Cześć, jestem Kasia i mam 35 lat. Moja historia związana z leczeniem psychiatrycznym rozpoczęła się bardzo wcześnie — gdy miałam 13 lat. Od tamtej pory przeszłam wiele terapii — niestety z większości z nich rezygnowałam.
Pierwszą przerwano mi wbrew mojej woli. Moja siostra, będąca moim opiekunem prawnym, nie zgodziła się, abym kontynuowała spotkania, kiedy pojawił się temat szpitala. Usłyszałam wtedy, że tylko udaję i powinnam się „ogarnąć”.
Późniejsze terapie kończyłam z własnej inicjatywy. Czasem przez nagłe przeprowadzki na drugi koniec Polski, czasem przez pracę, która nie pozwalała mi dopasować godzin spotkań. Za każdym razem zostawałam sama z tym, co bolało najbardziej.
Po latach walki, bólu i niekończących się prób w końcu znów znalazłam się w szpitalu — tym razem dzięki mojej terapeutce, która podała mi rękę w najgorszym momencie
Najtrudniejsze nie było to, co rozgrywało się wokół mnie, ale to, co działo się we mnie. Lęk, który pojawiał się bez zapowiedzi. Poczucie, że tracę grunt pod nogami. I samotność, której nie da się opisać jednym słowem.
Piszę tę książkę, bo wiem, jak to jest czuć się niezrozumianą. Bo wiem, jak łatwo można się poddać. Ale wiem też, że nawet wtedy, kiedy wydaje się, że nie ma już nic — gdzieś głęboko w środku nadal jest siła.
Jak do tego doszło i co wydarzyło się dalej — o tym właśnie jest ta książka.
Jest mi ogromnie miło, że tu jesteś i chcesz przeczytać moją historię. Mam nadzieję, że znajdziesz w niej coś dla siebie — może zrozumienie, może nadzieję, a może po prostu świadomość, że nie jesteś sam(-a) w swoich zmaganiach.
Pisanie tej książki było dla mnie czymś więcej niż opowiedzeniem historii.
To była droga — trudna, bolesna, ale też potrzebna.
Dlatego chcę zatrzymać się na chwilę i podziękować tym, dzięki którym w ogóle tu jestem.
Serce mam przepełnione wdzięcznością. To nie tylko słowa — to całe doświadczenie, że mogłam przetrwać ten czas, bo nie byłam sama.
🌿 Mamo, dziękuję Ci z całego serca, że otworzyłaś oczy i nie sięgasz już po uzależnienie. Odkąd nie pijesz, czuję od Ciebie prawdziwe wsparcie i troskę. Wiem, że zawsze dawałaś mi tyle, ile byłaś w stanie, i doceniam to — ale teraz, w tej trzeźwej codzienności, jest inaczej. Lepiej. Lżej. Nie muszę już codziennie bać się o Ciebie, mogę zwyczajnie być przy Tobie i kochać Cię tak, jak zawsze chciałam. I chcę Ci się odwdzięczyć tym samym — troską, obecnością, miłością. Oby tak zostało. Kocham Cię.
🌿 Siostro, jesteś niezastąpiona. Dziękuję Ci za każdy gest pomocy — emocjonalnej i finansowej. Za to, że wytrzymywałaś moje telefony, za towarzyszenie w codzienności, nawet wtedy, gdy ja byłam w najgorszym stanie. Wytrzymałaś moje myśli samobójcze i wciąż jesteś obok. Dziękuję, że jesteś moją podporą, moim bezpiecznym miejscem. Kocham Cię.
🌿 Judyto, dziękuję Ci za cały trud bycia obok, gdy było źle. Za to, że znosiłaś moje gorsze dni, słuchałaś mojego gadania od rzeczy, a mimo to nie odwróciłaś się ode mnie. Dziękuję, że dbałaś o mnie wtedy, gdy ja nie umiałam dbać o siebie. Dziękuję za czas, cierpliwość i obecność. Nie wiem, gdzie byłabym bez Ciebie. Kocham Cię.
🌿 Marianno, dziękuję Ci, że byłaś, nawet jeśli było Ci bardzo trudno. Za wytrwałość, wsparcie i to, że potrafiłaś słuchać mnie nawet wtedy, gdy „nie dało się mnie słuchać”. Doceniam każdy Twój gest, każdą rozmowę i chwilę bliskości. Kocham Cię.
🌿 Szwagrze, dziękuję Ci za to, że pomogłeś mi w czytaniu e-booka, że pisałeś do mnie, że „jest dobrze”, że motywowałeś mnie wtedy, kiedy sama nie miałam w sobie siły. Dzięki Tobie uwierzyłam w sens tego wszystkiego.
🌿Dziękuję wszystkim osobom, które pojawiły się w moim życiu w tym czasie — za każde budujące słowo i każdą chwilę wsparcia. Nawet jeśli nie zawsze to okazywałam, miało to dla mnie ogromne znaczenie.
Dziękuję również specjalistom, którzy pomogli mi przetrwać najtrudniejsze momenty. Za cierpliwość, profesjonalizm i za to, że widzieli we mnie coś więcej niż tylko problem.
I w końcu — dziękuję sobie.
Za to, że przetrwałam.
Za to, że się nie poddałam.
Za to, że mimo wszystko… nadal tu jestem.
Był wtorkowy wieczór, 8 października 2024 roku. Napisałam wtedy do mojej terapeutki, że czuję, iż to mogą być ostatnie chwile mojego życia. Że nie dam już rady. Że niczego nie jestem pewna i że się boję.
Odpisała spokojnie, ale stanowczo: „Pani Kasiu, czy to nie jest jednak czas na szpital?”.
Zaczęła się długa rozmowa. Mówiłam o swoich obawach, o tym, że mój ojciec ma złamaną rękę i nikt mu nie pomoże oprócz mnie. Ale prawda była taka, że to właśnie ojciec doprowadził mnie do takiego stanu. W sierpniu próbował odebrać sobie życie. Straszył mnie — udając, że nie żyje, gdy wracałam do domu. Bałam się wychodzić, a z czasem wpadłam w stany psychotyczne. Było naprawdę źle.
Zawsze wybierałam rodziców ponad siebie, dlatego decyzja o szpitalu była dla mnie niemal niemożliwa. „Przecież to tylko głowa” — powtarzałam sobie. Na co terapeutka coraz mocniej naciskała: „Czy Pani siebie słyszy? To tak, jakby Pani nie miała prawa do własnego życia, uczuć i potrzeb”.
Zapytałam więc, jaki byłby scenariusz. Wyjaśniła mi, że mogę pójść ze skierowaniem albo w trybie nagłym — jak ostatnio, kiedy musiała wezwać karetkę. Dla mnie to było zbyt wiele. Nie potrafiłam podjąć decyzji. Terapeutka stwierdziła jednak, że jeśli myśli samobójcze staną się nie do wytrzymania, mam nie zwlekać — tylko dzwonić po karetkę.
Tamtej nocy przeżyłam. Ale następnego dnia, gdy zapytała mnie, jak się czuję, nie wiedziałam nawet, co odpowiedzieć. Rozmyślałam tylko: „Co ja mam w ogóle zrobić?”.
Przyszedł do mnie Kamil. Martwił się o mnie i również namawiał na szpital, po tym, jak pisałam mu, że będzie lepiej, gdy się powieszę, niż podejmę decyzję o leczeniu. Kamil mówił: „Jesteś w złym stanie, musisz iść do szpitala. Oni (w sensie moja rodzina) nie zrozumieją, że masz problemy. Musisz ratować siebie”.
W końcu zebrałam się na odwagę — zawołałam ojca i powiedziałam mu, że chcę iść na terapię, nie musi się o mnie martwić. Ale jego reakcja była ciosem: „Nie kładź się do szpitala. Przestań brać leki. W szpitalu będą robić na tobie doświadczenia, zrobią z ciebie wariatkę”. Totalne niezrozumienie.
Moje dziewczyny — przyjaciółki: Marianna i Judyta — pisały mi, że mam się niczym nie przejmować, tylko słuchać siebie. Ale ja nie miałam siły nawet się umyć czy zadzwonić po skierowanie. Miałam wrażenie, że wymyślam. Czułam, że nikt mnie nie rozumie. A z drugiej strony miałam już w głowie plany, jak zakończyć swoje życie.
Nadszedł czwartek — dzień sesji terapeutycznej. Kiedy terapeutka mnie zobaczyła, nie wahała się ani chwili. Powiedziała po prostu, że nie wypuści mnie do domu. Odwiozła mnie na izbę przyjęć szpitala psychiatrycznego i została ze mną, dopóki mnie nie przyjęto.
Ojciec oznajmił wtedy, że nie będzie mnie odwiedzać ani ze mną rozmawiać.
Było mi przykro. Bardzo.
Na izbie była moja lekarka z poradni zdrowia psychicznego. Zaledwie tydzień wcześniej mówiłam jej, że jest dobrze i zmniejszyłyśmy leki. Była zdziwiona, ale spokojna. Powiedziała tylko: „To w pani stylu — nie przyznać się, żeby kogoś nie martwić”.
I tak trafiłam na oddział zamknięty. Drugi raz w tym roku — choć, jak się później okaże, nie ostatni.
Czy tego chciałam? Nie. Bałam się przeokrutnie.
Ale zaufałam innym — tym, którzy widzieli, że się izoluję, znikam, tygodniami nie daję znaku życia.
To był początek mojej kolejnej drogi.
Ciężkiej, trudnej i pełnej bólu.
Pójście na oddział było jednocześnie dramatem i ulgą — jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar decyzji, a jednocześnie postawił przed faktem, którego panicznie się obawiałam.
Możesz poczuć się gorzej, czytając tę książkę. Bo to nie jest tylko historia. To ładunek — logiczny i emocjonalny.
Zapraszam do lektury.
Pierwsza noc na oddziale zamkniętym była prawie bezsenna. Telefon dzwonił raz po raz — ojciec z kuzynem pytali, gdzie jestem i kiedy wrócę, mimo iż mówiłam im wyraźnie, że leżę w szpitalu. Ojciec tylko rzucił: „Już nie mam córki. Jak śmiałaś mnie zostawić, skoro ja ręką nie mogę ruszać…”.
Był pijany. Słowa wbijały się we mnie jak szpile. Załamałam się. Całą noc katowałam się wyrzutami sumienia.
Rano pierwszy obchód. Ordynator — gburowaty, zimny, bez krzty empatii. Ale potem pojawiła się moja lekarka. Wspaniała, piękna. To dzięki niej trafiłam do psychologa — kobiety, od której biło ciepło i dobro. Rozmawiałyśmy o tym, co usłyszałam od ojca. O tym, jak bardzo mnie to niszczy i jak mocno przez to nienawidzę samej siebie. Spotkanie przerwałam — nie dawałam rady. Myśli autoagresywne stawały się coraz silniejsze.
W sali miałam współlokatorkę ze schizofrenią. Powtarzała w kółko: „Nie pal w pokoju!”.
Nie paliłam. Nie miałam nawet papierosa elektronicznego, o który mnie oskarżała.
Potem kolejny telefon od kuzyna. Ojciec miał pretensje, wyzywał mnie. Pękłam. Wpadłam w szał. Rozwaliłam maszynkę i się pocięłam.
Napisałam do przyjaciółki. Przyznałam się. Odpisała: „Znowu będziesz bezczynnie siedziała zamknięta na oddziale, zamiast zawalczyć o siebie”.
Kolejny cios. Pasy, a potem nie mogłam wychodzić z sali. Zabrali mi wszystko potencjalnie ostre.
Kuzyn znowu dzwonił, że ojciec żyje o samym chlebie, bo nie jest w stanie nic ugotować. A ja? Ja — w poczuciu winy — postanowiłam się ukarać. Przestałam jeść. Żeby pokutować. Dowalić samej sobie.
Lekarka uspokajała: „Ten pobyt będzie krótki, tylko dopasowanie leków i wypis”.
Rozmawiałam jeszcze z panią psycholog. Opowiadałam jej o tym, co było dalej. Pokręciła głową i powiedziała:
— Pani droga… Ja się nie dziwię, że ma pani depresję.
15 października — tydzień później — ogłosiłam wszem i wobec, że czuję się lepiej. Pełna wdzięczności pisałam do przyjaciół, że nie muszą się martwić. W głowie układałam plan: ojciec musi iść do lekarza, ja nie mogę iść z nim, więc zadzwonię do kuzyna. Z bólem, jednak się zgodził. Zadzwoniłam też do starszego kuzyna, żeby przynosił mu obiady. Marudził, lecz przyjął do wiadomości. Poczułam satysfakcję — jakbym na chwilę odzyskała kontrolę.
Ale już następnego dnia okazało się, że wszyscy mają mnie gdzieś. Napięcie narastało, poczucie odpowiedzialności przygniatało mnie tak mocno, że znów wylądowałam na szyciu.
Było mi potwornie wstyd. Cięłam się z nienawiści do samej siebie.
Pielęgniarka spojrzała na mnie poważnie: „Może lepiej będzie, jak na noc odda pani telefon?”.
Zgodziłam się. Starszy kuzyn dzwonił wtedy z wyrzutami, że nie będzie pomagał rodzicom, bo nie będzie marnować paliwa. Pielęgniarka stała obok i wszystko słyszała. Wyrwała mi telefon, zaczęła krzyczeć do niego, że ja po takich rozmowach robię sobie krzywdę, że też jest z rodziny i nie tylko ja powinnam wszystko dźwigać. Byłam jej wdzięczna. Po raz pierwszy poczułam, że ktoś stoi po mojej stronie.
Kolejna rozmowa z panią psycholog była o sieci wsparcia — przyjaciołach, znajomych, ludziach, którzy mogą być przy mnie. Tłumaczyłam jej, że zazwyczaj mówię o swoich kryzysach dopiero po fakcie. Bo wstyd. Bo strach. Bo ciężko mi się przyznać, że jest źle i poprosić o pomoc.
Przyjmowanie pomocy. Co to w ogóle znaczy. Nie wiem. Ale wiem, że chcę się tego nauczyć.
20 października
Rodzina mnie nie odwiedzała. Telefon milczał, a jeśli już dzwonił — to tylko po to, żebym usłyszała wyrzuty. Bez Lei, Judyty i Marianny nie dałabym rady. To one robiły mi zakupy, przynosiły kawałek świata z zewnątrz. Były jak koło ratunkowe.
Leżałam i nie jadłam. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu… nie było we mnie tej potrzeby. Ciało milczało.
Wtedy była Judyta. Przynosiła mi codziennie obiady — przed pracą albo po pracy, nieważne, ile miała na głowie. Robiła to po to, by mieć pewność, iż coś zjem.
Nie pytała, nie naciskała, nie oceniała mnie. Po prostu była. Z tym obiadem w rękach, z tą cichą obecnością, która mówiła więcej niż słowa.
To było coś więcej niż jedzenie.
To była troska.
Taka prawdziwa, codzienna, niewymuszona.
Nie wiem, co by było bez Ciebie, Judyta.
Doceniam to całym sercem.
A ja? Ja wciąż nie jadłam. Nie umiałam przyjąć tego, co dawał szpital — tych zwykłych posiłków, które dla innych pacjentów były codziennością. Dla mnie były jak symbol opieki, a ja nie czułam, że na nią zasługuję. Chciałam siebie karać. Nic więcej.
Czasami jadłam wszystko naraz — zajadając emocje, zapychając pustkę w brzuchu tym, co dziewczyny mi przynosiły. A innym razem nie jadłam nic. Nawet jeśli przyniosły mi ulubione rzeczy i wiedziałam, że robią to z serca. Odrzucałam. Jakbym odrzucała samą siebie.
Kilka dni później
Znowu pasy. W szpitalu psychiatrycznym pasy stosuje się nie po to, żeby kogoś „ukarać”, tylko dla bezpieczeństwa — przede wszystkim pacjenta.
To momenty, kiedy człowiek jest w takim stanie, że może realnie zrobić sobie krzywdę albo próbować odebrać sobie życie. Pasy zatrzymują ciało, gdy głowa jest w chaosie i nie ma się już kontroli nad sobą.
To też ochrona przed autoagresją — żeby nie rozdrapywać ran, nie bić się, nie uderzać o ścianę, nie połknąć czegoś, co mogłoby zaszkodzić. Czasem to jedyny sposób, by przeczekać napad destrukcji, bo słowa i prośby nie docierają.
Dla otoczenia — pielęgniarek, lekarzy, innych pacjentów — to również rodzaj zabezpieczenia, bo ktoś w silnym kryzysie bywa nieprzewidywalny. Ale najważniejsze zawsze jest jedno: żeby zatrzymać na tym świecie człowieka, który sam w tej chwili chce z niego uciec.
Wiem, że pasy są koszmarnym doświadczeniem — odarte z godności, upokarzające, bolesne. Ale w tamtym czasie one były barierą pomiędzy mną a ostatecznym krokiem. Zewnętrznym „stop”, którego sama w sobie już nie miałam.
Wracając… Znowu poczucie wstydu. To był efekt presji — matki i kuzynów, którzy chcieli, żebym się wypisała. Nie umiałam tego udźwignąć. Rozwalało mnie od środka. Krzyczałam na siebie, ciało rwało się do autodestrukcji. Byłam zrozpaczona.
Lekarka zorganizowała spotkanie rodzinne. Bałam się potwornie. To miał być 20 października. Ale na samą myśl o tym dniu tracilam nad sobą panowanie. Byłam już tak otępiona lekami uspokajającymi, że w końcu zasypiałam. Nie umiałam się opanować. Prosiłam o pomoc i dostawałam kolejne tabletki, kolejne zastrzyki. To była walka między mną a moim ciałem.
22 października
Znowu w pasach. Znowu poczucie klęski. Ręką waliłam
w ścianę, jakby ból fizyczny miał wymazać ból psychiczny. Bezsilność była jak kajdany. Nie widziałam wyjścia.
Lekarka zmieniała leki, kombinowała, szukała ratunku. Dostałam zastrzyk — i odpłynęłam.
Dzień spotkania rodzinnego
Nie mogłam w nim uczestniczyć. Byłam zapięta w pasach. To było jak symbol — ja, która zawsze wszystko brałam na siebie, teraz wyłączona, unieruchomiona, odcięta. Spotkanie odbyło się beze mnie.
Przyszedł ojciec. Przyszła matka. Przyszedł też środkowy kuzyn. Przyszła i żona najstarszego — bo on sam nie miał odwagi, po tym jak pielęgniarka zrobiła mu awanturę.
Na początku wszyscy się wypierali. Nie mówili prawdy. O chorobach, o próbach samobójczych w rodzinie, o tragediach, które były przemilczane. Dopiero mój średni kuzyn pękł. Krzyknął, że sam się kiedyś wieszał. Że rodzeństwo miało swoje problemy. Że nie jesteśmy „normalną rodziną”, tylko pełną bólu, który zamiatano pod dywan.
Podobno ustalili, że nie będą już mnie obciążać. Przestaną wywoływać presję. Podobno.
Kilka dni później
Mam też siostrę. Przed nią ukrywałam wszystko. Bałam się, że nie zrozumie. Że powie: „Przestań robić z siebie wariatkę”. Ale to była tylko moja wyobraźnia. Siostra była zupełnie inna. Pomogła mi. Finansowo, ale przede wszystkim psychicznie.
Codziennie wysyłała mi afirmacje. Słowa, które miały dodawać siły. Przypominała mi, że jestem ważna. Że mam prawo istnieć.
Miałam wszystko — zakupy od dziewczyn, wsparcie od siostry, opiekę w szpitalu. Wszyscy robili, co mogli, żeby mi pomóc. Ale nie ja. Ja tkwiłam w marazmie, w autodestrukcji i lęku.
Czułam się ciężarem. Jakby moja obecność była dla wszystkich karą. Paradoksalnie — inni prosili mnie, żebym przyjęła pomoc. A ja ją odrzucałam. Jakby przyjęcie wsparcia oznaczało słabość.
Miałam w głowie jedno: nie zasługuję na to, żeby żyć.
Nie umiałam nawet być wdzięczna. Skupiona na tym, że ktoś inny bardziej zasłużył, że każdy powinien dostać pomoc — tylko nie ja.
Standardowo — jak to w szpitalach — jedzenie znikało z lodówki. Ktoś podkradał nie tylko jedzenie, ale nawet wodę z butelek, przechadzał się po salach i pił, jakby to było najnormalniejsze na świecie.
Paradoksalnie, czasami mnie to cieszyło. Mogłam wtedy powiedzieć: „Tak, zjadłam”. Mogłam udawać przed innymi, a przede wszystkim przed sobą, że dbam o siebie. A w rzeczywistości jedyne, co naprawdę karmiłam, to moją autodestrukcję.
Dostawałam zastrzyki. Po nich było spokojniej, jakby ktoś na chwilę ściszył ten wrzask wewnątrz mnie. Ale to nigdy nie wystarczało, bym przestała robić sobie krzywdę. Zabierali mi kolejne rzeczy — maszynkę, kubki, sztućce, nawet kawę w szkle. Każdy przedmiot stawał się dla mnie zagrożeniem. A tak naprawdę to ja byłam zagrożeniem dla siebie.
25 października
Znowu kombinowałam. Złamałam plastikowy widelec. Judyta, Marianna, siostra, Rafał — wszyscy pisali do mnie. Ich wiadomości zatrzymywały mnie na chwilę, dawały oddech, ale tylko na moment. Poszłam po tabletkę doraźną. Nie pomogła. Dostałam zastrzyk. On zawsze pomaga — ale tylko wtedy, gdy dam mu czas zadziałać. Nie dałam. Widelec poszedł w ruch.
„Przepraszam, że żyję” — to była moja wiadomość. Cała moja prawda w tamtej chwili. Zmęczenie, nienawiść, rezygnacja.
Znowu awantura z najstarszym kuzynem. W sali chaos — jedna pacjentka się mnie czepia, inna załatwia się pod siebie. A ja w tym wszystkim sama, bo zabrali mi jedyną koleżankę z pokoju, z którą potrafiłam rozmawiać. Mnie też mogliby przenieść…, ale nie. Ja muszę zostać na obserwacyjnej, bo znowu się okaleczam. Wściekłość mieszała się ze wstydem.
Błagałam wszystkich: „Poprawię się, zrozumiałam, będę brać tabletki, tylko mnie nie zostawiajcie”. Strach przed odrzuceniem był gorszy niż ból. Ja naprawdę chciałam być zdrowa. Tylko wciąż przegrywałam sama ze sobą.
Moja lekarka usiadła ze mną i zapytała wprost. Powiedziałam jej: „Nie chcę żyć”. A ona: „Ale ja chcę”. Odpowiedziałam: „To proszę bardzo, pani może żyć”. A ona spokojnie dodała: „Bez pani nie chcę”.
Te słowa mnie uderzyły. Ona widziała we mnie coś, czego ja nie potrafiłam dostrzec. Powtarzała mi: „Naucz się być filtrem, a nie gąbką”. Proste zdanie, a jak trudne w realizacji.
Następnego dnia napisałam do dziewczyn z pytaniem, czy mogą mnie odwiedzić. Nie mogły. I wtedy rozsypałam się jeszcze bardziej. Wróciły wspomnienia: śmierć baabci, śmierć siostry, wszystkie straty, które nosiłam w sercu. Na oddziale znowu awantura — tym razem o znikające jedzenie. Nie wytrzymałam. Wymiotowałam ze stresu. Dostałam silne leki na uspokojenie. Zasnęłam.
Kolejny dzień — kolejne kłótnie. Ojciec znowu wdaje się w spór z pielęgniarkami i lekarką, że mnie „trują”. Czułam wstyd, który rozsadzał mnie od środka. W mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl: zanim on narobi jeszcze większego zamieszania, ja muszę się ukarać. Kara za to, że jestem problemem dla wszystkich — dla personelu, rodziny, przyjaciół, dla każdego, kto w ogóle ma ze mną kontakt.
Coraz częściej czytałam w wiadomościach od bliskich: „Jesteś zamknięta na własne życzenie, to, że nie możesz wychodzić, to twój wybór, bo się okaleczasz. Mogłybyśmy pójść na kawę do sklepiku, a ty mogłabyś wreszcie skupić się na leczeniu, a nie na walce ze sobą”.
Na poziomie rozumu wiedziałam, że mają rację. Ale emocje były inne. Ja nie dopuszczałam do siebie uczuć. Chciałam żyć w odcięciu. A kiedy jednak emocje przebijały się do świadomości, nie umiałam ich unieść. Jedyne, co potrafiłam wtedy zrobić, to odreagować to wszystko na sobie.
Moja lekarka znów postanowiła porozmawiać z rodzicami. Chodziło o ich oskarżenia, że mnie „trują”. Ojciec przyszedł z kolegą, bo sam nie miał odwagi zmierzyć się z tematem. Coś tam próbowali wojować, ale lekarka trzymała ich krótko, odpowiadała jasno i zwięźle. Po spotkaniu pozwolono mi wyjść na dziesięć minut na ławkę.
Mimo to wzięłam doraźną tabletkę — sama obecność jego kolegi, ich ton i kazania tak mnie zdenerwowały, że nie mogłam się opanować. Potem wszyscy wyszli ze szpitala i poszli pić.
Ojciec wiedział, że się przypalam, że mam zakaz posiadania zwykłych papierosów, a jednak je przyniósł. Nie wzięłam ich. Obiecałam przecież, że nie będę tego robić. Trudno było się powstrzymać, ale tym razem dałam radę.
Tak minął październik i nadszedł listopad. Dzień Wszystkich Świętych był wyjątkowo ciężki. Kiedy ktoś pytał, jak się czuję, odpowiadałam: „Chcę spać, najłatwiej jest spać, wtedy nic nie czuję. Spanie jest super”.
Niedzielne popołudnie spędziłam na czekaniu na mamę. Obiecała, że przywiezie mi rosół. Jak to ona — nie chciała przyjechać sama, więc czekała na średniego kuzyna, aż wróci z pracy. Pojawili się dopiero tuż przed zamknięciem odwiedzin. Już nie byłam głodna, ale zjadłam — bo wiedziałam, że mamie zależy. Przywiozła rosół i pieczonego kurczaka, którego nigdy nie lubiłam. Ale zjadłam. Bo trzeba być wdzięczną.
Pielęgniarka z kolei kupowała mi w sklepiku zapiekanki — sama przecież nie mogłam wyjść z oddziału. To było coś wyjątkowego: dużo pieczarek, sera i kawałki kiełbaski. Dla kogoś, kto od dawna nie jadł nic ciepłego, smakowały jak rarytas. Judyta również przywoziła mi obiady, choć nie pamiętam już, jak często. Przynajmniej wtedy miała pewność, że coś zjem.
Personel patrzył na moje niejedzenie z obojętnością. Tylko jedna pielęgniarka próbowała na mnie wpłynąć. Widziałam w niej autentyczną troskę, i właśnie dzięki temu czasem udawało jej się we mnie coś wcisnąć.
Lekarka w końcu przyszła i powiedziała, że pojadę na rezonans głowy z kontrastem. Chcieli sprawdzić, czy moje zachowania nie są wynikiem jakichś uszkodzeń mózgu, skoro leki nie działały tak, jak powinny.
Przyszedł też Dawid. Dzięki niemu mogłam się umyć i ogolić pachy — maszynkę dostawałam tylko w obecności kogoś zaufanego. To uczucie… — banalne, a tak potrzebne. Brak włosów pod pachami, świeżość, czystość. Niby mała rzecz, a czułam się przez chwilę lepiej, jakbym naprawdę była bardziej sobą.
Najczęściej myłam się przy Judycie i Mariannie. To im pielęgniarki ufały najbardziej — przy nich pozwalano mi wziąć do ręki maszynkę, jakby ich obecność była dla mnie ostatnią gwarancją bezpieczeństwa. Nie byłam już traktowana jak ktoś, kto może sam o siebie zadbać. Każdy gest, nawet tak zwyczajny jak golenie, wymagał czyjejś zgody i czyjegoś czujnego spojrzenia.
Jeśli chciałam się ogolić, musiałam się rozebrać przy nich albo przy personelu. Stać na widoku. Odsłonić się nie tylko fizycznie, ale i w środku — z tym całym wstydem, który palił mnie od środka. Czułam się wtedy mała, bezbronna, jakby odebrano mi resztki prywatności. A jednak robiłam to.
Bo w tamtym czasie ważniejsze od wstydu było coś innego. Coś cichego, ale uporczywego. Potrzeba, żeby choć na chwilę poczuć się normalnie.
Brak włosów pod pachami, raz w tygodniu, był dla mnie czymś więcej niż zwykłą pielęgnacją. Był dowodem, że jeszcze istnieję poza chorobą. Że nie jestem tylko pacjentką, numerem, problemem do rozwiązania.
To był mój mały rytuał człowieczeństwa. Cichy, kruchy, ale mój.
Na oddziale miałam koleżankę — Paulinę. Była dla mnie kimś w rodzaju cichej opiekunki. Motywowała mnie, żebym się myła, czasem wręcz do tego zmuszała. Dziś wiem, że robiła to z troski i wdzięczna jej jestem ogromnie. Pożyczała mi odżywki, spreje do włosów, pomagała je rozczesywać, kiedy ręce odmawiały mi cierpliwości. Zwykłe czynności nabierały dzięki niej innego znaczenia — przestawałam czuć się zaniedbana i brudna. Przy niej mogłam czuć się swobodniej, odrobinę bardziej normalnie.
Zdarzało się, że siadałyśmy razem i piłyśmy herbatki. Takie proste chwile były dla mnie ukojeniem — namiastką przyjaźni i codzienności poza oddziałem. Dlatego tak bardzo się ucieszyłam, kiedy w końcu uzyskałam zgodę na bycie z nią w jednej sali. Długo o to prosiłam swoją lekarkę, obiecując, że to mi pomoże, że się uspokoję, nie będę się okaleczać. Jasne… Nie dotrzymałam słowa. Ale wtedy najważniejsze było dla mnie, by mieć kogoś bliskiego obok.
W międzyczasie kolejna zmiana leków przyniosła następny zjazd. Miałam zawroty, widziałam podwójnie, a w głowie kłębił się chaos.
Ojciec zaczął odwiedzać mnie regularniej — mniej więcej co dwa tygodnie. Zawsze przywozili mi jedzenie. Już nie gotowałam sama, więc coraz częściej nie smakowało mi to, co przywozili, ale jadłam — żeby nie robić im przykrości. Pamiętam dzień, kiedy szwagierka przygotowała pierś z kurczaka mocno przyprawioną ziołami, których nie znoszę. Ale zjadłam. Bo liczą się chęci, prawda? I doceniam, że chciała. Problem był jednak inny — każda wizyta rodziców była stresująca. Nie wiedziałam, o czym z nimi rozmawiać. Nie byliśmy sobie bliscy, a ja wciąż coś „odwalałam” i nie chciałam, by wiedzieli o wszystkim. Nie chciałam, żeby się martwili. Więc siedzieliśmy razem, jedliśmy, a wewnątrz mnie wrzało.
13 listopada
Wysłano mnie na rezonans. Pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. Wyjechałam z oddziału około południa, wróciłam późnym popołudniem. Pielęgniarka była wyjątkowo życzliwa — podgrzała mi obiad, były pierogi z truskawkami. Zjadłam je ze smakiem, choć bardziej niż głód czułam wewnętrzny bunt.
Bo kiedy zobaczyłam szpital z oddali, coś we mnie krzyczało: „Ja już nie chcę tutaj być!”. Wtedy założyłam sobie, że jutro porozmawiam z lekarką o wypisie.
Chciałam podzielić się tą decyzją z przyjaciółmi. Spodziewałam się, że się ucieszą. Zamiast tego usłyszałam pytania: „Czy jesteś gotowa?”, „Czy na pewno dasz radę?”. Ich niepokój odebrałam jako brak wiary we mnie. Więc założyłam maskę. Zaczęło się udawanie Katarzyny — tej „wspaniałej, fantastycznej, gotowej na wszystko”. Zapewniałam, że dam sobie radę, że jestem silna, że oczywiście nie zrobię nic głupiego. Chcę tylko wrócić do normalności.
Moja lekarka początkowo się zgodziła — powiedziała, że nie będzie mnie zatrzymywać na siłę. Ale następnego dnia już jej nie było, wyjechała na urlop. Zostałam z tym sama. Sama więc zaczęłam szukać wyjścia. Zagadnęłam ordynatora — odpowiedział, że brakuje miejsc na oddziale i rozważy moją prośbę. Wtedy pierwszy raz poczułam, że brakuje nie tylko miejsc, ale i cierpliwości do mnie.
15 listopada
Odwiedził mnie psycholog. Zapytał: „Czuje się pani na siłach, by dziś wyjść?”. Zamurowało mnie. Wypaliłam szybko, że tak, spróbuję. Wtedy przyszedł mój nowy lekarz prowadzący — człowiek, którego nie lubiłam. Bez cienia emocji powiedział: „Będę teraz pani lekarzem. Wypis — w przyszłym tygodniu”. To była środa. Od tego dnia odliczałam godziny. Marzyłam o własnym pokoju, o tym, by rano nie budziło mnie ostre światło i cudze głosy.
19 listopada
Wreszcie wyszłam.
Przerwa między pobytami, która wydawała mi się zbawieniem, a okazała się koszmarem.
Przyjechała po mnie mama. Zamówiłam jej Ubera — tak było prościej, bo wiedziałam, że sama nie da rady. Wracałyśmy razem. W domu ugotowałam zupę, położyłam się na swojej kanapie i poczułam… miękkość. Wreszcie nic nie wbijało mi się w plecy. To było cudowne.
Ale radość trwała krótko. Stan mieszkania mnie przybił — brudne podłogi, kurz, wszystko zaniedbane. Ojciec miał tylko jedną rękę sprawną, w dodatku nigdy nie miał w nawyku sprzątania. Westchnęłam ciężko.
Zbliżały się święta, a ja marzyłam o choince. Łukasz, mój przyjaciel, przyszedł mi pomóc. W końcu sam zaczął ubierać drzewko, bo mnie sparaliżowało. Stałam obok i patrzyłam — niby miałam choinkę, a czułam pustkę.
Po wyjściu ze szpitala byłam jak robokop. Sztywna, spięta, moje ciało bolało od ciągłego napięcia. Nie spałam. Nie umiałam usiąść, rozluźnić się, poczuć cokolwiek. Chodziłam jak maszyna — bez ruchu rąk, bez zginania nóg. To było straszne. W nocy ataki paniki. W dzień wyczerpanie. Zadzwoniłam do poradni, błagałam o pomoc. Dostałam doraźne leki i termin na wizytę u psychiatry — dopiero 18 grudnia. Wiedziałam wtedy, że nie powinnam była jeszcze wychodzić.
Udawałam — przed sobą, przed innymi — że jestem silna. Że muszę udowodnić, iż dam radę. Zadbać o rodziców, znaleźć pracę, ogarnąć życie. Ale prawda była inna: nie byłam w stanie żyć.
Potem pojawiły się „Listy do M.” w kinach. Chciałam się wyrwać, poczuć odrobinę normalności. Powiedziałam sobie: „Pójdę, odprężę się, uśmiechnę chociaż na chwilę”. Spotkałam się z panią Wiolą, moją terapeutką. Strach przed rozmową z nią był ogromny, bo wiedziałam, że zobaczy we mnie to, co ja próbuję ukryć. I zobaczyła. Była przerażona. Widziałam w jej oczach odbicie mojego stanu — spięta, jakby sparaliżowana, przerażona i zgaszona. Podsunęła mi pomysł oddziału dziennego. Zgodziłam się. Ufałam jej. Wiedziałam, że chce dla mnie dobrze.
A życie nie odpuszczało. 1 grudnia zepsuł się bojler — zaczęło się lać w łazience. Załamało mnie to kompletnie. Na szczęście siostra pomogła, załatwiła nowy. Była dla mnie wtedy ogromnym wsparciem. I inni też byli. Ale ja wciąż tego nie dostrzegałam. Widziałam tylko jedną możliwość: śmierć.
A przecież następnego dnia miałam iść do kina.
Trzymałam się tej myśli kurczowo — że może film świąteczny, pełen ciepła, da mi choć odrobinę ulgi, przypomni, że istnieje inny świat niż mój koszmar.
Ojciec nadal „bawił się mną” i kiedy wracałam ze sklepu, cała w strachu, zobaczyłam go leżącego bez ruchu. Wyglądał jak trup. Nie oddychał. Serce podeszło mi do gardła, zimny pot momentalnie zaczął spływać mi po plecach. Wtedy zawołałam: „Tato, tato! Śpisz?”. Ale cisza tylko potęgowała mój lęk. Podeszłam bliżej, trzęsącymi się rękami szukałam pulsu, bo przecież może jak mnie nie było, to połknął garść leków, może podciął sobie żyły. Każda sekunda trwała wieczność.
I wtedy on nagle wybuchł śmiechem. Głośnym, nienaturalnym, jakby kpiącym. A ja stanęłam jak wryta. Nie wiedział, jaką krzywdę mi tym robi. Dla niego to była zabawa, dla mnie koszmar, który rozwalał mnie od środka. Po takich sytuacjach popadałam w stany psychotyczne. Korbka w mojej głowie zaczynała się nakręcać sama, bez przerwy, myśl po myśli, w coraz szybszym tempie. Jedna czarna wizja goniła drugą. Lawina nie do zatrzymania. Czułam się, jakby ktoś przekręcał klucz w mojej czaszce, dokręcał śrubę coraz mocniej. Nie miałam już nad tym kontroli.
A wracając do wyjścia do kina… To było jak piekło. Miałam atak paniki, który wręcz rozrywał mnie od środka. Nie mogłam złapać powietrza, wszystko bolało, całe ciało było w kleszczach napięcia. Myśli się rozpraszały, obrazy na ekranie nie miały żadnego sensu. Tak naprawdę filmu nie pamiętam. Modliłam się tylko o jedno: żeby to się skończyło. Ale co wtedy? Co będzie, kiedy światła się zapalą, a ja będę musiała wyjść? Sama nie dojdę do domu, przecież się uduszę, zemdleję, umrę gdzieś na chodniku. Strach paraliżował mnie kompletnie.
Marianna widziała, co się dzieje. Poprosiła, bym poszła z nią jeszcze do sklepu z artykułami domowymi i ubraniami. Oczywiście poszłam. Nie mogłam sobie nawet wyobrazić, że zostanę sama w tej galerii, że nagle zniknie mi z oczu i zostawi mnie z tym piekłem. To by mnie dobiło. Więc chodziłam za nią jak cień. Robot. Sztywna, cała spięta, z wykrzywioną twarzą i pustymi oczami. Obserwowałam innych ludzi — oni chodzili swobodnie, uśmiechali się, wybierali rzeczy, rozmawiali. A ja? Ja byłam karykaturą człowieka. Czułam, że wszyscy widzą, iż coś ze mną jest nie tak.
Kręciło mi się w głowie, obraz co chwilę zamazywał się, jakby ktoś rozlewał atrament na moje oczy. Każdy krok był walką. A w głowie miałam tylko jedno: „Idź za nią. Nie możesz jej stracić z oczu. Musisz wytrzymać”. To zdanie odbijało się echem, dudniło mi w czaszce. Byłam przerażona. I jednocześnie wściekła. Wściekła na siebie, że nie umiem być jak inni, że nie potrafię cieszyć się, rozluźnić, zachować normalnie. Ta wściekłość mieszała się z bezsilnością. Miałam wrażenie, że znikam, że coraz mniej zostaje mnie, a coraz więcej choroby i ciemności.
Udawałam, że wszystko jest w porządku, jakbym nosiła na sobie maskę, która miała uspokoić innych. Ale w środku krzyczałam, rozpadałam się na kawałki. Czułam się wykończona, całe ciało miałam obolałe, głowę rozsadzał szum myśli, które nie dawały mi wytchnienia ani na chwilę. Tylko napięte mięśnie, drżące ręce i to nieustanne zmęczenie zdradzały prawdę, że nie ma we mnie nic „normalnego”. Gdy zamykałam za sobą drzwi mieszkania, jedyne, czego pragnęłam, to opaść na podłogę i już nigdy się nie podnieść.
Kolejne dni przepływały obok mnie jak przez mgłę, jakby ktoś przełączył mnie w tryb przetrwania. Rano otwierałam oczy i pierwsza myśl brzmiała: „Po co wstawać? Przecież i tak zawalę. Przecież nikt i tak nie zrozumie”. Nie byłam w stanie gotować, nie byłam w stanie żyć, funkcjonować. Chciałam się ukarać. Tak jakbym każdą dobrą intencję musiała zamienić w ból. Jakby cierpienie było moim jedynym obowiązkiem, a całe moje istnienie trzeba było odpokutować — już sam fakt, że żyję, wydawał mi się winą, której nie umiałam znieść.
5 grudnia
Obudziłam się z potwornym lękiem. To był taki ciężar w klatce piersiowej, jakby ktoś przygniótł mnie kamieniem. Wiedziałam, że mam dziś psychoterapię, dodatkowe spotkanie — niby troska, bo terapeutka bardzo się o mnie martwiła, a dla mnie kolejny powód do paniki. Bałam się. Nie chciałam iść do szpitala, przecież miało być już lepiej, miało być inaczej. A jednak znów włączył mi się tryb zadaniowy — robić wszystko, byleby tylko ona nie zadzwoniła po karetkę. Wmawiałam sobie, że dam radę, choć tak naprawdę traciłam kontakt z rzeczywistością. Z jednej strony powtarzałam sobie w głowie: „Poradzę sobie, poradzę”, a z drugiej — krzyczało we mnie pragnienie, by to wszystko się wreszcie skończyło. Byłam wycieńczona, najbardziej fizycznie — mięśnie napięte do granic, ból w całym ciele. To był koszmar, którego nie da się opowiedzieć bez łez.
Na sesji mówiłam o rodzicach. O tym, że nie chcą mnie puścić do szpitala i wmawiają mi, iż to przez leki jestem taka „dziwna”, że powinnam je odstawić i wziąć się w garść. Mówiłam o tym, że nie zniosę ich złości, pretensji, tego, że znowu ich zostawię. Sama wmawiałam sobie, że zrobię sobie szpital w domu — przecież wystarczy mieć tabletki na spanie. Każdy powód był dobry, by uciec od prawdy, od konieczności pójścia tam, gdzie tak bardzo się bałam trafić.
Terapeutka zaproponowała, żebym w poniedziałek przyszła z rodzicami. Wytłumaczy im, w jakim jestem stanie, że potrzebuję leków, a nie presji, by „żyć pełnią życia” i udawać normalną. Rodzice po wielu trudach się zgodzili. Uff… Tylko przetrwać weekend.
Przyszedł średni kuzyn z żoną i córeczką. Mała — trzylatka z ADHD — wszędzie jej pełno, nie do zatrzymania. A ja w tym czasie sparaliżowana, skulona w pokoju, ze ściśniętym sercem. Wiedziałam, że powinnam się z nią bawić, zawsze to robiłam.
A teraz? Nie miałam siły nawet na uśmiech. Paplałam się we własnej nienawiści do siebie — bo przecież jestem beznadziejną ciotką, bo nie sprostam, bo zawodzę wszystkich. Każdy ruch bolał. Chciałam tylko przestać żyć. Przestać cierpieć.
A potem nadszedł poniedziałek. Bałam się tego spotkania. Czułam, że ojciec znowu zacznie krzyczeć, obrażać panią Wiolę, mówić, że jestem leniwa, że nic mi nie jest. Serce waliło mi jak oszalałe, ręce miałam spocone, całe ciało drżało. „Raz kozie śmierć” — pomyślałam. — „Wdech, wydech, wchodzimy”.
A tam… nic. Ojciec był spokojny, empatyczny, mówił, że widzi problem i chce pomóc. Patrzyłam na niego jak na obcego faceta. To nie pasowało do obrazu, który miałam w głowie. A wtedy terapeutka powiedziała wprost: „Kasia potrzebuje szpitala”. Poczułam, jakby ktoś we mnie uderzył. Zamarłam, nie byłam w stanie się odezwać. A oni? Oni rozmawiali dalej, jak znajomi przy kawie. Ojciec kiwał głową, że tak, że jeśli to konieczne, to dobrze, niech pójdzie, byle było jej lepiej.
Siedziałam oszołomiona. Przerażona tym, że to się dzieje, ale jednocześnie… w jakiś dziwny sposób szczęśliwa. Ktoś wreszcie podjął decyzję za mnie. Ktoś zdjął ze mnie ciężar, którego nie mogłam unieść. Może w końcu przestanę cierpieć.
Wezwałam Ubera. Wróciłyśmy do domu. Rodzice powiedzieli: „Pakuj się”. Ja bez słowa wyjęłam walizkę i zaczęłam wrzucać rzeczy, które mi podsuwali. Byłam na autopilocie. Ręce działały, głowa nie nadążała. W środku jedno pragnienie: znaleźć się w miejscu, gdzie może w końcu zasnę. Gdzie ból mięśni i napięcie puszczą. Gdzie nie będę musiała już udawać.
I tak znalazłam się znowu na izbie przyjęć. Czułam się, jakby mnie ktoś wyłączył. Nie było mnie w środku, byłam tylko ciałem. Odpowiadałam na pytania lekarza czy lekarki — nawet nie pamiętam. Chciałam iść na swój stary oddział, do swojej lekarki, ale nie miałam siły tego powiedzieć. Było mi wszystko jedno. Tylko jedno się liczyło: żeby nie cierpieć.
DRUGI POBYT W ZAMKNIĘCIU
Dzień pierwszy
Byłam wściekła. Obrażona na cały świat — że nie trafiłam na oddział, który znałam, tylko gdzieś indziej, w obce miejsce, wśród obcych ludzi. Podeszła do mnie młoda lekarka, przedstawiła się jako moja prowadząca. Słuchałam jej bez słuchania. Jej imię i twarz rozpłynęły się we mgle. Nic nie miało znaczenia.
Następnej nocy… światło. O trzeciej nad ranem w sali zrobiło się jasno jak w dzień. Współlokatorka uparła się, że MUSI zadzwonić do swojej rodziny — oczywiście z mojego telefonu. Byłam w szoku. Nie miałam siły się kłócić, ale cała drżałam ze złości. I bez tego nie spałam, a teraz jeszcze to. Kolejnej nocy było podobnie. Byłam tak sfrustrowana, że pisałam w środku nocy do przyjaciół: „Kiedyś ją zabiję w afekcie”. Czarny żart, desperacki, ale w tamtej chwili naprawdę miałam dość.
Do tego doszedł urząd pracy. Kolejny problem, który spadł mi na głowę jak kamień. Byłam zamknięta w szpitalu, nie mogłam zanieść zaświadczenia, nikt z bliskich nie miał jak tego zrobić. Normalnie wysłałabym je mailem, ale ich skrzynka była przepełniona. Pani z urzędu brzmiała jak kat: „Proszę natychmiast wysłać pocztą, inaczej panią wyrejestrujemy”. A ja siedziałam w zamknięciu i wiedziałam, że szpital niczego pocztą nie wyśle. RODO. Ściana. Po wielu telefonach i tłumaczeniach, że jestem na oddziale zamkniętym, pani łaskawie „wyczyściła” skrzynkę i mogłam wysłać. Jedna przeszkoda mniej.
Dzień minął względnie spokojnie, aż do wieczora. Około 19.00 nagle całe ciało zaczęło się trząść, nie mogłam przestać płakać, a w głowie pojawiła się jedna myśl: chcę się zabić. Poszłam po tabletkę, rozdygotana, prawie na kolanach, błagając los, by dał mi siłę. Dostałam końską dawkę leków uspokajających. I pomogło. Wreszcie. Nawet napisałam znajomym: „Nie martwcie się, już spokojnie. Nawet mi w głowie pojaśniało. Nie pamiętam, kiedy byłam taka spokojna”.
Wieczorny obchód, tabletki i sen. Tym razem bez walki. Nawet światło, które mnie obudziło w nocy, nie było już w stanie mnie poruszyć.
12 grudnia
Spałam do 6.00 rano. Byłam prawie szczęśliwa — że mnie nie obudziła współlokatorka, że było cicho. Nie pamiętam jej imienia. Tak jak wielu innych rzeczy. Prawdę mówiąc, nie pamiętam prawie nic z tamtego czasu. Teraz zaglądam do notatek z tamtych dni — po raz pierwszy odkąd wyszłam — i robię to z ogromnym strachem. Bo wiem, co przyjdzie później. Psychoza. Wtedy puściły wszystkie hamulce. Zaczęłam zachowywać się okropnie wobec ludzi, których najbardziej kocham.
To nie byłam ja. Ale o tym — w dalszej części.
Tamten dzień na oddziale minął jakoś spokojnie. Pisałam do siostry, do szwagra, choć nie pamiętam, czy i kiedy mi odpisywali. Wszystko się mieszało, plątało. Odpowiadałam też przyjaciołom, ale z trudem. Coraz większym. Bo po tych dawkach leków obraz zaczął mi się rozmazywać, litery na telefonie tańczyły. Trzeci dzień w szpitalu, a ja już prawie nic nie widziałam. Teraz pytanie: czy to skutek leków, czy początek psychozy? Tego nikt już nie rozstrzygnie. Może jedno i drugie.
Napisałam wtedy na grupie, na której jestem wraz z Judytą i Marianną: „Czy ja zawsze muszę robić coś nie tak? Nie jem, żeby ukarać siebie, bo nie mogę robić nic innego. Nie chcę żyć. Walczę, codziennie walczę, ale też codziennie widzę zwisający prysznic i pragnę spróbować się nim udusić. Nie robię tego tylko dlatego, że przyszłam tu po pomoc. Przepraszam, że jestem taką egoistką i myślę w taki sposób, ale staram się. Bardzo się staram walczyć”.
I tyle pamiętam. Potem — czarna dziura. Z notatek wiem, że skończyłam w pasach. Nie pamiętam, dlaczego. Nie pamiętam momentu. Dopiero nad ranem, około 6.00, ktoś mnie uwolnił.
W tym samym czasie moi bliscy stroili choinki, rozwieszali lampki, cieszyli się świąteczną atmosferą. A ja tonęłam. W depresji, w beznadziei, w planach śmierci. Święta zawsze były moim żywiołem — byłam „świątecznym freakiem”, kochałam tę całą otoczkę. A teraz? Patrzyłam na choinkę i nie czułam nic. Jakby ktoś wyciął mi serce i zostawił pustą skorupę.
A jednak pisałam do ludzi: że niedługo wyjdę, że na święta będę w domu. Że w szpitalach nikt długo nie trzyma. Łudziłam się. Innych też. „Może nie w przyszłym tygodniu, ale za dwa już na pewno wyjdę”. Naiwne słowa. Dziś brzmią jak ironia losu.
Odpięli prysznic. Przeze mnie.
Bo próbowałam się na nim powiesić. Nie udało się. I zamiast się przestraszyć, na wieczornym obchodzie wypaliłam do lekarzy: „Tym prysznicem to można się co najwyżej poddusić, a nie udusić — więc mogą go spokojnie oddać do łazienki”.
Co ja miałam wtedy w głowie? Nie wiem. Złość. Furię. Beznadzieję. Byłam wściekła, że wszystko wokół mnie staje się „bezpieczne”, że odbierają mi narzędzia, jakby chcieli na siłę zatrzymać mnie przy życiu. A ja nie chciałam żyć. Nikt tego nie rozumiał. Każdy mi przeszkadzał.
Dowiedziałam się, że następnego dnia mój ojciec ma rozmawiać z lekarką o tym, co się ze mną dzieje. I poczułam strach. Bo jeszcze potrafiłam ją okłamywać. Udawałam, że jem. Udawałam, że jakoś funkcjonuję. Prawda była taka, że nie byłam szczera z nikim. A jeśli coś już ze mnie wydusili — zamieniało się to w ich lęk o moje życie.
Potem pojawiła się czarna dziura. Cisza. Do nikogo nie pisałam, nie odpowiadałam, nie miałam siły nawet udawać. Nie wiem, co się ze mną działo — jakby mnie nie było.
Tego dnia pojawiła się moja nowa lekarka. Trzecia już, która miała prowadzić mnie w tym szpitalnym chaosie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że z czasem okaże się dla mnie naprawdę ważna.
W mojej głowie kotłowała się tylko jedna myśl: kiedy ojciec usłyszy, że ciągle jestem w pasach, przerazi się.
Wiedziałam także, że dowie się o moim niejedzeniu. Strach zżerał mnie od środka.
Ta rozmowa wydawała się końcem świata.
Tamtej nocy znów wylądowałam w pasach. Już nawet nie wiem, który to raz. Ciało pamiętało ból i bezsilność, ale głowa powoli przestawała reagować.
Kiedy jednak doszło do rozmowy lekarki z matką, nie wydarzyło się nic strasznego. Lekarka spokojnie powiedziała, że jeszcze mnie nie zna, musi się ze mną oswoić i dopiero wtedy udzieli informacji. To było dla mnie jak ulga. Uspokoiłam się. Przynajmniej na chwilę.
Tego dnia zaczęła się nowa gehenna — atak objadania się i wymioty. Z notatek wynika, że to „znowu”, więc musiałam już wcześniej wpaść w ten koszmar: jeść i natychmiast wszystko zwracać.
Było w tym coś upokarzającego i przerażającego zarazem. Nie kontrolowałam niczego. Wymiotowałam nawet lekami. Nie wiem — może dlatego, że mi je rozpuszczali, a może dlatego, że moje ciało odrzucało wszystko, co miało mnie utrzymać przy życiu.
W końcu przyznałam się bliskim. Napisałam: „Od tygodnia mam głodówkę. Wymiotuję nawet lekami i wodą. Jestem głodna. Wszystko im zgłosiłam, czekam na pomoc”.
Ale pomoc nie przychodziła. A ja dalej wymiotowałam. Następnego dnia i kolejnego. Organizm był już wyczerpany, a ja sama czułam, że powoli gasnę.
Lekarka mówiła, żebym piła, choćby wodę. Ale po co, skoro i tak ją zwrócę? To było jak błędne koło. Z każdą próbą czułam się jeszcze bardziej niezrozumiana. Jakby nikt nie widział, że nie walczę z brakiem chęci, tylko z własnym ciałem, które odmawiało posłuszeństwa.
Ten dzień upłynął mi na spaniu i wymiotowaniu. To była moja codzienność.
Miałam pierwszą poważniejszą rozmowę z nową lekarką. Powiedziała, że moi bliscy dzwonią, martwią się, wiedzą o moich myślach samobójczych. Ale jej słowa odbiły się ode mnie jak od ściany. Była oschła, chłodna, bez ciepła. W tamtym stanie odebrałam to tak, jakby mówiła do mnie z obowiązku, a nie z troski. Jeszcze nie wiedziałam, że tak naprawdę dopiero się poznajemy. Nie skupiałam się na tym, że się pojawiła — po dwóch lekarkach, które zrezygnowały z prowadzenia mnie, nie miałam już oczekiwań.
Nadszedł wyjątkowy dzień. Dla innych — pełen światełek, kolęd i rodzinnego ciepła. A dla mnie? Kolejny dzień walki ze sobą. Kolejny dzień, w którym zmagałam się z głodem, ze zmęczeniem, z myślami, które nie dawały spokoju.
Święta, które kiedyś były dla mnie najpiękniejszym czasem w roku, stały się pustym dniem. Nie czułam radości. Nie czułam magii. Czułam tylko siebie — zamkniętą, rozbitą i coraz bardziej obcą wobec wszystkiego, co kiedyś kochałam.
Na oddziale od rana panowało poruszenie. Pielęgniarki były wyjątkowo uśmiechnięte, życzliwe, zabiegane. Tak naprawdę one zawsze takie były — miały złote serca, dbały o nas najlepiej, jak umiały. Ale ja w tamtym czasie odbierałam je zupełnie inaczej. Dla mnie były wrogami. Pytały. Sprawdzały. Kontrolowały. Zapinały mnie w pasach. Każdy ich gest traktowałam jak atak, a nie jak troskę.
Obiecałam jednak, że się umyję i założę nową, świąteczną piżamę, którą dostałam. Zrobiłam to, choć wewnętrznie nie czułam absolutnie nic. To było jak automatyczny ruch — bardziej dla innych niż dla siebie.
Na obiad — albo może to była kolacja — dostaliśmy uroczysty posiłek. Rybę, kapustę, barszcz z uszkami i kawałek makowca. Wszyscy pacjenci zasiedli razem w jadalni. Jedna z pielęgniarek, ta najcieplejsza i najżyczliwsza, zaczęła składać nam życzenia. Mówiła prosto z serca, tak, że sama się wzruszyła. Pamiętam, że w tamtym momencie zobaczyłam w niej dobro, którego wcześniej nie chciałam dostrzegać. To była naprawdę wspaniała kobieta.
Dostaliśmy też opłatek. Wszyscy dzielili się nim tak jak w domach — każdy z każdym.
I tu moja pamięć się urywa. Dalej nic nie pamiętam. Prawdopodobnie znowu zwymiotowałam i skończyłam w pasach.
Kilka miesięcy później dowiedziałam się od kuzyna, że w domu właściwie nie było Wigilii. Powiedział mi to wprost, bez owijania — że przeze mnie wszystko się popsuło. Nie mieli ochoty świętować, a atmosfera była tak ciężka, że nikt nie mógł udawać, iż jest normalnie.
Słuchałam i czułam, jak to we mnie zapada. Jak kolec, który wbija się głęboko i nie daje się wyciągnąć. Miałam wrażenie, że to znowu moja wina. Że odebrałam im coś ważnego. Że moja choroba rozlała się na wszystkich i zatruła im nawet to jedno wyjątkowe spotkanie w roku.
A przecież ja w tamtym czasie walczyłam o samo przetrwanie. Nie miałam siły myśleć o świętach, prezentach, kolacjach. Ale słowa kuzyna brzmiały tak, jakby to było coś oczywistego: że ja zniszczyłam im Wigilię. I chociaż minęło tyle czasu, to nadal pamiętam to uczucie — jakby coś we mnie pękło. Bo ja też kochałam ten dzień. Kochałam świąteczną atmosferę. A teraz zostało tylko poczucie winy, że już nigdy nie będzie jak dawniej.
Dopiero po czasie zrozumiałam, że ta Wigilia wyglądała inaczej nie tylko dla mnie. Ja byłam wtedy w szpitalu, unieruchomiona, oderwana od świata, a oni — chociaż na wolności — też byli uwięzieni. Uwięzieni w lęku o mnie, w bezradności, poczuciu, że nic nie mogą zrobić.
Z notatek wynika, że wtedy wszystko staczało się coraz bardziej. Ojciec powiedział, że skoro ja nie jem, to on też nie będzie jadł. Jakby chciał mnie szantażować, udowodnić, że to moja wina. A przecież lekarka zadzwoniła do niego i poinformowała, że jest źle. Jakby potrzebowali dodatkowego powodu, by znowu coś na mnie zrzucić. Pielęgniarki od tego momentu praktycznie nie spuszczały ze mnie oka. Patrzyły, pilnowały, sprawdzały każdy mój krok. A ja i tak byłam nieobecna — żyłam w odcięciu od własnych emocji, jakbym istniała tylko fizycznie, ale wewnątrz byłam martwa.
Maciek, mój kolega, na pewno był. Pamiętam, że przyszedł, choć nie wiem, czy to był sylwester, czy może dzień wcześniej. Może był też nasz wspólny znajomy. Mimo okresu świątecznego ktoś jednak był. Nie wiem. Obrazy mam jak za mgłą, poszarpane, wyrwane z kontekstu. Wiem tylko, że bywał, dawał mi namiastkę oparcia. Ojciec też przyjeżdżał z kuzynami, dziewczyny się pojawiały…, ale czas? Kolejność? Wszystko mi się rozsypuje, nie potrafię tego poukładać. Wciąż jednak pisałam z siostrą. To ona była dla mnie linią życia — głosem, który jeszcze potrafił do mnie dotrzeć.
Przez trzy dni nie było ze mną praktycznie kontaktu. Ojciec pił, ja rzygałam. Oboje gdzieś topiliśmy się w swoim własnym bagienku. On w alkoholu, ja w rozpaczy i wyniszczaniu siebie. Nie miałam już w ogóle siły, nawet na rozmowę, nawet na bunt. Tylko pustka i ciało, które odmawiało współpracy.
A potem przyszedł sylwester. I na moment coś się we mnie przełamało. Jakby ktoś na chwilę wpuścił powietrze do dusznego pokoju. Zmusiłam się, by pomóc koleżance z oddziału w przygotowaniach. Tak naprawdę zrobiłam to dla niej, ale może też dla siebie — by poczuć, że jeszcze mogę coś zrobić. Były roladki z sera i wędliny, śledzie w misce, kolorowe soki i butelki Piccolo. Radio grało gdzieś w tle, ludzie rozmawiali, śmiali się tak nieudolnie, jakby próbowali przykryć ból. A ja — ja po raz pierwszy od dawna poczułam namiastkę normalności. Jakby przez chwilę oddział psychiatryczny przestał być więzieniem, a stał się miejscem, w którym próbujemy udawać, że żyjemy jak wszyscy inni.
Ale ta chwila była krucha. Szybko zgasła. Styczeń wszedł ze mną w najgorszy etap. Znowu pasy, znowu walka o to, żebym sama sobie nie zrobiła krzywdy. Leki podawane w dawkach, które ścinały mnie z nóg. Niby ratunek, a ja czułam się jak warzywo. I to właśnie wtedy — jak mówią inni, bo ja niewiele pamiętam — najbardziej odwalałam. Wtedy mówiłam najstraszniejsze rzeczy, wtedy budziłam największy lęk. Byłam cieniem siebie, a jednocześnie kimś zupełnie innym, obcym. Dla mnie ta część to czarna dziura. Dla bliskich — pasmo strachu i bólu, którego nie potrafili zatrzymać.
To wtedy właśnie kontrast był najbardziej dobitny. Sylwester — kilka godzin, które udawały normalność — był jak sen, krótki, złudny i nietrwały. Smak śledzia, chrupnięcie roladki, kolorowe soki w plastikowych kubkach, muzyka z radia — wszystko to było jak marny teatrzyk, w którym na chwilę wszyscy zgodziliśmy się zagrać rolę „normalnych ludzi”. Śmialiśmy się półgębkiem, rozmawialiśmy, choć każdy w środku niósł swój ciężar. Ja przez moment poczułam się częścią tego dziwnego świętowania, jakby można było zapomnieć, że jesteśmy tu, bo coś w nas pękło.
Ale już następnego dnia rzeczywistość wróciła ze zdwojoną siłą. Styczeń wdarł się brutalnie — bez litości, bez łagodnego przejścia. I od razu ściągnął mnie w otchłań. Pasy. Krzyk. Roztrzęsienie. Leki w takich dawkach, że nie byłam sobą. Nie byłam nikim. Moje ciało spało, ale mózg wariował. To był początek najgorszego etapu.
Z opowieści innych wiem, że wtedy byłam nie do poznania. Mówiłam bliskim naprawdę straszne rzeczy, raniłam słowami, zachowywałam się tak, że bali się o moje życie każdego dnia. Oni pamiętają szczegóły — ja nie. Dla mnie to czarna dziura, z której przebijają się tylko urywki obrazów: światło jarzeniówek, sztywność pasów na nadgarstkach, metaliczny posmak leków, które i tak próbowałam zwrócić. Reszta — pustka.
To wtedy byłam najbardziej niebezpieczna sama dla siebie. To wtedy już nie walczyłam — poddawałam się. A jednocześnie w środku krzyczałam, żeby ktoś wreszcie zrozumiał, jak bardzo nie chcę istnieć.
Styczeń
To był czas, w którym naprawdę przestałam istnieć — przynajmniej w oczach swoich i bliskich. Pierwsze dni stycznia rozmyły się w kompletną ciemność. Ja — unieruchomiona w pasach, odcięta od świata, jak martwe ciało, które jeszcze oddycha, ale nie żyje.
Z mojej strony to wyglądało jak sen, koszmar, w którym nie mam kontroli nad ciałem. Wszystko było otępiałe, zamglone. Nie widziałam wyraźnie — kontury ludzi, ścian, nawet własnych dłoni rozpływały się przede mną. Słowa nie przychodziły. Zamiast zdań wychodziły ze mnie zlepki liter, bełkot, który nie miał żadnego sensu. Pisałam: „veddkeblekaje. Eeeeelepek. Lurwa nic nir dRq” albo „buko byb fajhnir”. Dla mnie to było jak rozpaczliwy krzyk z dna, który gdzieś po drodze tracił sens. Dla nich — niezrozumiały bełkot, sygnał, że tracę resztki kontaktu ze światem.
5 stycznia napisałam tylko: „Umarłam. Nie ma mnie”.
I naprawdę w to wierzyłam. Nie czułam się żywa. Nie byłam w stanie jeść, pić, wstać. Kroplówki podtrzymywały ciało, ale dusza leżała już w grobie.
Bliscy w tym czasie przeżywali piekło. Patrzyli na moje wiadomości i czuli, że tracą mnie z dnia na dzień. Nie rozumieli, czy jeszcze rozmawiają ze mną, czy już tylko z cieniem, który po mnie został. Przerażeni, bezradni, z telefonami w dłoniach, czekali na jakikolwiek znak poprawy — a dostawali ode mnie jedynie brednie i kolejne zapewnienia, że chcę się zabić.
Dla nich to był koszmar patrzenia, jak ktoś, kogo kochają, zamienia się w „warzywo” — bez siły, bez blasku w oczach, zgaszony. A ja w tym czasie naprawdę czułam się tak, jakby moja egzystencja była tylko ciężarem. Jakbym już dawno przekroczyła granicę, zza której nie ma powrotu.
Dla mnie każdy dzień był jak dryfowanie w ciemnej, gęstej mgle. Kroplówki kapały powoli, trzymały moje ciało przy życiu, ale psychicznie byłam martwa. Nie myłam się, nie jadłam, nie piłam. Nie miałam nawet siły, by spojrzeć na siebie w lustrze. Każdy ruch wydawał się niemożliwy, jakby ważył tonę. Najgorsze było to, że nic mnie już nie obchodziło — ani to, że jestem w pasach, ani że tracę godność. Byłam wrakiem. „Warzywem”. Obojętnym nawet na własne istnienie.
A po drugiej stronie byli moi bliscy. Oni dostawali te moje urwane, składające się z liter, bezsensowne wiadomości. Czytali to i płakali, bo wiedzieli, że tracą ze mną kontakt — że ten ktoś, kogo znali, powoli znika. Każdy mój kolejny „tekst” — zlepek przypadkowych znaków — był dla nich jak uderzenie w twarz: „Już z nią nie ma kontaktu. Już nie ma nadziei”.
Wyobrażam sobie, jak siedzieli w swoich domach, z telefonami w rękach, patrzyli w ekran i czuli tylko bezsilność. Nie mogli mi pomóc, nie mogli nic zrobić. A ja zamiast słów dawałam im tylko ciemność. Dla nich to musiało być piekło — patrzeć, jak ktoś bliski ginie, a jedyne, co można zrobić, to czekać.
Moj ojciec — on pił, bo nie dawał rady inaczej. Moi kuzyni — milczeli, bo nie wiedzieli, jak wyrazić swój lęk. Moja siostra — trzymała się mnie najmocniej, pisała, próbowała wyciągnąć chociaż jedno sensowne słowo, choćby cień dawnej mnie. Dziewczyny, które wspierały mnie tak, jak tylko umiały. Ale ja w tym czasie byłam jak przezroczysta, niedostępna, zatrzaśnięta w swoim własnym obłędzie.
I wtedy dopiero widać tę przepaść: ja w swoim świecie — pełnym leków, pasów, kroplówek, myśli o śmierci i absolutnej obojętności. Oni — w świecie, gdzie każdy dzień zaczynał się i kończył pytaniem: „Czy ona jeszcze żyje? Czy jutro dostaniemy wiadomość, że już jej nie ma?”.
Ledwo mówiłam, bełkot mieszał się z urywanymi zdaniami, a jednak znalazłam w sobie siłę, żeby krzyczeć — krzyczeć na własnego kuzyna. Wyrzuciłam mu w twarz to, co od dawna wisiało między nami niewypowiedziane: że jest alkoholikiem. Powiedziałam to w złości, z rozpaczy, z miejsca, w którym już nie miałam żadnych hamulców. W tamtym momencie nie obchodziło mnie nic. Ani to, że go ranię, ani że robię awanturę. Wyrzuciłam z siebie prawdę, której on nie chciał słyszeć.
Ojciec — jak to ojciec — nie przyjął tego ode mnie. Poleciał z tym do mojej siostry, jakby szukał wsparcia i oczekiwał zaprzeczenia, pocieszenia, wybielenia. A moja siostra? Powiedziała prosto: „Ma rację”. I to musiało go uderzyć najmocniej.
Dla mnie to był sygnał, że już naprawdę nie mam nic do stracenia. Bo człowiek, który wciąż się boi, trzyma język za zębami. A ja — w tamtej chwili — nie miałam już lęku. Została we mnie tylko złość, która wypływała jak lawa z wulkanu. Już nie prosiłam, nie tłumaczyłam, nie starałam się być „miła”. Nie zależało mi na tym, żeby ktokolwiek mnie lubił, rozumiał czy chociaż próbował ratować. Ja chciałam tylko wykrzyczeć swoje cierpienie, nawet jeśli miało ono zranić wszystkich dookoła.
Dla moich bliskich to musiało być przerażające — bo złość oznaczała, że już naprawdę się poddałam. Ten ostatni kawałek mnie, który chciał walczyć, właśnie się rozsypał. Weszłam w tryb destrukcji.
To był czas totalnej autodestrukcji. Już nie wystarczało mi nie jeść, wymiotować, nie wystarczały próby wieszania się. Czułam, że muszę iść jeszcze dalej. Moje ciało stało się wrogiem, którego chciałam niszczyć — kawałek po kawałku, aż nic ze mnie nie zostanie.
Zaczęłam się drapać. Po rękach, po nogach. Nie patrzyłam, czy ktoś to zobaczy, czy zostanie ślad. Nie miało znaczenia, czy to będzie widoczne dla świata, czy ukryte. Liczyło się tylko jedno — zadanie sobie bólu, zostawienie na sobie znaków, że istnieję i cierpię.
Były chwile, w których nawet nie kontrolowałam ruchów dłoni. Jakby moje palce same szukały skóry, którą mogłyby rozdrapać. Jakby ciało domagało się tego, by być karane, rozrywane, kaleczone. Czułam ulgę, kiedy piekło. Chociaż przez chwilę ból fizyczny był mocniejszy niż ten wewnętrzny.
Dla bliskich to musiał być koszmar. Patrzyli na mnie i widzieli, jak sama się rozszarpuję. Jakby mnie już tam nie było — tylko powłoka, która sama siebie niszczy. I bezradność — bo co mogli zrobić? Opatrzyć? Zabronić? Schować ręce? A ja i tak znajdowałam sposób. Zawsze znalazłam.
To było niszczenie siebie wszelkimi dostępnymi metodami. Jakby śmierć była jedynym celem, a wszystko po drodze — głodówka, wymioty, próby powieszenia, drapanie, pasy, bełkot — tylko kolejnymi stacjami w tej samej podróży.
A ja… Ja w tamtej chwili już nawet nie wiedziałam, dlaczego to robię. Czy to kara? Czy wołanie o pomoc? Czy próba zagłuszenia bólu? Po prostu robiłam. Bo czułam, że jeśli się zatrzymam, to zwariuję jeszcze bardziej.
25 stycznia
To był czas kompletnego zaniku kontaktu ze światem. Ja — we własnym przekonaniu — nadal mówiłam, nadal byłam obecna, tylko zagubiona. Ale kiedy dzisiaj odsłuchuję swoje nagrania z tamtego okresu, to mam wrażenie, że słucham obcej osoby. Tam nie było sensu, nie było zdań, nie było nawet głosu, który by przypominał mnie. To było bełkotanie, pomieszane sylaby, język bez znaczenia. Wtedy wydawało mi się, że mówię normalnie. Kłóciłam się nawet z siostrą i dziewczynami, że przesadzają, ich uszy kłamią, ja przecież składam zdania. A prawda była taka, że nie brzmiałam już jak człowiek.
Miałam halucynacje. Rzeczywistość mieszała się z majakami. Pielęgniarki przychodziły po mnie, wołały na śniadanie i tabletki, a ja słyszałam coś innego — że mam się przenieść na inną salę. Spakowałam się, jak umiałam, torba w rękach, ja chwiejna, bełkocząca, stoję przed nimi i pytam: „Gdzie mam iść?”. A one patrzą na mnie jak na kogoś zupełnie nieobecnego i w szoku odpowiadają: „Po leki, przecież po leki…”. Inny dzień — była dwunasta, a ja już szłam po leki na piętnastą, przekonana, że to już czas. One znowu patrzyły na mnie jak na wariatkę. A ja? Ja w środku czułam, że tracę resztki zmysłów. Że nie umiem już odróżnić godzin, zdań, poleceń.
I to bolało. Nie tylko mnie. Moim bliskim serca się łamały, kiedy dostawali ode mnie nagrania. Pisali: „Przepraszam, nie mogę Cię słuchać, bo aż serce mnie boli…”. A ja, zamiast zrozumieć, dzwoniłam dalej. Do wszystkich. Bez względu na to, czy był środek nocy, czy ktoś był w pracy, czy zajęty. Nie obchodził mnie czas, miejsce, sytuacja. Byłam jak w amoku — i w rzeczywistości byłam w amoku. Ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać, bo nie byli w stanie znieść tego, co się ze mną działo. Nie mieli siły słuchać mojego bełkotu, moich krzyków, wiecznych słów o tym, że chcę umrzeć. Tworzyła się bariera. Ogromna, lodowata ściana, za którą zostawałam sama. I to było najgorsze.
Nadal byłam wciągnięta w mechanizmy autodestrukcji. Brakowało mi papierosów, mleka — rzeczy niby banalnych, a dla mnie wtedy niezbędnych. Jeden pacjent wychodził, więc — bez cienia racjonalności — dałam mu swoją kartę. Miał mi kupić tylko te dwie rzeczy. A on? Wziął dane, wydał w sklepiku o wiele więcej, niż powinien, wypierał się, że cokolwiek sobie kupił. Później zaczęły znikać pieniądze, bo zamawiał przez internet. A ja, w tamtym stanie, z półprzymkniętymi oczami, mówiąc językiem, który nie układał się w słowa — jakoś zablokowałam kartę. Sama nie wiem, jakim cudem. Jeszcze większym cudem było to, że poprosiłam o nową i ktoś mnie zrozumiał.
Potem przyszedł przełom. Przenieśli mnie na lżejszy oddział. Z jednej strony dlatego, że zaczęto mi ufać — dawali mi kredyt zaufania, wierząc, że może dam radę. Z drugiej — były potrzebne miejsca. Ale ja to odebrałam jako światełko w tunelu. Oczywiście dalej się drapałam. Nadal karałam swoje ciało, choć rzadziej wymiotowałam. Coś we mnie zaczynało się wyciszać.
Zaczęłam nagrywać do bliskich wiadomości, które — choć dalekie od wysyłanych przez zdrową osobę — brzmiały już trochę wyraźniej. „Nie wymiotuję, jem normalnie, chodzę na spacery i na terapię zajęciową. Staram się, jak mogę, by z tego wyjść”. Wypowiadałam te słowa z trudem, ale były one jak pierwszy podmuch nadziei. Dla mnie i dla innych. Po miesiącach lęku, rozpaczy i totalnego upadku w końcu pojawiło się coś, co wyglądało jak ślad normalności.
Nie oznaczało to jeszcze zdrowienia. Ale oznaczało, że znów było można ze mną rozmawiać. Znów byłam słyszalna, nie tylko obecna fizycznie, ale też w jakimś sensie ludzka. I to stanowiło początek oddechu, zarówno dla mnie, jak i dla tych, którzy byli obok.
Ojciec… czuł się rozdarty. Przychodził i widział mnie wyglądającą jak „warzywo”. Nie jadłam, nie piłam, nie mówiłam z sensem, a jedyne, co potrafiłam z siebie wydobyć, to złość. Przecież w tym całym majaku zwyzywałam go, że jest alkoholikiem. Powiedziałam to wprost, z jadem. Nie zwracając uwagi na nic. On się załamał. Pożalił się tym razem mojemu bratu, a on też przyznał mi rację i to bolało ojca jeszcze bardziej. Dla niego to było jak wbicie noża przez własne dziecko. Ale ja już nie miałam hamulców — bo już nic nie czułam. Nic nie było święte. Nawet on.