szelest poranka
śnieg w filiżance paruje
palcami liczę okruchy światła
cukier topi się wolniej niż smutek
na parapecie gołąb zostawia cień
więc oddycham ciszą między zasłonami
wczoraj było szklane
dziś nalewam wodę do wazonu bez kwiatów
i patrzę jak puste łodygi piją pamięć
drobne pęknięcia na kubku są mapą
droga mleczna rozsypana na stole
zbieram ją łyżeczką do herbaty
słońce przez firankę kładzie mi na dłoni
znamię ciepła
uczę się być sama
tak jak chleb który czeka
aż ktoś go dotknie
i nazwie domem
północ wyczytana z prochu
błądziłam długo po mapach cudzych snów
nosiłam buty które były nie moje
i każdy krok oddalał mnie od siebie
aż pewnego świtu ziemia pod stopami
zadrżała
i powiedziała idź
jestem ścieżką która zarastała latami
teraz czuję jak pęka na niej lód
i spod spodu wychodzi trawa
odnajduję północ w swoim oddechu
nie w gwiazdach
nie w oczach innych
kompas miałam w popiele spalonych listów
wystarczyło dmuchnąć
i iskry ułożyły się w drogę
idę boso
powoli
i melancholia
idzie za mną
już nie prowadzi
studnia
szukałam daleko
za siódmym lasem za siódmą rzeką
i wracałam z pustymi dłońmi
aż pewnego ranka usłyszałam plusk
cichy
tuż pod skórą
jestem studnią którą sama wykopałam łzami
i dopiero teraz widzę
że woda była we mnie od zawsze
piję z siebie powoli
po łyku
po oddechu
i uczę się nie rozlewać
szczęście nie krzyczy
nie błyszczy
po prostu jest
jak chleb
jak światło w sieni
jak moje imię wypowiedziane szeptem
a melancholia
zostaje na brzegu
i patrzy
jak nareszcie się nie boję
wiosna we dwoje
idę z tobą aleją gdzie kwitną kasztany
i trzymam twoją dłoń jak obietnicę
którą ktoś kiedyś szeptał przy świecy
park maluje nam cienie pod stopami
splata je razem
rozplata
i znów splata
jestem drzewem które przestało się bać zimy
bo stoisz obok
i wiesz jak nazwać moje milczenie
patrzę jak wiatr zdejmuje z ciebie troski
i niesie je w stronę jeziora
a ty nawet nie drgniesz
ławka zna nasze rozmowy bez słów
i nie pyta czemu czasem płaczę ze szczęścia
wiosna pachnie tobą
a melancholia
jest jak ten spacer
cicha
bezpieczna
i nasza
resztki sierpnia w pudełku
noszę grudzień w lewej piersi
nawet gdy sierpień pali chodniki
i nikt nie śpiewa kolęd
odwijam z pamięci zapach choinki
jak list
który czytam co wieczór
jestem adwentem bez kalendarza
odliczam oddechami
do pierwszej gwiazdy
tęsknię za stołem który milczy głośniej niż ludzie
za śniegiem w szklanej kuli
który nigdy nie topnieje
wieszam w sobie lampki z czekania
i świecę nimi po ciemku
każdy dzień bez opłatka jest postem
a melancholia
to cicha kolęda
którą nucę
zanim przyjdą święta
adwent w sercu
liczę na palcach do pierwszej gwiazdy
choć za oknem jeszcze wrzesień
i liście nie wiedzą że czekam
noszę w kieszeni zapach piernika
wyciągam czasem żeby powąchać
i znowu schować na później
jestem oknem które wypatruje śniegu
zanim spadnie
zanim ktokolwiek zapali lampki
tęsknię za stołem pełnym głosów
za ciszą która pachnie sianem
za opłatkiem cienkim jak oddech
każdy dzień bez choinki jest dłuższy
każda noc jaśniejsza od wspomnienia
wieszam w sobie bombki z czekania
i ubieram melancholię w złoto
bo wiem
że przyjdzie
i przyniesie dom
grudzień w sierpniu
noszę grudzień pod powiekami cały rok
pachnie igliwiem i pomarańczą
chociaż za oknem lipiec
jestem domem który ubiera się w światło
zanim jeszcze przyjdzie wieczór
i stół już nakryty w moich myślach
tęsknię za ciszą wigilijnego śniegu
za opłatkiem kruchym jak obietnica
za kolędą która mieszka w gardle
liczę dni jak bombki na choince
każda z nich ciężka od czekania
i jasna od nadziei
świat nie wie że już mam prezenty
schowane w sercu
wstążką przewiązane
a melancholia jest jak pierwsza gwiazda
daleka
cicha
i prowadzi do domu
kwiecień w kieszeniach
idę sadem boso po wczorajszym deszczu
gałęzie malują mi włosy na biało
ziemia oddycha pode mną cicho
jakby bała się spłoszyć ciszę
jestem pusta jak ul przed pszczołami
czekam
nie wiem na co
wiatr przegląda się w moich dłoniach
i zabiera mi z palców wspomnienia
których nie umiem nazwać
sad pachnie obietnicą bez adresu
nie pyta czemu przyszłam sama
tylko sypie mi w ślady płatki
staję i słucham jak rośnie milczenie
i melancholia
kwitnie
razem ze mną
wiosna przycupnęła
idę przez sad zanim pszczoły zaczną pracę
gałęzie szepczą nade mną coś o trwaniu
ziemia jest miękka jak świeży chleb
przyjmuje każdy mój krok bez pytania
i oddaje zapach wczorajszego deszczu
jestem drzewem które zapomniało owocować
stoję między jabłoniami
zazdroszczę im kwitnienia bez lęku
wiatr zdejmuje ze mnie płatki i lata
ja nie wiem co jeszcze mogę mu oddać
oprócz dłoni otwartych do niczego
sad nie pyta dlaczego przyszłam sama
obsypuje mnie białym milczeniem
i przez chwilę wierzę
że melancholia to też wiosna
tylko wolniejsza
cichsza
i rosnąca do środka
pusta łódka o świcie
idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień
woda trzyma jeszcze sny nocy
moje stopy znają każdy kamień
mówią mi o zimnie
o cierpliwości
o tym jak długo trzeba czekać na ciepło
jestem łodzią bez wioseł bez celu
kołysze mną cisza
mgła siada na rzęsach jak pytanie
na które nie chcę dziś odpowiadać
jezioro liczy moje kroki zamiast lat
i nie pyta dlaczego jestem sama
tylko daje miejsce moim śladom
wracam do siebie powoli po kropli
i melancholia jest jak ten świt
jasna
i trochę wilgotna
mgła ma moje imię
idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień
woda trzyma jeszcze sny nocy
i oddaje je niebu po jednym
moje stopy znają każdy kamień
mówią mi o zimnie o cierpliwości
o tym jak długo trzeba czekać na ciepło
jestem łodzią bez wioseł bez celu
kołysze mną cisza i myśli o tobie
których nie przywiozłam ale są
mgła siada na rzęsach jak pytanie
na które nie chcę dziś odpowiadać
wystarczy że oddycham
jezioro liczy moje kroki zamiast lat
i nie pyta dlaczego jestem sama
tylko daje miejsce moim śladom
wracam do siebie powoli po kropli
i melancholia jest jak ten świt
jasna i trochę wilgotna
liturgia westchnienia
dziękuję za ciebie jak za deszcz po suszy
za studnię wyrytą w ciszy mojego ciała
z której piję bez lęku
byłeś ziarnem które spadło w moje dłonie
gdy ziemia we mnie była już jałowa
a teraz rośnie z nas las
jesteś kotwicą utkaną ze światła
trzymasz mnie gdy odpływam od siebie
i nie szarpiesz nie ranisz
czasem boję się że niebo się pomyliło
że podarowało mi za dużo nieba naraz
więc chowam cię w szeptach
kładę nasze imiona na języku jak chleb
i mówię w górę bez głosu
dziękuję za ten ogień
za dom który ma twoje źrenice
za melancholię która grzeje jak wełna
słodki niepokój
kocham cię tak jak kocha się pierwszą wiosnę
po długiej zimie z niedowierzaniem
że mróz naprawdę odpuścił
twoje ramiona są krajem do którego wracam
bez mapy bez pytań bez strachu
i za każdym razem jest bliżej
boję się czasem że szczęście jest zbyt głośne
więc szepczę twoje imię do poduszki
żeby los nie usłyszał i nie zabrał
patrzysz na mnie jakbym była wierszem
którego nie trzeba rozumieć
wystarczy czuć
z tobą nawet milczenie dojrzewa
jak owoc na słońcu
robi się pełne i ciepłe
jestem przy tobie cała z wczoraj i z jutra
i ta melancholia jest miękka
jak twój oddech na mojej skórze
cichy zachwyt
kocham cię tak jak kocha się późny wrzesień
ciepły od słońca i już trochę smutny
bo wiem że wszystko co piękne przemija
trzymasz moją dłoń jakby była ze szkła
a ja przestałam się bać że spadnę
przy tobie ziemia jest bliżej
oddycham twoim imieniem między słowami
i nawet cisza przy tobie ma sens
nie muszę tłumaczyć drżenia
jesteś moim domem zbudowanym z oddechów
z porannej kawy i spojrzeń przez stół
z obietnic których nie trzeba mówić
boję się czasem że to sen
więc budzę się w nocy i sprawdzam
śpisz obok ciepły prawdziwy mój
i wtedy melancholia ma smak miodu
pusta kartka
kocham cię tak jak kocha się morze z okna pociągu
wiesz że istnieje wiesz że nie wejdziesz
a jednak oczy same szukają błękitu
noszę twoje imię w kieszeni dziurawej
gubię je co krok i zbieram od nowa
jesteś moim jutrem które nie ma daty
kalendarz śmieje się z moich planów
uczę się oddychać twoją nieobecnością
powoli na raty żeby nie zabolało
ale boli
śpię po twojej stronie łóżka
żeby oszukać poduszkę
ona i tak wie
jestem listem bez znaczka i adresu
i tak czekam aż mnie otworzysz
sól na rzęsach
oddycham tobą jak powietrzem z innego pokoju
blisko tak że boli daleko tak że nie ma
uczę się twojej nieobecności na pamięć
masz dłonie które nie znają drogi do moich
a ja znam wszystkie mapy twoich milczeń
śnię cię w kolorach których nie ma w dzień
budzę się szara i cała z tęsknoty
kładę twoje imię pod język zamiast cukru
jesteś listem którego nie napisano
adresem który nie istnieje na kopercie
a ja czekam na listonosza co noc
noszę twoje spojrzenie jak pożyczony płaszcz
za duży za zimny nie na moje ramiona
ale nie umiem go zdjąć
kocham cię ciszą między naszymi imionami
to jedyne miejsce gdzie jesteśmy razem
i nawet tam jesteś pierwszy do wyjścia
zostawiam dla ciebie światło w oknie
choć wiem że nie masz mojego adresu
miłość z papieru
trzymam ciebie w myślach jak suche liście w książce
nie szumią nie rosną tylko kruszą się cicho
uczę się ciebie na pamięć choć nie ma egzaminu
z twojego uśmiechu który nie jest mój
jesteś moim sekretem który zna całe miasto
wszyscy widzą jak patrzę gdy przechodzisz
i nikt nie mówi że to boli
buduję nam dom z oddechów między zdaniami
stawiam ściany z tego czego nie powiedziałeś
wprowadzam się tam co noc sama
twoje imię śpi na mojej poduszce
rano budzi się obce i zimne
a ja i tak je całuję
kocham ciebie tak jak kocha się zimę
piękną daleką i nie do przetrwania
noszę tę miłość w żebrach zamiast powietrza
czekam na ciebie bez jutra
bo wczoraj już się nie wydarzyło
i nigdy nie wydarzy się my
puste miejsce obok
noszę twoje imię pod językiem
jak okruch chleba
który nie karmi
tylko kaleczy
wymyśliłam nas w głowie
pięknych i możliwych
świat nie uwierzył
kocham ciebie z daleka
tak się kocha gwiazdy
jasne i nieme
nie na moją kieszeń
serce uczy się milczeć
kiedy przechodzisz
uczy się nie bić głośniej
niż wypada
jesteś obietnicą
której nikt nie złożył
a ja i tak czekam
w moich dłoniach jest miejsce
na twoją dłoń
zawsze zimne
zawsze gotowe
rano wstaję cała
bez ciebie
białe przebudzenie
rosa chłodzi stopy
serce bije ciszej
wschód rozsuwa noc palcami
jestem
mgła kładzie się na rzęsach
jak wspomnienie
które już nie waży
oddycham nim
trawa szepcze do skóry
o końcu czekania
każdy krok zostawia ślad
lekki jak przebaczenie
słońce maluje mnie na nowo
bez wczorajszego cienia
uśmiech rośnie od ziemi
nieproszony czysty
jestem tutaj
boso i cała
w tym jednym oddechu
mieści się cały świat
łza spada w kwiaty
i nie jest smutna
świt przyszedł na palcach
rosa całuje palce
chłód budzi serce
wschód rozplata warkocz mgły
oddycham jaśniej
trawa pamięta zimę
lecz już nie boli
wczoraj zostaje za plecami
idę do przodu
wiatr niesie imiona
których już nie wołam
uśmiech rośnie powoli
jak pierwszy pąk
jestem lekka
jestem cała
słońce dotyka karku
i mówi zostań
boso znaczy wolna
każdy krok to dziękuję
łza spada w ziemię
i kiełkuje
na tej łące
jestem domem
cichy śmiech w filiżance
jestem szczęśliwa
tak po prostu
jak deszcz który już nie musi padać
poranek pachnie chlebem
i spokojem
który nie pyta o powód
siedzę na parapecie
z herbatą w dłoniach
paruje we mnie lato
chociaż za oknem zwykły wtorek
serce chodzi boso po podłodze
nie spieszy się
nie liczy kroków
nie gubi rytmu
świat jest miękki
jak koc wyjęty z szafy
jak oddech po długim płaczu
który wreszcie przeszedł
patrzę na swoje dłonie
są ciepłe
są moje
i to mi wystarcza
oddech z tamtych lat
przeszłość chodzi za mną
jak zapach czyjejś skóry
tęsknię za pokojem gdzie
ściany znały wszystkie sekrety
a okna otwierały się na lato
bez pytania o pozwolenie
wyciągam z pamięci listy