E-book
13.65
drukowana A5
26.46
Serce oskarżycielem

Bezpłatny fragment - Serce oskarżycielem

filozofia miłości


5
Objętość:
132 str.
ISBN:
978-83-8221-239-6
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 26.46

Wstęp

Powstaniu tej książki przyświeca jeden cel, za który uważam doskonalenie naszych codziennych intuicji i afektów oraz osadzenie ich na możliwie pewnej podstawie, bez myślenia o dalekosiężnych przepowiedniach historycznych. Przewidywanie biegu wydarzeń i ślepa wiara, że odkryło się prawa historii, nie mogą iść w zgodzie z etyką, której wraz z językiem refleksji pozwalam kierować ekspresją wewnętrznego dynamizmu. Począwszy od fundamentalnej strony przeżyć jednostkowej świadomości, istnieje ukryty logos korespondencji ze wspólnotą, którego rdzeniem jest właśnie etyka. Filozofia moralności ujawni się po temu w tej rozprawie jako tło twórczego wysiłku intelektu, w jego przeczuciu i elementarnej uczciwości, a to, dlaczego jest w niej tyle elementów niedookreślonych, wykażę w swoim badaniu, uwydatniając m.in. aporie, jakie napotkał Kant, i to, dlaczego w ostateczności nie potrafił ich przezwyciężyć. Poruszam te kwestie we wstępie, by nie pozbawić siebie zaszczytu bycia człowiekiem we wspólnocie oraz by, nawiązując do metafizyki, w duchu tego, co wypowiada się we mnie i w Tobie, co nas ujmuje i odnajduje, w toku dalszych analiz z pełną świadomością stwierdzić, kiedy nakaz etyczny, np. nie zabijaj, staje się, w całym tego słowa znaczeniu, logiczny. Bez rozwiązania tych kwestii etyka nie może nic powiedzieć.

W dobie powszechnego kryzysu człowieczeństwa, deprecjacji jednostki, pytanie o wspólnotę, którą może wyrazić jedynie pojęcie sensu samej wspólnoty dążącej do poszukiwania etycznego rodowodu świadomości i rozumności (jako gwarancji prawidłowej funkcjonalności społeczeństw), jest szczególnie ważne, o ile nie najważniejsze. W poniższej pracy będę starał się stwierdzić, oczyszczając umysł z wszelkich przesądów i z wiarą, która uzależnia prawdę od otwartości na nią, co jest ową obiektywnie słuszną prawidłowością, a zatem ujawnić racjonalność tego, co wykluczy dwuznaczność, efemeryzm oraz wszelkie formy patologii, także w kontekście pasywnych filozofii fait accompli.

Założenie, które stanie się punktem wyjścia dla szeregu antropologicznych analiz, wynika z podstawowego faktu, jaki jest obowiązkiem każdego z członków wspólnoty, a więc rozwiązania (banalnego z pozoru) problemu egzystencjalnego. Omówienie problemu wolności, także w sensie nawiązującym do nurtu dwudziestowiecznego egzystencjalizmu, będzie głównym zamiarem tej rozprawy, przy czym określenie tego specyficznego dla każdej jednostki rysu człowieczeństwa, który jest wspólny i zarazem zamknięty sam w sobie, odbędzie się poprzez skodyfikowanie czynników będących predykatywnymi danymi świadomości, a więc obowiązującymi wszystkich członków organizacji w obszarze pierwotnych doświadczeń jaźniowych.

Za kluczowe zagadnienia, które poruszę w tej książce, oprócz wspomnianego już problemu wolności, uważam pojęcie śmierci, które po zapoznaniu się z literaturą przedmiotu uzasadnię w sposób mogący budzić pewne sprzeczności, następnie — obciążone pejoratywną konotacją i wciąż nierozwiązane w obecnie funkcjonujących społecznościach — problemy Boga, milczenia i samotności. Pojęcia te są ze sobą ściśle skorelowane, a nawet można powiedzieć, że nieustannie pozostają w centrum aktów realizowania się jednego przeżycia względem drugiego, o których zamierzam tu mówić językiem głębokiej symboliki i analizy.

Jeśli uda się to zrobić, a przez to także postawić kolejne pytanie jako przyczynek do rozważań o sens istnienia, który filozofii wciąż wymyka się niczym nieokreślona tęsknota, być może ruszymy wreszcie z miejsca i nie będziemy zaczynać wszystkiego od początku. Mam nieodparte wrażenie, że to, czy staniemy się w końcu publici juris, zależy tylko od przyjęcia koherencji znaczeniowej tego, czego oczekuje od nas pierwotna struktura konstytucji psychicznej, która postawiona przez mutację gatunkową w tym uprzywilejowanym miejscu ewolucji, w jej zdolności do analizy i penetracji gospodarki psychicznej, stanów emocjonalnych, myślowych, wciąż ma poważne obawy, a także żywi jawną niechęć do absolutnie racjonalnych prawideł adekwatnych do tego, by nie tylko mówić o człowieku językiem w pełni ludzkim, ograniczając reifikację oraz uprzedmiotowienie, ale również wziąć pełną odpowiedzialność za swoje myśli, słowa i czyny.

Jak wspominałem wyżej, zajmę się tutaj analizą bezpośrednich danych świadomości, lecz dodać w tym miejscu należy, że wyizolowane struktury jaźni skierowane będą zawsze w tę stronę, która nie umniejszy kwestii bycia godności we wspólnocie. Odpowiedź na pytanie: czy ogólnie pojęte dobro powszechne może być jednocześnie przedmiotem sensu stricto prywatnej troski każdego członka organizacji, którą ujmuję tutaj za myślą Goethego, że ponad narodami jest ludzkość, nie może się odbyć bez metafizyki i w mniejszym stopniu psychologii, albowiem problem wolności jest zasadniczo wspólnym problemem owych dziedzin. Należy więc w obszarze badań ująć także te kwestie, a właściwie zapytać, kiedy doświadczenia siebie samego są najbardziej własne oraz wspólne i korzystne dla kształtowania form świata zewnętrznego. Słusznie pisała prof. B. Skarga: To raczej w nauce można wykryć założenia metafizyczne, które w niczym nie przeszkadzają w jej rozwoju i na które zwykle bywa obojętna lub w ogóle ich nie dostrzega.

Rozprawę tę uznaję zatem także w pewnym sensie za subiektywne wprawki z etyki doskonalenia siebie, a wobec tego, co staram się egzemplifikować w książkowej wypowiedzi, ulega odsłonięciu to, co powinno zostać zakryte lub zapomniane, ponieważ sama trafność ujęcia deskrypcji sobości wynika właśnie z jej milczenia względem odkrycia i rzeczywistej analizy technicznej. Dobro, jak będę argumentował, nie tylko nie jest zobligowane do tłumaczenia tego, dlaczego jest dobrem, lecz powinno się tego wystrzegać, gdyż nim samym może być jedynie aksjologiczne usensownienie rzeczywistości — jak mawiał Stróżewski — w procesie socjalizacji. Eo ipso rezygnując z dominacji i autorytaryzmu, obroniony jest status tego, co będąc czynnikiem samotranscendującym, milczy lub, jak mawiał Cézanne, konsultuje się z ideą, a psychika rozwiązuje tym samym dylemat niezrealizowanej wartości. Otwarcie stwierdzam tu wiele niedogodności, jednak nie można także nie podkreślić swoistej siły atrakcyjności takiego badania, które pozwoli Czytelnikom sformułować własny osąd. Na to w istocie liczę.

W przedstawionej pracy problematyka, której metodologia rozciąga się na szereg dziedzin i obszarów ludzkiego doświadczenia, w żadnym stopniu nie będzie dotyczyć gospodarki, ekonomii, czy nawet polityki, ponieważ to, o czym pragnę powiedzieć, byłoby dopiero rzekomym argumentem przygotowującym samych zainteresowanych do wyboru wolności (Ja społecznego) w jednej z powyższych dyscyplin. Nie będzie moim zamiarem także przyjmowanie na siebie roli proroka bezbłędnie percypującego egzystencjalne złudzenia. Moja wypowiedź nie stawia sobie takich wymagań, aspiruje raczej do świadomego uznania swoich granic, nie sądzę także, by pretendowała do naukowości tam, gdzie objawia własny punkt widzenia.

Najważniejsze będzie dla mnie przedstawienie okoliczności, w jakich warunkach psychicznych funkcjonuje dialektyka we wspólnocie, owa gotowość do otwartości na zapłodnienie intelektualne i etyczne, w tym znaczeniu gotowość do uśmiercenia arbitralnego egoizmu, inaczej niż słynne Sein zum Tode Heideggera. Istnienie ludzkie nie jest istnieniem w stronę śmierci, lecz śmiercią wnikającą w nas, jak będę argumentował na kartach tej książki w tonie sprzeciwu względem każdej formy konsekracji, a przy tym racjonalizacji status quo, a także zaprzeczenia dla uznania sił oraz tendencji, które mogłyby uzyskać lub uzyskały przewagę.

W centrum mojej uwagi, w zgodzie z wymiarem ludzkiej wolności, podejmuję tutaj (nie zawsze bezpośrednią) polemikę z Kartezjuszem, Heglem, Kantem oraz wspomnianym Heideggerem, Skargą i Tischnerem, a także z Platonem i Arystotelesem.

Mam nadzieję, że moje wywody nie zostaną uznane za twierdzenia bezpodstawne, lecz, na co w istocie liczę, wybronią się przed zastrzeżeniami o tyle, o ile udział etyki w aspekcie kształtowania zdolności samourzeczywistnienia jednostki we wspólnocie będzie przez Czytelnika wzięty pod uwagę.

1. Śmierć (Bóg) we wspólnocie. Wprowadzenie

Piękno bowiem jest jeno grozy początkiem,

który zaledwie jeszcze znosimy,

a podziwiamy je tak,

gdyż obojętnie pogardza naszą zagładą.


Mam nadzieję, że porządek, który wprowadzam w kręgu spraw niełatwych, biorąc pod uwagę poznawcze opanowanie, nie spowoduje wrażenia obcości lub chaotyczności, a gdyby wystąpiło, zechcę prosić Czytelnika o cierpliwość, ponieważ okaże się jedynie złudzeniem. Wprowadzenie do koncepcji uznaję za obiektywne przedstawienie tematyki pracy, nie zostanie zatem omówione w tym rozdziale wszystko w takim stopniu, jak będą domagały się tego dalsze rozstrzygnięcia. Rzecz wymagała dopowiedzenia, aby mogła rościć sobie pretensje do wnoszenia czegoś pozytywnego.

Problemy ze wspólnotą, ze społeczeństwem otwartym i zdolnym do dialogu oraz biorącym odpowiedzialność za członków organizacji będą problemami nierozwiązanymi dopóty, dopóki nie uda się wreszcie uzasadnić, jakie prawodawstwo będzie dla wspólnoty najkorzystniejsze oraz czy powinno ono odnosić swój autorytet do któregoś z bogów, jak w przypadku Solona (ale i Napoleona), który swoją władzę wzmacniał autorytetem Minerwy. Uważam, że należy najpierw odpowiedzieć na to pytanie z teoretycznego punktu widzenia.

Moje zainteresowanie człowiekiem we wspólnocie wzrasta niepomierne wraz z ekstensyfikacją wolności negatywnej oraz swoistą klęską, jaką poniosły nauki społeczne, religia, a w konsekwencji także dziedzina mi najbliższa, czyli filozofia. Bezskutecznie próbują one jakoś tego człowieka zrozumieć i dać mu przywilej bycia wolnym we wspólnocie. Swego rodzaju rację uczłowieczenia siebie, jak mawiał ks. Tischner.

Będę mówił o wspólnocie jako człowiek wolny, jako twórca, który pośrodku narzuconych sytuacji poczuwa pewien obowiązek niezmiernie ważny dla świadomości wolności, mianowicie, że świadomość wyboru wolności nie staje się zbędna wobec prerogatywy tworzenia, która jest w idei wolności złożona.

Wszystko, co jest nam wspólne, czym oddychamy jak powietrzem, jest tym, co psychiczne, co w konsekwencji powinno stać się owocem dialogu w rzeczywistości wspólnoty. Czym jest owa rzeczywistość? Jest sensu stricto swego rodzaju przebłyskiem lub iluzją, chwilą oczekującą na zmianę, w której przyszło nam przeżywać jakiś dramat epoki, której, jak będę argumentował, nie potrafimy nadać znaczenia, do której także żywimy urazę, którą poniżamy i która poniża nas, ponieważ mechanizmy, jakie z czysto podświadomej płaszczyzny oddziałują na gospodarkę psychiczną człowieka, nie są zrozumiałe. Rodzi się po temu w ludziach formalnie coraz mniej maskowany pretekst do chciwości i innych brudnych spraw oraz nieuchronne poczucie przynależności do półdzikiego ludu.

Nie możemy obudzić pierwotnych uczuć, które stały się nam obce, wyskoczyły z orbity, pogrążamy umysły w daleko idącym zdobywczym wyobrażeniu, nie zauważając, że nasz gatunek jest jedynym zdolnym na planecie do analizy stanów emocjonalnych, myślowych i psychicznych, że poza dymorfizmem płciowym jesteśmy tym samym, że w końcu obowiązują nas te same dane świadomości, których nie chcemy zauważyć, lub powstałe okoliczności nie pozwoliły na pełną zdolność rozumienia współzależności zjawisk. Eo ipso dialektyka jest akcydentalnym atrybutem egzystencji, a przy tym próbuje się nam wmówić, że możliwa jest szeroko rozumiana tolerancja i szacunek dla tego, co ludzkie, w duchu wszystko przenikającej sympatii, horyzontu agatologicznego. Otóż, stwierdzę to otwarcie, jest to perspektywa fałszywa i pełna krzyżowych problemów, których rozwiązać nie można bez ujawnienia i sprecyzowania oczekiwań treści psychicznej w jej obiektywnym dla gatunku nurcie egzystencjalnym. Tyle można powiedzieć w tonie elementarnej uczciwości.

Genialny poeta pisał:


Gdyby ludzkie zwierzę było tyle warte

Co rączy jeleń lub samotna puma polująca w nocy

Z radością spocząłbym z ludźmi w jednym grobie.


Jako że problemy te są w dalszym ciągu terra incognita, zajmowanie się nimi uważam za predykatywne, mimo ich złożoności oraz indyferencji członków organizacji ludzkiej, o której zamierzam tutaj mówić. Aby mieć jakikolwiek wgląd w genezę przedmiotu rozważań, ustalić jakiś horyzont jego sensu w wymiarze pozwalającym na rozróżnienie tego, co pozytywne, od tego, co negatywne w wyborze wolności, by mogła ona zredukować poczucie marazmu, który ciąży nad nią bezustannie, raz jeszcze — tak uważam — należy podjąć próbę zrewidowania człowieka. Ażeby pojęcie humanizmu było powszechne i zrozumiałe dla wszystkich, nie pomoże żaden wysiłek ludzi tzw. dobrej woli. Z pewnością dla konieczności ratowania zatraconej osobowości współczesnego człowieka, rezygnującego ze stosowania przemocy i zbrodni, trzeba przedstawić całkiem odmienne spojrzenie na dylemat ukazujący świadomości warunek jej możliwości zaistnienia we wspólnocie.

Zacznijmy od problemu najważniejszego według tego, co mówi psychika. Bóg i śmierć we wspólnocie posiadają tożsamą konotację i z pewnością należy odpowiednio przyjrzeć się tym danym psychicznym, które bez względu na obszar ludzkiej egzystencji wywierają nie tyle presję, ile podświadomą irytację względem tego, co niepoznane, a także, jak się powszechnie sądzi, budzące trwogę (przynajmniej jeśli chodzi o śmierć). Odpowiedzi na te pytania są kluczowe i nie można ich w żadnym razie pominąć lub zlekceważyć, a już na pewno poprawnie funkcjonująca wspólnota nie pozwoli, by do głosu doszedł indyferentny stosunek interpretacji faktów psychicznych, przy jednym w zasadzie założeniu, że to, co powiemy w tej kwestii, będzie miało wymiar dobra powszechnego. Będzie, innymi słowy, służyć nam wszystkim, co jest w pewnym sensie nieznacznym nawiązaniem do Spinozy, jakąś formą odnalezienia siebie, a raczej skorelowania swojej natury z etycznym aspektem czasu epoki.

Jeżeli chodzi o to, co rozumiem przez pojęcie Bóg, nie mam rzecz jasna na myśli niczego innego, jak tylko istoty, czy może perspektywy czcigodnego pojęcia wolności, a jeszcze inaczej — takiego jej subiektywnego uzasadnienia, by dać względem tego, co będę tutaj mówił, jakieś świadectwo tej wolności, zaświadczyć jej jakoś poprzez rezygnację z heteronomicznej siły, z tendencji owych radykalizujących sił na tle grupy społecznej, z którą ta wolność pozostaje w rzeczywistym dialogu. W pojęciu Bóg widzę przede wszystkim zapomnienie o nim, utrzymywanie dystansu czy, jak to już było mówione, wychowanie go. Jest więc w idei tego, co powiedziałem, idei skończoności, złożona idea nieskończoności — jak chciał Kartezjusz, jakiejś odpowiedzialności, do której uzasadnienia będę tutaj zmierzał, a która Kantowi spędzała sen z powiek i którą ostatecznie w swoich rozważaniach musiał porzucić, oddając człowieka w ręce matematyki i zostawiając mu w kwestii prawa moralnego nieprzekonujące do dziś a priori.

Jeśli chodzi o Boga, sprawa wydaje się zrozumiała. Moje stanowisko nie budzi zastrzeżeń i kontrowersji. Przynajmniej nie ma ich zbyt dużo. Gdy jednak stwierdzę, że zarówno to, co określa dla psychiki przyczyna pierwsza, jak i śmierć, które przecież w obszarze egzystencji „odsłaniane” są inaczej — łącznie z tym jakże fałszywym przekonaniem rozgraniczającym owe dane na to, co pozytywne i negatywne — jest bezsprzecznie jednym i tym samym, jakim wówczas stopniem wiary zostanę obdarzony? W toku dalszego dyskursu będę ową tezę systematycznie argumentował, co pozwoli zredukować dychotomiczność do poziomu, w którym praca całego obszaru psychicznego będzie funkcjonalna i satysfakcjonująca na tyle, na ile pozwalają możliwości, jakaś konieczność niezbędna do eksplikacji sensu aksjologicznego, który dla człowieka wolnego staje się czymś absolutnie niezbędnym.

Śmierć. Czym jest śmierć i do czego służy? Co może o śmierci powiedzieć filozof? Co może powiedzieć człowiek, który będąc postawiony w obowiązku rozwiązania swego problemu egzystencjalnego, jest przecież także filozofem? Czyż nie powiada się dziś, że życie, którego nieodłącznym elementem jest śmierć, to rezultat filozofowania? Na czym ma polegać to doświadczenie? — pyta Barbara Skarga. Czy ogranicza się do oczekiwania, do ogarniającego mnie lęku, lęku wobec czegoś, czego nie jestem w stanie sobie wyobrazić? A dalej: Czy nasze istnienie nabiera sensu dopiero w perspektywie końca?

Jeśli dokładnie przyjrzymy się temu, co śmierć wnosi do naszego życia, poprzez skrupulatną analizę wszelkich zjawisk, na które oddziałuje, dotrzemy od tego, co pierwotne, do tego, co racjonalne w pojmowaniu śmierci jako przedmiotu teoretycznego. Jestem przekonany, że Państwa intuicja pozwoli wyczuć subtelne granice między śmiercią psychiczną a biologiczną. I jak się później okaże, biologia dostarczy nam szczególnie ważnego materiału do naszych analiz.

Wspominałem wyżej, że życie jest tylko iluzją, jest złudzeniem, które przechodzi w kolejną jakość, co zresztą nie jest jakimś znaczącym odkryciem. Liczy się dla nas tylko idea, ponieważ to idea ustala kierunek dążeń człowieka, jego warstwę znaczeniową, nawet jeśli komuś wydaje się to założeniem irracjonalnym. Należy więc iść przede wszystkim w kierunku tego, co pozwoli odpowiedzieć na pytanie o rozstanie z samym sobą, gdyż to rozstanie jest dla treści psychicznej swego rodzaju nagrodą, która wypełnia ją mocą uszczęśliwienia, jest także czynnikiem będącym w ciągłej koincydencji z praxis wolności. Będziemy zatem przyglądać się reakcjom czy to dodatnim, czy ujemnym, które rzucą nam nowe światło zarówno na nas samych, jak i na członków wspólnoty.

Pójdę w zupełnie innym kierunku niż znani i sławni przedstawiciele egzystencjalizmu, jak najdalej od Sartre’a i jego pogardy wobec człowieka, odważniej od Heideggera i jego konstatacji, że żyjemy po to, by umrzeć, choć to prawda. Ale dlaczego? Jak wówczas uzasadnić ideę szczęśliwości? Zasadniczo także pominę rozważania św. Augustyna z ich myślą przewodnią, że życie jest przeznaczeniem na śmierć. Konstrukty myślowe, które zainicjuję, nie pozostaną całkiem odległe od tego, co o śmierci mówili Boros, Blondel czy Marcel, lecz mnie to zagadnienie będzie interesować z punktu widzenia śmierci jako korzyści. Uważam, że posiada ona właśnie sens, który z uwagi na to, iż aksjologiczność jest jego immanencją, nie może być zrelatywizowany w doświadczeniu śmiertelności. Przejdę teraz do konkretów, aby ów problemat omówić. Prawda, która jest istotą rzeczy i która tkwi w obiektywnej rzeczywistości, jest także banalna.

Śmierć jako główna dana świadomości poprzez jej nieunikniony wpływ na psychikę powraca — odbija się, by tak rzec, od skończoności, od kresu ludzkiego poznania — przechodząc do ruchu, który jeszcze z reguły w początkowej fazie kształtowania świadomości sprzeciwia się rzeczywistości Ananke, w swoim szerokim i wielorakim wymiarze generuje proces edukacji. Możemy też mówić o idei rozwoju (doskonale oddaje to metafora uśmiercania), ale za dużo mówić nie trzeba, nie chcemy bowiem iść po linii żadnych tendencji. Czytelnik sam wyłuska z tej konstatacji to, co jest w pełni racjonalne, a jego własne obserwacje odsłonią istnienie nowych faktów. Następnie zaś, poprzez świadomy (!) wybór wolności — Ja aksjologiczne, czyli w konsekwencji tzw. Ja społeczne. Nadaję nieco inne znaczenie Ja aksjologicznemu niż ś.p. ks. Tischner, ponieważ filozofia jest godnością człowieka i jego kulturą, a także kulturą cywilizacji. Zatem Ja aksjologiczne, owa jego godność jest godnością filozofa z argumentu tak ontologicznego, jak metafizycznego. W błędzie jest bowiem każdy, kto twierdzi, że filozofem nie jest, skoro ma nadać znaczenie swemu życiu. Ta przyczyna nie jest wymuszona i nie odbywa się pod groźbą radykalnej formuły, jest zabiegiem formalnie najkorzystniejszym, ponieważ redukuje wszelkie, wynikłe z lęku amorficznego, zagrożenia związane z tym, co jako niepewne — niepoznane — być może mogłoby zostać, używając języka teologii, „osądzone” po śmierci. Kwestię kontekstu i związków z eschatologicznym pocieszeniem poruszę w dalszej części wypowiedzi.

Ta perspektywa jest nieuświadomiona przez wielu ludzi, to pewne, nie odsłania się ona każdemu, gdyż niewielu, mając na uwadze arete, zechciałoby ją jakoś zapytać o przyczynę, by zdobyć przeświadczenie o słuszności swoich poglądów. Trudności nastręcza przede wszystkim technicyzacja życia oraz wytworzenie percepcji mechanicznej. Społeczeństwa zniewolone nie będą bowiem zdolne do komplementarnego rozwiązania kwestii natury subiektywnej, i to musi być w pełni zrozumiałe. Dlatego też świadomy wybór wolności zastąpiony jest wyborem nader często fantomowym (w duchu Leibniza, który dlatego jest wolny, że wybiera to, co dla jego rozumności jest najkorzystniejsze — jest to klasyczne działanie pod wpływem instynktu). W racji dostatecznej ugruntowaliśmy tu także znaczący dowód na to, że udział metafizyki w procesie socjalizacji przyjmuje charakter empiryczny. Nie zauważył tego Foucault i należy solennie poddawać refutacji jego twierdzenia, że możliwe jest przeciwstawienie się własnym skłonnościom metafizycznym oraz że namysł nad egzystencją, o ile miałby walor skończoności, oznacza kres metafizyki. Nic bardziej błędnego.

Z samej śmierci rodzi się zatem także idea miłości, czyli szczególnej troski wyrażonej dbałością o rozwój jednostek pozostających w odległości czasowej i intelektualnej oraz etycznej, ponieważ to głównie etyka przyświeca stawianym tu konstatacjom. Mówię to nie tylko jako apologeta metafizyki, lecz przede wszystkim by oznajmić, że artykulacja pojęciowa i językowa doskonale radzi sobie z opisem tego, co niepostrzegalne.

O śmierci biologicznej w żadnym razie się nie myśli, tak jak nie myśli się o Bogu, ponieważ bardzo łatwo i jednym, i drugim przedmiotem namysłu raczej zrobić sobie krzywdę, aniżeli przysporzyć korzyści, co dla tak pojętej wspólnoty ma znaczenie niebagatelne. Jeśli się myśli o Bogu, to już z pewnością nie myśli się o człowieku. Można stwierdzić, że jest to zaspokojenie teoretycznej satysfakcji, tym bardziej że szanse na ład, porządek i racjonalność bytu są w tej chwili poza zasięgiem organizacji, dlatego że sama istota śmierci wymyka się sposobom poznawania, uznanie wartości śmierci w proponowanym przeze mnie pojęciu za możliwość zharmonizowania swoich czynów z wewnętrznym dynamizmem przynoszących pożytek wspólnocie powinno być wzięte pod uwagę. Heidegger pisał:


W analityce jestestwa trzeba więc od samego początku zważać, by ludzkie jestestwo uwidaczniać przede wszystkim właśnie w obrębie tego sposobu bycia człowieka, który zgodnie ze swą istotą zmierza do tego, ażeby jestestwo i jego rozumienie bycia, tzn. źródłową skończoność z istoty utrzymywać w zapomnieniu.


Powiedzieliśmy, że w pojęciu śmierci biologicznej najważniejsze jest celowe zapomnienie o niej — utrzymywanie pewnego dystansu do zjawiska lub, myśląc o następujących po sobie stadiach życia, dojrzewanie do jej zrozumienia, w przeciwnym razie bowiem niemożliwe byłoby zredukowanie egzystencjalnej rozpaczy. Zapomnienie może przybierać różne formy, ale najbardziej oczywistą jest działanie, czyli pozyskanie swego czasu, a więc obszaru wolności, w którym to zapomnienie może się realizować. Jest to, jak Czytelnicy zauważyli, naturalny mechanizm obronny psychiki, uaktywniający się nie tylko po to, by nie zwariować, lecz przynoszący — do czego w całościowej wypowiedzi będę zmierzał — komplementarne zadowolenie.

Z samego założenia konotacja pytania, które postawiliśmy wyżej, jest czymś wprawiającym w trwogę. Oto pozostajemy sami, samotni, i tak jak mawiał J.-L. Marion, jesteśmy zagadnięci, i żeby móc zadawać pytania, sami musimy odpowiedzieć. Poprzez spływające na nas z głębokiej treści psychicznej przeczucie śmierć o coś nas pyta, stawia przed nami jakieś pytania, byśmy wyruszyli w drogę zarówno myślową, jak i życiową. Byśmy wedle tego, czego oczekuje od nas psychika, a co wszak jest uzależnione od procesu socjalizacji, jego wpływu na realizację naszego praxis, osiągnęli pewien zaszczyt — najwyższy dla psychiki — ujawnienia w nas człowieka o szlachetnej proweniencji.

Trzeba nam teraz omówić problem tego pytania.

Na czym ten problem ma polegać? O co nas pyta to, co jest nieuniknione? Pyta o jakiś moment aksjologiczny, a może o indywidualność? Może chodzi jedynie o przystosowanie psychiki do okoliczności ewolucji, które pozwoliły posiąść świadomość postawienia tego i innych pytań? Jakiś akt decyzji, który ku temu światu powinien być skierowany? Jest w nim samotność, iluzja świata, śmierć. Jakiej metody użyć do tego, by rozwiązać ów dylemat, ową dychotomię egzystencjalną?

To, co wyrażę poprzez ekspresję swojej wolności, ukazując, jak ów problem rozumiem, najpełniej zobrazuje rzeczywista dialektyka ze wspólnotą, której jestem członkiem. A więc moment lub próba podjęcia dialogu ze wspólnotą, jak to się dzieje w tej chwili.

Jestem więc człowiekiem i poczuwam obowiązek do redukcji patologicznego czynnika doświadczenia wobec argumentu o wyższym gradualizmie. Nie jestem dlatego, że myślę, ale to, że jestem, uzależnione jest od tego, jak myślę. Kwalifikacja aksjologiczna zauważa tu znaczący konflikt z umysłem cogito ergo sum. Modalność jest tu zatem oparta na założeniach z pozoru ontologicznych, lecz w bezpośrednim związku z metafizyką, która pozostaje ciągle jeszcze jako tło rozważań we wspomnianym i celowym zapomnieniu lub przeczuciu. Oddziałuje ona bowiem poprzez kres życia. Ona, można powiedzieć, już uczestniczy, lecz jest jeszcze nieodsłonięta, jej pełne oblicze znamionuje bowiem gotowość do śmierci, co zresztą mówił już Platon. Dla niego filozofia jest przygotowaniem się do śmierci. Zgodą na nią. Mówi nam zatem Platon o jakimś doświadczaniu wolności w uśmiercaniu siebie, co jest bezpośrednio związane z redukcją patologicznego czynnika doświadczenia. Problem więc dotyczy zarówno metafizyki, a z niej przenosi się na podłoże psychologiczne, jak i ontologii oraz antropologii.

Dlatego też w tym miejscu — wymaga tego odpowiedź na pytanie — należy oddać się w ręce przewodnika (oka psychicznego), który skrótowo przedstawi Obiektywną teorię wolności psychicznej w kontekście wolności doświadczanej, zanim ostatecznie odsłonięte zostaną te obszary, które posłużą dalszemu poszerzaniu zdolności poznawczych, co będzie w rzeczy samej przejściem od ruchu myśli do możności zainicjowania horyzontu dialektycznego i dalej do kształtowania czynów i postawy. Możemy więc przekonać się, czy filozofia miłości, poznanie, które tu przedstawiam, dosięgnie możliwości doświadczenia zaproponowanej idei.

Według argumentu metafizycznego, ujawniającego sedno rzeczy, jakąś istotę i jej fundamentalną naturę, należy powiedzieć, że wolność jest tylko w takim stopniu wolnością, w jakim ograniczone zostały czynniki mające wpływ na jej wybór. Wolność zatem wymaga od nas pracy w samotności, samotność jest przeto na służbie tej wolności i nie ma sensu zaprzeczać tak stwierdzonym faktom.

Co robi tutaj samotność? Jest nieunikniona, ponieważ doświadczenie własnej śmierci jest doświadczeniem czysto subiektywnym, a zatem każdy umiera sam — sam staje w obliczu lęku i trwogi związanej ze śmiercią oraz z odpowiedzią na pytanie, czy moje życie było godne, pełne miłości, czy broniłem prawdy i wolności? Czy boję się ewentualnej perspektywy osądzenia mnie i kary? Jest to rozwiązanie genialne, choć to słowo nie oddaje tego, co czuję, gdy myślę o wielkości tego planu. W idei wolności samotność zajmuje miejsce predykatywne, a wyraża ją refleksja nad pierwotną strukturą psychiczną gatunku ludzkiego. W samotności, poprzez akty kontemplacji ideowej, twórczej i intelektualnej, obiektywizuje się dzieło twórcze — człowiek, niemal tak jak chcieli egzystencjaliści, który w dalszym ciągu pozostaje dla siebie w otwartości na śmierć — na zapłodnienie intelektualne i etyczne — szuka on dla siebie możliwości swego rodzaju upadku, gdyż dogmatyzacja i reifikacja nie pozwalają psychice na stabilizację. Umyka on w takim razie temu, co bezpośrednio fenomenologiczne, nawet wówczas gdy wszystko, co teraz mówimy, staje się jakąś formą fenomenologii. Pojawiają się tu kolejne pytania, ale teraz je odłóżmy, wrócę do nich po obiektywnym ujawnieniu tego, co z teoretycznego punktu widzenia wolności pozwoli psychice pozostawać jak najbliżej rdzenia mentalnej świadomości, jej aksjologicznej immanencji.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 26.46