Rozdział 1
Babcia Teresa siedziała przy biurku i popijała kawę ze swojego kubka z symbolem Unii Europejskiej, który dostała wraz z koleżankami od dyrekcji z okazji stu lat istnienia urzędu. Smętnie spoglądała na ekran komputera.
— Gdyby tu była kochana Dorotka, to ona by mi pomogła robić to pioruńskie zestawienie i miałybyśmy raz dwa skończone — powiedziała.
— Dasz sobie radę, zresztą jak zawsze, nie musisz tak kwękać i narzekać na brak Doroty. Ona teraz pewnie dobrze się bawi w podróży służbowej z tym młodym i przystojnym kierowcą — powiedziała pani Olga, która akurat była zajęta malowaniem sobie paznokci.
— Ma pani rację, pani Olgo — odezwała się zazwyczaj milcząca pani Helena. — Oni nadzwyczajnie do siebie pasują, prawda?
No właśnie nie za bardzo pasują — odparła pani Olga. — Przecież on jest tylko pracownikiem fizycznym, zwykłym kierowcą, nawet wcale nie należy do korpusu służby cywilnej — zauważyła cierpko pani Olga.
— Drogie panie, może nie zauważyłyście, ale w historii naszego kraju istnieje co najmniej kilka takich par, które odegrały bardzo ważną rolę w kształtowaniu naszego państwa, a zwłaszcza kształtowaniu nowoczesnej służby urzędniczej, które związały się ze sobą pomimo różnicy w statusie społecznym, a jednak odegrały wielką i co najważniejsze pozytywną rolę, dając tym samym przykład szeregom innych urzędników, że nie jest ważne stanowisko, tylko zaangażowanie dla dobra społeczeństwa — wygłosiła przemowę babcia Teresa.
— Ma pani całkowita rację — przytaknęła gorliwie pani Helena.
— Naturalnie, ale przecież nie o to chodzi czy odegrają jakąś rolę dla naszego urzędu, tylko o to, że na co dzień w pracy ci dwoje do siebie nie pasują, bo on co najwyżej może ją zawieść na miejsce, ale potem siedzi grzecznie w samochodzie, a to ona zajmuje się sprawami urzędowymi — stwierdziła pani Olga.
— Co racja, to racja — przyznała pani Helena, kiwając głową na potwierdzenie.
— Pewnie tak — zgodziła się Babcia Teresa. — A później, w trakcie powrotu do urzędu z podróży służbowej, gdy nagle się okaże, że opona straciła powietrze, bo samochód najechał na jakiś kawał żelastwa, to wtedy, jak mniemam, nasza Dorotka nadal siedzi w samochodzie, albo może spaceruje po poboczu drogi i czeka cierpliwie aż ten przystojny i młody mężczyzna zmieni koło, żeby mogli jechać dalej.
— Dlaczego pani, babciu Tereso, tak ciągle podkreśla, że ten kierowca jest taki młody i taki przystojny? To jest chyba jakieś chorobliwe — stwierdziła pani Olga zgryźliwie.
— Jak będziesz, kochana, w moim wieku, to wtedy sama zrozumiesz jakie walory mają młodzi i przystojni chłopcy — odpowiedziała babcia Teresa.
— Już teraz mogę to sobie doskonale wyobrazić — powiedziała pani Olga.
— Wyobrazić to sobie możesz, oczywiście, ale zrozumiesz dopiero wtedy gdy będziesz stara a tacy młodzi i przystojni chłopcy będą obok ciebie przechodzić jak obok stodoły, którą można ewentualnie wykorzystać do schowania się za nią w celu oddania moczu — powiedziała babcia Teresa i się roześmiała.
Pani Helena pochyliła się nad swoim biurkiem nie chcąc okazywać rozbawienia.
— Ależ pani wymyśliła — oburzyła się pani Olga.
— Nic nie musiałam wymyślać, bo takie sytuacje powtarzają się w każdym pokoleniu i po prostu trzeba się z nimi pogodzić, bo nic innego nie możemy na to poradzić.
— Co prawda, to prawda — przyznała pani Helena i pokiwała głową dla potwierdzenia.
— Jak to nic nie można poradzić? Trzeba walczyć! Walczyć o siebie i o swoją własną reputację, a nie poddawać się dyktatowi młodego pokolenia — stwierdziła pani Olga.
— Ale młodzi są naszą przyszłością — zauważyła babcia Teresa.
— Młodzi wszelkimi sposobami starają się zająć nasze miejsce — powiedziała pani Olga.
— Co prawda, to prawda — dodała pani Helena.
— No i koniec końców zajmą nasze miejsce — stwierdziła babcia Teresa.
— A pani się na to dobrowolnie zgadza, jak owca prowadzona na rzeź — powiedziała Olga.
— Owce to znacznie częściej są prowadzone na strzyżenie, a to nie jest tak bardzo straszne ani nie ma podtekstu ostatecznego, moja droga — zauważyła babcia Teresa.
— Pani jako starsza i doświadczona osoba zgadza się na to strzyżenie?
— Ja po prostu przyjmuję do wiadomości swoje miejsce w szyku następujących po sobie pokoleń i jestem dumna z tego, że owym następcom coś przygotowałam dla nich na przyszłe czasy. Oni powinni mi za to serdecznie podziękować i mam nadzieję, że to zrobią.
— Ciekawe kiedy? — zapytała pani Olga bez wiary w sens takiego pytania.
— Nie ważne kiedy. Liczy się fakt — stwierdziła babcia Teresa.
— A skąd pani będzie o tym wiedziała? Oni sami nie przyjdą dobrowolnie.
— Jak dorosną i zmądrzeją, to przyjdą i podziękują — była pewna babcia Teresa.
— Chyba, że po śmierci — stwierdziła zimno pani Olga.
— To nie ma znaczenia. Wystarczy coś po sobie pozostawić. Tak mówią mądrzy ludzie.
— Ja bym nie była tego wcale pewna — odparła pani Olga.
Rozdział 2
Panie urzędniczki siedziały przy swoich biurkach i stukały palcami w klawiatury komputerów. Charakterystyczne terkotanie niosło się aż na korytarzu urzędu, gdzie od czasu do czasu przechodziły z pokoju do pokoju urzędniczki z plikami dokumentów pod pachą. W całym urzędzie trwało wielkie poruszenie przed zebraniem Zarządu.
Pani Olga siedziała na swoim krześle niczym wzorcowa sekretarka telewizyjna. Jej plecy były wyprostowane i dokładnie przylegały do wyprofilowanego oparcia. Jej stopy w bucikach na obcasach stały równo pod biurkiem i nawet nie drgnęły podczas pisania na komputerze. Jej piersi ujęte w zgrabny staniczek z malutkimi falbankami, który podtrzymywał piersi, nadając im kształt nieco uniesiony, delikatnie falowały podczas oddychania, a że urzędniczka była zmuszona oddychać ciągle, to jej piersi wciąż falowały unosząc się do góry i leciutko opadając, ale tylko nieznacznie.
Biodra pani Olgi, a także jej pupa, ubrane w niezwykle delikatne, koronkowe majteczki, co było troszeczkę widać, bowiem odznaczało się na delikatnym materiale krótkiej spódniczki, przylegały ściśle do siedzenia krzesła i nie przesuwało się ani na milimetr. Pani Olga bardzo dbała o swój niewzruszony, idealny wygląd wzorcowej urzędniczki państwowej dwudziestego pierwszego wieku w nowoczesnej Europie.
Natomiast uda pani Olgi przez cały czas delikatnie, wręcz niezauważalnie drgały, co wywoływało silniejsze niż zazwyczaj ukrwienie ud, podbrzusza, a także w pewnym stopniu policzków i czoła. Naturalnie żadna z jej koleżanek nie była w stanie niczego zauważyć, a w każdym razie nie była w stanie stwierdzić zauważalnej różnicy w porównaniu do stanu z innego dnia pracy pani Olgi.
Te niecodzienne wrażenia, które odczuwała pani Olga, zaplanowała ona bardzo precyzyjnie i niezwykle subtelnie. Podczas wieczornego buszowania w Internecie znalazła bardzo interesujące informacje o niezwykłym eksperymencie. Polegał on na użyciu malutkich guziczków elektrycznych, to znaczy zasilanych mikroskopijnymi bateryjkami, które po ich naciśnięciu zaczynają wibrować. Przyszycie owych wibrujących guziczków do spódniczki powodowało, że one zaczynały wibrować zawsze wtedy gdy kobieta siadała, a przestawały wibrować gdy wstawała z krzesła. Dzięki takiemu drobnemu zabiegowi pani Olga odczuwała wibrowanie guziczków podczas siedzenia na krześle, które natychmiast ustawało gdy podnosiła się z krzesła do rozmowy z przełożonym kierownikiem lub panem naczelnikiem.
— Cóż to dzisiaj za pracowity dzień — powiedziała babcia Teresa rozprostowując plecy.
— Ma pani rację, babciu Tereso — przyznała pani Olga. — Wydaje mi się, że aż dostałam wypieków od tej roboty.
— Rzeczywiście, jest pani nieco zarumieniona — przyznała babcia Teresa. — Może by pani zmierzyła sobie temperaturę — zaproponowała.
— Nie trzeba — odpowiedziała pani Olga. — Czuje się bardzo dobrze i mogę tak pracować przez cały dzień bez przerwy.
— Nie trzeba się przepracowywać, bo od tego dostaje się choroby nerwowej, depresji, wypalenia zawodowego i innych niebezpiecznych dolegliwości.
— Tak, tak, naturalnie, wcale nie zamierzam się przepracowywać. W końcu aż tyle to nam w tym urzędzie nie płacą — odpowiedziała pani Olga.
Pani Helena tylko pokiwała głową ze zrozumieniem.
— To może byś nam zrobiła po kawie? — zaproponowała babcia Teresa.
Pani Olga westchnęła przeciągle, ale potem podniosła się z krzesła i przystąpiła do parzenia kawy dla koleżanek.
— Następnym razem robi kawę Helena — powiedziała.
— Bardzo chętnie, pani Olgo, nie mam żadnych przeciwwskazań — przyznała pani Helena.
Pani Olga przyniosła świeżej wody w czajniku i wstawiła go na podstawce, po czym włączyła czajnik. Zaświecił się na różowo. Potem wzięła filiżanki i poszła je umyć do łazienki. Po powrocie nasypała kawy do filiżanek. Przygotowała też dla każdej z nich po dwa mleczka i po porcji cukru.
— Dobrze że w kawiarniach dają te małe torebeczki z cukrem do kawy i herbaty, bo dzięki temu możemy je wykorzystać w pracy — powiedziała pani Olga. — Nie trzeba na biurku trzymać słoika z cukrem.
— Tak, to bardzo wygodne — przyznała pani Helena.
Pani Olga stała tyłem do pani Heleny, więc mogła sobie pozwolić na robienie min i bezgłośne papugowanie pani Heleny. Babcia Teresa tylko się uśmiechnęła.
— Ma pani rację, to bardzo wygodne — przyznała. — Kiedyś zbierałam do torebki te wszystkie cukry, sól, wykałaczki, gratisowe cukierki, papierowe chusteczki, aż w końcu miałam pełną torebkę i musiałam to wszystko wysypać.
— Wysypała to pani do śmieci? — zapytała pani Olga.
— Oczywiście, że nie — odparła babcia Teresa. — Umieściłam w specjalnym koszyku w mojej kuchni i wykorzystuję na co dzień.
— To bardzo praktyczne i oszczędne — powiedziała pani Helena.
— Naturalnie, oszczędność to moje drugie imię — powiedziała babcia Teresa i się roześmiała.
Rozdział 3
Do pokoju pań weszła pani urzędnik starszy specjalista Agnieszka Resko.
— Dzień dobry paniom — powiedziała po zamknięciu drzwi.
— Dzień dobry Agnieszko — przywitała ja pani Olga, bo znały się od dawna.
— Dzień dobry, dzień dobry — odpowiedziała babcia Teresa.
Pani Helena udawała bardzo zajętą swoją pracą na komputerze.
— Pani Doroty nie ma dzisiaj w pracy? — zapytała pani Agnieszka.
— Pojechała w podróż służbową — wyjaśniła babcia Teresa.
— Pojechała w podróż z młodym i przystojnym kierowcą, jak to zazwyczaj dopowiada precyzyjnie pani babcia — wyjaśniła pani Olga.
— Jak sama pani słyszała, jednak nie zawsze mówię w ten sposób — zauważyła babcia Teresa.
— No dzisiaj rzeczywiście, chyba jakoś wyjątkowo — przyznała pani Olga.
— No trudno, będę musiała przyjść do niej innym razem — powiedziała urzędniczka Agnieszka i wyszła z pokoju.
Pani Agnieszka nie była zadowolona z nieobecności Doroty.
— Taka smarkula, a już się rozbija z kierowcą po delegacjach — powiedziała cichym głosem na korytarzu.
— O kim mówisz? — zapytała urzędniczka starszy specjalista Bożena Lenc, która wyszła zza rogu korytarza.
— O tej małej Dorocie — odparła urzędniczka Agnieszka.
— A, o tej: „cicho bo tu śpi Dorotka”? — zapytała z ironią urzędniczka Bożena.
— Otóż to, śpi za biurkiem zamiast pracować, a potem w nagrodę ją wysyłają na wakacje — odparła ze złością, rumieniąc się przy tym na twarzy.
— A inni w tym czasie muszą pracować od rana do wieczora — odparła pani urzędniczka Bożena, kiwając głową ze zrozumieniem.
— A potem nam tłumaczą, dlaczego nie możemy dostać premii.
— Otóż to, moja kochana, otóż to.
Obie panie urzędniczki podenerwowane poszły do swoich pokoi.
— Czego ona mogła chcieć od naszej Doroty? — zapytała głośno babcia Teresa, gdy urzędniczka Agnieszka wyszła z pokoju.
— Pewnie chciała poprosić o zlecenie wydania czegoś z magazynu ubraniowego — powiedziała pani Olga. — Gdy Doroty nie ma to nikt nie dostanie najmniejszego kwitka na żadne sorty ubraniowe. Niestety, nastąpiła specjalizacja urzędników i każdy zajmuje się tylko i wyłącznie swoimi sprawami.
— To chyba dobrze — zauważyła babcia Teresa.
— A jak ona zachoruje, to co wtedy? — zapytała pani Olga.
— Przecież nikomu aż tak bardzo się nie śpieszy z odebraniem z magazynu butów albo koszuli. Zazwyczaj każdy ma w czym chodzić, więc parę dni nie robi żadnej różnicy — uważała babcia Teresa.
— Ale ona może zachorować na coś poważniejszego, a wtedy parę dni może nie wystarczyć na wyleczenie z jakiejś groźnej choroby — powiedziała pani Olga.
— Tfu, tfu, wypluj te słowa lepiej i nie mów nam tutaj takich strasznych rzeczy — oburzyła się babcia Teresa.
— Ja nic nie mówię. Ja tylko tak mówię — stwierdziła pani Olga.
— Lepiej by było, żeby ludzie nie chorowali — powiedziała pani Helena.
— Niestety, tego nie da się uniknąć — przyznała babcia Teresa. — Dobrze by jednak było gdyby każdy się badał profilaktycznie, robił badania okresowe, no i przede wszystkim trochę dbał o swoje zdrowie.
— Ma pani całkowita rację — przyznała pani Helena.
— Gdyby badania okresowe pomagały w utrzymaniu dobrego zdrowia to dawali by nam skierowanka na badanka co miesiąc — zaśmiała się pani Olga. — Najlepiej jest samemu dbać o zdrowie, jeść owoce i warzywa, bo zawierają witaminy, używać miodu i rożnych ziół oraz innych produktów spożywczych naturalnych.
— Ma pani rację, pani Olgo — powiedziała pani Helena.
— Zgadzam się z panią, droga pani Olgo — przyznała babcia Teresa. — Ale nadal uważam, że wizyta u dobrego doktora może czasem uratować człowiekowi życie.
— Pani również ma sporo racji, babciu Tereso — powiedziała pani Helena.
— W każdym razie jak sami o swoje zdrowie nie zadbamy, to nikt inny za nas tego nie zrobi — stwierdziła pani Olga. — Zarówno jak o swoje zdrowie, tak i o swoje dobre samopoczucie musimy nieustająco same dbać — powiedziała.
— Jednak czasami bez pomocy lekarzy nie można się obejść — powiedziała pani Halina.
— Wcale nie twierdzę, że nie — powiedziała pani Olga. — Po prostu lekarze to nie wszystko.
— Pewnie ma pani całkowitą rację — przyznała babcia Teresa.
— To trzeba było to przyznać od razu — odparła pani Olga.
Rozdział 4
Do pokoju pań wszedł pan naczelnik Dariusz Kobusz.
— Dzień dobry miłym i przeuroczym paniom — powiedział pan naczelnik Dariusz.
— Dzień dobry, kochany panie naczelniku — odpowiedziała szybko babcia Teresa.
— Dzień dobry panie naczelniku — odpowiedziały panie Olga i Helena.
— Czy drogie panie się może orientują, czy nasz urzędowy kierowca Wojciech już wrócił z podróży służbowej? — zapytał pan naczelnik Dariusz.
— Niestety, panie naczelniku kochany, jeszcze nie wrócił z tej podróży — wyjaśniła babcia Teresa panu naczelnikowi.
— Cóż za paskudnie niekorzystna sytuacja — powiedział pan naczelnik Dariusz.
— A co się stało? — zapytała babcia Teresa.
— Tak się składa, że bardzo potrzebuję skorzystać ze służbowego kierowcy, a tymczasem wszyscy kierowcy są w terenie — skarżył się pan naczelnik Dariusz.
— Co za pech — oceniła babcia Teresa.
— Otóż i właśnie — zgodził się pan naczelnik Dariusz. — Normalnie jak pech, to pech. A tak poza tematem, to po cóż on pojechał na tak długo? Kto to widział, żeby wysokich rangą urzędników państwowych pozbawiać na taki czas kierowcy! Normalnie skandal, proszę pani! Trzeba to będzie wyjaśnić!
— Ma pan naczelnik całkowitą rację — zgodziła się pani Helena.
— Naturalnie, panie naczelniku kochany — zgodziła się również babcia Teresa. — Jednakowoż pragnę nadmienić, że to sam pan dyrektor urzędu wysłał kierowcę Wojciecha w tę podroż służbową.
— Rozumiem — odparł pan naczelnik Dariusz. — W takim razie jestem zmuszony wycofać moje słowa o skandalu, chociaż nie jestem wcale z tego powodu kontent.
— Doskonale rozumiem, kochany panie naczelniku — powiedziała babcia Teresa, po czym mała chusteczką ukrytą w rękawie, która wyjęła z owego rękawa, wytarła sobie łzę z kącika oka, lewego oka.
— No i co ja mam teraz zrobić? — zastanawiał się głośno pan naczelnik Dariusz.
— Naturalnie, panie naczelniku kochany, nie chce pana naciskać, ale może zechce pan naczelnik nam wyjaśnić po cóż pan tak nagle potrzebuje tego kierowcy.
— No cóż, to jest bardzo przykra sprawa — odpowiedział pan naczelnik Dariusz.
— Może pan być całkowicie szery, ponieważ my jesteśmy wszystkie dyplomowanymi urzędniczkami o poziomie służbowym starszy specjalista, więc mamy obowiązek zachowania szczególnej dyskrecji — zapewniła babcia Teresa.
— Gdyby nieprzychylne mi osoby się o tym dowiedziały… — zaczął pan naczelnik Dariusz, ale nie dokończył zdania.
— Ależ nie, to by było niedopuszczalne — stwierdziła babcia Teresa.
— No właśnie, ma pani rację — zgodził się pan naczelnik Dariusz.
— W związku z tym poproszę o szczegóły, panie naczelniku kochany — powiedziała babcia Teresa i spojrzała panu naczelnikowi głęboko w oczy.
— No więc, że się tak wyrażę, droga pani, muszę się przyznać do pewnej słabości — powiedział pan naczelnik Dariusz nieco drżącym głosem.
— Słucham pilnie, kochany panie naczelniku — powiedziała babcia Teresa.
— Otóż, droga pani, moja droga małżonka nieco mnie ostatnio sponiewierała — przyznał się pan naczelnik Dariusz szeptem.
— Rozumiem, panie naczelniku kochany — odpowiedziała babcia Teresa. — To nic wielkiego, zdarza się w dystyngowanych małżeństwach.
— Tak pani uważa? — zdziwił się pan naczelnik Dariusz.
— Jestem tego pewna — odpowiedziała babcia Teresa. — Jestem już wystarczająco stara, żeby się na tym znać, kochany panie naczelniku.
— No więc, proszę pani, ona mi zrobiła karczemną awanturę, droga pani, ta stara wiedźma, a potem mi nakazała podesłać jej tego młodego i przystojnego kierowcę, żeby z nią pojechał do salonu masażu — wyjaśnił pan naczelnik Dariusz. — Nie miałem odwagi jej odmówić.
— Proszę się nie zamartwiać, jest jeszcze młoda godzina — odparła babcia Teresa. — Jak tylko wróci któryś z kierowców, to natychmiast wyślę go do pańskiej małżonki.
— Jest pani nieoceniona, proszę pani — powiedział pan naczelnik Dariusz.
— Ma pan całkowitą rację, panie naczelniku kochany — odparła babcia Teresa. — Jestem nieoceniona już od wielu lat i wciąż nie mogę się doczekać podwyżki wynagrodzenia.
— Do widzenia — powiedział pan naczelnik Dariusz i wyszedł z pokoju.
Poszedł prosto do swojego gabinetu. Zamknął za sobą dokładnie drzwi. Potem zadzwonił do małżonki.
— Witaj kochanie — powiedział. — Załatwiłem ci ten transport, więc się nie martw. Sam nie mogę przyjechać do ciebie, bo zaraz muszę pójść do starego na naradę. Zapowiada się burzliwa dyskusja, więc stary będzie potrzebował mojego wsparcia wobec innych urzędników. Te hieny myślą tylko o swoich własnych portfelach i najchętniej z nikim by się nie dzielili. Dlatego musisz mi dzisiaj wybaczyć, ale nie mogę opuścić urzędu.
Gdy pan naczelnik Dariusz skończył rozmowę z żoną, to usiadł w swoim wygodnym fotelu, włączył komputer i kontynuował pracę, to znaczy oglądanie w sieci brazylijskiego serialu o miłości. Pan Dariusz uwielbiał seriale o miłości. Były zazwyczaj takie melodramatyczne.
Rozdział 5
— Co my teraz zrobimy? — zapytała pani Olga.
— Nic nie zrobimy, tylko będziemy nadal sumiennie wykonywały swoje obowiązki służbowe — odpowiedziała ze stoickim spokojem babcia Teresa.
— Pani to ma stalowe nerwy — powiedziała z uznaniem pani Helena.
— Ja już tyle lat pracuję w urzędzie, tylu naczelników już przeżyłam i dyrektorów, że na wszystko jestem przygotowana — odparła babcia Teresa.
— Ale pan naczelnik będzie czekał na naszą pomoc — zauważyła pani Helena.
— I doczeka się w końcu — odparła babcia Teresa.
— W jaki sposób? — zainteresowała się pani Olga.
— Zwyczajnie. Powróci któryś z kierowców, to go poślemy do pana naczelnika — odpowiedziała babcia Teresa i wróciła do przyglądania się ekranowi swojego komputera.
Wtedy panie usłyszały pukanie do drzwi ich pokoju.
— Proszę! — zawołała pani Olga, chcąc przejąć choć na chwile rolę szefowej tego biura, bo z racji wieku babci Teresy wszyscy zazwyczaj do niej się zwracali ze swoimi problemami.
Do pokoju weszła urzędniczka starszy specjalista Mariola Musk.
— Dzień dobry — przywitała się zgodnie z regulaminem kulturalnym urzędu.
— Dzień dobry — odpowiedziały wszystkie panie.
— Chciałam zapytać o panią Dorotę — powiedziała urzędniczka Mariola.
— Niestety, nie ma jej — odpowiedziała babcia Teresa.
— Wyjechała w podróż służbową — dopowiedziała pani Olga.
Babcia Teresa popatrzyła na panią Olgę ze zdziwieniem.
— Przecież już wyjaśniłam, że nie ma pani Doroty — powiedziała babcia Teresa.
Pani Olga zrobiła nadąsana minę i pochyliła się nad swoim komputerem.
— A może wiadomo kiedy wróci do pracy? — zapytała urzędniczka Mariola.
— Jest w pracy przez cały czas, jak już pani wyjaśniła koleżanka Olga, ponieważ jest w podroży służbowej, a wróci wtedy gdy wykona powierzone jej zadanie — stwierdziła babcia Teresa.
— No tak, rzeczywiście, ale ja jestem roztrzepana — roześmiała się pani urzędniczka Mariola.
— Nic nie szkodzi, proszę drogiej pani, spotykamy tu wielu roztrzepanych urzędników, więc jesteśmy przyzwyczajone — powiedziała babcia Teresa.
— Tak, naturalnie, rozumiem to doskonale — powiedziała pani urzędniczka Mariola.
— Może chce się pani napić kawy? — zapytała pani Olga.
— Nie, nie, dziękuję, przed chwilą piłam kawę, ale bardzo dziękuje za propozycję — odpowiedziała pani urzędniczka Mariola. — Są panie bardzo miłe.
— To dla nas jest całkowicie oczywiste, co pani z całą pewnością rozumie — odparła babcia Teresa kiwając głową.
— Ależ naturalnie, bardzo za to dziękuję — odpowiedziała pani urzędniczka Mariola.
Babcia Teresa pokiwała głową ze zrozumieniem. Pani Mariola lekko się ukłoniła i wyszła z pokoju. Poszła prosto do toalety i zamknęła się w kabinie. Z tych nerwów dostała biegunki. Całe szczęście, że zdążyła. Inaczej to by była taka kompromitacja w urzędzie, że nie wyobrażała sobie dalszej pracy pośród tych ludzi. Przecież oni by mnie zabili samym wzrokiem, rozmyślała. Nie mogłabym pojawić się na korytarzu, bo bym się obawiała, że zaraz ktoś wyjdzie z jednego z pokoi i będę musiała spojrzeć tej osobie w oczy. Naturalnie pójście do innego biura tez by nie wchodziło w rachubę. Moja ciasna klitka musiałaby mi wystarczyć na cały dzień pracy. Do domu bym musiała wychodzić ostatnia.
— Ciekawe co ona mogła chcieć od Doroty — zastanawiała się pani Olga po wyjściu pani Marioli z ich pokoju.
— Podobno Dorotka wyszywa piękne obrazy krzyżykiem — powiedziała pani Helena.
— A tak, również o tym słyszałam, ale jeszcze nie widziałam żadnego jej obrazu, który by samodzielnie wyszyła, a poza tym kiedy ona by miała czas na wyszywanie obrazów, skoro ciągle komuś przepisuje dokumenty — zauważyła babcia Teresa.
— Podobno najładniejsze są portrety, które wyszywa na podstawie zdjęcia. Słyszałam, że są tak podobne do oryginału, że nie widać różnicy — odparła pani Helena.
— Nie chce mi się w to wierzyć — powiedziała pani Olga.
— Moja znajoma wyszywała obrazy na płótnie, więc wiem jak to wygląda. Wyszywała zazwyczaj postacie świętych, ale również piękne wiejskie obrazki z gęśmi przed domem, z kaczkami pływającymi w stawie, ze świnkami w chlewiku albo krowami na łące. Zawsze były one bardzo realistyczne, podobne do prawdziwych podwórek, po których biegają dzieci — powiedziała babcia Teresa.
— Bo takie obrazki są wcześniej namalowane, czy może raczej wydrukowane na płótnie, a dopiero potem wyszywa się kolorowymi nićmi w taki sposób, żeby kolory nici zgadzały się z kolorami na obrazku — powiedziała pani Helena.
— Czyli artystka wyszywając obraz nie wymyśla treści tego obrazu, tylko go kopiuje — stwierdziła pani Olga.
— Naturalnie — przyznała pani Helena. — Uważasz, że wyszywanie pięćdziesięciu tysięcy krzyżyków jest zwyczajnym kopiowaniem obrazka? Jeżeli wyszywa się przez miesiąc po kilka godzin dziennie, to jest to prawdziwa tytaniczna praca, a nie skserowanie obrazka.
— Wcale nie mówiłam, że wyszywanie to kserowanie. Aż taka głupia nie jestem — powiedziała pani Olga.
Rozdział 6
— Pamiętacie jak Dorota dostała od inżyniera blaszaną lalkę francuskiego Pierrota? — zapytała babcia Teresa swoich koleżanek z biura.
— Tak, był cyrk na cały urząd — odparła pani Olga.
— Bo pan inżynier był bardzo miły i przyniósł czekoladki dla wszystkich urzędniczek — powiedziała pani Helena z uśmiechem na wspomnienie tamtego dnia.
— Faktycznie, tak było — przyznała pani Olga. — Nie pamiętałam już o tych czekoladkach.
— Nic dziwnego, bo pani często dostaje czekoladki, więc dla pani to jest normalna codzienność, a mnie nikt słodyczy nie przynosi — stwierdziła pani Helena.
— Bo pani zbyt oschle traktuje mężczyzn, którzy do pani przychodzą, droga pani Heleno — powiedziała pani Olga z wyraźnym poczuciem własnej wyższości.
— Bo ja wolę traktować ich oschle, służbiście, niż się do nich umizgiwać, przepraszam bardzo za wyrażenie, nie chciałam być niemiła dla nikogo — odparła pani Helena.
— Właśnie z tym ma pani najwyraźniej problem, bo bycie miłym dla interesanta wcale nie oznacza umizgiwania się do nich — oświadczyła pani Olga.
— Już my dobrze wiemy co jest umizgiwaniem się, a co nie jest — zauważyła pani Helena.
— Drogie panie! — podniosła nieco głos babcia Teresa.
— Ja nic nie mówiłam — powiedziała pani Helena.
— Ja przecież też nic nie mówiłam — stwierdziła pani Olga.
Na biurku pani Olgi zadzwonił telefon. Pani Olga podniosła słuchawkę i wysłuchała kilku słów od pana naczelnika.
— Już idę, panie naczelniku — powiedziała do telefonu, po czym odłożyła słuchawkę i wyszła szybkim krokiem z pokoju.
— Ona jest czasami nie do wytrzymania — powiedziała pani Helena.
— Trzeba się pogodzić z faktem, że niektórzy ludzie się nam nie podobają. Zazwyczaj nic na to nie można poradzić — odpowiedziała babcia Teresa.
— Ale chwilami mam wielką ochotę ją wytrzaskać po pysku — wyznała pani Helena.
— No cóż, muszę przyznać, że tego rodzaju uczucia są jak najbardziej ludzkie, a czasami wręcz oczywiste, no ale jesteśmy urzędniczkami i musimy się hamować — stwierdziła babcia Teresa i wróciła do pilnego przyglądania się ekranowi swojego komputera.
Pani Olga wróciła po chwili do pokoju, usiadła przy swoim biurku i zajęła się wykonywaniem zestawienia.
— Bardzo panią przepraszam za moje przykre zachowanie — powiedziała pani Helena.
— Ależ nic nie szkodzi, moja droga, ja już o wszystkim dawno zapomniałam, bo ja nie mam w zwyczaju być pamiętliwą — odpowiedziała pani Olga, po czym poczęła sobie podśpiewywać pod nosem jakąś wesołą piosenkę.
Pani Helena spojrzała ze zdziwieniem na babcie Teresę, a ta puściła do niej oko i pokazała jej kciuk wystawiony do góry w geście wsparcia.
— To bardzo dobrze o pani świadczy — stwierdziła pani Helena.
— Wiem kochanie — odparła pani Olga. — Dlatego taka jestem, bo to daje mi dodatkowe plusy przy ocenie mojej pracy oraz przy ocenie współpracowania z koleżankami urzędniczkami. Natomiast dobre opinie innych urzędników na temat mojej pracy, kompetencji zawodowych oraz współżycia z przełożonymi dają mi bardzo dużo plusów, więc moje akcje w firmie rosną nieustannie.
— To wspaniale — powiedziała pani Helena.
— Też tak uważam — odparła pani Olga.
Rozdział 7
Z trasy powrócił kierowca Marek Orkuz po dostarczeniu na placówkę terenową urzędu wody mineralnej do pisia w półtoralitrowych butelkach.
— Nie podobało im się, że dostali wodę gazowaną i niegazowaną, bo oni wszyscy woleli wodę gazowaną do picia, bo jak twierdzili wszyscy pospołu, „woda niegazowana nadaje się tylko do mycia rąk” — powiedział kierowca Marek.
— Chyba tam wszyscy powariowali — stwierdziła pani Olga. — Czasami mam wrażenie, że ci urzędnicy pracujący na prowincji tracą instynkt samozachowawczy. Są zbyt daleko od przełożonych i dlatego nie myślą racjonalnie. Twierdzą, że chcą tylko wodę gazowaną, bo z gazowanej wody robi się dobre drinki, a podczas pracy z daleka od przełożonych można sobie robić drinki kilka razy dziennie, a szefowie z daleka i tak niczego nie wyczują. Nawet jak zadzwonią, to zawsze można się tłumaczyć słabym zasięgiem i rozłączać połączenie, żeby się przez nieuwagę nie wygadać. To takie prowincjonalne, prawda?
— Ma pani rację, pani Olgo — przyznał kierowca Marek. — Czasami gdy tam przyjeżdżam to odnoszę wrażenie, że oni wszyscy są piani.
— No widzisz, a u nas w centrali wszyscy ciągle trzeźwi i wciąż patrzą ci na ręce — stwierdziła pani Olga.
— Nawet jeżeli patrzą, to niczego nie zobaczą — powiedział kierowca Marek.
— Nie bądź taki pewien — odparła pani Olga.
— Jeżeli nie mam czego ukrywać, to nie muszę niczego ukrywać — powiedział kierowca Marek i się uśmiechnął do pani Olgi.
— Tak może się wydawać, ale nigdy niczego nie wiadomo — stwierdziła.
— To samo dotyczy tamtych pracowników — powiedział.
— Co masz na myśli? — zapytała pani Olga.
— Nawet jeżeli pija drinki w czasie pracy, to po ich wypiciu nie ma żadnych dowodów — powiedział kierowca i się roześmiał.
— Zawsze można im sprawdzić krew, albo kazać dmuchać — uznała pani Olga.
— Tam nikt tego nie wykona ani im nie każe poddać się badaniu, bo tam nie maja przełożonych. Terenowe placówki to bardzo wygodne miejsce do pracy.
— Masz rację, ale prędzej czy później ktoś ich przyłapie — powiedziała pani Olga.
— Zjedz sobie Mareczku śniadanie, bo potem będziesz miał kolejną misję do wykonania — powiedziała do kierowcy babcia Teresa.
— Śniadanie już zjadłem, nie ma sprawy — odparł kierowca.
— W takim razie zgłoś się do pana naczelnika Dariusza. On ma dla ciebie zadanie — powiedziała babcia Teresa.
— W takim razie mogę iść od razu — powiedział kierowca i poszedł.
— No i sprawa pana naczelnika została rozwiązana — powiedziała babcia Teresa.
— Oby każdą sprawę dało się w tak prosty sposób załatwić — powiedziała pani Olga z ulgą.
— Masz rację, moja droga — przyznała babcia Teresa. — A przy okazji zyskałyśmy małego plusa u pana naczelnika.
— Ma pani rację — przyznała pani Helena. — To się może kiedyś przydać.
— Naturalnie, że tak — potwierdziła babcia Teresa. — Chociaż z drugiej strony takich plusów to ja mam w domu pełen strych i nie mam już gdzie ich upychać, a niedługo mój staruszek mąż zacznie się skarżyć, że mu jakieś plusy sterczą spod łóżka — powiedziała babcia Teresa ze śmiechem.
— Bardzo pięknie powiedziane — zachwyciła się pani Helena.
— To nic dziwnego, bo babcia Teresa jest najdłużej pracującym w urzędzie pracownikiem — powiedziała pani Olga. — Dostała już pani medal za długoletnia pracę w urzędzie?
— Medalu nie dostałam, ale kilka lat temu dali mi taka małą odznakę „Zasłużony Pracownik Urzędu” — powiedziała babcia Teresa z dumą.
— Odznaka to normalna rzecz, bo wszyscy je dostali, ale pani powinna otrzymać medal — upierała się pani Olga.
— No wiesz, moja droga, ja za daleko mieszkam od urzędu, więc kto by tam chciał chodzić tak daleko żeby się czegokolwiek o mnie dowiedzieć — powiedziała babcia Teresa machając ręką.
— Ale to wcale nie trzeba nigdzie chodzić — oburzyła się pani Helena. — Wystarczy sprawdzić w kadrach ile lat ktoś pracuje. To jest dziecinnie proste, zwłaszcza dla każdego urzędnika.
— Dajcie już spokój z tym, dziewczęta — powiedziała babcia Teresa.
— Nie można być aż tak bardzo skromną! Skoro się coś należy, to znaczy, że się należy! — powiedziała ze złością pani Olga. — Musimy tę sprawę poruszyć.
— Tylko niczego nie poruszajcie, bo ja nie chcę być na językach urzędników. Wcale nie chcę, żeby mi urzędniczki w innych biurach urzędu mówiły: „A, to pani jest tą babcią Teresą”. Stanowczo wolę pozostawać w cieniu, zamiast być na językach wszystkich urzędników.
— Skoro się jest zasłużoną urzędniczką i zasłużonym pracownikiem, to bardzo mi przykro, ale nie ma innego wyjścia — powiedziała pani Olga.
— Nie pozwolimy na to, żeby o pani zapomniano — powiedziała pani Helena.
— Tak jest, nie pozwolimy! — zawołała wręcz pani Olga.
— Moje drogie, są inne sprawy, które są bardziej godne uwagi — powiedziała babcia Teresa.
Rozdział 8
Pani Olga zrobiła jak postanowiła. Poszła do Działu Kadr. W pokoju siedziały trzy urzędniczki. Wszystkie pracowały przy komputerach.
— Dzień dobry — powiedziała pani Olga.
Któraś z nich odpowiedziała, ale żadna nawet nie spojrzała na nią.
— Chciałam zapytać o przyznanie medalu za długoletnią pracę — powiedziała pani Olga.
Najbliższa urzędniczka wskazała ręką drzwi do pokoju kierownika. Wobec tego pani Olga weszła do tego pokoju. Za biurkiem siedział starszy pan, naczelnik Ireneusz Skoczylas.
— Dzień dobry — przywitała się pani Olga.
— Dzień dobry — odpowiedział pan naczelnik Ireneusz, odrywając wzrok od sterty papierów.
— Proszę pana naczelnika, przyszłam zapytać o medal za długoletnią pracę — powiedziała.
— Chciałaby pani otrzymać medal za długoletnią pracę w urzędzie? A ile lat pani już pracuje u nas? — zapytał pan naczelnik Ireneusz.
— Ależ nie, nie, ja nie dla siebie chciałam ten medal — poinformowała.
— Nie dla siebie? — zdziwił się pan naczelnik.
— Oczywiście, że nie, panie naczelniku — odparła.
— W takim razie dla kogo pani chce ten medal? — zapytał.
— Chodzi o panią, która już czterdzieści lat w naszym urzędzie pracuje — odparła.
— Interesujące — powiedział naczelnik Ireneusz. — A dokładnie o kogo?
— O panią znaną doskonale przez wszystkich urzędników, o nasza babcię Teresę — odparła.
— Bardzo mi przykro, ale sama ilość przepracowanych lat nie wystarczy — stwierdził pan naczelnik Ireneusz.
— Nie wystarczy? — zdziwiła się pani Olga.
— Bardzo mi przykro, ale taki jest regulamin przyznawania medalu — odparł.
— Ale skoro to jest medal za długoletnią pracę w urzędzie, to co jest jeszcze potrzebne? — zapytała pani Olga z wielkim zdziwieniem.
— Potrzebna jest jeszcze zgodna opinia przełożonych pracownika, a w tym przypadku nie ma takiej zgodnej opinii, więc się medal nie należy.
— Jak to nie należy? Przecież to jest urzędniczka z najdłuższym stażem pracy w naszym urzędzie, więc jak to się nie należy? — dopytywała wciąż pani Olga.
— Bardzo mi przykro, ale taki jest regulamin. Musimy trzymać się ustalonych procedur — odpowiedział pan naczelnik Ireneusz.
— A jak inni dostają nawet wtedy gdy pracują o wiele krócej, to jest dobrze? — zapytała z wielkim oburzeniem pani Olga.
— Taki jest regulamin przyznawania medalu — odparł pan naczelnik.
— Ale przecież można być elastycznym, zwłaszcza dla najdłużej pracujących pracowników — argumentowała pani Olga.
— Bardzo mi przykro, nic nie poradzę — powiedział pan naczelnik.
— Przecież to jest skandal — zawołała pani Olga. — Medal dla zasłużonych pracowników urzędu jest przeznaczony dla zasłużonych pracowników urzędu, szczególnie dla długoletnich pracowników urzędu, a nie dla kolesi spod budki z piwem, krewnych, znajomych i znajomych znajomych — zawołała pani Olga i ze łzami w oczach wybiegła z gabinetu pana naczelnika.
Pani Olga wróciła do pokoju z nadąsaną miną i wyraźnie zła usiadła za biurkiem.
— Może źle się czujesz? — zapytała babcia Teresa.
— Wyobraź sobie, że zapytałam kierownika kadr o ten medal dla ciebie, babciu Tereso, a on mi powiedział, że pani się nie należy.
— No przecież prosiłam, żeby o to nie pytać. Prawda? Prosiłam?
— Prosiłaś, ale sobie pomyślałam, że należy się dowiedzieć — odparła pani Olga.
— Teraz będą o mnie plotkować, że się dopraszam o medale — powiedziała z wyrzutem babcia Teresa.
— Nie będą plotkować, bo nikt tej rozmowy nie słyszał — zapewniła pani Olga.
— Już wiele razy to słyszałam. Nie masz pojęcia jak wiele razy ja słyszałem, że nikt się o czymś nie dowie — powiedziała babcia Teresa. — A potem się okazywało, że nie tylko ktoś słyszał, ale jeszcze nagrał, a potem zapisał w raportach. To są zupełnie normalne procedury, które są wymagane przez przełożonych.
— Uważa pani, że to będzie w aktach personalnych?
— Naturalnie, przecież właśnie po to są akta personalne — odparła babcia Teresa.
— W moich aktach czy w pani aktach? — zapytała pani Olga.
— W obu, moja droga, w obu aktach, moich oraz w twoich — wyjaśniła babcia Teresa.
— O matko! Co ja najlepszego zrobiłam! — rozpaczała pani Olga.
— Nic się nie martw, bo to w końcu nic wielkiego, że zainteresowałaś się starszą koleżanką z pracy — zauważyła babcia Teresa.
— Ale ja jeszcze nakrzyczałam na pana kierownika — przyznała się pani Olga.
Pani Helena podniosła głowę znad swojej klawiatury w wlepiła wzrok w panią Olgę.
— Dlaczego nakrzyczałaś na pana kierownika? — zapytała babcia Teresa.
— Bo ja mu powiedziałam, że medal dla zasłużonych pracowników urzędu jest przeznaczony dla zasłużonych pracowników urzędu, szczególnie dla długoletnich pracowników urzędu, a nie dla kolesi spod budki z piwem, krewnych, znajomych i znajomych znajomych — powiedziała nieomal z płaczem pani Olga.
— No to bardzo dobrze mu powiedziałaś — stwierdziła babcia Teresa z uśmiechem.
— No właśnie, bardzo dobrze mu powiedziałaś — dołączyła się pani Helena.
— Ale jeżeli on to wpisze do moich akt osobowych, to ja już nigdy nie dostanę żadnej premii ani nagrody, nie wspominając już o medalu.
— Zawsze masz takie czarne myśli, a potem się okazuje, że jest znacznie lepiej niż przewidywałaś. Teraz będzie zupełnie tak samo. Sama się przekonasz — pocieszała ja babcia Teresa.
— Bo mi się bardzo przykro zrobiło, jak się dowiedziałam, że nie dostałaś medalu, który ci się należał — powiedziała pani Olga.
— Każdemu się przykro zrobiło — zauważyła pani Helena.
— Bardzo wam dziękuję, moje drogie. Jesteście dobrymi koleżankami — powiedziała babcia Teresa spoglądając to na jedną, to na drugą.
— Ja się tym wcale nie martwię — wyznała babcia Teresa.
— Naprawdę? — zapytała pani Olga.
— Naturalnie. Pracuje w tym urzędzie tyle lat, że widziałam tu różne rzeczy, więc teraz już niczemu się nie dziwię, a zarazem również niczego nie oczekuję, bo oczekiwania zazwyczaj zostają zawiedzione — powiedziała babcia Teresa.
— My same możemy babcię uhonorować — powiedziała pani Helena.
— Niby w jaki sposób mamy to zrobić? — zapytała pani Olga.
— Całkiem zwyczajnie, po naszemu, po kobiecemu, a może raczej po koleżeńsku. Postawimy babci Teresie kawę i ciasteczka z naszego sklepiku. To możemy dla siebie robić bardzo często, raz dla jednej, raz dla drugiej, a potem dla trzeciej. Musimy dbać o nasze własne dobre samopoczucie i same się doceniać, skoro nasi przełożeni nas nie doceniają — powiedziała pani Helena z euforią.
— Ten pomysł to popieram całym sercem — oświadczyła z zadowoleniem babcia Teresa. — Tego nikt nam nie może zabronić ani nas za coś takiego karać, bo to jest całkiem zwyczajne i bardzo ludzkie zachowanie.
— No to ja lecę do sklepiku po ciasteczka — powiedziała pani Helena i od razu poszła.
— W takim razie ja nam zrobię kawę — zadeklarowała pani Olga i przystąpiła do parzenia kawy.
Rozdział 9
Panie urzędniczki piły sobie kawę i jadły ciasteczka gdy do pokoju bez pukania wszedł pan naczelnik Kozakiewicz.
— Widzę, że łaskawe panie mają przerwę w pracy i rozkoszują się ciasteczkami — powiedział pan naczelnik Kozakiewicz.
— Naturalnie panie naczelniku — odpowiedziała babcia Teresa. — W trakcie uciążliwej pracy biurowej każdemu urzędnikowi należy się chwila przerwy na kawę i coś słodkiego.
Pan naczelnik podszedł do biurka pani Olgi, pogładził ją dłonią po ramieniu, po czym chrząknął dwa razy, zanim zabrał ponownie głos.
— W socjalnym mają dzisiaj paczki ze słodyczami dla dzieci pracowników, więc myślę, że śmiało mogą wszystkie panie udać się tam i pobrać dla siebie po paczce ze słodyczami — poinformował pan naczelnik.
— A jeżeli ktoś nie ma dzieci? — zapytała pani Olga, zaglądając panu naczelnikowi w oczy.
— To nie jest przeszkodą, ponieważ z powodu organizacyjnych i logistycznych pracownicy terenowi nie zostali powiadomieni o tych paczkach, więc z całą pewnością starczy dla wszystkich pracowników, a dla tych bardziej zasłużonych to nawet starczy po dwie paczki — powiedział pan naczelnik, znowu gładząc ramię pani Olgi.
— Bardzo serdecznie dziękujemy za tę ważną informację — podziękowała babcia Teresa.
— To może ja pójdę odebrać dla nas trzech — zaoferowała się pani Helena i czym prędzej wyszła z pokoju.
— Może pan naczelnik zechce napić się kawy? — zapytała pani Olga.
— Niestety, nie mogę zostać, wpadłem tylko na sekundę, żeby podzielić się z paniami tą informacją o słodyczach, a teraz natychmiast muszę iść — powiedział pan naczelnik. — Życzę miłego i słodkiego dnia — powiedział jeszcze i zaraz wyszedł.
— No i bardzo dobrze — powiedziała pani Olga.
— Co masz na myśli, moja droga? — zapytała babcia Teresa.
— Skoro nie chcą dać medalu, to niech chociaż nam kupują słodycze, bo w końcu jesteśmy takimi samymi ludźmi jak oni — powiedziała pani Olga.
— Masz rację, moja droga, te słodycze przydadzą się dla moich wnuków — stwierdziła babcia Teresa z zadowoleniem.
Po chwili pani Helena wróciła z całym naręczem paczek ciasteczek.
— Dostałam po trzy paczki dla każdej i nawet dali również dla naszej Doroty, bo im powiedziałam, że dziewczyna jest w podroży służbowej — poinformowała z radością pani Helena.
— Doskonale — ucieszyła się babcia Teresa. — Skoro dali po trzy paczki, to znaczy, że możemy się podzielić po cztery paczki, bo kto chodzi sam sobie szkodzi, prawda?
— Oczywiście, że tak — potwierdziła pani Olga. — Ona tam ma wystarczająco dużo innych rozrywek i przyjemności z tym przystojnym kierowcą.
— Dokładnie, moja droga, masz całkowitą rację — zgodziła się babcia Teresa.
— Jestem ciekawa, jak tam ona sobie z nim radzi? — powiedziała pani Helena.
— Myślę, że zupełnie dobrze — powiedziała pani Olga.
— Naturalnie, to całkiem rezolutna dziewczyna — potwierdziła babcia Teresa.
— Bo w pracy to ona zazwyczaj jest taka spokojna, cicha, grzeczna i porządna — stwierdziła pani Helena.
— Myślisz, że jak jest porządna, to nie poradzi sobie z takim młokosem? — zapytała pani Olga z ironicznym uśmieszkiem.
— No właśnie sama nie wiem co mam o tym myśleć — przyznała pani Helena.
— Z tego co ja pamiętam z moich młodzieńczych lat, to młode dziewczęta musiały wykazywać się inicjatywą, a często też brać sprawy w swoje dłonie, jeżeli wiecie co mam na myśli, bo inaczej do niczego by nie doszło — wspominała z rozrzewnieniem babcia Teresa.
— Ale babcia teraz zrobiła się nagle sprośna i wyzwolona — oceniła pani Olga.
— Wyzwolona to ja byłam zawsze od najmłodszych lat — odparła babcia Teresa. — Sama wybierałam sobie chłopaków, w przeciwieństwie do mojej siostry, bo czułam się dorosła i odpowiedzialna za swoją przyszłość.
— Właśnie takie powinne być zawsze kobiety — stwierdziła pani Olga.
— Ja też bym taka chciała być — oświadczyła pani Helena.
— Nic nie stoi na przeszkodzie — powiedziała babcia Teresa.
— Tylko że ja nie mam takiej odwagi — przyznała pani Helena.
— Do bycia wolną nie potrzeba żadnej odwagi — stwierdziła pani Olga.
— Otóż to właśnie — potwierdziła babcia Teresa. — Wystarczy mieć pragnienie wolności.
— Pragnienie wolności to ja, oczywiście, posiadam — stwierdziła z zapałem pani Helena.
— No i to wystarczy — stwierdziła babcia Teresa.
— Ale oprócz pragnienia to ja nie posiadam wytrwałości ani uporu, ani zapalczywości, ani stanowczości, ani żadnych innych cech potrzebnych samodzielnej kobiecie — stwierdziła pani Helena.
— Proszę tak o sobie nie mówić, bo zaraz pani powie, pani Heleno, że jest pani niewolnicą uzależnioną we wszystkim od swojego chłopa, który na dodatek nic sam od siebie pani nie daje — powiedziała podniesionym głosem pani Olga.
— Bardzo dobrze pani to opisała — przyznała pani Helena.
Rozdział 10
Panie usłyszały pukanie do drzwi, ale zaraz potem do pokoju wszedł pan naczelnik Wiśniewski, bez czekania na zaproszenie. Od razy widać było, że pan naczelnik czuje się w biurach urzędu bardzo swobodnie. Nie powiedział nawet dzień dobry, tylko zaczekał aż pierwsze pozdrowią go znajdujące się w środku urzędniczki.
— Dzień dobry, panie naczelniku — powiedziała babcia Teresa.
— Dzień dobry — powiedziały również obie pozostałe panie urzędniczki.
— Dzień dobry, dzień dobry — odparł niedbale. — Nie było was tu kiedyś cztery? — zapytał pan naczelnik.
— Cały czas pracują tu cztery, tylko jedna jest obecnie w podroży służbowej — wyjaśniła babcia Teresa.
— To dlatego nie ma jej w pracy? — zapytał pan naczelnik.
— Zgadza się, panie naczelniku — odpowiedziała panu naczelnikowi grzecznie babcia Teresa.
— A kiedy wraca z podróży? — zapytał z zainteresowaniem pan naczelnik.
— Bardzo nam przykro, panie naczelniku, jednakowoż nie potrafimy podać daty jej powrotu do urzędy z tej podróży — wyjaśniła babcia Teresa.
— Co pani powiedziała? — oburzył się pan naczelnik Wiśniewski.
— O co panu naczelnikowi chodzi? — dopytywała babcia Teresa.
— O to co pani powiedziała! — wykrzyknął pan naczelnik z gniewem.
— Ale ja nie rozumiem co mam powiedzieć — wyjaśniła babcia Teresa.
— Kiedy ona wraca, do jasnej cholery! — wykrzyknął znowu, chociaż z całych sił starał się wyglądać dostojnie i nie stracić panowania nad sobą.
— Nie wiem tego, panie naczelniku — przyznała babcia Teresa.
— A cokolwiek pani wie? — zapytał machając rękami w zdenerwowaniu.
— O szczegóły tej podróży służbowej trzeba się pytać pana dyrektora — wyjaśniła panu naczelnikowi jak najbardziej spokojnie babcia Teresa.
— Dlaczego akurat pana dyrektora? — zdziwił się pan naczelnik.
— Bo to właśnie pan dyrektor wysłał ja w podróż służbową — wyjaśniła babcia Teresa.
Pan naczelnik Wiśniewski zbladł i zmartwiał jak rażony gromem. Przez chwilę nie mógł się poruszać, ale na szczęście oddychał.
— Na jakiej podstawie dyrektor wysyła pracowników w podróż służbową? — zapytał pan naczelnik świdrując wzrokiem babcię Teresę.
— Nie mam zielonego pojęcia, panie naczelniku kochany — odpowiedziała babcia Teresa.
— Nie mów do mnie kochany! — zabronił jej pan naczelnik.
— Nie mam zielonego pojęcia, panie naczelniku — odpowiedziała babcia Teresa.
— Pytałem o młodą i powód jej wyjazdu — stwierdził pan naczelnik.
— Ale ja nic na ten temat nie wiem — wyjaśniła babcia Teresa.
— Mówiłaś przed chwilą, że dyrektor ją wysłał — przypomniał pan naczelnik babci.
— Ona sama tak mi powiedziała przed wyjazdem — wyjaśniła babcia Teresa.
— A może coś jeszcze powiedziała? — zapytał nagle zainteresowany pan naczelnik.
— Chyba nie. Może tylko to, że ma jechać razem z kierowcą Wojciechem.
— A ten przygłup po co był jej potrzebny? — zdziwił się pan naczelnik.
— Żeby kierować samochodem służbowym? — odpowiedziała pytaniem babcia Teresa.
— I do tego jeszcze dostała samochód służbowy z kierowcą do dyspozycji — zdziwił się pan naczelnik Wiśniewski, jakby sam nigdy nie korzystał z samochodu z kierowcą.
— Tak jest, panie naczelniku — poinformowała babcia Teresa.
— Przecież ona nie jest nawet urzędnikiem średniego szczebla — zdziwił się pan naczelnik.
— No ale pan dyrektor jest i może dysponować samochodem i kierowcą — zauważyła babcia Teresa rozkładając ręce w geście bezradności.
— Tat, tak, naturalnie, pan dyrektor jest, co do tego nie ma wątpliwości — stwierdził pan naczelnik Wiśniewski i natychmiast wyszedł z pokoju.
Rozdział 11
— Co on się tak niecierpliwił z powodu naszej Doroty? — zapytał pani Olga i uśmiechnęła się prowokacyjnie do babci Teresy.
— Ja przecież nic o tym nie wiem — odpowiedziała babcia Teresa.
— Ale znasz wszystkie tajemnice urzędu i urzędników — odparła pani Olga.
— Naprawdę? Zna pani wszystkie tajemnice urzędu? — zainteresowała się pani Helena.
— Pewnie, że zna. Pracuje tu już od czterdziestu lat — odparła na jej pytanie pani Olga.
— Od czterdziestu? — zdziwiła się pani Helena.
— Jasne — potwierdziła pani Olga. Mogła by już być na wygodnej i spokojnej emeryturze, ale woli jeszcze sobie dorobić — znowu odpowiedziała pani Olga.
— Możecie już przestać o mnie plotkować? Jestem tu i wszystko słyszę — powiedziała babcia Teresa z oburzeniem.
— No to nam wyjaśnij co mógł chcieć naczelnik Wiśniewski od Dorotki — postawiła ultimatum pani Olga.
— Żeby się tego domyślać wcale nie trzeba pracować w urzędzie wiele lat — odparła babcia Teresa z dziwnie zadowoloną miną.
— Jak to nie trzeba? Ja tu niczego się nie domyślam, a poza tym niczego nie rozumiem, więc o czym ty do cholery mówisz? — spytała ze złością pani Olga.
— Naturalnie, moja droga, bo przecież, jak sama bardzo dobrze wiesz, Dorota pracuje u nas od niedawna, więc żadne lata pracy nie są do niczego potrzebne — odparła babcia Teresa.
— No faktycznie, ona ledwie co rozpoczęła pracę, a już naczelnicy za nią biegają jak pieski z cieczką — powiedziała pani Olga.
— Ten twój Kozakiewicz też nie jest nic lepszy — zauważyła babcia Teresa.
— Z nim to jest zupełnie inna sprawa — oświadczyła pani Olga.
— Naturalnie, zupełnie inna, bo jego przynajmniej nikt nie oskarży o pedofilię — powiedziała babcia Teresa i zakryła sobie usta dłonią jakby żałowała tego co powiedziała.
— O matko! — zawołała pani Olga.
— To jego ktoś oskarżył o pedofilię? — zapytała pani Helena.
— Jeszcze nie, co prawda to prawda, ale nigdy nic nie wiadomo, bo Dorotka jest przecież bardzo młoda — odpowiedziała babcia Teresa.
— Jest młoda, ale nie aż tak bardzo młoda — odparła pani Olga. — Nawet jakby ją naczelnik puknął, to nic by mu za to nie groziło.
— O matko moja kochana! — zawołała pani Helena.
— To prawda, moja droga, ale pomyśl sobie o renomie pana naczelnika, o wykwintnym towarzystwie, w którym się obraca — podpowiedziała babcia Teresa.
— Że niby co? Bogaci panowie lubią mieć w swoim towarzystwie bardzo młode panienki. Im są młodsze, tym chętniej widziane — stwierdziła pani Olga.
— O matko moja! — zawołała znowu pani Helena.
— Ty się Halinka tak nie podniecaj, bo już jesteś za stara na tego rodzaju spotkania w towarzystwie bardzo bogatych panów przedsiębiorców — powiedziała pani Olga złośliwie.
— Jak możesz wypominać mi mój wiek! — oburzyła się pani Helena.
— Spokojnie moje drogie. Nie zaczynajcie awantury. Nie potrzebujemy tu skandalu — zauważyła babcia Teresa.
— A możesz nam powiedzieć skąd wiesz o jakichś związkach pana naczelnika z Dorotą? — zapytała pani Olga z wielką ciekawością.
— No właśnie — poparła nagle koleżankę pani Helena.
— Bo mam oczy otwarte — odpowiedziała babcia Teresa.
— No, no, może coś więcej na ten temat — poprosiła pani Olga.
— Pamiętacie firmową zabawę karnawałową? — zapytała babcia Teresa.
— Oczywiście — odpowiedziała pani Olga. — Niczego specjalnego nie zauważyłam.
— Bo byłaś zajęta swoim drogim partnerem — stwierdziła babcia Teresa.
— A ty niby co? — odpowiedziała pytaniem pani Olga.
— A ja nie miałam partnera, co w moim wieku jest zupełnie normalne, więc miałam czas na obserwowanie tego co się działo na parkiecie — wyjaśniła babcia Teresa.
— No i co? — zawołały razem obie panie zainteresowane uzyskaniem informacji.
— No i widziałam jak pan naczelnik Wiśniewski tańczył z Dorotką, jak ją przytulał, a nawet nieco obściskiwał, a także widziałam oczywiste objawy zauroczenia młodą panienką u starszego już mężczyzny, co jest akurat zupełnie normalnym zjawiskiem przyrodniczym — powiedziała babcia Teresa nieco przyciszonym głosem.
— Zakochał się jak nic — podsumowała otrzymane wiadomości pani Olga.
— To jest akurat bardzo prawdopodobne — przyznała babcia Teresa.
Rozdział 12
Do pokoju wszedł pan inżynier Łozowski.
— Dzień dobry wszystkim paniom — przywitał się pan inżynier.
— Dzień dobry panie inżynierze — odpowiedziały urzędniczki.
Pan inżynier położył na biurku babci Teresy swój neseser, otworzył go i wyjął z niego trzy pudełka z ptasim mleczkiem.
— Bardzo proszę — powiedział do babci Teresy. — Na osłodę życia biurowego.
— Serdecznie dziękuję — ucieszyła się babcia Teresa. — Jest pan prawdziwym dżentelmenem.
— Ależ to tylko taka drobnostka prosto z serca — odparł pan inżynier i podał pudełko czekoladek pani Oldze.
— Pan jest po prostu kochany — powiedziała pani Olga. — Zrobię panu kawę.
— Bardzo chętnie się napiję w tak miłym towarzystwie — odparł pan inżynier, po czym podał trzecie pudełko czekoladek pani Halinie — Bardzo proszę. Jestem szczęśliwy z tego powodu, że taki zwykły robol jak ja może od czasu do czasu zadowolić bodaj w drobnej mierze piękne kobiety.
— Jest pan cudownym człowiekiem — podziękowała pani Helena z szerokim uśmiechem.
Pani Olga nalewała wody do czajnika bezprzewodowego, gdy pan inżynier usiadł sobie na krześle przed biurkiem babci Teresy.
— To biuro jest wyjątkowe — powiedział pan inżynier.
— A to dlaczego? — zapytała babcia Teresa.
— Ponieważ odnoszę wrażenie, że niezależnie od pogody panującej na dworze, w tym pokoju zawsze świeci słońce — wyjaśnił.
— Bo pan to słońce tu wnosi ze sobą — powiedziała pani Helena.
— Otóż to właśnie — potwierdziła pani Olga.
— Bardzo dziękuję. Panie są prawdziwymi poetkami — stwierdził pan inżynier.
— To chyba tylko przy panu — odparła pani Olga.
— No i bardzo się z tego cieszę — oznajmił pan inżynier.
— My również się cieszymy z każdej pana u nas wizyty — oświadczyła babcia Teresa. — Muszę przyznać, że jestem w ciężkim szoku, drogi panie.
— A to dlaczego? — zainteresował się pan inżynier.
— Bo dzięki panu mam możliwość odkrywać nowe talenty moich koleżanek — powiedziała babcia Teresa ze śmiechem.
— Bardzo dobrze — potwierdził pan inżynier. — Właściwa atmosfera w pracy umożliwia pełne realizowanie swojego wnętrza i ujawnianie wszystkich swoich możliwości.
— Ja proszę, żeby pan już na zawsze pozostał z nami w tym pokoju — powiedziała pani Olga.
— O tak, tak, ja również popieram całym sercem ten wniosek — przyłączyła się pani Helena.
— Panie są bardzo miłe dla mnie — odparł pan inżynier. — To właśnie dlatego tak chętnie tu przychodzę w odwiedziny do szanownych pań.
Pani Olga zalała wrzątkiem kawę w kubeczku z gwiazdkami Unii Europejskiej.
— Życzy pan sobie z mlekiem i cukrem? — zapytała.
— Nie trzeba, wystarczy sama kawa, bo najlepiej działa bez dodatków — odparł.
— Czarna kawa? Jak we więzieniu? — zdziwiła się pani Helena.
— To była tylko piosenka o więzieniu — odparł pan inżynier. — Zresztą bardzo nastrojowa i ulubiona przez wszelkich protestujących, strajkujących, a także studentów, no i oczywiście przez więźniów.
— Jaki pan jest mądry i inteligentny — zachwyciła się pani Helena.
— Uważaj Halinko, bo ci żyłka pęknie jak się tak będziesz podniecała — zauważyła dość chłodno pani Olga, po czym podała kawę panu inżynierowi do biurka babci Teresy.
— Bardzo dziękuję — ucieszył się pan inżynier i do razu upił łyka wrzącego jeszcze napoju.
— Proszę uważać, bo gorąca — ostrzegła pani Olga.
— Nic nie szkodzi. Niektórzy mówią, że ja mam gardło blachą wybite — odparł inżynier i ponownie upił łyczka kawy z filiżanki.
— Im dłużej pana znam, tym bardziej widzę, że jest pan niezwykłym człowiekiem — powiedziała babcia Teresa.
— Bardzo mi miło to słyszeć — odparł z uśmiechem pan inżynier.
— To może się pan też poczęstuje ptasim mleczkiem do kawy? — zaproponowała pani Olga.
— Bardzo dziękuję, muszę dbać o swoją figurę — odparł pan inżynier.
— No proszę! — powiedziała pani Olga z oburzeniem. — To tylko my mamy przytyć, tak?
— Droga pani. Niektórzy twierdzą, że kochanego ciała nigdy nie jest zbyt dużo — odparł.
— Ale sam pan jednak nie chce przytyć — podtrzymywała zarzuty pani Olga.
— Ja muszę nieco schudnąć, bo gdy pracuję na wysokości i przychodzi mi wchodzić na dziesiąte piętro po schodach, to mój brzuch bardzo mi wtedy przeszkadza w pracy — poinformował pan inżynier i poklepał się po brzuchu.
— Gwoli ścisłości, jeżeli pan wchodzi po schodach, to nie jest to już praca na wysokości, zgodnie z przepisami — stwierdziła babcia Teresa.
— Owszem, ale jeżeli montuję antenę satelitarną na maszcie usytuowanym na dachu budynku, to wtedy to już jest praca na wysokości — odparł pan inżynier.
— Faktycznie, wtedy jest — zgodziła się babcia Teresa.
— Widzę, że pani bardzo dobrze poznała przepisy BHP, droga pani — stwierdził inżynier.
— Bo bardzo często pracuję z tymi przepisami — przyznała babcia Teresa.
— Czyli pełen profesjonalizm, jak wynika z pani drogiej słów, pani babciu — powiedział inżynier i się uśmiechnął.
— Dziękuję za uznanie — odparła babcia Teresa.
Pan inżynier napił się kawy.
— Bardzo dobrą kawę mi pani zrobiła, pani Olgo — pochwalił panią Olgę.
— Ja również dziękuję bardzo za uznanie — odparła pani Olga.
— To może chociaż jedną czekoladkę, bo przecież od jednej pan nie przytyje — poprosiła pani Helena podsuwając mu pudełko ptasiego mleczka.
— Skoro pani łaskawa tak usilnie nalega, to się poczęstuję — odparł i się poczęstował jednym ptasim mleczkiem z pudełka.
— No, i bardzo dobrze, na zdrowie — ucieszyła się pani Helena.
— Bardzo dziękuje — odparł pan inżynier i się zakrztusił.
— Ojej! To przez moje gadanie — zmartwiła się pani Helena.
Pan inżynier zakasłał raz i mu przeszło.
— Nic nie szkodzi. To tylko moja wina, bo mówiłem w trakcie połykanie, ale na szczęście już wszystko jest dobrze — powiedział do pani Heleny.
— Całe szczęście, bo bym sobie nigdy nie wybaczyła — stwierdziła pani Helena.
— Pani jest bardzo miła, droga pani, zresztą tak samo jak pozostałe koleżanki. Czy nie było tu kiedyś pań więcej? — zapytał przy okazji.
— Owszem, jest tu zazwyczaj z nami jeszcze nasza młoda koleżanka Dorotka — wyjaśniła babcia Teresa.
— Faktycznie, była jeszcze taka jedna dziewczynka — potwierdził pan inżynier.
— Zgadza się, doskonałą ma pan inżynier pamięć — zauważyła babcia Teresa.
— Na całe szczęście jeszcze mi nie szwankuje — roześmiał się pan inżynier. — Przenieśli ją?
— Nie, nie przenieśli, tylko wysłali w podroż służbową. Mamy nadzieję, że niedługo wróci — wyjaśniła babcia Teresa.
— A, rozumiem, tylko podroż służbowa — odparł pan inżynier wyraźnie uspokojony. — Mnie też często wysyłają w podróże służbowe w związku z rożnymi problemami technicznymi na naszych terenowych placówkach.
— No właśnie. Pewnie lada dzień wróci i znowu będzie tu z nami pracowała — potwierdziła babcia Teresa, domyślając się, że właśnie po to pan inżynier do nich przyszedł, żeby się dowiedzieć czegoś o Dorotce.
— No to mnie pani uspokoiła, bo najgorzej jak by człowiekiem rzucali z miejsca na miejsce, to wtedy nigdzie nie można się zaaklimatyzować i człowiek jest wtedy ciągle taki roztrzęsiony — powiedział pan inżynier.
— Ma pan całkowitą rację. Nikt nie lubi być przenoszony z miejsca na miejsce jak jakiś przedmiot — powiedziała babcia Teresa.
— Otóż to, droga pani, otóż to — przyznał pan inżynier i napił się kawy.
Rozdział 13
— Jak tak dalej pójdzie, to będziemy tu mieli wizyty wszystkich mężczyzn pracujących w urzędzie — stwierdziła babcia Teresa gdy pan inżynier już opuścił ich pokój.
— A to niby dlaczego? — zapytała pani Olga.
— Bo wszyscy będą przychodzić i się dopytywać o powody nieobecności w urzędzie naszej Dorotki — wyjaśniła babcia Teresa.
— Też pani wymyśliła powód do odwiedzin. Cóż ich wszystkich może obchodzić taka smarkula jak Dorota — powiedziała pani Olga z lekceważeniem.
— Nie gniewaj się, moja droga, ale odnoszę wrażenie, że wszyscy faceci w firmie kochają się w tej dziewczynie — wyjaśniła babcia Teresa.
— Przecież to są zwyczajne bzdury. Kto ci to naopowiadał? — nie dowierzała pani Olga.
— Młode dziewczęta zawsze wywołują sporo emocji — przyznała pani Helena.
— O czym wy opowiadacie? Zmówiłyście się czy co? — zapytała pani Olga z wyraźną złością.
— Nie musisz jej zazdrościć — powiedziała pani Helena.
— Ja? Zazdrościć? Chyba zwariowałaś. Najwyraźniej brak spermy w organizmie zaczął źle wpływać na twój rozum — odparła brutalnie pani Olga.
— Jak tak możesz! — zawołała pani Helena i z płaczem wybiegła z pokoju.
— Nie powinnaś jej tak dokuczać — stwierdziła babcia Teresa.
— To niech nie wymyśla żadnych bzdur o innych pracownicach! Ja miałabym zazdrościć takiej smarkatej pannicy, która jeszcze świata dobrze nie poznała, do dorosłości jeszcze się nie zdarzyła przyzwyczaić, wartości prawdziwej kobiety jeszcze nie poznała.