E-book
12.6
drukowana A5
49.6
Sidło

Bezpłatny fragment - Sidło

Najgorsze pułapki zostawia się w cudzej głowie


Objętość:
214 str.
ISBN:
978-83-8455-297-1
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 49.6

Piotr Kluczycki jest nikim. Asystentem prokuratora w małym mieście, który buduje domki ze spinaczy i czeka na koniec dnia. Człowiekiem, który nie ma ambicji ani marzeń. Jest jak śnięta ryba — płynie tam, gdzie go woda poniesie, robi to, co mu każą. Aż ktoś postanawia go użyć.


Byku, weź się za siebie! Tak mówi trener. Ciepły głos. Pewne ręce. Długopis, który pstryka w rytm oddechu. Piotr nie pamięta, co dzieje się podczas sesji. Wchodzi zmęczony, wychodzi pełen energii. Wchodzi nikim, wychodzi kimś. Ale kim?


Opisana w książce historia jest fikcją. Ale metody są prawdziwe. W Ohio w USA skazany został Michael Fine, 59-letni adwokat rozwodowy, który oferował klientkom „ćwiczenia oddechowe”. Proste techniki relaksacyjne. Kilka głębokich wdechów. Zamknięte oczy. A potem — trans hipnotyczny. Seksualne komendy. Bezbronne ciała. Gdy je budził, pamiętały niewiele. Może pomięte ubranie. Nic konkretnego. Wyrok: 12 lat więzienia.


Ale ilu takich jak on nigdy nie zostało złapanych?


Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

ROZDZIAŁ 1 — Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie

— Panie Piotrze, pan jest prawnikiem.


Głos prokuratora Leszka Karpińskiego odbił się od ścian pokoju numer siedem i nie znalazł żadnego echa — ani w twarzy Kluczyckiego, ani w jego oczach, ani w żadnym geście, który mógłby świadczyć o tym, że dwudziestoczteroletni asystent w ogóle rejestruje kierowane do niego słowa.


Pokój był taki, jakie bywają pokoje w polskich instytucjach państwowych — funkcjonalny w sposób, który dawno przestał być funkcjonalny. Biurko z płyty wiórowej, obłe na rogach, w kolorze zbliżonym do buku, ale niebędącym bukiem. Szafa na akta z zamkiem, którego kluczyk dawno zaginął, więc stała otwarta, a teczki spiętrzały się w niej jak warstwy geologiczne cudzych nieszczęść — kradzieże, bójki, wypadki, alimenty. Na biurku monitor o przekątnej siedemnastu cali, obok drukarka Brother, pod biurkiem stacja robocza ze zmęczonym wentylatorem mielącym powietrze z monotonią, która świadczyła o tym, że procesor powinien był zostać wymieniony co najmniej rok temu. Był lipiec. Trzydzieści dwa stopnie.


Karpiński miał czterdzieści pięć lat, siwiejące skronie i cierpliwość człowieka, który dwadzieścia lat spędził w prokuraturze — nadwątloną, ale jeszcze istniejącą, jak przęsło mostu, po którym wolno przejść, ale lepiej nie biec. Stał obok biurka, bo w pokoju było tylko jedno krzesło.


— Pana zadaniem nie jest przepisywanie bez błędów tego, co pan już ma — ciągnął, mierząc wzrokiem profil asystenta. — To znaczy, jest, ale to jest minimum. Podstawa. Pana prawdziwą pracą jest praca prawnicza. Miał mi pan stworzyć uzasadnienie aktu oskarżenia i bez błędów przepisać zarzut oraz dane osobowe oskarżonego.


Piotr Kluczycki siedział za biurkiem i patrzył w monitor. Trudno było powiedzieć, czy używał go do czytania, czy jako punktu zaczepienia dla wzroku, który nie chciał spocząć na przełożonym.


— Tymczasem — powiedział Karpiński i pozwolił sobie na minimalną pauzę, bo był prawnikiem i wiedział, że pauza jest narzędziem — pan popełnił literówki w danych osobowych oskarżonego. Literówki. W imieniu, w dacie urodzenia. I przepisał pan zarzut z błędem, podając zły przepis.


Cisza.


— Za to mogę pana krytykować — powiedział spokojniej, jakby sam siebie uciszał. — Mimo że pan pracuje dopiero od miesiąca. Praca odtwórcza to praca odtwórcza. Przepisuje pan coś, co już istnieje — nie wolno się pomylić. Nie oceniam pana projektu uzasadnienia, które — powiem szczerze — jest złe. Ale tego musi się pan nauczyć. Uzasadnienia nikt nie napisze dobrze na początku. Natomiast przepisywanie to nie jest kwestia nauki, ale uwagi.


Piotr Kluczycki nie powiedział nic. Nie przeprosił. Nie skinął głową. Siedział za biurkiem w pozycji, którą zajmował, zanim Karpiński wszedł, i którą — można było to przewidzieć — utrzyma po jego wyjściu. Wzrok miał obojętny. Nie wrogi, nie wyzywający — obojętny.


Karpiński stał i nie wiedział, czy ma jeszcze coś powiedzieć. Przez dwadzieścia lat spotkał ludzi, którzy się bronili, tłumaczyli, płakali, krzyczeli. Spotkał nawet takich, którzy milczeli — ale z milczenia każdego coś dawało się wyczytać. Wstyd, złość, strach. Z milczenia Kluczyckiego nie dało się wyczytać nic.


Piotr założył ręce za głowę i oparł się na fotelu.


Wtedy Karpiński zobaczył plamy potu. Dwie ciemne, rozległe aureole na błękitnym materiale. Nieświeże, bo pracowały na tę wielkość od rana, od chwili gdy Kluczycki usiadł za tym biurkiem w pokoju bez klimatyzacji.


Karpiński odwrócił się i wyszedł. Zamknął drzwi cicho.


***


Drzwi się zamknęły i Piotr Kluczycki poczuł, jak coś w nim pęka.


Nie na zewnątrz — twarz miał tę samą, ręce wciąż za głową. Ale w środku krzywda rozsadzała go na wszystkie strony. Krzywda — tak. Nie wstyd, nie wyrzuty sumienia. Krzywda.


On, Piotr Kluczycki, absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, średnia pięć przecinek zero, stypendium Rektora przez cztery lata z pięciu, jest obiektem czepiania się jakiegoś prokuratora z Hrubieszowa.


Hrubieszów. Dwadzieścia tysięcy ludzi. Miasto, o którym Warszawa nie wie, że istnieje, a jeśli wie, to tylko z jakiegoś dowcipu o wschodniej Polsce. Prokuratura Rejonowa w Hrubieszowie — siedem pokoi, trzech prokuratorów, cztery sekretarki i on, jedyny asystent, bo nikt inny tu nie chciał przyjść.


Siedem tysięcy pięćset złotych brutto. Po odliczeniu podatku i składek: pięć tysięcy czterysta. Za pięć tysięcy czterysta złotych wynajmował kawalerkę przy Piłsudskiego — bo w Hrubieszowie każda ulica była albo Piłsudskiego, albo Trzeciego Maja, albo Listopadowa — i jadł obiady w barze mlecznym.


A teraz jeszcze to. Niech sam sobie przepisze. Niech sam sobie poprawi. Co to za problem — literówka w imieniu? Jest wydruk z policji, jest PESEL, jest adres — naprawdę ktoś nie domyśli się, że „Stanislaw” to „Stanisław”? Naprawdę musi tu przychodzić prokurator i wygłaszać morały, jakby chodziło o pomylenie artykułów kodeksu, a nie o jedną cholerną literę?


Chodziło o brak jednej litery. I o zły artykuł. Ale Piotr w tej chwili tego nie widział, bo krzywda była większa niż jakakolwiek literówka, większa niż ten pokój, niż to miasto, niż ta praca.


„Pracuję tu dopiero miesiąc. I się uczę.”


Ta myśl była jak kamień, na którym mógł stanąć. Stanął na niej i poczuł się lepiej — przez sekundę. Potem wentylator stacji roboczej znów zaczął mielić powietrze i Piotr wrócił do monitora.


***


Pokój obok był większy o trzy metry kwadratowe, co w hierarchii prokuratury rejonowej stanowiło różnicę fundamentalną. Trzy metry kwadratowe oddzielały prokuratora od szefa prokuratury — trzy metry, dywan.


Henryk Kowalczyk miał pięćdziesiąt lat, gęste wąsy i twarz człowieka, który przez prawie trzydzieści lat pracy nauczył się jednej rzeczy — że większość problemów rozwiązuje się sama, jeśli człowiek ma dość cierpliwości, żeby nie rozwiązywać ich zbyt szybko.


Leszek Karpiński wszedł bez pukania, bo znali się od piętnastu lat.


— Heniek, tego gościa trzeba zwolnić.


Kowalczyk nie podniósł wzroku znad kawy.


— Siadaj.


— Mówię mu, żeby się nie mylił. Nie pierwszy raz. Za pierwszym razem powiedziałem spokojnie: panie Piotrze, niech pan uważa. Za drugim to samo. Zero poprawy. Absolutne zero.


Karpiński usiadł naprzeciwko biurka i przetarł twarz dłonią, jakby zdejmował z niej resztki cierpliwości, których użył w pokoju numer siedem.


— Na dziesięć rzeczy, jakie ma przepisać, w dziewięciu się pomyli. Nie w jednej, nie w dwóch — w dziewięciu. To nie jest kwestia stresu. To jest kwestia… — szukał słowa i nie znalazł właściwego — ...czegoś innego. Nie wiem czego. Ale nie po to mu państwo płaci, żebym ja sprawdzał każdą literę, którą napisze.


Kowalczyk popijał kawę. Za słodką, jak zawsze — trzy łyżeczki, tyle samo co prawie trzydzieści lat temu, gdy był aplikantem i kawa z cukrem była jedynym luksusem, na jaki go było stać.


— Zobaczysz — powiedział Karpiński, pochylając się do przodu. — Będą z nim kłopoty. Mówię ci.


— Daj chłopakowi szansę.


— Jaką? Trzecią? Czwartą?


— Patrzyłem w internecie — powiedział Kowalczyk i w tym zdaniu zawarty był cały świat polskiego zarządzania kadrami. — Olimpiady z historii wygrywał. Zdolny chłopak. Może się stresuje.


— Niby czym się stresuje?


Karpiński pochylił się jeszcze bardziej.


— Stresuje się to ja, jak jadę do wypadku drogowego i oglądam trupy. Albo ty, jak masz nadzór nad sprawą, w której matka zabiła dziecko. A ten sobie siedzi za biurkiem i nie może bez błędu czegoś przepisać.


Kowalczyk odstawił kawę.


— Leszek, chłopak ma umowę na rok.


— Wiem.


— Zwolnimy go, to pójdzie na zwolnienie lekarskie i zablokuje etat. Na zwolnieniu może siedzieć pół roku, a potem jeszcze rehabilitacyjne. Przez ten czas etat jest zajęty. A jak się w końcu uwolni, muszę go zgłosić do Ministerstwa. I wiesz co wtedy?


— Zabiorą ci etat — dokończył Karpiński.


— Zabiorą mi etat. Bo mamy nadwyżkę. Bo Hrubieszów jest za mały. Bo ktoś policzy, że trzy prokuratorskie wystarczą, a asystent to luksus. I zostanę z trzema prokuratorami, z których jeden — z całym szacunkiem — idzie na emeryturę za dwa lata, i nikt mi tu nikogo nie przyśle. — Kowalczyk uniósł palec. — Porozmawiam z nim.


Karpiński wstał.


— Pogadaj. Ale mówię ci, że z tym chłopakiem jest coś… nie tak.


***


Tego samego dnia, po południu, Henryk Kowalczyk zadzwonił na telefon wewnętrzny.


— Panie Piotrze, niech pan wpadnie.


Kluczycki pojawił się po trzech minutach. Droga z pokoju numer siedem zajmowała co najwyżej minutę.


— Niech pan usiądzie.


Piotr usiadł. Bez wyrazu — ani posłuszeństwo, ani bunt, ani zainteresowanie. Usiadł, bo mu kazano. To było wszystko.


— Niech pan mi wyjaśni — powiedział Kowalczyk, opierając łokcie na biurku — dlaczego pan się myli. Prokurator Karpiński mi zgłaszał. Nie raz.


Piotr patrzył gdzieś w kierunku okna. Nie za okno — to by sugerowało marzycielskość, pragnienie ucieczki, coś zbyt ludzkiego. Patrzył w kierunku okna, bo tam akurat padał jego wzrok.


— Inni prokuratorzy się nie skarżą — powiedział w końcu. Głos miał równy, bez modulacji. Stwierdzał fakt, albo to, co uważał za fakt.


— Pracuje pan głównie z prokuratorem Karpińskim.


— Pracuję krótko.


Dwa zdania. U Kluczyckiego to był niemal monolog. Kowalczyk czekał na trzecie. Nie doczekał się.


Piotr siedział. Pod lewą pachą plama potu — ciemniejsza niż ta, którą Karpiński widział rano, rozrosła się przez dzień, wsiąkła głębiej w materiał.


— Ale pan się pomylił — powiedział Kowalczyk z rezygnacją, którą nauczył się wyrażać łagodnie.


Piotr nic nie powiedział.


Kowalczyk westchnął. Miał jeszcze trzy godziny do końca dnia, cztery sprawy do przejrzenia, jedno pismo do Prokuratury Okręgowej i podwładnego siedzącego naprzeciwko jak kukła. Przez sekundę pomyślał, że Karpiński ma rację. Potem pomyślał o etatach i o Ministerstwie.


— Panie Piotrze — powiedział tonem bliższym ojcowskiemu niż służbowemu, choć Kowalczyk nie był ojcem i nie miał dzieci. — Chodzę na siłownię, wie pan? Tam przy Listopadowej, niedaleko szkoły. Jest tam taki szyld — trener personalny, psycholog, trener mentalny. Słyszałem dobre opinie. Może by pan poszedł.


Cisza.


— Może to przez stres — dodał, choć nie bardzo w to wierzył. — Niech pan pogada z kimś.


Piotr popatrzył na niego mętnym wzrokiem. Mętnym jak woda w stawie — nie dlatego, że coś się w niej rozpuściło, ale dlatego, że nic nie jest dość przezroczyste.


Nic nie powiedział.


Kowalczyk wytrzymał pięć sekund. W prokuraturze pięć sekund ciszy to dużo — to czas, w którym podejrzany albo się przyznaje, albo prosi o adwokata. Kluczycki nie zrobił ani jednego, ani drugiego.


— No — powiedział Kowalczyk — niech pan idzie do pracy.


Piotr wstał, nie pożegnał się i wyszedł. Drzwi kliknęły za nim jak kropka na końcu zdania. Kowalczyk oparł się na fotelu, splótł ręce na brzuchu i popatrzył w sufit.


Na suficie była plama po zalaniu z dwa tysiące dziewiętnastego roku. Nigdy jej nie naprawili, bo Ministerstwo nie miało budżetu na remonty prokuratur rejonowych. Plama przypominała kształtem mapę Polski — tę z osiemnastego wieku, przed rozbiorami, gdy Rzeczpospolita sięgała daleko na wschód, do miejsc, których nazw nikt już nie pamiętał.


Kowalczyk wzdrygnął się, bo ta myśl wydała mu się zbyt poetycka jak na prokuratora, i wrócił do pism.

ROZDZIAŁ 2 — Cocomo

Piotr Kluczycki wyszedł z prokuratury o szesnastej piętnaście — kwadrans po końcu urzędowania, bo musiał wyłączyć komputer i zamknąć okno.


Szedł ulicą Trzeciego Maja w kierunku kawalerki. Jedenaście minut normalnym krokiem, dziewięć, gdy się śpieszył. Nie śpieszył się. Nie miał dokąd.


Dwadzieścia cztery lata. Pierwsza praca. Asystent prokuratora w Prokuraturze Rejonowej w Hrubieszowie.


Krzywda szła z nim ulicą Trzeciego Maja jak towarzysz, którego nie można się pozbyć. Siedziała z nim w pokoju numer siedem, gdy Karpiński stał nad nim i mówił o literówkach. Patrzyła, gdy Kowalczyk — ten dziad — radził siłownię i psychologa, jakby Piotr był upośledzony, jakby to on miał problem, a nie wszyscy pozostali.


Czepiają się. Nie krytykują, bo krytyka zakłada rację. Nie oceniają, bo ocena zakłada kompetencję oceniającego. Czepiają się — tak jak czepia się nauczyciel, który nie lubi ucznia. Karpiński czepia się, bo jest prokuratorem z Hrubieszowa i czepianie się młodszych to jedyne, co nadaje sens jego życiu zawodowemu.


Minął sklep spożywczy. Aptekę zamkniętą o szesnastej, bo w Hrubieszowie choroby też miały godziny urzędowania. Przystanek autobusowy z rozkładem jazdy traktowanym raczej jako sugestia.


Skręcił w Listopadową.


***


Blok przy Listopadowej miał pięć pięter i parter użytkowy. Fryzjer — „Barber Studio” na szybie, w środku zwykłe krzesło z lat dziewięćdziesiątych i lustro z odpryskami na rogach. Kwiaciarnia — zamknięta, z plastikowym bukietem płowiejącym na wystawie od co najmniej dwóch lat.


Trzeci lokal był inny.


Na szyldzie napis: „Centrum Rozwoju Osobistego Cocomo”. Pod spodem logo — sztanga, nad gryfem ludzki mózg. Mózg narysowany z zachowaniem anatomicznych proporcji, z widocznymi zwojami i bruzdami, jakby autor konsultował się z podręcznikiem neuroanatomii albo przynajmniej z Wikipedią. Sztanga narysowana mniej starannie, co nie miało znaczenia, bo nikt w Hrubieszowie nie przychodziłby tu dla sztangi.


Piotr miał przejść obok. Kawalerka, ser topiony, łóżko z pościelą do wymiany.


Ale się zatrzymał.


Co mi szkodzi.


Kowalczyk chodzi tu i może pije białko, a może kituje, a może komuś opowiada o swoich problemach — bo prokuratorzy też mają problemy, tyle że polegają one na tym, że podwładni robią literówki, więc trudno traktować je poważnie.


Piotr pchnął szklane drzwi i wszedł.


***


Dzwoneczek nad framugą. Taki, jaki wiesza się w sklepach osiedlowych, żeby właściciel wiedział, że ktoś przyszedł, bo właściciel jest w zapleczu i pije herbatę.


Za kontuarem nikogo nie było.


Na ścianie trzy plakaty z kulturystami w pozach, które w świecie fitness mają nazwy, a poza nim nie mają żadnych, bo nikt nie potrzebuje nazw na coś, na co nie chce patrzeć. Kulturyści byli olśniewająco brązowi, olśniewająco naoliwieni, olśniewająco nienaturalni.


Czwarty plakat był inny. Wielki mózg — ten sam co na szyldzie, powiększony do rozmiaru filmowego. Pod spodem: SPOTKANIE AUTORSKIE — Jacek Horodelski — „Neurobiohaking”. Poniżej, złotą czcionką na czarnym tle: ZHAKUJ SWÓJ UMYSŁ. Piotr przeczytał to dwa razy. „Zhakuj.” Nie hackuj. Słowo, które nie istniało w żadnym języku, wydrukowane złotem, jakby ktoś zaprojektował okładkę książki i okładka powiedziała o książce wszystko, co trzeba było wiedzieć.


Zaśmiał się w duchu. Pierwszy raz tego dnia coś poruszyło się w nim w innym kierunku.


Już miał wyjść.


Drzwi na zapleczu otworzyły się i pojawił się mężczyzna.


Około trzydziestki, ale z tej kategorii ludzi, którym wiek nie dodaje powagi, tylko entuzjazmu. Wysoki, metr osiemdziesiąt pięć, może sześć. Włosy kręcone, gęste, jasne — jak u cherubinów w malarstwie renesansowym, z tą różnicą, że cherubiny nie mają szyi o obwodzie czterdziestu pięciu centymetrów ani ramion, które napierają na szwy koszulki polo. Muskularny w sposób, który nie pochodzi z genetyki, tylko z planu treningowego, diety, suplementacji i tysięcy powtórzeń wykonanych przez człowieka traktującego swoje ciało jak projekt do zrealizowania.


Uśmiechnął się, jakby Piotr był osobą, na którą czekał cały dzień.


— Witaj, przyjacielu! Zapraszam!


Piotr nie zdążył nic powiedzieć. Mężczyzna przeszedł kontuar w dwóch krokach, wyciągnął prawą dłoń i złapał dłoń Piotra, zanim ta zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję w sprawie uścisku. Uścisk był mocny, ciepły i trwał o trzy sekundy za długo.


— Jestem Łukasz Dębowski — powiedział, wciąż trzymając dłoń.


A potem drugą ręką objął Piotra.


Nie tak, jak obejmuje się kogoś bliskiego — tak, jak obejmuje się kogoś, kto bliskim dopiero zostanie, co jest znacznie gorsze, bo zakłada decyzję, której druga strona nie podjęła. Ramię Łukasza owinęło się wokół barków Piotra i przyciągnęło go bliżej — na odległość, z której Piotr czuł zapach wody kolońskiej, słodkawej, sandałowej, sprzedawanej w drogeriach w butelkach przypominających granaty. Strefa intymna Kluczyckiego — ta niewidzialna bańka, którą każdy człowiek nosi wokół siebie — została zgnieciona i wchłonięta przez fizyczną obecność tego człowieka.


Piotr powinien był się cofnąć.


Nie zrobił nic. Jak to miał w zwyczaju.


Podał rękę, dał się objąć i dał się nakierować tam, dokąd prowadziła ręka Łukasza — w stronę drzwi na siłownię.


***


Siłownia była większa niż sugerowała fasada. Ktoś połączył dwa lokale i wybił ścianę, co dało może sześćdziesiąt metrów kwadratowych. W warszawskich standardach studio butikowe, w hrubieszowskich — pełnowymiarowa.


Drugi trener — młodszy, łysy, w koszulce COCOMO na plecach — pomagał starszemu mężczyźnie przy wyciskaniu. Przy bramie ćwiczyła kobieta w średnim wieku z wyrazem twarzy człowieka, który jest tu z polecenia lekarza, nie z przyjemności. Na bieżni biegła dziewczyna w słuchawkach, ze wzrokiem wbitym w telefon na ramieniu, odcięta od świata w sposób, który młodzi opanowali do perfekcji.


Łukasz Dębowski zatrzymał się pośrodku sali, położył dłoń na ramieniu Piotra — znowu, ta ręka — i zawołał głosem wypełniającym całą halę:


— Ludziska! Poznajcie Piotra! Będzie się tu pojawiał częściej!


Trener przy ławce uniósł rękę. Kobieta przy bramie skinęła głową. Dziewczyna na bieżni nie zareagowała — słuchawki. Starszy mężczyzna leżał pod sztangą i nie był w pozycji, w której reaguje się na cokolwiek.


Piotr nic nie powiedział. Jeszcze nic nie postanowił. Jeszcze nic nie uzgodnił. Podał człowiekowi rękę i powiedział swoje nazwisko. A ten już ogłosił całej siłowni, że Piotr będzie się tu pojawiał częściej — jakby to był fakt, a nie hipoteza. Jakby decyzja została podjęta, a Piotr po prostu nie został o niej poinformowany.


— Zobacz — powiedział Łukasz, obracając Piotra za ramiona w stronę hantli — mamy wszystkie sprzęty. Jak w Zamościu! Co ja mówię — jak w Lublinie! Albo Warszawie!


Zestaw hantli od pięciu do czterdziestu kilogramów, trzy ławki i brama wielofunkcyjna — jak w Warszawie. Piotr Kluczycki nic na to nie powiedział.


I wtedy znowu poczuł rękę na swoich plecach.


***


Pokój był na końcu krótkiego korytarza, za drzwiami bez tabliczki. Łukasz otworzył je, delikatnie, ale stanowczo wepchnął Piotra do środka i zamknął za nimi. Kliknięcie zamka w cichym korytarzu zabrzmiało jak kropka na końcu zdania.


Trzy na trzy metry. Dwa fotele uszaki — jeden bordowy, drugi ciemnozielony, z tego samego katalogu, ale w różnych kolorach, jakby ktoś chciał stworzyć iluzję wyboru. Między nimi mały okrągły stoliczek z wizytówkami i długopisem. Żadnych okien. Jedno ciepłe, żółtawe światło sufitowe — takie z poczekalni dentystycznych, żeby pacjent nie widział zbyt wyraźnie tego, co go czeka.


— Piotrek, siadaj — powiedział Łukasz i lekko nacisnął na bark, nakierowując Piotra na bordowy fotel.


Piotr usiadł. Fotel był głębszy niż oczekiwał — zapadł się niżej niż zamierzał i patrzył na świat z perspektywy o kilka centymetrów niższej niż zwykle. Fotel Łukasza stał na lekkim podwyższeniu. Różnica niedostrzegalna dla świadomego umysłu, ale wystarczająca, żeby jeden człowiek patrzył lekko w górę, a drugi lekko w dół.


Łukasz usiadł i uśmiechnął się.


Piotr już otwierał usta, żeby coś powiedzieć — sam nie wiedział co, bo przecież zajrzał tu z ciekawości, a teraz siedział w małym pokoju z człowiekiem, którego zna od stu dwudziestu sekund, w fotelu, z którego trudno wstać.


Nie zdążył.


Bo zobaczył, że w ręku Łukasza — nagle, bez żadnego ruchu, który zdążyłby zarejestrować — pojawił się długopis.


***


Srebrny, metalowy, z klipsem. Łukasz trzymał go w prawej dłoni na wysokości klatki piersiowej i zaczął pstrykać — rytmicznie, równo, z odstępami może półtorej sekundy. Wkład wysuwał się i chował. Wysuwał się i chował. Długopis był dokładnie na wprost oczu Piotra.


Klik. Klik. Klik.


Łukasz zaczął mówić. Głos miał teraz inny niż na sali — nie entuzjastyczny. Monotonny. Równy jak metronom, jak szum wentylatora, jak dźwięk, który jest tak jednostajny, że po chwili przestaje się go słyszeć i zaczyna się go czuć.


— Siedzisz teraz, Piotrze, w fotelu i słyszysz mój głos, i myślisz o swoich problemach, i dlatego zaczynasz czuć, że tylko ja mogę ci pomóc.


Klik. Klik. Klik.


Piotr poczuł spokój. Dziwny — nie taki, który przychodzi po dobrym dniu, po kąpieli, po winie, po seksie, po czymkolwiek, co człowiek robi świadomie. Ten przyszedł z zewnątrz. Wsunął się przez uszy i rozpłynął w nim jak środek znieczulający, który nie usypia, ale wyłącza opory. Mięśnie Piotra, napięte od rana, od miesiąca, od dwudziestu czterech lat, rozluźniły się. Ręce opadły na poręcze.


Łukasz kontynuował. Długopis pstrykał.


— Przychodzenie tutaj pomoże ci odnaleźć to, czego szukasz. Oczywiście nie musisz teraz podejmować decyzji, żeby tu przychodzić częściej, ale możesz pozwolić sobie odetchnąć głęboko…


Piotr odetchnął głęboko. Nie dlatego, że chciał — dlatego, że Łukasz powiedział „odetchnąć głęboko”, a ciało posłuchało, zanim umysł zdążył zapytać dlaczego.


— Wiesz, jedna klientka powiedziała mi: „Całkowicie ci ufam”. Ciekawe, jak szybko ty, Piotrze, odkryjesz, że to działa.


Klik. Klik. Klik.


Coś w nim było lekkie. Coś ciepłe. Pstrykający długopis nadawał rytm jego myślom, a głos Łukasza był jedynym dźwiękiem, który miał znaczenie.


— Mamy różne pakiety. Nie musisz wybierać najdroższego, ale ta decyzja jest twoja. Ten pakiet obejmuje pełny trening personalny, mentalny i siłowy.


Piotr pomyślał, że ten facet ma rację. Że ma rację w sposób, w jaki mają rację ludzie, których słucha się całym ciałem. On, Piotr, musi odmienić swoje życie. Potrzebuje tego tak bardzo jak powietrza, jak wody, jak — choć nigdy nie przyznałby tego na głos — żeby ktoś powiedział mu, co ma robić, bo sam nie wiedział.


— W tym pakiecie widzimy się codziennie, o tej godzinie co dziś.


Klik.


I wtedy Łukasz klasnął.


Głośno. Energicznie. Sucho. W pokoju trzy na trzy metry dźwięk odbił się od ścian jak strzał. Klikanie długopisu ustąpiło. Monotonia głosu ustąpiła. Łukasz mówił teraz szybko, ostro, w tempie bez czasu na myślenie:


— Podpisujemy umowę, a ty wpisujesz swoje dane!


Długopis znalazł się w dłoni Piotra. Na stoliczku leżała kartka — dwie strony drobnym drukiem. Nagłówek: UMOWA O ŚWIADCZENIE USŁUG TRENINGOWYCH I MENTALNYCH.


Piotr chwycił długopis. Podpisał. Wpisał imię, nazwisko, PESEL, adres. Pisał starannie. Bez literówek. Tym razem bez literówek.


Gdy skończył, Łukasz dotknął jego kolana. Przyjacielski dotyk — albo to, co Łukasz Dębowski rozumiał przez słowo „przyjacielski”.


— Tu masz konto. Przelew na tysiąc złotych możesz zrobić do końca miesiąca.


Tysiąc złotych. Prawie jedna piąta wypłaty asystenta prokuratury w Rzeczypospolitej Polskiej. Piotr skinął głową.


Łukasz wstał. Piotr wstał. Ręka Łukasza znowu na plecach — nie błądziła, nie szukała, wiedziała dokładnie, dokąd prowadzić. Przez korytarz obok siłowni, obok kontuaru, do wyjścia.


Dzwoneczek zadzwonił, gdy Piotr wychodził.


***


Piotr Kluczycki stanął na chodniku przy Listopadowej.


Był szczęśliwy.


Tak. Nie ulga, nie spokój, nie nadzieja — szczęście. Pełne, okrągłe, gładkie jak kamień rzeczny, który leży w dłoni i pasuje do niej idealnie. Mięśnie rozluźnione. Oddech głęboki. Plamy potu pod pachami wciąż były, ale mu już nie przeszkadzały.


Ten gość jest dobry w swojej pracy. On zmieni moje życie. Kowalczyk miał rację — ten dziad, ale miał rację.


Piotr podreptał ulicą Listopadową w kierunku Piłsudskiego, do kawalerki, do lodówki z serem topionym, do łóżka z pościelą do wymiany, do życia, które jeszcze rano było nie do zniesienia, a teraz było — znośne. Więcej. Dobre. Dobre, bo ktoś mu powiedział, że będzie dobre, a on uwierzył.


Pod blokiem stała jego Skoda Fabia rocznik dwa tysiące osiemnaście. Nie używał jej do pracy — prokuratura była jedenaście minut pieszo. Jeździł nią do Zamościa po większe zakupy, albo do Lublina, żeby zobaczyć miasto z więcej niż jedną księgarnią. Skoda stała na parkingu i zbierała kurz, klimatyzacja nie działała, ale to dzisiaj nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia oprócz tego ciepłego, gładkiego uczucia w klatce piersiowej, które Łukasz Dębowski włożył tam pstrykającym długopisem i monotonnym głosem — w pokoju trzy na trzy metry, bez okien, z dwoma fotelami, z których jeden stał wyżej niż drugi.

ROZDZIAŁ 3 — Zapinka z epoki brązu

Był czwartek.


Piotr Kluczycki siedział w pokoju numer siedem i nie robił nic. To znaczy — siedział za biurkiem, monitor był włączony, na ekranie otwarty edytor tekstu, a kursor mrugał na początku pustej strony z cierpliwością maszyny, która nie rozumie, że człowiek po drugiej stronie nie zamierza nic napisać.


W szafie czekało dziesięć spraw. Dziesięć aktów oskarżenia do napisania. Od poniedziałku Piotr napisał jeden. Ten z błędami. Dziewięć pozostałych leżało nienaruszone.


Płacą mi tyle, że nie będę się wysilał — pomyślał i rozparł się na fotelu. Aksjomat, na którym opierała się cała jego filozofia pracy. Siedem tysięcy pięćset brutto, pięć tysięcy czterysta netto — za tyle Rzeczpospolita Polska dostawała od Piotra Kluczyckiego dokładnie tyle wysiłku, ile Piotr uważał za stosowne. A uważał za stosowne niewiele. Rynek regulował sam siebie. Niska płaca, niskie zaangażowanie. W teorii ekonomii to się nazywa równowagą. W praktyce prokuratorskiej — problemem. Ale nie jego.


***


Sekretariat Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie mieścił się w pokoju pięć na dziesięć metrów, co czyniło go zdecydowanie największym pomieszczeniem w budynku — większym niż gabinet szefa, większym niż sala przesłuchań. Sekretariat nie był miejscem śledztw. Był miejscem władzy.


Pięć biurek stało w układzie, który każdy, kto pamięta szkołę, rozpoznałby natychmiast. Cztery w dwóch rzędach, jedno za drugim — jak ławki uczniowskie. Piąte na końcu sali, przodem do pozostałych — jak biurko nauczyciela. Za tym piątym siedziała Krystyna.


Krystyna Nowak miała pięćdziesiąt pięć lat, sto dwa kilogramy i tytuł kierownika sekretariatu, choć ten ostatni był najmniej istotny z trzech wymienionych faktów. Pracowała tu od dwudziestu ośmiu lat. Była tu, gdy odchodził poprzedni szef. Była tu, gdy przychodził obecny. Prokuratorzy przychodzili i odchodzili. Krystyna zostawała. Z każdym kolejnym prokuratorem, który próbował ją pominąć i wracał z podkulonym ogonem, bo nie znał prostych technicznych zagadnień, które ona znała — jej władza rosła.


Nawet prokuratorzy jej nie podskakiwali. Mówili do niej „pani Krysiu”, ona mówiła do nich po imieniu, jeśli byli wystarczająco młodzi i nikt nie protestował, bo nikt nie chciał się dowiedzieć, co się dzieje, gdy Krystyna Nowak uzna kogoś za wroga.


Teraz siedziała za swoim biurkiem i piła herbatę z kubka z napisem „Najlepsza Mama”, choć jej dzieci dawno się wyprowadziły i rzadko dzwoniły. Herbata była gorzka, bo Krystyna nie słodziła. Patrzyła na cztery urzędniczki jak nauczycielka.


Przy tylnym biurku po prawej siedziała Karina — może dwadzieścia lat, może dziewiętnaście, z tego pokolenia, które wygląda na osiemnaście aż do trzydziestki, a potem nagle na czterdzieści. Praktykantka ze stażu z urzędu pracy. Wiedziała, że jeśli będzie grzeczna, dostanie umowę na zastępstwo. Była więc grzeczna.


Obok, przy sąsiednim biurku, Lucyna — trzydzieści pięć lat, dwoje dzieci, mąż kierowca TIR-a wracający co dwa tygodnie. Osiem lat w sekretariacie. Wiedziała o prokuraturze wszystko, co warto wiedzieć, czyli głównie to, o czym nie mówi się na głos.


Lucyna pochyliła się do Kariny i szepnęła:


— Zobacz, ten młody Patrick Starr, to znaczy Piotr Starr, znowu się spóźnił.


Karina się zaśmiała.


— Dziś prokurator Bożena ma przesłuchanie i młody idzie na protokół — szepnęła. — Będzie ubaw.


Krystyna klasnęła w dłonie. Sucho i krótko, jak wyrok w postępowaniu nakazowym.


— Dziewczynki! Robota jest, nie gadamy!


Ucichły. Jak uczennice.


***


O dziesiątej zero zero drzwi sekretariatu otworzyły się i weszła prokurator Bożena Świecka.


Pięćdziesiąt osiem lat, dwa lata do emerytury, budowa ciała eufemistycznie zwana przysadzistą. Niska, szeroka w biodrach, z rękami krótkimi, ale silnymi — rękami kobiety, która całe życie nosiła torby z zakupami, teczki z aktami i trzydzieści lat pracy w prokuraturze, co jest ciężarem niemierzalnym w kilogramach, ale który zgiął jej kręgosłup w sposób widoczny gołym okiem. Cała spocona — perły potu na twarzy, mokre półkola pod pachami, kosmyki włosów przyklejone do czoła.


W obu rękach trzymała siatki z zakupami. Z jednej wystawały łodygi selera naciowego i pęczek koperku. Z drugiej marchew, ziemniaki, pieczarki. Targ w Hrubieszowie odbywał się w czwartki i był jednym z tych rytuałów, które w małych polskich miastach porządkują tydzień lepiej niż jakikolwiek kalendarz — rolnicy przywozili warzywa, starsze panie kupowały koperek, a prokurator Bożena Świecka robiła zakupy przed pracą, bo po pracy na targu zostawały tylko resztki.


— Dzień dobry paniom — powiedziała i przeszła przez sekretariat, zostawiając za sobą zapach koperku.


Nikt nie skomentował. Prokurator przychodząca o dziesiątej z siatkami z targu nie była anomalią. Była tradycją.


***


O dziesiątej trzydzieści drzwi otworzyły się ponownie i tym razem zapach był inny.


Dwóch młodych policjantów w mundurach, z wyrazem twarzy ludzi, którzy chcieliby być gdzie indziej, wprowadziło mężczyznę. Około czterdziestu lat, choć wyglądał na więcej. Ubranie brudne — nie brudne jak po ciężkim dniu, ale jak po ciężkim tygodniu, może miesiącu. Koszula w kratę kiedyś niebieska, teraz w kolorze niemożliwym do określenia. Spodnie drelichowe z rozcięciem na kolanie. Buty bez sznurówek.


Śmierdział. Słowo niedokładne, bo sugeruje jeden zapach, a z tego człowieka bił cały bukiet: szczochy — ten słodkawy, gnilny opar, który wydziela ciało po dniach bez mycia, gdy bakterie na skórze pracują na pełnych obrotach; sfermentowany alkohol, nie świeży, przenikający przez pory skóry jak trucizna wychodząca tą samą drogą, którą weszła; i coś ziemistego, piwnicznego, zapach ubrania, które leżało zbyt długo w zbyt wilgotnym miejscu.


Cztery urzędniczki jednocześnie podniosły głowy. Karina zakryła nos dłonią. Lucyna cofnęła krzesło. Nawet Krystyna — Krystyna, która widziała w tym sekretariacie złodziei, gwałcicieli, pijaków i jednego faceta z kobrą w plecaku — zmrużyła oczy.


— Mamy podejrzanego — powiedział jeden z policjantów. — Gdzie zaprowadzić?


— Do prokurator Świeckiej — powiedziała Krystyna i wskazała drzwi.


Policjanci wprowadzili człowieka i zamknęli za sobą drzwi. Zapach został. Zapachy zawsze zostają dłużej niż ludzie.


Bożena Świecka była jedyną osobą w budynku, która go nie poczuła. Trzy lata temu przeszła grypę z gorączką pod czterdzieści i powikłaniami, po których straciła węch. Całkowicie, bezpowrotnie. Lekarze powiedzieli, że może wróci, może nie. Nie wrócił. Bożena żyła w świecie bez zapachów — nie czuła kawy, którą piła rano, koperku z targu, męża leżącego obok w nocy ani podejrzanego siedzącego naprzeciwko.


To była jej supermoc.


***


Krystyna podniosła słuchawkę telefonu wewnętrznego.


— Panie Piotrze, zapraszam do pokoju prokurator Świeckiej. Będzie pan protokołował.


Rozłączyła się, zanim Piotr zdążył odpowiedzieć. Krystyna Nowak nie prowadziła rozmów — wydawała polecenia.


Piotr pojawił się po czterech minutach. Szedł korytarzem wolno, jakby mierzył odległość stopami. Lewa, prawa, lewa, prawa. Stanął w drzwiach sekretariatu jak człowiek niepewny, czy jest we właściwym miejscu, choć był w nim każdego dnia od miesiąca.


— Ruszamy się! — ryknęła Krystyna.


Piotr nawet nie drgnął. Przeszedł przez sekretariat tym samym krokiem i zniknął za drzwiami prokurator Świeckiej.


Krystyna odczekała dwie sekundy.


— Dziewczynki, wietrzymy.


Zaśmiała się. Zaśmiała się Lucyna, Karina, dwie pozostałe urzędniczki. Krystyna otworzyła okno i lipcowe powietrze wpłynęło do sekretariatu, niosąc zapach rozgrzanego asfaltu i lip — nieładny, ale nieskończenie lepszy od tego, co zostawił po sobie podejrzany.


***


W pokoju prokurator Świeckiej powietrze było gęste.


Podejrzany siedział na krześle naprzeciwko biurka. Dwóch policjantów stało przy drzwiach, obaj odwróceni lekko w stronę okna, jakby szukali tlenu. Bożena siedziała za biurkiem, niewzruszona, nieświadoma aromatu wypełniającego jej pokój jak gaz bojowy.


Piotr usiadł i włączył komputer protokolanta. Komputer uruchamiał się dwie minuty. Piotr czekał z wyrazem twarzy człowieka, który czeka na autobus, którego nie chce złapać. Otworzył edytor. Każda czynność odrębna, każda z szybkością muchy w smole.


Bożena obserwowała go z rozbawieniem. Nasłuchała się o młodym asystencie od Karpińskiego, od Kowalczyka, od Krystyny i od każdego, kto miał coś do powiedzenia — a w małej prokuraturze każdy ma coś do powiedzenia. Teraz widziała, że koledzy mają rację. Asystent poruszał się jak człowiek pod wodą.


Podejrzany też go obserwował, z uwagą, jaką ludzie przykładają do rzeczy niezwykłych w miejscach, gdzie niezwykłości się nie spodziewają.


Bożena zaczęła przesłuchanie.


— Panie Kowalski, informuję pana, że ma pan prawo odmówić składania wyjaśnień i nie musi pan odpowiadać na pytania. Ma pan prawo do korzystania z pomocy obrońcy. Czy rozumie pan te pouczenia?


— Rozumiem.


— Czy przyznaje się pan do popełnienia zarzucanego czynu?


— Pani prokurator, przyznaję się. Jechałem samochodem po piwie.


Bożena skinęła głową. Jechałem po piwo i po piwie — w historii polskiej prokuratury te słowa padły więcej razy niż jakiekolwiek inne wyjaśnienie.


— Ile piw pan wypił tego dnia?


— Od południa cztery. A przed południem trzy.


— Od trzech dni mam wolne — dodał Kowalski, jakby to coś wyjaśniało. — O tych wcześniejszych też mam powiedzieć?


— Nie trzeba. Leczył się pan odwykowo?


Kowalski wyprostował się na krześle. W jego oczach pojawiło się coś na kształt godności — tej, którą ludzie wyciągają z kieszeni właśnie wtedy, gdy kieszeń jest pusta.


— Oczywiście, że nie. Za kogo mnie pani ma. Nie jestem alkoholikiem.


Bożena nie skomentowała. Trzydzieści lat nauczyło ją, że komentowanie takich odpowiedzi jest jak komentowanie pogody. Spojrzała na ekran komputera protokolanta.


I wtedy Bożena Świecka, kobieta spokojna, kobieta cierpliwa, kobieta której trzydzieści lat w prokuraturze dawno odebrało zdolność do zdenerwowania — wkurzyła się.


Na ekranie było napisane:


„pani prokurator przyznaję się…”


Trzy słowa. Kowalski mówił od pięciu minut. Piotr Kluczycki, asystent prokuratora z dyplomem Uniwersytetu Warszawskiego, napisał trzy słowa. I trzy kropki. Jak początek niedokończonej wiadomości tekstowej.


Bożena odwróciła się do Piotra. Jeszcze próbowała być grzeczna.


— Panie Piotrusiu, co pan robi?


— Nic nie robię — powiedział Piotr.


Bez ironii. Bez złośliwości. Stwierdził fakt, tak jak stwierdza się, że pada deszcz.


— Widzę — powiedziała Bożena. — Wynocha. Proszę zawołać panią Karinę.


Piotr wstał. Powoli, jak wszedł. Nie powiedział nic, nie przeprosił, nie oblał się rumieńcem. Wyszedł tym samym krokiem, którym przyszedł — lewa, prawa, lewa, prawa.


Kowalski — pijany, brudny, śmierdzący, który jechał samochodem po piwo i wypił tego dnia siedem — obserwował scenę z wyrazem twarzy człowieka, który po raz pierwszy w życiu widzi coś ciekawszego od własnych kłopotów. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.


***


Piotr wrócił do pokoju numer siedem, usiadł na fotelu i pomyślał: może to i dobrze.


Nie będzie go wołać. Ta Bożena. Teraz wie, że to nie ma sensu, a on będzie mógł spokojnie siedzieć w pokoju i robić tyle, ile chce. Na swoich warunkach.


Zresztą — gdyby pisał szybciej, wciąż siedziałby w tym smrodzie.


Zaśmiał się w duchu. Logika niezawodna: powolność go uratowała. Gdyby był sprawny, gdyby protokołował jak normalni asystenci — siedziałby teraz i pisał słowa pijanego człowieka, który nie jest alkoholikiem. A tak siedzi w cichej, wolnej przestrzeni pokoju numer siedem, i wentylator mieli powietrze monotonnie i niewinnie.


Zaczął myśleć o Łukaszu. O klikającym długopisie, o głosie jak szum, o fotelu, w który się zapadał, o spokoju, który przyszedł z zewnątrz i został w nim jak ciepło po kąpieli. Poczuł to samo szczęście, okrągłe i gładkie, co wczoraj na chodniku przy Listopadowej.


Szczęście opuściło go, gdy wziął do ręki akta z policji.


Leżały na biurku od poniedziałku, w brązowej teczce ze sznurkiem. Otworzył bez entuzjazmu, bo akta policyjne są pisane językiem jednocześnie technicznym i nudnym — połączenie, jakie udało się osiągnąć tylko polskiej biurokracji.


Kolejna nuda.


I wtedy przeczytał nagłówek.


Podejrzany: Kalkosiński Kazimierz, lat 62, zam. Hrubieszów, ul. Staszica 14, antykwariusz.


Zarzut: paserstwo, tj. czyn z art. 291 §1 k.k. — zakup oraz oferowanie do sprzedaży należącej do Skarbu Państwa zapinki z miedzi w kształcie liścia lipy, pochodzącej z epoki brązu.


Piotr zatrzymał się. Wrócił do początku. Przeczytał jeszcze raz. Zapinka z miedzi w kształcie liścia lipy, z epoki brązu.


Ciekawe — pomyślał. Pierwszy raz od miesiąca o czymkolwiek związanym z tą pracą.


Czytał dalej. Kalkosiński prowadził sklep z antykami przy ulicy, którą Piotr mijał codziennie. Kupił zapinkę od rolnika z Dębów — Jana Grochalskiego — który wykopał ją pługiem na swoim polu. Piotr znał tę wieś. Dęby — mała, otoczona lasami, z radzieckimi bunkrami z czasów wojny, obrośniętymi mchem i pnączami, w których dzieci bawiły się w wojnę. Grochalski orał i pług wyrzucił coś zielonego, okrągłego, pokrytego patyną. Zapinka. Trzy tysiące lat pod ziemią, a potem pług, ręka rolnika, ręka antykwariusza, wystawiona na portalu za 18.000 złotych. Należy do Skarbu Państwa, bo w Polsce wszystko pod ziemią należy do państwa.


Przez kilka minut — może dziesięć, może piętnaście — Piotr nie był asystentem prokuratora zarabiającym pięć tysięcy czterysta złotych. Był na polu pod Dębami, w porannym świetle, z pędzlem w ręku, odsłaniał kolejne warstwy stanowiska — ostrożnie, centymetr po centymetrze, tak jak odsłania się rzeczy, które leżały trzy tysiące lat i zasługują na to, żeby ktoś delikatnie zdjął z nich ziemię i pozwolił im zobaczyć światło.


Słyszał ptaki. Czuł zapach pola po deszczu. Widział liść lipy z brązu — idealny, z żyłkami, z patyną, z trzema tysiącami lat na powierzchni.


Z zamyślenia wyrwały go otwierane drzwi.


Wszedł Henryk Kowalczyk. Stał w progu — pięćdziesiąt lat, wąsy, zmarszczki zmęczenia — i powiedział tonem, który chciał być służbowy, a był rezygnacją zawiniętą w celofan uprzejmości:


— Panie Piotrze, proszę o akt oskarżenia, który pan dziś napisał.


Piotr spojrzał na niego z wyrzutem. Zły, że ktoś go wyrwał z Dębów, z pola, z porannego światła, z zapinki w kształcie liścia lipy. Że ktoś otworzył drzwi i wrócił go do pokoju numer siedem, do wentylatora, do szafy z dziewięcioma nienaruszonymi sprawami.


Odpowiedział szybciej niż zwykle, bo złość przyspieszyła odpowiedź:


— Panie prokuratorze, byłem dziś na protokole z prokurator Bożeną i nie miałem kiedy napisać.


Kowalczyk westchnął. Krótko, cicho, ledwo słyszalnie — ale w tym westchnieniu zmieściło się wszystko. Etat, który może zabrać Ministerstwo. Umowa na rok, której nie można zerwać. Karpiński mówiący: będą z nim kłopoty. Bożena wkurwiona, opowiadająca mu o tym dziś po południu. I ten chłopak — dwadzieścia cztery lata, olimpiady z historii, piątka na studiach — siedzący w fotelu i mający pretensje, że ktoś każe mu pracować.


— Wiem, panie Piotrze — powiedział Kowalczyk.


I wyszedł.


Drzwi się zamknęły. Wentylator mielił powietrze. Kursor mrugał na początku pustej strony. Na biurku leżały akta Kalkosińskiego, otwarte na opisie zapinki, i Piotr patrzył na nie, ale już ich nie widział, bo Dęby były daleko, poranne światło zgasło, a on znowu był asystentem prokuratora w Hrubieszowie, z dziewięcioma aktami oskarżenia do napisania i ani jednym ukończonym.

ROZDZIAŁ 4 — Transformacja

Piotr Kluczycki pchnął szklane drzwi Cocomo o siedemnastej czterdzieści pięć. Dzwoneczek zadzwonił. Łukasz wyszedł zza kontuaru w dwóch krokach, wyciągnął dłoń i złapał dłoń Piotra, zanim ta zdążyła podjąć jakąkolwiek decyzję. Uścisk mocny, ciepły, o trzy sekundy za długi — tak samo jak poprzednio. Drugą ręką objął Piotra za ramiona i przyciągnął go do siebie.


Tym razem Piotr nie poczuł dyskomfortu. Poczuł ulgę. Ciepło ramienia Łukasza na plecach było jak powrót do miejsca, które znał. Zapach wody kolońskiej — słodkawy, sandałowy — był znajomy. Strefa intymna, którą dwa dni temu wyważono, teraz otworzyła się sama.


Łukasz nakierował go w stronę korytarza. Piotr pozwolił się prowadzić.


***


Pokój taki sam — trzy na trzy metry, dwa fotele uszaki, stoliczek z wizytówkami, jedno światło sufitowe. Piotr usiadł w bordowym fotelu i zapadł się w miękką tapicerkę. Łukasz usiadł naprzeciwko — o kilka centymetrów wyżej, choć Piotr tego nie zauważył.


— Piotrek — powiedział Łukasz — powiedz mi: co chcesz osiągnąć, przychodząc tutaj?


Piotr zamrugał.


— Szef mi polecił to miejsce — powiedział w końcu.


— Szef?


— Henryk Kowalczyk.


— Aha — powiedział Łukasz i w jego oczach pojawił się błysk. — I co on tu robi? Trenuje?


— Mówił, że chodzi na siłownię.


Łukasz uśmiechnął się. Krótko, kontrolowanie.


— Piotrek, prowadzimy rejestr członków. Muszę cię zmartwić — Henryk Kowalczyk u nas nie ćwiczy. Nigdy tu nie był.


Cisza.


Piotr poczuł coś zimnego w klatce piersiowej. Ten dziad go oszukał. Ten dziad z wąsami, z kawą z trzema łyżeczkami cukru, z plamą na suficie w kształcie przedrozbiorowej Polski — stał nad nim w gabinecie i radził siłownię, psychologa, trenera mentalnego, jakby sam korzystał, jakby wiedział, o czym mówi. Kłamał. Bo tak się robi w polskich instytucjach — mówi się podwładnemu cokolwiek, byle nie powiedzieć prawdy.


Łukasz obserwował twarz Piotra. Widział, jak rozgoryczenie przesuwa się po niej jak cień.


— A kim jest twój szef? — zapytał, pochylając się lekko.


— Szefem Prokuratury Rejonowej w Hrubieszowie.


W oczach Łukasza coś się zmieniło. Nie błysk — rozszerzenie źrenic, taki mikrowyraz pojawiający się u ludzi, gdy widzą coś wartościowego. Prokuratura. Szef prokuratury.


— A ty jesteś prokuratorem?


— Asystentem.


Ledwo widoczne rozczarowanie. Asystent to nie prokurator. Ale asystent prokuratury to wciąż więcej niż pacjent z wrzodami.


Łukasz wyprostował się.


— Piotrek, zanim zaczniemy, musimy podnieść energię. Oddychajmy energicznie. Razem. Wdech przez nos, wydech przez usta. Szybko. Zaczynamy!


Zaczął demonstrować — krótkie, płytkie oddechy, ramiona unoszące się i opadające. Piotr patrzył przez sekundę, a potem zaczął naśladować.


Łukasz przestał po trzech sekundach. Piotr nie zauważył.


Oddychał dalej — szybko, płytko, rytmicznie. Po trzydziestu sekundach poczuł mrowienie w palcach. Po minucie lekkie zawroty głowy. Po półtorej — świat zaczął się rozmywać na brzegach, kolory stały się jaśniejsze, dźwięki dalsze.


Efekt Bohra. Hiperwentylacja obniża poziom dwutlenku węgla we krwi, skurcz naczyń, mniej tlenu w mózgu mimo pracujących na pełnych obrotach płuc. Stan bliski transowi, zwiększona podatność na sugestię, osłabione myślenie krytyczne.


Łukasz wiedział to wszystko. Piotr nie wiedział nic.


— Bardzo dobrze — powiedział Łukasz cicho, głosem teraz monotonnym, równym jak metronom.


— Zamknij oczy i słuchaj mojego głosu.


Piotr zamknął oczy.


W prawej dłoni Łukasza pojawił się długopis. Srebrny, metalowy, z klipsem.


Klik. Klik. Klik.


— Wyobraź sobie, że twoja praca to ciężki kamień. Widzisz go? Opisz mi go dokładnie. Każdy szczegół. Żebyś mógł go wreszcie odłożyć. Mówiąc o tym, uwalniasz się.


Piotr zaczął mówić.


Mówił o pokoju numer siedem. O monitorze siedemnastu cali i drukarce Brother. O wentylatorze. O szafie z dziewięcioma aktami, których nie napisał. O Karpińskim i literówkach. O Kowalczyku, który kłamał o siłowni. O Bożenie Świeckiej i jej „wynocha”. O smrodzie podejrzanego Kowalskiego. O Krystynie Nowak. O kawalerce przy Piłsudskiego i serze topionym za trzy dziewięćdziesiąt.


I o aktach antykwariusza.


— Kalkosiński — mówił Piotr, a jego głos był płaski, jak głos człowieka czytającego na głos listę zakupów. — Kazimierz Kalkosiński. Lat sześćdziesiąt dwa. Antykwariusz z Hrubieszowa. Kupił zapinkę od rolnika z Dębów. Zapinka z miedzi, w kształcie liścia lipy, z epoki brązu. Trzy tysiące lat. Wystawił ją na portalu za osiemnaście tysięcy złotych.


Łukasz słuchał. Długopis pstrykał.


Klik. Klik. Klik.


Piotr mówił dalej — o Grochalskim i pługu, o radzieckich bunkrach w Dębach, o artykule 291 paragraf 1 kodeksu karnego, o tym, że wszystko pod ziemią w Polsce należy do państwa.


Gdy skończył, w pokoju była tylko cisza i klikanie.


Łukasz pochylił się.


— Teraz — głos miękki jak aksamit — kiedy wyrzuciłeś ten ciężar, poczuj, jak staje się lekki. Lekki jak dym. I rozpływa się.


Klik. Klik.


— Te szczegóły, o których mówiłeś, nie są już twoje. Kiedy otworzysz oczy, poczujesz tylko wielką ulgę i jasność umysłu. Szczegóły naszej rozmowy będą jak sen, który zaciera się o poranku. Zostanie tylko poczucie mocy.


Klik.


I wtedy Łukasz klasnął.


— Idziemy na siłkę, chłopie!


Łukasz stał już przy drzwiach. Piotr zamrugał. Coś mu umknęło — jakiś fragment rozmowy, kawałek czasu — ale nie umiał powiedzieć co. Ostatnie, co pamiętał, to ćwiczenia oddechowe.


Wstał z fotela. Nogi miał lekko miękkie.


***


Siłownia pachniała gumą i potem. Łukasz posadził Piotra na rowerku i ustawił opór na poziom czwarty.


— Piętnaście minut. Kręć.


Piotr kręcił. Puls rósł, pot zbierał się na czole. Po piętnastu minutach Łukasz przeniósł go do hantli.


— Wyciskanie nad głową. Dziesięć powtórzeń, trzy serie.


Ramiona piekły, mięśnie drżały. Po trzech seriach Łukasz dał mu hantlę lżejszą.


— Unoszenie bokiem. Dziesięć, trzy.


Po czterdziestu pięciu minutach Piotr był mokry. Koszula lepiła się do pleców, plamy potu pod pachami przekroczyły granice przyzwoitości.


— Prysznic — powiedział Łukasz. — Potem sauna. Dziesięć minut.


Woda gorąca, potem zimna, potem gorąca. Sauna mała — dwie ławki, piec elektryczny, zapach cedrowego drewna. Siedział sam w ciszy i czuł, jak mięśnie się rozluźniają.


Nie myślał o niczym. To było przyjemne.


***


Piotr Kluczycki wyszedł z Cocomo o dziewiętnastej trzydzieści. Zmęczony fizycznie, ze zmęczonymi mięśniami, zmęczonym ciałem, które przez dwadzieścia cztery lata używał głównie do siedzenia.


Doszedł do kawalerki. Zdjął buty. Położył się na łóżku z pościelą, której nie zmienił od miesiąca.


Zasnął.


***


Łukasz Dębowski zamknął Cocomo o dwudziestej, zgasił światła na siłowni, wszedł do biura za kontuarem i otworzył laptop.


Uwielbiam to robić.


Czyścić komuś pamięć. Patrzeć, jak klient wychodzi z pokoju i nie pamięta ostatnich kilku minut. Jak mruga oczami, jak czegoś szuka w głowie i nie znajduje, jak idzie na siłownię posłusznie i nie pyta, co było wcześniej.


Dotąd miewał lekarzy, drobnych biznesmenów, właściciela hurtowni materiałów budowlanych płacącego tysiąc złotych miesięcznie i opowiadającego o dostawcach, dentystkę mówiącą o pacjentach — kto ma próchnicę, kto protezy, kto boi się zastrzyków. Co mu po tym? Co mu po tym, że Jan Kowalski ma wrzody żołądka albo że Maria Nowak kupuje cement po pięćset złotych za tonę?


Nic. Może kiedyś.


Ale teraz miał Piotra.


Asystent prokuratora. Nie prokuratora — to było rozczarowanie. Ale asystent prokuratury to ktoś, kto siedzi w prokuraturze. Kto widzi akta. Kto słyszy rozmowy. Kto wie, co się dzieje — może nie wszystko, ale wystarczająco dużo.


Kalkosiński. Zapinka z epoki brązu. Osiemnaście tysięcy złotych.


Łukasz zapisał to w pliku na laptopie. Plik nazywał się „Notatki treningowe” i zawierał dwa lata sekretów wyciągniętych z klientów — uporządkowanych alfabetycznie, z datami, z kategoriami. Biznes. Zdrowie. Rodzina. Prawo.


W kategorii „Prawo” do tej pory nie było nic.


Teraz było.


Zrobię z niego superpracownika — pomyślał, zamykając laptop. Niech pracuje. Niech awansuje. Niech ma dostęp do coraz więcej.


A ja będę słuchał.


***


Piotr Kluczycki obudził się o szóstej rano.


Wszystko go bolało. Ramiona, nogi, plecy, mięśnie, o których istnieniu nie wiedział — każdy ruch przypominał o wczorajszym treningu. Wstawanie z łóżka, podnoszenie ręki, schylanie po skarpetki.


Ale był szczęśliwy. To samo szczęście co wczoraj — gładkie, okrągłe, ciepłe. Nie pamiętał dokładnie, co robił w Cocomo. Ćwiczenia oddechowe, rowerek, prysznic. Reszta była mgłą. Ale to nie miało znaczenia. Ważne, że działało.


Ubrał się powoli i poszedł do pracy. Dziś odpocznie, zregeneruje się. Usiądzie w pokoju numer siedem, poczeka do szesnastej, potem pójdzie do Cocomo.


Plan był prosty. Plan był dobry.


Plan nie przetrwał kontaktu z rzeczywistością.


***


O ósmej piętnaście drzwi pokoju numer siedem otworzyły się i wszedł Henryk Kowalczyk z brązową teczką przewiązaną sznurkiem.


— Panie Piotrze, proszę to zanieść na policję. Do naczelnika. Osobiście.


Piotr wziął teczkę. Była ciężka.


— I niech pan poczeka na odpowiedź.


Szedł ulicą Trzeciego Maja w kierunku komendy. Słońce prażyło. Trzydzieści stopni. Każdy krok przypominał o wczorajszym treningu. Dotarł, oddał teczkę, czekał dwadzieścia minut. Dostał inną — tak samo ciężką.


— Dla prokuratora Kowalczyka — powiedział dyżurny.


Piotr wrócił. Oddał. Kowalczyk położył na biurku i powiedział:


— Panie Piotrze, proszę zanieść tę teczkę do sądu. Na biuro podawcze. I niech pan weźmie potwierdzenie.


Sąd Rejonowy piętnaście minut pieszo przez całe miasto. Piotr szedł wolniej — bolały nogi, ramiona, teczka ciążyła, słońce prażyło. Oddał na biurze podawczym, dostał kawałek papieru z pieczątką i podpisem. Wrócił do prokuratury.


— Panie Piotrze — powiedział Kowalczyk, gdy Piotr stanął w drzwiach, dysząc — proszę zanieść tę teczkę na policję. Do wydziału kryminalnego.


Kolejna teczka. Kolejne dwa kilogramy. Kolejne piętnaście minut w słońcu.


O piętnastej trzydzieści Piotr opadł na fotel w pokoju numer siedem. Nogi drżały, ręce drżały, cała koszula przesiąknięta od kołnierzyka do paska. Wykończony w sposób, jakiego nie pamiętał — ani po wczorajszej siłowni, ani po żadnym egzaminie na studiach.


Pierwszy raz w życiu tak zmęczył się w pracy.


Wentylator mielił powietrze. Kursor mrugał na pustej stronie. W szafie dziewięć aktów oskarżenia.


Piotr zamknął oczy.


***


W pokoju szefa prokuratury buczał w rogu klimatyzator przenośny, kupiony z własnych pieniędzy Kowalczyka. Na kanapie siedzieli Leszek Karpiński i Bożena Świecka. Kowalczyk stał przy oknie z kubkiem kawy.


— I co? — zapytał Karpiński.


— Zaniósł.


— Wszystkie?


— Wszystkie. Na policję, do sądu, z powrotem na policję, znowu do sądu. Cztery razy.


Bożena Świecka uniosła brwi.


— I co było w teczkach?


Kowalczyk uśmiechnął się. Ten uśmiech jego podwładni widzieli rzadko.


— Dwie ryzy czystego papieru. W każdej.


Cisza.


Karpiński zaczął się śmiać. Tak, jak nie śmiał się od lat — głośno, szczerze, bez kontroli. Bożena Świecka dołączyła po sekundzie, trzymając się za brzuch, ze łzami na policzkach.


— Heniek — powiedział Karpiński, ocierając oczy — nie podejrzewałem cię o takie poczucie humoru.


Kowalczyk wzruszył ramionami.


— Dwadzieścia parę lat w prokuraturze. Człowiek się uczy.


***


O siedemnastej Piotr pchnął szklane drzwi Cocomo. Tym razem nie czekał na powitanie.


— Jestem padnięty.


Łukasz stał za kontuarem z wyrazem lekkiego zdziwienia — nie szczerego, tylko takiego, które się pokazuje, żeby rozmówca poczuł, że jest słuchany.


— Co się stało?


— Praca. Szef mnie dziś zagonił. Kazał nosić teczki. Na policję, do sądu, w kółko. Cały dzień.


— Chodź — powiedział Łukasz.


Tym razem nie objął. Tylko dłoń na ramieniu — lekko, niemal niezauważalnie — i nakierowanie w stronę pokoju.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 49.6