Wprowadzenie
Każdy, kto zaczyna uprawiać Tai Chi Chuan (Taijiquan), styka się z nietypowym dla naszej europejskiej mentalności podejściem do postaw ciała i rozumienia jego wewnętrznej energii, do ruchu, kroków, oddechu, a nawet świadomości i życia w ogóle. Na zajęciach nie mam problemu z wyjaśnieniem tych wszystkich zagadnień i staram się przekazywać swoją wiedzę stopniowo i systemowo, ale najczęściej brakuje na to czasu. Wielu początkujących, kiedy widzi, jak dużo jest informacji dotyczących praktyki Tai Chi, często prosi mnie o polecenie jakichś pozycji książkowych, w których byłoby wyjaśnione szczegółowo to, o czym zazwyczaj mówimy na zajęciach i co na nich robimy.
Chociaż o Tai Chi Chuan napisano bardzo dużo opracowań, niemniej jednak zwykle mam problem, które z nich polecić. Owszem, prawie w każdym są opisywane ogólne podstawy, jest omawiana teoria ruchów i znajdują się wzmianki o takich specyficznych dla tej sztuki zagadnieniach filozoficznych jak yin i yang czy o naszej wewnętrznej energii qi. Jednak w tekstach tych często nie ma wyjaśnienia, dlaczego ta lub inna postawa wygląda tak, a nie inaczej, czemu ruchy są wykonywane powoli, w jaki sposób rzeczywiście przejawia się nasza energia oraz dlaczego jest tak wiele różnic w wykonywaniu sekwencji, nawet w ramach tego samego stylu. (Tak jest przynajmniej w przypadku stylu Yang, który uprawiam).
Istnieje jeszcze inny problem. Większość książek została przetłumaczona z różnych języków, a ponieważ mało który tłumacz uprawia Tai Chi Chuan, w przełożonych tekstach często są błędne interpretacje pierwotnych treści, tym bardziej jeżeli przekładu dokonano nie z chińskiego oryginału, lecz z jakiegoś innego języka.
Oprócz tego każdy, kto zaczyna ćwiczyć Tai Chi Chuan albo ćwiczy już od jakiegoś czasu, wie, że ruch wykonywany w ramach form bardzo trudno opisać i zilustrować na papierze, nawet przy użyciu zdjęć. Czasami prosty z punktu widzenia postronnego obserwatora ruch — na przykład „uniesienie i zanurzanie kuli” — trudno wykonać od razu tak, jak należy, także jeśli jest on robiony powoli. Każdy bez wyjątku wymaga pewnych ustawień i poprawek instruktora, zanim zaczyna być wykonywany mniej więcej prawidłowo. Ruchy mają bowiem przeróżne trajektorie, zatem musi być ktoś, kto będzie je ciągle poprawiać i korygować. Dlatego Tai Chi Chuan nie da się opanować wyłącznie na podstawie wiedzy z książek.
Jednak istnieją pewne zasady, które są bardzo ważne dla każdego początkującego i nawet dla praktykujących od jakiegoś czasu. Bez zrozumienia i opanowania podstaw ta praktyka, choć dalej będzie pożyteczna dla zdrowia i samopoczucia, nie będzie prawdziwą sztuką Tai Chi Chuan. Formy mogą wyglądać ładnie w oczach postronnego obserwatora, ale pozostaną czymś, co bardziej przypomina kroki i ruchy ciała w tańcu.
Można to porównać z kręgami na powierzchni wody, które niewiele mówią o tym, co kryje się w głębi. Znaczy to tylko tyle, że uprawiana dyscyplina będzie w istocie pewną imitacją Tai Chi Chuan i nie będzie odzwierciedlać tego, na co wskazuje jej nazwa — „Najwyższa Ostateczność”. A przecież pojęcie „najwyższa” oznacza coś, co góruje nad wszystkim innym. Mówiąc inaczej, twórcy i kontynuatorzy tej sztuki samodoskonalenia zdawali sobie sprawę z tego, że stworzyli coś wyjątkowego, czego ludzkość jeszcze nie miała.
Po wielu latach uprawiania Tai Chi Chuan, bazując na własnym doświadczeniu, mogę potwierdzić, że mieli całkowitą rację. Jestem przekonany, że w obszarze samorozwoju ludzkość nie wymyśliła niczego lepszego i doskonalszego niż wspomniana sztuka. (Dlaczego tak myślę, wyjaśnię nieco później).
Co ciekawe, w ciągu tych lat praktyki zauważyłem, że nie wszyscy (a nawet wielu z tych, którzy ćwiczą od lat) zdają sobie sprawę z tego, czemu pojęcie „Tai Chi Chuan” jest tłumaczone właśnie w ten sposób i nie rozumieją głębokiego sensu tych słów.
Grupy, które prowadzę, składają się z osób zaawansowanych i średnio zaawansowanych, ale ciągle dołączają do nich nowe osoby, dla których praktyka Tai Chi jest czymś zupełnie nowym i nieporównywalnym do innych form znanej im aktywności ruchowej. Zazwyczaj już na pierwszych spotkaniach trzeba wyjaśniać początkującym zarówno podstawy ruchu (na przykład sens poruszania się na lekko ugiętych w kolanach nogach z rozluźnionym podbrzuszem i nieco pochyloną głową), jak również to, jakie znaczenie mają te podstawy dla wykonywanych form i dlaczego są takie ważne. Mało tego, opanowanie ich wymaga czasu.
Jako wieloletni wykładowca i instruktor Tai Chi Chuan przekonałem się, że wiedza, która pozwala zrozumieć znaczenie wykonywanych ruchów, jest bardzo ważna. To właśnie dla tych ludzi, którzy jej poszukują i którym będzie ona równie przydatna, postanowiłem napisać książkę i podzielić się w niej doświadczeniem nabytym w ciągu lat praktyki.
W tytule użyłem słowa „sekret” nie dlatego, że przekazywana przeze mnie wiedza jest tajemna, specjalnie ukrywana przed innymi czy bezpośrednio powierzana przez mistrza wybranemu uczniowi. (Chociaż w Chinach jeszcze niedawno właśnie tak się to odbywało). Użyłem tego słowa dlatego, że wielu zagadnień, którymi chcę się podzielić z czytelnikami, nie znalazłem w żadnej innej książce o Tai Chi Chuan, a przeczytałem ich mnóstwo. Jednak te niby „sekrety” są podstawą tej sztuki walki i powinni o nich wiedzieć wszyscy, którzy zaczynają ćwiczyć albo ćwiczą już od jakiegoś czasu. Są one w pewnym sensie punktami orientacyjnymi na drodze do własnego rozwoju zarówno fizycznego, jak i duchowego.
Muszę zaznaczyć, że większość tego, co wiem o Tai Chi Chuan, dowiedziałem się od swojego pierwszego nauczyciela Rosjanina, którego spotkałem w Petersburgu pod koniec lat 80. XX w., kiedy studiowałem na uniwersytecie. Prawdopodobnie pomyślicie, że nie ma w tym nic dziwnego — to on był pierwszą osobą, która mnie uczyła, i siłą rzeczy to on przekazał mi podstawy. Niby logiczne, ale nie jest regułą. Szczerze mówiąc, na początku myślałem, że informacje podawane przez niego na zajęciach są normą w każdej szkole Tai Chi Chuan. Później, kiedy po ukończeniu studiów przeprowadziłem się do Polski i tym samym utraciłem kontakt ze swoim nauczycielem, zrozumiałem, że miałem wielkie szczęście go spotkać. Mało tego, po tym rozstaniu nigdy nie poznałem kogoś, kto tak szczegółowo już na pierwszych zajęciach wyjaśniał uczniom, dlaczego ciało (podbrzusze, kręgosłup i szczyt głowy) powinno być ustawione właśnie w ten sposób, a także tłumaczył zasadność rozluźnienia, pracę świadomości, przepływ energii i tak dalej.
Dla mnie więc był on prawdziwym mistrzem. Jednak prosił o nazywanie go po prostu nauczycielem, ponieważ, jak nam powiedział na pierwszym spotkaniu, przekazywał wiedzę, którą nabył w swoim czasie od poprzedników, i nie było to według niego żadne „mistrzostwo”. Poza tym w jego przekonaniu nikt nie może nazywać samego siebie mistrzem. Czy ktoś nim jest, czy nie, mogą ocenić jedynie ci, którzy znajdują się już na wysokim poziomie umiejętności. W dodatku za prawdziwego mistrza można uznać tego, kto w dążeniu do doskonałości rozumie, że chociaż jej osiągnięcie jest niemożliwe, to jednak przez cały czas nad tym pracuje. Co więcej, im opanuje większe umiejętności, tym silniej zdaje sobie sprawę z tego, że wiele jest jeszcze do zrobienia, aby przybliżyć się do poziomu, który można by było określić jako poziom doskonały.
Szkoła Tai Chi Chuan, do której dołączyłem po przyjeździe do Polski, była filią amerykańskiego ośrodka wschodnich sztuk walki i prowadził ją Chińczyk mieszkający w Stanach. Wtedy już był autorytetem w środowisku sztuk walk i miał na swoim koncie kilka wydanych książek o kung-fu i Tai Chi Chuan. W wielu krajach Europy prowadził swoje szkoły. Podopieczni od kilku lat ćwiczący pod jego kierownictwem nabywali odpowiednich umiejętności i po zdaniu specjalnych egzaminów uzyskiwali pozwolenie na prowadzenie zajęć — to znaczy stopień instruktora.
W latach 90. XX w. nasz mistrz — jak nazywali go jego uczniowie — regularnie (dwa–trzy razy w roku) przyjeżdżał do Europy (również do Polski) i prowadził seminaria i warsztaty. Na te spotkania zjeżdżali się instruktorzy z całego kraju, jak również z zagranicy. Oni mieli już odpowiedni poziom umiejętności w wykonaniu form i całej sekwencji, mogli je zademonstrować lub nawet wyjaśnić zastosowanie niektórych z nich, lecz często zdarzało się tak, że nie byli w stanie wytłumaczyć zasadności postaw. Często na moje pytania o to, czemu tak ważne jest odpowiednie rozluźnienie podbrzusza; dlaczego powinien być taki, a nie inny oddech; jak się przejawia energia i co należy, a czego nie należy robić, kiedy ewidentnie ją poczujemy, i tak dalej, zwykle dziwili się lub wzruszali ramionami i odpowiadali, że lepiej byłoby zapytać o to samego mistrza.
Dlatego starałem się regularnie uczestniczyć w seminariach, które ów mistrz przeprowadzał dla instruktorów. Trzeba przyznać, że były interesujące, zwłaszcza jeśli chodziło o omawianie form, sekwencji i różnych zagadnień związanych z Tai Chi Chuan. Jednak ani razu nie usłyszałem od niego odpowiedzi na swoje pytania oraz tego, o czym już na pierwszych zajęciach mówił nam mój pierwszy nauczyciel.
Zauważałem, że nawet doświadczeni instruktorzy, którzy już od kilku lat prowadzili zajęcia dla grup, nie do końca mieli prawidłowe postawy. Mistrz ich nie poprawiał, udoskonalał tylko ruchy w poszczególnych formach i sekwencjach. Odnosiłem wrażenie, że nie zwracał na to uwagi, co mnie dziwiło.
Wiedząc już, jakie znaczenie w tej sztuce walki mają pewne ustawienia ciała, które nie są widoczne z zewnątrz, i zastanawiając się, czy sam mistrz nie ma z nimi problemu, pewnego razu odważyłem się i zapytałem, czy mogę dotknąć jego lędźwi i podbrzusza w trakcie wykonywania jakiejś formy, co wywołało poruszenie wśród obecnych na zajęciach instruktorów. Mistrz również był zdumiony, ale się zgodził.
Kiedy ułożyłem dłonie na jego ciele, poczułem, że miał rozluźnione podbrzusze i prawidłowe ustawienie kręgów w odcinku lędźwiowym. Zdziwiłem się, bo to oznaczało, że wiedział, iż tak właśnie trzeba ustawiać ciało. A jeżeli o tym wiedział, czemu nigdy nie wspominał i nie poprawiał postawy innych ćwiczących?
Na moje podchwytliwe pytanie: „Dlaczego kręgosłup powinien być ułożony właśnie tak?”, jedynie się uśmiechnął i odpowiedział: „Bo tak!”.
Nie chciałem się wymądrzać albo w jakiś sposób obrazić prowadzącego, tym bardziej że wtedy byłem tylko zwykłym uczniem. Oczekiwałem, że wyjaśni mi znaczenie odpowiedniego ułożenia ciała, ale tego nie zrobił. Byłem nieco rozczarowany.
Trzeba wspomnieć, że jeden z instruktorów, który zaczynał się uczyć u tego mistrza, później zmienił styl Yang na Chen i przeszedł do innego, znanego nauczyciela, który w tym czasie również przyjeżdżał z Chin do Europy. Po latach spytałem go w prywatnej rozmowie o to, dlaczego zmienił szkołę i przestał praktykować styl Yang. Odpowiedział z ręką na sercu, że go nie rozumiał. Poczułem się tym ponownie zaskoczony. Przecież wówczas już od ponad dziesięciu lat nie tylko ćwiczył Tai Chi Chuan, ale także od kilku lat sam prowadził zajęcia!
Jak można nie rozumieć tego, co się wykłada? A jednak, jak się okazuje, można. Wykładał więc tak, jak go uczono — wyłącznie formy i sekwencje. Teorię każdy miał opanować samodzielnie, czytając książki amerykańskiego mistrza, który sam rzadko mówił o niej na zajęciach.
W sumie nie było nic dziwnego w tym, że mój znajomy czuł się zawiedziony. W swoim czasie, w trakcie naszych spotkań i rozmów o Tai Chi Chuan, dzieliłem się z nim tym, czego nauczył mnie mój pierwszy nauczyciel, który tłumaczył postawy, ustawienia ciała (w tym kręgosłupa), zagadnienia związane z energią i inne. Ponieważ nie było o tym mowy na zajęciach amerykańskiego mistrza, dlatego mój kolega w nadziei, że uzyska te informacje gdzie indziej, zmienił i nauczyciela, i szkołę. Jego uczniowie też z czasem zmienili styl, podążyli za swoim instruktorem.
Po kilku latach ćwiczeń pod okiem nowego mistrza z Chin zaczął dzielić się doświadczeniami na swoim blogu. Widać było, że już znacznie lepiej rozumiał, jak powinno się ćwiczyć Tai Chi Chuan. Cieszyłem się, chociaż to, o czym pisał, stanowiło jedynie niewielką część wiedzy posiadanej i przekazanej mi przez mojego pierwszego nauczyciela. Jak się okazuje, droga prowadząca do mądrości może być dość długa i kręta.
Okazuje się, że mało która z osób określana mianem mistrza posiada głęboką wiedzę albo chce się nią dzielić z innymi tak, jak to było w przypadku mojego pierwszego rosyjskiego nauczyciela. Trzeba powiedzieć, że uczestniczyłem w jego zajęciach krócej niż rok, ale w ciągu tych miesięcy nie tylko ustanowił on gruntowny fundament moich wiadomości o Tai Chi Chuan, lecz także stał się osobą, która bardzo pozytywnie wpłynęła na całe moje życie, ponieważ dzięki niemu zasadniczo zmieniłem stosunek i podejście do wielu spraw — w rozwoju duchowym i życiu osobistym. Za to też jestem mu bardzo wdzięczny.
Poza tym dzięki niemu już wtedy zrozumiałem, że Tai Chi Chuan to nie tylko pewne formy lub wykonywana powolnie sekwencja, ale też bez wątpienia wyjątkowa lub wręcz fenomenalna metoda fizycznego oraz duchowego doskonalenia się. I z pewnością najbardziej skuteczna pośród tych, które wymyśliła ludzkość na przestrzeni całego swojego rozwoju. To jest prawdziwa sztuka i nie na próżno mędrcy nazwali ją „Najwyższa Ostateczność”. Z własnego wieloletniego doświadczenia mogę stwierdzić, że nie ulega to wątpliwości, a mam teraz już ponad 60 lat.
Zatem zacznijmy od tego, dlaczego opisując Tai Chi Chuan, użyłem słowa „wyjątkowa”, i wyjaśnijmy, na czym polega jej fenomen.
Fenomen Tai Chi Chuan
Kiedy coś oceniamy jako wyjątkowe, niezwykłe i doskonałe, a równocześnie tajemnicze, określamy to jako fenomenalne. Czasami kojarzymy je nawet z pewnym paradoksem — do końca nie wiemy, jak coś działa, jednak widzimy, że działa.
Czemu mówimy o Tai Chi Chuan jako o czymś fenomenalnym?
Zanim zaczniemy szukać odpowiedzi i wyjaśniać, spytajmy zewnętrznych obserwatorów, z czym zwykle kojarzy się im Tai Chi Chuan. Okaże się, że jednym z powolnym tańcem, innym z medytacją w ruchu, jeszcze kolejnym z systemem zdrowotnym, a ci, którzy ćwiczą sztuki walki, powiedzą, że to jeden ze stylów kung-fu.
Kto ma rację?
Odpowiedź będzie zaskakująca — wszyscy, ponieważ jest to uniwersalny system i te same ruchy oddziałują na zdrowie, mądrość życiową, a także na rozwój duchowy, w dodatku znajdują zastosowanie w sztuce walki. Można powiedzieć, że Tai Chi to taka pigułka „4 w 1”.
„Czy to w ogóle możliwe?” — zazwyczaj pojawiają się wątpliwości. „Jeżeli w płynnych, powolnych ruchach można doszukać się dążenia do spokoju i równowagi, a tym samym korzystnego oddziaływania na zdrowie, to jaki wpływ te ruchy mogą mieć na mądrość życiową? Z drugiej strony powolne ruchy w żaden sposób nie kojarzą się ze sztuką walki. Przecież wiadomo, że w walce trzeba ruszać się szybko, mieć dobry refleks i być silnym. Bycie powolnym nie pomoże zwyciężyć napastnika, który szybko atakuje. Gdzie tu kryje się sztuka walki?”.
Przyjrzyjmy się zatem tym trzem aspektom Tai Chi Chuan: sztuce walki, zdrowiu i mądrości życiowej.
Tai Chi Chuan jako sztuka walki
Wątpliwość co do skuteczności Tai Chi Chuan w starciu w takiej powolnej wersji, jaką znamy, jest zrozumiała, ale należy wziąć pod uwagę, że od samego początku Tai Chi Chuan kształtowała się przede wszystkim jako sztuka walki i z niej się wywodzi. Dlatego należy uwzględnić to, że w jej wszystkich bez wyjątku formach są obecne zastosowania obronne i bojowe. Ich rozumienie to już inna sprawa.
Jednak pierwotne założenie jest takie, że w sytuacji bojowej każda forma jest wykonywana znacznie szybciej (a czasami bardzo szybko) niż podczas jej wykonywania w codziennej praktyce. Osoby, które są bardziej zainteresowane stroną bojową Tai Chi Chuan, w odpowiednim momencie zaczynają ćwiczyć formy, a następnie całe sekwencje w szybkim tempie.
Poza tym istnieją specjalne ćwiczenia z partnerem, które nazywają się „pchające dłonie” (tui shou), których celem jest wytrenowanie właściwego słuchania i podążania, a dzięki temu zdolności do odpowiedniej reakcji w sytuacji starcia z przeciwnikiem. Nie na próżno wśród mistrzów Tai Chi Chuan krąży takie powiedzenie: „Jeżeli przeciwnik się nie rusza, to i ja się nie ruszam. Ale jeżeli on się poruszy, poruszam się pierwszy i tym samym go wyprzedzam”. Zatem podczas walki formy Tai Chi Chuan stają się wręcz nie tylko skuteczne w obronie, lecz nawet bardzo niebezpieczne dla napastnika. „Pchające dłonie” dają więc możliwość wyćwiczenia umiejętności wykorzystywania ruchów przeciwnika przeciwko niemu. Dlatego mówi się: „Jeżeli przeciwnik próbuje pchać, to tym samym jest bardziej podatny na upadek do przodu, a to znaczy, że trzeba go ciągnąć. Jeżeli on ciągnie, to jest bardziej podatny na upadek do tyłu — czyli trzeba go pchać”.
Jednak na początku wszystkie formy Tai Chi Chuan są wykonywane powoli. Dzięki temu można z czasem wypracować odpowiednie ustawienie całego ciała w trakcie ruchów — znaleźć oś, centrum ciężkości, odpowiednie rozluźnienie, zastosować zasadę „obręczy” (będzie o tym mowa później) itd. Po opanowaniu tego wszystkiego tempo form można stopniowo zwiększać.
Na wyższym poziomie umiejętności, kiedy ćwiczący chce skupić się na bojowych walorach Tai Chi Chuan, znacznie przyspiesza ruchy i doprowadza je do odpowiedniej szybkości, stosowanej w walce wręcz. Wtedy postronny obserwator już nie pozna powolnego Tai Chi Chuan. Szybkie ruchy sekwencji będą podobne do jakiegoś stylu kung-fu. Z tym, że siła pchnięć stanie się całkowicie inna, ponieważ ich moc będzie pochodziła nie z mięśni rąk, lecz przede wszystkim ze stóp, które w trakcie ćwiczeń stają się siłą napędową całego ciała. Wzmocnione ścięgna, więzadła i stawy stopniowo tworzą strukturę, poprzez którą siła jest przekazywana właśnie od stóp do rąk (w rozumieniu: całej kończyny górnej) i dłoni. Ruchy stają się krótkie, oszczędne, a przyłożenie siły wybuchowe, chociaż prawie niewidoczne i tym samym niezrozumiałe dla napastnika. To wybuchowe uwolnienie energii w Tai Chi Chuan nazwano fa-jing. Z zewnątrz wygląda to tak, jakby mistrz tylko dotknął przeciwnika, a ten został odrzucony na kilka metrów. Dla postronnego obserwatora nie jest zrozumiałe, w jaki sposób się to dzieje, stąd sile tej przypisano mistyczną moc, porównując ją do „stali owiniętej w bawełnę”.
„No dobrze!” — powie dociekliwy czytelnik. „Zagadnienie sztuki walki już trochę zrozumiałem. Ale na czym polega korzystny wpływ tych powolnych ruchów na zdrowie? Jesteśmy raczej przyzwyczajeni do bardziej dynamicznych ćwiczeń i intensywniejszego wysiłku fizycznego, jeżeli ma on służyć naszemu organizmowi. A tu nawet pompek się nie robi”.
Tai Chi Chuan i zdrowie
Żeby odpowiedzieć na to pytanie, należy uwzględnić aspekt energetyczny naszego organizmu. To znaczy, że wszystko, co robimy — kopiemy dołek pod drzewo w ogródku, próbujemy rozwiązać jakieś zadanie umysłowe itd. — wymaga wykorzystania jakiejś określonej ilości energii. Kiedy jesteśmy młodzi (tzn. w fazie yang), mamy dużo energii i dlatego zwykle nie zwracamy uwagi na to, że ją tracimy. Nawet jeżeli czujemy się nieco zmęczeni, na odpoczynek — to znaczy na regenerację zużytej energii — potrzebujemy mniej czasu niż dorośli.
Kiedy osiągamy szczyt rozwoju i dojrzałości, powoli zaczynamy wchodzić w fazę yin, która oznacza proces zmniejszania, rozpraszania, i wtedy z naszą energią jest już trochę inaczej — szybciej się męczymy, wykonując to samo, co robiliśmy bez wysiłku w młodości, a nasza regeneracja trwa nieco dłużej.
Zatem zasada powinna być prosta — im jesteśmy starsi, tym powinniśmy oszczędniej podchodzić do ruchu fizycznego i nie rozpraszać energii ot tak sobie. Podświadomie zwykle to rozumiemy, dlatego dorośli zazwyczaj mniej niż młodzież się spieszą i spokojniej podchodzą do swoich spraw, dzięki czemu tracą mniej energii. Dlatego osobom dorosłym bardziej odpowiada tempo ruchów Tai Chi Chuan.
Powolny ruch bowiem nie tylko pozwala ćwiczyć perfekcję wykonania, lecz również pomaga zmniejszyć zużycie energii. I chociaż podczas wykonania form, a nawet całej sekwencji, zachodzą jakieś straty energii, są one niewielkie i, dodatkowo, energia optymalnie się uaktywnia, ale nie rozprasza.
Poza tym w trakcie każdego wysiłku fizycznego ważny jest jeszcze inny aspekt — oddech. Zwykle organizm dostosowuje go do aktywności, czyli im ruch jest bardziej dynamiczny, tym bardziej dynamiczny staje się oddech. Jeżeli biegniemy, musimy głębiej i częściej oddychać. Jeżeli się nie ruszamy — siedzimy i oglądamy jakiś program telewizyjny albo pracujemy przy biurku — nasz oddech staje się płytki i prawie niezauważalny.
Ale jakkolwiek powoli nie byłyby przez nas wykonywane ćwiczenia lub formy Tai Chi Chuan, na przykład proste „uniesienie i zanurzanie kuli”, to jednak musimy zużywać jakąś energię, przy czym tracimy minimalną jej ilość.
Na początku praktyki, kiedy dopiero uczymy się poszczególnych form, staramy się dopasować do nich tempo i intensywność oddychania. Przykładowo: gdy unosimy ręce, to w sposób naturalny robimy wdech, natomiast jeżeli ręce opuszczamy, naturalnie odbywa się wydech. Ponieważ jako początkujący skupiamy się i na wykonaniu form, i na właściwym oddechu, to jest on najczęściej nieco bardziej pogłębiony niż zwykle. Później, kiedy już nie mamy problemu z odpowiednim ułożeniem stóp, rąk, dłoni, a także z ruchem całego ciała czy zachowaniem równowagi, to tempo staramy się dopasować do spokojnego oddechu. W ten sposób ruch stopniowo się spowalnia. I chociaż oddychamy nieco głębiej niż zazwyczaj — bardziej wyraźnie i odczuwalnie — dalej robimy to naturalnie i w sposób niewymuszony. (À propos, ten tryb oddychania w Tai Chi Chuan nazywa się „oddechem żółwia”. Poruszę ten temat nieco później).
Oddech bezpośrednio wpływa na naszą wewnętrzną energię qi, w wyniku czego energia ta w sposób naturalny się uaktywnia, udrażniając kanały energetyczne i meridiany w naszym ciele. Jednocześnie nie rozprasza się ona tak, jak to się dzieje podczas zwyczajnego wysiłku fizycznego, i dzięki temu jej zasoby powoli rosną. W efekcie mając więcej energii, w sposób naturalny stajemy się bardziej odporni na choroby, stres czy problemy życiowe. Najlepszym miernikiem naszych zasobów energetycznych jest to, że długo nie odczuwamy zmęczenia niezależnie od tego, co robimy. Zawsze jesteśmy aktywni i pełni sił. A to jest najważniejsze!
Jak widać, Tai Chi Chuan jest niezwykłym systemem, w którym i dla zdrowia, i dla sztuki walki wykonywane są te same ruchy i formy. Mało tego, jedno pociąga za sobą drugie i na odwrót. To znaczy, że jeżeli kładziemy większy nacisk na sztukę walki, to w sposób naturalny stajemy się coraz zdrowsi; z kolei ćwicząc tylko dla zdrowia i nie zastanawiając się nad sztuką walki, bez większego wysiłku, powoli nabieramy naturalnych umiejętności przydatnych w walce.
Tai Chi Chuan i mądrość życiowa
A teraz kilka słów o tym, w jaki sposób Tai Chi Chuan może wpływać na inny bardzo ważny aspekt naszego życia — na naszą mądrość życiową.
Jak już wcześniej mówiłem, poruszając się powoli, mamy więcej czasu na obserwację siebie w ruchu, na perfekcyjne wyszlifowanie każdej formy poprzez dopasowanie odpowiedniego trybu oddychania. A więc w trakcie powolnego wykonywania form jesteśmy siłą rzeczy cały czas skupieni na tym, co i jak robimy, i stale korygujemy postawę (poprawiamy ułożenie dłoni, rąk, nóg i innych części ciała), usuwając ciągle powstające zbędne napięcia. Nie potrafimy czegoś skorygować bez myślenia o tym, dlatego w czasie praktyki umysł przez większość czasu nie rejestruje tego, co dzieje się dookoła nas, tylko koncentruje się na naszym ciele i tym, co robimy. Mistrzowie mówią, że wtedy nasz umysł „powraca do domu”.
W trakcie treningów stopniowo przyzwyczajamy się do wykonywanych ruchów w poszczególnych formach i wtedy możemy już skupiać się nie na nich samych, lecz na innych elementach, na przykład na prawidłowej postawie ciała, odpowiednim rozluźnieniu, oddechu, odczuciach w dłoniach, palcach itp. Podczas ćwiczeń często się okazuje, że te drobne korekty ustawienia pozycji ciała odbywają się zarówno na początku, gdy uczymy się jakiegoś nowego ruchu, jak i wtedy, kiedy nam się wydaje, że już dobrze jakiś ruch pamiętamy i robimy go.
W ten sposób w naszej świadomości włącza się tryb wnikliwej obserwacji i coraz głębiej poznajemy własne zachowania i reakcje.
Z czasem ćwiczący zauważa, że ta „zabawa w obserwatora” zaczyna odbywać się nie tylko na zajęciach Tai Chi Chuan, lecz również poza nimi (np. w domu, w pracy, na przystanku autobusowym) i w innych okolicznościach (w sytuacjach towarzyskich, w czasie oglądania telewizji, kiedy stoi w kolejce w sklepie itd). Siłą rzeczy powoli dostrzega to, na co wcześniej nie zwracał uwagi i co wydawało się naturalną częścią jego zachowania, ale było nieuświadomione, chociaż mogło przeszkadzać w codziennym życiu i w stosunkach z innymi ludźmi.
Obserwacja to przede wszystkim praca świadomości, dlatego, wraz z głębszym poznawaniem własnej jaźni i otoczenia, zaczyna się ich analiza, ale przede wszystkim interpretacja samego siebie w tym otoczeniu. Zjawiska i wydarzenia, do tej pory odbierane jako banalne i zwyczajne, nabierają głębszego sensu. Coraz częściej zauważamy też własne błędy, a dzięki temu korygujemy swoje zachowania, przez co stajemy się mądrzejsi i powoli zaczynamy zmieniać się na lepsze. A w ten sposób — o cudzie! — świat dookoła nas również powoli zaczyna być lepszy. Niby jest wciąż ten sam, a jednocześnie już nieco inny, bo postrzegany przez nas z różnych stron, pod nieco innym kątem i w innych barwach. Często okazuje się, że to, na co wcześniej wcale nie zwracaliśmy uwagi, stanowi sedno tej lub innej sprawy.
Ma to wpływ na to, że powoli zmieniają się nasze życiowe priorytety. Przestajemy dążyć do osiągnięcia cudzych i czasami iluzorycznych celów i wybieramy to, co jest rzeczywiście nasze i z czym czujemy się lepiej. Uczymy się wykorzystywać sprzyjające nam sytuacje, co wcześniej wydawało się czasami niewykonalne lub całkowicie bezużyteczne.
Jeżeli dobrze rozumiemy Tai Chi Chuan i formy, które wykonujemy podczas ćwiczeń, to ta sztuka rzeczywiście staje się uniwersalnym systemem, ponieważ wszystko stanowi w niej integralną część całości i jednocześnie może działać osobno. A zatem w dążeniu do osiągnięcia zdrowia wykonujemy odpowiednie ruchy. Ćwiczymy przy tym sztukę walki i rozwijamy się duchowo. Jeżeli bardziej zależy nam na bezpieczeństwie, wykonujemy te same formy, a równocześnie stajemy się zdrowsi i mądrzejsi. Natomiast jeśli chcemy rozwijać się duchowo, znowu obowiązują nas te same ruchy, ale zapewniamy sobie siłę i długowieczność.
Dlatego Tai Chi Chuan jest nazywana „Najwyższą Ostatecznością”. To oznacza, że nie ma innego takiego systemu doskonalenia się, który by zapewniał wszystko naraz.
Czasami słyszę pytanie: „Jeżeli już rozumiemy te wszystkie opisane zagadnienia w Tai Chi Chuan, czy ta sztuka przestaje być wyjątkowa przynajmniej dla nas?”.
Nie do końca. Sprawy, o których mówimy, są tylko podstawowymi kluczami do zrozumienia tej sztuki. Prawdziwy fenomen Tai Chi Chuan polega również na tym, że im dłużej ćwiczymy i im wyższe są nasze umiejętności, tym bardziej poszerzają się horyzont i rozumienie świata, a to znaczy, że również rosną nasze możliwości — widzimy więcej, pojawiają się nowe pytania i nowe cele. W ten sposób się doskonalimy.
Jednocześnie rozumiemy, że jeszcze wiele trzeba zrobić, żeby tę doskonałość osiągnąć. Że to, co dotychczas uzyskaliśmy, stanowi tylko małą cząstkę tego, co jeszcze możemy i nawet powinniśmy zrobić. Jednak wiemy, że będziemy to robili i osiągali nowe cele lekko, po prostu się bawiąc.
Przy tym czas również nabiera innego wymiaru — jakby się wydłuża i jest go wystarczająco na wszystko, co robimy i co jeszcze zamierzamy zrobić. Zatem przestajemy się spieszyć i wykonujemy codzienne czynności bez wysiłku i bez pośpiechu. Mamy czas na wszystko, co zaplanowaliśmy. W ten sposób dzięki Tai Chi Chuan nasze życie powoli zmienia się na lepsze.
Trochę filozofii w symbolu Tai Chi
Chyba większość z nas zna lub widziała okrągły czarno-biały znak, który jest symbolem Tai Chi. Są to dwie asymetrycznie umieszczone w kole, odwrócone „ryby”. Zwykle jedna jest biała, a druga czarna (chociaż czasami można znaleźć wariacje z użyciem innych kolorów).
Co symbolizuje ten znak? Żeby nie za bardzo zagłębiać się w szczegóły, na razie trochę uproszczę zagadnienie i powiem, że symbol ten demonstruje pewien proces dążenia do równowagi. Właśnie równowagi, na czym wszystkim nam najbardziej zależy.
W symbolu widać, że równowaga bierze się z dwóch czynników, które w znaku zostały zilustrowane formami podobnymi do ryb. Czarna lub ciemna część nazywa się Wielki Yin, biała lub jasna to Wielki Yang.
Jak widać, „ryby” razem tworzą swoiste koło, które odzwierciedla i symbolizuje jedność. Każda nich w najszerszej swojej części posiada „oczko” w kontrastującym do całości kolorze — białe w czarnej „rybie” i czarne w białej. To mały yin w Wielkim Yang i mały yang w Wielkim Yin.
„Ryby” są asymetryczne, lecz jednakowe jak ramiona wagi, i to właśnie tworzy równowagę. Gdyby nie były takie same, jeden element ciągle by przeważał i w ten sposób dominował nad drugim, ale tak nie jest.
Czemu jednak są dwa czynniki, a nie trzy lub więcej?
Bierze się to z dualności wszystkiego, co nas otacza. To znaczy, że prawie wszystkie rzeczy, pojęcia, zjawiska nie istnieją niezależnie, ot tak sobie, po prostu. Zwykle istnieją w parach: mężczyzna–kobieta, góra–dół, plus–minus, zimno–ciepło, przód–tył, lewa strona–prawa strona, dzień–noc itd. Inaczej mówiąc, jedna część pary istnieje zależnie od tej drugiej, którą często określamy jako przeciwną.
Ale to nie są przeciwieństwa! To nieodłączne części zrównoważonej całości! Symbol Tai Chi demonstruje nam bowiem to, że kiedy są one zrównoważone, to się ze sobą nie konfrontują, lecz na odwrót: tworzą jedność. Właśnie dzięki tej jedności dwóch uzupełniających się wzajemnie połówek można osiągnąć równowagę.
Ludzkie ciało w pewnym sensie też odzwierciedla symbol Tai Chi — mamy lewą i prawą stronę, przód i tył, górę i dół. Wszystkie procesy, które odbywają się w organizmie, są zrównoważone (oczywiście jeżeli jest on zdrowy).
Jeszcze lepiej zasadę równowagi można zobaczyć na przykładzie szczęśliwego małżeństwa. W takiej rodzinie nie ma dominacji jednego nad drugim. Jeżeli zachowana jest pomiędzy nimi równowaga, jest i miłość. Wtedy mąż i żona uzupełniają się nawzajem. Nie na próżno jeden z tych czynników, yang, symbolizuje męską połowę, a yin — żeńską. Jeden zapewnia drugiemu to, co ten potrzebuje dla poczucia spokoju oraz szczęścia, i na odwrót — pojedyncza osoba będzie z trudem funkcjonowała bez drugiej. Właśnie to tworzy równowagę w rodzinie.
À propos, słynna powieść hrabiego Lwa Tołstoja „Anna Karenina” zaczyna się następująco: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. No tak, może istnieć tylko jeden stan zdrowego organizmu — jest on po prostu zdrowy. Natomiast lista chorób zajmuje całą encyklopedię.
Już wiemy, że absolutnie wszystko we Wszechświecie znajduje się w ruchu i dlatego równowaga nie jest czymś stałym. Pogoda za oknem jest najlepszym przykładem zmienności. Pory dnia i roku zmieniają się cyklicznie. Dopóki Ziemia krąży dookoła Słońca — będą zimy i lata, a pomiędzy nimi wiosny i jesienie. Dopóki obraca się Ziemia — dzień będzie następował po nocy, po której znowu nadejdzie dzień, a pomiędzy nimi będą wieczory i poranki. Nie ma takiej siły, która potrafiłaby to zatrzymać.
Mówiłem już, że równowaga jest osiągana dzięki temu, iż dwa aspekty — yin i yang — są współmierne i ze sobą współpracują. Ale zrównoważony układ, który tworzą, jest też stanem niezwykle delikatnym i bardzo niewiele trzeba, by go naruszyć. Dlatego mówi się, że jest to równowaga dynamiczna jak ta w naszym organizmie, w którym przez cały czas odbywają się przeróżne procesy. Chińczycy w starożytności nazywali ciało „magiczną szkarłatną szkatułą”, które samo reguluje wszystko wewnątrz siebie, jeżeli tylko zapewnia się mu niezbędne do życia warunki — żywność, wodę, odpoczynek itd.
Ponieważ równowaga, o której mówimy, jest dynamiczna, w symbolu Tai Chi dynamika ta została przedstawiona płynącymi w kółko dwoma, nieco wydłużonymi „rybami”, a nie dwoma nieruchomymi półkolami.
Bez równowagi nie ma możliwości rozwoju. Ale tylko dynamiczna równowaga, o którą tu chodzi, może generować zmiany w obrębie jakiegoś zamkniętego układu jak ten, który ilustruje symbol Tai-Chi. Jeżeli jeden element przez cały czas dominuje albo nie uwzględnia swojej drugiej strony, to tym samym nie tylko nie zapewnia równowagi, lecz nie dopuszcza do samorozwoju, ponieważ nie daje podstaw do rozwoju drugiej strony. W ten sposób aktywna strona przyczynia się do własnej zagłady w przyszłości.
Zatem harmonia jest osiągalna tylko we współpracy pomiędzy dwoma czynnikami i bierze się stąd, że jedna strona podczas rozwijania się wykorzystuje potencjał drugiej strony i również zmusza ją do tego samego. A więc odbywa się ciągłe wzajemne uzupełnianie tych dwóch aspektów.
Cały sens symbolu Tai Chi polega właśnie na tym, iż pokazuje on, że jeżeli osiągamy dynamiczną równowagę pomiędzy dwoma czynnikami lub, jak mówią mędrcy, „osiągamy złoty środek”, to daje nam to możliwość doskonalenia się. Gdyby była między nimi ciągła konfrontacja, to nie zaistniałaby równowaga, co oznacza, że nie byłoby również rozwoju. Z kolei w symbolu brakowałoby koła, zamiast niego pojawiłaby się jakaś inna figura — kwadrat, trójkąt, sześcian albo czarno-biały kleks — i istniałaby ona niedługo.
Najlepszym przykładem dynamicznej równowagi jest nasz Wszechświat, który powstał co najmniej 13 miliardów lat temu i nadal istnieje. Naukowcy twierdzą, że dzieje się tak dzięki mnóstwu konstant, które zapewniają harmonię w podstawach materii, a to gwarantuje życie na Ziemi. Jeśli chociaż jedna z tych konstant trochę się zmieni — wystarczy mniej niż o jeden procent — wtedy struktura materii też się zmieni i życie biologiczne ulegnie zagładzie. Zresztą, jeżeli nawet zawartość tlenu w atmosferze Ziemi ulegnie zmianie w niewielkim stopniu, również kardynalnie wpłynie to na życie biologiczne i nie wiadomo, czy zachowa się ono w stanie, w którym istnieje teraz.
Równowaga jest bardzo krucha. Trzeba o nią ciągle dbać w perspektywie całego życia!
A jak w symbolu Tai Chi pokazany został proces rozwoju? Jeżeli popatrzymy na ten symbol, to zobaczymy, że jego początek jest odzwierciedlony przez koniuszki „ryb”. Obok nich widzimy „głowę” drugiej „ryby”, oznaczonej innym kolorem. Ona już osiągnęła w swoim rozwoju punkt kulminacyjny i jest gotowa przeżyć transformację. W tym momencie pojawia się w jej „głowie” zarodek przeciwległego elementu, pokazany jako „oczko” w głowie „ryby” w kolorze tej drugiej strony. W ten sposób również tworzy się potencjał umożliwiający powstawanie przeciwieństwa, które z kolei we właściwym czasie osiągnie swój szczyt — wtedy kiedy jego poprzednik skończy rozwój i zacznie się rozpraszać.
Tak chwila po północy już jest „zarodkiem” następnego dnia. W każdym mężczyźnie jest odrobina żeńskiej miękkości, a każda kobieta czasami przejawia męską twardość.
Dzięki temu oba czynniki yin i yang nie tylko równoważą się wzajemnie, lecz sprzyjają swojemu wzajemnemu odradzaniu. Jest to swoiste koło napędowe naszego istnienia. Obrazuje ono również następstwo pokoleń — od ojca do syna, od matki do córki, a potem do wnuków i tak dalej.
Ponieważ Tai Chi Chuan interesuje nas przede wszystkim jako gimnastyka praktykowana dla zdrowia i rozwoju, to symbol tej sztuki interpretujemy nie jako walkę przeciwieństw, lecz jako bardzo ścisłą ich współpracę, która jest właśnie warunkiem rozwoju.
Rozwój to ciągły, uzależniony od ruchu proces. Jak już, mam nadzieję, zrozumieliście, nie prowadzi do niego każdy ruch, tylko taki, w którym dwa aspekty (yin i yang) są zrównoważone. Innymi słowy, każdy z aspektów jest czynny i niby się wydaje, że dąży do tego, by zająć miejsce przeciwległej strony, ale tak naprawdę swoim działaniem zmusza przeciwległą stronę do aktywności i zapewnia tym samym harmonię — dynamiczną równowagę, często nazywaną stanem „aktywnego zera”.
Rozważając wyjątkowość Tai Chi Chuan, najpierw opisałem ją jako sztukę walki, potem wymieniłem jej działanie prozdrowotne i dopiero na końcu wspomniałem o wpływie tej sztuki na mądrość życiową. Mnie osobiście najbardziej interesują dwa ostatnie aspekty Tai Chi Chuan.
Owszem, kiedy na początku zainteresowałem się wschodnimi sztukami walki, również ta bojowa część Tai Chi w jakimś stopniu była dla mnie ważna. Na zajęciach czasami demonstruję zastosowanie bojowe poszczególnych form tylko po to, by wytłumaczyć sens ruchów w nich oraz by pokazać, dlaczego mistrzowie ułożyli sekwencje właśnie tak.
W tej książce przede wszystkim chcę skupić się na tym, w jaki sposób Tai Chi Chuan pozytywnie wpływa na zdrowie i jak czyni nas mądrzejszymi, a to znaczy, że bardziej szczęśliwymi. Zatem przede wszystkim zacznijmy od tego, co jest w naszym życiu, jak powszechnie uważamy, najważniejsze — od zdrowia.
Od czego zależy nasze zdrowie?
Dzisiejszy postęp cywilizacyjny powoduje, że dzięki osiągnięciom współczesnej medycyny, lekom i przeróżnym odżywkom żyjemy coraz dłużej.
To wszystko bez wątpienia pomaga nam w zwalczaniu chorób, lecz nie sprawia, że one znikają. Nie dość, że człowiek nadal jest podatny na różne zachorowania, to jeszcze pojawiły się takie, które są już zaliczane do cywilizacyjnych — choroby wieńcowe, układu pokarmowego, oddechowego, nadciśnienie, cukrzyca, otyłość itd.
Ich przyczyn często dopatrujemy się nie tylko w postępującym uprzemysłowieniu, urbanizacji oraz związanym z nimi znacznym skażeniu środowiska, lecz również we wzroście napięcia nerwowego i sytuacji stresowych wynikłych z życia we współczesnym społeczeństwie. Mało tego, wielu naukowców wyraża pogląd, że główną przyczyną wyżej wymienionych schorzeń są właśnie te ostatnie czynniki, a nie rozwój techniczny naszej cywilizacji. Inaczej mówiąc, nie zawsze stawiamy czoła wyzwaniom, które pojawiają się w naszym życiu.
Szczególnymi problemami są szybkość zmian cywilizacyjnych, z którymi musimy się uporać, i obecny rytm życia. Często mamy wrażenie, że tempo zmian przekracza nasze możliwości przystosowawcze. Poczucie, że nic nie jest stałe i wszystko się zmienia, rodzi w nas niepokój i troskę dotyczące jutra naszego i naszych bliskich. Mamy ciągłe obawy o utrzymanie pracy. Musimy sprostać stale rosnącym kosztom jedzenia, czynszu, rachunków itd. Starając się utrzymać odpowiedni poziom życia, bierzemy na siebie coraz większe zobowiązania, które stają się przyczyną kolejnych stresów.
Trwały i wysoki poziom stresu, obawa i niepewność co do przyszłości powodują nieustanne wewnętrzne napięcie, które ostatecznie przejawia się taką chorobą, do której mamy większe predyspozycje i genetyczne skłonności.
Jeśli choroba już powstała, to sama świadomość bycia chorym staje się źródłem dodatkowych silnych emocji, ostatecznie wywołując bądź pogłębiając stany depresyjne. Nie bez powodu również depresja jest zaliczana do głównych chorób cywilizacyjnych.
Tak więc powtórzę: przyczyną naszych chorób w głównej mierze nie jest sam rozwój naszej cywilizacji (który oczywiście ma na nas wpływ), lecz nasz stosunek do niego — jak potrafimy ułożyć sobie życie w obecnym świecie nowych, zaawansowanych technologii, wysokich cen, wzrastającego tempa życia, zmieniających się relacji społecznych i w obliczu innych czynników stresogennych.
Czy możemy zmienić nasze codzienne otoczenie? W większości przypadków nie. W tym świecie się urodziliśmy i jest on nasz. Trzymają nas obowiązki i odpowiedzialność za najbliższych — współmałżonków, dzieci, rodziców, rodzeństwo itd. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, a nie mnichami, i nie możemy tak po prostu zostawić rodziny i oddalić się do lasu albo w góry, aby w samotności oddawać się praktykom medytacyjnym lub po prostu żyć w spokoju, bez zobowiązań i stresu.
Nawet gdybyśmy chcieli, to po pierwsze mało jest takich miejsc (przynajmniej w Europie), w których możemy bezpiecznie schronić się przed cywilizacją. A po drugie, jak by nie było, współcześnie żyjemy w całkiem komfortowym środowisku — w naszym domu jest sucho i ciepło, prosto z kranu płynie gorąca woda, w kuchence jest gaz lub prąd, a po naciśnięciu przycisku zapala się światło. Gdzie w górach lub w lesie znajdziemy takie udogodnienia i wygodę, do których przywiązaliśmy się i bez których już nie wyobrażamy sobie funkcjonowania?
Zresztą sztuka życia nie polega na tym, żeby unikać cywilizacji, lecz na tym, aby nauczyć się w niej sprawnie działać. Chińscy mędrcy podkreślają, że egzamin dojrzałości duchowej zdaje się nie w lesie, górach czy w klasztornej celi, tylko pośród ludzi. Powinieneś częściej przebywać w ich otoczeniu, jeżeli rzeczywiście jesteś mądry. Innymi słowy, twoja mądrość życiowa nie przyda się na łonie dzikiej natury.
Jeżeli mędrcy są w stanie w jakiś sposób zachować pogodę ducha w każdych okolicznościach i przeciwstawiać się niepotrzebnemu stresowi, to oznacza, że jest to możliwe i da się tego nauczyć.
Ci sami mędrcy podkreślali, że najlepszym i najprostszym sposobem na zachowanie zdrowia i pogody ducha jest ruch fizyczny. Mało tego, nasz organizm tego ostatniego bardzo potrzebuje. Aktywność jest niezbędnym warunkiem, aby przyśpieszać krążenie i tym samym nasycać komórki tlenem oraz poprawiać metabolizm. Klucz w tym, by mądrze dostosowywać ruch do możliwości naszego organizmu, gdyż nie każdy jest dla niego dobry.
Bardzo często bywa tak, że gdy zaczynamy dbać o swoje zdrowie, wpadamy z jednej skrajności w drugą — rezygnujemy z bezruchu i zaczynamy uprawiać dość intensywny ruch, co często kończy się kontuzjami lub urazami, szczególnie wtedy, gdy już nie jesteśmy młodzi. Trzeba uwzględnić, że uprawiane przez nas sporty zwykle wymagają wysiłku, który nie pomaga organizmowi, lecz przeciwnie, sam staje się dla niego kolejnym źródłem stresu: gwałtownie przyspiesza tętno i oddech, wywołuje napięcia mięśni albo poczucie bycia gorszym, gdy dana aktywność ruchowa wiąże się z konkurencyjnością.
Warto mieć też na uwadze, że każdy wysiłek fizyczny powoduje straty energetyczne i czasami nadmierna aktywność fizyczna może zaszkodzić. Jeżeli zaś z jakichś powodów organizmowi brakuje energii, to trzeba wykonywać te ćwiczenia, które jej nadmiernie nie rozpraszają. Zwykle nie uwzględniamy podstawowej zasady przetrwania — oszczędnego podejścia do zasobów energii życiowej. Przecież intencją wszystkich istot żywych jest stała walka o energię, jej gromadzenie i bardzo optymalne wydatkowanie. Zoolodzy twierdzą, że jeżeli gepard za czwartym razem nie dopadnie swojej ofiary, to może już nie mieć sił na następne polowanie i jego własne życie oraz życie jego dzieci, jeżeli akurat opiekuje się małymi, stanie pod wielkim znakiem zapytania.
Chyba tylko człowiek może pozwolić sobie na zużywanie kilkakrotnie większych ilości energii, niż jest to potrzebne. I zazwyczaj dlatego traci ją w sposób irracjonalny — tzn. nagminnie wykonuje czynności, które w ogóle nie mają znaczenia dla jego życia i przetrwania.
Dopóki mamy dostęp do źródeł energii (np. żywności), nie zaczynamy chorować lub się nie starzejemy, to zwykle nie uwzględniamy energetycznego aspektu życia i się nad nim nie zastanawiamy. Poza tym w większości nie wiemy, jak znaleźć kompromis między nadmiernym, niepotrzebnym wydatkowaniem energii w bezsensownym ruchu fizycznym i niezdrowym bezruchem.
W związku z tym nasuwa się pytanie: jaki ruch jest najbardziej właściwy dla naszego organizmu?
Odpowiedź jest zaskakująca — taki, który z jednej strony uaktywnia wewnętrzną energię, a z drugiej strony nie powoduje jej strat.
Jeżeli to możliwe, to jaki powinien być ten ruch?
Przede wszystkim powolny — taki jak podczas ćwiczenia Tai Chi Chuan. I między innymi właśnie dlatego w sztuce tej wszystkie formy są dostosowane do spokojnego, zrównoważonego oddechu. Nie na próżno Tai Chi Chuan często porównuje się do medytacji w ruchu. W ten sposób zaczynamy uprawiać to, co w Chinach nazywa się sztuką Qigong, czyli „pracą z energią qi”. Dzięki temu możemy nie tylko nie tracić energii, lecz, o dziwo, również ją gromadzić.
Formy Tai Chi Chuan nie są łatwe do opanowania w tak krótkim czasie jak na przykład asany w jodze, a już tym bardziej wtedy, gdy próbujemy je robić bez pomocy instruktora. Z własnego doświadczenia wiem, że nawet zdolnych uczniów trzeba ciągle poprawiać, zanim ich ruchy będą wykonywane prawidłowo. W dodatku zajęcia odbywają się zazwyczaj raz, najwyżej dwa razy w tygodniu i początkujący mają obawy, że ćwicząc samodzielnie w domu, będą nieprawidłowo wykonywać formy i tym samym nabywać złych nawyków. W związku z tym zwykle pojawia się pytanie o to, czy jest jakiś inny, łatwiejszy ruch fizyczny, który, tak jak w Tai Chi Chuan, jeśli nie gromadzi energii, to przynajmniej nadmiernie jej nie rozprasza?
Tak, oczywiście. I jest to bardzo znana nam aktywność fizyczna, którą uprawialiśmy od setek tysięcy lat — zwykłe chodzenie. Tak, drogi czytelniku, mowa tu o zwykłym regularnym spacerowaniu po parę kilometrów dziennie. Właśnie nie o bieganiu, lecz chodzeniu.
Chodzenie a Tai Chi
Wbrew pozorom chodzenie w porównaniu z innymi sportami jest najbardziej przyjazną dla organizmu aktywnością, gdyż uaktywnia energię, ale nie powoduje nadmiernych jej strat i tym samym pozytywnie wpływa na nasze zdrowie.
Dlaczego?
Dlatego, że tempo szybkiego chodzenia optymalnie rozgrzewa organizm i uaktywnia metabolizm. Tętno też lekko wzrasta, natomiast oddech, chociaż staje się głębszy, pozostaje zrównoważony. Tym samym zużycie energii jest minimalne i organizm uzupełnia ją bardzo szybko i bez problemu.
Gdy tylko człowiek przechodzi w tryb biegania, nawet truchtem, to zwiększa się zapotrzebowanie na tlen i po kilkudziesięciu metrach serce i oddech siłą rzeczy muszą przyspieszyć, bo dostosowują się do szybszego tempa, które nie jest naturalne dla organizmu. Co więcej, dla niego bieg w rzeczywistości jest czynnikiem stresowym, bo musi uporać się z tym, co postanowiła nasza świadomość. A ta ostatnia zwykle podejmuje decyzję na podstawie tego, co uważa za słuszne, często nawet nie kierując się własnym doświadczeniem, tylko doświadczeniem innych. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę.
Innymi słowy, jeżeli istnieje powszechny pogląd, że bieg jest dla naszego organizmu bardzo zdrowym wysiłkiem fizycznym, a medycyna nawet udowadnia to w sposób naukowy, wówczas nie widzimy powodów, by w te informacje wątpić, i dlatego od czasu do czasu postanawiamy regularnie uprawiać jogging.
Czemu od czasu do czasu?
Ten, kto choć raz zaczynał biegać rano lub wieczorem i, powiedzmy, robił to przez jakiś czas, pewnie zauważył, że po paru tygodniach biegał już nie tak regularnie jak wcześniej, a w pewnym momencie całkiem zaprzestał tej aktywności, chociaż na początku ją sobie chwalił i nawet był dumny z jej podjęcia. A jednak z jakiegoś powodu zrezygnował i, mało tego, często było tak, iż nawet nie zauważał, że to zrobił. Jaka jest więc przyczyna tego, że prawie wszyscy, którzy regularnie biegali i czuli się przy tym wspaniale, w końcu tego zaprzestali?
Świadomość kontra organizm
Przyczyna wciąż tkwi w naszym organizmie, który podczas biegania zużywa dużo energii. Tę energię musi on uzupełnić i wiąże się to dla niego ze stresem. Dopóki w naszej świadomości istnieje twarde postanowienie, że jogging jest nam potrzebny, to go uprawiamy. Ale po jakimś czasie — zazwyczaj po kilku tygodniach — kiedy jesteśmy już przekonani, że stało się to dla nas normą i nasza świadomość jest w jakimś stopniu zaspokojona, organizm zaczyna podsuwać nam powody — zła pogoda, złe samopoczucie albo że jest już późno lub przychodzą goście i tak dalej — żeby tego nie robić. W ten sposób stopniowo oszukuje lub usprawiedliwia świadomość i tym samym osiąga swój cel — przestać biegać i nie tracić bez sensu energii, której tak potrzebuje.
Przecież organizm, drogi czytelniku, uczył się dbać o energię i gromadzić rezerwy energetyczne przez miliony lat, więc robił to znacznie dłużej, niż istnieje nasza świadomość w tej postaci, w jakiej posiadamy ją teraz. Jest zatem od niej o wiele mądrzejszy, bo ma więcej doświadczenia w przetrwaniu, a ona często podejmuje decyzję tylko na podstawie tego, co uważa za słuszne, i tym samym zmusza organizm do nierozsądnego według niego wydatkowania tej niezwykle cennej energii.
Trzeba pamiętać, że nasz organizm nie lubi tracić energii. Gdyby okoliczności życiowe pozwalały nam na nicnierobienie, to byłby on tylko „za”. Prawda jest taka, że najlepiej czuje się w pozycji leżącej na tapczanie przed telewizorem. Ale nawet w takiej sytuacji nasze ciało traci energię na podtrzymanie odpowiednich funkcji życiowych — metabolizm, temperaturę, ciśnienie i tym podobne — i siłą rzeczy musimy mu zapewnić dostęp do dodatkowych źródeł, to znaczy np. jedzenia. Dlatego czy chcemy, czy nie chcemy, musimy się ruszać, a to wiąże się z codzienną pracą i wykonywaniem odpowiednich czynności.
Innymi słowy, chociaż organizm nie lubi aktywności, ruch jest mu jednak potrzebny, bo go wzmacnia. I jak widać, w ten sposób niewielki stres paradoksalnie oddziałuje na ciało pozytywnie. Proponuję przykład z zupełnie innej dziedziny.
Ogólnie uważa się, że inflacja w gospodarce — to znaczy wzrost cen na produkty i usługi — nie jest czynnikiem dobroczynnym, bo przeszkadza w rozwoju. Ale specjalistyczne badania pokazały, że w przypadku krajów europejskich inflacja na poziomie nie więcej niż około 3% działa korzystnie na gospodarkę i tym samym ją uzdrawia, bo powoduje jej rozwój. Jeżeli poziom inflacji jest wyższy, działa ona niekorzystnie, gdyż hamuje rozwój gospodarki. Natomiast zabić ją może wysoki procent inflacji, na przykład dwucyfrowy, tak samo jak wysoka, długotrwała gorączka organizmu może przyczynić się do jego śmierci.
Z kolei deflacja, przy której ceny dóbr i usług przez określony czas spadają (co jest marzeniem wszystkich konsumentów, ponieważ za tę samą ilość pieniędzy można kupić więcej towarów niż wcześniej), często prowadzi do redukcji produkcji, wzrostu bezrobocia i generalnie do recesji w gospodarce.
Jeżeli można powiedzieć, że niska inflacja uzdrawia gospodarkę, a deflacja wywołuje choroby w gospodarce, to chodzenie da się porównać z motywującą inflacją na poziomie 3%.
Mało tego, chodzenie jest zupełnie naturalne dla naszego organizmu. Człowiek w trakcie swojego rozwoju zasiedlił wszystkie kontynenty właśnie na piechotę. Nasi przodkowie musieli to robić przez cały czas. Dzięki temu cały układ szkieletowy człowieka w trakcie ewolucji dostosowywał się do chodzenia. Bieg umożliwiał tylko szybkie dostanie się do bezpiecznego miejsca, był wyczerpujący i służył do pokonywania krótkich dystansów.
Od tysięcy lat głównym zajęciem człowieka dla przetrwania było polowanie i siłą rzeczy codziennie pokonywał on dość duże odległości, które dla współczesnej osoby są niewyobrażalne. Nawet w starożytności rzymski żołnierz w dzień przechodził średnio 30–50 km, po czym często od razu miał być zdolny do walki, a nie odpoczywać i nabierać sił po marszu. Ale ponieważ odległości te pokonywano wówczas na piechotę, a nie biegiem, to nie było problemu z szybką regeneracją.
Również nasi dziadkowie pieszo pokonywali drogę do pracy i z powrotem, robiąc czasami kilka (a nawet kilkanaście) kilometrów dziennie. Wtedy siłą rzeczy musieli regularnie się ruszać, a to oznacza, że nogi mieli silne, ścięgna, kości i więzadła twarde, w dodatku byli zahartowani (przecież do pracy trzeba było iść w każdą pogodę!), dzięki czemu mniej chorowali.
Zatem starajmy się chodzić regularnie i jak najwięcej!
Właściwie większość z nas nawet nie podejrzewa, że w trakcie chodzenia też stosujemy zasadę Tai Chi.
W jaki sposób?
Na początku należy przypomnieć, że ciało ludzkie z zewnątrz jest symetryczne — tzn. jego lewa połowa stanowi lustrzane odbicie prawej połowy. Chyba bez dodatkowego tłumaczenia rozumiemy, że nasza lewa strona nie może istnieć sama, bez strony prawej, i na odwrót. W ten sposób ludzkie ciało jest już w pewnym sensie odzwierciedleniem symbolu Tai Chi, w którym yin i yang tworzą jedność i uzupełniają się nawzajem.
Żeby iść, musimy przez cały czas przestawiać nogi — dzięki temu dokonywany jest ruch w przód. Na tym polega proces chodzenia. Inaczej się nie da. Przy czym krok wykonany lewą nogą jest taki sam jak prawą, a więc Wielki Yang naszej prawej nogi jest taki sam jak Wielki Yin lewej.
Proszę również zwrócić uwagę na to, że kiedy unosimy i przesuwamy prawą nogę do przodu, to razem z nią jednocześnie przesuwa się lewa ręka i na odwrót. Dzięki temu ciało jest zrównoważone w pionie i zachowuje stabilność oraz równowagę w trakcie ruchu. Zatem możemy sobie spokojnie iść przed siebie i pokonywać różne odległości. Jak widzimy, ręce odzwierciedlają mały yin i mały yang naszego ciała — to właśnie są te „oczka” w głowach „ryb”.
To, że wyliczam zalety chodzenia, nie znaczy, że jestem absolutnym przeciwnikiem biegania. Sam w młodości z przyjemnością uprawiałem tę aktywność fizyczną i wiem, jaką daje radość. Bieg na niewielkie odległości, w pewnych okolicznościach życiowych i przy odpowiedniej kondycji fizycznej, również jest korzystny dla zdrowia.
A właściwie dlaczego uprawiamy jogging lub inną aktywność fizyczną, na przykład gramy w piłkę, ćwiczymy na siłowni? Dlatego że jest to również pewien sposób na odstresowanie się. W procesie takiej aktywności nasza świadomość naturalnie skupia się na odczuciach fizycznych i na jakiś czas zapomina o problemach życiowych. Inaczej mówiąc, stres psychiczny staramy się stłumić stresem fizycznym.
Jednocześnie należy zawsze mieć na uwadze, że bieg i zajęcia na siłowni to nie tylko dodatkowy wysiłek fizyczny, który zmusza organizm do pracy na nieco większych obrotach. To wciąż jest stres, z którym ciało musi się uporać. Owszem, w jakimś stopniu taka aktywność zwiększa odporność naszego organizmu. Jednocześnie wykorzystuje on część swoich zasobów energetycznych i później stara się je szybko uzupełnić. Robi to, bo nie wie, co jeszcze wymyśli nasza świadomość w przyszłości, dlatego próbuje się przygotować na ewentualny podobny stres fizyczny i tworzy trochę większe rezerwy. Dzięki temu one się powiększają i tym samym rośnie zarówno nasza odporność fizyczna, jak i psychiczna.
W każdym razie należy pamiętać, że w trakcie każdego wysiłku — fizycznego, umysłowego czy emocjonalnego — organizm przez cały czas zużywa energię. Dlatego jeszcze raz chcę podkreślić, że w pewnym okresie życia musimy umieć mądrze gospodarować swoją energią życiową — z jednej strony nie rozpraszać jej bez potrzeby, a z drugiej strony umieć ją gromadzić.
Nie nauczymy się tego, korzystając z europejskiego dziedzictwa. Co więcej, w naszej strefie kulturowej pojęcie „energii” oznacza coś innego niż to, jak od czasów starożytnych rozumie się je w Chinach lub Indii.
Zatem nadszedł moment, by porozmawiać o tajemniczej energii naszego organizmu — energii qi.
Tajemnicza energia qi