy Wiesław. Brak było tylko Stefana, który mieszkał z rodziną w sąsiedniej wiosce, która nazywała się Grabiny.

Zrobiło się od razu gwarno, jedni przez drugich zadawali pytania, oczywiście przede wszystkim na temat wojny i Wojtka w nim udziału. Potem ciekawość zeszła na inne tory — jakie są wieści ze świata, czy to prawda, że teraz będzie nam dużo lepiej, że głód już nie będzie zaglądał do chaty.

— Na pewno będzie nam lepiej — mówił Wojtek. — Teraz będziemy panami sami dla siebie.

— A bedziemy, bedziemy — odezwał się nagle w drzwiach jeszcze jeden głos. To gospodarz — Józef Świętała, posłyszawszy gwar z izby wiedział już, kto był tego powodem. Powitanie ojca z synem było bardziej męskie — podali sobie ręce w mocnym uścisku i cmoknęli z dwóch stron.

— To godos, ze teroz bedziemy panami — powtórzył stary. — A no zobocymy –wycedził wolno te słowa, jak gdyby nie bardzo dowierzając, że mogą się one ziścić.

I prawdę mówiąc trudno się było dziwić temu człowiekowi, który urodził się i dorastał w okresie, kiedy kraj znajdował się w niewoli. A i ojciec jego także przecież nie znał czasów świetności swojej ojczyzny i ta świadomość wniknęła w krew płynącą mu w żyłach. I przekazał tę świadomość razem ze swoją krwią swoim potomkom, a w tej świadomości było coraz mniej wiary w to, że znów kiedyś zostaną wypuszczeni z tej klatki na wolne, własne pola i drogi.

Jednocześnie wśród tego niedowierzania rodziły się wątpliwości i niepewność, czy teraz nie zostanie zaprzepaszczona szansa, która się nadarzyła i czy rzeczywiście ta wolność będzie pełna i całkowita.

— Powiedział Piłsudski zagranicy, że teraz to my sami sobą rządzić będziemy i swoją własną armię utworzymy, która naszych ziem będzie bronić — mówił Wojtek z dumą w głosie, jak gdyby chcąc wykazać znajomość rzeczy

— Tak, tak, Piłsudski mówi, Witos mówi, Daszyński swoje tyż godo — odparł ojciec — jest ich tam tylu, a wszyscy tak mądrze godają, ze jak sie słucho to az sie serce raduje jak nom to dobrze bedzie. Zeby sie uni ino w kuńcu dogodali. Bo jak sie między sobą kłócić zacznom, to moze być nie lepi jak przedtym.

— A już byście dali spokój z tą polityką — przerwała gospodyni domu.

— My to Witosa słuchać musimy, bo to jest chłop taki sam jak my — powiedział jeszcze tylko jedno zdanie Wojtek i zgodnie z wolą matki zmienił temat.

— To powiedzcie teraz, co się tu we wsi dzieje? — zapytał rozglądając się wokoło.

— Nic się nie zmieniło, Krystyna czeka na ciebie i na pewno się ucieszy, kiedy się dowie, że wróciłeś — pierwsza odpowiedzi udzieliła Bronka i była to odpowiedź, która chyba najbardziej zadowoliła Wojtka, chociaż próbował z trudem ukryć, że tak nie jest. Przez te ostatnie lata była to bowiem osoba, która zajmowała w jego myślach tyle samo miejsca co i rodzina. Nie zadał jednak na ten temat żadnego pytania, a uniknąć zakłopotania pozwolił mu gwar następnych głosów z informacjami.

— Ziemię podobno mają dawać — wtrąciła matka Julia — może i my coś weźmiemy, bo po prawdzie to nam się nie przelewa. Ale przecież na śniadanie jeszcze się coś niecoś znajdzie. Napal no w piecu Gienia, to usmażymy jajecznicę.

— A co tam u Stefana słychać? — zapytał Wojtek o nieobecnego brata.

Ano gospodarzą z Danką na tych swoich paru hektarach, kunia juz mają i jakoś tam sobie dają radę. Dochowali się juz gromadki, cworo mają — tym razem odpowiedzi udzielił Kazimierz, który też myślał już poważnie o założeniu rodziny.

Rozmawiali tak jeszcze przez dłuższy czas, jedni przysiadłszy na drewnianej ławie lub na brzegu łóżka, inni po prostu stojąc, a pośród tej rozmowy jedna myśl wszystkich trapiła, choć o niej głośno nie mówili. Było ich tu teraz ośmioro i wiedzieli, że długo tak razem żyć nie mogą w tej jednej izbie i na niecałych sześciu morgach ziemi. Ale na razie, chociaż przez tę krótką chwilę, czuli się szczęśliwi, a na twarzach ich widać było ożywienie i radość. Bo oto wreszcie coś zmieniło się w ich monotonnym ubogim życiu, coś zaświtało nowego, z czym będą mogli pokazać się we wsi. I dlatego mówili potem już o wszystkim, wyciągając nawet najdrobniejsze szczegóły, które dotychczas nie miały żadnego znaczenia. Było więc ważne i to, że koza ma małe i dużo mleka daje, że kury coraz więcej jajek niosą, że Halina sama uszyła sobie sukienkę, a młody Wiesio przyniósł jabłonkę, którą mu podarowali we dworze w Dworkowicach — gdzie chodził na zarobek — i zasadził ją za stodołą.

Kobiety zaczęły żwawiej krzątać się po izbie i wkrótce pokazał się ogień, a po pewnym czasie zdrożony Wojtek poczuł przyjemną woń jajecznicy. A kiedy na stole pojawił się bochenek upieczonego przez matkę Julię w chlebowym piecu chleba, wszyscy domownicy oczekiwali z dumą na jego reakcję. Bo przecież to był przednówek i o tej porze nie zawsze było co na stole położyć.

Rozdział 2

Motto: Szczęśliwy ten, kto oczekuje

i jest oczekiwany.


Rozejrzawszy się po gospodarstwie, wyszedł Wojtek Świętała poza zagrodę, gdyż chciał jeszcze na własne oczy zobaczyć dawno nie widzianą rodzinną wioskę i porozmawiać ze znajomymi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 59.27