E-book
16.33
Snowcastle

Bezpłatny fragment - Snowcastle


Objętość:
208 str.
ISBN:
978-83-8104-688-6

„Zmieniać się, czy też nie?”
Ludzie zmieniają się na dobre lub złe

Starczy drobny gest.

Starczy chwila nieuwagi, aby wszystko stracić,

Zmienić się na zawsze,

Nieodwracalnie.

Nigdy nic nie będzie takie samo.

Czas mija, a my wraz z nim

Świat się zmienia, a czy my wraz z nim?

Kiedy bliska nam osoba odejdzie,

Zabierze ze sobą cząstkę nas.

Zmieniamy się…

Kiedy dowiadujemy się czegoś nowego

patrzymy na świat inaczej.

Zmieniamy się…

Zmieniamy się, aby przeżyć,

Dopasować się do sytuacji, ukoić ból.

Kto zwycięzcą jest na prawdę?

Ten co z światem się zmienia,

Ten, który stara się inną drogą do celu iść?

Czy ten kto nigdy się nie zmienia?

Ten, który stara się tą samą droga do celu iść?

Kto jest zwycięzcą?

Ten kto się zmienia, czy ten kto sobą zostaje?

Który z nich dotrze do celu mimo przeciwności losu?

Pytanie ważne zadaję sobie wciąż:

Aby do celu dość muszę sie zmieniać, czy też nie?

Kim się stanę jeśli zmienię się?

Prolog

Nieznajomy stał pod wielkim, rozłożystym drzewem. Towarzyszyło mu tylko pohukiwanie sów gdzieś w oddali. Nie obawiał się, że zostanie odkryty — o tej porze wszyscy spali, a od najbliższej wioski dzieliło go kilka kilometrów. Mężczyzna miał na sobie ciemny płaszcz, dzięki któremu nie było go widać w tę bezksiężycową noc. Przybysz nazywał się Gerald — był młodszym bratem króla Eternal Rose.

On wiedział, że strażnik nieba — Chors — przez większość nazywany Księżycem zszedł ze swojego posterunku. Działo się tak raz w miesiącu i trwało przez cztery noce. Ludzie powiadali, że kiedy znikał, zostawał zjedzony przez wilki i ich kuzynów wilkołaki, a potem odradzał się.

Ale czy można wierzyć plotkom? Starym wierzeniom ludowym? Nieznajomy w nie wierzył. Wierzył, że drzewo przed którym stoi to, to samo Drzewo, pod którym znajduje się On zakuty w kajdany, aby nie zniszczyć świata. Przybysz dotknął kory, przybliżając do niej głowę. Ciszę przerwały niezrozumiałe słowa. Prastary język, którzy znali tylko nieliczni. Pohukiwanie ustało, a ciszę przerywał jedynie głos Geralda. Gdyby ktoś go teraz słuchał, uznałby, że majaczy w pijackim amoku.

Przybysz odsunął się, wyjmując zza pasa sztylet. Przybliżył go do ręki i naciął ją. Przycisnął ostrze do rany nie zważając na ból. Na jego twarzy pojawił się nieznaczny grymas. Wiedział, że to, co teraz czuje, zostanie hojnie prze Niego wynagrodzone. Krew spływała po szpicu, powoli ściekając na rękojeść noża. Czerwona ciecz spadła na korzeń. Kiedy krople go dotknęły, zaczęły się poruszać. Wspinały się po konarze, tworząc coś na kształt wrót. Gerald podszedł do nich i dotknął pnia. Kora zniknęła, a przed przybyszem pojawiło się przejście. To go wcale nie zaskoczyło. Wiedział jak to ma wyglądać z starych ksiąg, które znalazł na zamku.

Zamaskowany osobnik wszedł do środka. Ujrzał przed sobą kręte schody spowite w mroku. Uśmiechnął się nieznacznie, uświadamiając sobie jak blisko jest końca swej podróży. Kiedy tylko postawił nogę na pierwszym ze stopni, poczuł dziwną aurę. Czuł się niekomfortowo. Zdawało mu się jakby ktoś go obserwował… patrzył na każdy jego ruch. Czuł się osaczony.

Dla przestrogi spojrzał za siebie. Miał przed sobą polanę wysoką trawą. Słychać było tylko szum liści.

Nagle zauważył jakiś ruch w zaroślach. Skupił na nim wzrok, poprawiając dłoń na rękojeści noża. Czekał… Kolejny szelest… Trzask łamanych gałęzi. Gerald wyprostował się. Miał w głowie natłok myśli. Przecież zacierał za sobą ślady… Wybrał dłuższą drogę do drzewa, aby zgubić potencjalnego szpiega…

Znowu szelest, ale tym razem bliżej. Nagle z krzaków wyłoniła się mała sarenka. Spojrzała na mężczyznę chwilę mu się przyglądając. Gerald poczuł ulgę jakby ktoś zdjął mu z barków ogromny głaz. Już myślał, że ktoś go śledził, a to tylko zwierzę. Przybysz odwrócił się napięcie, ignorując sarnę.

Postawił stopę na kolejnym stopniu, gdy nagle korytarz rozświetliło światło. Na ścianach w niewielkich odstępach znajdowały się pochodnie.

Stara magia, pomyślał. Powoli, ostrożnie schodził w dół po krętych, stromych schodach. Kilka minut zajęło mu dotarcie do wielkich, drewnianych drzwi. Dotknął mosiężnej klamki, pchając wrota. Otworzyły się, a ciszę przerwało ich skrzypienie.

— Witaj — usłyszał chrapliwy głos, roznoszący się echem po pomieszczeniu. — Spodziewałem się ciebie.

Gerald znajdował się teraz w niewielkiej komnacie. Z sufitu zwisały korzenie drzewa. Był tak długie, że stykały się z podłogą. W tym pomieszczeniu osobliwa aura była jeszcze bardziej przytłaczająca. Pomieszczenie oświetlała tylko jedna pochodnia. Wziął ją do ręki, przybliżając się trochę do źródła głosu.

Mężczyzna podniósł pochodnię nad głowę i wtedy GO ujrzał. Potężnej postury mężczyznę odzianego w błękitne szaty. Podszedł jeszcze bliżej. Wówczas zobaczył jego wielką, niedźwiedzią łapę przykutą do korzeni drzewa. Natomiast druga ręka była normalna — ludzka. W słabym blasku pochodni zauważył jeszcze jego pokaźne rogi, przywodzące na myśl rogi kozła. Jego wygląd napawał przerażeniem, ale Gerald wiedział, że nie może pokazać swojego strachu. Był pewien, że jeśli On się o nim dowie, uzna go za niegodnego.

Nagle znikąd rozległ tętent końskich kopyt. Wystraszony przybysz rozejrzał się po komnacie i zauważył w rogu pokoju, przykutego do ściany monstrualnego, czarnego jak najmroczniejsze głębiny oceanu konia. Jego grzywa czarna jak smoła, lekko opadała na jego masywną szyję.

— Zwie się Abysso — powiedział więzień. — Nie powinien zrobić ci krzywdy. Przynajmniej kiedy jest przykuty — dodał po chwili złowrogo.

Dreszcz wstrząsnął przybyszem. Miał pewne obawy przed tym potwornym koniem jak i jego Panem. Ale nie po to przebył cały kraj, przepłynął morza, aby teraz bać się więźnia. Miał do wykonania zadanie, a jak to niektórzy mówią: cel uświęca środki. A on właśnie taki był — samolubny, władczy. Podszedł do rogatego, klękając na jedno kolano.

Skazaniec uśmiechnął się, obnażając przy tym swoje kły. On wiedział, po co ten śmiertelnik zszedł do jego celi. On zdał sobie sprawę, że zbliża się Jego czas.

— Przysięgam tobie Wielkiemu Panu Otchłani wierność po kres mego życia — powiedział nieznajomy przykładając rękę na piersi. — Wielkiemu Weselowi, który ziści me wszystkie pragnienia.

I tak narodził się Sługa Zła, który otrzymał moc, jakiej nikt przed nim nie posiadł. Moc, która darem była od Wesela — boga, który pragnął zemsty na swym bracie Perunie. Upadły bóg obdarzył przybysza mocą… mocą mającą przyczynić się do jego uwolnienia.

Rozdział I

562r. Staltiksański — Wieczór

Jezioro, nad którym byłam, leżało ponad półgodziny drogi od zamku. Siedziałam na małym, wysuniętym cyplu. Wokół mnie znajdowała się krystalicznie czysta woda, w której pływały różnorakie ryby, wyskakujące co jakiś czas w powietrze. Gęsty las rosnący wokoło był pełny świergotu ptaków, szelestu liści, tworzące razem harmonijną muzykę natury. Z lasu unosił się zniewalający zapach licznych kwiatów — dzwoneczki, bluszczyki kurdybanki, jaskry i niezapominajki.

Tutejsze rozlewisko nazywano Jeziorem Cudów. Według jednej z licznych legend, jeśli w trakcie czerwonej pełni księżyca wypowiedziane zostanie życzenie, spełni się. Nie wierzyłam w te bajdurzenia. Spoglądałam na miejsca porośnięte trzciną, skrywające drobne ptaszki, pływającą przede mną parę łabędzi.

Poprawiłam moją zieloną suknię, siadając na ziemi. Schylając się w stronę tafli jeziora wyciągnęłam prawą rękę i dotknęłam wody. Zatoczyłam palcem trzy kręgi na wodzie.

— Ostentide Ziemia.

W miejsce okręgów pojawiło się coś na kształt okna, w którym pojawiały się sylwetki ludzi, zwierząt i budynków. Na początku były one prawie niewidoczne, lecz po kilku chwilach stały się wyraźne. Ziemia i jej mieszkańcy. Codziennie chodzili do pracy lub do szkoły. Pod tym względem byli do nas podobni, ale posiadali wiele niepojętych dla mnie rzeczy, takich jak telewizory, czy komputery. Wymyślali różne urządzenia, które miały ułatwiać im życie. Przyglądałam im się, dopóki nie usłyszałam szelestu liści tuż za mną. Przekreśliłam okrąg i obraz zniknął.

— Księżniczko! Księżniczko! — zawołała brunetka wychodząc z krzaków. Ubrana była w czarno-biały fartuch. Za nią wyszedł mężczyzna odziany w czarne jeansy, białą koszulę i czarną, skórzaną kamizelkę. Włosy miał koloru zbóż, a oczy zielone. Był to Josh — prawa ręka króla, czyli mojego ojca.

— Mówiłem, że jest tutaj — powiedział spokojnie do towarzyszki.

Kobieta zwała się Nana i była moją nianią. Szesnastoletnia dziewczyna mająca opiekunkę. Dziwnie to brzmi, ale od śmierci mamy, ona jako jedna z niewielu osób potrafi mnie zrozumień.

— Przestań! A co… jak by ją zaatakowano?! Co?! — zapytała Nana z histerią w głosie.

— Ale nic się jej nie stało, a jeśli byłaby ranna, użyłabyś swoich mocy — odpowiedział spokojnie Josh.

Nana miała moce uzdrawiania i panowała nad wodą. Natomiast Josh był nad wyraz szybki, silny i czytał w myślach. Natomiast ja potrafiłam zmieniać się w zwierzęta oraz leczyć.

Na Staltiku — naszej planecie — istnieli ludzie magiczni i niemagiczni oraz bestie. Ludzie magiczni posiadali jedną lub dwie moce, rzadko trzy i to w różnym natężeniu. Można byłoby pomyśleć, że posiadamy nieograniczone zasoby magii, ale to nie była prawda. Każdy człowiek posiadał indywidualną ilość energii — właśnie dlatego mowa o różnym natężeniu. Chociaż pokłady magii potrafiły się regenerować do pierwotnego stanu, używanie ich w większym stopniu niż się posiadało mogło doprowadzić nawet do śmierci.

Czarnoksiężnicy i czarownice posiadali przeróżne umiejętności magiczne — od rozumienia zwierząt do leczenia. Według pewnej starej legendy nasze moce są darem od Bogów. Obdarowali Oni swoich kapłanów, aby pamięć o Ich potędze nie zniknęła. Właśnie z tego powodu magiczni dysponują magią wzorowaną na naturze (przemiana w zwierzęta, panowanie nad żywiołami) oraz wzmocnieniu ludzkiego ciała (super szybkość, siła)

Ale jest to tylko podział na magię wzorowaną. Jest też podział wewnętrzny — moce rozwijały się w zależności od rodzaju stworzeń — lądowych, powietrznych i wodnych. Można byłoby wymieniać tak w nieskończoność, ponieważ staltiksańscy uczeni co jakiś czas odkrywają nowe podgatunki mocy.

— Chodź, Krystal. Zanim Nana opowie nam kolejna absurdalną historię — powiedział Josh i mrugnął do mnie.

— Wcale nie absurdalną… — wtrąciła się kobieta.

— Nano, o co chodzi? — spytałam, wstając z ziemi. Moja opiekunka zawsze wszystko wyolbrzymiała. Zwykłą błahostkę umiała zmienić w rzecz, od której zależy czyjeś życie. Przyzwyczailiśmy się do tego z Josh i mieliśmy wiele śmiechu z niektórych fanaberii Nany.

— Król zarządził, żeby księżniczka nie wychodziła z zamku bez opieki — oznajmiła.

— Dlaczego? — zapytałam, dziwiąc się. Ojciec wiedział o moich licznych wyprawach do lasu i nigdy nie miał nic przeciwko. Znam teren wokół zamku jak własną kieszeń. Jeśli ktoś by mnie zaatakował, z łatwością udałoby mi się zgubić napastnika.

— Powiedział, że niebezpiecznie jest chodzić samej po zmroku. W szczególności teraz, kiedy pojawiło się więcej rozbójników, a bestie stały się bardziej agresywne — oznajmiła zatroskana Nana.

Prawdą jest, że ostatnimi czasy kręci się tu więcej rzezimieszków — głównie bezmocnych, którzy uważają, że są traktowani gorzej niż inni. Zdziwiło mnie też, że bestie rozpanoszyły się po kraju. Przez ostatnie kilkanaście lat ich aktywność była minimalna, ale teraz wiele się słyszało o demonach atakujących wieśniaków.

Niestety, musiałam wrócić do domu. Mój ojciec nie toleruje sprzeciwu. Chciałam też uniknąć długiego wykładu Nany.

Szliśmy polną drogą prowadzącą przez las, a moi towarzysze zdążyli się pokłócić, ponieważ Nana opowiedziała nam kolejną historię zatytułowaną „Jak rozbójnicy mogą dopaść księżniczkę”. Czasami miałam wrażenie, że się nie lubią, ale to było tylko pozory. Oni byli najlepszymi przyjaciółmi, chociaż ich relacja wyglądała dziwnie.

W środku lasu słychać było pohukiwanie sów oraz innych zwierząt, które budziły się do życia. Kiedy słońce zniknęło za horyzontem, doszliśmy do zamku z białego kamienia. Zamczysko znajdowało się na niewielkim wzgórzu, przez co górowało nad miastem usytuowanym u jego podnóża. W czterech rogach znajdowały się wieże, patrzące w cztery strony świata. Na szczycie każdej z nich wisiał ogromny dzwon, przy którym cały czas stacjonowało dwóch wartowników. W razie napaści mieli za zadanie dzwonić na alarm. W środku fortecy znajdował się plac z popiersiem pierwszego króla Zjednoczonego Królestwa Eternal Rose — mojego dziadka Kamila Wielkiego.

Od strony lasu znajdował się ogromny ogród z pięknymi kwiatami, krzewami oraz drzewami, który okalał żywopłot. Josh otworzył drewnianą furtkę i nas przepuścił. Dalej poszliśmy przez aleję porośniętą różnymi rodzajami róż — Bonici o pełnych różowych płatkach, Apricole o morelowych, dużych kwiatach, niezwykle wysokie Loredo o żółtawym odcieniu, Alabaster o niezwykle kremowej barwie oraz moje ulubione śnieżnobiałe Pascali — która prowadziła do drewnianych drzwi.

Weszliśmy po niewielkich schodach, a Josh otworzył wrota. Znaleźliśmy się w środku. W korytarzu był dywan, a na białych ścianach obrazy znanych artystów. „Czerwony księżyc” Williusa Gora. Obraz przedstawiał właśnie czerwoną pełnię nad jeziorem Cudów.

Na końcu sali znajdowały się ogromne schody prowadzące w głąb zamku. Tu rozstałyśmy się z Joshem i poszłyśmy do mojej komnaty. Po drodze mijałyśmy podobne korytarze. Różniły się jedynie obrazami oraz kolorami zasłon.

Mój pokój był taki sam jak wszystkie, czyli białe ściany, obrazy i różne niepotrzebne dekoracje — jednym słowem przepych. Na środku pokoju zajmowało się łoże z baldachimem koloru wiosennej trawy. Na prawo widniały drzwi do garderoby z sukniami na każdą możliwą okazję. Dosłownie każdą. Naprzeciw stało biurko, na którym leżały moje książki. Lubię czytać, a najbardziej cenię te opowiadające o tym jak się żyło przed zjednoczeniem naszego kraju.

Nana pomogła mi przebrać się w piżamę i wyszła. Usiadłam przy biurku, zapalając świeczkę. Ze stosu książek wzięłam tę, która mówiła o dziejach ludzi w trakcie Wielkiej Wojny.

Opowiadała o tym jak magicy i bezmocni toczyli krwawe boje o dominację. Czarnoksiężnicy byli przeświadczeni o swojej wyższości, ale bezmocni odkryli kamień, który niwelował magiczne moce. Ten kryształ zwał się Rosea Lapis — był niewielkim kamykiem o różowej barwie, ale ograniczonym zasięgu działania. W walce na dalekie dystanse bezmocni rozdrabniali Rosea Lapis na pył, a potem mieszali z wodą. W tej zawiesinie moczyli drewno i tworzyli strzały, które mogły zniszczyć przeróżne bariery — potrafiły przejść ściany ognia nie płonąc. Natomiast w zwartej walce wtapiali je w rękojeści mieczy, noży, tarczy oraz innych broni. Ten tajemniczy minerał wyrównał szanse w wojnie. Doprowadziło to do rzezi, przez którą królowie obu nacji postanowili zawrzeć pokój.

Teraz kopalnie Rosea Lapis są pod ścisłą obserwacją rady, złożonej z czarnoksiężników i bezmocnych. Bronie niwelujące nie są już wyrabiane, ale można je posiadać.

Po jakimś czasie usłyszałam kroki rozchodzące się po korytarzu. Zdziwiło mnie to, że pojawiły się nagle. Normalnie o tej porze nikogo nie powinno tu być. Wstałam i wyjrzałam zza drzwi. Ktoś wszedł do komnaty ojca, znajdującej się tuż obok mojej.

Wyszłam powoli z pokoju, zaglądając do sąsiedniej komnaty. Ojciec rozmawiał z jakimś mężczyzną — niestety nie widziałam jego twarzy, ponieważ zasłaniał ją kaptur. Tata wydawał się czymś zdenerwowany, wręcz wzburzony. Zdawało mi się, że miał zamiar wezwać straże…

To był ułamek sekundy. Zakapturzona postać wyjęła nóż i dźgnęła nim króla w brzuch. Nie zdążył zareagować. Na twarzy jego malowało się zaskoczenie. Tata upadł na ziemię, a ten mężczyzna chwilę nad nim stał. Nogi mi zdrętwiały. Serce biło coraz szybciej. Czułam spływające po moim czole krople potu. Paraliżujący dreszcz, który rozchodził się po całym ciele. Strach brał nade mną władzę. Miałam problemy z wzięciem głębokiego wdechu.

Na moich oczach ktoś zaatakował ojca. Ze strachu zaczęłam szybciej oddychać, a moje ciało trzęsło się. Nie umiałam się uspokoić. Nie potrafiłam się odezwać… Nic… Tylko stałam i obserwowałam…

Niestety zbyt mocno oparłam się o drzwi, które trochę zaskrzypiały. Nieznajomy usłyszał mnie i już sądziłam, że podejdzie do drzwi i mnie zaatakuje. Czułam jak do oczu napływają mi łzy. Stałam jak sparaliżowana… Ale on po prostu zniknął, rozpłynął się jak mgła. Pierwszy raz widziałam taką moc.

Trwałam tak chwilę, nadal przerażona, dopóki nie usłyszałam jęków ojca. Natychmiast się otrząsnęłam. Wbiegłam do komnaty, siadając obok taty. Dywan oraz szaty królewskie były całe zakrwawione, a ojciec strasznie blady. Chciałam biec po pomoc, ale chwycił mnie za rękę.

— Posłuchaj mnie, dziecko — powiedział, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. — Ufaj… tylko Joshowi…

Pokiwałam głową, a z oczu po policzkach zaczęły spływać mi łzy. Ojciec podniósł rękę i wytarł je.

— Musisz być… silna. — Chwyciłam jego rękę, którą nadal trzymał na moim policzku. — Dla mnie… dla mamy…

— N-nie… Nie zostawiaj mnie — powiedziałam przerywanym głosem.

Spojrzałam na niego. Jego oczy stały się szkliste, a ciepła dłoń, spoczywająca na moim policzku, bezwładnie opadła na ziemię. Rozpłakałam się. Nie obchodziło mnie nic, tylko to, co przed chwilą się stało. Krzyczałam, płakałam. Oparłam głowę o pierś mojego ojca. Czułam się jakbym śniła. Jakbym znajdowała się za jakąś szybą, a to nie przydarza się mnie tylko komuś innemu. Ja nie potrafiłam zrozumieć tego co się stało. Czułam tylko ogromny ból i pustkę. Teraz nie miałam już nikogo. Straciłam ostatniego członka mojej rodziny…

Nawet nie zauważyłam jak do sypialni wszedł Josh. Spojrzał na mnie i na ojca. Usiadł obok mnie, mocno mnie obejmując. Wtuliłam się w jego pierś.

W tym czasie do komnaty wszedł Gerald. Spojrzał na ojca, potem na nas. Na jego twarzy widziałam tylko zdziwienie. Nic więcej. Myślałam, że nam pomoże. Zorganizuje poszukiwania zabójcy. Ale myliłam się…

— Zdrajcy! Zabili króla! Straż! — krzyczał, wybiegając z komnaty.

Josh szybko wstał, otwierając drzwi na balkon. Wziął mnie za rękę i wtedy do komnaty wbiegli strażnicy z Geraldem na czele. Ich niezdecydowanie dało nam cenne sekundy na ucieczkę.

— Co tak stoicie?! — krzyknął gniewnie Gerald, wskazując na nas. — Łapcie ich!

Josh wziął mnie na ręce i stanął na barierce. Byliśmy na wysokości trzeciego piętra. Spojrzałam w dół. Czułam jak adrenalina bierze nade mną górę. Wystraszona mocniej wtuliłam się w klatkę piersiową mężczyzny. Jego serce biło spokojnie. Nie wydawał się przerażony tym co zamierzał zrobić. On nie wahał się ani chwili… skoczył. Wiatr smagał nas. Dojmujący chłód oraz rosnąca adrenalina.

Spadaliśmy bardzo szybko. Ziemia zbliżała się nieubłaganie. Nagle poczułam ostre szarpnięcie. Trzask łamanych gałęzi. Mój towarzysz ledwo trzymał się na nogach. Przyjął na siebie większą siłę upadku. Znajdowałam się wystarczająco blisko niego, że zauważyłam krople potu na jego czole.

Mężczyzna postawił mnie na ziemi i spojrzał w górę. Z komnaty ojca dobiegały krzyki Geralda. Trzymając się za ręce pobiegliśmy przez ogród. Przeskoczyliśmy przez żywopłot, wbiegając do lasu. Odwróciłam się na krótką chwilę i zobaczyłam goniących nas strażników. Josh przyśpieszył. Nie potrafiłam za nim nadążyć… Mój nadgarstek powoli wyślizgiwał się z jego żelaznego uścisku. Na szczęście, Josh zatrzymał się, wpychając mnie w krzaki. Spojrzałam na niego zdezorientowana. Wszystko działo się tak szybko… Siedzieliśmy w milczeniu, gdy obok nas przebiegli kierujący się w stronę jeziora strażnicy. Wstaliśmy i skierowaliśmy się na wschód, byle jak najdalej od zamku.

Maszerowaliśmy długo. Księżyc znajdował się tuż nad naszymi głowami. Bosymi stopami szłam po mokrej trawie. Z tego zimna, zaczynały mnie boleć nogi. Dawno już przestałam płakać. Czułam się jakby zabrakło mi łez. Czułam się taka pusta, osamotniona.

Spojrzałam na mojego towarzysza. Pewnie stawiał kroki, gdy nagle się zatrzymał.

— Chyba ich zgubiliśmy — wyszeptał Josh. Znajdowaliśmy się na niewielkiej polanie. Josh stanął na środku, zdejmując rękawiczkę. Zawsze ciekawiło mnie, co pod nią chowa. Podeszłam bliżej, aby przyjrzeć temu, co robi. Na jego dłoni znajdowały się dziwne symbole. Otaczały jego nadgarstek, rozchodząc się na palce. Znaki zaczęły błyszczeć, kiedy Josh uniósł rękę. Przyjrzałam się jego twarzy. Zdawał się na czymś skupiony. Symbole na jego ręce zaczęły się poruszać. Powoli schodziły z jego dłoni i zawisały w powietrzu. Kiedy ułożyły ogromny krąg, przestrzeń między nimi stała się czarna. Zrozumiałam, że Josh otworzył portal na Ziemię.

— C-co się dzieje? — spytałam. Wszystko działo się za szybko…

— Później ci wyjaśnię — powiedział Josh. — Uważaj przy lądowaniu.

Podeszłam do przejścia. Wzięłam głęboki wdech i skoczyłam. Znajdowałam się w jakimś tunelu. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam słabe światło, które zbliżało się z każdą sekundą. Wypadając z portalu uderzyłam o coś głową. Ostatnie co zapamiętałam to niewyraźne zarysy miasta. Miasta skrzącego się w blasku świata. Światła, które biło od niego pomimo ciemnej nocy wokół…

Kilka dni później na Staltiku

Mieszkańcy miasta White Eagle mówili tylko o jednym — o zdradzie księżniczki Krystal i śmierci króla. Wielu głowiło się jak ukochana córka mogła zabić własnego ojca. Inni od razu przyjęli to za prawdę. Uznali, że następczyni tronu chciała szybciej zagarnąć władzę niż czekać do swoich osiemnastych urodzin. Krystal została nieoficjalnie uznana za zdrajczynię. W tamtej chwili niewielu ludzi wierzyło w jej niewinność, a jeszcze mniej przyznałoby się do tego.

Na głównym placu zebrał się już tłum ludzi, by wysłuchać przemowy Geralda. W oddali od strony zamku słychać było tętent końskich kopyt. Kiedy u północno-zachodniego wejścia na placu pojawiły się konie, zbiorowisko rozstąpiło się. Przez plac przejechały trzy konie z jeźdźcami.

Największy z nich, kroczący na samym przedzie był koniem polarnym. W kłębię wzrostem dorównywał dorosłym mężczyznom. Jego długie nogi były dobrze wyrzeźbione. Miał krótki tułów i szeroką pierś. Na głowie posiadał czarne znamię w kształcie gwiazdki. W jego gęstą grzywę wplecione zostały białe wstążki z pozłacanymi krawędziami.

Można by go było uznać za konia polarnego czystej krwi, ale one bywają śnieżnobiałe bądź kremowe. A tamten miał umaszczenie kasztanowe i posiadał jedwabiste szczotki zaczynające się od stawu skokowego. Te cechy wskazywały, że posiadał krew koni shire. Jednych z największych koni na Staltiku jak i również na Ziemi.

Na tym majestatycznym rumaku nie jechał nikt inny jak Gerald. Ubrany był szykownej niż zwykłe. Odziany w tunikę z czerwonej wełny, podszytą czarnym lnem zapinaną na guziki. Rękawy miał rozcięte do łokci lekko rozkloszowane. Spodnie natomiast z szarego lnu, ściągane w pasie rzemykiem wiązanym z przodu. U jego boku w pochwie znajdował się miecz. Rozsławiony był jako Merverdellas.

Po jego prawej stronie znajdował się Seribllo — nowy generał armii Eternal Rose. Czarnoskóry mężczyzna o ciemnych, lekko kręconych włosach. Oczy koloru brązowego bacznie obserwowały tłum. Ubrany był w gotycką zbroję rycerską, na której znajdował się emblemat Doliny Królewskiej — jeleń. Jego ubiór dodawał mu grozy. Jak tylko ludzie go widzieli, czuli jego świdrujący wzrok.

Jechał na koniu rasy fryzyjskiej, który w kłębie był o wiele niższy niż koń polarny, ale nadal wysoki. Natomiast grzywa opadała na jego łabędzią szyję.

Z lewej strony trochę z tyłu znajdował się porucznik Horacy — były generał armii Eternal Rose. Został zdegradowany poprzedniego dnia, zaraz po tym jak Gerald ogłosił się regentem. Porucznik odziany w zbroję o łagodniejszych rysach niż zbroja Seribllo — prezentował się mniej groźnie niż jego towarzysze.

Horacy jechał na koniu lipicańskim. Niedużym rumaku o zwięzłej budowie i wysoko osadzonej umięśnionej szyi. Był maści szarej z pofalowaną grzywę.

Konny pochód dojechał do platformy przygotowanej dzień wcześniej. Cała trójka zeszła z wierzchowców i weszła na podwyższenie. Gerald podszedł do podium, przybierając smutny wyraz twarzy. Tłum zamilkł. Ludzie oczekiwali potwierdzenia plotek lub ich zaprzeczenia.

— Słuchajcie! Kilka dni temu doszło do okropnej zdrady. Straciliśmy naszego ukochanego i sprawiedliwego władcę Manuela i mojego drogiego brata… — Gerald zamilkł na chwilę, aby dodać dramatyzmu swojej mowie. — A zdrajcą była równie droga mi bratanica księżniczka Krystal. — Wśród tłumu przebiegł ponury pomruk. Seribllo uciszył wszystkich gestem ręki. Regent odczekał chwilę, dopóki zbiegowisko nie ucichło — Wiem. Jakby mi coś takiego powiedziano też bym nie uwierzył. Ale widziałem to na własne oczy. Księżniczka stała tam cała zakrwawiona z nożem w ręku, a obok niej stał pierwszy doradca, Josh. Jak tylko mnie zobaczyli, uciekli. — Gerald zamilkł. Odczekał chwilę, aż ludzie przyswoją tą okropną wiadomość. — Dlatego zamierzał oficjalnie ogłosić księżniczkę Krystal Wiktorię Stalons i Josha Kapsa zdrajcami…

Gdy Gerald mówił dalej o zdradzie Krystal, w tłumie pewna zamaskowana osoba starała się dostać do karczmy. Musiała przepychać się przez liczny tłum zgromadzony pod mównicą. Porucznik Horacy spostrzegł dziwną postać i odwrócił od niej wzrok. Wydawała mu się niezbyt interesująca. Jego głowę zaprzątały teraz inne rzeczy — a mianowicie to jak odzyskać swój tytuł.

Zakapturzona postać przepychała się łokciami przez zgromadzonych. Niektórzy z ludzi krzyczeli na nią, mając do niej pretensje. Ale po kilku minutach udało jej się dostać do karczmy. Podeszła do niej, chwytając klamkę.

Drzwi otworzyły się na oścież. W środku stały drewniane stoły, krzesła i lada. Za barkiem znajdowały półki z alkoholem oraz drzwi prowadzące do kuchni. W pomieszczeniu panował półmrok. Jedynym źródłem światła było kilka świec na stole. W pokoje przebywała dwojga ludzi siedzących w rogu oraz barmana. Mężczyzna odszedł od lady, zapraszając gestem ręki nieznajomego do reszty.

— Czy wy to słyszycie?! — mówiąc to zdjęła kaptur z twarzy.

Była to wysoka kobieta o zgrabnej posturze. Kilka kosmyków rudych włosów, opadało na jej delikatną twarz, kontrastując z jej błękitnymi oczami. Miała jasną karnację i wydatne kości policzkowe. Ubrana w długą lnianą suknię wrzosowego koloru, przepasaną białym pasem zawiązanym z boku. A na plecach narzuconą długa, brązową pelerynę z kapturem.

— Jola, słyszymy nie musisz krzyczeć — uspokoił ją jeden z siedzących, zdejmując kaptur. Posiadał wyraziste rysy twarzy oraz kwadratowy podbródek. Jego długie, blond włosy były spięte w kucyk, ale kilka kosmyków opadało na jego czoło. Piwne oczy pilnie obserwowały nowoprzybyłą. Ubrany był w brązowy płaszcz z kapturem, podobny do tego który miała na sobie Jola.

— Dobrze, Sajmonie — powiedziała Jola, wzdychając ciężko. Wzięła krzesło z sąsiedniego stołu i przysiadła się do grupy. Wszyscy tutaj zebrani byli równie zdenerwowani jak Jola, ale starali się trzymać nerwy na wodzy.

— Nana, wiesz coś? — spytał Sajmon drugą zamaskowaną osobę.

— Ostrzegałam króla, by obstawił swoją komnatę, ale mnie nie słuchał… — mówiła Nana ściągając kaptur.

— On nigdy nie słuchał! Nie słuchał nawet gwardii, która służy rodzinie królewskiej od pokoleń!!! — krzyknęła wściekła Jola, gwałtownie wstając z krzesła. Po sali rozległ sie huk. Do rudowłosej podszedł barman wyraźnie zdenerwowany.

— Nie krzycz tak, bo jeszcze nas zdemaskują — wysyczał przez zęby. Jola zrezygnowana usiadła na swoim miejscu. Była ona niezwykle wybuchową oraz zmienną osobą. — Albo właściciel postanowi sprawdzić hałasy z dołu.

— Przepraszam, Jack — powiedziała szeptem do chłopaka, który westchnął i zwrócił się do Nany — Wiesz co planuje Gerald?

— Tylko tyle, że planuje zebranie wszystkich margrabiów. Zamierza przedyskutować z nimi możliwość przejęcia tronu na stałe — oznajmiła Nana. W jej głosie można było wyczuć troskę oraz nutę strachu. Kobieta obawiała się co do tej decyzji regenta. Nie wiedziała, czy władcom regionów nie grozi niebezpieczeństwo.

— A wiesz gdzie księżniczka? — spytała Jola, która zdążyła już ochłonąć.

— Na Ziemi z Joshem. On ją ochroni, a my zajmiemy się ujawnieniem prawdziwego mordercy — rzekł Sajmon.

Reszta spotkania minęła na planowaniu strategii. Ale odkrycie prawdy niebyło ich jedynym zmartwieniem. W ostatnich dniach demony zaatakowały kilkoro ludzi, głównie myśliwych oraz podróżników. Udało im się ustalić, że wyślą członków niższej rangi na obchód wokół miasta.

— Musimy przede wszystkim zająć się pojmaniem Geralda — rzekła Jola. Kobieta miała dość czekania i zamierzała zacząć działać. Nawet w tej chwili.

— To nie on go zabił — powiedziała spokojnie Nana — Pilnowałam go cały czas, dopóki nie nakrył Krystal, ale to nie znaczy, że nie wynajął kogoś.

— Lub ktoś miał do wyrównania rachunki z królem, a Gerald tylko skorzystał z okazji — stwierdził Jack.

— I właśnie tego musimy się dowiedzieć… — podsumował Sajmon.

Spotkanie skończyło się kilka minut później, kiedy pozostali wymienili się informacjami. Takimi, że margrabia z Wysp Kamilańskich nie przybędzie tak samo jak margrabia Ermin z Snowcastle oraz o zwiększonej aktywności demonów w okolicach łańcucha gór Camillus graniczących od wschodu z Drylandem, a od zachodu z Royall Valley. Potem wszyscy wrócili do swoich zajęć, a Gerald wrócił do zamku.

Rozdział II

Ziemia — dzień po śmierci króla

Nie jestem pewna jak długo byłam nieprzytomna. Ale wiem, że leżałam na czymś miękkim. Otworzyłam oczy i ujrzałam salon w kolorze jasno-zielonym. Powoli usiadłam. Rozejrzałam się dookoła. Okazało się, że siedzę na białej kanapie, a obok znajdowała się przeszklona szafa z książkami. Naprzeciwko kanapy stał duży telewizor. Po prawej zauważyłam schody, a po lewej parę drzwi. Właśnie gdy chciałam wstać przez drzwi do salonu wszedł Josh. Podbiegł do mnie i chwycił mnie.

— Nie wstawał — rzekł. Przybył akurat w dobrym momencie, bo właśnie rozbolała mnie głowa.

— Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? Ostatnie co pamiętam to, że weszłam do komnaty ojca i… — wszystko wróciło do mnie ze zdwojoną siłą. Cały smutek, żal, bezradność. Łzy samowolnie napłynęły mi do oczu. Zakryłam twarz dłońmi.

— Krystal… Wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz wziąć siew garść i ukryć się — powiedział, obejmując mnie ramieniem. Jego głos był taki spokojny.

— Dobrze, postaram się — powiedziałam ocierając łzy. Nie mogę płakać, nie mam czasu na żałobę. Muszę dowiedzieć się kto za tym stoi i ukarać go odpowiednio.

— Słuchaj, musisz zmienić wygląd. Do tego świata nie pasują długie, jedwabne suknie tylko luźnie ciuchy — oznajmił z lekkim uśmiechem. Josh doskonale wiedział, że nie cierpiałam tych wszystkich ograniczających ruchy ubrań. Wolałam coś bardziej wygodnego, więc jak tylko miałam okazję, ubierałam strój myśliwski i chodziłam do lasu.

— Dobrze, ale mam jedno pytanie — rzekłam.

— Jakie? — spytał, siadając obok mnie.

— Skąd masz to mieszkanie i ziemskie pieniądze? — zapytałam.

— Dowiesz się w swoim czasie — powiedział to i poszedł na górę. Czemu on ma przede mną jakieś tajemnice? Akurat teraz… Ale ojciec mówił, że mam mu ufać… Zawsze miałam do niego pełne zaufanie i nigdy mnie nie zawiódł, więc nie miałam powodów do jakichkolwiek wątpliwości.

— Idziesz? — krzyknął Josh, który był już na skodach.

— Idę, idę — rzekłam, idąc na górę. Korytarz był cały biały z różnymi zdjęciami. Nie przyglądałam im się zbytnio. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu. Odpocząć oraz ukarać tamtego człowieka.

Josh podszedł do pierwszych drzwi po lewej stronie i otworzył je. Weszłam do środka. Ściany były zielone. W rogu pokoju stało dwu-osobowe łóżko z żółtą pościelą. Obok znajdowała niewielka, drewniana szafka nocna, a na niej budzik. Dalej stała dębowa szafa. Podeszłam do niej, otwierając ją. Była pełna ubrań, nie jedwabnych sukni, których nie lubiłam i nosiłam je tylko ze względu na królewską etykietę. Tylko „luźnych ciuszków” jak to określił Josh. Wyjęłam ciemno-zieloną tunikę z jednym ramiączkiem oraz luźne jeansy. Obok szafy było biurko. Pomiędzy szafą, a biurkiem zauważyłam drzwi. Położyłam ciuchy na łóżko, kierując się tam.

Weszłam do środka i zobaczyłam łazienkę. Znalazłam przełącznik, włączyłam światło. Zawsze ciekawiło mnie jak Ziemianie zaklęli błyskawice w tych szklanych pojemnikach. Zapalały się na ich drobne skinienie. Potem spytam Josha jak to dokładnie działa.

Na podłodze znajdowały się czarne kafelki, a na ścianach czerwone. Na jednej ze ścian wisiało duże lustro, a pod nim czerwony zlew z białą szafką. Była też wanna, toaleta oraz prysznic. Mniejsza niż te w pałacu, ale dostatecznie duża dla mnie.

Josh mówił, że muszę zmienić wygląd. Pójdę po tamte ciuchy i się przebiorę. Kątem oka zauważyłam jak mężczyzna opuszcza pokój. Po chwili usłyszałam skrzypienie schodów. Pobiegłam szybko po ubrania i wróciłam do łazienki. Zamknęłam drzwi, zdejmując jedwabną piżamę. Była cała ubłocona oraz w niektórych miejscach podarta. Zaszyję to jak znajdę wolną chwilę. Położyłam ją na szafce w łazience. Weszłam pod prysznic.

— To będzie ciekawe — powiedziałam sama do siebie, przyglądając się kurką. Przekręciłam jeden z nich i spadł na mnie strumień lodowatej wody. — Zimne! — krzyknęłam, zakręcając wodę. — To nie może być trudne. — odkręciłam obydwa kurki. Woda nadal była zimna, ale nie tak jak wcześniej. Chwilę zajęło mi ustawienie ciepłej wody. Muszę przyznać, że jest to dużo szybszy sposób na kąpiel niż w zamku. W domu musiałam prosić pokojówkę, aby naszykowała mi kąpiel. Trwało to najczęściej koło półgodziny, ponieważ magowie ognia podgrzewali wodę w wielkich balach.

Spłukałam z ziemie cały brud zeszłej nocy. Na tą krótką chwilę udało mi się przestać o tym wszystkim myśleć. Patrzyłam na spływającą brudną wodę. Stałam tak kilka minut, a potem zakręciłam wodę. Wzięłam ręcznik przy okazji zachlapując całą podłogę. Ubrałam się szybko. Zwykły prysznic, a sprawił mi tyle przyjemności. W trakcie mojej kąpieli lustro zaparowało, więc przetarłam je ręcznikiem. Przejrzałam się w nim. Ciemna tunika idealnie pasowała do czarnych włosów.

Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Podeszłam do nich, otwierając je. Stał w nich Josh.

— Mogłabyś ściąć włosy — skomentował Josh. — Jeśli chcesz mogę to zrobić. — pomachałam głową.

Blondyn wyjął rękę za pleców, trzymając w niej nożyczki, czyli po to zszedł na dół. Wzięłam stołek, który znajdował się w rogu pokoju i przestawiłam go naprzeciw lustra. Josh skrócił mi włosy. Teraz miałam krótkie włosy, sięgające trochę ponad szyję. Mężczyzna wziął dziwną tubkę do ręki.

— Co to jest? — zapytałam.

— Farba do włosów — odrzekł Josh, odkręcając farbę.

— Nie chcę farbować włosów — oznajmiłam. Lubiłam moje włosy, a najbardziej ich kolor który odziedziczyłam po mamie. Zawsze jak się przeglądałam w lustrze, przypominała mi się mama. Byłam dumna z tego i nie zamierzałam zmieniać ich koloru.

— Musisz, chcesz żeby szpiedzy cię rozpoznali? — Przekonywał mnie.

— Nie, ale jaka jest szansa, że nas znajdą. Mogą myśleć, że nadal jesteśmy w Eternal Rose, a nawet jeśli wpadną na pomysł, że jesteśmy na Ziemi to i tak nie wiedzą gdzie… — zaczęłam.

— Niech ci będzie — westchnął ciężko, odkładając farbę. — Idę zrobić kolacje.

No i wyszło na moje. Nie przefarbował mi włosów. Po tym wydarzeniu przy kolacji powiedział mi, że na Ziemi musimy udawać rodzeństwo, i że rzucił zaklęcie na zdjęcia tak, by były to nasze wspólne. Powiedział też, że będzie musiał chodzić do pracy, a ja do szkoły. W zamku uczyli mnie prywatni nauczyciele, więc miłą odmianą będzie uczenie się w grupie. W Eternal Rose był obowiązek nauki — wszystkie dzieci do szesnastego roku życia uczyły się w szkołach leśnictwa, rachunków, muzyki, sztuki oraz historii. Były też zajęcia praktyczne takie jak szycie, czy gotowanie.

Postanowiłam zwiedzić nasz tymczasowy dom. Chciałam się dowiedzieć gdzie co jest. Zaczęłam od drzwi w kuchni. Otworzyłam je i jedyne co zobaczyłam to ciemność. Zdziwiłam się.

— To garaż, znajduje się w nim nasz samochód, ale nie zobaczysz go, bo muszę wymieć żarówki — oznajmił Josh. Odpuściłam sobie zwiedzanie garażu, więc poszłam do salonu. Podeszłam do szafki z książkami. Wyciągnęłam jedną i przejrzałam ją. Był to kryminał zatytułowany „Florystka” Katarzyny Bondy. Może kiedyś ją przeczytam. Odłożyłam książkę na miejsce, kierując się w stronę drugich drzwi. Otworzyłam je i znalazłam się w przedsionku. Był tam tylko wieszak na kurtki oraz ławka. Po zwiedzaniu parteru poszłam na piętro, gdzie znajdował się mój pokój i Josha, drzwi na strych oraz pralnia. Pokój Josha był zamknięty na klucz tak samo strych. Byłam zmęczona, więc postanowiłam spytać Josha o strych jutro i poszłam spać. Weszłam do mojego pokoju i wyjęłam z szafy piżamę w kotki, szybko się przebrałam. Usiadłam na parapecie okna. Stamtąd miałam widok na nasz ogród, oświetlał go delikatny blask gwiazd.

Z głupią nadzieją szukałam jakiś znajomych konstelacji — gwiazdy Peruna ( zawsze wskazującej północ na Staltiku ) w gwiazdozbiorze Mokoszy (kształtem przypominającym pająka ), bliźniaczego układu gwiazd Marzanny i Jaryło ( przypominające jabłko i jajko ). Nie znalazłam żadnej znajomej gwiazdy, a co dopiero konstelacji. Tutaj niebo było takie inne. Zdawało mi się, że świecą one na Ziemi słabiej. Miałam wrażenie, że tutejszy nieboskłon jest surowszy niż w domu. Takie ponure, a zarazem fascynujące oraz tajemnicze. Znalazłam grupę gwiazd przypominających duży wóz. Muszę dowiedzieć się jak nazywają się tutejsze konstelacje. Może też ich nazwy pochodzą od bogów?

Naprzeciw niej znajdował się inny gwiazdozbiór. Kiedy go zobaczyłam nie wierzyłam własnym oczom. Był to pas Świętowita — trzy gwiazdy w linii prostej. Każda z nich symbolizowała inny wymiar. Pierwsza z nich, znajdująca się na samym dole uosabiała królestwo umarłych — Nawie. Druga z kolei przedstawiała świat śmiertelników, a trzecia reprezentowała krainę bogów — Wyraj. Uśmiechnęłam się lekko na widok znajomych kształtów.

Opiekunem wszystkich wymiarów był Świętowit — bóg słońca. Codziennie przemierzał niebo na swoim świetlistym rydwanie, doglądając swoich światów.

Może byłam na Ziemi, w kompletnie obcym miejscu, ale udało mi się znaleźć coś co przypomina mi dom. Dzięki temu małemu odkryciu poczułam się trochę lepiej.

Wróciłam wzrokiem na ogród. W rogu rosło duże drzewo, chyba dąb, ale w tym świetle nie byłam pewna. Pod nim znajdowała się ławeczka. Prowadziła od niej kamienna ścieżka prosto do domu, prawdopodobnie do garażu, więc pewnie są tam drzwi na zewnątrz. Obok dróżki znajdowała się huśtawka. Wokół ogrodzenia rosło też dużo krzaków, ale nie umiał rozpoznać jakie. Ostatni raz spojrzałam na niebo na pas Świętowita. Westchnęłam i położyłam się do łóżka. Ciche, monotonne tykanie zegara ukołysało mnie do snu.

Rozdział III

Obudziłam się o około siódmej. Słońce wdzierało się do mojego pokoju przez okno. Zapomniałam wczoraj zasłonić firany. Leżałam parę minut w łóżku wpatrując się w sufit. Zastanawiałam się co dzieje się na Staltiku, co z Naną i moimi podwładnymi. Jak ja mam to wszystko naprawić skoro jestem tutaj? Jak w ogóle mam to zrobić? Nie mogę tak po prostu wrócić. Wujek Gerald ma mnie za morderczynię… Pewnie już zdążył to ogłosić… Ja… mogę nigdy tam nie wrócić. Z zamyślenia wyrwały mnie hałasy z dołu. Brzmiało to jakby ktoś, a raczej Josh stłukł coś. Westchnęłam. Uznałam, że lepiej będzie się ubrać, a potem zejść zobaczyć co się stało. Nie chciałam paradować przed królewskim doradcą w piżamie w kotki. Chociaż Josh jest… raczej był przyjacielem mojego ojca to nadal traktował mnie jak księżniczkę. I troszkę się wstydziłam.

Leniwie wstałam z łóżka i podeszłam do szafy. Wyciągnęłam z niej niebieską koszulę w kratę, ciemne jeansy oraz czarny sweterek i bieliznę. Poszłam do łazienki, wzięłam szybko prysznic bez problemu udało mi się ustawić wodę za pierwszym razem. Owinęłam się ręcznikiem. Przyjrzałam się uważnie moim ubraniom. Materiał w dotyku przypominał len. Nie miałam problemu z przyszykowaniem się. Normalnie pomagała mi Nana. Ale nikt nie zawiązałby sam gorsetu. Tutaj nie miałam z tym najmniejszego problemu. Zapięłam guziki koszulki, ubrałam spodnie i rozczesałam włosy. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia w lustrze. Muszę przede wszystkim myśleć pozytywnie. Nie mogę… Nie wolno mi się poddać.

Zeszłam na dół do kuchni. Kiedy przekroczyłam jej próg ujrzałam Josh’a. Klęczał na podłodze w kuchni, sprzątając szkło, a w powietrzu unosił się zapach spalenizny. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Na piekarniku stała patelnia z dymiącymi się jajkami. Podeszłam do okna.

— Co się stało? — spytałam otwierając okno. Spalone jajka okropnie śmierdziały. Musiałam jak najszybciej wywietrzyć ten smród.

— Robiłem śniadanie i chciałem rozłożyć talerze, ale zorientowałem się, że przypalają mi się jajka i zbytnio nie zwróciłem uwagi gdzie je kładę. Kiedy próbowałem ratować śniadanie… — rzekł lekko zakłopotany Josh. Był perfekcjonistą. Idealny doradca królewski, ale jak widać kiepski pan domu.

— Przez przypadek zrzuciłeś talerze, a jajecznica spaliła się do końca — dokończyłam za niego, szukając produktów do śniadania. Wyjęłam z lodówki mleko oraz jajka. — Lepiej znajdź mąkę pszenną i olej.

Położyłam składniki na blacie i z szafki wyjęłam dużą miskę. Wlałam do niej mlek, potem dodawałam mąkę.

— Umyjesz patelnię? — zapytałam dalej mieszając składniki. — Za chwilę będę jej potrzebować.

Josh skinął głową, zabierając się za wyczyszczenie patelni ze spalonej jajecznicy. Natomiast ja dodałam jajko, olej i szczyptę soli. Wymieszałam wszystko, a kiedy skończyłam na piekarniku leżała już czysta patelnia.

— Przygotuj talerze, a ja już zajmę się resztą — odrzekłam, przyglądając się kuchence. Tuż pod dziwnym blatem znajdowało się sześć pokręteł. Obok każdego z nich znajdował się mały rysunek z czterema kółkami. U każdego inny był pokolorowany. Przekręciłam jedno z pokręteł. Odczekałam trochę i jedna z płyt zaczęła palić się na czerwono. Położyłam na niej patelnie, nalewając oleju. Byłam z siebie dumna. Może i nie wiedziałam na jakiej zasadzie działa to dziwne urządzenie, ale było proste w obsłudze. — Czy mamy w lodówce jakiś dżem?

Josh zajrzał do lodówki, szukając dżemu, a ja w tym czasie nalałam ciasto na patelnię.

— Zamiast dżemu jest marmolada — oznajmił i położył ją na stole. Zajęłam się śniadaniem. Naleśniki były gotowe w kilka minut naleśniki — wszystkie były złocisto-brązowe. Przez cały czas jak je robiłam Josh nie odrywał ode mnie wzroku. Zachowywał się jakby nie wierzył własnym oczom. Czy to naprawdę takie nietypowe, kiedy księżniczka zna podstawy gotowania? Położyłam talerz z plackami na stole i zaczęliśmy śniadanie.

Kiedy zjadłam już drugiego naleśnika spojrzałam na Josha i spytałam go.

— Skoro byłeś prawą ręką króla to czemu dzisiaj byłeś tak niezdarny?

Josh spojrzał na mnie i uśmiechnął się. To dziwne… Wrócił do jedzenia naleśników. Śniadanie minęło nam w ciszy, ale nie takiej krępującej. Było przyjemnie. Gdy Josh skończył powiedział:

— Musimy pójść do miasta i kupić ci przybory do szkoły — spojrzałam na niego zdziwiona. — No chyba nie sądziłaś, że pozwolę ci się obijać w domu. Jesteśmy na Ziemi, a tu normalni nastolatkowie chodzą do szkoły.

Pokiwałam głową. Po co miałabym mu się sprzeciwiać. Nie widziałam w tym żadnego sensu. A poza tym nie wiedziałabym co mam robić, kiedy on siedziałby w pracy. Pomysł pójścia do szkoły nie wydawał się taki zły. Może być nawet interesująco.

Po śniadaniu posprzątaliśmy talerze i wyszliśmy z domu. Nasz nowy dom znajdował się kilka przecznic od centrum miasta. Szliśmy drogą. Po lewej i prawej były nieduże domy z pięknymi ogrodami. Im bliżej byliśmy w centrum okolica zdawała się mniej bogatsza. W pewnym momencie domy z dużymi ogrodami stały się małymi mieszkaniami z niewielkimi ogródkami. Potem domy zastąpione zostały ogromnymi blokami, a gdzieniegdzie pojawiały sie sklepy. Wydawało mi się to trochę dziwne, że im bliżej byliśmy rynku, tym domostwa stawały się uboższe. W Eternal Rose przy rynkach mieszkali najbogatsi kupcy. Ale kiedy wcześniej oglądałam Ziemię, zrozumiałam, że jest tu wiele dziwnych rzeczy. Ludzie tracili wiele czasu przed dużymi skrzyniami z elektroniką, oglądając innych ludzi. To było marnotrawstwo czasu. Jakby król spędzał przy telewizorze tyle co oni kraj pogrążyłby się w runie.

Nagle mój towarzysz zatrzymał się przy niepozornym, małym sklepie. Na witrynie leżały stosy książek różnej maści. Zadarłam głowę do góry. Nad drzwiami znajdował się szyld, który głosił, że tutaj znajduje sie księgarnia.

Weszliśmy do środka. Księgarnia jak księgarnia, półki pełne różnych książek. Nie różniła się ona zbytnio od naszych księgarni.

— Wybierz sobie jakieś książki, a ja załatwię podręczniki — oznajmił Josh. Pokiwałam twierdząco głową. Chodziłam tak bez celu, przyglądając się kolorowym okładkom.

Na Staltiku miałam swoją własną małą biblioteczkę. Posiadał tam przeróżne książki historyczne, przygodowe, romanse. Lubiłam czytać, a Ziemska literatura była inna od naszej. Ziemianie mieli zupełnie odmienny punkt widzenia i postrzegania świata niż my na Staltiku. Dla nich niespotykaną rzeczą była magia. Pewnie dlatego lubowali się w fantastyce. Natomiast dla mnie intrygującą przedmiotem była technologia.

Znalazłam kilka ciekawych tytułów. „Romeo i Julia” Williama Szekspira. Dramat o niespełnionej miłości dwojga kochanków, którzy przez swoje rodziny trawiące się nienawiścią umarli. Chyba kiedyś natrafiłam na tą książkę na rynku w stolicy. Niektórzy kupcy posiadali towar z Ziemi — aparaty z wymiennym filmem, książki, porcelana, instrumenty oraz wiele innych rzeczy. Zdobywali je oni od Viatorów, czyli magików posiadających umiejętność tworzenia portali. Posiadali oni jasnoniebieskie symbole na dłoniach, dzięki którym otwierali przejścia. Jednym z nich był właśnie Josh, czego zaledwie wczoraj się dowiedziałam. Moc Viatori nie ma zależności dziedzicznej. Niektórzy uczeni na Staltiku podejrzewali, że to sami bogowi wybierali Viatorów. Ale ja nie jestem do tego przekonana.

Ale wracając do książek. Upatrzyłam sobie dwie powieści detektywistyczne „Dwanaście prac Herkulesa” i „Przygody Sherlocka Holmesa”. Z opisu wydawały mi się ciekawe. Poszłam z tymi książkami do Josha.

— Tylko tyle? — zapytał, wskazując na książki.

— A czemu więcej? — odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Zdziwiłam się. O co mu chodzi?

— Bo jesteś księżniczką, sądziłem, że będziesz chciała kupić całą księgarnię — powiedział szeptem śmiejąc się.

— Hahaha, bardzo zabawne — powiedziałam ironicznie i dodałam — Teraz trzymaj! — rzekłam lekko wnerwiona i dałam mu książki. Nie mam humoru na jakiekolwiek żarty. Wolałabym być teraz w Eternal Rose i dowiedzieć się kto zabił mojego ojca, a nie się ukrywać. Ja nie jestem tchórzem.

Poszedł do kasy i zapłacił. Wyszliśmy z zakupami przed sklep.

— Ja jeszcze muszę gdzieś pójść, a ty zabierz to do domu — dał mi zakupy i poszedł zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Zostawił mnie samą? Osobę, która nie zna tego miejsca i może się zgubić? Poszukiwaną w całym kraju, bezbronną księżniczkę? I on ma się za królewskiego doradcę? Westchnęłam i poszłam do domu. Miałam nadzieję, że po drodze nie przydarzy mi się jakieś nieszczęście. Niestety myliłam się. Siatki z książkami były strasznie ciężkie i jedna z nich rozerwała się. Książki, które kupiłam spadły na chodnik. Zaczęłam je zbierać, aż pojawił się cień.

— Pomogę ci — rzekł miło nieznajomy i wtedy podniosłam głowę. Był to wysoki, błękitnooki chłopak. Miał piękne, krótkie kasztanowe włosy. Delikatne rysy twarzy. Na oko był gdzieś w moim wieku. Pomógł mi pozbierać książki.

— Dziękuję… — zaczęłam.

— Charles, ale przyjaciele mówi mi Charlie, a ty? — zapytał.

„Krystal to nie jest ziemskie imię. Tu nazywasz się Wiktoria!” Telepatia jedna z mocy Josha. Czyli jest gdzieś w pobliżu. Ciekawie co on znowu wyrabia? Czemu nie może mi jakoś pomóc?

— Nazywam się Wiktoria — odpowiedziałam. Nie skłamałam, bo moje pełne imię to Krystal Wiktoria Stalons. Może nie było to zbyt ambitne, ale dziwnie byłoby jakbym zastanawiała się nad własnym imieniem.

— Pasuje ci, a może pójdziemy na kawę? — zaproponował Charlie. Obca osoba zaprasza mnie na kawę. Trochę to podejrzane, ale jeśli coś się stanie to Josh jest w pobliżu. Pewnie obserwuje nas teraz z ukrycia. Co on próbuje zrobić?

— Nie mogę. Obiecałam bratu, że wrócę do domu — rzekłam.

— Skoro obiecałaś, to może cię odprowadzę? — zapytał. Czemu mu tak na tym zależy? Może to jeden z ludzi Geralda?

— Nie chcę się narzucać — odpowiedziałam.

— Ale dla mnie to żaden problem — uśmiechnął się chłopak. — Przecież ktoś musi ci pomóc z tymi książkami.

— No dobrze — w końcu się zgodziłam. Trzeba przyznać, że ma rację. Sama do domu tego nie doniosę. Charles wydawał się być pomocny, ale musze być ostrożna.

Razem szliśmy przez ulicę miasta.

— A w ogóle gdzie mieszkasz? — spytał.

— Na wrzosowej 18a — odpowiedziałam.

— Niedaleko mnie — stwierdził z uśmiechem. — Ja na Mickiewicza 4b. Od jak dawna tu mieszkasz? — zapytał. Co on jest taki ciekawski?

— Od kilku dni — odpowiedziałam. Może jestem trochę przewrażliwiona? Może on próbuje być tylko miły? Muszę trochę się rozluźnić.

— Do jakiego liceum chodzisz? — spytał.

„Do liceum Angel High School.” Dzięki Josh. „Mów mi bracie i to jest zwykły chłopak. Serio sądzisz, że pozwolił bym ci iść razem z wrogiem? Miej we mnie więcej wiary siostro.”

— Coś ty taki ciekawski? — chłopak spojrzał na mnie lekko speszony. — Angel High School — odpowiedziałam uśmiechając się. Wyznanie mojego opiekuna uspokoiło mnie.

— Serio? Tak jak ja — rzekł. Uśmiechnął się. Jest całkiem miły i otwarty. — Tylko dziwne jest to, że przenosisz się w połowie semestru — oznajmił.

— Przez pewne problemy prywatne… — rzekłam. Westchnęłam ciężko i on to zauważył.

— Jeśli nie chcesz mówić to nie mów — oznajmił. Potem zerknął na moje książki. — Widzę, że jesteś fanką kryminałów…

Reszta drogi minęła nam spokojnie. Rozmowa zeszła na temat ulubionych książek i troszeczkę się zapomniałam, że oni mają inne książki niż my. Kiedy usłyszał kilka tytułów był zaskoczony, ale udało mi się z tego wybrnąć. Gdy doszliśmy do mojego domu pożegnaliśmy się. Ja weszłam do domu, a on zniknął za rogiem. Otworzyłam drzwi i położyłam zakupy na stole w kuchni. Podeszłam do przeszklonej szafy, było tam mnóstwo zdjęć — mnie i Josha. Znalazłam też jakiejś dokumenty. „Wiktoria Olnicka urodzona 10 października roku 1994 w Bostonie… Rodzice W. Olnickiej zginęli w wypadku samochodowym kilka miesięcy temu… Opiekę nad W. Olnicką sprawuje Josh Olnicki…” Były tam też informacje o szkołach, innych miejscach zamieszkania i takie tam. Musiał się na tym sporo napracować. To pewnie dlatego tak zniknął. Nagle poczułam czyjąś rękę na ramieniu i odwróciłam się gwałtownie.

— Czas zacząć twój trening! — oznajmił uradowany Josh.

— Trening? Gdzie niby? — spytałam zaskoczona.

— W grocie na plaży 12 kilometrów na północ — rzekł z entuzjazmem.

— Ty Wiktorio zmienisz się w coś i tam dobiegniesz, a ja pobiegnę bocznymi uliczkami — oznajmił. Podszedł do drzwi i je otworzył. — Do zobaczenia na miejscu! — rzekł i pobiegł.

To nie fair. Co ja zrobię? Zastanawiałam się chwilę i podjęłam decyzję — zmienię się w psa! Skupiłam się na obrazie silnej i wytrzymałej suki. Przemiana trwała mniej niż minutę. Przy transformacji zawsze towarzyszy mi dziwne uczucie mrowienia w całym ciele. Teraz było tak samo. Potem podeszłam — na czterech łapach — do lustra. Byłam dużą, czarną psiną o ciemnych oczach. Nie mogłam wyjść przez drzwi, bo psy same ich nie otwierają. Poszłam do kuchni i ujrzałam otwarte okno, więc przez nie wyskoczyłam. Wylądowałam w krzakach. Trochę się przy tym pokułam, ale to przecież nic takiego. Wyszłam z nich i skorzystałam z ruchowej deski w płocie. Pobiegłam ulicą. Powoli poszłam w stronę parku, który minęłam z Joshem jak szliśmy na zakupy. Przeszłam przez dużą żelazną bramę. Było mało ludzi, głównie ludzie i ich psy. Poszłam w najdalszy zakątek skweru, gdzie nikogo niebyło. Znajdowało się tam pełno wysokich, urodziwych drzew od drobnych lip po wielkie dęby.

W końcu natknęłam się na wysoką, zamkniętą bramę. Była za duża, by ją przeskoczyć i nie mogłam wykopać dziury, ponieważ po drugiej stronie znajdowała się droga. Stamtąd doskonale słyszałam warkot silników. Jak ludzie mogą to wytrzymać? Nieustające warczenie silnika oraz okropny swąd spalin. Może tak bardzo się do tego przyzwyczaili, że już tego nie zauważają?

Zastanawiałam się chwilę i postanowiłam zmienić się w ptaka. Przybrałam formę kruka, wzbijając się w powietrze. Muszę przyznać, że latać to ja uwielbiałam. To niesamowite uczucie swobody oraz wolności. W trakcie lotu mogłam zapomnieć o wszystkich trawiących mnie kłopotach. Byłam tylko ja i czyste powietrze — wole od przebrzydłego zapachu miasta.

Pode mną znajdowała się droga, a obok osiedla. Wzbiłam się wysoko ponad budynki i zauważyłam skrawek morza przebijający się przez miejskie zabudowania. Poleciałam w tamtym kierunku. Kiedy leciałam spostrzegłam łąkę, a na niej biegał bezpański pies. Po paru minutach dotarłam na plażę. Wylądowałam na kamieniu, rozglądając się dookoła. Morze było czyste i piękne. W powietrzu czuć było sól. Wysokie, strome urwisko znajdowało się tuż nade mną. Niedaleko znajdowała się grota. U jej wejścia stał Josh. Chyba mnie nie rozpoznał, ponieważ gdy zmieniłam się w człowieka, bardzo się zdziwił.

— Co się stało? — spytałam.

— Nie, tylko zdziwiłem się, że zajęło ci to tak mało czasu. Jestem zdumiony — oznajmił.

— Nana uczuła mnie podstaw przemiany i uzdrawiania — oznajmiłam z uśmiechem.

— A co z walką wręcz albo szermierką? –zapytał.

— Nie… — rzekłam krótko. — Ojciec nie chciał abym się tego uczyła…

— Dobra. Naukę zaczniemy od podstaw, a potem przyjdzie czas na defensywę i ofensywę — rzekł Josh. Weszliśmy do groty. Niebyła duża, ale jakby ktoś w tej chwili postanowił z klifu oglądać morze, nie zauważył by nas. Josh stanął przede mną i zaczął mnie uczyć podstaw. Zademonstrował mi kilka prostych chwytów, bloków oraz ataków.

Nauka zajęła nam jakiej dwie-trzy godziny. I muszę przyznać była niezwykle męcząca. Samo powtarzanie ruchów nie było takie problematyczne, co ciągłe poprawki Josha. A to za szeroko rozstawione nogi… Zbyt sztywna postawa… Albo, że za słabo uderzam… Wiem, że chce mnie czegoś nauczyć, ale nie opanuję wszystkiego od razu. Najgorsze z tego wszystkiego okazała się walka treningowa. Mój nauczyciel położył mnie na łopatki bez najmniejszego wysiłku. To było trochę upokarzające. Nadepnął na moją ambicję, więc szybko mu się odpłaciłam. Raz udało mi się go trafić w szczękę, czym go zdezorientowałam. Ale tylko na kilka chwil, ponieważ potem znowu leżałam na ziemi. Pokonana. Mężczyzna pomógł mi wstać.

— Zróbmy sobie przerwę, to wytłumaczę ci parę rzeczy — oznajmił. Zgodziłam się i oboje weszliśmy do jaskini. Usiedliśmy na ziemi. Skały były przyjemnie chłodne. Ale i tak czułam się strasznie lepka od potu oraz błota. Zmęczenie też dawało mi się we znaki.

— Zapewne zastanawiało cię skąd mam pracę, pieniądze, dom i dokumenty. Pierwszy król zjednoczonego królestwa założył gwardię, która miała pilnować równowagi w królestwie. Nikt o niej nie wie, tylko koronowani królowie i członkowie gwardii…

— A ty skąd o tym wiesz? — przerwałam mu. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę jakie głupie zadałam pytanie.

— Ja jestem jej członkiem… — mówił dalej. — I parę zaufanych osób. Nie mogę ci powiedzieć, kto do niej należy. Ale uważamy, że Gerald może być odpowiedzialny za śmierć twojego ojca…

— Co?! — krzyknęłam oburzona. To niemożliwe! Wujek Gerald, młodszy brat mojego ojca, zamordował go, swojego przyjaciela i brata! Zawsze był miły, rozsądny i to on pomógł mojej mamie spotykać się z tatą.

— To może być prawda. Wiem też, że niektórzy ludzie nie wierzą w twoją zdradę i chcą walczyć…

— No to im pomogę! — krzyknęłam i wstałam.

— Przestań zachowywać się jak księżniczka i pomyśl!!! Większość ludzi uważa cię za zdrajczynię! Jeśli teraz zaatakujemy utwierdzimy ich w tym, a Gerald właśnie tego oczekuje! — wykrzyczał. Zamilkłam. Ma rację. Jestem zbyt impulsywna, powinnam być bardziej rozsądna. Jeśli teraz bym pojawiła się w zamku i jakoś zdetronizowała Geralda, ludzie mogli by to pomyśleć, że ja jestem tą złą. Josh westchnął.

— Dobra, lepiej wrócimy do treningu — oznajmił. Widać było, że wytrąciłam go z równowagi. Przeprosiłam go, a on mruknął w odpowiedzi coś niezrozumiałego.

Wróciliśmy do treningu. Ćwiczyliśmy do wieczora. Wtedy powiedział, że za około miesiąc powinnam opanować podstawy. Wyszliśmy z groty i weszliśmy na klif po kamiennych schodkach, który o dziwo wcześniej nie zauważyłam.

Na górze zauważyłam czerwonego pickupa. Kłamca, mówił, że dobiegnie na plażę, a okazuje się, że dojechał tu. Josh otworzył drzwi i odpalił silnik. Usiadłam obok niego z przodu.

— Pasy — powiedział.

— Co? — spytałam, ponieważ nie wiedziałam o co mu chodzi.

— Zapnij pasy — powtórzył, wskazując na pas po mojej prawej. Zrobiłam to co mi kazał. Jechaliśmy drogą. Z lotu ptaka pole i drzewa wydawały się takie małe, a teraz nie widzę końca. Podczas drogi powrotnej trochę przysnęłam, opierając się o szybę. Nawet nie zauważyłam jak wjechaliśmy do miasta. Po paru minutach byliśmy już przed domem. Wyszłam z samochodu i weszłam do budynku. Zdjęłam ubłocone buty, przemierzając korytarz. Bardzo szybko znalazłam się w łazience po drodze biorąc z łóżka moją piżamę. Byłam zmęczona po treningu i cała przepocona. Napuściłam wody do wanny, chwilę odczekałam. W tym czasie przejrzałam moje książki to szkoły. Biologia wydawała się w miarę łatwa i zrozumiała. Chemia tak samo — miała wiele wspólnego z ziołolecznictwem. Lekki problem stanowiła dla mnie geografia, ale to tylko pamięciówka, więc nie może być taka trudna. Reszta przedmiotów wydawała się w miarę do opanowania, ale prawdziwe wyzwanie stanowiła dla mnie matematyka oraz fizyka. Matematyka, która posiadała w sobie litery… Jakieś log… Cokolwiek to w ogóle znaczy… Do tego jeszcze fizyka, której nie rozumiałam. Z tymi przedmiotami chyba będę miała największe problemy. Odłożyłam podręczniki, idąc w stronę wanny. Była już pełna, więc zakręciłam wodą. Rozebrałam się, wchodząc do wanny.

Przyjemna ciepła woda ogrzała moje ciało. Im bardziej para ulatywała tym bardziej czułam jak problemy odlatują razem z parą i rozpływającą się w powietrzu. Byłam jak w transie. Niestety z tego przyjemnego uczucia wyrwał mnie Josh. Tą ulotną chwilą zapomnienia długo się nie nacieszyłam.

— Kolacja! — krzyknął z dołu.

— Już idę! — rzekłam i wyszłam z wanny.

Owinęłam się ręcznikiem i ubrałam piżamę w tygryski. Założyłam kapcie, biorąc szlafrok i zeszłam na dół. Josh siedział w kuchni, jedząc makaron z warzywami. Usiadłam przy stole. Kątem oka zauważyłam pudełko z japońskiej knajpy i paragon w koszu na śmieci.

— Sam je zrobiłem, smakuje? — spytał.

— Kłamca — rzekłam krótko. — Na pewno sam kupiłeś — dogryzłam mu. — I zapomniałeś, wynieść dowody. — Wskazałam na śmietnik w rogu pokoju.

Oboje się zaśmialiśmy i zaczęliśmy jeść kolację. W trakcie kolacji oznajmił mi:

— Nie wiem jak długo tu będziemy, ale w tym czasie postaram się nauczyć cię podstaw szermierki i rozszerzyć twoją wiedze na temat magii…

Po kolacji wstałam od stołu i włożyłam naczynia do zmywarki. Właśnie chciałam wyjść z kuchni gdy Josh mnie zatrzymał.

Rozdział IV

— Pamiętaj, by jutro wcześnie wstać, bo jutro idziesz do liceum — rzekł Josh. Zapomniałam! Jutro idę do szkoły. Muszę się spakować i sprawdzić gdzie to jest.

Byłam już na schodach, gdy Josh krzyknął. Odwróciłam się zauważyłam go na dole.

— Prawie bym zapomniał. Jutro idę do pracy i nie będzie mnie do wieczora — oznajmił. Westchnęłam i poszłam na górę do pokoju. Trochę zajęło mi znalezienie adresu w tej piekielnej maszynie, która ludzie zwą komputerem. Uruchomienie nie było problemem, ale zorientowanie się w obsłudze było gorsze, a w szczególności Internet. Jedno źle napisane słowo i można w nim zabłądzić. Spakowałam się, potem poszłam do łóżka. Rozmyślałam nad dzisiejszym dniem, aż nagle zdałam sobie sprawie, że przez większość dnia nie myślałam o śmierci ojca. Może ta szkoła ma mnie zająć, żebym jakoś uporała się ze stratą? Może to było też zadanie Josha? Zamknęłam oczy i zasnęłam.

Byłam w ogrodzie zamkowym. Siedziałam obok taty. Wokół nas rosły kwiaty i śpiewały ptaki. Wszystko wydawało się takie idealne, wręcz utopijne. Ojciec coś do mnie mówił, ale nie słyszałam go, ale cały czas się uśmiechał. Wydawał się szczęśliwy. Ja tez byłam radosna. W pewnym momencie zniknął. Wszystko zaczęło płonąć. Ogień rozprzestrzeniał się, pochłaniając cały ogród królewski. Dotarł do lasu, pałacu, aż w końcu zapłonęło miasto. Pałac, osada i ludzie. Wszystko w płomieniach. Przeraźliwie i dojmujące krzyki ludzi. Nagle pojawił się przede mną tron, a na nim siedział Gerald. Wyglądał inaczej niż zwykle. Ubrany był w szaty króla, a na głowie miał koronę. Śmiał się złowrogo. Przyjrzałam się bliżej tronowi i na tym na czym stoi. Przeszedł mnie dreszcz przerażenia oraz obrzydzenie, ponieważ tron stał na ludzkich ciałach. Wśród nich znalazłam znajome mi twarze. To był straszny i przerażający widok. Gerald wstał i powoli zbliżał się do mnie. Wysunął rękę w moją stronę i…

Dryń! Dryń! Dryń!!!

Na szczęście z tego strasznego koszmaru wyrwał mnie budzik. Leżałam chwilę w łóżku. Przez krótką chwilę nie potrafiłam ocenić, gdzie jestem. Czułam się przytłoczona. Nadal miałam przed oczami Geralda oraz jego szaleńczy wzrok. Z trudem łapałam oddech. Uspokoiłam się dopiero po kilku minutach jak na dobre uświadomiłam sobie, że jestem bezpieczna.

Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego akurat to mi się przyśniło. Nie rozumiałam tego… ON nigdy mnie nie skrzywdził. Ale… nie chciał mnie nawet wysłuchać. Może coś w tym jest? Po krótkich, bezowocnych przemyśleniach wstałam i podeszłam do szafy. Otworzyłam ją, przeglądają ubrania. Po piętnastu minutach wybrałam długą, luźną, czerwoną koszulkę oraz czarne leginsy. Poszłam z tym do łazienki. Wzięłam szybko prysznic i ubrałam się. Wyszłam z łazienki. Ujrzałam na biurku pełno książek, zeszytów i piórnik. Zapomniałam się spakować! Nie zdążę tego teraz zrobić! Mam tylko półgodziny. Muszę jeszcze zrobić śniadanie i dojść do szkoły.

Chwilę, czemu ja się tak martwię. Użyję zaklęcia, ale jakiego? Może… tak… to będzie odpowiednie…

— Fugite — wypowiedziałam zaklęcie lotu, a wszystkie przybory szkolne wleciały do białej torby z różowymi kwiatami. Wzięłam torbę na ramię i zeszłam na dół. Josha niebyło. Rozejrzałam się po całym domu. Sprawdziłam salon, kuchnię i łazienkę na górze. Potem poszłam do pokoju Josha. Białe ściany, drewniane meble, ale najbardziej rzucił mi się w oczy olbrzymi bałagan. Porozrzucane części garderoby, jakieś notatki i papierki. Coraz trudniej mi zrozumieć jak on został królewskim doradcą, skoro jest takim bałaganiarzem. Zamknęłam drzwi. Uznałam, że pewnie poszedł do pracy, bo niemiałam zamiaru ani ochoty grzebać w tym bałaganie. Wróciłam do kuchni. Postanowiłam zrobić sobie kanapkę. Wyjęłam wszystko i zauważyłam kartkę w szafce. Wzięłam ją.

„Wiktoria, nie mogę z tobą zjeść śniadania, ponieważ wczoraj wieczorem dostałem telefon z pracy i kazano mi przyjść wcześniej. Pieniądze są w salonie na komodzie. Do zobaczenia wieczorem.

Josh”

Widać bardzo wcześnie kazano mu przyjść, skoro zostawił kartkę w szafce obok chleba. Położyłam ją na blat i zrobiłam sobie śniadania. Talerze zostawiłam w zlewie, wzięłam torbę i podeszłam do komody. Rzeczywiście leżały tam pieniądze, wzięłam je, pakując do kieszeni spodni. Poszłam na korytarz i wyjęłam z szafki zielone tenisówki. Wyszłam z domu zamykając go, a klucz schowałam do kieszeni. Moja szkoła znajdowała się na ulicy Zielonej dwadzieścia-trzy. Po piętnastu minutach doszłam do skrzyżowania ul. Nowej i ul. Kościelnej. Światło zmieniło się na zielone i zaczęłam przechodzić na drugą stronę. Nagle z znikąd pojawił się jakiś motocyklista. O mało co mnie potrącił. Cudem udało mi się odskoczyć. Ale potknęłam się, przewracając, a on krzyknął.

— Idiotka! Patrz jak chodzisz! — krzyknął i odjechał. Ale gbur! Jak można być takim…!!! Byłam strasznie wściekła na tego chłopaka. Jak można być tak nieodpowiedzialnym!

Wzięłam szybko torbę i zeszłam z drogi. Idiotów nie brakuje. Otrzepałam się.

— Hej, nic ci nie jest? — usłyszałam czyjś kobiecy głos.

Odwróciłam się i ujrzałam średniego wzrostu dziewczynę o rudych włosach. Nosiła okulary z czarną oprawką. Nosiła zielono-żółtą sukienkę w kwiaty. Miała też czerwoną torbę.

— Nie, nic — rzekłam.

— To dobrze. — powiedziała z uśmiechem. Wyciągając przed siebie rękę. — Jestem Jennifer, dla przyjaciół Jeny. A ty?

— Wiktoria, miło mi — powiedziałam, odwzajemniając uścisk.

— Dokąd idziesz? — spytała Jeny.

— Do Angel School — rzekłam.

— Serio! Ja też! — krzyknęła z uśmiechem. — Możemy iść razem!!! — powiedziała, a raczej wykrzyknęła, obejmując mnie pod ramię. Jest bardzo impulsywną osobą, ale za to miłą. Już ją lubię.

Razem poszłyśmy do szkoły, przez całą drogę rozmawiałyśmy o szkole, modzie i tego typu rzeczach. Wypytałam też co przerabiają na lekcjach. Mam nadzieję, że poradzę sobie z tym wszystkim. Rozstałyśmy się przy wejściu, ponieważ Jeny śpieszyła się na lekcję. Nie przyjrzałam się zbytnio szkole, ale był to duży budynek z czerwonej cegły ogrodzony wysokim murem. Wokół szkoły były nieliczne drzewa i ławki na trawie. Przy wejściu do szkoły stał czarny motor, ten sam co o mało co mnie nie potrącił. Weszłam do gmachu. W środku wyglądała jak każda ziemska szkoła. Szafki, białe ściany i takie tam.

Według listu jaki znalazłam w dokumentach miałam od razu pójść do pokoju samorządu szkolnego. Załatwić sprawy dotyczące przeniesienia — jakieś papiery czy coś podobnego. Poszłam wzdłuż korytarza, aż zobaczyłam pokój samorządu. NIebieskie drzwi niedaleko wejścia z napisem „samorząd”. Jakoś nie trudno było go znaleźć. Otworzyłam drzwi i ujrzałam wysokiego czerwonowłosego chłopaka. Odziany w czarne skórzane spodnie oraz kurtkę. Naprzeciw niego stał Charlie, a obok nich stała niska starsza pani o siwych włosach ubrana w zieloną garsonkę.

— Posłuchaj mnie uważnie, Samuelu Brann. Nie wolno wjeżdżać motorem na teren szkoły. To ostatnie ostrzeżenie. Zrozumiano? — rzekła srogo nauczycielka.

— Tak — warknął czerwono włosy nawet nie patrząc na kobietę. Widać było, że nie interesuje go ta rozmowa.

— A kluczyki dostaniesz po lekcjach — rzekł Charlie, chowając wspomniane klucze do szafki. Zamknęłam za sobą drzwi. Nie byłam pewna, czy mogę coś powiedzieć. Raczej nie powinnam słuchać tej rozmowy. Nauczycielka i Charlie spojrzeli na mnie, a Samuel usiadł na krześle.

— A panienka to kto? — spytała starsza pani.

— Jestem Wiktoria — odrzekłam lekko speszona. Najpierw sroga, a potem potulna i miła. Bardzo zmienna kobieta.

— Olnicka… Charlie zajmij się nią — powiedziała spokojnym głosem. Potem spojrzała na Sama, który cichaczem próbował wyjść z sali. — Siadaj, poczekasz aż Charlie skończy i to on da ci karę. — rzekła ponuro.

Chłopak westchnął, zrezygnowany. Samuel usiadł na krześle, opierając nogi na stół.

— W czym ci pomóc, Wiktorio? — spytał uprzejmie Charlie.

— Laluś używa swoich sztuczek, hmm… Zabawne — nabijał się Sam.

— Jestem zajęty, nie widać — rzekł oschle i wrócił do mnie. — To o co chodzi?

— Przyszłam po klucze do szafki i jakieś dokumenty — oznajmiłam. Ta sytuacja była co najmniej dziwna i niezręczna. Od razy poczułam panującą miedzy nimi relację. Tylko nie jestem pewna, czy panowała między nimi nienawiść, czy wrogość. Ale to bez różnicy. Tak, czy siak czułam się w ich towarzystwie trochę niezręcznie.

Odwrócił się i przez chwilę szperał w szufladzie. Po chwili znalazł klucz i plan, podał mi je.

— Jesteś w I B — rzekł. Spojrzał na Sama i dodał oschle prawie pogardliwie. — Jak ten tutaj.

— Może skończysz gadać i już pójdę? — spytał, ruszając w kierunku drzwi.

— Skoro idziesz to odprowadzisz Wiktorię do klasy — rzekł i odwrócił się. Charlie zaczął czegoś szukać w szafce. Wydawał się zajęty. Nie chciałam mu już przeszkadzać.

Sam nic nie powiedział i wyszedł. Stanął w drzwiach, patrząc na mnie.

— Idziesz? — spytał mnie.

— Tak — rzekłam.

— No to rusz… — chciał dokończyć, ale Charlie spojrzał na niego i Sam zamilkł.

Nie wiem co się przed chwilą stało. Wyszłam z sali za Samem. Cisza między nami była wręcz przytłaczająca. Chciałam jakoś zacząć temat, rozluźnić atmosferę. Ale porzuciłam ten pomysł. Chłopak rozganiał wokół siebie złowrogą aurę. Tworzył ścianę nie do przejścia. Przypominał mi bliskiego przyjaciela.

Szliśmy przez korytarz dopóki nie zatrzymał się przez klasą 43 na drugim piętrze.

— Uważaj na Charliego — rzekł z poważną miną, wchodząc do klasy.

Niemiałam czasu zastanawiać się nad sensem jego słów, ponieważ nauczycielka poprosiła mnie bym weszła i przedstawiła się. Była to wysoka, szczupła kobieta o blond włosach. Nazywała się Emilia Socha. Stanęłam przed klasą i przedstawiłam się. Kilka osób pytało mnie o powód przeprowadzki, ale odpowiadałam wymijająco. Inni pytali o moje zainteresowania… Tutaj nie musiałam kłamać. Powiedziałam prawdę. O tym jak lubię czytać, poznawać nowe rzeczy. Po tym usiadłam w trzecim rzędzie obok jakiejś dziewczyny. Miała brązowe włosy i niebieskie pasemka. Ubrana była w kraciastą spódnicę oraz białą bluzkę. Chyba była ode mnie niższa, ale na siedząco nie można tego ocienić. Kiedy siadałam obok niej przedstawiła się z nieśmiałym uśmiechem. Nazywała się Marta.

W trakcie lekcji, ktoś rzucił mi kartkę. ”Wicia, cieszę się, że jesteś ze mną w klasie! Jeny” Odwróciłam się i zobaczyłam ją siedzącą w innym rzędzie dwie ławki za mną. Lekcja fizyki minęła spokojnie. O dziwo nie była taka straszna jak sobie wyobrażałam. Nauczycielka mówiła o optyce i przenikaniu światła. Kiedy zadzwonił dzwonek spakowałam się, wtedy podbiegła do mnie Jennifer. Wyszłyśmy razem z klasy.

— Może oprowadzę cię po szkole? — zaproponowała Jeny nadal się uśmiechając. Dziewczyna niezwykle pozytywnie nastawiona do życia.

— Zgoda — odpowiedziałam z wielką chęcią.

Jeny wzięła mnie za rękę i ruszyłyśmy. Szłyśmy korytarzem, a Jeny mówiła gdzie jaka jest klasa. Mówiła, że na pierwszym piętrze i na parterze są klasy lekcyjne, a na drugim klasy klubowe. Natomiast dach i piwnica są dla uczniów zakazane.

— Ja należę do klubu filmowców, są jeszcze kluby sportowców na Sali gimnastycznej, dziennikarzy, ogrodników, znawców mang, historyków, klub książki, kulinarny i to chyba wszystkie… — zastanawiała się. Zmarszczyła brwi. — Nie, jest jeszcze klub fotografów i iluzjonistyczny. To będą wszystkie. — rzekła spoglądając na mnie. — Do którego się zapiszesz?

— Nie wiem, jest ich tak dużo. A w ogóle do którego należy Charlie? — spytałam ją. Wydawał się on miłą osobą. Na pewno czułabym się dobrze w jego towarzystwie.

— Uuu… — rzekła z dziwnym uśmiechem. — Zakochałaś się w nim.

— Nie! Pytam tylko z czystej ciekawości — odrzekłam. Ona jest trochę szalona i wysuwa pochopne wnioski!!!

— Zgoda, niech ci będzie — powiedziała z dziwnym błyskiem w oku. — Wracając do twojego pytania. Charlie nie należy do żadnego klubu, jest członkiem samorządu — wyjaśniła.

— A Sam? — spytałam.

— Samuel Brann? — popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Pokiwałam twierdząco głową. — Rzadko z kimś rozmawia, jestem jedną z tych nielicznych do których gada.

— Czemu? — zapytałam. Jest trochę chamski i grubiański, ale jego oczy są dziwne. Jakby coś ukrywał.

— Nie jest lubiany w szkole, bo wszyscy są go boją. Często bije się z innymi, nie ma go w szkole i takie tam — wyjaśniła. — Ale uczęszcza do klubu majsterkowiczów. To chyba jedyne zajęcia, na które uczęszcza regularnie.

Zadzwonił dzwonek oznajmiając początek kolejnej lekcji, którą było wychowanie fizyczne. Z tego co zrozumiałam są to zajęcia sportowe, na których uczniowie uprawiają różne sporty, ale inne niż te na Staltiku. My dla zabawy gramy w podobne gry, co ziemianie. Dla nas sportem jest szermierka, łucznictwo oraz walka wręcz — to właśnie to trenujemy.

Razem poszłyśmy do sali gimnastycznej. Musiałyśmy wyjść z budynku szkoły i pójść do sąsiedniego, ponieważ — jak mi wyjaśniła Jeny — w tym roku zakończono budowę nowej sali.

— Chodź musimy się przebrać, pan Robinson nie cierpi spóźnień — rzekła i weszłyśmy do szatni.

Włożyłyśmy plecaki do szafek i szybko się przebrałyśmy. Zostało nam parę minut do rozpoczęcia zajęć, więc wyszłyśmy na zewnątrz. W drzwiach przez przypadek wpadłam na jakąś dziewczynę. Wywróciła się, wpadając w błoto. Mnie przed upadkiem uchroniła zręczność Jeny.

— Bardzo przepraszam, nie zauważyłam cię — zaczęłam się szybko tłumaczyć. Blondynka wstała cała nerwowa.

— Co, nic lepszego nie wymyśliłaś! Czy może jestem niewidzialna! Wiem, że zrobiłaś to specjalnie i nie udawaj świętej! Ty wstrętna… — chciała dokończyć, ale potężnej postury mężczyzna, ubrany w dres jej przerwał. Prawdopodobnie pan Robinson.

— Panno Fox, proszę się tak nie wyrażać w szkole, bo inaczej sobie porozmawiamy — ostrzegł ją nauczyciel. Blondynka cała czerwona ze złości poszła sobie. Podeszła do jakiejś podobnej do siebie dziewczyny. Pewnie do jej siostra bliźniaczka.

— To my już pójdziemy, proszę pana — rzekła szybko Jeny. Wzięła mnie za rękę i ruszyłyśmy w stronę ogrodu.

Usiadłyśmy na ławce w cieniu drzewa.

— Kim była ta dziewczyna? — spytałam ją.

— To była Brytanii, a dziewczyna, która z nią szła to Liwia. Obydwie są tak samo wredne i chamskie. Lepiej na nie uważaj, one umieją zniszczyć komuś życie — wyjaśniła Jeny. Westchnęła. — A w ogóle co wcześniej mówiłaś?

— Chciałam cię zapytać co łączy Sama i Charliego? — zapytałam.

— To są bracia… przyrodni. Rodzice Charliego rozwiedli się i on zamieszkał ze swoją mamą, a co do Sama. To słyszałam, że jego mama zabiła się, nie wiadomo dlaczego. Gdy miał dziesięć lat mieszkał już z ojcem, a rok po tych wydarzeniach ich rodzice ożenili się ze sobą. Oni za sobą nie przepadają i nikt nie wie czemu. Sam gdy go o to spytałam zamilkł, a gdy zapytałam o to Charliego to powiedział mi, że oni znają się od dziecka i kiedyś strasznie się o coś pokłócili. I tylko tyle wiem — powiedziała. Byłam lekka zdziwiona. Nie spodziewałam się, że dowiem się o nich czegoś takiego. Miałam Samuela za wielkiego gbura, a z drugiej strony bardzo współczułam mu. Strata kogoś bliskiego jest bolesna.

Pan Robinson zawołał wszystkich na lekcję. Razem poszłyśmy do Sali gimnastycznej. Na w-f przez jakiś czas myślałam o tym co mi powiedziała Jeny na temat Sama i Charliego, a przynajmniej do czasu kiedy zaczęliśmy grać w koszykówkę. To była dość dziwna gra… Na szczęście pan Robinson wyjaśnił zasady. Potem podzielił nas na dwie drużyny, w których były same dziewczyny. Natomiast chłopcy poszli na dwór biegać. Zostałam przydzielona do drużyny razem z Jeny. Trener rozdał opaski, żebyśmy na boisku rozróżniali kto z kim gra. Trochę się denerwowałam, ponieważ pierwszy raz w życiu miałam zagrać w koszykówkę. Reszta dziewczyn była rozluźniona. Dwie dziewczyny — po jednej z każdej z drużyn — stanęły na środku boiska i trener rzucił piłkę. Piłkę zdobyła dziewczyna z mojej drużyny i zaczęła biec do kosza. Obok niej z lewej strony biegła Jeny, a z prawej Marta. Ja z inną dziewczyną zostałyśmy trochę z tyłu. Piłkę dostała Jeny. Wysunęła się na przód razem z Martą. Jennifer została zablokowana przez Brytanii albo Liwię. Nie jestem pewna która to która, ponieważ są jak dwie krople wody. Jeny podała piłkę Marcie przerzucając ją między nogami Brytanii. Brytanii zdezorientowana spojrzała na Martę, która wróciła piłkę do kosza sprawnie omijając przy tym obronę przeciwników. W pewnym momencie gry dokładniej kiedy doszło do remisu dostałam piłkę od Jeny. Znajdowałam się blisko kosza, więc mogłam rzucić. Szykowałam się do rzutu, kiedy zostałam sfaulowana przez Liwię. Piłka wyleciała mi z rąk, a ja i Liwia wylądowałyśmy na ziemi. Pan Robinson zagwizdał. Liwia wstała.

— To dopiero początek — szepnęła Liwia.

— Dwa rzuty wolne dla zielonych!!! — krzyknął trener. Właśnie wstawałam, kiedy Marta podała mi rękę. Skorzystałam z pomocy. — Nic ci się nie stało, Olnicka? — zwrócił się do mnie trener donośnym głosem.

— Wszystko w porządku! — odrzekłam. Dziewczyny zaczęły ustawiać się po obydwu stronach kosza. Dwie dziewczyny z mojej drużyny i trzy z przeciwnej. Reszta zawodników ustawiła się za mną. Trener podał mi piłkę. Rzuciłam nią. Niestety uderzyła o obręcz kosza. Jedna z dziewczyn podała mi piłkę. Przyjęłam pozycję, ponownie cisnęłam piłką. Potoczyła się powoli po obręczy. Już sądziłam, że znowu spudłowałam. Ale piłka wpadła do kosza. Zdobyłyśmy punkt. Liwia szybko wzięła piłkę i… Trener zagwizdał.

— Koniec gry!!! Zieloni wygrali przewagą jednego punktu!!! — ogłosił trener. Liwia zdenerwowana rzuciła piłkę o ziemie. — Panno Fox, czy coś nie tak? — zapytał lekko zirytowany pan Robinson. Liwia mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem. — Więc nic. W takim razie do szatni!

Zostałam z Martą i Jeny pozbierać opaski. Wszystkie dziewczyny oprócz nas poszły do szatni. Marta z Jeny segregowały przepaski, które dziewczyny zostawiły na trybunach. W tym czasie ja poszła zanieść piłkę do kantorka. Poczekała na dziewczyny i razem poszłyśmy do szatni.

— Twój ostatni rzut był niesamowity! — odrzekła podekscytowana Marta.

— Ona ma rację. Świetnie ci poszło — dodała Jennifer. Zawstydziłam się trochę, dziękując dziewczynom za ten komplement.

Przy drzwiach spotkałyśmy bliźniaczki, śmiały się z czegoś. Nie zainteresowało mnie to zbytnio. Weszłyśmy do środka, nasze szafki były obok siebie. Moja była lekko uchylona. Otworzyłam ją i zobaczyłam, że nie ma w niej moich ubrań.

— No nie! — krzyknęłam. Jeny spojrzała na mnie zdziwiona.

— Co się stało? — spytała Jeny zakładając bluzkę.

— Moje ubrania zniknęły! –oznajmiłam wściekła.

— Co! Okradziono cię?! — spytała zdziwiona Marta.

— Nie pisz o tym proszę — rzekła Jeny zanim cokolwiek powiedziałam.

— Nawet nie miałam takiego zamiaru — krzyknęła Marta. Widać było, że ją to zdenerwowało.

— Jakoś w to nie wierzę — oznajmiła Jeny. Marta w ogóle nie zwróciła uwagi na to co powiedział przed chwilą Jennifer.

— Wiesz kto mógł cię okraść? — spytała Marta.

— Brytanii i Liwia — rzekłam krótko. Jak wchodziłyśmy śmiały się. To na pewno one. W końcu naraziłam się tylko im.

— Zemsta bliźniaczek. Miałaś szczęście. Jednej dziewczynie podłożyły skradziony dziennik. Miała duże kłopoty, o mało co jej nie wyrzucono — oznajmiła. — Ale nie o tym mowa. Mam ciuchy na zmianę. Mogę ci pożyczyć — rzekła Marta.

— Naprawdę? — spytałam.

— Tak — powiedziała, podając mi ubrania. — Przebieraj się za chwilę mamy biologie. — rzekła Marta.

Dziewczyna dała mi błękitną przylegającą bluzkę i czarną spódniczkę z łańcuchem. Przebrałam się. Trochę to nie mój styl, ale wybrzydzać nie mogę. Przecież nie będę chodziła po szkole w przepoconym stroju sportowym.

— Pasuje ci — oznajmiła Jeny.

— Dzięki — odpowiedziałam lekko zawstydzona.

Zamknęłam szafkę i razem z dziewczynami poszłyśmy na plac. Usiadłyśmy na ławce pod drzewem, rozmawiając o naszych upodobaniach. Dowiedziałam się, że mamy ze sobą dużo wspólnego. Marta wręcz przepadała za kryminałami, a Jenny interesowała się historią. W miłej atmosferze minęła nam przerwa. Potem razem poszłyśmy na lekcję biologii. Sala biologiczna znajdowała się na pierwszym piętrze przy schodach. W środku sali z tyłu była duża przeszklona szafa. Znajdowały się tam różne martwe zwierzęta w formalinie. Trochę dziwny zwyczaj przechowywania martwych zwierząt. Ale nie mi to oceniać. Na biologii siedziałam razem z Jeny. Na lekcji omawialiśmy klonowanie zwierząt i roślin. Nauczycielka mówiła o rozmnażaniu wegetatywnym zwierząt. Jakoś się w tym wszystkim orientowałam, ale nadal nie rozumiem w jakim celu klonują zwierzęta skoro ich klony są słabsze… Potem miałam chemie. Sala chemiczna znajdowała się obok biologicznej. W sali chemicznej znajdowały się tablice z dziwnymi literami i liczbami. Były to tablice z pierwiastkami. Lekcja chemii przypominała mi trochę lekcje zielarstwa. Przerabialiśmy składniki produktów żywności — takie jak regulatory kwasowości, barwniki… Tą lekcję zrozumiałam w całości. Piątą godzinę miałyśmy wolną, więc dziewczyny wpadły na pomysł, aby pokazać mi okolicę.

— Może pójdziemy coś zjeść? — zaproponowałam.

— Dobry pomysł — rzekła Jeny.

— To może do Rose Cafe? — spytała Marta.

— Zgoda- powiedziałam, a Jeny kiwnęła głową. Poszłyśmy piechotą do kawiarenki, która jak się okazało była parę minut od szkoły. Był to budynek wolnostojący, pomalowany na żółto z dużym napisem nad szklanymi drzwiami „Rose Cafe”. Weszłyśmy do środka. Ściany pomalowano na żółto, były też drewniane stoliki. Przy ścianie na prawo od drzwi były komputery i półki z książkami. Na przeciw drzwi był barek. W środku siedziało dużo ludzi, głównie licealistów. Usiadłyśmy przy oknie i po chwili podszedł do nas kelner i zamówiłyśmy sobie trzy kawy i trzy kawałki ciasta czekoladowego. Po zjedzeniu zapłaciłyśmy i wróciłyśmy do szkoły na resztę lekcji. Po zajęciach zdecydowałam do jakiego klubu się zapiszę. Przy pokoju samorządu pożegnałam się z dziewczynami i weszłam do pokoju.

— Cześć — powiedziałam. Charlie odłożył jakieś papiery na biurko i odwrócił się do mnie.

— Hej, pomóc ci w czymś? — zapytał Charlie uśmiechnięty.

— Chciałabym, żebyś pomógł mi zapisać się do klubu muzycznego — oznajmiłam.

Charlie podszedł do szafki, otwierając ją. Zaczął wertować papiery. Wyjął kilka i przejrzał je. Wyciągnął z nich formularz zgłoszeniowy i podał mi.

— Musisz tylko podpisać te papiery — rzekł spokojnie. Wzięłam je, siadając przy stoliku. Wyjęłam długopis i wypełniłam kartę zgłoszeniową. Oddałam je Charliemu, który położył je na stercie dokumentów. Spakowałam swoje rzeczy i poszłam w kierunku wyjścia. Byłam już przy drzwiach, gdy zapytał mnie.

— Idziesz już do domu?

— Tak, a co chcesz mnie odprowadzić? — zapytałam. Miło by było gdybyśmy razem wracali. Łatwo i przyjemnie mi się z nim rozmawia.

— Jeśli chcesz? — zaczął niepewnie.

— Chodź — powiedziałam.

Razem wyszliśmy ze szkoły. W trakcie drogi dobrze nam się rozmawiało. Opowiedziałam mu jak mi minął pierwszy dzień w szkole, ale przemilczałam moje spotkanie z bliźniaczkami Fox. Nie chciałam go obarczać moimi problemami. Byliśmy już przed moim domem i pożegnaliśmy się. Gdy weszłam do domu, przypomniały mi się słowa Sama „Uważaj na Charliego”. Nagle zrobiło mi się strasznie głupio, nie wiem czemu.

Rozdział V

Minęło już półtorej miesiąca od pierwszego dnia w szkole i opuszczenia Staltiku. Przyzwyczaiłam się już do bycia Wiktorią, a nie księżniczką. Moje dni mijały tak samo, szkoła, trening i spotkania z przyjaciółmi. Zaprzyjaźniłam się z Charliem, Martą, Jeny i paroma innymi osobami. Brytanii i Liwia nic do tej pory nie zrobiły. Marta trochę się martwiła, ponieważ bliźniaczki nie zrobiły mi żadnego wstrętnego numeru. Ja się tym nie przejmowałam, może odpuściły.

Dzisiaj po lekcjach stałam z Martą i Jeny przy tablicy ogłoszeń. Jeny czytała ogłoszenia klubu filmowców.

— O nie! — krzyknęła zmartwiona Jennifer.

— Co się stało? — spytała zdziwiona Marta.

— Przesunęli nam spotkanie klubu, bo nie mamy pieniędzy na sprzęt. Dyrektorka nie chce nam zwiększyć funduszy, przez co nie możemy nakręcić filmu. — oznajmiła Jeny. Widać było, że jej na tym bardzo zależy.

— Nie martw się, na pewno coś wymyślicie — pocieszyłam Jennifer. — W końcu jesteś bardzo pomysłowa.

— Wika, ma rację. My też pomożemy — dodała Marta.

Po paru minutach Jeny przestała się tym tak zamartwiać. Spojrzałam na tablicę ogłoszeń i zaczęłam czytać. „Klub ogrodników potrzebuje nowych członków. Chętni przyjdą do szklarni za szkołą 23 listopada na godzinę 16.00.” „Klub filmowców odwołuje dzisiejsze (19.11.10) spotkanie…” „Klub majsterkowiczów poszukuje nowych członków. Zainteresowani niech przyjdą do drugiej sali technicznej, 20 listopada na godz. 15.15.” „Klub muzyczny spotyka się dzisiaj (19.11.10) w trzeciej sali muzycznej na godzinę 15.05.” Czyli dzisiaj jest spotkanie. Pierwsze spotkanie w tym roku szkolnym. Wcześniej nie mogły się odbyć, ponieważ nauczyciel opiekujący się tym klubem rozchorował się. Która jest teraz godzina?

— Eee… Dziewczyny, która godzina? — spytałam lekko zdenerwowana. Lubiłam muzykę i nie chciałam się spóźnić na pierwsze zajęcia.

— Czekaj — powiedziała Jeny i spojrzała na wyświetlacz telefonu. — Za pięć trzecia.

— To ja już pójdę. Do zobaczenia — krzyknęłam, pobiegnąc w stronę trzeciej sali muzycznej.

— Nóg nie pogub — krzyknęła za mną rozbawiona Marta.

— Pa — zawołała Jeny.

Zwolniłam przed schodami i weszłam na drugie piętro. Dalej poszłam do sali muzycznej. Trzecia sala muzyczna nazywała się tak dlatego, że kilka razy została przeniesiona. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Było tam pełno instrumentów, od strunowych do różnych rodzajów klawiszy.

— Cześć — usłyszałam kobiecy głos za sobą.

— Hej — odpowiedziałam i odwróciłam się. Ujrzałam wysoką szatynkę z fletem.

— Jestem Gina, a ty? — spytała.

— Jestem Wiktoria, dla przyjaciół Wika — odrzekłam.

— Nowy członek, odjazd. Nie zamkną nas — powiedział wysoki brunet, który właśnie wszedł do sali. — Darek, jestem. — Za nimi stały jeszcze trzy osoby. — A to Kamil, Sindy i Sylwia.

— Cześć — powiedziałam.

Po przedstawieniu się, weszliśmy do klasy i rozsiedliśmy się. Dowiedziałam się też kto na czym gra — Derek gra na perkusji, Kamil i Sindy na pianinie, Sylwia na saksofonie, a Giny na flecie.

— A ty na czym grasz? — spytał Kamil.

— Na skrzypcach — odpowiedziałam.

— No to pokaż co potrafisz — wszyscy odwróciliśmy się w stronę drzwi. Zobaczyliśmy kobietę około trzydziestki. Wzięła skrzypce ze stołu, a potem mi je podała. Wzięłam je od niej i zaczęłam grać jeden z utworów J. S. Bacha koncert skrzypcowy A-moll. Od mojego przybycia na Ziemię zgłębiłam ich muzykę i czasami po lekcjach, kiedy sala była otwarta grałam kilka ziemskich utworów. Delikatnie muskałam smyczkiem struny. Dźwięki skrzypiec rozbrzmiewały po całej sali. Wczułam się przez co zapomniałam o otaczającym mnie świecie. Byłam tylko ja i moja muzyka. Powoli i spokojnie dotarłam do końca utworu.

— Całkiem, całkiem — powiedziała nauczycielka.

— Chodź to prosty utwór wyszedł ci całkiem nieźle — dodała Sindy z uśmiechem.

— Dzięki — rzekłam lekko zawstydzona.

— Pani C, nadal niema jednej osoby — oznajmił Kamil.

— No co, że nasza „gwiazda” się spóźnia — rzekła z lekkim oburzeniem Sylwia. Po chwili odwróciła się w stronę drzwi. — O wilku mowa.

Powędrowałam wzrokiem w stronę drzwi i powoli się uchyliły. Kiedy ostatni członek klubu wszedł do środka, aż z wrażenia wstałam

— Sam! — krzyknęłam zdziwiona. On też wydawał się zaskoczony moim widokiem, aż zaniemówił z wrażenia. Zapadła chwila milczenia, którą przerwała Sindy.

— Wy się znacie? — spytała zdezorientowana Sindy.

— Chodzimy razem do klasy, ale nie wiedziałam, że on też jest członkiem tego klubu — wyjaśniłam im.

— Oh… Nasz geniusz… — powiedział Kamil i wstał z krzesła. Podszedł do Samuela i stanął za nim. Położył mu ręce na ramiona i schylił się nieco. -… jest nieoficjalnym członkiem klubu.

— Zjeżdżaj! — krzyknął Sam. Kamil nie posłuchał go, więc Sam uderzył go łokciem w brzuch. Kamil odsunął się od chłopaka i chwycił się za brzuch.

— Co ty robisz?! — krzyknęłam na Samuela. Chłopak spojrzał na mnie zdziwiony. Ominęłam go i podeszłam do Kamila. Położyłam mu rękę na ramieniu.

— Wszystko w porządku? — zapytałam. Nic nie odpowiedział tylko pomachał głową, że nic mu nie jest. Jednak ja wiedziałam swoje. Widać było, że jednak go boli. Spojrzałam na nauczycielkę, która westchnęła i zaczęła zajęcia. Była to dosyć nietypowa reakcja jak na nauczyciela. Można powiedzieć, że byłam lekko, nie… Bardzo zdziwiona jej zachowaniem. Wszyscy rozproszyli się po klasie i zaczęli grać. Sindy oraz Kamil podeszli do pianina i zaczęli grać, a raczej uczyć się jednego z utworów Chopina zatytułowany „Fantazja”. Sylwia wzięła swój saksofon i zaczęła grać, niestety nie umiałam stwierdzić jaki to utwór, ale na pewno coś z jazza. Giny wyjęła flet z futerału i zaczęła na nim jakich utwór, którego dotąd nie słyszałam. Derek improwizował na swojej perkusji, trzeba było przyznać, że całkiem nieźle mu to wychodziło. Wzięłam skrzypce, które leżały na stole i usiadłam w środkowym rzędzie sali. Niedaleko mnie na gitarze grał Sam. Zaczął grę. Muzyka była skoczna i wesoła. Od razu przypadła mi do gustu.

— " Chodź pomaluj mój świat” — powiedział Kamil zachodząc mnie od tyłu.

— Co? — zapytałam, ponieważ wyrwał mnie z zamyślenia.

— Tak nazywa się ten utwór — wyjaśnił mi Kamil.

— Nieźle mu idzie — stwierdziłam. — A czy ty czasem nie grałeś z Sindy?

— Ćwiczyłem ten utwór już wcześniej, więc zwolniłem jej pianino — oznajmił z uśmiechem Kamil. Usiadła obok mnie. — Sindy szybko się uczy, więc nie potrzebuje mojej pomocy.

Reszta zajęć minęła spokojnie. W połowie zajęć pani Cecylia zarządziła, aby każdy z nas zagrał utwór, a reszta miała ocenić jak poszło. Była to przyjemna zabawa. Jeżeli ktoś lubi muzykę to nawet miło. Zanim wyszliśmy z sali pani „C” ogłosiła, że następne zajęcia są w czwartek o tej samej godzinie. Wyszłam z sali. Poszłam w stronę schodów, kiedy zaczepili mnie Kamil oraz Sindy. Razem poszliśmy w stronę wyjścia.

— Poczekaj, Wiktoria — krzyknęła Sindy i razem z Kamilem podeszli do mnie. — Chcieliśmy ci wyjaśnić tę sytuację która miała miejsce na początku zajęć. Wydawałaś się lekko zdziwiona…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.