E-book
1.37
drukowana A5
10.31
Rzecz o istocie osobistej ucieczki - Cześć I

Bezpłatny fragment - Rzecz o istocie osobistej ucieczki - Cześć I

Kronika fantastyczna opisująca niechlubną ucieczkę Rezuna, z rąk królewskich, w nieznane ostępy


Objętość:
40 str.
ISBN:
978-83-8104-595-7
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 10.31

1

Jam Roch Złoręki herbu Dwie Halabardy Królewskie. Przynajmniej do czasu ucieczki, bo król w zemście pozbawił mnie wszelakich tytułów. Złoręki, bo zło złem niszczyłem. Byłem postrachem królewskich wrogów, a teraz, niecnie wyklęty, ścigany wściekle przez królewskich siepaczy dostałem nowe zawołanie: Rezun.

A przecież ja jestem złoto nie człowiek, mam diament nie serce, we mnie krew nie boża, słaba dusza.

Takim siebie widziałem i tak działałem.

Przeszli my rzekę, płycizną. Konie pachnące stały się. Woda zimnym strumieniem obmyła im zady. Mokre parowały, a nasze nozdrza zapełniały się stajennym odorem, mimo żeśmy na otwartym świecie przebywali.

Stary Onufry, jejmość wielkowąsy, w ciężkim ubraniu, z żelastwem przyjurczonym do siebie, hałasu robiąc wiele, podszedł do mnie nieżwawo.

— Jak żeśmy zostawili tropy to bez rozpaleniska nocnego, możem się przyczaim w tęchoborze, mój panie.

Zbił mnie z pantałyku tym „mój panie”, bo zawsze mówił do mnie imiennie, Rochu. Wszak my jak bracia byli. Nasrożyłem gołowąsa i rzekłem mu wtenczas:

— Aliśmy, rzeczesz roztropnie, mądra głowa warta stu jeźdźców. Zrobimy przestań, naodpoczniem, bo konie padają na pyski ostatkiem kopyt. Przed nami las rzadki, widzę jakieś drogi na mapie.

Powiedziałem to, i rozłożył ja pergamin ogromny niczym obrus.

— Spójrzcie.

Reszta pospólstwa, moja kompania najukochańsza, zbliżyła się na komendę.

— Oto cośmy zostawili za sobą. Królestwo tego nicponia, króla hucpy. Tfu! — splunąłem i inni splunęli, co komicznie wyglądało.

Powstrzymałem uśmieszek. Ciągnąłem wywody swoje, niczym ubrany w szkarłatne szaty biskup na ambonarium dębowym.

— Słuchajcie! Przed nam wielokrąg leśnych stworów, oblepiony przez pół mapy ich ścieżkami, nędznymi wiochami. Wypalacze drewna leśnego, smoluchy, brudasy, miernoty i ludzie lasu stoją nam na drodze. Te małe przeszkody, niczym kupki mrówczych skupisk, nasze rącze konie przeskoczą ze wspomożeniem naszych mieczów. Odrąbiemy, co nas zwalnia, spalimy co będzie przeszkodą, a resztę upieczemy w świeżych paleniskach ich własnym domostw. Mój druh wierny, wielki doradca, imć Onufry Burnhelmius, zacny człek zauważył, żeśmy strudzeni i wypoczynków nam trza, jak wina młodym dziewkom, by ochoczej wypukłości blade odsłaniały. Nosz, co ja z tymi dziewkami. Poruchałby, chyba.

Pauza, na czas rechotu kilkunastu samców, co tygodniami z potrzasku uciekali i czasu na chędożenie nie mieli.

Rozluzowawszy tępą atmosferę skupienia, mogłem ich przygotować na kolejne przeszkody, bo odpoczynku uraczyć nie mieliśmy nad rzeką, gdzie byle wieśniak mógł nas wypatrzyć parszywymi ślipiema. Kontynuowałem wywód.

— Przed nami lasek zwany rusałkowym, tam mnoga bagiennych pułapek, sadzawek z żabami, a ciemny lud myśli, że w kałuży, byle jakiej, świtezianki kąpią się, nęcą pospolitą hołotę chudymi dupami i na potępienie w grzęzawiskach ciągną na zatracenie. Przejdziemy areał w godzin dwie, może trzy. Potem wspomniany las leśnych ludzi nas czeka. Mówią o nich, że jedzą wszystko co im do lasu wejdzie, łącznie z ludźmi. To ja wam powiem: udławią się nami, bo wskoczymy im ochoczo do paszcz, wylądujemy w brzuchach pustych, a na koniec rozprujemy od wewnątrz ciepłe jelita.

Na mojej mapie widzicie czerwony punkt. To ich największe mrowie. Wioska stoliczna, z miejscem kultu. Coś jak nasze kościoły. Plan jest prosty. Straż cichaczem unieszkodliwimy, potem wykonceptuję jak. A kiedy to zrobimy już bez oporów, z wrzaskiem, co by paniki nasiać największej, wpadniemy na pełnej kurwie, rozpierdolimy najbardziej opornych i zdobędziemy pogański kościołek. Trzymając ścierwie za święte jajca, grożąc profaną, zrobią dla nas zasłonę przed pościgiem. Dla udobruchania, pomamiem leśniaków mięskiem żołnierskich ladacznic. Rozbudzimy głodne kichy i myśl o zapełnieniu żołądków, skuteczne zapewni nam wsparcie.

— A ten postój, panie to kiedy będzie? Odpoczynku w planie nie widzę.

Pytanie zadał wielkolud barczysty, Jolant Gdaczy, przezywany Gdaczym Łbem, który w zbójeckim szyku byłby pewnie hersztem. Zawsze pierwszy do bitki i pierwszy do niezadowolenia. Czasem miałem ochotę wbić mu w nocy sztylet w plecy, drugim podciąć ścięgna szyjne. Niebezpiecznie mieć, gdy się ucieka, takiego co kontestuje rozkazy lidera.

Wyręczył mnie w odpowiedzi mały, beczkowaty koniuszy, imć Zenon Lupulus. Kopnął Jolanta z całej siły w łydkę, że tamten stracił koncentrację. Poprawił, więc piąchą w brzuch, aż wielkolud kropnął na miękką trawę. Miał nieszczęście, że w trawie zaczaił się rzeczny kamień, gładki i ostry. Zapewne koryto rzeki było kiedyś szersze i nurt płynąc, musiał omijać latami przeszkodę. Wypolerowany kamień czekał na moment chwały. Przyjął z miłością potylicę Gdaczego Łba, równie twardą jak on sam. Zderzenie wytrzymała ludzka materyja, kamień rozpadł się na dwie nierówne części, mnożąc własny byt.

Zamarli wszyscy, bo myślelim, iż wyzionął ducha nasz ogromny i durny kamrat. Nie było mu jednakowoż pisane przejście do królestwa niebieskiego czy raczej diabelskiego. Z krwawiącą głową wstał, otumaniony zapachem własnej posoczewy.

— Zamknij mordę — rzekł Lupus, widząc, że ranny coś mamrocze pod nosem. Jolant zamilkł, bo z koniuszym żartów nie ma. Niby się końmi opiekował jedynie, ale wiele razy, gdy zaczajeni żołnierze króla, próbowali zaczaić się z coraz to wymyślnymi pułapkami, on ratował nas z opresji. Nie czas opowiadać, ale powiem jeno, że tej okrągłej, małej beczki nie da się normalnymi sposobami zabić. Wielu próbowało, żaden nie chodzi już po świecie.

— Spokój mi tu — powiedziałem udając złość, w duchu cieszyłem się, bo gamoniowi, co zadawał nieodpowiednie pytanie, należała się nauczka — Postój będzie w wiosce, jak zdobędziemy miejsce kultu. Atak nastąpi dzisiaj w nocy. Weźmiemy ludków z lasu przez zaskoczenie, gdy będą snem zajęci. A teraz na koń i spadamy stąd, bo przeca nie muszę przypominać, że żołnierskie kurwy depczą nam nielicho po piętach.

2

W jednej staliśmy chwili przed pergaminem, a w drugiej popędzaliśmy konie. Dwójkami wjechaliśmy w rusałkowy gaj, śmierdzący stęchlizną. Las liściasty wił się na glebie starego koryta rzeki. Konie czuły miękkości pod sobą, stąpały niepewnie. Robactwa była chmara i bez ceremonii żadnej, łaziły wszędzie, gdzie wyczuwały nieco ciepła. Bzyczały wokół uszu, próbowały, smrody jedne, nozdrzy, przysiadywały na spoconych czołach, ciężkich, zmęczonych powiekach. Nie mogliśmy przyspieszyć, gdyż droga poprzecina była cuchnącymi, czarnymi kałużami, w głębi których, nie wiadomo, jakie licho się czaić mogło Omijaliśmy zacieki powoli, w milczeniu. Nikt się nie odzywał, nie żeby ze strachu, ale praktycznie, otwarte usta za bardzo nęciły owadztwo. Las rusałek łysiał co rusz, oddając pola bulgoczącym, bagiennym polanom i niskim, pożółkłym krzewom. Drzewa jak już stać musiały, to nieduże, skupione w małe stada. Gdzieniegdzie wysuszone, białe kikuty pni wystawały wyżej niźli reszta przyrody. I tak w koło: bagno, drzewa, kępy krzewiaste, cierniste, znowu moczydła, suchoty pni, polany jasne, dziwne bajora, słowem obraz przygnębiający i monotonny. Nie sposób było znaleźć punktu zaczepienia, droga wiła się niemiłosiernie. Com się obracał, miałem wrażenie, że widok niezmienny, za mną te same krzewowisko, ten sam konar wyschnięty i te same bagno ciemne. Jeno kolory z czasem mieniły się inaczej. Jak zaczynali my wędrówkę przez rusałkowe ostępy, świat był seledynowo — zielony. Później ciemniała ta zieleń drzewami, jaśniała polanami. A teraz wszystko stawało się na w poły przesiąknięte brunatnym, kolorem, jeśli jakieś jasne odcienie to prędzej zgniłej żółci na tle szarej palety nieba. Słońca nie było, jeno jego powidoki, jakieś łuny czerwone, w oddali barwiące chmurną powłoką. Tak po prawdzie, chmury rozpuściły się w szarości i wszystek świata wydał mi się niczym. Sam się dziwowałem nad tą melancholią. Konie nasrożyły uszu bacznie, prychając, aż poczułem gęsią skórkę pod koszulą.

Zaraz zrozumiałem niepokój czteronożnych towarzyszy.

Wpierwej usłyszałem głosy, nie ja jeden zresztą. Wszyscyśmy usłyszeli niby-jęki, niby-zawodzenia. Trąbki przeraźliwe, brzędolenie, bzyczenie, dmuchawice, świsty, purchawy. Odgłosy jazgotliwe, dochodzące z boku, czy z przodu. Nie sposób było pojąć skąd dokładnie, w tym labiryncie moczarnym. Podniosłem dłoń.

— Stać bractwo! — rzekłem, starając się nie wrzeszczeć. Myśmy usłyszeli, a nie chciałem, byśmy zostali usłyszeni.

Stanęliśmy na komendę całą moją trzódką. Diabelska muzyka zbliżała się, to nie ulegało żadnej dyspucie.

— O najświętsza dziewico z Brom — usłyszałem. To Sokół, który wzrokiem prześcigał każdego. Pierwszy dojrzał. Nie widziałem co takiego, alem przyuważył blade, płócienne lico jego.

— Co, co? — dopytywali się jeden przez drugiego, zaniepokojeni moi przyboczni. I nim otrzymali wyjaśnienia, na sam przód ujrzeli. Jaskrawo, krwisto zobaczyli. Drogą pełzała ohyda z paszczą rozdziawioną, niby glizda, niby gąsienica. Miała na ciele wrzody ropiejące, bulgoczące, w których siedziały jasnozielone niewiasty nagie. Nie wiem jak można zbliżyć się do czegoś takiego, a one przecież zadami w środku tych miękkich rowków jak na wychodkach usadowiły się, przechery Cały ten potwór — orszak zbliżał się powoli. Nasza kompanija w bezruch wpadła natenczas.

Nie mogliśmy się ruszyć, bo połączenie widoku ponętnych rusałek z obrazem obrzydliwym stworem, a wszystek w rytmie jazgotliwej muzyki było absurdalnie przyciągające.

— Na razie nic nie robimy — powiedziałem cicho, a głośniej dodałem — Koniuszy, beko cholerna, cwałuj do mnie!

Zawołałem koniuszego, był spokojny. Starego piernika nic nie dziwiło. Widział już wszystko i przeżył równie wiele.

— Tak, panie — odpowiedział.

— Te cholerstwo idzie prosto na nas, musimy się ewakuować.

— Panie, wszędzie bagna.

— Wolisz glizdę żreć?

— Wolę.

Lubię takie narady. Krótko i treściwie. Decyzja zapadła w wąskim gronie, więcej gęb do dyskusji nie potrzebowałem.

— Komanda! Zachować spokój! Nic nie robimy. Dojdą do nas, mamy się przesunąć, one przejdą i idziemy dalej.

Rzecz normalna, nikt nie wierzył w taki obrót spraw, ale co mieli robić. Wracać i natknąć się na pościg królewski? Na bok, w bagna? Śmierć powolna. Zdani byli na mnie. Ja sam wiedziałem, że to próba, przed nocną hecą z leśnikami. Jak uda się przeprowadzić drużynę przez rusałkowy las to pójdą za mną wszędzie. Najgorsze teraz, zatrzymać się i czekać.

— Dobra, jedziemy powoli — rzekłem.

Posuwaliśmy się w stronę paskudy. Czas powoli odmierzał moment spotkania. Hałas był wielki i męczący. Powoli przestawaliśmy się słyszeć cokolwiek, prócz tegoż korowodu obnażonych rusałek. Może i konie prychały, może ktoś krzyczał, nawoływał. Miałem w uszach dziką orkiestrę, przed oczyma swymi glizdę, pełzającą z przyczepionymi niewiastami. Widziałem je, ale czy one patrzyły na nas? Odległość skróciła się niebezpiecznie między nami a nimi. Nie do opisania był jazgot. Myślałem, że uszy mi rozsadzą te brzdękające tałatajstwo. Bez entuzjazmu, ale z nadzieją w głosie krzyczałem:

— Spokój zachować!!! Spokój zachować!!! Spokój, towarzysze!!!

I wtedy one mnie usłyszały, bo nagle ucichło wszystko. Między tymi odmętami bagnistymi cisza nastała przedziwna.

Brak rozdzierającego tumultu przeraził mnie okropnie. Jeśli teraz zwróciły na nas uwagę, wbrew temu na co nieskromnie liczyłem, nie dadzą tak zwyczajnie przejść.

Przerażony niczym chłop na dworze pańskim, powiedziałem drżącym głosem:

— Spokojnie. Nie atakujemy, nie atakujemy.

Sam się złapałem, że nie mówię, lecz szepczę.

Nikt z nas nie miał ochoty atakować. Niedobry przeciwnik to był. Wielka poczwara i chmara niewiast półnagich, z ledwie okrytymi łonami przez kawałki szmat, zlepek kwiatów, zielska sieci rybackich i Bóg wie czego jeszcze.

Kilkanaście, siedzących z przodu, świtezianek zeskoczyło z paskudnego wierzchowca. Mogłem przyjrzeć się im uważniej.

Nie powiem, twarze miały miłe dla oczu, żadnych wężowisk na głowie, lecz piękne, lniane włosy żółtawe, hebanowe, żadnych fałszywych, rudawych odcieni. Szczerzyły zęby ludzkie, a nie kły, oczy wielkie błyszczące, bez znamion jaszczurzych czy kocich źrenic. Zwykłe kobiece oczy. Usta pełne, nie ropusze, uśmiechnięte, otwarte, rozkrzyczane, rozśpiewane (coś tam wciąż mruczały pod nosem, oby nie zawołanie do ataku). Melodii w tym za krzty, bliżej jęków. Na ciele nie odnotowałem łusek, żył ciemnych, ran krwistych. Miękkie, kobiece ciała, z biustami dziewczęcymi, niedużymi, zarysowane wyraziście sutki. Szyje człowiecze, nie za długie, nie wijące się, normalnej długości, postury. Ramiona umilne, kości nad piersiami zarysowane, piękna natura dziewczęca, cmokać można, a nie bać się. Nie powiem, oko zawiesiłem. Wszystkie młode, smukłe, długonogie.

Tak żem się zapatrzył (nie ja jeden), że nagle znalazły się przy siodłach. Głaskały zady koni, dotykały grzyw. Zwierzęta spokojnie stały, pomijając odganianie przed robactwem, co było dobrym znakiem. Przymilnością kontentowały nas, nuceniem melodii ciekawiły. Już nie brzdęk-brzdęk a jeno lalalala. Nie mnie oceniać czy fałszywe tony, z pewności milsze dla ucha, niźli wcześniejsze skowytanie.

Lekkośmy zbici z pantałyku, żeśmy pewne przyjaźnie poczuli do panien. Nie powiem, struny męskie ruszyły, nie powiem. Jak wspominałem, żeśmy dawno z dziewkami nie obcowali, a tu nam się ukazały łanie o kształtach, od których oczu nie można oderwać. Syciłem wzrok okrągłościami, patrzyłem na każdą z niewiast czarodziejskich podobnież i chyba to mnie uratowało z objęć miłosnych. Gdybym znalazł sobie jedną, upatrzył dla siebie, wtopiłbym ślipia w jej wielkie ślipia i bym pewnikiem odpłynął daleko. W nieskończoności bezkresne chuci. Nie powróciłbym, zabujałbym się jak sztubak, gówniarz, pierdoła miłosna. Tknęło mnie coś, może odpowiedzialność za resztę komandyi, bo żem uważniej obserwował zjawiskowe żeńce obnażone. Nie ukrywam, stałem się pod urokliwym splendorem wielce podniecon. Mało brakło, abym bez reszty męskość złożył na ołtarzu namiętnych miękkości.

Patrzyłem na pobratymców, jak oczu oderwać nie mogli od kobiet. Zaczęli nucić razem z nimi melodyje niezrozumiałe, w języku jakiego nie znałem. Każdy z jeźdźców nagle miał przy sobie po dwie, trzy niewiasty, które spoglądały w górę na mężczyzn, maślanymi gapiami. Niejeden już, a to splatał palce w jedwabnych włosach rusałek, a to po gładkich plecach głaskał. Widziałem oczami wyobraźni, jak za chwilę będą za cycki łapać, gęby do pocałunków wystawiać i rzucą się na nie, ogarnięci żądzą niepohamowaną, acz pewnie uzasadnioną jak wstające słońce o poranku. Nie ma takiej siły, która przeciwstawi się mocy natury. Musiałem zacząć działać. Myśl kołatała we łbie, bez mała chwilę. Wzdrygnąłem się kobiecością, dreszcz przeszedł gęsiej dostałem. Nie wiem, czy ostatkiem sił, ale na pewno ostatkiem woli własnej sięgnąłem do pochwy. Do pochwy miecza rzecz jasna. Wydobyłem, błyszczące w bladym świetle gaju rusałkowego, ostrze. Miły dla ucha odgłos stali ocucił mnie. Zamach wziąwszy wielki, szybki zarazem, odrąbałem piękną główkę rusałki, stojącej przy moim prawym boku. Nim druga się zorientowała, ciachnąłem i tamtą. Krew z obu szyi siknęła, bezgłowe ciała osunęły się przy moim koniu. Ryknąłem do zamulonych dziewczęcymi wdziękami przybocznych.

— Zabić rusałki!!!

Prosta komenda nie wymagała powtórzenia. Wiedzieli, że nie ma czasu do namysłu. Wykonanie rozkazu pomogła reakcja niewiast, bo wciąż stały jak wryte, przerażone uciętymi głowami, krwią tryskającą z korpusów. Nie spodziewały się takiej odpłaty za wdzięczenie, uśmiechy, miłostki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 10.31