Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza”, „Operacja kukułka” i „Dobry pies”
Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.
Dla służb jest terrorystą. Dla Rosjan — zbędnym świadkiem. Dla matki — kłopotem, przez który bolą ją stawy. Jacek Wróbel ucieka przez Niemcy bez pieniędzy, bez dokumentów, bez szans — i z kartą pamięci, na której zapisał wszystko, co robił dla ludzi, których nigdy nie poznał. Trzy siły ścigają go jednocześnie. Każda ma inne plany. Żadna nie zamierza mu powiedzieć jakie. SMOTR to czwarta część przygód majora Eryka Gryń.
Rozdział 1: Ucieczka
Sobota, 27 kwietnia 2024, godzina 17:15.
Droga na Kudowę-Zdrój ciągnęła się przed nim — wąska, kręta, wijąca się między górami.
Jacek jechał przez kotlinę, ściskając kierownicę tak mocno, że knykcie mu pobielały. Za oknem przesuwały się lasy i wioski.
Morderca. Bo tak będą go nazywać. Nawet jeśli to piwo ją zabiło, nawet jeśli wszystko wskazywało na to, że został wrobiony — dla policji, dla prokuratury, dla mediów będzie mordercą. Mężczyzną, który odurzył prostytutkę i dał jej śmiertelną dawkę narkotyku. Zboczeniec, który chciał odurzyć dziwkę, żeby zrobić coś, na co nie chciała się zgodzić.
Wszędzie są jego odciski. Na drzwiach. Na szklankach. Na jej ciele.
Radio milczało — Jacek bał się je włączyć. Włączył CB i zaczął skanować kanały.
— …korki za Polanicą…
— …słyszałem, że szukają jakiegoś gościa, podobno kogoś zamordował w Kłodzku…
Jacek zamarł.
— …mówili, że biały bus, Renault czy coś takiego…
— …blokada na przejściu w Kudowie, sprawdzają wszystkie samochody…
— …podobno zamknęli granicę, nikogo nie przepuszczają…
Zamknęli granicę.
Kudowa odpada. Przejście graniczne zamknięte. Boboszów, Tłumaczów też.
Ale były inne drogi. Drogi, których nie było na głównych mapach.
Góry Stołowe.
Jacek spojrzał na drogowskaz. Karłów — 15 km. Błędne Skały — 20 km. Szczyt Narożnik — 18 km.
Park narodowy — tysiące hektarów lasów, skał, szlaków turystycznych. Miejsce, gdzie granica z Czechami biegła przez las, bez płotów, bez strażników, bez kamer.
Skręcił w boczną drogę. Las gęstniał z każdym kilometrem. Droga wspinała się — serpentyny, zakręty, coraz węższy asfalt. Za oknami świerki i buki, skalne urwiska, strumienie spływające ze zboczy.
CB radio trzeszczało.
— …helikopter nad Kudową, chyba szukają tego gościa…
— …w telewizji mówili, że mają sprowadzić drona z termowizją…
— ...no niezłe debile, przecież jest szczyt sezonu, wszędzie pełno turystów, to jak tym dronem go wytropią…
Turyści. Sobotnie popołudnie. W Górach Stołowych o tej porze pełno ludzi — wycieczki szkolne, rodziny z dziećmi, grupy emerytów. Wszyscy z telefonami. Potencjalni świadkowie.
Ale turyści oznaczali tłum, w którym można się ukryć. Parking pełen samochodów, gdzie jeden więcej nie zwróci uwagi.
Parking w Karłowie był pełny. Samochody w dwóch rzędach — osobówki, busy, kampery. Ludzie chodzili między nimi, wracając z wycieczek lub dopiero się na nie wybierając. Dzieci biegały między autami.
Jacek zaparkował Mastera na końcu, przy samym lesie. Wysiadł.
Nikt na niego nie patrzył. Był jednym z wielu — zmęczony turysta przy swoim busie.
Telefon.
Jacek wyjął smartfona z kieszeni. Wiedział, jak działa śledzenie — Instruktor mu tłumaczył, miesiące temu, w czacie na Minecrafcie. Telefon osobisty to alibi. Telefon roboczy to komunikacja. Nigdy razem. Nigdy w tym samym miejscu. Ale teraz nie miał dwóch telefonów. Miał jeden. I ten jeden nadawał sygnał do każdej stacji bazowej w promieniu kilometrów.
Powinien go wyrzucić. Ale na telefonie był portfel kryptowalutowy. Kilkadziesiąt tysięcy złotych — wszystko, co miał. Klucz prywatny. Jeśli wyrzuci telefon — zostanie bez grosza.
Muszę przenieść krypto na kartę SD. Wyeksportować klucz, zapisać offline.
Ruszył w las.
Szlak turystyczny prowadził przez świerkowy bór, stromy i kamienisty. Jacek szedł szybko, omijając grupy turystów, unikając kontaktu wzrokowego.
Po kilku minutach znalazł to, czego szukał. Wiata turystyczna — drewniana konstrukcja z ławkami i stołem, przy rozwidleniu szlaków. Pusta. Usiadł na ławce i wyjął telefon.
Ręce mu drżały, gdy go włączał. Ekran rozświetlił się — dziesiątki powiadomień, nieodebrane połączenia, wiadomości. Zignorował.
Otworzył portfel kryptowalutowy. Znalazł opcję eksportu klucza prywatnego. Kliknął. Hasło — wpisał drżącymi palcami. Karta SD jako miejsce docelowe — ta sama, na której miał kontener VeraCrypt z printscreenami i zdjęciami.
Eksport trwał dziesięć sekund. Każda jak godzina. Komunikat: „Klucz prywatny został wyeksportowany”.
Wyjął kartę SD i schował ją głęboko w kieszeni kurtki.
Wtedy zobaczył.
Przeglądając telefon, żeby się upewnić, że wszystko zostało przeniesione, otworzył galerię zdjęć. Pusta. Całkowicie, absolutnie pusta. Nawet zdjęcia z dziś. Zdjęcia z wczoraj.
Otworzył historię lokalizacji. Pusta. Notatki. Pliki. Wszystko wyczyszczone. Telefon czysty jak świeżo sformatowany dysk. Żadnych zdjęć. Żadnych lokalizacji. Żadnych dowodów na to, co robił przez ostatnie miesiące.
Oni to zrobili. Mieli dostęp do jego telefonu. Mogli usuwać pliki, czyścić historię. Zdalnie. Cały czas.
— Myślałeś, że masz jakiekolwiek zabezpieczenie, prawda?
Jacek podskoczył na ławce.
Przy wiacie stał mężczyzna. Trzydzieści parę lat, turystyczna kurtka, plecak. W ręku pistolet. Czarny, matowy. Wycelowany prosto w twarz Jacka.
— Ręce na stół. Spokojnie.
Jacek powoli położył ręce na stole, telefon nadal w dłoni.
— Kim jesteś?
— Nieważne. — Mężczyzna podszedł bliżej, broń ani na chwilę nie drgnęła. — Ważne, że twoja przygoda się kończy. Byłeś użyteczny, Jacek. Ale teraz jesteś problemem.
— Jak mnie znaleźliście?
Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— Pamiętasz swoje pierwsze zadanie? Te współrzędne GPS, które dostałeś? Pinezka z lokalizacją, która pojawiła się na twoim telefonie?
Jacek pamiętał.
— Myślałeś, że to tylko pinezka. Prosta funkcja mapy. Ale to była bramka do instalacji aplikacji. Podobnej do Pegasusa. Słyszałeś o Pegasusie?
Jacek słyszał.
— Nasza wersja jest prymitywniejsza — przyznał mężczyzna. — Ale wystarczająco dobra.
— Dlaczego ja?
— Bo byłeś idealny. Samotny. Zdesperowany. I wystarczająco głupi, żeby nie zadawać pytań. A przede wszystkim — niewidzialny. Szary urzędnik z małego miasteczka. Byłeś idealnym mułem. Niestety się zużyłeś.
Mężczyzna podniósł pistolet wyżej, mierząc w czoło Jacka.
— Jacku, ostatnie zadanie. Napisz do dziadka krótkiego SMS-a: „Przepraszam, Andrzeju”.
Los psa. Dobrego psa, który wykonał swoją pracę, a teraz jest nieprzydatny. Zamiast zastrzyku od weterynarza — kulka między oczy.
Nagle — huk śmigłowca. Mężczyzna podniósł na chwilę głowę.
Jacek działał instynktownie.
Rzucił telefonem w twarz mężczyzny — uderzył go w nos i rozbił się o ziemię. Jacek rzucił się do przodu, chwytając rękę z bronią, przekręcając, szarpiąc.
Strzał.
Pocisk świsnął obok ucha Jacka, wbijając się w drewno wiaty.
Szarpali się — krótko, brutalnie, bez finezji. Jacek był słabszy, ale desperacja dawała mu siłę. Chwycił nadgarstek mężczyzny, wykręcił, usłyszał trzask kości.
Mężczyzna krzyknął.
Broń wypadła mu z ręki.
Jacek chwycił pistolet i strzelił.
Raz. Prosto w twarz.
Huk głuchy, jak uderzenie młotka w deskę.
Mężczyzna padł na ziemię.
Jacek stał nad nim, dysząc, z pistoletem w drżącej ręce. Twarz mężczyzny — nie było już twarzy. Czerwona masa — kości, mięso, krew.
Zabiłem człowieka.
A potem — myśl. Zimna, praktyczna. Nierozpoznawalna twarz. Podobna budowa ciała. Ubranie.
Jacek spojrzał na siebie, na swoje ubranie. Potem na martwego mężczyznę. Mogli mieć podobny wzrost. Podobną wagę. W turystycznej kurtce, z rozstrzelaną twarzą, z dokumentami Jacka w kieszeni…
Kto by rozpoznał różnicę?
Niebo pękło.
Nie stopniowo, nie z ostrzeżeniem — po prostu pękło! Grzmot uderzył tak mocno, że ziemia zadrżała pod stopami, że powietrze zatrzęsło się jak galareta! Deszcz — nie deszcz, kurwa, potop, kataklizm — woda spadała z nieba, jakby ktoś tam w górze rozwalił zbiornik, rurę, całą pieprzoną infrastrukturę boską i teraz to wszystko lało się na dół, bez sensu, bez celu, bez litości!
Jacek stał w tym potopie i czuł, jak woda wdziera się wszędzie — pod kurtkę, za kołnierz, do butów, do oczu, do ust!
Błyskawica rozświetliła las — biała, oślepiająca. Przez ułamek sekundy wszystko widoczne jak na scenie teatru: drzewa jak szkielety, wiata jak ruina, ciało na ziemi jak kupa śmieci na wysypisku. I znowu ciemność, gęstsza niż przedtem.
Grzmot — bliżej, tuż nad głową. Jacek czuł go w kościach, w zębach, w rdzeniu kręgowym.
Drony nie latały w taką burzę. Psy traciły trop w takim potopie. Ludzie chowali się pod dachami.
Jego czas.
Deszcz lał — uporczywie, metodycznie, wymywając krew z drewna wiaty, zmywając odciski palców z metalu pistoletu, rozpuszczając całą scenę jak akwarelę pod strumieniem wody.
Rozbieranie zwłok było najgorszą rzeczą, jaką Jacek kiedykolwiek robił.
Ręce mu drżały, żołądek buntował się. Ale kontynuował — mechanicznie, jak automat. Zdjął z mężczyzny kurtkę turystyczną. Założył mu swoją — tę, w której uciekł z mieszkania Kasi. Zamienił spodnie. Buty. Zegarek.
Do kieszeni zwłok włożył swój dowód osobisty. Prawo jazdy. Karty.
A na końcu — telefon. Rozbity, z pękniętym ekranem, ale nadal włączony. Z pełną baterią. Z sygnałem.
Karta SD z portfelem kryptowalutowym była bezpieczna w kieszeni kurtki martwego mężczyzny, która teraz była kurtką Jacka.
Wstał.
Ciało leżało pod wiatą — z twarzą nie do rozpoznania, w ubraniach Jacka, z jego dokumentami i telefonem. Pistolet obok — z odciskami palców mężczyzny i Jacka.
Jacek ruszył przez las, kierując się na południe. Deszcz lał strumieniami — zimny, ciężki, przeszywający ubranie do skóry. Grzmoty huczały nad głową, błyskawice rozświetlały niebo.
Granica była nieoznaczona — żadnego płotu, żadnego słupka, żadnego znaku. Tylko las po obu stronach, identyczny.
W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że jest w Czechach.
Nic się nie zmieniło. Te same drzewa, ten sam deszcz, ta sama ciemność.
Szedł dalej.
***
Broumov wyłonił się jak widmo. Małe czeskie miasteczko — kamienice, kościół, rynek. Prawie puste o tej porze, w tej pogodzie. Kilka świateł w oknach, kilka samochodów na ulicach.
Jacek znalazł gospodę przy rynku. Stary budynek z drewnianym szyldem i zaparowanymi oknami.
Wszedł do środka.
Ciepło uderzyło go jak fala — ciepło pieca do pizzy, ciepło ludzi. Kilku mężczyzn siedziało przy barze, pijąc piwo i rozmawiając po czesku. Telewizor wisiał na ścianie.
Jacek usiadł w kącie i zamówił piwo. Gestem — nie znał czeskiego, ale tu gest wystarczył.
Na ekranie telewizora pojawiła się twarz. Jego twarz — zdjęcie z dowodu osobistego, rozpikselowane, niewyraźne.
„…polský vrah byl nalezen mrtvý…” — mówił lektor.
Jacek nie rozumiał wszystkiego, ale rozumiał wystarczająco. Morderca. Znaleziony. Martwy.
„…podle policie spáchal sebevraždu…”
Samobójstwo.
„…policie potvrdila totožnost…”
Jacek patrzył na ekran.
Rozdział 2: Sukces
Warszawa, sobota 27 kwietnia 2024 r., godzina 23:30. Gmach Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.
Minister Janusz Nowak stał przy oknie gabinetu na czwartym piętrze. Rękawy koszuli podwinięte, krawat zdjęty godzinę temu. Na Rakowieckiej pusto — taksówka, autobus nocny, nic więcej. Na biurku za jego plecami leżała teczka z czerwoną pieczęcią. Czytał ją dwa razy. Za pierwszym powoli. Za drugim szybciej, bo już wiedział, co w niej jest, i to nie pomagało.
Pukanie.
— Proszę.
Wszedł Stępień. W ręku tablet. Bez teczki, bez papierów — Stępień nigdy nie przynosił papierów, jeśli mógł tego uniknąć. Papier zostawia ślad.
— Mamy wyniki — powiedział. Stanął przy biurku, nie siadając.
— DNA?
— Tak. Materiał genetyczny ze zwłok nie zgadza się z próbką z mieszkania Wróbla. Odciski też nie. To nie jest Wróbel.
Nowak nie odwrócił się od okna.
— Kto wie?
— Laboratorium i ja. Technik podpisał zobowiązanie. Raport nie wyszedł poza wydział.
— Dobrze. Niech tak zostanie. — Nowak w końcu się odwrócił. — Siadaj, Mariusz.
Stępień usiadł. Znali się piętnaście lat.
— Panie ministrze…
— Mariusz. — Nowak podniósł rękę, otworzył teczkę i położył ją między nimi. — Raport ABW o sieciach wywiadowczych na terenie Polski. Czterdzieści trzy strony. Większość utajniona nawet przede mną. Ale jedno jest jasne — to był sabotaż. Skoordynowany, profesjonalny, wymierzony w nas. I nikt nie wie, kto za tym stoi. ABW nie wie. SKW nie wie. Nikt nie wie.
Zamknął teczkę.
— Ośmieszyli nas przed Amerykanami. Mamy zamordowaną prostytutkę w Kłodzku, pięćdziesiąt wysadzonych słupów i sieć, o której wiemy tyle, że istnieje.
— I mamy Wróbla.
— Mieliśmy Wróbla. — Nowak oparł się o fotel. — Teraz mamy ciało z dokumentami Wróbla, które oficjalnie jest Wróblem. I mamy wybór.
— Powiedzieć prawdę albo nie.
— Rano mam konferencję. Media wiedzą o ciele w górach. Wiedzą, że to poszukiwany w związku z Kłodzkiem. Za chwilę ktoś puści przeciek o sabotażu.
— To nieuniknione.
— Właśnie. Więc opcja pierwsza: mówię prawdę. Ciało nie jest Wróbla, sprawca uciekł, nie wiemy gdzie, nie wiemy dla kogo pracował, nie wiemy, czy sieć jest nadal aktywna. Media będą miały materiał na tygodnie. Opozycja będzie wrzeszczeć. Giełda się obsunie, bo inwestorzy zobaczą, że ktoś bezkarnie wysadził infrastrukturę w kraju NATO. A ci, którzy za tym stoją, dostaną sygnał, że wiemy o nich mniej, niż powinniśmy.
Stępień nie przerywał.
— Opcja druga — Nowak pochylił się do przodu — Jacek Wróbel nie żyje. Popełnił samobójstwo po namierzeniu przez służby. Był członkiem zagranicznej siatki szpiegowskiej odpowiedzialnej za sabotaż i morderstwo w Kłodzku. Sprawa zamknięta. Społeczeństwo dostaje sprawcę. NATO widzi, że Polska radzi sobie z zagrożeniami. A ci, którzy stoją za siecią, myślą, że im się udało. Że Wróbel zabrał wszystko do grobu.
— I rozluźnią się.
— Może popełnią błąd.
— A Wróbel?
— Wróbla szukamy. Cicho, bez rozgłosu. Kontrwywiad dostanie wszystko, czego potrzebuje. Ale oficjalnie Jacek Wróbel jest martwy.
Stępień patrzył na niego.
— To jest kłamstwo — powiedział.
— To jest polityka.
Nowak otworzył szufladę i wyjął drugą teczkę.
***
Warszawa, noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.
Narada w podziemiach. Sala z ekranowaniem elektromagnetycznym, biały szum w głośnikach, sufit z jarzeniówkami, które dawały wszystkim ten sam ziemisty kolor skóry. Przy stole sześć osób. Ludzi, których twarzy nie pokazywano w telewizji.
— Co wiemy — powiedział minister.
Kobieta po lewej — otworzyła laptopa.
— Wróbel żyje. Przeszedł granicę w rejonie Broumova, prawdopodobnie pieszo. Fotopułapki czeskich leśników zarejestrowały mężczyznę odpowiadającego rysopisowi.
— Gdzie teraz?
— Nie wiemy. Czesi są powiadomieni, ale oficjalnie dla nich sprawa jest zamknięta. Współpraca będzie ograniczona.
— A nieoficjalnie?
— Mamy kontakt z BIS. Pomogą, jeśli będziemy wiedzieli, czego szukać.
— Co z siecią?
Odpowiedział mężczyzna w wieku około 40 lat, sweter, bez krawata.
— Analizujemy sprzęt komputerowy Wróbla. Na razie prawie nic. Samotnik, mieszkał z dziadkiem. Ale jego samochód — biały Renault Master — był w każdym miejscu, gdzie podłożono ładunki. GPS z bramek autostradowych, monitoring na stacjach benzynowych. On tam jeździł. Natomiast sam ładunków nie podkładał.
— Dlaczego?
— To były małe ładunki kumulacyjne. Trzeba wiedzieć, jak to zrobić. Wróbel nie był w wojsku. Całe życie w Jaworzynie Śląskiej, nawet na wakacje nie wyjeżdżał. On był kurierem. Woził materiał na miejsce, a montowali inni.
— Czyli wiemy, że żyje, wiemy, że gdzieś się ukrywa, i poza tym nie wiemy nic.
Cisza przy stole.
— Jest jeszcze coś — odezwała się kobieta — Ciało przy wiacie. Zidentyfikowaliśmy go. Artem Bandzicha, trzydzieści dwa lata, oficjalnie pracownik budowlany z Ukrainy. Sprawdziliśmy — prawdziwy Bandzicha nigdy nie był w Polsce. Dwa lata temu zgubił dokumenty. Człowiek przy wiacie miał jednak legalne polskie dokumenty na te dane i legalny PESEL ukr. Ustalamy, kto mu je wyrobił.
— Jego powiązania?
— Pracujemy.
— Co z prostytutką? — zapytał Nowak.
— Nie wiemy, dlaczego Wróbel ją zabił. I nie wiemy, czy w ogóle ją zabił — ale wiele na to wskazuje. Mamy jej opiekuna. Gnojek, ale nic nie wie. Trzymamy go, chłopaki go przycisną, ale nie spodziewam się wiele.
Nowak przetarł twarz dłońmi.
— Podsumujmy. Sieć szpiegowska przeprowadziła sabotaż infrastruktury krytycznej. Najprawdopodobniej Ruscy, ale wykluczyć nie możemy niczego. Mamy martwą prostytutkę, uciekiniera za granicą, który wie wystarczająco dużo, żeby być cennym źródłem, ale nie dość, żeby rozwiązać sprawę. I mamy trupa o nieznanej tożsamości, który miał tego uciekiniera uciszyć i sam skończył z kulą w głowie. A może po prostu się pokłócili — tego też nie wiemy. I mamy oficjalną wersję, według której wszystko jest załatwione.
— Brzmi mniej więcej tak — potwierdził mężczyzna w w swetrze.
— Pytanie: co dalej.
Stępień podniósł rękę.
— Powołujemy grupę zadaniową. Nieoficjalną, poza strukturami. Cel: znalezienie Wróbla i przekonanie go do współpracy. Jeśli chce się odegrać na ludziach, którzy go użyli — a mamy powody sądzić, że chce — to jest nasz najlepszy atut.
— A jeśli odmówi?
— Wtedy mamy inne opcje.
Nowak milczał. Potem:
— Działaj. Ale cicho. Jeśli wyjdzie na jaw, że kłamaliśmy…
— Nie wyjdzie.
— Lepiej, żeby nie wyszło. — Nowak zamknął teczkę. — Stępień — dobierz ludzi.
***
Mała wieś pod Broumovem, noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.
Jacek obudził się z koszmaru. Znowu śniło mu się, że jest psem.
Usiadł na łóżku. Dwudziesta druga. Za oknem ciemność, latarnia na ulicy, mokry chodnik. Deszcz przestał padać, ale rynna jeszcze kapała.
Włączył telewizor. Czeska stacja informacyjna. Relacja z Polski. Rozpoznał twarz ministra. Na dole ekranu czeskie napisy.
„…sprawa je uzavřena… bezpečnostní složky jednaly efektivně… pachatel je mrtvý…”
Jacek siedział na łóżku i patrzył.
Kłamią. Minister wie, że ciało nie jest jego. Pewnie już sprawdzili. DNA, odciski — to kwestia godzin. Wiedzą, że żyje.
Ale kłamstwo mu pasowało. Dopóki jest oficjalnie martwy, nikt go nie szuka. Przynajmniej nie oficjalnie.
Wyłączył telewizor. Pokój pogrążył się w ciemności. Kapanie z rynny. Ruch ciężarówki na drodze za pensjonatem.
Nie był jedynym, który znał prawdę. Oni też wiedzieli. Sieć — kimkolwiek byli — wiedzieli, że ich człowiek zawiódł. Że Jacek żyje. Pewnie pozwolili, żeby oficjalna wersja poszła w świat, bo może im to pasowało. Ale to nie znaczyło, że dali spokój.
Jacek wstał i podszedł do okna. Na ulicy dwa samochody. Citroen i coś ciemnego, skoda albo volkswagen, nie widać w tym świetle.
Karta SD leżała w kieszonce kurtki wiszącej na krześle. Kryptowaluty, klucze do kontenera na Hetznerze. Screeny z Minecrafta, zdjęcia tabliczek, ślady zadań. Jedyne dowody, że sieć istnieje. Jedyne dowody, że Jacek Wróbel nie jest mordercą, tylko narzędziem.
Położył się z powrotem na łóżku. Nie zasnął.
***
Warszawa, późna noc z 27 na 28 kwietnia 2024 r.
Telefon na biurku zadzwonił. Nowak odebrał.
— Tak?
— Mamy namiar — powiedział Stępień. — Okolice Broumova. Czesi przejrzeli monitoring uliczny, wytypowali miejsce.
— Wysyłaj ludzi. Ale żywego. Martwy jest niepotrzebny.
— Zrozumiałem.
Połączenie się urwało. Nowak odłożył słuchawkę. Na Rakowieckiej przejechał autobus nocny, pusty, rozświetlony od środka.
Rozdział 3: Tarczka
Wieś pod Broumovem, niedziela 28 kwietnia 2024 r., godzina 4:00.
Jacek wyszedł z pensjonatu o czwartej rano.
Przedświt, wilgoć, mokry asfalt. Ulica pusta. Dzień wcześniej zapłacił za nocleg gotówką — złotówkami, przy granicy Czesi je brali bez gadania. Gospodarz przyjął pieniądze, nie pytał o nic. W Broumovie turyści byli chlebem powszednim.
— Ráno jdu do hor — powiedział Jacek łamanym czeskim, wskazując na góry. — Bardzo wcześnie.
Turyści chodzili w góry o dziwnych porach. Nic niezwykłego.
Teraz szedł przez wieś z plecakiem na ramionach. Nie oglądał się. Nie przyspieszał. Wyglądał jak turysta zmierzający na szlak.
Ale nie szedł w góry. Szedł na zachód.
***
Gdy Jacek był kilka kilometrów od Broumova, pod pensjonat podjechały dwa samochody.
Ciemne BMW i srebrny Opel Insignia — polskie tablice, przyciemniane szyby. Z pierwszego wysiadł Gryń, z drugiego Wysocki, Leski i Niklewski.
Zapukali.
— Dzień dobry — powiedział Wysocki po czesku. Akcent polski, ale gramatyka poprawna. — Szukamy turysty. Polak, koło trzydziestu paru lat, ciemne włosy. Przyjechał wczoraj w nocy.
Gospodarz spojrzał na nich niespokojnie. Czterech facetów o szóstej rano — to nie wyglądało na rutynę.
— Wyszedł — powiedział. — Ze trzy godziny temu.
— Dokąd?
— Powiedział, że w góry. Na wschód słońca.
Gryń spojrzał na Wysockiego.
— Które góry? Który szlak?
Gospodarz wzruszył ramionami.
— Nie pytałem. Turyści chodzą gdzie chcą.
Gryń wyciągnął telefon i zaczął mówić szybko, cicho. Jacek był już daleko, na drodze do Otovíc, wioski przy granicy.
Miał dwie godziny przewagi. W terenie górskim to dużo.
***
Jacek szedł przez las, omijając drogi.
Policja nie może być tak głupia — ta myśl wróciła po raz trzeci od rana. Znaleźli ciało z rozstrzelaną twarzą, z dokumentami Jacka, z jego telefonem. Ogłosili samobójstwo. Ale mieli laboratoria, techników, DNA. Wystarczyło porównać próbkę z ciała z włosem z poduszki w Jaworzynie, żeby wiedzieć, że to nie ta sama osoba.
Wiedzą. Wiedzą, że ciało to nie on. A mimo to ogłosili, że sprawa zamknięta. Że morderca nie żyje. Że służby zadziałały.
Bo im to pasuje. Ktoś wysoko zdecydował, że lepiej ogłosić sukces niż przyznać porażkę.
Albo ktoś w służbach jest częścią sieci.
Jacek oparł się o pień buka. Oddychał ciężko — nie od wysiłku, od myślenia. Kim był Instruktor? Przez miesiące wyobrażał sobie różne wersje — drobny przestępca, gang narkotykowy, przemytnicy. Ale po pięćdziesięciu wysadzonych słupach te wersje wyglądały jak bajki.
To był wywiad. Ale który?
Ruscy byli oczywistym podejrzanym. Sabotaż pasował do ich strategii. Ale rekrutacja przez Minecrafta, system martwych skrzynek, spyware — to wymagało finezji, której Rosjanie często nie mieli. Poza tym — po co im Polak? Mieli do dyspozycji Ukraińców i Białorusinów. Taniej, łatwiej, bliżej.
A może nasze służby? W każdym kraju są ludzie, którzy zarabiają na strachu. Politycy, generałowie, biznesmeni. Budują kariery na zagrożeniach. Potrzebują wrogów. Może false flag, ktoś chce wepchnąć Polskę w wojnę? Ukraińcy, Amerykanie, Niemcy?
Jacek ruszył dalej. Nie wiedział. Nie miał jak wiedzieć.
Ale jedno pytanie nie dawało mu spokoju. Dlaczego Instruktor chce go zlikwidować?
Zabójca przy wiacie powiedział: „Teraz wiesz za dużo”. Ale Jacek nie wiedział nic konkretnego. Nie znał nazwisk. Nie widział twarzy. Telefon wyczyszczono zdalnie. Był pionkiem — jednorazowym opakowaniem. Więc dlaczego wysłali zabójcę? Dlaczego zabili Kasię?
Chyba że jednak coś wie. Coś, czego sobie nie uświadamia. Szczegół, słowo, obraz — coś, co widziałem lub słyszałem, i co mogłoby ich zidentyfikować.
Głos. Akcent. Twarz odbita w szybie. Zapach z paczki. Sposób pakowania.
Oni myślą, że wiem. Albo boją się, że mogę sobie przypomnieć.
A na serwerze Hetznera leżał kontener VeraCrypt. Screeny z Minecrafta, zdjęcia tabliczek, ślady zadań. Czy wiedzieli o tym? Zabójca mówił o telefonie, o „pinezce” z GPS-em. Ale o serwerze — nic. Może nie wiedzieli. Może to był jedyny as, który Jackowi został.
Szedł dalej. Szybciej.
***
Droga do granicy zajęła dwie godziny. Leśne ścieżki, drogi polne, miejsca, gdzie samochody nie dojadą. Raz słyszał helikopter — daleko, na wschodzie, pewnie nad Broumovem. Tu, w gęstym lesie, był niewidoczny.
Przy granicy nie było nic. Żadnego przejścia, żadnego słupka. Las po obu stronach — czeski i polski, ten sam.
Jacek przekroczył granicę i znalazł się z powrotem w Polsce.
Szukają go w Czechach. Na zachód od granicy, w kierunku Austrii, Niemiec. Nikt nie spodziewa się, że wróci. A w Polsce znał teren, język, ludzi. W Czechach nie znał niczego.
***
Mieroszów, niedziela 28 kwietnia 2024 r.
Mieroszów. Małe miasteczko przy granicy — kamienice, kościół, rynek. Przy drodze stał stary Volkswagen Transporter z czeskimi tablicami, tylne drzwi otwarte. Starszy facet — może sześćdziesiąt pięć, robocza kurtka, czapka z daszkiem — stał tyłem do samochodu i sikał.
Gdy skończył, Jacek podszedł.
— Dzień dobry. Jedzie pan do Czech?
Mężczyzna spojrzał na niego.
— Nie. Przyjechałem z Czech. Na giełdę. Musiałem stanąć, prostata.
— Na zakupy? Tu?
— Taniej. — Wzruszył ramionami. — Piwo, papierosy, mięso. W Polsce taniej niż u nas.
Polacy jeździli do Czech po paliwo, Czesi do Polski po żarcie. Czasem na odwrót. Ekonomia przygraniczna.
— Wraca pan z powrotem?
— Nie. Jadę do Wałbrzycha. Mogę cię podwieźć.
Wałbrzych. Dwadzieścia kilometrów w głąb kraju. Wystarczająco daleko od granicy.
Jazda trwała dwadzieścia minut. Mężczyzna nazywał się Pavel — albo przynajmniej tak się przedstawił — i mówił po polsku z czeskim akcentem. Opowiadał o cenach, o kolejkach na granicy sprzed Schengen, o przemycaniu kawy i dżinsów za komuny. Jacek kiwał głową w odpowiednich momentach. Pavel wysadził go przy stacji benzynowej na obrzeżach Wałbrzycha.
— Tutaj tankuję. Dalej sam musisz jechać.
— Dziękuję.
— Nie ma za co.
Volkswagen odjechał. Jacek został na parkingu.
***
Warszawa, niedziela 28 kwietnia 2024 r. Konferencja prasowa, sala prasowa MSWiA.
Minister Nowak stał za mównicą. Granatowy garnitur, biała koszula, twarz wyrażająca stosowną powagę. Za plecami ekran z herbem Rzeczypospolitej i logotypem ministerstwa.
Sala pełna — dziennikarze ze wszystkich stacji, zagraniczne agencje, fotoreporterzy. Kamery transmitowały na żywo.
— Szanowni państwo — zaczął Nowak — w imieniu służb chciałbym przekazać informację o zakończeniu jednej z najpoważniejszych spraw kryminalnych ostatnich lat.
Błyski fleszy.
— Wczoraj wieczorem, w rejonie Gór Stołowych przy granicy polsko-czeskiej, odnaleziono ciało mężczyzny poszukiwanego w związku z morderstwem popełnionym w Kłodzku oraz z aktem sabotażu sieci elektroenergetycznej. Mężczyzna popełnił samobójstwo, gdy zorientował się, że służby namierzyły jego kryjówkę.
Szmer na sali.
— Analiza śledcza wykazała — kontynuował Nowak, ignorując podniesione ręce — że Jacek W., trzydziestoczteroletni mieszkaniec województwa dolnośląskiego, był członkiem zagranicznej siatki szpiegowskiej odpowiedzialnej za działania wymierzone w Polskę. Przez ostatnie miesiące pełnił funkcję kuriera i łącznika, dostarczając materiały wykorzystane w ataku.
— Chcę podkreślić — Nowak podniósł głos — że polskie służby działały szybko i profesjonalnie. Od momentu identyfikacji podejrzanego do zakończenia sprawy minęły zaledwie trzy dni.
— Panie ministrze! — krzyknął ktoś z sali. — Czy zidentyfikowano sieć, dla której pracował podejrzany?
Nowak skinął głową.
— Śledztwo jest w toku. Nie mogę ujawniać szczegółów ze względu na bezpieczeństwo trwających operacji. Mogę jedynie powiedzieć, że współpracujemy z partnerami zagranicznymi i że mamy powody sądzić, iż sieć została znacząco osłabiona.
— Czy są powiązania z Rosją? — zapytał korespondent Reutersa.
— Nie mogę tego komentować.
— Czy planowane są dalsze zatrzymania?
— Nie mogę tego komentować.
— Czy minister ponosi odpowiedzialność za…
— Dziękuję za pytania. — Nowak odsunął się od mównicy. — Komunikat zostanie opublikowany na stronie ministerstwa.
Wyszedł bocznymi drzwiami. Rzecznik prasowy został i odpowiadał na kolejne pytania zdaniami zaczynającymi się od „nie mogę tego komentować”.
W korytarzu czekał Stępień.
— Nieźle poszło — powiedział cicho.
— Zobaczymy jutro, co napiszą.
***
Stacja paliw pod Wałbrzychem, niedziela 28 kwietnia 2024 r., godzina 9:00.
Stacja sieciowa, całodobowy sklep, restauracja dla kierowców, parking dla tirów. O dziewiątej ruch spory — osobówki tankowały i odjeżdżały, ciężarówki stały w rzędzie przy dystrybutorach.
Jacek kupił kawę w sklepie i wyszedł na parking.
Musiał się dostać dalej na zachód. Daleko od granicy, daleko od Dolnego Śląska. Ale jak? Autostop — ryzykowny. Kierowcy zapamiętują twarze, mogą opisać pasażera. Autobus gorszy — kamery na dworcach, kontrola biletów. Pociąg to samo.
Tir. Kierowcy tirów nie pytali. Jechali tysiące kilometrów przez Europę, zbierali autostopowiczów i zapominali o nich przy następnym postoju. Pasażer to ktoś, kto pomaga nie zasnąć. Kto znika przy następnej stacji.
Tarczka leżała przy krawężniku, obok kontenera na śmieci.
Biały krążek z nadrukiem — tarcza tachografu. Papierowy dysk rejestrujący czas pracy kierowcy. Stara technologia, wypierana przez cyfrowe tachografy, ale używana w starszych pojazdach. Od wujka Zbyszka wiedział o nich wszystko. Wiedział też, że wystarczyło pokazać tarczę innemu kierowcy zawodowemu, żeby zaczął traktować cię jak swojego.
Jacek podniósł ją. Czysta, nieużywana, pewnie wypadła komuś z kabiny. Na środku logo firmy transportowej ze Słubic.
***
Kierowca tira miał może czterdzieści pięć lat, zmęczoną twarz i tatuaż na przedramieniu. Siedział w kabinie Volvo FH, jadł kanapkę i słuchał radia.
Jacek zapukał w drzwi.
— Dzień dobry — powiedział, gdy kierowca opuścił okno. Podniósł tarczę. — Jestem kierowcą, odstawiłem auto do rozładunku i nie mam jak wrócić. Szef kazał wracać, a tu nic nie jedzie w moją stronę.
Kierowca spojrzał na tarczę, potem na Jacka.
— Skąd jesteś?
— Z Poznania. — Firma Transportowa Dębicki ze Słubic. Może pan zna?
— Nie znam. — Wzruszył ramionami. — Ale to nie mój kierunek. Jadę na zachód. Niemcy.
— Niemcy? — Jacek starał się nie zmienić wyrazu twarzy. — Gdzie dokładnie?
— Brunszwik. Rozładunek mięsa.
Brunszwik. Sto kilometrów od Hanoweru. Sto kilometrów od matki.
— Słuchaj — powiedział Jacek — ja właściwie też muszę do Niemiec. Druga siedziba firmy jest pod Hanowerem. Gdybyś mógł mnie podrzucić…
Kierowca patrzył na niego. Jacek znał ten wzrok — wzrok człowieka, który przez lata w drodze nauczył się odróżniać normalnych od kłopotów.
— No nie wiem — powiedział kierowca.
— Kupię ci sześciopak za fatygę. Pomóż koledze.
Kierowca się zaśmiał.
— Piwa? Za kierownicą?
— Na pauzę. Na wieczór. Gdzie się zatrzymujesz?
— W Brunszwiku mam rozładunek, potem nocleg na parkingu przy autostradzie.
Pauza. Potem wzruszenie ramion.
— Dobra, wsiadaj. Ale bez gadania. Muszę się skupić na drodze.
— Jasne. — Jacek obejrzał kabinę. — Właściwie jestem wykończony. Całą noc nie spałem. Jak pozwolisz, zdrzemnę się.
— Rób co chcesz. Tylko nie chrap.
Jacek wspiął się do kabiny. Pachniała papierosami, kawą i czymś słodkim — odświeżacz albo resztki jedzenia. Kierowca odpalił silnik. Volvo ruszyło, wyjeżdżając z parkingu na drogę.
Jacek oparł głowę o szybę i zamknął oczy.
Nie kłamał — naprawdę był wykończony. Dwa dni ucieczki, noc bez snu, godziny marszu. Adrenalina trzymała go na nogach, ale w ciepłej kabinie, przy szumie silnika, ciało się wyłączyło.
Zasnął, zanim wyjechali na autostradę.
***
Śnił o dziadku.
Andrzej Wróbel stał na peronie w Jaworzynie Śląskiej. Mundur kolejarza, czerwona czapka. Za plecami przejeżdżał towarowy — wagony z węglem, z drewnem, z czymś pod plandekami.
— Jacuś — powiedział dziadek. — Co ty narobiłeś?
Jacek chciał odpowiedzieć, ale nie mógł.
— Pociąg odjechał — powiedział dziadek.
Peron zaczął się rozpływać. Jacek się obudził.
***
— Hej. Hej, kolego. Przyjechaliśmy.
Kabina ciężarówki, silnik na jałowym biegu, światła parkingu za szybą.
— Brunszwik — powiedział kierowca. — Mój rozładunek. Tu wysiadasz.
Jacek przetarł twarz. Zegarek na desce rozdzielczej — siedemnasta czterdzieści. Spał prawie osiem godzin.
— Dzięki — powiedział ochryple.
— Nie ma sprawy. — Kierowca wyciągnął paczkę papierosów.
Jacek wysiadł. Nogi sztywne, głowa ciężka. Ale wyspany. Pierwszy raz od dwóch dni.
Był w Niemczech. Sto kilometrów od Hanoweru.
W sklepie przy parkingu kupił sześciopak Becksa i wrócił do kierowcy.
— Proszę. Dzięki za podwózkę.
Kierowca wziął piwo, kiwnął głową. Jacek odszedł na pobocze.
Rozdział 4: Matka
Hanower, niedziela 28 kwietnia 2024 r.
Hanower pojawił się za oknem pociągu po czterdziestu minutach.
Dojechał regionalnym z Brunszwiku. W środku różnokolorowy tłum.
Na dworcu Jacek stanął na chwilę, rozglądając się po hali. Wielka, szklana konstrukcja, pełna ludzi spieszących w różnych kierunkach — biznesmeni z walizkami, turyści z plecakami, bezdomni śpiący na ławkach. Zapowiedzi w głośnikach, szum rozmów, zapach kawy i spalin.
I język. Niemiecki — płynący zewsząd.
Jacek rozumiał każde słowo.
***
Nauczył się niemieckiego, gdy miał czternaście lat.
Matka wyjechała do Niemiec rok wcześniej — „na chwilę”, jak mówiła, „tylko na parę miesięcy, żeby zarobić na remont domu”. Parę miesięcy zamieniło się w rok, rok w dwa, dwa w dziesięć. Dom nigdy nie został wyremontowany. Matka nigdy nie wróciła.
Ale przez pierwszy rok Jacek wierzył. Wierzył, że matka go zaprosi. Że powie: „Przyjedź, synku, tu jest lepiej, tu jest przyszłość”. Wyobrażał sobie to życie — niemiecka szkoła, niemieckie miasto, niemieckie możliwości. Wyobrażał sobie, jak chodzi z matką po ulicach Hanoweru, jak pokazuje mu zabytki, jak jedzą razem obiad w niemieckiej restauracji.
I uczył się.
Dwadzieścia cztery godziny na dobę — tak mu się przynajmniej wydawało. Wstawał rano i słuchał kaset z kursem językowym. Szedł do szkoły i powtarzał w głowie odmianę czasowników. Wracał do domu i czytał niemieckie książki ze słownikiem. Zasypiał z gramatyką pod poduszką.
Po roku mówił płynnie. Po dwóch — lepiej niż niektórzy Niemcy. Nauczyciele w szkole byli zdumieni — skąd ten chłopak z Jaworzyny Śląskiej zna niemiecki lepiej niż angielski?
Jacek nie mówił im prawdy. Nie mówił, że uczy się dla matki. Że każde nowe słowo jest krokiem w jej stronę. Że każdy wieczór nad gramatyką jest inwestycją w przyszłość, w której matka wreszcie powie: „Przyjedź”.
Matka nigdy tego nie powiedziała.
Listy przychodziły regularnie — raz w miesiącu, potem raz na kwartał, potem raz na pół roku. Zawsze to samo: skargi na zdrowie, na pogodę, na pracodawców. Nigdy zaproszenia. Nigdy „przyjedź”. Tylko „może kiedyś” i „jak się ustabilizuję” i „teraz nie jest dobry moment”.
Po trzech latach Jacek przestał czekać.
Język został.
***
Kwiaciarnię znalazł bez trudu.
Adres miał w głowie od lat — Lister Meile 47, dzielnica List, północny Hanower. Matka pisała o niej w listach: „Pracuję w pięknej kwiaciarni, właścicielka jest bardzo miła, mamy stałych klientów”. Pisała tak, jakby to było coś, czym można się chwalić — dwadzieścia lat pracy za ladą, układanie bukietów dla obcych ludzi, uśmiechanie się do klientów, którzy nigdy nie zapamiętają twojej twarzy.
Dzielnica List była dokładnie taka, jak Jacek sobie wyobrażał — schludna, spokojna, mieszczańska. Kamienice z początku dwudziestego wieku, starannie przystrzyżone żywopłoty, kawiarnie ze stolikami na chodnikach. Niemcy w średnim wieku spacerujący z psami, młode matki pchające wózki, emeryci czytający gazety na ławkach.
Ordnung. Porządek. Wszystko na swoim miejscu.
Kwiaciarnia nazywała się „Blumenparadies” — Raj Kwiatów. Witryna była pełna kolorów: róże, tulipany, orchidee, egzotyczne rośliny, których nazw Jacek nie znał. Nad drzwiami wisiał dzwonek — stary, mosiężny, który dzwonił, gdy ktoś wchodził.
Jacek stanął przed wejściem.
Przez szybę widział wnętrze — lady, wazony, wiadra z kwiatami, kasę w rogu. I kobietę za ladą.
Szczupła. Świetnie ubrana — elegancka bluzka, perły na szyi, włosy ułożone u fryzjera. Makijaż dyskretny, ale widoczny — podkreślone oczy, różowe usta, puder na policzkach.
Ale stara. Widać to było mimo makijażu, mimo eleganckiego ubrania, mimo starannej fryzury. Skóra na szyi była pomarszczona, dłonie pokryte plamami starczymi, ramiona lekko przygarbione. Po sześćdziesiątce — może sześćdziesiąt pięć, może więcej.
Jacek pchnął drzwi. Dzwonek zadzwonił.
Kobieta podniosła głowę i uśmiechnęła się — tym automatycznym, profesjonalnym uśmiechem, który sprzedawcy ćwiczą przez lata.
— Guten Tag — powiedziała. — Kann ich Ihnen helfen?
Jacek stał w drzwiach, patrząc na nią.
Poznał ją od razu. Oczy były te same — szare, zimne, zawsze lekko nieobecne. Nos był ten sam — prosty, wąski, z charakterystycznym garbkiem pośrodku. Usta były te same — cienkie, zaciśnięte, jakby zawsze powstrzymywały jakąś skargę.
Wyglądała tak samo jak dwadzieścia kilka lat temu, gdy ostatni raz ją widział. Starsza, oczywiście — ale zasadniczo ta sama. Ta sama kobieta, która wyjechała „na chwilę” i nigdy nie wróciła.
I nie widać było po niej tych wszystkich chorób. Tych bólów stawów, tych migren, tych problemów z sercem, tych alergii i nietolerancji, których opisami zasypywała go w listach przez lata. „Nie mogę przyjechać, bo mam zapalenie zatok”. „Nie mogę cię zaprosić, bo muszę odpoczywać po operacji”. „Nie mogę, nie mogę, nie mogę”.
Stała przed nim — zdrowa, elegancka, uśmiechnięta do klienta.
— Guten Tag — odpowiedział Jacek po niemiecku. Potem przeszedł na polski: — Mamo. To ja. Jacek.
Uśmiech zniknął.
Kobieta patrzyła na niego przez długą chwilę — sekundę, dwie, pięć. Oczy jej się rozszerzyły, usta otworzyły, dłonie zacisnęły na ladzie.
— Jacek? — wyszeptała. — Ale… ale przecież ty nie żyjesz.
***
— Rozmawiałam z dziadkiem — powiedziała matka, prowadząc go na zaplecze. — Dzwonił do mnie wczoraj w nocy. Powiedział, że… że znaleźli twoje ciało. W górach. Że się… — urwała.
— Że się zabiłem — dokończył Jacek. — Wiem. To nie byłem ja.
Matka patrzyła na niego, jakby był duchem.
— Dziś z samego rana był u mnie policjant — powiedziała. — Niemiec. Po cywilnemu, ale pokazał odznakę. Wypytywał o ciebie. O wszystko — gdzie się urodziłeś, gdzie chodziłeś do szkoły, z kim się przyjaźniłeś. Chciał wiedzieć, czy masz tutaj znajomych, czy kiedykolwiek przyjeżdżałeś do Niemiec.
— Co mu powiedziałaś?
— Prawdę. — Matka wzruszyła ramionami. — Że nigdy tu nie byłeś. Że nie masz znajomych w Niemczech. Że… — zawahała się — że prawie się nie kontaktowaliśmy.
Prawie się nie kontaktowaliśmy. To było jedno określenie. Jacek miał inne: porzuciłaś mnie, gdy miałem trzynaście lat.
Ale nie powiedział tego. Nie teraz. Nie miał na to czasu ani siły.
Matka nagle spojrzała na jego stopy.
— Jacek — powiedziała tym tonem, który pamiętał z dzieciństwa — tym tonem, który zawsze poprzedzał jakąś pretensję. — Masz ciepłe skarpetki? Bo wiesz, jaka jest pogoda. Jak się przeziębisz, to będziesz miał problemy. Ja zawsze ci mówiłam, żebyś nosił ciepłe skarpetki.
Jacek zamrugał.
— Mamo, ja właśnie…
— Bo ja przez całe życie miałam problemy ze stawami — kontynuowała matka, jakby go nie słyszała. — I wiesz co? Ten stres mnie wykończy. Naprawdę mnie wykończy. Jak pomyślę, że policja do mnie przychodzi, że wypytuje o syna, że… — pokręciła głową. — Moja choroba stawów na pewno się odnowi. Czuję już, jak kolano zaczyna boleć. Zawsze tak jest przy stresie.
Jacek stał i słuchał.
Nie pytała go o nic. Nie pytała, czy jest zdrowy. Nie pytała, co się stało. Nie pytała, dlaczego jest poszukiwany przez policję, dlaczego oficjalnie nie żyje, dlaczego przyjechał do niej po dwudziestu latach.
Mówiła o swoich stawach.
— To wszystko mnie wykończy — powtórzyła matka. — Naprawdę. Ja już nie mam siły na takie rzeczy. W moim wieku człowiek potrzebuje spokoju, a tu… — machnęła ręką.
— Mamo — powiedział Jacek. — Jestem poszukiwany. Policja myśli, że zabiłem kogoś. Nie zabiłem, ale nie mogę tego udowodnić. Potrzebuję…
— Wiesz co? — przerwała mu matka. — Muszę zadzwonić na ten numer. Ten, który policjant mi zostawił. Powiedział, żebym dzwoniła, gdyby cokolwiek… gdybyś się pojawił.
Zimno rozlało mu się w żołądku.
— Mamo, nie możesz…
— Jacek. — Matka spojrzała na niego z wyrzutem. — Tu są Niemcy. Tu jest Ordnung. Trzeba współpracować z władzą. Jak się nie współpracuje, to są problemy. Jak się współpracuje, to problemów nie ma. Ja problemów żadnych nie chcę. Ja tu mieszkam ponad dwadzieścia lat, ja wiem, jak to działa. Trzeba zadzwonić.
— Mamo, oni mnie zamkną. Albo gorzej.
— Ale co ja mogę zrobić? — Matka rozłożyła ręce. — Ja jestem starą schorowaną biedną kobietą. Ja mam swoje problemy. Nie mogę się narażać. Prawa trzeba przestrzegać. Władza wszystko sprawdzi, tak będzie lepiej. Rozumiesz?
Jacek nie mógł dojść do słowa. Matka mówiła dalej — o niemieckiej emeryturze, na którą czeka, o ubezpieczeniu zdrowotnym, o tym, że w Niemczech trzeba mieć czyste papiery.
W końcu się poddał.
— Mamo — powiedział cicho. — Jestem głodny.
Matka urwała w pół zdania.
— Głodny? — Spojrzała na niego, jakby dopiero teraz zauważyła, że ma przed sobą żywego człowieka, nie problem do rozwiązania. — A tak, pewnie nie jadłeś.
Sięgnęła do torebki i wyciągnęła portfel. Wyjęła banknot — sto euro — i podała mu.
— Za rogiem jest dobry bar — powiedziała. — Nazywa się „Zum Goldenen Hirsch”. Mają dobre jedzenie, tanie. Idź tam i poczekaj. Ja zadzwonię do tego policjanta. On przyjedzie, porozmawiasz z nim, wyjaśnisz wszystko. W Niemczech policja jest porządna, nie jak w Polsce. Pomogą ci.
Jacek wziął banknot.
— Mamo — powiedział. — Zadzwoń do dziadka Andrzeja. Powiedz mu, że żyję. Proszę.
Matka kiwnęła głową.
— Dobrze, zadzwonię. A teraz idź, zjedz coś. Wyglądasz okropnie.
Jacek ruszył w stronę drzwi. Przy wyjściu odwrócił się jeszcze raz.
Matka już trzymała telefon przy uchu. Już z kimś rozmawiała. Twarz miała poważną, skupioną — twarz człowieka, który wykonuje obywatelski obowiązek.
Jacek wyszedł z kwiaciarni.
Dzwonek zadzwonił za jego plecami — wesoły, mosiężny dźwięk, jakby nic się nie stało.
***
Przez szybę widział, jak matka gestykuluje, rozmawiając przez telefon. Pewnie z tym policjantem. Pewnie mówi mu, że syn jednak żyje. Że właśnie tu był. Że poszedł do baru za rogiem.
Jacek nie poszedł do baru za rogiem.
Ruszył w przeciwnym kierunku — szybkim krokiem, nie oglądając się. Sto euro w kieszeni, nic więcej.
Matka go wydała.
Właśnie to zrobiła. Jej syn — jej jedyny syn, którego nie widziała od dwudziestu lat — pojawił się w jej kwiaciarni, a ona zadzwoniła na policję.
Ordnung muss sein.
Rozdział 5: Samira
Hanower, niedziela 28 kwietnia 2024 r., wieczór.
Jacek szedł przed siebie, nie wiedząc dokąd.
Stopniowo krajobraz zaczął się zmieniać. Napisy na sklepach przestały być niemieckie.
Jacek zauważył to nie od razu — był zbyt otępiały po spotkaniu z matką. Ale w pewnym momencie podniósł głowę i zobaczył: arabskie litery. Tureckie słowa. Sklepy z kebabem, z falafelami, z bakławą.
Był w Niemczech — ale nie był w Niemczech.
Ulica wyglądała jak fragment Stambułu albo Damaszku, przeszczepiony w ciało europejskiego miasta. Domy były te same — niemieckie kamienice z początku wieku, z balkonami i sztukateriami — ale wszystko inne było inne. Zapachy: przyprawy, smażone mięso, coś słodkiego i ciężkiego, może kadzidło.
I ludzie byli inni.
Mężczyźni stali w grupkach przed sklepami — młodzi, w dresach i skórzanych kurtkach, ze złotymi łańcuchami na szyjach, z brodami przystrzyżonymi według mody, której Jacek nie znał. Rozmawiali głośno, gestykulowali, palili papierosy.
Kobiety były inne niż te w dzielnicy List. Tam — eleganckie Niemki w płaszczach i szalikach, z psami na smyczach i torbami z ekologicznych sklepów. Tu — hidżaby. Nikaby. Abaje. Całe spektrum zakrycia — od chustek luźno zarzuconych na włosy po czarne szaty, z których wystawały tylko oczy.
Jacek szedł dalej. Nogi same go niosły.
***
Hanower, Steintor, niedziela 28 kwietnia 2024 r., wczesna noc.
Neony migające w oknach. Witryny z manekinami w bieliźnie. Drzwi z kotarami, za którymi widać było różowe ściany i aksamitne kanapy.
Dzielnica czerwonych latarni.
Inne Niemcy niż dzielnica List z kwiaciarnią matki, inne niż muzułmańskie ulice, przez które właśnie przeszedł. Niemcy seksu na sprzedaż, ciała jako towaru, pożądania wystawionego w witrynie jak buty czy sukienki.
Kobiety stały w oknach i przy drzwiach. Ale nie były to Niemki — albo było ich bardzo mało. Jacek widział twarze z Bliskiego Wschodu, z Afryki Północnej, może z Turcji czy Iranu. Ciemne włosy, ciemne oczy, skóra w odcieniach oliwki i brązu. Niektóre były młode — może dwadzieścia lat, może mniej. Inne starsze, ze zmęczeniem wypisanym na twarzach.
Niektóre były grube. To Jacka zaskoczyło — w jego wyobrażeniu prostytutki były szczupłe, młode, atrakcyjne. Tu widział kobiety z nadwagą, z brzuchami i udami, które wylewały się z za ciasnej bielizny. Stały w oknach tak samo jak inne, wystawiając na sprzedaż to, co miały — ciała, które rynek wyceniał niżej, ale które nadal znajdowały kupców.
Ekonomia popytu i podaży.
Jedna z kobiet — młoda, może dwadzieścia pięć lat, z twarzą, która mogła być syryjska albo libańska — spojrzała na niego przez szybę. Uśmiechnęła się zawodowo, zapraszająco. Uniosła rękę — chodź, wejdź, jestem tutaj dla ciebie.
Jacek nie wszedł. Ruszył dalej.
***
Zauważył ją od razu.
Stała na ulicy tak, jak stoi się czekając na autobus, tylko nigdzie nie było żadnego przystanku. Około pięćdziesięciu lat, może więcej. Otyła — ale specyficznie, jakby cały tłuszcz zgromadził się na brzuchu, tworząc kopułę pod obcisłą bluzką, podczas gdy ramiona i twarz pozostały względnie szczupłe. Wygląd bliskowschodni — ciemne włosy, oliwkowa skóra, nos z garbkiem.
Ale to nie ciało przyciągnęło jego wzrok.
Oczy. Bystre, ciemne, błyszczące jak u jastrzębia. I uśmiech — lubieżny, świadomy, pozbawiony wstydu. Uśmiech kobiety, która widziała już wszystko.
Ich oczy się spotkały. Wyłowiła go jak jastrząb gołębia.
Jacek już do niej szedł — nogi same niosły go przez ulicę, między samochodami. Ciało działało szybciej niż głowa. Nie analizował. Szedł.
— Ich warte auf einen Zug — powiedział płynnym niemieckim. — Pociąg jest jutro rano. Potrzebuję kobiety. Potrzebuję kolacji. Potrzebuję łóżka na tę noc.
Słowa wyszły z niego same — precyzyjne, konkretne. Jak zamówienie w restauracji. Jak lista zakupów.
— Ile?
— Dwieście euro.
Niemiecki z silnym akcentem — arabskim, tureckim, może perskim. Jacek nie potrafił określić. Ale słowa były jasne.
Jacek miał tylko sto euro. Banknot od matki.
— Teraz sto euro. — Wyjął banknot z kieszeni i podał jej. Kobieta wzięła go szybko, schowała gdzieś w fałdach ubrania. — Drugie sto dam rano.
Kobieta patrzyła na niego. Oceniała. Nie jego wygląd — ryzyko. Może jest niebezpieczny. Może jest świrem. Może jest przestępcą.
Ale sto euro to było sto euro. A drugie sto rano — obietnica, która mogła być prawdą albo kłamstwem.
Skinęła głową.
— Chodź. Idziemy do mnie.
***
Jacek nie bał się nawet przez chwilę. A było czego się bać. W mieszkaniu mógł czekać alfons — jeden albo kilku. Mogli go pobić, okraść, zabić. Mógł wejść i nigdy nie wyjść.
Ale strach był gdzieś daleko. Za grubą szybą, za murem. Widział go, wiedział, że istnieje, ale nie mógł go dotknąć.
Wszedł do kamienicy.
Klatka schodowa ciemna, cuchnąca — pleśnią, moczem, czymś słodkim i zgniłym. Ściany pokryte graffiti, podłoga z popękanymi płytkami, żarówka migająca pod sufitem.
***
Mieszkanie na parterze.
Jeden pokój i kuchnia — połączone, bez ściany działowej. W rogu kuchenka gazowa, lodówka, zlew z naczyniami. Pod oknem stolik z dwoma krzesłami. Na ścianach obrazki — orientalne wzory, zdjęcie meczetu.
I łóżko. Wielkie, zajmujące połowę pokoju, z metalową ramą i materacem pod kolorową narzutą. Dużo poduszek, różnych rozmiarów i kolorów.
Było czysto. To go zaskoczyło. Spodziewał się brudu, bałaganu, zapachu potu i seksu. A tu — podłoga zamieciona, łóżko pościelone, powietrze pachnące kadzidłem albo jakimś orientalnym olejkiem.
Kobieta weszła za nim i zamknęła drzwi.
— Usiądź — powiedziała, wskazując na krzesło. — Zrobię ci coś do jedzenia. Wyglądasz na głodnego.
O nic nie pytała. Nie pytała, skąd jest, dokąd jedzie. Po prostu zaczęła gotować.
***
Robiła jajecznicę i herbatę. Ruchy sprawne, wyćwiczone, jakby robiła to samo tysiące razy. Pewnie robiła — dla siebie, dla klientów, dla ludzi, którzy przychodzili i odchodzili, nie zostawiając nic oprócz pieniędzy.
Jedzenie było dobre.
Jacek nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł. Dwa dni temu? Pochłonął wszystko w kilka minut — jajka, chleb, herbatę. Kobieta patrzyła na niego bez słowa, z tym samym uśmiechem. Lubieżnym, świadomym.
— Łazienka jest tam — powiedziała, wskazując drzwi w rogu. — Umyj się. Będę na ciebie czekać.
Łazienka mała, ciasna, prysznic zamiast wanny, pęknięte kafelki. W lustrze twarz, której prawie nie rozpoznawał. Zmęczona, szara, z cieniami pod oczami i kilkudniowym zarostem.
Umył się. Ciepła woda spływała po ciele. Jacek stał pod prysznicem i nie myślał o niczym.
Kiedy wyszedł, kobieta leżała w łóżku. Narzuta odsunięta, poduszki ułożone. Miała na sobie coś cienkiego — koszulkę nocną, może halkę. Patrzyła na niego tymi samymi oczami — bystrymi, ciemnymi.
Jacek podszedł do łóżka i położył się obok niej. Przytulił do wielkich pośladków.
I zasnął. Od razu. Bez walki, bez wirowania myśli. Jakby ktoś wyłączył mu światło w głowie — klik — i nic.
Kobieta leżała obok i słuchała jego oddechu. Miarowy, głęboki, oddech człowieka, który nie spał od bardzo dawna. Po chwili ona też zamknęła oczy.
***
Samira obudziła się w środku nocy — bo tak miała na imię, Samira Yılmaz, urodzona w Ankarze, od dwudziestu lat w Niemczech — i nie mogła zasnąć.
Leżała w ciemności, słuchając oddechu mężczyzny obok siebie.
Kim on jest?
Niemiec — mówił płynnie, bez akcentu, z tą pewnością, którą mają ludzie, dla których język jest naturalny jak oddychanie. Ale coś w nim było nie tak. Coś w oczach, w sposobie, w jaki się poruszał.
Niemcy nie przychodzili do takich prostytutek jak ona.
Niemcy — ci prawdziwi, ci z dobrych dzielnic, ci z pieniędzmi — szli do agencji, do klubów, do miejsc z klimatyzacją i szampanem. Szli do młodych dziewczyn z Ukrainy, z Rumunii, z Tajlandii. Nie do pięćdziesięcioletniej Turczynki z brzuchem jak bęben i mieszkaniem w suterenie.
Do niej przychodzili inni. Robotnicy z budów, którzy nie mieli pieniędzy na nic lepszego. Emeryci, którzy szukali ciepła, nie seksu. Imigranci, którzy bali się białych kobiet i czuli się bezpieczniej z kimś, kto wyglądał jak ich matka.
Ten mężczyzna nie pasował do żadnej z tych kategorii.
Rozdział 6: Obława
Hanower, niedziela 28 kwietnia 2024 r., komisariat policji, godzina 23:30.
Komisarz Heinrich Brauer zamknął teczkę z napisem „WRÓBEL, Jacek” i odłożył ją do szuflady.
Polak. Poszukiwany za morderstwo. Widziany dziś ostatnio w kwiaciarni na Lister Meile. Później na kilku kamerach monitoringu. Potem zapadł zmrok. Jacek Wróbel znikł.
Matka współpracowała. Za bardzo współpracowała — to było podejrzane samo w sobie. Ale jej zeznania nic nie dawały. Syn przyszedł, rozmawiał pięć minut, wyszedł. Nie powiedział, dokąd idzie. Nie powiedział, co zamierza.
Brauer przejrzał notatki z przesłuchania.
„Pytałam go o ciepłe skarpetki. Powiedział, że jest głodny. Dałam mu sto euro i powiedziałam, żeby poczekał w barze.”
Ciepłe skarpetki. Sto euro. Bar za rogiem.
Co za matka, pomyślał Brauer. Co za ciepła, kochająca matka.
Sprawdzili bar — właściciel nikogo nie widział. Sprawdzili kamery — za dużo ludzi, za mała rozdzielczość, za szeroki kąt. Sprawdzili okoliczne ulice — nic.
Facet po prostu zniknął.
Brauer wiedział, co to znaczy. W mieście wielkości Hanoweru człowiek, który chce zniknąć, może zniknąć. Wystarczy gotówka, trochę sprytu i znajomość języka. Wystarczy nie używać karty, nie dzwonić, nie wychodzić na światło dzienne.
***
Warszawa, niedziela 28 kwietnia 2024 r., godzina 23:30. MSWiA.
Gabinet na trzecim piętrze był prawie pusty. Stępień siedział przy biurku z telefonem przy uchu i szklanką wody w dłoni.
— Powtórz — powiedział do telefonu.
Głos Grynia po drugiej stronie był zmęczony.
— Trop się urwał. Matka zeznała, że był u niej około południa. Wyszedł, powiedziała mu, żeby poczekał w barze za rogiem. Zadzwoniła do nas od razu.
— I?
— I nic. Do baru nie poszedł. Sprawdziliśmy kamery w promieniu dwóch kilometrów. Nic. Dworzec główny, dworzec autobusowy, wypożyczalnie samochodów — nic. Jakby się pod ziemię zapadł.
— A matka?
— Współpracuje. — Głos zawahał się. — Znaczy, chce współpracować. Ale nic nie wie. Prawie się nie kontaktowali. Nie ma pojęcia, gdzie mógł pójść, kogo zna w Niemczech, nic.
— Znajomi? Kontakty?
— Sprawdzamy. Ale wygląda na to, że Wróbel nie zna nikogo w Niemczech. Nigdy tu nie był. Matka mówi, że nie widziała go dwadzieścia lat.
Stępień milczał.
Dwadzieścia lat. Syn przyjeżdża do matki po dwudziestu latach, a ona dzwoni na policję. Kochająca rodzina.
— Co o tym myślisz? — zapytał Stępień.
Cisza w słuchawce. Potem:
— Szczerze?
— Szczerze.
— Myślę, że go zgubiliśmy. Hanower to duże miasto. Milion ludzi, dziesiątki dzielnic, setki hoteli, pensjonatów, hosteli. A on mówi płynnie po niemiecku — matka potwierdziła. Nie wyróżnia się. Nie robi błędów. Dla wszystkich jest po prostu kolejnym Niemcem.
Stępień pokiwał głową, chociaż rozmówca nie mógł tego widzieć.
— Dobra. Dalej szukajcie. Monitoring, bary, hotele, dworce. Może gdzieś się pojawi.
— Tak jest.
— I trzymajcie matkę pod obserwacją. Może wróci.
— Wątpię. Po tym, jak go wydała? Nie wróci.
Stępień rozłączył się.
Dobry pies, pomyślał. Trzeba mu to przyznać. Dobry pies nauczył się nowych sztuczek.
***
Łódź, Bałuty, niedziela 28 kwietnia 2024 r., godzina 23:40.
Mieszkanie na trzecim piętrze wieżowca śmierdziało starością. Betonową starością bloków z wielkiej płyty — farba olejna na futrynach, stęchlizna linoleum, grzyb z syfonów w łazienkach.