WSTĘP
Świat, którego nie pamiętamy
Istnieje szczególny rodzaj niepokoju, który rodzi się nie ze strachu przed tym, czego nie znamy, lecz z nagłego uświadomienia sobie, jak niewiele wiemy o rzeczywistości, którą każdego dnia uznajemy za oczywistą. Budzimy się we własnych łóżkach, rozpoznajemy znajome przedmioty, przypominamy sobie wydarzenia poprzedniego dnia i podejmujemy czynności, których znaczenie wydaje się nie wymagać żadnego uzasadnienia. Świat zachowuje swoją ciągłość, czas płynie w jednym kierunku, przestrzeń pozostaje uporządkowana, a nasze ciało posłusznie lub nieposłusznie odpowiada na polecenia umysłu. Wszystko to składa się na niezwykle przekonujące doświadczenie istnienia, którego autentyczności zazwyczaj nie podważamy. Tymczasem wystarczy zadać kilka pozornie prostych pytań, aby pewność ta zaczęła odsłaniać własną kruchość. Skąd wiemy, że rzeczywistość istnieje dokładnie w takiej postaci, w jakiej ją postrzegamy? Czy świadomość jest wyłącznie rezultatem aktywności biologicznego mózgu, czy też stanowi zjawisko, którego ostateczna natura pozostaje poza zasięgiem współczesnych wyjaśnień? Dlaczego w ogóle istnieje coś, zamiast absolutnej nicości, i dlaczego w obrębie tego istnienia pojawiły się istoty zdolne do rozpoznawania własnej obecności? Pytania te towarzyszą filozofii od stuleci, lecz żadna epoka nie uwolniła się całkowicie od ich ciężaru. Zmieniały się języki, za pomocą których próbowano je formułować, powstawały systemy religijne, metafizyczne i naukowe, a kolejne pokolenia myślicieli proponowały coraz subtelniejsze sposoby opisywania świata. Mimo to samo doświadczenie świadomości, tak bezpośrednie i tak niemożliwe do pominięcia, nadal prowokuje do zadawania pytań o fundament rzeczywistości.
Najbardziej zdumiewającą właściwością ludzkiego istnienia może być fakt, że każdy człowiek pojawia się w świecie, którego początku nie pamięta. Nie chodzi wyłącznie o niezdolność przywołania wspomnień z okresu niemowlęctwa, zrozumiałą w świetle rozwoju pamięci autobiograficznej. Istotniejsza jest szczególna sytuacja egzystencjalna, w której zastajemy samych siebie. W pewnym momencie zaczynamy rozpoznawać własne imię, odróżniać siebie od innych osób, identyfikować twarz odbijającą się w lustrze oraz konstruować opowieść o życiu, które uznajemy za własne. Nie pamiętamy jednak chwili, w której świadomość po raz pierwszy stała się dla nas świadomością siebie. Nasza osobista historia rozpoczyna się niejako w środku wydarzeń, ponieważ zanim zdobędziemy zdolność opowiadania o własnym istnieniu, istniejemy już jako organizmy uczestniczące w świecie. Poznajemy imiona rodziców, dowiadujemy się, gdzie przyszliśmy na świat, oglądamy fotografie przedstawiające nas w wieku, którego nie potrafimy sobie przypomnieć, i przyjmujemy te informacje jako element własnej biografii. W ten sposób tożsamość powstaje na przecięciu bezpośredniego doświadczenia, pamięci i świadectw innych ludzi. Człowiek nie jest więc wyłącznie tym, co o sobie pamięta, ponieważ znacząca część jego historii istnieje poza zasięgiem osobistych wspomnień. Ta naturalna nieciągłość pamięci nie dowodzi żadnego przedurodzeniowego istnienia ani metafizycznego wymazania wspomnień, ale pozwala dostrzec problem głębszy: nasza pewność dotycząca tego, kim jesteśmy, opiera się na procesach, których nie potrafimy w pełni obserwować od ich początku.
Wyobraźmy sobie teraz, że wszystko, co znamy, stanowi jedynie określony sposób organizowania doświadczenia, a rzeczywistość posiada naturę bardziej złożoną niż jej dostępna zmysłom postać. Nie musimy od razu zakładać istnienia tajemniczego projektanta, pozaziemskiej technologii ani duchowego wymiaru ukrytego za materią. Wystarczy dopuścić myśl, że nasz obraz świata nie jest tożsamy z całością tego, co istnieje. Człowiek poznaje rzeczywistość za pośrednictwem organizmu wyposażonego w określone narządy zmysłów, zdolności poznawcze oraz mechanizmy interpretowania informacji. Nie widzimy całego promieniowania elektromagnetycznego, nie słyszymy wszystkich możliwych częstotliwości i nie doświadczamy bezpośrednio większości procesów zachodzących we własnym ciele. Mimo to nie oznacza to, że niedostępne nam zjawiska są nierzeczywiste. Nauka wielokrotnie poszerzała zakres poznania poprzez tworzenie narzędzi pozwalających wykrywać to, czego zmysły nie potrafią samodzielnie zarejestrować. W tym miejscu pojawia się jednak zasadnicze pytanie filozoficzne: czy podobne ograniczenia dotyczą nie tylko poszczególnych właściwości świata, lecz także sposobu, w jaki rozumiemy samą relację między świadomością a rzeczywistością? Być może nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie pewnych aspektów istnienia, ponieważ każda próba ich opisania wykorzystuje kategorie czasu, przestrzeni, przyczynowości i indywidualności, do których przywykliśmy podczas życia w określonych warunkach.
Pytanie o pierwotność świadomości prowadzi nas ku jednej z najbardziej radykalnych możliwości metafizycznych: przypuszczeniu, że nie materia wytworzyła zdolność doświadczania, lecz że świadomość stanowi fundamentalny aspekt rzeczywistości. W niektórych odmianach idealizmu jest ona traktowana jako ontologicznie pierwotna wobec świata materialnego, podczas gdy poszczególne przedmioty i zdarzenia interpretuje się w relacji do umysłu lub doświadczenia. Stanowisko takie nie jest równoznaczne z przekonaniem, że człowiek samodzielnie tworzy otaczające go przedmioty siłą wyobraźni. Nie oznacza również, że wystarczy przestać wierzyć w jakieś zjawisko, aby przestało istnieć. Jego sens filozoficzny polega raczej na zakwestionowaniu intuicyjnego założenia, zgodnie z którym świadomość musi być wtórnym i przypadkowym dodatkiem do pozbawionej doświadczenia materii. Można bowiem zapytać, dlaczego określonym procesom fizycznym towarzyszy przeżywanie czegokolwiek. Dlaczego ból jest odczuwany jako ból, wspomnienie posiada subiektywną jakość, a widok zachodzącego słońca może wywołać zachwyt? Opis aktywności neuronów dostarcza niezwykle ważnych informacji o mechanizmach funkcjonowania umysłu, lecz filozofowie nadal dyskutują, w jaki sposób wyjaśnić sam subiektywny charakter doświadczenia. Nie wynika stąd konieczność przyjęcia niematerialnej duszy ani istnienia świadomości niezależnej od organizmu. Powstaje jednak przestrzeń dla rozważań nad tym, czy dotychczasowe pojęcia wystarczają do ostatecznego opisania związku między materią a przeżywaniem.
Jednym z najbardziej sugestywnych eksperymentów myślowych jest wyobrażenie sobie pierwotnej Świadomości, istniejącej niezależnie od znanej nam struktury wszechświata. Nazwijmy ją Źródłem, pamiętając, że słowo to będzie w niniejszej książce oznaczało hipotetyczną zasadę metafizyczną, nie zaś naukowo odkryty byt. Źródło nie posiadałoby ludzkiej postaci, indywidualnej biografii ani fizycznego miejsca zamieszkania. Nie byłoby również człowiekiem wyposażonym w nieograniczoną moc, ponieważ przypisywanie mu zwyczajnych ludzkich cech prowadziłoby do antropomorfizacji tego, co z założenia miałoby wykraczać poza nasze doświadczenie. Możemy natomiast rozważyć, czy świadomość pozbawiona jakiegokolwiek zróżnicowania mogłaby poznać samą siebie. Gdyby nie istniały odrębne przedmioty, zmienne stany, przeciwieństwa ani relacje, rozpoznawanie własnych właściwości mogłoby wydawać się problematyczne. Poznajemy bowiem wiele rzeczy poprzez różnicę: rozumiemy znaczenie obecności dzięki możliwości nieobecności, odczuwamy zmianę dzięki pamięci wcześniejszego stanu, a własną indywidualność rozpoznajemy w relacjach z tym, co od nas odmienne. W takim ujęciu powstanie wielości mogłoby zostać pomyślane jako warunek bogactwa doświadczenia. Nie dowodziłoby to, że wszechświat został stworzony przez świadomy Absolut, ale otwierałoby pytanie o związek między jednością, różnicą i samopoznaniem.
Koncepcja ta prowadzi do niezwykłego odwrócenia zwyczajowego obrazu człowieka. Zamiast traktować jednostkę jako przypadkowy organizm, który na krótki czas uzyskuje świadomość w obojętnym wszechświecie, moglibyśmy wyobrazić sobie świadomość poznającą rzeczywistość poprzez niezliczone ograniczone perspektywy. Każde ludzkie życie stanowiłoby wtedy odrębny sposób doświadczania istnienia, a indywidualność byłaby nie tyle absolutnym oddzieleniem od innych, ile szczególną formą uczestnictwa w szerszym porządku. W takiej wizji historia człowieka nie sprowadzałaby się do gromadzenia zdarzeń, ponieważ każde spotkanie, rozczarowanie, pragnienie i odkrycie poszerzałoby zakres możliwych doświadczeń. Należy jednak dostrzec trudność ukrytą w tej interpretacji. Jeżeli wszystkie istoty świadome miałyby być przejawami jednego Źródła, należałoby wyjaśnić, dlaczego ich doświadczenia pozostają od siebie oddzielone i dlaczego jednostka nie posiada bezpośredniego dostępu do cudzych przeżyć. Możemy współodczuwać cierpienie drugiej osoby, wyobrażać sobie jej położenie i próbować zrozumieć jej myśli, ale nie oznacza to, że stajemy się dosłownie tym samym podmiotem doświadczenia. Jedność metafizyczna nie może być zatem bez uzasadnienia utożsamiana z jednością psychologiczną. Pomiędzy tymi poziomami istnieje różnica, którą każda poważna teoria świadomości musiałaby uwzględnić.
W tym miejscu szczególnego znaczenia nabiera zapomnienie. Jeżeli wyobrazimy sobie świat jako przestrzeń, w której pierwotna Świadomość poznaje rozmaite możliwości istnienia, możemy zapytać, czy pełna wiedza o własnym pochodzeniu nie zmieniałaby charakteru doświadczenia. Człowiek przekonany o swojej absolutnej niezniszczalności mógłby inaczej przeżywać ryzyko niż osoba świadoma biologicznej śmiertelności. Ktoś posiadający niepodważalną pewność, że każde wydarzenie zakończy się pomyślnie, znajdowałby się w odmiennej sytuacji niż jednostka podejmująca decyzje bez znajomości ich konsekwencji. Niewiedza nie byłaby wówczas przypadkowym defektem poznania, lecz jednym z warunków nadających ludzkiemu doświadczeniu jego niepowtarzalny charakter. Możliwość utraty czyni przywiązanie szczególnie doniosłym, ograniczony czas nadaje znaczenie wyborom, a nieodwracalność pewnych wydarzeń sprawia, że odpowiedzialność przestaje być abstrakcyjnym pojęciem. Oczywiście nie oznacza to, że cierpienie jest potrzebne, sprawiedliwe lub zaplanowane dla naszego dobra. Byłoby filozoficznie i etycznie nieuprawnione wyciąganie takiego wniosku z samego eksperymentu myślowego. Hipoteza zapomnienia pozwala jedynie zastanowić się nad relacją między niewiedzą a sposobem przeżywania świata. Nie dostarcza dowodów, że przed narodzinami istnieliśmy jako odrębne podmioty, które dobrowolnie zdecydowały się zapomnieć o własnej przeszłości.
Współczesna kultura nadała podobnym spekulacjom język technologiczny, zastępując dawne wyobrażenia metafizyczne pojęciami kodu, programu, interfejsu i wirtualnej rzeczywistości. Ciało bywa przedstawiane jako awatar, świadomość jako gracz, mózg jako urządzenie pośredniczące, a wszechświat jako niezwykle rozbudowane środowisko symulacyjne. Metafora ta jest atrakcyjna przede wszystkim dlatego, że wykorzystuje doświadczenia znane ludziom funkcjonującym w świecie komputerów. Potrafimy stworzyć przestrzeń cyfrową, określić obowiązujące w niej reguły i umieścić w niej postacie, które z perspektywy użytkownika uczestniczą w spójnym porządku wydarzeń. Łatwo więc wyobrazić sobie hipotetyczną cywilizację zdolną do konstruowania środowisk nieporównanie bardziej złożonych od naszych obecnych technologii. Trudniej natomiast wykazać, że podobny proces rzeczywiście odpowiada za powstanie obserwowalnego wszechświata. Należy również pamiętać, że symulacja i świadomość nie są pojęciami równoważnymi. Można wyobrazić sobie program naśladujący zachowanie człowieka, nie rozstrzygając tym samym, czy program ten posiada subiektywne doświadczenia. Można także rozważać rzeczywistość symulowaną bez zakładania istnienia pierwotnego Źródła, którego celem jest samopoznanie. Połączenie obu koncepcji tworzy sugestywny model filozoficzny, ale wymaga szczególnej ostrożności, aby atrakcyjność opowieści nie została pomylona z siłą argumentu.
Hipoteza symulacji odsłania przy tym interesującą cechę ludzkiego sposobu rozumowania. Chętnie opisujemy nieznane przy użyciu najbardziej zaawansowanych technologii własnej epoki, jak gdyby rzeczywistość musiała ostatecznie przypominać narzędzia, które sami stworzyliśmy. W okresach dominacji mechanistycznych wyobrażeń świata wszechświat porównywano do zegara lub wielkiej maszyny, natomiast współcześnie coraz częściej przypomina on w naszych spekulacjach system informatyczny. Nie oznacza to, że wszystkie metafory są jednakowo wartościowe ani że rozwój technologiczny pozostaje bez znaczenia dla filozofii. Przeciwnie, nowe osiągnięcia pozwalają formułować pytania, które wcześniej trudno było precyzyjnie wyrazić. Powinniśmy jednak odróżniać użyteczność modelu od ontologicznego twierdzenia o budowie rzeczywistości. Fakt, że prawa fizyki można opisywać matematycznie, nie oznacza sam przez się, że są kodem komputerowym. Podobnie niektóre analogie między mózgiem a systemami przetwarzania informacji nie dowodzą, że człowiek jest awatarem sterowanym z zewnątrz. Każda metafora posiada granice, poza którymi przestaje wyjaśniać, a zaczyna zniekształcać opisywane zjawisko. Jednym z zadań tej książki będzie właśnie badanie owych granic, ponieważ najbardziej fascynujące hipotezy zasługują nie tylko na rozwijanie, ale również na krytyczne sprawdzanie ich konsekwencji.
Szczególnie intrygującą przestrzenią takich rozważań pozostaje sen. Niemal każdej nocy człowiek może doświadczać światów, które w chwili przeżywania wydają się autonomiczne i przekonujące, mimo że ich zdarzenia nie odpowiadają bezpośrednio temu, co rozgrywa się wokół śpiącego organizmu. W marzeniach sennych spotykamy ludzi nieistniejących, powracamy do miejsc zmienionych przez pamięć i poruszamy się w przestrzeniach, których układ nie zawsze odpowiada prawom znanym z codziennego doświadczenia. Niejednokrotnie przyjmujemy wszystkie te osobliwości bez zdziwienia, ponieważ zdolność krytycznego rozpoznawania własnego stanu bywa podczas snu ograniczona. Zdarza się jednak, że śniący uświadamia sobie, iż śni, a wtedy charakter doświadczenia ulega zasadniczej zmianie. Otoczenie może nadal wyglądać przekonująco, ale człowiek przestaje traktować je jako bezpośredni odpowiednik świata jawy. Niektóre osoby potrafią wówczas częściowo wpływać na przebieg marzenia sennego, zmieniać kierunek działania lub podejmować próby wywoływania określonych obrazów. Zjawisko świadomego śnienia jest przedmiotem badań naukowych i nie wymaga odwoływania się do nadnaturalnych mechanizmów. Nie przestaje jednak posiadać znaczenia filozoficznego, ponieważ pozwala zastanowić się nad tym, jak powstaje przekonanie o realności doświadczenia i dlaczego samo poczucie pewności nie zawsze wystarcza do rozpoznania jego źródła.
Wyobraźmy sobie zatem szczególny sen, w którym człowiek odnajduje drzwi stojące samotnie pośród drzew. Ich wygląd nie musi odznaczać się niczym niezwykłym. Mogą być wykonane ze starego drewna, posiadać zwyczajną klamkę, obdrapaną farbę i metalowe zawiasy, a mimo to ich obecność wywołuje trudny do wyjaśnienia niepokój. Nie prowadzi do nich ścieżka, nie otacza ich żadna ściana i nie istnieje budynek, którego mogłyby stanowić część. Śniący rozpoznaje absurdalność sytuacji, lecz właśnie ta niezgodność z oczekiwaniami sprawia, że zaczyna podejrzewać istnienie czegoś ukrytego poza dostępnym obrazem świata. Drzwi wydają się obietnicą przejścia, chociaż nic nie wskazuje na to, że rzeczywiście prowadzą do odrębnej przestrzeni. W chwili zbliżania się do nich pojawia się fundamentalne pytanie: czy za znaną rzeczywistością znajduje się coś, czego dotychczas nie mogliśmy zobaczyć, czy może samo pragnienie odkrycia ukrytego porządku skłania umysł do tworzenia podobnych symboli? Nie ma wiarygodnych podstaw, by uznawać senne drzwi za interfejs systemu symulacyjnego, a określone wypowiedzi kierowane do nich za sposób uzyskiwania dostępu do pozafizycznego świata. Możemy jednak potraktować ten obraz jako niezwykle sugestywną metaforę poznania, ponieważ filozofia niemal zawsze rozpoczyna się w momencie, gdy człowiek dostrzega możliwość istnienia czegoś poza granicami dotychczasowych wyjaśnień.
Motyw drzwi będzie powracał w tej książce nie jako element ukrytej instrukcji pozwalającej opuścić rzeczywistość, ale jako symbol niepewności, ciekawości i przekraczania intelektualnych przyzwyczajeń. Drzwi oddzielają dwie przestrzenie, choć zarazem zapowiadają możliwość ich połączenia. Wskazują na granicę, której istnienie możemy rozpoznać, nie wiedząc jeszcze, co znajduje się po drugiej stronie. Podobną funkcję pełnią najważniejsze pytania metafizyczne. Potrafimy je sformułować, ponieważ dostrzegamy niedostateczność niektórych wyjaśnień, ale samo postawienie pytania nie gwarantuje istnienia dostępnej odpowiedzi. Człowiek może spędzić całe życie, zastanawiając się nad pochodzeniem wszechświata, naturą świadomości lub możliwością istnienia po śmierci, nie uzyskując pewności, która definitywnie rozstrzygnęłaby wszystkie wątpliwości. Nie musi to oznaczać porażki filozofii. Przeciwnie, zdolność rozpoznawania nierozwiązanych problemów stanowi jeden z warunków intelektualnej uczciwości. Trudność polega na tym, aby nie przekształcać niewiedzy w dowolne przekonanie tylko dlatego, że dostarcza ono emocjonalnego ukojenia. Równie nieuzasadnione byłoby odrzucanie wszystkich metafizycznych pytań wyłącznie z powodu braku prostych odpowiedzi. Pomiędzy bezkrytyczną wiarą a automatycznym lekceważeniem nieznanego istnieje przestrzeń racjonalnej refleksji, w której możliwe jest jednoczesne zachowanie wyobraźni i dyscypliny argumentacji.
Rozważania nad naturą rzeczywistości mają jednak znaczenie wykraczające poza samą teorię poznania. Jeżeli człowiek zaczyna postrzegać własne życie jako możliwe doświadczenie świadomości uczestniczącej w szerszym porządku istnienia, zmienia się również sposób, w jaki może interpretować relacje z innymi ludźmi. Miłość, przyjaźń, odpowiedzialność i współczucie nabierają w takim ujęciu dodatkowego wymiaru, ponieważ każda napotkana osoba stanowiłaby odrębne centrum przeżywania świata. Trzeba jednak stanowczo odrzucić pokusę traktowania cudzych tragedii jako pozornych problemów albo niezbędnych elementów kosmicznego scenariusza. Nie istnieje uzasadnienie pozwalające twierdzić, że cierpienie konkretnego człowieka zostało zaplanowane przez wyższą świadomość dla zdobycia określonej wiedzy. Podobna interpretacja mogłaby prowadzić do obojętności wobec krzywdy, ponieważ zamiast rozpoznawać rzeczywiste potrzeby cierpiącej osoby, podporządkowywałaby je spekulacyjnemu celowi. Nawet gdyby rzeczywistość okazała się symulacją, nie wynikałoby z tego, że doświadczenia jej świadomych uczestników są moralnie nieistotne. Ból przeżywany przez zdolny do cierpienia podmiot pozostaje doświadczeniem wymagającym uwagi niezależnie od ontologicznej natury środowiska. Niepewność dotycząca ostatecznej budowy świata nie może więc prowadzić do zanegowania odpowiedzialności, lecz powinna skłaniać do większej ostrożności w formułowaniu sądów o sensie cudzego życia.
Podobnej ostrożności wymaga zagadnienie śmierci, które nieuchronnie pojawia się w każdej rozbudowanej refleksji o świadomości. Jeżeli istnienie człowieka jest całkowicie związane z funkcjonowaniem mózgu, ustanie procesów podtrzymujących świadome doświadczenie oznaczałoby koniec znanej nam postaci podmiotowego przeżywania. Jeżeli natomiast świadomość posiadałaby fundament niezależny od konkretnego organizmu, należałoby rozważyć możliwość jej dalszego istnienia, choć samo takie założenie nie mówi jeszcze nic o zachowaniu pamięci, osobowości ani indywidualnej tożsamości. Wyobrażenie śmierci jako wylogowania z systemu jest literacko sugestywne, ale filozoficznie pozostaje jedynie analogią. Nie wiemy, czy istnieje jakikolwiek stan świadomego doświadczenia po nieodwracalnej śmierci człowieka. Nie wiemy również, czy pojęcia czasu, ciągłości i osobowej tożsamości zachowałyby tam znaczenie podobne do tego, jakie przypisujemy im w życiu. Niepewność nie odbiera jednak temu pytaniu jego egzystencjalnej doniosłości. Przeciwnie, świadomość ograniczoności życia wpływa na nasze decyzje, przywiązania i sposoby rozumienia szczęścia. Człowiek nie potrzebuje obietnicy nieśmiertelności, aby nadawać znaczenie teraźniejszości, lecz pragnienie przekroczenia śmierci pozostaje jednym z najważniejszych źródeł ludzkiej refleksji metafizycznej.
Niniejsza książka będzie próbą stopniowego rozwinięcia tych zagadnień w obrębie jednej filozoficznej narracji. Rozpoczniemy od pytania o możliwość istnienia czegokolwiek przed czasem, choć już samo sformułowanie takiego pytania okaże się problematyczne, ponieważ słowo „przed” zakłada następstwo zdarzeń. Następnie zastanowimy się nad ideą pierwotnego Źródła, możliwością samopoznania świadomości poprzez wielość doświadczeń oraz znaczeniem zapomnienia dla kształtowania indywidualnej tożsamości. Przyjrzymy się hipotezie symulacji, relacji między mózgiem a świadomością, filozoficznym konsekwencjom świadomego śnienia oraz symbolice przejścia pomiędzy różnymi sposobami doświadczania świata. Osobne miejsce zajmą rozważania nad czasem, pamięcią, wolną wolą, cierpieniem, miłością i śmiercią. W tych analizach będziemy powracać do wybranych koncepcji Platona, Kartezjusza, Spinozy, Kanta oraz współczesnych filozofów umysłu, nie po to, aby podporządkować ich myśl jednej z góry przyjętej tezie, lecz aby zestawić odmienne sposoby rozumienia rzeczywistości. Filozofia nie jest bowiem konkursem na najbardziej niezwykłe wyjaśnienie świata, lecz wymagającą praktyką rozpoznawania problemów, badania argumentów i odróżniania przekonań od wiedzy. Nawet najbardziej fascynująca hipoteza pozostaje hipotezą, dopóki nie dysponujemy odpowiednimi podstawami do uznania jej za prawdziwą.
Nie należy jednak sądzić, że krytyczne myślenie musi pozbawić metafizyczne rozważania ich literackiej głębi. Przeciwnie, możliwość formułowania pytań, na które nie znamy jeszcze odpowiedzi, stanowi jedno z najbardziej twórczych doświadczeń intelektualnych. Człowiek potrafi wyobrażać sobie nieskończoność, chociaż nigdy nie obejmuje jej całej własnym doświadczeniem. Może rozważać początek czasu, mimo że każde znane mu zdarzenie pojawia się w określonym następstwie. Potrafi zastanawiać się nad własnym nieistnieniem, choć każda taka próba dokonuje się z perspektywy istoty, która aktualnie istnieje i myśli. Właśnie te paradoksy nadają filozofii szczególny charakter. Nie ogranicza się ona do gromadzenia twierdzeń, lecz bada również warunki, w których twierdzenia stają się możliwe. W tym sensie drzwi, których nie było, stanowią odpowiedni obraz ludzkiego poznania. Nie wiemy, czy rzeczywiście prowadzą do czegokolwiek poza światem, ale samo ich wyobrażenie pozwala zakwestionować przekonanie, że wszystkie granice zostały już rozpoznane. Niekiedy największym odkryciem nie jest odnalezienie nieznanej rzeczywistości, lecz uświadomienie sobie, że dotychczasowy sposób zadawania pytań nie pozwalał nawet dostrzec określonego problemu.
Być może świat nie jest żadną symulacją, a świadomość nie pochodzi z transcendentnego Źródła. Możliwe, że wszystkie procesy poznawcze, emocje, wspomnienia i przeżycia znajdują swoje ostateczne wyjaśnienie w naturalnej historii materii oraz biologicznej organizacji życia. Możliwe również, że przyszła filozofia i nauka będą wymagały pojęć, których obecnie nie posiadamy, podobnie jak wcześniejsze pokolenia nie dysponowały językiem pozwalającym opisywać wiele współcześnie badanych zjawisk. Żadna z tych możliwości nie odbiera znaczenia samemu pytaniu o naturę doświadczenia. Żyjemy bowiem w rzeczywistości, która nie tylko istnieje, lecz także jest przez nas przeżywana, interpretowana i przekształcana w opowieści. Tworzymy wspomnienia, nadajemy sens spotkaniom, odczuwamy przemijanie i zastanawiamy się nad własnym miejscem w świecie, którego ogrom przekracza granice jednostkowego życia. Niezależnie od tego, czy świadomość jest fundamentalną zasadą istnienia, czy szczególną właściwością odpowiednio zorganizowanej materii, sam fakt jej obecności pozostaje jednym z najważniejszych zagadnień filozoficznych. Nie musimy rozstrzygać go już na początku, aby rozpocząć poważne poszukiwanie odpowiedzi.
Kiedy zatem powrócimy myślą do samotnych drzwi stojących pośrodku sennego lasu, spróbujmy oprzeć się pokusie natychmiastowego przypisywania im nadprzyrodzonego znaczenia. Niech pozostaną symbolem granicy między wiedzą a możliwością, między światem doświadczanym a światem wyobrażanym, między tym, co potrafimy uzasadnić, a tym, czego istnienie dopiero rozważamy. Być może po ich otwarciu nie znajdziemy żadnego sekretu, a jedynie następną przestrzeń stworzoną przez własny umysł. Być może odkryjemy, że drzwi nigdy nie oddzielały dwóch rzeczywistości, lecz wskazywały na ograniczenia naszego sposobu patrzenia. Nie sposób wykluczyć, że pytania, które dzisiaj wydają się nierozwiązywalne, otrzymają kiedyś wyjaśnienia całkowicie odmienne od naszych metafizycznych przypuszczeń. Najważniejsze pozostaje jednak to, abyśmy nie rezygnowali z poznawczej ciekawości tylko dlatego, że nie dysponujemy ostateczną odpowiedzią. Człowiek jest istotą zdolną do kwestionowania własnych przekonań, a w tej zdolności ujawnia się coś niezwykłego: rzeczywistość, której jesteśmy częścią, staje się za naszym pośrednictwem przedmiotem namysłu. Nie wiemy, czy wszechświat posiada świadomość samego siebie, lecz wiemy, że istnieją w nim istoty zdolne pytać o jego naturę. Zanim więc spróbujemy zajrzeć za wyobrażone drzwi, musimy powrócić do najtrudniejszego ze wszystkich początków — do pytania, czy przed pojawieniem się znanego nam świata mogło istnieć cokolwiek i czy samo słowo „początek” zachowuje sens w odniesieniu do całości rzeczywistości.
ROZDZIAŁ I
Zanim powstał czas
Zanim człowiek nauczył się mierzyć czas, zdążył już podporządkować mu własne istnienie. Wschody i zachody słońca wyznaczały rytm codzienności, zmieniające się pory roku regulowały życie społeczności, a biologiczne dojrzewanie i starzenie się przypominały o nieodwracalności procesów, których nie potrafiono zatrzymać. Czas istniał w ludzkim doświadczeniu na długo przed powstaniem zegarów, kalendarzy i matematycznych systemów jego opisywania. Nie był jednak przedmiotem bezpośredniej obserwacji w takim samym znaczeniu jak drzewo, kamień czy rzeka. Człowiek dostrzegał przemiany zachodzące w otaczającym świecie, lecz samego czasu nie mógł uchwycić jako odrębnego przedmiotu. Widział przesuwający się cień, opadające liście, zmieniającą się twarz bliskiej osoby i stopniowe niszczenie przedmiotów, a następnie łączył te zjawiska w doświadczenie następstwa. W ten sposób czas stawał się czymś zarazem oczywistym i nieuchwytnym, niezbędnym do rozumienia świata, a jednocześnie wymykającym się próbom ostatecznego zdefiniowania. Dopiero filozoficzne pytanie o jego naturę ujawniało niezwykłą trudność: skoro wszystko, co znamy, zachodzi w czasie, czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie rzeczywistość, w której czas jeszcze nie istnieje? Czy możliwe jest istnienie pozbawione przeszłości i przyszłości, czy też każda próba pomyślenia takiego stanu stanowi jedynie przeniesienie znanych nam pojęć poza granice ich zastosowania? Pytania te prowadzą do jednego z najbardziej wymagających zagadnień metafizyki, ponieważ zmuszają nas do zakwestionowania podstawowej struktury ludzkiego doświadczenia.
Wyrażenie „zanim powstał czas” wydaje się zrozumiałe dopóty, dopóki nie zaczniemy analizować znaczenia poszczególnych słów. Mówiąc „zanim”, wskazujemy przecież na moment wcześniejszy od innego momentu, ustanawiając relację następstwa, która sama wymaga istnienia czasu. Jeżeli zatem czas rzeczywiście posiadał początek, nie można bez dodatkowego wyjaśnienia zakładać, że istniał jakiś wcześniejszy okres poprzedzający jego pojawienie się. Sformułowanie pytania o to, co wydarzyło się przed czasem, może zawierać sprzeczność podobną do próby wskazania miejsca znajdującego się na północ od bieguna północnego. Nie oznacza to jednak, że wszystkie rozważania nad początkiem czasu są bezsensowne. Należy raczej odróżnić dwa problemy: pytanie o to, czy znana nam czasoprzestrzeń posiada granicę w przeszłości, oraz pytanie o to, czy rzeczywistość jako całość wymaga istnienia jakiejś bardziej podstawowej zasady. Pierwszy problem można częściowo badać za pomocą kosmologii i fizyki teoretycznej, drugi natomiast należy do obszaru metafizyki, choć pozostaje z pierwszym związany. Różnica ma zasadnicze znaczenie, ponieważ pozwala uniknąć utożsamiania początku obserwowalnej historii wszechświata z absolutnym początkiem wszystkiego, co mogłoby istnieć. Być może kategorie czasu i przyczynowości zachowują znaczenie wyłącznie w obrębie określonej struktury rzeczywistości. Wówczas poszukiwanie jej podstawy musiałoby odbywać się przy użyciu pojęć odmiennych od tych, którymi opisujemy wydarzenia następujące po sobie.
Jednym z pierwszych myślicieli, którzy z niezwykłą przenikliwością rozpoznali tę trudność, był Augustyn z Hippony. W jedenastej księdze Wyznań zastanawiał się nad naturą czasu i nad pozornie prostym pytaniem o to, co Bóg czynił przed stworzeniem świata. Dostrzegał, że pytanie to zakłada istnienie czasu niezależnego od aktu stworzenia, podczas gdy w jego koncepcji teologicznej czas należał do porządku rzeczy stworzonych. Nie mogło więc istnieć zwyczajne „wcześniej”, w którym Stwórca oczekiwałby na podjęcie działania. Augustyn zauważał również trudność związaną z samym doświadczeniem teraźniejszości. Przeszłość już nie istnieje w taki sposób jak aktualne zdarzenia, przyszłość jeszcze nie nadeszła, a teraźniejszość wydaje się nieustannie przechodzić w przeszłość. Mimo to potrafimy mówić o długości czasu, porównywać wydarzenia i rozpoznawać następstwo. Rozwiązania poszukiwał między innymi w analizie życia wewnętrznego, pamięci i oczekiwania, wskazując na szczególną rolę umysłu w doświadczaniu temporalności. Rozważania Augustyna pozostają istotne również poza kontekstem religijnym, ponieważ pokazują, że czas nie jest tak prostym przedmiotem poznania, jak sugeruje codzienna praktyka. Nie wystarczy wskazać ruchu wskazówek zegara, aby wyjaśnić, czym jest czas. Zegar pozwala mierzyć określone procesy i porównywać ich przebieg, lecz sam nie rozstrzyga filozoficznego pytania o naturę tego, co dzięki niemu mierzymy.
W starożytnej filozofii zagadnienie czasu przyjmowało również inne postacie. Arystoteles wiązał czas z ruchem oraz możliwością wyróżniania tego, co wcześniejsze i późniejsze, rozumiejąc go jako liczbę ruchu ze względu na następstwo. Ujęcie to nie sprowadzało czasu do pojedynczego zegara ani nie oznaczało, że bez konkretnego człowieka przestałyby zachodzić wszelkie zmiany. Ujawniało jednak znaczenie relacji między procesami świata a zdolnością ich porządkowania. Jeżeli czas rozpoznajemy poprzez zmianę, możemy zapytać, czy w rzeczywistości całkowicie niezmiennej pojęcie jego upływu zachowałoby jakąkolwiek treść. Wyobraźmy sobie wszechświat, w którym nic się nie porusza, żaden przedmiot nie ulega przekształceniu, nie zachodzą procesy fizyczne, a wszelkie możliwe stany pozostają absolutnie identyczne. Nie istniałby w nim zegar zdolny do odmierzania odstępów, ponieważ każde urządzenie pomiarowe wymaga zmian określonego rodzaju. Trudno byłoby również wskazać zdarzenie pozwalające odróżnić jeden moment od drugiego. Czy mimo to czas nadal by istniał, choć nic nie pozwalałoby go wykryć? Zwolennicy różnych teorii temporalności udzielaliby odmiennych odpowiedzi. Dla jednych czas mógłby stanowić niezależną strukturę, w której zdarzenia występują lub nie występują, dla innych natomiast jego sens pozostawałby nierozłącznie związany z relacjami między zmianami. Spór ten ujawnia, że nawet zanim zaczniemy pytać o początek wszechświata, musimy zastanowić się, czy czas jest samodzielnym elementem rzeczywistości, czy raczej sposobem opisywania zachodzących w niej procesów.
Filozofia nowożytna nadała tym rozważaniom kolejne znaczenie. Isaac Newton posługiwał się w swojej mechanice pojęciem czasu absolutnego, który miał płynąć równomiernie, niezależnie od zewnętrznych zdarzeń. W takim obrazie można było wyobrazić sobie wszechświat jako przestrzeń, w której wszystkie procesy rozgrywają się na tle wspólnego, obiektywnego porządku temporalnego. Czas przypominał uniwersalne kontinuum, jednakowo dostępne wszystkim obserwatorom, niezależnie od ich położenia i ruchu. Rozwój teorii względności Alberta Einsteina zasadniczo zmienił ten obraz. Pomiar czasu okazał się związany ze stanem ruchu obserwatora oraz warunkami grawitacyjnymi, a czas i przestrzeń zaczęto ujmować jako powiązane aspekty czasoprzestrzeni. Nie istnieje jeden uniwersalny zegar wyznaczający identyczne tempo dla całego wszechświata w sensie postulowanym przez dawną mechanikę absolutną. Różni obserwatorzy mogą odmiennie mierzyć odstępy czasowe między zdarzeniami, przy czym różnice te podlegają ścisłym prawom fizycznym i znajdują potwierdzenie doświadczalne. Odkrycia te nie dowodzą, że czas jest iluzją ani że można swobodnie opuszczać jego granice za pomocą świadomości. Pokazują natomiast, iż nasze codzienne wyobrażenie jednolitego, niezależnego od wszystkiego upływu nie stanowi pełnego opisu fizycznej rzeczywistości. Czas, który wydaje się tak oczywisty w ludzkim doświadczeniu, posiada strukturę znacznie bardziej złożoną, niż sugeruje rytm zegara wiszącego na ścianie.
Współczesna kosmologia pozwala odtworzyć znaczną część historii ekspansji wszechświata, którego gorące i gęste wczesne stadium datuje się na około 13,8 miliarda lat temu. Popularne określenie Wielkiego Wybuchu bywa jednak mylące, ponieważ przywodzi na myśl eksplozję materii w pustej przestrzeni, podczas gdy standardowy opis kosmologiczny dotyczy ewolucji samej przestrzeni oraz jej zawartości. Nie chodzi zatem o zwyczajny wybuch zachodzący w określonym punkcie wcześniej istniejącej sceny kosmicznej. Obserwacje rozszerzania się wszechświata, mikrofalowego promieniowania tła oraz pierwotnej obfitości lekkich pierwiastków dostarczają istotnych podstaw dla modelu wczesnego gorącego etapu jego rozwoju. Nie wynika jednak z nich automatycznie, że nauka odkryła absolutną chwilę stworzenia całej rzeczywistości z nicości. W miarę cofania obliczeń ku ekstremalnym warunkom wczesnego wszechświata napotykamy ograniczenia obecnych teorii, zwłaszcza w obszarze, w którym znaczenie mogłyby mieć kwantowe właściwości grawitacji. Nie dysponujemy dotychczas powszechnie potwierdzonym opisem pozwalającym definitywnie rozstrzygnąć, czy czas posiadał absolutny początek, czy też znana nam kosmiczna historia stanowi część bardziej rozbudowanego porządku. Niektóre modele teoretyczne rozważają wcześniejsze fazy kosmiczne, inne dopuszczają szczególne granice czasoprzestrzeni, a jeszcze inne wymagają przemyślenia samego pojęcia początku. Żadna z tych propozycji nie uzasadnia jednak wniosku, że poza wszechświatem musi znajdować się świadomy projektant. Niewiedza dotycząca najwcześniejszych warunków kosmicznych pozostaje problemem badawczym, a nie gotowym argumentem na rzecz określonej metafizyki.
Właśnie w tej przestrzeni pomiędzy wiedzą a niepewnością pojawia się możliwość postawienia pytania o rzeczywistość bardziej podstawową niż znana nam czasoprzestrzeń. Możemy wyobrazić sobie, że czas nie jest pierwotnym składnikiem istnienia, lecz właściwością wyłaniającą się dopiero na określonym poziomie organizacji świata. W takim ujęciu relacje temporalne należałyby do porządku zjawisk, ale nie musiałyby charakteryzować wszystkich hipotetycznych fundamentów rzeczywistości. Trzeba jednak zachować szczególną precyzję językową. Jeżeli czas pojawia się jako własność pewnej struktury, nie powinniśmy automatycznie mówić, że struktura ta najpierw istniała bez czasu, a później go wytworzyła. Słowa „najpierw” i „później” ponownie wprowadzałyby bowiem następstwo, które dopiero próbujemy wyjaśnić. Można natomiast posługiwać się pojęciem zależności logicznej lub ontologicznej, różnej od zwyczajnej kolejności zdarzeń. W matematyce określone twierdzenia wynikają z przyjętych założeń, choć nie oznacza to, że założenia muszą przez pewien czas istnieć samotnie, zanim pojawią się ich konsekwencje. Analogicznie moglibyśmy rozważać model rzeczywistości, w którym czas zależy od głębszych struktur, nie zakładając, że struktury te przeżywały jakikolwiek okres oczekiwania na jego narodziny. Tak rozumiana pierwotność nie miałaby charakteru chronologicznego, lecz wyjaśniający: coś byłoby bardziej podstawowe nie dlatego, że wystąpiło wcześniej, ale dlatego, że stanowiłoby warunek istnienia określonych właściwości świata.
W tym miejscu powracamy do hipotezy pierwotnej Świadomości, którą w dalszych rozważaniach będziemy nazywać Źródłem. Gdyby rzeczywiście istniał fundament świadomości niezależny od czasu i przestrzeni, musielibyśmy porzucić większość intuicji wynikających z obserwowania ludzkiego życia psychicznego. Nasza świadomość rozwija się bowiem w następstwie zmieniających się stanów. Pojawiają się wrażenia, powstają emocje, jedne myśli ustępują miejsca następnym, a pamięć pozwala odnosić aktualne doświadczenia do wydarzeń wcześniejszych. Nawet próba wyobrażenia sobie całkowitej pustki psychicznej odbywa się w ramach pewnego procesu myślowego. Trudno zatem pojąć świadomość, która nie posiadałaby następstwa przeżyć, nie przechodziłaby między różnymi stanami i nie odróżniałaby przeszłości od przyszłości. Być może pojęcie ponadczasowej świadomości wymagałoby całkowicie odmiennego rozumienia doświadczenia niż to, które znamy z własnego życia. Być może również jest ono wewnętrznie problematyczne, jeżeli samo świadome przeżywanie nieodłącznie zakłada zmienność. Nie wolno rozstrzygać tej trudności prostym stwierdzeniem, że Źródło funkcjonuje poza ludzką logiką. Taka odpowiedź mogłaby uwolnić koncepcję od każdej możliwej krytyki, ale jednocześnie pozbawiłaby ją określonej treści filozoficznej. Jeżeli mamy mówić o świadomości poprzedzającej świat w sensie ontologicznym, powinniśmy przynajmniej spróbować ustalić, które właściwości znanej nam świadomości zachowujemy w tej hipotezie, a z których świadomie rezygnujemy.
Zasadniczy problem dotyczy samego aktu poznania. W doświadczeniu człowieka wiedza powstaje i przekształca się, ponieważ podmiot uzyskuje informacje, porównuje je z wcześniejszymi przekonaniami i niekiedy modyfikuje swój obraz świata. Proces ten wymaga różnicy pomiędzy stanem poprzednim a następnym. Jeżeli jednak hipotetyczne Źródło nie podlega czasowi, trudno przypisywać mu zdobywanie doświadczeń w zwyczajnym znaczeniu. Nie mogłoby najpierw czegoś nie wiedzieć, a następnie uzyskać odpowiedniej wiedzy, ponieważ podobne przejście zakłada czasową zmianę. Pojawia się więc paradoks dotyczący centralnego założenia metafizyki samopoznającej się Świadomości. Jeżeli Źródło tworzy świat po to, aby czegoś się nauczyć, przypisujemy mu brak wiedzy, cel i proces dochodzenia do określonego rezultatu, a więc kategorie charakterystyczne dla istot żyjących w czasie. Jeżeli natomiast Źródło zawsze posiada pełną wiedzę o wszystkich możliwych doświadczeniach, trudno zrozumieć, dlaczego miałoby potrzebować ich urzeczywistnienia. Być może rozróżnienie między wiedzą o możliwości a samym przeżyciem pozwala częściowo złagodzić ten problem. Człowiek może doskonale rozumieć biologiczne mechanizmy bólu, nie odczuwając go w danej chwili, podobnie jak może znać teorię muzyki, lecz nigdy nie doświadczyć określonego wykonania utworu. Nie oznacza to jednak, że analogię można bez ograniczeń zastosować do bytu absolutnego. Pozostaje otwarte pytanie, czy pierwotna Świadomość mogłaby posiadać pełnię wiedzy, a zarazem potrzebować doświadczenia, które w jakiś sposób poszerzałoby jej rzeczywistość.
Jeszcze trudniejsza staje się kwestia początku samego procesu różnicowania. Kiedy mówimy, że jedna świadomość podzieliła się na niezliczone perspektywy, wyobrażamy sobie działanie podobne do rozdzielenia całości na poszczególne fragmenty. Taka metafora sugeruje jednak fizyczny przedmiot podlegający zmianie, podczas gdy rozważana zasada miałaby nie posiadać materialnej postaci ani przestrzennego położenia. Nie moglibyśmy sensownie przypisywać jej objętości, kształtu czy rzeczywistych granic. Być może należałoby więc mówić nie o dosłownym podziale, lecz o wielości sposobów przejawiania się jednego fundamentu. Pojedyncza melodia może przyjmować odmienne interpretacje, nie przestając być rozpoznawalną strukturą muzyczną, a jedna zasada matematyczna może znajdować zastosowanie w niezliczonych sytuacjach bez fizycznego rozdzielania się na części. Analogie te nie stanowią dowodu na istnienie wspólnej świadomości, ale pozwalają wyobrazić sobie różnicę między jednością zasady a wielością jej możliwych realizacji. Właśnie tutaj metafizyka spotyka się z problemem indywidualności, ponieważ jeżeli poszczególne istoty świadome miałyby być przejawami jednej rzeczywistości, trzeba byłoby wyjaśnić, dlaczego każda z nich doświadcza świata z własnej, nieprzeniknionej perspektywy. Człowiek nie posiada przecież bezpośredniego dostępu do cudzych myśli ani wspomnień. Może poznawać drugą osobę poprzez język, zachowanie i wspólne przeżycia, ale nie doświadcza jej świadomości tak, jak doświadcza własnej. Wszelka koncepcja pierwotnej jedności musiałaby uwzględnić tę odrębność, zamiast uznawać ją za pozbawione znaczenia złudzenie.
Alternatywny sposób rozumienia problemu proponuje filozofia Barucha Spinozy, dla którego rzeczywistość posiadała charakter jednej substancji, a poszczególne byty należało ujmować jako jej modyfikacje. Nie oznaczało to jednak istnienia osobowego organizatora kosmicznej symulacji ani świadomości podejmującej decyzję o stworzeniu świata w celu przeżywania przygód. U Spinozy konieczność i natura rzeczywistości odgrywały rolę zasadniczą, a tradycyjna wizja transcendentnego Stwórcy została poddana radykalnemu przekształceniu. Z kolei w filozofii Hegla pojawia się problem rozwoju ducha oraz jego samopoznania poprzez formy świadomości, historię i wzajemne relacje. Chociaż pojęcia te mogą inspirować rozważania o świadomości rozpoznającej siebie w wielości, nie powinny być bezpośrednio utożsamiane z popularnymi opowieściami o kosmicznych graczach i biologicznych awatarach. Każdy z tych systemów posiada własną strukturę argumentacyjną, specyficzne założenia i odmienne rozumienie absolutu. Ich znaczenie polega przede wszystkim na pokazaniu, że wielość indywidualnych istnień nie musi być interpretowana wyłącznie w kategoriach całkowitego ontologicznego oddzielenia. Filozofia od dawna poszukuje sposobów opisania relacji pomiędzy jednością a różnorodnością, koniecznością a zmianą, świadomością a światem. Współczesna metafora symulacji wpisuje się w ten spór, lecz nie rozstrzyga go samym użyciem technologicznych pojęć. Aby uzyskać filozoficzną wartość, musi prowadzić do jaśniejszego formułowania problemów, a nie tylko zastępować dawne tajemnice nowymi nazwami.
Szczególne znaczenie ma tutaj odróżnienie wieczności od nieskończenie długiego trwania. W potocznym rozumieniu wieczne istnienie oznacza często niekończący się ciąg chwil, rozciągający się zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość. Tak pojmowana wieczność nadal pozostaje jednak związana z czasem, ponieważ zakłada następstwo stanów, nawet jeżeli nie posiada pierwszego ani ostatniego momentu. W tradycji filozoficznej można spotkać również inne ujęcie, w którym wieczność oznacza istnienie niepodlegające czasowemu przemijaniu. Boecjusz przedstawiał wieczność jako pełne, jednoczesne posiadanie nieograniczonego życia, odróżniając ją od niekończącego się trwania. W takim rozumieniu byt wieczny nie musiałby oczekiwać na przyszłe wydarzenia ani przechowywać przeszłości jako czegoś utraconego, ponieważ nie znajdowałby się wewnątrz kolejnych momentów. Dla ludzkiej wyobraźni koncepcja ta pozostaje wyjątkowo trudna. Każda próba jej przedstawienia przybiera zwykle postać długiego trwania, bezruchu lub oglądania wszystkich wydarzeń jednocześnie, choć nawet słowo „jednocześnie” posiada sens zakorzeniony w relacjach temporalnych. Nie potrafimy łatwo wyjść poza własne formy doświadczenia, dlatego ponadczasowość bywa przez nas wyobrażana jako szczególny rodzaj czasu. Tymczasem filozoficzna konsekwencja wymagałaby zachowania różnicy pomiędzy istnieniem pozbawionym początku i końca a istnieniem, do którego kategorie początku i końca w ogóle nie znajdują zastosowania.
Jeżeli potraktujemy możliwość tak rozumianej wieczności poważnie, pojawi się interesujące pytanie o relację między światem czasowym a jego hipotetycznym ponadczasowym fundamentem. W codziennym doświadczeniu przyczyna poprzedza skutek albo pozostaje z nim związana w określonym porządku fizycznym. Nie można jednak bez dodatkowego uzasadnienia przenosić tego modelu na całość rzeczywistości. Gdyby podstawa świata nie podlegała czasowi, jej relacja do zdarzeń mogłaby mieć charakter odmienny od zwyczajnego oddziaływania jednego przedmiotu na drugi. Nie oznacza to, że potrafimy pozytywnie opisać taką relację lub wykazać jej istnienie. Możemy jedynie zauważyć, że ontologiczne uzasadnienie i przyczyna fizyczna nie muszą być pojęciami identycznymi. Pytając, dlaczego istnieją prawa określonego rodzaju, niekoniecznie poszukujemy zdarzenia, które nastąpiło przed ich pojawieniem się. Możemy pytać o warunki ich obowiązywania, spójność danego modelu lub o bardziej podstawową strukturę, z której mogłyby wynikać. Podobne rozróżnienie pomaga zrozumieć, dlaczego pytanie o absolutny początek świata nie daje się sprowadzić do poszukiwania najwcześniejszego wydarzenia w kosmicznym kalendarzu. Nawet gdyby udało się opisać pierwszą fizycznie sensowną chwilę znanej nam czasoprzestrzeni, pozostawałoby otwarte zagadnienie, dlaczego rzeczywistość posiada właśnie taką strukturę i czy pytanie o jej ostateczne uzasadnienie może w ogóle otrzymać odpowiedź.
W tym miejscu należy rozważyć możliwość przeciwną do przedstawionych dotychczas spekulacji. Być może rzeczywistość nie potrzebuje żadnej pierwotnej świadomości ani ukrytego fundamentu o charakterze osobowym. Niewykluczone, że pewne elementy jej struktury są po prostu podstawowe i nie podlegają dalszemu wyjaśnieniu w kategoriach czegoś bardziej pierwotnego. Filozofowie określają niekiedy podobne ujęcie jako przyjęcie faktu fundamentalnego, którego istnienie nie wynika z innego, głębszego uzasadnienia. Dla ludzkiego umysłu rozwiązanie to bywa niesatysfakcjonujące, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do poszukiwania przyczyn. Widząc płonące drzewo, pytamy o źródło ognia; obserwując ruch przedmiotu, staramy się ustalić warunki jego powstania; spotykając niezwykłe zjawisko, szukamy mechanizmu, który je wywołał. Nie możemy jednak z samego powodzenia takich badań wewnątrz świata wywnioskować, że rzeczywistość jako całość musi posiadać przyczynę w identycznym znaczeniu. Przeniesienie prawidłowości dotyczących poszczególnych zdarzeń na ogół wszystkiego, co istnieje, wymaga odrębnego uzasadnienia. Być może pytanie o przyczynę całej rzeczywistości opiera się na nadmiernym rozszerzeniu pojęć, których skuteczność została potwierdzona wyłącznie w obrębie obserwowalnych procesów. Możliwość ta nie jest mniej wymagająca filozoficznie niż hipoteza Źródła, ponieważ pozostawia nas wobec zagadnienia podstawowego istnienia, którego nie da się wyjaśnić poprzez odwołanie do wcześniejszego wydarzenia.
Immanuel Kant wskazał podobne napięcie w swoich rozważaniach nad antynomiami czystego rozumu. Kiedy próbujemy rozstrzygać o wszechświecie jako bezwarunkowej całości, rozum może formułować pozornie przekonujące argumenty prowadzące do sprzecznych wniosków. W odniesieniu do czasu pojawia się problem, czy świat posiada początek, czy też jego przeszłość rozciąga się bez granicy. Kant nie proponował zwyczajnego wyboru jednej z tych odpowiedzi, lecz badał warunki, w jakich rozum dochodzi do podobnych konfliktów. W jego filozofii czas pozostawał formą ludzkiej zmysłowości, a nie przedmiotem, którego niezależną naturę moglibyśmy bezpośrednio oglądać poza wszelkim doświadczeniem. Nie należy mylić tego stanowiska z twierdzeniem, że człowiek dowolnie wytwarza czas poprzez indywidualną wyobraźnię. Kantowska analiza dotyczyła warunków możliwości doświadczenia, a więc struktur, dzięki którym zdarzenia mogą być dla nas poznawalne jako uporządkowane temporalnie. Jej znaczenie dla naszych rozważań polega na przypomnieniu, że nie wszystkie pytania powstające w ludzkim umyśle muszą posiadać odpowiedź w postaci przedmiotu dostępnego poznaniu. Czasami trudność nie wynika z niedostatecznej liczby obserwacji, ale ze sposobu, w jaki stosujemy określone pojęcia poza dziedziną ich uzasadnionego użycia. Zanim więc zapytamy o świadome Źródło istniejące poza czasem, powinniśmy rozważyć, czy potrafimy nadać takiemu istnieniu znaczenie wykraczające poza literacką metaforę.
Niezależnie od tych problemów jedno pozostaje szczególnie interesujące: ludzkie doświadczenie czasu nie jest prostym odzwierciedleniem fizycznych odstępów między zdarzeniami. Godzina spędzona w oczekiwaniu na wiadomość może wydawać się znacznie dłuższa niż godzina intensywnej rozmowy, mimo że zegar w obu przypadkach wskazuje taki sam upływ. Dzieciństwo zapamiętujemy często jako rozległą przestrzeń wydarzeń, podczas gdy późniejsze lata mogą sprawiać wrażenie mijających coraz szybciej. Silne emocje, uwaga, pamięć i przewidywanie wpływają na subiektywną ocenę trwania. Nie znaczy to, że świadomość swobodnie przekształca fizyczne prawa czasu. Pokazuje natomiast, że należy odróżniać czas mierzony przez urządzenia od temporalnej organizacji ludzkiego doświadczenia. W filozofii Henriego Bergsona szczególną rolę odgrywało pojęcie trwania, odnoszące się do jakościowej ciągłości życia wewnętrznego, której nie da się bez reszty sprowadzić do szeregu jednakowych, mierzalnych jednostek. Człowiek nie przeżywa własnego istnienia jako zbioru odseparowanych sekund, lecz jako proces przenikania się wspomnień, aktualnych doznań i oczekiwań. W pewnym sensie każda świadoma teraźniejszość zawiera odniesienia do tego, co minęło, oraz do tego, co dopiero może nastąpić. Czas psychologiczny nie stanowi więc dokładnej kopii matematycznej osi, choć pozostaje związany z procesami zachodzącymi w organizmie i jego otoczeniu.
Znaczenie pamięci dla doświadczenia czasu staje się szczególnie wyraźne wtedy, gdy zastanowimy się nad kierunkiem ludzkiego życia. Pamiętamy przeszłość, lecz nie posiadamy analogicznych wspomnień przyszłości, a procesy zachodzące w świecie wykazują określone asymetrie, które fizyka wiąże między innymi ze wzrostem entropii w układach izolowanych. Rozbita szklanka może zostać ponownie sklejona, lecz nie obserwujemy zwyczajnie samorzutnego procesu, w którym jej odłamki wracają do pierwotnego położenia, a wszystkie skutki rozbicia znikają bez pozostawienia śladu. Tego rodzaju doświadczenia pomagają kształtować intuicję kierunku czasu, choć szczegółowa relacja między termodynamiką, kosmologią i ludzkim przeżywaniem temporalności pozostaje złożonym zagadnieniem. W niektórych równaniach opisujących fundamentalne procesy fizyczne odwrócenie kierunku czasu nie prowadzi do prostego naruszenia ich matematycznej postaci, podczas gdy wiele zjawisk makroskopowych wykazuje wyraźną nieodwracalność. Nie oznacza to, że przeszłość i przyszłość są subiektywnymi wymysłami ani że człowiek może dowolnie przemieszczać się pomiędzy nimi. Ujawnia natomiast różnicę pomiędzy strukturą praw fizycznych, statystycznym charakterem licznych procesów i sposobem, w jaki świadomy organizm doświadcza następstwa. Jeżeli chcemy zastanawiać się nad świadomością niezależną od czasu, powinniśmy najpierw rozpoznać, jak głęboko pamięć, przewidywanie i przyczynowość organizują naszą zdolność do myślenia.
Wyobraźmy sobie istotę, która nie pamięta żadnego wcześniejszego stanu i nie potrafi przewidywać następnego, lecz mimo to posiada jakąś formę aktualnego doświadczenia. Czy można byłoby przypisać jej świadomość podobną do ludzkiej? Pytanie to prowadzi do trudności związanej z jednością przeżywania. Nasze doświadczenie nie jest zazwyczaj zbiorem całkowicie niezależnych wrażeń pojawiających się bez wzajemnych relacji. Rozpoznajemy melodię właśnie dlatego, że kolejne dźwięki tworzą dla nas strukturę, której sens zależy od ich następstwa. Rozumiemy wypowiedź, ponieważ potrafimy zachować w pamięci wcześniej usłyszane słowa i połączyć je z późniejszymi. Nawet najprostsze czynności wymagają pewnej ciągłości informacji, bez której otoczenie rozpadałoby się na niepowiązane momenty. W takim ujęciu temporalność mogłaby nie być jedynie zewnętrznym warunkiem świadomości, ale jednym z elementów konstytuujących jej znaną nam postać. Nie dowodzi to niemożliwości wszelkiej ponadczasowej świadomości, ponieważ nie znamy wszystkich potencjalnych sposobów istnienia podmiotowego doświadczenia. Stanowi jednak poważne wyzwanie dla hipotezy, która przenosi ludzkie pojęcie przeżywania na byt całkowicie pozbawiony następstwa. Jeśli Źródło miałoby istnieć poza czasem, prawdopodobnie nie moglibyśmy przypisać mu pamięci, oczekiwania i uwagi w zwyczajnym psychologicznym znaczeniu. Pozostaje więc pytanie, czy po usunięciu tych właściwości pojęcie świadomości nadal zachowuje wystarczająco określoną treść.
Niektórzy filozofowie rozważają możliwość ujmowania czasoprzestrzeni jako uporządkowanej całości, w której przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie muszą odpowiadać trzem odmiennym kategoriom ontologicznym. W dyskusjach nad naturą czasu stanowisko określane jako eternalizm dopuszcza rzeczywistość zdarzeń należących do różnych momentów, podczas gdy prezentyzm przypisuje szczególny status istnienia temu, co teraźniejsze. Spory te nie znajdują prostego rozstrzygnięcia w codziennym doświadczeniu, ponieważ intuicyjne poczucie przemijania nie wystarcza do ustalenia ostatecznej struktury czasu. Nie należy też utożsamiać eternalizmu z dowodem, że przyszłość jest zaprogramowana albo że człowiek nie posiada sprawczości. Ontologiczny status zdarzeń i problem wolnej woli należą do powiązanych, ale odrębnych zagadnień. Dla naszych rozważań interesująca pozostaje jednak możliwość, że to, co człowiek doświadcza jako następowanie kolejnych chwil, stanowi szczególną perspektywę na bardziej rozbudowaną strukturę rzeczywistości. Podmiot żyjący wewnątrz świata rozpoznaje wydarzenia zgodnie z własną historią, pamięcią i możliwościami poznawczymi, nie posiadając dostępu do całkowitego opisu wszystkiego, co istnieje. Gdyby hipotetyczne Źródło miało odnosić się do całości czasoprzestrzeni, jego perspektywa musiałaby różnić się zasadniczo od ludzkiego sposobu doświadczania następstwa. Nie możemy jednak zakładać, że perspektywa taka rzeczywiście istnieje, jedynie dlatego, że potrafimy ją częściowo opisać za pomocą abstrakcyjnych pojęć.
W tym miejscu pojawia się jeszcze jedna trudność, szczególnie ważna dla metafizyki świadomości. Jeżeli rzeczywistość miałaby istnieć jako uporządkowana całość niezależna od czasowego stawania się, czy jej poszczególne wydarzenia posiadałyby jakikolwiek cel? Pytanie o cel zwykle zakłada bowiem możliwość osiągnięcia określonego stanu, którego wcześniej jeszcze nie urzeczywistniono. Budujemy dom, aby móc w nim zamieszkać, uczymy się, aby zdobyć wiedzę, i podejmujemy działanie, ponieważ oczekujemy określonych rezultatów. Każdy z tych przykładów zawiera różnicę między stanem obecnym a przyszłym. W rzeczywistości pozbawionej temporalnego następstwa podobna struktura motywacji mogłaby utracić zwyczajny sens. Jeżeli całokształt istnienia byłby w pewnym znaczeniu kompletny, trudno byłoby wyobrazić sobie proces, w którym staje się bardziej kompletny poprzez zbieranie nowych doświadczeń. Można oczywiście twierdzić, że wartość określonego przeżycia nie zależy od wytworzenia przyszłego rezultatu, lecz od samego faktu jego istnienia. Muzyka nie musi prowadzić do zewnętrznego celu, aby posiadać znaczenie dla słuchacza, podobnie jak doświadczenie piękna nie wymaga użytecznego zakończenia. W takim ujęciu świat nie musiałby być narzędziem służącym osiągnięciu przyszłej doskonałości Źródła, lecz mógłby stanowić realizację różnorodnych możliwości doświadczenia. Takie rozumowanie pozostaje jednak spekulacją, ponieważ nie posiadamy niezależnych podstaw pozwalających przypisać całej rzeczywistości intencjonalną strukturę.
Warto wreszcie zapytać, czy sam człowiek nie jest skłonny do tworzenia hipotez o pierwotnym Źródle dlatego, że trudno mu zaakceptować możliwość istnienia bez ostatecznie poznawalnego uzasadnienia. Ludzki umysł poszukuje ciągłości przyczyn, porządku i znaczenia, ponieważ zdolności te pozwalają skutecznie funkcjonować w świecie. Rozpoznawanie zależności między zdarzeniami jest niezbędne do przewidywania niebezpieczeństw, zdobywania wiedzy i organizowania życia społecznego. Ta użyteczna skłonność może jednak prowadzić do przekonania, że każde pytanie musi posiadać odpowiedź zgodną z naszymi oczekiwaniami dotyczącymi wyjaśniania. Kiedy zastanawiamy się, dlaczego istnieje wszechświat, łatwo przyjmujemy, że musiał zostać przez kogoś stworzony albo że musi istnieć szczególny mechanizm nadający mu ostateczny sens. Nie można wykluczyć żadnej z tych możliwości wyłącznie na podstawie jej metafizycznego charakteru, ale nie wolno też traktować ludzkiej potrzeby wyjaśnienia jako dowodu istnienia określonego przedmiotu. Być może rzeczywistość posiada fundament, którego nie potrafimy obecnie pojąć. Być może jej struktura okaże się dostatecznie wyjaśnialna bez odwoływania się do świadomego Absolutu. Możliwe również, że pytanie o absolutne uzasadnienie istnienia pozostanie nierozstrzygalne, ponieważ wykracza poza warunki, w których nasze pojęcia przyczynowości i konieczności uzyskują poznawczą treść. Dojrzała filozofia musi dopuścić wszystkie te możliwości, zachowując zarazem prawo do dalszego poszukiwania argumentów.
Paradoks początku czasu odsłania więc niezwykłą cechę ludzkiego istnienia: jesteśmy istotami całkowicie zanurzonymi w procesach temporalnych, a mimo to potrafimy zastanawiać się nad możliwością rzeczywistości pozbawionej czasu. Każde nasze wspomnienie odnosi się do przeszłości, każdy plan zakłada przyszłość, a każda myśl pojawia się w określonym przebiegu życia psychicznego. Nawet próba wyobrażenia sobie wieczności zostaje przez umysł wpisana w strukturę kolejnych aktów wyobraźni. Nie oznacza to, że poza ludzkim doświadczeniem nie istnieją żadne odmienne formy rzeczywistości. Oznacza jedynie, że nie dysponujemy bezpośrednim dostępem do perspektywy, która pozwoliłaby nam całkowicie porzucić własne warunki poznania. W tym sensie pytanie o to, co istniało przed czasem, może okazać się ważniejsze jako narzędzie rozpoznawania granic naszego rozumu niż jako prośba o opis nieznanego okresu kosmicznej historii. Zmusza bowiem do przemyślenia pojęć, którymi posługujemy się tak swobodnie, że niemal przestajemy dostrzegać ich filozoficzne trudności. Początek, przyczyna, trwanie, wieczność i zmiana przestają być oczywistymi kategoriami, kiedy próbujemy odnieść je do całości istnienia, a nie do poszczególnych zdarzeń.
Hipoteza pierwotnej Świadomości pozostaje na tym etapie jedną z możliwych propozycji metafizycznych, nie zaś rozwiązaniem uzyskanym dzięki analizie czasu. Nie wiemy, czy świadomość mogłaby istnieć bez czasowego następstwa, czy świat posiada fundament o charakterze mentalnym ani czy jakiekolwiek Źródło można sensownie opisać jako podmiot poznający samego siebie. Wiemy jednak, że rozważenie tych możliwości wymaga czegoś więcej niż prostego przeciwstawienia ducha i materii. Konieczne staje się zbadanie samej natury doświadczenia, ponieważ jeśli świadomość miałaby stanowić podstawę rzeczywistości, powinniśmy najpierw ustalić, czym jest i jakie warunki pozwalają mówić o jej istnieniu. Nie wystarczy wskazać tajemnicy ludzkiego umysłu, aby wykazać obecność świadomości poza mózgiem, podobnie jak nie wystarczy przedstawić matematycznego opisu wszechświata, aby definitywnie wyeliminować wszystkie pytania metafizyczne. Pomiędzy tymi skrajnościami znajduje się przestrzeń wymagającego namysłu, w którym wyobraźnia może inspirować pytania, ale nie zastępuje uzasadnienia. Dopiero w tej przestrzeni możliwe staje się poważne rozważenie koncepcji Źródła, które nie tyle poprzedzałoby świat w czasie, ile stanowiłoby hipotetyczną podstawę samej możliwości jego istnienia.
Być może największa trudność polega na tym, że człowiek niemal nie potrafi myśleć o rzeczywistości bez odwoływania się do historii. Każda opowieść posiada początek, rozwinięcie i zakończenie, ponieważ taki porządek odpowiada naszemu sposobowi organizowania doświadczenia. Nawet kiedy próbujemy przedstawić powstanie wszechświata, wyobrażamy sobie wydarzenie, które oddziela stan wcześniejszy od późniejszego, pustkę od pełni, nieistnienie od istnienia. Tymczasem absolutny początek czasu, o ile w ogóle miał miejsce, nie musiałby przypominać żadnego wydarzenia znanego z ludzkiego życia. Nie byłoby przed nim oczekiwania, ciszy trwającej przez niewyobrażalnie długi okres ani pustej przestrzeni przygotowanej na pojawienie się pierwszych gwiazd. Wszystkie te obrazy należą już do świata posiadającego określone relacje przestrzenne i temporalne. Jeżeli próbujemy pomyśleć istnienie niezależne od takich relacji, musimy liczyć się z możliwością, że wyobraźnia przestanie dostarczać użytecznych przedstawień. Nie oznacza to końca filozofii, lecz początek szczególnej dyscypliny intelektualnej: gotowości do przyjęcia, że pewne pytania wymagają przekroczenia potocznego języka, chociaż nie wiemy jeszcze, czy potrafimy stworzyć język wystarczająco precyzyjny, aby na nie odpowiedzieć.
Na granicy tego rozumowania pozostaje obraz rzeczywistości, której nie potrafimy przypisać ani przeszłości, ani przyszłości, a mimo to próbujemy rozpatrywać ją jako możliwy fundament wszystkiego, co znamy. Nie jest to obraz możliwy do bezpośredniego przedstawienia, ponieważ każda próba nadania mu kształtu przywołuje właściwości świata fizycznego. Nie możemy wyobrazić sobie Źródła jako samotnej istoty oczekującej w bezkresnej ciemności, gdyż ciemność zakłada określone warunki doświadczenia, samotność odwołuje się do relacji między podmiotami, a oczekiwanie wymaga czasu. Nie możemy również mówić o jego przebudzeniu w zwyczajnym znaczeniu, ponieważ przebudzenie stanowi przejście między stanami świadomości. Jeżeli jednak potraktujemy Źródło nie jako postać ukrytą poza wszechświatem, lecz jako hipotetyczną zasadę, od której mogłoby zależeć istnienie wszelkich doświadczeń, otworzymy przestrzeń dla dalszego namysłu. Będziemy musieli zapytać, czy absolutna jedność może zawierać możliwość różnicy, czy poznanie wymaga istnienia odrębnego przedmiotu oraz czy świat wielości da się pomyśleć jako przejaw czegoś fundamentalnie jednego. Nie rozstrzygniemy tych zagadnień poprzez odwołanie do wiedzy o fizycznym początku kosmosu, ponieważ pytanie o metafizyczną naturę świadomości wymaga odrębnych argumentów.
W ten sposób docieramy do miejsca, w którym filozoficzna refleksja nad czasem ustępuje miejsca pytaniu o samą świadomość. Nie znaleźliśmy dowodu na istnienie bezczasowego Absolutu ani ostatecznego wyjaśnienia początku rzeczywistości, ale rozpoznaliśmy trudności, których nie wolno pomijać podczas budowania podobnej koncepcji. Wiemy, że początku czasu nie można bez namysłu opisywać jako zdarzenia poprzedzonego zwyczajnym oczekiwaniem, że wieczność nie musi oznaczać nieskończenie długiego trwania i że relacja między fizyczną strukturą świata a subiektywnym doświadczeniem temporalności pozostaje zagadnieniem wielowymiarowym. Zrozumieliśmy również, dlaczego hipoteza pierwotnej Świadomości wymaga szczególnej ostrożności: jeśli przypiszemy jej ludzkie pragnienia, pamięć i zamiary, możemy nieświadomie przenieść na hipotetyczny fundament rzeczywistości cechy istoty, która istnieje wyłącznie dzięki czasowi. Nie oznacza to konieczności porzucenia metafizycznej wyobraźni, lecz potrzebę jej pogłębienia. Być może nie powinniśmy pytać, co Świadomość robiła przed stworzeniem świata, skoro samo „przed” może nie posiadać w tym kontekście znaczenia. Właściwsze stanie się pytanie, czy świadomość mogłaby stanowić pierwotny wymiar rzeczywistości i czy wielość istniejących podmiotów mogłaby pozostawać z nim w jakiejkolwiek fundamentalnej relacji. Dopiero rozważenie tego problemu pozwoli nam przejść od paradoksu początku czasu do najważniejszej hipotezy niniejszej książki: możliwości istnienia Źródła, które nie potrzebuje miejsca w przestrzeni ani daty narodzin, aby mogło zostać pomyślane jako podstawa doświadczenia. Jeśli bowiem istnieje pytanie bardziej zagadkowe od tego, kiedy rozpoczął się czas, jest nim pytanie, dlaczego w rzeczywistości w ogóle możliwe stało się świadome przeżywanie czegokolwiek.
ROZDZIAŁ II
Źródło, które zapragnęło poznać siebie
Najbardziej niezwykła hipoteza dotycząca pochodzenia rzeczywistości nie musi rozpoczynać się od pytania o stworzenie materii. Można bowiem wyobrazić sobie, że u podstaw wszystkiego, co istnieje, znajduje się nie substancja fizyczna, nie zbiór praw matematycznych ani nawet nieznany mechanizm odpowiedzialny za powstanie wszechświata, lecz świadomość rozumiana jako fundamentalna możliwość doświadczania. W takim ujęciu świat nie byłby miejscem, w którym zdolność przeżywania pojawiła się dopiero wskutek długotrwałej ewolucji materii, ale rzeczywistością pozostającą w zasadniczym związku z pierwotnym wymiarem doświadczenia. Człowiek, przyzwyczajony do poszukiwania początków w określonych zdarzeniach, niemal natychmiast próbuje nadać tej koncepcji postać opowieści. Wyobraża sobie bezgraniczną świadomość istniejącą w absolutnej samotności, która w pewnej chwili odkrywa potrzebę poznania własnej natury i dlatego powołuje do istnienia niezliczone światy oraz zamieszkujące je istoty. Obraz ten wydaje się wyjątkowo sugestywny, ponieważ pozwala przedstawić wszechświat jako rezultat pragnienia doświadczenia, a jednostkowe życie jako fragment wielkiego procesu samopoznania. Zawiera jednak zasadniczą trudność, którą rozpoznaliśmy już podczas rozważań nad czasem. Jeżeli hipotetyczne Źródło miałoby istnieć poza następstwem zdarzeń, nie mogłoby dosłownie pewnego dnia zapragnąć czegoś, czego wcześniej nie pragnęło. Samo pojawienie się potrzeby oznaczałoby zmianę, a zmiana wymagałaby rozróżnienia przynajmniej dwóch stanów. Dlatego tytułowe pragnienie należy rozumieć przede wszystkim jako metaforę ontologicznego problemu: czy rzeczywistość o charakterze fundamentalnie świadomym mogłaby ujawniać własną naturę poprzez wielość odmiennych doświadczeń i czy owa wielość stanowiłaby warunek samopoznania, czy jedynie jego możliwy przejaw?
Zanim spróbujemy odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy zastanowić się nad samym pojęciem świadomości, które w codziennym języku bywa używane w kilku odmiennych znaczeniach. Mówimy o świadomości człowieka przytomnego, odróżniając ją od stanu głębokiej nieprzytomności, ale określamy również w ten sposób zdolność rozpoznawania własnych myśli, rozumienia sytuacji społecznej oraz przewidywania konsekwencji działań. Niekiedy świadomość oznacza wiedzę o określonym fakcie, innym razem subiektywny charakter przeżywania, dzięki któremu widzenie barwy, odczuwanie bólu czy słuchanie muzyki posiadają dla jednostki określoną jakość. Filozofia umysłu wymaga rozróżniania tych znaczeń, ponieważ nie każde odnosi się do tego samego problemu. System komputerowy może rejestrować informacje dotyczące własnego działania, ale sama zdolność monitorowania procesów nie rozstrzyga, czy towarzyszy jej jakiekolwiek subiektywne doświadczenie. Człowiek może z kolei świadomie odczuwać ból, nie posiadając pełnej wiedzy o biologicznych mechanizmach jego powstawania. Jeżeli zatem chcemy rozważać świadomość jako pierwotną zasadę rzeczywistości, musimy określić, czy chodzi o zdolność przetwarzania informacji, samoświadomość, intencjonalne poznanie czy o najbardziej podstawowy fakt, że istnieje coś takiego jak przeżywanie. W niniejszej hipotezie najważniejsze będzie ostatnie znaczenie. Źródło nie zostanie więc przedstawione jako ogromny umysł gromadzący dane o wszechświecie ani jako nadnaturalny komputer wykonujący niewyobrażalną liczbę operacji, lecz jako hipotetyczny fundament, z którym związana byłaby sama możliwość pojawienia się świadomego doświadczenia. Już takie określenie pozostawia wiele pytań bez odpowiedzi, ale pozwala uniknąć prostego utożsamienia świadomości z inteligencją, pamięcią lub technologiczną zdolnością obliczeniową.
Trudność staje się jeszcze wyraźniejsza, kiedy próbujemy wyobrazić sobie świadomość pozbawioną przedmiotu. W znanym nam doświadczeniu niemal zawsze jesteśmy świadomi czegoś: obrazu, dźwięku, myśli, wspomnienia, emocji albo własnego położenia. Nawet kiedy zamykamy oczy i usiłujemy odsunąć od siebie wszystkie wrażenia, pozostają pewne aspekty cielesnego samopoczucia, odczucie trwania, fragmenty wyobrażeń lub świadomość samego wysiłku skupienia. Z tego powodu niełatwo odróżnić możliwość istnienia czystego przeżywania od jego konkretnych treści. Edmund Husserl, rozwijając fenomenologię, poświęcał szczególną uwagę intencjonalności, czyli skierowaniu świadomości ku temu, co jest przez nią ujmowane. Nie oznacza to, że każda forma przeżywania musi posiadać przedmiot w zwykłym znaczeniu materialnej rzeczy, lecz pokazuje, jak głęboko struktura naszego doświadczenia związana jest z relacjami pomiędzy podmiotem a tym, czego podmiot doświadcza. Jeśli wyobrazimy sobie pierwotne Źródło pozbawione wszelkich odrębnych treści, powstanie pytanie, czy nadal można przypisywać mu świadomość podobną do ludzkiej, czy też posługujemy się już pojęciem zasadniczo odmiennym. Być może fundament doświadczenia nie musi sam doświadczać w taki sposób jak jednostka biologiczna, podobnie jak warunki możliwości określonego zjawiska nie muszą posiadać wszystkich jego właściwości. Możliwe jednak, że takie rozróżnienie oddala nas od pierwotnego znaczenia słowa „świadomość”, czyniąc z niego ogólną nazwę nieznanej podstawy rzeczywistości. Każda metafizyka, która pragnie zachować intelektualną wiarygodność, musi liczyć się z niebezpieczeństwem takiego przesunięcia znaczeń.
Wyobraźmy sobie teraz zwierciadło umieszczone w całkowicie pustej przestrzeni. Zwierciadło posiada właściwość odbijania światła, lecz jeżeli nie pojawi się żaden odpowiednio oświetlony przedmiot, nie zobaczymy w nim rozpoznawalnego obrazu. Metafora ta może pomóc przedstawić różnicę pomiędzy zdolnością doświadczania a określonym doświadczeniem, choć nie powinna być traktowana jako ścisła teoria świadomości. Można bowiem zapytać, czy hipotetyczne Źródło, podobnie jak zwierciadło, potrzebowałoby czegoś odrębnego od siebie, aby ujawnić własne możliwości. Jeżeli nie istniałyby żadne różnice, przeciwieństwa ani indywidualne perspektywy, brakowałoby relacji pozwalających rozpoznawać poszczególne właściwości doświadczenia. Radość zyskuje określony sens w świecie, w którym możliwe jest cierpienie, spotkanie zakłada istnienie odrębności, a pamięć nabiera znaczenia dzięki różnicy między tym, co minione, a tym, co obecne. Należy jednak zachować ostrożność: nie wynika stąd, że rzeczywiste cierpienie jest logicznie konieczne do istnienia każdej radości ani że miłość wymaga uprzedniego przeżycia utraty. Możemy rozumieć przeciwieństwa pojęciowo, nie doświadczając wszystkich ich możliwych postaci. Niektóre doświadczenia mogą być również wartościowe niezależnie od porównania z własnym zaprzeczeniem. Metafora zwierciadła pozwala zatem sformułować pytanie o znaczenie różnicy dla samopoznania, ale nie uzasadnia twierdzenia, że świat musiał zawierać całe obserwowane cierpienie, aby pierwotna Świadomość mogła rozpoznać własną naturę.
W tym miejscu pojawia się istotne rozróżnienie między poznaniem siebie jako przedmiotu a bezpośrednią obecnością świadomości dla samej siebie. Człowiek może analizować własny charakter, rozpoznawać emocje i formułować sądy dotyczące osobowości, ale nie każda forma samoświadomości wymaga takiego refleksyjnego zwrócenia się ku sobie. Kiedy odczuwamy ból, nie musimy najpierw przeprowadzać dodatkowego rozumowania, aby wiedzieć, że doświadczenie to zachodzi. Pewna bezpośredniość przeżywania wydaje się należeć do samej struktury świadomego doświadczenia, choć filozofowie różnią się w wyjaśnianiu jej charakteru. Jeżeli ta pierwotna obecność jest możliwa bez odrębnego przedmiotu poznania, hipotetyczne Źródło nie musiałoby tworzyć świata, aby w jakimkolwiek sensie być świadome siebie. Mogłoby natomiast, w ramach naszego eksperymentu myślowego, stanowić podstawę wielości doświadczeń, które ujawniają rozmaite możliwości jego przejawiania się. Różnica między samowiedzą a urzeczywistnianiem możliwych stanów pozwala częściowo uniknąć obrazu Absolutu cierpiącego z powodu niewiedzy. Nie rozwiązuje jednak wszystkich trudności, ponieważ nadal należałoby wyjaśnić, w jakim znaczeniu jedna pierwotna rzeczywistość mogłaby pozostawać związana z wieloma odmiennymi podmiotami oraz dlaczego określone formy doświadczenia miałyby pojawiać się właśnie w świecie takim jak nasz.
Jednym z historycznych sposobów rozważania relacji między jednością a wielością była neoplatońska filozofia Plotyna. W jego systemie centralne miejsce zajmuje Jedno, przekraczające zwyczajne określenia i stanowiące zasadę, od której zależą dalsze poziomy rzeczywistości. Z Jednym wiąże się porządek emanacji, obejmujący między innymi intelekt oraz duszę, choć nie należy rozumieć go jako chronologicznego procesu produkowania kolejnych przedmiotów przez osobowego konstruktora. Istotne jest tutaj przekonanie, że rzeczywistość może posiadać hierarchiczną strukturę zależności, a wielość nie musi oznaczać całkowitego zerwania z jednością. Plotyńskie Jedno nie jest jednak po prostu ogromną świadomością, która postanowiła stworzyć wszechświat, aby przeżywać ludzkie emocje. Przeciwnie, jego filozoficzna transcendencja sprawia, że trudno przypisywać mu intencje i braki charakterystyczne dla jednostkowego podmiotu. To właśnie odmienność Plotyna od współczesnych metafor samopoznającego się Źródła okazuje się poznawczo interesująca. Pokazuje bowiem, że zależność świata od jednej zasady nie wymaga automatycznie przyjęcia kosmicznego planu ani psychologicznego celu stworzenia. Możemy rozważać rzeczywistość jako wielość przejawów określonego fundamentu, nie czyniąc z tego fundamentu istoty podobnej do człowieka. W tym sensie neoplatońska tradycja stanowi ważne przypomnienie, że im bardziej fundamentalną zasadę próbujemy opisać, tym większe istnieje ryzyko nadania jej cech zaczerpniętych z ograniczonego ludzkiego doświadczenia.
Inną drogę proponuje filozofia Barucha Spinozy, w której fundamentalną rolę odgrywa pojęcie jednej substancji istniejącej przez samą siebie. Bóg i natura nie stanowią w tym systemie dwóch całkowicie oddzielnych porządków, a poszczególne rzeczy są rozpatrywane jako sposoby wyrażania rzeczywistości substancjalnej. Stanowisko to radykalnie różni się od zwyczajnych wyobrażeń o Stwórcy podejmującym decyzje, realizującym osobiste plany i ingerującym w historię zgodnie z ludzkimi kategoriami dobra oraz zła. Spinoza sprzeciwiał się projekcji takich intencji na naturę, wskazując, że ludzie często interpretują rzeczywistość przez pryzmat własnych potrzeb i celów. Człowiek uznaje coś za dobre, ponieważ odpowiada to jego pragnieniom, a następnie skłonny jest wyobrażać sobie cały świat jako zorganizowany dla realizacji podobnych pragnień. W świetle tej krytyki opowieść o Źródle stwarzającym wszechświat z potrzeby zdobywania doświadczeń okazuje się podejrzanie antropomorficzna. Przypisujemy bowiem całej rzeczywistości motywację przypominającą ludzką ciekawość, jak gdyby absolutny fundament istnienia musiał odczuwać brak, który zamierza zaspokoić poprzez stworzenie odrębnych istot. Spinozjańska perspektywa pozwala zatem zachować intuicję jedności bez konieczności przedstawiania jej jako świadomego eksperymentatora. Nie rozstrzyga ona automatycznie natury subiektywnego doświadczenia, ale skłania do pytania, czy metafizyka jednego Źródła powinna być oparta na pojęciu zamiaru, czy raczej na pojęciu koniecznego związku między różnymi aspektami istnienia.
Zagadnienie samopoznania nabiera odmiennego znaczenia w filozofii Georga Wilhelma Friedricha Hegla, gdzie rozwój świadomości i ducha związany jest z ruchem pojęciowym, historycznymi formami życia oraz przezwyciężaniem jednostronnych sposobów rozumienia rzeczywistości. W takim ujęciu poznanie siebie nie polega wyłącznie na skierowaniu uwagi ku gotowemu, niezmiennemu przedmiotowi. Tożsamość kształtuje się również poprzez relacje, różnice i proces rozpoznawania własnych ograniczeń. Człowiek odkrywa znaczenie swojej podmiotowości nie w całkowitej izolacji, lecz w świecie społecznym, językowym i historycznym, który pozwala mu uświadamiać sobie własną pozycję wobec innych. Szczególnego znaczenia nabiera problem uznania, ponieważ jednostka nie rozwija samoświadomości wyłącznie poprzez wewnętrzną obserwację, ale również poprzez spotkanie z inną samoświadomością. W tym sensie odrębność nie stanowi jedynie przeszkody, którą należy usunąć, aby powrócić do pierwotnej jedności. Może być warunkiem bardziej złożonego rozumienia siebie. Nie oznacza to jednak, że Hegel głosił współczesną hipotezę wszechświata jako symulacji, a jego pojęcie ducha nie powinno być utożsamiane z komputerowym administratorem kosmicznej rzeczywistości. Wartość porównania polega raczej na dostrzeżeniu podobnego problemu filozoficznego: czy samowiedza może istnieć w całkowitej bezpośredniości, czy też wymaga zróżnicowania, relacji oraz pewnej formy zapośredniczenia? Jeśli przyjmiemy drugą możliwość, wielość istnień przestaje być jedynie przypadkowym nagromadzeniem odrębnych punktów widzenia, choć nadal nie wynika stąd, że stanowią one fragmenty jednej dosłownie istniejącej świadomości.
Do podobnych zagadnień, choć w innym kontekście historycznym i pojęciowym, nawiązują niektóre nurty filozofii indyjskiej, zwłaszcza adwajta wedanta. Jej zasadnicza intuicja dotyczy niedualnego charakteru ostatecznej rzeczywistości oraz relacji między atmanem a brahmanem, których rozumienie wymaga odróżnienia poziomu zwyczajnego doświadczenia od perspektywy poznania metafizycznego. Nie należy jednak upraszczać tej tradycji do popularnego twierdzenia, że wszystkie ludzkie umysły są jednym wielkim graczem uczestniczącym w symulacji. Adwajta posiada własną epistemologię, interpretację niewiedzy i bogatą tradycję komentarzy, których nie da się wiernie przedstawić za pomocą współczesnych analogii informatycznych. Istotnym elementem pozostaje problem błędnego utożsamienia ostatecznej natury podmiotu z ograniczoną postacią indywidualnego istnienia. Człowiek doświadcza siebie poprzez ciało, emocje, pamięć oraz biografię, lecz w określonych interpretacjach niedualnych te cechy nie wyczerpują pytania o jego rzeczywistą tożsamość. Możemy potraktować to stanowisko jako inspirację do refleksji nad możliwością, że indywidualna samoświadomość nie ujawnia pełnej struktury podmiotowości. Nie oznacza to jednak, że filozoficzna tradycja niedualizmu dostarcza empirycznego potwierdzenia istnienia Źródła, które świadomie rozdzieliło się na ludzi. Porównanie różnych systemów metafizycznych jest wartościowe właśnie wtedy, gdy pozwala rozpoznawać podobne pytania bez zacierania różnic między proponowanymi odpowiedziami.
Współczesna filozofia umysłu otwiera jeszcze inną drogę dzięki koncepcjom idealistycznym, panpsychistycznym oraz tym stanowiskom, które traktują świadomość jako fundamentalną właściwość rzeczywistości. Nie wszystkie są ze sobą zgodne. Idealizm ontologiczny w pewnych odmianach przyznaje pierwszeństwo rzeczywistości mentalnej, natomiast panpsychizm rozważa możliwość szerokiego występowania elementarnych aspektów doświadczenia w naturze. Nie oznacza to automatycznie przekonania, że kamień myśli jak człowiek, drzewo posiada osobowość albo pojedyncza cząstka fizyczna świadomie rozpoznaje swoje otoczenie. Rozmaite wersje tych stanowisk posługują się znacznie subtelniejszymi rozróżnieniami dotyczącymi podstawowych właściwości rzeczywistości i ich związku ze złożonym doświadczeniem podmiotowym. Szczególnie istotny pozostaje tak zwany problem kombinacji, dotyczący tego, w jaki sposób hipotetyczne elementarne aspekty doświadczenia mogłyby tworzyć jedną, zintegrowaną świadomość wyższego poziomu. Jeżeli przypiszemy pewną formę doświadczeniowości podstawowym składnikom świata, nie rozwiążemy jeszcze problemu, dlaczego ich złożenie miałoby prowadzić do powstania konkretnego podmiotu, który przeżywa siebie jako jedną osobę. Analogiczny problem pojawia się w przeciwnym kierunku, kiedy wyobrażamy sobie jedną pierwotną Świadomość przejawiającą się poprzez wiele odrębnych istnień. Musielibyśmy bowiem wyjaśnić, jak z jednego podmiotowego doświadczenia powstaje wiele wzajemnie niedostępnych perspektyw. Samo słowo „fragmentacja” nie dostarcza takiego wyjaśnienia, ponieważ przenosi do filozofii umysłu pojęcie fizycznego dzielenia przedmiotów, nie wykazując, że świadomość można rozdzielać w analogiczny sposób.
Problem ten staje się szczególnie wyraźny podczas spotkania dwóch ludzi. Wyobraźmy sobie osoby siedzące naprzeciwko siebie przy jednym stole, rozmawiające o wspólnym wydarzeniu. Obie znajdują się w podobnym otoczeniu, słyszą te same słowa i mogą zgodnie opisywać najważniejsze elementy sytuacji. Mimo to żadna z nich nie posiada bezpośredniego dostępu do przeżywania drugiej. Jedna osoba może odczuwać spokój, podczas gdy druga ukrywa niepokój. Ten sam gest może budzić odmienne skojarzenia, a identyczne zdanie zostać powiązane z całkowicie różnymi wspomnieniami. Wspólny świat nie oznacza wspólnego pola subiektywnych doświadczeń. Możemy obserwować zachowanie drugiego człowieka, słuchać jego wypowiedzi i na tej podstawie wnioskować o jego stanie psychicznym, ale nie potrafimy dosłownie przejąć jego punktu widzenia. Ta szczególna prywatność doświadczenia stanowi jeden z istotnych problemów filozofii świadomości. Jeśli wszystkie podmioty byłyby przejawami jednego Źródła, dlaczego ich przeżycia pozostawałyby wzajemnie odseparowane? Można odpowiedzieć, że odrębność jest warunkiem autentycznej wielości, ponieważ bez niej wszystkie doświadczenia tworzyłyby jeden nierozróżnialny strumień. Odpowiedź ta nadaje jednak sens przyjętemu modelowi, nie wyjaśniając jeszcze mechanizmu powstawania granic. Wciąż musielibyśmy określić, co sprawia, że pewne doświadczenia należą do jednego podmiotu, inne do drugiego, oraz czy granice te są rzeczywistymi właściwościami świata, czy jedynie skutkiem naszego sposobu poznania.
Możemy rozważyć eksperyment myślowy, w którym jedna świadomość uzyskuje dostęp do dwóch odmiennych strumieni informacji, a każdy z nich posiada własną pamięć, historię i możliwość działania. Jeżeli oba strumienie pozostają od siebie całkowicie odizolowane, ich uczestnicy mogliby doświadczać siebie jako dwóch niezależnych podmiotów. Z perspektywy hipotetycznego wspólnego fundamentu należałyby jednak do jednego szerszego układu. Współczesna technologia pozwala tworzyć rozmaite systemy działające równolegle, ale nie mamy podstaw, aby utożsamiać takie rozwiązania ze świadomym doświadczeniem. Analogia służy wyłącznie przedstawieniu filozoficznego problemu. Nawet jeśli określony system przetwarza informacje w oddzielnych procesach, nadal pozostaje otwarte pytanie, czy jakikolwiek z tych procesów posiada subiektywne przeżycia. Ponadto nie wiadomo, czy podmiotowość może zostać w ogóle skonstruowana poprzez proste wydzielenie niezależnych zasobów pamięci. Człowiek nie jest jedynie bazą danych ani zbiorem wspomnień. Jego tożsamość wiąże się z biologicznym organizmem, historią rozwoju, zdolnością odczuwania i złożoną integracją procesów poznawczych. Hipoteza wielu perspektyw jednego Źródła staje się więc filozoficznie interesująca dopiero wtedy, gdy przestajemy traktować ją jako oczywistą analogię do architektury komputerowej. Musimy uznać, że nie znamy sposobu, w jaki jedna fundamentalna świadomość miałaby wytwarzać wiele niezależnych podmiotów, a zatem nie możemy przedstawiać takiego procesu jako odkrytej właściwości rzeczywistości.
Jeszcze poważniejszą trudność stanowi pytanie o wszechwiedzę. Jeśli pierwotne Źródło istnieje jako doskonała świadomość, dlaczego miałoby potrzebować świata do poznania samego siebie? Można przecież przyjąć, że byt posiadający pełną wiedzę zna również wszystkie możliwe stany doświadczenia, a wobec tego nie musi ich urzeczywistniać w celu usunięcia niewiedzy. Jeżeli natomiast Źródło nie zna pewnych możliwości, nie byłoby wszechwiedzące w zwyczajnym znaczeniu tego pojęcia. Rozwiązaniem mogłoby być rozróżnienie wiedzy opisowej i bezpośredniego przeżycia. Człowiek może posiadać szczegółową wiedzę o mechanizmach widzenia, nie znając z własnego doświadczenia określonej barwy, podobnie jak może rozumieć fizjologię emocji bez znajomości wszystkich możliwych stanów uczuciowych. W filozofii umysłu problem tego rodzaju pojawia się między innymi w eksperymencie myślowym Franka Jacksona dotyczącym Mary, badaczki znającej fizyczne informacje o widzeniu barw, ale pozbawionej wcześniejszego doświadczenia kolorów. Eksperyment ten stał się przedmiotem rozbudowanej dyskusji nad relacją między wiedzą fizyczną a fenomenalnym charakterem doświadczenia. Nie rozstrzyga automatycznie na rzecz idealizmu, ale pozwala zapytać, czy poznanie wszystkich opisowych właściwości określonego stanu jest równoznaczne z jego przeżyciem. Gdyby odpowiedź była przecząca, można byłoby rozważyć możliwość różnicy między pełną wiedzą o świecie a doświadczeniem świata z określonej perspektywy. Nadal jednak nie wynikałoby z tego, że absolutne Źródło rzeczywiście potrzebuje takich perspektyw. Pozostawalibyśmy w obszarze spekulacji dotyczącej hipotetycznej struktury samopoznania.
Pragnienie Źródła można zatem rozumieć nie jako brak, który musi zostać usunięty, lecz jako obraz nieskończonej różnorodności możliwych doświadczeń. W takim ujęciu świat nie byłby instrumentem służącym rozwiązaniu problemu pierwotnej Świadomości, lecz jednym ze sposobów, w jakie mogłaby przejawiać się rzeczywistość fundamentalnie związana z doświadczeniem. Trzeba jednak przyznać, że pojęcie przejawiania się również wymaga wyjaśnienia. Co dokładnie miałoby się przejawiać i w jakim sensie poszczególne istoty byłyby związane z jednym fundamentem? Jeśli użyjemy metafory oceanu i fal, możemy powiedzieć, że każda fala posiada odrębny kształt, lecz nie istnieje niezależnie od wody. Porównanie to jest sugestywne, ponieważ pozwala odróżnić indywidualność postaci od wspólnej natury substancjalnej. Nie dowodzi jednak istnienia analogicznej zależności między ludzkimi umysłami. Fale są zjawiskami fizycznymi, których wzajemne relacje można opisywać za pomocą praw hydrodynamiki, podczas gdy jedność subiektywnego doświadczenia wymaga odrębnych argumentów filozoficznych i badań nad świadomością. Metafory pozwalają nam wyobrażać sobie nieznane, lecz ich siła perswazyjna często wynika z przeniesienia oczywistych właściwości jednego obszaru rzeczywistości na drugi, w którym właściwości te wcale nie muszą obowiązywać. Im piękniejsza metafora, tym większej ostrożności wymaga jej filozoficzne zastosowanie, ponieważ estetyczna spójność obrazu może stworzyć wrażenie rozwiązania problemu, którego rzeczywiście jeszcze nie wyjaśniono.
Pytanie o samopoznanie Źródła wiąże się także z pytaniem o wartość różnorodności. Człowiek jest istotą zdolną do przeżywania zdarzeń z perspektywy ograniczonej przez ciało, pamięć, środowisko społeczne oraz historyczne okoliczności własnego życia. Żadna pojedyncza osoba nie może doświadczyć wszystkich możliwych losów, ponieważ każda decyzja zamyka przynajmniej część alternatywnych dróg. Wybór określonego miejsca zamieszkania wpływa na spotykanych ludzi, podjęta praca zmienia rytm codzienności, a relacje z innymi kształtują wyobrażenia dotyczące przyszłości. Życie jednostki rozwija się więc jako jedna z niezliczonych możliwych historii, które mogłyby powstać w innych warunkach. Gdybyśmy przyjęli metafizyczną hipotezę wielości perspektyw, moglibyśmy wyobrazić sobie, że różne istnienia umożliwiają realizowanie doświadczeń wzajemnie niedostępnych dla pojedynczego podmiotu. Jedna osoba poznaje świat poprzez długie życie poświęcone nauce, inna poprzez twórczość artystyczną, jeszcze inna poprzez opiekę nad bliskimi lub codzienną pracę, której znaczenie rzadko staje się przedmiotem publicznej uwagi. Nie należałoby jednak wyprowadzać z tego hierarchii wartości ludzkich istnień ani przekonania, że niektóre biografie zostały zaprojektowane wyłącznie jako narzędzia zdobywania szczególnych doświadczeń. Każdy człowiek posiada własne potrzeby, prawa i zdolność odczuwania, niezależnie od tego, czy rzeczywistość ma jakikolwiek metafizyczny cel. Filozoficzny obraz wielości może inspirować refleksję nad znaczeniem indywidualności, ale nie powinien redukować rzeczywistych osób do funkcji spełnianych w hipotetycznym kosmicznym systemie.
Tutaj pojawia się pytanie najtrudniejsze z etycznego punktu widzenia: jeśli Źródło przejawiałoby się poprzez wszystkie świadome istoty, czy obejmowałoby również doświadczenie przemocy, cierpienia i zła? Żadna metafizyka pragnąca wyjaśniać całość rzeczywistości nie może ograniczać się do przyjemnych stanów, takich jak zachwyt, miłość czy poczucie spełnienia. Ludzki świat zawiera również doświadczenia katastrof, chorób, samotności, poniżenia i śmierci. Gdyby potraktować je jako niezbędne składniki samopoznania absolutnej świadomości, łatwo byłoby dojść do moralnie niepokojącego wniosku, że każde cierpienie zostało usprawiedliwione przez wyższy cel. Takie rozumowanie nie jest jednak konieczną konsekwencją metafizycznej hipotezy jedności, a jego przyjęcie wymagałoby bardzo poważnych argumentów. Z faktu, że pewne doświadczenia występują w świecie, nie wynika, że są potrzebne, sprawiedliwe lub celowo zaprojektowane. Nie wynika również, że osoba cierpiąca powinna zaakceptować krzywdę jako lekcję przygotowaną przez pozafizyczną świadomość. Przypisywanie cierpieniu nieznanego celu może niekiedy prowadzić do pomijania konkretnych przyczyn przemocy oraz realnych możliwości udzielenia pomocy. Filozofia powinna zatem rozróżnić opis struktury rzeczywistości od moralnej oceny wydarzeń, które w niej zachodzą. Nawet gdyby istniał wspólny fundament wszystkich świadomych podmiotów, ich cierpienie nie przestawałoby być rzeczywistym problemem etycznym. Przeciwnie, możliwość fundamentalnego pokrewieństwa istnień mogłaby stać się inspiracją do większej odpowiedzialności, ponieważ krzywda wyrządzana drugiemu człowiekowi dotyczyłaby podmiotu, którego zdolność przeżywania uznajemy za równie istotną jak własną.
Rozważając możliwość samopoznania poprzez wielość, powinniśmy również zapytać, czy poznanie rzeczywiście wymaga doświadczenia wszystkich możliwych stanów. W ludzkim życiu uczymy się zarówno poprzez bezpośrednie przeżycia, jak i dzięki obserwacji, językowi, wyobraźni oraz świadectwu innych osób. Nie musimy samodzielnie doświadczać każdej katastrofy, aby rozumieć jej dramatyczne konsekwencje, podobnie jak nie musimy wyrządzać krzywdy, aby rozpoznać jej moralną niedopuszczalność. Literatura i sztuka pozwalają nam zbliżać się do cudzych perspektyw bez konieczności dosłownego odtwarzania wszystkich przedstawianych wydarzeń. Nauka umożliwia zdobywanie wiedzy o procesach, których nie potrafimy bezpośrednio obserwować, a refleksja moralna pozwala przewidywać konsekwencje działań, zanim do nich dojdzie. Jeżeli przypiszemy hipotetycznemu Źródłu doskonalsze możliwości poznawcze od ludzkich, tym trudniej uzasadnić konieczność urzeczywistnienia wszystkich negatywnych doświadczeń w celu ich zrozumienia. Być może należałoby zrezygnować z twierdzenia, że świat powstał po coś, i ograniczyć się do koncepcji, według której wielość stanowi możliwą formę wyrażania rzeczywistości. Takie przesunięcie nie usuwa problemu zła, ale pozwala uniknąć nadawania mu nieuzasadnionego usprawiedliwienia. W tym sensie metafizyka, która pragnie zachować szacunek wobec jednostkowego cierpienia, powinna być szczególnie ostrożna w przypisywaniu całości istnienia planu obejmującego wszystkie wydarzenia.
Nie mniej interesująca pozostaje relacja między pierwotnym Źródłem a miłością. W wielu tradycjach religijnych i filozoficznych miłość była ujmowana jako siła przekraczająca izolację jednostki, umożliwiająca zwrócenie się ku drugiemu człowiekowi i rozpoznanie wartości istnienia niezależnego od własnych potrzeb. W metafizycznej hipotezie jedności moglibyśmy interpretować ją jako szczególny sposób doświadczania więzi między pozornie oddzielonymi perspektywami. Należy jednak odróżnić poetycką sugestię wspólnego fundamentu od rzeczywistych warunków relacji międzyludzkich. Miłość nie znosi odrębności osób, lecz często wymaga właśnie jej uznania. Drugi człowiek nie jest wyłącznie przedłużeniem naszych pragnień, odbiciem osobowości ani środkiem służącym samopoznaniu. Posiada własną historię, potrzeby, granice i zdolność podejmowania decyzji, których nie możemy całkowicie kontrolować. Gdybyśmy uznali indywidualność za pozbawione znaczenia złudzenie, moglibyśmy paradoksalnie osłabić podstawę szacunku dla rzeczywistej odmienności drugiego człowieka. Dlatego filozoficznie płodniejsza wydaje się interpretacja, w której ewentualna jedność ontologiczna nie unieważnia różnorodności doświadczeń. Nawet jeżeli wszystkie istoty pozostawałyby w jakimś nieznanym związku z jednym fundamentem, ich indywidualne perspektywy zachowywałyby znaczenie. Miłość nie wymaga przecież dosłownej identyczności dwóch podmiotów, lecz zdolności tworzenia relacji pomiędzy istotami, które nie mogą w pełni zastąpić siebie nawzajem.
Hipoteza Źródła rodzi również pytanie o możliwość samotności. W zwyczajnym doświadczeniu samotność oznacza brak określonego rodzaju relacji, niespełnioną potrzebę bliskości albo poczucie niezrozumienia mimo fizycznej obecności innych ludzi. Aby mówić o samotności, musimy posiadać przynajmniej pojęcie drugiego podmiotu oraz możliwość porównania własnego stanu z innymi sposobami uczestnictwa w świecie. Gdyby natomiast pierwotna Świadomość stanowiła absolutną całość istnienia, nie posiadałaby żadnego zewnętrznego punktu odniesienia. Przypisywanie jej osamotnienia byłoby więc szczególnie problematyczne, ponieważ zakładałoby potrzebę relacji, której warunki nie zostały jeszcze określone. Popularna opowieść o Źródle tworzącym niezliczone istoty, aby przestać być samotnym, może posiadać dużą siłę emocjonalną, lecz jest przede wszystkim projekcją ludzkiej psychologii na metafizyczną zasadę. Nie oznacza to, że refleksja nad samotnością pozostaje bez znaczenia dla naszej hipotezy. Pozwala raczej zrozumieć, dlaczego człowiek tak chętnie wyobraża sobie wszechświat jako przestrzeń spotkania, w której każda indywidualna historia uczestniczy w czymś większym od siebie. Wizja ta odpowiada na głęboką potrzebę przynależności, ale fakt istnienia potrzeby nie stanowi dowodu prawdziwości proponowanego wyjaśnienia. Filozofia musi umieć rozpoznawać psychologiczne źródła własnych metafor, nie odrzucając automatycznie wszystkich pytań, które metafory te pozwalają sformułować.
Przyjrzyjmy się teraz konsekwencjom hipotezy dla rozumienia ludzkiej tożsamości. Jeżeli każdy człowiek byłby ograniczoną perspektywą jednej świadomości, nasze zwyczajne przekonanie o całkowitej odrębności osób wymagałoby reinterpretacji. Nie oznaczałoby to jednak automatycznie, że konkretna jednostka posiada dostęp do doświadczeń wszystkich pozostałych istot. Przeciwnie, warunkiem rozpoznawalnej indywidualności mogłaby być właśnie ograniczoność pola świadomości. Człowiek pamięta własne dzieciństwo, rozpoznaje określone relacje rodzinne, posiada osobiste przywiązania i interpretuje świat zgodnie z historią swoich doświadczeń. Nie dysponuje natomiast analogicznym dostępem do biografii obcych osób. Gdyby zatem jedna fundamentalna świadomość miała przejawiać się poprzez liczne jednostki, musiałaby istnieć jakaś zasada odpowiadająca za wyodrębnianie perspektyw. Nie wystarczy powiedzieć, że Źródło zapomina o sobie, ponieważ zapomnienie jest określoną właściwością pamięci, a my nie wykazaliśmy jeszcze, że hipotetyczna pierwotna świadomość posiada pamięć podobną do ludzkiej. Trzeba byłoby ponadto określić, czy powstające podmioty pozostają numerycznie tym samym podmiotem, czy raczej stanowią odrębne istoty zależne od wspólnej podstawy. Różnica ta ma zasadnicze znaczenie. Dwa przedmioty mogą być wykonane z tego samego materiału, nie stając się jednym przedmiotem; analogicznie wspólny fundament ontologiczny nie musi oznaczać identyczności wszystkich świadomych jednostek. Jeżeli chcemy uniknąć niejasności, powinniśmy odróżniać jedność podstawy rzeczywistości od jedności osobowej świadomości.
Pytanie o indywidualność powraca również w kontekście biologicznego rozwoju człowieka. Wiemy, że świadomość w dostępnej nam postaci pozostaje głęboko związana z funkcjonowaniem układu nerwowego. Rozwój mózgu wpływa na zdolności poznawcze, uszkodzenia określonych struktur mogą zmieniać pamięć i osobowość, a różne stany fizjologiczne prowadzą do przemian w sposobie doświadczania świata. Zależności te są istotnymi danymi, których żadna teoria świadomości nie może ignorować. Zwolennik hipotezy Źródła mógłby próbować interpretować mózg jako mechanizm ograniczający dostęp do szerszego pola doświadczenia, ale takie twierdzenie wymagałoby niezależnych podstaw empirycznych. Sama możliwość skonstruowania analogii nie wyjaśnia, dlaczego określone procesy neuronalne korelują z konkretnymi stanami świadomymi. Szczególnie trudno byłoby uzasadnić, dlaczego uszkodzenie niewielkiego obszaru mózgu może prowadzić do określonych zaburzeń funkcjonowania psychicznego, jeśli podstawowy podmiot pozostaje całkowicie niezależny od organizmu. Koncepcja zewnętrznego gracza sterującego biologicznym awatarem nie stanowi więc naukowo potwierdzonej alternatywy wobec badań neurobiologicznych. Może być przedmiotem eksperymentu filozoficznego, lecz jego wartość zależy od zdolności do formułowania spójnych wyjaśnień, a nie od samego faktu, że pozwala wyobrazić sobie dalsze istnienie świadomości poza ciałem.
Istotne pozostaje również rozróżnienie między stwierdzeniem, że nie potrafimy w pełni wyjaśnić świadomości, a twierdzeniem, że musi ona posiadać pozafizyczne pochodzenie. Pierwsze odnosi się do granic obecnego poznania, drugie stanowi określoną tezę metafizyczną. Nie wynika logicznie z pierwszego bez dodatkowych argumentów. W filozofii umysłu istnieją stanowiska fizykalistyczne, funkcjonalistyczne, dualistyczne, idealistyczne oraz inne próby wyjaśnienia relacji między doświadczeniem a procesami zachodzącymi w organizmach. Niektóre podkreślają możliwość stopniowego rozwiązania problemu dzięki rozwojowi neuronauki, inne wskazują na trudności pojęciowe, których nie da się sprowadzić do brakujących danych empirycznych. Nie należy jednak przedstawiać różnic pomiędzy nimi jako prostego wyboru między nauką a tajemnicą. Filozofia świadomości obejmuje bowiem również krytyczne badanie tego, jakie rodzaje wyjaśnień uznajemy za wystarczające oraz czy potrafimy przejść od opisu obiektywnych procesów do subiektywnego charakteru przeżyć. Hipoteza Źródła może zatem funkcjonować jako jedna z metafizycznych propozycji, ale nie powinna zajmować miejsca wyjaśnienia tam, gdzie brak nam wiedzy. Intelektualna uczciwość wymaga zachowania możliwości, że przyszłe badania przyniosą rozwiązania obecnie niedostępne, a niektóre dzisiejsze problemy zostaną przeformułowane w sposób zasadniczo odmienny od naszych intuicji.
Warto zatem powrócić do podstawowego pytania o sens samopoznania. Czy świadomość może poznać siebie bez odniesienia do czegokolwiek odmiennego? W pewnym znaczeniu człowiek posiada bezpośredni dostęp do faktu własnego przeżywania, ale głębsza wiedza o sobie rozwija się w relacjach ze światem. Rozpoznajemy własną cierpliwość, kiedy musimy czekać, odwagę w sytuacjach wymagających zmierzenia się z lękiem, a zdolność współczucia wtedy, gdy stajemy wobec cudzego cierpienia. Nie oznacza to, że każda z tych cech musi istnieć dopiero w momencie określonego działania, lecz że ich rozumienie wiąże się z doświadczeniem konkretnych okoliczności. Człowiek może mieć wyobrażenie o własnym charakterze, które ulega zmianie pod wpływem nieprzewidzianych wydarzeń. W tym sensie samopoznanie nie jest jednorazowym odkryciem gotowej, niezmiennej istoty, lecz procesem, w którym indywidualność odsłania się stopniowo poprzez życie. Gdybyśmy przenieśli tę intuicję na hipotetyczne Źródło, moglibyśmy wyobrazić sobie świat jako przestrzeń ujawniania niezliczonych możliwości doświadczenia. Musimy jednak pamiętać, że taka analogia nie usuwa wcześniejszego paradoksu czasu. Ludzkie samopoznanie zachodzi w procesie rozwoju, podczas gdy pierwotna Świadomość miałaby istnieć niezależnie od temporalnego następstwa. Nie możemy więc dosłownie przedstawiać jej jako istoty, która stopniowo dowiaduje się o sobie coraz więcej, chyba że zrezygnujemy z założenia o jej ponadczasowym charakterze.
Możliwe jest również inne ujęcie, w którym świat nie stanowi narzędzia samopoznania absolutnej Świadomości, lecz przestrzeń pojawiania się odrębnych podmiotów posiadających własne, autonomiczne doświadczenia. Wówczas nie musielibyśmy zakładać, że każde przeżycie jest jednocześnie przeżyciem większego bytu. Można byłoby natomiast rozważać, czy świadomość jako właściwość lub możliwość rzeczywistości posiada pewien fundamentalny status, mimo że konkretne podmioty powstają dopiero w określonych warunkach. Ujęcie to zachowuje intuicję, że problem świadomości może dotyczyć podstawowej struktury świata, ale nie wymaga przypisywania całemu wszechświatowi jednej osobowości ani wspólnej autobiografii. W pewnym sensie przypomina różnicę pomiędzy ogólnymi warunkami możliwości życia a istnieniem poszczególnych organizmów. To, że wiele organizmów wykorzystuje podobne procesy biologiczne, nie czyni ich jedną istotą; analogicznie wspólna możliwość świadomego przeżywania nie musiałaby prowadzić do tożsamości wszystkich podmiotów. Takie stanowisko nie rozwiązuje ostatecznie problemu natury doświadczenia, ale pozwala uniknąć niektórych trudności metafizyki jednego kosmicznego obserwatora. Przypomina również, że nasze pytanie może posiadać więcej niż dwie odpowiedzi. Nie musimy wybierać wyłącznie między całkowicie bezduszną materią a wszechświatem będącym jednym ogromnym umysłem. Możliwe są bardziej złożone modele relacji między fizycznością, doświadczeniem i indywidualnością, których pełne opracowanie pozostaje zadaniem filozofii oraz nauki.
A jednak obraz Źródła poznającego siebie poprzez wielość istnień zachowuje szczególną siłę, której nie sposób wyjaśnić wyłącznie jego logiczną strukturą. Wynika ona z faktu, że człowiek nieustannie poszukuje związku między własną ograniczoną historią a rzeczywistością przekraczającą granice jednostkowego życia. Świadomość przemijania sprawia, że pytamy, czy nasze doświadczenia mają znaczenie wykraczające poza chwilę, w której zachodzą. Pamięć pozwala zachowywać fragmenty przeszłości, ale nie chroni ich przed zapomnieniem, a historia pokazuje, jak wiele indywidualnych losów pozostaje bez śladu w zbiorowej świadomości kolejnych pokoleń. Hipoteza pierwotnego Źródła oferuje wyobrażenie rzeczywistości, w której żadne doświadczenie nie zostaje całkowicie utracone, ponieważ wszystkie należałyby w jakiś sposób do szerszej całości. Nie posiadamy jednak dowodów potwierdzających istnienie takiego kosmicznego zasobu przeżyć. Wartość tej metafory polega raczej na ujawnieniu ludzkiego pragnienia ciągłości oraz przekonania, że życie powinno pozostawiać znaczenie większe niż suma przemijających zdarzeń. Filozofia może badać to pragnienie, nie czyniąc z niego argumentu przesądzającego o budowie wszechświata. Być może rzeczywistość nie posiada żadnego nadrzędnego podmiotu pamiętającego wszystkie istnienia, ale nie wynika stąd, że indywidualne doświadczenia są pozbawione wartości. Ich znaczenie może realizować się w relacjach, działaniach i wpływie na życie innych ludzi, nawet jeśli nie zostaje zachowane w metafizycznej pamięci absolutu.
Dochodzimy w ten sposób do zasadniczego napięcia, które będzie towarzyszyć dalszym rozważaniom. Z jednej strony możliwość istnienia pierwotnej Świadomości pozwala przedstawić rzeczywistość jako wewnętrznie powiązany porządek doświadczenia, w którym indywidualność stanowi szczególną perspektywę na szerszą całość. Z drugiej strony nie dysponujemy wystarczającymi podstawami, aby uznać taki obraz za opis rzeczywistej struktury wszechświata. Nie wiemy, czy świadomość może istnieć niezależnie od fizycznych procesów, czy potrafi przejawiać się poprzez wiele odrębnych podmiotów ani czy możliwe jest jej ponadczasowe samopoznanie. Nie potrafimy również rozstrzygnąć, czy pojęcie Źródła posiada dostatecznie określoną treść, aby mogło wyjaśniać więcej niż samo wskazanie zagadki istnienia. Mimo to rozważenie tej hipotezy pozwala dostrzec, że pytanie o rzeczywistość nie musi ograniczać się do opisu przedmiotów materialnych. Obejmuje również pytanie o warunki świadomego poznawania, o relacje między poszczególnymi perspektywami oraz o sens przypisywania całości świata określonego fundamentu. Filozofia nie musi rozstrzygać tych problemów z góry, aby uczynić je przedmiotem poważnej analizy. Wystarczy, że potrafi wskazać ich konsekwencje, sprzeczności i nierozwiązane trudności, nie ulegając pokusie przedstawiania pięknej opowieści jako odkrytej prawdy.
W centrum tej niepewności pozostaje jeszcze jeden problem, którego nie sposób pominąć. Jeśli hipotetyczne Źródło miałoby przejawiać się poprzez niezliczone świadome istoty, dlaczego żadna z nich nie posiada bezpośredniej wiedzy o takim pochodzeniu? Dlaczego człowiek nie rozpoznaje siebie jako fragmentu jednej pierwotnej Świadomości, lecz doświadcza własnej biografii jako odrębnej, ograniczonej historii? Możemy oczywiście odpowiedzieć, że sam brak tej wiedzy stanowi konieczny warunek autentycznej indywidualności. Podmiot przekonany o własnym związku z absolutną całością mógłby bowiem inaczej interpretować własne wybory, zagrożenia oraz relacje z innymi ludźmi. Jego poczucie nieodwracalności wydarzeń mogłoby ulec zmianie, a doświadczenie śmiertelności nie posiadałoby takiego samego znaczenia jak w życiu człowieka pozbawionego podobnej pewności. Nie wynika stąd jednak, że niewiedza została celowo wytworzona przez jakikolwiek nadrzędny system. Możliwe jest przecież znacznie prostsze wyjaśnienie: człowiek nie pamięta pozafizycznego pochodzenia dlatego, że żadne takie pochodzenie nie miało miejsca. Jeśli mimo to chcemy rozwijać metafizyczny model Źródła, musimy przyjąć, że zagadnienie niewiedzy stanie się jego jednym z najbardziej wymagających elementów. Trzeba będzie wyjaśnić, czym właściwie miałaby być pamięć pierwotnej Świadomości, czy można utracić wiedzę o własnej naturze bez utraty podmiotowej ciągłości i w jakim sensie istota pozbawiona wspomnień mogłaby pozostawać tym samym podmiotem, który rzekomo istniał wcześniej.
Właśnie tutaj filozoficzna opowieść o Źródle prowadzi do motywu zapomnienia. Nie powinniśmy jednak wyobrażać go sobie zbyt dosłownie, jak gdyby przed narodzinami każdego człowieka istniała świadoma postać oczekująca na usunięcie wspomnień i przydzielenie biologicznego ciała. Taki obraz może być użyteczny w literaturze fantastycznej, ale jako teza metafizyczna wymagałby wyjaśnienia niezwykle wielu dodatkowych problemów. Bardziej interesujące okazuje się pytanie, czy indywidualna tożsamość może istnieć wyłącznie dzięki ograniczeniu dostępu do doświadczeń oraz czy pamięć stanowi warunek odrębności podmiotu. Człowiek rozpoznaje siebie poprzez określony zakres wspomnień, przekonań i relacji, a zarazem nie pamięta ogromnej części procesów, które ukształtowały jego życie. Tożsamość okazuje się więc rzeczywistością bardziej złożoną niż prosty zbiór zachowanych informacji. Niektóre doświadczenia zmieniają nasze zachowanie, choć nie potrafimy ich świadomie przywołać, inne zostają zapamiętane w sposób zniekształcony, a jeszcze inne uzyskują nowe znaczenie pod wpływem późniejszych wydarzeń. Jeśli metafizyczna hipoteza jednej Świadomości ma posiadać jakąkolwiek filozoficzną spójność, nie może pomijać tych zagadnień. Musi zmierzyć się z pytaniem, czy to, co nazywamy zapomnieniem, rzeczywiście mogłoby oddzielać od siebie podmioty, czy też stanowi jedynie wygodną metaforę trudności, której nie potrafimy inaczej wyjaśnić.
Ostatecznie nie wiemy, czy wszechświat jest przejawem pierwotnej Świadomości, czy świadomość stanowi rezultat szczególnych procesów fizycznych, czy też przyszłe badania ukażą relację między doświadczeniem a rzeczywistością w zupełnie nowym świetle. Możemy jednak dostrzec, że pytanie o samopoznanie Źródła prowadzi do zagadnień bardziej fundamentalnych niż sama możliwość kosmicznej symulacji. Dotyczy natury podmiotowości, znaczenia różnicy, granic indywidualności i warunków, dzięki którym doświadczenie staje się czyimś doświadczeniem. Jeśli bowiem świadomość miałaby stanowić podstawę istnienia, największym problemem nie byłoby wytworzenie ogromnego świata pełnego gwiazd, planet i procesów fizycznych, lecz wyjaśnienie, w jaki sposób pojawiają się w nim odrębne perspektywy zdolne mówić o sobie „ja”. Każda z tych perspektyw posiada własną historię i własny horyzont poznania, a jednocześnie nie dysponuje bezpośrednim dostępem do hipotetycznej całości, z którą miałaby pozostawać związana. Być może właśnie dlatego metafora Źródła tak silnie oddziałuje na ludzką wyobraźnię: pozwala pomyśleć istnienie jako jedność, której doświadczamy wyłącznie poprzez różnorodność. Nie rozstrzyga jednak, czy jedność ta rzeczywiście istnieje, ani dlaczego miałaby przyjmować postać niezliczonych odrębnych biografii. Gdybyśmy mimo tych zastrzeżeń zdecydowali się kontynuować eksperyment myślowy, musielibyśmy postawić następne pytanie: w jaki sposób świadomość związana z absolutnym fundamentem mogłaby doświadczać siebie jako jednostki nieświadomej własnego pochodzenia? Odpowiedzi należałoby poszukiwać w filozofii pamięci, niewiedzy i osobowej ciągłości, ponieważ to właśnie tam metafizyczna opowieść o wielości przechodzi w najbardziej intymną zagadkę ludzkiego życia. Zanim bowiem zaczniemy pytać, kim naprawdę jesteśmy, musimy zastanowić się, co właściwie znaczy nie pamiętać własnego początku i czy zapomnienie może kształtować tożsamość równie głęboko jak wiedza.
ROZDZIAŁ III
Wielki akt zapomnienia
Człowiek nie rozpoczyna życia od pytania o własną tożsamość. Przez pierwsze lata istnienia stopniowo zdobywa umiejętności, poznaje otoczenie, uczy się rozróżniać znajome twarze i reagować na zdarzenia, których znaczenia nie potrafi jeszcze wyrazić w języku. Z czasem zaczyna posługiwać się własnym imieniem, rozpoznawać siebie jako odrębną osobę i budować pierwsze świadome wspomnienia. Proces ten wydaje się naturalny, ponieważ należy do powszechnego ludzkiego doświadczenia, lecz z perspektywy filozoficznej zawiera niezwykłą zagadkę. Każdy człowiek odkrywa własne istnienie dopiero wtedy, gdy znajduje się już wewnątrz określonego świata, posiada ciało, uczestniczy w relacjach społecznych i podlega prawom, na których obowiązywanie nie miał żadnego wpływu. Nie pamięta chwili, w której zaczęła kształtować się jego świadomość autobiograficzna, a wiedzę o najwcześniejszym okresie życia zdobywa przede wszystkim dzięki świadectwom innych ludzi. W pewnym sensie wszyscy rozpoczynamy świadome opowiadanie własnej historii od rozdziału, którego poprzednich stron nie potrafimy przeczytać. Nie oznacza to, że istniały wcześniejsze rozdziały należące do pozafizycznej egzystencji, lecz ujawnia podstawowy problem ludzkiego samopoznania: nie jesteśmy bezpośrednimi świadkami wszystkich procesów, które doprowadziły do powstania naszej indywidualności. Zanim potrafimy powiedzieć „jestem”, funkcjonujemy już jako organizmy posiadające określoną historię, a zanim zaczniemy zadawać pytania o własne pochodzenie, zostajemy wyposażeni w język, wspomnienia i przekonania pozwalające w ogóle sformułować podobne pytania. Ta szczególna zależność pomiędzy pamięcią a tożsamością stanowi punkt wyjścia do jednej z najbardziej radykalnych hipotez metafizycznych: możliwości, że ograniczenie wiedzy o własnym pochodzeniu nie jest wyłącznie przypadkową cechą jednostkowego życia, lecz warunkiem powstawania odrębnych perspektyw świadomego doświadczenia.
Wyobraźmy sobie na chwilę pierwotną Świadomość, której istnienie rozważaliśmy w poprzednim rozdziale, i przyjmijmy hipotetycznie, że wszelkie indywidualne podmioty pozostają w jakiejś nieznanej relacji z tym samym Źródłem. W takim modelu pojawienie się osobnej perspektywy wymagałoby czegoś więcej niż określenia miejsca, czasu i fizycznej postaci organizmu. Potrzebna byłaby również granica oddzielająca zakres doświadczeń dostępnych jednej jednostce od przeżyć pozostałych podmiotów. Gdyby każdy człowiek posiadał bezpośrednią wiedzę o wszystkich możliwych doświadczeniach Źródła, trudno byłoby wyjaśnić, dlaczego rozpoznaje siebie jako odrębną osobę, posiadającą własną historię i własne możliwości działania. Wielość wymagałaby więc pewnej postaci ograniczenia, które moglibyśmy metaforycznie nazwać zapomnieniem. Nie byłoby to jednak zwyczajne usunięcie wspomnień z istniejącego wcześniej ludzkiego umysłu. W naszym eksperymencie myślowym chodziłoby o pojawienie się perspektywy, która nie obejmuje hipotetycznej całości, z jaką pozostaje związana. Należy od razu zauważyć, że podobne wyjaśnienie ma charakter spekulacyjny. Nie istnieją wiarygodne dowody potwierdzające, że przed narodzinami posiadaliśmy wiedzę o pozafizycznym Źródle, która następnie została nam odebrana. Niemniej sama konstrukcja pozwala postawić interesujące pytanie: czy świadoma indywidualność wymaga określonej niewiedzy i czy granice tego, co pamiętamy, współtworzą odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy?
Zapomnienie kojarzy się zazwyczaj z utratą czegoś, co wcześniej należało do naszej wiedzy. Nie pamiętamy nazwiska dawno niewidzianej osoby, szczegółów przeczytanej książki albo rozmowy odbytej przed wieloma laty. W takich przypadkach zakładamy, że określona informacja została wcześniej przyswojona, lecz obecnie nie potrafimy jej przywołać. Tymczasem brak wspomnienia nie musi oznaczać, że istniał kiedyś ślad pamięciowy, który następnie został usunięty. Istnieje zasadnicza różnica między utratą utrwalonej informacji, trudnością jej wydobycia a sytuacją, w której doświadczenie nie zostało zakodowane w postaci umożliwiającej późniejsze świadome przypomnienie. Rozróżnienie to okazuje się szczególnie ważne w kontekście amnezji dziecięcej, czyli ograniczonego dostępu dorosłych do wspomnień autobiograficznych z najwcześniejszego okresu życia. Zjawisko to wiąże się między innymi z rozwojem systemów pamięci, struktur mózgowych, języka i zdolności konstruowania autobiograficznego obrazu siebie. Niemowlę nie jest pozbawione wszelkiej pamięci, ponieważ potrafi rozpoznawać znajome bodźce, uczyć się i przystosowywać zachowanie do wcześniejszych doświadczeń. Nie dysponuje jednak jeszcze autobiograficzną pamięcią funkcjonującą w taki sposób jak u dorosłego człowieka. Nieobecność świadomych wspomnień z pierwszych miesięcy życia nie jest więc tajemniczym śladem celowego wymazania wcześniejszej egzystencji, lecz zjawiskiem, którego istotne mechanizmy bada psychologia rozwojowa i neuronauka. Jeżeli chcemy posługiwać się metafizycznym pojęciem wielkiego zapomnienia, musimy pamiętać o tym rozróżnieniu. Metafora może inspirować refleksję nad ograniczeniami podmiotowego doświadczenia, ale nie powinna zastępować wyjaśnień dotyczących rzeczywistego rozwoju ludzkiej pamięci.
Warto przyjrzeć się samej naturze wspominania, ponieważ intuicyjnie traktujemy pamięć jak archiwum, w którym wydarzenia zostają przechowane w niezmienionej postaci. Wyobrażamy sobie, że przeszłość znajduje się gdzieś wewnątrz umysłu, a przypomnienie polega na odnalezieniu właściwego obrazu i ponownym odtworzeniu go w świadomości. Badania psychologiczne pokazują jednak, że ludzka pamięć ma w znacznym stopniu charakter rekonstrukcyjny. Wspomnienia mogą zmieniać się pod wpływem późniejszych informacji, emocji, oczekiwań i wielokrotnego przywoływania. Niekiedy człowiek jest szczerze przekonany o prawdziwości szczegółów, które nie odpowiadają dokładnie wcześniejszym wydarzeniom. Innym razem zachowuje emocjonalny ślad doświadczenia, lecz nie potrafi odtworzyć jego okoliczności. Pamięć nie jest zatem doskonałym nagraniem przeszłości, ale dynamicznym procesem umożliwiającym organizowanie aktualnego życia w odniesieniu do wcześniejszych doświadczeń. Jej niedoskonałość nie świadczy o ukrytej ingerencji w strukturę rzeczywistości, lecz ujawnia sposób funkcjonowania ludzkiego poznania. Filozoficzna doniosłość tego odkrycia polega na czymś innym: skoro nasza tożsamość opiera się częściowo na wspomnieniach, które mogą ulegać przekształceniom, nie możemy utożsamiać osobowej ciągłości z posiadaniem całkowicie niezmiennego zbioru informacji. Człowiek pozostaje sobą mimo zapominania, reinterpretowania przeszłości i stopniowego przekształcania obrazu własnej biografii, choć skrajne zaburzenia pamięci mogą głęboko zmieniać jego sposób funkcjonowania i relacje z otoczeniem.
Problem ten dostrzegał już John Locke, który w Rozważaniach dotyczących rozumu ludzkiego wiązał osobową tożsamość z ciągłością świadomości, a szczególną rolę przypisywał możliwości odnoszenia się do własnych wcześniejszych działań i przeżyć. W jego ujęciu pytanie o tożsamość osoby nie było równoznaczne z pytaniem o nieprzerwane istnienie tej samej substancji materialnej czy niematerialnej. Kluczowe znaczenie posiadała zdolność rozpoznawania przeszłych doświadczeń jako własnych. Koncepcja ta prowadziła jednak do trudności, które stały się przedmiotem późniejszych dyskusji. Jeżeli człowiek nie pamięta określonego wydarzenia, czy przestaje być osobą, która w nim uczestniczyła? Czy utrata wspomnienia oznacza przerwanie tożsamości, nawet jeżeli zachowana zostaje ciągłość organizmu, charakteru i relacji społecznych? Thomas Reid przedstawił słynną krytykę wskazującą na problem przechodniości tożsamości w sytuacji, gdy starsza osoba pamięta pewien okres dorosłości, lecz nie pamięta wydarzeń dzieciństwa, które dorosły wcześniej wspominał. Jeśli utożsamimy identyczność osoby wyłącznie z bezpośrednim dostępem do określonych wspomnień, możemy dojść do sprzecznych wniosków dotyczących tego, kto pozostaje tą samą osobą. Wątpliwości te nie przekreślają znaczenia pamięci, ale pokazują, że osobowej ciągłości nie da się bez trudności sprowadzić do aktualnie dostępnego zbioru autobiograficznych obrazów. Nasza tożsamość wydaje się obejmować także procesy i relacje, których nie uświadamiamy sobie w każdej chwili, a niektórych nie potrafimy już przywołać.
Jeszcze bardziej radykalne stanowisko odnajdujemy u Davida Hume’a, który w swoich rozważaniach nad naturą jaźni zwracał uwagę na trudność odnalezienia trwałego, niezmiennego podmiotu niezależnego od poszczególnych percepcji. Kiedy próbujemy skierować uwagę ku samemu sobie, napotykamy określone wrażenia, emocje, myśli i wspomnienia, lecz niekoniecznie odkrywamy dodatkową, bezpośrednio obserwowalną substancję stanowiącą ich właściciela. Hume’owska krytyka trwałej jaźni pozostaje ważnym wyzwaniem dla wszystkich teorii zakładających istnienie niezmiennego obserwatora ukrytego za zmieniającą się treścią doświadczenia. Jeżeli tożsamość człowieka jest związana z relacjami między przeżyciami, a nie z bezpośrednio poznawalnym, wiecznym rdzeniem, metafora świadomości wcielającej się w kolejne biologiczne postacie wymaga szczególnie ostrożnego uzasadnienia. Nie wystarczy powiedzieć, że za wszystkimi doświadczeniami znajduje się ten sam gracz, ponieważ należałoby wyjaśnić, na czym polega jego identyczność i dlaczego powinniśmy zakładać jego istnienie. Nawet jeśli bezpośrednie doświadczenie własnej podmiotowości wydaje się niepodważalne, nie wynika z niego automatycznie, że podmiot ten stanowi niezmienną substancję zdolną do istnienia poza ciałem, czasem i pamięcią. Hume przypomina nam zatem, że pytanie „kim jestem?” nie musi prowadzić do odkrycia ukrytej istoty, lecz może ujawnić złożoność procesów, dzięki którym przypisujemy sobie ciągłość pomimo nieustannych przemian.
Współczesna filozofia osobowej tożsamości rozwija te trudności na wiele sposobów, a szczególnie interesującym przykładem pozostaje myśl Dereka Parfita. W jego rozważaniach pojawia się przekonanie, że znaczenie, jakie przypisujemy ścisłej identyczności osoby, może być mniejsze, niż podpowiada nam potoczna intuicja. Istotne okazują się także relacje ciągłości i powiązania psychologicznego, obejmujące między innymi pamięć, intencje, przekonania oraz odpowiednie związki między kolejnymi stanami życia psychicznego. Rozważmy hipotetyczną sytuację, w której powstałyby dwie istoty posiadające identyczne wspomnienia pewnego człowieka, jego charakter i przekonania. Trudno byłoby uznać, że obie są dosłownie jedną i tą samą osobą w zwyczajnym sensie numerycznej identyczności, choć każda pozostawałaby psychologicznie związana z pierwotnym podmiotem. Eksperyment ten ujawnia, że pamięć nie wystarcza do prostego rozstrzygnięcia wszystkich problemów tożsamości. W odniesieniu do metafizycznej hipotezy Źródła trudność przybiera odwróconą postać: mielibyśmy wiele istot pozbawionych wspólnej pamięci, którym mimo to przypisywalibyśmy jedną podstawową podmiotowość. Jeżeli wspomnienia, charakter, intencje oraz historia życia pozostają odrębne, na jakiej podstawie możemy mówić o identyczności uczestników? Być może należałoby zrezygnować z pojęcia dosłownie tego samego podmiotu i ograniczyć się do twierdzenia o możliwej wspólnej podstawie świadomego doświadczenia. Takie rozwiązanie osłabiałoby jednak popularną wizję jednego gracza występującego pod wieloma postaciami, ponieważ wspólne pochodzenie nie jest jeszcze równoznaczne ze wspólną osobową tożsamością.
Zapomnienie posiada także wymiar narracyjny, który pozwala spojrzeć na zagadnienie z odmiennej perspektywy. Paul Ricoeur wskazywał, że ludzka tożsamość może być rozumiana poprzez opowieść, w której człowiek łączy wydarzenia własnego życia, nadając im określoną strukturę i znaczenie. Nie jesteśmy jednak autorami całkowicie swobodnymi, ponieważ nasze biografie powstają w relacji do rzeczywistych wydarzeń, innych ludzi i okoliczności pozostających poza kontrolą jednostki. Opowiadanie o sobie nie oznacza dowolnego tworzenia przeszłości, lecz interpretowanie tego, co wydarzyło się w zmieniającym się horyzoncie doświadczenia. Wspomnienie dziecięcej porażki może po latach nabrać znaczenia ważnej lekcji, dawna znajomość zostać rozpoznana jako wydarzenie decydujące o dalszym życiu, a pozornie nieistotna decyzja okazać się punktem zwrotnym całej biografii. Żaden z tych procesów nie wymaga przyjęcia, że wydarzenia od początku posiadały ukryty, z góry zaplanowany sens. Znaczenie może powstawać później, w sposobie interpretowania i porządkowania doświadczeń. W tym ujęciu zapomnienie nie jest jedynie ubytkiem w archiwum pamięci. Może wpływać na sposób konstruowania tożsamości, ponieważ nie wszystkie zdarzenia pozostają jednakowo dostępne i nie wszystkie otrzymują takie samo miejsce w autobiograficznej narracji. Człowiek nie posiada pełnej opowieści o własnym życiu, lecz nieustannie ją przekształca, próbując zachować ciągłość między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością.
Można zatem postawić pytanie, czy indywidualność wymaga posiadania własnej historii, czy też historia jest jedynie sposobem, w jaki już istniejąca indywidualność poznaje samą siebie. Człowiek cierpiący na rozległe zaburzenia pamięci autobiograficznej nie przestaje automatycznie być podmiotem doświadczenia. Może nadal odczuwać ból, radość, potrzebę bezpieczeństwa czy bliskości, mimo że jego dostęp do określonych wydarzeń przeszłości pozostaje ograniczony. Z drugiej strony pamięć ma istotne znaczenie dla praktycznego funkcjonowania osoby, podtrzymywania relacji i rozpoznawania własnych zobowiązań. To pokazuje, że warto odróżniać podstawową zdolność świadomego przeżywania od rozwiniętej autobiograficznej tożsamości. Pierwsza dotyczy faktu, że istnieje jakieś aktualne doświadczenie, druga zaś sposobu, w jaki jednostka rozpoznaje siebie jako uczestnika rozciągniętej w czasie historii. W naszym eksperymencie myślowym hipotetyczne Źródło mogłoby zostać potraktowane jako fundament możliwości przeżywania, podczas gdy poszczególne osoby rozwijałyby odrębne tożsamości dzięki biologicznym i społecznym procesom organizowania pamięci. Takie ujęcie byłoby bardziej ostrożne niż twierdzenie, że każdy człowiek jest dosłownie tą samą nieśmiertelną osobą, która jedynie zapomniała o poprzednich wcieleniach. Nadal nie rozstrzygałoby jednak, czy istnieje jakikolwiek wspólny fundament świadomości. Pozwalałoby jedynie uporządkować pojęcia, aby metafizyczna spekulacja nie zacierała różnicy między doświadczeniem a autobiograficzną wiedzą o sobie.
Kiedy rozważamy możliwość radykalnego ograniczenia pamięci, szczególnie sugestywna staje się analogia do aktora, który tak głęboko utożsamiłby się z odgrywaną postacią, że przestałby pamiętać o własnej tożsamości poza przedstawieniem. Na scenie doświadczałby emocji bohatera, podejmował decyzje odpowiadające jego charakterowi i reagował na wydarzenia zgodnie z regułami fikcyjnego świata. Jeżeli jednak naprawdę utraciłby wszelką pamięć o swoim wcześniejszym życiu i nie posiadał żadnej możliwości odzyskania dawnej perspektywy, pojawiłoby się pytanie, czy nadal możemy rozumieć jego sytuację jako zwyczajne odgrywanie roli. Aktorstwo zakłada bowiem istnienie rozróżnienia między osobą a kreowaną postacią, nawet jeżeli wykonawca przeżywa intensywne emocje związane z przedstawieniem. Całkowita utrata tego rozróżnienia zmieniałaby charakter doświadczenia, a metafora sceny przestałaby wyjaśniać jego strukturę. Podobnie dzieje się z wyobrażeniem kosmicznego gracza, który zapomniał, że uczestniczy w symulacji. Jeżeli nie istnieje żadna dostępna pamięć wcześniejszej egzystencji, żaden mechanizm pozwalający zweryfikować ciągłość podmiotu i żaden niezależny dowód na istnienie nadrzędnego obserwatora, trudno odróżnić taką hipotezę od zwyczajnego opisu powstawania ludzkiej świadomości. Opowieść może nadal posiadać wartość symboliczną, lecz nie staje się przez to wiedzą o faktycznej strukturze świata.
Właśnie tutaj ujawnia się problem sprawdzalności. Załóżmy, że ktoś twierdzi, iż wszystkie istoty przed narodzinami znały własne pozafizyczne pochodzenie, ale każde wspomnienie tego stanu zostało całkowicie usunięte. Jeżeli usunięcie obejmuje wszelkie możliwe ślady i nie pozostawia żadnych obserwowalnych konsekwencji pozwalających odróżnić tę sytuację od świata, w którym wcześniejsza egzystencja nigdy nie miała miejsca, hipoteza nie dostarcza samodzielnego sposobu empirycznej weryfikacji. Nie oznacza to, że jest automatycznie logicznie niemożliwa. Wskazuje natomiast na ograniczenie jej wartości jako wyjaśnienia naukowego. Teoria, która potrafi pogodzić się z każdym możliwym wynikiem obserwacji, nie pozwala łatwo rozpoznać, jakie zdarzenia przemawiałyby przeciwko niej. W filozofii nauki problem ten wiąże się między innymi z dyskusjami nad falsyfikowalnością, uzasadnianiem hipotez oraz relacją między przewidywaniami a obserwacjami. Nie wszystkie sensowne twierdzenia filozoficzne muszą być bezpośrednio sprawdzalne eksperymentalnie, ponieważ pytania logiczne, etyczne i metafizyczne posiadają odmienne sposoby argumentacji. Jeśli jednak hipoteza zapomnienia ma przedstawiać rzeczywisty mechanizm powstawania ludzkiej świadomości, powinna dostarczać czegoś więcej niż samej możliwości wyobrażenia sobie takiego scenariusza. Inaczej pozostanie filozoficzną opowieścią interpretującą nasze doświadczenie, lecz niekoniecznie konkurencyjnym wyjaśnieniem wobec badań biologicznych.
Najbardziej intrygującym elementem metafizyki wielkiego zapomnienia pozostaje jednak pytanie o wolność. Gdyby człowiek rzeczywiście posiadał pełną wiedzę o własnym hipotetycznym pochodzeniu, o niezniszczalności świadomości i o wszystkich konsekwencjach podejmowanych decyzji, jego doświadczenie niepewności uległoby zasadniczej zmianie. Nie oznacza to, że wiedza automatycznie pozbawiłaby go sprawczości, ale mogłaby przekształcić motywacje oraz sposób odnoszenia się do ryzyka. W codziennym życiu podejmujemy działania bez całkowitej znajomości przyszłości. Wybieramy zawód, rozpoczynamy relacje, podejmujemy podróże i formułujemy plany, wiedząc, że wiele wydarzeń pozostaje poza naszą kontrolą. Ta niepewność bywa źródłem lęku, lecz jednocześnie nadaje szczególne znaczenie rozważaniu możliwości. Człowiek nie jest wyłącznie wykonawcą gotowego scenariusza, który może spokojnie odczytać od pierwszej do ostatniej strony. Działa w warunkach ograniczonej wiedzy, a jego decyzje wpływają na przyszłe doświadczenia oraz życie innych osób. W metafizycznym eksperymencie myślowym moglibyśmy więc wyobrazić sobie, że nieznajomość ostatecznej struktury świata stanowi jeden z warunków przeżywania indywidualnej historii jako otwartej. Należy jednak zauważyć, że niewiedza sama w sobie nie dowodzi wolności. Człowiek może nie znać przyszłości nawet w świecie deterministycznym, podobnie jak nieprzewidywalność określonego procesu nie przesądza o jego autonomicznym charakterze. Zapomnienie nie rozwiązuje zatem problemu wolnej woli, lecz pozwala dostrzec, jak istotny dla ludzkiego doświadczenia jest ograniczony dostęp do informacji.
Związek między niewiedzą a znaczeniem życia okazuje się szczególnie wyraźny, gdy zastanowimy się nad doświadczeniem zagrożenia. Osoba przekonana, że żadne wydarzenie nie może przynieść jej trwałej krzywdy, mogłaby odmiennie reagować na niebezpieczeństwo niż człowiek świadomy własnej biologicznej podatności na zranienie. Nie znaczy to, że poczucie niezniszczalności całkowicie wyeliminowałoby lęk, ponieważ cierpienie może być rzeczywiste nawet wtedy, gdy nie prowadzi do śmierci. Warto również pamiętać, że ludzie przeżywają zagrożenia w bardzo różny sposób, a reakcje emocjonalne zależą od wielu czynników biologicznych i psychologicznych. Z filozoficznego punktu widzenia istotna pozostaje jednak rola ograniczenia w nadawaniu wyborom egzystencjalnego ciężaru. Możliwość utraty bliskiej osoby sprawia, że wspólny czas staje się szczególnie cenny, nieodwracalność pewnych decyzji wymaga odpowiedzialności, a świadomość skończoności życia może skłaniać do bardziej uważnego rozpoznawania własnych priorytetów. Nie należy jednak wyciągać stąd wniosku, że cierpienie jest potrzebne do osiągnięcia dojrzałości albo że tragedie stanowią konieczny element kosmicznego programu edukacyjnego. Człowiek może rozwijać się dzięki miłości, bezpieczeństwu, twórczości i poznaniu, nie doświadczając skrajnego cierpienia. Metafizyczna hipoteza zapomnienia nie może przekształcać przypadkowej krzywdy w rzekomo niezbędną lekcję przygotowaną przez nadrzędną świadomość.
Zagadnienie to prowadzi do jednego z najpoważniejszych problemów etycznych związanych z koncepcją rzeczywistości jako środowiska doświadczeń. Jeżeli uznalibyśmy, że przed narodzinami jakaś pierwotna istota dobrowolnie wybrała wszystkie okoliczności przyszłego życia, moglibyśmy dojść do niebezpiecznego przekonania, że ludzie ponoszą odpowiedzialność również za cierpienia, których faktycznie nie mogli uniknąć. W takim modelu ofiara przemocy mogłaby zostać przedstawiona jako ktoś, kto wcześniej zgodził się na określoną krzywdę, a niesprawiedliwość społeczna jako element wybranego scenariusza. Nie istnieją wiarygodne podstawy uzasadniające podobne twierdzenia. Nie posiadamy dowodów na przedurodzeniowe wybieranie biografii, a moralna odpowiedzialność człowieka wymaga uwzględnienia jego rzeczywistych możliwości działania i warunków podejmowania decyzji. Właśnie dlatego hipoteza wielkiego zapomnienia powinna pozostać eksperymentem myślowym, który nie zastępuje etycznej oceny konkretnych sytuacji. Nie można wykorzystywać jej do usprawiedliwiania przemocy, pomijania potrzeb cierpiących osób ani odmawiania pomocy tym, których życie zostało naznaczone wydarzeniami pozostającymi poza ich kontrolą. Jeśli filozofia ma zachować znaczenie humanistyczne, nie może podporządkowywać rzeczywistego człowieka abstrakcyjnej narracji o doskonałości kosmicznego planu.
Można natomiast dostrzec inną, bardziej odpowiedzialną konsekwencję rozważań nad ograniczoną perspektywą każdego podmiotu. Skoro nie posiadamy bezpośredniego dostępu do całego doświadczenia drugiego człowieka, powinniśmy uznawać niepełność własnych sądów dotyczących jego życia. Nie znamy wszystkich okoliczności wpływających na cudze decyzje, nie pamiętamy zdarzeń, których sami nie przeżyliśmy, i nie potrafimy całkowicie odtworzyć emocjonalnego znaczenia doświadczeń należących do innej biografii. Ta poznawcza ograniczoność nie uniemożliwia rozumienia innych ludzi, lecz wymaga pokory wobec tego, co pozostaje nam niedostępne. Empatia nie polega na dosłownym przejęciu cudzej świadomości, ale na próbie odpowiedzialnego odniesienia się do doświadczenia, którego pełni nie możemy posiadać. W tym sensie zapomnienie i niewiedza mogą stać się nie metafizycznym dowodem wspólnego pochodzenia, lecz przypomnieniem o granicach własnej perspektywy. Każda osoba uczestniczy w rzeczywistości poprzez odrębny układ wspomnień, emocji i oczekiwań, a żaden obserwator nie posiada wyłącznego dostępu do wszystkich znaczeń świata. Jeśli chcemy traktować hipotezę jednego Źródła jako inspirację etyczną, jej najważniejszą konsekwencją nie powinno być zniesienie indywidualności, ale uznanie wartości rozmaitych sposobów świadomego przeżywania istnienia.
Szczególne znaczenie pamięci ujawnia się również w relacji między tożsamością a językiem. Człowiek nie tylko przechowuje doświadczenia, lecz także stopniowo uczy się je nazywać. Dziecko odkrywa, że określone odczucia można opisać jako strach, tęsknotę, zazdrość czy radość, a wraz z rozwojem języka zyskuje możliwość bardziej złożonej interpretacji własnego życia wewnętrznego. Słowa pozwalają porządkować przeszłość, wyjaśniać motywacje i tworzyć opowieści, dzięki którym jednostka rozpoznaje ciągłość własnej historii. Jednocześnie język nigdy nie oddaje całkowicie subiektywnego charakteru przeżyć. Możemy opisywać ból, ale nie potrafimy przekazać drugiemu człowiekowi dokładnie tej samej jakości doświadczenia. Możemy opowiadać o stracie, choć żadne zdanie nie odtworzy w pełni emocjonalnej struktury konkretnej żałoby. W tym sensie każda autobiografia pozostaje częściowym przekładem doświadczenia na wspólne znaki. Gdybyśmy wyobrazili sobie świadomość pozbawioną języka, nie oznaczałoby to automatycznie braku wszelkich przeżyć, ale zasadniczo zmieniłoby możliwości ich refleksyjnego porządkowania. Hipoteza pierwotnego Źródła musi więc zmierzyć się również z pytaniem, czy możliwe jest samopoznanie niezależne od symbolicznych narzędzi, którymi dysponują ludzkie umysły. Nie możemy po prostu przypisać hipotetycznemu Absolutowi ludzkiego sposobu myślenia, ponieważ ten sposób pozostaje silnie związany z rozwojem biologicznym, kulturą oraz językiem.
W tym miejscu warto zastanowić się nad relacją między pamięcią a wyobraźnią, która w codziennym doświadczeniu pozostaje znacznie bliższa, niż mogłoby się wydawać. Kiedy wspominamy minione wydarzenie, często odtwarzamy określone obrazy, dźwięki i emocje, ale gdy wyobrażamy sobie przyszłość, wykorzystujemy wiele podobnych zdolności poznawczych do konstruowania sytuacji, które jeszcze nie nastąpiły. Pamięć i wyobraźnia nie są więc całkowicie odrębnymi światami, choć pełnią różne funkcje i podlegają odmiennym kryteriom prawdziwości. Ta bliskość staje się szczególnie ważna w kontekście rzekomych wspomnień wcześniejszych istnień, snów interpretowanych jako obrazy życia przed narodzinami lub silnego poczucia znajomości sytuacji, której obiektywnie nie rozpoznajemy. Intensywność przeżycia nie wystarcza do potwierdzenia historycznej prawdziwości jego treści. Człowiek może bardzo wyraźnie wyobrażać sobie wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca, podobnie jak może błędnie przypisywać rzeczywistemu wspomnieniu określone źródło. Zjawiska takie jak déjà vu posiadają przedmiot badań w psychologii i neuronauce, a ich obecność nie dowodzi istnienia wcześniejszych wcieleń ani chwilowych zakłóceń kosmicznej symulacji. Filozoficzna ostrożność wymaga więc oddzielenia subiektywnej pewności od obiektywnego uzasadnienia. Nawet najbardziej sugestywne poczucie, że kiedyś byliśmy kimś innym, nie stanowi samo przez się dowodu, że rzeczywiście posiadaliśmy wcześniejszą biografię.
Sny nadają temu problemowi szczególnie interesujący wymiar, ponieważ podczas ich trwania człowiek potrafi doświadczać fikcyjnej przeszłości jako czegoś znajomego i oczywistego. Może śnić, że od wielu lat mieszka w nieznanym mieście, rozpoznaje osoby, których nigdy nie spotkał, albo pamięta wydarzenia należące wyłącznie do narracji sennej. W marzeniu sennym pojawiają się niekiedy przekonania o wcześniejszych zdarzeniach, mimo że po przebudzeniu nie potrafimy wskazać żadnego rzeczywistego odpowiednika tych wspomnień. Nie oznacza to koniecznie, że mózg przechowuje kompletną, niezależną biografię stworzoną na potrzeby każdej sennej historii. Pokazuje natomiast, że poczucie ciągłości i znajomości może powstawać w warunkach odmiennych od zwyczajnego autobiograficznego przypominania. W świecie snu możemy przez chwilę pozostawać przekonani, że jesteśmy kimś innym, nie tracąc automatycznie wszelkiej zdolności do świadomego przeżywania. Po przebudzeniu rozpoznajemy jednak tę sytuację jako doświadczenie powstałe podczas snu, a nie jako dowód rzeczywistego przeniesienia podmiotu do innego świata. Dla naszej metafizycznej hipotezy znaczenie snu jest przede wszystkim analogiczne: pozwala zastanowić się, jak bardzo subiektywna tożsamość zależy od aktualnej organizacji doświadczeń i przekonań. Nie pozwala natomiast stwierdzić, że życie na jawie jest snem pierwotnego Źródła.
Wyobraźmy sobie świadomy sen, w którym człowiek nagle rozpoznaje, że otaczające go miasto, jego mieszkańcy i wszystkie wydarzenia należą do marzenia sennego. Jeszcze przed chwilą uczestniczył w tej rzeczywistości bez wątpliwości, przeżywając zdarzenia zgodnie z jej chwilowo przyjmowanymi regułami. Teraz uzyskuje dodatkową wiedzę o stanie, w którym się znajduje, ale nie musi to natychmiast zakończyć samego doświadczenia. Może nadal obserwować otoczenie, podejmować działania i przyglądać się niezwykłej sytuacji, w której świat pozostaje przekonujący mimo rozpoznania jego sennej natury. Metafizyczna wyobraźnia skłania nas do zadania pytania, czy podobne przebudzenie mogłoby nastąpić w codziennym życiu, gdyby rzeczywistość okazała się środowiskiem bardziej złożonym, niż sądzimy. Nie należy jednak utożsamiać świadomego śnienia z potwierdzeniem istnienia takiego nadrzędnego poziomu. Sen posiada znane związki z funkcjonowaniem mózgu i jest częścią biologicznego życia organizmu. Analogia ujawnia jedynie możliwość zmiany interpretacji doświadczenia bez natychmiastowej zmiany wszystkich jego treści. Pokazuje także, że wiedza o źródle przeżyć może istotnie wpływać na sposób ich oceniania. Człowiek świadomy, że znajduje się we śnie, niekoniecznie przestaje odczuwać emocje, ale może inaczej reagować na zagrożenia, ponieważ rozpoznaje odmienny status doświadczanego otoczenia.
Z perspektywy naszego eksperymentu myślowego prowadzi to do pytania, czy domniemane przypomnienie sobie pierwotnego pochodzenia byłoby wyzwoleniem, czy raczej utratą dotychczasowego sposobu istnienia. Gdyby człowiek nagle uzyskał pełną wiedzę o wszystkich doświadczeniach hipotetycznego Źródła, jego indywidualna perspektywa mogłaby ulec zmianie tak głębokiej, że trudno byłoby nadal opisywać ją jako zwyczajne poszerzenie pamięci. W codziennym życiu utożsamiamy się z określonym organizmem, historią i siecią relacji. Nasze decyzje wynikają częściowo z ograniczonej wiedzy, osobistych potrzeb oraz przekonań dotyczących przyszłości. Całkowite zniesienie tych granic mogłoby podważyć warunki, dzięki którym jednostka rozpoznaje siebie jako odrębny podmiot. Nie musimy jednak przyjmować, że takie doświadczenie jest możliwe. Nie dysponujemy podstawami pozwalającymi twierdzić, że człowiek może odzyskać wspomnienia kosmicznego Źródła poprzez sen, medytację czy szczególną technikę psychiczną. Możemy natomiast filozoficznie rozważać, czy doskonałe poznanie własnego fundamentu musiałoby zachować indywidualność, czy też prowadziłoby do jej radykalnego przekształcenia. W tym miejscu pojawia się interesujący paradoks: jeśli odrębność podmiotu zależałaby od ograniczenia wiedzy, całkowite zniesienie niewiedzy mogłoby oznaczać zarazem przekroczenie i utratę tego, co człowiek uważał dotychczas za własną tożsamość.
Filozofia egzystencjalna pozwala spojrzeć na ten problem z jeszcze innej strony. Człowiek nie posiada bezpośredniego dostępu do ostatecznej odpowiedzi na pytanie o sens istnienia, a mimo to musi podejmować decyzje, tworzyć relacje i ponosić konsekwencje własnych działań. W myśli Martina Heideggera istotne miejsce zajmuje sytuacja ludzkiego bycia-w-świecie, którego nie rozpoczynamy od całkowicie niezależnego wyboru wszystkich warunków własnej egzystencji. Jesteśmy zawsze już uwikłani w określone okoliczności, język, historię i możliwości, które zastajemy, zanim zaczniemy je refleksyjnie analizować. Ta sytuacja bywa opisywana poprzez pojęcie rzucenia, wskazujące na fakt, że człowiek odnajduje siebie w świecie, którego podstawowych warunków sam nie ustanowił. Nie trzeba odwoływać się do kosmicznego wymazania pamięci, aby rozpoznać głębię tego doświadczenia. Każda jednostka rozpoczyna świadome życie w rzeczywistości poprzedzającej jej wybory, a proces dojrzewania polega między innymi na stopniowym rozumieniu własnego położenia. Z perspektywy egzystencjalnej niewiedza o ostatecznym pochodzeniu nie musi być przeszkodą uniemożliwiającą autentyczne życie. Może stanowić jeden z warunków sytuacji, w której człowiek musi samodzielnie odpowiadać na pytanie o znaczenie swoich działań, nie dysponując gotową instrukcją obejmującą wszystkie możliwe wydarzenia.
W tym sensie wielkie zapomnienie można interpretować nie jako hipotetyczny mechanizm kosmicznego systemu, lecz jako metaforę fundamentalnej ograniczoności ludzkiej perspektywy. Nie wybieramy momentu urodzenia, rodziny, języka pierwszych doświadczeń ani podstawowej organizacji biologicznej własnego ciała. Stopniowo odkrywamy warunki, w których żyjemy, a następnie próbujemy przekształcać je w granicach dostępnych możliwości. Nie znamy pełnej przyszłości i nie posiadamy doskonałej wiedzy o własnych motywacjach. Wiele działań podejmujemy na podstawie informacji niekompletnych, a niektóre z najważniejszych wydarzeń rozpoznajemy jako przełomowe dopiero po latach. Ta niepełność poznania nie stanowi jednak dowodu, że istniała kiedyś całość wiedzy, którą celowo nam odebrano. Ukazuje raczej sposób funkcjonowania człowieka jako istoty skończonej, której doświadczenie zawsze posiada określony horyzont. Możemy poszerzać ten horyzont poprzez naukę, refleksję i relacje z innymi ludźmi, lecz nie uzyskujemy perspektywy całkowicie niezależnej od własnych warunków poznawczych. Filozoficzna dojrzałość wymaga więc odróżniania niewiedzy, którą można stopniowo przezwyciężać, od pytań, których rozwiązanie pozostaje obecnie poza naszym zasięgiem. Nie każda tajemnica skrywa zapomnianą odpowiedź, a nie każda granica poznania jest zasłoną celowo umieszczoną przed człowiekiem.
Pozostaje jeszcze zagadnienie czasu, którego nie możemy oddzielić od refleksji nad pamięcią. Bez zdolności odnoszenia aktualnego doświadczenia do wcześniejszych stanów trudno byłoby zbudować rozpoznawalną opowieść o własnym trwaniu. Pamięć nie tylko przechowuje informacje o zdarzeniach, lecz także umożliwia ujmowanie ich jako części jednej historii. Dzięki niej możemy powiedzieć, że człowiek, którym byliśmy dziesięć lat temu, pozostaje związany z osobą podejmującą dzisiejsze decyzje, mimo zmian fizycznych, psychicznych i społecznych. Ta ciągłość nie oznacza jednak całkowitej niezmienności. Człowiek może po latach odrzucić dawne przekonania, zmienić sposób rozumienia siebie i odkryć potrzeby, których wcześniej nie rozpoznawał. Przeszłość pozostaje częścią jego historii, ale nie musi definitywnie określać całej przyszłości. Właśnie dlatego zapomnienie ma wymiar ambiwalentny. Z jednej strony może pozbawiać nas ważnych informacji, osłabiać więzi i utrudniać zachowanie ciągłości biograficznej. Z drugiej strony nie każde szczegółowe wspomnienie jest niezbędne do dalszego działania, a selektywność pamięci stanowi część jej zwyczajnego funkcjonowania. Nie należy jednak romantyzować rzeczywistych zaburzeń pamięci, które mogą prowadzić do cierpienia, zależności od opiekunów i poważnych ograniczeń samodzielności. Filozoficzne rozważania nad wartością zapomnienia muszą pozostawać odrębne od oceny chorób i urazów wpływających na ludzkie życie.
Powróćmy zatem do wyjściowej hipotezy pierwotnej Świadomości. Jeżeli mielibyśmy traktować indywidualne istnienia jako odrębne perspektywy jednego fundamentu, moglibyśmy wyobrazić sobie, że brak wiedzy o całości pozwala każdej jednostce konstruować własną historię. Człowiek nie rozpoznawałby wtedy hipotetycznego Źródła dlatego, że zakres jego doświadczeń pozostawałby ograniczony przez warunki konkretnego życia. Nie byłoby konieczne zakładanie dosłownego wymazywania wspomnień, ponieważ indywidualna perspektywa mogłaby od początku posiadać własną strukturę poznawczą. Tak rozumiane zapomnienie byłoby raczej nieobecnością dostępu do szerszej całości niż utratą kiedyś posiadanej pamięci. Rozróżnienie to zmienia charakter całej metafizycznej opowieści. Zamiast przedstawiać narodziny jako procedurę usunięcia wiedzy z istniejącej wcześniej osoby, można rozważać powstawanie nowego podmiotu, którego doświadczenie jest z natury ograniczone. Nadal nie stanowiłoby to naukowego wyjaśnienia świadomości, ale pozwalałoby uniknąć niektórych sprzeczności związanych z wyobrażeniem ponadczasowego gracza przechowującego ludzkopodobne wspomnienia. W takim modelu podstawowym problemem stałoby się wyjaśnienie, dlaczego określona organizacja rzeczywistości prowadzi do powstania konkretnego pola doświadczenia, a nie odnalezienie rzekomo ukrytej pamięci wcześniejszego życia.
Nie powinniśmy jednak pomijać możliwości, że cały ten metafizyczny model stanowi projekcję sposobu, w jaki człowiek doświadcza własnej biografii. Rodzimy się bez autobiograficznej wiedzy o najwcześniejszych wydarzeniach, dlatego wyobrażamy sobie, że przed początkiem pamięci musi znajdować się ukryta historia. Doświadczamy indywidualnej odrębności, a jednocześnie pragniemy przynależności, dlatego konstruujemy obraz wspólnego Źródła, z którego wszyscy pochodzimy. Boimy się śmierci i utraty świadomości, więc metafora zapomnienia pozwala nam wyobrazić sobie istnienie, które nie rozpoczyna się wraz z narodzinami i nie musi kończyć się wraz z biologiczną śmiercią. Żadna z tych psychologicznych obserwacji nie dowodzi fałszywości określonej metafizyki, ponieważ motywacja człowieka do przyjęcia przekonania nie przesądza automatycznie o jego prawdziwości. Pokazuje jednak, dlaczego podobne hipotezy posiadają wyjątkową siłę emocjonalną. Odpowiadają na pytania, które wykraczają poza ciekawość dotyczącą technicznej budowy świata. Dotykają naszej potrzeby ciągłości, sensu i przekonania, że indywidualne doświadczenie nie znika całkowicie w obojętności kosmicznych procesów. Filozofia powinna umieć rozpoznawać te potrzeby bez przekształcania ich w dowody. Możemy rozumieć, dlaczego człowiek pragnie pamiętać coś, czego nigdy świadomie nie doświadczył, a zarazem nie musimy uznawać, że istnieje jakakolwiek zapomniana wiedza czekająca na odzyskanie.
Zagadnienie pamięci odsłania również bardziej podstawowy problem poznawczy: czy możliwe jest całkowite poznanie samego siebie? Człowiek może obserwować własne myśli, analizować emocje i rekonstruować wcześniejsze decyzje, ale nie posiada bezpośredniego dostępu do wszystkich procesów wpływających na jego zachowanie. Część mechanizmów poznawczych działa poza świadomą kontrolą, a introspekcja nie zawsze dostarcza wiarygodnej informacji o rzeczywistych przyczynach naszych wyborów. Nie oznacza to, że samopoznanie jest niemożliwe, lecz że ma charakter stopniowy, ograniczony i podatny na korekty. Możemy dowiadywać się o sobie nowych rzeczy dzięki doświadczeniom, rozmowom z innymi ludźmi, obserwacji własnego zachowania i krytycznej refleksji. Nigdy jednak nie stajemy się całkowicie zewnętrznymi obserwatorami własnej świadomości. Każda próba poznania siebie zachodzi z perspektywy podmiotu, którego strukturę próbujemy zrozumieć. Ten szczególny splot obserwatora i przedmiotu poznania stanowi jeden z powodów, dla których pytanie o świadomość pozostaje tak wymagające. Nie możemy po prostu opuścić własnej perspektywy, aby zobaczyć ją z absolutnie niezależnego miejsca. Jeśli metafizyczna hipoteza Źródła miała wskazywać na możliwość istnienia takiej nadrzędnej perspektywy, musimy przyznać, że nie dysponujemy metodą pozwalającą potwierdzić jej rzeczywistą obecność.
Ostatecznie wielkie zapomnienie okazuje się pojęciem bardziej złożonym, niż sugeruje jego metaforyczna prostota. Może oznaczać utratę wcześniejszej wiedzy, brak dostępu do szerszego porządku doświadczenia, ograniczoną pamięć autobiograficzną albo fundamentalną niewiedzę człowieka o ostatecznej naturze istnienia. Każde z tych znaczeń prowadzi do odmiennych konsekwencji, dlatego nie wolno stosować ich zamiennie. Nie pamiętamy własnych narodzin przede wszystkim dlatego, że pamięć autobiograficzna rozwija się stopniowo, a nie dlatego, że nauka odkryła ukryty proces usuwania wspomnień. Nie posiadamy bezpośredniej wiedzy o pozafizycznym Źródle, ale brak takiej wiedzy nie dowodzi, że została ona celowo odebrana. Odczuwamy indywidualność jako nieprzekraczalną granicę doświadczenia, choć filozofia może pytać, czy granica ta posiada ostateczny charakter ontologiczny. Wszystkie te zagadnienia łączy jednak jedno: człowiek nie jest istotą posiadającą pełny obraz własnego istnienia. Żyje wewnątrz określonego horyzontu poznawczego, który stopniowo poszerza, nie uzyskując pewności, że kiedykolwiek obejmie całość rzeczywistości.
Być może właśnie dlatego wyobrażenie zapomnianego pochodzenia jest tak sugestywne. Pozwala pomyśleć, że nasze ograniczenia nie stanowią ostatecznej prawdy o istnieniu, lecz szczególną perspektywę na rzeczywistość bardziej rozległą niż dostępny nam świat. Nie musimy jednak wierzyć w dosłowny reset pamięci, aby dostrzec filozoficzne znaczenie tej intuicji. Człowiek może pozostawać nieświadomy wielu warunków własnego życia, a mimo to stopniowo zdobywać wiedzę, rozwijać samoświadomość i przekształcać sposób rozumienia świata. Każde poznanie ujawnia nowe granice niewiedzy, a każda odpowiedź może prowadzić do pytań, których wcześniej nie potrafiliśmy sformułować. W tym sensie ludzkie życie nie przypomina odzyskiwania jednej utraconej instrukcji, lecz proces nieustannego budowania i korygowania obrazu rzeczywistości. Nie wiemy, czy poza tym procesem istnieje jakakolwiek nadrzędna świadomość, która zna jego ostateczny rezultat. Możemy natomiast rozpoznać, że zdolność zadawania pytań o własne pochodzenie pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych wymiarów ludzkiej egzystencji. Nie otrzymujemy gotowego wyjaśnienia wszystkiego, lecz sami próbujemy ustalać granice wiedzy i znaczenie doświadczeń, które składają się na nasze życie.
W tym miejscu metafizyczna opowieść o zapomnieniu prowadzi do następnego, jeszcze bardziej radykalnego problemu. Jeżeli nie możemy bezpośrednio opuścić własnej perspektywy poznawczej, jak rozstrzygnąć, czy rzeczywistość, którą postrzegamy, posiada dokładnie taką naturę, jaką jej przypisujemy? Nasza pamięć pozwala zachowywać względną ciągłość doświadczeń, zmysły dostarczają informacji o otoczeniu, a prawa przyrody umożliwiają przewidywanie wielu zdarzeń. Wszystko to przemawia za skutecznością naszego sposobu poznawania świata, ale nie usuwa wszystkich filozoficznych pytań o jego ostateczną strukturę. Możemy wyobrazić sobie środowisko, w którym świadoma istota otrzymuje spójny strumień doświadczeń, nie posiadając bezpośredniego dostępu do mechanizmów ich powstawania. Czy taka istota potrafiłaby rozpoznać charakter otaczającej ją rzeczywistości wyłącznie na podstawie wewnętrznych obserwacji? Czy stabilność praw fizycznych dowodzi, że świat nie jest symulacją, czy raczej pokazuje jedynie, że posiada regularną strukturę? A przede wszystkim: czy samo pojęcie symulacji zachowuje sens wtedy, gdy wszystkie dostępne nam kryteria rzeczywistości funkcjonują wewnątrz hipotetycznie symulowanego środowiska? Pytania te nie wynikają z dowodu na istnienie kosmicznego programu, lecz z rozpoznania ograniczeń poznania, które towarzyszą nam niezależnie od przyjmowanej metafizyki. Aby zrozumieć ich znaczenie, musimy przejść od refleksji nad pamięcią do zagadnienia samej konstrukcji świata, zastanawiając się, czy można odróżnić rzeczywistość podstawową od rzeczywistości wytworzonej przez inny system.
Najbardziej niepokojący aspekt wielkiego zapomnienia nie polega zatem na przypuszczeniu, że gdzieś poza naszym doświadczeniem przechowywane są utracone wspomnienia, lecz na świadomości, że nie potrafimy całkowicie oddzielić własnego poznania od warunków, które umożliwiają jego powstawanie. Żyjemy w świecie, którego regularność pozwala nam rozwijać naukę, tworzyć kulturę i budować rozległą wiedzę o naturze, ale wszystkie te osiągnięcia dokonują się z perspektywy istot uczestniczących w badanej rzeczywistości. Nie mamy dostępu do absolutnego punktu obserwacyjnego, z którego moglibyśmy porównać nasz świat z całością wszystkich możliwych światów. Nie oznacza to, że wiedza naukowa jest jedynie złudzeniem ani że każda dowolna hipoteza posiada jednakową wartość. Przeciwnie, właśnie ograniczoność poznania sprawia, że potrzebujemy metod pozwalających sprawdzać twierdzenia, rozpoznawać błędy i odróżniać uzasadnione wyjaśnienia od atrakcyjnych opowieści. Filozoficzna wyobraźnia może prowadzić nas ku rzeczywistościom, których nie potrafimy obecnie zbadać, ale tylko krytyczna refleksja pozwala zachować różnicę między możliwością a odkryciem. Jeśli więc wielkie zapomnienie posiada jakiekolwiek znaczenie wykraczające poza metafizyczną fantazję, nie polega ono na obietnicy odzyskania ukrytej pamięci. Polega raczej na przypomnieniu, że człowiek jest istotą poznającą świat z wnętrza własnego doświadczenia, a jednocześnie zdolną zakwestionować oczywistość jego granic. To właśnie ta zdolność prowadzi nas ku pytaniu, które w epoce technologii informatycznych otrzymało nową, szczególnie sugestywną postać: czy rzeczywistość, w której żyjemy, może być symulacją i jakie znaczenie miałoby takie odkrycie dla naszego rozumienia świadomości, prawdy oraz samego istnienia?
ROZDZIAŁ IV
Wszechświat jako symulacja
Najbardziej niepokojące pytanie dotyczące rzeczywistości nie brzmi, czy świat istnieje, lecz czy jego istnienie odpowiada temu, co jesteśmy skłonni o nim sądzić. Człowiek przyjmuje autentyczność otoczenia przede wszystkim dlatego, że doświadcza jego uporządkowanej ciągłości. Przedmioty zachowują rozpoznawalne właściwości, zdarzenia pozostają powiązane przyczynowo, a prawa przyrody umożliwiają przewidywanie przyszłych stanów świata z określoną dokładnością. Kamień spada zgodnie z prawami grawitacji, organizm podlega procesom biologicznym, światło rozchodzi się w sposób możliwy do matematycznego opisania, a czas organizuje następstwo wydarzeń, których jesteśmy uczestnikami. Ta niezwykła regularność dostarcza podstaw codziennego funkcjonowania i działalności naukowej, lecz nie rozstrzyga automatycznie pytania o ostateczne pochodzenie rzeczywistości. Możemy przecież wyobrazić sobie uporządkowane środowisko, którego uczestnicy nie mają bezpośredniego dostępu do mechanizmów odpowiedzialnych za jego istnienie. Gdyby wszystkie dostępne obserwacje pozostawały zgodne z określonym zbiorem praw, istoty zamieszkujące taki świat mogłyby rozwijać naukę, konstruować urządzenia i odkrywać coraz bardziej złożone zależności, nie wiedząc, czy badana przez nie struktura stanowi najbardziej podstawowy poziom istnienia. Nie oznaczałoby to, że ich odkrycia są fałszywe. Opisywałyby rzeczywiste regularności dostępnego środowiska, nawet jeśli środowisko to posiadałoby nieznany im fundament. Właśnie na tej różnicy między prawdziwością doświadczenia a pochodzeniem świata opiera się filozoficzna hipoteza symulacji, która w epoce technologii cyfrowych stała się jednym z najbardziej sugestywnych sposobów ponownego sformułowania dawnych pytań metafizycznych.
Wyobraźmy sobie cywilizację dysponującą możliwościami obliczeniowymi nieporównanie większymi od współczesnych osiągnięć technologicznych. Jej przedstawiciele potrafiliby tworzyć niezwykle rozbudowane środowiska wirtualne, w których zachodziłyby procesy podlegające wewnętrznym prawom fizycznym, rozwijały się złożone struktury i powstawały systemy zdolne do przetwarzania informacji. Gdyby takie środowisko osiągnęło odpowiednio wysoki poziom złożoności, moglibyśmy postawić pytanie, czy możliwe byłoby pojawienie się w nim autentycznej świadomości. Nie chodziłoby jedynie o postacie wykonujące zaprogramowane czynności i naśladujące ludzkie zachowania, lecz o hipotetyczne istoty posiadające subiektywne doświadczenia. Jeżeli takie podmioty rzeczywiście mogłyby istnieć, ich perspektywa różniłaby się zasadniczo od perspektywy twórców środowiska. Nie musiałyby widzieć żadnych komputerów, urządzeń ani zewnętrznych operatorów. Dostępna rzeczywistość obejmowałaby wyłącznie te właściwości, które mogłyby obserwować i badać w ramach własnego świata. Zdolność rozumowania nie zapewniałaby im automatycznie dostępu do poziomu, na którym realizowane są procesy odpowiedzialne za ich istnienie. W takich warunkach pytanie o symulację nie byłoby jedynie fantastyczną opowieścią o komputerowym świecie, lecz poważnym problemem epistemologicznym: czy istota poznająca rzeczywistość od wewnątrz potrafi wykazać, że poznawane środowisko nie posiada bardziej podstawowego, niedostępnego jej poziomu?
Rozważania te mają znacznie starsze korzenie niż współczesna informatyka. W siódmej księdze Państwa Platon przedstawia słynną alegorię jaskini, w której ludzie przykuci od dzieciństwa do jednego miejsca obserwują cienie pojawiające się na ścianie. Ponieważ nie znają innych warunków poznania, uznają oglądane obrazy za rzeczywistość, nie zdając sobie sprawy z istnienia przedmiotów i źródła światła odpowiedzialnych za ich powstawanie. Alegoria ta dotyczy przede wszystkim filozoficznego przechodzenia od pozoru do poznania oraz różnicy między mniemaniem a wiedzą, lecz można dostrzec jej podobieństwo do współczesnego pytania o granice doświadczenia. Więźniowie nie są pozbawieni wszelkiej zdolności obserwacji. Potrafią rozpoznawać powtarzające się zjawiska, porównywać obrazy i budować przekonania dotyczące ich następstwa. Problem polega na tym, że cały dostępny materiał poznawczy pozostaje ograniczony przez warunki, których sami nie rozumieją. Gdyby jeden z więźniów został uwolniony i zobaczył rzeczywistość znajdującą się poza jaskinią, jego dotychczasowe przekonania wymagałyby radykalnej reinterpretacji. Nie oznaczałoby to, że wcześniej nie doświadczał żadnych rzeczywistych obrazów, lecz że błędnie rozumiał ich pochodzenie i status. Podobnie hipotetyczne odkrycie symulacyjnego charakteru wszechświata nie musiałoby unieważniać wszystkich wcześniejszych obserwacji naukowych. Mogłoby natomiast ujawnić, że ich przedmiot stanowi określony poziom rzeczywistości, którego istnienie zależy od bardziej podstawowych warunków.
René Descartes nadał problemowi radykalnego złudzenia jeszcze ostrzejszą postać. W swoich Medytacjach o filozofii pierwszej zastanawiał się, czy człowiek może posiadać pewność dotyczącą świata zewnętrznego, skoro doświadczenia zmysłowe bywają mylące, a sny potrafią przedstawiać sytuacje, które podczas ich trwania uznajemy za rzeczywiste. Filozof rozważał nawet możliwość istnienia potężnego zwodziciela zdolnego do systematycznego wprowadzania podmiotu w błąd. Nie oznaczało to, że Descartes rzeczywiście uważał całą rzeczywistość za oszustwo. Radykalne wątpienie stanowiło metodę poszukiwania fundamentu poznania, który nie mógłby zostać podważony nawet w najbardziej skrajnych okolicznościach. W ten sposób dochodził do pewności istnienia podmiotu myślącego w samym akcie myślenia. Współczesna hipoteza symulacji przypomina kartezjański eksperyment, zastępując zwodziciela hipotetycznym systemem technologicznym. Nie potrzebujemy już wyobrażać sobie istoty nadnaturalnej, która świadomie manipuluje naszymi zmysłami. Wystarczy rozważyć możliwość istnienia środowiska, którego mechanizmy wytwarzają spójne doświadczenia świata. Trzeba jednak zauważyć, że symulacja nie musi oznaczać oszustwa. Jeśli świadome istoty powstawałyby wewnątrz określonej rzeczywistości cyfrowej, mogłyby nie być przez nikogo celowo wprowadzane w błąd. Ich poznanie obejmowałoby po prostu środowisko, do którego należą, podobnie jak nasze zmysły i mózg umożliwiają nam poznawanie świata fizycznego w granicach właściwych ludzkiej naturze.
W filozofii współczesnej szczególne znaczenie zyskał argument symulacyjny przedstawiony w 2003 roku przez Nicka Bostroma w artykule Are You Living in a Computer Simulation?. Jego rozumowanie jest znacznie bardziej precyzyjne niż popularne twierdzenie, że żyjemy w komputerowym programie, ponieważ rzeczywistość przypomina grę. Bostrom zaproponował trylemat dotyczący przyszłych możliwości cywilizacji technologicznych. W uproszczeniu wskazywał, że przynajmniej jedna z trzech propozycji musiałaby być prawdziwa przy przyjętych założeniach argumentu: albo niemal wszystkie cywilizacje na poziomie podobnym do naszego wymierają przed osiągnięciem zdolności tworzenia ogromnych symulacji swoich przodków, albo cywilizacje zdolne do takich przedsięwzięć niemal nigdy nie decydują się ich realizować na znaczącą skalę, albo znaczna większość istot posiadających doświadczenia podobne do naszych istnieje w symulowanych środowiskach. Logika argumentu opiera się na rozważeniu liczby potencjalnych obserwatorów oraz możliwości tworzenia ogromnej liczby symulowanych historii. Nie stanowi jednak bezpośredniego dowodu, że nasz wszechświat rzeczywiście jest symulacją. Zależy od wielu założeń dotyczących przyszłości technologii, natury świadomości, motywacji rozwiniętych cywilizacji i możliwości określania prawdopodobieństwa własnego położenia w zbiorze hipotetycznych obserwatorów. Jeśli któreś z tych założeń okaże się błędne, konsekwencje rozumowania mogą być odmienne od popularnych interpretacji.
Pierwsza trudność dotyczy samej możliwości technicznego odtworzenia świadomego doświadczenia. Możemy projektować coraz bardziej zaawansowane systemy komputerowe, tworzyć realistyczne środowiska wirtualne i budować programy naśladujące niektóre właściwości ludzkiego rozumowania, ale nie rozstrzygnęliśmy definitywnie, jakie warunki są wystarczające do pojawienia się subiektywnej świadomości. Pewne stanowiska filozoficzne dopuszczają możliwość, że odpowiednio zorganizowane przetwarzanie informacji mogłoby realizować doświadczenie niezależnie od szczegółowego materiału, z którego wykonany jest system. Inne podkreślają znaczenie określonych właściwości biologicznych lub fizycznych, bez których sama symulacja zachowania nie prowadziłaby do powstania świadomego podmiotu. Można przecież stworzyć matematyczny model burzy, który bardzo dokładnie opisuje ruch powietrza i rozkład ciśnienia, ale model ten nie powoduje automatycznie rzeczywistego zamoczenia pomieszczenia deszczem. Analogicznie pojawia się pytanie, czy komputerowy model mózgu byłby rzeczywiście świadomy, czy jedynie odtwarzałby formalny opis procesów związanych ze świadomością. Nie należy rozstrzygać tego zagadnienia na podstawie samej analogii, ponieważ istnieją zasadnicze różnice między fizycznymi skutkami opadów a funkcjonalnymi warunkami procesów poznawczych. Porównanie ujawnia jednak problem, którego nie wolno pomijać: symulowanie określonego zjawiska nie zawsze oznacza posiadanie wszystkich właściwości tego zjawiska. Hipoteza zamieszkiwanego przez świadome istoty świata cyfrowego wymaga więc wyjaśnienia, dlaczego realizacja odpowiednich procesów obliczeniowych miałaby prowadzić do autentycznego przeżywania.
Drugą trudność stanowią ograniczenia związane z możliwościami obliczeniowymi. Popularne wyobrażenia symulacji często zakładają, że zaawansowana cywilizacja mogłaby bez większego wysiłku odtworzyć cały wszechświat, każdą cząstkę materii, wszystkie procesy kwantowe i niezliczone historie biologicznych organizmów. Tymczasem tworzenie dokładnych modeli fizycznych wymaga zasobów, których wielkość zależy od poziomu szczegółowości symulacji, przyjętych uproszczeń i rodzaju reprezentowanych procesów. Nie wiemy, jakie technologie mogłyby powstać w bardzo odległej przyszłości, ale niewiedza dotycząca przyszłych możliwości nie upoważnia do przypisywania im nieograniczonej mocy. Nie możemy również bez uzasadnienia zakładać, że środowisko symulacyjne potrzebowałoby szczegółowego obliczania całej rzeczywistości jednocześnie. W zwyczajnych grach komputerowych wykorzystuje się mechanizmy ograniczające liczbę wykonywanych operacji, a pewne elementy otoczenia są przedstawiane z różnym poziomem szczegółowości zależnie od potrzeb systemu. Przeniesienie podobnych zasad na hipotetyczną symulację wszechświata pozostaje jednak spekulacją. Nie posiadamy dowodów, że prawa fizyki są rezultatem takich technik optymalizacyjnych ani że nieobserwowane obszary rzeczywistości nie posiadają określonych właściwości. Współczesna fizyka rozwija modele zdarzeń niezależne od ludzkiej obserwacji, a interpretacja problemów pomiarowych mechaniki kwantowej jako komputerowego generowania obrazu na żądanie jest nieuprawnionym uproszczeniem.
Szczególnie często hipotezę symulacji łączy się właśnie z fizyką kwantową, której matematyczna struktura oraz niektóre interpretacyjne trudności wydają się odbiegać od codziennych intuicji. Zjawiska takie jak superpozycja, splątanie czy probabilistyczny charakter przewidywań pomiarowych bywają przedstawiane w popularnej kulturze jako ślady działania kosmicznego programu. Nie istnieją jednak przekonujące podstawy, aby uznawać je za dowody komputerowego pochodzenia świata. Mechanika kwantowa opisuje zjawiska fizyczne za pomocą teorii poddawanych eksperymentalnej weryfikacji, a jej niezwykłe właściwości nie wymagają przyjęcia, że ktoś z zewnątrz renderuje rzeczywistość w momencie ludzkiego spojrzenia. Szczególnie mylące okazuje się utożsamianie obserwatora w fizyce z osobą posiadającą świadomy umysł. W wielu kontekstach pomiar oznacza fizyczne oddziaływanie układu z aparaturą lub środowiskiem, a nie konieczność udziału człowieka, który patrzy na wynik. Interpretacyjne spory dotyczące mechaniki kwantowej są rzeczywiste i filozoficznie doniosłe, lecz nie uprawniają do dowolnego zastępowania problemów fizycznych metaforami informatycznymi. Jeżeli chcemy badać możliwość symulacyjnego pochodzenia rzeczywistości, powinniśmy szukać argumentów posiadających własną wartość poznawczą, zamiast traktować każde niezrozumiałe zjawisko jako potwierdzenie wcześniej przyjętej hipotezy.
Podobnie należy oceniać twierdzenia dotyczące matematycznej struktury wszechświata. Prawa przyrody można opisywać za pomocą równań, a wiele procesów wykazuje regularności, które pozwalają budować skuteczne modele obliczeniowe. Nie wynika z tego jednak, że równania fizyczne są dosłownie kodem programu uruchomionego na pozafizycznym komputerze. Matematyka stanowi język opisu relacji i struktur, a jej skuteczność w nauce jest przedmiotem wieloletnich debat filozoficznych. To, że określony proces można matematycznie przedstawić, nie oznacza automatycznie, że został zaprojektowany przez świadomego programistę. Możemy opisywać ruch planet, rozwój populacji biologicznych i rozchodzenie się fal przy użyciu modeli matematycznych, nie zakładając, że każde z tych zjawisk stanowi rezultat wykonywania instrukcji przez zewnętrzny system. Oczywiście możliwe jest filozoficzne pytanie, czy sama rzeczywistość posiada fundamentalnie informacyjny charakter, ale również ono wymaga doprecyzowania pojęcia informacji. W codziennym języku informacja kojarzy się z wiadomością, komunikatem lub danymi zapisanymi na nośniku. W fizyce i teorii informacji pojęcie to występuje w bardziej specjalistycznych znaczeniach, których nie należy bezpośrednio utożsamiać z semantyczną treścią programu komputerowego. Przejście od stwierdzenia, że świat posiada opisywalną strukturę informacyjną, do twierdzenia, że ktoś stworzył go jako symulację, wymaga dodatkowego argumentu dotyczącego pochodzenia i realizacji tej struktury.
Rozważmy teraz hipotetyczny świat symulowany z perspektywy jego mieszkańca. Wyobraźmy sobie filozofa, który żyje w takim środowisku, rozwija własne teorie naukowe i próbuje ustalić naturę rzeczywistości. Jego obserwacje mogłyby pozostawać całkowicie spójne, a wszystkie doświadczenia wskazywać na obowiązywanie określonych praw. Gdyby dysponował wystarczająco zaawansowaną aparaturą, mógłby odkrywać coraz subtelniejsze zjawiska i przewidywać rezultaty eksperymentów. Czy fakt, że świat zostałby wytworzony przez inny system, czyniłby osiągnięcia tego filozofa bezwartościowymi? Wydaje się, że nie. Jego nauka opisywałaby rzeczywiste zależności zachodzące wewnątrz dostępnego środowiska. Błąd pojawiłby się dopiero wtedy, gdyby uznał, że poznane prawa wyczerpują wszystkie możliwe poziomy rzeczywistości, choć nie posiadałby wystarczających podstaw do takiego wniosku. Z perspektywy epistemologicznej hipoteza symulacji nie podważa więc automatycznie skuteczności nauki. Przypomina jedynie, że opis regularności obserwowanego świata nie musi być równoznaczny z ostatecznym rozstrzygnięciem jego pochodzenia. Możemy dobrze rozumieć zasady funkcjonowania określonego układu, nie znając wszystkich warunków odpowiedzialnych za jego istnienie. Podobna sytuacja występuje również w zwyczajnych badaniach naukowych, w których odkrycie skutecznego prawa nie zawsze oznacza poznanie bardziej fundamentalnej teorii wyjaśniającej, dlaczego prawo to obowiązuje.
Jednym z najbardziej interesujących filozoficznych problemów związanych z symulacją pozostaje kwestia prawdy. Jeśli człowiek żyłby w rzeczywistości wytworzonej przez zaawansowany system, czy jego stwierdzenie, że przed domem rośnie drzewo, byłoby fałszywe? Odpowiedź zależy od sposobu rozumienia przedmiotów należących do symulowanego środowiska. Jeśli drzewo stanowiłoby stabilny obiekt istniejący w ramach tego świata i podlegający jego prawom, zdanie opisujące jego obecność mogłoby być prawdziwe w odniesieniu do dostępnej rzeczywistości. Błędne byłoby dopiero założenie, że drzewo koniecznie posiada identyczny status materialny jak przedmioty w hipotetycznym świecie nadrzędnym. Można więc odróżnić rzeczywistość danego obiektu od rodzaju podłoża, na którym jego istnienie jest realizowane. Współczesny filozof David Chalmers zwraca uwagę, że światy wirtualne nie muszą być rozumiane jako światy całkowicie nierzeczywiste, ponieważ obiekty i doświadczenia cyfrowe mogą posiadać określony status ontologiczny. W takim ujęciu odkrycie, że nasza rzeczywistość posiada charakter symulowany, nie musiałoby oznaczać, że wszystkie dotychczasowe zdarzenia były jedynie pozorem. Mogłoby raczej zmienić nasze rozumienie ich fundamentu. Różnica pozostaje zasadnicza, ponieważ pozwala uniknąć skrajnego sceptycyzmu, zgodnie z którym nieznajomość ostatecznej natury świata miałaby unieważniać wszelką wiedzę o jego dostępnych właściwościach.
W tym miejscu pojawia się pytanie, czy życie w symulacji byłoby mniej autentyczne od życia w rzeczywistości podstawowej. Intuicyjnie skłonni jesteśmy przyznawać większą wartość temu, co materialne i niezależne od technologicznego pośrednictwa, ale podobna hierarchia wymaga filozoficznego uzasadnienia. Człowiek doświadczający cierpienia naprawdę cierpi, jeśli posiada odpowiedni stan świadomości, niezależnie od tego, jaki fundament fizyczny odpowiada za jego powstanie. Osoba przeżywająca miłość doświadcza określonej relacji emocjonalnej, choć jej rozumienie drugiego człowieka może być ograniczone i niepełne. Jeśli świadome podmioty mogłyby rzeczywiście istnieć w symulowanym świecie, ich relacje, pragnienia i decyzje nie traciłyby automatycznie znaczenia wyłącznie ze względu na cyfrową podstawę otoczenia. Należy jednak odróżnić taką hipotetyczną sytuację od zwyczajnego uczestnictwa w dzisiejszych środowiskach wirtualnych, gdzie nie mamy podstaw do uznawania komputerowo generowanych postaci za świadome istoty. Możemy natomiast tworzyć rzeczywiste relacje z innymi ludźmi za pośrednictwem technologii, ponieważ świadomość uczestników nie znika wraz ze zmianą medium komunikacji. Problem autentyczności okazuje się więc bardziej złożony niż proste przeciwstawienie świata fizycznego światu wirtualnemu. Istotne staje się pytanie, czy istnieją podmioty zdolne do przeżywania oraz czy ich doświadczenia pozostają związane z rzeczywistymi konsekwencjami.
Hipoteza symulacji prowadzi także do problemu wolnej woli, który w popularnych interpretacjach bywa przedstawiany w sposób nadmiernie uproszczony. Jeśli świat jest programem, człowiek miałby być jedynie postacią wykonującą wcześniej zapisane instrukcje, a wszystkie jego decyzje stanowiłyby pozór autonomii. Nie jest to jednak konieczna konsekwencja samego założenia symulacji. Symulowane środowisko mogłoby zawierać procesy deterministyczne, losowe albo takie, których złożoność utrudniałaby przewidywanie przyszłych stanów. Co więcej, nawet całkowita deterministyczność procesów nie rozstrzyga bezpośrednio filozoficznego problemu wolnej woli. Zwolennicy kompatybilizmu wskazują, że odpowiedzialność i sprawczość mogą być rozumiane poprzez zdolność działania zgodnie z własnymi motywacjami, przekonaniami oraz rozumowaniem, nawet jeżeli procesy te pozostają związane z określonym porządkiem przyczynowym. Inni filozofowie uznają, że autentyczna wolność wymaga silniejszej możliwości postąpienia inaczej w identycznych warunkach. Spór ten istniał na długo przed rozwojem informatyki i nie zostaje rozwiązany przez zastąpienie praw natury pojęciem kodu komputerowego. Gdyby wszystkie zdarzenia w naszym świecie były wynikiem działania określonego programu, nadal należałoby zbadać strukturę procesów decyzyjnych oraz ustalić, w jakim znaczeniu podmioty mogą być autorami własnych działań. Sama metafora programu nie wystarcza do wyprowadzenia wniosku, że ludzkie wybory są pozbawione znaczenia.
Jeszcze trudniejsze pozostaje pytanie o hipotetycznych twórców symulacji. Jeśli świat zostałby zaprojektowany przez istoty znajdujące się na bardziej podstawowym poziomie rzeczywistości, czy powinniśmy uznawać je za bogów? Odpowiedź wymaga odróżnienia zdolności technologicznej od absolutnego statusu metafizycznego. Cywilizacja potrafiąca stworzyć świadome środowisko mogłaby posiadać wobec jego mieszkańców ogromne możliwości oddziaływania, ale nie oznaczałoby to, że jest wszechmocna, wszechwiedząca lub niezależna od wszelkich praw. Jej przedstawiciele mogliby podlegać własnym ograniczeniom fizycznym, posiadać niepełną wiedzę i funkcjonować w rzeczywistości, której ostatecznej natury sami nie rozumieją. Stworzenie określonego świata nie musi być tożsame ze stworzeniem wszystkiego, co istnieje. W takim modelu projektanci byliby przyczyną powstania pewnego środowiska, ale niekoniecznie ostatecznym fundamentem rzeczywistości. Przypisywanie im statusu absolutnego Stwórcy stanowiłoby więc nieuzasadnione rozszerzenie hipotezy technologicznej. Różnica ta ma szczególne znaczenie dla naszej wcześniejszej koncepcji Źródła. Pierwotna Świadomość rozumiana jako fundament wszelkiego doświadczenia nie jest tym samym co zaawansowana cywilizacja zdolna do konstruowania symulacji. Pierwsza stanowi propozycję metafizyczną dotyczącą samej natury istnienia, druga zaś hipotetyczny scenariusz technologiczny zakładający określony porządek fizyczny i jego inteligentnych uczestników.
Można oczywiście wyobrazić sobie, że twórcy jednej symulacji sami istnieją w środowisku wytworzonym przez jeszcze bardziej zaawansowaną cywilizację. Wówczas rzeczywistość przyjmowałaby postać szeregu poziomów, z których każdy pozostawałby zależny od następnego. Taki model otwiera problem regresu wyjaśnień. Jeśli symulację A stworzyli mieszkańcy świata B, a świat B został wytworzony w rzeczywistości C, możemy zapytać o pochodzenie C i kolejnych hipotetycznych poziomów. Nie wynika stąd automatycznie, że szereg ten musi być nieskończony albo że koniecznie istnieje pierwszy, całkowicie podstawowy świat. Możliwości te należą do klasycznych problemów metafizyki, a ich rozstrzygnięcie wymaga argumentów dotyczących natury zależności i istnienia. Nawet odkrycie, że nasz świat jest symulacją, nie rozwiązałoby więc pytania, dlaczego istnieje cokolwiek. Przeniosłoby jedynie poszukiwanie wyjaśnienia na poziom nadrzędny. Mieszkańcy hipotetycznej rzeczywistości twórców mogliby zadawać podobne pytania o własne pochodzenie, a ich nauka również mogłaby napotykać granice. W tym sensie hipoteza symulacji nie zastępuje tradycyjnej metafizyki, lecz ujawnia jej trwałość. Niezależnie od liczby wyobrażonych poziomów rzeczywistości pozostaje pytanie o fundament całego porządku oraz o możliwość jego ostatecznego poznania.
Zastanówmy się jednak, czy mieszkańcy symulacji mogliby rozpoznać własną sytuację na podstawie nieprawidłowości pojawiających się w środowisku. Popularne opowieści przedstawiają czasami powtarzające się zdarzenia, pozorne błędy rzeczywistości, niezwykłe sny czy niespodziewane zbiegi okoliczności jako ślady ingerencji zewnętrznego systemu. Podobne interpretacje są atrakcyjne, ponieważ przekształcają przypadkowe doświadczenia w elementy ukrytej narracji. Nie dysponujemy jednak wiarygodnymi dowodami, że déjà vu, błędy pamięci, zaburzenia percepcji czy nieoczekiwane wydarzenia świadczą o symulacyjnym charakterze wszechświata. Zjawiska te mogą posiadać wyjaśnienia psychologiczne, neurologiczne lub fizyczne, których nie należy pomijać wyłącznie dlatego, że metafora komputerowa wydaje się bardziej niezwykła. Aby określona obserwacja stanowiła argument na rzecz symulacji, musielibyśmy wskazać, dlaczego jest bardziej zgodna z tą hipotezą niż z alternatywnymi wyjaśnieniami oraz jakie przewidywania pozwalają ją sprawdzić. Nie wystarczy zauważyć wydarzenia, którego przyczyny jeszcze nie znamy. Brak wyjaśnienia nie oznacza automatycznie odkrycia działania programu. Co więcej, hipotetyczna symulacja mogłaby być tak skonstruowana, że żadne jej wewnętrzne zjawisko nie odbiegałoby od praw przyrody dostępnych obserwatorom. Wówczas samo poszukiwanie „błędów systemu” mogłoby nie posiadać określonego sensu badawczego.
Problem testowalności prowadzi do szczególnie istotnego rozróżnienia. Możemy rozważać określone modele symulowanej rzeczywistości, które przewidywałyby konkretne odchylenia od znanych praw fizycznych, ale nie oznacza to, że każdy możliwy świat symulowany musiałby pozostawiać takie same ślady. Jeżeli badacz zaproponuje hipotezę dotyczącą określonych ograniczeń obliczeniowych lub struktury przestrzeni, powinien wyjaśnić, jakie obserwacje mogłyby potwierdzić albo podważyć właśnie ten model. Brak przewidywanych śladów osłabiałby wówczas konkretną propozycję, lecz niekoniecznie każdą wyobrażalną wersję hipotezy symulacji. Ta ostatnia może być sformułowana w sposób tak ogólny, że pozostaje zgodna z dowolnymi możliwymi wynikami badań. Jeżeli wszystkie obserwacje można uznać za produkt programu, żadne odkrycie wewnątrz świata nie musi jej bezpośrednio zaprzeczać. Filozoficzna możliwość nie jest jednak równoznaczna z naukową teorią, która pozwala formułować sprawdzalne przewidywania. Nie wszystkie pytania metafizyczne dają się rozstrzygnąć metodami empirycznymi, ale jeśli określona hipoteza ma wyjaśniać konkretne zjawiska fizyczne, musi podlegać odpowiednim wymaganiom argumentacyjnym. W przeciwnym razie pozostaje jedną z możliwych interpretacji świata, której prawdziwości nie potrafimy obecnie potwierdzić.
W tym miejscu powraca pytanie o świadomość, bez którego hipoteza symulacji traci znaczną część swojego egzystencjalnego ciężaru. Gdyby cały wszechświat był jedynie zbiorem procesów obliczeniowych pozbawionych jakiegokolwiek subiektywnego doświadczenia, nie istniałby nikt, kto mógłby zastanawiać się nad jego naturą. Tymczasem nasze rozważania wychodzą od faktu, że istnieje świadome przeżywanie, przynajmniej w postaci bezpośrednio dostępnej każdemu podmiotowi w odniesieniu do jego własnego doświadczenia. Nie musimy znać ostatecznego mechanizmu świadomości, aby rozpoznawać różnicę między opisem zachowania a pytaniem o subiektywny charakter przeżyć. Wyobrażenie symulowanego świata nie rozwiązuje tego problemu, ponieważ wymaga ustalenia, jak określona organizacja procesów prowadziłaby do powstania świadomego podmiotu. Można nawet powiedzieć, że hipoteza symulacji przesuwa ciężar pytania z relacji między mózgiem a materią fizyczną na relację między doświadczeniem a jego hipotetycznym podłożem obliczeniowym. Jeśli świadomość jest niezależna od konkretnego materiału, z którego wykonany jest system, symulowane podmioty mogłyby być możliwe. Jeśli natomiast jej powstanie wymaga szczególnych właściwości biologicznych lub fizycznych, sam program może okazać się niewystarczający. Żadne z tych stanowisk nie zostało ostatecznie rozstrzygnięte przez samo istnienie współczesnych technologii komputerowych.