E-book
4.73
drukowana A5
38.25
Sól w herbacie

Bezpłatny fragment - Sól w herbacie

Poezja współczesna


Objętość:
180 str.
ISBN:
978-83-8455-467-8
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 38.25

szelest poranka

śnieg w filiżance paruje

palcami liczę okruchy światła

cukier topi się wolniej niż smutek


na parapecie gołąb zostawia cień

więc oddycham ciszą między zasłonami

wczoraj było szklane


dziś nalewam wodę do wazonu bez kwiatów

i patrzę jak puste łodygi piją pamięć

drobne pęknięcia na kubku są mapą


droga mleczna rozsypana na stole

zbieram ją łyżeczką do herbaty


słońce przez firankę kładzie mi na dłoni

znamię ciepła


uczę się być sama

tak jak chleb który czeka

aż ktoś go dotknie

i nazwie domem

północ wyczytana z prochu

błądziłam długo po mapach cudzych snów

nosiłam buty które były nie moje

i każdy krok oddalał mnie od siebie


aż pewnego świtu ziemia pod stopami

zadrżała

i powiedziała idź


jestem ścieżką która zarastała latami

teraz czuję jak pęka na niej lód

i spod spodu wychodzi trawa


odnajduję północ w swoim oddechu

nie w gwiazdach

nie w oczach innych


kompas miałam w popiele spalonych listów

wystarczyło dmuchnąć

i iskry ułożyły się w drogę


idę boso

powoli

i melancholia

idzie za mną

już nie prowadzi

studnia

szukałam daleko

za siódmym lasem za siódmą rzeką

i wracałam z pustymi dłońmi


aż pewnego ranka usłyszałam plusk

cichy

tuż pod skórą


jestem studnią którą sama wykopałam łzami

i dopiero teraz widzę

że woda była we mnie od zawsze


piję z siebie powoli

po łyku

po oddechu

i uczę się nie rozlewać


szczęście nie krzyczy

nie błyszczy

po prostu jest


jak chleb

jak światło w sieni

jak moje imię wypowiedziane szeptem


a melancholia

zostaje na brzegu

i patrzy

jak nareszcie się nie boję

wiosna we dwoje

idę z tobą aleją gdzie kwitną kasztany

i trzymam twoją dłoń jak obietnicę

którą ktoś kiedyś szeptał przy świecy


park maluje nam cienie pod stopami

splata je razem

rozplata

i znów splata


jestem drzewem które przestało się bać zimy

bo stoisz obok

i wiesz jak nazwać moje milczenie


patrzę jak wiatr zdejmuje z ciebie troski

i niesie je w stronę jeziora

a ty nawet nie drgniesz


ławka zna nasze rozmowy bez słów

i nie pyta czemu czasem płaczę ze szczęścia


wiosna pachnie tobą

a melancholia

jest jak ten spacer

cicha

bezpieczna

i nasza

resztki sierpnia w pudełku

noszę grudzień w lewej piersi

nawet gdy sierpień pali chodniki

i nikt nie śpiewa kolęd


odwijam z pamięci zapach choinki

jak list

który czytam co wieczór


jestem adwentem bez kalendarza

odliczam oddechami

do pierwszej gwiazdy


tęsknię za stołem który milczy głośniej niż ludzie

za śniegiem w szklanej kuli

który nigdy nie topnieje


wieszam w sobie lampki z czekania

i świecę nimi po ciemku


każdy dzień bez opłatka jest postem

a melancholia

to cicha kolęda

którą nucę

zanim przyjdą święta

adwent w sercu

liczę na palcach do pierwszej gwiazdy

choć za oknem jeszcze wrzesień

i liście nie wiedzą że czekam


noszę w kieszeni zapach piernika

wyciągam czasem żeby powąchać

i znowu schować na później


jestem oknem które wypatruje śniegu

zanim spadnie

zanim ktokolwiek zapali lampki


tęsknię za stołem pełnym głosów

za ciszą która pachnie sianem

za opłatkiem cienkim jak oddech


każdy dzień bez choinki jest dłuższy

każda noc jaśniejsza od wspomnienia


wieszam w sobie bombki z czekania

i ubieram melancholię w złoto

bo wiem


że przyjdzie

i przyniesie dom

grudzień w sierpniu

noszę grudzień pod powiekami cały rok

pachnie igliwiem i pomarańczą

chociaż za oknem lipiec


jestem domem który ubiera się w światło

zanim jeszcze przyjdzie wieczór

i stół już nakryty w moich myślach


tęsknię za ciszą wigilijnego śniegu

za opłatkiem kruchym jak obietnica

za kolędą która mieszka w gardle


liczę dni jak bombki na choince

każda z nich ciężka od czekania

i jasna od nadziei


świat nie wie że już mam prezenty

schowane w sercu

wstążką przewiązane


a melancholia jest jak pierwsza gwiazda

daleka

cicha

i prowadzi do domu

kwiecień w kieszeniach

idę sadem boso po wczorajszym deszczu

gałęzie malują mi włosy na biało


ziemia oddycha pode mną cicho

jakby bała się spłoszyć ciszę


jestem pusta jak ul przed pszczołami

czekam

nie wiem na co


wiatr przegląda się w moich dłoniach

i zabiera mi z palców wspomnienia

których nie umiem nazwać


sad pachnie obietnicą bez adresu

nie pyta czemu przyszłam sama

tylko sypie mi w ślady płatki


staję i słucham jak rośnie milczenie

i melancholia

kwitnie

razem ze mną

wiosna przycupnęła

idę przez sad zanim pszczoły zaczną pracę

gałęzie szepczą nade mną coś o trwaniu


ziemia jest miękka jak świeży chleb

przyjmuje każdy mój krok bez pytania

i oddaje zapach wczorajszego deszczu


jestem drzewem które zapomniało owocować

stoję między jabłoniami


zazdroszczę im kwitnienia bez lęku

wiatr zdejmuje ze mnie płatki i lata


ja nie wiem co jeszcze mogę mu oddać

oprócz dłoni otwartych do niczego


sad nie pyta dlaczego przyszłam sama

obsypuje mnie białym milczeniem


i przez chwilę wierzę

że melancholia to też wiosna

tylko wolniejsza

cichsza

i rosnąca do środka

pusta łódka o świcie

idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień

woda trzyma jeszcze sny nocy


moje stopy znają każdy kamień

mówią mi o zimnie

o cierpliwości

o tym jak długo trzeba czekać na ciepło


jestem łodzią bez wioseł bez celu

kołysze mną cisza


mgła siada na rzęsach jak pytanie

na które nie chcę dziś odpowiadać


jezioro liczy moje kroki zamiast lat

i nie pyta dlaczego jestem sama

tylko daje miejsce moim śladom


wracam do siebie powoli po kropli

i melancholia jest jak ten świt

jasna

i trochę wilgotna

mgła ma moje imię

idę brzegiem jeziora zanim zbudzi się dzień

woda trzyma jeszcze sny nocy

i oddaje je niebu po jednym


moje stopy znają każdy kamień

mówią mi o zimnie o cierpliwości

o tym jak długo trzeba czekać na ciepło


jestem łodzią bez wioseł bez celu

kołysze mną cisza i myśli o tobie

których nie przywiozłam ale są


mgła siada na rzęsach jak pytanie

na które nie chcę dziś odpowiadać

wystarczy że oddycham


jezioro liczy moje kroki zamiast lat

i nie pyta dlaczego jestem sama

tylko daje miejsce moim śladom


wracam do siebie powoli po kropli

i melancholia jest jak ten świt

jasna i trochę wilgotna

liturgia westchnienia

dziękuję za ciebie jak za deszcz po suszy

za studnię wyrytą w ciszy mojego ciała

z której piję bez lęku


byłeś ziarnem które spadło w moje dłonie

gdy ziemia we mnie była już jałowa

a teraz rośnie z nas las


jesteś kotwicą utkaną ze światła

trzymasz mnie gdy odpływam od siebie

i nie szarpiesz nie ranisz


czasem boję się że niebo się pomyliło

że podarowało mi za dużo nieba naraz

więc chowam cię w szeptach


kładę nasze imiona na języku jak chleb

i mówię w górę bez głosu

dziękuję za ten ogień


za dom który ma twoje źrenice

za melancholię która grzeje jak wełna

słodki niepokój

kocham cię tak jak kocha się pierwszą wiosnę

po długiej zimie z niedowierzaniem

że mróz naprawdę odpuścił


twoje ramiona są krajem do którego wracam

bez mapy bez pytań bez strachu

i za każdym razem jest bliżej


boję się czasem że szczęście jest zbyt głośne

więc szepczę twoje imię do poduszki

żeby los nie usłyszał i nie zabrał


patrzysz na mnie jakbym była wierszem

którego nie trzeba rozumieć

wystarczy czuć


z tobą nawet milczenie dojrzewa

jak owoc na słońcu

robi się pełne i ciepłe


jestem przy tobie cała z wczoraj i z jutra

i ta melancholia jest miękka

jak twój oddech na mojej skórze

cichy zachwyt

kocham cię tak jak kocha się późny wrzesień

ciepły od słońca i już trochę smutny

bo wiem że wszystko co piękne przemija


trzymasz moją dłoń jakby była ze szkła

a ja przestałam się bać że spadnę

przy tobie ziemia jest bliżej


oddycham twoim imieniem między słowami

i nawet cisza przy tobie ma sens

nie muszę tłumaczyć drżenia


jesteś moim domem zbudowanym z oddechów

z porannej kawy i spojrzeń przez stół

z obietnic których nie trzeba mówić


boję się czasem że to sen

więc budzę się w nocy i sprawdzam

śpisz obok ciepły prawdziwy mój


i wtedy melancholia ma smak miodu

pusta kartka

kocham cię tak jak kocha się morze z okna pociągu

wiesz że istnieje wiesz że nie wejdziesz

a jednak oczy same szukają błękitu


noszę twoje imię w kieszeni dziurawej

gubię je co krok i zbieram od nowa


jesteś moim jutrem które nie ma daty

kalendarz śmieje się z moich planów


uczę się oddychać twoją nieobecnością

powoli na raty żeby nie zabolało

ale boli


śpię po twojej stronie łóżka

żeby oszukać poduszkę

ona i tak wie


jestem listem bez znaczka i adresu

i tak czekam aż mnie otworzysz

sól na rzęsach

oddycham tobą jak powietrzem z innego pokoju

blisko tak że boli daleko tak że nie ma

uczę się twojej nieobecności na pamięć


masz dłonie które nie znają drogi do moich

a ja znam wszystkie mapy twoich milczeń


śnię cię w kolorach których nie ma w dzień

budzę się szara i cała z tęsknoty

kładę twoje imię pod język zamiast cukru


jesteś listem którego nie napisano

adresem który nie istnieje na kopercie

a ja czekam na listonosza co noc


noszę twoje spojrzenie jak pożyczony płaszcz

za duży za zimny nie na moje ramiona

ale nie umiem go zdjąć


kocham cię ciszą między naszymi imionami

to jedyne miejsce gdzie jesteśmy razem

i nawet tam jesteś pierwszy do wyjścia


zostawiam dla ciebie światło w oknie

choć wiem że nie masz mojego adresu

miłość z papieru

trzymam ciebie w myślach jak suche liście w książce

nie szumią nie rosną tylko kruszą się cicho


uczę się ciebie na pamięć choć nie ma egzaminu

z twojego uśmiechu który nie jest mój


jesteś moim sekretem który zna całe miasto

wszyscy widzą jak patrzę gdy przechodzisz

i nikt nie mówi że to boli


buduję nam dom z oddechów między zdaniami

stawiam ściany z tego czego nie powiedziałeś

wprowadzam się tam co noc sama


twoje imię śpi na mojej poduszce

rano budzi się obce i zimne

a ja i tak je całuję


kocham ciebie tak jak kocha się zimę

piękną daleką i nie do przetrwania


noszę tę miłość w żebrach zamiast powietrza

czekam na ciebie bez jutra

bo wczoraj już się nie wydarzyło

i nigdy nie wydarzy się my

puste miejsce obok

noszę twoje imię pod językiem

jak okruch chleba

który nie karmi

tylko kaleczy


wymyśliłam nas w głowie

pięknych i możliwych

świat nie uwierzył


kocham ciebie z daleka

tak się kocha gwiazdy

jasne i nieme

nie na moją kieszeń


serce uczy się milczeć

kiedy przechodzisz

uczy się nie bić głośniej

niż wypada


jesteś obietnicą

której nikt nie złożył

a ja i tak czekam


w moich dłoniach jest miejsce

na twoją dłoń

zawsze zimne

zawsze gotowe


rano wstaję cała

bez ciebie

białe przebudzenie

rosa chłodzi stopy

serce bije ciszej

wschód rozsuwa noc palcami

jestem


mgła kładzie się na rzęsach

jak wspomnienie

które już nie waży

oddycham nim


trawa szepcze do skóry

o końcu czekania

każdy krok zostawia ślad

lekki jak przebaczenie


słońce maluje mnie na nowo

bez wczorajszego cienia

uśmiech rośnie od ziemi

nieproszony czysty


jestem tutaj

boso i cała

w tym jednym oddechu

mieści się cały świat


łza spada w kwiaty

i nie jest smutna

świt przyszedł na palcach

rosa całuje palce

chłód budzi serce

wschód rozplata warkocz mgły

oddycham jaśniej


trawa pamięta zimę

lecz już nie boli

wczoraj zostaje za plecami

idę do przodu


wiatr niesie imiona

których już nie wołam

uśmiech rośnie powoli

jak pierwszy pąk


jestem lekka

jestem cała

słońce dotyka karku

i mówi zostań


boso znaczy wolna

każdy krok to dziękuję

łza spada w ziemię

i kiełkuje


na tej łące

jestem domem

cichy śmiech w filiżance

jestem szczęśliwa

tak po prostu

jak deszcz który już nie musi padać


poranek pachnie chlebem

i spokojem

który nie pyta o powód


siedzę na parapecie

z herbatą w dłoniach

paruje we mnie lato

chociaż za oknem zwykły wtorek


serce chodzi boso po podłodze

nie spieszy się

nie liczy kroków

nie gubi rytmu


świat jest miękki

jak koc wyjęty z szafy

jak oddech po długim płaczu

który wreszcie przeszedł


patrzę na swoje dłonie

są ciepłe

są moje

i to mi wystarcza

oddech z tamtych lat

przeszłość chodzi za mną

jak zapach czyjejś skóry


tęsknię za pokojem gdzie

ściany znały wszystkie sekrety

a okna otwierały się na lato

bez pytania o pozwolenie


wyciągam z pamięci listy

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 38.25