E-book
16.38
drukowana A5
39.33
Snowcastle

Bezpłatny fragment - Snowcastle


1
Objętość:
208 str.
ISBN:
978-83-8104-688-6
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.33

„Zmieniać się, czy też nie?”
Ludzie zmieniają się na dobre lub złe

Starczy drobny gest.

Starczy chwila nieuwagi, aby wszystko stracić,

Zmienić się na zawsze,

Nieodwracalnie.

Nigdy nic nie będzie takie samo.

Czas mija, a my wraz z nim

Świat się zmienia, a czy my wraz z nim?

Kiedy bliska nam osoba odejdzie,

Zabierze ze sobą cząstkę nas.

Zmieniamy się…

Kiedy dowiadujemy się czegoś nowego

patrzymy na świat inaczej.

Zmieniamy się…

Zmieniamy się, aby przeżyć,

Dopasować się do sytuacji, ukoić ból.

Kto zwycięzcą jest na prawdę?

Ten co z światem się zmienia,

Ten, który stara się inną drogą do celu iść?

Czy ten kto nigdy się nie zmienia?

Ten, który stara się tą samą droga do celu iść?

Kto jest zwycięzcą?

Ten kto się zmienia, czy ten kto sobą zostaje?

Który z nich dotrze do celu mimo przeciwności losu?

Pytanie ważne zadaję sobie wciąż:

Aby do celu dość muszę sie zmieniać, czy też nie?

Kim się stanę jeśli zmienię się?

Prolog

Nieznajomy stał pod wielkim, rozłożystym drzewem. Towarzyszyło mu tylko pohukiwanie sów gdzieś w oddali. Nie obawiał się, że zostanie odkryty — o tej porze wszyscy spali, a od najbliższej wioski dzieliło go kilka kilometrów. Mężczyzna miał na sobie ciemny płaszcz, dzięki któremu nie było go widać w tę bezksiężycową noc. Przybysz nazywał się Gerald — był młodszym bratem króla Eternal Rose.

On wiedział, że strażnik nieba — Chors — przez większość nazywany Księżycem zszedł ze swojego posterunku. Działo się tak raz w miesiącu i trwało przez cztery noce. Ludzie powiadali, że kiedy znikał, zostawał zjedzony przez wilki i ich kuzynów wilkołaki, a potem odradzał się.

Ale czy można wierzyć plotkom? Starym wierzeniom ludowym? Nieznajomy w nie wierzył. Wierzył, że drzewo przed którym stoi to, to samo Drzewo, pod którym znajduje się On zakuty w kajdany, aby nie zniszczyć świata. Przybysz dotknął kory, przybliżając do niej głowę. Ciszę przerwały niezrozumiałe słowa. Prastary język, którzy znali tylko nieliczni. Pohukiwanie ustało, a ciszę przerywał jedynie głos Geralda. Gdyby ktoś go teraz słuchał, uznałby, że majaczy w pijackim amoku.

Przybysz odsunął się, wyjmując zza pasa sztylet. Przybliżył go do ręki i naciął ją. Przycisnął ostrze do rany nie zważając na ból. Na jego twarzy pojawił się nieznaczny grymas. Wiedział, że to, co teraz czuje, zostanie hojnie prze Niego wynagrodzone. Krew spływała po szpicu, powoli ściekając na rękojeść noża. Czerwona ciecz spadła na korzeń. Kiedy krople go dotknęły, zaczęły się poruszać. Wspinały się po konarze, tworząc coś na kształt wrót. Gerald podszedł do nich i dotknął pnia. Kora zniknęła, a przed przybyszem pojawiło się przejście. To go wcale nie zaskoczyło. Wiedział jak to ma wyglądać z starych ksiąg, które znalazł na zamku.

Zamaskowany osobnik wszedł do środka. Ujrzał przed sobą kręte schody spowite w mroku. Uśmiechnął się nieznacznie, uświadamiając sobie jak blisko jest końca swej podróży. Kiedy tylko postawił nogę na pierwszym ze stopni, poczuł dziwną aurę. Czuł się niekomfortowo. Zdawało mu się jakby ktoś go obserwował… patrzył na każdy jego ruch. Czuł się osaczony.

Dla przestrogi spojrzał za siebie. Miał przed sobą polanę wysoką trawą. Słychać było tylko szum liści.

Nagle zauważył jakiś ruch w zaroślach. Skupił na nim wzrok, poprawiając dłoń na rękojeści noża. Czekał… Kolejny szelest… Trzask łamanych gałęzi. Gerald wyprostował się. Miał w głowie natłok myśli. Przecież zacierał za sobą ślady… Wybrał dłuższą drogę do drzewa, aby zgubić potencjalnego szpiega…

Znowu szelest, ale tym razem bliżej. Nagle z krzaków wyłoniła się mała sarenka. Spojrzała na mężczyznę chwilę mu się przyglądając. Gerald poczuł ulgę jakby ktoś zdjął mu z barków ogromny głaz. Już myślał, że ktoś go śledził, a to tylko zwierzę. Przybysz odwrócił się napięcie, ignorując sarnę.

Postawił stopę na kolejnym stopniu, gdy nagle korytarz rozświetliło światło. Na ścianach w niewielkich odstępach znajdowały się pochodnie.

Stara magia, pomyślał. Powoli, ostrożnie schodził w dół po krętych, stromych schodach. Kilka minut zajęło mu dotarcie do wielkich, drewnianych drzwi. Dotknął mosiężnej klamki, pchając wrota. Otworzyły się, a ciszę przerwało ich skrzypienie.

— Witaj — usłyszał chrapliwy głos, roznoszący się echem po pomieszczeniu. — Spodziewałem się ciebie.

Gerald znajdował się teraz w niewielkiej komnacie. Z sufitu zwisały korzenie drzewa. Był tak długie, że stykały się z podłogą. W tym pomieszczeniu osobliwa aura była jeszcze bardziej przytłaczająca. Pomieszczenie oświetlała tylko jedna pochodnia. Wziął ją do ręki, przybliżając się trochę do źródła głosu.

Mężczyzna podniósł pochodnię nad głowę i wtedy GO ujrzał. Potężnej postury mężczyznę odzianego w błękitne szaty. Podszedł jeszcze bliżej. Wówczas zobaczył jego wielką, niedźwiedzią łapę przykutą do korzeni drzewa. Natomiast druga ręka była normalna — ludzka. W słabym blasku pochodni zauważył jeszcze jego pokaźne rogi, przywodzące na myśl rogi kozła. Jego wygląd napawał przerażeniem, ale Gerald wiedział, że nie może pokazać swojego strachu. Był pewien, że jeśli On się o nim dowie, uzna go za niegodnego.

Nagle znikąd rozległ tętent końskich kopyt. Wystraszony przybysz rozejrzał się po komnacie i zauważył w rogu pokoju, przykutego do ściany monstrualnego, czarnego jak najmroczniejsze głębiny oceanu konia. Jego grzywa czarna jak smoła, lekko opadała na jego masywną szyję.

— Zwie się Abysso — powiedział więzień. — Nie powinien zrobić ci krzywdy. Przynajmniej kiedy jest przykuty — dodał po chwili złowrogo.

Dreszcz wstrząsnął przybyszem. Miał pewne obawy przed tym potwornym koniem jak i jego Panem. Ale nie po to przebył cały kraj, przepłynął morza, aby teraz bać się więźnia. Miał do wykonania zadanie, a jak to niektórzy mówią: cel uświęca środki. A on właśnie taki był — samolubny, władczy. Podszedł do rogatego, klękając na jedno kolano.

Skazaniec uśmiechnął się, obnażając przy tym swoje kły. On wiedział, po co ten śmiertelnik zszedł do jego celi. On zdał sobie sprawę, że zbliża się Jego czas.

— Przysięgam tobie Wielkiemu Panu Otchłani wierność po kres mego życia — powiedział nieznajomy przykładając rękę na piersi. — Wielkiemu Weselowi, który ziści me wszystkie pragnienia.

I tak narodził się Sługa Zła, który otrzymał moc, jakiej nikt przed nim nie posiadł. Moc, która darem była od Wesela — boga, który pragnął zemsty na swym bracie Perunie. Upadły bóg obdarzył przybysza mocą… mocą mającą przyczynić się do jego uwolnienia.

Rozdział I

562r. Staltiksański — Wieczór

Jezioro, nad którym byłam, leżało ponad półgodziny drogi od zamku. Siedziałam na małym, wysuniętym cyplu. Wokół mnie znajdowała się krystalicznie czysta woda, w której pływały różnorakie ryby, wyskakujące co jakiś czas w powietrze. Gęsty las rosnący wokoło był pełny świergotu ptaków, szelestu liści, tworzące razem harmonijną muzykę natury. Z lasu unosił się zniewalający zapach licznych kwiatów — dzwoneczki, bluszczyki kurdybanki, jaskry i niezapominajki.

Tutejsze rozlewisko nazywano Jeziorem Cudów. Według jednej z licznych legend, jeśli w trakcie czerwonej pełni księżyca wypowiedziane zostanie życzenie, spełni się. Nie wierzyłam w te bajdurzenia. Spoglądałam na miejsca porośnięte trzciną, skrywające drobne ptaszki, pływającą przede mną parę łabędzi.

Poprawiłam moją zieloną suknię, siadając na ziemi. Schylając się w stronę tafli jeziora wyciągnęłam prawą rękę i dotknęłam wody. Zatoczyłam palcem trzy kręgi na wodzie.

— Ostentide Ziemia.

W miejsce okręgów pojawiło się coś na kształt okna, w którym pojawiały się sylwetki ludzi, zwierząt i budynków. Na początku były one prawie niewidoczne, lecz po kilku chwilach stały się wyraźne. Ziemia i jej mieszkańcy. Codziennie chodzili do pracy lub do szkoły. Pod tym względem byli do nas podobni, ale posiadali wiele niepojętych dla mnie rzeczy, takich jak telewizory, czy komputery. Wymyślali różne urządzenia, które miały ułatwiać im życie. Przyglądałam im się, dopóki nie usłyszałam szelestu liści tuż za mną. Przekreśliłam okrąg i obraz zniknął.

— Księżniczko! Księżniczko! — zawołała brunetka wychodząc z krzaków. Ubrana była w czarno-biały fartuch. Za nią wyszedł mężczyzna odziany w czarne jeansy, białą koszulę i czarną, skórzaną kamizelkę. Włosy miał koloru zbóż, a oczy zielone. Był to Josh — prawa ręka króla, czyli mojego ojca.

— Mówiłem, że jest tutaj — powiedział spokojnie do towarzyszki.

Kobieta zwała się Nana i była moją nianią. Szesnastoletnia dziewczyna mająca opiekunkę. Dziwnie to brzmi, ale od śmierci mamy, ona jako jedna z niewielu osób potrafi mnie zrozumień.

— Przestań! A co… jak by ją zaatakowano?! Co?! — zapytała Nana z histerią w głosie.

— Ale nic się jej nie stało, a jeśli byłaby ranna, użyłabyś swoich mocy — odpowiedział spokojnie Josh.

Nana miała moce uzdrawiania i panowała nad wodą. Natomiast Josh był nad wyraz szybki, silny i czytał w myślach. Natomiast ja potrafiłam zmieniać się w zwierzęta oraz leczyć.

Na Staltiku — naszej planecie — istnieli ludzie magiczni i niemagiczni oraz bestie. Ludzie magiczni posiadali jedną lub dwie moce, rzadko trzy i to w różnym natężeniu. Można byłoby pomyśleć, że posiadamy nieograniczone zasoby magii, ale to nie była prawda. Każdy człowiek posiadał indywidualną ilość energii — właśnie dlatego mowa o różnym natężeniu. Chociaż pokłady magii potrafiły się regenerować do pierwotnego stanu, używanie ich w większym stopniu niż się posiadało mogło doprowadzić nawet do śmierci.

Czarnoksiężnicy i czarownice posiadali przeróżne umiejętności magiczne — od rozumienia zwierząt do leczenia. Według pewnej starej legendy nasze moce są darem od Bogów. Obdarowali Oni swoich kapłanów, aby pamięć o Ich potędze nie zniknęła. Właśnie z tego powodu magiczni dysponują magią wzorowaną na naturze (przemiana w zwierzęta, panowanie nad żywiołami) oraz wzmocnieniu ludzkiego ciała (super szybkość, siła)

Ale jest to tylko podział na magię wzorowaną. Jest też podział wewnętrzny — moce rozwijały się w zależności od rodzaju stworzeń — lądowych, powietrznych i wodnych. Można byłoby wymieniać tak w nieskończoność, ponieważ staltiksańscy uczeni co jakiś czas odkrywają nowe podgatunki mocy.

— Chodź, Krystal. Zanim Nana opowie nam kolejna absurdalną historię — powiedział Josh i mrugnął do mnie.

— Wcale nie absurdalną… — wtrąciła się kobieta.

— Nano, o co chodzi? — spytałam, wstając z ziemi. Moja opiekunka zawsze wszystko wyolbrzymiała. Zwykłą błahostkę umiała zmienić w rzecz, od której zależy czyjeś życie. Przyzwyczailiśmy się do tego z Josh i mieliśmy wiele śmiechu z niektórych fanaberii Nany.

— Król zarządził, żeby księżniczka nie wychodziła z zamku bez opieki — oznajmiła.

— Dlaczego? — zapytałam, dziwiąc się. Ojciec wiedział o moich licznych wyprawach do lasu i nigdy nie miał nic przeciwko. Znam teren wokół zamku jak własną kieszeń. Jeśli ktoś by mnie zaatakował, z łatwością udałoby mi się zgubić napastnika.

— Powiedział, że niebezpiecznie jest chodzić samej po zmroku. W szczególności teraz, kiedy pojawiło się więcej rozbójników, a bestie stały się bardziej agresywne — oznajmiła zatroskana Nana.

Prawdą jest, że ostatnimi czasy kręci się tu więcej rzezimieszków — głównie bezmocnych, którzy uważają, że są traktowani gorzej niż inni. Zdziwiło mnie też, że bestie rozpanoszyły się po kraju. Przez ostatnie kilkanaście lat ich aktywność była minimalna, ale teraz wiele się słyszało o demonach atakujących wieśniaków.

Niestety, musiałam wrócić do domu. Mój ojciec nie toleruje sprzeciwu. Chciałam też uniknąć długiego wykładu Nany.

Szliśmy polną drogą prowadzącą przez las, a moi towarzysze zdążyli się pokłócić, ponieważ Nana opowiedziała nam kolejną historię zatytułowaną „Jak rozbójnicy mogą dopaść księżniczkę”. Czasami miałam wrażenie, że się nie lubią, ale to było tylko pozory. Oni byli najlepszymi przyjaciółmi, chociaż ich relacja wyglądała dziwnie.

W środku lasu słychać było pohukiwanie sów oraz innych zwierząt, które budziły się do życia. Kiedy słońce zniknęło za horyzontem, doszliśmy do zamku z białego kamienia. Zamczysko znajdowało się na niewielkim wzgórzu, przez co górowało nad miastem usytuowanym u jego podnóża. W czterech rogach znajdowały się wieże, patrzące w cztery strony świata. Na szczycie każdej z nich wisiał ogromny dzwon, przy którym cały czas stacjonowało dwóch wartowników. W razie napaści mieli za zadanie dzwonić na alarm. W środku fortecy znajdował się plac z popiersiem pierwszego króla Zjednoczonego Królestwa Eternal Rose — mojego dziadka Kamila Wielkiego.

Od strony lasu znajdował się ogromny ogród z pięknymi kwiatami, krzewami oraz drzewami, który okalał żywopłot. Josh otworzył drewnianą furtkę i nas przepuścił. Dalej poszliśmy przez aleję porośniętą różnymi rodzajami róż — Bonici o pełnych różowych płatkach, Apricole o morelowych, dużych kwiatach, niezwykle wysokie Loredo o żółtawym odcieniu, Alabaster o niezwykle kremowej barwie oraz moje ulubione śnieżnobiałe Pascali — która prowadziła do drewnianych drzwi.

Weszliśmy po niewielkich schodach, a Josh otworzył wrota. Znaleźliśmy się w środku. W korytarzu był dywan, a na białych ścianach obrazy znanych artystów. „Czerwony księżyc” Williusa Gora. Obraz przedstawiał właśnie czerwoną pełnię nad jeziorem Cudów.

Na końcu sali znajdowały się ogromne schody prowadzące w głąb zamku. Tu rozstałyśmy się z Joshem i poszłyśmy do mojej komnaty. Po drodze mijałyśmy podobne korytarze. Różniły się jedynie obrazami oraz kolorami zasłon.

Mój pokój był taki sam jak wszystkie, czyli białe ściany, obrazy i różne niepotrzebne dekoracje — jednym słowem przepych. Na środku pokoju zajmowało się łoże z baldachimem koloru wiosennej trawy. Na prawo widniały drzwi do garderoby z sukniami na każdą możliwą okazję. Dosłownie każdą. Naprzeciw stało biurko, na którym leżały moje książki. Lubię czytać, a najbardziej cenię te opowiadające o tym jak się żyło przed zjednoczeniem naszego kraju.

Nana pomogła mi przebrać się w piżamę i wyszła. Usiadłam przy biurku, zapalając świeczkę. Ze stosu książek wzięłam tę, która mówiła o dziejach ludzi w trakcie Wielkiej Wojny.

Opowiadała o tym jak magicy i bezmocni toczyli krwawe boje o dominację. Czarnoksiężnicy byli przeświadczeni o swojej wyższości, ale bezmocni odkryli kamień, który niwelował magiczne moce. Ten kryształ zwał się Rosea Lapis — był niewielkim kamykiem o różowej barwie, ale ograniczonym zasięgu działania. W walce na dalekie dystanse bezmocni rozdrabniali Rosea Lapis na pył, a potem mieszali z wodą. W tej zawiesinie moczyli drewno i tworzyli strzały, które mogły zniszczyć przeróżne bariery — potrafiły przejść ściany ognia nie płonąc. Natomiast w zwartej walce wtapiali je w rękojeści mieczy, noży, tarczy oraz innych broni. Ten tajemniczy minerał wyrównał szanse w wojnie. Doprowadziło to do rzezi, przez którą królowie obu nacji postanowili zawrzeć pokój.

Teraz kopalnie Rosea Lapis są pod ścisłą obserwacją rady, złożonej z czarnoksiężników i bezmocnych. Bronie niwelujące nie są już wyrabiane, ale można je posiadać.

Po jakimś czasie usłyszałam kroki rozchodzące się po korytarzu. Zdziwiło mnie to, że pojawiły się nagle. Normalnie o tej porze nikogo nie powinno tu być. Wstałam i wyjrzałam zza drzwi. Ktoś wszedł do komnaty ojca, znajdującej się tuż obok mojej.

Wyszłam powoli z pokoju, zaglądając do sąsiedniej komnaty. Ojciec rozmawiał z jakimś mężczyzną — niestety nie widziałam jego twarzy, ponieważ zasłaniał ją kaptur. Tata wydawał się czymś zdenerwowany, wręcz wzburzony. Zdawało mi się, że miał zamiar wezwać straże…

To był ułamek sekundy. Zakapturzona postać wyjęła nóż i dźgnęła nim króla w brzuch. Nie zdążył zareagować. Na twarzy jego malowało się zaskoczenie. Tata upadł na ziemię, a ten mężczyzna chwilę nad nim stał. Nogi mi zdrętwiały. Serce biło coraz szybciej. Czułam spływające po moim czole krople potu. Paraliżujący dreszcz, który rozchodził się po całym ciele. Strach brał nade mną władzę. Miałam problemy z wzięciem głębokiego wdechu.

Na moich oczach ktoś zaatakował ojca. Ze strachu zaczęłam szybciej oddychać, a moje ciało trzęsło się. Nie umiałam się uspokoić. Nie potrafiłam się odezwać… Nic… Tylko stałam i obserwowałam…

Niestety zbyt mocno oparłam się o drzwi, które trochę zaskrzypiały. Nieznajomy usłyszał mnie i już sądziłam, że podejdzie do drzwi i mnie zaatakuje. Czułam jak do oczu napływają mi łzy. Stałam jak sparaliżowana… Ale on po prostu zniknął, rozpłynął się jak mgła. Pierwszy raz widziałam taką moc.

Trwałam tak chwilę, nadal przerażona, dopóki nie usłyszałam jęków ojca. Natychmiast się otrząsnęłam. Wbiegłam do komnaty, siadając obok taty. Dywan oraz szaty królewskie były całe zakrwawione, a ojciec strasznie blady. Chciałam biec po pomoc, ale chwycił mnie za rękę.

— Posłuchaj mnie, dziecko — powiedział, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. — Ufaj… tylko Joshowi…

Pokiwałam głową, a z oczu po policzkach zaczęły spływać mi łzy. Ojciec podniósł rękę i wytarł je.

— Musisz być… silna. — Chwyciłam jego rękę, którą nadal trzymał na moim policzku. — Dla mnie… dla mamy…

— N-nie… Nie zostawiaj mnie — powiedziałam przerywanym głosem.

Spojrzałam na niego. Jego oczy stały się szkliste, a ciepła dłoń, spoczywająca na moim policzku, bezwładnie opadła na ziemię. Rozpłakałam się. Nie obchodziło mnie nic, tylko to, co przed chwilą się stało. Krzyczałam, płakałam. Oparłam głowę o pierś mojego ojca. Czułam się jakbym śniła. Jakbym znajdowała się za jakąś szybą, a to nie przydarza się mnie tylko komuś innemu. Ja nie potrafiłam zrozumieć tego co się stało. Czułam tylko ogromny ból i pustkę. Teraz nie miałam już nikogo. Straciłam ostatniego członka mojej rodziny…

Nawet nie zauważyłam jak do sypialni wszedł Josh. Spojrzał na mnie i na ojca. Usiadł obok mnie, mocno mnie obejmując. Wtuliłam się w jego pierś.

W tym czasie do komnaty wszedł Gerald. Spojrzał na ojca, potem na nas. Na jego twarzy widziałam tylko zdziwienie. Nic więcej. Myślałam, że nam pomoże. Zorganizuje poszukiwania zabójcy. Ale myliłam się…

— Zdrajcy! Zabili króla! Straż! — krzyczał, wybiegając z komnaty.

Josh szybko wstał, otwierając drzwi na balkon. Wziął mnie za rękę i wtedy do komnaty wbiegli strażnicy z Geraldem na czele. Ich niezdecydowanie dało nam cenne sekundy na ucieczkę.

— Co tak stoicie?! — krzyknął gniewnie Gerald, wskazując na nas. — Łapcie ich!

Josh wziął mnie na ręce i stanął na barierce. Byliśmy na wysokości trzeciego piętra. Spojrzałam w dół. Czułam jak adrenalina bierze nade mną górę. Wystraszona mocniej wtuliłam się w klatkę piersiową mężczyzny. Jego serce biło spokojnie. Nie wydawał się przerażony tym co zamierzał zrobić. On nie wahał się ani chwili… skoczył. Wiatr smagał nas. Dojmujący chłód oraz rosnąca adrenalina.

Spadaliśmy bardzo szybko. Ziemia zbliżała się nieubłaganie. Nagle poczułam ostre szarpnięcie. Trzask łamanych gałęzi. Mój towarzysz ledwo trzymał się na nogach. Przyjął na siebie większą siłę upadku. Znajdowałam się wystarczająco blisko niego, że zauważyłam krople potu na jego czole.

Mężczyzna postawił mnie na ziemi i spojrzał w górę. Z komnaty ojca dobiegały krzyki Geralda. Trzymając się za ręce pobiegliśmy przez ogród. Przeskoczyliśmy przez żywopłot, wbiegając do lasu. Odwróciłam się na krótką chwilę i zobaczyłam goniących nas strażników. Josh przyśpieszył. Nie potrafiłam za nim nadążyć… Mój nadgarstek powoli wyślizgiwał się z jego żelaznego uścisku. Na szczęście, Josh zatrzymał się, wpychając mnie w krzaki. Spojrzałam na niego zdezorientowana. Wszystko działo się tak szybko… Siedzieliśmy w milczeniu, gdy obok nas przebiegli kierujący się w stronę jeziora strażnicy. Wstaliśmy i skierowaliśmy się na wschód, byle jak najdalej od zamku.

Maszerowaliśmy długo. Księżyc znajdował się tuż nad naszymi głowami. Bosymi stopami szłam po mokrej trawie. Z tego zimna, zaczynały mnie boleć nogi. Dawno już przestałam płakać. Czułam się jakby zabrakło mi łez. Czułam się taka pusta, osamotniona.

Spojrzałam na mojego towarzysza. Pewnie stawiał kroki, gdy nagle się zatrzymał.

— Chyba ich zgubiliśmy — wyszeptał Josh. Znajdowaliśmy się na niewielkiej polanie. Josh stanął na środku, zdejmując rękawiczkę. Zawsze ciekawiło mnie, co pod nią chowa. Podeszłam bliżej, aby przyjrzeć temu, co robi. Na jego dłoni znajdowały się dziwne symbole. Otaczały jego nadgarstek, rozchodząc się na palce. Znaki zaczęły błyszczeć, kiedy Josh uniósł rękę. Przyjrzałam się jego twarzy. Zdawał się na czymś skupiony. Symbole na jego ręce zaczęły się poruszać. Powoli schodziły z jego dłoni i zawisały w powietrzu. Kiedy ułożyły ogromny krąg, przestrzeń między nimi stała się czarna. Zrozumiałam, że Josh otworzył portal na Ziemię.

— C-co się dzieje? — spytałam. Wszystko działo się za szybko…

— Później ci wyjaśnię — powiedział Josh. — Uważaj przy lądowaniu.

Podeszłam do przejścia. Wzięłam głęboki wdech i skoczyłam. Znajdowałam się w jakimś tunelu. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam słabe światło, które zbliżało się z każdą sekundą. Wypadając z portalu uderzyłam o coś głową. Ostatnie co zapamiętałam to niewyraźne zarysy miasta. Miasta skrzącego się w blasku świata. Światła, które biło od niego pomimo ciemnej nocy wokół…

Kilka dni później na Staltiku

Mieszkańcy miasta White Eagle mówili tylko o jednym — o zdradzie księżniczki Krystal i śmierci króla. Wielu głowiło się jak ukochana córka mogła zabić własnego ojca. Inni od razu przyjęli to za prawdę. Uznali, że następczyni tronu chciała szybciej zagarnąć władzę niż czekać do swoich osiemnastych urodzin. Krystal została nieoficjalnie uznana za zdrajczynię. W tamtej chwili niewielu ludzi wierzyło w jej niewinność, a jeszcze mniej przyznałoby się do tego.

Na głównym placu zebrał się już tłum ludzi, by wysłuchać przemowy Geralda. W oddali od strony zamku słychać było tętent końskich kopyt. Kiedy u północno-zachodniego wejścia na placu pojawiły się konie, zbiorowisko rozstąpiło się. Przez plac przejechały trzy konie z jeźdźcami.

Największy z nich, kroczący na samym przedzie był koniem polarnym. W kłębię wzrostem dorównywał dorosłym mężczyznom. Jego długie nogi były dobrze wyrzeźbione. Miał krótki tułów i szeroką pierś. Na głowie posiadał czarne znamię w kształcie gwiazdki. W jego gęstą grzywę wplecione zostały białe wstążki z pozłacanymi krawędziami.

Można by go było uznać za konia polarnego czystej krwi, ale one bywają śnieżnobiałe bądź kremowe. A tamten miał umaszczenie kasztanowe i posiadał jedwabiste szczotki zaczynające się od stawu skokowego. Te cechy wskazywały, że posiadał krew koni shire. Jednych z największych koni na Staltiku jak i również na Ziemi.

Na tym majestatycznym rumaku nie jechał nikt inny jak Gerald. Ubrany był szykownej niż zwykłe. Odziany w tunikę z czerwonej wełny, podszytą czarnym lnem zapinaną na guziki. Rękawy miał rozcięte do łokci lekko rozkloszowane. Spodnie natomiast z szarego lnu, ściągane w pasie rzemykiem wiązanym z przodu. U jego boku w pochwie znajdował się miecz. Rozsławiony był jako Merverdellas.

Po jego prawej stronie znajdował się Seribllo — nowy generał armii Eternal Rose. Czarnoskóry mężczyzna o ciemnych, lekko kręconych włosach. Oczy koloru brązowego bacznie obserwowały tłum. Ubrany był w gotycką zbroję rycerską, na której znajdował się emblemat Doliny Królewskiej — jeleń. Jego ubiór dodawał mu grozy. Jak tylko ludzie go widzieli, czuli jego świdrujący wzrok.

Jechał na koniu rasy fryzyjskiej, który w kłębie był o wiele niższy niż koń polarny, ale nadal wysoki. Natomiast grzywa opadała na jego łabędzią szyję.

Z lewej strony trochę z tyłu znajdował się porucznik Horacy — były generał armii Eternal Rose. Został zdegradowany poprzedniego dnia, zaraz po tym jak Gerald ogłosił się regentem. Porucznik odziany w zbroję o łagodniejszych rysach niż zbroja Seribllo — prezentował się mniej groźnie niż jego towarzysze.

Horacy jechał na koniu lipicańskim. Niedużym rumaku o zwięzłej budowie i wysoko osadzonej umięśnionej szyi. Był maści szarej z pofalowaną grzywę.

Konny pochód dojechał do platformy przygotowanej dzień wcześniej. Cała trójka zeszła z wierzchowców i weszła na podwyższenie. Gerald podszedł do podium, przybierając smutny wyraz twarzy. Tłum zamilkł. Ludzie oczekiwali potwierdzenia plotek lub ich zaprzeczenia.

— Słuchajcie! Kilka dni temu doszło do okropnej zdrady. Straciliśmy naszego ukochanego i sprawiedliwego władcę Manuela i mojego drogiego brata… — Gerald zamilkł na chwilę, aby dodać dramatyzmu swojej mowie. — A zdrajcą była równie droga mi bratanica księżniczka Krystal. — Wśród tłumu przebiegł ponury pomruk. Seribllo uciszył wszystkich gestem ręki. Regent odczekał chwilę, dopóki zbiegowisko nie ucichło — Wiem. Jakby mi coś takiego powiedziano też bym nie uwierzył. Ale widziałem to na własne oczy. Księżniczka stała tam cała zakrwawiona z nożem w ręku, a obok niej stał pierwszy doradca, Josh. Jak tylko mnie zobaczyli, uciekli. — Gerald zamilkł. Odczekał chwilę, aż ludzie przyswoją tą okropną wiadomość. — Dlatego zamierzał oficjalnie ogłosić księżniczkę Krystal Wiktorię Stalons i Josha Kapsa zdrajcami…

Gdy Gerald mówił dalej o zdradzie Krystal, w tłumie pewna zamaskowana osoba starała się dostać do karczmy. Musiała przepychać się przez liczny tłum zgromadzony pod mównicą. Porucznik Horacy spostrzegł dziwną postać i odwrócił od niej wzrok. Wydawała mu się niezbyt interesująca. Jego głowę zaprzątały teraz inne rzeczy — a mianowicie to jak odzyskać swój tytuł.

Zakapturzona postać przepychała się łokciami przez zgromadzonych. Niektórzy z ludzi krzyczeli na nią, mając do niej pretensje. Ale po kilku minutach udało jej się dostać do karczmy. Podeszła do niej, chwytając klamkę.

Drzwi otworzyły się na oścież. W środku stały drewniane stoły, krzesła i lada. Za barkiem znajdowały półki z alkoholem oraz drzwi prowadzące do kuchni. W pomieszczeniu panował półmrok. Jedynym źródłem światła było kilka świec na stole. W pokoje przebywała dwojga ludzi siedzących w rogu oraz barmana. Mężczyzna odszedł od lady, zapraszając gestem ręki nieznajomego do reszty.

— Czy wy to słyszycie?! — mówiąc to zdjęła kaptur z twarzy.

Była to wysoka kobieta o zgrabnej posturze. Kilka kosmyków rudych włosów, opadało na jej delikatną twarz, kontrastując z jej błękitnymi oczami. Miała jasną karnację i wydatne kości policzkowe. Ubrana w długą lnianą suknię wrzosowego koloru, przepasaną białym pasem zawiązanym z boku. A na plecach narzuconą długa, brązową pelerynę z kapturem.

— Jola, słyszymy nie musisz krzyczeć — uspokoił ją jeden z siedzących, zdejmując kaptur. Posiadał wyraziste rysy twarzy oraz kwadratowy podbródek. Jego długie, blond włosy były spięte w kucyk, ale kilka kosmyków opadało na jego czoło. Piwne oczy pilnie obserwowały nowoprzybyłą. Ubrany był w brązowy płaszcz z kapturem, podobny do tego który miała na sobie Jola.

— Dobrze, Sajmonie — powiedziała Jola, wzdychając ciężko. Wzięła krzesło z sąsiedniego stołu i przysiadła się do grupy. Wszyscy tutaj zebrani byli równie zdenerwowani jak Jola, ale starali się trzymać nerwy na wodzy.

— Nana, wiesz coś? — spytał Sajmon drugą zamaskowaną osobę.

— Ostrzegałam króla, by obstawił swoją komnatę, ale mnie nie słuchał… — mówiła Nana ściągając kaptur.

— On nigdy nie słuchał! Nie słuchał nawet gwardii, która służy rodzinie królewskiej od pokoleń!!! — krzyknęła wściekła Jola, gwałtownie wstając z krzesła. Po sali rozległ sie huk. Do rudowłosej podszedł barman wyraźnie zdenerwowany.

— Nie krzycz tak, bo jeszcze nas zdemaskują — wysyczał przez zęby. Jola zrezygnowana usiadła na swoim miejscu. Była ona niezwykle wybuchową oraz zmienną osobą. — Albo właściciel postanowi sprawdzić hałasy z dołu.

— Przepraszam, Jack — powiedziała szeptem do chłopaka, który westchnął i zwrócił się do Nany — Wiesz co planuje Gerald?

— Tylko tyle, że planuje zebranie wszystkich margrabiów. Zamierza przedyskutować z nimi możliwość przejęcia tronu na stałe — oznajmiła Nana. W jej głosie można było wyczuć troskę oraz nutę strachu. Kobieta obawiała się co do tej decyzji regenta. Nie wiedziała, czy władcom regionów nie grozi niebezpieczeństwo.

— A wiesz gdzie księżniczka? — spytała Jola, która zdążyła już ochłonąć.

— Na Ziemi z Joshem. On ją ochroni, a my zajmiemy się ujawnieniem prawdziwego mordercy — rzekł Sajmon.

Reszta spotkania minęła na planowaniu strategii. Ale odkrycie prawdy niebyło ich jedynym zmartwieniem. W ostatnich dniach demony zaatakowały kilkoro ludzi, głównie myśliwych oraz podróżników. Udało im się ustalić, że wyślą członków niższej rangi na obchód wokół miasta.

— Musimy przede wszystkim zająć się pojmaniem Geralda — rzekła Jola. Kobieta miała dość czekania i zamierzała zacząć działać. Nawet w tej chwili.

— To nie on go zabił — powiedziała spokojnie Nana — Pilnowałam go cały czas, dopóki nie nakrył Krystal, ale to nie znaczy, że nie wynajął kogoś.

— Lub ktoś miał do wyrównania rachunki z królem, a Gerald tylko skorzystał z okazji — stwierdził Jack.

— I właśnie tego musimy się dowiedzieć… — podsumował Sajmon.

Spotkanie skończyło się kilka minut później, kiedy pozostali wymienili się informacjami. Takimi, że margrabia z Wysp Kamilańskich nie przybędzie tak samo jak margrabia Ermin z Snowcastle oraz o zwiększonej aktywności demonów w okolicach łańcucha gór Camillus graniczących od wschodu z Drylandem, a od zachodu z Royall Valley. Potem wszyscy wrócili do swoich zajęć, a Gerald wrócił do zamku.

Rozdział II

Ziemia — dzień po śmierci króla

Nie jestem pewna jak długo byłam nieprzytomna. Ale wiem, że leżałam na czymś miękkim. Otworzyłam oczy i ujrzałam salon w kolorze jasno-zielonym. Powoli usiadłam. Rozejrzałam się dookoła. Okazało się, że siedzę na białej kanapie, a obok znajdowała się przeszklona szafa z książkami. Naprzeciwko kanapy stał duży telewizor. Po prawej zauważyłam schody, a po lewej parę drzwi. Właśnie gdy chciałam wstać przez drzwi do salonu wszedł Josh. Podbiegł do mnie i chwycił mnie.

— Nie wstawał — rzekł. Przybył akurat w dobrym momencie, bo właśnie rozbolała mnie głowa.

— Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Ostatnie co pamiętam to, że weszłam do komnaty ojca i… — wszystko wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Cały smutek, żal, bezradność. Łzy samowolnie napłynęły mi do oczu. Zakryłam twarz dłońmi.

— Krystal… Wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz wziąć siew garść i ukryć się — powiedział, obejmując mnie ramieniem. Jego głos był taki spokojny.

— Dobrze, postaram się — powiedziałam ocierając łzy. Nie mogę płakać, nie mam czasu na żałobę. Muszę dowiedzieć się kto za tym stoi i ukarać go odpowiednio.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 39.33