E-book
6.83
drukowana A5
42.24
Senne Mrzonki

Bezpłatny fragment - Senne Mrzonki


Objętość:
275 str.
ISBN:
978-83-8104-201-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.24

Zamiast wstępu…

Nobla też nie dostanę,

A więc po co to klecę?

Ćwiczę szare komórki,

Kiedy noc mam bezsenną,

Nie śpię jeszcze nad ranem.

Jeśli chcesz to przeczytać,

To z pewnością się dowiesz,

Co mnie cieszy, co smuci,

Co się kłębi w mej głowie.

Słowem cię nie powalę,

Rymy wszak wierszokletki,

Dla mnie jednak coś znaczą…

No i chyba ciut lepsze

Niż nasenne tabletki.

Galimatias myślowy

...Niech fantazja z chmurek spłynie

Na skrzydełkach, tak jak ptak…

Strony życia

Nasze życie ma oblicza,

Jedno dobre, drugie złe.

Idź słoneczną stroną życia,

Nie błądź w mroku i we mgle.


Niech optymizm cię polubi,

Uwierz, że na ziemi raj.

Jeśli życie zacznie ranić,

To mu zaraz odpór daj.


Nasze życie ma oblicza,

Czasem gorycz, sensu brak.

Popuść wodze wyobraźni,

To słonecznej strony znak.


Niech fantazja z chmurek spłynie

Na skrzydełkach, tak jak ptak,

Ubarwiając twoje życie,

Barwy jasnej strony znak.

Będzie lepiej

Cały tydzień mam pechowy.

Złych wydarzeń seria cała,

Kieszeń moja całkiem pusta,

A ja w LOTTO nie wygrałam.


Obiad chciałam ugotować —

Brakło gazu, głód, niestety!

A od rana planowałam

Grochóweczkę i kotlety.


Kiedy chciałam prać firany,

Brakło nagle wody w kranie,

Wszystko także szło nieskładnie,

Gdy się wzięłam za sprzątanie!


Ale się tym nie przejmuję,

Myślę sobie, że to bzdety,

Dzielnie zniosę tę złą passę,

Bo odporne są kobiety!

Przed sezonem

W kąpielisku „Ustka”

Przed sezonem pustka

Ale osób kilka

W hoteliku „Przylga”

Śledzi swoje „listy”

„Niepotrzebne” dane

Usną nad ranem

No i wrócą czyści

Do sejmu turyści.

Wiosna 2007 r.

Przereklamowana

Zlustrowałam swoją teczkę

I zdziwiłam się troszeczkę.

Chyba zanik mam pamięci

I coś we łbie mi się kręci.

Choć nie byłam wcale święta,

Takich rzeczy nie pamiętam.

Ponoć byłam „szyszką” w UB,

Knułam spiski — kraju zgubę.

Unurzałam łapy w FOZZ -ie,

Ba! Siedziałam nawet w „kozie”!

Mam w Szwajcarii swoje konto,

Meble czyszczę pastą „Pronto”,

W mafii byłam — gdzieś w Pruszkowie,

Mam hektary w Pacanowie,

Na hektarach wielką daczę,

Seksualna… też inaczej…

Tu skończyłam zgłębiać wiedzę,

Jak mam siedzieć, to posiedzę.

Dopisałam tłustym drukiem:

„Hej, agencie! Mam cię w d…e!”

Barwna moja osobowość,

Bo problemy ma ktoś z głową.

Rada znachorki

Zmarszczki pod fluidem ukrywa,

Pachnideł różnych używa,

Siwiznę farbą maskuje,

Bieliznę skąpą kupuje.

Chociaż już stara i chora,

Wciąż liczy na figle amora.

A mąż — niestety, po chłopie,

Choć wiagrę kupuje w sexshopie.

A jest na to prosta rada —

Mężowi lubczyku „zadać”.

Silniejsza płeć

Siedli sobie przy kielichu

Trzej kompani — pożal Boże —

Jurek, Marcin oraz Zbychu —

Każdy w dobrym już humorze.

Jak tu duszno, ja się pocę!

Otwórz okno — jęczy Zbychu,

Każdy bredzi i bełkoce —

Jak to chłopy po kielichu.

Marcin mocno gani żonę:

Moja stara jest szalona!

Moje życie zagrożone,

To hetera rozbezstwiona!

Jakie noce przez nią mam,

Kiedy wracam już na bani,

Śpię w stodole wtedy sam,

A poza tym — słowem rani!

Jurek również głos zabiera:

Co tu, chłopy, będę kryć,

Moja stara to cholera,

Jak tu dalej z taką żyć?

Denerwują się okropnie,

Wszyscy głośno się buntują —

Niech te baby gdzieś gęś kopnie,

Niech nas w d..ę pocałują.

Długo jeszcze tak krzyczeli,

Więc na „myjkę” ich zwinęli.

Jutro, nie da się zaprzeczyć,

Będą kumple kaca leczyć.

Zaś rachunek za „noclegi”

Pewnie mocno zawyżony

Za wybryki i zabiegi

Znów zapłacą biedne żony.

Wyznanie

Ja już bez ciebie nie mogę żyć,

Gdy stoisz obok, leci mi ślinka,

Czuję na ustach twój ostry smaczek,

Choć przeciw tobie moja rodzinka.


Ty mnie rozumiesz, zasnąć pomagasz,

Ty trosk ujmujesz, nawet rozgrzeszysz

Ciąglę cię pragnę, apetyt wzmagasz,

Gdy jestem w dołku, zawsze pocieszysz.


Pragnę cię co dzień zaraz od rana,

Tobie się szczerze wyżalić mogę,

Bo ty mi humor dobry przywracasz,

Przez ciebie zszedłem na taką drogę.


Ale nie wszystko jest z tobą „cacy”

Właśnie przez ciebie mam także kłopot,

Przez ciebie chodzę jak obszarpaniec,

Przez ciebie co dzień pcham tyłek w błoto.


Więc jeśli starczy mi siły jeszcze,

Muszę się, wódko, rozprawić z tobą,

By nie ugrzęznąć na samym dnie,

By stać się znowu wolną osobą.

Na plaży

Na plaży leży młodziutka lala,

Zalotnie zerka, powabnie kusi,

Chciałaby złowić rybaka z „klasą”,

Aby nie wracać już do mamusi.


Wokół pannicy rój młodzieniaszków,

Każdy by chętnie przytulił lalę,

Lecz ci odpadną jeszcze w przedbiegach,

Tych pod uwagę nie bierze wcale.


Cóż, że są młodzi, wysportowani,

Piękne bicepsy, atlety ciało.

Ci nie pozwolą za nos się wodzić,

No i w portfelach mają za mało.

Spadek

Już spotkała się rodzina,

Już majątek podzielony,

No, bo stary Wojciech — chyba?

Właśnie „odszedł” od swej żony.


Zmarł chłopina, wielka szkoda,

No, bo żona jeszcze młoda.

Ale co tam, wielkie rzeczy,

Chyba żonę zabezpieczył.


I nie zazna wdowa biedy,

Choć z rodziną się podzieli,

Jej przypadnie większość schedy,

Wszyscy będą sporo mieli.


Włosy dęba im stanęły,

Gdy testament otworzyli,

No, bo wszystko diabli wzięli,

Wszyscy wielki szok przeżyli.


No, bo stary Wojciech — chyba?

Wszystko przepił, wszystko wydał.

Hipoteką obciążona

Nawet jego młoda żona.

Powrót z urlopu

Dzisiaj powrócił Darek z Sopotu,

Nie wie, jak wybrnąć z fury kłopotów:

Na prezent czeka żona, teściowa,

Czekają dzieci, nawet bratowa.

A kasa Darka się „rozpłynęła”

To przez tę rudą, która „przylgnęła”.


Wręczył swej żonie bursztyn — z plastiku,

Teściowej wodę słoną — z Bałtyku,

Dzieciom muszelki, po widokówce,

Wszyscy dostali też po parówce.

Bratowej podał trochę morszczynu

I buteleczkę dziwnego płynu.


W dowód wdzięczności tonął w objęciach,

Ściskali szwagra, męża, ojca i zięcia.

Odetchnął z ulgą — fajna rodzina,

A wczasy długo będzie wspominał.

Wiedzą sąsiedzi

U sąsiadów dzisiaj „burza” —

Spięcia, wrzaski, gromy, huki…

Przyjechały na wieś dzieci

I kochane dziadków wnuki.


O co „biega”? Co się stało?

Sprawa wnet się wysypała,

Chcieli dostać trochę kasy,

No, a babcia nic nie miała.


Więc zaczęli kombinować,

Co by można jeszcze sprzedać,

Co przyniesie trochę kasy,

By się w mieście biedzie nie dać.


Ale nic już nie znaleźli,

Co by miało wartość sporą.

Może babcia ma na trumnę?

Jeśli znajdą, to zabiorą.


Wszystko to usłyszał dziadek

I odzyskał wnet kondycję,

Laską sprawił manto wszystkim

I chciał dzwonić na policję.


Szybko dzieci się zwinęły —

Spoko, dziadku! Babciu — „Nara!”,

Ale jeśli będziesz mogła,

Trochę kasy się postaraj.

Nim kur zapieje

Ogarek nocy się dopala,

Za oknem świta, chyba dnieje,

A on nurkuje na dnie butelki,

By się znieczulić, nim kur zapieje.


Promile łechcą mózgu zwoje,

Czuje beztroskę, luz w swym ciele,

Jeszcze toaścik jeden tylko,

A znów nadzieją mu powieje.


Jest już porządnie znieczulony,

Niemoc ogarnia całe ciało,

Diablik mu prawi komplementy,

Że jest facetem, jakich mało.


Otwiera oczy, ciężkie jakieś,

Język mu kołkiem w gębie staje,

Ręce się trzęsą, szuka klina!

„K…a! Nic w życiu mi się nie udaje.”


Ogarek nocy się dopala,

W butelce na dnie też niewiele,

Czy to wystarczy, by się znieczulić,

Zanim w kurniku kur zapieje?

Odstawka

Twoja skóra — jak aksamit,

Temperament — jak dynamit,

Twoja kibić — talia osy,

Same loki — twoje włosy.


Twoje oczy — jak węgielki,

Twoje zęby — jak perełki,

Jak maliny — twoje usta,

Ale… w środku jesteś pusta.


Twoja dusza — nie masz wcale!

Do niczego twe morale.

Serce zimne jak z kamienia,

A facetów co dzień zmieniasz.


Twoja szorstkość — papier ścierny,

Czarakterek podły, zmienny,

Twoja chciwość nie zna granic,

Oj! Kobieto! Umiesz ranić!


Choć uroda piękna rzecz,

Idź do diabła! Żegnaj! Precz!

Chcę kobiety, nie piękności,

Która kłamie, zdradza, złości.


Może w końcu coś zrozumiesz?

Może i ty kochać umiesz?

Charakterek może zmienisz?

Wady swoje wnet wyplenisz?


Znając ciebie, lekcja na nic,

Bo ty nie znasz żadnych granic,

Bo ty wolisz się nie trudzić,

Wolisz z innym się obudzić.

Co na co

Gdy masz problem, pokpij sprawę,

Polub kumpli i zabawę,

Na kłopoty dobra wódka,

Na sumienie skobel, kłódka,

Papierosy na gruźlicę,

Ondulacja na wszawicę.

Brak pieniędzy? Zrób debecik

I nie przejmuj się o dzieci.

Górnolotne aspiracje

Wydeleguj na wakacje,

Niech nie stoją na przeszkodzie

Przyjemnościom i wygodzie.

Gdy chcesz dowieść swojej racji,

Nie unikaj prowokacji…

Dość już chyba tej ironii!

Ale gdzie nam do Japonii.

A Irlandia też daleka

Trzeba czekać, ciągle czekać.

Mam pomysł

Ciągle zmieniają się nam rządy,

Wciąż obiecują nam marchewkę,

A ja mam tyle co kot napłakał,

Czyli w kieszeni tylko podszewkę.


Będę musiała chyba sama

Na swoją biedę coś zaradzić,

Znajdzie się chyba wakat,

Co będzie można mną obsadzić.


I mogę nawet nic nie robić,

Mogę bez teki być ministrem,

Chodzi mi przecież tylko o to,

By z dobrą płacą podpisać listę.

Życie to nie bal

Wiedziała to już moja babcia,

Że życie to nie bal,

Ciągle nas rani jak żyletka,

A najważniejszy w nim szmal.


Nie ma w nim miejsca na uczciwość,

Liczy się portfel i czek,

Nie chce nikt wiedzieć, co to honor,

Morale dawno wzięły w łeb.


Spytacie pewnie, skąd wiem o tym,

A więc odpowiem wam:

Ja żyję przecież tak jak inni —

Też wciąż za forsą gnam.

Dzięki ci, czarna

Czarna z rana świetnie budzi,

Tętno wzrasta, serce bije,

Sama rozkosz na języku,

Człowiek cieszy się, że żyje.


Wiem, co mówię, chłopie drogi,

Czy to zima czy też lato,

Ona stawia mnie na nogi,

Wielkie dzięki, czarna, za to.


Szatan z czarnej — gdy nie lura,

Widać, że ma swoją moc,

Lecz dawkujmy czarną z głową,

By spokojnie przespać noc.

Nadzieja prysła

Załatwić miałam w pewnym urzędzie

Maleńką sprawę, lecz byłam w błędzie.

Że to formalność, krótka wizyta.

Weszłam pod „czwórkę” i śmiało pytam.

Ale pojęłam: „Nadzieje złudne!”

No i oblały mnie „poty siódme”.

Urzędnik zadał pierwsze pytanie:

Czy napisała pani podanie?

Usiadłam, piszę: „Uprzejmie proszę…”

Potem skarbową opłatę wnoszę.

Na tym nie koniec panie, panowie!

Urzędnik pyta, czy mu odpowiem

Na kilka pytań, czy będę szczera,

Jeśli już cenny czas mu zabieram.

Następnie dziwną ankietę wręcza

I pytaniami jak kat zadręcza:

Adres poproszę, jaka dzielnica,

Na peryferiach. — Poczta, ulica?

Jaka parafia, czy mam różaniec,

Czy lubię koty, pies ma kaganiec?

Czy słucham radia — z Torunia stacja,

Jak przebiegała moja lustracja,

Jakie mam hobby, czy kawę piję,

Wdowa, mężatka i po co żyję.

„Tyle na dzisiaj” — krótko skwitował,

Moje zeznania do biurka schował.

Bo dzisiaj nie jest mi w stanie pomóc.

Na werdykt lepiej zaczekać w domu.

Terminy? Długie — przepisów ramy.

Dzwonić? — Za miesiąc- termin podamy.

No i poprosił, bym sobie wyszła…

Prościutka sprawa? Nadzieja prysła,

By po wyborach coś się zmieniło

I Polakowi lepiej się żyło.

2016 r.

Tuż po…

Już w pierwszej chwili tuż po wyborach

Wyszło nam szydło, oj wyszło z wora.

To, co się dzieje, to jawna kpina,

Nie to dorosły, nie i dziecina.

Przeciętny Polak już dostał w kuper…

Orły na czele, nowy rząd super!

Beata, Mariusz, Zbigniew, Antoni…

A lejce ciągle kto trzyma w dłoni?

To oczywiste! Nasz patriota!

Nasz wielki człowiek! Ten, co ma kota.

Wspiera go dewot — zna się na prawie?

Specjalista od ułaskawień.

Tyle na wstępie. Co będzie dalej?

Do dzieła, orły! Prezesie, szalej!

Dla brata Lecha stawiaj pomniki,

Na dziennikarzy zakładaj wnyki…

Wymyślaj, drażnij, czcij „dziesiętnice”,

Krzyżami „upstrzyj” wszystkie ulice.

Niech w kaczym kotle wciąż się gotuje.

To cię uskrzydla! Polskę „budujesz”!

Przed nami chyba „ciekawe” czasy,

Przy władzy przecież eksperci, asy.

Sama elita, sam kwiat narodu…

To czemu wkoło wciąż tyle smrodu?…

Dozwolone od lat osiemnastu

Do baru wszedł chłopiec.

Wzywając barmankę

Poprosił kielich wina

I wódeczki szklankę.

Do tego browarek

„okocim” lub „lecha”

Kieliszek koniaku

Też chciała „pociecha”.


Śmiać się tu czy płakać,

Heca czy zgorszenie…

Szklankę lemoniady

Otrzymał młodzieniec.

Nawet nie powąchał —

To zniewaga przecież!

Wszystko się „pokićkało”

na tym naszym świecie.

Śpioch

Położył się wcześnie

Na swoim tapczanie

I ziewając rzekł tylko:

Dobranoc, kochanie…


Po obiedzie sjesta

Jeszcze nad talerzem,

Kiwa się i chrapie,

Znów senny? Nie wierzę!


Potem uciął drzemkę

Pod koroną drzewa,

To już nie są żarty —

Mocno mnie rozgniewał!


Ostro męża besztam.

Krzyczę, karcę, łaję:

Śpisz już nawet wtedy,

Kiedy z łóżka wstajesz!


Nie przejął się wcale,

Wyszedł zaraz z domu —

Teraz śpi w stodole.

Nie mówcie nikomu!


I co Ty na to, droga wnusiu?

Czy chociaż trochę mi pokadzisz?

A może ja mam już „fioła”

I do lekarza iść mi radzisz?

Galimatias

Albo urok albo sraczka,

Znów podarta wycieraczka,

Ciągle czekam na podwyżkę,

Finansową mam zadyszkę.

Pustki dawno mam w skarpecie,

Starty kapeć w odcisk gniecie,

Fusy w szklance, nie ma mleka,

Co za życie dla człowieka.

Głowa siwa, ciągle boli,

W domu nie ma nawet soli.

W majtkach dziura, zimno w dupę,

No i przypaliłam zupę.

Ale trudno — zje ją Burek.

Jak rozmoczę z wodą skórek

Bo zepsute wszystkie zęby —

Pasty nie ma, jedzie z gęby.

Gary w zlewie — brak „ludwika”.

Serce ledwo, ledwo pika,

Mam zaparcia, boli w brzuchu,

A do tego szumy w uchu.

Reumatyzm łamie kości,

Człowiek się na siebie złości,

Uwiąd starczy mnie dopada —

Sama z sobą czasem gadam

Pewnie „palma” mi odbija,

Bolą plecy, cierpnie szyja,

Twarz zmarszczona, głos też słaby,

Wkrótce już nie będzie baby.

Nowinka

Dzwoni znajoma — Kryśka z Legnicy,

Że są szczęśliwi, że oni właśnie

Maleństwa w końcu się dorobili.

Ja do słuchawki — Mów trochę jaśniej!


Taka gładziutka jest jego skóra,

Oczka mu błyszczą jak dwa bursztyny,

Wszyscy go bawią, na rękach noszą,

Jest ulubieńcem całej rodziny.


Jest taki piękny — ciągnie znajoma —

Ładne ma uszka, ogonek też,

O tym się sama możesz przekonać…

— Czy to jest chłopczyk?

Nie! To nasz pies!


Więc ja jej wtedy mocno wnerwiona:

Kup też chomika, perskiego kota,

A może słonia?… I konie dwa!

Dla psa obrożę z czystego złota

I do widzenia, żegnaj! Pa! Pa!

Usprawiedliwiony?

Dzwonią w kościele, szósta rano.

Ja pod kołderkę nura daję,

No i solennie obiecuję,

Że przed dwunastą dziś nie wstaję.


Żona zarzuci mi, żem wałkoń

I że ostatnio się leniłem?

Odpowiem mojej połowicy:

Pewnie po nocach gdzieś błądziłem.


Może lunatyzm mnie dopada,

Męczy mnie zmora i inne czarty…

Przecież nie przyznam się mojej ślubnej,

Że znów w kasynie grałem w karty.

U lekarza

Wierzyć chcecie czy nie chcecie

W to, co zaszło w gabinecie:

Przyszedł do mnie zamiast baby

Facet — strasznie, strasznie słaby

I wyłożył cel wizyty:

Jestem całkiem już zużyty.

Chciałem widzieć się z doktorem,

Bo wątroba, serce chore.

I żołądek coś szwankuje —

Często pierdzę i smród czuję.

W gardle pali i zasycha,

Boli mnie stolcowa kicha,

Dwunastnica owrzodzona

A wątroba powiększona.

Z trudem sikam — to prostata,

Dużo piłem tego lata —

To cukrzyca pewnie będzie…

Boli mnie właściwie wszędzie.

Bolą włosy mnie na głowie,

Dech zapiera, gdy coś powiem,

Wrzód na tyłku jak pięść miałem,

Na „to” oko nie widziałem.

I powieki mi opadły,

No i nerwy! Nerwy siadły!

Nerki ciężkie od kamieni,

Chyba trzeba je wymienić.

Jak powrozy mam żylaki,

A mój „ptaszek” już nie taki.

O czym jeszcze zapomniałem?

Niech pomyślę… Wiagrę chciałem!

Tyle chorób! O mój Boże!

Może wiagra mi pomoże?

Ja mu na to: Znaleźć się „po tamtej stronie”…

A on do mnie: Ale tak zależy żonie!…

W haremie

Do kogutka przyszła kurka,

Nastroszyła złote piórka

I z pretensją gdacząc pyta:

Czemu, mężu, mnie nie witasz?


Na to kogut obrażony:

Czyś ty jedna? W koło żony!

Harem czeka na mnie cały,

A ty takie dyrdymały.


Do kolejki! Czekać proszę,

Nachalności ja nie znoszę!

A poza tym mam pytanie:

Zniosłaś jajko przed śniadaniem?


Inne żony plon wydały —

Jest już jajek kopczyk cały,

A ty, próżna, seks ci we łbie!

Może pracy się podejmiesz?


Bo gdzie troska o mnie — męża?

Swoje siły nadwyrężam,

A wiesz przecież — zdrowie cenię!

Chyba kurnik sobie zmienię.

Zabobony

Kiedy wstajesz lewą nogą,

Czarny kot ci przemknął drogą,

Nos cię swędzi… To oznaki złego dnia?

Ktoś cię zrani? Będziesz zła?


Gdy jest piątek trzynastego,

Boisz się, by coś trefnego

W tym dniu ci się nie zdarzyło?

Bądź spokojny, będzie miło.


Kiedy swędzą ciebie oczy,

Myślisz — łzami twarz się zmoczy.

Zacofanie wciąż w nas drzemie,

Czas już chyba „zejść na ziemię.”


Już minęło średniowicze,

Nowoczesność jest na świecie,

Wszystko da się wytłumaczyć.

A przesądy? Cóż to znaczy?


Więc odrzućmy zabobony,

Bzdury, brednie i androny,

No i innych głupot furę…

Chociaż?! Mamy Łysą Górę!

Leśne licho

Błąka się po lesie licho,

Spać nie może biedaczysko,

Wielkie ślepia łypią groźnie.

Nagle… wlazło na mrowisko.


Wyskoczyło tak jak z procy

Jadem mrówek porażone,

Wyturlało się w igliwiu

I w północną poszło stronę.


Tam, podszyte zimnym wiatrem,

Wlazło w gęste leśne chaszcze,

Rozejrzało się, co dłubnąć,

Czym posilić swoją paszczę.


Przekąsiło muchomora

I liznęło trochę kory.

To je wreszcie zamroczyło,

Wlazło więc do lisiej nory.


Jutro będzie łazić w lesie,

Hałasować, w drzewa pukać.

Nie chcesz wierzyć, że istnieje?

Idź do lasu, zacznij szukać.

Jawa czy sen

Poznał Jurek piękną Krysię

I od razu zaiskrzyło,

Bo zabawa była „przednia” —

Dancing, kino, wspólne nocki,

Jak w bajeczce im się żyło.

Ale prędko czar ten prysnął,

Bo kaprysy Krysia miała!

Co dzień inny „wyszukany”.

Wyjazd w Alpy, na Hawaje

I mieszkanko większe chciała.

W końcu facet się połapał,

Ile Krysia „wydębiła”.

Jego konto świeci pustką,

Stracił wszystko — chociaż…

Coś zarobił! — Krysia „hifa” zostawiła.

W „Biedronce”

Dostał od żony Bolek pieniądze,

Aby zakupy zrobił w „Biedronce”.

Idąc do sklepu spotkał Romana,

Który „tankował zdrowo” od rana.


Roman bez trudu namówił Bolka,

Że dopuszczalna z kasą swawolka.

I do „Biedronki” poszli już razem,

Teraz i Bolek „pod dobrym gazem”.


Stosik butelek na skwerku rośnie,

Kumpli przybywa, coraz radośniej.

Lecz czas już wrócić do domu — chyba,

Ale gdzie pasztet, wędzona ryba?…


Do domu Bolek wrócił z kapustą,

Forsa zniknęła, w kieszeni pusto.

Nazajutrz milczał, był obrażony,

Bo po łbie wałkiem dostał od żony.


Kiedy nadeszła pora obiadu,

Żona Bolusia wyszła do sadu,

Tam wyszukała piękną biedronkę,

Podała Bolkowi jako golonkę.


Zgłupiała baba, myśli chłopisko.

Czy to mój obiad? Z biedronki wszystko!

We łbie mi trzeszczy, bolą korzonki,

Nigdy nie pójdę już do „Biedronki”!

Ale dżamba

Chata wolna, młódź się zbiera,

Będzie dżamba jak cholera.

Jest co trzeba — w proszku, w płynie

I kozacko — jak w rodzinie.


Lajcik pełen, wyczes w koło.

Ziomki super, jest wesoło.

Wszystko się rozkręca śmiało,

Będzie jazda jakich mało.


Rudy Paszczur zioła pali,

Inni koksu się naćpali,

Co niektórzy dają w żyłę —

Ale odlot — całkiem miłe.


Adam z Hanką sztamę mają,

Jak pogięci się brechtają.

Hanka miła, Adam słodzi,

Szybki seksik nie zaszkodzi.


Bursztynowy płyn się leje,

Nikt nie „trybi”, co się dzieje.

Co niektórzy w kiblu siedzą,

Olewają wszystkich, bredzą.


Bujaj wory, znikaj stary,

Zjeżdżaj głupi, wal się na ryj.

Nagle wpadka! Mundurowi —

Elo!!! — nyska czeka. Już gotowi?


Kumasz trochę? Bo ja mało,

Co właściwie się tam stało…

Senne mrzonki

...Skąd właściwie przychodzisz?
Z mroków ciemności się rodzisz

By bajki opowiadać?…

Miłych snów

Kiedy już zaśniesz,

Przy tobie cicho usiądę,

Spokojem napełnię twą duszę,

Ukołyszę jak dziecko

I w sny twoje ubrana

Wyruszę z tobą w bajeczną podróż —

Aż do rana.


Rankiem zniknę bezgłośnie,

Gdy księżyc wyblakły na niebie zgaśnie.

Kiedy strudzony dniem całym

Wieczorem zaśniesz, ponownie wrócę,

Snom twoim marzyć rozkażę,

Kołysankę zanucę i zniknę

Wraz z białym brzaskiem.

Niestety

W moich snach życie jak w bajce —

Przyjemne proste i łatwe.

W moich snach ty zawsze blisko

Jesteś w mroku mym światłem.

Ja jestem szczęśliwa, radosna,

Nadziei i wiary nie tracę —

Co więcej —

Z nadzieją pod rękę

Chodzę codziennie na spacer.

Wszędzie cudownie i cicho,

Z radości wiruje świat cały,

Ja ciągle młoda i piękna,

Mam swoje ideały.

Ale sen pryska — niestety!

Znów szara rzeczywistość,

Chleb, mleko, kotlety

I ciągła walka o przyszłość.

Sen proroczy

Szczęśliwa leżę w Łebie na plaży,

Słoneczko pieści moje ciało,

Cudowny widok mnie rozmarzył,

Aż gdzieś pod sercem „połechtało”.


Rano otwieram dziarsko oczy

I cóż ja widzę, co się stało…

Skończył się piękny sen — proroczy?

Senne marzenie pozostało.


„Nawijam” więc przez kilka dni,

Że odpoczynku mam tak mało,

Że Łeba mi się ciągle śni,

Że chętnie by się wyjechało.


Wreszcie nastaje taka chwila!

W ręku mam talon wycieczkowy,

Szybko pakuję moją walizkę,

Na wierzchu kładę strój plażowy.


Słonko zagląda w moje oczy

I cóż ja widzę? Co się stało?

To znowu tylko sen — proroczy?

Z talonu nic nie pozostało.

Ostatni urlop

Jak okiem sięgnąć horyzont,

Morze na oścież otwarte

Straszy białymi grzywami,

Posejdon trzyma wartę.


Na złotym piasku plaży

Morską bryzę kradniemy,

W radosnych promykach słońca

Stare kości grzejemy.


Podparci miłością rodziny

Myślami po falach błądzimy,

By wspomnieniami nakarmić

Przyszłe jesienie i zimy.

2010 r.

***

Skąd właściwie przychodzisz?

Z mroków ciemności się rodzisz,

By bajki opowiadać?

Opowiedz i mnie:

O kwiatach pachnących w ogrodzie,

O szumie morza, ptakach w przestworzach,

O wiośnie, barwnej jesieni,

Śpiewie słowika, pachnących łąkach,

O wszystkim, co się w świecie błąka.

A kiedy zjawi się poranna zorza

I ja powieki otworzę — umykaj!

A ja zajrzę do sennika.

***

Już opuszczam swą klasę,

Dreszcz emocji za pasem,

Bo od jutra już labę zaczynam.

W domu czeka rodzina,

Mąż już plecak dopina:

Piłka, wędka i kajak dmuchany…

Już skończyła się praca,

Czeka na nas już dacza,

W niej na pewno spokoju zaznamy.

Rankiem rosa na trawie,

A na łące żurawie,

No i zieleń, jezioro i rzeka.

Wyjedziemy za miasto,

Rano kawa i ciasto,

No i sąsiad z uśmiechem tam czeka.

Dzień beztrosko ucieka,

Wszystko cieszy człowieka —

Nawet księżyc, gdy w pełni…


Z drzemki wyrwał mnie Romek —

„Posiedzenie skończone”

Co???

Chyba nic się z tego nie spełni.

Byle do jutra

Czerń nocy

Grobowa cisza

I strach

Mierzony rytmem własnego serca

Przeklinać

Czy modlić się…

A może schować się

We własną skórę

Otulić własnym bólem

Strach do siebie przytulić

Przetrwać do rana

Wierząc

Że świat nie legnie w gruzach nocy

A jutro da nam nową szansę…

***

Noc szarością spowiła świat.

W jej mrokach nicpoń sen buszuje.

Granatowym pyłem nieba

Na powiekach się kładzie,

Złocistym blaskiem księżyca

Do balkonu się wkrada,

Nagość nocy podgląda,

Rozbudza śpiące zmysły,

Przedziwne historie do ucha szepcze,

Na nocne wypady zabiera.

Nagle znika…

A my z marzeń sennych wyrwani

Myślimy —

Cóż to znaczy, cholera!

I znów zerkamy do sennika.

Szok

Nic nie rozumiem! Co się zdarzyło,

Że mi w potfelu tyle przybyło.

Może ja w „totka” w końcu wygrałam?

Chyba od życia szansę dostałam!

Ależ zawrotu głowy dostałam

Muszę wydatki mądrze planować,

Nie będę forsy w skarpetę chować!

Już nie nabędę w „lumpeksie” ciuchów,

Pójdę odessać sadło na brzuchu,

Mężowi kupię cudeńko „furę”,

Do tego jeszcze nową komórę,

Niech ma mój ślubny wszystko, co trzeba,

Nie pożałuję mu gwiazdki z nieba.

Dzieciom odpalę porządną kasę,

Niech zaszaleją sobie też czasem.

Niech się wybiorą gdzieś na Hawaje —

„Babcia” na wszystko pieniądze daje.

Po małym domku też wszystkim kupię —

Mój niech przepiją — Mam to gdzieś d…e.

Wnukom daruję piękne mieszkania,

Sobie? — tabletki dobre „od spania”.

Nagle się budzę, z łóżka się zrywam,

Nogi jak z waty, horror przeżywam.

Sięgam do torby, portfel otwieram —

Nie ma w nim forsy! Prawie zamieram!

Bo w mym portfelu same grosiaki.

Co teraz zrobię?

Pójdę do sklepu, kupię „tiktaki”,

Ponoć niewiele kalorii mają,

A więc sadełka nie odkładają.

A reszta planów — wybaczcie mili,

Żeście wraz ze mną horror przeżyli.

Tak czy inaczej

Zrywam się z łóżka, sen mój tłumaczę.

Jak go rozumieć — tak? czy inaczej?

Jak mam rozwiązać ten swój dylemat,

Gdy do pomocy nikogo nie mam.


Spoglądam w lustro, ktoś mówi do mnie —

„Proszę, zachowaj się trochę przytomniej,

Nie bujaj w chmurach, weź los w swe ręce,

A do sennika nie zerkaj więcej.


Nie mów, że życie jest nic nie warte,

Gdy w ręku trzymasz kiepściutką kartę.

Dogłębna wiedza, sumienna praca

Na szczyty ludziom wspinaczkę skraca.


Niech będzie bliska ci ta dewiza:

Życia poprzeczki się nie obniża.

Chcesz, by przybyło Ci floty w kiesie?

Więc do roboty! Nie leńże się!”


Nie będzie lekko, wiem to już teraz,

W nosie mnie kręci, na płacz się zbiera.

Stoję przed lustrem i głośno płaczę.

Sen już rozumiem. Tak! Nie inaczej.


Więc do roboty, w górę rękawy!

Koniec z lenistwem. Już dość zabawy!

Nocne wypady

Moja dusza jest czasem niesforna

Kiedy oczy snem odrętwiałe

Pragnie zaznać swobody prawdziwej

Poharcować poza mym ciałem


Rusza w podróż dokąd zapragnie

Aby doznać uniesień radosnych

Chce odpocząć od chłodu jesieni

Odczuć ciepło beztroskiej wiosny


Rankiem znowu ląduje w mym ciele

Daje odczuć, że jej niewygodnie

Tęsknie czeka by przybył Morfeusz

By się wymknąć na harce ponownie


Te wypady dla niej szczęśliwe

Dla mnie mogą zakończyć się marnie

Jeśli na czas do mnie nie wróci

Czy Piotr święty ją wtedy przygarnie?

Koszmar

Nie uwierzysz mi na pewno,

Co dziś w nocy mi się śniło,

Że na całej kuli ziemskiej

Mężczyzn wcale już nie było.


Ta tragedia się zdarzyła

Nie przypadkiem, bez powodu —

Część płci brzydkiej wyginęła

Bądź z lenistwa albo głodu.


Najpierw padli rozwodnicy,

Potem wdowcy, no i cały „wolny stan”,

Wykończyli się biedacy,

Bo przy boku brakło pań.


Później padło na „pijaków”,

Tych, co haracz wymuszali,

Obiboków, „wolnych ptaków”,

Tych, co prawo gdzieś złamali.


Sporo jeszcze grup tych było.

W końcu wszyscy wyginęli.

Nie upiekło się żadnemu —

Wszystkich chłopów diabli wzięli.


Całkiem mnie to „podłamało”

I przyznaję — miałam stracha,

No i jakże mi ulżyło —

Budząc się ujrzałam Stacha.

Co za życie

Co za życie człowiek ma,

Dawno już sięgnęłam dna,

Kasy nie ma, brak tabaki,

Głód okropnie skręca flaki.


Święto w domu gdy kaszanka,

Rarytasem kartoflanka.

Marzy mi się szklanka mleka,

Lecz to luksus dla człowieka.


Telewizor diabli wzięli,

Światło w domu mi odcięli,

Więc żarówka też nie świeci,

W domu smutne, głodne dzieci.


Żona coraz bardziej gaśnie,

Coraz częściej w domu waśnie.

Oprócz głodu brud się wkrada,

Żona czarna chociaż blada.


Już się nawet gadać nie chce,

Spanie w wyrku, mycie w beczce,

Ciuch z lumpeksu, zdarte buty,

Zębów nie ma, wzrok zepsuty.


Może jutro sprzedam złom

I „obkupię” trochę dom.

Dzieciom kupię po cukierku i…

Wypiję gdzieś na skwerku.

***

Nastał ciepły miesiąc roku,

Koniec chłodu, koniec mroku.

Odrzuciłam czapkę z głowy,

Żegnaj swetrze moherowy!

W lżejszych ciuszkach i sandałach

Paraduje wiosna cała.

Mogę przywdziać lżejsze spodnie,

Lżej mi będzie i wygodniej.

I nad morze „bryknąć” można

Zakosztować rybki z rożna.

Można legnąć wprost na skwerze

Wśród zieleni młodej, świeżej

I wystawić blade ciało

Na słoneczko,

By koloru ciut nabrało.

No i wreszcie urlop — huraaa!

Czas poszaleć i wyjechać…

Praga, Rzym czy Czarnogóra?

Zaterkotał budzik stary,

Wczesny ranek mroczny, szary,

Głośno hula wiatr za oknem,

Mroźno, śnieżno, brrr! — okropnie.

Prysły mrzonki, zwidy senne…

Moje plany? — cóż, daremne,

Nastąpiła mała zmiana —

We dwoje — czas na miłość

…Mój szept najczulszy „kocham”
Ślę ci do serca „expressem”.

Niech odbije go echo
I do mnie przyniesie…

Po ślubie

Złota obrączka w słońcu się mieni,

Czuję jej ciepło między palcami,

A my patrzymy w siebie wpatrzeni,

Czytając z oczu, jak się kochamy.


Czy tej miłości starczy na długo?

Czy zapas szczęścia wystarczający?

Muszę w to wierzyć mój wierny sługo…

Twój pocałunek taki gorący.

Olśnienie

Niezwykła noc, gwieździsta noc,

A księżyc uroczyście

Świadkować miał miłości tej

Z radością w gwiazd asyście.


Bo pewnej pani, no i panu

Serce tak drżało z radości,

Bo obydwoje właśnie tej nocy

Mieli egzamin z miłości.


Zerknął po latach w niebo pan —

Gwiazdy na nieboskłonie!

Wtedy dyskretnie, cichutko tak

Szepnął do ucha żonie:


„Wreszcie olśnienie przyszło dziś,

Muszę to zdradzić komuś,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 42.24