Joanna Kowal zniknęła w noc, kiedy rzeka wystąpiła z brzegów. Jako bezwzględna prokuratorka z Brzezin, przez dwadzieścia lat stawiała przed sądem ludzi, których inni bali się wymieniać z nazwiska. Miała władzę, odwagę i setki śmiertelnych wrogów. Nikomu nie przyszłoby do głowy, że kobieta, która przesłuchiwała najgorszych potworów bez mrugnięcia okiem, sama stanie się ofiarą. Czy potężna powódź zmyła ślady zbrodni? A może Joanna Kowal uciekła przed kimś, kogo nie zdołała posadzić za kratami? W mieście, gdzie każdy ma coś na sumieniu, woda powoli odsłania najmroczniejsze sekrety
WPROWADZENIE
Joanna Kowal zniknęła w noc, kiedy rzeka wystąpiła z brzegów. Była cenioną prokuratorką, która od blisko dwudziestu lat zajmowała się najpoważniejszymi przestępstwami w Brzezinach. Miała w ten sposób wielu wrogów, którzy mogli i chcieli się zemścić. Prowadziła sprawy o zabójstwa, przesłuchiwała ludzi potrafiących kłamać bez mrugnięcia okiem i stawiała przed sądem tych, których inni bali się nawet wymieniać z nazwiska. Uchodziła za kobietę odważną, opanowaną i nieustępliwą. Dlatego nikomu nie przyszłoby do głowy, że pewnego dnia to właśnie ona może stać się ofiarą.
Dla większości mieszkańców Joanna była surową prokuratorką, lecz dla Marty Tersz pozostawała przede wszystkim najbliższą przyjaciółką. Znały się od kilkunastu lat i choć różniły się niemal wszystkim, ufały sobie bardziej niż komukolwiek innemu. Joanna należała do nielicznych osób, przed którymi Marta czasem opuszczała gardę. Jak to wszystkim wiadomo przeciwieństwa się przyciągają tak jak dwa magnesy.
O czwartej siedemnaście rano telefon wyrwał komisarz Martę Tersz ze snu. Przez kilka sekund leżała nieruchomo, wsłuchując się w deszcz bębniący o parapet. Nie musiała patrzeć na ekran, żeby wiedzieć, że nie dzwoni nikt z dobrymi wiadomościami. Ale jeśli to nie były dobre wiadomości musiała w końcu odebrać.
W końcu ze wszystkich sił podniosła głowę i przesunęła palcem po ekranie.
• Tersz — odezwała się zaspanym głosem.- Mam nadzieję że nie budzicie mnie tak wcześnie z byle jakiego powodu.
• Znaleźliśmy samochód prokurator Kowal.
Sen zniknął natychmiast a pojawiła się troska o swoją przyjaciółke.
Marta usłyszawszy taką wiadomość usiadła na łóżku i mocniej zacisnęła dłoń na telefonie. Miała trzydzieści dziewięć lat i ten rodzaj urody, którego ludzie zwykle nie potrafili opisać po pierwszym spotkaniu. Zapamiętywali za to jej spojrzenie: uważne, chłodne i cierpliwe. Potrafiła słuchać tak długo, aż rozmówca zaczynał bać się własnego milczenia i bardzo szybko przepraszał za swoje zachowanie.
Nie podnosiła głosu. Nigdy nie musiała. Każdy kto ją znał wiedział kiedy ustąpić i nie pogarszać swojej pozycji u Marty.
W pracy uchodziła za opanowaną, bezkompromisową i chorobliwie dokładną służbistkę. Nie ufała przeczuciom, choć własne rzadko ją zawodziły. Zamiast ludziom wierzyła dowodom, a zamiast obietnicom — temu, co ktoś próbował ukryć. Koledzy cenili ją za skuteczność, lecz niewielu ją lubiło. Marta trzymała innych na dystans, ponieważ bliskość wymagała szczerości i odrobiny zaufania, a na to od dawna nie mogła sobie pozwolić. Jednym słowy była profesjonalistką w tym co robiła i chciała żeby ci co z nią pracują też tacy byli, ale jak to w życiu nigdy nie ma się tego czego się chce.
• Gdzie? — zapytała nerwowo zerwawszy się na równe nogi.
• Przy starym moście w Brzezinach. Drzwi były otwarte, światła włączone. W środku jest krew, ale brak wspomnianej Pani Joanny, brak nawet śladów jakiejkolwiek walki.
Dyżurny mówił dalej, ale Marta przestała go słuchać. Patrzyła na granatową marynarkę wiszącą na krześle przy oknie. W jej wewnętrznej kieszeni znajdowała się biała koperta, którą poprzedniego wieczoru wręczyła jej Joanna.
Prokuratorka pojawiła się przed mieszkaniem Marty krótko po dwudziestej trzeciej. Była przemoczona i wyraźnie zdenerwowana. Mokre włosy przylegały jej do twarzy, a palce zaciskały się na kopercie tak mocno, że jej brzegi zostały zgniecione.
Marta od razu zauważyła czerwony płaszcz Joanny. Wcześniej widziała ją w nim tylko raz, na pogrzebie emerytowanego sędziego. Pomyślała wtedy, że był zbyt jaskrawy na tak ponure miejsce i sytuacje w której się znajdowała. Taki był styl Aśki. Nie lubiała ciemnych kolorów i sama mówiła że będzie chciała aby na własnym pogrzebie była ubrana jaskrawo najlepiej w kolorach czerwieni.
• Schowaj ją — powiedziała Joanna, wciskając kopertę w dłoń przyjaciółki. — I w najbliższym czasie nikomu o niej nie mów nawet wtedy gdy pomyślisz, że nie może mnie już nie być na tym padole.
• Co jest w środku — zapytała zaciekawiona.
Joanna obejrzała się w stronę pustej klatki schodowej. Przez moment nasłuchiwała, jakby spodziewała się usłyszeć czyjeś kroki. Bała się było to widać gołym okiem.
• Jeżeli jutro do ciebie nie zadzwonię, otwórz ją.
Marta uniosła brwi.
• Brzmi dramatycznie nawet jak na ciebie.
• Obiecaj mi ze względu na naszą wieczną przyjaźń
W głosie Joanny było coś, co zgasiło uśmiech Marty.
• Obiecuję masz moje słowo.
• I jeszcze jedno. Nie dzwoń do mnie dzisiaj. Bez względu na to, co się wydarzy.
• Joanna, w co ty się wpakowałaś? Co ty planujesz do jasnej cholery.
Prokuratorka nie odpowiedziała. Odwróciła się i ruszyła pospiesznie w stronę schodów. W tej chwili Joanna myślała że może już nie zobaczyć tego mieszkania i swojej przyjaciółki, ale wiedziała że musi skończyć to co zaczeła.
Marta patrzyła za nią, dopóki czerwony płaszcz nie zniknął w półmroku. Potem wsunęła kopertę do kieszeni marynarki. Nie otworzyła jej, kiedy została sama. Zostawiła ją tam nie z braku ciekawości, lecz ze strachu. Tego jednak nie przyznałaby nawet przed sobą.
Strach uważała za słabość, której nie wolno okazywać. Kiedy się bała, stawała się jeszcze spokojniejsza. Mówiła ciszej, myślała szybciej i zaciskała szczękę tak mocno, że później bolała ją przez wiele godzin. W ten sposób strach, ten stan który uważała za słobość wzmacniał ją i dopingował.
• Znaleźliście ciało? — przerwała dyżurnemu.
• Nie. Ślady urywają się koło mostu i znikają, mogło się z nią stać wszystko. Jest ciemno i ta wezbrana woda nie pomaga w poszukiwaniach.
Uspokoiło ją to troszkę lecz i tak Marta spojrzała na marynarkę i po raz pierwszy pomyślała, że być może nigdy nie zapyta Joanny, co znajdowało się w kopercie, bo wtej chwili nie ma zamiaru jej otwierać i żałowała faktu że przy wieczornym spotkaniu nie zaproponowała pomocy, ochrony, czegokolwiek żeby tego wszystkiemu zapobiec.
• Nikogo nie wpuszczajcie do samochodu ani nawet w jego pobliże — poleciła. — Również miejscowych policjantów. Będę za dwadzieścia minut. Zrozumiano!
• Tak Pani komisarz.
Rozłączyła się, zanim dyżurny zdążył odpowiedzieć.
Leśna droga przypominała koryto płytkiej rzeki. Woda spływała koleinami, niosąc połamane gałęzie, liście i brunatną pianę. Nie można było kontynuowac dalszej jazdy. Marta zostawiła samochód kilkadziesiąt metrów przed policyjną taśmą. Dalej musiała iść pieszo, dobrze że nie ubrała szpilek, zapomniawszy parasola osłaniała twarz przed deszczem.
Koperta została w mieszkaniu, w kieszeni marynarki.
Przez całą drogę Marta zastanawiała się, czy popełniła błąd, nie zabierając jej ze sobą. Ostatecznie uznała, że w domu będzie bezpieczniejsza. W tamtej chwili koperta nie była ważna na miejscu zaginięcia Joanny. Nikt poza nią i Joanną nie wiedział o jej istnieniu.
A przynajmniej tak jej się wydawało. A czemu jej się tak wydawało ponieważ przyjaciółka w tamtej chwili była nie spokojna i cały czas oglądała się za siebie tak jakby sądziła że ktoś ją śledzi.
Samochód Joanny stał przy urwanym moście.
Czarny sedan był skierowany przodem w stronę rzeki, jakby kierowca zatrzymał się w ostatniej chwili, jakby musiała hamować przed czymś na drodze i wskutek tego manewru ściągło ją na pobocze. Reflektory przecinały mrok i znikały w gęstej kurtynie deszczu. Drzwi od strony kierowcy pozostawały szeroko otwarte.
Młody policjant uniósł taśmę.
• Pani komisarz proszę za mną zaprowadzę.
Lecz Marta minęła go bez słowa. Nie wynikało to z arogancji. Kiedy wchodziła na miejsce zdarzenia, wszystko inne przestawało istnieć. Ludzie stawali się głosami, ruchami i śladami. Emocje odkładała na później, jak rzeczy, które mogły przeszkadzać w pracy. Chodź w tym przypadku było to trudne ponieważ chodziło o bliską jej osobę, lecz chciała podejść do tej spraw jak najbardziej profesjonalnie. I tak właśnie zrobiła dla koleżanki jak i dla siebie samej.
W tej chwili zaczęli pracować dopiero wszyscy, którzy byli potrzebni. Wokół samochodu kręcili się technicy w białych kombinezonach. Jeden fotografował ślady opon, drugi ustawiał plastikowe znaczniki przy odciskach butów. Nad wszystkim pulsowało niebieskie światło radiowozów. Na moment wydobywało z ciemności twarze ludzi, po czym pozwalało mrokowi ponownie je pochłonąć.
Podkomisarz Robert Kłos podszedł do Marty od strony mostu. Przemoczona kurtka przylegała mu do ramion, a woda spływała z włosów na czoło.
• Co mamy? — zapytała.
• Samochód zauważył kierowca ciężarówki, który przeżdżał tędy. Spisaliśmy jego dane i na razie czeka w swojej maszynie. Zadzwonił o trzeciej pięćdziesiąt. Kluczyki są w stacyjce, telefon leży pod fotelem pasażera. Nie znaleźliśmy torebki ani dokumentów.
• A przesłuchaliście go czy coś zauważył istotnego?
• Tak — odparł Kłos — ale nie widział niczego.
• To po jaką cholerę on tu jeszcze stoi i obserwuje co tutaj się dzieję. Każ komuś go odesłać.
Kłos wskazał młodemu żeby poszedł do kierowcy i podziękował mu za współpracę.
• Wracając. Krew? Jest jakaś krew? — spytała Marta
Kłos spojrzał w stronę otwartych drzwi.
• Na siedzeniu oraz na kierownicy ale brak na zewnątrz.
Marta podeszła bliżej. Spojrzała do wnętrza pojazdu.
Czerwony płaszcz Joanny leżał rozłożony na fotelu kierowcy. Materiał był rozcięty tuż poniżej kołnierza i ciemny od krwi. Marta rozpoznała go natychmiast.
Jeszcze kilka godzin wcześniej Joanna stała w nim przed jej mieszkaniem.
Jeżeli jutro do ciebie nie zadzwonię, otwórz ją.
Marta wtedy się roześmiała.
Teraz ten śmiech wydawał jej się czymś niestosownym, niemal okrutnym. Poczuła ucisk w gardle, ale nie pozwoliła, by cokolwiek pojawiło się na jej twarzy. Była mistrzynią zamykania uczuć w miejscach, do których nikt nie miał dostępu. Problem polegał na tym, że czasami sama nie potrafiła ich później odnaleźć.
• Ile krwi? — zauważyła.
• Za wcześnie, żeby stwierdzić, czy ktoś mógł to przeżyć, ale jesteśmy dobrej myśli nie 100 % ale zawsze dobrej ponieważ nie znaleziono jeszcze ciała zaginionej Pani Prokurator. Technicy zbadają wszystkie próbki, wtedy może będziemy wiedzieć więcej.
Marta przykucnęła, uważając, żeby nie dotknąć samochodu. Pod siedzeniem dostrzegła srebrny kolczyk. Mały półksiężyc, który Joanna nosiła niemal codziennie znała go bardzo dobrze bo sama go kupiła w prezencie na urodziny.
Mimo wszystko nie odwróciła wzroku. Patrzenie na rzeczy, których inni woleli nie widzieć, było jej największą zaletą i najgorszym przekleństwem.
• Przeszukaliście brzeg?
• Strażacy sprawdzają rzekę. Poziom wody szybko się podnosi. Jeżeli wpadła do środka…
Kłos nie dokończył.
Marta wiedziała co chciał powiedzieć, spojrzała na wzburzony nurt. Rzeka uderzała o filary starego mostu i pochłaniała wszystko, co znalazło się w jej zasięgu. Gdyby ciało Joanny trafiło do wody, przed świtem mogłoby znaleźć się wiele kilometrów stąd co w znacznym stopniu utrudniłoby jakiekolwiek poszukiwania.
A jednak coś się nie zgadzało.
Marta nie lubiła chaosu. Wierzyła, że każde zachowanie ma przyczynę, każdy błąd zostawia ślad, a nawet najlepiej ułożone kłamstwo ma słaby punkt. Wystarczyło nie spieszyć się z jego szukaniem.
• Nie przyjechała tu sama — powiedziała.
• Skąd wiesz?
Marta wskazała błoto za samochodem. Pomiędzy głębokimi śladami opon widniały dwa różne odciski obuwia. Pierwsze należały do butów na obcasie zapewne Joanny. Drugie były większe i szersze, z charakterystycznym pęknięciem biegnącym przez środek podeszwy. Musiał to być pewnie dość wysoki facet.
Oba tropy prowadziły od samochodu w stronę mostu.
Żaden nie prowadził z powrotem.
• Mamy coś jeszcze — odezwał się technik stojący przy masce. — Na szybie.
Snop światła jego latarki przesunął się po zaparowanej powierzchni szyby. Od wewnętrznej strony ktoś napisał palcem jedno słowo:
WINNA
Marta znieruchomiała.
Litery były nierówne i pospieszne. Ostatnia opadała gwałtownie w dół, zakończona krótkim haczykiem.
Znała ten sposób pisania gdzieś już go widziała. Przypomniała sobie pewną osobę która znała 18 lat temu.
• Coś nie tak? — zapytał Kłos.
Nie odpowiedziała. Milczenie było jej pancerzem. Im bardziej chciała krzyczeć, tym trudniej było wydobyć z niej choćby jedno słowo.
Osiemnaście lat wcześniej widziała identyczne słowo na odwrocie fotografii znalezionej przy ciele szesnastoletniej dziewczyny, która zginęła w dziwnych okolicznościach. Zdjęcie zniknęło w dziwnych okolicznościach z akt jeszcze przed rozpoczęciem procesu. Poza Martą wiedziały o nim tylko dwie osoby.
Jedna nie żyła.
Druga właśnie zaginęła.
Telefon w kieszeni Marty zawibrował. Wyjęła go i spojrzała na ekran. Wiadomość pochodziła z nieznanego numeru.
NIE OTWIERAJ KOPERTY.
Przeczytała ją dwukrotnie i była lekko przerażona.
Przez całe życie wierzyła, że strach da się opanować. Tym razem jednak poczuła, jak coś zimnego przesuwa się wzdłuż jej kręgosłupa. Ktoś wiedział o wizycie Joanny. Ktoś widział przekazaną kopertę albo usłyszał ich rozmowę.
Ktoś mógł teraz być w jej mieszkaniu przeszukując go rozwalając ład jej domostwa.
Marta podniosła wzrok i spojrzała na ciemną ścianę lasu po drugiej stronie rzeki. Przez moment miała wrażenie, że pomiędzy drzewami stoi człowiek. Nieruchoma sylwetka obserwowała samochód, policjantów i ją. Sylwetka tego człowieka wydała się jej dziwnie znajoma.
Błyskawica rozdarła niebo.
Postać zniknęła. Poczuła przelatujące przez całe ciało mrówki co wywołało uczucie niepokoju.
Marta wsunęła telefon do kieszeni. Nie pokazała wiadomości Kłosowi. Sekrety przychodziły jej łatwiej niż zaufanie, a wieloletnia służba nauczyła ją, że człowiek najczęściej zdradza nie wtedy, gdy kłamie, lecz wtedy, gdy mówi o jedno zdanie za dużo.
Odwróciła się do podkomisarza.
• Ściągnij tu wszystkie dostępne patrole. Nie szukamy już tylko zaginionej.
• A kogo? — zdziwił się Kłos.
Ponownie spojrzała na słowo pozostawione na szybie samochodu.
• Człowieka, który osiemnaście lat temu uniknął odpowiedzialności za morderstwo.
Marta nie powiedziała mu, że znała jego nazwisko.
Nie powiedziała również, że to ona pomogła mu wtedy zniknąć. Była jednak przekonana, że tym razem doczeka się tego, na co zasłużył.
Telefon ponownie zawibrował w jej kieszeni.
Marta sięgnęła po niego, spodziewając się kolejnej wiadomości. Ekran pozostawał jednak ciemny. Przez chwilę stała bez ruchu, czując na sobie spojrzenie Kłosa.
• Wszystko w porządku? — zapytał.
• Zostań tutaj i dopilnuj techników.
• A ty dokąd jedziesz?
• Sprawdzić coś, co może mieć związek z zaginięciem Joanny.
Nie wyjaśniła niczego więcej.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę swojego samochodu. Deszcz spływał jej po twarzy, zimny i ciężki, lecz prawie go nie czuła. Myślała tylko o białej kopercie ukrytej w kieszeni marynarki.
Ktoś wiedział, że Joanna jej ją przekazała.
Ktoś wiedział również, gdzie mieszka. Czuła że ktoś ją obserwuje, śledzi tylko na razie nie była dokońca przekonana kto to był.
Rozdział 1
Otwarta droga
Marta wracała w deszczu do mieszkania i miała czas na rozmyślanie o tym co się wydarzyło. W tej chwili tylko dotrzeć do domu i sprawdzić kopertę. Zaparkowała samochód na swoim miejscu weszła do bloku i ku jej zdziwieniu zauważyła że drzwi do jej mieszkania były uchylone.
Nie zauważyła śladów włamania. Zamek nie został uszkodzony, framuga wyglądała tak samo jak wcześniej, a wycieraczka leżała równo pod progiem. Mimo to Marta wyjęła broń. Lubiała dmuchać na zimne.
Weszła do środka bez zapalania światła, znała tu każdy kąt, każde krzesło, każdą lampę i z sercem pod gardłem szła dalej.
W mieszkaniu panowała cisza. Z kuchni dochodził miarowy odgłos kapiącej wody. Marta sprawdziła salon, sypialnię i łazienkę. Nikogo nie znalazła.
Dopiero wtedy spojrzała na krzesło przy oknie.
Granatowa marynarka nadal na nim wisiała, ale tak jakby w innym położeniu.
Podeszła powoli, wręcz skradała się we własnym mieszkaniu i wsunęła dłoń do wewnętrznej kieszeni.
Koperty nie było. Przerażona stanęła jak wryta ponieważ nic nie świadczyło o włamaniu, drzwi zamknięte wszystko na swoim miejscu a jednak koperty z wiadomością nie było, czyżby ktoś miał klucze do jej mieszkania do jej własności do jej azylu do którego wracała za każdym razem po ciężkim dniu w pracy i odpoczywała lub rozmyślała w ciszy o problemach z którymi musiała sobie sama radzić.
Na jej miejscu znalazła złożoną na pół fotografię. Przedstawiała trzy młode kobiety stojące nad rzeką. Marta rozpoznała siebie i Joannę. Trzeciej twarzy nie mogła zobaczyć, ponieważ ktoś wydrapał ją ostrym narzędziem.
Na odwrocie zdjęcia widniała krótka wiadomość:
TY TEŻ JESTEŚ WINNA.
Marta usłyszała za sobą skrzypnięcie podłogi.
Odwróciła się gwałtownie, lecz nic nie zobaczyła oprócz tego że drzwi kore zamknięła za sobą były otwarte.
Przez kilka sekund nie poruszyła się nawet o krok, lecz zerwała się z myślą że ktoś przyszedł do jej mieszkania. Trzymała broń wycelowaną w ciemny korytarz i nasłuchiwała. Z klatki schodowej dobiegał jedynie szum deszczu uderzającego o wysokie okna. Gdzieś na niższym piętrze zatrzasnęły się drzwi, a potem wszystko ucichło.
Marta ruszyła przed siebie z myślą złapania włamywacza.
Wyszła na klatkę i spojrzała ponad balustradą. Nie zauważyła nikogo. Zbiegła po schodach, omijając po dwa stopnie. Na półpiętrze w pospiechu niemal wpadła na starszego mężczyznę w szlafroku. Sąsiad ze strachem w oczach cofnął się gwałtownie, gdy zobaczył broń w jej ręce.
• Policja — powiedziała. — Widział pan kogoś?
• Kogo? Nikogo nie widziałem oprócz Pani biegającej po klatce z bronią w ręku wycelowaną prawie mój pomarszczony nos — odpowiedział.
• A więc nie widział sąsiad człowieka schodzącego z góry. Mężczyznę albo kobietę. Kogokolwiek, kto się spieszył. Kogoś obcego. To bardzo ważne.
Sąsiad pokręcił głową.
• Nikogo nie widziałem. Usłyszałem tylko, jak ktoś biegł po schodach.
• W którą stronę?
• Chyba na górę, jakby na strych.
Marta spojrzała ponad jego ramieniem.
Prowadzące na poddasze schody tonęły w ciemności. Nie widziała na nich nikogo.
• Proszę wrócić do mieszkania i zamknąć drzwi — poleciła.
• Co się stało? — zapytał staruszek.
• Niech pan nikomu nie otwiera drzwi.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła na górę. Na ostatnim piętrze znajdowały się wyłącznie drewniane drzwi prowadzące na strych. Powinny być zamknięte. Administratorka budynku pilnowała klucza i wydawała go mieszkańcom tylko wtedy, gdy chcieli dostać się do swoich komórek.
Teraz drzwi były uchylone. Ktoś wyłamał zamek i wszedł na poddasze.
Marta pchnęła je lufą pistoletu.
Zawiasy jęknęły cicho.
Na strychu unosił się zapach kurzu, mokrego drewna i czegoś jeszcze — słodkawego aromatu, który nie pasował do tego miejsca. Marta znała go zaledwie od kilku godzin.
Perfumy Joanny ale to nie mogła być ona, nie uciekała by przed nią na strych. Musiał to być ktoś kto miał nie dawno styczność z Joanną i miał na sobie jej zapach.
Przez dziurę w dachu wpadało blade światło nadchodzącego poranka. Oświetlało stare meble, suszące się ubrania i rzędy zamkniętych komórek. Marta przesuwała się między nimi powoli, kontrolując każdy kąt.
Nagle coś poruszyło się po jej prawej stronie.
Odwróciła się i uniosła broń.
Spod przykrytego prześcieradłem stołu wyskoczył kot. Kot rudy kot. Przemknął pomiędzy jej nogami i zniknął za stosem kartonów. Ale mnie przestraszyłeś powiedziała do siebie w myślach.
Marta wypuściła powietrze i już wiedziała że w pomieszczeniu nikogo nie ma oprócz niej i kotka który prawie skoczył na nią.
Kilka metrów dalej zauważyła mokre ślady. Prowadziły do niewielkiego okna wychodzącego na podwórze. Ktoś pozostawił na zakurzonej podłodze wyraźne odciski butów. Były szerokie, a przez środek każdego z nich przebiegała nieregularna przerwa.
Pęknięcie podeszwy.
Takie samo jak w śladach znalezionych przy samochodzie Joanny, więc musiała to być ta sama osoba.
Marta schowała broń do kabury i podeszła do okna. Klamka była opuszczona a okno otwarte. Na zewnętrznym parapecie dostrzegła błoto i zadrapania. Naprzeciwko znajdował się dach opuszczonego warsztatu, oddalony zaledwie o kilkadziesiąt centymetrów. Ktoś mógł swobodnie przeskoczyć na niego, zejść po rynnie i wydostać się na sąsiednią ulicę.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do Kłosa.
• Gdzie jesteś? — zapytał zdenerwowany, zanim zdążyła się odezwać.
• W swoim mieszkaniu. Ktoś się do niego włamał.
• Co jak to się włamał? Zniszczono coś, ukradziono?
Marta zawahała się. Rozum podpowiadał jej, by nie mówiła o kopercie. Po raz pierwszy jednak zrozumiała, że ukrywanie kolejnych informacji może nie ochronić Joanny, lecz pomóc człowiekowi, który ją uprowadził.
• Nie mieszkanie jest nienaruszone i nic nie zginęło oprócz jednej rzeczy.
• Co to było? — spytał Kłos.
• Joanna zostawiła mi wczoraj kopertę z jakąś wiadomością. Miałam ją otworzyć, gdyby dzisiaj nie zadzwoniła.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
• Dlaczego wcześniej o tym nie powiedziałaś?
• Bo prosiła mnie, żebym nikomu nie mówiła, a ja dotrzymuję danego słowa.
• To już nie jest prywatna sprawa między przyjaciółkami — odparł policjant.
• Wiem.
Przyznanie tego kosztowało ją więcej, niż się spodziewałą.
• Koperta zniknęła — dodała. — Znalazłam za to fotografię i wiadomość.
• Jaką wiadomość? — spytał zaciekawiony Kłos.
Marta spojrzała na ślady prowadzące do okna.
• Ktoś napisał, że ja również jestem winna.
• Niczego nie dotykaj. Zaraz tam będę.
• Przywieź techników. Sprawdź też, czy odciski podeszwy znalezione przy moście pasują do tych na strychu.
• Marta, czekaj… — nie zdążył dokończyć zdania rozłączyła się.
Fotografia nadal leżała na podłodze przy granatowej marynarce.
Marta podeszła do niej, przykucnęła i przyjrzała się jej bez dotykania. Zdjęcie wykonano latem nad rzeką. Ona i Joanna mogły mieć na nim najwyżej dwadzieścia jeden lat. Stały po obu stronach trzeciej dziewczyny i obejmowały ją ramionami. Joanna patrzyła prosto w obiektyw. Marta miała odwróconą twarz, jakby ktoś zawołał ją tuż przed naciśnięciem migawki. Ze zdjęcia można było wnioskować, że znajdowały się na nim najlepsze dwie przyjaciółki, które nigdy się nie rozłączały, takie papużki nierozłączki i poznana na wakacjach osoba z którą się dobrze bawiły.
Twarz dziewczyny stojącej pomiędzy nimi została wydrapana, ale reszta sylwetki pozostała nienaruszona. Miała na sobie białą sukienkę i naszyjnik z ciemnym kamieniem.
Marta pamiętała ten naszyjnik.
Należał do Julii Gajdy, szesnastolatki, której ciało znaleziono osiemnaście lat wcześniej na brzegu rzeki.
Tylko że Marta nigdy nie pozowała z Julią do żadnego zdjęcia.
A przynajmniej tego nie pamiętała.
Przez chwilę wpatrywała się w fotografię, próbując odtworzyć tamten dzień. Pamiętała słońce odbijające się od powierzchni wody. Muzykę dobiegającą z samochodu. Śmiech Joanny i zapach dymu z ogniska. Dalej znajdowała się jednak pustka, jakby ktoś wyrwał kilka godzin z jej pamięci, ale nic dziwnego to było tak dawno temu.
Zaczęła myśleć również nad dzisiejszym dniem:
Wizyta Joanny.
Tajemnicza koperta.
Zniknięcie jej przyjaciółki w dziwnych okolicznościach.
Napis na szybie WINNA.
Niby włamanie do jej mieszkania i zniknięcie koperty.
Wiedziała że najbliższy czas będzie pełen emocji, ciężkiej pracy i nie przespanych nocy, ale robiła to dla przyjaciółki i przegnania duchów przeszłości.
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.
Na ekranie pojawił się nieznany numer.
Tym razem ktoś dzwonił.
Marta odebrała, lecz nic nie powiedziała.
Najpierw usłyszała trzaski. Potem cichy, urywany oddech.
• Marta? Serce uderzyło ją gwałtownie o żebra. Rozpoznała głos Joanny.
• Gdzie jesteś?
• Nie mam dużo czasu.
• Asiu kochanie, powiedz mi, gdzie jesteś.
W słuchawce rozległ się metaliczny huk. Joanna stłumiła krzyk. Dopiero po kilku minutach się odezwała.
• Koperta… — wyszeptała. — Nie pozwól mu jej otworzyć.
• Komu?
• On wie, co zrobiłyśmy.
Połączenie zaczęło się urywać.
• Joanna, posłuchaj mnie. Potrzebuję czegokolwiek. Dźwięku, zapachu, nazwy. Powiedz, co widzisz.
Przez moment słyszała tylko oddech przyjaciółki. Potem w oddali zabrzmiał niski, przeciągły sygnał.
Marta zamarła.
Znała ten dźwięk. W Brzezinach rozlegał się codziennie o szóstej rano, w południe i o osiemnastej. Pochodził ze starej cegielni stojącej przy północnym zakolu rzeki. Zakład zamknięto przed laty, lecz syrena nadal działała. Miejscowi nazywali ją głosem umarłych.
• Jesteś w cegielni? — zapytała. Po drugiej stronie zapadła cisza.
Po chwili odezwał się męski głos:
• Nie powinnaś była odbierać.
Połączenie zostało przerwane.
Marta po zakończeniu rozmowy wiedziała że trzeba szybko działać. Pierwsza osoba jaka jej przyszła na myśl był współpracownik Kłos.
Marta natychmiast wybrała numer do Kłosa.
• Zmień plany — powiedziała, chwytając marynarkę. — Joanna żyje.
• Skąd wiesz? — spytał zaskoczony Kłos
Marta spojrzała na zniszczoną fotografię, którą jej podrzucono.
• Właśnie do mnie zadzwoniła.
• Wiesz przynajmniej skąd dzwoniła?
• Ze starej cegielni.
• Jadę po ciebie.
• Nie ma czasu. Spotkamy się na miejscu.
• Marta, zaczekaj na mnie. To może być pułapka.
Na pewno nią jest.
Zabrała broń i wybiegła z mieszkania, pozostawiając fotografię na stoliku przy kanapie w solonie.
Po raz pierwszy od osiemnastu lat zaczynała przypominać sobie noc, o której obiecała sobie zapomnieć.
I wiedziała już, że trzecia dziewczyna na zdjęciu wcale nie była Julią Gajdą.
Marta nie czekała na windę. Zbiegła po schodach, czując, jak każdy krok przyspiesza rytm jej serca. Przed budynkiem uderzył w nią zimny wiatr z deszczem. Ulica była niemal pusta, a w świetle latarni mokry asfalt przypominał czarne lustro.
Wsiadła do samochodu i rzuciła marynarkę na siedzenie pasażera. Zanim uruchomiła silnik, wybrała numer dyżurnego.
• Namierz połączenie, które przed chwilą odebrałam — poleciła pewnym siebie głosem. — Wyślij dwa patrole pod starą cegielnię. Bez sygnałów i bez świateł. Może się tam znajdować zaginiona Joanna Kowal.
• Mamy wejść do środka?
• Nie. Mają zabezpieczyć drogi wyjazdowe i czekać na mnie.
• A jeśli zobaczą podejrzanego? Mają go zatrzymać czy zostawić w spokoju dla bezpieczeństwa porwanej?
Marta zawahała się.
Męski głos ze słuchawki wciąż brzmiał jej w uszach. Był spokojny, zniekształcony przez zakłócenia, lecz kryło się w nim coś znajomego. Sposób, w jaki przeciągnął ostatnie słowo, obudził wspomnienie, którego nie potrafiła jeszcze uchwycić.
• Niech go nie zatrzymują sami — odpowiedziała. — Człowiek, którego szukamy, może być uzbrojony i nie bezpieczny.
Rozłączyła się i ruszyła w stronę cegielni.
Cegielnia znajdowała się za miastem kilka kilometrów od tego miejsca gdzie znaleziono samochód zaginionej. Droga do cegielni prowadziła wzdłuż północnego brzegu rzeki. Woda podchodziła już pod przydrożne drzewa i zalewała niżej położone pola. Wycieraczki pracowały na najwyższych obrotach, ale Marta nadal widziała przed sobą jedynie rozmazane światła i ciemny zarys jezdni. Jadąc do cegielni rozmyślała co spotka na miejscu, czy koleżanka jest w niebezpieczeństwie, czy porywacz nie zastawił pułapki na nią samą żeby zemścić się za dawne czasy.
Próbowała zadzwonić na numer, z którego kontaktowała się Joanna.
Abonent był niedostępny.
Wybrała go ponownie.
Bez skutku.
Za trzecim razem zamiast automatycznego komunikatu usłyszała trzask, a potem krótki sygnał. Połączenie zostało odebrane, lecz po drugiej stronie nikt się nie odezwał.
• Joanna?
Odpowiedziała jej cisza.
• Wiem, że mnie słyszysz. Powiedz cokolwiek.
Dobiegł ją cichy szelest. Potem trzy głuche uderzenia, krótka przerwa i jeszcze dwa.
Marta mocniej ścisnęła kierownicę.
• Jeśli to ty, stuknij raz.
Rozległo się pojedyncze uderzenie.
• Jesteś w cegielni?
Jedno uderzenie.
• Porywacz jest obok ciebie?
Cisza.
Marta zwolniła przed ostrym zakrętem.
• Czy możesz mówić?
Dwa uderzenia.
Nie.
• Czy jesteś ranna?
Po długiej chwili usłyszała jedno uderzenie.
• Pomogę ci. Zostań na linii.
W słuchawce coś zaszurało. Rozległ się odgłos otwieranych drzwi, a potem ciężkie kroki. Joanna zaczęła oddychać szybciej.
• Spokojnie — wyszeptała Marta. — Jestem blisko. Nic nie rób co mogło by zwrócić uwagę porywacza.
Męski głos odezwał się tak nagle, że niemal straciła panowanie nad kierownicą.
• Zawsze byłaś kiepska w dotrzymywaniu obietnic.
• Kim jesteś?
Mężczyzna zaśmiał się cicho.
• Naprawdę nie pamiętasz?
• Jeżeli ją skrzywdzisz…
• Już ją skrzywdziłem.
Marta poczuła, jak ogarnia ją zimno i złość.
• Czego chcesz gnoju?
• Tego samego, czego chciałem osiemnaście lat temu. Żeby prawda wreszcie została wypowiedziana. Ale teraz będzie inaczej prawda wyjdzie na jaw.
• Jaka prawda?
• Zapytaj swoją przyjaciółkę, dlaczego prokuratorka zniszczyła dowód w sprawie zamordowanej dziewczyny, czy w ten sposób chroniła siebie czy kogoś bliskiego a czy może dostała łapówkę dla stuszowania sprawy.
Marta zamilkła.
Przez lata była przekonana, że to ona odpowiadała za zaginięcie fotografii z akt. Wyjęła ją wtedy z teczki i przekazała Joannie. Joanna obiecała, że ją zabezpieczy i powie o niej prowadzącemu śledztwo.
Zdjęcie nigdy nie wróciło do akt. Nigdy się nie zastanawiała gdzie podziało się zdjęcie.
• Gdzie jest Joanna? — zapytała.
• Tam, gdzie wszystko się zaczęło.
Połączenie zostało przerwane.
Cegielnia wyłoniła się zza drzew kilka minut później. Wysoki stary komin przecinał szare niebo, a opuszczone hale ciągnęły się wzdłuż rzeki niczym szkielety ogromnych zwierząt. Część dachu zawaliła się przed laty. Wybite okna zasłonięto płytami, lecz niektóre zostały oderwane przez wiatr. To miejsce było idealne dla schowania się z osobą uprowadzoną. Opustoszałe hale pełne zakamarków. Nikt ich nie pilnował bo i po co, to co było cenne już dawno sprzedano lub wywieziono do innych cegielni. Czasami można tu było spotkać pijanych bezdomnych który szukali schronienia przed deszczem mrozem i nie chcieli się rzucać w oczy.
Przy drodze nie było radiowozów. Dojechała szybciej niż oni.
Marta zatrzymała samochód za starym magazynem i wyłączyła światła. Chwyciła broń, latarkę oraz telefon. Na ekranie zobaczyła wiadomość od Kłosa:
ZA DZIESIĘĆ MINUTY BĘDĘ NA MIEJSCU NIE WCHODŹ TAM SAMA.
Schowała telefon do kieszeni, nie zważała na prośbę kolegi z firmy. Nie mogła czekać. Wiedziała że teraz liczy się każda minuta a nawet sekunda, jeżeli będzie czekać chociaż chwilę dłużej może stać się coś strasznego czego sobie nie wybaczy.
Podeszła do zardzewiałej bramy. Łańcuch zwisał luźno, a kłódka leżała w błocie. Została przecięta niedawno. Metal na uszkodzonych krawędziach wciąż był jasny.
Marta biorąc głęboki oddech przecisnęła się przez szczelinę.
Na terenie cegielni panowała nienaturalna cisza. Nie słyszała ptaków ani szumu rzeki, tylko deszcz uderzający o blaszane dachy. Przed główną halą dostrzegła czarne auto. Drzwi od strony kierowcy były uchylone, a na tylnym siedzeniu paliła się lampka.
Marta podeszła ostrożnie, lecz z bronią w pogotowiu gotową do strzału. Samochód niestety był pusty. Na siedzeniu leżał telefon Joanny, szybko przemknęła jej jedna myśl, jeżeli tutaj leżał telefon Asi to z jakiego telefonu dzwoniła. Obok niego znajdowała się zakrwawiona chusteczka i zerwany srebrny łańcuszek. Marta rozpoznała wiszący na nim ciemny kamień. Taki sam naszyjnik widziała na fotografii pozostawionej w swoim mieszkaniu.
Zrobiła zdjęcie znaleziska, po czym rozejrzała się dookoła. W błocie zauważyła ślady butów prowadzące do głównej hali. Jedne były szerokie i miały pęknięcie pośrodku podeszwy. Drugie należały do kobiety. Czyli była pewna że to sama osoba co była w jej mieszkaniu i nad rzeką.
Joanna szła tędy o własnych siłach. Czyli jej rany nie były na tyle groźne, był to dobry znak, który napawał Martę nadzieją.
Marta ruszyła za tropem. Doszła do budynku rozglądała się czy nikogo nie ma w pobliżu i pomału chwyciła za uchwyt na drzwiach. Drzwi hali zaskrzypiały, gdy je uchyliła. Wewnątrz było chłodniej niż na zewnątrz. Promień latarki przesuwał się po resztkach maszyn, które nie nadawały się już tylko na złom, przewróconych wózkach i stosach popękanych cegieł. Na podłodze zalegała cienka warstwa czerwonego pyłu. Nigdzie nie było żywej duszy.
• Joanna? — zawołała pokonując kilka metrów.
Echo poniosło imię w głąb budynku.
Nie otrzymała odpowiedzi.
Ślady prowadziły między rzędami starych pieców. Marta szła powoli, trzymając broń uniesioną przed sobą. Wtedy dostrzegła światło wydobywające się spod metalowych drzwi na końcu hali. Ktoś ewidentnie tam przebywał. Podeszła do nich i nasłuchiwała.
Po drugiej stronie ktoś płakał.
• Joanna?
Płacz ucichł.
• Marta? — odpowiedział drżący kobiecy głos.
Marta nacisnęła klamkę. Drzwi były zamknięte.
• Odsuń się od nich! Spróbuje je jakoś otworzyć.
Cofnęła się o krok i kopnęła tuż obok zamka. Metal zadrżał, ale drzwi nie ustąpiły. Kopnęła ponownie. Przy trzecim uderzeniu zamek puścił. Wpadła do środka z bronią gotową do strzału.
W niewielkim pomieszczeniu stało pojedyncze krzesło. Siedziała na nim kobieta z workiem założonym na głowę. Nie było śladu po porywaczu. Jej ręce i nogi były związane. Płaszcz miała przemoczony, a na podłodze wokół krzesła zebrała się woda.
• Już dobrze — powiedziała Marta, zamykając za sobą drzwi. — Uwolnię cię i zabiorę cię stąd.
Kobieta poruszyła się gwałtownie.
• Nie podchodź! — powiedziała kobieta spod worka.
Marta zatrzymała się. Zdziwiło ją to czemu nie chce żeby podeszła do niej przecież były same w pomieszczeniu.
• Joanno, to ja Marta twoja przyjaciółka.
• To nie ja jestem Joanną.
Po plecach Marty przebiegł dreszcz. To wyznanie jeszcze bardziej zadziwiło Panią komisarz. Podeszła bliżej i jednym ruchem zdjęła worek z głowy uwięzionej. W jednej chwili stwierdziła, że nie znała tej kobiety. Kim ona była i gdzie jest Joanna. Dlaczego do tej pory myślała że to jej przyjaciółka.
Miała około czterdziestu lat, średniego wzrostu o drobnej budowie, posiniaczoną twarz i krótkie, ciemne, mokre włosy. Przez jej lewy policzek przebiegała świeża rana. Na szyi widniał czerwony ślad po zerwanym łańcuszku.
• Kim pani jest? — zapytała zdziwiona Marta.
Kobieta wpatrywała się w nią szeroko otwartymi przestraszonymi oczami.
• Nazywam się Alicja Gajda.
Marta poczuła ucisk w żołądku.
• Gajda?
• Jestem starszą siostrą Julii.
Marta znała jej nazwisko z dawnych akt sprawy sprzed osiemnastu lat. Alicja Gajda była nie tylko siostrą zamordowanej dziewczyny, lecz także ostatnią osobą, która widziała ją żywą. Osiemnaście lat wcześniej zeznała, że w noc zabójstwa Julia wyszła z domu na spotkanie z kimś, komu bezgranicznie ufała. Alicja twierdziła, że nie znała nazwiska tej osoby, jednak Marta nigdy nie uwierzyła jej do końca.
Po procesie Alicja oskarżyła policję i prokuraturę o ukrywanie dowodów. Bezskutecznie domagała się ponownego otwarcia śledztwa, aż pewnego dnia wyjechała z Brzezin. Od tamtej pory nikt nie wiedział, gdzie mieszka ani czym się zajmuje i nikt nie poruszał już więcej zamkniętego procesu.