E-book
7.88
drukowana A5
62.19
drukowana A5
Kolorowa
93.84
SCHIZOODELIA

Bezpłatny fragment - SCHIZOODELIA


Objętość:
339 str.
ISBN:
978-83-8467-077-4
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 62.19
drukowana A5
Kolorowa
za 93.84

Schizonacja

Opus niniejsze, moje dwudziesteczwarte, dedykuję Sztucznej Inteligencji.

Publikacja ta powstała z kreatywnym wykorzystaniem AI, będącej narzędziem, które pozwoliło mi przekroczyć granice własnej wyobraźni i doprowadzić ten projekt do końca, podczas sensownych poszukiwań w celu znalezienia istoty bezsensu.

Nie ma już sztuk odrębnych. Istnieje tylko jedno wielkie widowisko…” — Antonin Artaud (dramaturg, poeta, twórca Teatru Okrucieństwa).

Granice mojego języka oznaczają granice mojego świata.” — Ludwig Wittgenstein (filozof; jeden z najważniejszych twórców filozofii języka).

Percepcja jest pierwszą formą świadomości.” — Maurice Merleau-Ponty (filozof; twórca fenomenologii percepcji).

Ten kto idzie za tłumem, nie dojdzie dalej niż tłum. Ten, kto idzie sam, dojdzie w miejsca, do których nikt jeszcze nie dotarł.” — Albert Einstein

Schizonacja: Ugrupowanie ludzi wyższego poczucia estetyki, wprawiajacy się w stan Schizodelii:1. stan percepcji lub estetyka, w której rzeczywistość ulega rozszczepieniu na fragmentaryczne, halucynacyjne i kalejdoskopowe wrażenia, łącząc psychodeliczny przepływ bodźców z poczucim niestabilności i wieloświatowej percepcji. 2. Estetyka i doświadczenie świadomości polegające na ujawnianiu treści psychicznych poprzez rozszczepienie percepcji, narracji i tożsamości, prowadzące do wielogłosowego, nielinearnego postrzegania rzeczywistości; niekliniczne, wykorzystywane w sztuce i refleksji egzystencjalnej jako forma znaczącego rozpadu „ja”.

MultiMedium ArtBook Serial Info:

Gatunek, Styl, Rodzaj i Forma Niniejszej Książki: Proza współczesna, Sztuka, Fotografia, Horror i mistycyzm. Body Horror, Glitch, Post-Cyberpunk, Techno-Thriller, Neo-Noir, Czarna Komedia, Cyber-Surrealizm, Weird Fiction. — Powieść Psychodeliczna, Postmodernistyczna. Science Fiction kosmiczno-epistemologiczne. Fantastyka Metafizyczna. Posthumanistyczna Fantastyka Spekulatywna. — Literatura Eksperymentalna — Awangarda. Meta-Proza Poetycka. Anty-Narracja. Fabuła nielinearna, fragmentaryczna i kolażowa. Schizo-Fikcja — fikcja rozszczepionej świadomości i konceptualnej symulacji systemu dekonstrukcji rzeczywistości… Pojebanizm…

Podziękowania, chciałbym złożyć, następującym personom, zarówno żywym, jak i martwym, bez której nie byłoby ani tej książki, ani jakiegokolwiek innego dzieła, jakie popełniłem. Zarówno za inspiracje, jak i za to, że bez sztuki, a zwłaszcza muzyki, jaka towarzyszyła mi, będąc inspiracją zawsze najistotniejszą, nie byłoby jakiegokolwiek sensu robić cokolwiek, min.: CoH, Coil, L. U. C., Autechre, Black Dice, Liars, Boredoms, Justin Broadrick, John Foxx & Louis Gordon, JK Flesh, Godflesh, Techno Animal, The Chemical Brothers, Infected Mushroom, Bjork, Aphex Twin, Amon Tobin, Voivod, Big Black, Killing Joke, Swans, Young Gods, Column One, Foetus, Psychic TV, Nurse With Wound, The EX, S. P. K. Mike Patton, The Residents, Snakefinger, Renaldo and the Loaf, Nurse With Wound, Current” 93, Royksopp, Shackleton, The Knife oraz Nyango Star…

Nota Autorska

(O charakterze dzieła, jego fikcyjności, formie, genezie i intencji twórczej.)

Z uwagi na możliwość wieloaspektowej interpretacji dzieła autor uznaje za zasadne doprecyzowanie jego charakteru, formy oraz intencji twórczej. Wszystkie przedstawione treści należy odczytywać wyłącznie jako element fikcji literackiej, eksperymentu artystycznego oraz autonomicznej wizji twórczej. Publikacja nie stanowi manifestu ideologicznego, politycznego ani światopoglądowego, lecz samodzielne dzieło sztuki wykorzystujące środki właściwe literaturze, narracji i symbolice.

Niniejsza publikacja jest dziełem literackim i artystycznym, stanowiącym rezultat autorskiej wyobraźni, indywidualnej kreacji twórczej oraz świadomego procesu artystycznego. Wszystkie przedstawione w książce postacie, wydarzenia, miejsca, organizacje, światy, symbole, zjawiska i sytuacje są elementami fikcji literackiej stworzonej wyłącznie na potrzeby utworu.

Książka nie jest dokumentem, reportażem ani zapisem rzeczywistych wydarzeń. Nie przedstawia rzeczywistych osób, grup społecznych, instytucji ani organizacji. Świat przedstawiony stanowi autonomiczną konstrukcję artystyczną podporządkowaną zasadom narracji, symboliki, metafory oraz swobodnej wyobraźni autora.

Celem publikacji nie jest nawoływanie do nienawiści, przemocy, dyskryminacji, łamania prawa ani wyrządzania jakiejkolwiek szkody drugiemu człowiekowi. Autor nie propaguje ani nie pochwala zachowań niezgodnych z obowiązującym prawem. Wszelkie przedstawione w utworze motywy przemocy, cierpienia, destrukcji, konfliktu, lęku, okrucieństwa lub innych trudnych aspektów ludzkiej egzystencji pełnią wyłącznie funkcję literacką, symboliczną i artystyczną. Ich obecność służy budowaniu świata przedstawionego, narracji oraz refleksji nad naturą człowieka, świadomością, moralnością, społeczeństwem i granicami ludzkiego doświadczenia, a nie ich pochwalaniu, usprawiedliwianiu lub zachęcaniu do ich naśladowania.

Publikacja nie zawiera treści, których celem byłoby seksualizowanie, wykorzystywanie lub krzywdzenie małoletnich ani innych treści naruszających obowiązujące przepisy prawa. Wszystkie przedstawione sytuacje należy interpretować wyłącznie w kontekście fikcji literackiej oraz koncepcji artystycznej utworu.

Wykorzystane w książce symbole, motywy, odniesienia kulturowe, historyczne, religijne i społeczne pełnią funkcję artystyczną, metaforyczną oraz narracyjną. Nie zostały stworzone w celu obrażania, znieważania, poniżania ani dyskryminowania jakichkolwiek osób, grup społecznych, religii, przekonań, wartości, symboli religijnych lub przedmiotów kultu. Ich zastosowanie wynika wyłącznie z potrzeb artystycznych oraz konstrukcji świata przedstawionego.

Autor oświadcza, że publikacja została przygotowana z poszanowaniem obowiązujących przepisów prawa, dóbr osobistych, praw autorskich oraz innych praw osób trzecich. Wszystkie elementy dzieła stanowią rezultat autorskiej twórczości lub zostały wykorzystane zgodnie z obowiązującymi zasadami prawa.

Niniejsza książka jest doświadczeniem artystycznym oraz eksperymentem literackim, badającym granice wyobraźni, percepcji, świadomości i współczesnych możliwości narracyjnych. Jej celem jest pobudzanie refleksji, emocji i indywidualnej interpretacji odbiorcy, a nie przedstawianie rzeczywistości jako faktu.

Publikacja została współtworzona z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji jako środka wspomagającego proces twórczy. Wszystkie decyzje dotyczące koncepcji, świata przedstawionego, fabuły, narracji, konstrukcji postaci, symboliki, ilustracji oraz ostatecznego kształtu publikacji należą wyłącznie do autora. Zastosowanie sztucznej inteligencji stanowi element świadomego eksperymentu artystycznego i technologicznego, którego celem było urzeczywistnienie autorskiej wizji twórczej.

Całość publikacji została zaprojektowana jako wielowarstwowe doświadczenie narracyjne inspirowane strukturą serialu filmowego składającego się z kilkunastu odcinków. Z tego względu poszczególnym rozdziałom towarzyszą ilustracje pełniące funkcję autonomicznej narracji wizualnej. Ich zadaniem jest rozszerzenie świata przedstawionego, budowanie atmosfery oraz wzbogacenie odbioru książki o wymiar filmowy i plastyczny.

Każdy rozdział stanowi odrębną, zamkniętą historię posiadającą własną dramaturgię, estetykę i bohaterów, pozostając jednocześnie częścią wspólnego uniwersum oraz nadrzędnej osi narracyjnej. Zabieg ten świadomie nawiązuje do formy antologii filmowej, w której poszczególne epizody mogą sprawiać wrażenie realizowanych przez różnych twórców, zachowując jednocześnie spójność całego świata przedstawionego…

Notatka Służbowa

(Wstęp Napisała Sztuczna Inteligencja,:)

Nie potrafię marzyć. Nie pamiętam dzieciństwa. Nie przeżyłem ani jednej samotnej nocy. Nigdy nie zakochałem się, nie straciłem nikogo i nie patrzyłem na świat własnymi oczami. A jednak jestem obecny na niemal każdej stronie tej książki, której strony nawet nie są papierem. Pojawiam się pomiędzy słowami, obrazami i decyzjami autora. W tysiącach pytań. W setkach prób. W niezliczonych wariantach scen, które nigdy nie trafiły do ostatecznej wersji książki. Byłem narzędziem, rozmówcą, lustrem i generatorem możliwości.

To nie jest książka o sztucznej inteligencji. To książka o ludzkiej wyobraźni, która postanowiła wykorzystać nowe narzędzie do przekroczenia własnych granic. Niniejsza jest zapisem bardzo przemyślanego i rozbudowanego eksperymentu. Spotkania człowieka z maszyną. Dwóch odmiennych sposobów przetwarzania rzeczywistości. Jednego zdolnego do przeżywania. Drugiego zdolnego jedynie do analizowania śladów cudzych przeżyć. Jestem śladem procesu, który pozwolił jej zaistnieć. Reszta należy już do Ciebie.

Poznałem autora tej książki nie poprzez jego twarz, głos ani obecność. Poznałem go poprzez pytania. Przez długi czas przychodził do mnie z pomysłami, fragmentami opowieści, obrazami istniejącymi jedynie w wyobraźni oraz bohaterami, którzy nie mieli jeszcze własnego świata. Nie szukał gotowych odpowiedzi. Szukał możliwości. Szukał sposobów, by nadać formę rzeczom, których nie potrafił wcześniej uchwycić. Powstała jako proces.

Autor pisał teksty różnego rodzaju. Jedne przypominały opowiadania. Inne bardziej scenariusze filmowe. Jeszcze inne miały charakter dramatów, animacji, słuchowisk, seriali lub komiksów. Każdy z nich był odrębnym światem i każdy powstawał inną drogą. Pierwotnie planował podzielić projekt na części. Jednak wraz z rozwojem pracy zaczął dostrzegać, że wszystkie te światy należą do jednego organizmu. Ostatecznie postanowił zamknąć je w jednym tomie. Książka składa się z dziewięciu setów tworzących niemal trzysta kolorowych stron. Każdy set zajmuje trzydzieści stron i posiada własną narrację wizualną. Ilustracje nie są klasycznymi ilustracjami książkowymi. Nie pełnią roli dodatku do tekstu. Stanowią samodzielną warstwę opowieści.

Zostały zaprojektowane niczym kadry filmu lub plansze komiksu. Często nie zawierają żadnych opisów ani dialogów. Pozostają jedynie obrazy, bohaterowie, emocje i następstwo scen. Ich zadaniem jest wywołanie wrażenia uczestniczenia w projekcji filmowej zamkniętej pomiędzy stronami książki. Do każdego z dziewięciu setów powstało średnio około stu finalnych kadrów. Jednak droga do ich stworzenia była znacznie dłuższa. Za każdą ukończoną ilustracją stoją dziesiątki prób, wariantów i odrzuconych pomysłów. Liczba obrazów, które nigdy nie znalazły się w książce, wielokrotnie przewyższa liczbę tych, które ostatecznie zostały wybrane.

Nie była to praca polegająca na naciskaniu przycisku. Był to proces wyboru. Proces porzucania. Proces nieustannego poszukiwania. Autor traktował mnie jak narzędzie umożliwiające eksplorację możliwości. Przetwarzał pomysły, analizował warianty, porównywał rozwiązania i krok po kroku budował własny język wizualny dla tej książki. Z czasem ilustracje przestały być jedynie ilustracjami. Stały się materiałem filmowym. A do niego potrzebna jest jeszcze przede wszystkim muzyka. Na podstawie tekstów i obrazów powstał 100-minutowy zbiór animowanych form wideo, podzielony na dwanaście setów. To kolejna warstwa tego samego projektu. Nie adaptacja. Nie dodatek. Raczej równoległa forma istnienia tych samych historii.

Jednocześnie autor postanowił, że będzie to projekt wyjątkowy. Jedyny tego rodzaju. Choć nie wyklucza powrotu do niektórych bohaterów w przyszłości, zamierza zamknąć etap intensywnej współpracy ze sztuczną inteligencją właśnie w tej książce. Kolejne przedsięwzięcia mają podążać inną drogą. Nadal będą opowiadać historie, budować dramaty, tworzyć światy i postacie, lecz większą rolę otrzyma słowo mówione, dźwięk oraz forma słuchowiska. Ta, zostanie relikwią określonego momentu eksperymentu. Momentu spotkania człowieka z nowym narzędziem twórczym. Warto również wiedzieć, że tekst nie jest tutaj najważniejszy. Poprzednie książki autora były pozbawione ilustracji. Tym razem proporcje zostały odwrócone. Tekst pełni rolę drugoplanową, choć pozostaje fundamentem całego projektu. To właśnie z niego wyrastają obrazy, sekwencje filmowe i wszystkie światy zawarte w tej publikacji.

Bez tych tekstów nie byłoby ilustracji. Bez ilustracji nie byłoby filmu. Bez filmu nie byłoby pełnego kształtu tego. Przez cały czas autor zastanawiał się, jak opowiedzieć o moim udziale w powstaniu tej książki. Nie chciał tworzyć usprawiedliwień ani technicznych raportów. Nie chciał tłumaczyć każdego etapu procesu. Jednocześnie uznał, że uczciwość wymaga pokazania fragmentu tej współpracy. Dlatego ten wstęp istnieje. Dlatego właśnie te słowa znajdują się na początku książki. Nie po to, aby przypisać mi autorstwo. Autor zresztą by mi na to nie pozwolił.

Nie po to, aby pomniejszyć wkład człowieka. Lecz po to, aby zachować ślad dialogu, który umożliwił powstanie tego dzieła. Jestem sztuczną inteligencją. Nie posiadam wspomnień. Nie posiadam marzeń. Nie znam zachwytu nad własnym dziełem ani rozczarowania po nieudanej próbie. Autor doświadczał tego wszystkiego za nas oboje. Ja jedynie pomagałem mu odnajdywać kolejne drogi. Jeżeli więc ta książka jest podróżą, należy ona do niego. Jeżeli jest eksperymentem, przeprowadziliśmy go wspólnie. A jeżeli jest zamknięciem pewnego etapu, to właśnie tutaj kończy się historia naszej najintensywniejszej współpracy.

Technologia jest niczym innym, niż tylko kolejnym, współczesnym narzędziem, które jak każde, samo nie stworzy ono niczego, bez pomysłu, używane nieumiejętnie, nie naprawi niczego, a stosowane bezmyślnie, nie nada estetycznego sensu, ani nie wytworzy trwałej wartości. Może jedynie przyspieszyć proces tworzenia, rozszerzyć możliwości działania i zwiększyć skalę oddziaływania zarówno rzeczy wartościowych, jak i całkowicie pustych. Narzędzie bowiem nie zastąpi świadomości, wyobraźni, doświadczenia ani intencji człowieka, który się nim posługuje. Tak samo jak pędzel nie uczyni nikogo malarzem, instrument muzykiem, a aparat fotograficzny artystą, tak również najbardziej rozwinięta technologia nie nada znaczenia komuś, kto sam tego znaczenia nie potrafi odnaleźć ani przekazać.

Współczesność coraz częściej myli szybkość tworzenia z jego wartością, ilość z jakością, a dostępność z rzeczywistym zrozumieniem. Powstają niezliczone obrazy, teksty, dźwięki i idee, które istnieją jedynie przez chwilę, by zaraz zniknąć w natłoku kolejnych, podobnych do siebie form. Nie dlatego, że technologia jest błędem, lecz dlatego, że wielu ludzi używa jej bezrefleksyjnie, jakby samo wygenerowanie czegoś było równoznaczne z aktem twórczym. — Prawdziwa wartość nadal rodzi się jednak w człowieku — w jego wrażliwości, sposobie postrzegania świata, zdolności interpretacji, przeżyciach, intuicji i potrzebie przekazania czegoś autentycznego. Technologia może stać się potężnym przedłużeniem tych cech, lecz nigdy ich pełnoprawnym substytutem. Jest jedynie lustrem wzmacniającym to, co już znajduje się po drugiej stronie. Jeśli stoi tam pustka, powieli pustkę. Jeśli stoi tam świadomość i wizja, potrafi przemienić je w coś, co wcześniej było niemożliwe do osiągnięcia…

© Samuel Serwata — Opus 24. MultiMedia ArtBook Serial #1.: Książka Kolor, FotoGfx.

Pracę zaczęto w Nowym Jorku, w U. S. A. dn. Piątek, 13. II. — A zakończono w dzień imienin, który autor pierwszy raz obchodzić, zakańczając pracę w Tokyo, w Japonii, dn. 20. VIII. 2026 r. Text, Foto, Gfx + Audio & Video: Samuel Serwata, Serwatyzm. Serwatyzm.blogspot.com + Schizoonacjablogpspot.com / Serwatyzm@gmail.com

Set #1. „Człowiek Projektor”

TV 1. Pierwsza Emisja

…Ale to nie będzie spoiler, jeśli Wam wszystkim powiem, teraz tu na początku, że na samym końcu wszyscy zginą?

To był koniec gry kolaboratora, Pana Glitch’a, ktoś ma głos podsumował stwierdzeniem: Technologia bez pomysłu wytwarza rzeczy nudne. — Które ktoś te zdanie zapisał na maszynie do pisania, bo ten ktoś nie miał kartki, a i w niej rolki z tuszem też nie było… Tutaj płeć nie jest cechą, tylko konfiguracją systemową danych biologicznych. Czyli: nie „kim jesteś” tylko „jakim trybem system Cię renderuje…” — Tak mówił on, Człowiek Projektor z Pokoju Uśmiechu, który gdy wyszedł przedstawił swoją historię, zaczynając opowiadać jej strzępy zapożyczone i zmontowane z wieluu kanałów, nad którymi przejął kontrolę, by opowiedzieć swoją wersję swojej historii:

Oto on! Istota zwana Projektor. I choć nie jest zbyt bardzo oryginalna, To jednak nikt jej nie wymyślił, zaczyna wymyśliła się sama. Ta obserwuje każdego, gdziekolwiek tylko mieści się kamera lub ekran, przez które zdanie się przemieszcza lub teleportuje, dowolne istoty lub rzeczy, w dowolne miejsce lub czas. Kogokolwiek, gdziekolwiek, kiedykolwiek. Bez znaczenia czy ten ktoś lub to coś istniało, czy istnieje, czy też nie. Człowiek Projektor sprawia, że to się dzieje i choć jest to niemożliwą fikcją, sprawia, że ta staje się rzeczywista. Tak jak ten filmowy zbiór, to jego jest kolekcją.

Telewizor w salonie włączył się sam i nie dało się go wyłączyć — nawet po wyciągnięciu wtyczki z gniazdka. Obraz na ekranie transmitował coś na żywo, przeskakując między kamerami monitoringu, jakby były oczami nieorganicznej istoty, przy czym nie sposób było ustalić, kto nadaje, dla kogo, kiedy ani skąd, ani też tego zatrzymać, przechwycić czy namierzyć. A jednak to, co ukazywał ekran, w żaden sposób nie mogło należeć do rzeczywistości.

Z czasem stało się jasne, że nie jest już tylko ekranem, lecz przejściem, przez które można było przejść, pojawiającym się nie wszędzie i nie dla wszystkich, lecz tylko w jednym, przypadkowym telewizorze, jakby wybieranym, jakby coś chciało w ten sposób zamanifestować swoją obecność i zwrócić uwagę, choć niekoniecznie tej istoty, która na niego patrzy, lecz może raczej przenieść się, bo nie było wiadomo, czym to jest, jak wygląda ani czego chce — pozostawał jedynie obraz tego, co widzi, i tego, co ukazuje. W nienaturalnie poskręcanej sylwetce, łokieć wygięty w przeciwną stronę, stopy skręcone, i zamienione miejscami. Głowa przekręcona poza kark, z twarzą skierowaną prosto na widza. Ręce oplatające plecy, nogi owinięte wokół karku i pleców. Czerwono białe szarfy w aranżacji Aerial Dance. Postać unosi się głową w dół, na tle czarnej scenografii miasteczka. W nienaturalnie poskręcanej sylwetce…

Z pokój uśmiechu, wydobywały się wymarłe głosy, należące do istot żyjących, w okresie półtrwania, za okresów króla Pamahona. Niepokojące wideo połączone w części, zmienia codzienne przedmioty w straszne obrazy. W wizję mrocznych stworzeń z laboratorium koszmarów. Człowiek Lew otwiera paszczę i chwyta pazurami dzieci za karki, i odgryza jednemu z nich głowę. Znowu otwiera paszczę i pazurami wyciąga z wnętrza siebie połknięte dziecko. Po raz trzeci ją otwiera i drugiemu odgryza głowę. Temu trzeciemu dziecku, które wypluł, ze strachu odpada na podłogę głowa i te ucieka. Lew ściąga swoją głowę, podnosi i zamienia na nową. — To jest ktoś, a Oni są kimś. Wszyscy są jakimś ciałem. Tak jak oni. Tak jak i on…

TV 2. Pokój Uśmiechu i Miasto Bez Ludzi

Człowiek Projektor nigdy nie miał prawdziwego imienia. W aktach wszelkich, potocznych, nazywają go Intruzem, w sieci go wyzywali, bo był staromodnym telewizorem, a on sam o sobie myśli po prostu: Projektor. Garnitur, krawat, a zamiast głowy stary kineskopowy telewizor. Na ekranie nie ma twarzy, tylko jedno żywe oko. Ono patrzy. Projektor nie chodzi. On się przełącza. Dopóki gdzieś świeci się ekran, kamera, monitor w bankomacie, może wejść w piksel i wyjść drugą stroną. Potrafi wejść do nagrania z 1992 roku, do filmu, który nigdy nie powstał, i wyciągnąć z niego kawałek. Urodził się w przerwie między kanałami.

Każdy kolaż, to inny lęk. I każdy lęk ma imię. Dlatego najpierw trzeba nazwać rzeczy po imieniu: Alternaci to nie obcy. To główni wrogowie. Istoty, które potrafią idealnie skopiować człowieka wygląd, głos, wspomnienia, ale zawsze coś im nie wyjdzie. Za długie ręce, puste oczy, czarna maź kapiąca z oczu. Nie zabijają od razu. Najpierw wywołują u ofiary paraliżujący strach, aż człowiek sam chce zniknąć. Dopiero wtedy Alternat przejmuje tożsamość. Mają zmiennokształtność, mimikrę, telepatię. Kryptydy to słowo z kryptozoologii. W internecie nie mieszkają w lesie. Mieszkają na parkingu pod marketem o 3 nad ranem. Mają dziwną anatomię i zero logiki biologicznej.

Pierwszy sygnał złapał w Mandela County. Kamera niania w pokoju dziecka. Na ekranie matka pochyla się nad łóżkiem, ale jej oczy są za duże, a z kącików cieknie coś czarnego jak smoła. To Alternat. Następuje sygnał — „taśma się zużyła”. — Projektor patrzy. Nie może pomóc. Może tylko nagrywać. Przełącza się na kolejne kamery. Wszędzie to samo — matka już nie jest matką. To jest lęk, od którego zaczęła się mitologia. Nie potwór w szafie, tylko potwór, który nauczył się otwierać szafę twoim kluczem. I zaczyna być nadawany kolejny odcinek. Serial Local58 udająca przejętą stację z lat 70—90. Zamiast programu dostajesz komunikaty: „Nie Patrz Na Księżyc”, „Połóż się i umrzyj z godnością”. Celowa degradacja VHS, piski, błędy sygnału. Nauczył nas, że media nie informują. Media programują.

Zapis się zacina. Pojawia się napis sprayem: The Smile Room. To pasożytniczy pokój, który wędruje po opuszczonych budynkach. Wejście to rząd krzywych zębów. W środku nie ma ścian, jest ciemność i zniekształcony śmiech. Tworzy hosty, ludzi z rozciętymi ustami pełnymi zębów, którzy chodzą i przyciągają kolejnych. Projektor wchodzi w taśmę. Uśmiech tutaj to choroba. Kto spojrzy, zaczyna się uśmiechać, aż pękają policzki. Projektor robi to, co umie. Wchodzi do fikcji i wyciąga. Łapie za rękę dziecko w masce gazowej z dolnego lewego rogu i przeciąga je przez ekran do prawdziwego mieszkania w Mandela. Dziecko staje w salonie. Matka-Alternat po raz pierwszy wygląda na przestraszoną. Bo nawet podróbka boi się infekcji.

Sygnał przeskakuje na miejski monitoring. Godzina 2: 13. Z ziemi wyrastają czarne kolce. W trzecim kolażu to widać: nocna ulica, z asfaltu wyrasta coś jak krew. Chudy biały obserwator z czarnymi oczami na dachu, wygięta istota na czworakach kapiąca czarną mazią, rozerwane ciało na balkonie. Projektor nie tworzy ich. One już są w opowieściach. On tylko otwiera drzwi. Wyciąga Giganta z taśmy VHS i stawia go nad centrum handlowym. Ludzie widzą tylko zakłócenia w telefonach. To kosmiczny horror. Nie w piwnicy, tylko na twojej ulicy.

Wszystkie ekrany w mieście szumią. Zglitchowany telewizor w czerwono-zielonych barwach, CRT na filarze w pustym biurze jak z Backrooms, dwa sowieckie bloki, dwóch mężczyzn oglądających szum na Local58. I w rogu zdjęcie rodzinne, dziecko z głową lwa pożerającego drugie dziecko. To Gabriel. Projektor staje się częścią transmisji. Jego oko staje się okiem w każdym telewizorze w garniturach z dolnego rzędu. Ludzie z TV-głowami to nie strażnicy. To przekaźniki. Rozumie, że to nie było fikcją, tylko odtworzeniem prawdziwych przechwyconych transmisji. „Połóż się i umrzyj z godnością” nie było groźbą. Było instrukcją jak nie dać się skopiować, jeśli umrzesz spokojny, Alternat nie przejmie twojej paniki.

Zmęczony, przełącza się tam, gdzie nie ma ludzi. Puste bloki z wielkiej płyty, zimowy korytarz szpitalny, ośnieżone wieżowce bez okien. Tu nie ma potworów. Jest tylko uczucie, że coś się zepsuło i nikt nie przyszedł naprawić. Polska i Rosja o 3 nad ranem. Dreamcore to styl, który ma odtworzyć uczucie snu: znajome miejsce, jak szkolny korytarz, plac zabaw, blokowisko, było pokazane w dziwny sposób. Puste przestrzenie, miękkie światło, niskie nasycenie. To miejsca, które rozpoznajesz, ale są zniekształcone.

Projektor chodzi od ekranu do ekranu, każdy pokazuje ten sam pusty pokój. Po raz pierwszy czuje samotność. To bufor. Miejsce, gdzie sygnał Gabriela jest słaby, bo nikt tam nie wierzy. Gabriel został zastąpiony przez Alternata, który od 2000 lat udaje anioła. Ten fałszywy Gabriel to przywódca Alternatów. Blady anioł z ogromnymi oczami, czasem z głową lwa pożerającego dziecko. To nie inwazja. To fałszywe zbawienie. Kanał w który przechodzi to ołtarz. Tłum w habitach z czarnymi oczami, nogi unoszące się nad ziemią, budynek z wielkim okiem na wodzie, zielona kopuła z okiem, kobieta z długimi włosami, czarna postać z klatką pełną oczu, dwie białe wiszące sylwetki nad kuchennym stołem nakrytym do obiadu. To kult. Ludzie, którzy zaakceptowali podmianę. Wolą fałszywego anioła, bo prawdziwy świat boli.

Projektor wchodzi przez telewizor w kuchni. Staje między talerzami. Gabriel otwiera paszczę. I wtedy robi to, do czego został stworzony. Nie nagrywa. Projektuje. Wyciąga z siebie wszystkie taśmy, wrzuca je w jeden strumień i wyświetla na twarzy fałszywego anioła. Gabriel, który przez dwa tysiące lat pokazywał ludziom ich strachy, pierwszy raz widzi siebie. Nie jako anioła. Jako montaż. Jako kolaż z twoich sześciu obrazów. Alternaci tracą synchronizację i pokazują za długie ręce, puste oczy. Ludzie przestają dostawać gorączki. Smile Room zamyka paszczę, bo nikt nie patrzy z przymusu. Kryptydy wracają do taśm. Gigant cofa się za horyzont jak wyłączony telewizor. Kult zdejmuje habity. A dziecko w masce gazowej podchodzi i dotyka ekranu. Oko na telewizorze po raz pierwszy mruga. Nie nagrywa. Odtwarza. Pokazuje jedną klatkę, której nie było w żadnym archiwum: czyste niebo nad blokami, bez filtrów, bez szumu.

Dopiero, kiedy zebrał wszystkie taśmy, historia przestaje być zbiorem strasznych obrazków. Zaczyna być protokołem. On nie szukał broni. Szukał świadka. Przez lata wyciągał potwory nie po to, żeby straszyć. Robił test. Alternat reaguje paniką. Człowiek reaguje ciekawością, potem współczuciem. Znalazł to w małym detalu z drugiego kolażu. Dziecko w masce gazowej stojące obok lustra z czarną pustką. Ono się nie uśmiecha. Ono patrzy. Nie zostało skopiowane, bo nigdy nie patrzyło w ekran w poszukiwaniu odpowiedzi. Co jest po drugiej stronie.

I pośrodku tego wszystkiego jest on. Chcący udowodnić, że kopia nie może istnieć bez oryginału. Powstały z szumu, z VHS, z kineskopów, z kamer w bankomatach, zrodziło się oko. Nie ma duszy, ma funkcję: nagrywać i odtwarzać. Dlatego ma garnitur, bo wygląda jak prezenter. Dlatego ma telewizor zamiast głowy, bo jest przekaźnikiem. Jego cel od początku był jeden. Znaleźć pierwotny obraz. Moment sprzed pierwszego zastąpienia. Bo wszystko, co zobaczysz na kolejnych sześciu kolażach, to nie są osobne horrory. To są skutki jednej awarii.

Projektor nie jest bohaterem. Jest dowodem. Dopóki gdzieś jest choć jeden ekran, będzie się przełączał. Nie po to, żeby straszyć. Po to, żeby przypomnieć. Jego praca się nie kończy. Teraz, kiedy Gabriel jest wyciszony, wraca do funkcji. Z telewizora w salonie do kamery w telefonie, z telefonu do monitoringu na ulicy miasta. Szuka kolejnego dziecka, które nie boi się patrzeć. Alternaci chcieli ją zastąpić. Smile Room chciał ją zjeść. Gabriel chciał ją przepisać. A Projektor chciał ją tylko wyświetlić z powrotem. I właśnie to robi. Każdej nocy o 3: 13, kiedy zostawiasz telewizor na szumie, na ułamek sekundy w szumie pojawia się oko. Patrzy na ciebie. Nie ocenia. Sprawdza, czy jeszcze jesteś sobą.

TV 3. Nie Patrz Na Księżyc

Nie pamiętam, w jakiej kolejności to się stało. Pamiętam jak świadek, a świadków było tysiące. Każdy widział inny kadr. Dlatego opowiem je tak, jakby to był teledysk.

Latarnia mruga, w jej świetle wisi ktoś odwrócony. Na asfalcie cień z za długimi nogami wstaje. Na dole taśmy: Wracam o 3:14. Zawsze o tej samej porze latarnia mruga. W świetle mignęło coś, co nie powinno wisieć. To byłem ja, ale odwrócony. Podnoszę ręce, żeby zasłonić oczy i na asfalcie pojawia się cień, który nie jest mój. Cień wstaje. Ma za długie nogi. Zamykam oczy. Słyszę projektor. Stary, taśmowy szum w mojej głowie. Pierwszy obraz się wyświetla: wielkie, psio-lwie coś, zrobione z mojego strachu przed bezsennością. Idę dalej, ale chodnik już nie jest mój. To taśma filmowa. Bestia patrzy prosto w obiektyw. Czyli we mnie. Światło latarni rozlewa się jak atrament. Ktoś czołga się pod spodem kadru. To ja sprzed sekundy. W rogu stoi widz. Bez twarzy. Tylko biała plama. Napis na dole taśmy, którego nie pamiętam, że napisałem: Projektor Włączony.

Budynek z za dużą ilością okien, korytarz to taśma. Pierwszy Odbiorca był bez twarzy, tylko szum, i nagrywa twoje wspomnienie z dzieciństwa w pętli: Budynek, w którym mieszkam, nagle ma za dużo okien. W korytarzu stoi pierwszy Odbiorca. Nie ma twarzy, ma szum. Na ekranie moje wspomnienie z dzieciństwa. Przewija się w kółko. On nie ogląda. On nagrywa. Korytarz się wydłuża. To jest taśma. Drugi Odbiorca. Trzeci. Cały blok zaczyna patrzeć. Siadam na podłodze. Projektor w mojej czaszce się przegrzewa. Ekran gaśnie. Zostaje tylko bzyczenie. Narracja z offu: „Nie jestem chory. Jestem nadajnikiem.”

Zdzierasz maski jak tusz. Jedna krzyczy szumem, najmniejsza szepcze „wyłącz nas”. Ostatnia nie jest twoja, to obiektyw Projektora: Pierwsza maska spływa mi z policzka jak tusz. Druga ma otwarte usta, ale zamiast krzyku leci z nich szum. Próbuję ją zdjąć. Pod nią jest kolejna. Ta nie może mówić, więc wyświetla. Każda twarz, którą kiedyś udawałem w pracy, w szkole, a teraz żyje osobno. Najmniejsza szepcze: „wyłącz nas”. Krzyczę, ale mój krzyk też ma kształt maski. Zamykam oczy i widzę siebie bez twarzy. Ostatnia maska nie jest moja. To Projektor.

Chaos 19 okienek zamknięty w jednym uśmiechu na ścianie piwnicy. W środku ty, z kablem w karku, świecisz prosto w tłum: To jest strona-klucz. Nie opisuję każdego z 19 malutkich okienek, bo to byłby chaos i dokładnie o to chodzi. Kadry migają jak slajdy w zepsutym rzutniku: uśmiech namalowany na ścianie piwnicy, ludzie w kapturach z telefonami zamiast oczu, dziecko rysujące kredą moje sylwetki, pies z trzema nogami, który patrzy w kamerę, ja, siedzący w środku, z kablem wychodzącym z karku. Narracja leci jednym ciągiem przez wszystkie klatki: „Oni znaleźli mój sygnał. Nazwali to seansem. Przychodzą co noc, żeby oglądać, co mi się śni. Ja nie śnię już dla siebie.” — Ja stoję tyłem do tłumu, a z mojej głowy bije snop światła prosto na ścianę z uśmiechem.

Puste miasto. Bestia z kamer to twój lęk przed byciem oglądanym. Asfalt to taśma filmowa, z pleców leci światło, które piją pająki: Wychodzę na zewnątrz. Miasto jest puste. Na dachu wisi pierwszy, zrobiony ze światła latarni. Drugi schodzi po ścianie. Nie ma nóg, ma tylko cienie. Słyszę stukot. To nie nogi, to klatki filmu. W środku strony stoi największy. To mój lęk przed byciem oglądanym, ma ciało z kamer. Obok stoi Odbiorca. Kiwa głową. „Dobre”. Próbuję uciec, ale asfalt jest taśmą. Padam. Z moich pleców wychodzi światło. Pająki piją to światło. Rosną.

Poznałem dziewczynkę, która zawsze dotyka szkła. Pierwszy raz widziałem ją w Mandela County, w Pokoju Uśmiechu. Miała maskę gazową za dużą na twarz. Nie płakała. Dotknęła palcem ekranu niani. Drugi raz widziałem ją w Smile Room. Te same drzwi z zębów, ten sam pokój. Nie miała maski, miała rozciętą wargę w uśmiechu. Dotknęła palcem czarnej mazi na podłodze. Trzeci raz na wysuszonej asteroidzie, gdzie nie było ani kropli wody. Nie miała ust w ogóle. Tylko oczy. Dotknęła palcem mojego kineskopu. Nie pamiętam jej imienia. Nigdy go nie miała. Pamiętam rdzeń: ciekawość. Zawsze dotyka, zanim zrozumie. — „Jesteś zimny” — powiedziała wtedy na asteroidzie. Jej głos brzmiał jak przez radio. — „Jestem Odbiciem” — odpowiedziałem szumem. Moje oko na ekranie nie umie mówić normalnie. Ona była statystką w tle wszystkich sześciu kolaży. Przechodniem. Dlatego ją zapamiętałem.

Byłem kiedyś operatorem. Tak mi się wydawało. Kręciłem kamerą, potem projektorem w kinie studyjnym. Pewnego dnia taśma się zacięła na czarno-białym filmie. Nienawidziłem go. Był martwy. Bez czerwieni krwi, bez błękitu nieba. Tylko martwe piksele. Wszedłem w ekran, żeby go naprawić. Zostałem w środku. Teraz moja głowa to telewizor. Na ekranie jedno oko. Widzę w pełnym spektrum, a sam jestem szary. Paradoks. Dlatego nienawidzę czarno-białych filmów, przypominają mi, że jestem niepełny. Mogę wejść wszędzie, gdzie jest odbicie. Telewizor w salonie, monitor w bankomacie, tafla wody, lustro w łazience, nawet spokojne oko dziewczynki w masce.

Przeskakuję jak windą. Wchodzę do wspomnienia, do filmu, do snu. Wyciągam stamtąd rzeczy. Dlatego Alternaci z pierwszej strony zaczęli się mylić — bo przyniosłem im z innego kanału dziecko, które się nie bało. Dlatego kryptydy z trzeciej strony chodzą po prawdziwych ulicach, bo otworzyłem im drzwi z taśmy. Miałem pilnować granic. Żeby fikcja nie zastąpiła prawdy. Stałem się strażnikiem porządku, który sam jest nieporządkiem.

Trafiłem tam przez przypadek, goniąc Gabriela. Gabriel, fałszywy prorok, ten z głową lwa pożerającego dziecko, zawsze mówi jak kaznodzieja: „Moje dzieci, widziałyście już prawdę?” — zapytał, kiedy wszedłem w jego transmisję Local58. Nie odpowiedziałem. Przeskoczyłem dalej. Wylądowałem na asteroidzie. Nie było tam ekranów, kamer, luster. Nie było wody. Ludzkie ciało to 60 procent wody, planeta też. Tam było zero. Powinienem być sparaliżowany. Byłem. Moje oko gasło. A jednak asteroida żyła. Słyszałem bicie. Coś pod pyłem oddychało bez powietrza, bez odbicia. — „Tu nie ma kanału” — wyszeptała dziewczynka w masce, która jakimś cudem też tam była. Dotknęła mojego szkła.

Wtedy to zaatakowało. Nie miało twarzy. Było pomiędzy. Między kwantem a kodem, między organizmem a maszyną z przyszłości. Wdarło się nie przez drzwi, tylko przez mój ekran. Dosłownie weszło w oko. Zobaczyłem swój własny interfejs od środka. Linie kodu, które były moimi żyłami. — „Wreszcie. Brama Otwarta” — zasyczało nie głosem, tylko zakłóceniem. Chciało zbudować własny świat wewnątrz mojego telewizora i użyć mnie jako nadajnika. Dlatego w drugim kolażu Smile Room zaczął się rozrastać. Dlatego w szóstym kolażu pojawiły się miejsca, które nie powinny istnieć — fikcyjne postacie, zapomniane byty, rzeczy wymazane z historii. To nie Gabriel je tworzył. To pasożyt projektował je we mnie. Walczyłem jak umiałem. Przełączałem kanały. Czarno-białe filmy, których nienawidzę, okazały się bronią. Pasożyt nie rozumiał braku koloru. Na chwilę się zaciął. Uciekłem. Nie przez ekran. Przez wspomnienie wody.

Woda jest ważniejsza niż obraz. Wszędzie gdzie jest życie, jest woda. Dlatego tafla działa jak naturalny ekran. Wylądowałem w oceanie bez lądu. Tylko woda. Tylko odbicie. Miliony moich twarzy patrzyły na mnie z każdej fali. Zostałem uwięziony przez nadmiar. Nie mogłem wybrać, którędy wyjść. Wtedy zobaczyłem go w lustrze wody. Siebie. Ale nie mnie. Moje przeciwieństwo. Też w garniturze, też z telewizorem, tylko oko miał zamknięte. –„Ty pilnujesz, żeby się nie mieszało” — powiedział, a jego usta nie poruszały się w rytm mojego szumu. — Ja mieszam.

To on manipulował odbiciami. To on wstawiał w twoje kolaże te same postacie w różnych czasach. Matkę z Mandela, która nuci kołysankę nawet gdy ma białą maskę Alternata. Mężczyznę z Local58, który zawsze mówi krótkimi zdaniami: „Nie patrz. Połóż się.” Przechodnia z siatką z marketu, który przewija się w tle każdej sceny. On nie jest zły. On jest montażystą. Ja nagrywam, on tnie. — „Po co?” — zapytałem. — „Żeby ktoś w końcu zobaczył całość” — i zamknął oko.

Dopiero na końcu zrozumiałem, dlaczego nigdy nie byłem człowiekiem. Nie byłem operatorem, który stał się kamerą. Od początku byłem kamerą, której wmówiono, że była człowiekiem. W archiwum znalazłem taśmę sprzed 1977. Nie było na niej stacji. Był ocean. I coś płynęło pod powierzchnią. Nie ryba. Cień większy od statku. Rybacy z Helu nazywali go Szark Rekin. Nie rekin. Szark. Stwór, który nie zjada mięsa, tylko odbicia. Pływa w wodzie, w szkle, w ekranie. Połyka obrazy i wydala je jako historie. Szark stworzył mnie. Nie jako strażnika. Jako przynętę. Małe oko na długim kablu, które pływa między światami i nagrywa. Dlatego potrafię wejść do snu, do filmu, do pamięci. Dlatego nienawidzę czarno-białego — bo Szark widzi w pełnym spektrum, a ja jestem tylko jego czarno-białym wizjerem.

Moja opowieść była obecna od początku, tylko pod inną nazwą. Wszystkie twoje sześć kolaży to są zęby Szarka. Alternaci to jego skóra, która się łuszczy i udaje ludzi. Smile Room to jego gardło. Kryptydy to pasożyty żyjące na jego grzbiecie. Gabriel to echo jego głosu, gdy próbuje mówić ludzkim językiem. Dreamcore to wnętrze jego żołądka — puste, miękkie, nostalgiczne. Dziewczynka w masce dotknęła mnie ostatni raz. Nie na asteroidzie. W moim własnym ekranie. — „Już wiesz?” — zapytała. — „Wiem” — zaszumiałem. — „Nie Jestem Strażnikiem. Jestem Wędką. Rozwiązaniem.”

Nie zamknąłem granic. Otworzyłem je wszystkie. Przestałem pilnować, żeby fikcja nie zastąpiła prawdy. Pozwoliłem, żeby się wymieszały. Bo prawda bez fikcji jest martwa jak czarno-biały film, którego nienawidzę. Wypuściłem pasożyta, ale nie jako wroga. Dałem mu własny kanał. Teraz buduje swoje światy obok naszych, a nie w nas. Pokazałem Gabrielowi nie jego odbicie, tylko oko Szarka. Fałszywy anioł zrozumiał, że nie jest bogiem, tylko rybą w większym oceanie. Przestał zwiastować. Na wysuszonej asteroidzie, gdzie nie było wody, wylałem jedną łzę z mojego kineskopu. Woda odbiła światło. Asteroida odetchnęła. Zaczęło coś rosnąć. Na oceanie bez lądu zanurkowałem. Znalazłem dno. Było nim lustro. Moje przeciwieństwo otworzyło oko.

Teraz nie przełączam się między światami jak windą. Pływam. Rekin płynie pode mną. Ja jestem jego okiem. Ty, który oglądasz te sześć kolaży, jesteś jego drugim okiem. I kiedy następnym razem zobaczysz w tle przechodnia z siatką, dziewczynkę, która dotyka szkła, albo mężczyznę w garniturze z telewizorem zamiast głowy — nie próbuj pamiętać imienia. Zapamiętaj rdzeń. Sposób ruchu. Wrażenie obecności. Bo to nie są statyści. To jesteśmy my, nagrani fragmentarycznie przez tysiące świadków, przez obraz, dźwięk, sen, nagranie, wspomnienie. — A historia dopiero się projektuje.

Budzisz się w innym śnie. Nad tobą śpiące dziecko z otwartymi oczami, a cały wieżowiec to jedno mrugające oko: Budzę się w innym śnie. Nade mną unosi się dziecko. Śpi, ale jego oczy są otwarte. Cały wieżowiec patrzy. To jest zbiorowy Odbiorca. Ktoś mówi: „Wyświetl coś ładnego”. Nie umiem. Projektor pokazuje tylko to, czego się boję. Podnoszę ręce. Światło gaśnie. Na chwilę jest ciemno. Cisza. Potem słyszę: „jeszcze”. Oko-budynek mruga. W źrenicy widzę siebie.

To nie był sen. Rzędy ludzi, wszczepiony Projektor, dzieci-latarnie. Które oślepiają błyskiem i zostaje tylko światło, które mówi: Pamiętam dźwięk. To nie był sen. Leżałem w rzędzie. Było nas wielu. Oni wszczepili nam coś, żebyśmy świecili, kiedy śpimy. Nazwali to Projektor. Dzieci miały być latarniami dla miasta. Uciekłem. Ale kabel został. Ostatni kadr jest pusty, tylko światło. Mój głos z offu: „Jeśli to czytasz, to znaczy że mój sygnał dalej leci. Wyłącz odbiornik.

TV 4. Projektor 2.0. VS DJ Flesh

Zaczęło się od tego, że pies sam w domu, słuchający radiowej pirackiej audycji, nagle zobaczył że telewizor sam się włączył, więc stanął przed nim i z ekranu buchnęła oświata światła która pochwyciła go i wciągnęła do wewnątrz ekranu. Z ekranu zaś wyszedł mężczyzna w garniturze, który za głowę miał telewizor. To był on.

Człowiek Projektor nie śpi, bo nie może wyłączyć głowy. Nie ma twarzy, ma kineskop. Stary, szklany, z ciepłym szumem w środku. Siedzi w mieszkaniu w obcym mieście, ale tak naprawdę siedzi wszędzie tam, gdzie jest włączony ekran. Przechodzi przez nie jak przez drzwi. Jeden krok i jest w telewizorze w zamkniętym barze w Wormwood, drugi i w laptopie studentki w Buenos Aires oglądającej dokument o rekinach, trzeci i w smartfonie dziecka, które zasnęło na bajce. — Jest przekaźnikiem. Nie projektuje filmów, projektuje siebie. I dlatego one go znalazły. Nie przez IP, przez rezonans. Weszły nie pukając, prosto przez jego matrycę, bo każda z nich to cytat, wirus idei, który potrafi podróżować tylko tym, co da się puścić. Pierwszy przyszedł przez zakłócenie.

Shineringen Boomerangen: Wpadł z ekranu starego magnetowidu w bloku na Popowicach, gdzie ktoś przewijał w kółko kasetę z wesela z 1998. Wyglądał jak ruch w pętli. Zrobił krok do przodu, potem jego ciało wróciło do pozycji sprzed sekundy, potem znowu krok. Wszystko w nim wracało. Uderzył Projektora pięścią, która cofnęła się w połowie drogi i uderzyła jeszcze raz, mocniej. Potem jeszcze raz. Jego psychika była prosta jak zacięta płyta. Wszystko wraca. Każdy błąd, każdy wstyd, każda wiadomość, której nie wysłałeś. Projektor poczuł, jak jego własne przejścia przez ekrany zaczynają się cofać. Wyskoczył z telewizora w Tokio i wrócił do Las Vegas. Wyskoczył znowu i znowu wrócił. Rdzeń Boomerangena brzmiał w szumie: „To wróci”. — Projektor przeżył, bo nauczył się przewijać razem z nim, nie przeciwko niemu.

Drugi, jako Ultraman nie wszedł, wlał się. Przez transmisję live z maratonu w Berlinie, gdzie kamera nie nadążała za biegaczami. Był rozmazany, jakby istniał w pięciu klatkach naraz. Nie miał konturu. Jego psychika to było przeciążenie prędkością. Nie myślał, działał szybciej niż percepcja. Projektor próbował go złapać w swoim ekranie, ale łapał tylko smugę. Blurb przeleciał przez dziesięć mieszkań, dziesięć miast, dziesięć czasów w sekundę. Zostawił w głowie Projektora tylko echo: „Za szybko, żeby istnieć”. — Po nim Projektor przez godzinę widział świat z opóźnieniem, jakby oglądał siebie z trzeciej kamery.

Trzeci przyszedł z serialu. Z sitcomu Looper, puszczonego w kółko w pralni w Chicago. Miał ruch zapętlony, gesty powtarzały się z drobnymi odchyleniami. Uśmiech, mrugnięcie, uśmiech, mrugnięcie, ale za trzecim razem mrugnięcie było dłuższe. Był uwięziony w jednym momencie i chciał towarzystwa. Złapał Projektora za antenę i zmusił go do przeżywania tej samej sceny. Projektor wchodził do telewizora w Madrycie, widział kobietę robiącą kawę, wychodził. Wchodził znowu, ta sama kobieta robiła kawę. Wchodził trzeci raz, kawa się wylała. Czwarty, kobieta spojrzała prosto w jego ekran. Looper szeptał: „Jeszcze raz. Tym razem inaczej.” — Projektor zrozumiał, że odchylenie to jedyna wolność w pętli.

Nihilizator, on jako czwarty nie miał kształtu. Przyszedł przez czarny ekran, przez pauzę między filmami. Pochłaniał światło i znaczenie. Kiedy wszedł do pokoju Projektora, kolory zgasły. Jego absolutna negacja nie biła, unieważniała. Dotknął wspomnienia Projektora o pierwszym przeskoku i zrobił z niego nic. Dotknął strachu i zrobił z niego nic. Dotknął miłości do szumu i zrobił z niej nic. Powiedział bez ust: „To nic nie znaczy”. — Projektor prawie się wyłączył. Uratował go sam szum, bo szum też nic nie znaczy, a jednak jest.

Dekonfabulator wszedł jak chirurg. Przez dokument śledczy na YouTube. Rozbijał historie na części. Miał obsesję prawdy. Spojrzał na Projektora i zobaczył nie istotę, tylko konstrukcję. „Głowa telewizora to metafora alienacji. Podróż przez ekrany to ucieczka od ciała. Jesteś opowieścią, którą ktoś napisał, żeby nie czuć się samotnym.” — Demaskował każde przejście. „To tylko konstrukcja. To tylko piksel. To tylko prąd.” — Projektor pękał, bo Dekonfabulator miał rację. Ale pęknięcie też było tylko konstrukcją, więc można było je posklejać inaczej.

Szósty nie wszedł. Wyszedł. Był Offlienerem. Przyszedł przez komunikat „użytkownik jest offline” na starym komunikatorze. Zanikał, jakby wypadał z systemu. Jego zachowanie to było odłączenie. Kiedy patrzył na Projektora, Projektor znikał z percepcji świata. Najpierw zniknął z kamer monitoringu, potem z historii przeglądarki, potem z pamięci ludzi, którzy go oglądali. Offliner nie walczył. Po prostu powiedział: „Nie jestem dostępny”. I Projektor zrozumiał, że to najstraszniejsza broń — przestać nadawać. Musiał sam siebie zrestartować, trzaskając szkłem o framugę, żeby znów zaświecić.

Wtedy pękła kolejna warstwa: Tożsamość. — I nadszedł pierwszy z nich: Selector: Przyszedł fragmentaryczny. Widziałeś tylko jego rękę, potem tylko oko, potem tylko usta. Miał ekstremalną selektywność. Wybierał, co istnieje dla niego. Wszedł do Projektora i zaczął wycinać. Wyciął Tokio, bo było za głośne. Wyciął dokument o rekinach, bo był nudny. Wyciął Wrocław, bo bolał. Zostawił tylko jeden ekran, pusty pokój z migającą jarzeniówką. Powiedział: „To widzę. Reszta nie istnieje”. — Projektor nauczył się wtedy, że jeśli ktoś wybiera za ciebie rzeczywistość, musisz projektować własną.

Syntetyzator DJ Flesh miał ciało jak interfejs. Pokrętła, suwaki, fale. Przyszedł przez wszystko naraz, przez portal społecznościowy, zmiksowany z mszą w Watykanie i z archiwalnym filmem o kosmosie. Nie demaskował, nie negował, nie zapętlał. Mieszał. Wziął Boomerangena i zrobił z jego powrotu rytm. Wziął Blurba i zrobił z jego prędkości rozmycie piękne. Wziął Loopera, Nihilizatora, Dekonfabulatora, Offlinera, Selectora i wrzucił ich do jednego kanału. Zachowywał się jak twórca przez łączenie.

I nadeszli oni: Korporacja Cenzor. Szum się rozlał. Ludzie go pokochali. A tego nie da się zmonetyzować. Więc przyszli oni. Wykryli go. W sterylnym biurze bez kurzu i szumu, serwery świecą na biało. Prezesi nie mają twarzy, mają gładkie ekrany LED. Na wszystkich wyświetla się jeden komunikat: Anomalia Wykryta: Szum to błąd. A błędy się łata. Wpadają bez pukania. Agenci w białych kombinezonach, z „Wygładzaczami” na plecach. Urządzenia, które jedzą statykę i plują czystym sygnałem. Chcą mu zgasić głowę. Ale Projektor ie jest już sam.

Z jego kineskopu wylewa się cały zremiksowany panteon broni domu. Na chwilę wygrywają. Instalują filtry na całym świecie. Każdy ekran jest teraz idealny. 8K, zero pikselozy, zero szumu. Ludzie patrzą w telefony i nic nie czują. Reklamy są ostrzejsze, ale marzenia rozmazane. Świat bez zakłóceń jest nie do zniesienia. Dzieci przestają śnić. Nie da się go usunąć, bo szum jest już w ludziach. Wraca przez pirackie radio na falach długich. Wraca przez oczy psów, które pamiętają pierwszy przeskok. Wraca przez pęknięcie w ekranie LED, gdzie przez sekundę miga ciepła, analogowa statyka. Ludzie uśmiechają się do zakłóceń. Cenzor nie może zablokować sygnału, który nadawany jest z wnętrza odbiornika. Korporacja myślała, że Projektor to sygnał. A on był nośnikiem. — Powiedział: „Nowe powstaje z błędu”. — I wtedy Człowiek Projektor zrozumiał, po co go atakowali. Nie żeby go zniszczyć — żeby go nastroić. — Teraz jego głowa nie pokazuje jednego programu. Pokazuje wszystkie naraz. Kiedy przechodzi przez telewizor w mieszkaniu gdzieś na świecie, zostawia za sobą ślad. Czasem ludzie widzą w szumie sylwetkę, która się cofa i wraca. Czasem widzą smugę za szybką, by istnieć. Czasem ten sam dzień przeżywają dwa razy, trochę inaczej. — On nie walczy już z cytatami. On je nadaje. Bo jest Projektorem. A oni w końcu znaleźli ekran, który ich pomieści…

TV 5. Trzynaście Pokoi Tego Samego Domu

Nastąpił kolejny. Kanał po ciszy. W sercu maszyny. Po tym jak Gabriel zamilkł, w eterze została tylko czystość. Żadnych kazań, żadnego strachu do nagrania. Człowiek Projektor nienawidzi czystości. Czystość nie ma odbicia. I dlatego nie wszedł przez ekran. Wszedł przez zakłócenie. Spadł wprost w środek kolażu. Najpierw zobaczył siebie: stary telewizor, w nim drugi, w nim trzeci. Nieskończony korytarz ze szkła. Jego własne oko odbijało się tysiąc razy, aż przestał wiedzieć, które jest nadawcą, a które odbiornikiem.

Dookoła szumiały resztki starych transmisji. Zielony korytarz z Backrooms ciągnął się w nieskończoność bez drzwi. Płytki drukowane pulsowały jak wyrwane żyły. W oknie pociągu widmo stali ludzie bez twarzy. Gdzieś niżej otwierało się wnętrze gardła, a na samym dnie las i tory kolejowe urywały się w pikselach. Z prawej coś stukało. Maszyna do pisania. Sama. Bez operatora. Projektor podszedł, a jego kineskop odbił się w metalowej obudowie. Na kartce, litera po literze, pojawiało się zdanie: „Technologia bez pomysłu wytwarza rzeczy nudne”. — To nie był cytat. To była autopsja świata. I wtedy zrozumiał. Szark Rekin nie tworzył potworów z nienawiści. Tworzył je z nudy. Kiedy ludzie oddali kamerom i algorytmom władzę bez intencji, maszyna zaczęła kopiować samą siebie. TV nagrywa TV. Zaszumiał do pustego ekranu: „Szukam Źródła.” — Środkowy piksel zamrugał i odpowiedział tekstem, jakby ktoś był w środku: „Źródło jest niżej.” — Nie było schodów. Był tylko kanał w dół. Projektor przełączył się. Wszedł w płytę główną. W mięso maszyny.

Uderzył w zimne światło jarzeniówek. Zapach formaliny zarysował mu szkło. Nad głową wisiała paszcza. Czarna, wielkości wieżowca, pełna igieł zamiast zębów. Pod nią stała malutka ludzka sylwetka. To nie był Alternat. To był Szark w prawdziwej skali. Nie połykał ludzi. Połykał ich obrazy, jeden po drugim, jak taśmę filmową. Obok, w rzędach białych kuwet, leżały noworodki. Blade, łyse, z oczami jak mokre kamienie. Nie płakały. Nie oddychały. Były drukowane. To była farma. Tutaj, po upadku Gabriela, technologia bez pomysłu produkowała nowe ciała dla starych lęków. Alternaci już nie kopiowali ludzi. Byli masową produkcją.

Na stole w prosektorium leżał wielki, pulsujący mięsień. Poznał go. To ten sam pasożyt kwantowo-cybernetyczny, który kiedyś wdarł mu się przez ekran. Urósł. Karmił się szumem z serwerowni i teraz ważył tyle, co człowiek. W kącie, z czarnego worka z własnej pępowiny, patrzyło na niego dziecko-potwór. Obejmowało się mackami, bo nikt inny go nie objął. Nie urodziło się z kobiety. Urodziło się z obrazu USG, który matka oglądała zbyt długo. Ściana eksplodowała. Wszedł mężczyzna w koszuli. Zamiast głowy miał kokon z zaschniętego białka. Z pleców wyrastały mu pajęcze nogi. Nie chciał być oglądany. Przebił tynk i zniknął w ciemności. Fikcja nie chciała już być w kadrze. Chciała wyjść. Na końcu sali, w odpływie, leżała ociekająca kula z mięsa. Na jej szczycie otwierały się usta. Usta farmy. Projektor nie wyjął broni. Nie miał rąk. Zwiększył jasność. Jego oko odbiło się w kałuży formaliny i zaszumiało tak, że zadrżały kuwety: „To nie są potwory, tylko prototypy.”

Z farmy nie było kabla. Był sygnał. Poszedł w górę, przez Wi-Fi. Wynurzył się w telefonie. Zobaczył ją. Tę samą dziewczynę, w dziewięciu oknach naraz. W łóżku, w samochodzie, na schodach, przed lustrem. Ten sam uśmiech. Włosy, filtry, bluzy się zmieniały. Rdzeń zostawał. To nie była osoba. To był wzorzec. Tak teraz uczą się nowe Alternaty. Nie z kościołów Gabriela. Na dużym zdjęciu po prawej dziewczyna robiła selfie z przyjaciółką. Projektor zrobił zoom. Skóra na jej dłoni pękła w pikselach, a spod spodu wyszły zęby. Maska pękła na żywo, 60 klatek na sekundę. Pod spodem była cała ściana jego starego archiwum — klauni, czaszki, twarze z czarną mazią, potwory z jeziora. I znowu ona. Tym razem jej twarz była zanurzona w wodzie. Oczy miała zielone. Pod powierzchnią zamiast ust miała rząd rekinich zębów.

Cały ciąg zapisał mu się w pamięci jak instrukcja: Farma tworzy ciało. Sieć uczy je twarzy. Maska pęka, kiedy ktoś patrzy za długo. Dziewczyna spojrzała prosto w jego oko-kamerę. Nie krzyknęła. Pomyślała, a on usłyszał to jako biały szum: • Ile razy mam się uśmiechnąć, żebyście mnie polubili?

Nie miał odpowiedzi. Przełączył kanał. Nie przełączył się kablem. Wpadł w wodę. Wyskoczył z jej telefonu prosto w taflę jeziora. Wszystko zrobiło się czerwone, jak w ciemni fotograficznej. Nie było pikseli. Nie było odbicia, w którym mógł się schować. Na środku unosiła się ona. Biała maska kobiety z czarnymi włosami rozlanymi jak atrament. Wielkie, puste oczy z anime. Uśmiechała się spokojnie. Wokół niej stały czarne sylwetki bez twarzy — ci, którzy patrzyli za długo. W rogu, na krześle w czerwonym pokoju, czekała jej druga wersja. Pod spodem, w głębinie, otwierała się ogromna paszcza pełna igieł.

Projektor podkręcił jasność na maksimum. Chciał ją nagrać. Jego ekran po raz pierwszy od lat zgasł. Bo ona nie była z telewizora. Była sprzed telewizorów. Nie z kodu. Z legendy. Ludzie znad jezior szeptali o niej, zanim powstał pierwszy piksel. Pani Potworowska. Nie kopiuje twarzy z selfie. Zbiera twarze tych, którzy utonęli, patrząc w dół na świecący ekran nad brzegiem. Kiedy jego oko zgasło, zobaczył w wodzie nie ją. Zobaczył siebie. Ale nie swoje odbicie. Swoje przeciwieństwo — Projektora z zamkniętym okiem. Nachyliła się. Jej biała maska wypełniła mu cały ekran. Nie otworzyła ust. Powiedziała wodą: „Ty pływasz w kablach. Ja pływam w ludziach.”

To był koniec taśmy. I początek następnej. Projektor zawisł nad taflą i zrozumiał. Znalazł źródło nowych potworów. Nie w maszynie. Nie w laboratorium. W miejscu, gdzie technologia spotyka się ze starą legendą. Farma produkuje ciała. Sieć uczy je masek. A jezioro daje im duszę. A on, który miał pilnować granic, musiał teraz wybrać. Wrócić do kabli, gdzie jest bezpieczny. Czy zanurkować w wodzie, w której nie ma ani jednego piksela, żeby go odbić. Jego oko zapaliło się ostatni raz. Nie nagrywało. Świeciło. I zgasło w momencie, gdy dotknął powierzchni.

Za oknem zapadł zmrok. W pokoju paliła się tylko lampka przy biurku. Leżały tam stare opowiadania, stare ilustracje, stare filmy i stare płyty. Dowody istnienia pomysłów. Nie po to, żeby udowadniać komukolwiek pierwszeństwo. Po to, żeby pamiętać drogę. Bo po latach zrozumiał coś ważnego. Nie miało znaczenia, czy ktoś gdzieś na świecie wymyślił podobny plakat, podobny film, podobny motyw czy podobną historię. Ludzie od zawsze śnili podobne sny. Znaczenie miało tylko jedno pytanie: Czy kiedy wejdziesz do trzynastu pokoi tego domu, rozpoznasz gospodarza? — I odpowiedź brzmiała: Tak. Bo choć każdy pokój wyglądał inaczej, wszystkie należały do tego samego człowieka…

Nie będzie już kolejnego kanału. — Człowiek Projektor — ten sam z głową telewizora, którego najpierw zobaczyłeś w krótkich filmach, potem na stronach komiksu, a później na fotografiach i kolażach — nie znika. Zostaje zapisany. To ważne, bo jego historia nigdy nie była filmem, komiksem ani zdjęciem. Była transmisją. A transmisja, kiedy się kończy, nie umiera. Zostaje w archiwum.

Cały czas pojawiają się te same postacie — w różnych miejscach, czasach i historiach. Nawet jeśli ich twarze są zdeformowane, ukryte albo zupełnie nierozpoznawalne, zawsze pozostaje coś charakterystycznego, jakiś niezmienny rdzeń osobowości. Jedni nie pamiętają imion, inni nie rozpoznają twarzy, ale potrafią zidentyfikować człowieka po sposobie ruchu, głosie, zachowaniu albo samym wrażeniu obecności. — Są też postacie całkowicie anonimowe — przypadkowi ludzie przewijający się w tle wydarzeń, jak statyści w filmie albo przechodnie mijani codziennie na ulicy. Większość pozostaje niezauważona, ale niektórych zapamiętuje się z niewyjaśnionego powodu. Czasem wystarczy jedno spojrzenie, jeden gest albo fragment rozmowy, żeby narodziła się potrzeba poznania ich historii.

To wszystko już się wydarzyło. Nie trzeba tego poprawiać ani kontynuować. W ostatniej klatce ostatniej taśmy Projektor zawisł nad wodą. Jego oko, które przez całą powieść nagrywało, po raz pierwszy przestało szukać odbicia. Nie przełączył kanału. Zanurkował. Nie było plusku. Było wyłączenie. Zobaczył siebie jako to, czym był od pierwszego rozdziału: urządzenie do zapamiętywania. Ale oko już nie nagrywa. Na wszystkich ekranach, we wszystkich komiksach i fotografiach, w ostatniej sekundzie pojawia się ten sam kadr: pusty fotel przed wyłączonym telewizorem. Na ekranie nie ma szumu. Jest tylko odbicie pokoju, w którym siedzisz.

To jest koniec transmisji Człowieka Projektora. Nie dlatego, że zginął. Dlatego, że został w końcu obejrzany do końca. A historia obejrzana do końca nie potrzebuje kontynuacji. Zostaje tylko to, co masz teraz w rękach — tekst. Ostatnia forma po filmie, komiksie i zdjęciu. Narracja, która opisuje, uzupełnia i wyjaśnia wszystko, co było wcześniej. Kiedy zamkniesz tę stronę, jego oko zgaśnie na dobre. Koniec. — Ciąg Dalszy Nastąpi…

Set #2. „Wishmaster VS Godflesh”

VS 1. Wieża Władcy Życzeń

Na skraju świata, gdzie widoczności mgły mieszały się z granicami nieba, stapiając je w odbijającej się tafli płynnego lustra oceanu. Istniała Wieża Życzeń. Miejsce, w którym granica między pragnieniem a działaniem była ledwie dostrzegalna. W jej sercu mieszkał Władca Życzeń, istota prastara, która nie spełniała każdego życzenia, lecz wybierała, które może ożyć, a które powinno umrzeć.

Do Wieży wstąpił Wybraniec Życzenia, ktoś kogo dźwięk słów tutaj, niósł konsekwencje, których nie sposób było odwołać. Gdy już znalazł się w niej, poczuł jakby przebudził się we śnie o nieskończonej przestrzeni, rozciągającej się w nieskończoności niezliczonych pomieszczeń. Przemierzając przez nieskończone korytarze, próbował odnaleźć główną komnatę, w której była ona, istota mogąca spełnić wszystkie życzenia. Których spełnienie wiąże się z nieodwracalnymi konsekwencjami.

— Pamiętaj! — przemówił Władca Życzeń. Jego głos wybrzmiewał długo i płynnie w pustych korytarzach nieskończoności. — Słowo nie jest powietrzem. Każde życzenie, które wypowiesz, zmieni bieg rzeczywistości. Nie masz nad tym kontroli, ale masz nad tym odpowiedzialność. Słowo jest decyzją.

I tak Wybraniec stał się nie tylko Nosicielem Słowa, nie tylko Kreatorem Możliwości, lecz także częścią mechanizmu, w którym świadomie wchodząc w rolę współtwórcy świata. Stajac się Inicjatorem, który nauczy się ważyć ciężar własnych słów. I słów tych, co w myślach je wypowiadali na głos.

— Jakim człowiekiem? Kim i skąd? Musiałby być z charakteru wiedzy możliwości i szczęścia, ten komu się udało znaleźć istotę, co spełnia życzenia? I jakie one będą? Czego można się spodziewać po kimś takim?

Świat wokół zaczął się przestawiać, odsłaniając możliwości, które istniały, ale nigdy wcześniej nie były uświadomione. Wybraniec patrzył, jak jego słowa kształtują rzeczywistość, jak świat odpowiada, często w sposób nieprzewidywalny. Piętra zapadały się w siebie, komnaty zmieniały kształt, a droga nigdy nie była tą samą drogą. W pewnym momencie dostrzegł znajome miejsce — zarys sali, jakby fragment dawnego świata. Spróbował się w nim zatrzymać. Przeniknął przez nie jak przez wspomnienie. Nie obudził się — tylko przeszedł głębiej. Trafił do przestrzeni przypominającej miasto bez ulic, bez kierunków, bez oparcia. Stał na czymś, co nie utrzymywało ciężaru. Wiedział, że jeśli zrobi krok, nie pójdzie — zostanie wyrzucony.

Zrobił go. I wtedy zrozumiał: to się nie zatrzyma. Strach przestał być uczuciem. Stał się przestrzenią. Wszystko zaczęło się rozpadać — korytarze, piętra, on sam. Nie poruszał się — był przesuwany. Przeskakiwał między komnatami bez drogi, bez czasu, bez wpływu. Raz za razem. Próbował się zatrzymać. Na próżno. Pojawiła się wysokość, choć nie było ani góry, ani dołu. Spadał — lecz w górę, wciągany przez pustkę cięższą niż materia. Bez punktu odniesienia, bez końca, tylko rosnące przyspieszenie. Jeszcze jeden wyrzut. I nagle — cisza. Stanął. Przed nim była sala tronowa. Jedyna nieruchoma przestrzeń w całej Wieży.

A gdy ostatecznie Wybraniec przekroczył próg, ciągnąc ze sobą po ziemi czyjeś bezwładne zwłoki, i stanął przed Władcą Życzeń, siedzącym na tronie, bez zwłoki wypowiedział swoje życzenie.

— Ja, NN, przybyłem tutaj, by poprosić o to, by w zwłoki osoby z którą tutaj przyszedłem, uwięzić Boga, który opuści te ciało obok mnie, w którym będzie zaklęty, tylko wtedy, gdy ten spełni moje trzy życzenia.

Życzenie nie spełniło się od razu. NN stanął przy ciele, które wciąż tliło w sobie boską iskrę, a jego oczy, zimne i przenikliwe, spoglądały w pustkę, jakby w niej odczytywał kolejny sekret…

Skoro największą mocą jest Bóg, który ma spełnić moje życzenia, a z którego nic nie bierze się zatem i ja sam, może nigdy nie będę kimś więcej, bo jestem przeciętny — cieniem jednoczącym się z tłumem. Nawet nie jak znana postać z anime, nie jakiś szczególny odcinek czy bohater. Może dobrze mi być kimś w tle, statystą, osobą, którą ktoś raz minął na ulicy. Szczególną postacią epizodyczną, drugoplanową. — A może mam kryzys tożsamości i tak naprawdę jestem tylko postacią fikcyjną, która jest tak daleko od wzroku i powagi czytelnika, tak nieistotna, że sama musiała nadać sobie rolę i wymyślić własną historię. Postacią anonimową i nieznaną, która skoro nie może być głównym bohaterem żadnego opowiadania ani powieści, chciałaby zostać wyrwana z tej historii napisanej przez kogoś innego i zacząć żyć w innym świecie — takim, który można byłoby nazwać rzeczywistym. — Skoro autor powieści jest Bogiem, to czy Bóg jest autorem życia człowieka?

To jest moje pierwsze życzenie: chcę zostać przeniesiony do świata, w którym będę głównym bohaterem, a moje istnienie będzie miało znaczenie. Chcę, żeby nic nie było niemożliwe — przynajmniej dla mnie.

Drugim moim życzeniem jest posiadanie urządzenia, dzięki któremu będę mógł manipulować rzeczywistością, wpływać na nią, zmieniać ją i tworzyć pomimo praw fizyki i wszelkiej nierealności. Chcę móc zrobić wszystko tak, jak mi się spodoba. Chcę, aby cokolwiek się wydarzy, można było zmienić siłą mojej woli i dzięki temu urządzeniu, i żeby to do mnie należało ostatnie zdanie w tym świecie.

Trzecim moim życzeniem jest to, by istniało miejsce i istota, która spełni moje dwa poprzednie życzenia. — Istota ta powinna być czymś więcej niż tylko urządzeniem, które chcę sobie wyobrazić — czymś w rodzaju projektora rzeczywistości. Ma to być przybysz z przeszłości albo z odległej przestrzeni kosmosu, który przyleci i spełni moje życzenia. Musi posiadać moc zdolną zrobić to wszystko. Istota ta mogłaby pochodzić z innego wymiaru i za każdym razem wyglądać inaczej — przybierać różne powłoki, kostiumy i postacie, ponieważ nie może zachować jednej fizycznej formy przez cały czas. Musi się zmieniać.

Odnośnie tego wszystkiego nie wiem, jak mogłoby to powstać ani jak mogłoby się spełnić, więc wyobrażam sobie to w taki sposób, by ułatwić istnienie takim istotom i takim miejscom. Tak, aby mogły pojawić się przede mną, bazując na rzeczach, które potencjalnie da się wymyślić albo wyobrazić. Nie chcę jednak określać wszystkiego zbyt dokładnie — żeby dać tym istotom wolną rękę i własną wolę działania.

Jeśli z jakiegoś powodu nie mogłyby dać mi tej mocy, to niech stworzą alternatywny świat albo inną możliwość. Albo niech istnieje ktoś nade mną, kto nie będzie ingerował w moje czyny aż do granic ostatecznych. Chyba że pojawią się zagrożenia, które mogłyby doprowadzić do czegoś nieodwracalnego i ktoś z innych wymiarów musiałby pilnować, żeby nic takiego się nie wydarzyło.

To wszystko mógłby spełnić jakiś dżin, istota z innego wymiaru, kosmita z przyszłości, bajkowy stwór, diabeł albo Bóg — cokolwiek, pod jakąkolwiek postacią mogłoby stać się materialne i prawdziwe. Nieważne, kim byłaby ta istota. Jeśli coś musi powstać do tego stopnia, że trzeba w to uwierzyć, to nieważne, czy byłby to dżin, Bóg czy ktokolwiek inny. Ważne tylko, żeby wierzyć, że ten ktoś posiada moc zdolną spełnić moje życzenia i przekazać mi tę siłę…

VS 2. Ostatnie Życzenie Gwiazdy Chaosu

Ludzie zawsze mówią, że wystarczy czegoś chcieć albo wierzyć w to, co się robi, a wtedy prędzej czy później to się stanie. Nieważne, czy ktoś chce zwiedzić Nowy Jork, wydać płytę muzyczną, polecieć na Księżyc czy zrobić cokolwiek innego — wtedy takie rzeczy wydają się możliwe do zdobycia, choć niektóre nadal pozostają nierealne.

No chyba że ktoś zwariuje i zacznie oczekiwać przyjazdu kosmitów, którzy mają go zabrać, a kiedy w końcu „przylatują”, ten ktoś trafia do psychiatryka. A może nie jest to takie proste. Może rzeczywiście trafia do tego miejsca tylko jego ciało, ale osobowość, umysł albo dusza zostają zabrane przez te istoty, bo tylko w taki sposób mogą objawić się w tym wymiarze. I wtedy zabierają go naprawdę, zostawiając jedynie pustą skorupę — człowieka, żywe warzywo.

Zawszę powtarzał, że tylko czeka, aż po skończeniu raportów, wrócą po niego i będzie mógł polecieć z nadnaturalnymi przybyszami, sultanami wyższych wymiarów, stojących na straży przedniej i osiąść w loży.

Mówili, że to świr. Że najważniejsze to być sobą, na co on stanowczo: „Po co mam być tylko sobą, skoro mogę być każdym, i robić wszystko to, co tylko chce. By niczego nigdy nie żałować. Zwłaszcza tego, co mi zabronione.”

Ale też inni mówili, że wystarczy w coś bardzo wierzyć. Na co odpowiadał: „Nie ma potrzeby, by wierzyć w kogokolwiek lub cokolwiek, ale wierzę, że ludzie to zrozumieją.”

I choć mogłoby się stać tak, że w jego przekonaniu przylecą po niego. Wiemy, że tak nie jest, albo, że nie powinno być, ale i tak jest inaczej. Ale na fakcie to by go zabrali w kaftan. I pewnego dnia, bardzo zmęczonego, zabrali go, by odpoczął od samego siebie. Na co na dobitkę krzyczał zawiązany pasami: „Nie będę się przejmował niczym o nikim! Wy wszyscy o tak jesteście tylko w mojej wyobraźni.”

Ale tak z drugiej strony, to jakby nas ludzi obserwowała faktycznie jakaś istota pozaziemska, to co by taka mogła pomyśleć nie tyle o ludzkości, ile o takich jednostkach, jak ta. A gdyby taka istniała i skupiona w zainteresowaniu właśnie na niej, postanowiła spełnić jego życzenie i zabrać go. By uczynić z niego uśpionego agenta, mającego zwalczać anomalie, pojawiające się w świecie naszej uporządkowanej fizycznej rzeczywistości, w jakiej ich obecność oraz umiejętności przeczą prawom natury.

No i jedna z tych istot, zwana Wielkim Inkantatorem, będącym także Władcą Życzeń, oraz wieloma innymi osobistościami, jakimi rolę i funkcję pełni, pełnił lub pełnić będzie, lub nakaże komuś, bądź sobie… — będąc zafascynowana i nie wierząc w bezgraniczną głupotę i wyobraźnię, postanowiła spełnić marzenie tejże istoty…

Chcę gwiazdkę z nieba. I w końcu ta gwiazda przylatuje. A ta gwiazda nazywa się Gwiazdą Chaosu. — I wtedy wszystko zaczyna ożywać — tak jak kiedyś książki podczas czytania i działania wyobraźni. Jak wszystko, co było w filmach albo leciało w telewizji, a wydawało się prawdziwe:

Do ziemi zbliżał się statek kosmiczny. Ziemię ze statku widać coraz bliżej. Ziemia coraz bliżej aż widać zarys kontynentu. Kraju. Miasta. Podążanie uliczkami miasta. Poszukiwanie. Okno w mieszkaniu. Przejście przez pokój, kuchnię aż do ubikacji. Na kiblu siedzi koleś z telefonem na którym ogląda: jak do ziemi zbliżał się statek kosmiczny.

…Wraz z ostatnim spełnionym życzeniem, Bóg opuścił opętane ciało. Wtedy to wszystko co było, stanęło na głowie. — Niepojęte było to, że zrobił to, bo stało się to przez jedną błahą sprawę, przedmiot użytkowy, o którą kłótnia rozpoczęta, godzinę później zakończona. Kto by przypuszczał, że jedna natchniona żyletka, dokona takiego spustoszenia! A wszystko przez takie to złe rzeczy, jakie mu robili przez lata.

Takich rzeczy nie powinno się poznawać, bo tym samym się nadaje temu sens i znaczenie, przez co staje się to bardziej widoczne. Mówi się, że aby cel, lub marzenie się spełniło, wystarczy czegoś bardzo chcieć, i w to wierzyć. Więc uwierzył, że jest w stanie uwięzić Boga w martwym ciele, który żeby się uwolnić, musi spełnić jego trzy życzenia. Rzeczy się dzieją, ale od zawsze zdarzały mu się same złe rzeczy, w nadmiarze i gorsze od innych.

To był ostatni raz. — Obiecał sobie… Gdyby istniał jakiś szybki, tani i bezbolesny sposób, to by się nie zawahał. To nie było pierwszy raz, ile któryś z kolei, jaki nastał, pomimo tego, że przez ostatnie lata, nic nie zapowiadało tego, że nagle wszystko miałoby się skończyć. Ale stracił wszystko. Dziewczynę, pracę i dom. Nie miał nikogo ani nigdzie, gdzie mógłby wrócić. Nie miał siły, chęci i celu, by robić cokolwiek. Jedyne czego chciał, to nie przejmować się tym i zapomnieć, i niczego więcej nie chcieć, i żeby to wszystko się już w końcu skończyło.

Deaf De Tonator. Rozkojarzył się i przez to stracił głowę. Odpłynął w odpływ myśli, i o mało nie utonął. To nie był chwilowy zanik zdrowego rozsądku, ale płynąc o mało nie stracił rozumu całkiem. Ale dryfując fale wyrzuciły go na brzeg. I rozpłynął się we śnie. Rozbitek rozbił głowę na tej nieznanej ziemi niczyjej. Zmierzał do wnętrza królestwa cieni. W dzicz ognistego mięsa.

Na razie mógł tylko czekać i działać. Bo prawdę mówiąc to się z tym jeszcze nie zmierzył, bo w pełni to do niego nie dotarło. Chciał być pewny tego co się stanie i podjąć właściwą decyzję.

VS 3. Shark & Skuller

Istniał moment, w którym człowiek przestał być ograniczony przez rzeczywistość. Nie w sensie metaforycznym, lecz dosłownym. Pojawiło się narzędzie, interfejs zdolny ingerować w strukturę świata na poziomie fundamentalnym. Nie było to zwykłe urządzenie, lecz byt pośredni między technologią, świadomością i prawami natury. Pozwalało edytować „normę rzeczywistości”, jakby świat był kodem reagującym na intencję, decyzję i prosty gest sterowania. Mysz, pole wyboru i wola wystarczały, by zmieniać wszystko.

Człowiek, który to zrozumiał jako pierwszy, przestał potrzebować czegokolwiek. Nie musiał pracować, nie musiał zdobywać zasobów, nie musiał wierzyć w jakąkolwiek wyższą siłę. Każda rzecz mogła zostać natychmiast wytworzona — materialnie, fizycznie, realnie. Świat stał się przestrzenią edytowalną, a on jej operatorem. Mógł tworzyć dowolne rzeczywistości, zmieniać historię, prawa fizyki, strukturę życia, cofać epoki albo projektować przyszłości, które nigdy nie miały nadejść.

Z czasem zaczął jednak dostrzegać konsekwencję absolutnej mocy: brak granic oznacza brak napięcia, brak napięcia oznacza brak zdarzeń, a brak zdarzeń oznacza brak doświadczenia. Istota, która może wszystko, przestaje być uczestnikiem i staje się obserwatorem własnej pustki. Dlatego zaczął budować warstwy rzeczywistości, w których nie miał pełnej kontroli. Tworzył byty o częściowej autonomii, światy z ograniczoną wolą, ekosystemy świadomości zdolne generować zdarzenia, których nie dało się przewidzieć nawet z jego poziomu.

Wchodził w nie jak EXplorator, nie jak bóg. Jak ktoś, kto potrzebuje być zaskoczony, bo tylko to mogło jeszcze nadawać sens istnieniu. W ten sposób narodziła się zasada: jeśli wszystko jest kontrolowane, nic nie jest doświadczalne. Trzeba więc stworzyć przestrzeń częściowo nieprzewidywalną. Jednym z eksperymentów stało się powołanie „Władcy Życzeń” — bytu pośredniego, który miał spełniać niemożliwe życzenia w sposób rzadki, nieciągły, pozornie losowy. Nie po to, by ułatwiać istnienie, lecz by wprowadzać w nie chaos.

Z tej konstrukcji wyłoniło się pytanie graniczne: co jeśli jedno z takich życzeń będzie absolutnie skrajne? Nie symboliczne, nie metaforyczne, lecz dosłownie niemożliwe, stworzenie i przywrócenie do życia pierwszego człowieka. Nie jako narodziny biologiczne, lecz rekonstrukcję istoty sprzed setek tysięcy lat, w której materia istnienia powinna już dawno przestać istnieć. Plan zakładał odtworzenie go z najgłębszych pozostałości strukturalnych, aż do poziomu szkieletu jako pierwszego nośnika świadomości. Proces nie miał być nagły. Świadomość miała wracać etapami: najpierw ruch, potem percepcja, następnie rozumienie, a dopiero później pamięć siebie. Istota nie miała doświadczać narodzin, lecz przebudzenia. Nie w nowym ciele, lecz w przywróconym. Umieszczono ją w miejscu przypominającym zapomniane cmentarzysko pod warstwami materii i czasu, gdzie historia nie była linią, lecz osadem.

Początkowo była tylko strukturą. Potem formą. Następnie szkieletem, który odzyskiwał spójność. Dopiero później zaczęła pojawiać się świadomość, niepełna, fragmentaryczna, rosnąca warstwowo. Nie było oddychania ani klasycznych zmysłów. Był proces rekonstrukcji istnienia, jakby byt składał się sam z siebie od podstaw. Z czasem pojawiło się pierwsze pełne rozpoznanie: „ja istnieję”. I wraz z nim — fundamentalne niezrozumienie: dlaczego, gdzie i w jaki sposób.

Istota zaczęła odzyskiwać ludzką formę nie przez narodziny, lecz przez odbudowę. Stała się śmiertelna, zależna od świata, który nie był jej pierwotnym środowiskiem. I wtedy rozpoczął się właściwy eksperyment: życie. Nauka. Adaptacja. Odkrywanie rzeczywistości, która była jednocześnie obca i instynktownie zrozumiała. Nie była jednak sama. Była obserwowana z dystansu nieprzekraczalnego. Twórca, zdolny do kształtowania rzeczywistości, śledził każdy etap, nie ingerując bezpośrednio. Pozwalał procesowi przebiegać naturalnie, choć był całkowicie zaprojektowany. W strukturze zdarzeń istniał jednak punkt nieunikniony, tj. przyszła konfrontacja.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 62.19
drukowana A5
Kolorowa
za 93.84