Wszyscy bohaterowie niniejszej powieści są fikcyjni. Jakiekolwiek podobieństwo do faktycznie istniejących osób jest przypadkowe.
Powieść dedykuję Tej Jedynej.
Jesteś siłą sprawczą i muzą w jednym.
To dla Ciebie, Ewuś.
„Ja lubię dziwaków. Raczej trudno zaufać
komuś, kto na takim świecie umie
zwyczajnie wyglądać i normalnie żyć”.
Haruki Murakami, Kafka nad morzem
Wstęp
Ponury, listopadowy poniedziałek nie zachęcał do spacerów. Miasteczko wyglądało jeszcze brzydziej niż zazwyczaj. Człowiek wychodził z domu, tylko jeśli musiał i starał się szybko przemknąć szaroburym chodnikiem do miejsca, w którym powinien się znaleźć. Zimna mżawka i podmuchy wiatru mówiły każdemu „Idź stąd”. Nieliczne samochody łypały niechętnie światłami reflektorów i — jak ich kierowcy — sprawiały wrażenie, że są tu za karę. Gdyby mogły czuć, pomyślałyby pewnie, że znowu pobrudzą swe piękne lakiery, tak pieczołowicie polerowane przez właścicieli. Ciepły garaż i ciepłe łóżko — takie myśli mogłyby towarzyszyć tym zmotoryzowanym tandemom. Wszędzie, byle nie tu.
***
Początkowo ruch i gwar, które nagle zakłóciły dotychczas spokojną ulicę Graniczną, nie przyciągnęły większej uwagi. Tylko stara Bochniowa jak zwykle pojawiła się na posterunku. Wsparta na lasce, obserwowała z oddalenia, co dzieje się w jedynym ładnym miejscu w jej okolicy. A działo się dużo. Nadjechały samochody i wysypały się z nich całe zastępy mężczyzn, zmęczonych mimo poranka, w odblaskowych kamizelkach. Na głowach pojawiły się kaski, a w dłoniach uzbrojonych w rękawice — piły łańcuchowe, siekiery, szpadle i inne atrybuty męskości. Dwóch chyba najmniej zmęczonych ludzi, zaopatrzonych w płachty map i podkładki z dokumentami, zaczęło wydawać instrukcje. Wkrótce mężczyźni podzielili się na dwie grupy. Pierwsza odgradzała prowizorycznym płotem miejscowy lasek od ulicy, a druga weszła między drzewa.
Warkot pił i uderzenia siekier wyrwały Bochniową z letargu. Starowinka rozpoczęła powolny marsz w kierunku lasku. Na miejscu starannie wybierała ofiarę rozmowy. Miejscowi wiedzieli, że kto raz się odezwie do Bochniowej, szybko nie odejdzie. Kobieta miała na to swoje sposoby. Wybór padł na jedynego mężczyznę stojącego na zewnątrz placu budowy.
— A co tu będzie, kierowniku? — zagaiła staruszka.
Prawidłowo nazwany kierownikiem ciemny blondyn średniego wzrostu otaksował spojrzeniem siwą kobietę i wyczuwając kłopoty, rzucił szybko:
— Tablicę tu postawimy zaraz, to sobie szanowna pani poczyta.
Szanowna pani nie dała się jednak łatwo zbyć.
— Żółtą taką? — zapytała, dowodząc znajomości prawa budowlanego w Polsce.
— Taką żółtą, tak. Poczyta sobie pani, bo ja, jak widać, zajęty bardzo jestem.
Mężczyzna poza paleniem papierosa nie wyglądał na zajętego. Bochniowa roztropnie tego nie skomentowała i tylko sprytnie powiedziała:
— Kierowniku, oczy u mnie słabe. Co będę czytać. I czasu szkoda, aż tablicę wyszykujecie. Czasu u mnie mało. Kierownik powie — dopraszała się.
Rozmówca nie dał się nabrać na brak czasu, ale i nie chciał dać się wciągnąć w rozmowę.
— Pumptrack — wypluł z siebie dziwne słowo.
Staruszka zamrugała. Pomilczała. Pomruczała coś do siebie, najwyraźniej próbując brzmienia obcego słowa. Na nic nie wpadła, bo kto by i nadążył za dzisiejszą nowomową.
— Czyli co będzie? — zażądała uściślenia.
— Pumptrack. Tor taki. Dla rowerów. Dzieciaki będą miały gdzie jeździć.
Próbował odejść, lecz Bochniowa nie chciała szybko wypuścić z rąk ofiary.
— Taki tor to nie powiem, ciekawa rzecz. Dzieci by się miały gdzie bawić — powiedziała i szybko zapytała: — A to lasku naszego już nie będzie? Bo to widzi pan, tylko ten lasek nam został. Panie kierowniku, co tu były za lasy. Całe Mięsowoły las otaczał. Jak byłam młoda… — Nie udało jej się dokończyć.
— Lasek będzie. Parę drzewek tylko się wytnie, a potem znowu zasadzi nowe. Pani wybaczy, praca wzywa — rzucił szybko.
Nie czekając, aż staruszka zarzuci go następnymi pytaniami, znalazł się za powstałym właśnie fragmentem ogrodzenia i zaczął wydawać niepotrzebne już nikomu instrukcje. Wszystko, żeby tylko uwolnić się od uciążliwej rozmówczyni.
***
Prace posuwały się naprzód i wkrótce do Bochniowej dołączali kolejni obserwatorzy. Najpierw pojawiła się młoda matka z na oko czteroletnim chłopcem. Oboje za nic mieli wstrętną pogodę i wydawali się dobrze bawić na spacerze. Wkrótce dołączył do nich łysy i postawny Zygmunt, emerytowany kierowca z domu naprzeciwko lasku. Towarzyszył mu jak zwykle kilkuletni, wielorasowy, czarny jak smoła pies o niespotykanym imieniu Alibaba. Dla przyjaciół — Ali. Imię wzięło się z tekstu piosenki, która zawsze bawiła Zygmusia. Jako człowiek starej daty machał tylko ręką na poprawne politycznie uwagi typu „Czarny Alibaba? Przecież tak nie można”. Tak samo lekceważąco traktował stwierdzenia, że to przecież dwa wyrazy są i jakie to imię dla psa. Z sobie tylko wiadomych względów Rajmund, szwagier Zygmunta, z cierpliwą konsekwencją nazywał psa Aliną. Ali czy Alina, jak przystało na psa niezwykle towarzyskiego, próbował przyciągnąć uwagę znanej mu Bochniowej, matki i synka, aż przeszedł do zadań poważniejszych. Ignorując istnienie obroży i smyczy, niemal się dusił, próbując wyrwać się do pracujących mężczyzn. Wszak jako pies wyjątkowo towarzyski musiał poznać wszystkich przybyłych.
Zygmunt nie podzielał radości swojego psa. Gdyby Ali był bardziej przewidujący, też uznałby pewnie, że jego entuzjazm nie jest uzasadniony. Przecież właśnie odgrodzono mu teren jego codziennych spacerów. Czasy ciszy i spokoju w okolicy zdawały się niestety przemijać. Emeryt w skupieniu zapoznawał się z treścią żółtej tablicy, dopiero co tu umieszczonej. Przywiązał psa do ogrodzenia i nie zważając na jego pełne oburzenia szczekanie, wszedł na teren budowy. Poczęstował dwóch najbliższych robotników papierosami i wdał się w pogawędkę.
Rozmowę przerwał krzyk chłopca, który starał się zwrócić uwagę mamy.
— Mamo, mamo, zobacz! Jaka dziwna pani! — zawołał czterolatek i pokazał palcem gdzieś w kierunku lasu.
Mama nic nie zobaczyła i chciała już iść. Towarzystwo Bochniowej zaczynało ją męczyć. Bezskutecznie próbowała wyjaśnić staruszce zawiłości planowania budżetowego, (bez)sensowności zaczynania robót w listopadzie i meandrów budżetu partycypacyjnego. Pociągnęła chłopca za rękę. Ten, idąc za matką, wciąż upierał się, że w lasku jest dziwna pani w szarym, długim… czymś, unosząca się w powietrzu.
— Ale mamooo, szara pani tam jest, no mamooo, zobacz. A jakie ma wielkie oczy.
Kobieta straciła cierpliwość i — za nic mając współczesne trendy wychowawcze — dwoma klapsami przekierowała uwagę synka z lasku na jego własne siedzenie. Wołanie ciągniętego za rękę chłopca zamieniło się w płacz oburzenia. Malec posłusznie podreptał jednak za matką.
Zygmunt przerwał rozmowę z robotnikami i spojrzał w kierunku wskazywanym przez chłopca. Nic nie zobaczył. Chociaż może jednak… Coś. Rozmyta, szara plama. Bardzo szybki ruch kogoś lub czegoś. Nim umysł zdążył to nazwać, szara plama zniknęła. Wodził jeszcze wzrokiem po okolicy, ale nie zobaczył już nic dziwnego. Wrócił do Alibaby. Przeprosił go głaskaniem za oburzające zachowanie i przywiązanie do ogrodzenia. Zasmucony, wracał do domu, pocierając lewą ręką łysinę. Robił tak zawsze, kiedy coś zatruwało mu myśli. Będzie musiał podzielić się złą nowiną z żoną. Bardziej martwił się jednak o Anię, swoją córkę. Wiedział, że źle to przyjmie. Kiedy wróci z pracy, będzie nerwowo. Oj, będzie.
Bochniowa zareagowała na krzyki malucha dość nietypowo. Spojrzała tylko w las i opuściła głowę. Nie sprawiała wrażenia zdziwionej. Była raczej wystraszona i wyraźnie nie chciała patrzeć w tym kierunku. Odwróciła się i mamrocząc cicho pod nosem, ruszyła w stronę domu. Szła dość szybko jak na swój wiek. Być może po raz pierwszy w życiu uciekła do domu, choć wokół tyle się działo.
Krzyk chłopca przykuł też uwagę jednego z robotników. Młody Staszek przeniósł wzrok w miejsce, które pokazał smarkacz. Popatrzył i zamarł. Nie wiadomo, który to już raz w życiu poprzysiągł sobie, że koniec z piciem. A już na pewno koniec z robotą na kacu. Popatrzył na boki, czy może któryś z kolegów też to widzi. Nic na to nie wskazywało. Był zimny, mokry, listopadowy dzień… a w lasku między drzewami zobaczył postać. Nie, nie dziwną starszą panią w szarym płaszczu. I nie, nie unosiła się w powietrzu. Stała. Nie miała dziwnego płaszcza. Nic na sobie nie miała. Staszek zobaczył piękną, nagą, może dwudziestokilkuletnią dziewczynę! Idealna figura, cudowne piersi, czarne, długie, kręcone włosy i niezwykle duże, ciemne oczy. Hipnotyzujące.
Po chwili Staszek widział już tylko te oczy.
***
Dzień pracy dobiegał końca. Bardzo już zmęczeni mężczyźni pozbierali swoje zabawki i mieli właśnie wyłączyć oświetlenie na placu budowy. Andrzej Biernat, kierownik robót, zbierał chłopaków do busa, żeby porozwozić ich do domów.
— Gdzie Waśkowiak? — spytał, zdziwiony.
Po chwili po okolicy poniosły się nawoływania:
— Stachuuu, Stachuuu, Staszeeeek.
I nerwowe:
— Waśkowiaaak, kurwaaa, będziesz z buta szedł na Zaliszki! — odgrażał się Biernat.
Staszka nigdzie nie było. Nie odbierał też komórki. Kierownik pokrzyczał jeszcze, pomarudził i rzucił groźbę, że obetnie dniówkę. Dał się jednak uspokoić załodze. Po chwili światła zgasły, samochody odjechały i wykarczowana polana pogrążyła się w ciemnościach.
Część I
Beeftown i okolice
Rozdział 1
Nawet ludzie o dużej wyobraźni i niewielkich wymaganiach estetycznych nie nazwaliby Mięsowołów ładnym miejscem. Początkowo rósł tu wokół piękny las, który niestety stopniowo wycinano. Miasteczko nie miało szczęścia do włodarzy i rzadko wprowadzano tu zmiany mogące podnieść jego atrakcyjność wizualną. Historia tego miejsca była jednak bogata. Prawa miejskie uzyskało jeszcze w piętnastym wieku. Miasto nazywało się wtedy inaczej: początkowo — Osada Tarkół, a później — już tylko Tarkół. Nazwa wzięła się od jednego z pierwszych na ziemiach polskich tartaków, które wtedy nazywano młynami tartacznymi. Młyny takie napędzano siłą wody, więc potrzebowały rzeki do funkcjonowania. Co może bardzo dziwić, w Tarkole czy też obecnych Mięsowołach próżno by szukać cieku. Tartak zbudowano nad pobliskim Bugiem, ale ludzie z prostego powodu woleli mieszkać nieco dalej — było po prostu ciszej. I tak kilka kilometrów na południe powstał szybko rozwijający się Tarkół. Młyn tartaczny powoli uszczuplał las, okolica brzydła, ale ludziom żyło się tu dobrze.
Tartak przetrwał aż do końca dziewiętnastego wieku. Rewolucja przemysłowa, która dotarła też do produkcji drzewnej, nie oszczędziła tego miejsca. Właściciel Jan Świętochowski długo bronił się przed zmianami i niechętnie patrzył na coraz popularniejszy w jego branży napęd parowy. Był chyba ostatnim posiadaczem tradycyjnego młyna tartacznego. Przestarzały zakład podupadał i w pewnym momencie nie było już czego ratować. Ludzie odeszli, a tartak szybko popadł w ruinę. To, co nadawało się tam do czegokolwiek, szybko zostało rozgrabione.
Stateczny niegdyś Jan Świętochowski sprzedał, co mógł, i pogrążył się w alkoholowym nałogu. Z tego okresu życia pamiętał niewiele — płacz i krzyki bliskich mu osób. Jednak nawet to, co złe, na szczęście kiedyś się kończy. Po krótkim okresie hulaszczego życia, trwonienia majątku i zadawania krzywdy sobie i innym otrząsnął się i znów stanął na nogi. Owdowiały wcześnie Świętochowski miał bowiem syna i to właśnie groźby, błagania i starania młodego Kazimierza wyciągnęły ojca z piekła i przywróciły do życia. Za namową syna założył cegielnię, okolica była bowiem bogata w doskonałą glinę. Zakład bardzo szybko zaczął przynosić zyski. Jan, widząc, że szczęście im sprzyja, poszedł za ciosem. Cegielnię zostawił w rękach Kazika, a sam założył hodowlę bydła. Wkrótce jego krowy cieszyły się wielką sławą na terenie całego zaboru rosyjskiego. To w tym okresie w centrum miasta zbudowano neogotyckie jatki rzeźnicze, jedyny miejscowy zabytek, który przetrwał do dziś. Wtedy też narodziły się Mięsowoły, nazwa miasta wymyślona przez Świętochowskiego.
Lata mijały, ceglane i bydlęce interesy kwitły, Kazimierz zakochał się szczęśliwie i Jan doczekał się wnuczki. Życie było piękne… do czasu. Niespodziewanie rodzinę Świętochowskich dopadło pasmo nieszczęść. Śmierć ukochanej wnuczki Zosi była dla Jana jak grom z jasnego nieba. Niejedyny grom. Wkrótce w obłęd popadła synowa Anna, nieradząca sobie ze śmiercią dziecka. Zmarła kilka dni później. Zły los nie odpuszczał, jakby coś zawzięło się na rodzinę Jana. Kazimierz pojechał do lasu i nikt więcej go nie widział. Stary Świętochowski nigdy się nie poddał, ale poszukiwania przerwała wojna. I wojna światowa nie oszczędziła cegielni, położyła kres wielkiej hodowli i położyła też kres rodzinie Świętochowskich.
Okres dwudziestolecia międzywojennego to czas powstania spółdzielni mleczarskiej. Spółdzielnia działała krótko i znów przyczyniła się do tego wojna. Po II wojnie światowej wznowiła działalność jako Państwowe Zakłady Mleczarskie Mięsowoły. Zakład przetrwał zawirowania własnościowe lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku i do dziś zapewnia niewielkie zatrudnienie miejscowej społeczności.
Współczesne Mięsowoły, patrząc z lotu ptaka, przypominają dość nieforemną, sześciokątną bryłę ciągnącą się kilka kilometrów na osi północ — południe. Przy dużej dozie wyobraźni jest to kielich rozszerzający się od północy i obejmujący część lasu. Las ograniczony jest po bokach ulicami Przyleśną i Poprzeczną, a od południa — ulicą Graniczną.
Od strony południowej do miasta można wjechać dwoma ulicami: Radzymińską i Polską. Pomiędzy nimi mieści się brzydkie osiedle bloków mieszkalnych z lat siedemdziesiątych. Nigdy nie doczekało się nazwy, a leży przy — nomen omen — ulicy Osiedlowej. Zachodnia część miasta to głównie nieużytki i ruiny. Zobaczyć tu można nieliczne już pozostałości po budynkach administracyjnych tartaku i ruiny dawnej cegielni. Jedne i drugie leżą niedaleko ulicy Tartacznej, a rozdziela je ulica Cegielniana. Jak widać, to nie fantazja, a czysty pragmatyzm pomagał w nazywaniu ulic. Tuż za ruinami cegielni zbudowano w 1966 r. niewielki kościół pod wezwaniem św. Wita, Modesta i Krescencji. Nie jest to zbyt imponująca budowla, a mieszkańcy narzekają, że to najprawdopodobniej najbrzydszy kościół w Polsce. Do świątyni dojdziemy krótką ulicą Farną, odchodzącą od Tartacznej. Tuż obok kościoła ulokowano niewielki cmentarz.
Wschodnia część miasta, gdyby wjechać do niej od południa ulicą Polską, to przede wszystkim stadion piłkarski „dumy Mięsowołów”, jak lubili żartować miejscowi, czyli KS Beeftown. Stadion — to słowo brzmiało bardzo dumnie. W rzeczywistości to kawałek łąki, ale ogrodzonej i nawet zabudowanej drewnianymi trybunami, na których mogło pomieścić się dwustu kibiców, spragnionych sportowych emocji. Jadąc dalej na północ z ulicy Polskiej w Rzeźniczą, trafiało się na „Krówkę” i „Wesołą Krówkę”, czyli Okręgową Spółdzielnię Mleczarską i przedszkole. Zaraz za przedszkolem, wzdłuż ulicy Rzeźniczej, zbudowano szkołę podstawową, a dalej na północ — niewielką przychodnię lekarską.
Nieco ciekawiej wygląda centrum miasta, lecz i tak zostało ono oszpecone w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych chaotycznie rozmieszczonymi kamienicami, dziś bardzo już zaniedbanymi. Środek miasta przecina, biegnąc w kierunku północnym, ulica Jana Świętochowskiego. Z jednej jej strony pobudowano komisariat policji, a po drugiej widać Urząd Miasta i Gminy. Oba budynki nie są, mówiąc delikatnie, zbył ładne. Komisariat na dodatek jest już mocno podniszczony. Tuż obok kamienic i urzędu w oczy rzucają się dawne jatki rzeźnicze i przylegająca do nich knajpka. Ta zmieniała się przez lata wielokrotnie — od klubokawiarni, przez bar mleczny, aż do nowoczesnej restauracji. Same jatki oczywiście już się tak nie nazywają. Choć z zewnątrz budynek zachował pierwotny i imponujący wygląd, to zamieniono go w małe centrum handlowe z blisko trzydziestoma sklepami pod dumną nazwą Galeria Handlowa Sukiennice. Dlaczego tak? Nikt nigdy tu przecież suknem nie handlował. Współcześnie nazwa jatki nie kojarzyła się jednak ludziom dobrze. I tak powstały sukiennice, bo komuś tak się budynek skojarzył, a nazwa przywoływała ducha pięknego polskiego miasta. Tylko rynek w Mięsowołach za nic nie chciał przypominać Rynku Głównego w Krakowie. Nie przeszkodziło to miejskim radnym w zmianie nazwy i od tego czasu mięsowolanie mogli poszczycić się Rynkiem Głównym i Sukiennicami.
To, co w Mięsowołach najładniejsze, w zasadzie leżało już poza terenami miejskimi lub na ich granicy. Cudowny, choć mocno pomniejszony las w miasteczku zajmował tylko fragment kwadratu między ulicą Graniczną i odchodzącymi od niej na północ ulicami Poprzeczną i Przyleśną. Las ciągnął się kilka kilometrów w stronę Bugu i im dalej, tym był bujniejszy i piękniejszy. Dominowały w nim sosny, ale nie brakowało też innych drzew, jak to w lasach mieszanych. Od strony ulicy Granicznej rzucały się w oczy wysokie brzozy. Wchodząc głębiej, można było natknąć się na dęby, najczęściej dość młode, lecz trafiały się też potężne i piękne okazy. Oczy cieszyły akacje, te rosły jednak sporadycznie. Na samym brzegu lasku, tuż przy Granicznej, nie wiadomo skąd wyrosła nawet dzika wiśnia. Kiedy na przełomie kwietnia i maja drzewko pokrywało się białymi kwiatami, nie dało się od niego oderwać wzroku.
Teren był tu na ogół piaszczysty, sprzyjający iglakom. Co chwilę jednak trafiały się wysepki mchu. Takie zielone dywany potrafiły ciągnąć się bardzo długo, a spacer po nich dawał wiele radości. Mech cudownie i miękko uginał się pod stopami. Grzybiarze właśnie na tych zielonych wyspach poszukiwali podgrzybków. Widzieliście kiedyś skupisko brązowych kapeluszy w takiej zielonej, leśnej oazie? Jeśli tak, to na pewno zrozumiecie ten zachwyt. Ten las się nie nudził. Często zaskakiwał. Idąc prostym terenem, nagle można było trafić na piaszczystą górkę, a po chwili — duże zagłębienie porośnięte zielenią. Może i las okaleczano przez lata, ale wciąż pozostawał przepiękny.
Czy piękno może być złe? Gdyby miejscowi pamiętali dawne historie i legendy, być może inaczej traktowaliby leśne ostępy. Wspomnienia jednak szybko ulatują, a las trwa i wciąż zachwyca.
Na ulicy Poprzecznej stał tylko jeden dom — starej Bochniowej. Trzy nowe posesje pyszniły się na Przyleśnej. Trudno jednak powiedzieć, że ktoś tam mieszkał. Wystawne rezydencje zbudowali warszawiacy, którzy rzadko tu bywali. Miejscowi nie mogli się nadziwić, że ktoś stawia takie wielkie domy tylko po to, żeby wpaść tu kilka razy do roku. Krótka ulica Graniczna mieściła dwie posesje. Jedna, o ponurej historii, po Zakrzewskich, od dwóch lat wystawiona była ponownie na sprzedaż. W drugiej mieszkała rodzina Kowalskich. Gdyby komuś chciało się nad tym zastanawiać, mógłby uznać za dziwne, że w tak urokliwym zakątku osiedla się tak niewiele osób. Faktycznie, domów tu ledwie kilka i mnóstwo wolnych i niedrogich działek. Chętnych brakowało. To znaczy przyjeżdżali, oglądali i jak wszyscy, wpadali w zachwyt. Później jednak rezygnowali z zakupów. Kupowali działki droższe i w gorszych, brzydszych lokalizacjach. Prawda była taka, że niektórzy przyjezdni odczuwali w tym miejscu dziwne uczucie zagubienia, trudne do zdefiniowania i nie do końca przez nich uświadamiane. Tak jakby jakaś siła ich tu nie chciała.
Tymczasem nieliczni mieszkańcy ulicy Granicznej mieli w Mięsowołach przywilej posiadania najpiękniejszego widoku z okna. Jak jednak wiadomo, nic nie trwa wiecznie.
Rozdział 2
Starszy posterunkowy Adam Burko rozważał właśnie, czym jest przysłowiowy mops, który ponoć nudził się jak on. Sobotni wieczór w dyżurce Komendy Policji w Mięsowołach dłużył mu się niemiłosiernie. Facebook, TikTok, nawet Twitter — wszystko, co było ciekawego, zostało przez niego obejrzane. O stopniu znudzenia posterunkowego jednoznacznie świadczyły przeglądane przez niego artykuły internetowe. Po różnych sportowych newsach młody Burko poczytał nawet o niedawnym otwarciu Świątyni Opatrzności Bożej, a teraz przyglądał się ze zdumieniem nowemu prezydentowi USA i nie mógł nadziwić się jego fryzurze, która strasznie go śmieszyła. Szybko jednak spoważniał, bo funkcjonariuszowi na służbie nie wypadało chyba naśmiewać się z przywódcy światowego mocarstwa i sojusznika Polski.
Adam nie wyglądał na policjanta. Niski, drobny blondynek o piegowatej twarzy i zadartym nosku przypominał bardziej dziecko ubrane w policyjny mundur. Od ponad roku był jednak absolwentem Centrum Szkolenia Policji w Legionowie, a od miesiąca na ramieniu pyszniła się pierwsza belka. Adaś został starszym posterunkowym. Tradycji policyjnych w rodzinie nie było. Rodzice uprawiali ziemię i mieli typową dla okolicy hodowlę krów, ale on jako trzeci i najmłodszy syn szans na przejęcie gospodarki nie miał. Rodzinne Tucięły nie dawały innych możliwości i tak młody Burko został policjantem w pobliskich Mięsowołach. Mieszkał wciąż w domu rodzinnym i w wolnych chwilach pomagał w obowiązkach. W tych ostatnich coraz mniej chętnie, bo od jakiegoś czasu miał inne zajęcie. Adam Burko, jeszcze do niedawna młody talent lokalnego klubu piłkarskiego Tuciełanka Tucięły, był teraz wschodzącą gwiazdą Dumy Mięsowołów. Po spektakularnym transferze do KS Beeftown dostał nawet własne korki i strój meczowy! Nie musiał już na zawody zabierać koszulek i szortów pamiętających lekcje WF-u. Po cichu liczył na awans do A klasy w rozgrywkach Mazowieckiego Związku Piłki Nożnej. A potem? Kto wie? Może dostanie się do Mazura Radzymin? A może nawet zainteresuje się nim … — takie myśli zawsze zapierały mu dech w piersi — Huragan Wołomin?! W końcu kto zabroni nam marzyć?
W pracy, jak do tej pory, nie zajmował się niczym szczególnym. Głównie chodził na piesze patrole i pod okiem aspiranta Kowalika zdobywał niezbędne doświadczenie. Najczęściej jednak, tak jak dzisiaj, udawał mopsa w dyżurce. Zaczynał właśnie przysypiać, kiedy drzwi zewnętrzne otworzyły się i do środka weszła pulchna brunetka po pięćdziesiątce. Rozglądała się chwilę po korytarzu i szybko zauważyła za przeszkloną dyżurką Adama, który nie zdążył odsunąć się z fotelem i zejść z oczu… reszcie swojego wieczoru, jak w myślach nazwał brunetkę.
— Dzień dobry, panie aspirancie — nieśmiało przywitała się nieznajoma. — Chciałabym zgłosić zaginięcie.
— Kurde, zaginięcie, no to pięknie — pomyślał nagle awansowany Burko.
Nawet nie poprawił pomyłki dotyczącej jego stopnia. Poprosił, aby kobieta usiadła, i sięgnął po słuchawkę telefonu.
***
Wycie psa denerwowało Zygmunta. Radosny zawsze Ali od blisko tygodnia zachowywał się nieswojo. Często wył, warczał bez potrzeby i rozgrzebywał tylnymi łapami ziemię przed budą. Wyglądał, jakby szykował się do walki. Zjeżona sierść na karku, agresywne warczenie przechodzące w szczek… po chwili apatia i jakby tęskne wycie. Zygmuś miał naprawdę dość.
— Alibaba, cisza! Do budy! Niedobry pies! — krzyknął z okna.
Ali jeszcze raz zawył przeszywająco, ale schował się w budzie. W ciemności świeciły tylko oczy patrzące z wyrzutem.
— Tato, dziwisz mu się? Dziwisz się psu? — zapytała Ania, córka Zygmunta.
Kiedy w poniedziałek wróciła z pracy i zobaczyła, co dzieje się za drogą, najpierw się popłakała, potem popadła w apatię, a potem wstąpiła w nią złość. Nie pomogły pocieszenia mamy, że jakoś to będzie, nie pomogły słowa męża, że może zbudują fajny tor. Ukochany lasek zrujnowany. Zniknął piękny widok z okna. Wycięli nawet wiśnię! Wycięli trzy akacje! I dlaczego? Bo kilkadziesiąt osób mieszkających po drugiej stronie Mięsowołów zdecydowało, że pod jej oknem powstanie tor rowerowy. O ironio, nawet nie miała roweru. W Polsce, jak wiele inicjatyw, także budżet obywatelski potrafił dzielić ludzi i zwracać ich przeciwko sobie.
— Ali jest mądry — dodała.
— Sama mam ochotę wyć, jak na to patrzę.
— Niedługo pierwsze przymrozki. Trzeba już wziąć psa do domu. Nie będzie widział, co się dzieje z jego terytorium, to może się uspokoi — powiedziała do ojca, nie do końca w to wierząc.
— Będzie dobrze, będzie dobrze — uspokajała szydełkująca w fotelu Dzidka.
Ta emerytowana kucharka z miejscowej szkoły podstawowej wciąż zachowywała młodzieńczą pogodę ducha. Zawsze widziała tylko dobrą stronę życia. Była niską, zaokrągloną kobietą o wiecznie uśmiechniętej twarzy. Stanowiła zupełne przeciwieństwo swego wysokiego i dość gwałtownego męża. Ten gwałtowny był jednak tylko dla obcych, a poza żoną świata nie widział. Jak wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają.
***
Zygmuś i Dzidka Kowalscy mieszkali tu przeszło czterdzieści lat. Nie pochodzili jednak z Mięsowołów. Zygmunt urodził się i wychował w niedalekich Zaliszkach, w typowej chłopskiej rodzinie. Odkąd sięgał pamięcią, każdy dzień wypełniony był pracą na roli i obowiązkami gospodarskimi. Trudno powiedzieć, że miał jakiekolwiek dzieciństwo. Nie było czasu na szkołę, na dziewczyny, na nic. Szybko zrozumiał, że nie chce w ten sposób spędzić reszty życia. Wysoki, smagły brunet podobał się dziewczętom, a jego marzeniem było założenie rodziny. Ciągnęło go też do wielkiego świata i kiedy tylko z trudem skończył szkołę podstawową, uciekł z domu. Po krótkiej tułaczce trafił do Radomia. Tam, mieszkając w internacie, ukończył zawodówkę mechaniczną i poszedł do wojska. Chciał mieć to z głowy. Chciał zacząć żyć. Pobyt w armii wspominał bardzo dobrze głównie dzięki temu, że zrobił tam kurs na zawodowego kierowcę. Wydawało mu się, że świat stoi przed nim otworem. Teoretycznie zawodowi kierowcy, podobnie jak dziś, mogli bez trudu znaleźć pracę. Problemem okazał się jednak meldunek. W dużych miastach Polski było z tym ciężko, a bez zameldowania młody kierowca mógł zapomnieć o pracy. Wrócił więc w rodzinne strony, kiedy z nieba spadł mu prezent w postaci etatu kierowcy w Państwowych Zakładach Mleczarskich w Mięsowołach. Wielki świat dla Zygmusia okazał się więc oddalonym od jego wsi o pięć kilometrów. Chłopak mimo tego nie narzekał. Mleczarnia zapewniała własne pokoje dla przyjezdnych pracowników i zameldowanie! I tak rozpoczęło się dorosłe życie chłopaka z Zaliszek.
Praca kierowcy przyniosła mu dodatkowe profity. Pewnego ponurego i jesiennego dnia Zygmunt jechał cysterną z Radzymina do swojego zakładu. W radiu puścili właśnie „Najtrudniejszy pierwszy krok” Anny Jantar, kawałek, który uwielbiał. Anna Jantar była najlepsza! Jechał więc w dobrym humorze, czasem pogwizdując, a czasem śpiewając na tyle, na ile pozwalała mu znajomość tekstu. To wtedy ją zobaczył. Stała na przystanku PKS. Przemoknięta. Nieduża. Urocza. Nie zastanawiał się, zatrzymał samochód i przez uchylone drzwi zawołał:
— Dzień dobry miłej pani. Może podwieźć? Dzień zimny taki, szkoda tak moknąć.
Dziewczynę onieśmielił ten czarnooki i groźny z wyglądu chłopak. Kiedy się wahała, co odpowiedzieć, z radia w szoferce dobiegły ją słowa: „przyjdzie z nim ktoś inny, całkiem inny ktoś” i nie wiedzieć kiedy była już w środku. I tak Zygmunt poznał Zdzisławę.
***
Dzidka urodziła się jako bardzo późne i przypadkowe dziecko w rodzinie Kalickich w Radzyminie. Właściwie to na chrzcie dano jej Zdzisława, choć przez zdrobnienie, jakiego używała, wielu myślało, że ma na imię Irena. To jedna z ciotek zaczęła wołać na nią Dzidka i tak już zostało. Dziewczynie bardzo się to spodobało.
Ojciec budowlaniec i matka przedszkolanka byli już dobrze po czterdziestce, kiedy przyszła na świat. Dziewczynka otoczona dojrzałą miłością rodziców i starszej o piętnaście lat matkującej jej siostry Wandy wyrastała na pogodną i wiecznie roześmianą kobietę. Od wczesnego dzieciństwa lubiła pomagać mamie, a fascynowało ją zwłaszcza gotowanie. W kuchni spędzała czasem pół dnia, zgłębiając kucharskie tajniki. Kiedy przyszedł czas wyboru szkoły średniej, nie chciała słyszeć o niczym innym — tylko gastronomik! Wymagało to dojazdów do Warszawy, ale Dzidka była zdecydowana. Po szkole, za namową koleżanki Basi Zakrzewskiej, wyjechała do Mięsowołów, małej mieściny między Radzyminem a Bugiem. Baśka właśnie tam mieszkała z rodzicami i tam dostała pracę w kuchni szkoły podstawowej. Chciała pracować z Basią, no i do rodziców było blisko. Dzidka nie namyślała się długo.
— Praca z kimś bliskim — a za taką osobę uważała Baśkę — jest na pewno fajna — myślała. Właściwie to były jak siostry. Tak na pewno Barbara traktowała Zdzisławę. W tajemnicy wyobrażała sobie, że Dzidka to jej bliźniaczka. Taka jak w snach, które nie wiedzieć czemu nawiedzały ją, odkąd pamiętała.
Państwo Zakrzewscy udostępnili Dzidce pokoik za niewielką opłatą i tu mieszkała przez blisko dwa lata, ku radości swej drugiej połówki. Kiedy szkoła wybudowała mały hotelik dla pracowników, Zdzisława poszła na swoje. Żyła pomału, cichym i spokojnym życiem. Dzień wypełniała jej praca, a wieczory — książki, muzyka Anny Jantar i spotkania ze znajomymi. Choć nie poznała do tej pory chłopca, z którym chciałaby spędzić resztę życia, miało to nastąpić już niebawem. Nie wiedziała, że jej wielka miłość pracuje niecałe trzysta metrów od niej. Trzeba było odwiedzin u rodziców i jesiennej słoty, aby poznać swojego Zygmusia.
— Pomogła też Anna Jantar — lubiła opowiadać wszystkim ze śmiechem.
— Nasza swatka to Anna Jantar.
Ślub wzięli bardzo szybko. Nie, nie musieli się spieszyć. Po prostu chcieli. Świata poza sobą nie widzieli. Na co więc było czekać? Wesele mieli skromne, w miejscowej klubokawiarni. Rodzice Zygmunta nie mogli mu wybaczyć porzucenia ojcowizny i o żadnej pomocy z ich strony nawet nie myślał. Przyszli na ślub, ale byli raczej jak daleka rodzina. Zygmunt znosił to jak przystało na faceta. Było dla kogo to znosić. Podstarzali teściowie przyjęli go jak syna, co bardzo mu pomagało. Młodzi małżonkowie zamieszkali w pokoju przyzakładowym Zygmunta. Czekali na mieszkanie i marzyli o własnym domu. Domku z ogródkiem, gdzie bawiłyby się ich dzieci. Nie wiedzieli jeszcze, że los uśmiechnie się do nich już wkrótce. Pomóc miała znowu — no któż by inny? — oczywiście Anna Jantar.
Był czerwiec, miesiąc po ślubie, kiedy przyszło im do głowy, aby skreślić liczby w totolotku. Komu dokładnie przyszło to do głowy? Nie wiadomo. Już po wszystkim w żartach spierali się, czyj to pomysł. Zgodni byli w jednym — pomogła Anna Jantar. To między innymi cyfry z jej daty urodzenia zostały skreślone na kuponie.
Główna wygrana!
Długo płakali ze szczęścia. Może nie były to takie pieniądze jak w dzisiejszych czasach, ale z pomocą rodziców Dzidki zaczęli realizować marzenie. Działkę kupili tanio, na ulicy Granicznej. Nie mogli się nadziwić — najlepsze miejsce w Mięsowołach, tuż pod lasem! Za taką cenę! Kolejnym plusem byli sąsiedzi, Zakrzewscy. Dzidka mogła zamieszkać obok swojej przyjaciółki. Budowa trochę się ciągnęła. Pozwolenia nie były problemem, trudne za to były czasy, a materiały okazywały się nie zawsze dostępne. Pomogły znajomości teścia. To właśnie on razem z Zygmuntem, cegła po cegle, zbudowali dom. Może i nie był zbyt piękny. Ot, typowy peerelowski klocek. Jednak to ich własny, wymarzony domek.
Zygmuś i Dzidka wiedli więc szczęśliwe życie w pięknej okolicy. Za dnia pracowali, a nocą z zapałem podejmowali wszelkie możliwe wysiłki, aby w ich domku przybyło mieszkańców. Kiedy prace nocne dały rezultaty i Dzidka stanowczo stwierdziła, że to będzie córka, od razu wiedzieli, że na imię może mieć tylko Ania.
Nastał cudowny czas. Jakby tego było mało, w ciążę zaszła też Baśka. Przyjaciółka i sąsiadka. Mogły wspólnie czekać na rozwiązanie, wymieniać się doświadczeniami i wspierać.
— Czyż życie nie jest cudowne? — myślała nieraz Zdzisława.
— Jak ty urodzisz córkę, a ja syna, to może zeswatamy ich ze sobą? — śmiała się przyjaciółka.
— Tak, tak! Będziemy teściowymi — marzyły obie.
Czy życie nie jest cudowne?
Było.
Przez jakiś czas.
Komplikacje pojawiły się najpierw u Basi, a miesiąc później u Dzidki. Barbara długo broniła się przed szpitalem i chciała rodzić w domu. Kiedy jednak jej stan był już bardzo poważny, wylądowała na Karowej w Warszawie na patologii ciąży. Dzidki już wtedy tu nie było. Jej starsza siostra Wandzia, oddziałowa na szpitalnej chirurgii we Wrocławiu, załatwiła jej pobyt w najlepszym wrocławskim szpitalu specjalizującym się w trudnych ciążach. Koniec świata, ale dla dobra Ani młoda mama nie wahała się nawet przez chwilę. To była świetna decyzja — jedna z tych, które odmieniają życie. Na świat przyszła śliczna blondyneczka, oczko w głowie swoich rodziców. Chodź Anusia była dzieckiem chorowitym, to walczyła, żyła i absolutnie nie zamierzała się poddać.
Los nie był tak łaskawy dla Basi i jej synka. Mareczek nie dożył nawet roku, a ulicą Graniczną zawładnęły smutek i żałoba. Młoda, okrutnie doświadczona przez los matka nigdy się z tego nie podniosła. Jej życie dzieliło się pomiędzy coraz dłuższymi pobytami w Drewnicy i coraz krótszymi w rodzinnym domu.
Dzidka była rozdarta. Tragedia przyjaciółki potrafiła dobić. Odwiedzała ją w domu. Kilka razy też w Drewnicy. To były straszne wizyty. Długo nie mogła wyrzucić ich z głowy — twarzy, która w niczym nie przypominała już jej przyjaciółki, sekretów zdradzanych jej przez Basię nerwowym szeptem, dziwnych opowieści, jakie mogły zrodzić się tylko w udręczonym umyśle. Ale przecież Dzidka chciała żyć i miała dla kogo. Miała kim się opiekować. A córeczka chorowała. Bardzo chorowała. Rodzice co chwilę zgodnie z zaleceniami lekarzy wozili ją nad morze. Zmiany klimatu pomagały. Jednak po powrocie Ania znów podupadała na zdrowiu.
Nieoczekiwanie jednak jej stan ulegał poprawie. Być może nikt nie zwrócił na to uwagi, lecz stało się to z dnia na dzień. Jakby wreszcie tutejsza okolica zaakceptowała nowe życie. Jednak nikt w rodzinie Kowalskich nigdy tak o tym nie pomyślał. Nikt też nie chciał słuchać wariatki z Drewnicy i jej opowieści o szarej pani, co zabrała dziecko. Nieświadoma niczego Ania wyrastała tymczasem na śliczną dziewczynę, nastolatkę i wreszcie piękną kobietę.
Seksowna blondynka o kręconych włosach i kobiecej figurze przyciągała wzrok. Miłostek było wiele, tej jednej jedynej, prawdziwej miłości wciąż nie. Czekała. Czekała przez czas nauki w liceum. Czekała też później. Rodzice zaczynali się już martwić. Bali się, że córka odstrasza potencjalnych konkurentów. Było czym odstraszać. Ta muzyka, której słuchała! Dzidka i Zygmunt nie mogli się nadziwić. Jakieś havy metale, jakieś Iron Maiden. Nie rozumieli tego tak samo jak tatuaży córki. To w Warszawie na studiach Anka zrobiła pierwszy. Oczywiście Eddie z okładki płyty „Killers”.
— Mama pewnie trupem padnie — myślała podczas jednej z długich, tatuażowych sesji.
Okrutna twarz, siekiera i krew mogły przerazić każdego. Ale Anka kochała takie klimaty. Zdzisława wewnętrznie może i padła, może i była przerażona, zniosła jednak dzielnie ten i kolejne tatuaże córki.
Anka po studiach resocjalizacyjnych podjęła pracę w Ośrodku Pomocy Społecznej w Radzyminie. Mieszkała wtedy kątem u znajomych w Warszawie i pewnie lepiej by jej było wrócić do Mięsowołów, ale stolica zapewniała młodej dziewczynie zdecydowanie więcej atrakcji. Do pracy miała dość daleko, lecz nie narzekała. Podróż autobusem nigdy jej się nie nudziła, bo wykorzystywała ten czas na czytanie książek. Nie tylko horrorów. King, Masterton i Darda, ale przede wszystkim jej ukochany gawędziarz-erotoman Haruki Murakami. Pochłaniała jego teksty, ciągle głodna nowych i pasjonujących historii.
To właśnie w autobusie poznała swojego przyszłego męża. Rozmawiał wtedy głośno przez telefon, czego nie cierpiała.
— Cham — nazwała go w myślach.
Wysoki i opalony brunet, siedzący dwa rzędy dalej, przykuwał jednak wzrok. Kiedy na dodatek przedstawiał się komuś przez telefon i usłyszała „Grzegorz De Vries” — była już zafascynowana. Uwielbiała holenderskie nazwiska. Nie wiedziała właściwie dlaczego, ale kręciło ją to mocno. Chciała go poznać. To ona podeszła wtedy, usiadła obok na wolnym miejscu i zagadała. Chyba trochę się speszył i przestraszył. Wtedy przestraszyła się ona.
— Kurde, tylko nie gej — pomyślała i niemal się o to pomodliła.
Bo facet miał coś w sobie. Już po tygodniu pierwsze intensywne testy udowodniły, że jej obawy były bezpodstawne. I tak fanka horrorów, Iron Maiden i tatuaży pokochała melomana, miłośnika Beethovena, Milesa Davisa i wroga tatuaży w jednym. Wszak przeciwieństwa się przyciągają.
Dzidka cieszyła się szczęściem córki. Razem z mężem przygotowywali się do jej ślubu. Wesele jedynaczki! Nie byle co. Jednak los znów przypomniał o sobie. O tym, że życie to sinusoida. Niezmiennie raz lepiej, raz gorzej. I to tylko, jeśli masz szczęście. Po ostatniej wizycie Zdzisławy w Drewnicy Basia odebrała sobie życie. Po tym, jak dowiedziała się, że córka jej przyjaciółki wychodzi za mąż.
Najlepsze wieści.
Najgorsze wieści.
Sinusoida.
Ale jak w strzeżonym szpitalu udało jej się podciąć żyły? Kto był za to odpowiedzialny? Dlaczego? Dlaczego? Na Boga, dlaczego? Załamana Dzidka nie znała na te pytania odpowiedzi. Być może nie chciała znać. Szczęście rodziny jest najważniejsze. Ostatnie słowa Basi wyszeptane w samotności pewnie i tak nikomu nie wydałyby się ważne.
— Niech to będę ja. Niech się skończy. Może ja. Ona nie. Niech będę ja.
Sinusoida.
***
Pobrali się po roku znajomości. Jak mówiła Zdzisława, w tych czasach huczne wesela nie są już w modzie, zaproszono więc tylko stu pięćdziesięciu gości. Ania często śmiała się ze słów matki, bo przypominały jej ulubioną komedię filmową. Po ślubie młodzi zamieszkali w wynajętej klitce na warszawskim Grochowie, czekając na rozbudowę rodzinnego domu Anki i rychłą przeprowadzkę. Ich życie wypełniały praca, muzyka, książki, znajomi, wizyty na budowie i seks. Niekoniecznie w takiej kolejności.
Nieoczekiwanie to Grzesiek wziął na siebie planowanie przebudowy. Nie był architektem, lecz jego zapał i pomysły spowodowały, że nowy dom prezentował się lepiej niż dobrze. Cieszył oczy, podobnie jak ogród, o który wspólnie dbali Dzidka i Zygmunt. Ten był szczególnie dumny ze stawu, który sam wykopał, nawodnił i zarybił karasiami, oraz z ziemianki, która pełniła funkcję piwniczki na wino i piwo. Odnowiona siedziba Kowalskich mogła się podobać, chociaż chyba nie podobała się każdemu. Kiedy stara Bochniowa — korzystając z tego, że nie zamontowali jeszcze bramy — weszła ot tak na ich posesję i spotkała pierwszy raz Grzegorza, zagaiła z wrodzoną bezpośredniością:
— A drzwi czego takie smutne?
Mąż Ani lekko zbaraniał, ale z refleksem odpowiedział pytaniem:
— Jak to smutne?
— No ciemne takie — uściśliła staruszka.
— No ciemne… ale dom jasny.
— No dom jasny — pokiwała głową starsza sąsiadka, po czym jak gdyby nigdy nic odeszła.
Będąc już daleko, mamrotała jeszcze do siebie.
— Kolorów więcej potrzeba, kolorów ona nie lubi.
Grzegorz długo stał w osłupieniu. Tak, życie w Mięsowołach na skraju lasu miało swój koloryt.
Wkrótce zamieszkali na przebudowanym i podwyższonym strychu. Oboje kochali swoje nowe gniazdko. Po warszawskich klitkach czuli się tu jak w pałacu. Salon, gdzie często przyjmowali gości, sypialnia, piękna kuchnia, gabinet Grzegorza — o jakim zawsze marzył — ze ścianami pełnymi książek na półkach od podłogi aż po strop, garderoba, duża łazienka i pokój, który tymczasowo nazywali gościnnym, lecz po chichu liczyli na zmianę jego nazwy. Znów ich czas wypełniały praca, książki, muzyka, znajomi i seks.
Do wspólnych zwyczajów dołączyły spacery po lesie. Grzesiek, będąc zdeklarowanym mieszczuchem, niezbyt przepadał za tym nowym rodzajem aktywności. Do wszystkiego można się jednak przekonać. Kiedy stojąc pod wspaniałym dębem w głębi lasu, zobaczył, jak Ania rozwiązuje na szyi tasiemki czerwonej sukienki i po chwili stoi przed nim naga, tylko w martensach, przestał być mieszczuchem i wyszeptał z przejęciem:
— Wyglądasz jak leśna nimfa.
Położyła wtedy palec na ustach, jakby chciała go uciszyć albo jakby sugerowała, że nie są tu sami. W ciszy odwróciła się tyłem do niego i przytuliła do pnia. Lubiła tulić się do drzew. Jeszcze przez minutę napawał się widokiem jej ciała, tatuaży pokrywających plecy, nogi i pośladki. Podszedł i już po chwili znowu stanowili jedność. Leśną ciszę zakłóciły kobiece krzyki. Stało się. Grzegorz De Vries wreszcie pokochał las.
Choć było między nimi jak w bajce, to jednak w życiu nie można mieć wszystkiego. Życie bajką wszak nie jest. Pokój gościnny wciąż nie zmieniał swego przeznaczenia. Do tej pory nie doczekali się dzieci. Lata starań, badań i morze pieniędzy nic nie pomogły. Przeznaczenie? Przypadek? Konieczność? Bez względu na przyczyny wciąż byli sami. Źle czy dobrze? Odpowiedzi na takie pytania tu, na skraju lasu, nie zawsze były oczywiste.
Rozdział 3
Stara Bochniowa lubiła siadać przed kominkiem i wspominać. Wszyscy tak na nią mówili — stara Bochniowa. Nigdy z imienia, którego nikt nie znał. Nie wiadomo, ile miała lat. Sama tego nie wiedziała. Oczywiście metryka urodzenia i dowód osobisty mogły dużo o wieku staruszki powiedzieć, ale ta machała tylko ręką i powtarzała:
— Nie wiadomo, nie wiadomo, ile to lat już mam. Papiery we wojnę spłonęły. Dali nowe po wojnie. Rok urodzenia wpisali. Ale czy dobry? Ja nie wiem.
Stara była jednak na pewno. Dużo widziała w życiu, choć rzadko ruszała się dalej niż do Górek Białoszewskich. Te górki to lubiła bardzo. Przyjaciółki tam za młodu miała. Najlepsze. Dwie śliczne bliźniaczki, Władzia i Jadzia. Były całym jej światem. Młodziutka, jeszcze niebochniowa wtedy, miała w ogóle dziwny stosunek do bliźniąt. Dziś powiedzielibyśmy, że była zafiksowana na tym punkcie. Nawet jej sny często dotyczyły bliźniaków. W powtarzającym się majaku wciąż widywała jakby drugą siebie. Dlatego była zauroczona swoimi koleżankami. Czas jednak płynął. Władzia wyjechała za mężem gdzieś w Polskę, Jadzia zmarła, biedaczka. Stopniowo czas zabrał wszystkich, których Bochniowa kochała czy znała. Może tylko po za tą, której znać nie chciała, ale której śmierci wreszcie się doczekała.
Niespodziewany ślub ze starszym mężczyzną był dla wielu zaskoczeniem i nie przyniósł żadnych owoców. Gdy pochowała męża — zarazę, co to nic nie była warta, jak go wspominała — zaczęła piesze wycieczki. Właśnie do Górek Białoszewskich. A wyprawą jej życia był wyjazd do Radzymina wiele lat temu. Mimo to sporo widziała. Jeszcze więcej słyszała. Zwłaszcza w długie i zimne noce, kiedy tu wokół był jeszcze majestatyczny las. Czasami dziękowała Bogu, że może tylko słyszeć i nie musi tego widzieć. Nigdy w takie noce nie wychodziła z domu.
Teraz też słuchała wycia tego czarnego diabła, jak zawsze nazywała psa Kowalskich.
— Jaki tam Ali, jaki tam Alibaba? Diabeł, zwykły diabeł — mamrotała w wieczory takie jak ten. Sama czuła jednak, że coś się zmieniło. Choć nie chciała, pamiętała, co zobaczyła w lesie kilka dni temu. Bezskutecznie starała się o tym nie myśleć i wmawiała sobie, że nic wtedy nie poczuła.
Poczuła, a to uczucie narastało. Nie wychodziła już z domu po zmroku, bo coś złego przebudziło się w lasku.
***
Podkomisarz Jakub Malicki, komendant miejscowego posterunku policji, zdegustowany, patrzył na ściany swojego gabinetu. Może pomieszczenie nie wyglądało gorzej niż inne pokoje w budynku, ale i tak nie mógł to być komplement. Na pewno pokój nie przypominał gabinetu komendanta.
— No ale jaki komendant, taki gabinet — pomyślał z wisielczym humorem.
Komendantem został, bo chętnych na to stanowisko jakoś nie było. I tak to pewnego dnia łysiejący, szpakowaty, wysoki i chudy jak tyczka Malicki wdrapał się na — jak sam mówił — pagórek kariery.
Stanowisko wymagało od niego znienawidzonych czynności administracyjnych i tych codziennych jak remonty. Ściany jego pokoju, jak i pozostałych w komendzie, zdecydowanie dopraszały się malowania. O remont błagała też podłoga. Stąpanie po starej klepce przypominało czasem próby utrzymania równowagi na okręcie. Elewacja budynku świeciła dziurami. Tak, komenda zdecydowanie potrzebowała remontu. Jakuba zniechęcała jednak świadomość potrzeby podjęcia działań niezbędnych do rozpoczęcia chociażby zwykłego malowania. Przecież sam z chłopakami nie pomaluje, a nie może też ot tak zadzwonić po ekipę malarską. Procedury, przepisy, ustawa o zamówieniach publicznych — to wszystko go odrzucało. Pracowników cywilnych miał jak na lekarstwo. O specjaliście ds. zamówień publicznych mógł zapomnieć. Ba, nawet policjantów mu brakowało. Na trzytysięczne Mięsowoły było ich pięciu — i to razem z nim!
Jakub mimo to nie narzekał. Zdawał sobie sprawę, że nie jest prawdziwym policjantem. To znaczy miał oczywiście odpowiednie wykształcenie, miał doświadczenie i to niemałe, lecz w zakamarkach własnego umysłu skrywał prawdę o sobie. Prawdą było to, że po prostu policjantem nie był, a jedynie dość udanie — taką miał nadzieję — policjanta udawał. Procedury śledztw, współpraca z prokuraturą, raporty i wiele innych typowych policyjnych czynności — to wszystko go nie obchodziło. Owszem, musiał markować, aby tyle lat utrzymać się w tej robocie. W rzeczywistości jego praca to były chaos i intuicja. Z przewagą tego pierwszego. Przez długi czas to działało. W stolicy coraz trudniej było mu jednak ukrywać prawdę o sobie. Oczywiście był to powód ważny, ale nie jedyny, aby uciec gdzieś w Polskę i znaleźć swoje Twin Peaks, o czym marzył. Dość miał trupów, na jakie napatrzył się przez lata w Warszawie. Szukał pracy właśnie w takiej dziurze jak tu. Nawet kosztem otrzymania obskurnego gabinetu czy ciasnego mieszkanka w brzydkim bloku. Chciał małego, spokojnego miasta i takie znalazł. Odpowiadała mu senna atmosfera tego miejsca. Trochę odrealniona. Gdzie nic się nikomu nie chce. Niby niedobrze. Ale kiedy to lenistwo udzielało się też przestępcom, było już całkiem nieźle.
Kuba lubił czasem oglądać seriale kryminalne. Zwłaszcza te polskie. Rzadko widywał lepsze komedie. Nierealne komendy przypominały miejsca z innych krajów, a w zasadzie chyba z innego świata. Tam nikt nie przejmował się malowaniem ścian. Za to zawsze rozwiązywano arcyciekawe zagadki. Łapał się jednak często na myśli, że przecież kto jak kto, ale akurat on nie powinien tego krytykować. Mięsowoły i jego komisariat też były przecież odrealnione. Komisariat to głównie w wyniku jego podejścia do pracy.
Na szczęście tutejsze sprawy były banalne. Owszem, zdarzały się morderstwa, nawet wcale nie tak rzadko. Jednak nie było w nich nigdy tajemnicy i policja z reguły zatrzymywała pijanych sprawców na miejscu zbrodni. Na co dzień wyzwanie dla miejscowych stróżów porządku stanowiły bójki po alkoholu i drobne kradzieże, ale i te niezbyt często. Może tylko zaginięcia spędzały mu sen z powiek. Większość zaginionych jednak odnajdywano, a gubiących się w lesie niezdar do statystyk nie zaliczał. Faktycznie, w tutejszym lesie ludzie często gubili drogę. Jednak czy było w tym coś dziwnego? Las to las, zgubić się można.
To właśnie nad sprawą zaginięcia dumał podkomisarz, kiedy uciekł myślami w kierunku nierealnego remontu. Po raz drugi tego dnia czytał akta sprawy Stanisława Waśkowiaka. Zaginięcie zgłoszono przedwczoraj, a Staszek ostatni raz widziany był w pracy siódmego listopada. Mijał więc już piąty dzień.
— Sporo — zafrasował się.
Przy brakach kadrowych w ich komendzie, gdzie na jednego policjanta przypadały dwa wakaty, Malicki do tej pory nie podjął właściwie żadnych czynności. Początkowo nie był przekonany co do tego zaginięcia. Młody Waśkowiak dał się już poznać miejscowej policji. Nie to, że zaraz bandyta. Ale nie zawsze też bywał grzecznym chłopcem. Nawet jego matka przyznała, że chłopakowi często zdarzały się przerwy w domowej obecności. Sama zwlekała, nim przyszła na policję. Kiedy jednak już się zdecydowała, ze łzami w oczach zarzekała się, że teraz to co innego. Czuła to! Jako matka czuła to i błagała podkomisarza, by jej uwierzył.
Jakub siedział zamyślony. Dziwił się sam sobie, ale wierzył Waśkowiakowej. Czy to wyszydzana i przereklamowana w filmach czy książkach intuicja, czy węch rasowego psa? Jak zwał, tak zwał. Jednak uwierzył Janinie Waśkowiak. Tylko czy to zaginięcie? Czy coś o wiele gorszego? Wierzył w przeczucia. Ostatnio czuł, że w sennych Mięsowołach dzieje się coś dziwnego. Jak tylko zaczęła się budowa tego cholernego toru, wiedział, że będą kłopoty.
— No nic się nie zmienia od dupy siedzenia — pomyślał błyskotliwie. — Trzeba jutro zabrać jednego z młodych i podjechać na Graniczną. Popytać. Pewnie i bez przeszukania lasu się nie obejdzie.
Miejscowy lasek, we własnym mniemaniu, znał już dość dobrze. Czy jednak sporadyczne przebieżki dróżką pośród drzew można było nazwać poznawaniem lasu? Wątpliwe, zwłaszcza dla człowieka, któremu czasem wydawało się, że drzewa rosną nie tam gdzie wcześniej. Zdarzało się, że wychodził z lasu otumaniony, myśląc, co w nim właściwie robi. Dlatego komendant postanowił, że musi wracać do niego częściej. Przecież biegała tam też ta niesamowita kobieta. Wysoka jak zawodniczka WNBA.
***
Był późny wieczór i przedszkole „Wesoła krówka” powinno już być zamknięte. W oknach od strony Rzeźniczej wciąż jednak widać było światło. Dyrektorka placówki, Hanna Fijałkowska, mimo późnej pory nie wychodziła z pracy. Była bezdzietną rozwódką i miała dużo czasu.
Do Mięsowołów przyjechała trzy lata temu. Chciała odmienić swoje życie po katastrofie, jaką okazało się małżeństwo z niewiernym facetem. Dupkowi znudziła się puszysta blond żonka i choć wcześniej tyle gadał, jak to on lubi kobiece krągłości i jak kocha swoje blondbiustwo, zaczął na boku posuwać szkieletora. Tak nazywała ją Hanka. Szkieletor i jeszcze z brzydką, końską twarzą. Po sprzedaniu mieszkania w Warszawie, w którym żyła siedem lat z megamendą, postanowiła zamieszkać gdzieś na prowincji. Miejscowe przedszkole szukało akurat nowej dyrektorki. Nie zastanawiała się nawet przez chwilę. Chciała uciec, zaszyć się gdzieś i zapomnieć o zgiełku i wiecznym pośpiechu dużego miasta. Mięsowoły nadawały się do tego idealnie. Konkurs stał się formalnością, bo kandydatka zgłosiła się tylko jedna.
Teraz siedziała wpatrzona w biurko i leżące na nim rozrzucone rysunki dzieci. Dużo. Nawet bardzo dużo. Obrazki różniły się między sobą stylami. Od razu można było poznać, które dzieci mają jakikolwiek talent malarski, a które rysują, bo tak robią wszystkie dzieciaki świata. Tematyka okazała się już jednak mało zróżnicowana. Na kartkach przewijał się tylko jeden motyw — stara kobieta w szarym, długim płaszczu. W oczy rzucały się nienaturalnie wielkie oczy i brak stóp. Sprawiało to wrażenie, jakby namalowana osoba się unosiła.
Rysunki maluchów rzadko bywały realistyczne. Hanna widziała już dużo dziwniejsze prace swoich podopiecznych. Przerażało ją jednak to, że motyw szarej kobiety pojawiał się u tak wielu dzieci. Zaczęło się cztery dni temu od kilku malunków i szybko przybywało ich z każdym dniem. Odniosła też wrażenie, że twarz tajemniczej postaci, z początku bez wyrazu, stopniowo staje się coraz bardziej wroga. Zła. Okrutna.
***
Zygmunt długo nie mógł zasnąć. Pochrapywanie Dzidki nie miało z tym nic wspólnego. Przez lata przyzwyczaił się do tego, a nawet przyłapał na tym, że właściwie bez jej chrapania trudno mu zasypiać. Nie, zdecydowanie nie chodziło o chrapanie. Zygmuś nie lubił zmian. W jego wieku mało kto lubił. Czyż nie lepiej codziennie zastawać dobrze znaną nam rzeczywistość? Niestety, zmiany dotarły także na spokojną ulicę Graniczną. Widok z okna, który towarzyszył mu czterdzieści lat, został oszpecony. Nie zliczyłby, ile razy zapuszczał się w las tuż koło swego domu. Ten spokój, jaki ogarniał go między drzewami, trudno było przecenić. Uczucie, kiedy widział brązowy kapelusz podgrzybka wyłaniający się z zieleni mchu — bezcenne. Teraz żeby wejść w las, musiał nadkładać drogi ulicą Poprzeczną, a częściej Przyleśną, bo na Poprzecznej mieszkała ta stara wariatka. Tak, Zygmunt nie lubił zmian.
Dręczył go niepokój, którego źródło trudne było do ustalenia. Zmiany zmianami, ale chodziło o coś więcej. Dziwne zachowanie psa. Dziwne zachowanie Bochniowej. Tak, miał ją za starą wariatkę. Jednak kiedy w ciągu dnia stała przez wiele godzin wpatrzona nieruchomym wzrokiem w robotników pracujących w lasku, a wszystko to przy akompaniamencie wycia Alibaby, miał czasem dreszcze i co chwilę odpływał gdzieś myślami. Do lasku. Do dziwnej, szarej plamy, którą zobaczył pierwszego dnia robót na przyszłym torze rowerowym.
— Plama? Na pewno? Czy ta plama nie przypominała kobiety?
Do tego to zniknięcie robotnika. Przecież on ostatni raz był widziany właśnie wtedy, kiedy to coś dziwnego poruszało się między drzewami!
— Daj sobie spokój, stary — upomniał się w myślach. — To tylko nerwy i nie ma co myśleć o głupotach. Śpij! — nakazał sobie.
Po chwili, o dziwo, sen nadszedł. Zaczęło się jak zwykle. Może z tą różnicą, że tym razem Zygmuś był młody. Nie widział siebie we śnie, ale czuł się młody. Nie było brzuszka, a umięśnione nogi niosły go z łatwością. Rozpierała go młodzieńcza energia.
Młody Zygmunt był na grzybach. Podobnie jak jego żona i córka uwielbiał grzybobranie. Las, grzyby i wierny pies przy nodze. Sen ma swoją logikę, nic dziwnego zatem, że chodź młody, to ma żonę, córkę i psa, który w jego życiu pojawił się dopiero niedawno. Mimo to taki sen nie był niczym nadzwyczajnym. Taki sen przynosił za to relaks. Ukojenie. Odpoczynek. Lecz nie tym razem.
We śnie Zygmunt był głęboko w lesie. Niósł koszyk pełen grzybów. Naciął tyle podgrzybków, prawdziwków, kozaków i zajączków, że kosz zaczynał mu już ciążyć. Ciężar był jednak przyjemny, bo oznaczał rychłe pochwalenie się zbiorami przed rodziną. Grzybowa rywalizacja wśród Kowalskich miała swoje tradycje i zawsze wzbudzała wiele radości. Sielska atmosfera zaczęła się jednak stopniowo zmieniać. Las ogarnęła ciemność. Ucichł śpiew ptaków. Zniknął gdzieś szelest liści, jakby drzewa zamilkły przestraszone czymś, co nadchodzi. Też to poczuł. Najpierw zimno niczym powiew lodowatego wiatru, choć ani jeden listek się nie poruszył. Potem wrażenie obecności. Nie był tu już sam. Coś nadchodziło. Ktoś?
— Zygmuuuunt, Zygmuuuunt! — usłyszał wołanie teatralnym szeptem.
Spojrzał w kierunku, z którego zdawał się docierać głos. Widział tylko ciemność. Poczuł ponaglenie. Nogi same zaczęły nieść go w kierunku nieodległej plamy głębszej czerni. Nie chciał tam iść. Nie panował jednak nad swoim ciałem. Szedł. Wierny Ali stąpał powoli obok swego pana. Miał zjeżoną sierść. Obnażył zęby i dziąsła w bezdźwięcznym grymasie. Mężczyzna stanął. W lewej ręce trzymał wiklinowy kosz z grzybami, w prawej — bambusowy kij, bez którego nie wchodził nigdy do lasu. Czuł, że jego kijek nie będzie jednak wystarczającą obroną przed tym, co właśnie się pojawiło. Plama czerni tuż przed nim najpierw pojaśniała, a potem zszarzała. Po chwili nie było już plamy, a w jej miejscu ujrzał Zygmunt nagą, prześliczną, dwudziestokilkuletnią dziewczynę. Miała długie, kruczoczarne, kręcone włosy sięgające bioder i pośladków. Idealnie kształtne piersi z ciemnymi i sporymi sutkami. Jego wzrok przyciągnął czarny trójkąt włosów u zbiegu ud. Lecz już po chwili patrzył tylko w jej oczy. Duże, piękne i ciemne oczy. Im dłużej w nie patrzył, tym większe się wydawały. Poczuł erekcję. Poczuł królową erekcji. Nie czuł się tak od czasów prawdziwej młodości.
— Moooje — usłyszał. — Mooje, móóójjj, móóójjj, mojjje — nie przestawała zawodzić dziewczyna.
Alibaba trząsł się u nóg swego pana i wydawał z siebie ciche popiskiwania. Jakby znowu był małym, bezbronnym szczeniakiem. Dziewczyna zaczęła zataczać kręgi wokół Zygmunta i psa. Coraz szybciej i szybciej. Po chwili jej postać rozmyła się, a prędkość była tak wielka, że zdawało się, iż mężczyzna otoczony jest przez okrąg jasnoszarej ściany. Zatrzymała się na chwilę. Wyglądała inaczej. Wyraźnie widać było brzuch ciążowy. Znowu ruszyła. Przystawała co chwilę, a każdy przystanek przynosił kolejne zmiany w jej wyglądzie. Brzuch się powiększał. Potem zniknął. Skóra straciła blask. Pomarszczyła się. Długie włosy posiwiały. Piersi zwiotczały. Twarz była niczym maska z taniego horroru. Po chwili stała już przed Zygmuntem stara, ale i przerażająca kobieta. Wydawało się, że nie ma stóp i jakby unosiła się w powietrzu. Miała na sobie szary płaszcz. Nie! Zobaczył, że to nie płaszcz. Cała była porośnięta włosiem lub futrem!
Otworzyła usta:
— Moojeee — zawołała chrapliwie. — Mooojeeeee, móóój, móóój, mojeeeee — zawyła i wyciągnęła ręce w stronę Zygmunta.
Przez chwilę stał bez ruchu. Był jak zahipnotyzowany. Wydawało się, że już tak zostanie i za chwilę wpadnie w szpony maszkary. Nadludzkim wysiłkiem ocknął się jednak z letargu. Popatrzył wokół bardziej przytomnym wzrokiem i skierował go na psa.
— Ali, do domu — zawołał, odwrócił się i razem z czworonożnym przyjacielem rzucili się do panicznej ucieczki.
Czuł, że zjawa jest tuż za nim. Już za chwilę będzie za późno. Już za chwilę będzie po nim. Po nich.
Szczek psa. Alibaba odwrócił się i postanowił być dzielny. Warczenie przechodzące w szczekanie. Głośne. Ponaglające.
Kowalski otworzył oczy we własnym łóżku. Oddychał gwałtownie. Obok usiadła obudzona Dzidka:
— Czego ta cholera tak ujada? Zygmuś, weź ty go jutro do domu już na zimę. Noce coraz chłodniejsze przecież, a tak to spać paskuda nie daje.
— Wezmę, wezmę — odpowiedział i w myślach podziękował paskudzie za ocalenie.
Tak, to był sen, ale miał wątpliwości czy uszedłby z niego cało. To nie zwykły sen. Takiego snu nie miał nigdy. Ze smutkiem zauważył, że po podnieceniu nie ma najmniejszego śladu. Zniknęła też młodość. Jednak za tym, co śnił, nie tęsknił.
Szczekanie psa wreszcie ucichło. Małżonkowie znów się położyli. Wkrótce w sypialni słychać było znajome chrapanie Dzidki. Usnął też Zygmunt. Tym razem szczęśliwie nic mu się nie śniło.
Rozdział 4
Po upiornej nocy stara Bochniowa była wymęczona i w sobotni poranek nie miała na nic ochoty. Nawet na ploteczki z sąsiadami i zaczepianie przechodniów. Tej nocy nie dało się spać. Z lasu dobiegały krzyki, nawoływania i szczekanie tego czarnego diabła.
— Co ten Kowalski? Psa w nocy do lasu wyprowadził? — mruczała pod nosem.
Szczekanie to jedno, ale inne odgłosy, które słyszała, były na tyle przerażające, że nie dało się spać. W środku nocy paliła gromnicę i odmawiała modlitwę, której nauczyła się wiele lat temu:
„Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech go Bóg pogromi, pokornie prosimy. A Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła”.
Nie wysiedziała długo w domu. Rzadko jej się to udawało. Postanowiła rozruszać stare kości, jak mawiała. Ubrała się ciepło i wyszła przed dom. Plac budowy był cichy i pusty. Na chodnikach nie było żadnych potencjalnych ofiar. Jedyni sąsiedzi też jakby schowali się w domu.
Noc to noc, a dzień to dzień. W dzień las niestraszny. Złe wspomnienia gdzieś uleciały. Uzbrojona w sękatą laskę, ruszyła między drzewa. W telewizji wciąż gadali o zmianach klimatu i o tym, że teraz grzyby i w grudniu da się zbierać. Nie bardzo wierzyła, bo przecież telewizja kłamie. Nie zabrała więc kosza, ale poczłapać po lesie zawsze lubiła. Po kilku minutach przystanęła i aż sapnęła głośno z zadowolenia. Kosz! Wiklinowy! I to jaki! Widać, że bardzo porządny. Zaśmiała się nad głupotą ludzi, co to takie nowiuśkie kosze wyrzucają. Oj, za dobrze ludziom, za dobrze. Kilka człapnięć dalej czekało na nią kolejne znalezisko. Ktoś wyrzucił porządny, bambusowy kij! Mamrotania o czasach i głupich ludziach było jeszcze więcej. Oczywiście kijek zabrała, bo grzechem nie zabrać, gdy las tak hojnie obdarza.
Nie był to koniec znalezisk Bochniowej tego dnia. Nieco dalej w lesie natknęła się najpierw na jeden, a po chwili — na drugi but. Od razu widać, że buty są od pary. Znoszone, męskie sportowe obuwie. Za duże na nią. Ale staruszka żadnych darów lasu nie odrzucała. Buty wylądowały w koszyku i wraz z nową właścicielką udały się do domu.
***
Choć to sobota, Hania wciąż nie mogła zapomnieć o pracy. Zabrała z przedszkola rysunki dzieci. Przez tydzień uzbierało się ich całkiem sporo. W swoim mieszkaniu miała jak zwykle spokój i dużo czasu, żeby pomyśleć. Zaprosiła nawet przyjaciółkę, z którą ostatnio się nie widziała. Od czasu wyjazdu z Warszawy wiele znajomości poumierało śmiercią naturalną. Ale nie ta.
Z Jagodą znały się od szkoły średniej. Złośliwi wołali za nimi wtedy Flip i Flap. Niska, tęgawa Hanna i wyższa nawet od wszystkich chłopaków Jagoda Stelmach stworzyły duet idealnych przyjaciółek. Docinki też szybko się skończyły, bo Jaga, szkolna kapitan żeńskiej drużyny koszykówki, potrafiła usadzić każdego. Choć z pozoru groźna, w rzeczywistości była ciepłą i empatyczną osobą. Pół roku temu, za namową Hanki, Jagoda zamieszkała w Mięsowołach i wreszcie ogarnęła się na tyle, żeby odwiedzić przyjaciółkę. Co ważne, była psychologiem i Hanna chciała jej pokazać rysunki dzieciaków. Nie zamierzała na razie robić tego oficjalnymi kanałami, nie chciała też póki co powiadamiać rodziców. Właściwie chyba nie było o czym powiadamiać. Jednak czy na pewno?
Kiedy przyszła Jagoda, dwie ryczące czterdziestki, jak mówiły o sobie, usiadły w kuchni i wspominały stare dzieje przy filiżankach kawy.
— Dobra, Hanka. Pokaż te bohomazy. Czas na ekspertyzę — mrugnęła do niej koleżanka.
Po chwili na kuchennym stole leżała już papierowa teczka, a Jagoda wyciągała z niej rysunki. Każdy trzymała w dłoniach dość długo i przyglądała im się z wyraźnym zaciekawieniem. Ekspertyza wydawała się dobiegać końca. Psycholog odłożyła rysunki. Chwilę zastanawiała się, co powiedzieć koleżance i jak ją uspokoić.
— Haniu, wiesz, że nie jestem psychologiem dziecięcym — zaczęła. — Ale moim zdaniem nie ma tu nic strasznego. Owszem same rysunki wyglądają jak żywcem wyjęte z horroru. I pewnie zdajesz sobie sprawę, że rysunki dzieci odzwierciedlają ich przeżycia, lęki, także pragnienia… Czekaj, Hanka, daj skończyć — szybko dodała Jagoda, widząc, że koleżanka już otwiera usta. — Wiem, co chcesz powiedzieć. Że tym bardziej te rysunki są powodem do obaw. Ale zobacz. One są właściwie jednakowe. Gdyby to narysował jeden dzieciak, to byłby już powód do naprawdę dużych obaw. Ale to są rysunki, jak sama powiedziałaś, wszystkich dzieciaków z przedszkola. Wiesz co… to wygląda, jakby rysowały coś z filmu albo bajki, która musi być ostatnio popularna. Wiesz, jak to teraz jest z bajkami. Dużo z nich nie nadaje się dla dzieci. A rodzice nie zawsze dopilnują, co ich bąbelki oglądają. I oczywiście tak nie powinno być. Jedyne, co mogę ci doradzić, to porozmawianie z rodzicami i uczulenie ich na to, co oglądają pociechy. Natomiast z żadnym konkretnym dzieciakiem, moim zdaniem, nie dzieje się tu nic odstającego od normy.
Hania pokiwała głową, uspokojona.
— Masz rację, przeprowadzę pogadankę dla rodziców. To nigdy nie zaszkodzi. Chociaż wiem, jacy potrafią być rozdrażnieni, kiedy tylko nawet delikatnie zwróci się im uwagę, że niedostatecznie opiekują się swoimi dziećmi. Popytam też, czy ktoś kojarzy bajkę lub film z tą maszkarą z rysunków.
Porozmawiały jeszcze jakiś czas o przysłowiowej dupie Maryni. Potem temat zszedł na koreańskie dramy, które obie uwielbiały. Troszkę posprzeczały się o to, czy bardziej seksowny jest Ji Chang-Wook czy Lee Joon-Gi. Jagoda opowiedziała koleżance, że w „Wieściach mazowieckich” pisali, że do Mięsowołów być może zawita koreańska ekipa filmowa. Do ich Mięsowołów! Do tej dziury, gdzie nigdy nic się nie dzieje! Podobno szukają miejsca w Polsce do kręcenia dramy, a jednym z tych miejsc mają być ruiny po starej cegielni. Obie dziewczyny nie mogły się tego doczekać. Oby się spełniło!
— Koreańczyków nigdy dosyć — zaśmiała się Hania, a koleżanka przyznała jej rację, choć po cichu liczyła na to, że do Mięsowołów zamiast ekipy filmowej zawitają koreańscy koszykarze i pozna wreszcie kogoś, z kim łatwiej będzie się całować.
Miały się już pożegnać, kiedy tuż przed wyjściem Jagoda aż walnęła się dłonią w czoło, jakby sobie coś przypomniała:
— Ty, Hanka, a ty kojarzysz ten tor rowerowy, co go teraz na Granicznej budują? No to ja ci nie powiedziałam najważniejszego o tych rysunkach twoich. Znajoma mojej sąsiadki opowiadała, że jej dzieciak dostał tam niemal szału i upierał się, że widział zjawę, dziwną panią, która wypisz wymaluj wyglądała jak te zjawy z rysunków twoich dzieciaków. On nie chodzi do przedszkola. I to by, kochana, potwierdzało, że dzieciaki oglądają teraz jakąś chorą, porypaną bajkę. I tyle.
Jagoda uspokoiła więc koleżankę. Hanna poczuła się uspokojona. Nie wiedziała, że bajki z tak dziwną postacią po prostu nie ma.
***
Sobota to dobry dzień, jeśli chce się kogoś zastać w domu. Z tą myślą podkomisarz Jakub Malicki wybrał się po raz kolejny w okolice toru rowerowego. Na sąsiedniej posesji zauważył grabiącego liście Zygmunta Kowalskiego. Ten odłożył grabie i pierwszy odezwał się do policjanta:
— Witam szeryfa Beeftown — rzucił trochę złośliwie.
Beeftown — tego słowa nauczył się od Grześka, swojego zięcia. Grześ mało mówił, a jak coś powiedział, to zazwyczaj nie było to warte zapamiętania. Naukowiec, ale trudno spamiętać, czym właściwie się zajmuje. Nie, Zygmunt nie miał nic do zięcia. Chłopak był w porządku, tyle że niegaduła taka. Jednak Beeftown — to mu się udało. Choć teść nie znał angielskiego, to zięć wytłumaczył mu żart słowny z nazwaniem Mięsowołów — Beeftown. Od tej pory używał tego bardzo często. To stąd wzięła się przecież nazwa ich klubu piłkarskiego. Klubu, gdzie Zygmuś pełnił obowiązki prezesa, a Grzesiek — grającego trenera.
Jakub przywitał się z Kowalskim. Rozmawiali chwilę, ale szeryf Beeftown nie dowiedział się nic nowego. Kowalski nie kojarzył zaginionego Waśkowiaka ani nie widział nic dziwnego w ostatnim czasie. O tym, że zniknął jego kij bambusowy i kosz na grzyby, nie wspominał. Bo i czemu coś tak błahego mogło obchodzić policję. O śnie nie wspomniał tym bardziej, kto by chciał wyjść na starego wariata. Złośliwie wysłał Jakuba do starej Bochniowej, bo jak powiedział — ta wie wszystko, co tu się dzieje.
Podkomisarz udając, że nie słyszy złośliwości, podziękował i poszedł dalej. Nie skomentował zachowania psa Kowalskich. Alibaba zawsze taki pogodny i zaczepiający wszystkich bez wyjątku, tym razem leżał i apatycznie zerkał przed siebie.
Malicki pomyślał, że rozejrzy się jeszcze po obrzeżach lasku i potem wstąpi do lokalnej skarbnicy wiedzy pod postacią starej Bochniowej.
***
Janina Waśkowiak nie mogła sobie znaleźć miejsca. Brak wiadomości o synu ją dobijał. Wciąż wydzwaniała na komisariat albo czekała przy telefonie. Swój dom w Zaliszkach wysprzątała już wiele razy. Uspokajało ją to. Było już tak czysto, jakby miała przyjechać królowa angielska. Musiała zająć czymś wolny czas, którego nagle zrobiło się tak wiele. Miejscowy proboszcz, u którego od lat usługiwała, litościwie nakazał jej pozostać u siebie. Kategorycznie zdusił nieśmiałe protesty kobiety — jakże to ksiądz sobie sam poradzi? –i zalecił modlitwę w domu.
Janina zawsze dużo rozmawiała z Bogiem, a jeszcze więcej z Przenajświętszą Panienką. Ileż to razy błagała o zesłanie opamiętania na swego syneczka — niech pić przestanie, niech złe towarzystwo porzuci, za uczciwą robotę niech się weźmie, dobrą dziewczynę niech pozna, co matce też starej pomoże — i Panienka często do próśb się przychylała. Teraz Waśkowiakowa niemal nie wstawała z kolan. Po kilka razy na dzień modliła się do Świętego Antoniego, prosiła Maryję o wstawiennictwo, błagała Anioła Stróża i zapewniała Jezusa o swej ufności. Była prostą kobietą i nie miała innych pomysłów, co może jeszcze zrobić.
Jedyna zmiana, jaka pojawiła się w ostatnich dniach, to sen, który zaczął ją nawiedzać. Buty. A właściwie ślady butów odciśnięte w ziemi. Nie widziała, czyje to ślady, ale czemu miałby objawić jej się taki sen, gdyby nie były to ślady jej Staszka… Dziwne ślady. Ciągnęły się i ciągnęły, aż nagle się urwały. Tak jakby Staszek pofrunął… albo coś poderwało go do góry. I krzyże, wszędzie krzyże. Przeżegnała się szybko i odpędziła złe myśli. Znów pogrążyła się w modlitwie.
***
Podkomisarz Jakub Malicki długo pukał do drzwi domu Bochniowej. Uznając, że staruszka może nie dosłyszeć, otworzył je i wszedł do sieni. Przy framudze stała para sportowych butów. Zastukał w kolejne drzwi i po usłyszeniu zaproszenia wszedł do środka.
— Dzień dobry, pani Bochniowa. A co to, gościa pani ma? Czy jogging zaczęła pani uprawiać? — powiedział Malicki, wskazując na buty.
Bochniowa się rozjątrzyła:
— Ja stara jestem, to i ogródka już nie uprawiam, a co by dopiero jakiś dżogink, co to o nim nie słyszałam nawet. I w gościnę nikt tu nie zajrzał do mnie. A te buty, co pan komisarz pokazuje, to w lasku znalazłam i tyle.
Jakuba zmroziło.
— Jak w lasku? W tym lasku za drogą? Kiedy? — rzucał pytanie za pytaniem.
Bochniowa ze spokojem wyjaśniała, że tak, że w naszym lasku, że teraz, dzisiaj, dopiero co znalazła. I na wszelki wypadek rozkrzyczała się.
— Moje, znaleźne i nie oddam. Znalezione, nie kradzione. Moje, nie oddam! Nawet wyprałam je i jak nowe są! Mówię, że nie oddam!
Podkomisarz chwilę przetrawiał słowa staruszki. Wyprane, o śladach można zapomnieć pewnie. Gorsze było co innego. Jakim cudem nie zarządził wcześniej przeszukiwania lasku?
— Ot, widać, jaki ze mnie komendant — pomyślał rozgoryczony. — Pretensje mogę mieć tylko do siebie, kurwa — dalej łajał się w myślach.
Wreszcie się opanował.
— Nieważne. Buty jak buty. Nic charakterystycznego. Na wszelki wypadek zrobię zdjęcie. Pokażę Waśkowiakowej i ekipie budowlanej. Może ktoś coś? — dumał jeszcze.
Bochniowej powiedział, że butów nie zabierze, ale być może jeszcze w tej sprawie się zgłosi i co najwyżej je wypożyczy. Poprosił staruszkę, aby wytłumaczyła mu, gdzie znalazła buty, pożegnał się i poszedł do lasku po raz kolejny. Tak jak się spodziewał, nie znalazł tam nic więcej. Ot, trochę śmieci, jak w każdym polskim lesie.
Rozdział 5
Drzewa wycięto, ptaki przepędzono, lecz przecież postęp cywilizacyjny ma swoją cenę. Na co komu las, kiedy można mieć tor rowerowy? Na co komu polana w lesie? Lepiej zalać ją asfaltem. Miejscowi od lat jeździli rowerami w tym lasku. Nie mieli toru i asfaltu, a jedynie piękny las, w którym jakże przyjemnie było udawać się na piesze i rowerowe wycieczki. Choć nie prosili, dostali jednak asfalt i ławeczki, co niewątpliwie docenią już niebawem amatorzy trunków wysokoprocentowych, spożywanych oczywiście ekologicznie pod gołym niebem.
Grzegorz De Vries stał przy furtce ogrodzenia. Dziwna sprawa z tym jego nazwiskiem. Po śniadym brunecie nikt nigdy nie powiedziałby, że to Holender. Wyglądał na Hiszpana lub Włocha, w każdym razie był typem południowca. Faktycznie jednak urodził się w holenderskim Den Haag jako Gregorius De Vries. Jego matka Alina była Polką. Wyjechała za granicę i pracowała na czarno. To wtedy urodził się Gregorius. Ojciec zniknął z ich życia bardzo szybko. Samotna matka miała właśnie wracać do kraju, kiedy stan wojenny zatrzymał ją w Holandii na dłużej. Alina z synkiem wróciła, gdy ten miał przeszło pięć lat. Grześ nigdy nie poznał ojca i nawet podpytywana matka nie chciała o nim rozmawiać. Ucinała zawsze temat.
— Nie masz ojca, uwierz, że nie ma o kim myśleć.
Uwierzył. Stał się Polakiem, z Gregoriusa — Grzegorzem. Nazwisko jednak zostało i szybko się zorientował, że De Vries działa na dziewczyny. Nazwisko pomogło mu przecież w końcu poznać jego ukochaną blondyneczkę. Jego ostrą żyletę. Pełną tatuaży, pozytywnej energii i fantazji.
Grzegorz miał dziś wolny wtorek na uczelni. Był doktorem Archeologii Wczesnego Średniowiecza na UW. Nie miał dużo zajęć ze studentami i dość często siedział w domu. Był trochę jak marynarz — tak mówiła o nim Ania. Kiedyś, gdy nadchodził letni czas, wypływał w rejs, czyli tak naprawdę wyjeżdżał na badania wykopaliskowe. Wtedy w domu nie było go przez kilka miesięcy. Chyba że wpadał na dzień lub dwa, aby odpocząć, i — jak mówiła jego żona — na szybki seks. Oboje to uwielbiali. Wczesną jesienią wyjeżdżał jeszcze krótko na tzw. badania powierzchniowe, ale teraz, jeśli nie miał zajęć, był prawie zawsze w domu. Na wykopaliska przestał jeździć i — jak mówił — skupił się na pisaniu. Niewiele było jednak z tego efektów. Za to czasu na niekoniecznie szybki seks — znacznie więcej.
Dziś z nudów obserwował prace budowlane i po cichu liczył na rychły atak zimy, która zaprowadziłaby tu spokój. Zazwyczaj w tym miejscu tuż przy furtce wartę pełnili jego teść i Alibaba. Pies rozpoczął już jednak zimowanie w budynku, a coraz niższa temperatura i gderanie żony zagoniły Zygmunta do prac domowych. Ostrza do maszynki, nożyczki i noże same wszak się nie naostrzą. Grzegorz przyglądał się rujnowaniu jedynego wartego uwagi miejsca w okolicy. Bolało go to, co widział. Nie, nie był ekologiem. Właściwie to nie cierpiał ekologów. Jednak nie trzeba być ekologiem, żeby zrozumieć, jaki gwałt na przyrodzie właśnie się odbywa. Czekał na większy mróz i śnieg, który oby na jak najdłużej przerwie prace budowlane. Odetchnie wtedy trochę jego Ania, którą każdy powrót z pracy psychicznie wiele kosztował. Praktycznie wychowała się w tym lasku. On jako element napływowy nie był aż tak emocjonalnie związany z tym miejscem. Niemniej coraz bardziej widoczna brzydota nowej inwestycji kłuła go w oczy.
Patrzył właśnie, jak łyżka małej koparki zagłębia się w ziemię, kiedy z placu budowy dobiegły go krzyki. Wokół koparki zaroiło się od robotników, którzy biegali i machali rękami, nim operator sprzętu wstrzymał kopanie. Grzesiek zobaczył jeszcze, że budowlańcy nachylają się nad wykopem, otworzył furtkę i zaciekawiony przebiegł na drugą stronę ulicy.
***
Malicki był w drodze do Biernata, kierownika budowy toru, który załatwiał dziś jakieś formalności poza miastem. Chciał mu pokazać zdjęcia butów znalezionych w lesie, a jak na złość budowlaniec był dziś cały czas gdzieś w terenie i wysłanie maila nie miało sensu. Wstyd się przyznać, ale Kuba nie potrafił wysłać fotek MMS-em. Owszem, wysyłał już nieraz i nie uważał się za jakiegoś boomera, lecz w ten parszywy dzień telefon odmówił współpracy i każda próba wysłania kończyła się niepowodzeniem. Może mógłby poprosić o pomoc Kowalika, ale ryży znów patrzyłby na niego z wyższością, a młodego zwyczajnie się wstydził. Jeszcze bardziej obawiał się informatyka. Rapa był specyficzny. Pomógłby na pewno, jednak ile by się przy tym nagadał! Mógł jeszcze podpytać negatywów, niestety ten przedziwny duet od rana patrolował miasto na rowerach.
Kia wiozła więc komendanta w kierunku Radzymina, a podróż umilała składanka AC/DC. Kiedy Malicki dostał wezwanie, dźwięk policyjnego radia zagłuszył słowa piosenki „Highway to Hell”. Błyskawicznie zawrócił i wdeptał w podłogę pedał gazu.
— Bon Scott ma wyczucie czasu — pomyślał i jeszcze bardziej przyspieszył.
W Mięsowołach znaleziono zwłoki.
***
Wczorajsze spotkanie z rodzicami było koszmarem. Już to, że Hanna rozesłała SMS-y o poniedziałkowym spotkaniu w sobotę, zdenerwowało większość. Może by i przyznali, że rysunki są niepokojące, ale kiedy na szalę rzucono temat oglądania nieodpowiednich dla dzieci treści, rodzice zwarli szeregi i jak karna armia zaatakowali wroga, czyli dyrekcję przedszkola. Już po godzinie jałowych kłótni Hanka wywiesiła białą flagę i zakończyła spotkanie.
Teraz, siedząc w zaciszu swojego gabinetu, myślała jednak o tym, co stało się tuż po spotkaniu. Kiedy wczoraj wieczorem zamykała już placówkę, pod drzwiami czekały na nią dwie matki. Były trochę nerwowe, popatrywały na siebie i chyba nie wiedziały, jak zacząć. Kiedy wreszcie jedna z nich zebrała się na odwagę, popłynęły słowa. Matki ze łzami w oczach opowiadały, że ich dzieci od kilku dni pytają, czy są prawdziwe i czy ich mamy to naprawdę ich mamy. To ziarno wątpliwości zasiała w dziecięcych snach dziwna, szara pani. Kobieta z rysunków.
***
Dwóch policjantów nachylało się nad dołem. Łyżka koparki poważnie uszkodziła znalezisko. Wszystko w wykopie było przemieszane.
— To nie są współczesne szczątki. — Usłyszeli policjanci.
Popatrzyli zdumieni na tłumek otaczający wykop. Słowa padły z ust wysokiego, opalonego bruneta.
— A pan to kto? — rzucił aspirant Kowalik, nie zwracając uwagi na szarpiącego go za rękaw Adasia Burko.
Po chwili zreflektował się, że nie dopełnili z kolegą formalności i zapomnieli się przedstawić.
— Aspirant Grzegorz Kowalik i starszy posterunkowy Adam Burko, Komenda Policji w Mięsowołach. A pan to…? — zawiesił głos aspirant.
— Grzegorz De Vries. Mieszkam tu obok. Zobaczyłem, że coś się stało. Wie pan, panie aspirancie, ciekawość zawodowa.
— Zawodowa? Pan tu kieruje budową? — Aspirant nie zrozumiał i, co dość rzadkie, nie zainteresował się zupełnie nietypowym nazwiskiem rozmówcy. Szybko skojarzył jednak, że to przecież zięć Kowalskich, którego do tej pory nigdy nie spotkał.
— Ten trener czy piłkarz? — pomyślał.
Kowalik nie znosił piłki nożnej i za nic miał śmiechy kolegów, że co to za facet, który kopanej nie ogląda. Miał to gdzieś, po prostu piłki nie znosił. A teraz przyszło mu właśnie rozmawiać z piłkarzem.
— Nie, jestem archeologiem. Powiedzmy, że trochę się na tym znam. — Uśmiechnął się przy tym Grzesiek De Vries. — Bez dokładnej analizy nie powinienem mówić, ale to chyba przedwojenne, podwójne szczątki.
— Zaraz, zaraz, jak podwójne? — Kowalik zdawał się nie rozumieć.
Archeolog pokazał coś policjantom w dole, aby wiedzieli gdzie patrzeć.
— Widzicie, to są kości kobiety i bardzo małego dziecka. Noworodek chyba. Albo kobieta w zaawansowanej ciąży. Ale noworodek raczej.
Nachylił się jeszcze bardziej i przez chwilę wydawało się, że wpadnie do wykopu. Szybko złapał równowagę i jeszcze raz wskazał na rozkopaną ziemię.
— To jeszcze nie koniec. Widzicie? Tu z boku… o tam, niżej… kolejne kości. Czeka was trochę pracy.
Policja szybko wyprosiła robotników z terenu budowy. Ci dopiero po telefonie do szefa zaczęli rozchodzić się do domów lub dzwonić po podwózkę. Poszedł też do siebie Grzegorz De Vries. Otwierając furtkę, myślał, że może zima szybko nie nadejdzie, lecz prace budowlane zostaną mimo to wstrzymane. Oby jak najdłużej.
***
Miejsce było już zabezpieczone. Podkomisarz Malicki odetchnął z ulgą. Wyglądało, że chłopaki szybko ogarnęli temat. Wszedł na teren cmentarza. Biało-niebieskie taśmy z napisem „policja” wskazały mu, gdzie powinien podejść. Przywitał się z Wiśniakiem i Capałą, bo to sierżant i młodszy aspirant z rowerowego patrolu jako pierwsi dotarli tu po telefonie rozhisteryzowanej kobiety. Zwłoki znaleziono za kontenerem na cmentarne odpady. Młody mężczyzna leżał na plecach. Spodnie i bielizna ściągnięte do kostek. Komendant zadumał się nad tym, jak bezbronnie i żałośnie wygląda martwy facet z fiutem na wierzchu. W Warszawie widział takich scen wiele. Zbyt wiele.
— Prawdopodobnie dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat — W myślach ocenił Jakub już z daleka.
Podszedł bliżej, ale nie przeszedł pod taśmami. Wciąż czekali na techników z Radzymina. Nawet z tej odległości rozpoznał jednak niekompletnie ubranego denata. Poszukiwania zaginionego Waśkowiaka dobiegły chyba końca.
***
Tłum przyciągał. Nawet młody od Kowalskich przyszedł. Nawet policja jest! Stara Bochniowa bardzo chciała tam być. Tak bardzo! Na takie dni jak ten czekała czasem rok czy dwa. Dla takich chwil żyła. Ciekawość nadawała sens jej życiu. Coś jednak ją powstrzymywało. Stanęła w pewnym oddaleniu i tylko się przyglądała. Łowiła strzępy rozmowy:
— Ona — pomyślała. — Więc to ona. Dobrze widziałam. — Pokiwała głową, odwróciła się i poczłapała do domu.
Rozdział 6
Jesienny, depresyjny krajobraz powoli stawał się wspomnieniem. Śnieg, tak rzadko widziany w ostatnich latach, pokrył ulice, chodniki, domy i ogrody. Mięsowoły wypiękniały, tak jak każda panna młoda pięknieje w białej, ślubnej sukni. Pod śniegiem zniknęła też brzydka blizna nowoczesności szpecąca miejscowy lasek. Okoliczne miasteczka i wioski również poddawały się władaniu zimy.
Śnieg i mróz nie zapomniały też o cmentarzu w Zaliszkach. Spora grupa żałobników marzła w podmuchach lodowatego wiatru, mrużąc i chroniąc oczy przed białą zawieją. Ludzie niecierpliwie przestępowali z nogi na nogę, bezskutecznie próbując rozgrzać zmarznięte stopy. Zagadką pozostawało, jak w tych warunkach grabarzom udało się wkopać na głębokość ponad dwóch metrów. Być może ziemia nie zdążyła jeszcze przemarznąć na kamień.
Jakub Malicki nie słuchał monotonnego mamrotania księdza. Zbyt wiele pogrzebów, zbyt wiele śmierci. Uodpornił się. Zerkał na twarze żałobników. Przy tej pogodzie wszyscy właściwie wyglądali tak samo. Myślami był daleko. Wciąż analizował wynik sekcji zwłok młodego Waśkowiaka. Przed oczami wyświetlały mu się najistotniejsze informacje z raportu patologa: „śmierć z przyczyn naturalnych, nagłe zatrzymanie akcji serca, brak śladów osób trzecich”. Tylko jak to powiązać z bosymi stopami Staszka, którego buty znaleziono przeszło kilometr od ciała? Jak rozumieć fragment raportu sekcyjnego stwierdzający, że denat „odbył stosunek seksualny tuż przed śmiercią”? Potrząsnął głową.
— Koniec, nie zawracaj sobie już tym dupy — po raz kolejny upomniał się w myślach.
Sprawa umorzona i czas o tym zapomnieć. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Trzeba zapomnieć. Kiedy człowiek wciąż styka się ze śmiercią, zapominanie jest bardzo pożądaną umiejętnością. Luksus zapomnienia nie jest oczywiście dany każdemu. Janina Waśkowiak, stojąca nad grobem swojego jedynego syna i trzymająca się na nogach tylko dzięki silnym rękom podtrzymujących ją kuzynów, już zawsze będzie miała ten obraz przed oczami. Sypiący śnieg, dół w mroźnej ziemi i ciemność pochłaniająca trumnę z jej ukochanym Staszkiem.
Śnieg pokrył też inny cmentarz. W Mięsowołach, wstydliwie, gdzieś pod płotem, powoli znikała pod śniegiem mogiła z nieznanymi szczątkami trzech osób. Tu nikt nie pożegnał, nikt nie zapłakał i nikt nie będzie wspominał. Policja i pomoc społeczna wykonały swoje ustawowe obowiązki, a nie należały przecież do nich żal i pamięć o zmarłych.
***
Zima wniosła trochę spokoju do domu Kowalskich. Spokoju nietypowego, bo nikt tu zimy nie lubił. Dla Zygmusia zima to konieczność odśnieżania. Zięć jakoś się do tego nie garnął, a teść nawet to rozumiał. Dla Anki śnieg to nic innego jak biały syf lub białe gówno. Nie mówiła nigdy inaczej. Grzesiek, miłośnik lata, zawsze czekał z utęsknieniem na koniec mroźnych dni. Tylko Zdzisława przyjmowała z filozoficznym spokojem każdą porę roku. W domu nie było dzieci, nie było wnuków i nikt nie miał tu powodów lubić zimę. Podejście do niej było czysto pragmatyczne. Tym razem stało się jednak inaczej. Mróz nie pozwolił wznowić prac budowlanych za drogą, zatrzymanych po znalezieniu kości, a śnieg przykrył doły, hałdy ziemi, żwiru i pnie po wyciętych drzewach. Choć w znanym od zawsze widoku z okna ubyło wiele drzew, to śnieg nieco łagodził to, co zrobiono jesienią z ich laskiem.
Stary Kowalski nie zapuszczał się teraz głęboko w knieję. Na spacery z psem wolał chodzić chodnikiem i tylko czasem Alibabie udało się zaciągnąć pana pomiędzy drzewa. Las budził niepokój. Las budził wspomnienia. Wspomnienia snu. Snu, o którym Zygmuś pamiętać nie chciał, lecz o którym pamiętać będzie pewnie już zawsze. Rozumiały to córka i żona Zygmunta. Oczywiście nigdy nie opowiedział im o śnie — nieśnie, jak sam to nazywał, ale Ania i Dzidka czuły się bardzo nieswojo, zbliżając się do drzew. Czy to przez nieznane okoliczności śmierci młodego robotnika, czy przez znalezione szczątki kobiety z dzieckiem, faktem było, że las zaczął je przerażać.
***
Zima wniosła spokój do „Wesołej krówki”. Hanna nie miała więcej zgłoszeń o dziwnych zachowaniach dzieci. Z rysunków zniknęła wstrętna maszkara, a zastąpiły ją sylwetki Świętego Mikołaja i reniferów. Dzieci były zbyt podekscytowane zbliżającymi się świętami, by ulegać dziwnej pani ze snów. A może ta przestała je nawiedzać?
Jagoda, poinformowana przez Hanię o zmianie twórczości dzieciaków na zdecydowanie bardziej radosną, skwitowała to krótko:
— Widzisz, Haneczko, tak jak mówiłam. To bajka, to musiała być durna bajka. Skończyła się, już jej nie oglądają i dzieciaki wróciły do normy.
Święta planowały spędzić razem. Obie nie miały bliższej rodziny, a od dalszej stroniły. Czekały więc na święta przed telewizorem i oglądanie dram koreańskich z zapartym tchem. W menu miały dominować koreańskie ciacha. Czy kiedy pod twoim dachem goszczą Ji Chang-Wook i Lee Joon-Gi, potrzeba kogoś więcej? Odpowiedź była dla nich oczywista.
***
Las pokryty śniegiem wyglądał prześlicznie. Stara Bochniowa pomimo mrozu potrafiła godzinami stać na podwórku i podziwiać piękny widok. Od lat robiła tak każdej zimy. A ta była wyjątkowo piękna. Do lasu jednak nie wchodziła. Sąsiadom, których udało jej się wciągnąć w zasadzkę rozmowy, mówiła:
— Stara już jestem. Gdzie ja będą w śniegu po lesie łazić. I policja, te psie juchy, buty mi zabrali! Moje buty, prawie nowe! No jak tak można, jak można? — skarżyła się wszystkim.
Choć ból po stracie znaleźnego obuwia był szczery, to już powody zaprzestania zimowych spacerów do lasu — niekoniecznie. Staruszka zaczęła się lasu obawiać. A właściwie tego, co może się tam ukrywać. Często modliła się w domu za nią. Liczyła, że poświęcona ziemia przyniesie jej spokój i ukojenie. Jednak czy to starcza wyobraźnia, czy coś innego, czuła zło czające się w kniei. W poświęconym grobie spoczęły szczątki doczesne, ale coś, co narodziło się w nienaturalny i bluźnierczy sposób, trwało i trwać może dłużej.
O nie, stara Bochniowa nie zamierzała wchodzić do lasu.
Rozdział 7
„Mieszkańców Mięsowołów czeka wkrótce niespodzianka. Pumptrack, czyli tor rowerowy, zostanie oddany do użytku tuż przed wakacjami! Lokalna społeczność nie może się już doczekać” — donosiły „Wieści mazowieckie”.
Lokalna społeczność reprezentowana przez Annę De Vries-Kowalską darła właśnie gazetę na strzępy. Dzień, którego się bała, nadchodził. Pół roku minęło nie wiadomo kiedy. Listy protestacyjne, wizyty w urzędzie i nawet spotkanie z panią burmistrz nic nie dały. Nowoczesność miała wkrótce zagościć na ulicy Granicznej i chociaż krajobraz został bezpowrotnie oszpecony jesienią zeszłego roku, to jednak oficjalna informacja prasowa bardzo dobiła Ankę. Jej samotnia, jej ostoja, jej grzybowy raj — to wszystko w najbliższym czasie miało stać się przeszłością.
— Kurwaaa! — zaklęła, wrzucając resztki gazety do kosza.
Odetchnęła głęboko, otarła łzy i spontanicznie postanowiła wybrać się do lasu. Póki jeszcze był prawdziwym lasem czy też przynajmniej jego namiastką.
— Sorry, Gregory — pomyślała — dziś będziesz musiał sobie poradzić bez swojej cheerleaderki.
Wiedziała, że mąż będzie smutny, kiedy nie zobaczy jej na trybunach, ale była tak wkurzona, że nie chciała widzieć innych ludzi.
Przygotowała na drogę szybką kanapkę z serem i kawę w kubku termicznym. Sobotni poranek był ciepły, ale bała się kleszczy. Założyła więc parkę, na głowę kapelusz, do ręki wzięła kosz i kij i była już gotowa na spotkanie swojej ostoi.
— Kto wie, może jeszcze ocalało trochę majowych grzybów? — I pokrzepiona tą myślą, nie patrząc na asfaltowe brzydactwo, zniknęła między drzewami.
Po godzinie koszyk wciąż był pusty. Majowe grzyby nie dotrwały niestety do pierwszej połowy czerwca.
— A może w tym roku w ogóle się nie pojawiły? Może przez ten pieprzony tor spadła na nas klątwa i rok 2017 będzie bezgrzybowy? — myślała rozgoryczona, ale szybko odgoniła przychodzące jej do głowy głupoty.
Niezniechęcona brakiem grzybów, postanowiła mimo wszystko czerpać radość z leśnego spaceru. Wciąż zachwycała się pięknem przyrody. Szum drzew uspakajał, a świergot ptaków działał jak najlepszy antydepresant. Postanowiła dać odpocząć nogom i przysiadła na pniu powalonego drzewa. Odstawiła koszyk z kanapką i kawą, zamknęła oczy i relaksowała się, słuchając lasu. Po chwili poczuła się dziwnie. Jakby była zupełnie gdzie indziej. Lekko zdezorientowana, otworzyła oczy. Coś się zmieniło. Las zamilkł niby przestraszony. Zniknęły gdzieś ptaki, a drzewa trwały w niemym oczekiwaniu. Poczuła ruch wokół siebie. Na granicy pola widzenia coś szybko się przesunęło.
— Kobieta? — pomyślała.
Ale to była tylko plama szarości. Po chwili i tak zniknęła. Nagle zerwał się wiatr. Drzewa zaczęły tym razem mocno szumieć. Dziwnie otumanionej Ani wydawało się, że szum układa się w słowa:
— Ty nie, ty nie. Nie maaaasz, ty nieeee.
A po chwili:
— Idź, idź, idź stąąąąd.
I nagle wszystko wróciło do normy. Las wyglądał tak jak dawniej, wrócił śpiew ptaków i łagodny szum drzew. Zniknęło gdzieś uczucie otumanienia, które jeszcze niedawno towarzyszyło Annie. Rozglądała się kilka chwil, lecz wszystko zdawało się być na swoim miejscu i las nie sprawiał już groźnego wrażenia. Znów stał się jej lasem.
Sięgnęła ręką po kubek z kawą. W koszyku było pusto. Kanapka i kawa zniknęły. Coś się nie zgadzało. Drzewa były jednak w innych miejscach niż zawsze. Namyślała się tylko kilka sekund. Chwyciła w lewą rękę koszyk, w prawą kijek i poderwała się do biegu.
***
Z pozycji bramkarza doskonale można obserwować poczynania kolegów na boisku. Grzegorz De Vries — trener i środkowy obrońca w jednym — zastępował dziś na bramce Jakuba Malickiego, bo tylko on był na tyle wysoki, by mieć szanse złapania piłki.
Gra im się nie kleiła, a żmudnie wtłaczana do głów taktyka miała chyba dziś wolne. Grzesiek widział, że chłopaki nie są zgrani. Czemu się jednak dziwić, kiedy niemal w każdym meczu grali innym składem. Najczęściej wypadali policjanci, tak jak dzisiaj.
— Dobrze i tak, że mógł przyjść, Adaś — pomyślał tymczasowy bramkarz, bo to właśnie dzięki młodemu pomocnikowi, Beeftown prowadziło 1:0 z sąsiednią Tuciełanką Tucięły. Perfekcyjnie wykonany przez Adama rzut rożny zakończył się celnym strzałem głową, a bramkę zdobył Lopez, młody lokalny żulik. Tak, sytuacja kadrowa klubu była na tyle kiepska, że trzeba się ratować powoływaniem takich ochlapusów. To sam prezes Zygmunt Kowalski, za przysłowiową flaszkę, załatwił uzupełnienie składu tuż przed meczem. I teraz o dziwo ten napastnik z przypadku dał im prowadzenie. Jak widać silna motywacja potrafi zdziałać cuda.
Jeszcze chwila i wszyscy doczekali się upragnionego gwizdka sędziego. Anemiczne oklaski kilkunastu kibiców były znakiem, że doceniono kolejny udany krok na drodze do awansu. A klasa coraz bliżej! Grześ przybijał właśnie piątki z pozostałymi piłkarzami i zastanawiał się, co też takiego się stało, że Anka nie przyszła na mecz, kiedy zobaczył, że biegnie do niego pan prezes. Zygmuś jak zwykle podczas meczu ubrany był w koszulę i krawat. Jak mawiał — stanowisko prezesa zobowiązuje. Kiedy teść stanął zasapany przed Grzegorzem, ten od razu wiedział, że nie o składanie gratulacji teraz chodzi.
— Matka dzwoniła — wysapał szybko i głośno. — Anka do lasu poszła rano i wciąż jej nie ma.
Po chwili obaj biegli do czarnego pick-upa.
***
Bochniowa siedziała na przyzbie i korzystała z ładnej pogody. Była jak stary kot lubiący wygrzewać się w promieniach słonecznych. Z kotami łączyła ja też ciekawość. Lubiła podsłuchiwać i podglądać sąsiadów.
— Trzeba wiedzieć, co się dzieje — powtarzała często.
Tej soboty obserwowała, co też dzieje się u Kowalskich. Przed chwilą z piskiem opon zahamował tam ten ich duży, czarny samochód. Stary Kowalski, ubrany jak na wesele, gestykulował gwałtownie, rozmawiając z żoną i zięciem.
— A ten co? — powiedziała pod nosem staruszka, patrząc na Grzegorza. — Jak dzieciuch się ubrał, w rajtki jakieś krótkie? — Kręciła głową, zdegustowana.
Rozmowa miała burzliwy przebieg. Wszyscy, poza jak zwykle spokojną Dzidką, krzyczeli. Zięć Kowalskich co chwilę próbował gdzieś telefonować i wymachiwał przy tym rękami. Krzyki były na tyle głośne, że staruszka doskonale słyszała, skąd to zdenerwowanie u sąsiadów. Młoda Kowalska jeszcze z rana wyszła do lasu i nie wróciła do tej pory. Stary Kowalski spuścił tego czarnego diabła ze smyczy i po chwili Bochniowa patrzyła, jak cała trójka z psem pośpiesznie znika między drzewami.
— Aniuuu, Aneczkooo, córciaaa! — dobiegły głosy z lasu.
Stara Bochniowa zadumała się nad tym, co właśnie zobaczyła i usłyszała. Zamamrotała pod nosem:
— Przecież nie u nich, u nich nic. Czego ona mogłaby od nich chcieć? Niee, u nich to nie.
Pokręciła jeszcze głową i znów zaczęła uważnie obserwować las.
***
Dochodziła godzina dwudziesta. Jakub Malicki jechał niespiesznie radiowozem. Jako podkomisarz i komendant nie musiał patrolować ulic, ale po pierwsze lubił to, po drugie w ich komisariacie zostało już tylko czterech funkcjonariuszy, a po trzecie chciał jeszcze popatrzeć na tor tuż przed jego oficjalnym otwarciem. Wbrew obawom po zeszłorocznej tajemniczej śmierci Waśkowiaka ten rok był spokojny. Kuba zastanawiał się, co będzie po uruchomieniu toru, kiedy zapewne w Mięsowołach pojawi się wielu przyjezdnych. Póki co było jednak spokojnie i Jakub korzystał z ładnej pogody. Przejechał wolno Graniczną, patrząc na pumptrack. Nie dostrzegł nic ciekawego. Skręcił w Poprzeczną i przejechał może trzy kilometry wzdłuż lasu, kiedy prosto pod maskę wyskoczyła mu kobieta. Wybiegła z kniei, oglądając się za siebie. W ostatniej chwili zdążył zahamować. Rozpoznał Ankę Kowalską, najpiękniejszą kobietę w Mięsowołach.
— Co ty, Ania, wilk cię goni? — zażartował, ale zaraz tego pożałował, bo kobieta sprawiała wrażenie wystraszonej.
Anna wyraźnie się odprężyła, widząc znajomą twarz, zerknęła jeszcze na las i uśmiechnęła się, kręcąc głową:
— Cześć, Kuba. Nie uwierzysz. Chyba zgubiłam się w lesie.
Malicki zaśmiał się tylko.
— Masz rację, nie wierzę. Znasz ten las jak własną kieszeń… No nie gadaj — dodał, widząc, że kobieta nie żartuje.
— A jednak… — Rozłożyła bezradnie ręce. — Dobrze że… — Nie dokończyła, bo z lasu wyskoczył czarny pies, ich Ali!
Dopadł Ani i zaczął skakać wokół niej, głośno szczekając. Szczekanie było oznaką radości, ale też przywołaniem ludzi, którzy po chwili wyszli z lasu. Anna, zdumiona, zobaczyła rzadki widok: z lasu wybiegł jej Grześ, a tuż za nim dreptali rodzice. Grzesiek niezbyt chętnie zapuszczał się między drzewa. A już z teściami? Niemożliwe! Do tego ojciec był w koszuli i krawacie, a jej mąż — w stroju piłkarskim! Był spocony i wyraźnie zdenerwowany. Dobiegł do żony i chwycił ją za ramiona.
— Aniu, gdzieś ty była, gdzieś ty była… Czemu nie odbierałaś telefonu?! — prawie krzyczał. Tata i mama łapali jeszcze oddech, lecz było widać, że uspakajają się na widok córki.
— Grzesiu, no co ty! Nie było mnie najwyżej dwie godziny. — I, popatrując na męża i rodziców, dodała: — No nie mówcie, że szukaliście mnie w lesie? Poza tym, nikt nie dzwonił. — Pokazała na dowód komórkę i zamarła.
Miała trzydzieści siedem nieodebranych połączeń!
— Córuś, córuś! — zawołała Dzidka.
— Przecież wyszłaś po dziewiątej rano, a już wieczór, już dwudziesta!
Dopiero teraz zauważyła, jak nisko jest słońce. Praktycznie zniknęło za drzewami. Telefon potwierdził, że spędziła w lesie prawie jedenaście godzin. Poczuła pragnienie, głód i słabość w nogach.
— Co się ze mną dzieje, gdzie te jedenaście godzin? — zdążyła pomyśleć i ogarnęła ją ciemność.
Grzesiek w ostatniej chwili zdążył chwycić żonę i udaremnił upadek. Malicki pomógł mu posadzić ją na tylnym siedzeniu samochodu. Wkrótce załadowany radiowóz z całą rodziną Kowalskich odjechał w kierunku ulicy Granicznej.
***
Las trwał. Las był zawsze. Widział wiele. Niczemu się nie dziwił. Ludzie tu przychodzili i odchodzili. Czasami zostawali. Niekiedy z własnej woli, a innym razem nie. Las znał też istotę nie z tego świata. Nie oceniał jej. Była tu od wielu lat. Czasem znikała, by pojawić się ponownie. Dlaczego wróciła teraz? Las nie wiedział. Nie zastanawiał się. Las po prostu trwał.
Rozdział 8
Nastał dzień przez jednych wyczekiwany, przez innych — przeklinany. Oficjalne otwarcie toru rowerowego Pumptrack — Mięsowoły. Radość z otwarcia toru była wprost proporcjonalna do odległości od miejsca zamieszkania od tejże inwestycji. Mówiąc prościej, cieszyli się tylko ci, którzy mieszkali daleko i przyjeżdżali tu pojeździć, pohałasować i wypić piweczko pod — na szczęście dla nich — nie swoimi domami. Zasada „nie czyń drugiemu co tobie niemiłe” była im całkowicie obca.
Uroczystości powoli dobiegały końca. Odjechali już oficjele z urzędu, zwijały się stragany i rozchodzili nieliczni gapie. Dorośli wybierali się do domów. Odjechały też jedyne dwa policyjne radiowozy, jakie były w Mięsowołach. Jak się okazało, wszystko przebiegało bardzo spokojnie i policja nie miała już nic do roboty. Najdłużej zostali Piotrek Wiśniak i Tomek Capała. Sierżant i młodszy aspirant stanowili znany policyjny duet rowerowy. Nawet na patrole często udawali się na dwóch kółkach. Zawsze rzucali się w oczy, a ludzie mówili:
— Jadą negatywy.
Sierżant Wiśniak był brunetem o tak ciemnej skórze, że zdarzało mu się słyszeć różne złośliwości na temat swojego pochodzenia. Młodszy aspirant Capała zdawał się jego zupełnym przeciwieństwem ze swoją bladą, niemal przezroczystą skórą i niemal platynowymi blond włosami. Negatywy. Jak na zapalonych cyklistów przystało, na otwarcie toru przyjechali na swoich jednośladach, a zaraz po części oficjalnej przetestowali nową inwestycję, za nic mając to, że odstają wiekiem i wzrostem od pozostałych rowerzystów.
Po torze śmigały jeszcze rowery unoszące dzieciaki, świętujące pierwszy dzień wakacji. Wkrótce jednak ostatni użytkownicy także rozjechali się do domów i tuziemcy pootwierali wreszcie okna, bo na torze zrobiło się trochę ciszej. Powoli zbliżał się wieczór i wkrótce miała pojawić się tu nocna zmiana, czyli miejscowe pijaczki rozpoczną testowanie ławeczek. Po latach poniewierki i wycieraniu się w różnych krzakach lokalna żulerka została doceniona przez miejscowe władze i z pomocą środków unijnych stworzono im raj na ziemi. Ławki, chociażby z czystej wdzięczności, należało więc przetestować. Czy aby wygodne? Czy trunek będzie tu smakował? I co przyśni się na takich ławeczkach po wielogodzinnej konsumpcji?
***
Pumptrack tętnił życiem dzień i noc. Choć teren zamykano po godzinie dwudziestej drugiej, nie przeszkadzało to amatorom używek i różnych rozkoszy cielesnych korzystać z niego także po tej godzinie. W ciągu dnia bawiły się tam mniejsze i starsze dzieci. Z samego rana zazwyczaj ławeczki zajmowały starsze osoby i młode matki z dziećmi w wózkach. Tak było i w tej chwili. Na jednej z ławek siedziały trzy kobiety pogrążone w rozmowie. Dwie z nich, szczupła blondynka i tęgawa brunetka, kołysały wózkami, a trzecia, również brunetka, gładziła wyraźny ciążowy brzuszek.
Bochniowa nie potrzebowała nowych ławek. Wolała siedzieć na swojej przyzbie. I właśnie stamtąd przyglądała się już dłuższy czas młodym kobietom. Kręciła głową niezadowolona. Gdyby ktoś stał teraz blisko jej podwórka, być może usłyszałby, że starowinka mruczy coś niewyraźnie pod nosem. W pewnym momencie westchnęła głośno i, wsparta na lasce, ruszyła powoli w stronę młodych kobiet. Przystanęła tuż za ogrodzeniem i czekała, aż zostanie zauważona. Nikt nie zawracał na nią uwagi i staruszka odezwała się pierwsza:
— Czerwone niech wieszają. Czerwone koniecznie. Czerwone, jak kłopotów nie chcą — zamamrotała niby pod nosem, lecz na tyle głośno, by nie dało się tego zignorować.
Kobiety przerwały rozmowę i przez chwilę patrzyły na dziwną starszą panią. Pierwsza odezwała się ciężarna:
— Przepraszam? Co pani powiedziała? To do nas coś było… o czerwonym?
Stara Bochniowa, niezadowolona, westchnęła raz jeszcze i powtórzyła, tym razem starając się mówić z większym sensem:
— Muszą panie czerwone wieszać. Znaczy czerwone wstążki. Na wózkach i na maluchach też by się przydało. A ty, złociutka… — Tu zwróciła się do ciężarnej nietypowo miło jak na siebie i, patrząc jej prosto w oczy, dobitnie powiedziała: — Nie powinnaś tu przychodzić. Nie teraz. Nie w tym stanie. Dla ciebie tu bezpiecznie nie jest. Tobie i czerwona wstążka nie pomoże. Idź ty, złociutka, lepiej do siebie. Ławek w Mięsowołach nie brakuje, ale te tutaj nie dla ciebie są. Tu niebezpiecznie dla takich jak ty.
Kobiety zaniemówiły. Potem parsknęły śmiechem. Ciężarna popatrzyła na koleżanki. Kiedy odwróciła wzrok w stronę staruszki, już się nie śmiała. Była zła, jednak nie wiedziała, co powiedzieć. Wyręczyła ją jedna z matek, chuda blondynka:
— Babciu, my już jesteśmy dorosłe i opowieści o wiedźmach się nie boimy. Niech się pani nie gniewa i zostawi nas w spokoju. — Gestem uspokoiła ciężarną koleżankę, która już zamierzała coś powiedzieć, i dodała: — To naprawdę nieładnie straszyć kobietę w ciąży. Nie wiedziała pani o tym? Ja rozumiem, jest pani starszą osobą i przypomina mi pani moją babcię, ale tak nie wolno. Nie powinna pani straszyć. Myślę, że dobrze będzie, jak pójdzie pani do domu.
Bochniowa pokręciła głową z wyraźnym politowaniem. Nie znała młodych kobiet, lecz mimo to chciała pomóc. Szkoda by było dzieciaczków. Tej przy nadziei też przecież szkoda. Co miała jednak zrobić? Pomyślała, że młodzi nie chcą teraz słuchać starszych. Ale może tak było zawsze? Westchnęła tylko i pojednawczym tonem powiedziała:
— Pójdę, pójdę, pewnie, że pójdę. Nie chcę was straszyć. Chciałam tylko pomóc. Tylko pomóc. Nic więcej. I nic o wiedźmach przecież nie gadałam. Ja do wiedźm nic nie mam. A wy róbcie, jak uważacie. A czerwone nie zaszkodzi. Uwierzcie, nie zaszkodzi. Popytajcie innych, jak starej nie wierzycie. Poszukajcie w tych waszych, w tych waszych — chwilę szukała właściwego słowa — internatach. A ja pójdę, pójdę. Szczęść wam Boże.
Odwróciła się i z pochyloną głową poszurała w stronę swojego domostwa. Już z oddalenia usłyszała jeszcze:
— Stara wariatka. Nie wiem jak wy, dziewczyny, ale ja idę, skwasił mi humor babsztyl.
Po chwili wszystkie trzy ruszyły w stronę miasta, odprowadzane spojrzeniem Bochniowej. Staruszka znów pokiwała głową i pomyślała, że może jeszcze nie jest za późno. Może ona jeszcze się nimi nie zainteresowała. Może nie jest za późno. Może.
***
Mówili o nich Trzej Królowie. Trzej Królowie Mięsowołów: Kartofel, Lopez i Profesor.
Kartofel, czyli Piotrek Nowak, swój przydomek zawdzięczał nienaturalnie wielkiemu nosowi. Chłopak z zawodówki, który kilka lat temu pierwszy wymyślił ten pseudonim, oberwał za to w zęby, ale Kartofel się przyjął. A Kartofel się z tym pogodził. Co prawda jego dziadek powiedział mu kiedyś, że wygląda jak młody Karl Malden, ale kto by tam wiedział, o co staremu chodziło.
Lopez dla rodziny i pośredniaka był Jerzym Łopickim. To od nazwiska wzięło się właśnie — Lopez. Chociaż młody Łopicki próbował tłumaczyć, że jest jak Szybki Lopez z dowcipów i w trymiga może poobracać kilka panienek, Szybki w jego ksywie się nie przyjęło. Został Lopez.
Ksywa Profesor była oczywista. Zaliczył dwa semestry na studiach. Archeologia na Uniwersytecie Warszawskim. Chłopak był zdolny, oczytany i miał szansę. Teoretycznie. Zgubiło go jego nazwisko. Profesor w rzeczywistości nazywał się Tadeusz Wypij. Czy z tym nazwiskiem miał faktycznie szansę na kierunku studiów, gdzie tradycyjnie nie wylewa się za kołnierz? Jego obecny status społeczny Króla Mięsowołów dowodził, że jednak nie.
Skąd w ogóle pomysł na Trzech Króli? Po prostu dwa lata temu trzej kumple schlali się do nieprzytomności i zasnęli na siedząco na ławeczce pod blokiem. Był szósty stycznia. Nie wiadomo, kto to zrobił. Kiedy się obudzili, mieli na głowach papierowe korony. Zdjęcia poszły w świat i tak wśród miejscowych zostali Trzema Królami.
Trzej Królowie siedzieli na jednej z ławek toru rowerowego. Zamknięta furtka i wysokie ogrodzenie nie stanowiły skutecznej przeszkody dla młodych i silnych jeszcze chłopaków. Zazwyczaj przesiadywali, jak sami mówili, w City albo po drugiej stronie miasteczka, pod blokami, gdzie wszyscy mieszkali.
To Kartofel wymyślił, żeby tej nocy zabalować pod lasem. Mieszkał tu ten doktorek. Holender jebaniutki. Ten, co uwalił na studiach Profesora. Tadek często się na to skarżył i Kartofel wymyślił, że skoro są nowe ławeczki, to fajnie będzie podrzeć tam ryja pod domem Holendra.
W głębi duszy Tadek nie żywił urazy do doktora De Vries, bo wiedział, że sam zawalił wszystko. Trzymał jednak fason przed kumplami i dlatego nie krytykował pomysłu Kartofla. Prawie nie krytykował. Może tyle co i Lopez. Na Graniczną było daleko. Plecak wypełniony po brzegi piwem był jeden. Chętnych do niesienia, delikatnie mówiąc, niewielu. A próbowaliście kiedyś przerzucać plecak z cennym szklanym ładunkiem — bo Trzej Królowie nie pijali jak hołota z puszek — przez wysokie ogrodzenie? To nie krytykujcie. W każdym razie chłopaki dali radę i już trzecią godzinę relaksowali się na łonie przyrody w piękną, gwiaździstą noc. Była pełnia i ułatwiało to otwieranie kolejnych butelek. Dziarsko zapowiadane darcie ryja dawno się znudziło.
To Lopez pierwszy opuścił towarzystwo. Potrzeba wzywała, a Jurek nie lubił sikać przy kumplach, bo to zawsze było dla niego pedalskie. Chwiejnym krokiem przemieszczał się między drzewami i jak pies szukał dogodnego miejsca do odlania. Nie zauważył nawet, kiedy i jak pokonał ogrodzenie. Nagle stanął jak wryty. Zapomniał, po co tu przyszedł. Przed sobą zobaczył obiekt swoich częstych fantazji.
— To ta wytatuowana blond cizia, żona tego holendra — myślał, podniecony.
Kobieta była naga i boso szła przez las. Młody żulik obserwował jej zgrabne pośladki, widział, jak kołyszą się spore piersi. Była starsza od niego może dziesięć, może dwanaście lat, jednak Lopezowi to nie przeszkadzało. Kiedyś robił u Kowalskich w ogrodzie. Przynosiła im picie. Te tatuaże, sutki widoczne przez materiał cienkiej bluzki, ten tyłek. Podniecił się wtedy jak szczeniak, aż raz poszedł nawet sobie zwalić do lasu, bo robota mu nie szła. Teraz widział ją nago! Ruszył za nią. Tamta stanęła pod drzewem. Nagle wzrok mu się rozmył i po chwili, zszokowany, widział już zupełnie co innego.
Pod brzozą stała naga dziewczyna. Ale inna. Młodsza. Ciało jak marzenie. Opierała się plecami o pień drzewa. Lopez zamrugał kilka razy. Nie znikała. Naga dziewczyna nocą w środku lasu! Jak mógł ją pomylić z Kowalską? Nic go to już nie obchodziło.
— Pewnie naćpana — pomyślał. — Naćpana i chętna.
Pomimo nocy widział dobrze, że to brunetka. Kolor długich włosów doskonale odcinał się na tle jasnej kory. Parcie na pęcherz zniknęło, zastąpione przez silne podniecenie. Wpatrzony w idealne piersi, ruszył do przodu. Dziewczyna bez słowa obróciła się tyłem. Oparła ręce o brzozę i wypięła kształtne pośladki. Lopez pomyślał, że pierwszy raz w życiu ma szczęście — i to jakie! Z uśmiechem zawołał:
— Lala, wiesz, co lubię. Właśnie tak. Na stojaka od tyłu.
Podszedł do dziewczyny, ściągnął spodnie i majtki do kostek. Objął ją rękami, chwytając w dłonie bujne piersi, i kiedy jego mały lopez miał już przejść do działania, brunetka odwróciła się błyskawicznie. Jeszcze nim otworzyła usta, Jurek usłyszał w głowie natarczywy szept:
— Mój, mój, móóóóóój.
Zobaczył piękne, wielkie oczy. Nie widział już nic innego. Po chwili nic też nie słyszał.
***
Nocą głos niesie się daleko. Rozdzierający krzyk pełen bólu usłyszała stara Bochniowa. Szybko jak na swoje lata wygramoliła się z łóżka. Z szuflady w komodzie wyjęła gromnicę. Postawiła ją na stole. Z trudem uklękła, przeżegnała się i raz za razem zaczęła powtarzać słowa modlitwy:
— „Święty Michale Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź nam obroną. Niech go Bóg pogromi, pokornie prosimy. A Ty, Książę wojska niebieskiego, szatana i inne duchy złe, które na zgubę dusz krążą po świecie, mocą Bożą strąć do piekła”.
Miała już przestać, kiedy z lasu dobiegł kolejny przeraźliwy krzyk. Nie przestała. Tej nocy modliła się do rana.
***
Krzyki obudziły też Kowalskich. Pierwszy zerwał się Zygmunt, a chwilę potem w oknie stała też Dzidka.
— Widać coś, widać? — podpytywała męża.
Ten jednak nic nie widział. Ławki były puste i tylko na jednej z nich leżał porzucony plecak. Wszędzie walały się butelki. Nagle od strony lasu nadbiegł mężczyzna. Młody. Szybko pokonał ogrodzenie i pognał w stronę miasta. Nim Kowalscy zdążyli to skomentować, usłyszeli kroki na schodach i po chwili pukanie do drzwi ich sypialni. Z góry zeszła Ania w niebieskim szlafroku i rzuciła, zaspana:
— Obudzili was, co? Pieprzone pijaki. Ja wiem którzy to. Już wcześniej darli japy. Rano dzwonię na policję. Niech tu zrobią porządek!
— Córcia, córcia, co to da. Jeszcze kamieniem w szybę rzucą. Już spokój jest, idź spać, Aneczko — uspokajała córkę Zdzisława.
Anka wróciła na górę, zrzuciła szlafrok i naga położyła się obok męża. W lato zawsze sypiali nago, oboje to uwielbiali. Grzesiek nie obudził się, kiedy żona kładła się do łóżka. Miał twardy sen. Jak mawiał, rozsądni ludzie w nocy śpią. Do tego spał w stoperach i nic nie było w stanie wyrwać go ze snu. Teraz śnił o seksownej brunetce. Byli nadzy razem w lesie i kochali się na stojąco pod brzozą.
Jego wzwód nie uszedł uwagi Ani. Była zła, a kiedy czuła złość, zawsze nabierała ochoty na seks. Na taki dziki i wyuzdany. Obudziła męża. Gestem pokazała mu, żeby wyjął stopery.
— Nie wiem, kotek, o czym śniłeś, ale musiało być nieźle. Pozwól, że dołączę — dodała, biorąc jego penisa w rękę.
Chwilę pieściła męża i przerwała, kiedy ten zaczął szybciej oddychać.
— To może poczekać, zostawimy ci coś na deser — powiedziała z uśmiechem. — Ale teraz pani chce mieć relaks. — Mrugnęła.
Podniosła się i usiadła mu na twarz, rozsuwając nad nią uda pełne tatuaży.
— Wiesz, co robić, kotek, wiesz, co robić — zamruczała.
Wiedział. Nie odpowiedział, bo już nie mógł. Ale wiedział.
Pierwsze muśnięcia języka i Anka odpłynęła. Zmartwienia, krzyki i złość — wszystko było już nieważne.
***
Las trwał. Las słyszał niejedno. Krzyki umierających ludzi nie robiły na nim wrażenia. Las widział też wiele w swym długim trwaniu. Las widział niejedną śmierć. Śmierć człowieka pod drzewem, śmierć uciekającego człowieka i ucieczka jedynego ocalałego nie robiły wrażenia na lesie. Bo las trwał.
Rozdział 9
Tadek Wypij nie był w stanie policzyć, od ilu dni nie trzeźwiał. Na pewno od tej strasznej nocy, o której chciał zapomnieć. Udawało się to jedynie na krótkie chwile. Kiedy tylko odzyskiwał przytomność, wspomnienia z lasu wracały. Teraz też leżał w półśnie i na nowo przeżywał koszmar sprzed kilku dni.
Kiedy usłyszeli wrzask Lopeza, poderwali się z ławki i pobiegli do lasu w kierunku głosu przyjaciela. Dobiegli razem, ale to Kartofel pierwszy zareagował na to, co zobaczyli. Co właściwie zobaczyli? W pierwszej chwili wydawało się to oczywiste. Lopez jakimś cudem w nocy w środku lasu wyrwał panienkę i właśnie ją posuwał. Cały Lopez. Jednak już po chwili zobaczyli, że z kumplem dzieje się coś złego. Miał drgawki tak silne, że Profesorowi wydawało się, że ogląda jakiś kiepski horror. Jurek wył, drgał i wyglądało to, jakby parował, strasznie wręcz parował. Unosił się z niego dym.
— Dym? — pomyślał Tadeusz.
Zupełnie bez sensu, w pijackim widzie przypomniała mu się stara reklama i słowa: „dusza ucieka, dusza ucieka”. Te głupie rozmyślania przerwał wtedy Kartofel. Skoczył do przodu ze słowami:
— A zostaw go, dziwko! Nie znaczy nie! — Co w innej sytuacji byłoby może zabawne, lecz teraz podkreśliło tylko absurdalność i grozę sytuacji.
Dziewczyna z głośnym sykiem odwróciła się w ich stronę i wtedy Profesor zobaczył, że to żadna dziewczyna. Może kiedyś, ale teraz już nie. Stara, pomarszczona maszkara.
— Jezuuu, ona jest cała owłosiona — zdążył jeszcze pomyśleć Tadek i zobaczył, jak szponiasta ręka dziwnego stwora chwyta Kartofla za głowę.
Znów rozległ się potworny wrzask. I Kartofla nie było. Po prostu nie było.
— Poleciał? Zniknął ot tak? — Tadeusz Wypij już tego nie widział.
Zadziałał instynkt. Obrócił się na pięcie i w jednej chwili pruł przed siebie, jakby od tego zależało jego życie. Tak chyba właśnie było. Chodziło o życie. Nie zastanawiał się, czy potwór go ściga, na pewno ścigał go wrzask kolegi i głos, który czasem go otaczał, a czasem zdawał się brzmieć w jego głowie.
— Mojeee, mojeee, móóóóój, móóój… — Coś wciąż wyło potępieńczo.
Poraniony przez gałęzie drzew, Profesor dobiegł wreszcie do ławeczek i w ułamku sekundy pokonał ogrodzenie jak zawodowy akrobata. Pobiegł oświetlonym chodnikiem w głąb miasta, w kierunku swojego osiedla. Byle szybciej. Byle dalej stąd.
Teraz, leżąc w barłogu własnego pokoju, ignorował łupanie kaca w głowie i łomotanie matki do drzwi:
— Otwórz, pijaku jeden, rusz się, za robotę się weź, darmozjadzie, wyjdź stąd wreszcie! Ty cholero, w ojca żeś się wdał! Studia przepiłeś, wszystko przepiłeś! — darła się rodzicielka, a po chwili szlochała: — Opamiętaj się, Tadziu, syneczku mój, opamiętaj się, dziecko!
Jednak Tadeusz sięgał już pod łóżko i po chwili trzymał w ręce zbawienie. Usta dotykały kolejnej zachomikowanej flaszki wódki. Zniknął kac, zniknęła matka z jej głośnym nawoływaniem i za chwilę zniknąć miały sceny z lasu. Wspomnienia z najgorszej nocy w życiu Profesora.
***
Bieg uspakajał. Z każdą chwilą mięśnie przypominały sobie, co mają robić, oddech, z początku lekko rwany, wyrównał się. Długie nogi z lekkością niosły swą właścicielkę gdzieś przed siebie. Byle biec, byle się nie zatrzymywać, byle to poczuć. Po trzydziestu minutach mózg zalały endorfiny. Jagoda Stelmach znów przypomniała sobie, dlaczego tak kocha bieganie.
Zawsze była aktywna fizycznie. Od dziecka próbowała sił w różnych dyscyplinach sportu. Kiedy w okresie dojrzewania zaczęła rosnąć tak, że wydawało się, że nigdy nie przestanie, wybór mógł być tylko jeden… Koszykówka. Lata liceum to był dla niej czas intensywnych treningów. Szybko została kapitanem szkolnej drużyny. Wysoka, szczupła brunetka o włosach wiecznie zaczesanych w koński ogon, podobała się chłopcom. Problem polegał na tym, że jej sto dziewięćdziesiąt trzy centymetry wzrostu bardzo ją deprymowały. Większość kolegów była onieśmielona i jej szkolne miłosne przygody należały do rzadkości. Te nieliczne, jak się później zorientowała, były u chłopaków potrzebą zaspokojenia fetyszu wzrostu. Myślała, że to straszne być czyimś fetyszem, stereotypem. Jakby odbierało jej to człowieczeństwo. Z czasem się pogodziła.
— Cóż właściwie w tym złego? — myślała. — Jeśli jedni wolą duże cycki i nikogo to nie dziwi, czemu innych ma nie kręcić duży wzrost?
To myślenie doprowadziło do, nomen omen, wzrostu częstotliwości kontaktów seksualnych. Rzadko jednak dawało jej to dużo przyjemności.
Była ładna, popularna i zdecydowana w działaniach. Próbowała więc wszystkiego w dążeniu do szczęścia. Krótki licealny epizod z odkrywaniem seksualności wśród własnej płci nie przyniósł tego, czego oczekiwała. Zdecydowanie wolała facetów. Jednak nigdy nie udało jej się stworzyć prawdziwego związku.
Czasem słyszała, jak za plecami szepczą o niej „żyrafa”. Kiedy zaczynała się z kimś umawiać, złośliwe głosy rzucały „żyrafa ma cieczkę”. Wtedy odkryła bieganie. Bieg uspokajał. Bieg dawał wolność. Stawiał skuteczną zaporę między nią i małymi (nie tylko wzrostem) ludźmi. To podczas jednego z biegów późnym wieczorem w parku poznała Hankę. To znaczy znała ją z widzenia, chodziły do równoległych klas w LO. Hanna, mała i gruba, nazywana była złośliwie Kulą. Desperacko chwytała się wszystkiego, żeby schudnąć, i tak zaczęła biegać. W zamiarze trenowania długo nie wytrwała, lecz bieganie dało inny pozytywny skutek — poznała najlepszą przyjaciółkę w życiu. Dziewczyny zaczęły wszędzie chodzić razem. Niech wam jednak nie przychodzą do głowy brzydkie myśli. Jagoda i Hanka zostały prawdziwymi przyjaciółkami od serca i obie zawsze mogły na siebie liczyć.
Kula i żyrafa, żyrafa z kulą u nogi i wreszcie Flip i Flap. Jak widać pomysłowość młodych ludzi w złośliwości i zadawaniu cierpienia bywa nieograniczona. Wzrost, siła i duży zasięg ramion Jagody szybko jednak doprowadziły do zniknięcia durnych przydomków. Dziewczyny miały wreszcie spokój, a ich przyjaźń przetrwała lata. Nie przetrwało tylko wspólne bieganie. Hania przestała, a Jagoda biegała dalej.
Tak jak dzisiaj — w lipcowy i piękny dzień. Myślała, że spotka tu tego wysokiego policjanta, komendanta właściwie. Kilka razy wpadli na siebie w lasku, trochę rozmawiali i Jaga pomyślała nawet, że może… nie, to bez sensu — zganiła się wtedy szybko w myślach. Dziś znów tradycyjnie biegała sama.
Wcześniej zostawiła samochód pod torem rowerowym na Granicznej. Zarówno tor, jak i ławki były puste. Stojaki rowerowe wykorzystywała do rozciągania, a wiedziała, że w obcisłych legginsach przyciąga wzrok. Mimo przeszło czterdziestu lat i wysokiego wzrostu była bardzo zgrabna. Wbrew pozorom wzrost i zgrabna sylwetka nie zawsze idą w parze. Nie potrzebowała jednak dowartościowywać się w ten sposób. Nie chciała też słuchać komentarzy o niezłym tyłku żyrafy. Po chwili biegła już wydeptaną ścieżką między drzewami. Endorfiny upajały.
Trasa zawsze ta sama. Prosto przez las pięć kilometrów i kolejne pięć tą samą ścieżką z powrotem. Nie można było się zgubić. Chociaż czasem podczas biegania Jagoda miała wrażenie, że właśnie się zgubiła. Nie zgadzały się drzewa, które mija. Ale co tam ona znała się na drzewach? Skoro do lasu wbiegała i z niego wybiegała, o zgubieniu nie było mowy. Smartwatch pokazywał, że zbliża się do piątego kilometra trasy i zaraz będzie zawracać.
Wtedy to się stało. Zobaczyła coś. Coś, czego absolutnie nie mogło tu być. Jaga zgubiła rytm. Noga zawadziła o drugą nogę i pierwszy raz w życiu podczas biegania upadła. Wstawała, rozmasowując kolana, i patrzyła przed siebie.
Polana. Na niej chatka. Leśna chatka. Nawet przyjemna dla oka. Absolutnie nic złowrogiego, co mogłoby kojarzyć się z jakimś horrorem. Jakby chata babki zielarki czy znachorki.
— Kurde, nawet jakieś zioła suszą się przy wejściu — zauważyła, zszokowana.
Chwilę stała pochylona z rękami wspartymi o uda i wyrównywała oddech. Z kieszonki na plecach wyjęła bidon. Uzupełniła płyny. Powoli podeszła do budynku. Czuła zapach nieznanych jej ziół. Z komina unosiła się delikatna smuga dymu. Jak widać domek zdecydowanie był zamieszkany. Przez pół roku jej pobytu w Mięsowołach nigdy nie słyszała o żadnej leśnej chacie. Hanka też nic nie wspominała.
— Musiałam jednak zboczyć ze ścieżki, pewnie przegapiłam rozwidlenie — myślała dość niepewnie.
Chwilę jeszcze obserwowała domek i wreszcie odważyła się podejść. Zastukała w drzwi, wołając:
— Dzień dobry, jest tam ktoś? Przepraszam, że przeszkadzam.
I po dłuższej chwili, znowu:
— Halo, jest tam ktoś?
Cisza. Nikt nie odpowiadał. Jeszcze raz zapukała, a kiedy dalej nikt się nie odzywał, stała chwilę niezdecydowana. Podeszła blisko i zajrzała najpierw przez jedno, a potem przez drugie okno. W środku panowała ciemność i nie dało się zobaczyć zbyt wiele. Jagoda dostrzegła jednak umeblowanie i porządek, a te sugerują, że faktycznie ktoś tu mieszka. Obeszła dom naokoło. Z tyłu nie było nic ciekawego. Wróciła do drzwi wejściowych. Miała już w nie zastukać, kiedy poczuła czyjąś obecność i charakterystyczne uczucie bycia obserwowaną. Obróciła się powoli.
Rzeczywiście.
Nie była sama.
***
Grzesiek obserwował rozgrzewkę kobiety przy ławkach na torze. Wkurzył się, kiedy jej yariska zatrzymała się na chodniku na wprost ich bramy wjazdowej. Ludzie nie mieli wyobraźni. Stawiali swoje auta byle gdzie, zupełnie nie myśląc o innych. Ot, choćby teraz. Babka zaparkowała tuż przed ich bramą, a ulica Graniczna do szerokich nie należała.
— A gdybym teraz chciał wyjeżdżać? — pomyślał ze złością, chociaż z garażu ruszać samochodu nie miał zamiaru.
Do tego stanęła skosem i zajęła dużą część chodnika. Zazwyczaj w takich sytuacjach zwracał innym uwagę. Kiedy jednak z auta wysiadła zgrabna kobieta, złość mu jakoś przeszła. Legginsy nie pozostawiały wiele dla wyobraźni. Grzegorz nie był kobieciarzem. O takich jak on mówiło się, że są wierni jak psy. Co nie znaczy, że nie lubił popatrzeć. Biegaczkę widział tu już trzeci lub czwarty raz. Rzucała się w oczy. Chociaż sam do niskich się nie zaliczał, to jego metr osiemdziesiąt pięć wydawał się niczym przy niezwykle wysokiej kobiecie. Od żony wiedział, kto to jest.
— Psycholog z Warszawy. Od niedawna w Mięsowołach — powiedziała, kiedy babka pierwszy raz przyjechała tu biegać. — Za wysoka i cycki za małe, chociaż tyłek to ma niezły. Prawda, Grzesiu? — zapytała prowokacyjnie.
Lubiła oceniać kobiety i pytać męża, czy mu się podobają. Nie wiedział wtedy, co odpowiadać. Być szczerym? Takie gadki prowadziło się między facetami. A nie z żoną. Ale tak właśnie bezpośrednia była jego Ania.
A pani psycholog tyłek faktycznie miała niezły.
Grzesiek pomyślał, że może by wrócić do biegania. Biegał od dwudziestego roku życia. Ostatnio jednak trochę się zapuścił. Rozleniwił. Chociaż pomysł z powrotem do aktywności fizycznej nie był zły, poczuł złość. Wychodziło na to, że chce biegać, bo napalił się na wysoką babkę. Popatrzył jeszcze, jak biegaczka znika w lesie, i przez chwilę wydawało mu się, że zarośla wyglądają inaczej. Jakby widok przed nim lekko się rozmył, zadrgał i wrócił do poprzedniego stanu. Wzruszył ramionami i poszedł na tył domu pomóc teściowi w oczyszczaniu stawu.
***
Stara Bochniowa też obserwowała wygibasy wysokiej kobiety i kiedy ta zniknęła wśród drzew, pokręciła głową.
— Czym to karmione, że takie wyrosło? — mruczała do siebie. — Widział kto taką wielką babę? — gadała dalej. — Po co znowu lezie do lasu? Tylko kłopoty z tego będą — marudziła.
Pokręciła się jeszcze po podwórku. Patrzyła. Las jej się nie podobał. Dzisiaj by się do niego nie wybrała. Dziś las zdawał się niechętny odwiedzinom. Może to zresztą nie las był winien.
— To ona, to ona — myślała staruszka. — A ta wysoka jak brzoza, a głupia jak koza — podsumowała jeszcze panią psycholog. — Będą kłopoty, oj będą kłopoty.
***
Las zamarł w oczekiwaniu. Takich zmian u siebie nie widział już dawno. Istota rosła w siłę. A las mógł tylko obserwować. Biernie czekać. Las widział wiele naiwnych stworzeń. Nieroztropnych. Po co wchodzić do lasu bez potrzeby? Nierozważnie. Las nie groził. Las tylko był. Las trwał.
Rozdział 10
Hanna otworzyła oczy. Znowu zasnęła w dzień. Od kilku dni męczyły ją koszmary i źle przesypiała noce. Wszystko przez to, że ona wróciła. Koszmarna postać wróciła. Dzieci znów zaczęły rysować Szarą Panią. Zaczęło się od jednego rysunku. Już po godzinie wystraszona opiekunka zawiadomiła przełożoną, że to znowu się dzieje. Wkrótce wszystkie dzieci rysowały ten sam charakterystyczny i przerażający motyw. Na dodatek maluchy były pogrążone w transie. Owszem, miały otwarte oczy i nie leżały nieprzytomne, ale poza aktywnością plastyczną były nieobecne. Nie odpowiadały na słowa dwóch przedszkolanek, nie reagowały w żaden sposób. Zawzięcie mazały kredkami po papierze. Kończyły jeden rysunek i zabierały się od razu za następny. Identyczny. Powiadomiona dyrektorka szybko pobiegła do świetlicy. Stała dobre kilka minut, wpatrzona w ten niezwykły warsztat plastyczny. Po chwili dzieci przestały rysować i jakby ocknęły się z transu. Powoli zaczynały zachowywać się normalnie. Porzuciły swoje rysunki i bawiły się zabawkami, ganiały i przekomarzały. Nie przypominały już zbiorowej osobowości. Właśnie tak to postrzegała Hanna, kiedy widziała, jak razem rysują, a potem jak na komendę przestają. Niczym jeden myślący organizm.
— Bzdury, weź się w garść, kobieto — pomyślała nerwowo.
Stres bardzo jej dokuczał. Sytuacji nie poprawiał fakt, że z każdym dniem ubywało dzieci. Teraz brakowało już czterech. Niby nic dziwnego w przedszkolu. Niby rodzice poinformowali placówkę o różnych chorobach. Hance jednak coś tu nie grało. Czuła, że rodzice nie są z nią do końca szczerzy. Na dodatek jako pierwsze przestały przychodzić Olga Biernat i Ania Kowalik. Dziewczynki, o których jesienią zeszłego roku dwie matki opowiadały dyrektorce przedszkola. Dziewczynki, którym ktoś zasiał w głowie podejrzenie, że nie są prawdziwymi dziećmi swych matek. Oczywiście przypadki zdarzają się częściej niż nam się wydaje. Hanna czuła jednak narastający stres. Starała się uspokoić. Wziąć w garść, jak przed chwilą pomyślała. Łatwiej jednak myśleć, a trudniej czasem wprowadzić myśli w czyn.
Ten dzisiejszy koszmar był pierwszym, jaki przyśnił się jej w dzień. Zazwyczaj w ciągu krótkich drzemek nie śniło jej się nic. A już na pewno nic tak potwornego. Leżała jeszcze chwilę, oddychała szybko i próbowała ułożyć sobie w głowie i zapamiętać treść snu. Dotyczył Jagody i nie chciała od razu tego zignorować.
Jaga biegła przez las. Ktoś ją obserwował. Z boku. Zza drzew. Nagle niewyraźna postać wyskoczyła na dróżkę i powaliła biegaczkę na ziemię. Jaga próbowała się podnieść, lecz napastnik był potężny. Górował nad kobietą wzrostem i wagą. Mężczyzna? Hania nie potrafiła tego rozpoznać. Człowiek? Postać sprawiała wrażenie bezkształtnej. Biła od niej groza. Szamotali się. Sen był niespójny. Napastnik ciągnął kobietę za nogę. Ta próbowała rękami chwytać się ziemi, trawy czy mchu. Bezskutecznie. Po chwili dociągnął ją do jakiejś chaty w lesie. Drzwi same się otworzyły. Potwór jednym, zdecydowanym ruchem wrzucił Jagodę do środka. Wszedł za nią i drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Wtedy Hania otworzyła oczy. Wstała i poszła do kuchni. Starała się uspokoić. Z szafki wyjęła butelkę i napiła się wody. Analizowała jeszcze raz niedawny sen. Wiedziała, że Jaga nie zarzuciła biegania po przeprowadzce do Mięsowołów. Szybko odkryła las i uznała, że leśna dróżka nadaje się idealnie.
— Czy ten sen coś znaczył? — myślała nerwowo Hanka. — Czy Jadze może grozić niebezpieczeństwo? — Chwilę jeszcze biła się z myślami.
Postanowiła zadzwonić do przyjaciółki. To pewnie nic. Jednak wolała się upewnić.
***
Aspirant Grzegorz Kowalik od dłuższej chwili pukał do szarych drzwi opatrzonych numerem dwadzieścia dwa. Pod tym adresem mieszkała Grażyna Wypij, matka lokalnego żulika zwanego Profesorem. To właśnie z nim chciał porozmawiać policjant. Próbował tego bezskutecznie od kilku dni. Ostatecznie nadałaby się też matka. Jednak i ona jakby zapadła się pod ziemię. Wizyta aspiranta wynikała ze zgłoszenia zaginięcia dwóch młodych niebieskich ptaków: Lopeza, czyli Jurka Łopickiego, i Piotra Nowaka zwanego Kartoflem. Zarówno zaginieni, jak i sam Profesor znani byli wszystkim w Mięsowołach.
— Jeśli zniknęło dwóch króli, trzeba popytać trzeciego. — To właśnie usłyszał Kowalik od komendanta i to właśnie usiłował robić.
Można by założyć, że trzeci kompan też zaginął, lecz zbyt wiele osób widziało go czy to wczoraj, czy dzisiaj, jak regularnie kursuje pomiędzy swoim blokiem i monopolowym. Aspirant trochę pomstował na szefa, jednak wciąż tu przychodził i nie dawał za wygraną.
Rytmiczne stukanie przywoływało wspomnienia. Był środek czerwcowej nocy kilkanaście lat temu, kiedy w innym bloku na tym osiedlu starszy posterunkowy Grześ Kowalik tak samo stukał do niemal identycznych drzwi. Co chwilę przerywał, nasłuchiwał, zdejmował czapkę i przeczesywał ręką rude włosy. Wtedy stojący obok gruby aspirant Zdzisław Łuczyków trącał go ręką.
— Pukaj, młody, pukaj. Jeszcze raz, bo jakby ktoś tam się chował — ponaglał go starszy kolega.
To była straszna noc. Po piętnastu latach służby aspirant Kowalik widział wiele jak na pracę w takiej dziurze, ale tamta noc była straszna. To po tej nocy zastrzelił się aspirant Łuczyków. Niby wszyscy gadali:
— Zdzichu pił i to pił ostro. To przez wódę się zastrzelił! — Ale Grzesiek wiedział swoje.
To tamta noc go zmieniła. To aspirant usłyszał wtedy wołanie i podjął decyzję o wejściu. Wezwali chłopaków ze straży pożarnej. Szybko uporali się z drzwiami, wyłamując dwa zamki. Znaleźli ją w największym pokoju. Siwa, wychudzona staruszka. Ręka wyciągnięta w stronę drzwi. Obok leżała laska.
— Stukanie, stukanie — pomyślał bezładnie Kowalik.
Sąsiedzi zgłaszali stukanie trwające już godzinę. To musiała być ta laska. Tylko ten wyraz twarzy. Ten grymas strachu. Usta otwarte, jakby kobieta zmarła, krzycząc. Tak, nie żyła. Widać to na pierwszy rzut oka. Łuczyków sprawdził mimo wszystko. Strażacy nawet nie podejmowali reanimacji. Staruszka nie żyła już jakiś czas.
— Ale to stukanie, stukanie — desperackie myśli pędziły przez głowę młodego policjanta.
Panika udzielała się też starszemu.
— Tam ktoś był, kurwa, dwa głosy były! — wykrzyczał Zdzichu. Tylko w myślach jednak, a na głos nic.
W rzeczywistości musiało być inaczej, bo Grzesiek słyszał aspiranta. Mieszkanie zamknięte od środka. Okna też. I tylko ten wyraz twarzy denatki. Ta ręka wyciągnięta jakby w obronnym geście. Te stuki laski. Te krzyki. Te dwa głosy. Potem sekcja i potwierdzenie, że starowinka nie żyła od dwóch dni. Zgon z przyczyn naturalnych. Zwykła śmierć starej, samotnej osoby. Zwykła? Normalna? O nie. A jednocześnie tak. Ale te dwa pieprzone głosy… Grzegorz się ogarnął, a Zdzisiu nie. Strzał w usta z walthera P99 zakończył jego męczarnię.
— Halo, jest tam kto? Tu policja! Pani Wypij, proszę otworzyć — wołał po raz kolejny aspirant. Coraz mocniej walił w drzwi. Uczucie niepokoju narastało.
***
Brudne ściany gabinetu komendanta policji w Mięsowołach nie zachęcały do dłuższego zatrzymywania na nich wzroku. Mimo to Malicki już dobrą minutę wpatrywał się w jedną z nieokreślonych plam. Kiedy pracował i siedział nad aktami sprawy, lubił co jakiś czas przerwać czytanie, zawiesić wzrok na czymś innym, aby mózg się zresetował. Zazwyczaj patrzył wtedy w okno. Widok nie był imponujący. Właściwie za oknem nie było niczego. Ot, kawałek mało ruchliwej ulicy Tartacznej i dalej, za brzydkim ogrodzeniem z blachy falistej, szpetne i bezładne pozostałości spalonych cegieł, które w dawnych czasach tworzyły zabudowania administracyjne pobliskiego tartaku. Wybór do zawieszania wzroku miał więc Jakub niewielki. Dziś wybrał ścianę na wprost siebie, ale jej kontemplowanie dobiegło właśnie końca i podkomisarz z niechęcią skierował spojrzenie na teczki zawalające biurko. Było ich sporo. Trzy otwarte bezpośrednio przed nim i kilkanaście obok ułożonych w dwa stosy. Wszystkie dotyczyły zaginięć, zarówno aktualnych, jak i tych sprzed lat.
Zaginięć w Mięsowołach było od dawna nienormalnie dużo. Większość spraw jednak rozwiązywała się sama, choć czasami wiązało się to ze znalezieniem trupa. Tak jak w zeszłym roku zaginięcie Staszka Waśkowiaka. Niby wyjaśnione, ale spokoju nie dawało. Teraz przed komendantem leżała właśnie otwarta teczka Waśkowiaka, a dwie pozostałe i niezbyt grube to akta Jerzego Łopickiego i Piotra Nowaka. To ich matki zgłosiły zaginięcie. Przyszły na komendę razem — Mariola Nowak i Justyna Łopicka. Dwie zabiedzone kobiety, które łapały się każdej pracy, by jakoś utrzymać siebie i swoich niezbyt robotnych synków. Mężowie zniknęli z ich życia dawno temu za sprawą jak najbardziej naturalną i mało tajemniczą — po prostu zapili się na śmierć. Ponieważ synkowie podążali dzielnie śladami ojców, matki widywały ich sporadycznie i z reguły tylko wtedy, gdy zarzygani leżeli w swoich pokojach lub z przymilnymi uśmiechami prosili:
— Mamuś, dasz parę złotych? Robota się kroi w Radzyminie i na autobus potrzebuję.
Albo:
— Matka, dwadzieścia zeta to za mało! Ubrać się trzeba jakoś do roboty, daj dwieście.
Minęło już jednak kilka dni, a ani Lopez, ani Kartofel nie pokazali się w tym czasie w domu. Ba! Kobietom nie zniknęła nawet złotówka z ich nędznych zaskórniaków, a przecież wcześniej chłopcy często ratowali swoje alkoholowe fundusze właśnie oszczędnościami rodzicielek. Profile chłopaków w mediach społecznościowych były właściwie martwe i nieaktualizowane od kilku lat. Przeglądanie zawartości ich komputerów też nie przyniosło nic ciekawego. Strony porno, motoryzacyjne i sportowe. Zainteresowania obu panów okazały się dość ubogie.
Podkomisarz Malicki jeszcze raz czytał zeznania obu matek. Choć sprawa wydawała się wspólna, założył im jednak oddzielne teczki. Teraz czytał pytania i odpowiedzi raz z jednej, raz z drugiej. Te same pytania, a i odpowiedzi dość podobne. Synkowie na telefony nie odpowiadali. W końcu, po dwóch chyba dniach, próby połączeń zaczęły kończyć się powiadomieniami „Osoba, do której dzwonisz, ma wyłączony telefon lub jest niedostępna”. Matki popytały, gdzie mogły, lecz nie dowiedziały się niczego. Przyszły wreszcie na policję. Bez nadziei, że coś to da.
Lopez i Kartofel. Razem z Tadeuszem Wypijem vel Profesorem tworzyli nierozłączne trio. Jednak coś ich rozłączyło. Ani Marioli Nowak, ani Justynie Łopickiej nie udało się porozmawiać z kolegą ich synów. Telefonu nie odbierał, choć ten cały czas był włączony. Można by przypuszczać, że wkrótce na komendzie pojawi się Grażyna Wypij i również zgłosi zaginięcie. Ta jednak nie przyszła nigdy. Drugi dzień do jej mieszkania dobijał się bezskutecznie Kowalik. Udało mu się tylko dowiedzieć, że zarówno młody Wypij, jak i jego matka byli ostatnio widywani w swojej okolicy i tu o żadnym zaginięciu mowy być nie może.
Drzwi gabinetu komendanta otworzyły się gwałtownie i do środka wparował Adaś Burko.
— Przyszły, szefie — zawołał chudy blondas od progu.
— Jak zwykle bez pukania. Gówniarz to się chyba nigdy nie nauczy — pomyślał tylko Malicki.
Nic jednak nie powiedział, bo to w końcu kolega z drużyny, i bez słowa wyciągnął rękę po dokumenty, które przyniósł starszy posterunkowy. Na to czekał. Bilingi telefonów Trzech Króli i ich ostanie lokalizacje. W spisie nie było nic ciekawego. Próby lokalizowania komórki Profesora mówiły jasno: telefon cały czas pozostawał włączony i logował się tylko do beteesu na Osiedlowej, co potwierdzało, że chłopak jest cały czas widywany w swojej dzielnicy. Jednak pięć dni temu jego telefon i telefony pozostałych Króli połączyły się późnym wieczorem z masztem na kościele. Komórki Lopeza i Kartofla nigdy już nie opuściły tej lokalizacji.
— Cmentarz? Las? Włamali się do warszawiaków i piją? No przecież nie siedzą u Bochniowej? — komendant próbował uporządkować chaotyczne myśli.
— Jeszcze opuszczony dom Zakrzewskich, może tam?
Zakrzewscy od lat nie żyli i dom przechodził wciąż z rąk do rąk, ale tak właśnie o nim mówiono — dom Zakrzewskich. Trzeba by popytać u Kowalskich — układał powoli plan. Myślał jednak już tylko o jednym.
Las. To na pewno las.
***
Grzesiek Kowalik z ulgą przyjął telefon od komendanta. W szparę między drzwiami i futryną włożył kartkę z prośbą o kontakt z policją. Wcześniej na to nie wpadł. Jeśli nikt z Wypijów się nie odezwie, pewnie tu wróci. Ale teraz szedł na komendę i cieszył się, że nie musi stać pod drzwiami i wspominać tej strasznej nocy. Miał o czym myśleć. Miał swoje problemy.
Ostatnio sen z powiek spędzały mu żona i córka. Jego Anuszka, oczko w głowie tatusia, chorowała. Nie wiadomo właściwie, co jej było. Stała się apatyczna. Czasem, pobudzona, krzyczała do matki: „Nie jesteś moją mamą, ukradłaś mnie!” — potem płacz, nerwowy, niespokojny sen i znów apatia. Ponownie zaczęła rysować te okropieństwa co rok temu. Kiedy zabrali jej wszystkie kartki, próbowała rysować po ścianach. Kiedy schowali wszystko, czym dało się rysować, próbowała im na ścianie zrobić płaskorzeźbę! Baśka była przybita zachowaniem córeczki. Wzięła w pracy wolne, żeby posiedzieć z małą. O przedszkolu póki co nie było mowy. Oczywiście byli u lekarza, ale mięsowolski konował nic nie wymyślił. Powiedział, że tylko psycholog albo psychiatra. Psychiatra! Konował jeden. W Mięsowołach mieli psychologa od niedawna. Ale ta nie zajmowała się dziećmi.
— Trzeba będzie jechać z małą do Radzymina, do psychologa — martwił się Grzesiek. Bo kto to widział, żeby dziecko do psychologa ciągnąć! O psychiatrze nawet nie chciał myśleć…
***
Jagoda w milczeniu patrzyła przed siebie. Próbowała zracjonalizować to, co widzi. Między drzewami stała naga, młoda brunetka. Bardzo ładna. Ale ten widok szybko został zastąpiony innym… i znowu innym. Trochę jak w teledysku czy filmach, gdzie pokazują, jak twarz płynnie zmienia się w inne twarze. Teraz dziewczynie wyrósł w sekundę ciążowy brzuszek. Rósł i rósł. Powiększyły się też jej piersi, potem brzuch zmalał i wreszcie zniknął. Włosy dziewczyny stały się krótsze, twarz poorały zmarszczki, skóra widocznie się postarzała. Już po chwili przed Jagą stała staruszka ubrana w szary płaszcz. Nie! Jagoda ze zdumieniem zaobserwowała, że to jednak nie jest ubranie. Cała staruszka pokryta była sierścią. Patrzyła na biegaczkę i bez słowa, powoli kręciła głową z boku na bok. Podniosła rękę i wskazała w stronę, z której przybiegła Jaga. Jakby kazała jej wracać, dając do zrozumienia, że jej tu nie chce. Las zamarł. Las milczał. Nie słychać było nawet szelestu liści.
I wtedy ciszę zmącił głośny dźwięk telefonu. Staruszka zniknęła ot tak! Była i po sekundzie już jej nie było. Pani psycholog obracała się niepewnie, szukając między drzewami szarej sylwetki. Nie było jej, nie było też chatki. Jagoda stała na pustej polanie. Telefon przyzywał natarczywymi dźwiękami „Eye of the Tiger”. Szybki ruch ręką i rzepowy zacisk uwolnił komórkę z małej kieszeni na ramieniu.
Jaga uspokajała zdenerwowaną Hankę. Sama będąc niemal na skraju paniki, potrafiła rzucić do telefonu:
— Haneczko, uspokój się, dziewczyno. Nic mi nie jest. Wszystko jest w jak najlepszym porządku.
Zawodowa rutyna. Opanowanie. Umiejętność uspokojenia kogoś w każdej sytuacji. Tylko jak uspokoić siebie?
Rozciągała chwilę napięte i zastałe mięśnie. Skierowała się w stronę miasteczka i już po chwili biegła. Żałowała, że sama.
— Szkoda, że go nie ma — pomyślała.
Ale bieg upajał. Bieg uspokajał. Czekała na atak endorfin. Potrzebowała tego jak nigdy.
Rozdział 11
Pracy nie brakowało. Andrzej Biernat od dziecka chciał być budowlańcem i szybko zaczął realizować swoje marzenia. Przeszedł wszystkie szczeble kariery i kiedy skończył Politechnikę Warszawską, a potem uzyskał uprawnienia budowlane w Polskiej Izbie Inżynierów Budownictwa, został wreszcie kierownikiem budowy. Podejmował się różnych projektów i na koncie miał nawet blok mieszkalny. Najczęściej jednak nadzorował małe inwestycje. Lubił zmiany, a dzięki mniejszym budowom wciąż spotykało go coś nowego. W swojej karierze zbudował kilka pumptracków i skateparków, nawet w samej stolicy.
Chętnie przyjął zlecenie na tor rowerowy w Mięsowołach, lecz dość szybko zaczął tego żałować. Zgodnie z planami jego ekipa wykarczowała kilka naprawdę pięknych drzew, chyba najpiękniejszych w okolicy. Andrzej robił swoje, ale jak tylko zobaczył, co mają wycinać, wiedział, że to się ludziom nie spodoba. Pech prześladował go od pierwszego dnia tej parszywej budowy. Zaginięcie młodego robotnika wstrzymało prace na dziesięć dni. Potem, kiedy w ciągu jednego dnia znaleziono zwłoki Waśkowiaka, a na budowie te pieprzone kości, ekipa zaczęła szemrać i trochę się wykruszać. Mówili, że zły znak, przeklęte miejsce i nie chcieli dłużej tu pracować. Musiał zrobić przerwę na poszukiwania nowych pracowników. Myślał nawet, żeby dać sobie spokój. Niech inwestor, czyli urząd miasta i gminy, znajdzie sobie nowego kierownika. Został. Został, bo do tej pory nigdy nie porzucił żadnej roboty. Teraz żałował.
Kłopotów, które dopadły jego rodzinę, początkowo nie wiązał z ostatnią pracą. Dzieci po prostu czasem chorują. Razem z Zosią myśleli, że córeczka trochę pomarudzi i wkrótce dojdzie do siebie, tak jak zawsze. Tylko że nie było tak jak zawsze. Pierwsze symptomy zauważyli jeszcze w zeszłym roku. Jednak jakoś przed świętami wszystko wróciło do normy. Teraz mała Olga najpierw popadła w apatię, a później była rozkojarzona i zagubiona. Nie wiedziała, gdzie jest, i nie poznawała rodziców. Nie miała gorączki. Objawy zdawały się dziwne nawet miejscowemu pediatrze. Dziewczynka przestała chodzić do przedszkola, a w domu zajmował się nią głównie tata, który póki co nie wziął nowego zlecenia. Lekarz namawiał ich na wizytę u psychiatry. Bronili się przed tym, bo Olga zaczęła powoli wracać do zdrowia. Potem jednak znowu następowało pogorszenie. No i te rysunki. Przerażające. Olga miała chyba talent plastyczny, lecz rodzice woleliby pewnie, aby tematyka jej twórczości się zmieniła.
— Kurde, maszkara niczym z obrazów Beksińskiego. Straszne. Skąd coś tak ponurego u takiego szkraba? — myślał bezradnie Andrzej.
Zofia wiedziała o tej drugiej dziewczynce. Jeszcze w listopadzie, rok wcześniej, córka Kowalików zachowywała się podobnie. Do Andrzeja takie informacje nigdy nie dotarły. Tak jak nie wiedział o pladze horrorowatych rysunków w przedszkolu. Do czasu.
Początkowo był zły na Zośkę, ale mu przeszło. W czym to miało pomóc? Kiedy jednak dowiedział się, że Ania Kowalik zachowuje się podobnie i też przestała chodzić do przedszkola, pomyślał, że trzeba będzie skontaktować się z jej rodzicami. Znał przelotnie Grzegorza Kowalika. Policjant z Mięsowołów, który często bywał na placu budowy po zaginięciu Staszka, wydawał się konkretny. Trzeba będzie pogadać. Zwierzyć się aspirantowi ze swoich podejrzeń. Andrzej był niemal pewien, że dziwne zachowanie ich dzieci zaczęło się razem z budową tego cholernego toru. Te opowieści o szarej zjawie w lesie, te rysunki, podobne zachowanie dzieciaków, śmierć Waśkowiaka. Jako inżynier nie wierzył w przypadki. To musiało coś łączyć. Trzeba tylko znaleźć schemat.
***
Szczupły nastolatek pędził po torze, jakby chciał przetestować działanie siły odśrodkowej. Rower był dziwny. Małe koła i nietypowa rama, a na dodatek wydawał się za mały dla chłopaka. Ten jednak radził sobie doskonale i kilka okrążeń w zawrotnym tempie zakończył wysokim zeskokiem, daleko poza sam tor. Po chwili przyjmował już gratulacje od kolegów. Było dużo klepania po plecach, a komplementy okraszano licznymi „ku… i” i „o ja cię pie …ę”. Chłopcy, jakby spłoszeni popatrywali na siedzącego na ławce wysokiego faceta. Wiedzieli (mimo cywilnych ciuchów), że to miejscowy pies i to nawet szef psów. Kuba usłyszał prowokacyjny szept.
— Cicho, panowie, to pies.
Uśmiechnął się tylko pod nosem i w żaden sposób nie zareagował. Słuchał, jak młodzi cykliści zażarcie dyskutują o wyższości beemiksów nad dirtami czy odwrotnie. Zupełnie się na tym nie znał. Czekał.
Kilka chwil wcześniej odwiedził posesję Kowalskich. Jak zwykle pierwszy na dzwonek zareagował pies, przywołując swojego pana. Zygmunt podszedł do ogrodzenia uśmiechnięty i aby tradycji stało się zadość, zawołał:
— Witam szeryfa Beeftown! — Nigdy nie przepuszczał okazji i zawsze tak zwracał się do komendanta Malickiego.
Otworzył furtkę, by wpuścić Jakuba. Podali sobie ręce. Kubę korciło, żeby nazwać Kowalskiego prezesem. Powstrzymał się jednak i bez zbędnych wstępów i krzywienia się na tego nieszczęsnego szeryfa, zasypał pana Zygmusia pytaniami. Chodziło mu oczywiście o noc, podczas której zaginęli dwaj królowie ze znanego miejscowego trio. Gospodarz potwierdził, że tak, że byli. Chociaż sam nie widział.
— Siedziały gnojki poza zasięgiem ulicznej latarni — rzucił wyjaśniająco. — Ale po głosie to ich można było poznać — dodał. — Prawda, Dzideczko? — Tu zwrócił się do żony, która właśnie podchodziła, zwabiona gościem.
Zdzisława niepewnie potwierdziła.
— Chyba tak, to mogli być oni. Najlepiej, panie komendancie, jakby pan na młodych poczekał. Ania z Grzesiem zaraz powinni być. Córka na pewno panu potwierdzi, że to oni. Tak myślę — mówiła.
Dzidka, jako gospodyni niezwykle gościnna, zaprosiła policjanta, aby ten poczekał u nich w ogrodzie. Może napił się czegoś… Jakub, widząc jednak łypiącego na niego starego Kowalskiego, grzecznie podziękował. Wiedział, że takie goszczenie skończy się wysłuchiwaniem skarg pana Zygmunta na tor, na młodych i na wszystko. Rozumiał go, lecz co właściwie mógł zrobić?
Teraz, siedząc przy torze, czekał na młodych, udoskonalając wiedzę na temat rowerów wyczynowych. Nie musiał czekać długo i kiedy zobaczył zbliżającą się czarną navarę, jaką zawsze przyjeżdżał na mecze Holender, podniósł się z ławki. Samochód zatrzymał się na podjeździe i wysiadła z niego Anka. Ubrana, jak to ona, w glany i kolorową sukienkę na ramiączkach. Do tego nieodłączne tatuaże i mnóstwo kolczyków w uszach, brwiach i nosie. Jak zwykle przyciągała wzrok.
— Ty! Widziałeś tego wydziaranego milfa? — dobiegło prowokacyjne gadanie z toru.
Anka wzbudziła zainteresowanie młodzieńców. Uspokoiła gestem wysiadającego męża, który pociemniał na twarzy i już szykował się do interwencji. Tymczasem blondynka puściła całusa i mrugnęła do chłopaków. Speszyli się w ułamku sekundy. Policzki pokryły im rumieńce i nagle zajęli się własnymi sprawami.
— Cześć. Mogę zająć wam kilka minut? — przywitał się Kuba.
Już po chwili pogrążeni byli w rozmowie. Małżeństwo potwierdziło, że zna trzech młodych żuli, którzy tu ostatnio darli japy. Anna była nawet bardzo konkretna.
— Jeden to na pewno Lopez. Ten, co u nas w ogrodzie pomagał. Zapamiętałam typa, bo ciągle się na mnie gapił i chyba się za bardzo napalił. Wreszcie Grzegorz z ojcem podziękowali mu za pracę. Bardziej chyba Greg. — Mrugnęła do męża.
De Vries tylko pokiwał głową, potwierdzając słowa żony. Nigdy nie był zbyt rozmowny. Chyba że znowu wykopano by kości w lesie. Wtedy pojawiłaby się szansa na rozwiązanie języka.
Pół godziny rozmowy i Jakub Malicki był przekonany, że Lopez i Kartofel mogli nigdy nie opuścić lasu. Kiedy miał już się pożegnać, zadzwoniła jego komórka. Komenda. Dyżurny Burko miał dobre wieści. W komisariacie zjawił się Tadzio Wypij z matką.
— Wreszcie. No wreszcie. Może teraz pchniemy to dalej — myślał komendant, wsiadając do służbowej alfy.
***
Jak zwykle wczesnym wieczorem trudno było o wolny stolik. Restauracja, jako jedyna w mieście, cieszyła się dużą popularnością. Głównie dzięki sporemu wyborowi niedrogich piw, ale też dzięki temu, że o dziwo można tu było dobrze zjeść. To właściwie mało powiedziane — można tu było zjeść na światowym poziomie. Karta dań prezentowała bardzo zróżnicowaną ofertę. Obok tradycyjnego schabowego, nie mniej już tradycyjnego kebabu czy pizzy tu, w Mięsowołach, można było posmakować prawdziwej koreańskiej kuchni.
Właścicielem lokalu i kucharzem był trzydziestosześcioletni Choi Sang-Gun, urodzony na Jeju. Nikt właściwie nie wiedział, dlaczego i jak blisko dwa lata temu młody Koreańczyk trafił do takiej dziury. Pewnego wiosennego dnia ludzie zobaczyli, że lokal po dawnym barze mlecznym „Mućka” jest w remoncie. Szybko rozniosła się wieść, że nowym właścicielem został jakiś żółtek. Restauracja mieściła się przy ulicy Jana Świętochowskiego 5a. Kiedy więc nad drzwiami wejściowymi pojawił się szyld „Rzeźnia nr 5”, tylko niewielu zniesmaczył i zdziwił, a większość rozbawił. Jednak tylko nieliczni mieszkańcy domyślili się od razu, że Choi Sang-Gun jest miłośnikiem Kurta Vonneguta.
Lokal się przyjął. Jak większość Koreańczyków szef Choi miał doskonałą rękę do mięs. Nawet oklepany polski schabowy w jego wykonaniu zamieniał się w kulinarne dzieło sztuki. Jednak to nie dla schabowych ściągali tu goście nawet z Warszawy. W Mięsowołach, w samym środku niczego, można było zjeść oryginalne koreańskie bulgogi, jeyuk bokkeum, a nawet miyeok guk, czyli kultową koreańską zupę z wodorostów. To wszystko jadano jak w najprawdziwszej koreańskiej knajpce, przy stoliku z wbudowanym grillem i pod opuszczanym wyciągiem dymu. Tylko rodzime alkohole pana Choi nie przekonały miejscowych.
— Soju? Przecież to rozwodniona wódka. Makkoli? Toż to woda z ryżu — śmiali się mięsowolanie i zamawiali swojskie piwko i polską wódeczkę.
W pełnym lokalu, przy jednym z tych oryginalnych stolików siedzieli właśnie Andrzej Biernat i Grzegorz Kowalik. Na grillu skwierczała wołowina, a panowie co chwilę nakładali sobie odpowiednio wysmażone kawałki mięsa i zagryzali marynowaną rzodkwią. To Andrzej zaprosił aspiranta i to on wybierał alkohol. Pili więc soju, ale Grześ nie narzekał, bo głowy zbyt mocnej nie miał. Szybko przeszli na ty, co ułatwiało rozmowę. Mogli zachowywać się swobodnie. Gwar powodował, że nie było szans, aby ktoś ich podsłuchał. Zdążyli już omówić i porównać zachowania swych córek, wymienili się rysunkami dzieci i doszli do wspólnego wniosku, że wszystko zaczęło się od budowy pumptracku. Nie zgadzali się jednak we wszystkim innym.
— Ja, Grzesiu, rozumiem, że to wtedy się zaczęło. Ja w przypadki nie wierzę. Tylko ja nie myślę, że sam tor jest z tym związany. Ja wiem, ja wiem. Dużo się o tych okolicach mówi. Ale kurde, Grzesiu, przecież co? Tor jest nawiedzony? — Inżynier rozłożył ręce w geście bezradności i pokręcił głową ze sceptyczną miną.
— Tu musi chodzić o coś więcej. Wiesz, może nie powinniśmy w ogóle tam kopać? Może nie trzeba było ruszać tego lasu?
— Ale co? Las się broni i mści na złych ludziach? Zaraz przyjdą enty i nas pogonią? — zaśmiał się drwiąco Kowalik.
Biernat zamachał szybko rękami, zaprzeczając.
— Nie, nie, nie. Żadne tam tolkienowskie opowieści, żadne tam ekologiczne bzdury. Ale wiesz, ten szkielet mi jakoś siedzi w głowie.
— Ten szkielet to tak. Niby tak. Bo z jednej strony możesz mieć rację, ale przecież wy te kości wykopaliście już po tym, jak nasze dziewczynki zaczęły się dziwnie zachowywać. W tym dniu i tak cię na Granicznej nie było i nawet kości nie widziałeś. A ja tam byłem wtedy. I czemu akurat nasze dzieciaki? — powątpiewał Grzegorz.
Andrzej energicznie pokręcił głową i znowu zaczął szybko mówić, tak jakby obawiał się, że jakaś myśl zaraz mu ucieknie.
— Szkielet musi mieć związek, musi. Nie wierzę w przypadki. I pamiętaj, wszystkie dzieciaki w Mięsowołach zaczęły się dziwnie zachowywać, a nie tylko nasze. Innym przeszło. Może nasze bardziej wrażliwe czy co? Sam nie wiem. Kombinuję, z kim by tu porozmawiać. Wiesz, o historii tego miejsca. O tym, czyje to mogły być szczątki. Może i o legendach, o naszym lesie. W tym lesie to dużo ludzi zaginęło podobno. A Waśkowiak? A te dwa obszczymury?
— Powiem ci, że lasem to i nasz szeryf się interesuje. Powyciągał stare sprawy i porównuje je z tym twoim Stachem i tymi żulami. Ciągle na Graniczną jeździ. A to do Kowalskich, a to do Bochniowej, po lesie łazi. Jednak te rysunki raczej olewał. Mówił, że dzieciaki pewnie gdzieś podpatrzyły. Bajkę czy film jakiś. Chyba nawet z tą psycholog o tym gadał. Wiesz, z tą koszykarką.
Biernat uśmiechnął się tylko na te słowa i mrugnął.
— Wiem, wiem z którą. — I szybko dodał: — Tylko wiesz, on tam chyba nie dla Bochniowej jeździ. Myślę, że do Kowalskich bardziej. I nie o Zygmunta czy Zdzisławę mu chodzi… — Zaśmiał się głośno.
Kowalik uśmiechnął się i pokiwał głową, ale zaraz powiedział:
— Nie masz racji. Anka nie w jego typie. To znaczy ja wiem, zajebista babeczka. Jak oczywiście lubi się tatuaże i takie ostre klimaty raczej. Ale komendant to bardziej takie chude szkieletory lubi. Zgadało się kiedyś przy piwku, to wiem.
— No może, może… — Andrzej pokiwał głową i dodał: — A może by właśnie z nim też o tym pogadać?
Policjant pokręcił mocno głową.
— Oj, wątpię, nie wiem, czy on w takie gusła uwierzy. Powiem ci, że szczerze wątpię.
I szybko dodał:
— Ale to żeby z kimś pogadać, to masz rację. I pomyślałem, żeby może właśnie do Kowalskich uderzyć.
Widząc obleśny uśmiech rozmówcy, szybko rzucił:
— Daj spokój, nie o Ankę mi chodzi. Ale jej mąż, ten Holender, co się na kościach zna, może z nim? Poznałem go wtedy jak koparka je wygrzebała. Może on kogoś zna na uniwersytecie? Wiesz, kogoś, kto się takimi starymi tajemnicami zajmuje? Sam nie wiem.
Rozmawiali jeszcze dłuższy czas, lecz alkohol wkrótce zrobił swoje i rozmowa nie była już zbyt konstruktywna. Wiedzieli jednak jedno. Trzeba poszerzyć ich małe grono poszukiwaczy tajemnic. Muszą uratować swoje dziewczynki i spotkają się z każdym, kto mógłby im w tym pomóc. Dopili soju, wstali, podali sobie ręce i rozeszli się do domów.
***
Tego samego wieczora, ale w mniej przyjemnym otoczeniu komendy, podkomisarz Malicki po raz kolejny czytał i analizował zeznania Profesora.
Kiedy wpadł na posterunek, czekał już na niego Tadeusz Wypij z matką. Kobietę odesłano szybko do domu, bo właściwie w żaden sposób nie wiązała się ze sprawą. Syn tymczasem siedział przed Jakubem i wydawało się, że nigdy nie zacznie mówić. Policjant znał go oczywiście z widzenia i to bardzo dobrze, dlatego teraz przyglądał się chłopakowi w cichym zdumieniu. Wypij, jeśli wierzyć dokumentom, miał dwadzieścia sześć lat. Tymczasem przed komendantem siedział zgarbiony, wychudzony i całkiem siwy starzec.
— No może nie starzec — zbeształ się w myślach Kuba.
Ale już na sześćdziesięciolatka wyglądał spokojnie. Zniknęły długie, ciemne włosy związane zazwyczaj w kucyk. Zastąpiła je krótka szczecina na tak zwanego jeża… tyle że jakby utleniona.
— Tak, ściąłem je — powiedział chłopak, widząc, jak podkomisarz patrzy na jego włosy. — Ściąłem, bo nie mogłem znieść tego widoku.
Jakub oderwał wreszcie wzrok od siwych włosów i pomarszczonej twarzy przesłuchiwanego.
— To opowiedz mi, jak to było. Opisz mi ostatnią noc, kiedy piliście razem i kiedy ostatni raz ich widziałeś… — powiedział i uściślił — to znaczy kiedy ostatnio widziałeś Jerzego Łopickiego i Piotra Nowaka. Co tam się wtedy wydarzyło?
— Jezuuu, dwie godziny opowiadałem to temu młodemu policjantowi — mruknął niezadowolony.
Widząc jednak zniecierpliwienie komendanta, szybko dodał:
— Dobrze, dobrze, opowiem jeszcze raz.
— To Kartofel, Piotrek Nowak znaczy, wymyślił, żeby iść pod las, na ten tor. My tam nigdy nie piliśmy. Daleko, wygwizdów taki. Kiedyś to i ławek tam nie było przecież. Zawsze siedzieliśmy pod blokami, u siebie na dzielni. Czasem też na ławkach pod Sukiennicami… no na tych, co światła latarni nie docierają i spokój jest. Jak była większa kasa, to i do Rzeźni się wpadało. Ale to rzadko, naprawdę rzadko. No a wtedy Kartofel wymyślił z tym torem. I że to niby dla mnie. Bo tam ten doktor mieszka, ten Holender. Ja kiedyś tak naopowiadałem chłopakom, że to on mnie… że to przez niego ze studiów wyleciałem. Niby każdy wiedział, że ja przez wódę. Ale jakoś tak gadałem, a chłopaki chyba uwierzyli. Kartofel chciał mi taką, powiedzmy, przysługę zrobić. Darcie ryja z zemsty. To poszedłem… poszliśmy — opowiadał jednostajnym, przygaszonym tonem.
Malicki nie ponaglał, chciał, żeby Profesor się wygadał, żeby mówił w swoim tempie. Kiedy jednak tamten zamilkł na chwilę, rzucił krótkie pytanie:
— I co, darliście ryje, tak? Długo?
Tadzio pokręcił głową w geście zaprzeczenia.
— Nie, długo to nie. Trochę pokrzyczeliśmy i pośpiewaliśmy. Takie tam… oczy zielone… i że ten no… że ona tańczy dla mnie. Takie tam głupoty. Ale szybko się nam znudziło. Potem to już siedzieliśmy, piliśmy i gadaliśmy. Tak o wszystkim i o niczym.
— A kogoś widziałeś wtedy? Ktoś przechodził, przejeżdżał, ktoś wam zwracał uwagę? — dopytywał Jakub.
— Nie, panie komendancie. Cisza i spokój. Znaczy… jak już się nie darliśmy… to już cisza i spokój. I nie, nie było nikogo. Tego to pewien jestem.
Kiedy Malicki znowu ponaglił chłopaka, ten podjął przerwany wątek.