E-book
19.99 13
drukowana A5
29.99
Sekret ciasnej zbroi
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Sekret ciasnej zbroi


Objętość:
105 str.
ISBN:
978-83-8455-942-0
E-book
za 19.99 13
drukowana A5
za 29.99

Rozdział 1

O tym, jak rycerz Baltazar z rodu Niewygodnych Naramienników przyszedł na świat i od początku sprawiał kłopoty


Narodziny bohatera w zamku na wzgórzu, gdzie akuszerka pomyliła znak astrologiczny, a kronikarz zapisał, że „dziecko będzie albo wielkim wojownikiem, albo człowiekiem o wyjątkowo trudnym charakterze”. Pierwsze konflikty z ojcem, który chce wychować syna na idealnego rycerza.

Baltazar przyszedł na świat w trzecim kwartale roku pańskiego, którego cyfr nikt dokładnie nie pamiętał, gdyż nadworny kronikarz, brat Hieronim, cierpiał na permanentne odmóżdżenie wywołane piciem sfermentowanego miodu i chronicznym brakiem witaminy C. Narodziny dokonały się w zamku na wzgórzu — budowli tak przewiewnej, wilgotnej i architektonicznie absurdalnej, że samo przebywanie w niej stanowiło permanentną pokutę za grzechy całego chrześcijaństwa, o czym zresztą lokalne duchowieństwo przypominało przy każdej okazji, inkasując za te cenne uwagi stosowną dziesięcinę. Poród był chaotyczny, krwawy i pozbawiony jakiejkolwiek metafizycznej godności, przypominając raczej nieudany ubój świni niż nadejście na świat dziedzica rodu Niewygodnych Naramienników, którego przedstawiciele od pokoleń cierpieli na zwyrodnienia kręgosłupa szyjnego, wywołane noszeniem zbyt ciężkiego żelastwa w imię wyimaginowanego honoru. Sprowadzona na tę okoliczność akuszerka, kobieta o powierzchowności starego morsa i kompetencjach medycznych ograniczających się do upuszczania krwi i palenia czarownic, spojrzała w nocne niebo, po czym z pełnym przekonaniem pomyliła układ gwiazd, biorąc tyłek pasącego się na błoniach osła za koniunkcję Saturna z Jowiszem. Brat Hieronim, skrobiąc tępym piórem po zżartym przez myszy pergaminie, zapisał wówczas sentencję, która miała stać się przekleństwem całej rodziny: „Dziecko to będzie albo wielkim wojownikiem, tratującym niewiernych w imię urojonych dogmatów, albo człowiekiem o wyjątkowo gnuśnym, złośliwym i trudnym charakterze, co w sumie sprowadza się do tego samego, jeśli weźmie się pod uwagę kondycję psychiczną współczesnego rycerstwa”. Sam akt zapisu tego proroctwa trwał dobrych kilka godzin, ponieważ brat Hieronim co rusz musiał przerywać pracę, by ubić wszy gnieżdżące się w jego wełnianym habicie, co lokalny przeor uważał za przejaw głębokiej ascezy i udręczenia ciała dla zbawienia duszy, choć w rzeczywistości był to po prostu totalny brak dostępu do bieżącej wody i jakichkolwiek mydeł tłuszczowych. Zamek, będący niemym świadkiem tego medyczno-astrologicznego blamażu, wznosił się nad okolicą niczym wielki, szary wrzód na gładkim ciele doliny, generując gigantyczne koszty utrzymania i nie dając w zamian nic oprócz permanentnego przeziębienia u wszystkich mieszkańców, którzy zmuszeni byli wdychać opary z fosy pełnej fekaliów i odpadków kuchennych, zrzucanych tam bezpośrednio przez okna wielkiej sali biesiadnej.

Młody Baltazar od pierwszego krzyku udowodnił, że bliższa jest mu ta druga, znacznie bardziej uciążliwa diagnoza astrologiczna, odrzucając pierś matki z taką samą pogardą, z jaką kilkanaście lat później miał odrzucać wszelkie autorytety moralne, i domagając się rozcieńczonego wina, co lokalny proboszcz uznał za ewidentny znak opętania przez demona ascezy wstecznej oraz jawną obrazę majestatu boskiego, który przecież nakazał noworodkom ciche ssanie i szybkie umieranie na dżumę w imię wyższych celów eschatologicznych. Ojciec chłopca, stary baron mieniący się dumnie obrońcą wiary, choć jego jedynym realnym osiągnięciem było przetrwanie trzech epidemii czarnej ospy dzięki całkowitemu unikaniu higieny osobistej oraz zaryglowaniu się w piwnicy z zapasem solonej słoniny, od początku widział w synu przedłużenie własnych, skrajnie niespełnionych ambicji militarnych oraz idealne mięso armatnie do kolejnej bezsensownej krucjaty, którą papież planował wyłącznie po to, by spłacić długi u genueńskich bankierów. Stary baron spędzał długie wieczory na gapieniu się w kominek, w którym paliły się resztki wilgotnych dębowych polan, i snuciu wizji, jak to jego potomek będzie paradował w zakrwawionej zbroi przez spalone słońcem pustynie, rżnąc w pień każdego, kto nie potrafi wyrecytować wyznania wiary po łacinie, co w świecie barona stanowiło absolutny szczyt ludzkiego rozwoju intelektualnego i duchowego. Chciał ulepić z niego bezmózgiego, posłusznego robota w blaszanej puszce, który bezrefleksyjnie oddawałby życie za ziemię, której i tak nie potrafiłby porządnie uprawić, oraz za Boga, którego urzędnicy na ziemi handlowali odpustami za grzechy, jakich przeciętny chłop nie byłby w stanie wymyślić nawet po spożyciu halucynogennych grzybów rosnących na zamkowym gnoju.

Konflikt pokoleniowy wybuchł więc z siłą górskiego wodospadu, gdy tylko Baltazar nauczył się składać sylaby w cyniczne riposty, konsekwentnie odmawiając porannego klepania pacierzy na rzecz dłuższego spania w luksusowych, sprowadzanych z Flandrii gęsich pierzynach i publicznie kwestionując sensowność noszenia rodowych naramienników, które uciskały go w ramiona, ograniczały dopływ krwi do mózgu i sprawiały, że każdy krok brzmiał jak upadek wozu z drabiną pełnego glinianych garnków. Rodowe naramienniki były zresztą osobnym rozdziałem w historii domowej gehenny — wykonane z najgorszej jakości żelaza bogatego w siarkę, ważyły tyle, co średniej wielkości prosiak, a ich krawędzie były tak niechlujnie wykończone przez pijanego kowala, że permanentnie raniły skórę na karku, doprowadzając do zakażeń, które domowy medyk leczył poprzez przykładanie do ran ciepłego krowiego łajna zmieszanego ze sproszkowanym tłuczonym szkłem. Baltazar, wykazując się resztkami instynktu samozachowawczego, wyrzucał te medyczne specyfiki przez okno, co rusz trafiając w głowy zakonników żebrzących pod murami o chleb, co z kolei generowało kolejne skargi do biskupa i groźby rzucenia na cały ród klątwy kościelnej, która w tamtych czasach oznaczała głównie to, że sąsiedzi zyskiwali legalne prawo do zajęcia zamku i zgwałcenia wszystkiego, co poruszało się na czterech lub dwóch nogach.

Ojciec, wściekły na widok syna gardzącego rzemiosłem wojennym i wolącego analizować podatkowe oszustwa kleru oraz czytać potajemnie przemycane z mauretańskiej Hiszpanii traktaty o poezji i geometrii niż uczyć się fechtunku topornego, regularnie okładał go rękojeścią miecza, co jednak zamiast oczekiwanej uległości wywołało u chłopca jedynie głęboką, lodowatą nienawiść do wszelkiej małej i wielkiej maści tyranów tego świata. Każda taka domowa egzekucja wychowawcza kończyła się wielogodzinnym kazaniem starego barona, który potrafił przez trzy godziny perorować o tym, że za jego czasów młodzież nie miała czasu na myślenie, bo albo umierała na czerwonkę w obozach wojskowych, albo całowała po rękach lokalnego proboszcza, co uważał za złoty wiek ludzkości, bezpowrotnie utracony przez upadek moralny obecnego pokolenia, przejawiający się noszeniem czystszych koszul i czytaniem książek innych niż psałterz. Baltazar słuchał tych mądrości z miną człowieka, który przez przypadek usiadł w gnieździe szerszeni, odliczając w myślach minuty do momentu, w którym stary zaleje się w trupa tanim piwem i zaśnie na stole, twarzą w misce z resztkami niedogotowanej kaszy, co pozwalało młodemu buntownikowi na powrót do swoich prywatnych studiów nad bezsensem istnienia struktur feudalnych.

W miarę jak chłopak dorastał, zamek stawał się dla niego zbyt ciasny, nie tylko ze względu na fizyczne rozmiary murów, ale przede wszystkim przez zagęszczenie mentalnej biedy, która unosiła się w powietrzu wraz ze smrodem palonego łoju i niemytych od miesięcy ciał służby, która uważała, że woda jest wymysłem szatana służącym wyłącznie do topienia czarownic i rozcieńczania piwa w karczmach. Baltazar zaczął manifestować swoją odrębność poprzez drobne akty sabotażu estetycznego, takie jak przeszywanie rodowych proporców jedwabnymi nićmi ukradzionymi z kufrów matki, która i tak od dawna nie kontaktowała ze światem rzeczywistym, spędzając dnie na odmawianiu różańca i popijaniu kropel nasercowych na bazie czystego spirytusu. Gdy stary baron z dumą prezentował sąsiadom starą, wyszczerbioną tarczę, którą jego dziadek rzekomo ranił jakiegoś pogańskiego wodza, Baltazar potrafił z zimną krwią zauważyć, że plama na środku tarczy nie jest zaschniętą krwią bohatera, lecz śladem po rozlanym sosie z pieczonej gęsi, co doprowadzało gości do dławienia się winem, a ojca do stanu przedzawałowego, kończącego się zazwyczaj kolejną serią razów i zamknięciem młodzieńca w wieży o suchym chlebie i wodzie. Siedząc w tejże wieży, pośród odchodów nietoperzy i starych dokumentów podatkowych, Baltazar doszedł do wniosku, że ludzkość dzieli się na dwie kategorie: na tych, którzy dają się zakuć w żelazo i umierają za cudze portfele, oraz na tych, którzy z bezpiecznej odległości piszą o tym nudne wiersze, inkasując za to państwowe pensje i darmowe obiady na dworach królewskich. On sam nie zamierzał należeć do żadnej z tych grup, pragnąc raczej znaleźć trzecią drogę — drogę absolutnego, cynicznego dystansu wobec wszystkiego, co społeczeństwo uważało za święte, wielkie i godne naśladowania.

Rozdział 2

Nauki rycerskie, czyli jak zostać wojownikiem, kiedy bardziej interesują cię hafty na chorągwiach


Baltazar trafia do szkoły rycerskiej. Nauka jazdy konnej, walki mieczem, polowania i dworskiej etykiety. Problem w tym, że młody rycerz ma wyjątkowy gust do pięknych tkanin, perfum i zdobionych zbroi.

Edukacja młodego Baltazara w Akademii Rycerskiej św. Pankracego — instytucji założonej przez zramolałego i syfilitycznego biskupa, który w wolnych chwilach od liczenia zysków z diecezjalnego nierządu pasjonował się militaryzmem i zbieraniem relikwii wątpliwego pochodzenia — przypominała próbę tresury kota domowego na psa obronnego za pomocą grubego kija i rzymskiego katechizmu. Szkoła mieściła się w poausteryjnym gmaszysku, wzniesionym z szarego, nasiąkniętego wilgocią wapienia, gdzie smród niemytych ciał kilkudziesięciu dorastających, przechodzących burzę hormonów młodzieńców mieszał się z wyziewami zgnilizny z pobliskich fos, tworząc unikalny, feudalny mikroklimat sprzyjający wyłącznie rozwojowi chorób skórnych, gruźlicy oraz permanentnego obłędu. Ojciec Baltazara, pozbywając się syna z domu z radosną ulgą i nadzieją, że surowy dryl wypleni z niego wszelkie przejawy człowieczeństwa, opłacił czesne całkowicie w naturze, wysyłając rektorowi trzy wychudzone krowy, worek spleśniałego żyta i pół beczki zjełczałego smalcu, co w ówczesnych realiach ekonomicznych stanowiło równowartość luksusowego stypendium naukowego. Kwota ta miała zagwarantować, że chłopak wróci za kilka lat jako bezwzględna, pozbawiona empatii maszyna do zabijania, zdolna bez mrugnięcia okiem rozłupać czerep każdemu, kto nie wyznaje dogmatu o Trójcy Świętej w wersji zatwierdzonej przez lokalny synod prowincjonalny, lub po prostu każdemu, na kogo palcem ukaże jego własny suweren.

Rzeczywistość zweryfikowała te ambitne plany pedagogiczne już pierwszego ranka, podczas lekcji jazdy konnej prowadzonej przez rotmistrza Brzetysława — człowieka, którego intelekt i aparycja nie odbiegały znacząco od kloca drewna dębowego, i który całą swoją prymitywną wiedzę o mechanice świata czerpał z wieloletnich obserwacji końskich zadów oraz regularnego nadużywania bimbru pędzonego z obierek ziemniaczanych. Baltazar, zamiast z młodzieńczą furią i okrzykiem bojowym dosiąść rosłego, pokrytego strupami i ślepego na jedno oko wałacha, spędził pierwsze dwie godziny zajęć na głośnym, ostentacyjnym lamentowaniu nad estetyczną katastrofą, jaką były ordynarne, parciane popręgi raniące boki zwierzęcia, oraz nad tragicznym brakiem symetrii w ułożeniu rodowego czapraka. Młody szlachcic z obrzydzeniem dotykał brudnego rzemienia, wytykając rotmistrzowi, że brak jakiejkolwiek harmonii kolorystycznej w rzędzie końskim świadczy o głębokim upadku kulturowym i intelektualnym całej prowincji, co Brzetysław, nieprzyzwyczajony do analizy semantycznej, skwitował natychmiastową chłostą za pomocą skórzanego bata, a Baltazar — precyzyjną, cichą i lodowatą obietnicą, że pewnego dnia otruje jego ulubionego ogiera arszenikiem ukrytym w świeżym owsie.

Prawdziwy dramat i komedia ludzka rozgrywały się jednak na głównym placu turniejowym akademii, gdzie nauka walki mieczem sprowadzała się do bezmyślnego, chaotycznego machania dwuręczną szyną żelazną, w czym rówieśnicy Baltazara — w większości analfabeci o twarzach nieskażonych żadną, nawet najprostszą myślą autonomiczną — odnajdywali pierwotną, niemal religijną ekstazę, porównywalną jedynie z kopulacją. Baltazar patrzył na te zapocone, parujące w chłodnym, porannym powietrzu stada przyszłych obrońców ojczyzny i wiary z głębokim, egzystencjalnym obrzydzeniem, ubolewając w duchu nie tyle nad nieuchronnością ludzkiej przemocy, która była stałą wpisaną w ten nędzny świat, ile nad jej skrajną, nużącą i prymitywną bezstylowością. Podczas gdy inni kadeci rzucali się na drewniane manekiny z dzikim, zwierzęcym rykiem, udając, że mordują Saracenów, on stał z boku, oparty o spróchniałą palisadę, i ze szczerym zaciekawieniem analizował fakturę, gęstość oraz splot wełny na chorągwiach akademii. Doszedł wówczas do słusznego skądinąd wniosku, że tandetny, krzywy haft z wizerunkiem patrona szkoły, wykonany prawdopodobnie przez niedowidzącą zakonnicę w ramach pokuty za grzechy cielesne, jest znacznie większą zbrodnią przeciwko ludzkości i porządkowi wszechświata niż jakakolwiek teologiczna herezja, o którą Kościół tak chętnie palił ludzi na stosach.

Zamiast zgłębiać tajniki rzemiosła wojennego, które od początku uważał za mało wyrafinowaną rozrywkę dla ludzi upośledzonych umysłowo lub pozbawionych jakiegokolwiek zmysłu estetycznego, Baltazar zaczął potajemnie studiować zakazane traktaty o destylacji olejków eterycznych oraz botanice medycznej, sprowadzając przez żydowskich i arabskich kupców zamorskie perfumy. Olejkami tymi obficie skrapiał swoją ciężką, rodową zbroję, by za wszelką cenę zabić wszechobecny, duszący fetor potu, niemytych pachwin i strachu, który unosił się nad placem ćwiczeń niczym niewidzialna, toksyczna chmura. Gdy jego rówieśnicy wracali triumfalnie z obowiązkowych polowań na dziki, umazani po łokcie krwią zwierząt, dumni ze swojej rzeźnickiej natury i opowiadający prymitywne dowcipy o wiejskich dziewkach, Baltazar zamykał się w swojej ciasnej, zimnej komnacie, by przy pomocy skradzionej ze skryptorium igły poprawiać ornamenty na swoim napierśniku. Wierzył głęboko, z właściwym sobie fatalizmem, że skoro człowiek jest już zmuszony umrzeć na polu bitwy za egoistyczne ambicje jakiegoś opasłego monarchy czy innego biskupa, powinien przynajmniej wyglądać nienagannie, a nie jak sterta brudnego, rdzawego żelastwa porzucona przez pijanego wiejskiego kowala na trakcie podczas roztopów.

Z czasem Baltazar odkrył, że akademia nie jest monolitem, lecz doskonale skorumpowaną strukturą, w której każdy, od kucharza po rektora, ma swoją cenę, co pozwoliło mu na stworzenie własnej, luksusowej enklawy pośród tego ogólnego upodlenia. Wykorzystując resztki złota, które udało mu się podkraść z domowego skarbca przed wyjazdem, zaczął przekupywać strażników, by przymykali oko na jego nieobecności na porannych mszach świętych, podczas których kapelan z zapałem godnym lepszej sprawy opowiadał o wiecznych mękach piekielnych dla tych, którzy nie oddają kościołowi należnych podatków. Zamiast klęczeć na zimnych, kamiennych płytach kaplicy i udawać pobożność, Baltazar wolał leżeć w łóżku, paląc sprowadzane z bliskiego wschodu zioła o dziwnym, słodkawym zapachu i czytając rzymską poezję erotyczną, która uświadamiała mu, jak bardzo chrześcijańskie średniowiecze cofnęło ludzkość w rozwoju cywilizacyjnym i higienicznym. Stał się kimś w rodzaju lokalnego dandysa, arbitra elegancji w świecie, gdzie szczytem luksusu było posiadanie butów, które nie przeciekały na pierwszym deszczu, co budziło w jego rówieśnikach mieszaninę głębokiej nienawiści, zazdrości oraz zabobonnego strachu, podszytego lękiem, że młody baron Niewygodnych Naramienników może rzucić na nich jakiś urok.

Konfrontacja z systemem musiała jednak w końcu nastąpić, a jej punktem kulminacyjnym stał się coroczny przegląd wojskowy, na który przybył sam biskupi wizytator, człowiek tak gruby, że jego własny koń uginał się pod jego ciężarem niczym trzcina na wietrze, i którego jedyną pasją było tropienie wszelkich przejawów braku subordynacji i myślenia niezależnego wśród młodego rycerstwa. Gdy wizytator stanął przed Baltazarem, oczekując, że zobaczy wzorowego kadeta z dumnie uniesionym mieczem i miną gotową do natychmiastowego mordu, jego oczom ukazał się młodzieniec w zbroi tak wypolerowanej, że można było w niej oglądać własne odbicie, z misternie wygrawerowanymi motywami florystycznymi na naramiennikach i pachnący tak intensywnie jaśminem, że połowa stojących obok żołnierzy zaczęła głośno kichać.

„Co to ma być, na kopyta szatana?! — zaryczał biskup, trzęsąc swoimi potrójnymi podbródkami i wymachując grubym pastorałem — Czy to jest armia Chrystusa, czy dom publiczny w Wenecji?! Rycerz ma pachnieć krwią, błotem i chwałą, a nie kurtyzaną z zamorskich krain!”.

Baltazar, nie mrugnąwszy okiem i patrząc prosto w przekrwione ślepia duchownego, odpowiedział z nienagannym, dworskim ukłonem:

„Ekscelencjo, skoro wasz kościół uczy, że ciało jest świątynią ducha, uznałem, że moja świątynia zasługuje na lepsze kadzidło niż smród niemytych od roku nóg moich szanownych kolegów; poza tym, czysta zbroja lepiej odbija promienie słońca, co może zostać uznane przez niewiernych za bezpośrednią interwencję boską i wywołać u nich nagły atak paniki religijnej”.

Biskup aż zapowietrzył się z wściekłości, a rektor akademii o mało nie zemdlał, przeczuwając, że ta bezczelna riposta może kosztować szkołę utratę kolejnych dotacji celowych na zakup broni i paszy dla koni, jednak Baltazar był zbyt inteligentny, by dać się tak łatwo zamknąć w lochu. Wiedział bowiem, że brat rektora prowadzi potajemne interesy z lokalnymi rozbójnikami, dzieląc się z nimi zyskami z łupienia kupców na traktach, a dowody na tę owocną współpracę leżały bezpiecznie schowane w kufrze Baltazara, skopiowane precyzyjnie z tajnych archiwów szkoły podczas jednej z jego nocnych eskapad. Młody baron delikatnie dał do zrozumienia rektorowi, że jakikolwiek uszczerbek na jego zdrowiu lub wolności osobistej zaowocuje natychmiastowym wysłaniem listu poleconego do samego papieża, co zmusiło władze akademii do przełknięcia tej gorzkiej pigułki i ogłoszenia, że Baltazar wykazał się „głęboką, choć specyficznie rozumianą mądrością chrześcijańską”. Tym samym chłopak udowodnił, że w świecie opartym na brutalnej sile i religijnym kłamstwie, prawdziwą władzę ma ten, kto potrafi myśleć, szantażować i dbać o nienaganny krój swoich szat, zostawiając bezmyślne umieranie za ojczyznę tym, którzy i tak nie mieli pojęcia, co zrobić z własnym życiem.

Rozdział 3

O pierwszym pojedynku, który zakończył się herbatą z przeciwnikiem


Turniej rycerski. Bohater miał walczyć do ostatniej kropli krwi, ale zamiast tego zaprzyjaźnia się z przeciwnikiem z sąsiedniego księstwa. Kronikarze nie wiedzą, jak opisać taką sytuację.

Wielki Turniej św. Makarego Męczennika miał być w założeniu lokalnych elit esencją chrześcijańskiej cywilizacji, co w praktyce oznaczało, że grupa kilkudziesięciu zakutych w rdzewiejący złom, potwornie znudzonych i niedomytych samców miała tłuc się po głowach tępymi mieczami ku uciesze gawiedzi, której jedyną alternatywną rozrywką było oglądanie publicznych egzekucji lub zdrapywanie strupów po dżumie. Trybuny wzniesiono pośpiesznie z surowych, sosnowych bali, z których wciąż sączyła się lepka żywica, brudząc jedwabne suknie miejscowych dam, będących w większości ofiarami aranżowanych małżeństw z seryjnymi gwałcicielami o szlacheckich rodowodach. W centralnym punkcie loży honorowej zasiadał stary baron Niewygodnych Naramienników, tatusiek Baltazara, który zdążył już wypić kwartę kwaśnego wina i teraz z trudem powstrzymywał odruchy wymiotne, modląc się w duchu, by jego syn albo zabił kogoś widowiskowo, albo sam zginął w sposób na tyle bohaterski, by można było ogłosić żałobę narodową i wyłudzić od króla zwolnienie z podatków gruntowych. Kościół, rzecz jasna, również był obecny — u stóp trybuny stał ołtarz polowy, przy którym spocony kapelan w zatłuszczonym ornacie mechanicznie mamrotał łacińskie formuły, obiecując zbawienie wieczne każdemu, kto rozłupie czaszkę bliźniego w sposób zgodny z prawem kanonicznym, inkasując jednocześnie drobne opłaty za święcenie koni i sprawdzanie, czy w tarczy przeciwnika nie ukryto diabelskich talizmanów.

Baltazar tymczasem stał w swoim namiocie bojowym i przeżywał głęboki, egzystencjalny kryzys tożsamości, wywołany faktem, że giermek przyniósł mu na napierśnik niewłaściwy odcień karmazynowej wstęgi, który w ostrym, popołudniowym słońcu wyglądał nie jak szlachetna krew, lecz jak rozgnieciona mszyca na buraku. Sama myśl o wejściu w ten zapocony, ryczący tłum napędzany piwem i religijnym fanatyzmem napełniała młodego estetę potwornym wstrętem, zresztą cała ta turniejowa logistyka urągała jakimkolwiek standardom cywilizacyjnym — w stajniach śmierdziało końskim nawozem, rycerze rzygali po kątach z nerwów, a herald ogłaszający nazwiska zawodników ryczał przez blaszaną tubę z wdziękiem godnym zarzynanego osła. Kiedy w końcu wywołano imię Baltazara, ten wyszedł na udeptaną ziemię z gracją modela przechadzającego się po paryskim wybiegu, nienagannie wyprostowany, pachnący sprowadzonym z Wenecji olejkiem bergamotowym, co samo w sobie stanowiło ciężką prowokację w otoczeniu pachnącym głównie cebulą, psującym się zębem i mokrym psem. Jego przeciwnikiem okazał się hrabia Fryderyk z sąsiedniego księstwa Hohen-Cośtam — młodzieniec o zaskakująco delikatnych rysach twarzy, którego zbroja, ku zdumieniu i cichemu zachwytowi Baltazara, nie była topornym dziełem wiejskiego kowala, lecz rzemieślniczym arcydziełem z subtelnym, florenckim grawerunkiem przedstawiającym liście akantu i wijące się bluszcze.

Tłum zaryczał, domagając się natychmiastowej, krwawej łaźni, stary baron splunął z trybuny, trafiając niemal w głowę przechodzącego mnicha, a herald dał znak do rozpoczęcia pojedynku na śmierć i życie, choć w regulaminie wspomniano coś o „walce do pierwszej krwi”, co i tak wszyscy mieli w głębokim poważaniu. Rycerze ruszyli ku sobie, jednak zamiast dzikiego szarżowania z uniesionym żelastwem i wznoszenia chrześcijańskich okrzyków bojowych, obaj panowie zatrzymali się w odległości trzech kroków, mierząc się wzrokiem z precyzją dwóch krawców oceniających jakość importowanego aksamitu. Baltazar, zamiast wznieść swój ciężki, oburęczny miecz, uniósł jedynie brew, przyglądając się z bliska napierśnikowi Fryderyka, po czym odezwał się głosem pozbawionym jakiejkolwiek agresji, za to pełnym szczerego, głębokiego podziwu dla rzemiosła:

„Na rany Chrystusa, czy to jest autentyczny, toskański grawer młotkowy, czy tylko wyjątkowo udana podróbka z norymberskich warsztatów? Bo jeśli to pierwsze, to gratuluję smaku, choć linia biodrowa tego pancerza mogłaby być nieco bardziej taliowana, żeby nie robić z pana kloca drewna”.

Fryderyk, który przez ostatnie trzy dni żył w permanentnym strachu, że przyjdzie mu walczyć z jakimś lokalnym neandertalczykiem umazanym tłuszczem, zamarł z uniesionym mieczem, po czym na jego twarzy odmalowała się ulga tak wielka, jakby właśnie papież osobiście zniósł dla niego cały przyszłoroczny post. Opuścił broń, zdjął ciężką przyłbicę, ukazując starannie wypielęgnowane, jasne włosy i odpowiedział z lekkim, dworskim ukłonem:

„Mój drogi panie, wreszcie ktoś, kto potrafi odróżnić sztukę od rzeźnictwa; to robota mistrza z Lukki, kosztowała mnie trzy wsie i połowę stada owiec, ale miejscowi kretyni uważają, że zbroja ma po prostu chronić przed siekierą, jakby estetyka na polu bitwy była jakimś grzechem przeciwko Duchowi Świętemu”.

Na trybunach zapadła absolutna, grobowa cisza, przerwana jedynie przez głośne chrapanie jednego z pijanych biskupów oraz stłumiony jęk starego barona Niewygodnych Naramienników, który zaczął gwałtownie masować się w okolicach mostka, przeczuwając, że jego rodowy honor właśnie został publicznie przerobiony na konfitury. Kronikarze turniejowi, trzej zgarbieni mnisi z piórami zanurzonymi w tanim atramencie, zawiesili dłonie nad pergaminami, patrząc po sobie z absolutnym osłupieniem, gdyż ich dotychczasowy słownik literacki ograniczał się do zwrotów typu: „rozłupał mu czerep”, „flaki potoczyły się po piasku” lub „zbożny rycerz skonał w chwale”. Nie istniały żadne oficjalne formuły kościelne ani państwowe na określenie sytuacji, w której dwóch zbrojnych, zamiast dokonywać wzajemnej amputacji kończyn, zaczyna dyskutować o włoskich trendach w metalurgii i wyższości haftu płaskiego nad wypukłym. W tym samym czasie Baltazar, całkowicie ignorując pomruki niezadowolenia ze strony publiczności, która zaczęła już rzucać na arenę ogryzkami jabłek i zgniłymi rzepami, wykonał gest zapraszający w stronę swojego namiotu, gdzie jego giermek — przerażony obrotem spraw, ale posłuszny — zdążył już zaparzyć napar z suszonych liści poziomki i mięty, sprowadzony za niebotyczne pieniądze z bizantyjskich rynków.

„Skoro świt i tak nie przyniesie nam tu żadnej intelektualnej podniety, a tutejsze powietrze pachnie głównie niemyciem starego proboszcza, proponuję przenieść naszą dysputę w miejsce bardziej sprzyjające konsumpcji kulturalnej” — rzekł Baltazar, zdejmując swoje niefortunne, uciskające naramienniki i rzucając je na piasek z taką pogardą, jakby były to brudne onuce chłopa pańszczyźnianego.

Fryderyk bez wahania schował miecz do pochwy, skinął głową i obaj rycerze, ramię w ramię, ruszyli w stronę namiotu, zostawiając za sobą osłupiały tłum, sędziów turniejowych i Kościół, który w tym momencie stracił okazję do zainkasowania procentu z zakładów bukmacherskich. Wewnątrz namiotu, z dala od wrzasków gawiedzi, atmosfera stała się wręcz salonowa; giermek podał napar w autentycznych, glinianych czarkach imitujących chińską porcelanę, a młodzi arystokraci usiedli na luksusowych, wełnianych poduszkach, rozmawiając o upadku obyczajów, absurdzie instytucji rycerstwa i o tym, jak bardzo cała ta feudalna machina opiera się na zbiorowej halucynacji niewyżytych starców.

„Wszyscy ci baroni i margrabiowie — mówił Fryderyk, siorbiąc gorącą herbatę — to banda impotentów intelektualnych, którzy nie potrafią napisać własnego nazwiska, więc rekompensują to sobie wysyłaniem młodzieży na rzeź w imię odzyskania jakiegoś zardzewiałego gwoździa z Jerozolimy, który lokalny opat kupił od handlarza tandetą pod Ankoną”. Baltazar pokiwał głową z głębokim zrozumieniem, dodając: „Mój ojciec uważa, że szczytem męskości jest nieumycie się przez cały wielki post i spanie w pancerzu, przez co pachnie jak padlina, a każdą próbę rozmowy o literaturze traktuje jako osobistą zniewagę dla Korony; Kościół z kolei wmawia nam, że cierpienie uszlachetnia, ale jakoś żaden kardynał nie rezygnuje ze swoich jedwabiów na rzecz wora pokutnego”.

Tymczasem na zewnątrz działy się rzeczy przechodzące ludzkie pojęcie, bo brat Hieronim, zmuszony przez przeora do sporządzenia oficjalnej relacji z tego wydarzenia, popadł w całkowity obłęd twórczy, gryząc pióro i próbując naciągać rzeczywistość do granic możliwości teologicznych. Ostatecznie w kronikach zapisano, że „Rycerz Baltazar i Hrabia Fryderyk stoczyli mistyczny pojedynek na poziomie duchowym, gdzie orężem była cnota cierpliwości, a brak rozlewu krwi stanowił cudowny znak pokoju, zesłany przez św. Makarego, by zawstydzić grzeszne żądze zgromadzonego ludu”. Było to kłamstwo tak bezczelne i monumentalne, że nawet sam proboszcz, przyzwyczajony do fałszowania ksiąg parafialnych, poczuł lekki skurcz żołądka, jednak alternatywa — czyli przyznanie, że dwóch najważniejszych dziedziców w powiecie olało turniej na rzecz herbatki i plotek o modzie — doprowadziłaby do natychmiastowego wybuchu wojny domowej i całkowitej kompromitacji autorytetu władzy świeckiej i duchownej. Stary baron Niewygodnych Naramienników powrócił do zamku w stanie ciężkiej katatonii, odmawiając jedzenia i tylko od czasu do czasu mamrocząc pod nosem coś o „synu, który zamiast flaków wolał liście”, podczas gdy Baltazar i Fryderyk planowali już potajemną ucieczkę do Włoch, gdzie — jak słyszeli — ludzie przynajmniej wiedzą, do czego służy widelec i że zbroja powinna przede wszystkim dobrze leżeć na biodrach.

Rozdział 4

Tajemnica zbrojmistrza, czyli dlaczego zbroja Baltazara była zawsze o jeden rozmiar za ciasna


W zamku pojawia się mistrz zbrojmistrz, który tworzy niezwykłą zbroję. Plotki głoszą, że jest „magiczna”. Prawda jest bardziej kłopotliwa.

Powrót Baltazara do rodzinnego gniazda po turniejowej farsie, która w oficjalnych kronikach klasztornych została ochrzczona mianem „mistycznego rozejmu cnót”, przypominał wjazd skazanego na galery, który przez przypadek założył na egzekucję zbyt drogie buty. Stary baron Niewygodnych Naramienników, którego stan przedzawałowy płynnie przeszedł w fazę permanentnej, złośliwej melancholii, spędzał dnie na naprzemiennym biczowaniu się przed obrazem Matki Boskiej Bolesnej a piciem wątpliwego bimbru, który destylował dla niego w zamkowej piwnicy głuchoniemy stajenny. Wiadomość o tym, że jego jedyny dziedzic zamiast wypruć flaki hrabiemu Fryderykowi, spędził popołudnie na siorbaniu herbatki poziomkowej i dotykaniu toskańskich grawerunków na cudzym napierśniku, rozeszła się po okolicznych zamordystycznych parafiach z prędkością dżumy. Kościół, rzecz jasna, węsząc w tym jawny kryzys tradycyjnych wartości rodowych oraz, co gorsza, potencjalny spadek dochodów z pogrzebów rycerskich, zaczął dyskretnie sugerować, że młody baron cierpi na rzadką odmianę opętania przez demona zniewieściałości, którego zwalczyć można jedynie poprzez całkowite odcięcie od funduszy oraz przymusowe wciśnięcie chłopca w najcięższy możliwy rynsztunek bojowy. W tym celu stary baron, resztkami sił umysłowych i za pożyczone od lokalnego lichwiarza pieniądze, sprowadził na zamek mistrza Gotfryda — zbrojmistrza o międzynarodowej sławie, człowieka o fizjonomii spalonego słońcem kloca drewna, który uważał, że stal jest jedyną godną zaufania rzeczą we wszechświecie, a ludzkie ciało to jedynie niedoskonały worek na krew, który należy jak najszczelniej zaryglować przed wpływem czynników zewnętrznych.

Mistrz Gotfryd przybył na zamek z całym kowalskim majdanem, wozem pełnym surowych płyt z szarej stalowej blachy i aurą człowieka, który posiadł wiedzę tajemną, co natychmiast wywołało falę plotek wśród zamkowej służby, żywiącej się na co dzień wyłącznie chlebem z ośćmi i wiarą w to, że ziemia jest płaska. Szeptano po kątach, że nowa zbroja dla młodego barona będzie „magiczna”, nasycona zaklęciami starożytnych alchemików, a może nawet wykuta z meteorytu, który spadł na ziemię tylko po to, by pomścić honor rodu Niewygodnych Naramienników i uczynić Baltazara odpornym na ciosy toporów, strzały z kuszy i uroki wiejskich czarownic. Prawda o tej konstrukcji była jednak znacznie bardziej skomplikowana, przyziemna i dla starego barona głęboko kłopotliwa, choć stary analfabeta, z racji braku jakichkolwiek zmysłów obserwacyjnych, nie był w stanie pojąć natury rzeczy, nawet gdyby ta uderzyła go w twarz z siłą taranu. Baltazar od pierwszego spotkania w kuźni zorientował się, że mistrz Gotfryd, mimo powierzchowności rzeźnika, posiadał rzadki dar absolutnego zrozumienia ludzkiej anatomii oraz niezwykle pragmatyczne podejście do kwestii przetrwania jednostek wybitnych w środowisku skrajnie wrogim. Podczas wielogodzinnych, intymnych przymiarek, odbywających się w mrocznej, dusznej atmosferze zamkowej zbrojowni, gdzie zapach rozgrzanej oliwy mieszał się z aromatem weneckich perfum Baltazara, obaj panowie doszli do cichego, genialnego porozumienia, które miało na zawsze odmienić militarną karierę młodego estety.

Zbroja, którą Gotfryd ostatecznie zaprezentował na głównym dziedzińcu, była arcydziełem metalurgicznego sadyzmu wizualnego — pokryta matową, głęboką czernią, bez żadnych zbędnych, jarmarcznych ozdób, wyglądała tak groźnie i ascetycznie, że stary baron na jej widok popłakał się z dumy, uznając, że jego syn w końcu upodobni się do anioła zagłady. Problem polegał na tym, że pancerz był genialnie, perfidnie i z pełną premedytacją skrojony o dokładnie jeden rozmiar za ciasno w klatce piersiowej, talii i biodrach, opinając sylwetkę Baltazara z precyzją gorsetu najdroższej kurtyzany z Florencji. Każde założenie tego żelaznego pancerza wymagało obecności co najmniej dwóch silnych giermków, którzy przy pomocy skórzanych pasów i dźwigni dosłownie wtłaczali ciało młodego barona w stalowe ryzy, co wywoływało u niego natychmiastowy, teatralny bezdech oraz niemożność wykonania jakiegokolwiek gwałtownego ruchu ramieniem czy schylenia się po upuszczony przedmiot. Dla otoczenia, z ojcem i kapelanem na czele, ta ciasnota była ostatecznym dowodem na mistyczny, ascetyczny charakter zbroi, która miała rzekomo utrzymywać rycerza w stanie permanentnej czujności duchowej i umartwienia ciała, nie pozwalając mu na grzeszne rozluźnienie czy gnuśność. W rzeczywistości jednak, ta ciasnota była idealną, niepodważalną wymówką od jakiejkolwiek realnej walki — Baltazar z głębokim, ukrywanym w duchu rozbawieniem mógł teraz publicznie deklarować swoją absolutną gotowość do rzezi niewiernych, po czym z miną cierpiętnika oświadczać, że konstrukcja pancerza, będąca przecież „dziełem natchnionym”, ogranicza jego możliwości fechtunku do tego stopnia, iż jakikolwiek atak na przeciwnika grozi natychmiastowym pęknięciem rodowych nitów i kompromitacją militarną całej prowincji.

Jednak prawdziwy sekret ciasnej zbroi leżał zupełnie gdzie indziej, w sferze, o której miejscowe duchowieństwo nie odważyłoby się pomyśleć nawet po wypiciu galonu mszalnego wina, ze strachu przed natychmiastowym spłonięciem na stosie za samą strukturę myślową. Otóż ten idealnie dopasowany, czarny pancerz, który robił z Baltazara posągowe bóstwo o nienagannie podkreślonych pośladkach i talii osy, stał się kluczowym elementem jego potajemnych, nocnych schadzek z hrabią Fryderykiem, który pod pretekstem „konsultacji strategicznych dotyczących obronności granic” zaczął regularnie odwiedzać zamek Niewygodnych Naramienników. W mrocznych, chłodnych komnatach wieży, z dala od chrapiącej służby i zapitego ojca, zdejmowanie i zakładanie tejże zbroi przekształciło się w wyrafinowany, intymny rytuał, będący czystą drwiną z brutalnej, heteronormatywnej rzeczywistości feudalnej, która kazała mężczyznom kochać wyłącznie konie i zardzewiałe żelazo. Fryderyk z niemal religijną czcią rozpinał misterne, ciasne klamry napierśnika Baltazara, delektując się kontrastem między chłodną, bezwzględną stalą a rozgrzaną, pachnącą bergamotką skórą młodego barona, który poddawał się tej procedurze z gracją uwięzionego ptaka, wiedzącego doskonale, że jego niewola jest najbardziej wolnym aktem buntu, jaki można było zorganizować w tym chlewie zwanym średniowieczem.

Dla obu młodych arystokratów ich ukrywany homoseksualizm nie był kwestią romantycznego uniesienia w stylu tandetnych pieśni trubadurów, których obaj szczerze nienawidzili za ich rymowaną głupotę, lecz twardą, egzystencjalną formą przetrwania i odrębności od otaczającej ich zbiorowej halucynacji. Patrzyli na swoich rówieśników — tych wszystkich pobożnych rycerzy, którzy po całodniowym zarzynaniu chłopów wracali do zamków, by płodzić kolejne pokolenia analfabetów z kobietami traktowanymi jak inwentarz żywy — z głębokim obrzydzeniem, znajdując w swoich ciałach jedyną autentyczną, czystą przestrzeń pozbawioną kościelnego brudu i politycznego fałszu. Ciasna zbroja Baltazara była więc tarczą podwójną: chroniła go przed koniecznością brudzenia sobie rąk krwią na bezsensownych wojnach baronów, a jednocześnie stanowiła barierę, przez którą nie mógł przebić się żaden ordynarny, feudalny nakaz społeczny. Gdy miejscowy proboszcz próbował delikatnie napomknąć o konieczności znalezienia dla Baltazara bogatej żony z dobrego rodu, chłopak po prostu zakładał swój czarny pancerz, stawał przed ołtarzem i z ironicznym uśmiechem tłumaczył, że jego ślub z jakąkolwiek niewiastą byłby jawnym grzechem przeciwko zamysłowi mistrza Gotfryda, gdyż linia biodrowa zbroi nie przewiduje żadnych gwałtownych ruchów związanych z konsumpcją małżeńską, co proboszcz, przerażony perspektywą obrazy słynnego rzemieślnika, musiał z ciężkim sercem zaakceptować.

Stary baron tymczasem dogorywał, patrząc na syna paradującego w czerni i nie rozumiejąc, dlaczego ten, zamiast trenować szarże na dziedzińcu, spędza godziny przed dużym, sprowadzonym z Flandrii lustrem, poprawiając ułożenie czarnych naramienników i dyskutując z Fryderykiem o upadku sztuki metalurgicznej we Francji. Wokół zamku narastała atmosfera podejrzliwości, bo lokalna społeczność, choć prymitywna, posiadała instynkt stadny, który podpowiadał jej, że tam, gdzie pojawia się zbyt wiele higieny osobistej, dobrego smaku i braku chęci do bezmyślnego mordu, tam musi kryć się jakaś głęboka, teologiczna zbrodnia. Mnisi z pobliskiego klasztoru zaczęli już nawet skrobać wstępne raporty do inkwizycji, sugerując, że „magiczny” pancerz Baltazara może być w rzeczywistości schronieniem dla demona Asmodeusza, który mami zmysły młodego barona i odciąga go od zbożnego obowiązku płodzenia żołnierzy dla świętej matki kościoła. Baltazar jednak, mając u boku Fryderyka i świadomość, że ich tajemnica jest tak samo ciasna i nienaganna jak jego zbroja, patrzył na te wszystkie podchody z absolutnym, lodowatym spokojem, planując już kolejny krok — moment, w którym stary baron ostatecznie wyzionie swoją zapitą duszę, a oni dwaj, zakuci w swoje perfekcyjnie skrojone, toskańskie pancerze, opuszczą ten ponury zamek na wzgórzu i ruszą na południe, zostawiając za sobą zardzewiały, chrześcijański świat, który nigdy nie potrafił odróżnić grzechu od czystego, bezkompromisowego piękna.

Rozdział 5

O smoku, który bał się rycerza bardziej niż rycerz smoka


Baltazar zostaje wysłany, aby pokonać smoka. Okazuje się, że smok cierpi na samotność i narzeka na brak szacunku ze strony ludzi.

Śmierć starego barona Niewygodnych Naramienników, która nastąpiła na skutek gwałtownego pęknięcia wrzodu żołądka podczas próby przełknięcia niedogotowanej racicy wieprzowej, nie przyniosła Baltazarowi natychmiastowego wyzwolenia, lecz kolejny, urzędowy wrzód na tyłku. Zanim młody baron zdążył spalić ojcowskie, zawszone sienniki i przepędzić z zamku stado darmozjadów w habitach, lokalna rada regencyjna — składająca się z trzech zramolałych hrabiów i biskupa cierpiącego na permanentną podagrę — postanowiła sprawdzić przydatność bojową młodego dziedzica. Pretekst znalazł się idealny, zakorzeniony głęboko w prowincjonalnym folklorze, który każdą anomalię klimatyczną lub pomór bydła zwykł przypisywać siłom nieczystym. W pobliskiej, zarośniętej paprociami i śmierdzącej siarką jaskini, od pokoleń gnieździło się Coś, co miejscowy kler ochrzcił mianem „Bestii Apokalipsy”, choć w rzeczywistości stworzenie to ograniczało swoją aktywność życiową do okazjonalnego podkradania starych owiec i unikania jakiegokolwiek kontaktu z ludzkością. Baltazar, przybrany w swoją legendarną, czarną zbroję, która po ostatnich nocnych przymiarkach z Fryderykiem wydawała się jeszcze bardziej opinać go w biodrach, został uroczyście wypchnięty za bramę zamku przez tłum rozmodlonych idiotów, którzy autentycznie wierzyli, że chłopak albo wróci ze skórzanym łbem potwora, albo — co byłoby znacznie wygodniejsze dla podatków diecezjalnych — zostanie pożarty w chwale męczeństwa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 19.99 13
drukowana A5
za 29.99