E-book
31.5
drukowana A5
44.01
SKRZYDŁA Z POPIOŁU, CISZA NA KREDYT

Bezpłatny fragment - SKRZYDŁA Z POPIOŁU, CISZA NA KREDYT


Objętość:
137 str.
ISBN:
978-83-8440-492-8
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 44.01

Bezpieczny lot

skrzydła zrobiłam sobie sama

z obietnic, które miały termin ważności

i z planów, które brzmiały lepiej niż działały

ktoś powiedział:

„będzie dobrze”

nie doprecyzował kiedy

ani komu

próbowałam lecieć

ale popiół nie zna powietrza

on tylko opada

konsekwentnie

ciszę biorę na raty

na chwilę przed snem

na moment między jednym lękiem a drugim

odsetki rosną szybciej niż spokój

w mojej głowie

nigdy nie było pusto

co najwyżej chwilowo wyłączono światło

jeśli to ma być dorosłość

to proszę bez oklasków

już wiem

że nie każda katastrofa

robi hałas

Po sezonie

Morze oddycha dziś wolniej,

jakby zmęczyło się ludźmi.

Piasek nie pamięta już stóp,

tylko ślady mew i samotnych myśli.

Słońce przecieka przez chmury,

jak ostatnie złoto z kieszeni lata.

W molo trzaskają deski,

jakby chciały coś powiedzieć,

ale już nie ma komu.

Idę promenadą,

wiatr plącze mi włosy i wspomnienia.

Zamknięte budki pachną solą i kurzem,

a cisza ma smak niedopowiedzenia.

Nie wiem, czemu tu przyjechałam

— może żeby coś zostawić,

albo znaleźć cokolwiek, co się nie boi milczeć.

Patrzę na wodę.

Jest spokojna i obojętna,

jakby wiedziała,

że każda burza zaczyna się od ciszy.

Zanim spojrzał

Powietrze było ciężkie,

sierpień dusił zapachem asfaltu i słońcem odbitym od szyb.

Wiedziałam, że zaraz spadnie deszcz,

że lato się kończy,

że coś wisi w powietrzu.

Szłam po paczkę,

myśląc o niczym

— może o winie,

może o tym, że trzeba w końcu zmienić zasłony,

a jednak czułam drżenie,

jakby ktoś wypowiedział moje imię w myślach.

Zoya.

Nie odwróciłam się.

Nie było po co.

A jednak gdzieś pod skórą,

w najcieńszym nerwie,

poczułam ciepło,

które nie należało do słońca.

Może to był tylko dzień jak każdy,

a może właśnie wtedy

świat po raz pierwszy

zrobił wdech przed burzą.

Zanim spojrzałaś

Żar lał się z nieba,

a ja, obcy w miejscu, które miało być domem,

uczyłem się znów oddychać polskim powietrzem.

Sierpień kleił się do skóry,

a w dłoni parzyła mnie butelka coli.

Wtedy cię zobaczyłem.

Twoje ruchy były jak echo czegoś prawdziwego,

czego dawno nie widziałem.

Śmiech — prosty, niepretensjonalny,

pełen życia, które nie musiało niczego udowadniać.

Nie znałem cię,

a mimo to miałem wrażenie,

że gdzieś w innej wersji świata

już na ciebie patrzyłem.

Nie wiedziałaś, że istnieję,

a jednak powietrze między nami drgało

jak napięta struna,

tuż przed pierwszym dźwiękiem.

Pierwsze wrażenie

Żar lał się z nieba,

a ja, obcy we własnym kraju,

uczyłem się znowu oddychać

dusznym powietrzem.

Wróciłem z miejsc,

gdzie milczenie ma strukturę lodu,

a człowiek jest samotnością w czystej postaci.

I wtedy zobaczyłem ciebie.

Nie znałem twojego głosu, ale świat zatrzymał się

między jednym twoim ruchem a drugim.

Butelka coli w dłoni nagle parzyła

jak rozżarzony węgielek,

a ja — ten, który nie wierzył

w nic oprócz przypadków

— zacząłem wątpić w przypadek.

Twoje włosy — jak wspomnienie lata,

które nie chciało odejść,

twoje gesty — jak melodia, którą znałem,

choć nigdy jej nie słyszałem.

Nie wiedziałaś, że patrzę.

A ja wiedziałem, że już za późno,

żeby przestać.

Po wszystkim

Nie było huku,

żadnej metafory o ogniu,

nawet cisza nie brzmiała jak kara.

Po prostu przestaliśmy istnieć

w tych samych zdaniach,

jak przecinki, które ktoś rozrzucił po pustych stronach.

Twoje imię zsunęło się z mojego języka,

bez bólu,

bez pożaru,

jak kurz, który spada z półki, gdy otwierasz okno.

Nie jestem ci winna zakończenia.

Nie każda historia ma mieć morał,

czasem wystarczy, że przestaje boleć.

Mówi, że za dużo myślę

mówi, że filozofuję, bo nie mam życia

a ja mam — tylko on by go nie uniósł

śmieje się, gdy cytuję kogoś mądrzejszego od nas obojga

mówi: „no tak, znowu mądrzysz się,

księżniczko z cierpieniem w tle”

jego żarty to ostrza w papierze po cukierku

słodkie, zanim sięgniesz palcem po krew

lubi mieć ostatnie słowo

więc milczę, żeby się dusił ciszą

myśli, że jak mnie wyszydzi, to się skurczę

a ja tylko rosnę,

bo każde jego szyderstwo jest dowodem,

że trafiłam celniej, niż chciałby przyznać

nazywa mnie ego

bo boi się, że zobaczę jego własne

Mówi, że się jej boję

nie boję się jej

boję się ciszy po niej

ona mówi mądrze, jakby połknęła encyklopedię

i jeszcze pamiętała każdy przypis

więc śmieję się

bo co mam zrobić, klaskać?

jej ego wchodzi do pokoju pierwsze

a ja wtedy żartuję

żeby nikt nie widział, że chciałbym, żeby zostało

mówię, że jest pretensjonalna

bo brzmi to lepiej

niż „robi mi się słabo, gdy patrzy na mnie tak,

jakby widziała wszystko”

czasem mam ochotę jej powiedzieć

że ta cała pewność siebie to zbroja

a potem uświadamiam sobie, że moja drwina to też zbroja

i znów wychodzi na remis

Słowa jak noże

Ona:

zawsze się śmiejesz, gdy trafiam w punkt

jakbyś chciał wymazać to, że rozumiem cię lepiej,

niż byś chciał

On:

nie trafiasz, tylko szukasz ran,

bo nie umiesz mówić łagodnie

Ona:

a ty nie umiesz mówić szczerze,

więc udajesz, że nie boli

On:

boli,

ale tylko wtedy, gdy przestajesz gadać

Ona:

drwisz, bo boisz się, że to ja mam rację

On:

drwię, bo inaczej bym ci uwierzył

Ona:

czyli jednak się boisz

On:

może po prostu wiem, że jesteś niebezpieczna

Ona:

nie myl niebezpieczeństwa z tym, że cię widzę

(chwila ciszy)

On:

…nigdy nie lubiłem, gdy ktoś trafia bez krwi

Z rodzaju tych, których nie powinnam pisać

Dotknąłeś mnie

nie palcami,

a intencją

— tą cichą, która drży w powietrzu

sekundę przed pierwszym ruchem.

Twoje spojrzenie

zsunęło się po mnie

jak jedwab z oparcia krzesła,

bez pośpiechu,

z tą pewnością,

która robi z człowieka płomień.

Oddychałam ci bliżej,

niż wypada.

Za blisko, by mówić o przypadku,

za daleko, by udawać niewinność.

Moje myśli

przesunęły się po twojej szyi

zanim to zrobiły moje ręce.

I jeśli to grzech

— to jestem cała

z jego materiału.

A kiedy wypowiedziałeś moje imię,

tak cicho, jakby miało się złamać,

zrozumiałam,

że żadna modlitwa

nie miała nigdy takiego sensu.

Świat zrobił się prosty

Twoje dłonie znalazły mnie

tak, jak znajduje się dom

— po omacku,

a jednak pewnie.

Byłeś ciepłem,

które nie prosiło,

nie żądało,

tylko było.

Moje ciało w twoich rękach

nie brzmiało wcale jak grzech,

ani jak kaprys

— bardziej jak pieśń,

którą zna się od dawna,

ale słyszy pierwszy raz.

Kiedy dotknąłeś moich ust,

świat zrobił się prosty,

i przez chwilę uwierzyłam,

że może naprawdę zasługuję

na czyjś oddech

tak blisko.

Bliskość pomylona z posiadaniem

Nie udawaj

— widziałam, jak patrzysz.

Jakbyś próbował policzyć wszystkie moje rany

bez dotykania skóry.

Dobra, doceniam ambicję.

Kiedy mnie musnąłeś,

poczułam to całą sobą.

Nie dlatego, że było romantycznie.

Raczej dlatego, że zwykle nie pozwalam,

żeby ktokolwiek zbliżył się aż tak,

żeby mógł mnie naprawdę poczuć.

A ty…

ty byłeś inny.

Nie zachwycony.

Nie przestraszony.

Po prostu ciekawy.

Zaskoczę cię

— nie uciekłam.

Twoje dłonie były ciepłe,

a ja, chociaż wyglądam jak ktoś,

kto pali się tylko od środka,

dałam ci wejść.

Na chwilę.

Na oddech.

Na drżenie.

I jeśli chcesz wiedzieć, czy tego żałuję

— nie.

Bo nawet jeśli to była tylko iskra,

to przynajmniej przypomniała mi,

że wciąż mam w sobie coś,

co potrafi płonąć.

Ostrza nocy

Przychodzisz jak burza,

a ja nawet nie udaję, że chcę uciekać.

Twoje dłonie mówią szybciej niż słowa,

a ja znam ten język

— szorstki, niecierpliwy, nienasycony.

Mówisz, żebym była grzeczna,

ale oboje wiemy, że lubisz mnie najbardziej,

kiedy jestem jak ogień rozpalony w gardle.

Kiedy nie proszę.

Kiedy nie pytam.

Kiedy biorę tyle, że aż brak ci tchu.

W ciemności nie ma miejsca na kłamstwa

— tylko na skórę, oddech, napiętą ciszę

i to dziwne poczucie,

że jeśli dziś spłoniemy,

to niech chociaż będzie widowiskowo.

Mrok

Dotknąłeś mnie

jak dotyka się ognia

— z ciekawością silniejszą niż rozsądek.

Byłeś chłodem,

który przypomina o sobie długo po tym,

jak znika z pokoju.

Twoje dłonie miały w sobie noc,

a ja, idiotka,

od zawsze wybierałam ciemność

zamiast światła.

Kiedy zbliżyłeś się tak,

że słyszałam twoje milczenie,

poczułam,

że to nie jest pragnienie.

To było ostrze.

I weszłam pod nie sama,

dobrowolnie,

powoli,

jakbym chciała sprawdzić,

ile bólu potrafię nazwać tęsknotą.

Noc, w której poznaliśmy nasze imiona

Chcę cię tak blisko,

że nawet światło nie znajdzie przejścia.

Chcę twoich dłoni,

które szukają mnie tak,

jakby zapomniały, że istnieje cokolwiek poza mną.

Nie udawaj, że to tylko pragnienie

— znam sposób, w jaki oddychasz,

kiedy przestajesz myśleć.

Znam drżenie twojego głosu,

kiedy wymieniasz moje imię

jak zaklęcie, które ma zatrzymać czas.

Jeśli mam być twoją słabością,

to chcę być tą,

która łamie cię najdelikatniej.

A jeśli twoją siłą

— to tą, od której nigdy nie odpoczniesz.

Nie jestem delikatna, więc nie dotykaj mnie delikatnie

Nie potrzebuję szeptów,

potrzebuję prawdy pod skórą.

Nie chcę, żebyś był ostrożny

— nie jestem porcelaną,

jestem zjawiskiem pogodowym,

którego nie da się zmapować.

Nie rozbieraj mnie wzrokiem,

rozbieraj intencją.

Chcę widzieć w twoich oczach to coś,

co sprawia, że nawet twoje sumienie

robi krok w tył.

Powiedz mi, że chcesz

— nie dlatego, że wyglądam ładnie,

tylko dlatego,

że nic na świecie nie smakuje ci tak jak ja,

kiedy przestaję udawać,

że nie mam przewagi.

Bo mam.

Zawsze.

I oboje o tym wiemy.

Niedoskonała miękkość

przychodziłeś do mnie jak burza,

która miała mnie przewrócić,

a kończyłeś jak deszcz,

co spływał po moich udach

i zostawiał ciepło tam,

gdzie dawno go nie było

twoje palce znały drogę,

zanim ja odważyłam się ją wskazać

i może to głupie,

ale czasem, kiedy dotykałeś mnie

tak ostrożnie,

czułam się jak ktoś,

nad kim świat wreszcie przestał się znęcać

twoje imię brzmiało jak prośba,

gdy mówiłam je przez półszept

a moje ciało,

niezgrabne, biedne, poharatane emocjami,

rozkwitało ci w dłoniach

tak, jakby wierzyło,

że tym razem

nie zostanie zdeptane

Sentencja

1.

Drogi się rozchodzą.

Jedni idą dalej, drudzy dalej udają,

że nie zabłądzili.

2.

Śmieszne, jak łatwo można się minąć,

gdy przez chwilę wydawało się,

że to ten sam kierunek.

3.

Niektórzy odchodzą po cichu,

żeby nie słychać było, jak im ulżyło.

4.

Nie wszyscy rozchodzą się w gniewie.

Niektórzy po prostu w ciszy przestają wierzyć,

że warto zostać.

5.

Byliśmy burzą,

a teraz nawet pogoda przez nas milczy.

6.

Rozeszliśmy się jak dym

— tylko jedno z nas naprawdę się paliło.

7.

Mówiłeś, że to nie koniec.

Ale końce mają to do siebie,

że nie pytają o zgodę.

8.

Ty chciałeś spokoju, ja prawdy.

Wyszło jak zwykle — pożar i ruiny.

9.

Niektóre pożegnania pachną benzyną,

nie łzami.

10.

Drogi się rozchodzą,

gdy jedna z nich przestaje być bezpieczna.

Zgadnij, którą byłam.

11.

Mówiłeś, że zawsze będziemy po tej samej stronie.

Tylko że ja byłam ogniem, a ty paliwem.

12.

Czasem miłość kończy się ciszej,

niż zapala się papieros.

Ale szczypie bardziej w nos i oczy.

13.

Nie pomyl pożegnania z ocaleniem.

To dwie różne katastrofy.

14.

Byliśmy czymś, czego świat

nie potrafiłby znieść dłużej.

Więc się rozpadliśmy — z litości.

Po tobie zostały mi tylko odłamki

nie złamałeś mnie jednym ruchem

złamania tak nie działają

to raczej seria pęknięć,

których nikt nie słyszy,

dopóki człowiek się nie rozsypie

a ja

pękałam przy tobie po cichu

jakby ktoś ściszał mnie pokrętłem,

żebym nie przeszkadzała światu

nie chciałam przyznać,

że ci na mnie zależało

bo wtedy musiałabym przyznać,

że i mnie zależało

a przecież nie jestem idiotką, prawda?

mówiłeś, że jestem silna

a ja wierzyłam,

bo nigdy nie widziałeś mnie

w tych momentach,

kiedy wyjmowałam z siebie twoje słowa

jak drzazgi spod paznokci

nauczyłeś mnie jednej ważnej rzeczy

— że można kogoś trzymać w ramionach

i jednocześnie wypuszczać go z serca

dziwne, ile waży człowiek,

który już do ciebie nie należy

dziwne,

że po tylu miesiącach

wciąż noszę w kościach echo twojego imienia

jakby było zaklęciem,

którego nikt mnie nie nauczył odwracać

i najdziwniejsze jest to,

że gdy mówię, że już po wszystkim

to kłamię tak przekonująco,

że wierzą mi wszyscy

oprócz mnie

Zapiski z balkonu o 2:17

nie lubię mówić, że ktoś zrobił mi dobrze

bo brzmi to jak słabość,

a słabości to waluta, której nie wydaję na ludzi

ale jeśli mam być szczera

(a i tak nikt tego nie przeczyta poza tobą

i moim blogiem o północy)

to twoje dłonie

zrobiły ze mnie katastrofę

dobrą katastrofę

taką, którą ludzie nagrywają telefonami

i wrzucają do sieci,

bo nie mogą przestać patrzeć

nie wiem, co cię do mnie ciągnie

— może to, że jestem trudna

może to, że mój język potrafi gryźć

a może to, że całuję tak,

jakbym próbowała odgryźć ci duszę

nie wiem

ale gdy dotykałeś mnie po raz pierwszy,

drżałam bardziej,

niż kiedy mój ojciec mówi „jestem z ciebie dumny”,

czyli praktycznie wcale,

ale jednak tak cholernie mocno

i jeśli jutro będę udawać,

że nic się nie stało,

i że twój zapach nie siedzi mi na skórze

— to tylko dlatego,

że lubię mieć przewagę

nawet nad kimś,

kto potrafił mnie rozłożyć na części

i poskładać tak,

że nie pasowałam

do samej siebie

już nigdy więcej

O 3:12 — pijana, pół-poetycka, pół-rozsypana

3:12

Za późno, żeby żyć, za wcześnie, żeby umrzeć.

Siedzę na podłodze, oparta o łóżko,

i próbuję nie rozlać kolejnego drinka na klawiaturę,

bo byłoby szkoda — klawiatury, nie drinka.

Powinnam spać.

Powinnam przestać pisać.

Powinnam przestać czuć.

A zamiast tego piszę tu, jak idiotka,

bo gdzieś muszę wyrzucić ten brud z wewnątrz.

Myślałam, że mnie już nie da się złamać.

Że jestem tytanem, który nauczył się żyć

ze swoją własną ciszą.

Ale nie.

Wystarczyło jedno lato, jeden facet,

jedno spojrzenie, jeden dotyk,

jedna naiwna myśl: „Może tym razem ktoś zostanie.”

Ha.

Kurwa.

Ha.

Dostałeś najlepszą wersję mnie, naprawdę.

Tę pracującą nad sobą, trzeźwą, poskładaną,

z sercem poukładanym jak książki na półce.

A ja dostałam…

co ja właściwie dostałam?

Tę znajomą pustkę,

co wchodzi przez żebra i siada na płucach.

Zabawne, że potrafię wytrzymać lata bez alkoholu

— a potem jedno twoje słowo i już leję sobie coś do szklanki,

jakbym wylewała kolejne rozczarowanie.

I tak siedzę.

W tym pokoju, w tym mieście,

w tym życiu, którego nigdy nie chciałam.

Zastanawiam się, czy mam w sobie choć trochę siły,

żeby jeszcze raz się pozbierać.

Czy może to jest właśnie ten moment,

kiedy każdy mój mechanizm obronny mówi:

„Spieprzajmy stąd, natychmiast.”

3:12

Świetna godzina, by sobie uświadomić,

że znowu dałam się komuś podejść.

Że znowu pomyślałam,

że może zasługuję na coś dobrego.

A przecież powinnam już dawno wiedzieć,

że jestem tylko dobra w jednym:

w byciu pierwszą do ranienia.

Idę zapalić.

Może popiół będzie lżejszy od tego, co czuję.

Okna

Moja głowa bulgocze jak czajnik na starej kuchence

— przegrzana, głośna, pełna myśli,

których wcale nie chciałam,

a które wracają jak najgorsi lokatorzy.

Nie powinieneś dostać ode mnie ani sekundy,

ani pół myśli, nawet jednego nerwu.

A jednak budzę się rano i od razu jesteś.

Jak jakaś choroba przewlekła, co tylko czeka, aż mrugnę.

Parzę kawę i widzę twoje okna.

Puste, ciemne, obojętne.

Jakby nikogo tam nie było, choć wiem, że jesteś

— i to jest najgorsze.

Twoja obecność bardziej boli, kiedy udajesz nieobecność.

Robię swoje przez cały dzień, odhaczam zadania,

biegam między obowiązkami jak na autopilocie,

ale ty siedzisz w mojej głowie jak ciało obce,

którego organizm nie potrafi odrzucić.

Jakbyś wynajął sobie pokój w moich zwojach mózgowych

i nawet nie zapłacił kaucji.

Najbardziej wkurwia mnie to, że sama na to pozwoliłam.

Chciałam cię, ale nie chciałam cię tak.

Nie chciałam kończyć z tobą w głowie bardziej niż w życiu.

Nikt by nie chciał.

A teraz o 3:18 twoje echo odbija mi się

po wnętrzu czaszki jak spłoszony ptak.

Wiem, że jeszcze długo będę je słyszeć.

Znowu to samo, ta sama trasa bólu, ta sama głupia pętla.

Napiszę tysiąc łzawych wierszy,

zrobisz karierę jako niechlubny bohater rozdziału,

a przy dobrych wiatrach za rok wypalę z pamięci

wszystko, co ma twoje imię.

Ale dzisiaj?

Dzisiaj jest 3:18

i znowu nie umiem wyrzucić cię z głowy.

Pod nocnym niebem

chciałam cię mieć

tak, jak trzyma się za gardło własny strach

bez delikatności,

bez pytań,

z pewnością, że i tak wrócę po więcej

twoje dłonie pachniały grzechem,

a twoje spojrzenie — wyrokiem

i może właśnie dlatego

rozchylałam ci się jak rana,

którą najlepiej drapie się nocą

mówiłeś, żebym nie była taka głośna

ale ja zawsze krzyczałam bardziej w środku

więc kiedy wbijałeś się we mnie jak ostrze,

pomyślałam, że wreszcie

coś ma odwagę zrobić to,

czego ludzie nie potrafili

— dobiec do samego dna

i nie uciec

To nie była miłość, to była detonacja

nie będę udawać,

że po tobie zostało coś pięknego

zostawiłeś mi tylko blizny w miejscach,

w których trzymałam twoje słowa

mówiłeś, że przesadzam

a sam ciąłeś mnie półuśmiechem

dokładniej niż nożem

myślałam, że mnie uczysz bliskości

a ty uczyłeś mnie tylko,

jak skutecznie tłumić krzyk

nie jestem już twoją ofiarą

ale czasem wkurwia mnie to,

że wciąż znam na pamięć

brzmienie twojego oddechu

nie wracaj

nie próbuj

nie wysyłaj myśli w moją stronę

złożyłam się z powrotem

bez ciebie

i choć czasem się trzęsę

to przynajmniej już nie od twojego imienia

Już to znam

Nie drgnęłam,

kiedy wszystko zaczęło się sypać.

Jakby ktoś powtórzył mi film,

który znam na pamięć

i którego nie da się już oglądać na serio.

Nie było szoku,

nie było runięcia świata

— tylko krótkie „aha”,

jak przy sprawdzaniu prognozy pogody,

która znowu miała rację.

Może coś we mnie wreszcie wydoroślało,

a może po prostu

zużyłam ostatnią porcję zdziwienia

na kogoś, kto i tak nie umiał zostać.

Spokojniej mi

niż ostatnim razem,

bo nie spodziewałam się cudów.

A gdy niczego nie obiecuje się sobie,

niczego też się nie traci.

I to jest cały sekret

— nie boli aż tak,

kiedy serce wiedziało wcześniej

niż ja sama.

Synoptycy mieli rację

byłam czerwcem, wiesz?

tym parnym, co wchodzi ludziom pod skórę

i robi im w głowie lato, nawet jak nie chcą

kolorem, hałasem, życiem na pełnym ogniu

trochę za dużo, ale zawsze prawdziwie

a ty?

listopad w ludzkiej formie

szarówka, co udaje głębię

deszcz, który leje bez sensu

chłód, który nie ma wymówki

pogoda, którą trzeba przeczekać

i śmieję się teraz, bo przecież

to było oczywiste od początku:

czerwiec nie robi z siebie kalosza,

żeby chodzić z kimś po kałużach

a listopad nie zacznie nagle świecić słońcem,

bo ktoś go o to ładnie poprosi

więc nie, nie jestem rozczarowana

co to za sensacja, że listopad zawiódł?

że zgasł, choć nigdy nie świecił?

ja wracam do swojego lata,

ty trwaj w swoim deszczu

pogodowych cudów nie będzie,

a ja już nie mam ochoty udawać meteorologa

Listopadowa ławica

Ławica zniczy płynie przez cmentarze,

wszyscy udają, że to światło, a nie pożar sumienia.

Na grobach uczta — chryzantemy, plastiki,

wspomnienia podane na zimno.

Niektórzy nawet się uśmiechają,

jakby śmierć była modnym dodatkiem do płaszcza.

Piszę list do tych, co nie wrócą,

chociaż wiem, że nikt nie odpisze.

Zresztą — może i lepiej.

Nie mam już siły tłumaczyć,

że żywi są bardziej martwi niż oni.

List do tej, którą byłam

Hej, mała.

Wciąż masz kaptur na głowie i to spojrzenie,

jakbyś chciała spalić świat jednym westchnieniem.

Nie zdejmuj go. Jeszcze nie.

Zanim nauczysz się oddychać wśród ludzi,

musisz trochę pośmierdzieć samotnością.

Pamiętam, jak mówiłaś, że słowa cię trzymają przy życiu.

Trzymają nadal, ale już nie musisz nimi gryźć.

Można pisać i nie krwawić.

Choć czasem tęsknię za tą wersją ciebie,

co miała krew pod paznokciami zamiast lakieru.

Wiem, że wtedy myślałaś, że świat cię nie chce.

Nie miał racji.

Świat cię po prostu nie rozumiał

— a ty nie przyszłaś, żeby być zrozumiana.

Przyszłaś, żeby być prawdziwa.

I byłaś. Nawet wtedy, gdy bolało tak, że nie miało to sensu.

Nie przestałaś być ogniem.

Po prostu nauczyłaś się nie płonąć za darmo.

Nie szukaj już siebie w cudzych oczach,

w cudzych historiach,

w opiniach, w diagnozach,

w tych, którzy mówili „za dużo”, „za głośno”, „za bardzo”.

Nie byłaś „za”.

Byłaś dokładnie tyle, ile trzeba, żeby przetrwać.

Więc dzięki, mała.

Za każdą noc, w której nie zasnęłaś,

za każdy list, którego nikt nie przeczytał,

za każdy moment, gdy świat chciał cię zgiąć,

a ty tylko wyprostowałaś kark.

Dorosłam.

Ale to wciąż ty piszesz za mnie.

Raport z ucieczki

uciekam przed sobą,

ale mam dobrą kondycję

nauczyłam się biegać po spirali,

zatrzymywać na zakrętach,

machać do samej siebie, jakby to był przypadek

nie rozmawiam z ludźmi,

bo trzeba by wtedy mieć coś do powiedzenia,

a ja od lat ćwiczę milczenie

jak sztukę walki

niektórzy zdobywają szczyty,

ja zdobyłam perfekcję w znikaniu

mówią, że to tylko etap,

że każdy się kiedyś odnajduje

jasne

tak jak klucze po melanżu

czasem mam wrażenie,

że moje życie to lista zadań:

— nie płakać publicznie

— udawać produktywność

— wstawać z łóżka bez fanfar

a potem nagroda:

nowy dzień,

nowy powód,

żeby nie zwariować

nie wiem, kim jestem,

ale wiem, że mam ładny kubek na kawę

i że nikt nie pyta, jak się czuję,

kiedy wyglądam na zajętą

więc się zajmuję

sobą

uciekaniem

czymkolwiek

Dekada niczego (albo wszystkiego)

dziesięć lat temu mówiłam,

że nie potrzebuję ludzi,

a potem dziwiłam się, że zniknęli

dzisiaj piszą: „co u ciebie?”

i nie wiem, jak się odpowiada

na pytanie, które obejmuje całe przetrwanie

czy mam im powiedzieć,

że nauczyłam się robić kawę w milczeniu,

że niektóre dni pachną kurzem,

a inne — decyzjami, których nie podjęłam?

czy że jestem już mistrzynią w odcinaniu się,

nawet od własnych emocji,

bo przecież cisza boli mniej niż rozmowa

dziesięć lat minęło,

a ja dalej próbuję uwierzyć,

że to nie ucieczka,

tylko kierunek

wszyscy gonią króliczka,

a ja patrzę, jak im uciekają buty,

i myślę, że przynajmniej

mam jeszcze siłę się śmiać

może to też coś znaczy

Blizna w kształcie imienia

nie lubię listopada,

bo znowu udaje, że to tylko miesiąc,

a nie przepaść

na chmurze znalazłam twoje zdjęcia

— ta chmura to pewnie twoja robota,

żeby mi przypomnieć, że zapominać się nie da

twoja flanelowa koszula dalej śpi w szafie,

zbyt miękka, żeby wyrzucić,

zbyt martwa, żeby nosić

mieliśmy mieć różowe cabrio,

a ja mam tylko konto w banku i wieczny deficyt oddechu

mieliśmy mieszkać w Nowym Jorku,

a ja mieszkam w sobie — ciasno,

pełno twoich śladów na ścianach

nikt już nie mówi do mnie „dasz radę”

z taką pewnością, jak ty

wszyscy tylko pytają, czy jeszcze boli

(oczywiście, że tak, ale po co im to wiedzieć)

mówią, że czas leczy rany

— nie mówią, że zostawia blizny w kształcie imienia

Ce,

gdybyś wiedział, jak bardzo mnie wkurza,

że miałeś rację ze wszystkim

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 44.01