E-book
16.38
drukowana A5
43.97
Sprawa księdza Korczoka

Bezpłatny fragment - Sprawa księdza Korczoka

Powieść


Objętość:
318 str.
ISBN:
978-83-8189-011-3
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 43.97


Jestem świadom faktu, że to samo może spotkać także mnie, być może już dziś, może kiedy indziej. A ponieważ wówczas nie będę mógł już dłużej przemawiać publicznie, dlatego mówię o tym publicznie teraz…

(z homilii arcybiskupa Klemensa Augusta von Galena z 13 lipca 1941 roku w kościele św. Lamberta w Münster)

Ks. dr Antoni Korczok

I. Zaprzęg sześciokonny kardynała Koppa

Poprzednik księcia-kardynała Adolfa Bertrama na stolicy arcybiskupiej w Breslau, książę-kardynał Georg von Kopp, wiedziałby od razu co zrobić, żeby uratować pobożne dzieła, zagrożone teraz jak nigdy. U niego należało szukać inspiracji. Co z tego, że od dwudziestu siedmiu lat nie żył — jego czyny i dzieła przecież go przeżyły i trzymały się jeszcze resztkami sił w Roku Pańskim 1941, który właśnie był się zaczął przed miesiącem. Jakże zręcznie potrafił wyzyskać Kopp nawet przemijający blichtr tamtych cesarskich czasów, by chronić przedsięwzięcia, które założył, a bodaj zatwierdził. Jeszcze jako biskup fuldajski zdołał uwolnić Kościół z resztek okowów Kulturkampfu, olśniwszy swymi sprytnymi poczynaniami samego Bismarcka! „– A to ci spryciarz” — miał podobno powiedzieć Żelazny Kanclerz, wyrażając najwyższy podziw dla jakiejś „machinacji”. Arcybiskupstwo Breslau przydało temu blaskowi jeszcze więcej mocy i chwały.

W dniach uroczystej celebry tę niewielką odległość dzielącą pałac arcybiskupi od katedry św. Jana Chrzciciela kardynał Kopp każdorazowo przebywał zaprzęgiem sześciokonnym. Konie miały zdobną uprząż z mosiężnymi ćwiekami, przy uszach stojące kolorowe chwosty. Żyli jeszcze w dużej liczbie świadkowie owych barwnych przejazdów, nawet tu, na Katedralnej, bo choć rotacje lokatorów miały co prawda swe typowo kościelne cykle, to przynajmniej urzędy kurialne rzadko pozbywały się zasiedziałych praktyków, przez co pamięć o dawniejszych latach nie ginęła. Również w domu dla zniedołężniałych księży opowiadano o tym przepychu. I ówczesne dzieci miały wtedy frajdę: oto kareta jak z baśni braci Grimm! Tłum gapiów, przeważnie uczestników oczekiwanej celebry, tworzył szpaler na tym krótkim odcinku, a goście i przyjezdni stojący na dziedzińcu przed statuą Maryi z Dzieciątkiem, gdzie książę-kardynał, opierając się na pastorale, wysiadał z powozu, mieli okazję przyklęknąć i ucałować pierścień. Nie trzeba mówić, że ówczesne dzieci dorosły, a wspomnienie pozostało żywe.

Tak, ten ci umiał wykorzystać wysoką pozycję, której nie musiał nawet dodatkowo udowadniać. Pan całą gębą! Ilekroć państwowe reformy wyznaniowe zbyt już wyglądały na formę prześladowań (nie tracąc przy tym zewnętrznych cech praworządności), stosował Kopp wymyśloną przez siebie „politykę podań”. Zarzucał władze już to wnioskami i żądaniami, już to pokornymi prośbami, a wszystko to z pieczęcią książęco-arcybiskupią na papierze firmowym. Pisma urzędowe musiały trafić do adresatów, a na tych ciążył obowiązek udzielenia odpowiedzi. A że zwykle żądania przekraczały kompetencje urzędników niższego szczebla, bojących się poza tym odpowiedzialności w „materiach delikatnych”, sprawy były przekazywane do rozpatrzenia wyżej. Ktoś tam w Berlinie musiał w końcu spojrzeć na merytoryczną treść pisma, zgodzić się lub nie, dać do wykonania. Wysokie sfery decyzyjne lubiły okazywać łaskawość i też miewały przypływy dobrego humoru. Wiele pożądanych skutków osiągnięto w ten sposób. Na władze działał też tytuł książęcy, którym pieczętował się Kopp. Arcybiskupi wrocławscy dziedziczyli kolejno ten tytuł z głębi dziejów, kiedy to posiadali jeszcze księstwo nyskie, obecnie już zsekularyzowane. Pozostał tytuł książęcy i zamki, i jakieś pośredniowieczne nazwy w dawnych dobrach — Biskupitz i podobne. Zważywszy, że Bismarck też był księciem, wiele spraw można było obgadać jak równy z równym, co też niejeden raz miało miejsce we wzajemnych stosunkach. Wszedł Kopp w skład Rady Państwa, został dożywotnim członkiem Izby Panów. Często mediował między Stolicą Apostolską a Berlinem, niejednokrotnie przy tym irytując urzędników Kurii Rzymskiej, a nawet samego Ojca świętego. Nazywano go „biskupem państwowym”, bo i władze miały w nim orędownika. Mówiono, że kardynał Kopp i papież Pius X nie są ludźmi jednego serca czy bratnimi duszami. Było tak, jakby wzajemne ich stosunki wytyczone zostały wskazaniami Listu do Efezjan: „Znoście się nawzajem w miłości”. W każdym razie święty papież (wierni nie mieli wątpliwości, że święty) nigdy nie przypomniał księciu-kardynałowi, że bynajmniej nie są sobie równi w godności, że ktoś tu jest jednak primus inter pares.

Pokazując się czasem (bo to przecież nie codziennie) w tym sześciokonnym zaprzęgu i spędzając chwile wypoczynku na rozmyślaniach w bajecznym zamku Johannesberg w austriackiej części archidiecezji, Kopp zdołał wszakże pozostawić po sobie potężny monolit dzieł pobożnych. „Po owocach poznacie ich” — to odnosiło się do księcia-kardynała bardziej niż do kogo bądź innego, bo bez tej reguły sądzono by go pewnie na podstawie owych zewnętrznych pozorów. Zdaje się, że przed śmiercią zdążył zadbać o wszystkich. Założył bractwa wstrzemięźliwości, towarzystwo dla uwolnienia niewolników murzyńskich, patronat opiekujący się więźniami, apostolat opieki nad chrześcijańskimi dziewczętami, związki robotnicze. Zalecił księżom zakładanie oddziałów spółdzielczych i pozwolił im wchodzić do zarządów, wiążąc w ten sposób Kasy Raiffeisena i Towarzystwa Gospodarcze z Kościołem. Dla zagrożonych moralnie robotników, a zwłaszcza robotnic sezonowych, założył przytułki i misje dworcowe w Berlinie i Breslau. Zaniedbanym dzieciom zapewnił miejsca w ochronkach i u litościwych rodzin. Kazał też zakładać biblioteki parafialne. Wiele było tych wspólnot stanowych i zawodowych. I wielu świętych patronowało im z nieba, przywoływanych już w samych nazwach: Bonifacy, Karol Boromeusz, Cecylia, Piotr Kanizjusz, Piotr de Baylon, Leon, Barbara, nie mówiąc już o Świętej Rodzinie i samym Dzieciątku Jezus. Pozostawił po sobie Kościół silny, okrzepły, rzekłbyś — wielowymiarowy, strukturę — zdawało się wtedy — nawet po ludzku nie do pokonania. Ludzie garnęli się do Kościoła jak do domu rodzinnego, tu mogli spotykać się, realizować pomysły, poczuć się ważnymi i wartościowymi. I nawet Słowianie byli tu na swoim: ten skrawek Królestwa Bożego na ziemi też należał do nich, mogli swobodnie poruszać się w nim i cieszyć się nim, rozszerzać to Królestwo w swoim szeleszczącym języku serca, co zastępowało im własny kraj, którego nie mieli. Bóg był w tej diecezji na pierwszym miejscu, więc wszystko inne też było na swoim właściwym miejscu.

Tego otwartego powozu, z którego tak łatwo pozdrawiać wiernych, i tych sześciu koni nie można było zabierać na wizytacje i bierzmowania. Diecezja rozciągała się wtedy nie tylko daleko na wschód, do Myslowitz, i na południe, na dawne tereny cesarsko-królewskie, teraz czeskie, i na zachodnią część Księstwa Cieszyńskiego, ale i daleko na północ: Berlin, Brandenburgia, Pomorze Przednie i skrawek dawnej diecezji Kaminz (Kamień Pomorski). Nie było jeszcze wtedy odrębnej diecezji berlińskiej, tylko delegatura podległa arcybiskupstwu w Breslau, nie było też osobnej prałatury w Schneidemühl (Piła). Dopiero na trzy lata przed dojściem do władzy Hitlera, Berlin uzyskał stałego ordynariusza. Tamten dobry czas świetności co rusz się przypominał, żyjąc w pamięci coraz to jednak starszych ludzi. Powóz kardynała Koppa też nie wyszedł z ich pamięci.

Kiedy kardynał Bertram jako następca Koppa na stolicy arcybiskupiej w Breslau wizytował ostatnio parafię w Hindenburgu, nie omieszkano poinformować go, że na konsekrację kościoła w 1900 roku — wtedy to jeszcze było Zabrze — Jego Eminencja kardynał Kopp przyjechał co prawda pociągiem pośpiesznym, ale z dworca na plebanię wiózł go sześciokonny zaprzęg dostarczony przez grafa Guido Henckel von Donnersmarcka, właściciela tamtejszej kopalni i dóbr ziemskich. Wszystko odbywało się wtedy „godnie”. Jeden Bóg raczy wiedzieć, co chcieli przez to „godnie” powiedzieć. Gdzie indziej wystawiano skromniejsze pojazdy, przeważnie bryczkę lub berlinkę, bo też nie wszędzie mieli takiego Donnersmarcka. Teraz kurialne lando było już tylko reliktem minionych czasów; stało w wozowni nie używane i nie konserwowane, gdzieś tam musiała też leżeć uprząż. Byłby więc ów pojazd nadal dostępny do celów ceremonialnych, gdyby zaistniała potrzeba. Konie też dałoby się sprowadzić z podwrocławskich dóbr kościelnych. W dniach zwycięstw nie rekwirowano koni, co było swego rodzaju barometrem wojennym. Również dzwony zdejmowano tylko wówczas, gdy źle się działo. Może w obecnej wojnie do tego nie dojdzie. Wyjazdy miejscowe i zamiejscowe obsługiwane były przez kurialny samochód. Z powozu kardynał Bertram po prostu nie chciał korzystać i tyle. Wielu jednak wiernych z pewnością chciałoby oglądać te kolorowe przejazdy, kolorowe chwosty, uprząż z ćwiekami. Prości ludzie lubią przepych i ceremonie. Czyż Ojciec święty nie używał sedia gestatoria, owego reliktu z dawnych czasów? A król angielski, czyż nie korzysta z karety z forysiem, choćby tylko jechał do kościoła? Ale wtedy, w czasach cesarskich, taka wystawność mogła też Kościołowi jakoś pomóc wobec władzy świeckiej, która tak naprawdę szanuje tylko silnych, czyż nie tak? Pamiętano jeszcze upokorzenia Kulturkampfu, więc sześciokonny zaprzęg też na swój sposób przekonywał, że czas poniżeń i dyskryminacji Kościoła katolickiego skończył się bezpowrotnie.

II. Z palącą troską

Kiedy kardynał Bertram przejął schedę po Koppie, a było to w roku wybuchu Wielkiej Wojny — 1914 (wtedy też zmarł Pius X), nie zamierzał bynajmniej licytować się co do stopnia pokory. Nie chciał tego arcybiskupstwa. Wzięto go tu z jego Heimatu w Hildesheim, gdzie przy katedrze od tysiąca lat rośnie i zakwita krzew dzikiej róży, najstarszy na świecie. Spędził w tamtejszej kurii trzydzieści jeden lat, z czego osiem jako biskup, i nie oczekiwał zmiany. Kiedy został wybrany, skierował pismo do papieża, wyliczając obiekcje i prosząc o anulowanie wyboru, który zresztą dokonany został w warunkach wątpliwych i ze zgłoszonymi w kapitule zdaniami odrębnymi. Mówiło się, że gdyby dalej i konsekwentnie nie godził się na nominację, inna decyzja zostałaby podjęta już poza kapitułą, w toku politycznych negocjacji między Rzymem a Berlinem. Te okoliczności były dla Kardynała na tyle ważne, że wydając swój pierwszy list pasterski do nowych diecezjan, wspomniał tam o nich, pisząc: „musiałem i teraz odpowiedzieć na głos Kościoła, skoro się dowiedziałem, iż Ojciec święty obaw moich jako niewystarczających nie uwzględnił, lecz wybór zatwierdził”. Tak napisał do jeszcze nieznanych sobie ludzi, wtajemniczając ich już na wstępie w kulisy sprawy. A było tych diecezjan wtedy więcej niż dziś, kiedy to po plebiscycie i polskim powstaniu odpadły wschodnie tereny diecezji, a potem w reformie terytorialnej usamodzielniły się znaczne tereny na północy. Diecezja wraz z podległymi delegaturami berlińską i terenami cesarsko-królewskimi stanowiła jeszcze wówczas ogromny obszar, z pewnością ponad ludzkie siły. „Mógł Kopp, i wy będziecie mogli, Ekscelencjo” — przekonywali kanonicy z kapituły. Kardynał Bertram wiedział, że jeśli zdoła to wszystko ogarnąć (a chodziło mu nie o administrowanie, a o dusze! — z tego przecież zostanie po śmierci rozliczony), to jedynie przy nadludzkich wysiłkach i z Bożą przychylnością. To przecież ten sam Bóg, który go powołał do kapłaństwa, powoływał go do urzędu arcypasterskiego. Nic ponad siły, nie trzeba mu było tego przypominać. Ale zarazem ten sam Bóg obdarzył go suchotniczą kompleksją, zauważalnie niskim wzrostem i wadą wymowy, która zrazu sprawiała, że zamiast słuchać treści jego słów, przyglądano się „wadzie” i zastanawiano się nad nią. Ileż wzniosłych myśli musiało przejść ludziom mimo uszu. Przełożeni nie dozwolili nigdy, by otrzymał proboszczostwo, nawet wikarym nie chciano go mianować! Nigdy nie proszono go o wygłoszenie nauk rekolekcyjnych, z tej samej przyczyny. Mimo że miał tyle do powiedzenia! Litościwie trzymany był w urzędach kurialnych, jakby poza wzrokiem ludzkim. Zaś praca naukowa trzymała go na powierzchni. I tak przeszło ponad dwadzieścia lat w Hildesheim. Nie był to okres stracony. Czyż w reżimie kurialnym można mieć czas na tracenie czasu? Napisał żywot św. Marii Magdaleny, patronki swej rodzinnej parafii i całej diecezji hildesheimskiej, potem rzecz o grobie św. Bernwarda, ordynariusza Hildesheim. Rozpoczął pracę nad spisaniem dziejów tamtej rodzinnej swej diecezji, zdążył napisać pierwszy tom z planowanych trzech. Miał to wszystko w głowie, zdało się wtedy, że od pierwszej litery do ostatniej kropki, tylko usiąść i spisać. Żył sprawami Hildesheimu jeszcze długo później, w Breslau, póki nie ukończył trzeciego tomu.

Wada też przecież musiała w końcu ustąpić: czyż nie ćwiczył z uporem godnym Demostenesa? Kontrolował sposób wypowiadania się, uczył się panowania nad mięśniami twarzy i krtani, przyzwyczajał się do tego kontrolowanego mówienia. Tak wytworzyły się nowe nawyki. Gdy został biskupem Hildesheimu (a konsekrował go nie kto inny jak właśnie Kopp), mógł już swobodnie mówić. Objawy wyskakiwały już rzadko. W niczym też nie przeszkadzały, przypominały tylko, że wróg żyje, korzeń pozostał gdzieś głęboko jak korzeń perzu, nie do wyrwania, ale już nie tak groźny. Słowo Boże docierało do uszu wiernych, jak niegdyś mogłoby przejść mimo tych uszu.

Więc i teraz niech będzie koniec z łatwizną! (jakby był z nią kiedyś początek). Dość dogadzania ciału, brzuchowi; będzie tu całkowita abstynencja. Jeśli patronem katedry ustanowił Kościół św. Jana Chrzciciela, który chodził w skórze wielbłądziej i żywił się miodem leśnym i szarańczą, ascetyczny styl życia będzie tu jak najbardziej na miejscu. Może nie post, ale maksymalna powściągliwość.

Zaczął swą posługę od pielgrzymki do grobu św. Jadwigi, prosząc o opiekę i patronowanie zamierzonemu nowemu dziełu. „Dzieło Miłosierdzia pod opieką św. Jadwigi” — tak brzmiała nazwa. Kiedy wrócił do Breslau, w kancelarii leżał pokaźny stos listów — głównie z diaspory i Górnego Śląska — z prośbami o przyjęcie „bezpańskich” dzieci do zakładów wychowawczych, a bodaj do rodzin — na wychowanie i pod opiekę. Widział w tym rękę św. Jadwigi, pierwsze jej wskazanie. Wtedy też po raz pierwszy zastosował taktykę poprzednika, który stanął niegdyś wobec takiegoż samego wyzwania. Zwrócił się do diecezjan o podawanie adresów rodzin, które byłyby skłonne przyjąć — warunki do omówienia — takie dzieci do siebie i zadbać o nie. Nie brakowało wtedy odzewu, a nawet przerosło ono wtedy oczekiwania, z czego wnioskował, że w dziełach miłosierdzia nie braknie mu pomocy świętej Jadwigi. W 1929 roku wystawił jej kościół w Zaborzu, drewniany, żeby szkody górnicze go nie pokonały, może najładniejszy w całej diecezji. Urzędował tam teraz pater Janik, specjalnie wybrany. Skarżył się ostatnio na kłopoty z „grupą operacyjną”. Nie cieszy się zaufaniem władz. To z kolei jeszcze bardziej potęgowało zaufanie kardynała Bertrama i upewniało go, że i św. Jadwidze nie są obce te nowe problemy. Prędzej czy później zostaną więc rozwiązane, tak czy inaczej.

Zwrócenie szczególnej uwagi na najuboższych nie było bynajmniej wyjściem naprzeciw złośliwym postulatom bezbożników z okresu weimarskiego ani świeżej, najzupełniej poważnej „trosce” narodowosocjalistycznej, która za jedyny obowiązek, rację bytu i cel Kościoła uważała dzielenie się kościelnymi i księżowskimi pieniędzmi z bliżej nie wymienionymi biednymi (skąd w III Rzeszy biedni, nie wyjaśniano). Drugim obowiązkiem księży byłoby wedle tej logiki przykładne życie w biedzie. Było czymś przykrym, gdy uprzejmy jak zawsze gauleiter dawał księżom za przykład św. Franciszka z Asyżu. „– Do takiego Kościoła od razu bym powrócił”. Doprecyzował zaraz, że chodzi o „Kościół, w którym człowiek jest na pierwszym miejscu, który o dobro człowieka dba przede wszystkim, nie o jakieś urojenia”. Miało to znaczyć, że nie wszystko jeszcze stracone, że kto wie, że Kościół — o ile w porę przypomni sobie o „człowieku” — może odzyskać wiarygodność w jego, gauleitera, oczach. Złodziejska logika i tyle. A swoją drogą wielu teraz występowało z Kościoła, zachęcanych do tego przez partyjnych zwierzchników. Trwało to od dobrych kilku lat. Ojciec święty Pius XI bardzo stanowczo nalegał na sprzeciwianie się takim namowom. Oczywiście zwracał się do katolików, nie do gauleiterów czy kreisleiterów, tych dotyczyły tylko napomnienia i ostrzeżenia. Do urzędników słowa Papieża dotarły drogą służbową, burząc krew w żyłach. Już sama retoryka encykliki „Mit brennender Sorge” — Z palącą troską… — wydawała się wielce obraźliwa i agresywna. „Jeśli kusiciel lub gnębiciel — pisał Ojciec święty — przystąpi z judaszową intencją skłonienia katolika do wystąpienia z Kościoła, ten może mu tylko, za cenę ciężkich ofiar doczesnych, powiedzieć słowa Zbawiciela: »Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu Bogu swemu będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz«”. Kardynał Bertram wraz z arcybiskupami Faulhaberem z Monachium i von Galenem z Münster uczestniczył w tworzeniu zasadniczych zrębów tego tekstu, zwłaszcza w partiach, które tyczyły się bezpośrednio sytuacji w Rzeszy. Pamiętał, że radził strzec przekazanej do parafii kopii jak źrenicy oka, nim zostanie odczytana z ambon. Na wschodniej rubieży schowano ją do tego czasu w tabernakulach. Encyklika została odczytana. A przecież wszędzie mogło być jak w Rheine, w diecezji von Galena, gdzie gestapowiec głośno i bez najmniejszego skrępowania, nie licząc się z ludźmi zgromadzonymi w kościele w dużej liczbie, zagłuszał słowa czytającego kapłana, nakazując przerwać czytanie. Kiedy ksiądz nie usłuchał, gestapowiec wszedł na ambonę i wyrwał z jego rąk plik z encykliką. Ci, którzy byli tego świadkami, już nie będą mieli żadnych złudzeń. Wiedzą teraz, o co naprawdę trzeba się modlić i skąd płyną zagrożenia. Tego co widzieli i słyszeli, nie widzieli i nie słyszeli wcześniej najstarsi z nich. Przynajmniej tyle tam z tego dobrego będzie, że jawne się stały „zamysły serc wielu”. Nie tylko von Galen był wstrząśnięty, gdy się dowiedział.

W każdym razie kardynał Bertram już na wstępie swej posługi w Breslau nie podjął zaprzęgowego zwyczaju swego poprzednika. To, co okazywało się dobre w przeszłości, może zostać zastąpione innym lub większym dobrem. Uznał, że chodzenie do katedry na piechotę bardziej pasuje do obecnego czasu. W razie wątpliwości próbował wyobrazić sobie niewygody, jakie w tej samej chwili musieli znosić jego konfratrzy osadzeni w Dachau, a wtedy wątpliwości pierzchały niczym pokusy przed wodą święconą. Brama pozostawała teraz zamknięta, a interesantom wystarczały dwie, podobnie kute furtki przylegające do niej niczym skrzydła ołtarza. Urzędnicy państwowi, gdy podjeżdżali zwiastować kolejną złą nowinę, parkowali na ulicy przed bramą.

Zresztą w dni powszednie również kardynał Kopp, gdy za cesarskich czasów celebrował mszę nie w pałacu a w katedrze, chodził tam piechotą, to tylko dwa kroki; nie codziennie zdarzała się sześciokonna uroczystość. Zwykła msza, tak wcześniej, jak i teraz, odprawiana była zazwyczaj o godzinie szóstej rano, w wewnętrznej kaplicy pałacowej.

III. Piechotą z katedry św. Jana Chrzciciela

Kardynał Bertram chciał dziś uhonorować rodzinę zmarłego w Norwegii żołnierza, syna dobrych zaangażowanych parafian, zacnych ludzi, stąd jego obecność przy ołtarzu w katedrze na porannej mszy. Żołnierz uległ wypadkowi, nie w boju, ot nieszczęśliwy wypadek niezwiązany bezpośrednio z obowiązkami okupacyjnymi. Tylko że śmierć pozostaje śmiercią, a ból najbliższych zawsze taki sam. Z powodu mrozu wnętrze świeciło pustką. Starsi wiekiem, którzy wydeptywali ścieżki do kościoła, przezornie woleli zostać w domu. Przyjdą wieczorem, a może w ogóle dziś nie przyjdą. Jeszcze niedawno stała tu szopka i choinki, nadając wnętrzu wrażenie przytulności i ciepła. Teraz już było po Ofiarowaniu Pańskim. Nieliczni uczestnicy mszy, za wyjątkiem rodziny żołnierza, siedzącej w drugiej ławce, czyli pierwszej z blatem, siedzieli w rozproszeniu. W ostatniej ławce dała się widzieć kierowniczka Miejscowej Grupy Kobiecej NSDAP, na którą w tym dniu przypadł dyżur. Kardynał wiedział, że zostanie sporządzona notatka, ale cóż tam mogą po takiej mszy napisać. W krótkiej homilii były tylko wzniosłe, pocieszające słowa, jak w mowie pogrzebowej. Bóg nie stracił należnej chwały z powodu obecności tej nieszczęsnej. Po zakończeniu mszy rozmawiał chwilę w zakrystii z rodzicami zmarłego. Wręczyli mu dodatkową kopertę. Przyjął dla biednych świętej Jadwigi.

Mieszkańcy ulicy Katedralnej widywali więc nieraz swego arcypasterza, gdy powoli zmierzał do katedry na nabożeństwo, nie zawsze w towarzystwie. Czasem o lasce. Pastorał czekał w zakrystii. Przy okazji poznawali też z widzenia dyżurne kobiecej grupy miejscowej, które były wzorem punktualności. Początkowo dziwiono się bezwstydowi tych kobiet, potem przyzwyczajono się i chyba uznano je za urzędową cząstkę rzeczywistości, przedstawicielki państwa. Mimo wszystko udawały pobożność, klękały, czyniły znak krzyża. Wyglądały jednak na zażenowane, gdy kardynał spojrzał której w oczy. Ale strach przed przełożonymi był większy. — Nie sądźcie, bo nie wiecie, co dzieje się w duszy tych kobiet — mawiał kardynał, gdy go o to pytano.

Teraz wracał, wspierając się na ramieniu Heiniego, ministranta. Okutany w futrzaną czapę i ciemny wełniany księżowski płaszcz, nie był podobny do siebie bardziej niż do innych księży. Może nawet mniej do siebie niż do nich. Natura obdarzyła go niskim wzrostem, a ascetyczne odżywianie pozwoliło mu zachować chłopięcą szczupłość, więc w oczach obcych mógłby nawet uchodzić za rówieśnika Heiniego, gdyby nie poważniejszy, dorosły ubiór i ostrożne, niespotykane u młodzieniaszka stąpanie, jakby teren, po którym się idzie, mógł się w każdej chwili zapaść. Ani śladu purpury kardynalskiej, wszystko to teraz schowane pod szczelnym zimowym okryciem. Również powolny chód i to wspieranie się na ramieniu chłopca kazałyby domyślić się osoby starszej. Mieszkańcy ulicy rozpoznawali bez błędu ten charakterystyczny, powolny, starczy chód. Miał już osiemdziesiąt dwa lata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 43.97