E-book
9.56
drukowana A5
17.9
Samotna wyspa

Bezpłatny fragment - Samotna wyspa

poemat


Objętość:
68 str.
ISBN:
978-83-8104-063-1
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 17.9

Książkę dedykuję

Danucie — Annie Karnickiej.

Miłośniczce polskiej literatury z Milwaukee USA.

Słowo wstępne

Poszukuje, by nie zbłądzić, jak dziecko chce być trzymany przez Opatrzność, Boga, a nade wszystko przez Muzę — za rękę. W mgle codziennej rozpaczy i bólu, stara się dostrzegać światło, jak zapowiedź dobrego początku choćby w innym wcieleniu. Czuje potęgę pisania. To tworzenie, kreowanie słowem świata daje mu poczucie wielkości i artystycznego spełnienia. Buntuje się, wadzi z ludźmi, którzy nie potrafią walczyć o swoją prawdę i chowając się w skorupie codzienności, powtarzają swe błędy, poddają się, podporządkowują, przekonani, że czeka ich tylko śmierć. A gdzie miejsce na Zmartwychwstanie? Marian Kustra jest wręcz przekonany, że niczym Sfinks z popiołów poeta musi pojawić się na Ziemi w nowej odsłonie, bogatszy o bagaż doświadczeń, stanowczo broniący swojej prawdy. Nie chce zadowalać się bylejakością, więc krzyczy:

„Otwieram się na człowieka.

Gwiazdy niechaj płoną na niebie,

a nam w dzwony bić na alarm!

Albo tworzyć międzyludzką modlitwę — na współczesny czas”.

Wierzy, że jak Odyseusz powróci do swej Itaki, którą nazwał Samotną Wyspą. To miejsce spokoju i spełnienia, a jednocześnie oaza mądrości, wrażliwości i samoświadomości. Najpełniej opisuje ją słowami wiersza:

Moja Samotna wyspa,

jest kościołem bez dzwonów,

bez mentorów…

i bez tłumu… wiernych, naiwnych… grzesznych.

Moja Samotna wyspa

jest moim kościołem,

moim ołtarzem

i moim “Ja” — w świętej ciszy”.

Autor nie traci wiary w dobroć i szlachetność ludzi. Zło w nich zaś sieje sam szatan i to on nie pozwala być bardziej ludzkimi, wrażliwymi, lecz odbiera rozumy i duszę, tym samym niweczy dzieło Boga. Pan zaufał ludziom, dał im wolną wolę, dał światło życia i pośród wojen, burz i łez pozwolił przeżyć ludzkości wiele wieków. Jak podkreśla autor:

„To nie epoka tworzy historię.

Przyszłość, przeszłość i teraźniejszość

tworzy człowiek.

On jest EPOKĄ.

I Opoką dla świata”.

Czy jednak człowiek ma na tyle sił, by stawiając stopę na piasku swej utęsknionej Samotnej Wyspy poczuć wolność i niezależność? Odpowiedzią jest poemat Mariana Kustry.

Monika Grzanka — poetka

Samotna wyspa

Moje wyspy

rodzą się piachem.

Moje wyspy

stają się oczyszczeniem i cichą modlitwą.

Są religią i bezmiarem wody.

Są przyzwoleniem

na samotność w tłumie.


Jestem moją duszą,

ona jest we mnie.

Jestem również poszukującym… i szczęśliwym słowem.

Dzisiaj otworzył się świat,

jak kiedyś otworzył go Pan.

Otwieram się na człowieka.

Gwiazdy niechaj płoną na niebie,

a nam w dzwony bić na alarm

by tworzyć międzyludzką modlitwę —

na współczesny czas.


Nie będę smutnym poetą,

to powinien być czas radości i świętowania,

nawet przy dużych wątpliwościach.

Nie będę smutnym poetą,

nawet jeśli brakuje mi autorytetów.

Bowiem autorytety żyją wśród nas,

tylko mali ludzie ich nie dostrzegają.

Ja muszę uwierzyć… oni są… Oni żyją!


Świat jest kołem… i stał się kołem.

potem następnym…

aż w nieskończoność.

Jest w nim czas na grzech i na spowiedź,

na przekleństwo i uwolnienie się od przekleństwa.

Jest czas na narodziny… mimo świadomości śmierci.

Poproszę o życie, a powtórzy się ono nowym wcieleniem.

Chyba, że moja droga kieruje się ku piekłu,

wtedy nie będzie prawa powrotu…


Dzisiaj rozpiera mnie radość.

Nie będę płakał w poemacie.

Uwolniłem się od złej miłości.

Gdybym się nie obudził…

nie obudziłbym się nigdy.

Więc… dzisiaj rozpiera mnie radość.


Czekam na przypływ mojego Oceanu.

Zawsze czekam na bezmiar wody,

on objawia się,

niepewnością

i… tęsknotą.


Tam, po drugiej stronie lustra są zapewne tajemnice,

których nigdy nie zgłębimy za życia.

Tu jest objawienie w twórczej pasji.

Tam czeka nas wielkość

spełniona w życiu wiecznym.

Tu wielkość w książce.


Ty Muzo daj mi jedno miejsce w tym świecie,

a powiem żeś moją królową.

Mnie wystarczy podnóżek,

w twoim wielkim domu…

I kartka papieru zmieniająca się w stos zapisanych kartek

Och, jakiż ja wtedy będę szczęśliwy

i jednocześnie potężny poezją.

Przestrzegano poetę,

że może umrzeć obarczony samotnością,

opuszczony przez przyjaciół.

Poeta uwierzył…

Więc odrodził się w nim nowy człowiek, odrodził się

lękiem o przyszłość.

Dziś nad jego domem świeci słońce,

nawet w chwilach złej pogody.


A kiedy na drodze cmentarnej odezwą się dzwony,

pomyślę, co mnie czeka

po drugiej stronie… tam.

Nie mogę zapomnieć o obrączkach.

Zostaną nam nałożone przy świętych zaślubinach

na pierzastej chmurze.


I to nie będzie koniec drogi, to będzie jej początek.

Otwarcie bramy dla nowej szkoły życia.


I nie nazwę ciemności

wieczną nocą.

Ona otworzy się ponownie słońcem.


Moja Samotna wyspa,

dziś jest kościołem bez dzwonów,

bez mentora…

i bez tłumu… wiernych, naiwnych… grzesznych.

Moja Samotna wyspa

jest moim kościołem,

moim ołtarzem

i moim “Ja” — w świętej ciszy.


Otwierajmy wejścia do kościołów

Otwierajmy serca

dla świętego obcowania.

Otwierajmy bramy,

nie zamykając podwoi nieba przed ludzkim sercem.

Nie pozwólmy, by do swoich racji

przekonała nas podłość, ignorancja i małostkowość.

Człowiek powinien kierować się

wyłącznie dobrem i szlachetnością.

Inaczej stanie się narzędziem w rękach szatana.

Szlachetność w dzisiejszych czasach jest mało nośna.

Mimo tego możemy być spokojni o Ziemię.

Nasza planeta dość ma cierpień i dość krwi,

stała się bardziej odporna na zło.

Nikt jej nie złamie.


Jakże często szukamy samotnej wyspy,

by stwierdzić,

że w tłumie bywamy częściej samotni.

Możemy być spokojni o Ziemię,

mimo kłamstw, podłości,

mimo ludzkiej agresji.


— Jestem Epoką w stuleciu pokoju —

stwierdziła epoka oczyszczona z wojen.

— Jestem światłem.

A ile Epok miał świat?


To nie epoka tworzy historię.

Przyszłość, przeszłość i teraźniejszość tworzy człowiek.

On jest EPOKĄ.

I Opoką dla świata.


Wejdę w świat przeszłości,

zapiszę historię życia

i zacznę czekać na cud Zmartwychwstania.


A potem obudzą mnie miasta

z dawnym i dzisiejszym gwarem ulicznym.

I toczyć się będą dysputy.

Ukażą się nowe pokolenia z nowym czasem,

z nowymi nadziejami.

A ja pozostanę na przeogromnych falach.

I Będę i JESTEM… i czuję rosnącą tęsknotę

do wolności ptaka,

do jego wysokich lotów.


Ej, ptaku skrzydłonośny,

porwij mnie swoim lotem,

uchroń przed codziennością,

ponad szarym dniem popłyniemy,

w bezmiar chmur.

Porwij mnie!


Tylko tam, wysoko, między chmurami poczuję wolność

i sam stanę się wolnością.

Na pohybel ziemskim ograniczeniom!


A wtedy moim domem stanie się cała Ziemia.

Nikt nie nakaże wypełniać dokumentów,

które pozwalają kroczyć ulicami innych Państw.

O! Wolności piękna,

kiedyś wezmę cię w ramiona?

Kiedyś otworzą się wszystkie bramy?


Nocami śnią mi się ogromne przestrzenie

i wyspy wyłaniające się z odmętów Oceanu.

Snów tych nie potrafię wytłumaczyć.

Czyżby wyspa kojarzyła się z samotnością?

Brak przyjęcia poety we współczesnym świecie,

jest grzechem społeczeństwa.

Poeta wśród swoich nie powinien być samotny, odtrącony.

Nie powinien być smutny,

smutek uczyni z niego pustelnika.


Stary żebrak zatrzymał się

przy starym fotelu,

rzuconym między śmiecie.

Od tej chwili

stali się nierozłącznymi przyjaciółmi.


Każdy dzień spędzają razem.

Jeśli jeden z nich odejdzie,

drugi podąży jego śladem.


Stary żebrak siadał na stopniach kościoła,

który odwrócił się do niego plecami.

Przy drzwiach dumnej świątyni

poczuł chłód i drwiące spojrzenia wiernych.


Fotel również dotknęła pogarda.

Oto, co połączyło tych dwóch — pogarda przemijania.


Chwilo — iskierko szczęścia,

rzucona w tłum myślą Boga.

Jakże trudno cię dostrzec

i zaprosić na pokoje mojego serca.


Zawsze drżę przed kolejnym dniem.

Poeta, którego bronią jest słowo,

słowem może być zraniony lub zabity.


Chwilo — iskierko moja,

jakąż ja mam drogę wybudować,

byś na nią wkroczyła,

bym ramionami mógł cię objąć.

Och, wtedy niestraszna mi podłość ludzka.

Wtedy światy zdobywać

i miłość, dzięki której żyjemy.

Mnie nie żebrakiem przy smutnym fotelu,

ale mnie gwiazdy i kwiaty zrywać dla ukochanej.


Chwilo — iskierko — hop… hop!


Pozostanę sobą, kiedy wy będziecie twierdzić,

że jestem skonfliktowany ze światem.

Nie będę milczał,

nie zamkniecie mi ust,

kiedy widzę, że dureń rodzi durnia,

kiedy zwycięża podłość,

kiedy klakierzy mają pełne ręce roboty.

Nie będę milczał!

Posłannictwem poety jest mówić — krzyczeć wierszem.

Przez wieki poeta nauczał, prosił i walczył…

i to nie zawsze tylko słowem.

Kiedy przegrywało słowo — poeta brał karabin w rękę

i walczył.

Taki to był czas i taki może być jutro.


Ciepły wiatr zatacza wokół kręgi.

A one się zaciskają.

To ja pytam, czy to jeszcze wolność,

czy już zniewolenie?


Nie chcę wolności ograniczonej,

nie chcę wolności wywołanej brakiem pieniędzy,

choć pieniędzmi zawsze pogardzałem.

Bogacze nigdy nie są wolni.


Ale żeby uczynić coś dla kultury,

dla pamięci nieżyjących,

potrzebne są — pieniądze.

Tak urządzili nam świat praojcowie.


Samotna wyspa oczekuje na odkrywcę,

na imię, które pozwoliłoby narodzić się jej

na mapach świata.


A może podarować w prezencie nazwisko mojego Profesora?

Och, z jakąż dumą Samotna wyspa przyjęłaby to wyróżnienie.

Profesor, będąc już w niebiosach,

uśmiechnąłby się zapewne z wdzięcznością do mnie

i ze znaną sobie przekorą cichutko powiedział:

“Na cóż mi takie zaszczyty?

Ja od zawsze żyłem tylko w cieniu wielkich wydarzeń,

na cóż mi wyspy”?

Jeszcze jeden lot — lot nad kukułczym gniazdem,

a stanę się biografem Wielkich ludzi.

I będzie to uhonorowaniem mojego życia.

Czy potrzeba czegoś więcej, by w godzinę śmierci

powiedzieć — nie żałuję niczego. Spełniło się wszystko.


Marnością jest szukanie szczęścia między ludźmi,

choć ja wierzę w człowieka, ale marnością nazywam

szukanie szczęścia w tłumie.


Wierzę, że w moim kraju są ludzie szczerze życzący sobie

wzajemnie wiele dobrego.

Kiedyś zwrócą się w moją stronę i powiedzą:

„Jesteś dobrym człowiekiem mimo potknięć i błędów.

Nie jesteś konfliktowy, a to, co złe w człowieku,

dostrzegasz duszą i rozumem.

Dlatego życzymy ci w poczuciu sprawiedliwości, szacunku

dla twojego życia,

spokojnej śmierci po wypełnieniu wszystkich dni,

tym, co w tobie najlepsze”.

A ja? Ja się uśmiechnę… podziękuję za życzenia…

Bo czyż to nie piękne umierać w spokoju i w pokoju z ludźmi?


Na Oceanie

odnajdę swoją Wyspę.

Wybuduję dom… z samotnych drzew.

Poszukam samotnej palmy

i pod nią siadając … stanę się poetą,

albo sczezną moje kości.

Jedynie ciepły wiatr

będzie gonił za ostatnim słowem wiersza

przegranego życia.

Palmy uronią łzy,

jak kiedyś lipa w godzinę śmierci Kochanowskiego.


Kiedy budzi się słońce, do życia wstaje poeta.

Zimą jest uśpiony.

Wiosną powstają najpiękniejsze wiersze.

Życie budzi się wiosną, to wtedy żal umierać.


Śpieszę z modlitwą do Boga. Jemu wystarczy jedna prośba —

prośba o jak najdłuższe życie,

w głowie poety rodzą się nowe poematy,

więc trzeba żyć, by poematy zostawić potomnym.

Wiosną nie wolno poecie przeszkadzać.

Wiosną powstają modlitwy, cudowne w swej doskonałości

słowa.

Ty lubisz, jak ludzie modlą się o Twoje miłosierdzie.

Więc wiosną nie okazuj swego gniewu, a będziesz

miłosiernym Bogiem.


Kiedy osiągnę już drugi brzeg

i zacznę wspinać się ku świątyni, by zapisać złotymi

zgłoskami swój czas, nie chcę zapomnieć, gdzie życie

się zaczęło, a gdzie skończyło.

I jaki los mój w wieczności jest pisany?

Zawsze wierzyłem w dobrą ostatnią drogę,

która zaprowadzi mnie ku złocistym łąkom.


Ileż ja w swoim życiu poznałem bluźnierców,

którzy na słowo “Bóg” układali usta w drwiący uśmiech,

ale w godzinę śmierci prosili o spowiednika.

Mnie dzwony kościelne nie muszą ogłaszać święta.

Moje święto jest od zawsze we mnie — od chwili przyjścia

na ten padół. Nigdy nie miałem wątpliwości.

Jeśli rodził się we mnie sprzeciw, to tylko przed doktryną

kościoła.

Przy przekroczeniu drugiego brzegu, prześlę wam

swoją radość.


Jestem poetą — dzisiejszym i wczorajszym.

Jestem stuletnim wędrowcem… w poezji.

A wy nie macie prawa obrażać poety — drwiną,

podłym słowem czy ironicznym uśmiechem.

Ileż ja zaznałem podłości i ile we mnie jeszcze wędrówki.

I ponownie zacznie rodzić się ból i zniechęcenie do życia

i pragnienie tego życia.


Tłumaczą się — ci najbardziej bogobojni.

Krzyczą, chodzą z nienawiścią na ustach,

z wypisanymi hasłami — jakże krzyczą…

w obronie moralności, demokracji,

niszcząc jednocześnie demokrację i moralność.

Demokracja ma być widziana ich oczami…

moralność — taka, jaką oni widzą.

A bezwolny tłum, bezwolny i straszny

w swej naiwności… wierzy.

A politycy patrzą w oko kamery i przekonują

do swoich racji. Tuszują podłość.


Stałem się samotnikiem w swojej wierze —

bez kościoła, ale z Bogiem w sercu.

Zamieszkam na wyspie oceanu i posłucham śpiewu ptaków.

A może Syreny przypłyną?

Mnie z falą przy brzegu się spotkać, ciepłymi nurtami wody,

niczym wodą święconą stopy obmyć.

A potem usnąć, otulany światłem księżyca.

I może w tym spokojnym miejscu zacznę śnić

o swoim kościele, o nawróconych duchownych,

modlących się przy ołtarzach o miłość do wiernych

i o politykach sprawujących władzę dla dobra ojczyzny,

o polskim narodzie posługującym się własnym rozumem,

którego nie kupi się czynem Judasza.

Jeśli marzeń tych nie poczuję i nie zaznam ich spełnienia,

pisana jest mi samotna wyspa.


Idę drogą — przez mękę swoją.

Idę drogą wskazaną życiem — samotny wśród milionów.

Idę drogą i będę głosem brata.

Tylko droga sprawiedliwych zaprowadzi mnie do spełnienia,

którego od lat oczekuję.


Społeczeństwo o niskim ilorazie inteligencji wierzy każdemu,

kto obiecuje, kto głośno krzyczy.

Nie możemy dać się zamknąć w klatce naiwności.


Mój kraj przeżył wielu przywódców, a później musiał

z trudem podnosić się z kolan.

Polacy z naiwnością dziecka przyjmują obietnicę.

Czy stajemy się mądrzejsi?

Czy będziemy wyłącznie przyjmować nauki

nieodpowiedzialnych przywódców?


Szybko zapominamy, co czyniły z nami poprzednie władze.

Pamiętają tylko nieliczni i to oni nie dają się nabrać

na obiecanki.

My musimy cierpieć za wyborców z krótką pamięcią?


Bywamy dla siebie udręką…

…A świat jest udręką dla mnie.

Czy może powstać świat nowy, świat bez pomyłek?

Bez bólu, żalu, gniewu czy złości? Nie ma takiej możliwości.


Ziemia pełna radości i miłości byłaby cudem.


I odejdą ostatni nędzarze w zaświaty,

A Ziemia wtedy stanie się Rajem dla pozostałych.


Bogaty nigdy nie obdarzy sympatią ludzi mniej sprawnych,

mniej przebojowych. Pogarda goni pogardę.

Z pogardą dla człowieka wstępujemy do kościoła,

modlimy się o dobra doczesne dla siebie. Inni — cóż inni?

Nie obchodzą nas.

Przestańmy pogardzać ludźmi, nie nazywajmy ich

gorszym sortem.

Brakuje w nas miłości Bożej. Cicho, krok po kroku zdążamy

w stronę piekieł. A zapewne w tej chwili tworzymy

piekło na Ziemi.


Słowo może zabić, zadać ból.

Ja, mimo zaznanej podłości, wybaczę tym wszystkim,

którzy stawiali się ponad…

Jeśli zacznę pogardzać tłumem, będę pogardzał sobą.

Ten, który mówi o mnie, że jestem poetą skonfliktowanym

ze światem, źle odczytuje moje wiersze, moje poematy,

źle odczytuje wypowiedzi i albo czyni to z rozmysłem,

albo jest głupcem.

Nie chcę opuszczać kraju. Nie chcę wyjeżdżać, by do niego

nie wrócić.

Moje pokolenie nie opuszczało ojczyzny.

We mnie jest każda jej cząstka, każde drgnienie,

To jakbym witał się z każdym z osobna i ze wszystkimi naraz.

Wszyscy oni są mi druhami, przyjaciółmi.

Nawet ten, kto plunął mi w twarz..

Też druh… i też przyjaciel.


Niech się przede mną świat nie zamyka.

On jest moim przeznaczeniem, moim lekarstwem.

Nie zamykajcie świata granicami.

Przechodźmy Ziemię jako wędrowcy u początku drogi.

Ta Ziemia należy do nas, cała do nas, więc po co nam

granice? Po co ją dzielić? Nie dzielmy naszej matki — Ziemi!


Rozumiem wiecznych wędrowców. Ja do nich już się

nie przyłączę, choć świat jeszcze kusi.

W krótkim czasie poczułem się bardzo stary, zrozumiałem,

że większość życia jest za mną, że nadejdzie to,

co nieuniknione. Więc na cóż nam walki, dotyk okrutnym

słowem, błysk w oczach?

Na cóż przepychanki, jakbyśmy mieli przed sobą jeszcze

co najmniej 200, 300 lat życia, choć i to nie tłumaczy

nienawiści.


Nie dajmy się nią zwariować, nie dajmy wygrać podłości.

Śmierć niechaj nauczy nas szacunku do życia i… śmierci.


Nie mogę poradzić sobie z życiem, ono mnie przerasta —

przerasta słabością i… obawą o następne lata.

Wali się mój świat. Zaczynam w nim odczuwać samotność,

mimo kręgu wałęsających się tu i ówdzie przyjaciół,

znajomych — mimo tłumu,

coraz mocniej odczuwam samotność.


Samotna wyspa staje się ratunkiem dla poety.

Tylko kto będzie czytał moje wiersze? —

Wiatr, a może fale Oceanu?


To ja bywam wiatrem, który przynosi łagodność, jak również

huragan myśli.

We mnie obrazy mojego kraju — nieszczęśliwego kraju,

zagubionego, nieprzystosowanego do dzisiejszego świata,

kraju błądzącego między dawną historią, a dzisiejszym

szaleństwem.

Wiele rodzi się nieszczęść nieszczęśliwego narodu.

A może staliśmy się przeklęci, zwalczając siebie?

Historia Narodu powinna uczyć MĄDROŚCI, a coraz częściej

w ojczyźnie rację mają OSZOŁOMY.


Nigdy nie chciałem iść w tłumie. W tłumie nas nie widać.

A ja jestem indywidualistą.

Nie znoszę szarości, a tłum, to szarość.

Nie cierpię tłumu — tłum może zniszczyć najpiękniejsze idee.

Tłum może zniszczyć Państwo, a na miejscu Mądrości

postawić… Głupotę.

A jeśli Głupota opanuje mój kraj, nazwę to zapadnią,

przekleństwem.

Nie znoszę tłumu, lecz nim nie pogardzam.

Wraz z człowiekiem odchodzą najpiękniejsze myśli,

najpiękniejsze idee, ale odchodzą i zbrodnie.

Po człowieku pozostają dzieła, jego wynalazki, pozostaje

również płacz skrzywdzonych.


Człowiek jest owocem wspaniałej myśli Boga,

lecz również jego pomyłką.


Człowiek — brzmi dumnie i podle zarazem.

Jeśli zaczniemy się szanować, rozumieć,

możemy się udoskonalić.

Może warto więc podjąć wysiłek i uznać się za jedną

wielką rodzinę, wtedy zbliżymy się do Boga,

od którego odchodzimy.


Nie chcę gonić chmur,

kiedy deszczem okryte.

Nie chcę szukać wielkości wyłącznie w książkach,

pragnę mieć ją na co dzień, w każdej minucie życia.

Gdybym mógł choć przez chwilę być spokojny,

pewnie podjąłbym ryzyko

i ponad światy naszego świata przeleciałbym wzdłuż i wszerz,

modląc się o bezpieczeństwo dla ojczyzny.

Pewnie tak bym uczynił.

Lecz dziś skrzydła moje niedoskonałe

w bezmiarze wulkanicznej śmierci,

oczekują na powolną śmierć w bezradności lotu.


Wczoraj podjęto decyzję,

kiedy przed ołtarzem

klękał następca tronu.

W obliczu zgromadzonych ofiar

pod wielowiekowym sklepieniem

obiecano miłość narodową i zgodę.

Nie wierzę, jestem niedowiarkiem.

To nie my, to nie Polacy.

Ale wierzę łzom,

które noszą w sobie długoletnią tragedię.

Wierzę łzom cierpiących, odtrąconych i bitych pogardą.

Wierzę łzom, jak wierzyłem matce i ojcu.

Te łzy — nie wsiąkną w ziemię, będą niezapomniane.

Łzy historii.

Łzy Ziemi i bólu.

Łzy pamięci — mojej i waszej Ojczyzny.


Dajcie mi nadzieję

na dobry kierunek marszu — ku Słońcu,

a uwierzę, że jesteśmy ludźmi.

Żyję między wami.

Chcę podarować wam uśmiech szczęśliwego poety,

a cierpię za miliony.

Prześlę wiersze.

A poezja stanie się odkupieniem moim — za wasze grzechy,

w was jest podłość, w was przekleństwo polityków

prowadzących Naród ku przepaści.

Nie ma w tym narodzie szacunku dla pokoleń, dla naszej

historii, nie ma szacunku dla prawdy.

Prawdę należy wyssać z mlekiem matki.

Polacy już nie potrafią.


Dziś jestem świadkiem rodzącej się …głupoty,

zapadania całego narodu w jakąś bliżej nieokreśloną nicość.

Gubimy się i ośmieszamy w oczach świata.

A przecież wystarczy uważnie wsłuchać się w słowa polityka,

by odebrać zdradę, oszustwo i malejącą pewność we własną

nieomylność.

Wątpię, by pomyłki nasze uczyniły nas lepszymi,

mądrzejszymi. Jesteśmy ciągle niepoprawni.

Smoleńsk pozostanie naszą zadrą i naszym skłóceniem.

Polak musi dostać porządnego „kopa”, by nawrócić się całym

pokoleniem, aby stać się jedną rodziną.


Nie zamkniecie mi ust, kiedy krzyczę, kiedy piszę, jestem

świadkiem odradzania się naiwności w społeczeństwie.

Stajemy się tym samym narodem tragicznym —

zawsze musi nas coś, ktoś doświadczyć!

A i to pamiętamy zaledwie krótki czas i ponownie dajemy się

nabrać cwaniakom budującym swoją wielkość na braku

pamięci Polaka.

Tragedie niczego tej społeczności nie nauczyły..


Moje anioły opuszczają ziemię.

Przechodzą na wyższy poziom świętości.

Tylko w nas gubią się zasady, zapominamy,

czym jest honor, słowo Ojczyzna staje się niemodne

w języku polskim.

A jeśli używane, to przez draństwo polityczne,

wymawiające dla własnej potrzeby.

Słowem Ojczyzna wycierają gęby, nabierają Polaków

gładkością mowy. Nabierają, a my, jak dzieci…

Do niedawna odczuwałem bliskość aniołów.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 17.9