E-book
8.19
drukowana A5
47.7
Sobowtór ukochanego

Bezpłatny fragment - Sobowtór ukochanego

Objętość:
311 str.
ISBN:
978-83-8126-346-7
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 47.7

Rozdział 1

Rysiek Rutkiewicz. To nazwisko nie schodziło z ust bywalców Kąpieliska Miejskiego w Bytomiu, ponieważ jego właściciel był tajemniczą postacią. Młodzieniec ów wyróżniał się nie tylko urodą, lecz również ubiorem i zachowaniem. Wysoki, atletycznie zbudowany brunet, ze sfalowanymi, zaczesanymi do tyłu włosami zakrywającymi kark, regularnymi rysami twarzy i ogromnymi, malachitowymi oczami okolonymi rzęsami marzyciela, wywołującymi westchnienia dziewcząt. Przyjeżdżał na luksusowym, białym rowerze. Skąd on go wytrzasnął? Nikt nie miał takiego. Chodziło się po mieście pieszo. Samochody też rzadko widziało się na ulicach. Jeden rozklekotany, stary tramwaj jeździł krótką trasą, od początku ulicy Piekarskiej do kościoła Najświętszej Trójcy w pobliżu Rynku, czyli placu Stalina.

Rysiek nosił kolorowe, sportowe koszule, idealnie wyprasowane. Składał je starannie na czystym, żółtym kocu, wraz z lnianymi białymi spodniami. Zostawiał ubranie na trawniku i wchodził do basenu. Wszyscy stawali na brzegu i przyglądali się jego pływackim wyczynom. On jednak nic sobie z tego nie robił. Po wyjściu z wody wracał na koc, ubierał się, wsiadał na rower i opuszczał kąpielisko.

Piętnastoletnia Krysia nigdy dotąd nie widziała tak atrakcyjnego mężczyzny. Nawet w filmach. Wpatrywała się w niego jak w bóstwo. Odnosiła wrażenie, że jego głowę otacza aureola, jak na obrazkach świętych. Marzyła o nim dniami i nocami.


Zaczęło się od wypowiedzianego kiedyś mimochodem przez jej babkę stwierdzenia, które zakonotowała: „Jeżeli człowiek czegoś pragnie, musi o tym nieustannie marzyć, żeby to osiągnąć”. Lubiła marzyć. Ot tak, dla samej przyjemności. Nie sądziła, że może to mieć wpływ na jej losy. Lecz od tej chwili zaczęła poważnie traktować swoje marzenia, nie zważając na to, że nie są zbyt realne. Jednak istniała chyba szansa spełnienia przynajmniej tego, aby poznać Ryśka Rutkiewicza?

Były wakacje. Po powrocie od ciotki mieszkającej w Sopocie co dzień chodziła na kąpielisko w Parku Miejskim, w rodzinnym mieście Bytomiu. Kochała je, dumna była z jego historii i wolnościowych tradycji. Czuła się bytomianką, lecz nie Ślązaczką, ponieważ jej rodzice pochodzili ze Lwowa. Zostali repatriowani, jak to się określało, a oznaczało wypędzenie z domu na Wschodzie z dwoma walizkami. Ci wydaleni po wojnie ze wschodnich terenów Polski stanowili większą część mieszkańców Bytomia. Różnili się pozytywnie od Ślązaków. Wielu z nich należało do elity miasta. Zajęli miejsce przesiedlonych Niemców. Jednak ów wspaniały, piękny Lwów z rzewnych wspomnień rodziców był Krysi obcy. Zrosła się z zadymionym pejzażem górniczego Bytomia, z charakterystycznymi szybami kopalnianymi na horyzoncie, które pojawiały się na wszystkich jej szkolnych rysunkach.

Rysiek Rutkiewicz, podobnie jak ona, co dzień zjawiał się na kąpielisku. Mógł mieć już dwadzieścia lat, lecz jej nie interesowali rówieśnicy ani też inni szarzy, nieciekawi młodzieńcy spotykani na co dzień. W ponurej peerelowskiej rzeczywistości rzadko pojawiały się takie postacie jak Rysiek. W Bytomiu stanowili je artyści Opery Śląskiej, repatriowani świetni śpiewacy Opery Lwowskiej. Każdy i każda z nich stawali się legendą, obrastali mitami. Najbardziej malowniczy wygląd miał reżyser Fotygo-Folański. Ów zgrzybiały starzec z długimi białymi włosami, związanymi w kucyk, nosił dziewiętnastowieczny strój i podpierał się laseczką z artystyczną mosiężną główką. W chłodne dni wkładał pelerynę i malarski beret z kokardą.

Od starszej kuzynki Krysia dowiedziała się, że artyści spotykają się w kawiarni „Hel” położonej w pobliżu opery, przy ulicy Moniuszki, przy której usytuowane były też dwa najokazalsze w mieście, secesyjne budynki: Opery Śląskiej i szkoły muzycznej. Jednak nigdy nie odważyła się zajrzeć do tej kawiarni. Gdy spotkała przypadkiem na ulicy jakiegoś śpiewaka lub śpiewaczkę, z wrażenia uginały się pod nią nogi. Znała ich ze sceny. Od dziewiątego roku życia co dzień chodziła do opery. Zabierała ją ze sobą sąsiadka, która pracowała tam jako garderobiana na balkonie. Stawiała dla Krysi stołek w przejściu między rzędami, tuż przy balustradzie, skąd dziewczynka miała doskonały widok. Zafascynowana siedziała do końca przedstawienia. Nie rozumiała dokładnie treści, chociaż w tych czasach nie śpiewano oper w językach kompozytorów, tylko w polskim tłumaczeniu. Jednak muzykę chłonęła nie tylko uszami, lecz całym sercem. Czasami ze wzruszenia spływały jej po policzkach łzy. Tutaj po raz pierwszy odczuła podniecenie seksualne podczas oglądania baletu „Nocy Walpurgii” w operze „Faust”. To opera ukształtowała świat jej uczuć i marzeń.

Nazajutrz po powrocie ze szkoły odgrywała fragmenty spektaklu w pustej w ciągu dnia sypialni. Patrzyła przy tym na obraz Matki Boskiej wiszący nad połączonymi łóżkami rodziców. Dziwiło ją, że z każdego punktu pokoju odnosi wrażenie, iż Madonna patrzy jej prosto w oczy.


Gdy ujrzała Ryśka po raz pierwszy, spytała kuzynkę, z którą przyszła na basen, kim jest ten wspaniały mężczyzna.

— Nie wiesz? — zdziwiła się Ela. — To Rysiek Rutkiewicz.

— A kto to taki?

— Niebieski ptak — zaśmiała się jej kuzynka. — Jest tajemniczą postacią. Nikt nic o nim nie wie. Tyle tylko, że nazywa się Rysiek Rutkiewicz. To wszyscy wiedzą.

W ówczesnej propagandzie określenie „niebieski ptak” brzmiało jednoznacznie pejoratywnie. Była to ulubiona figura, obok bikiniarzy czy spekulantów, stosowana wobec rozmaitych „szkodników” odstających od przyjętych w PRL-u norm. Słowem takim określało się lekkoducha, pasożyta, trutnia. Byli to ludzie, którzy świadomie lub nie, poszerzali na swoje sposoby przestrzenie wolności. Dzięki którym ówczesne życie było trochę znośniejsze, barwniejsze.

Niestety, marzenie poznania Ryśka Rutkiewicza nie spełniło się. Przyglądała mu się z daleka. Nie śmiała nawet zbliżyć się do niego, więc jakżeby miało się spełnić? Podczas następnych wakacji nie przyjeżdżał już na basen, lecz wciąż pojawiał się w jej wyobraźni. W błękitnej koszuli i białych lnianych spodniach, opromieniony aureolą tajemniczości. Zastanawiała się często, co mogło się z nim stać. Brzmiały jej wówczas w uszach słowa jednego z przebojów: Niebieskie ptaki do paki. Nie mogła znieść myśli, że ów niezwykły młodzieniec siedzi w więzieniu. Pocieszała się jednak, że może po prostu przeniósł się do innego miasta. Marzyła o tym, by go jeszcze kiedyś spotkać.

Rozdział 2

Najbardziej lubiła marzyć w lecie, gdy po błękitnym niebie chyłkiem przemykały obłoczki. Na łonie bujnej natury Parku Miejskiego, w którym rosły stuletnie drzewa, głównie liściaste: kasztany, dęby, klony, topole, pachnące akacje, buki, wierzby. Przychodziła tu od początku wiosny aż do późnej jesieni. Zawsze z książką. Siadała na ławce pod ogromnym kasztanem. Czasami uczyła się, czasem czytała, ale najczęściej poddawała się marzeniom, słuchając śpiewu ptaków i szumu liści.

Kiedyś w jakimś kobiecym piśmie przeczytała artykuł, z którego dowiedziała się, że między ludźmi i drzewami istnieje ścisła więź. Każdy człowiek, w zależności od daty urodzenia, posiada swoje osobiste drzewo, które towarzyszy mu przez całe życie. Przed dwoma tysiącami lat Celtowie opracowali horoskop bazujący na różnych gatunkach drzew, odmiennie niż powszechnie znany horoskop astrologiczny oparty na Zodiaku. Uważali, że każdy ma swojego przedstawiciela w jednym z drzew. Są drzewa ozdobne i skromne, delikatne i mocne, rosnące w większych skupiskach i samotne — podobnie jak ludzie. Zapamiętała, że drzewem charakteryzującym ludzi urodzonych, tak jak ona, między piętnastym a dwudziestym czwartym maja, jest kasztan. Osoby z nim związane są bardzo zmysłowe, ponieważ jednak przywiązują dużą wagę do zasada moralnych, nieco purytańskie. Sądzą, że jedyny sposób na zaspokojenie ich potrzeb erotycznych stanowi małżeństwo.

O tak. Najczęściej marzyła o miłości i szczęśliwym małżeństwie z Ryśkiem Rutkiewiczem, z dwójką dzieci, chłopczykiem i dziewczynką. Modliła się, by go kiedyś poznać i rozkochać w sobie.

Od dziecka pragnęła być kim niezwykłym, mieć barwne, atrakcyjne życie na szczytach jakiejś kariery. Zostać aktorką lub śpiewaczką operową albo wybitną pianistką. A może pisarką? Trudno jej jednak było uwierzyć, że jest to możliwe. Miała wprawdzie marzące, słodko-czekoladowe oczy z długimi rzęsami, czarne, gęste włosy, splecione w gruby warkocz, jasną, alabastrową cerę, ale — niestety — pokaźny orli nos i zbyt szerokie usta. Najbardziej martwiła ją chłopięca figura z wąskimi biodrami, szerokimi ramionami i małymi piersiami, a przy tym była za niska na aktorkę. Pisać potrafiła tylko wypracowania z języka polskiego, za które zawsze dostawała piątkę. Ale nigdy nic innego nie napisała. Nie prowadziła nawet pamiętnika. Uczyła się wprawdzie gry na fortepianie, lecz nie wykazywała specjalnego talentu. Nie umiała też zbyt pięknie śpiewać.

Czytała w tym czasie wiele powieści. Zapisała się do biblioteki, z której wypożyczała wszystkie książki po kolei, jak leci. Napisać powieść! Stanowiło to jedno z jej marzeń. Ale jak? Nawet nie próbowała. Jednak było to tak silne pragnienie, że okłamała szkolną koleżankę Irkę, iż pisze książkę. Co dzień, gdy po lekcjach wracały do domu, opowiadała jej kolejne dzieje bohaterki czytanej aktualnie powieści, podszywając się pod jej autorkę. Irka podziwiała ją i wróżyła jej karierę literacką. Krysię dręczyły wyrzuty sumienia z powodu tej obrzydliwej mistyfikacji, lecz bała się do niej przyznać. Pewna była, że Irka ją potępi, oburzy się na nią. W końcu wyspowiadała się z tego. Ksiądz nakazał jej wyprowadzenie przyjaciółki z błędu.

— Zerwanie przyjaźni będzie stanowić pokutę za ten grzech — pouczył.

Więc po długim wahaniu powiedziała Irce prawdę. O dziwo, koleżanka przeszła nad tym do porządku dziennego, nie robiąc jej najmniejszych wyrzutów. Krysia była tym wzruszona.

— Naprawdę, nie masz mi tego za złe? — spytała drżącym głosem.

— No, coś ty? Poznałam bardzo fajną książkę… Też chciałabym czytać i marzyć, tak jak ty. Tylko wiesz, ja nigdy nie mam na to czasu. Wolę, żebyś mi to wszystko opowiadała. Ty wciąż o czymś marzysz. A ja… Nieraz, po odrobieniu lekcji siadam, żeby sobie pomarzyć, i od razu przypomina mi się, że mam coś ważnego do zrobienia.

Odtąd Irka stała się jej najlepszą przyjaciółką, którą wyciągała do kina na francuskie i włoskie filmy, jedyne zachodnie w kinie „Bałtyk”. Poza nimi wyświetlano tylko radzieckie i polskie. Jednak Irka bardziej lubiła słuchać opowiadania przyjaciółki o czytanych aktualnie powieściach. Ta zaś zazdrościła jej rodziców, ojca architekta i matki, prawdziwej damy z polakierowanymi na czerwono paznokciami. To też było jedno z marzeń Krysi. Mieć takich rodziców! Tymczasem jej ojciec pracował jako elektryk w kopalni „Rozbark”, a matka była krawcową. Jednak mimo wszystko bardzo ich kochała. Zwłaszcza mamusię, która zawsze tryskała humorem i podśpiewywała sprośne piosenki. Sama je chyba wymyślała, jak na przykład tę:

Ludzie mówią, ludzie twierdzą,

że u chłopów jaja śmierdzą,

a ja biedny nie wiem sam,

czym je perfumować mam.


Podśpiewywała sobie tylko, gdy były same, bo kiedyś wyrwało się jej przy ojcu, a ten skarcił ją, że to nieodpowiednie dla uszu dorastającej dziewczynki. Lecz Krysi podobały się te piosneczki. Śmiała się z nich nieraz do rozpuku, a jej mama cieszyła się z tego, bo bardzo lubiła trochę pożartować, w odróżnieniu od poważnego ojca.

Rozdział 3

Ukończyła właśnie szesnaście lat, gdy pewnego dnia, po powrocie ojca z pracy, rodzice wyjęli z szuflady komody jakieś papiery i rozłożyli je na stole. Uderzyły ją ich poważne, uroczyste miny.

— Jesteś już na tyle duża, że postanowiliśmy powiedzieć ci prawdę — rzekł ojciec, spuszczając wzrok z wyraźnym zakłopotaniem. — Zostałaś przez nas adoptowana jako trzyletnia sierotka. Twoi rodzice byli nieznani.

Krystyna zbladła. Przed jej oczami wszystko zaczęło tańczyć.

— Wiesz, jak bardzo cię kochamy, dlatego nie mogliśmy cię dłużej okłamywać — dodała matka. — W wieku dojrzewania różne myśli przychodzą dziecku do głowy. Pewnie zauważyłaś, że nie jesteś do nikogo z naszej rodziny podobna. Nikt nie ma takich ciemnych oczu i włosów jak ty. Musieliśmy ci to w końcu powiedzieć.

Dziewczynka usiadła przy stole, pochyliła się nad papierami, lecz nic nie mogła przeczytać, bo przed oczami latały jej czarne płaty.

— I nic nie wiadomo o mojej… mamie — spytała drżącym głosem, ciężko oddychając — tej niby prawdziwej?

— Absolutnie nic. Poczytaj sobie.

— Wy jesteście moimi rodzicami! — krzyknęła nagle. — Nie interesują mnie te papiery. Taka matka, która nie chce swojego dziecka, nie jest matką! Ona mnie obchodzi tyle, co zeszłoroczny śnieg! — Mocno objęła swoją mamusię. — Kocham was tak samo, jak wy mnie. Szkoda tylko, że nie mam siostrzyczki albo braciszka. Może mam, tylko nigdy ich nie poznam — posmutniała.

— Jedno z nas musi być bezpłodne, bo bardzo pragnęliśmy dziecka. — Rozłożył bezradnie ręce jej ojciec. — W końcu postanowiliśmy adoptować jakąś dziewczynkę. Pojechaliśmy do Domu Dziecka w Szopienicach i od razu zdecydowaliśmy się na ciebie. Byłaś taka śliczna, uśmiechałaś się do nas. Wyciągnęłaś do mamci ręce i powiedziałaś „mama”. A jej ze wzruszenia popłynęły z oczu łzy.

— Ta… kobieta nigdy nie chciała mnie przynajmniej zobaczyć? — spytała dziewczynka drżącym głosem, ukrywając wzburzenie.

— Nie mogła — odpowiedział ojciec. — To niemożliwe. Musiała podpisać taką… blankietową anonimową zgodę. Oznacza ona, że oddający dziecko do adopcji nie zna i w przyszłości nie będzie znał danych osób adoptujących jego dziecko. My też nie otrzymaliśmy żadnych informacji o twojej biologicznej matce. W akcie urodzenia to my jesteśmy wpisani jako twoi rodzice.

— Nie szkodzi. To mnie w ogóle nie interesuje. Mam kochanych rodziców i żadnej wyrodnej matki nie chcę znać — zakończyła rozmowę na ten temat.

Przed rodzicami trzymała fason, pozornie bagatelizując tę wiadomość, jednak w jej wnętrzu wszystko bulgotało. Nie była w stanie jeść, gdy usiedli do kolacji.

W nocy długo nie mogła usnąć. Myślała o swojej biologicznej matce, nie osądzając jej już tak surowo.

Nie wiadomo, dlaczego zmuszona była mnie oddać. Mogła być w tragicznej sytuacji. Może została zgwałcona. A może była alkoholiczką albo, co nie daj Boże, prostytutką. No, nie wiadomo. Lepiej nie wiedzieć, jaka była… Ciekawe, czy jestem do niej podobna? Prawdopodobnie. Szkoda, bo wolałabym być blondynką i mieć taką kobiecą figurę jak mamusia.

Teraz dopiero tak naprawdę uświadomiła sobie, jak bardzo kocha rodziców — uczciwych, pracowitych ludzi. Od tego czasu przestała zazdrościć Irce. Jej matka ją urodziła, więc kochała jako własne dziecko. Natomiast jej rodzice obcą dziewczynkę pokochali jak swoją. Wszystkiego się dla niej wyrzekali, żeby kupić pianino i opłacać jej prywatne lekcje gry na fortepianie. Matka po nocach szyła dla niej śliczne sukienki. Nigdy za nic jej nie karali, na wszystko jej pozwalali, w odróżnieniu od rodziców Ireny, którzy trzymali ją krótko.

Postanowiła więcej o tym nie myśleć. Wciąż jednak nachodziły ją różne myśli o biologicznych rodzicach. W jej rodzinie byli sami prości ludzie z podstawowym wykształceniem. Tymczasem ona chodziła do liceum, miała dobre stopnie, choć nie poświęcała zbyt wiele czasu na naukę. Nikt w jej rodzinie nie czytał książek, nikt nie grał na żadnym instrumencie, nikt nigdy nie był w operze… No i w ogóle, zupełnie do nich nie pasowała. Miała inne geny, odziedziczyła widocznie zdolności i zamiłowania po biologicznych rodzicach. Coraz częściej ogarniała ją tęsknota za nieznaną rodziną. Może ten Rysiek Rutkiewicz to jej krewny i dlatego tak bardzo jest nim zafascynowana? Może nawet jej brat?

Chyba dlatego czuła się wyobcowana, jakby była kimś zupełnie innym niż otaczający ją ludzie, jakby należała do innego świata. W miarę dorastania często odnosiła wrażenie, że wszystko, co dzieje się w jej życiu, przeszłość i teraźniejszość, jest nieistotne, nie ma zbytniego znaczenia w tej prawdziwej rzeczywistości rozgrywającej się poza zasięgiem jej świadomości. Głowiła się nieustannie, jakie jest to ważne, prawdziwe życie. Czytała tak wiele różnych książek, a jednak wciąż odnosiła wrażenie, że to nie „To”, że tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. Często pogrążała się w zadumie. Czuła, wyraźnie czuła, że istnieje coś bardzo ważnego, czego ludzie nie są w stanie odkryć. Najczęściej było to ukryte w muzyce, czasami w poezji. Ale czym owo „To” mogło być? Przekonana była, że znalazłaby je, gdyby spełniły się jej marzenia. Widocznie miała je w genach po biologicznych rodzicach, którzy musieli być artystami, a przynajmniej jedno z nich. Ale jak miały się spełnić? Chciała być kimś wybitnym. Tymczasem nie miała żadnego talentu. Dobre stopnie to za mało, żeby zostać kimś niezwykłym. Z nauki gry na pianinie nic nie wychodziło, nauczyciel wciąż się na nią złościł. Próbowała ostatnio pisać pamiętnik i też jej to nie najlepiej szło. O miłości mogła tylko marzyć. Ten Rysiek Rutkiewicz nawet na nią nie spojrzał. Tak, jedyne, co jej pozostało, to marzenia, które chyba nigdy się nie spełnią. Zostanie starą panną, po maturze pewnie nie dostanie się na studia i czeka ją jałowe życie urzędniczki.

Rozdział 4

Marzenia Krysi nieustannie się zmieniały. Nie była w nich wytrwała. Raz chciała być aktorką, raz śpiewaczką, a raz pianistką. Gdy dochodziła do wniosku, że któreś nie ma szansy spełnienia, zastępowało je następne. Tylko to jedno, by zostać pisarką, prześladowało ją najuporczywiej. Czasami inne pragnienie odsuwało je na dno świadomości, by po pewnym czasie ni stąd ni zowąd wybuchnąć z całą mocą. Choć nic nie wskazywało na to, żeby mogło się ziścić. Wciąż nie znajdowała ani pomysłu, ani czasu na pisanie.

Chodziła do żeńskiego liceum, więc zapraszano na zabawy uczniów liceum męskiego. Miała powodzenie, lecz nie umawiała się na randki. Nie interesowali jej chłopcy w jej wieku. Były to jedyne dwa w Bytomiu licea starego, przedwojennego typu. Poza nimi istniały koedukacyjne komunistyczne licea Towarzystwa Przyjaciół Dzieci. Zarówno jej jak i Irki rodzice pochodzili ze Lwowa i mieli antyreżimowe nastawienie, więc posłali córki do liceum nazywanego „klasztorem”, chociaż TPD-owskie znajdowało się w pobliżu. Musiały chodzić w granatowych mundurkach z białymi kołnierzykami i z tarczą na ramieniu przedstawiającą numer oraz emblemat szkoły.

Przedwojenni nauczyciele przemycali religijne i patriotyczne treści, które chłonęły całym sercem, ponieważ w domu też były wychowywane w tym duchu. Jednak rzadko udzielała się im frustracja rodziców narzekających na PRL-owską rzeczywistość. Spokojnie usypiały przy buczeniu zagłuszanej „Wolnej Europy”, którą ich młody wychowawca, uczący historii, nazywał „szczekaczką“. On niestety i dyrektorka szkoły byli zagorzałymi komunistami, co dręczyło je nieraz schizofrenicznym rozdwojeniem, ponieważ obojga lubiły. Na szczęście młoda, śliczna pani od rosyjskiego nie usiłowała ich indoktrynować. Nazywały ją Tatianą, gdyż pięknie czytała na głos list Tatiany do Oniegina i uczyła ich starych rosyjskich ballad. Jednak po roku zastąpiła ją wredna, gruba Rosjanka nazywana przez nie „sobaką”. Teraz musiały śpiewać hymn Związku Radzieckiego i inne sowieckie pieśni, jak na przykład „Pławno Amur swoi wołny niesiot”. Krystyna najbardziej lubiła lekcje języka francuskiego. Uwielbiała Gerarda Philipa i filmy, w których występował. Lubiła też nauczycielkę nauczającą tego języka. Była to atrakcyjna, szykowna paryżanka. Jej polscy rodzice jako komuniści zmuszeni byli przed wojną wyemigrować do Francji i dopiero po niej powrócili do Polski. Najwięcej dowiedziała się od niej o Paryżu, który był jej ukochanym miastem. Na podstawie jej opowiadań również je pokochała. Z tego powodu pilnie uczyła się języka francuskiego i marzyła, żeby kiedyś zobaczyć te cuda na własne oczy. Było to jej kolejne marzenie. Marzenie ściętej głowy!

Kiedyś siedziała na ławce parku i powtarzała materiał z geografii, szczególnie zagłębiła się w rozdział o stolicy Francji. Po jakimś czasie odłożyła podręcznik i… znalazła się na Gare du Nord. Rozpierała ją radość. Panował niesamowity ruch i gwar. Sprzedawcy gazet wykrzykiwali tytuły najświeższych wiadomości. Mrowie ludzi zmierzało do wyjścia. Jedni wykrzykiwali jakieś nazwiska, inni padali sobie w ramiona. Wokół wirowały słowa brzmiące dla jej ucha jak muzyka. Powoli przeciskała się w tłumie wzdłuż hali do wyjścia. Gdy stanęła przed dworcem, wzrok jej padł na sklep z napisem Fleurs. Spostrzegła przed nim wielobarwne kwiaty. Weszła do środka, gdzie oszołomił ją zapach jaśminów i bzów. Kupiła jedną szkarłatną różę i wpięła ją we włosy. Po wyjściu z kwiaciarni znalazła się na ruchliwym Place de Roubaix. Przyglądała się oryginalnie ubranym, mocno umalowanym dziewczynom i innym przechodniom, a także luksusowym samochodom i autobusom. Po chwili przeszła na drugą stronę i ruszyła przed siebie. Wkrótce znalazła się w labiryncie małych uliczek. Słońce oświetlało ich piękne, barwne fasady. Mijała liczne butiki, pożerając wzrokiem wystawy. Przed sklepami spożywczymi wystawione były stragany z owocami i jarzynami. Nad nimi zwisały zioła i bukiety wielobarwnych kwiatów. Kobiety robiły zakupy, przystawały ze znajomymi na pogawędkę. Z małej kafejki unosił się zapach świeżo parzonej kawy i świeżych croissantów. Zamierzała do niej wejść i… ocknęła się. Znów siedziała na ławce w parku.


Jej liceum to istotnie był „klasztor”. Żadnej z dziewcząt nawet do głowy nie przyszłoby malowanie się, palenie papierosów czy picie alkoholu. Nawet na balu maturalnym nie mogło być o tym mowy. Tyle tylko, że wystroiły się i włożyły buty na wysokich obcasach. Mama uszyła jej piękną sukienkę z błękitnej tafty, rozkloszowaną i obcisłą w talii, z małym dekoltem, a ojciec ofiarował zrobione na zamówienie u szewca czarne „czółenka”, jak nazywano buty na wysokim obcasie, podobne do późniejszych szpilek, z tą różnicą, że miały grubsze obcasy.

Seks stanowił dla nich tabu. Niejakiego wtajemniczenia dokonała pewna książka, którą zdobyła jedna z nich. Krysi przypadła rola czytania jej na głos w czasie przerw i po lekcjach, Irka zaś trzymała wartę przy drzwiach, żeby ich na tym nie przyłapano. Książka ta stała się dla nich objawieniem, z wypiekami na twarzy poznawały stadia rozwoju ludzkiej seksualności, mechanizmy układu płciowego, problemy defloracji, przebiegu stosunku, orgazmu itp. Lecz była to jedynie teoria, o praktyce nie miały zielonego pojęcia. Na zabawach szkolnych flirtowały z chłopcami z liceum męskiego, jednak nigdy nie doszło nawet do ukradkowego pocałunku.

Od tego czasu najskrytszym marzeniem Krysi stał się ten pierwszy raz. Wyobrażała to sobie całkiem mgliście, bo nie miała pojęcia, jakby to było. Odmalowywała to sobie tak odświętnie jako coś pięknego, najpiękniejszego w życiu. Jako coś, po co właściwie żyła. Często myślała, jak to będzie, kiedy pewnego razu zostanie sam na sam z mężczyzną, którego kocha. To musi być Rysiek Rutkiewicz!

Niejeden chłopak się w niej podkochiwał, lecz ona ich ignorowała. Owszem, lubiła tańczyć, lecz bujała w obłokach. Wciąż marzyła o Ryśku, którego nie mogła zapomnieć. Nie traciła nadziei, że go jeszcze kiedyś spotka.

Przyśnił się jej pewnej nocy. Był to dziwny sen. Po prostu nie z tej ziemi:

Szły z Irką wyboistą drogą w nieznane. Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się po obu stronach cudowne widoki. Zorientowały się, że są w… niebie niedostępnym dla takich grzesznic jak one. W każdej chwili mogły zostać odkryte, że odważyły się tu wejść. Irena była przestraszona. Tymczasem ona odniosła wrażenie, że doskonale zna drogę, poczuła się pewna siebie i rozluźniona. Ogarnęło ją oszałamiające uczucie, że po raz pierwszy w życiu znalazła się w swoim świecie, w tym, do którego należała, lecz nigdy dotąd nie miała do niego dostępu. Poczuła, że znajduje się we właściwym miejscu. W tej innej rzeczywistości. Tej, za którą tak nieprzytomnie tęskniła. Gdy na horyzoncie ukazały się stoki gór, pewnie skręciła i wkrótce znalazły się na skraju iglastego lasu. Było tu podobnie jak w Tatrach, ale o wiele piękniej.

Irka zaczęła rozglądać się lękliwie i położyła palec na ustach, nakazując milczenie. Na jej twarzy malowało się przerażenie, trzęsła się wręcz ze strachu. Tymczasem ona rozkoszowała się żywicznym zapachem i śpiewem ptaków, chłonęła widok drzew. Idąc z zadartą głową, obserwowała ich koronkowe wzory na farbkowym niebie. Rozpoznawała je: sosna, świerk, jodła, modrzew. Najbardziej urzekły ją bujne sosny górskie, które znała tylko z rycin w podręczniku do przyrody. Zachwycały ją ich szczoteczkowe gałęzie z gęstymi, długimi igłami. Przyciągały ją tak mocno, że w pewnym momencie objęła pień jednej z nich i mocno się do niej przytuliła. Nie mogła się od niej oderwać. Czuła się z nią zjednoczona. Jej świadomość została bez reszty opanowana dziękczynną modlitwą bez słów, skierowaną do stwórcy tego cudu przyrody.

Przyjaciółka odciągnęła ją od drzewa.

— Co ty wyprawiasz?! — zgromiła ją scenicznym szeptem. Dla takich jak my nie ma tu miejsca. Tylko święci mają prawo tu przebywać.

Szły przed siebie wspinającą się w górę ścieżką, gdy w pewnym momencie spostrzegły przebiegającą sarenkę. Po chwili Krystyna zauważyła wspinającą się po drzewie wiewiórkę. Wszystko to wzbudzało w niej euforię. Wtem ujrzały w dali wysoką ludzką postać. Gdy zbliżyły się do niej, okazało się, że to… Rysiek Rutkiewicz!

Obudziła się w tym momencie z uczuciem zawodu. Tak bardzo chciała dalej śnić, aby się z nim spotkać i wreszcie go poznać!

***

Postanowiła zdawać na polonistykę, by zostać pisarką. Złożyła podanie na Uniwersytet Jagielloński. Jednak pod koniec roku szkolnego nastąpiło zdarzenie, które niespodzianie wpłynęło na zmianę tej decyzji. Podczas organizowanego przez nauczycielkę języka polskiego festiwalu teatralnego jej klasa wystawiła „Moralność pani Dulskiej”. Nauczycielka obsadziła ją w głównej roli, bo była jej pupilką. Podczas pierwszej próby Krystyna w żaden sposób nie potrafiła wcielić się w to antypatyczne babsko. Lecz później skojarzyła się jej ta postać z matką jednej z koleżanek. Wchodziła w tę dobrze znaną osobę podczas każdej próby. W prawdziwy trans wpadła przed przedstawieniem, gdy mocno ucharakteryzowana nie poznała siebie, patrząc w lustro. Odniosła sukces. Wszyscy jej gratulowali.

— No, ty to jesteś urodzona aktorka! — powiedziała z uznaniem polonistka.

Poczuła się w tym momencie, jakby uderzył w nią grom. Podjęła błyskawiczną decyzję: „Zostanę aktorką”. W ostatniej chwili złożyła dodatkowo podanie do szkoły teatralnej. Gdy oświadczyła rodzicom, że chce zdawać na te studia, oboje byli przerażeni. Matka tłumaczyła jej, że nie ma ani odpowiedniej urody ani zdolności. A ojciec po raz pierwszy chyba wyraził się przy niej tak wulgarnie, twierdząc, że to kurewski zawód. Mieli nadzieję, że nie dostanie się na te studia. Ona także w to wątpiła, gdyż było mnóstwo kandydatów, a przyjąć miano tylko dziesięć osób, pięciu chłopców i pięć dziewczyn. Ponieważ jednak egzamin wstępny odbywał się wcześniej niż na uniwersytecie, gdyby jej nie przyjęto, mogła zdawać na polonistykę.

W nagrodę za dobre świadectwo maturalne dostała od rodziców pieniądze na kosmetyki. Wybrała się do komisu z kuzynką Elą, studentką ekonomii, która pomogła jej wybrać odpowiedni puder, tusz do rzęs, kredkę do robienia kresek na powiekach i szminkę. Nauczyła ją też robienia makijażu. Dziewczynka nie poznała siebie, gdy spojrzała do lustra umalowana, upojona zapachem pomadki do ust. Z takim wyglądem mogła mieć szansę dostania się do szkoły teatralnej.

Na egzamin wstępny włożyła sukienkę uszytą przez matkę na bal maturalny, podkreślającą jej szczupłą sylwetkę. W czółenkach na wysokich obcasach, z mocno podkreślonymi oczami, z rozpuszczonymi, sięgającymi pasa włosami wspaniale się prezentowała. I chyba dzięki temu przeszła do dalszego etapu po pierwszych eliminacjach, po których pozostało tylko dwadzieścia osób. Zdawało się jej, że złapała Pana Boga za nogi.

Polonistka nauczyła ją interpretacji lirycznego wiersza Gałczyńskiego „Zaczarowana dorożka” i fragmentu prozy ze „Zbrodni i kary” Dostojewskiego. Z uczuciem wyrecytowała te teksty. Dobrnęła do ostatniego etapu, którego najbardziej się bała, ponieważ polegał na wykazaniu się sprawnością fizyczną. Musiała zrezygnować z wysokich obcasów i wystąpić w balerinkach. Nie miała szansy z wysokimi, długonogimi konkurentkami.

Rozdział 5

Podekscytowana wysiadła na krakowskim dworcu kolejowym. W tym dniu, po południu miała zostać wywieszona lista osób przyjętych na pierwszy rok studiów. Miała więc sporo czasu, by po raz kolejny nacieszyć się magiczną atmosferą tego miasta. Było południe, przywitała ją rozbuchana zieleń i bezchmurne niebo, co zawsze wprawiało ją w euforyczny nastrój. Jednak tym razem dominowało podenerwowanie i niepewność.

Dworzec wraz z jego otoczeniem nie był zbyt atrakcyjnym miejscem, lecz gdy, przeszedłszy obok straganów z odzieżą i innymi artykułami, znalazła się na Plantach, serce zabiło jej mocniej. Usiadła na ławce pod potężnym kasztanem, swoim ulubionym drzewem, żeby się uspokoić, ponieważ strasznie się denerwowała. Tak bardzo chciała zostać przyjętą na te studia i mieszkać w Krakowie. Kochała to miasto. Poczuła wzruszenie. Wokół niej wibrowały fluidy szczęścia, radości i miłości. W powietrzu unosił się zapach ziemi drażniący nozdrza, odurzając ciepłym uczuciem. Zauroczenie i uwielbienie rozpierało jej piersi pragnące tulić do serca ogromne drzewa, zapamiętałe w zielonej namiętności i toni błękitnego nieba.

Kiedy się uspokoiła, podążyła w stronę Teatru Słowackiego. Łapczywie pochłaniała wzrokiem dawne budowle, które zawsze urzekały ją metafizyczną tajemniczością. W powietrzu snuła się aura dobrych duchów przeszłości, utrzymujących dziejową ciągłość w tym niezwykłym mieście, uszanowanym nawet przez hitlerowskich zbrodniarzy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 47.7