E-book
17.33
drukowana A5
51.35
Stygmaty brata Filipa

Bezpłatny fragment - Stygmaty brata Filipa


Objętość:
225 str.
ISBN:
978-83-8455-837-9
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 51.35

dla mojej ukochanej Babci

I

Ocknął się, gdy chłodny wiatr poruszył ścianę nagich drzew. Spojrzał w tę stronę, ale obraz rozmywał mu się przed oczyma. Już dawno myślał o tym, aby zgłosić się do okulisty, po okulary. Zawsze jednak wypadało mu coś bardziej pilnego, może zagubiona turystka, którą należało zaprowadzić na szlak, może zaległa modlitwa. Zawsze był ktoś inny, komu należało służyć pomocą.

Zrobił krok do przodu i od razu się zatrzymał. Poczuł, że stopa w bucie jest wilgotna. No tak, przecież cały poprzedni dzień padało. Wszędzie dookoła otaczało go błoto. Kolejna ponura zima, gdzie deszcz zastępował śnieg i mróz.

Co tutaj robił? Nie mógł sobie przypomnieć drogi, którą tutaj trafił. Nie mógł sobie przypomnieć niczego. Instynktownie tylko ruszył z wolna kamienistą ścieżką, która tonęła gdzieś między wysokimi bukami i dębami. “Dlaczego…”, pomyślał, ale kolejny, chłodny szum wiatru postawił go na nogi i otrzeźwił na tyle, że przypomniał sobie swoje imię: Filip od Ran Chrystusa. Przyjął je tuż po nowicjacie, parę lat wcześniej, gdy ślubował zakonowi wierność, posłuszeństwo i ubóstwo.

— Tak! — krzyknął, ale jego głos pochłonęły niespokojne podmuchy powietrza. Wciąż nie wiedział, co tutaj robi. “Myśl Filip”, ponaglił sam siebie i dla zachęty pogładził się po czole. Poczuł na głowie ból, jakby kłujący pierścień chciał mu zmiażdżyć czaszkę. Ból zjawił się nagle i równie szybko zniknął. Poczuł jeszcze większy przypływ energii. Po kolejnych kilku krokach przypomniał sobie, że miała miejsce skromna uroczystość na jego cześć. Dwudziestego grudnia 2029 roku skończył trzydzieści trzy lata. Oksana, przyklasztorna kucharka, uparła się, żeby zrobić coś specjalnie dla niego, pomimo zakrojonych na szeroką skalę przygotowań do świąt Bożego Narodzenia. Wypełniło go ciepłe uczucie do tej kobiety, która zawsze o nim pamiętała i dbała o niego jak własna matka.

Po kolejnym kroku, gdy teren stał się nieco bardziej stromy, Filip poślizgnął się i upadł. Napędzany dziwną energią wstał jednak szybko na nogi i ruszył dalej, żwawiej, jak gdyby nigdy nic się nie stało. Zignorował swój ubłocony habit i szedł. Nie wiedział dokąd zmierza, bo wciąż nie pamiętał, gdzie się znajduje.

Oksana ugotowała specjalnie z myślą o nim jego ulubione pierogi po ukraińsku, a był to nie lada wyczyn przy ilości ludzi, jakie miała pod swoją pieczą i jakich musiała wykarmić. Biedula miała jednak swoje lata i prawdopodobnie pod naporem przedświątecznych obowiązków przesadziła z przyprawami. Ziemniaczany farsz był niemożliwy do przełknięcia, wręcz palił w usta już po pierwszym kęsie.

Filip przypominał sobie po kolei, jak bracia i ojcowie próbowali po jednym pierożku, zjadali z grzeczności, krzywiąc się przy tym z obrzydzenia. Potem odstawiali danie i szukali czegoś innego do spożycia. W refektarzu zrobiła się napięta atmosfera i Filipowi było żal starszej kobiety, która tak bardzo się starała. Zebrał się w sobie i jadł pieroga za pierogiem, by tylko sprawić Oksanie odrobinę radości. Nawet wybrał się po dokładkę, czego prawie nigdy nie robił. Zazwyczaj pościł, nie jadł mięsa, a często żył tylko o wodzie i komunii świętej przez kilka dni z rzędu.

Wszystko stawało się powoli jasne. Spożywali, jak każdego późnego popołudnia, wieczerzę w klasztornym refektarzu. Filip radował się niezmiernie, bo uczta odbywała się przecież na jego cześć, ale nie pozwalał sobie na zbytnią pychę z tego powodu.

Gdy jednak zapomniał się i przejadł, musiało mu się zrobić niedobrze i wyszedł na zewnątrz, by zaczerpnąć nieco świeżego powietrza. Pewnie nie zaszedł daleko. Zamyślił się, jak miał w zwyczaju i zgubił drogę, bo zimowy, pusty las wszędzie wygląda tak samo.

Wtedy zabrzmiał pierwszy gong klasztornego zegara. Filip prawie podskoczył ze strachu, choć odgłos dochodził z daleka. Wiatr niósł go i odbijał od baldachimu drzew. Zamarł w bezruchu, by liczyć kolejne uderzenia. Robił to od lat, nawet o tym nie myślał, po prostu liczył kolejne bicia dzwonu by wiedzieć, która jest godzina. Taka była cena za to, że postanowił nie używać telefonu, ani nawet zegarka.

Drugie uderzenie przeciągnęło się bardzo i Filipowi przeszły ciarki po plecach. Uporczywy wiatr wdarł się pod cienki, bawełniany szkaplerz i zmroził mu wilgotne plecy. Czemu się pocił? Przecież była zima. Nie zastanawiał się nad tym zbytnio, bo nastąpiło trzecie uderzenie. Przewidywał, że skoro normalnie spożywają obiad o szesnastej trzydzieści, zegar pewnie uderzy sześciokrotnie.

Przerwa po szóstym uderzeniu dłużyła się w nieskończoność i Filip chciał już iść dalej, ale zamarł i przełknął ślinę, gdy usłyszał kolejny, a zaraz po nim kolejny dźwięk. Osiem. Dziewięć. Dziesięć. Jedenaście. Dwanaście.

“Dwunasta godzina? Niemożliwe” pomyślał. Próbował jakoś poukładać to sobie w głowie. Wyglądało na to, że jakimś cudem jest dwunasta w południe, spóźni się na godzinki. Musiał szybko wracać do klasztoru. Spóźnienie na jedną z modlitw brewiarza mogło zakończyć się naganą od ojca Hieronima, przeora, a tego nie chciał.

Spróbował oderwać nogę od śliskiego gruntu, ale nie był w stanie. Poczuł, że serce podeszło mu do gardła. Ogarnął go lęk. Otaczał go tak, jak otacza woda w morzu. Ledwo co był w stanie oddychać.

“To musi mi się śnić…” myśl dodała mu otuchy. Uniósł powoli prawą rękę i spojrzał na swoją szeroko rozpostartą dłoń. Nauczył się tego wiele lat wcześniej, gdy przeczytał o tym w książce. Zawsze, gdy ogarniał go lęk, sprawdzał, czy przypadkiem to wszystko mu się jedynie nie śni. Wyobrażał sobie, że na jego dłoni wyrasta dodatkowy, szósty palec. Palec, rzecz jasna, mógł pojawić się tylko wtedy, jeśli to wszystko było snem.

Wpatrywał się, ale jego dłoń uparcie miała zwyczajowe pięć palców. Czyżby to nie był tylko koszmar, z którego zaraz się obudzi? Czyżby naprawdę zabłądził w lesie i stracił rachubę czasu?

Nagle wiatr ucichł, a cała okolica pogrążyła się w mroku. Jego dłoń poczerwieniała. Przeraził się. Wtedy wyciągniętą dłoń przeszył kłujący ból.

Szybko uniósł głowę, gdy dobiegł go szmer liści. Zapomniał o bólu. Dwa jasne światła wyraźnie świeciły się tuż obok, pomiędzy grubymi konarami drzew, po tej samej stronie lasu, z której dochodziły dźwięku klasztornego dzwonu. Chciał wrzasnąć, ale nie mógł. Z jego ust wydobył się tylko krótki jęk.

Wtedy nogi nabrały niespodziewanie siły, poruszył się z miejsca, poślizgnął dwa razy, ale udało mu się utrzymać równowagę. Pobiegł co sił w przeciwną stronę. Cudem omijał przeszkody w półmroku. Przemykał między konarami. Płuca paliły go coraz bardziej, gdy starał się złapać oddech.

Chciał uciec od tego wszystkiego. To nie mogło się dziać naprawdę. Nagła noc w środku dnia? Boląca dłoń, która zmieniła kolor na piekielną czerwień? Dzika bestia, wpatrująca się w niego swoimi ślepiami?

Zdyszany zatrzymał się dopiero, gdy w jego oczach zarysowała się kanciasta sylwetka małej chatki. Wyrastała na otwartej polanie. Miała odcień brudnej czerwieni.

Zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami i te powoli się rozchyliły nieprzyjemnie skrzypiąc. Oślepiło go jaskrawe, mocne światło. Nie potrafił wypowiedzieć nawet słowa.

— Filipie… — usłyszał kobiecy głos. Najpierw słowa, potem zarysowała się jej sylwetka. Wyłoniła się ze światła i stanęła tuż przed nim. Wyczerpany opadł na kolano.

— Filipie. — Głos powtórzył się, już bardziej stanowczo. Płynęło z niego ciepło i dobroć. Mądrość i zrozumienie. Ratunek.

Kobieca dłoń wysunęła się, by mu pomóc. Była drobna, o spracowanej skórze, ale silna. Filipa ogarnęło uczucie ciepła i miłości. Wiedział, że ktoś się nim opiekuje. Ucałował dłoń z wielkim szacunkiem. Skłonił z pokorą głowę.

— Filipie… Chory… Ocalić… — Do jego uszu docierały kolejne, pojedyncze słowa, które wykończony mózg układał w jedną, sensowną całość. “Filipie, świat jest chory, pomożesz mi go ocalić.” Dłoń uniosła go, nie śmiał spojrzeć w oblicze tej kobiety, w oblicze Matki. Ale wiedział. Wiedział dobrze, jaki zaszczyt go spotkał. Wiedział, że może spokojnie odetchnąć, odpocząć od tego wszystkiego. I wiedział też, że to nie jest koszmar, że to nie jest sen. To był dar. Dar od kochanej Matuli, ratunek. Najlepszy prezent na trzydzieste trzecie urodziny.

Uniósł się, a kobieca postać schyliła się do jego stóp. Zaczęła zdejmować mu buty. Nie czuł się tego godzien. Chciał zaprotestować, ale zaraz przypomniał sobie słowa Jezusa: “Jeśli nie obmyję twoich stóp, nie będziesz mieć udziału ze mną.”

Spoglądał na swoje zmęczone i wilgotne stopy. Poczuł, że są całe mokre i lepkie. Gdy Matka zdjęła powoli pierwszy z jego wysłużonych butów, mógł wyraźnie zobaczyć, że wilgoć mieszała się z brunatną czerwienią. Jego stopy krwawiły.

W tym samym momencie, gdy zobaczył swoją drugą, brudną od krwi stopę, kłujące uczucie przycisnęło go w sam środek piersi. Skrzywił twarz w grymasie bólu. Kobieta wstała szybko, chwyciła za prawą dłoń. Ta też bolała. Zaprowadziła Filipa i usadowiła na drewnianym krześle, po czym uniosła jego głowę do światła, by lepiej przyjrzeć się twarzy. Oślepiło go to. Poczuł znowu, że ciasny pierścień otacza mu głowę i próbuje rozgnieść czaszkę. Nie był w stanie tego dłużej wytrzymać. Całkowity mrok ogarnął ziemię.

Przeraźliwy koszmar zbudził go ze snu. Z trudem rozchylił oczy, powieki lepiły się do siebie. Mroczne obrazy stopniowo odeszły i zastąpiła je szara powierzchnia sufitu, która wydawała się znajoma. Sięgnął ręką w kierunku stolika, gdzie powinno leżeć pudełko zapałek. Chciał zapalić świeczkę, by nieco rozjaśnić pomieszczenie klasztornej celi.

Dłoń uderzyła w betonową ścianę, aż palce zatrzeszczały. “Dziwne” pomyślał Filip, gdy uświadomił sobie, że prawie w ogóle nie poczuł, że go to bolało. Chwilę próbował rozmasować dłoń drugą ręką. Leżał odwrotnie, niż zwykle. Jego głowa spoczywała na skromnej, twardej poduszce po drugiej stronie łóżka.

Powoli usiadł i zerknął na stoliczek. Udało mu się odnaleźć zapałki. Zapalił świeczkę.

To był jeden z jego licznych pomysłów na to, by praktykować ascezę. Nie używał urządzeń elektronicznych. Nie miał własnego telefonu. W jego celi znajdowała się niewielka, prastara szafa i półka, na której leżało zawsze kilka książek z klasztornej biblioteki oraz prywatne dzienniki. No i świeczki. Zimą potrzebował co najmniej trzech, by dobrze rozjaśnić ciemną celę i swobodnie czytać.

Tak, był w swojej celi, dobrze znał to miejsce. Wciągnął głęboko powietrze do płuc. Wypełnił je znajomy zapał starych mebli i książek.

Usiadł na skraju łóżka. Wtedy dotarły do niego wspomnienia poprzedniej nocy. Biegał po lesie, gdy napotkał tę chatkę. I była w niej kobieta…

Ta myśl nie dawała mu spokoju. Nie potrafił tego jednak wyjaśnić w żaden inny sposób. Kobieta, którą spotkał. Płynęło z niej tyle opiekuńczej miłości i dobroci. Mówiła, że będzie potrzebować jego pomocy. Pragnął jej służyć. Pragnął spełnić życzenia Matki.

Wstał z łóżka i zaraz potem oparł się o stoliczek, gdy zakręciło mu się w głowie. Nie wiedział, która jest godzina, ale było zupełnie ciemno i przez drobne okno u szczytu celi nie wpadał nawet najsłabszy promień światła. Filip był przekonany, że tak, jak każdego dnia, obudził się wcześniej i wkrótce przyklasztorny zegar wybije godzinę piątą, gdy będzie mógł powoli zbierać się na jutrznię.

Uwielbiał tą poranną modlitwę, szczególnie zimą, gdy przed świtem w kaplicy, gdzie bracia zbierali się do modłów, panował półmrok, rozświetlany jedynie przez rzadkie, żółte światło starych lamp, okalających ściany.

Postanowił, że spisze w dzienniku wszystkie szczegóły dziwnego snu, jaki nawiedził go poprzedniej nocy. Nie chciał, aby umknęło mu cokolwiek, najmniejszy szczegół musiał być ważny.

Gdy zdjął z półki jeden ze swoich dzienników i przysiadł na stołku, zegar z klasztornej wieży zabił dwukrotnie krótkimi dźwiękami, co oznaczało, że brakuje jeszcze pół godziny do piątej rano. Miał sporo czasu.

Zbliżył świeczkę do siebie, by nieco lepiej widzieć strony, ale i tak musiał mrużyć oczy. Litery zlewały się w jedną plamę i nachodziły na siebie. Poszukał pustej strony, ale wszystkie kartki były zapisane, chociaż nie był w stanie rozczytać pisma. W takich chwilach był na siebie zły, że wciąż nie zdecydował się na wizytę u okulisty. Odwlekał to, jak tylko mógł. Coś go powstrzymywało.

Rozpalił kolejną świeczkę, a potem wyjął kolejny zeszyt, by tam znaleźć nie zapisaną stronę. Nie pomogło. Nie mógł odczytać swojego własnego tekstu. Wpatrywał się w niego usilnie, aż w końcu miał wrażenie, że tekst się poruszył. Zdziwił się i zlękniony zamknął dziennik.

Przymknął oczy, bo naszło go uczucie niepokoju. Wziął głęboki oddech i pogładził się po czole. “Przynajmniej ból głowy minął” pomyślał, po czym wziął kolejny z dzienników i zaczął przeglądać w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby coś napisać.

Tym razem tekst falował, co bardzo Filipa przeraziło, aż odrzucił zeszyt i zerwał się ze stołka, by się cofnąć. Dopiero szafa go powstrzymała. Oparł się o jej drewniane drzwi, a te zaskrzypiały. Nie był to jednak zwykły dźwięk. Filip miał wrażenie, że to jęki żywej istoty.

Serce biło mu coraz szybciej i bał się poruszyć. Stał tak dłuższą chwilę, w bezruchu, ledwo co oddychał. Nasłuchiwał z zamkniętymi oczyma, ale otaczała go tylko martwa cisza. Wtedy zabił dzwon. Odczuł ulgę i zaczął liczyć kolejne uderzenia. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Sześć. Siedem.

“Siedem? Siódma godzina?” Całkowicie stracił rachubę czasu. Był przekonany, że jest dopiero piąta rano, a była godzina siódma. Pora na śniadanie. Był spóźniony.

Opuścił go cały lęk i pospiesznie wybiegł z celi. Na korytarzu było na tyle widno, że mógł się swobodnie przemieszczać. Pospiesznie ruszył w kierunku refektarza. “Jak mogłem tak zaspać…” Próbował ganić sam siebie i jednocześnie myślał o tym, aby jak najszybciej dostać się tam, gdzie bracia spożywali posiłki.

Nigdy się nie spóźniał. Jeśli już, to zwykle przychodził wcześniej, niż pozostali bracia. Zawsze pierwszy na jutrzni, wstawał bez budzika, punktualnie, kilka minut przed godziną piątą rano. Tyle lat był już w klasztorze. Nie wierzył, że przytrafiło mu się coś takiego i to w jego urodziny.

Wtedy przypomniał sobie, że poprzedniej nocy miało być całkowite zaćmienie Księżyca i naszła go myśl, że to pewnie z tego powodu zdarzyło się to wszystko. Jakieś ciemne moce miały z tym związek. Szybko skarcił sam siebie za takie zabobonne myślenie.

Wskoczył żwawo na drewnianą klatkę schodową, która prowadziła z końca korytarza bezpośrednio do refektarza. Rozchylił drzwi. Sala była pełna. Bracia rozpoczęli w milczeniu śniadanie, a w tej sekundzie wszystkie kilkanaście głów było skierowane prosto na niego.

Zamarł w bezruchu. Dotarło do niego, że ma na sobie habit, który musiał nosić go od wczorajszego dnia. Musiał spać w nim, bo nie pamiętał, żeby się ubierał. Nie pamiętał nawet, jak trafił do łóżka.

Bracia i ojcowie uparcie wpatrywali się w jego skromną postać, aż policzki zrobiły mu się ciepłe, a żołądek skręcił się ze wstydu.

Zerknął w dół, na swoje nogi. Jego habit był ubłocony i jasne plamy wyraźnie zaznaczały się w żółtym świetle refektarza, na tle brunatnego materiału. W jednej sekundzie wszystko wróciło. Dziwaczna noc. Ucieczka przez zabłocony las. I ta kobieta, której nie potrafił zdefiniować inaczej, która coraz bardziej uparcie stawała się w jego umyśle Matką Przenajświętszą.

Zamiast wejść na salę, Filip odwrócił się pospiesznie i już chciał pobiec z powrotem do swojej celi, by ukryć się w niej na zawsze, drogę zastąpiła mu Oksana. Niosła wielkie naczynie, pełne pachnącego pieczywa, by nasycić ciała wygłodniałych po nocy braci.

— Filipku — powiedziała z troską, widząc jego zakłopotanie.

— Kseniu! — Dla Filipa to było wybawienie, ta kobiecina. Rzucił jej się na szyję i objął w nadziei, że będzie mógł utopić w jej objęciu swój wstyd.

— Filipku! Chleb! — wykrzyknęła, ale pozwoliła mu się objąć. Uśmiechała się. Filipowi to wystarczyło. Przeszło mu wszystko.

— Kseniu, ja pomogę! — wykrzyczał radośnie i wyrwał jej tacę z rąk. Wszedł ponownie do refektarza, który w tym momencie wypełniał już szum szeptów, ale te umilkły ponownie na jego widok. Zaczął podchodzić do kolejnych braci, począwszy od stołu, przy którym siedzieli najstarsi ojcowie i częstować ich świeżym chlebem.

— Zaspałeś Filipie. — Karcący głos ojca Szymona, który spędził w klasztorze więcej, niż którykolwiek z pozostałych zakonników, uspokoił go jeszcze bardziej. Wszystko wróciło do normy.

— Przepraszam ojcze — odpowiedział Filip i tylko skłonił głowę, gdy zakonnik zabierał z tacy spory kawałek ciemnego pieczywa. Nie próbował się tłumaczyć. Był gotów przyjąć na siebie karę.

— Gdy wróci Hieronim, spotka cię stosowna kara za to, co zrobiłeś poprzedniej nocy. — Kolejny z mnichów nie krył swojego oburzenia. Wincenty siedział tuż obok Szymona. Wziął dwie kromki pieczywa z tacy, którą trzymał przed nim Filip i wymownie wskazał na niego palcem. Ojciec Szymon jednak zareagował i chwycił delikatnie jego dłoń.

— Nie nam sądzić ojcze. Teraz jedzmy. Jak skończysz rozdawać chleb, to dołącz do reszty Filipie. — To były ostatnie słowa, jakie dały się słyszeć przy śniadaniu. Bracia jedli w milczeniu postny, piątkowy posiłek. Filip siedział z boku, blisko okienka, gdzie znajdowała się kuchnia. Bał się unieść głowę. Zerkał tylko ukradkiem, czy przypadkiem nie widać wewnątrz Oksany. Miał nadzieję, że dziś przydzielona mu będzie pomoc przy zmywaniu i będzie mógł pobyć z nią trochę dłużej.

Gdy śniadanie dobiegło końca, zakonnicy zaczęli opuszczać salę. Na przedzie ruszyli ojcowie, większość chciała się zaszyć w swoich celach, by nieco pomedytować. Młodsi ojcowie i bracia musieli najpierw wypełnić obowiązki, które im przydzielono. Do obowiązków należało choćby sprzątanie refektarza po posiłku, albo pomoc w kuchni, przy zmywaniu i przygotowaniu obiadu.

Filip stanął rozczarowany przed tablicą, na której dyżurny ojciec wpisywał poszczególnych zakonników do wyznaczonych zadań. Nie mógł znaleźć swojego imienia. Litery wydawały się takie drobne. Kolejni bracia przechodzili, trzymając się nieco na dystans. Pospiesznie oddalali się, zanim mógł zareagować.

Widocznie dziś nie przydzielono mu żadnej, porannej pracy. Było to dziwne. Zwykle każdy dostawał zajęcie, tym bardziej, że przed świętami było wciąż sporo do zrobienia.

Gdy wszyscy się rozeszli z kuchni wychyliła się Oksana i gestem przywołała Filipia do siebie.

— Siadaj, tutaj masz herbatę. — Zaprowadziła go do stołu, poczekała, aż usiądzie i podsunęła mu przezroczystą szklankę pod sam nos. — Znowu nic nie jadłeś — dodała.

— Dziś piątek Kseniu…

— Tak, wiem, pościsz. Znów! — skarciła go i pogroziła palcem — Jak chcesz służyć Panu, jeśli nie będziesz mieć siły? — dodała.

Zamiast odpowiedzieć Filip tylko łyknął duży haust ciepłego płynu. To był napar z lipy, z dodatkiem owoców dzikiej róży, prosto z klasztornego ogrodu. Zwykle Oksana silnie przyprawiała napój miodem i podawała, gdy ktoś był chory. Miała ten nawyk z czasów, gdy jako pielęgniarka zarządzała klasztornym domem uzdrowień. Rok wcześniej pomyliła leki i niewiele brakowało, a doszłoby do nieszczęścia. Tylko boska interwencja i znajomości ojca Wincentego z biskupem pozwoliły zamieść sprawę pod dywan. Oksanę przeniesiono do kuchni, a działalność domu uzdrowień zawieszono na kilka miesięcy.

Gdy filip zobaczył szklankę płynu, dotarło do niego, jak bardzo zaschło mu w gardle i jak bardzo chce mu się pić. Opróżnił szklankę szybko i błagalnie spojrzał w oczy starej kobiety.

Nalała mu kolejną porcję i zapytała z wielką troską:

— Coś ty dziecko zrobił?

Przez chwilę nie wiedział, co ma odpowiedzieć, tylko skulił głowę i próbował sobie przypomnieć, po raz kolejny, co go spotkało poprzedniej nocy. Las. Ciemność. Objawienie.

— Spójrz dziecko na swój habit. — Oksana chwyciła materiał, który poplamiony był zasuszonym błotem. Część brudu oderwała się i spadła na podłogę. — Twoje buty są całe umorusane. — Pokazała palcem w kierunku obuwia. — Ponoć siostra Urszula dzwoniła wczoraj do ojca Wincentego… — powiedziała. Filipa zamurowało.

— Siostra Urszula? — zapytał zdziwiony. Ta stara mniszka żyła od lat w pustelni, w głębi przyklasztornych lasów.

— Ojcowie myśleli, że coś z nią nie w porządku. A tu taka niespodzianka. — Po raz kolejny spojrzała na niego pełna troski, po czym usiadła obok i chwyciła Filipa za dłoń. Powiedziała:

— Coś ty dziecko zrobił? Ojciec mówił, że się upiłeś.

Filip zdrętwiał. Upił się? On? Od lat praktykował post Daniela. Nie jadł mięsa, żywił się przeważnie jarzynami, chlebem, a pił prawie wyłącznie wodę i od czasu do czasu napary Oksany. Alkoholu nie miał w ustach od lat. Dotarło do niego, co może mu grozić. Jeśli się upił, jeśli zakłócił ascezę siostry Urszuli… Mógł zostać za to wydalony ze wspólnoty.

Nie powiedział słowa, tylko wstał pospiesznie i ruszył w kierunku konfesjonału.

Aby dojść do pomieszczenia, w którym bracia mogli wyspowiadać się z dala od obcych oczu i uszu, należało przejść jednym z korytarzy, tuż obok głównej hali domu uzdrowień. Zamyślony Filip spojrzał kątem oka przez otwarte na oścież drzwi. Wewnątrz dostrzegł zatroskaną i zmartwioną kobietę o długich, ciemnych włosach. Nosiła granatowy kitel i okulary. Wyglądała na lekarkę.

Filip bezwiednie się zatrzymał i wpatrywał dłuższą chwilę. Musiała to być kobieta, która miała przejąć dom uzdrowień. Wydawało mu się, że miała przybyć dopiero po nowym roku. Przesuwała jedno z łóżek, gdy dostrzegła Filipa i bardzo szybko do niego podeszła.

— Nareszcie, chodź proszę — powiedziała i pociągnęła go za rękę do środka.

W obszernej sali panował straszny nieporządek. Szpitalne łóżka, który wcześniej zalegały w pustych, mnisich celach, porozstawiane były chaotycznie po pomieszczeniu.

— Pomóż mi z tą szafą. — Kobieta wskazała dłonią na wysoki, biały kredens ze szklanymi drzwiami. Znajdowały się w nim szklane fiolki i opakowania z lekami.

Filip zaparł się i zaczął przesuwać mebel razem z lekarką. Zauważył swój poplamiony habit i poczuł wstyd. Kobieta jednak wydawała się w ogóle nie zwracać uwagi na jego wygląd. Ustawili mebel przy drugim wyjściu z lecznicy, bo doktor Alicja upierała się, że chce mieć leki blisko gabinetu. Niestety mebel nie mieścił się przy ścianie i nieco wystawał poza obręb drzwi. Filip chciał zwrócić na to uwagę, ale zakręciło mu się w głowie. Usiadł na jednym z łóżek, aby się nie przewrócić.

— Wszystko w porządku? — zapytała lekarka, wyrażając nagłe zainteresowanie. Podeszła do Filipa i spojrzała na jego twarz.

— W porządku, ja tylko… — zaczął mówić, ale przerwał, by zastanowić się nad odpowiedzią. Czuł się źle, nie tylko psychicznie. Jego usta były suche. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje.

Zanim dokończył kobieta wyjęła stetoskop, szybko potarła nim o swój kitel, by go nieco ocieplić, po czym wsunęła go Filipowi pod szkaplerz. Zakonnik cały zdrętwiał i wstrzymał oddech. Od lat żadna kobieta nie była tak blisko. Nie taka młoda i atrakcyjna. Czuł jej oddech, widział zaokrąglone biodra. Piwne oczy patrzyły się na niego w skupieniu. Długie włosy opadły i dotknęły jego ręki.

— Oddychaj — powiedziała cicho i kontynuowała badanie. Wreszcie dostrzegła jego stopy. Skórzany sandał oplatał ciasno każdą z nich, a ciemne skarpetki wyglądały na poplamione.

— Czy to jest… — Kobieta pochyliła się i po krótkiej chwili skończyła: — …krew?

Patrzyła Filipowi w oczy, ale ten nie śmiał się odezwać. Pozwolił jej na to, aby zdjęła mu sandały. Narzekała przy tym na to, że są zbyt duże na jego stopy i za ciasno zapięte. Potem delikatnie zdjęła mu skarpetki. Wspomniała coś pod nosem o tym, że to niezbyt rozsądne, nosić tak cienkie buty zimą. Po krótkich oględzinach dodała:

— Ktoś zrobił opatrunek? Wygląda na to, że metalowa zapinka strasznie otarła twoje wierzchnie stopy. — Gdy to mówiła, jednocześnie podeszła do szafki, którą wcześniej przesuwali i zaczęła przekładać leki w poszukiwaniu czegoś, czym mogłaby zdezynfekować ranę. Wyjęła jeden z flakoników i przyglądała mu się bacznie. Nim się obejrzał, na jego stopach znajdowały się czyste bandaże.

— Weź to, każdego wieczoru zdezynfekuj te rany dobrze. Dam ci jeszcze trochę opatrunków. — Lekarka wręczyła Filipowi buteleczkę, uśmiechnęła się i wyjęła do niego dłoń. — Jestem Alicja.

— Filip. — Zakonnik odparł nieśmiale i spuścił w dół głowę. Czuł się jak siedem nieszczęść w brudnych habicie i rozczochranych włosach.

Flakonik z lekarstwem Filip schował do kieszeni. Nie bardzo wiedział, co ma dalej robić. Przypomniał sobie, że zmierzał do konfesjonału.

— Mój pierwszy pacjent! — Lekarka powiedziała uradowana, gdy Filip wstał. Zdziwiła się, gdy podziękował skromnie i skierował się do drzwi. — Idziesz już? Miałeś mi pomóc.

— Pomóc? Ja?

— Ojciec Wincenty obiecał, że przydzieli mi jednego z braci do pomocy. Za kilka dni święta. Możemy być pewni, że jeszcze w weekend pojawią się pacjenci. Ludzie lubią wysyłać starszych członków rodziny na święta do szpitala, żeby pozbyć się balastu… — zamyśliła się, a Filipa przeraziła myśl o tym, że ktoś mógłby być tak bezduszny. A ta kobieta, Alicja. Było w niej tyle energii. Nie potrafił jej odmówić. Zaczął wykonywać skrupulatnie wszystkie polecenia i bardzo szybko wszystkie łóżka leżały już w takich pozycjach na sali, jakie życzyła sobie pani doktor. Dom uzdrowień był przygotowany.

— Nie wiem, kto wcześniej zarządzał tym przybytkiem. — Alicja zaczęła mówić, gdy na moment przystanęli. — Leki, będę musiała je przejrzeć, wyglądają na chaotycznie pomieszane. Wiesz, gdzie znajdę ojca Wincentego? — spytała, ale zanim zdążył odpowiedzieć, w drzwiach zjawił się zdziwiony brat Ksawery, młody nowicjusz. Nie zwróciła na niego uwagi, mówiła dalej:

— Ktoś tutaj był w nocy, usłyszałam jakieś hałasy. Chciałabym mieć klucz do szafki z lekami. Nie może być tak, że wszyscy mają do tego dostęp.

Filip zauważył, że brat Ksawery zrobił szerokie oczy i odwrócił wzrok. Zdziwiło go, że ktoś mógłby buszować po pustym domu uzdrowień. No chyba, że chciał dostać się do klasztornych strychów, ale po co ktoś miałby to robić?

— To ja już pójdę — powiedział do Alicji gdy zrozumiał, że to brat Ksawery miał być tym, którego przydzielono jej do pomocy.

Minął młodego nowicjusza w drzwiach, ten uchylił się i skrzywił minę. Nie zwrócił na to uwagi. Chwilę potem trafił wreszcie do konfesjonału. Uchylił powoli drzwi do środka ciasnego pomieszczenia, gdzie każdy mógł liczyć na dyskrecję i odpuszczenie grzechów.

W konfesjonale siedział ojciec Szymon. Głowę miał spuszczoną i chrapał cicho. Miał zwyczaj przychodzić tutaj po śniadaniu i wyczekiwać na chętnych do spowiedzi.

Filip nie miał zamiaru go zbudzić i przez moment chciał już wyjść, ale ojciec Szymon zakasłał, obudził się i kiwnął na niego ręką, by ten wszedł do środka. Poprawił siwy kitek włosów, jeden z niewielu na jego głowie i uśmiechnął się.

Filip zamknął powoli drzwi i uklęknął. Przeżegnał się i zaczął spowiedź:

— Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu… — przerwał jednak szybko, gdy ojciec zaczął silnie kasłać. Miał już sporo lat i mieszkał w klasztorze dłużej, niż ktokolwiek inny. Od pewnego czasu męczył go uporczywy kaszel. Gdy dostawał napadu, należało poczekać, aż mu się polepszy.

Minęło kilka chwil, ojciec Szymon przestał kaszleć, rozchylił drzwiczki do konfesjonału i wskazał Filipowi, by ten usiadł przed nim.

Filip czuł się przy tym człowieku jak małe dziecko. Przysiadł u jego stóp. Nie śmiał unieść głowy do góry, tylko powiedział cicho:

— Ojcze, zgrzeszyłem, mimo adwentu nie zachowałem wstrzemięźliwości w jedzeniu i… — Przerwał, bo nie wiedział, czy ma dokończyć: “…w jedzeniu i piciu”. Nie pamiętał, żeby spożywał alkohol, ale miał coraz większe wątpliwości. Czuł się przecież, jakby był na kacu. Miał mdłości i bóle głowy. Zastanawiał się, czy rzeczywiście przypadkiem nie wypił za dużo, a potem urwał mu się film. To by wiele wyjaśniało.

Szymon tymczasem zignorował zupełnie słowa Filipa.

— Ojciec Wincenty zdradził mi, że dziś wróci pospiesznie ojciec Hieronim — powiedział i zakaszlał, tym razem o wiele słabiej, niż poprzednio. Po chwili kontynuował: — Zdradził mi też, że będziemy mieć w święta niespodziewaną wizytę z kurii… Ma nas odwiedzić biskup. — Gdy to powiedział, wziął głęboki oddech i zamyślił się. Zupełnie zignorował próbę spowiedzi Filipa, a ten zdziwiony czekał na to, co staruszek chce mu jeszcze powiedzieć.

— Wiesz co to oznacza Filipie? — zapytał, ale Filip tylko przecząco pokiwał głową. — Oznacza to, że ojciec Hieronim będzie nie do zniesienia. — Gdy to mówił porozumiewawczo poklepał Filipa po ramieniu. Kontynuował dalej: — Będzie chciał, żeby wszystko było jak w zegarku. Jak się dowie o wczorajszej nocy… — przerwał i westchnął, po czym mówił dalej: — zrobimy tak. Jako pokutę pozostaniesz w swojej celi na ścisłym poście, aż do niedzieli. Dzięki temu ojciec Hieronim nie będzie musiał o tobie myśleć, a ponieważ to sroga pokuta uzna, że wyspowiadałeś się u mnie i otrzymałeś stosowną karę. Wiesz, że on mógłby cię za to wyrzucić? — Spojrzał z troską na Filipa. Ten tylko spuścił głowę i słuchał dalej uważnie. — Nie pozwolę na to, aby cię wyrzucił. Porozmawiam z nim.

Ojciec Szymon siedział spokojnie po tych słowach, jakby rozmyślał nad wielkim planem ratowania Filipa. Filip uświadomił sobie jednak, że staruszek tylko powrócił myślami do swojej młodości.

— Chrystusowe lata! Dziecko moje drogie, mnie też w tym wieku różne głupoty przychodziły do głowy. W nowicjacie specjalnie chodziliśmy z braćmi kilka razy dziennie na msze do takiego ojca, on lał nam strasznie dużo wina w czasie przeistoczenia…

Filip na moment rozkojarzył się i przestał słuchać. Dotarło do niego, że ojciec Szymon także uwierzył w to, że musiał się po kryjomu upić w swoje urodziny. Zasmucił się. Nigdy by się nie upił z własnej woli, nie w domu bożym, nie jako zakonnik. Dlaczego wszyscy myśleli, że był pijany? Jak to się mogło stać? Chciał płakać, ale ojciec Szymon zapytał troskliwie:

— Wszystko w porządku Filipku?

— Tak ojcze, ja chciałem wyznać… — Filip próbował kontynuować spowiedź, ale ojciec przerwał mu:

— Dobrze, dobrze. Odpuszczam ci grzechy. — Wymówił resztę stosownych formuł i pobłogosławił go. Zaraz potem jego mina z poważnej zmieniła się w radosną i mówił dalej, co jakiś czas przerywając, by zakasłać:

— Wstąpiłeś może Filipku do domu uzdrowień? Miała wreszcie przyjechać do nas ta lekarka. Nie pamiętam imienia.

— Alicja?

— W święta jest zawsze dużo pacjentów. Potrzebują opieki. Spotkałeś może tę lekarkę?

— Tak ojcze, widziałem się z nią — powiedział nieśmiale Filip, a ojciec Szymon od razu zauważył, że zakonnik się speszył. Skomentował to jednym słowem:

— Młodość! — Po czym przybrał surową minę i dodał: — Ale pamiętaj, że jesteś w klasztorze i śluby składałeś. — Zakaszlał i mówił dalej, nie kryjąc radosnego nastroju: — Oj, coś czuję Filipku, że jeszcze mnie odwiedzisz na spowiedzi przed świętami. Pamiętaj tylko, zejdź z oczu ojcu Hieronimowi przynajmniej do niedzieli. Resztą ja się zajmę.

Filip nie wiedział, co ma myśleć. Przypomniał sobie tylko twarz Alicji i zrobiło mu się ciepło na sercu. W tym samym momencie silny ból głowy powrócił nagle i znajomy, kłujący pierścień zaczął mu się wżynać dookoła czaszki. Chwycił za głowę obiema rękami i z bólu wyszczerzył zęby. Gdy pierwsza fala bólu minęła, dostrzegł, że ojciec Szymon spogląda na niego przerażony.

— Ojcze? — zapytał zatroskany. Wstał i próbował dowiedzieć się, czy wszystko w porządku, ale Szymon tylko ponaglił go dłonią, by już sobie poszedł. Gdy Filip wychodził, zauważył jeszcze, że ojciec kryje zasmuconą twarz w swoje dłonie. Jego radość… Czy tylko udawał?


Dzwon klasztornego zegaru musiał wybić dziewiąty raz, gdy Filip pospiesznym krokiem przemierzył korytarz. Zrobił ostry zakręt do skrzydła, w którym znajdowały się zamieszkane cele braci i wpadł prosto na ojca Wincentego. Widać było wyraźnie, że ten nie jest zadowolony.

— Szukam cię wszędzie Filip! — powiedział stanowczym tonem. — Czyżbyś chciał się ukryć w celi przede mną? Dlaczego nie stawiłeś się na dziedzińcu, zgodnie z wyznaczonym zadaniem? — Przerwał na moment i zerknął za siebie, jakby miał wrażenie, że ktoś słyszy jego podniesiony ton głosu. Zanim Filip zdążył cokolwiek odpowiedzieć, mówił dalej:

— Na dziedzińcu są Damian z Mateuszem. Chcę, żebyś do nich dołączył jak najszybciej. Do obiadu plac ma być wysprzątany. Nie chcę widzieć tam żadnych gratów, narzędzi, ani liści. — Przerwał znowu i zamyślił się, jakby szukał w głowie innych zadań. Wyglądało jednak na to, że nie przypomniał sobie niczego więcej. Zamiast tego doczepił się ubioru Filipa:

— Twój habit jest niechlujny. Nie chcę nawet teraz wspominać incydentu z poprzedniej nocy. Niech zajmie się tym ojciec Hieronim, gdy wróci. Wątpię, że będzie pobłażliwy.

Filip słuchał tego wszystkiego ze spuszczoną głową i złożonymi dłońmi. Było mu strasznie wstyd, jego ubiór rzeczywiście pozostawiał wiele do życzenia. Słuchał dalej ojca Wincentego, który mówił:

— Nie ma teraz czasu, żebyś się przebrał. Na dziedzińcu nie będzie i tak żadnych świeckich. Zniknij mi z oczu w tej chwili, żebym nie stracił przed świętami resztek cierpliwości.

Filip tylko czekał na to polecenie i czym prędzej zawrócił, kierując się na dziedziniec. Chciał jeszcze szybko wrócić przed refektarz, chciał przekonać się o tym, że rzeczywiście był zapisany na tablicy. Przeoczył swoje imię. Kolejny problem, który spowodował i to tuż przed świętami Narodzenia Pańskiego. Wstydził się za siebie tak bardzo, że prawie biegł korytarzem, choć niepisana, klasztorna reguła tego zabraniała. Przejęty nie zwracał uwagi na to, że sandały znowu ranią mu stopy.

Wreszcie dotarł na miejsce i przekroczył szerokie wrota, które z korytarza prowadziły prosto na dziedziniec. Miejsce to było odosobnione dla ludzi świeckich, z wyjątkiem kilku osób pracujących w kuchni i dostawców. Goście klasztorni mogli tutaj dyskretnie zaparkować swój samochód, z dala od ciekawskich oczu.

Filip poczuł chłodny wiatr na swoich spoconych ze wstydu i strachu plecach. Pomyślał, że adwentowy post musiał dać mu się we znaki. Zastanawiał się, czy czasem nie przesadził i nie nadwyrężył swojego zdrowia, co przecież też było grzechem.

Z rozmyślań wybił go nie osiodłany koń, który skubał sobie coś między młodymi pędami bluszczu, który obficie porastał klasztorny mur. Musiał zabłądzić tutaj aż od strony lasu, gdzie od reszty świata oddzielała klasztor stroma skarpa. Komu uciekł?

Zwierzę zerknęło na zaskoczonego Filipa, który przechodził kilkanaście metrów dalej, ale zbytnio się nim nie przejęło, jakby nie widziało w nim żadnego zagrożenia.

“Gdzie oni są?” Pomyślał Filip i rozglądał się dookoła dziedzińca. Zignorował konia, bo zdał sobie sprawę, że miejsce rzeczywiście było zagracone. Narzędzia walały się oparte o ściany lub na ziemi. Liście okolicznych buków i dębów pokrywały cały plac. Było wiele do zrobienia, a młodych braci nie było nigdzie widać.

Skierował się do drewnianego składziku, gdzie miał nadzieję znaleźć stosowne grabie, którymi mógłby sprzątnąć z grubsza liście. By wejść do środka, musiał schylić głowę w niskim wejściu. Wystraszył się, gdy wewnątrz zobaczył brata Damiana, jak na jego widok pospiesznie oddala się od brata Mateusza.

— Szczęść Boże — powiedział do nich cicho. Wiedział, że schowali się tutaj, żeby uniknąć pracy, ale zignorował to. Zamiast tego po prostu wziął największe grabie, jak mógł znaleźć.

— Szczęść Boże brat Filip! — odparł młody nowicjusz Mateusz. Był zawsze pogodny i pełen entuzjazmu. Jego starannie uczesane i krótko ścięte włosy idealnie dopełniały delikatną, wręcz kobiecą twarz. Gdy się do niego zbliżało, czuć było subtelną woń kwiatowych perfum.

Drugi z braci, Damian, był już w zakonie od dziesięciu lat. Dłużej nawet od Filipa, który mieszkał tam od lat siedmiu. Damian był jednak od niego młodszy, do trzydziestki brakowało mu kilku miesięcy. Uderzył lekko w ramię Mateusza i powiedział:

— Jest nas śpioszek! Co cię do nas sprowadza?

Filip zignorował jego zaczepkę i bez słowa ruszył na dziedziniec. Zaczął zgarniać liście. Zaraz zrobiło mu się cieplej od pracy, gdy krew zaczęła szybciej krążyć w żyłach.

Mateusz z Damianem przybyli tuż zanim. Jeden pchał wielkie, plastikowe taczki. Drugi miał pleciony kosz na liście, a w ręku trzymał grabie.

— Mogłeś się z nami podzielić wczoraj w nocy. Nie wiesz, że to nieładnie spożywać samemu? — Damian zwrócił się do Filipa. Widać było, że popisuje się przed Mateuszem. Filip tymczasem nie reagował na jego zaczepki.

— No tak, wolałeś podzielić się z mamą Urszulą. Bidula musiała wzywać ojca Wincentego w środku nocy, żeby przyjechał po ciebie samochodem. Podobno byłeś na skraju przytomności. — Damian nie mógł przestać mówić. Oparł się o grabie, które przyniósł i żywo gestykulował jedną ręką, spoglądając raz po raz na Mateusza.

Młody nowicjusz nie odzywał się, podszedł tylko do sterty liści, którą zagarnął Filip i zaczął ją ładować na taczki. Gdy lekko zawiał wiatr, Filip poczuł od niego miłą woń perfum. Sam nigdy by się nie zdecydował na to, żeby używać pachnideł. Nie pozwalałoby mu na to poczucie ascezy. Nie osądzał jednak z tego powodu nikogo. Pomyślał, że skoro stoi w zabłoconym habicie, którego nie zmienił od poprzedniej nocy, to pewnie od niego pachnie znacznie gorzej. Damian tymczasem kontynuował swój monolog:

— Podobno ojciec Hieronim ma dzisiaj wrócić. Nie chciałbym być w twojej skórze braciszku, gdy tu będzie. — Gdy to mówił, zbliżył się do Filipa i klepnął go delikatnie po ramieniu. Ostatnimi czasy zaczepiał go coraz bardziej, zwłaszcza, gdy byli w towarzystwie Mateusza. Pozwalał sobie na klepanie, szturchanie, a czasem nawet popychanie. Filip nie reagował, przyjmował to ze stoickim spokojem. Pamiętał zawsze o naukach Pana, który mówił, by nie opierać się złemu, a w razie czego nadstawiać drugi policzek.

Wziął głęboki oddech, bo poczuł, że znowu kręci mu się w głowie. Zaparł się na grabiach, a gdy odzyskał równowagę, tylko uśmiechnął się do Damiana. Robota nie szła im jednak zbyt dobrze. Mateusz głównie patrzył na Filipa i czekał na jakieś polecenia, które nie nadchodziły. Damian natomiast w ogóle nie interesował się pracowaniem, tylko raczej tym, aby zaimponować Mateuszowi. Najlepiej dokuczając Filipowi coraz intensywniej.

Wszystko zmieniło się, gdy tuż zza klasztornego muru wjechał bezszelestnie na parking dziedzińca elektryczny minivan. Ojcowie dzielili się nim, gdy musieli gdzieś wyjechać, aby załatwić swoje sprawy. Tym razem wziął go ojciec Hieronim. Wrócił. Wrócił jeszcze wcześniej, niż się spodziewali.

Z samochodu wychyliła się pospiesznie jego wysoka postać. Rozejrzał się po zagraconym i zaśmieconym dziedzińcu. Nie był zadowolony. Podszedł do trójki braci zdecydowanym krokiem. Srogie oczy patrzyły na młodych mężczyzn zza grubych szkieł okularów. Widziały brata Damiana, który znalazł się nagle obok wielkiej sterty liści, którą wcześniej zrobił Filip. Pracował bardzo wytrwale i wyglądało tak, jakby to było wyłącznie jego dzieło.

Niepozorny Mateusz schował się gdzieś z tyłu. Tylko Filip stał oparty o grabie. Ktoś mógłby pomyśleć, że nie pracuje.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — powiedział ojciec Hieronim niskim, donośnym głosem. Uniósł umięśnioną rękę, by poprawić swoje okulary. Plotki głosiły, że wcześniej trenował na siłowni, a nawet w klasztorze podobno można go było spotkać, jak robił pompki lub podciągał się na klasztornym murze. Ale o ojcu Hieronimie krążyły różne plotki.

— Na wieki wieków! — Mateusz z Damianem odparli jednogłośnie. Filipa zamurowało. Nie był przygotowany na to spotkanie. Miał schować się przed Hieronimem w swojej celi i prawie mu się to udało. Teraz stał przed nim, przerażony, w zabłoconym habicie i w rozczochranych włosach, które raz po raz spadały i zasłaniały mu oczy. Nie był w stanie nawet powiedzieć słowa.

Hieronim tymczasem zbadał wzrokiem najpierw Mateusza, potem Damiana. Jego oczy zatrzymały się na dłużej na Filipie. Widział jego szaty. Zaniedbane. Tak się nie zachowuje godny uczeń i naśladowca Pana.

Gdy skończył lustrować braci, rozejrzał się po dziedzińcu. Od rana praktycznie nic nie było sprzątnięte.

— Dziś przed nieszporami to wszystko ma lśnić — oznajmił i jak gdyby nigdy nic wszedł do klasztoru tylnymi drzwiami.

Filip myślał, że zaraz zemdleje. Po raz kolejny zrobiło mu się niedobrze. Pełne liści taczki ruszyły pchane przez chudego Mateusza w kierunku klasztornego ogrodu. Nawet Damian zamilkł i ostro wziął się do pracy. Nie trwało to jednak zbyt długo. Gdy tylko kościelny dzwon wybił godzinę dwunastą, obaj młodsi bracia zniknęli, spiesząc na południową modlitwę i obiad. Filip został sam. Mógł się odprężyć. Tylko on i Bóg, który otaczał go z każdej strony. Bóg, w którym on, skromny mnich, poruszał się i był. Żwawo wziął się do pracy. Miał jeszcze trochę czasu. Był przekonany, że uda mu się uprzątnąć dziedziniec choćby tylko z samych liści, jeśli zrezygnuje z obiadu i poobiedniej rekreacji. Powinien wtedy zdążyć do nieszporów.

Słońce zaszło za chmurami wkrótce po tym, jak zegar oznajmił godzinę drugą, a reszta wspólnoty zajmowała się odpoczynkiem po postnym posiłku. Gruby, zimny deszcz spadł może kwadrans później.

Filipa to jednak nie zniechęciło i przerzucał kolejne, coraz cięższe sterty liści tak, że wkrótce ogrodowy kompostownik był przepełniony po brzegi. Plac był czysty tuż przed nieszporami. Resztę powinien zrobić deszcz, mała pomoc od Pana. Filipa wypełniła wdzięczność. Czuł się o wiele lepiej, nie miał już mdłości. Wszedł do środka klasztoru, a w korytarzu było przyjemnie czysto i sucho. Z przemoczonego habitu woda kapała na posadzkę. Filip uśmiechnął się szeroko. Mógł udać się na zasłużoną modlitwę. To była jedyna rzecz, jakiej pragnął w tym momencie. Tylko cela i Bóg.

Nie miał już zbyt wiele czasu przed kolacją, więc zrezygnował z powrotu do swojej celi. Udało mu się pospiesznie odmówić nieszpory, samotnie. Schował się w jednej z kościelnych wnęk, która była najlepiej ukryta w cieniu, najbardziej z tyłu, najbardziej niepozorna. Była tam stacja drogi krzyżowej, jedenasta. Na obrazie udręczona i naga postać Jezusa leżała bezwładnie na grubej, drewnianej krokwi. Rzymscy żołnierze przywiązywali jego wychudzone postem ręce, ale nie mogli ich unieruchomić sztywno. Jeden z nich wpadł na pomysł, by użyć wielkich gwoździ, którymi mocowano krokwie do krzyża. Przyłożył gwóźdź tuż za nadgarstkiem i kilkoma ruchami przebił go na wylot tak, że przeszedł między kośćmi i wbił się do drewna. Twarz Jezusa zastygła w grymasie bólu. Miał minę podobną do miny Filipa, który klęczał na chłodnej posadzce klasztornej kaplicy. Powoli robiła się dookoła niego kałuża, gdy ściekała z niego woda.

Zaczął trząść się z zimna. Nie ogrzewano kościoła. Klasztor oszczędzał pieniądze i energię, gdzie tylko mógł. Cała Polska oszczędzała energię. Cała Europa.

“Boże przebacz mi” pomyślał Filip żarliwie, gdy kończył modlitwę. Wpatrywał się jeszcze bez ruchu w posadzkę, gdy w pustym kościele pojawiła się kobieca postać. To była Alicja. Nie widziała go. Nie uklękła przed najświętszym sakramentem. Przeszła się niepewnie, jakby zbłądziła i czegoś szukała. Rozejrzała się i tylko przez krótki moment pozwoliła sobie napawać się sztuką, która wypełniała to miejsce. Kolorowe witraże, kilka niedużych pomników i obrazy z wizerunkami świętych.

Nie dostrzegła Filipa. Jego ciemny habit maskował się doskonale w cieniu wnęki, w której klęczał. Mógł przez moment patrzeć na tę wysoką kobietę bez obaw, że ktoś posądzi go o to, że się gapi.

Zastanawiał się, czego tutaj szukała? Dlaczego przyjechała do klasztoru schowanego gdzieś na małopolskich wzgórzach? Już wszyscy zapomnieli o tym miejscu. Nawet turyści omijali je szerokim łukiem, nie mówiąc o pielgrzymach. Niedzielami kościół świecił pustkami, a zimą cały klasztor zamieniał się w jedną wielką pustelnię. Ludzie zapomnieli o Bogu i kontemplacji. Odkąd Polska została wyrzucona z europejskiej wspólnoty, turyści zza granicy praktycznie się nie pojawiali. Dlatego wizyta biskupa była czymś niespotykanym. Dlatego ojciec Hieronim tak bardzo się przejmował, a wraz z nim ojciec Wincenty.

O ile młoda lekarka mogła trafić do tego zapomnianego przez Boga miejsca z jakiegoś sobie znanego powodu, to co tutaj miałby robić biskup? Przecież miał na pewno o wiele lepsze rzeczy do roboty. Europę zalewał kryzys wiary i wierni odwracali się od Kościoła. Nikt nie ufał księżom i klerowi. Klasztory pustoszały przez brak powołań. Cudem było, że mieli u siebie jakichkolwiek nowicjuszy.

Biskup tymczasem zdecydował się na wizytację we wspólnocie, w której przebywało na stałe zaledwie kilkunastu mnichów i kilka sióstr zakonnych. Było to dziwne, ale Filip zanadto się nad tym nie zastanawiał. Głód i chłód doskwierały mu coraz mocniej. Praktycznie niczego nie jadł od poprzedniej nocy, niewiele też pił. Czuł, że dłużej już nie wytrzyma, dlatego wstał z klęczek. Zakręciło mu się w głowie i musiał oprzeć się o ścianę. Nawet nie zauważył, kiedy Alicja opuściła kaplicę.

Powłóczył nogami, idąc korytarzem w kierunku refektarza. Droga wydawała mu się nie mieć końca. Stopy piekły go żywym ogniem bólu. Gdy jeszcze pracował na dziedzińcu, niczego nie czuł. Gdy na moment przyklęknął, by się pomodlić, ból powrócił ze zdwojoną siłą. Ale nie miał już energii na nic innego, marzył tylko o tym, aby coś zjeść i się napić. Postanowił, że dyskretnie wstąpi do kuchni. Miał nadzieję spotkać tam Oksanę, zabrać kawałek chleba, napić się czegoś i szybko powrócić do swojej celi, gdzie wreszcie mógłby się przebrać i odpocząć.

Gdy dotarł w końcu do drewnianych schodów, jakie prowadziły do refektarza, zatrzymał się ze zmęczenia. Nie był do końca pewien, która jest godzina, ale zdawało mu się, że bracia powinni zacząć już wieczerzę. Chwilę nasłuchiwał, zanim zebrał się wreszcie, by wyjść schodami do góry.

Przed refektarzem były drzwi, które prowadziły bezpośrednio do kuchni. Z tego miejsca Filip wyraźnie słyszał poruszenie w refektarzu, co go niezmiernie zdziwiło. Bracia zwykle spożywali posiłki raczej milcząc, co najwyżej krótkie, ciche rozmowy przerywały wszechobecną ciszę. Piątkowy wieczór, gdy przecież powinno się szczególnie respektować ciszę, ze względu na pamiątkę cierpienia Pana, powinien być spędzony w zupełnej ciszy i kontemplacji.

Z refektarza tymczasem dochodziły głośne szumy rozmów, więc Filip nie mógł się powstrzymać, tylko podszedł do drzwi i przyłożył do nich ucho. Nie był w stanie usłyszeć poszczególnych słów, ale mnisi byli wyraźnie podekscytowani i głośno rozmawiali.

Zastanawiał się, czy nie udałoby mu się uchylić delikatnie drzwi i skorzystać z całego zamieszania, by podejrzeć, co się tam dzieje. Ciekawość była bardzo silna. Już miał nacisnąć klamkę, gdy usłyszał za sobą niski, wyraźny głos:

— Filip? Co robisz? — Ojciec Hieronim w jakiś niewyjaśniony sposób zjawił się tuż za nim. Musiał niepostrzeżenie wejść po drewnianych schodach, które skrzypiały i piszczały przy każdym kroku. A może to on, Filip, tracił powoli kolejny zmysł? Najpierw wzrok, teraz słuch?

— Ojcze, ja… — wymamrotał cicho Filip, ale nim zdążył dodać cokolwiek więcej, Hieronim delikatnie odsunął go od drzwi i otworzył je na oścież.

Gdy zakonnicy zobaczyli surowe spojrzenie Hieronima, zamilkli wszyscy na raz i refektarz wypełniła zupełna cisza, gdy w tle słychać było jedynie subtelny szum deszczu.

Bracia wpatrywali się w postać ojca, a pomiędzy nimi siedziała uśmiechnięta Alicja, osaczona przez zakonników z każdej strony. Uśmiechała się promiennie, w przeciwieństwie do reszty.

Widok jej twarzy musiał zmiękczyć serce Hieronima. Milczał. Powoli wszedł do środka i tak, jak zwykle, podszedł do stolika u szczytu sali, gdzie siedzieli najstarsi ojcowie, a wśród nich Szymon i Wincenty. Ukłonił się do nich nisko i usiadł.

Filip zastygł w panicznym bezruchu we drzwiach i bracia zauważyli go dopiero wtedy, gdy Hieronim skinął na niego ręką, nakazując wejść do środka. Zawahał się, ale przekroczył próg refektarza.

— Filip! — krzyknęła do niego Alicja. Nie zwracała uwagi na żadne reguły i obyczaje, które panowały w klasztorze. Machała na Filipa ręką i ponaglała go, by przysiadł koło niej.

— Filip! Mój pierwszy pacjent! — krzyczała jeszcze donośniej.

Filip nie wiedział, co zrobić. Jego ciało ruszyło w jej kierunku i nie był pewien, czy to on sam nim steruje. Wcisnął się między niezadowolonych braci i przysiadł tuż obok niej. Jeszcze bardziej zbliżyła się do niego, tak, że ich ciała się stykały.

— Jesteś przemoczony. Byłeś na zewnątrz? — zapytała troskliwie. Wyglądała na zadowoloną, że Filip oddzielił ją od braci, którzy otaczali ją coraz szczelniej, wbrew dezaprobacie, która płynęła z oczu ojca Wincentego.

— Proszę, napij się — powiedziała i podsunęła mu pod nos duży kubek pełen płynu. Gorący napój parował i Filip poczuł przyjemne ciepło, gdy objął kubek dłońmi. — Pij, ja nie piłam. Koledzy dodali za dużo miodu jak dla mnie.

Filip podziękował bez słowa, tylko skinął głową w jej kierunku. Wziął łyk ciepłego naparu, potem kolejny. Żołądek wypełniło mu przyjemne uczucie. Poczuł się bardzo dobrze. Nie wiedział, czy była to zasługa obecności doktor Alicji, czy też naparu Oksany, ale w jednym momencie opuściły go złe myśli, dyskomfort i chłód.

— Jak tam twoje ranne stopy? — zapytała Filipa Alicja.

— Ranne stopy? — Jeden ze starszych braci, Józef, który siedział po drugiej stronie Alicji, zdziwił się i próbował zajrzeć pod stół, by zobaczyć nogi Filipa.

— Tak, Filip to mój pierwszy pacjent tutaj. Trafił do mnie z poranionymi stopami. Miał głębokie rany na grzbietach obu stóp, co zresztą jest bardzo dziwne. — Zamyśliła się i dodała: — Zupełnie, jak u Jezusa.

— U Jezusa? — Dociekał Józef. Podrapał się po siwiejących włosach. Reszta braci zdążyła się już odsunąć od przemoczonego Filipa na bezpieczną odległość, a Alicja wreszcie mogła wziąć odrobinę oddechu.

— Przepraszam, wszystko jest w porządku. Bardzo dziękuję pani doktor. — Filip wtrącił się i ukłonił.

— Jestem Alicja — odpowiedziała skromnie.

Krótką rozmowę przerwał im ojciec Hieronim, który uderzył kilkakrotnie łyżką w swój kubek i spojrzał w ich stronę wymownie. Mnisi zamilkli, po czym kontynuowali posiłek. Tylko Alicja pozostała niewzruszona.

— Masz, jedz. Takie rany wymagają dodatkowego białka, inaczej będą źle się goić — powiedziała i podsunęła tuż pod nos Filipa półmisek pełen postnych potraw i tacę z chlebem. — Weź ten ze słonecznikiem. Ma dużo białka i witaminy E. — Wzięła dwie grube kromki chleba słonecznikowego i położyła mu na talerzu.

Patrzył na jedzenie i ogarnęło go bezdenne uczucie głodu. Zapomniał o modlitwie dziękczynnej. Wziął na raz dwie suche pajdy i zatopił w nich zęby. Zniknął dla niego cały świat. Pozostała jedynie ta jego cząstka, w której znajdowali się on i pani doktor. Opiekowała się nim, jak nikt wcześniej. Karmiła jak sam Pan, który karmi nawet ptactwo skrzydlate, a dla ludzi rozmnaża chleb i ryby. Jadł. Zjadł dwie kromki, potem następne dwie. Jej uśmiech był dla niego uśmiechem aprobaty.

Zjadł bez większego problemu chyba cały bochenek, gdy ojciec Hieronim wstał od stołu, przeprosił pozostałych ojców i wyszedł z refektarza. Brat Mateusz wstał pospiesznie ze swojego miejsca obok brata Damiana i zaczął zbierać pierwsze, puste naczynia, po czym zanosił je w kierunku okienka, które łączyło refektarz z kuchnią. Musiał mieć wyznaczone sprzątanie po wieczerzy, ten szczupły chłopak. Wyglądał młodo, był pełen wigoru, miał zadbane włosy i schludny, wyprasowany habit. Był jednym wielkim kontrastem do Filipa, mokrego, nieumytego. Filipa z długimi, rzadkimi, rozczochranymi włosami. Filipa w niechlujnie brudnym habicie. Filipa śmierdzącego.

Klasztorny zegar uderzył dwukrotnie, wyznaczając godzinę wpół do szóstej.

Klasztorny dzwon wytrącił go z głębokich rozmyślań. Zwyczajowo policzył uderzenia, wybiła godzina siódma wieczorem. Czuł jak padają na niego strugi deszczu. Tak mu się zdawało. Ale woda była ciepła, a on stał nagi.

Przez moment nie zwracał na to uwagi, bo było mu przyjemnie. Miał pełen brzuch i niczego mu w tej chwili nie brakowała. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć. W przytłumionym świetle dostrzegł ścianę wyłożoną szarymi kafelkami. Był w łaźni, brał prysznic. Skąd się tu wziął? Nie pamiętał. Próbował skupić się i przypomnieć sobie, jak tutaj trafił. Skoro była siódma, to oznaczało, że było już po wieczornej mszy i bracia udali się na ostatnią tego dnia rekreację.

Ostatnia rzecz, jaką pamiętał, to była doktor Alicja, która opiekowała się nim w czasie kolacji. Karmiła go, poiła go. Ale co stało się potem? Nie pamiętał. Zadrżał ze strachu. Co, jeśli powtórzy się sytuacja z poprzedniego dnia? Wtedy też ocknął się nagle w środku lasu i nie wiedział, skąd się tam wziął. Był przekonany, że to całkowite zaćmienie Księżyca w jakiś magiczny sposób musiało to spowodować. Nie podobała mu się ta zabobonna myśl, ale nie miał lepszego wyjaśnienia. Z tym, że w piątkowy wieczór było już po zaćmieniu.

Stał tak oparty dłońmi o ścianę kabiny prysznicowej i mógł spojrzeć na swoje nagie stopy. Odbijały się się na nich wyraźne, czerwone plamy krwistych ran. Miały jasnoczerwony kolor, były świeże. Nie czuł w ogóle, żeby bolały. Woda opłukała je dokładnie i złagodziła raniący ból.

Postanowił, że zignoruje na razie lukę w pamięci i skupił się na tym, co miało się wydarzyć. Święta zbliżały się wielkimi krokami, Narodzenie Pana. Miał przyjechać sam biskup. Może pojawią się inni goście, kto wie. Ale to, co najbardziej lubił w świętach, to był ten krótki okres tuż po nich, gdy większość braci rozjeżdżała się do swoich rodzin i zostawał w klasztorze sam. Nie miał do kogo jechać. Jego rodzice umarli młodo. Rodzeństwo wyjechało Bóg wie gdzie, byle tylko uciec z tego kraju.

Gdy w czasie świąt zostawał w klasztorze, towarzyszył mu zazwyczaj ojciec Szymon, któremu lata temu Bóg odebrał wszystkich krewnych. Zbliżał się powoli do setki, brakowało mu zaledwie kilku lat. Pamiętał tak odległe czasy, jak druga wojna światowa. Własnoręcznie pracował przy usuwaniu jej tragicznych skutków.

Przejechał dłońmi po swoich długich, przemoczonych włosach i zmartwił się bardzo na myśl o ojcu Szymonie. Był już stary i coraz silniej kaszlał. Twierdził, że nic mu nie dolega i że to przez wilgotne powietrze, ale Filip wiedział, że ojciec tylko tak mówi i że cierpi.

Kiedy tak zatopił się w myślach i prawie stracił ponownie świadomość, poczuł jak lodowate strumienie oplatają jego ciało. Woda nagle stała się zimna i aż odskoczył do tyłu, by uciec od bolesnego strumienia deszczownicy. Spoglądał na nią badawczo, a wtedy ciszę łaźni przerwał znajomy śmiech. Brat Damian. Stał tuż za nim i chichotał. Nagi, co było jawnym złamaniem niepisanych, klasztornych reguł. Bracia unikali widoku nieosłoniętego ciała innych braci. Odsunął zasłonę, jaka oddzielała go od Filipa i śmiał mu się w oczy. Ta sytuacja wyraźnie sprawiała mu radość.

— I jak się podobało?! — wykrzyczał i zaśmiał się ponownie. Filip zawstydził się swojej nagości i rozejrzał się za ciuchami. Potem bez słowa chwycił zasłonę prysznicową, aby oddzielić się od wścibskiego spojrzenia Damiana. Tamten jednak chwycił ją i przytrzymał. Nagle jego mina zmieniła się diametralnie i głupkowaty uśmieszek zastąpiło srogie spojrzenie.

Filip nie wiedział, co ma zrobić, wystraszył się. Brat Damian był od niego sporo wyższy. Zaczepiał go od dawna, coraz śmielej i śmielej. O tej godzinie w łaźni małe były szanse, żeby zjawił się któryś z pozostałych braci. Ojcowie zwykle rozchodzili się do swoich celi. Hieronim znikał w małej salce, która służyła mu za klasztorne biuro, by zająć się swoimi sprawami, czyli sprawami wspólnoty. Szymon po kolacji i po mszy mógł jeszcze siedzieć chwilę w konfesjonale, ale gdy dzwon wybijał godzinę siódmą było pewne, że nie zastanie się go już nigdzie w otwartych przestrzeniach klasztoru. Filip był sam, zdany na siebie.

Stwierdził, że wyjdzie z łaźni i uda się do swojej celi, by tam się ukryć przed tym wszystkim. Damian zastąpił mu jednak jedyną drogę ucieczki, po czym wszedł do jego kabiny i stanął tuż przed nim. Wpatrywał się mu w oczy, był bardzo blisko, bo kabiny nie były zbyt obszerne. Oddychał ciężko i Filip mógł poczuć powiew jego oddechu. Cofnął się pod lodowaty strumień, ale ból fizyczny przestał być niekomfortowy. Patrzył się w oczy brata Damiana, na początku wystraszony, ale tylko przez krótki moment. Ten błysk szaleństwa, jaki w nich się malował, był tylko powierzchowną zasłoną. Tuż za nimi krył się ból. I tajemnica.

Początkowo Filip stał w napięciu i nie mógł się poruszyć, ale gdy wpatrywał się w spojrzenie Damiana, w jego oczy, dosłownie kilkanaście centymetrów przed nim, stopniowo się rozluźnił. Nagle poczuł lodowatą wodę na swojej głowie i przeraźliwy ból zaczął mu ją ściskać. Próbował nie dać po sobie znać, ale ból stawał się nie do zniesienia.

Wtedy zrobił coś, czego sam się nie spodziewał. Nie był pewien, czy to on jest panem swojego ciała, czy też może niewidzialna siła pcha go i steruje nim, jak marionetką. Delikatnie objął ramionami Damiana i z wolna przytulił do siebie. Poczuł jego ciepłe ciało i silny, przyspieszony puls. Napięte mięśnie wysokiego mężczyzny zaczęły się rozluźniać. Wciągnął powietrze w płuca, jakby zaraz miał zaszlochać.

Filip nie wiedział, ile to trwało. Puścił Damiana, ten nie stawiał żadnego oporu, nie próbował go powstrzymać. Pozwolił mu wyjść z kabiny, a sam stał bez ruchu pod strugami zimnej wody.

Filip rozejrzał się po łaźni, by odnaleźć swoje ciuchy. Nie mógł jednak. Na wieszakach wisiał jedynie habit brata Damiana i do Filipa dotarło, że tamten musiał tutaj przebywać od dłuższego czasu. Nie wiedział jednak, jakim cudem mu to umknęło, zresztą nie mógł sobie przypomnieć, jak w ogóle trafił pod prysznic.

Damian prawdopodobnie przybył wcześniej, zdążył się rozebrać i wykąpać. Potem dla zabawy zakręcił główny zawór ciepłej wody i zaczął dokuczać Filipowi. Może nawet schował jego odzienie. Dlaczego to robił? Co kierowało tym mężczyzną, przecież to był dorosły człowiek. W przyszłym roku miał skończyć trzydzieści lat, wielokrotnie mówił o tym, że wciąż chciałby udać się na studia i zostać kapłanem. Nigdy co prawda nie zdobył się na to, aby porozmawiać o tym z ojcem Hieronimem, ale Filip zawsze wierzył, że uda mu się to zrobić przed trzydziestką. Dlaczego uwziął się na właśnie na niego, było mu tajemnicą. Ale miał teraz większy problem.

Gdy tak rozglądał się bezradnie po łaźni, Damian zakręcił wodę i wyszedł spod prysznica. Rzucił Filipowi złowrogie spojrzenie, bez słowa wziął swoje ciuchy, ubrał się i wyszedł. Nawet nie pofatygował się, żeby się wytrzeć. W łaźni nastała cisza, a Filip poczuł chłód.

Klasztor oszczędzał energię. Ogrzewanie zimą stawało się luksusem. Łaźnia miała tylko jeden, nieduży grzejnik i bracia, by się ogrzać, używali po prostu gorącej wody, kiedy ta była dostępna. A nie była zawsze. Klasztor korzystał z kolektorów i energii słonecznej, by ją ogrzać, więc w deszczowe, pełne chmur zimy, prysznice stawały się rarytasem, a bracia unikali ich jak ognia. Ciepła woda była co najwyżej letnia.

Filip zaczął trząść się z zimna. Nie miał nawet w co się wytrzeć. Dotarł do niego absurd tej całej sytuacji. Znowu urwał mu się film i nie pamiętał kilku poprzednich godzin. To nie było normalne. Bał się, że to coś poważnego, jakaś choroba i będzie musiał udać się z tym do pani doktor. Ucieszył się na myśl o tym, że ma pretekst, by ta po raz kolejny mogła się nim zaopiekować. Z drugiej strony nie chciał nikomu robić problemu, więc postanowił poczekać jeszcze, czy objawy się nie nasilą. Przecież to nie musiało być nic groźnego. Jest przemęczony. Było całkowite zaćmienie Księżyca, które mogło wpłynąć tymczasowo na jego zachowanie. Cały świat pogrążał się stopniowo w szaleństwie, a on wraz z nim. Tak, przeczeka to jeszcze trochę, choćby do nowego roku.

Nie mógł zostać w łaźni i liczyć na to, że cudem pojawi się jego habit lub choćby ręcznik. Damian zniknął tak szybko, jak się zjawił. Nie było nikogo, kogo mógłby poprosić o pomoc.

Powoli podszedł do drzwi łaźni, które prowadziły bezpośrednio na dziedziniec przed klasztorem, ten, który jeszcze rano wysprzątał ze wszystkich liści. Pamiętał, że kiedy trafił po raz pierwszy do klasztoru zdziwiło go to bardzo, że łaźnie są z dala od głównego budynku mieszkalnego i żeby się do nich dostać, trzeba było przejść przez dziedziniec. Po latach przyzwyczaił się do tego i uznawał za coś normalnego.

Wyjrzał przez uchylone drzwi i rozejrzał się dookoła. Nie było nikogo, ani żywej duszy. Wieczór zamienił się już w noc, a przez zachmurzone niebo dziedziniec pogrążony był w zupełnej ciemności.

Nie miał wyjścia. Musiał spróbować dostać się do celi i liczyć na to, że nikt go nie zauważy. Poczekał jeszcze chwilę, niepewny, a gdy kościelny dzwon uderzył dwukrotnie, wyszedł na dziedziniec. O wpół do ósmej nie powinien już spotkać nikogo.

Droga przez dziedziniec w bosych stopach nie należała do najprzyjemniejszych. Na szorstkim podłożu parkingu musiał stąpać na palcach, tak bardzo grunt drażnił jego stopy. Wreszcie dotarł do głównego wejścia. Drzwi zaskrzypiały głośno, gdy powoli je rozchylił. Zamarł, ale wciąż nie było nikogo, więc wyglądało na to, że droga jest wolna i nikt nie zauważy go, jak nago przemyka do swojej celi. Gdy wszedł do klasztoru, ogarnęło go tak silne poczucie wstydu, że miał ochotę zapaść się pod ziemię.

Długi korytarz, kilkadziesiąt metrów oświetlone jedynie ciemnożółtymi świetlówkami, stanowiły najtrudniejszą przeszkodę. Potem jeszcze zakręt i dom uzdrowień. Gdy go minie, droga będzie prosta i bezpieczna. Przystanął w otwartych drzwiach, które prowadziły do środka. Mógł zerknąć do wewnątrz, jak w ciemnym pomieszczeniu stały schludnie poustawiane łóżka, cierpliwie czekające na pierwszych pacjentów. Mieli się zjawić już prawdopodobnie następnego dnia, chociaż siostry zakonne nie wróciły jeszcze z kursu medycznego.

Filip na moment przystanął w drzwiach i zerknął do wnętrza, gdy nagle salę wypełniło światło. Po drugiej stronie, kilka metrów dalej, stała doktor Alicja. Miała na sobie półprzezroczysty, nocny strój. Od razu dostrzegła postać Filipa i szybko schowała ciało w poły szlafroku, którym była okryta.

Filip ruszył w ułamku sekundy. Już nie próbował być dyskretny i cichy. Najszybciej, jak potrafił, pobiegł do swojej celi. Miał szczęście, że nie spotkał nikogo innego.

Nagi wszedł do celi i pospiesznie zamknął za sobą drzwi. Stał tak oparty o nie plecami. Czuł chłód drewna. Potrzebował chwilę czasu, aby oczy przyzwyczaiły się do ciemności na tyle, aby mógł swobodnie się poruszać. Podszedł do stolika przy łóżku i zapalił największą ze świeczek. Ciepłe, ale stłumione światło wypełniło ciasną celę. Była skromna, wręcz kameralna. Przy ścianie twarde łóżko pełniło też rolę krzesła. Po drugiej stronie niewielka szafa, która mieściła cały dobytek Filipa, trochę ciuchów i gratów.

Rozchylił drzwi starej szafy. Zaskrzypiały przeraźliwie. Przez moment nasłuchiwał, czy aby przypadkiem ktoś nie usłyszał tego hałasu. W korytarzu były cele innych braci, na pewno któryś usłyszał dźwięk. Celi bracia zwyczajowo nie zamykali na klucz, choć jeśli któryś miałby taką ochotę, to mógłby poprosić o klucze ojca Hieronima. Ktoś więc mógłby usłyszeć i przyjść.

“Nie, to bez sensu, po co ktoś miałby tu przychodzić” pomyślał Filip, karcąc samego siebie za nadmiernie paranoiczne myśli. Przecież codziennie przebywał w celi. Często otwierał szafę, by się przebrać. Miał w niej zapasowy habit, mógł się w niego ubrać. Ale nie posiadał wielu ciuchów. Nie sądził, aby były mu potrzebne.

Założył habit i poczuł wreszcie ulgę, choć poczucie wstydu go nie opuszczało. Materiał pachniał delikatnie świeżym praniem.

Filip usiadł na łóżku i próbował ochłonąć. “Boże, dlaczego mnie to spotyka? Jaki masz w tym plan?” pytał się na wpół w myślach, na wpół na głos.

Sięgnął na półkę nad łóżkiem, na której leżało kilka książek z klasztornej biblioteki i jego dzienniki. Chciał zapisać w jednym z nich wszystko, co go spotkało w ciągu ostatnich dwóch dni. Chciał wreszcie zrzucić ten balast z głowy i o nim nie myśleć.

Wziął zeszyt w ręce i zawahał się. Co jeśli nie będzie mógł odczytać tego, co jest w środku, jak ostatnim razem? Co jeśli litery będą falowały?

Zamknął oczy, wziął głęboki oddech, po czym otworzył dziennik i spojrzał do środka. W słabym świetle świecy mógł zobaczyć swoje pismo i poprzednie zapiski. Odnalazł wolną stronę. Chwycił w dłoń pióro. Wszystko było w porządku.

Potrzebował trochę więcej światła, więc wziął zapałki i chciał rozpalić płomień drugiej ze świec, ale w tym samym momencie światło nagle zbladło, a ogień na świecy, która się świeciła, zgasł.

Poczuł dym i zapalił zapałkę. Próbował zapalić świecę, ale miał z tym problem. Knot nie chciał rozniecić się od zapałki. Próbował każdą ze świec i nie udało mu się zapalić żadnej z nich. Ogarnęło go uczucie niepokoju. Knot tylko żarzył się, ale płomień się nie pojawiał.

Odłożył zapałki i padł na kolana. Zaczął modlić się szeptem:

— Boże mój i Panie… Zgrzeszyłem przeciw Tobie, nie miałem umiaru w piciu… — Zawahał się, ale w końcu uznał sam przed sobą, że widocznie to właśnie się wydarzyło. Że któryś z braci poczęstował go alkoholem, sam stwierdził, że to dobry sposób, aby celebrować własne urodziny. Upił się, stracił świadomość, a potem spotkał go cały szereg nieprzyjemnych wydarzeń, które były boską karą za ten grzech. Albo boskim upomnieniem, próbą skierowania go na właściwe tory.

— Ojcze mój i Panie, który jesteś w niebie… — Zaczął i pokornie skłonił głowę. Dłonie złożył na piersiach i przycisnął mocno, po czym kontynuował: — Twoje imię jest najświętsze; pragnę, aby nadeszło Twoje królestwo; pragnę, żądam, aby Twoja wola wypełniła się przez moje ręce tu na ziemi! I nie śmiem prosić o nic więcej, jak tylko odrobinę chleba i wody. I o to Panie, byś zważył na moją słabość i nie wrzucał mi na barki pokus, którym moje słabe serce nie jest w stanie się oprzeć. I byś wybawił mnie Panie od zła, które tak wypełnia świat… — Zamyślił się dłuższą chwilę. Spojrzał do góry, w ciemny sufit, jakby tam właśnie znajdował się Bóg i modlił się dalej, coraz żarliwiej:

— Nie, Panie. Wiem, że poddajesz świat coraz trudniejszym próbom. Dziękuję Ci za to. Wybaw od wszelkiego zła innych, ale mnie, jeśli taka tylko jest Twoja wola, weź i użyj jako swoje narzędzie. Kontynuuj proszę swój plan. Przyjmuję chętnie to wszystko, co mi zsyłasz. Pragnę nieść swój krzyż, jak ty niosłeś swój… — Przerwał, gdy łzy napłynęły mu do oczu i zaszlochał cicho. Nie chciał, aby ktokolwiek to usłyszał. Schował twarz w dłoniach i płakał.

Gdy już się otrząsnął i odsłonił oczy, w celi zrobiło się jaśniej. Świece, które wcześniej jedynie żarzyły się, nagle rozpaliły się w mocny i jasny płomień, jakby nasyciła je niewidzialna siła. Zrobiło się na tyle jasno, że mógł swobodnie pisać w swoim dzienniku. Nie zastanawiając się nad tym zbytnio, usiadł na twardej pryczy i chwycił w dłoń pióro. Przez dłuższą chwilę spoglądał na pustą kartkę, na której tańczyły cienie płomienia świecy. Rozmyślał, jak zacząć, gdy klasztorny dzwon zaczął wybijać godzinę ósmą wieczór.


Ciężką na mnie zesłałeś próbę mój Ojcze, w moje trzydzieste trzecie urodziny. Czyżbyś chciał, abym i ja, skromny karmelita, doświadczył podobnych cierpień i upokorzeń, jakich Ty doświadczyłeś, gdy w postaci Jezusa przebywałeś na Ziemi, by oddać życie za grzechy ludzkości? Ojcze, chętnie oddam swe życie dla Ciebie, jeśli taka tylko jest Twoja wola. Ale bądź proszę łaskawy dla mnie, bo jestem tylko słabym człowiekiem, a Ty jesteś Stwórcą wszechświata.

Gdy poprzedniej nocy ocknąłem się nagle w środku lasu, byłem przerażony. Ale wiedziałem, że jesteś przy mnie, tuż obok i że nie pozwolisz, aby stało mi się coś złego. Wciąż mi wstyd, za to, co się stało. Za to, że zakłóciłem spokój siostry Urszuli, która musi być chyba jedną z Twoich ulubienic. Podobno jeszcze w święta mają ją odwiedzić jakieś siostry ze wschodu Polski, by odbyć pokutę i rekolekcje. Mimo wieku, Urszula pracuje ciężko, jako robotnik na Twoich żniwach Ojcze. Chciałbym być taki, jak ona.

Wybacz mi też Ojcze, że pozwoliłem sobie na nieumiarkowanie w jedzeniu w dzień moich urodzin. Jeśli jest to jakieś wytłumaczenie, to nie chciałem zrobić przykrości mojej umiłowanej Oksanie, która tak starała się, by zrobić dla mnie moje ulubione pierogi, ale przesadziła z przyprawami. Bracia, nawet ojcowie śmiali się z niej. A przecież zrobiła to z dobroci serca.

Ciężkie też Ojcze zsyłasz na mnie bóle, szczególnie ból głowy, który jest mi coraz bardziej nie do zniesienia. Wiem, że chcesz, abym doświadczył tego, co Ty doświadczyłeś, gdy umierałeś na krzyżu i gdy korona z cierni raniła Twoją głowę. Dziękuję Ci Ojcze za to doświadczenie, choć ciężkie.

Ten piątek, dzień, w którym cierpiałeś męki, był dla mnie dziwny i nie rozumiem wszystkiego, co się wydarzyło. Spotkałem doktor Alicję, która trafiła do naszego domu uzdrowień nagle i uratowała go przed rozwiązaniem. To musi być wspaniała kobieta. Potrafiła się zaopiekować moimi ranami i bólem, zupełnie jak Maria Magdalena, która obmyła Twoje stopy, tak i ona opatrzyła moje. Ma długie, ciemne włosy, zupełnie takie, jakie w moich wyobrażeniach ma Maria. Nawet widziała mnie nago, zupełnie jak Maria Magdalena, która spoglądała na Twoje umęczone ciało, gdy umierałeś na krzyżu za nasze grzechy. Rozumiem już chyba wstyd, jaki musiałeś czuć w tamtej chwili. Obnażony przed ludźmi. Przybity do krzyża jak złoczyńca…


Filip przerwał pisanie, gdy dzwon zaczął wybijać godzinę dziewiątą wieczorem. Zwyczajowo policzył uderzenia. Czas płynął szybko na pisaniu i kontemplacji. To była jego pora, pora na sen. Zamknął dziennik i odłożył na miejsce. Zdmuchnął najpierw jedną ze świeczek. Chwilę rozmyślał, czy aby nie ma jeszcze czegoś, co powinien zrobić lub zapisać. Uśmiechnął się do siebie. Czuł się o wiele lepiej po tym, jak spisał to, co go najbardziej dręczyło. Jego wstyd zmniejszył się. Wciąż nie był pewny, czy będzie w stanie spojrzeć w oczy doktor Alicji, ale najwyżej będzie jej unikał.

Gdy już uznał, że zrobił wszystko, co należało, zgasił pozostałą ze świeczek, zdjął habit i położył się na łóżku. W myślach dziękował Bogu za ten dzień, jak bardzo nie był on szalony i pełen dziwnych, bolesnych zdarzeń.

Nie minęło jednak dużo czasu, gdy coś usiadło na jego klatce piersiowej. Najpierw czuł, jakby coś go przygniatało. Zaraz potem lekkie ukłucie w sam środek a wreszcie silny, bolesny skurcz w mostku. Miał wrażenie, że ktoś przebija sztyletem jego serce. Wraz z ukłuciem wróciło poczucie niepokoju, które opuściło go na moment, gdy skończył zapiski w dzienniku.

“Czyżbyś Panie miał dla mnie jeszcze więcej prób? Jeszcze więcej cierpienia, którego Ty doświadczyłeś?” Pomyślał.

Nagle szafa zazgrzytała przeraźliwie i Filipa zalało przerażenie tak silne, że prawie wrzasnął. Zamarzł w bezruchu, ledwo co oddychał. Powtarzał sobie tylko w myślach, aby się uspokoić: “Panie, oddaję się w Twoje ręce”.

Dotarły do niego w jednej sekundzie wszystkie negatywne odczucia ciała. Stopy, silnie zranione przez nocny wypad do lasu poprzedniego dnia. Rany rozjątrzyły się po raz kolejny, gdy boso i nago uciekał przed wzrokiem doktor Alicji. Bez bandaży i opatrunku, zaczęły piec go żywym ogniem.

Głowa zaczęła pulsować ściskającym pierścieniem. Chciał chwycić ją dłońmi, ale ze strachu nie mógł się poruszyć. I to kłucie w piersiach. Przez moment przyszła mu myśl, że to może coś poważnego, jakaś choroba, może zawał serce, a nie żadna próba od Boga. Nie chciał tej myśli. Odrzucił ją szybko. Wziął się w garść i z wolna usiadł na łóżku.

Chciał coś zrobić z bólem, cokolwiek. Przypomniał sobie, że Alicja dała mu fiolkę z płynem do odkażania. Trzymał ją jednak w habicie, który zabrał mu Damian. No chyba, że wcześniej odłożył ją gdzieś w celi.

Po omacku sięgnął do stolika przy łóżku. Miał on pod spodem małą szufladkę. Otworzył ją i wymacał dłonią wewnątrz szklaną fiolkę. Widocznie wcześniej ją tutaj położył, ale o niej zapomniał.

Nie zastanawiał się nad tym zbytnio, tylko wylał trochę płynu na dłoń, a potem zaczął wmasowywać w obie stopy. Przez kilka sekund czuł ulgę, ale zaraz potem rany zaczęły palić jeszcze mocniej. Z bólu zacisnął zęby, by nie jęknąć.

Szafa zaskrzypiała nagle złowrogo. Dla Filipa zabrzmiało to jak jęk żywej, udręczonej istoty. Stanął na równe nogi i poczuł, jak kolejna fala bólu zalewa mu czaszkę. Zakręciło mu się w głowie i był bliski tego, by zemdleć.

Stwierdził, że dłużej tego nie wytrzyma. Postanowił, że pójdzie do doktor Alicji i poprosi ją o pomoc.

Filip powoli otworzył drzwi swojej celi i wyszedł na korytarz. Czuł jak rzemyki sandałów wpijają mu się w rozjątrzone rany na stopach. Ból w piersi nieco zelżał, ale głowa pulsowała ugniatającym pierścieniem. Zrobił może kilka kroków w stronę domu uzdrowień, gdy nagle przypomniał sobie, co zaszło może godzinę wcześniej. Doktor Alicja musiała zauważyć go, jak nagi zaglądał do lecznicy. Bóg jeden wie, co sobie pomyślała, ale niekoniecznie były to dobre rzeczy. Filip wiedział, że nie może iść do niej prosić o pomoc. Za bardzo się wstydził.

Zamiast tego postanowił pójść do kuchni. Miał nadzieję, że napotka tam Oksanę, która o godzinie dziewiątej wieczorem wciąż mogła jeszcze tam być i przygotowywać wszystko do kolejnego dnia i do zbliżających się świąt. Powoli ruszył korytarzem, który prowadził do refektarza. Przystawał co kilka kroków, by dać nieco ulgi bólowi stóp. Jednocześnie nasłuchiwał, czy echo nie niesie jakiś dźwięków. Było jednak zupełnie cicho w przytłumionym świetle klasztornych korytarzy. Bracia i ojcowie musieli już spać lub kontemplowali w skupieniu, w samotniach swoich celi.

Filip przystanął przed drewnianymi schodami, które prowadziły w górę, do kuchni i do refektarza. Ból głowy był tak silny, że nie wiedział, czy da radę wspiąć się do góry. Motywowała go myśl, że Oksana musiała mieć w kuchni jakieś silne środki przeciwbólowe. Biedula cierpiała również i niosła swój krzyż. Od lat miewała silne bóle pleców, które czasem dosłownie ją przygniatały. Filip pamiętał, że zażywała wtedy duże, różowe tabletki, które miały łagodzić jej cierpienia.

Każdy stopień był dla niego jak uderzenie młotka, które głębiej wbija mu w stopę wielki gwóźdź. Cudem tylko wdrapał się do góry, zajrzał przez otwarte drzwi kuchni, zapalił światło. Było pusto. Na stole przy oknie stały tylko kartony z komunikantami, które musiały zostać przywiezione jeszcze tego samego dnia. Oksana zapomniała, albo nie miała czasu ich rozpakować. Filip wiedział, że nie powinna ich tak zostawiać, bo przy wilgotności w kuchni było ryzyko, że komunikanty zwilgotnieją i spleśnieją. Już wcześniej stracili przez to całą partię.

Chciał rozpakować kartony, ale gdy tylko się do nich zbliżył, poczuł kolejną falę bólu głowy. Zrezygnował więc z tego pomysłu i zaczął zamiast tego przeglądać szafki kuchenne w poszukiwaniu jakiegokolwiek leku przeciwbólowego. Przyprawy, zioła z klasztornego ogrodu. Wszystkie wysuszone i zamknięte szczelnie w wielkich słojach. Nie mógł znaleźć niczego użytecznego. Pomyślał, że może chociaż zaparzy sobie herbatkę, ale nie miał pojęcia, jakich ziół użyć. Większość słoików była nieopisana i tylko Oksana wiedziała, co się w nich znajduje.

Rozczarowany opuścił powoli kuchnię. Całe szczęście, że nie natknął się na nikogo. Pozostało mu jedynie ukradkiem powrócić do celi i przeczekać ból do rana.

Gdy zszedł ze schodów z równoległego korytarza dobiegł go szmer. Przystanął i schował się w cieniu przy ścianie. Nie było to trudne w przytłumionym świetle klasztornych pomieszczeń. Oświetlały je jedynie blade światła, które docierały do wnętrza poprzez okiennice, a które oświetlały niektóre zewnętrzne drogi klasztoru.

Filip wychylił się nieco, by zobaczyć, kto idzie. Nie widział dokładnie z tej odległości. Obraz rozmywał mu się w oddali. Potrzebował okularów. Mógł jednak dostrzec cień wysokiej, szczupłej postaci. Wyglądało na to, że to brat Damian cicho przemieszczał się po korytarzu. Filip nie miał pojęcia, co nowicjusz miałby robić w klasztorze o tej godzinie. Powinien już siedzieć w swojej celi i przygotowywać się do snu. Ogarnął go lęk na myśl o tym, że mógłby się teraz na niego natknąć.

Poczekał chwilę i już chciał iść, gdy dostrzegł cień kolejnej postaci. Tym razem zdecydowanie niższej. Nie był w stanie określić, który to z braci. Musiał podążać za Damianem i Filipa ogarnęła ciekawość. Zaintrygowało go to, dokąd bracia mogli zmierzać, a myślenie o tym pozwoliło mu na moment zapomnieć o bólu głowy. Odczekał jeszcze kilka chwil i ruszył w ich kierunku.

Widział, jak bracia znikają w ciemnościach domu uzdrowień. Nie miał pojęcia, po co tam się udali. Wyczekiwał w bezpiecznej odległości, czy przypadkiem światło w domu uzdrowień się nie zaświeci. Myślał, że może bracia źle się poczuli i przyszli po pomoc. Było jednak ciemno i wyglądało na to, że mieli oni inne plany.

Zbliżył się do drzwi, które prowadziły do domu uzdrowień. Skradał się tak cicho, jak tylko mógł. W głowie układał sobie to, co będzie mógł powiedzieć doktor Alicji, gdyby przypadkiem znowu ją tam zastał. Próbował tłumaczyć się jej z poprzedniego spotkania. Przecież to nie była jego wina. Ona powinna zrozumieć. No i bóle, ból głowy i rany na stopach. Potrzebował czegoś, żeby złagodzić cierpienie choćby odrobinę.

W domu uzdrowień było jednak ciemno i Filip nie widział najmniejszych śladów pani doktor ani braci. Zniknęli. To oznaczało tylko jedno, bracia ukradkiem poszli do klasztornych strychów. Tylko po co? Filip nie mógł ułożyć sobie w głowie stosownego wytłumaczenia. Nie potrafił też zostawić tej zagadki. Ciekawość wzięła górę i małymi kroczkami wszedł do środka domu uzdrowień.

Lecznica wciąż stała pusta, ale w klasztorze krążyła plotka, że jeszcze przed świętami, może już następnego dnia, zjawią się we wnętrzu pierwsi pacjenci.

Tuż za drzwiami, które z lecznicy prowadziły do pomieszczeń, które doktor Alicja zaadaptowała na swoje mieszkanie i gabinet, znajdowała się klatka schodowa. Prowadziła bezpośrednio na strychy i Filip prawie nigdy się tam nie zapuszczał, odkąd mieszkał w klasztorze. Pamiętał, że był tam może raz lub dwa, ale nie pamiętał w jakim celu.

Gdy zbliżył się nieco, przystanął przy drzwiach mieszkania doktor Alicji i nasłuchiwał, czy wewnątrz coś się dzieje. Cisza. Poszedł więc dalej. Drewniane schody były tego wieczoru łaskawe i nie skrzypiały przy każdym kroku. Podobnie drzwi na strych. Kłódka na nich była otwarta, co zdziwiło Filipa. Strychy były tym jednym z niewielu pomieszczeń w klasztorze, które ojciec Hieronim zamykał przed resztą braci i aby się do nich dostać, należało najpierw poprosić go o klucz. Tymczasem kłódka była otwarta i Filip mógł swobodnie dostać się do środka, gdzie już pewnie przebywali dwaj bracia, w tym Damian.

Klasztorny strych był ciemny i ponury. Pustkę wypełniały wielkie, drewniane krokwie, zakurzone przez lata zaniedbań. Gdyby tylko klasztor miał odpowiednie fundusze, można by wyremontować pomieszczenia i zbudować w nich dom uzdrowień z prawdziwego zdarzenia.

Filip przemieszczał się pomiędzy krokwiami na wpół po omacku, starając się, by przypadkiem nie wywołać niepotrzebnego hałasu. Każdy krok stawiał powoli i rozważnie. Przemieszczał się z wolna, aż wreszcie szmery i szepty powstrzymały go przed dalszą drogą. Zmrużył oczy, by lepiej widzieć w półmroku i gdzieś w oddali pomieszczenia dostrzegł scenę, której się nie spodziewał. Na jednym ze starych łóżek, które lata temu musiały służyć braciom w ich celach, a które teraz zakurzone walały się po klasztornym strychu, siedziała dwójka braci. Jeden z nich, wysoki, to był Damian. Drugi, niższy, o krótkich, starannie ściętych włosach. Filipowi zdawało się, że to Mateusz.

Ta dwójka braci była nierozłączna od pewnego czasu. Spędzali razem każdą wolną chwilę i rekreację. Przebywali ze sobą, kiedy tylko mogli. Nie było to nic nadzwyczajnego w klasztorach. Często jeden z braci miał swojego bliskiego przyjaciela, z którym dzielił uczucia silniejsze, niż z pozostałymi braćmi. Filip nawet przyłapał siebie wielokrotnie na tym, że zazdrościł braciom tej bliskości z drugim człowiekiem. Życie w klasztorze bywało życiem pustelnika, ale nie musiało takim być.

Bracia siedzieli na łóżku i Damian mówił coś do Mateusza, ale Filip nie mógł określić z tej odległości, o czym rozmawiają. Widział tylko, jak Damian dłonią głaszcze włosy młodszego Mateusza, co wydało się Filipowi nadmiernym okazem czułości w stosunku do drugiego brata. Potem jednak stało się coś jeszcze dziwniejszego. Damian zbliżył twarz do Mateusza i obaj bracia utonęli w łagodnym pocałunku.

Filipa speszył ten widok, zakłopotany chciał wyjść i niepostrzeżenie wrócić do swojej celi. Bracia robili coś, czego nie powinni robić. Złamali silne tabu wspólnoty. Zgrzeszyli. Nie chciał tego widzieć. Wolał udawać, że tego nie było, że to tylko mu się śni. Gdyby dowiedział się o tym ojciec Hieronim, obaj nowicjusze mieliby poważne problemy i pewnie już nigdy nie zostaliby dopuszczeni do żadnej wspólnoty klasztornej w całym katolickim świecie.

Filip odwrócił się gdy w tym samym momencie klasztorny zegar zaczął wybijać godzinę dziesiątą. Na klasztornym strychu odgłos dzwonu był o wiele silniejszy, w dodatku echo odbijało się po obszernym pomieszczeniu. Filip przestraszył się i wyprostował nagle, przez co uderzył głową w jedną z drewnianych belek. Konstrukcja zatrzęsła się głośno i spadły z niej graty, które musiały leżeć tam od lat.

Spowodowało to hałas, który między uderzeniami dzwonu było słychać wyraźnie na całym strychu. Damian oderwał się w strachu od Mateusza i zerwał do ucieczki. Dwaj bracia pędzili na oślep do wyjścia. Przemknęli tuż obok Filipa, nie zauważyli jego sylwetki, gdy trzymał się za obolałą głowę.

Filipa zamroczyło na moment, ale zaraz potem zebrał się w garść i sam skierował do wyjścia. Zamieszanie wystraszyło go. Przepełniony emocjami chciał uciec do jedynego bezpiecznego miejsca, które znał, do swojej celi.

Udało mu się wyjść przez drzwi ze strychu, gdy z domu uzdrowień dobiegł go hałas przewróconych mebli i tłuczonego szkła. Przyspieszył na schodach. Tym razem skrzypiały niemiłosiernie, co ponagliło go jeszcze bardziej.

Dotarł do głównej sali domu uzdrowień, którą wypełniał półmrok. W tym samym momencie otworzyły się drzwi mieszkania doktor Alicji i Filip przeraził się. To była ostatnia rzecz, jakiej chciał w tym momencie. Dopiero co Alicja przyłapała go nagiego, jak przemykał koło domu uzdrowień. Teraz zobaczy go, jak demoluje jej lecznicę.

Przyspieszył jeszcze bardziej i potknął się o szafkę z lekami, która wywrócona leżała na podłodze koło drzwi. Widocznie Damian lub Mateusz wywrócili ją w popłochu, gdy uciekali. Poleciał do przodu jak długi, instynktownie wyciągnął przed siebie ręce, by nie upaść na twarz. Gdy wylądował na podłodze, ból przeszył jego prawą dłoń. Zranił się o coś.

Nie wiedział, co robić. Chciał łkać z bólu, rozpaczy i wstydu. Wtedy dom uzdrowień wypełniło światło. Doktor Alicja stanęła tuż za nim, zaskoczona całą tą sytuacją. Na podłodze leżała przewrócona szafa, w której były leki. Większość z nich wyleciała i leżała bez ładu na podłodze. Niektóre delikatne fiolki stłukły się.

Obok szafki leżał Filip, a jego twarz skrzywiona była grymasem bólu. Lewą ręką trzymał swoją prawą dłoń. Ciurkiem kapała z niej krew. Była przebita na wylot ostrym jak sztylet kawałkiem szkła. Po czole spływała mu strużka jasnej, świeżej krwi.

Zdziwił się, gdy doktor Alicja pospiesznie zbliżyła się do niego. Nie próbowała ukrywać swojego ciała, które wychylało się spod jej szlafroku. Nie wyglądała na wściekłą, ani nawet na złą. Wręcz przeciwnie, była zatroskana i współczująca. Najpierw zerknęła na czoło Filipa, potem na jego dłoń.

— Zaraz się tobą zajmę — powiedziała, a Filip rozpłynął się. Doktor Alicja po raz kolejny wzięła go pod swoje skrzydła, jak prawdziwy anioł. Znowu się nim zaopiekowała. Pomogła mu wstać i powoli, by nie potknąć się o leki i szkło, zaprowadziła do najbliższego łóżka, gdzie pomogła mu usiąść.

Mówiła coś do niego, uspokajała go, ale nie musiał słyszeć słów. Wystarczył mu sam dźwięk jej głosu, pełen czułej troski.

— Eh, chyba brakuje ci miłości braciszku — mówiła, drocząc się z nim — Przychodzisz po nocach mnie podglądać? No i wiesz, jest zima. Przydałoby się jednak nosić ubrania i w ogóle…

W drzwiach domu uzdrowień stanął ojciec Hieronim i Alicja przestała mówić, ale nie przestała opatrywać rany na głowie Filipa. Ten dziwił się, jak to możliwe, że nie była na niego wściekła? Przecież chyba każda inna kobieta w tej sytuacji oskarżyłaby go o Bóg wie jakie rzeczy. Ona tymczasem żartowała, jakby nic się nie stało. Czyżby widziała, że nie miał złych zamiarów? Czyżby czuła, że to tylko szatan sobie z nim pogrywał i wplątał go w to całe zamieszanie?

— Dobrze, że jesteś — zwróciła się do ojca Hieronima, który próbował jakoś powstrzymać swoją wściekłość. — Będę potrzebowała jednak tych kluczy. Nie jest wcale tak spokojnie, jak twierdziłeś, że będzie — mówiła nie zwracając uwagi na to, by nazywać Hieronima ojcem.

— Co tu się wydarzyło? — Ten spytał, gdy nieco ochłonął, ale Alicja przerwała mu i zapytała:

— Potrzebujemy dla niego karetki. Mógłbyś wezwać? Ta rana na dłoni — wskazała na dłoń Filipa, która krwawiła coraz mocniej — to nie wygląda zbyt dobrze.

— Karetka? Ojciec Szymon prawie umierał, a dostałem odmowę. Jeśli już musimy, to sam go zawiozę. Najbliższy szpital jest godzinę drogi stąd… — Alicja przerwała mu spojrzenie.

— Przez godzinę to mi się wykrwawi. Dobra, zaryzykuję. Ale pomożesz mi. — Wydawała polecenia do samego przeora. Filip był w szoku. Nie odzywał się, bał się, że jak Hieronim go dostrzeże, to nie ominie go poważna reprymenda. Alicja tymczasem zaczęła ostrożnie wyjmować Filipowi z dłoni kawałek szkła.

— Więc to ty włamujesz się na strychy klasztorne — powiedział beznamiętnie ojciec Hieronim i na polecenie doktor Alicji przytrzymał rękę Filipa sztywno na stoliku. Filip nie zareagował tylko spuścił głowę. Wstyd był tak silny, że praktycznie zapomniał o obolałym ciele. Stopy, głowa, teraz prawa dłoń. Hieronim kontynuował:

— Doktor Alicja mówiła, że słyszała już kogoś wcześniej, jak się tam zakradał… — Filip wiedział już, że chodziło o Damiana i Mateusza, ale milczał. To oni zakradali się na strych. Gdyby ojciec Hieronim wiedział, w jakim celu to robią, mieliby wielkie kłopoty.

— Nawet nie chcę wiedzieć, jak to się stało. — Odwrócił się na moment i wskazał zniszczoną półkę na leki, po czym kontynuował: — Ale jak przypuszczam, to też twoja sprawka.

Filip nie zaprzeczył, tylko pokornie brał na siebie kolejne oskarżenia. Co jakiś czas w rozmowę wtrącała się Alicja:

— Oczyszczę tę ranę, jak tylko będę w stanie, ale i tak będziesz musiał odwiedzić szpital. Przydałoby się zrobić zdjęcie, żeby zobaczyć, czy jakiś kawałek szkła nie został wewnątrz dłoni. Czy to boli? — spytała i dotknęła ręki Filipa. Nie czuł niczego nadzwyczajnego, więc tylko przecząco pokręcił głową.

— Masz niesamowite szczęście. Szkło przeszło dokładnie pomiędzy kośćmi i wygląda na to, że nerwy też są nieuszkodzone. Widać, że Bóg ma cię w swojej opiece. Choć nie sądzę, żeby był w stanie obronić cię przed nim. — Wskazała na ojca Hieronima, którego mina była coraz bardziej surowa. — No cóż, ja nie będę cię osądzać — powiedziała i Filip widział, jak próbowała nieudolnie nawiązać do Ewangelii — to tyle mojej pracy. Zostawiam was z tym. Ja jestem wykończona. Zajmę się tym jutro.

Ukłoniła się jeszcze do nich na pożegnanie i schowała w połach szlafroku. Filip pomyślał, że musiało jej być chłodno. Dodała jeszcze kilka zaleceń, co do jego opatrzonej rany i odeszła do siebie Gdy zniknęła, plecy zalał mu zimny pot, a mina ojca Hieronima zmieniła się diametralnie.

— Masz szczęście młody człowieku… — zaczął mówić surowo, jak ojciec, który karci swojego niesfornego syna — …że zbliżają się święta. Będziemy gościć też biskupa. Nie chcę żadnych więcej problemów, dlatego pozostaniesz w pustelni, aż do odwołania, a co najmniej do końca świąt.

Filipa zamurowało. Był przygotowany na to, że zostanie wydalony w trybie natychmiastowym, ale widocznie naprawdę miał szczęście i naprawdę Bóg się nim opiekował. Pustelnia. W klasztornych ogrodach, w samych jego głębinach, znajdował się mały domek, który mnisi używali czasem do kontemplacji. Podobny do tego, w jakim mieszkała siostra Urszula. Czasem, bardzo rzadko, jako pokutę odsyłano tam braci, by mogli w spokoju przemyśleć, co zrobili złego.

— Jutro nie chcę cię tutaj widzieć. — Dodał ojciec Hieronim i bez dalszych słów po prostu wyszedł. Filip odczuł ulgę, że nie będzie musiał wracać do celi, jedynego bezpiecznego miejsca, które znał, a w którym czuł się coraz bardziej źle.

II

Obudziła się i przeciągnęła. Otworzyła oczy. Przez chwilę zastanawiała się, czy to wszystko jej się nie śni i czy nie nawiedziły ją jakieś dziwaczne koszmary. Potem spojrzała na zegarek, który leżał tuż obok i wyświetlał czerwone cyfry godzin. Szósta czterdzieści siedem.

Zamiast wylegiwać się jeszcze w łóżku co najmniej do godziny wpół do ósmej, usiadła niechętnie i założyła kapcie. Rozejrzała się po ponurym pomieszczeniu, oświetlonym tylko ciepłym światłem małej lampki. Jednak to wszystko to nie był sen. Spędziła kolejną noc w klasztornym domu uzdrowień. Doczekała soboty, dwudziestego drugiego grudnia, dnia, gdy zjawić się mieli pierwsi pacjenci.

“Pierwsi, nie licząc oczywiście tego rozczochranego mnicha z długimi włosami i niedbałym zarostem” pomyślała, gdy przeciągnęła się po raz kolejny i wstała na równe nogi. Jednocześnie uśmiechnęła się na myśl o nim. Filip zapewnił jej tyle wrażeń poprzedniego dnia, że ledwo co zasnęła. Dziwiła się sama sobie, że nie jest wściekła z powodu jego zachowania. Skradał się po nocy nagi, jak jej się zdawało, potem próbował ją chyba podglądać i biegał po strychu. Zdemolował jej całą lecznicę, którą sam wcześniej pomagał meblować. W najśmielszych snach nie przypuszczała, że zakonnicy będą robili takie rzeczy.

Przypomniała sobie jeszcze raz wszystkie rany, jakie opatrywała Filipowi i jednocześnie wyjęła z szafki paczkę papierosów. Silne otarcia na grzbietach stóp. Rana na głowie. Wreszcie dłoń przebita na wylot kawałkiem szkła. Nie miała tutaj możliwości żeby zbadać Filipa dokładniej. Nie była też w stanie wyciągnąć od niego informacji na temat tego, co się stało. Założyła, że musiał przewrócić się, zranić w dłoń i uderzyć w głowę. Nie miał objawów wstrząśnienia mózgu, więc raczej zrobiła wszystko, co była w stanie w tych warunkach.

Wyjrzała przez okno, wzięła głęboki oddech chłodnego, porannego powietrza. Wciąż było ciemno, więc bez obaw zapaliła papierosa. To była jedna z tych przyjemności, na które sobie pozwalała, ale nie do końca była to tylko przyjemność. Jakiś czas temu zdiagnozowała u siebie wrzodziejące zapalenie jelita grubego, więc zaleciła sama sobie papierosy, jedną z dziwnych, ale często skutecznych metod leczenia. Te kilka papierosów dziennie łagodziły objawy, ale też pozwalały jej skupić się na pracy. A praca lekarza w Polsce nie należała do najłatwiejszych. Od wielu lat system opieki zdrowotnej próchniał od samych korzeni i powoli rozpadał się. Pojawiały się coraz to nowe pomysły na to, aby go ratować, nie zawsze mądre. Jednych z nich były domy uzdrowień.

Alicja wiedziała, że to chory pomysł, ale jednocześnie prawo gwarantowało jej, że dzięki pracy w jednym z takich miejsc będzie mogła szybciej odrobić studia i opuścić kraj tak, jak zrobiła to większość jej znajomych i ogromna liczba innych lekarzy.

Gdy wciągnęła dym z papierosa, poczuła silny skurcz w brzuchu, aż się skuliła. Wzięła głęboki oddech. “Tylko spokojnie, to zaraz minie” powtarzała sobie w myślach jak mantrę. Potem zaciągnęła się papierosem, a ból zelżał. Odetchnęła z ulgą i wróciła do rozmyślań.

Po wczorajszej nocy zaczynała żałować, że zgodziła się na coś tak karkołomnego. Miała prowadzić samodzielnie lecznicę. Obiecano jej co prawda, że trafią jej się tylko prości pacjenci, że w ten sposób odciąży system opieki zdrowotnej, ale słyszała już wcześniej od kogoś plotkę, że to nie była prawda.

Specjalizowała się w chirurgii ogólnej, dlatego nie miała problemu z opatrzeniem rany Filipa. Ten mnich nie dawał jej spokoju. Była jednocześnie zażenowana i rozbawiona jego zachowaniem. Dopaliła papierosa, zgasiła o betonowy parapet okna.

Kiedy wstała zaatakował ją kolejny skurcz w brzuchu. Zajęczała i skuliła się z bólu. Poczuła, że musi szybko iść do toalety, więc ruszyła pospiesznie.

Niestety nie miała dostępu do prywatnej ubikacji, bo cały ten dom uzdrowień to była jedna wielka atrapa. Musiała opuścić mieszkanie i skorzystać z toalet zaadaptowanych dla przyszłych pacjentów.

Minęła salę domu uzdrowień i zdążyła jeszcze zwrócić uwagę na to, że ktoś posprzątał cały ten bałagan z poprzedniego wieczoru. Próbowała sobie przypomnieć, czy słyszała, żeby ktoś sprzątał, ale nie mogła. Przez moment zastanawiała się, czy to całe zajście jej się nie przyśniło, ale kolejny skurcz ponaglił ją i pobiegła do toalety.

Tak wyglądały przynajmniej dwa, częściej trzy dni w każdym tygodniu jej życia. Bolesne, poranne biegunki, czasem też kolejne w ciągu dnia. Usiadła na zimnej klapie od sedesu i zaczęła głęboko oddychać, by się uspokoić. Chłód płynący od deski był dla niej kojący.

Bała się tych dni, wyczerpywały ją psychicznie i fizycznie. Miała nadzieję, że ominie ją to chociaż do momentu, aż pojawią się pacjenci, że zapomni o tej swojej przypadłości, gdy rzuci się w wir nowej pracy. Poczuła silny skurcz, zawyła z bólu, a po chwili łzy popłynęły jej po policzkach i zaczęła łkać.

Nie miała pod ręką leków przeciwbólowych, bo nie zdążyła się przygotować na taką ewentualność. Wtedy pomyślała po raz kolejny o tym fajtłapowatym mnichu, o Filipie. Wyobraziła sobie, jak ucieka po tym, jak podglądał ją przez dziurkę od klucza do jej mieszkania. Potem wpada na szafę z lekami, którą sam ustawił zbyt blisko drzwi. Przewraca się niefortunnie, uderza w głowę i wbija wielki kawał szkła dokładnie w sam środek dłoni.

Uśmiechnęła się na tę myśl, choć wiedziała, że dla niego nie było to raczej przyjemne doświadczenie. “Dostał za swoje!” pomyślała i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a ból brzucha zupełnie zniknął.

“Nie było tak źle” — pomyślała. Przeszła się po głównej sali swojej nowej lecznicy. Wszystko było w porządku. Kilkanaście łóżek ułożyła optymalnie, z pomocą Filipa. Szafa na leki stała tam, gdzie przedtem, ale brakowało jej szyby. Wiedziała, że to nie jest zbyt dobry pomysł, by szafa pozostawała dostępna dla wszystkich i postanowiła, że poprosi któregoś z zakonników, aby jednak pomógł jej przenieść mebel do jej głównego gabinetu. Nie musiała długo czekać. Do sali zawitał brat Józef. Trzymał w dłoniach tacę i uśmiechnął się od ucha do ucha, gdy tylko zobaczył Alicję.

— Szczęść Boże! — Prawie wykrzyczał i ruszył w jej kierunku. — Nie było pani doktor na śniadaniu, więc pozwoliłem sobie przynieść tutaj małe co nieco. — Wymownie poruszył tacą, na której Alicja zobaczyła parującą kawę i drożdżówki. Kawa to było to, czego potrzebowała. Uśmiechnęła się do brata Józefa i chciała wziąć od niego tacę, ale ten zaczął nalegać, że zaniesie ją choćby do łóżka. Zgasiła bardzo szybko jego nieświadome zapędy i frustracje, mówiąc:

— No dobrze już dobrze. Proszę to wnieść do mojego gabinetu.

Józef już nie próbował więcej być nachalny. Zaniósł tacę, odłożył na biurku, po czym uśmiechnął się, ukłonił i zniknął. Zostawił ją samą, z kawą. Nie miała ochoty, by jeść cokolwiek. Wciąż czuła zmęczenie porannym atakiem bólu brzucha, ale miewała gorsze poranki. Wzięła łyk kawy i aż zmrużyła oczy z wrażenia. Była przepyszna. Mocny, głęboki aromat. Czarna, bez żadnych zbędnych dodatków, złagodzona jedynie dodatkiem niewielkiej ilości mleka. Nie miała pojęcia, skąd ten zakonnik wiedział, jaką kawę lubi, ale nie przeszkadzało jej to delektować się smakiem.

Słyszała już wcześniej od ojca Hieronima, że mają w klasztorze wyśmienitą kawę. Podobno mnisi przywozili ją z misji, prosto z kolumbijskich upraw i ponoć nie można było takiej kupić nigdzie w Europie. Nie potrafiła się z tym nie zgodzić. Delektowała się każdym łykiem i jednocześnie ogrzewała dłonie od gorącego kubka. Dotarło do niej, jak zimno jest w gabinecie. Przeklęła w myślach na to całe oszczędzanie energii, wymuszone przez sytuację na świecie.

Pijąc kawę mogła po raz kolejny przyjrzeć się swojemu gabinetowi. To tutaj miała przyjmować pacjentów, diagnozować i leczyć. Małe, ciasne wręcz pomieszczenie, było jednocześnie przedsionkiem do jej mieszkania. Nie bardzo jej się to podobało, ale pogodziła się z tym. “To tylko na parę lat” powtarzała sobie.

Usiadła przy biurku, na którym stał gruby notes i przestarzały laptop. Musiało jej to wystarczyć. Spojrzała na ścianę, gdzie w biblioteczce ułożyła kilka najważniejszych podręczników medycznych, z których będzie mogła skorzystać w razie potrzeby. Brakowało jej sprzętu, brakowało narzędzi, brakowało pomocy. Tak wyglądał nie tylko jej gabinet i dom uzdrowień, to był przeciętny stan całej opieki zdrowotnej w Polsce.

“To tylko kilka lat Alicja, potem wyjeżdżasz na zachód.” Ta myśl ją uspokajała. Musiała, zgodnie z prawem, odrobić lata studiów w kraju, zanim mogła legalnie go opuścić. Jakim cudem udało się przepchnąć takie prawo, nie bardzo miała pojęcie. Ale takie były realia.

Dopiła kawę i żałowała, że było jej tak mało. Wstała i skontrolowała godzinę. Zbliżała się ósma trzydzieści. Gdzieś w toalecie umknęła jej praktycznie godzina życia. Ale teraz było już po wszystkim i mogła spokojnie przygotować się do soboty. Założyła swój medyczny fartuch, by wyglądać jak profesjonalistka.

Powiedziano jej, że bus przywiezie pacjentów z placówki, która znajdowała się w pobliskiej wsi. Mieli być to ludzie, których zdiagnozował wcześniej lekarz i którzy nie wymagali skomplikowanych terapii, tylko raczej obserwacji i odpoczynku w spokojnym miejscu. A klasztor powinien być takim miejscem.

Póki co jednak dom uzdrowień był pusty i nie miała nic do roboty. Co gorsza, nie było tutaj nic, czym mogłaby się zająć poza leczeniem. Może oprócz biblioteki, ale nie była pewna, czy będzie mogła tam wejść. Zdawała sobie sprawę, że klasztorna reguła zabraniała kobietom wchodzić do różnych klasztornych pomieszczeń, ale chciała zapytać się głównego mnicha, ojca Hieronima, o dostęp chociażby do biblioteki.

Tymczasem stwierdziła, że zanim zjawi się ktoś w lecznicy, to zwiedzi chociaż najbliższe pomieszczenia, żeby mniej więcej wiedzieć, jak się tutaj przemieszczać. Kościół z główną kaplicą były dosłownie paręnaście metrów od domu uzdrowień. To dlatego, że sam dom uzdrowień był niczym więcej, jak poboczną kaplicą, którą zaadaptowano do tego celu. Z tego punktu widzenia, jej gabinet, a nawet mieszkanie, pełniły wcześniej rolę zakrystii.

Klasztorny kościół świecił pustkami o tej godzinie. Zresztą nawet w niedzielę ludzi bywało tutaj mniej, niż życzyliby sobie zakonnicy. Alicja przebywała tutaj zaledwie od paru dni, a już nasłuchała się o kryzysie wiary. Ona sama była osobą niewierzącą i nie bardzo interesowały ją sprawy religijne. Teraz weszła do wysokiej nawy kościoła i przyglądała się witrażom. Już tu była poprzedniego wieczoru. Silnie zdobiony obraz Matki Boskiej wisiał nad ołtarzem. Jej kroki odbijały się echem od ścian i wracały do niej stłumione.

Podeszła nieco bliżej, by lepiej przyjrzeć się obrazowi przy ołtarzu, ale przystanęła nagle. Poczuła coś, czego nie czuła od lat. Nie była pewna, czy ma przyklęknąć, czy też powiedzieć jakąś modlitwę. Stała tak długo w milczeniu, jakby zamrożona mistyczną siłą, aż wreszcie otrząsnęła się i po prostu usiadła w ławce. Rozluźniła się. Spokojnie rozejrzała dookoła. Pusto, ani żywej duszy. A jednak czuła coś, co jednocześnie ją niepokoiło i ekscytowało. Nie potrafiła tego nazwać.

Wreszcie niepokój wziął górę i postanowiła opuścić kościół. Skierowała się w stronę refektarza w nadziei, że spotka tam Oksanę. Chwilę jej zajęło, zanim odnalazła właściwą drogę.

Starsza kobieta była na miejscu. Wreszcie miała okazję porozmawiać z jej poprzedniczką. Nieśmiało weszła do kuchni przez uchylone drzwi i powiedziała:

— Dzień dobry pani Oksano!

Staruszka speszyła się na te słowa. Była sama. Brat, który jej pomagał tego dnia pozmywać po śniadaniu już sobie poszedł, a ona krzątała się całkiem żwawo, mimo wieku.

— Szczęść Boże dziecko. Zgłodniałaś? — spytała troskliwie.

— Nie, dziękuję. Ten zakonnik przyniósł mi śniadanie.

— Brat Józef? No tak. Nie mogłam się tutaj od niego odpędzić, tak bardzo był chętny, żeby ci je zanieść.

— Zauważyłam. Możemy porozmawiać? — Alicja przeszła do rzeczy i zbliżyła się do Oksany. Zauważyła, że kobieta łapie się za plecy prawie przy każdym ruchu.

— Siadaj dziecko. Zaparzę nam herbaty.

— Dziękuję. To pani wcześniej zajmowała się domem uzdrowień?

— Tak. Bóg dał, że pracowałam jako główna siostra przez krótki czas. Ale teraz już nie jestem w stanie i musiałam zrezygnować. — Oksana skłoniła głowę zasmucona. Przez silne emocje jej wschodnio-słowiański akcent stał się jeszcze bardziej wyrazisty.

— Byłaś główną siostrą? — Alicja zamyśliła się i zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie w tej lecznicy nie było nawet lekarza, tylko pielęgniarka w wieku emerytalnym. To było jeszcze gorsze, niż wcześniej przypuszczała. — Czemu pani nie może już pracować? — spytała.

— Oj dziecko, jestem Oksana, nie żadna tam pani. Mów mi proszę Ksenia. — Kobieta zignorowała poprzednie pytania i uśmiechnęła się szeroko. Z palnika zdjęła czajnik z wrzątkiem i zalała dwie przezroczyste szklanki. Napar przybrał kolor ciemnego miodu.

Oksana powoli, z pewnym trudem przyniosła napój i postawiła przed Alicją, a potem usiadła po drugiej stronie małego stolika. Zapach rumianku był nieziemski, aż Alicja na moment oniemiała. Potem zapytała:

— Bolą cię plecy? Mogę panią… mogę cię zbadać. Mam też trochę leków przeciwbólowych.

— Dziękuję dziecko, może potem. — Oksana zupełnie ją zignorowała. — Mam tutaj swoje zioła. — Palcem wskazała na staromodne szafki, które wypełniały kuchnię.

— Zioła? Na ból? — Alicja zdziwiła się i zainteresowała.

— Tak, mam korę wierzbową… — powiedziała i przerwała na moment, a Alicja nie była pewna, czy kobieta chce sobie coś przypomnieć, czy raczej nie chce czegoś jej powiedzieć.

— Tak, te zioła są pyszne — powiedziała, uniosła szklankę i zaciągnęła się aromatem. Wyczuła, oprócz rumianku, silną nutę miętową.

— To z naszego klasztornego ogrodu. Uprawiam tam trochę ziół, w tej części, do której mogą wejść kobiety.

Alicja siedziała przez pewien czas w milczeniu. Rozglądała się po kuchni, ale nie było w niej niczego ciekawego.

— Dużo miałaś pacjentów? — spytała wreszcie.

— W domu uzdrowień?

— Tak.

— Niedużo. Czworo. Czasem pięcioro. — Zamyśliła się, gdy to mówiła. Wyglądało, jakby chciała sobie przypomnieć tamte czasy. Uśmiechała się sama do siebie. To musiały być pozytywne wspomnienia i Alicja poczuła ulgę. Pomyślała, że może nie będzie aż tak źle. Jeśli emerytowana pielęgniarka sobie poradziła i teraz uśmiecha się na myśl o tym, to i ona sobie poradzi.

— Pamiętam, jak przyjechali kiedyś pacjenci, było ich chyba czterech — zaczęła i przez moment przerwała, by sobie lepiej przypomnieć. Potem kontynuowała: — Nie pamiętam, co tam u nich zdiagnozowali. W klasztorze śmialiśmy się, że to byli opętani. — Uśmiechnęła się szeroko, gdy to powiedziała. Alicja zdziwiła się i pomyślała, że Oksana musiała mówić o pacjentach psychiatrycznych. — Na początku to leżeli spokojnie i rozmawiali, ale potem zaczęły się z nimi dziać różne cuda. Jeden z nich, to był duży facet, on zaczął przeklinać i agresywny się zrobił. — Nagle mina Oksany zbladła i Alicja sama się przestraszyła.

— Tak? Co potem? — dociekała zaciekawiona.

— Ah, nic. Zjawił się brat Filip. Wtedy to jeszcze nowicjuszem był chyba. — Oksana znowu się uśmiechnęła i złe wspomnienie minęło. Alicję zaciekawiło to jeszcze bardziej. — Brat Filip wszedł do domu uzdrowień, czegoś szukał, albo się zgubił.

— Tak, zauważyłam, że lubi myszkować w tamtych okolicach — dodała Alicja i zaśmiała się.

— Gdy tamten go zobaczył, to zły duch od razu go opuścił! Od tamtej pory był zdrowy. Poczciwy brat Filip potrafi nawet ducha wystraszyć swoim wyglądem. — Oksana skończyła historię lakonicznie, śmiała się i zaczęła pić swój przeciwbólowy napar. Alicja tymczasem chciała dowiedzieć się czegoś więcej i wypytać o szczegóły. Postać brata Filipa interesowała ją coraz bardziej. Jednakże nie zdążyła się zapytać, gdyż w drzwiach stanął znikąd brat Józef i oznajmił:

— Tutaj jest pani doktor, wszędzie pani szukam!

— Coś się stało?

— Przyjechały dziewczyny! — powiedział, nie kryjąc radości, po czym zniknął równie szybko, jak się zjawił.

Podekscytowana ruszyła żwawym krokiem na dziedziniec. Szybko pokonała schody, potem długi korytarz. Jej kroki odbijały się głuchym echem od pustych ścian.

Słońce było już dość wysoko na niebie i wyglądało nieśmiało zza chmur. Rozświetlony dziedziniec klasztorny wydał jej się dużo bardziej czysty, niż to sobie zapamiętała. Ktoś musiał sprzątnąć te wszystkie opadłe liście i pochować wreszcie ogrodnicze narzędzia.

Na środku dziedzińca stał van, a dookoła niego kilka sióstr zakonnych w kolorowych habitach. Alicja naliczyła cztery osoby. Dwie z nich miały habit szary, bez nakrycia głowy i pomyślała, że musiało im być zimno pomimo faktu, że zima była wyjątkowo ciepła. Pozostałe dwie miały nakrycia głowy. Jedna, w pięknym, granatowym habicie, druga w czarnym. Wszystkie cztery wyjątkowo młode. Nie wyglądały na chore.

Alicja widziała, jak ojciec Hieronim oddala się od vana z torbą podróżną. Wyglądało na to, że to on przywiózł jej… pacjentki? Nie była pewna. Niesiona falą podekscytowania podeszła do sióstr, które pilnowały swoich niedużych bagaży i stały tuż przy samochodzie. Bezwiednie przyjrzała się im tak, jak przyglądała się pacjentom. Z bliska też nie wyglądały na chore, nie na pierwszy rzut oka.

— Szczęść Boże — powiedziała, ale nie była pewna, czy to było odpowiednie powitanie.

— Szczęść Boże! — Kobiety odparły prawie jednogłośnie i uśmiechnęły się. Ta w granatowym habicie zbliżyła się do Alicji, wyraźnie zaciekawiona i wyciągnęła do niej przyjazną dłoń:

— Jestem siostra Marta. Miło mi.

Alicja uścisnęła jej dłoń i dotarło do niej, że to raczej nie były jej pacjentki, a siostry, które obiecano do pomocy w domu uzdrowień.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 17.33
drukowana A5
za 51.35