E-book
29.99 20
drukowana A5
79.99
Różowa Krew
30%zniżka

Bezpłatny fragment - Różowa Krew

Opowieść z szyi wyssana


Objętość:
442 str.
ISBN:
978-83-8467-556-4
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99

Bohaterowie

Ruben Razenberg — piękny, bogaty i bezwzględny uwodziciel, którego niepohamowany apetyt na mężczyzn zaczyna przybierać niepokojącą postać.
Rozalia Razenberg — ekscentryczna, bajecznie bogata babka Rubena, słynąca z ciętego języka, ekstrawaganckich przyjęć i wyjątkowo swobodnego podejścia do moralności.
Borys — spokojny, wrażliwy i tajemniczy mężczyzna, którego obecność wywiera na Rubena wpływ, jakiego żaden z nich nie potrafi w pełni zrozumieć.
Gabriel — inteligentny ksiądz z przygotowaniem psychiatrycznym, próbujący pogodzić wiarę, naukę i zdrowy rozsądek w miasteczku coraz bardziej wymykającym się racjonalnym wyjaśnieniom.
Salome — surowa i opanowana kobieta związana ze świętą Hildegardą, która zna znacznie więcej sekretów tajemniczego zakładu, niż początkowo jest skłonna ujawnić.
Balthazar — bezwłosy, niezwykle inteligentny kot Rozalii, obdarzony fatalnym charakterem i niepokojącym talentem do pojawiania się tam, gdzie dzieje się coś niedobrego.
Daniel — przystojny przedstawiciel firmy farmaceutycznej, którego znajomość z Rubenem podczas wystawnego przyjęcia przybiera nieoczekiwany obrót.
Marek — młody mechanik, który podczas przypadkowego spotkania z Rubenem odkrywa, że nie każdy flirt jest tak niewinny, jak początkowo się wydaje.
Leon — przyjezdny pracownik budowlany o spokojnym usposobieniu, którego przeszłość okazuje się bardziej skomplikowana, niż sugeruje pierwsze wrażenie.

Przyjęcie

W Rubbyboobie mawiano, że jeśli człowiek nie został zaproszony do domu pani Rozalii Razenberg przynajmniej raz w życiu, powinien poważnie zastanowić się nad własnym znaczeniem społecznym, a jeśli został zaproszony więcej niż trzy razy, powinien równie poważnie zastanowić się nad stanem swojego kręgosłupa moralnego. Dom stał na wzgórzu ponad miasteczkiem niczym czarna narośl, której miejscowa architektura nie potrafiła ani strawić, ani wydalić. Miał siedem kominów, trzy wieżyczki, oranżerię większą od kościoła świętego Bartłomieja oraz dach tak stromy, że zimą śnieg zsuwał się z niego z prędkością zdolną zabić listonosza. Rozalia utrzymywała, że budynek zaprojektował pewien Austriak po traumatycznej podróży poślubnej, lecz nikt nigdy nie ustalił, czy chodziło o architekta, czy o psychiatrę. Tego wieczoru wszystkie okna świeciły różowym i fioletowym światłem, po schodach prowadzących do wejścia spływały girlandy czarnych róż, a na kamiennych lwach przed bramą zawieszono naszyjniki ze sztucznych pereł. Orkiestra smyczkowa grała marsz żałobny w rytmie walca, ponieważ Rozalia uważała, że śmierć pozbawiona melodii jest zwyczajnie prowincjonalna, a żałoba, której nie można odpowiednio zaaranżować, świadczy wyłącznie o braku wyobraźni organizatora.

Przyjęcie miało rozpocząć się przed dziewiątą, choć pierwsi goście pojawili się już po siódmej, przerażeni perspektywą spóźnienia i jeszcze bardziej przerażeni możliwością, że zostaną zauważeni jako pierwsi. Burmistrz przyjechał z żoną, której suknia miała tyle warstw tiulu, że przez pół wieczoru zahaczała o meble, potrącając kieliszki i ludzi bez różnicy. Aptekarz przyprowadził młodszego o dwadzieścia lat asystenta, którego przedstawiał wszystkim jako bratanka, chociaż w Rubbyboobie od miesięcy nikt nie zadawał już pytań o wyjątkowo rodzinny charakter ich relacji. Przyjechały trzy wdowy, dwóch lekarzy, właściciel zakładu pogrzebowego z córką studiującą historię sztuki oraz członkowie rady parafialnej, którzy przed wejściem upewnili się, że nie widzi ich ksiądz. Później pojawili się artyści, przedsiębiorcy, ludzie piękni bez zawodu i ludzie bogaci bez wykształcenia, a także grupa mężczyzn, których Rozalia określała zbiorczo jako „ozdobnych”, ponieważ nazwiska uważała w ich przypadku za szczegół o charakterze administracyjnym. Służba roznosiła kieliszki szampana, na długich stołach piętrzyły się ostrygi, figi, ciasta pokryte czarnym lukrem i niewielkie kanapki z pastą łososiową, które wyglądały jak rany po nieudanym zabiegu dermatologicznym. Przy jednym ze stołów dwie wdowy dyskutowały o kosztach kremacji, przy drugim burmistrz przekonywał przedsiębiorcę pogrzebowego, że miasteczko potrzebuje nowego centrum kultury, a przy trzecim ktoś zdążył już zwymiotować do porcelanowej wazy z epoki, której nikt nie potrafił określić, ale którą Rozalia uważała za bezcenną.

Ruben pojawił się dopiero wtedy, gdy wszyscy zdążyli już zauważyć jego nieobecność. Schodził po głównych schodach wolno, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby demonstracji, chociaż granica między jednym a drugim od dawna przestała mieć w jego przypadku znaczenie. Miał na sobie czarne spodnie, jedwabną koszulę rozpiętą nieco zbyt nisko i marynarkę, której cena wystarczyłaby w Rubbyboobie na półroczny czynsz w przyzwoitym mieszkaniu. Był wysoki, nienaturalnie szczupły, z długimi nogami i rękami sprawiającymi wrażenie nieco zbyt smukłych jak na ludzkie proporcje. Projektant ubrań mógłby uznać go za szkic pozostawiony przed etapem nanoszenia poprawek anatomicznych. Czarna grzywka opadała mu na oczy, policzki pozostawały niemal chorobliwie blade, a usta miały ten rodzaj czerwieni, który u innych ludzi wyglądałby jak kosmetyk, u niego natomiast sprawiał wrażenie fizjologicznej nieuprzejmości wobec otoczenia. Ruben wiedział, że jest piękny, ale nie przypisywał temu większej wartości moralnej niż temu, że dom posiadał siedem kominów. Urodę traktował jak nieruchomość odziedziczoną po zmarłych krewnych: należało z niej korzystać, póki rynek pozostawał korzystny, a wszelkie oznaki starzenia uważać za wadę konstrukcyjną, którą w odpowiednim momencie będzie można usunąć za pomocą pieniędzy.

Nie interesowały go kobiety, jedzenie ani dyskusje, chociaż potrafił bardzo długo udawać zainteresowanie każdą z tych rzeczy, jeśli miało go to doprowadzić do mężczyzny. Już podczas schodzenia zdążył obejrzeć trzech kelnerów, młodego lekarza stojącego przy fortepianie oraz nieznajomego blondyna rozmawiającego z burmistrzem. Nie robił tego dyskretnie. Jego wzrok miał w sobie coś z przeszukiwania magazynu, w którym część towaru została przeceniona i można było pozwolić sobie na nadmiar. Najpierw patrzył na dłonie, później na szyję, ramiona i sposób ustawienia stóp. Twarz była ważna, lecz mniej, niż ludzie przypuszczali. Twarz mogła kłamać; ciało, zdaniem Rubena, kłamało znacznie gorzej. Z obserwacji sposobu, w jaki mężczyzna trzyma kieliszek albo poprawia mankiet koszuli, wyciągał wnioski o jego pewności siebie, próżności, samotności, potrzebie aprobaty i prawdopodobnej skłonności do robienia głupich rzeczy po północy. Nie uważał tego za talent. Była to raczej forma głodu, który z czasem nauczył się analizować własne pożywienie, rozpoznawać jego jakość i odrzucać wszystko, co nie dawało nadziei na dostatecznie interesujący przebieg wieczoru.

Rozalia zauważyła wnuka niemal natychmiast. Siedziała w wysokim fotelu obitym zielonym aksamitem, wokół którego ustawiono ludzi niczym dekorację mającą udawać dwór królewski. Miała siedemdziesiąt osiem lat według dokumentów, sześćdziesiąt według fryzjera i nie więcej niż czterdzieści pięć według własnej oceny. Jej włosy były srebrne, krótko przycięte i uniesione nad głową w sposób przypominający płomień kuchennego palnika. Na szyi nosiła ogromny naszyjnik z rubinami, a na palcach tyle pierścieni, że podanie jej dłoni wymagało odrobiny odwagi. Wieczorowa suknia była ciemnofioletowa, z głębokim dekoltem i peleryną obszytą czarnymi piórami. Rozalia od trzydziestu lat odrzucała sugestie, że ubiera się niestosownie do wieku, odpowiadając zazwyczaj, że wiek jest jedyną wadą człowieka, którą można całkowicie zignorować bez pomocy lekarza. Nie znosiła natomiast ludzi ubierających się skromnie z pobudek moralnych, ponieważ uważała, że jeśli ktoś nie ma odwagi pokazać się światu w porządnym stroju, tym bardziej nie powinien zabierać głosu w sprawach dotyczących cudzej egzystencji.

Na jej kolanach leżał sfinks o imieniu Balthazar. Kot nie posiadał ani jednego włosa, co sprawiało, że w świetle świec wyglądał jak mały, pomarszczony demon ugotowany wcześniej we wrzątku, a następnie przypadkowo wypuszczony z kuchni. Miał ogromne uszy, zielonkawe oczy oraz skórę w kolorze starego różu, która układała się na jego szyi i brzuchu w fałdy przypominające źle dopasowany kostium teatralny. Nie lubił niemal nikogo poza Rozalią i Rubenem, przy czym wobec tego drugiego okazywał uczucie w sposób dość specyficzny: sypiał na jego brzuchu, gryzł mu palce podczas śniadania i raz zwymiotował do buta mężczyzny, którego Ruben próbował zatrzymać na weekend. Rozalia uznała wówczas, że kot ma wyjątkowo dobry charakter, a nieproszonego gościa poprosiła o opuszczenie domu przed śniadaniem, ponieważ nie zamierzała tolerować nikogo, kto budził tak jednoznaczną niechęć jedynego członka rodziny posiadającego nieomylny instynkt.

Kiedy Ruben zbliżył się do fotela babki, Balthazar otworzył oczy i patrzył na niego tak długo, że nawet Ruben poczuł lekkie rozdrażnienie. Rozalia nie przywitała wnuka. Zamiast tego oznajmiła grupie siedzącej obok, że oto nadchodzi największa inwestycja finansowa jej życia, która jak dotąd nie wypłaciła ani jednej dywidendy, generując jedynie rachunki za samochody, ubrania i prawników. Ruben pocałował ją w policzek, a ona natychmiast wytarła ślad jego ust, tłumacząc, że pomadka czy jej brak nie mają znaczenia, ponieważ młodzi ludzie przenoszą bakterie za pomocą samego entuzjazmu.

— Wyglądasz, jakbyś właśnie wrócił z pogrzebu kogoś, kto zapisał ci za mało pieniędzy — zauważyła, przyglądając mu się znad kieliszka szampana. — Mam nadzieję, że przynajmniej umyłeś włosy. Wczoraj wyglądałeś, jakbyś spędził noc pod mostem, a ja nie po to utrzymuję trzy łazienki na każdym piętrze, żeby mój wnuk uprawiał estetykę bezdomności.

— To się nazywa styl, babciu. Ludzie płacą ogromne pieniądze, żeby wyglądać, jakby od tygodnia nie spali. Nie wszyscy mają szczęście osiągnąć ten efekt naturalnie — odparł Ruben, poprawiając grzywkę i z wyraźną satysfakcją obserwując własne odbicie w ogromnym lustrze zawieszonym nad kominkiem.

— Ludzie płacą również ogromne pieniądze za możliwość wsadzenia sobie silikonowych implantów w pośladki. Nie oznacza to, że powinniśmy traktować ich decyzje jako osiągnięcie cywilizacyjne. Usiądź, zanim przewrócisz się na któregoś z moich gości. Większość jest już w wieku, w którym złamanie biodra prowadzi do sporządzenia testamentu.

Ruben usiadł na oparciu fotela i poprosił o papierosa. Rozalia odmówiła mu z powodów zdrowotnych, po czym sama zapaliła długiego papierosa w czarnej lufce. Ich relacja od zawsze polegała na wzajemnym naruszaniu granic, których żadne z nich nie zamierzało respektować. Po śmierci rodziców Ruben zamieszkał z babką i właściwie nigdy już nie wyprowadził się na dobre, chociaż posiadał mieszkania w trzech miastach i raz kupił dom nad jeziorem tylko dlatego, że spodobała mu się łazienka. Rozalia rozpieszczała go z konsekwencją osoby prowadzącej eksperyment laboratoryjny i ciekawej jego wyniku. Dawała mu pieniądze, samochody, podróże, swobodę i informacje. Nigdy nie pytała, gdzie był poprzedniej nocy. Pytała jedynie, czy było warto, i wydawała się autentycznie zawiedziona, jeśli odpowiedź brzmiała przecząco. Uważała, że młodość należy zmarnować w sposób dostatecznie widowiskowy, aby na starość mieć przynajmniej coś interesującego do opowiadania, chociaż sama nigdy nie zamierzała przyznać, że mogłaby być stara.

Tego wieczoru obserwowała go jednak uważniej. Zauważyła, że Ruben nie potrafi usiedzieć w miejscu, że jego wzrok ucieka znad rozmówców ku kolejnym mężczyznom i że co kilka minut poprawia pierścień na środkowym palcu lewej dłoni, choć zwykle robił to tylko wtedy, gdy był podenerwowany. Powiedziała mu półżartem, że zachowuje się jak pies wypuszczony na targ mięsny. Ruben odparł, że psy przynajmniej dostają obroże, więc ich sytuacja jest bardziej uporządkowana. Rozalia nie roześmiała się od razu. Zapytała, czy spał poprzedniej nocy. Odpowiedział, że kilka godzin. Zapytała, czy jadł. Powiedział, że prawdopodobnie. Gdy zapytała po raz trzeci, ile osób było z nim wczoraj, Ruben spojrzał na nią z miną dziecka zaskoczonego niespodziewanym testem z matematyki.

— Mam podać liczbę osób czy liczbę mężczyzn, których imiona pamiętam? Bo w drugim przypadku będzie znacznie łatwiej — powiedział, sięgając po kieliszek stojący na niewielkim stoliku.

— Chciałabym jedynie wiedzieć, czy powinnam już rozpocząć poszukiwania kolejnego prawnika. Ten ostatni od tygodnia nie odbiera telefonu, a jego sekretarka twierdzi, że wyjechał na urlop zdrowotny. Prawnicy nie wyjeżdżają na urlopy zdrowotne, Rubenie. Oni po prostu przestają odbierać telefony, kiedy zaczynają rozumieć, że ich klienci są znacznie bardziej interesujący, niż przewidywała umowa.

— Niczego nie zrobiłem. Przynajmniej niczego, co wymagałoby zaangażowania wymiaru sprawiedliwości.

— W twoim przypadku najbardziej przerażające jest właśnie to „przynajmniej”. Jesteś jedynym człowiekiem, którego znam, który potrafi wypowiedzieć takie słowo z miną osoby zamawiającej deser — stwierdziła Rozalia, po czym zaciągnęła się papierosem i przez chwilę przyglądała się wnukowi bez zwyczajowego rozbawienia. Dostrzegła w jego twarzy coś, co nie podobało jej się znacznie bardziej niż niewyspanie, a mianowicie szczególny rodzaj nieobecności, jaki widywała dotychczas wyłącznie u ludzi, którzy przez dłuższy czas ukrywali przed otoczeniem chorobę albo bardzo kosztowny romans.

Od kilku miesięcy działo się z Rubenem coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż zwiększonym apetytem, choć określenie to było równie precyzyjne jak nazwanie pożaru lekkim wzrostem temperatury. Mężczyźni zajmowali mu coraz więcej myśli. Gdy budził się rano, potrafił przez kilka minut leżeć nieruchomo i przeglądać w pamięci twarze, które widział poprzedniego dnia. Podczas obiadu obserwował kelnerów. W samochodzie patrzył na ludzi na przejściach dla pieszych. Na siłowni ćwiczył coraz krócej, bo więcej czasu zajmowało mu ocenianie ciał w lustrach. Czasami wychodził z domu bez żadnego planu, odczuwając jedynie pewność, że zanim wróci, musi kogoś znaleźć. Nie chodziło nawet o seks, chociaż seks pozostawał najłatwiejszym sposobem wyrażenia tej potrzeby. Chodziło o chwilę poprzedzającą zdobycie, kiedy druga osoba jeszcze nie wiedziała, że została wybrana. Ruben kochał tę sekundę. Powoli zaczynał kochać ją bardziej niż wszystko, co następowało później, a świadomość, że coraz rzadziej potrafi zadowolić się samym spełnieniem, zaczynała budzić w nim niechęć do własnego ciała.

Początkowo uważał to za luksusowy rodzaj nudy. Milionerzy mieli podobno problem z odnajdywaniem sensu życia, ponieważ większość problemów dało się rozwiązać przelewem bankowym, a człowiek pozbawiony problemów szybko zaczynał je produkować. Ruben produkował mężczyzn. Jednego dnia był nim student architektury poznany w hotelowym barze, następnego trener pływania, później model, którego imienia nie zapamiętał, a jeszcze później żonaty właściciel salonu samochodowego. Nie kolekcjonował ich numerów telefonów ani wspomnień. Kolekcjonował momenty uległości. Kiedy jednak przestały wystarczać, zaczął odczuwać irytację, której źródła nie umiał znaleźć. Noc bez polowania stawała się nocą zmarnowaną. Mężczyzna, który odmawiał, interesował go bardziej. Mężczyzna, który się bał, interesował go najbardziej. Początkowo próbował tłumaczyć to sobie potrzebą dominacji, później nudą, następnie nadmiarem alkoholu, aż w końcu przestał szukać wyjaśnień, ponieważ żadne z nich nie przynosiło mu szczególnej ulgi. Najbardziej niepokoiło go jednak to, że coraz częściej pamiętał nie samych mężczyzn, lecz ich zapach, temperaturę skóry i sposób, w jaki pod palcami wyczuwał przyspieszone bicie serca.

Rozalia miała świadomość wielu rzeczy dotyczących wnuka, lecz nie tej. Wiedziała o orgiach organizowanych w hotelach, o zamkniętych imprezach, o rachunkach za zniszczone pokoje i dyskretnych przelewach wysyłanych ludziom, którzy następnego dnia uznawali, że nie chcą więcej widzieć Rubena. Wiedziała nawet o nocy, podczas której wnuk wrócił do domu z rozciętą dłonią, cudzym zegarkiem i kompletnym brakiem wspomnień między drugą a piątą rano. Traktowała to jako konsekwencję bogactwa i młodości, dwóch chorób, których sama nigdy nie próbowała leczyć. Nie wiedziała jednak, że Ruben zaczynał się bać godzin spędzanych samotnie, ponieważ w ciszy pojawiała się potrzeba tak silna, że wydawała mu się czymś obcym. Czasami miał wrażenie, że nie chce już dotknąć człowieka, lecz przedostać się przez niego na drugą stronę, jak gdyby pod skórą drugiego mężczyzny znajdowało się coś, czego nie potrafił znaleźć we własnym ciele. Zdarzało mu się wówczas godzinami przeglądać zdjęcia przypadkowych ludzi, wychodzić z domu pośrodku nocy albo stać przed lustrem i przyglądać się własnym ustom, które coraz częściej wydawały mu się obce.

Około jedenastej orkiestra przeszła od walca do melodii przypominającej pieśń kościelną, choć dyrygent upierał się później, że grał popularny standard jazzowy. Ktoś zgasił część świateł, ktoś inny otworzył drzwi oranżerii i zimne powietrze wpadło do sali wraz z zapachem mokrej ziemi. Rozalia uznała, że nadszedł czas na tort. Miał sześć pięter, czarny lukier i cukrowe róże, a na szczycie ustawiono niewielką figurkę trumny, ponieważ przyjęcie formalnie odbywało się z okazji rocznicy śmierci trzeciego męża gospodyni. Nikt nie potrafił powiedzieć, czy był to jubileusz dziesiąty, jedenasty czy trzynasty. Sama Rozalia twierdziła, że liczenie lat od śmierci mężczyzny jest równie bezcelowe jak liczenie rocznic rozwodu, bo w obu przypadkach najważniejsze wydarzenie już się odbyło. Na pytanie jednej z wdów, czy nie uważa tortu w kształcie grobowca za odrobinę niestosowny, odpowiedziała, że jej trzeci mąż przez całe życie był człowiekiem tak pozbawionym gustu, iż dopiero po śmierci zasłużył na coś naprawdę pięknego. Następnie poleciła kelnerowi przynieść największy nóż, jaki znajdzie w kuchni, ponieważ nie zamierzała po raz kolejny pozwolić, aby jej zmarły małżonek sprawił jej jakiekolwiek trudności.

Ruben nie doczekał krojenia tortu. Zauważył blondyna, którego wcześniej widział przy burmistrzu. Mężczyzna stał teraz sam przy wysokim oknie, pił whisky i oglądał ogród. Miał około trzydziestu lat, jasne włosy zaczesane do tyłu, granatowy garnitur oraz cienką bliznę biegnącą od ucha ku szyi. Ruben obserwował go przez kilka minut. Mężczyzna zdawał się spokojny, może nieco znudzony, a w jego sposobie poruszania było coś, co Ruben natychmiast uznał za drażniące: pewność człowieka przyzwyczajonego do tego, że inni robią pierwszy krok. Nie znał jego nazwiska. Ta niewiedza sprawiała mu przyjemność, ponieważ pozostawiała jeszcze miejsce na polowanie, a nic nie irytowało go bardziej niż zdobycz, która sama podchodziła do myśliwego i pytała, czy nie powinien przypadkiem wycelować nieco wyżej.

Podszedł do niego, pozornie zainteresowany widokiem za oknem. Rozmowa zaczęła się zwyczajnie, od uwagi dotyczącej ogrodu, przeszła przez pytanie o gospodynię, później o muzykę, a następnie niemal niezauważalnie zmieniła kierunek. Ruben był w takich rozmowach cierpliwy. Nie flirtował w sposób oczywisty, bo oczywistość uważał za narzędzie ludzi pozbawionych wyobraźni. Zadawał pytania, których sens stawał się jasny dopiero po kilku minutach, pozwalał rozmówcy mówić o sobie, czasami śmiał się we właściwym miejscu, częściej milczał. Zauważył obrączkę. Zauważył też, że mężczyzna obraca ją wokół palca, gdy mówi o żonie. Ruben poczuł wtedy znajome ciepło w klatce piersiowej, niepodobne do podniecenia, lecz do satysfakcji myśliwego, który widzi pierwszy ślad na śniegu.

— Piękny ogród — powiedział Ruben, spoglądając przez szybę na fontannę otoczoną różowymi reflektorami. — Babcia sprowadza rośliny z całego świata, a później zatrudnia ludzi, którzy mają udawać, że rozumieją, dlaczego połowa z nich umiera po tygodniu. Podejrzewam, że w przyszłym roku zacznie importować także ogrodników. Miejscowi tracą już cierpliwość.

— Pańska babcia jest kobietą dość niezwykłą. Burmistrz opowiadał mi o niej przez prawie godzinę, chociaż nie jestem pewien, czy miał to być komplement, czy ostrzeżenie.

— W Rubbyboobie oba pojęcia są właściwie synonimami. Jeśli ktoś mówi panu, że Rozalia Razenberg jest niezwykła, zazwyczaj oznacza to, że albo pożyczył od niej pieniądze, albo próbował ją pozwać. Burmistrz miał szczęście doświadczyć obu sytuacji. Jest pan tu nowy?

— Od kilku tygodni. Przyjechałem w interesach. Daniel — przedstawił się mężczyzna, wyciągając dłoń. — Pracuję dla firmy farmaceutycznej. Nie sądziłem, że podczas służbowego pobytu trafię na przyjęcie przypominające połączenie pogrzebu z pokazem mody.

— Proszę się nie martwić. Najgorsze dopiero przed panem. Jeśli babcia wypije jeszcze dwa kieliszki, zacznie opowiadać o swoich mężach, a wtedy nawet pańska firma nie wyprodukuje wystarczającej ilości środków uspokajających.

Daniel roześmiał się i uniósł kieliszek, a Ruben przyjrzał się jego dłoniom. Były duże, zadbane, z krótkimi paznokciami i obrączką, która nie pasowała do reszty starannie dobranego stroju. Wyglądała na noszoną z przyzwyczajenia, być może nawet z obowiązku, ale nie było w niej niczego, co sugerowałoby szczególną dumę z przynależności do instytucji małżeństwa. Ruben uznał to za zachęcające, choć doskonale wiedział, że potrafi interpretować podobne szczegóły w sposób wyjątkowo korzystny dla własnych zamiarów. Daniel tymczasem kontynuował rozmowę, opowiadając o pracy, przeprowadzce i osobliwościach miasteczka, którego mieszkańcy zdawali się wiedzieć o jego życiu znacznie więcej, niż sam zdążył im powiedzieć.

Daniel mówił o sobie z ostrożnością charakterystyczną dla ludzi posiadających życie wymagające podziału na wersję publiczną oraz prywatną. Ruben słuchał połowy zdań. Interesowała go szyja Daniela, widoczna ponad kołnierzem koszuli, i cienka żyła pulsująca pod skórą. Zauważył ją raz, a potem nie potrafił przestać patrzeć. Poczuł suchość w ustach. Pomyślał, że powinien wypić wodę, lecz zamiast tego poprosił o whisky. Kiedy Daniel odwrócił głowę ku kelnerowi, Ruben przez krótką chwilę wyobraził sobie własne usta na jego szyi i zdziwił się intensywnością tej wizji. Seks nie pojawił się w niej wcale, co powinno było go zaniepokoić, lecz pragnienie było zbyt silne, by pozostawić miejsce na jakąkolwiek rozsądną refleksję. Wpatrywał się w delikatny ruch skóry ponad kołnierzem, a jego własny oddech stawał się coraz płytszy, jak gdyby od kilku minut znajdował się w dusznym pomieszczeniu pozbawionym powietrza.

Balthazar obserwował ich z drugiego końca sali. Kot zsunął się z kolan Rozalii, przeszedł między nogami gości i usiadł kilka metrów od Rubena. Jego uszy pozostawały napięte, oczy szeroko otwarte. Ruben zauważył go dopiero wtedy, gdy Daniel zapytał, czy kot zawsze tak się ludziom przygląda.

— Balthazar prawdopodobnie próbuje ustalić, kto umrze pierwszy — wyjaśnił Ruben z całkowitą powagą. — Babcia twierdzi, że ma wyjątkowy instynkt, chociaż moim zdaniem po prostu nienawidzi ludzi i nie może się doczekać, aż będzie miał mniej powodów do irytacji.

— Wygląda, jakby rzeczywiście coś planował. Nigdy nie widziałem kota, który patrzyłby na człowieka w taki sposób.

— Proszę mu tego nie mówić. Ma już wystarczająco wysokie mniemanie o sobie, a babcia rozważa zapisanie mu części majątku. Jeśli dowie się, że jest również interesujący towarzysko, zacznie domagać się własnego apartamentu.

Daniel roześmiał się ponownie, ale kot nie odwrócił wzroku. Siedział nieruchomo między nogami gości, a jego różowa skóra marszczyła się na karku przy każdym niemal niedostrzegalnym ruchu głowy. Ruben poczuł dziwną niechęć do tego spojrzenia. Balthazar patrzył na niego tak, jakby znał coś, czego sam Ruben jeszcze nie odkrył, i uważał całą sytuację za wyjątkowo mało zabawną. Na moment Ruben poczuł się niemal obserwowany przez własne sumienie, choć od dawna podejrzewał, że jeśli rzeczywiście posiadał podobny organ, musiał on pozostawać w stanie daleko posuniętego zaniku.

Po północy przyjęcie zaczęło rozpadać się na mniejsze grupy. Część gości przeniosła się do biblioteki, gdzie ktoś znalazł stary gramofon, inni wyszli na taras mimo chłodu, a kilku mężczyzn zniknęło w pokojach na piętrze z osobami, z którymi oficjalnie nie przyjechali. Rozalia tańczyła z lekarzem rodzinnym, którego od trzydziestu lat oskarżała o próby zamordowania jej dietą. Ruben natomiast prowadził Daniela przez oranżerię. Nie pamiętał dokładnie, kto zaproponował wyjście z głównej sali. Później był przekonany, że Daniel. Jeszcze później zaczął podejrzewać, że pomysł należał do niego, chociaż nie potrafił odtworzyć ani jednego zdania, które doprowadziło ich do opuszczenia przyjęcia. Pamiętał tylko, że przechodząc przez oszklone drzwi, obejrzał się na salę balową i zobaczył Balthazara stojącego nieruchomo przy jednej z donic, jakby kot czekał, aż obaj mężczyźni wreszcie znajdą się poza zasięgiem wzroku pozostałych gości.

Oranżeria nocą była niemal całkowicie ciemna. Rosły tam palmy, fikusy i egzotyczne kwiaty, których Rozalia kupowała zbyt wiele, a następnie zapominała ich nazwy. Szyby pokrywała para. Z ogrodu wpadało różowe światło reflektorów ustawionych przy fontannie, przez co liście roślin wydawały się zanurzone w rozwodnionej krwi. Daniel oparł się o kamienny stół i powiedział coś o tym, że powinien wracać. Ruben stanął przed nim. Nie odpowiedział. Słyszał własny oddech i muzykę dochodzącą z domu, lecz oba dźwięki wydawały się oddalone, jak gdyby pomiędzy oranżerią a salą balową nagle wyrosła gruba warstwa szkła. W powietrzu unosił się ciężki zapach wilgotnej ziemi, nawozu i kwiatów, które otwierały kielichy dopiero po zmroku, a cała przestrzeń zdawała się oddychać powoli, niemal niedostrzegalnie, razem z nimi.

— Powinienem już wracać — powtórzył Daniel, spoglądając na zegarek. — Żona prawdopodobnie zastanawia się, dlaczego służbowy wyjazd wymaga ode mnie uczestniczenia w przyjęciach organizowanych przez kobiety, które najwyraźniej kolekcjonują martwych mężów.

— Babcia nie kolekcjonuje martwych mężów. To raczej niefortunny efekt uboczny jej zamiłowania do małżeństwa. Zresztą nie musi pan wracać od razu. Jeszcze nie pokazałem panu najbardziej interesującej części domu.

— Obawiam się, że nie powinienem jej oglądać. I chyba doskonale pan wie dlaczego — odpowiedział Daniel, próbując nadać swoim słowom lekki ton, choć jego uśmiech stawał się coraz bardziej wymuszony. Ruben dostrzegł tę zmianę natychmiast, podobnie jak odruchowy ruch dłoni ku obrączce i sposób, w jaki mężczyzna zerknął na drzwi prowadzące do sali balowej. Wszystkie te drobne gesty powinny były skłonić go do zakończenia rozmowy, lecz zamiast tego wywołały w nim osobliwą ekscytację.

Ruben uśmiechnął się, lecz nie odpowiedział. Daniel spróbował rozładować sytuację żartem, a później położył dłoń na jego ramieniu. Gest był spokojny, niemal przyjacielski, stanowił raczej próbę wyznaczenia granicy niż zaproszenie do jej przekroczenia. Ruben spojrzał na jego palce, potem na szyję. Poczuł nagłe, gwałtowne pragnienie, tak fizyczne, że przez moment pomyślał o chorobie. Chciał przyciągnąć Daniela, lecz nie po to, żeby go pocałować. Chciał poczuć puls pod jego skórą, przekonać się, czy ciepło, które dostrzegał w tej pulsującej żyle, rzeczywiście istnieje. Zrobił krok naprzód, a mężczyzna cofnął się odruchowo. Ten ruch wystarczył, aby coś, co dotychczas pozostawało jedynie niepokojącą fantazją, przybrało postać potrzeby tak gwałtownej, że Ruben przez chwilę nie rozpoznawał własnych myśli.

Złapał Daniela za nadgarstek z siłą, której sam się po sobie nie spodziewał. Mężczyzna powiedział, żeby przestał, początkowo spokojnie, a następnie ostrzej, gdy zrozumiał, że Ruben nie zamierza go puścić. Ten słyszał słowa, ale przez chwilę nie potrafił nadać im znaczenia; były tylko kolejnym dźwiękiem, jak muzyka albo deszcz uderzający o szkło. Przycisnął Daniela do kamiennego stołu. Mężczyzna szarpnął się, tym razem mocniej, i wtedy Ruben poczuł coś niezwykle znajomego, choć nigdy wcześniej nie potrafił tego nazwać: cudzy strach. Strach Daniela nie zatrzymał go. Przeciwnie, uporządkował wszystko, jak gdyby nagle otrzymał brakującą instrukcję dotyczącą własnego ciała. Pragnienie, które jeszcze kilka minut wcześniej wydawało się chaotyczne i niezrozumiałe, skoncentrowało się teraz w jednym miejscu, tuż pod skórą szyi, gdzie wyraźnie pulsowała tętnica.

Daniel uderzył go wolną ręką w twarz. Ruben poczuł pieczenie policzka i rozcięcie na wardze, ale ból nie przyniósł otrzeźwienia. Przeciwnie, przez moment wszystko wokół wydało mu się niezwykle wyraźne: wilgoć na kamiennym blacie, zapach perfum Daniela, szelest rozdartej koszuli i szorstki oddech mężczyzny usiłującego wyrwać się z uścisku. Ruben pochylił głowę, przycisnął usta do jego szyi i poczuł pod nimi gwałtownie przyspieszony puls. Nie pamiętał chwili, w której zacisnął szczęki, ani tego, kiedy skóra ustąpiła pod naciskiem zębów. Pamiętał natomiast smak krwi, nagły i oszałamiający, oraz dziwne wrażenie, że przez całe życie pragnął czegoś, czego istnienia dotychczas nawet nie podejrzewał. Daniel krzyknął i spróbował odepchnąć go obiema rękami, lecz Ruben nie potrafił się oderwać, jak gdyby jego ciało przestało reagować na jakiekolwiek polecenia poza jednym, którego nie umiał wypowiedzieć.

Później pamiętał jedynie fragmenty. Szyję. Zapach perfum. Guzik od koszuli spadający na podłogę. Dłoń Daniela uderzającą go w twarz. Własne palce zaciskające się na jego ramieniu. Smak czegoś metalicznego, który z każdą chwilą stawał się intensywniejszy. Przez moment miał wrażenie, że światło w oranżerii zmieniło się w intensywny róż, choć reflektory na zewnątrz nie zmieniły barwy. Pamiętał również, że Daniel przestał się szarpać, a jego ciało nagle zwiotczało, osuwając się powoli wzdłuż krawędzi kamiennego stołu. Ruben nie wiedział, czy mężczyzna stracił przytomność, czy to on sam utracił świadomość tego, co robił. Wspomnienia nie tworzyły żadnej logicznej sekwencji, a między poszczególnymi obrazami znajdowały się puste miejsca, których nie potrafił wypełnić nawet najbardziej brutalnym wysiłkiem pamięci. Ostatnim wyraźnym obrazem pozostawała twarz Daniela, wykrzywiona mieszaniną przerażenia i niedowierzania, oraz jego własne dłonie, które zaciskały się na ramionach mężczyzny z siłą niewspółmierną do szczupłej budowy ciała.

Ocknął się kilka minut później na podłodze między donicami. Siedział oparty plecami o ścianę. Koszula była rozpięta, na dłoniach miał ziemię, a na dolnej wardze czuł niewielkie rozcięcie. Daniel leżał kilka metrów dalej. Oddychał, lecz bardzo płytko. Jego koszula była rozdarta przy kołnierzu, a na szyi widniały dwa niewielkie ślady otoczone zaczerwienioną skórą. Ruben patrzył na nie długo, próbując ustalić, skąd się wzięły. Nie przypominały zwykłych zadrapań ani śladów pozostawionych przez paznokcie. Były niemal idealnie symetryczne, co w tych okolicznościach wydało mu się szczególnie niestosowne. Podniósł drżącą dłoń do własnych ust i przesunął palcami po zębach, usiłując wyczuć jakąkolwiek zmianę, lecz wszystko wydawało się znajome, a zarazem obce, jakby przez kilka minut posługiwał się cudzym ciałem, które ktoś następnie oddał mu bez wyjaśnienia.

Nie czuł paniki. To zaniepokoiło go bardziej niż sam widok Daniela. Powinien był się przestraszyć, pobiec po pomoc, sprawdzić puls albo przynajmniej dopuścić do siebie myśl, że właśnie wydarzyło się coś, czego nie będzie można załatwić telefonem do prawnika. Zamiast tego siedział nieruchomo i obserwował cienką smugę krwi spływającą po szyi mężczyzny. Kolor był niemal czarny w cieniu, lecz kiedy krew dotarła do miejsca oświetlonego reflektorem, zmieniła się w jaskrawy róż. Ruben poczuł, że znowu zasycha mu w ustach, a pod językiem pojawia się nieprzyjemne mrowienie, jak po zjedzeniu czegoś zbyt kwaśnego. Oblizał rozciętą wargę, po czym natychmiast tego pożałował, ponieważ metaliczny smak powrócił ze zdwojoną siłą. Najgorsze było jednak to, że smak ten nie wywoływał obrzydzenia. Przeciwnie, przez krótką chwilę miał ochotę pochylić się nad leżącym mężczyzną i ponownie przycisnąć usta do jego szyi, jak gdyby wszystko, co przed chwilą się wydarzyło, stanowiło zaledwie niedokończony posiłek.

Balthazar pojawił się w drzwiach oranżerii bezgłośnie. Kot wszedł do środka, obwąchał leżącego Daniela, a potem usiadł obok jego głowy. Ruben spodziewał się syczenia albo ucieczki. Sfinks zaczął jednak spokojnie lizać przednią łapę z obojętnością właściwą istotom, które nigdy nie uznawały ludzkiego cierpienia za okoliczność wymagającą zmiany planów. Tylko jego uszy pozostawały lekko odchylone, a spojrzenie co pewien czas przesuwało się od szyi nieprzytomnego mężczyzny ku Rubenowi, jak gdyby kot uczestniczył w wydarzeniu, którego zakończenie znał już od dawna. Na moment pochylił łeb i powąchał krew na skórze Daniela, lecz nie próbował jej zlizać. Odsunął się z miną, którą Rozalia niewątpliwie uznałaby za wyraz wyjątkowego dobrego wychowania.

Ruben wstał dopiero wtedy, gdy z domu dobiegł śmiech babki. Na moment spojrzał w stronę sali balowej i zobaczył przez szybę Rozalię stojącą pośród gości z kieliszkiem szampana uniesionym ponad głową. Wyglądała jak królowa przekonana, że świat został stworzony wyłącznie po to, żeby zapewnić jej odpowiednie tło, a wszelkie ludzkie tragedie stanowiły jedynie drobne niedogodności organizacyjne. Ktoś zaczął klaskać, orkiestra zmieniła melodię, a Rozalia powiedziała coś, czego Ruben nie mógł usłyszeć. Wszyscy się roześmiali. Z tej odległości przyjęcie wyglądało niemal niewinnie, jak elegancka uroczystość zorganizowana przez ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że zaledwie kilkanaście metrów dalej jeden z gości leży nieprzytomny między palmami. Ruben pomyślał, że babcia byłaby wściekła, gdyby dowiedziała się o zniszczonej koszuli Daniela, ponieważ od zawsze uważała, że przemoc jest dopuszczalna jedynie wtedy, gdy nie pozostawia trwałych uszkodzeń na drogich tkaninach.

Dopiero wtedy uklęknął obok Daniela i dotknął jego szyi. Puls był wyczuwalny. Słaby, ale regularny. Powinno mu to przynieść ulgę. Zamiast niej pojawiło się jednak coś innego, cienkiego i wstydliwie przyjemnego, co rozeszło się po całym ciele jak ciepło po alkoholu. Ruben zamknął oczy. Przez moment zapragnął pochylić się ponownie, przycisnąć usta do zaczerwienionej skóry i przekonać się, czy smak, który wciąż czuł na języku, rzeczywiście pochodził z rozciętej wargi. Myśl ta była tak niedorzeczna, tak całkowicie sprzeczna ze wszystkim, co dotychczas wiedział o własnych pragnieniach, że niemal się roześmiał. Nie zrobił tego jednak, ponieważ Balthazar przestał lizać łapę i wbił w niego nieruchome, zielonkawe oczy. Kot patrzył z taką intensywnością, jak gdyby za chwilę miał przemówić ludzkim głosem i wyrazić swoją opinię na temat całego zajścia, a Ruben, który przez całe życie ignorował ostrzeżenia lekarzy, prawników i własnej babki, po raz pierwszy poczuł, że rozsądniej będzie posłuchać kota. Cofnął rękę, odsunął się od Daniela i pozostał na kolanach między donicami, podczas gdy z sali balowej dobiegły pierwsze takty kolejnego walca.

Babcia nie wierzy w piekło

Następnego ranka dom Razenbergów pachniał kawą, wilgotnym kamieniem i czymś lekko metalicznym, czego służba nie potrafiła zlokalizować, choć dwie pokojówki przysięgały, że źródło zapachu znajduje się w oranżerii. Daniel został zabrany jeszcze przed świtem przez prywatnego lekarza, który przyjechał bez karetki, bez munduru i bez pytań, jak przystało na człowieka od lat opłacanego za to, by rozumieć granicę między medycyną a dyskrecją. Oficjalna wersja wydarzeń mówiła o zasłabnięciu po alkoholu, upadku na kamienny stół i drobnych obrażeniach szyi, których pochodzenia nikt nie zamierzał szczegółowo analizować. Rozalia przyjęła tę wersję z obojętnością osoby, która w ciągu życia widziała już wystarczająco dużo omdleń, zdrad i nagłych wyjazdów, by traktować je jako zwykłe elementy dobrze zorganizowanego przyjęcia. Dopiero kiedy lekarz powiedział jej półgłosem, że Daniel stracił zaskakująco dużo krwi jak na tak niewielkie rany, gospodyni przestała poprawiać kwiaty w wazonie i spojrzała na niego uważniej. Nie zapytała jednak, czy mężczyzna przeżyje, ponieważ uważała podobne pytania za przejaw niepotrzebnego dramatyzowania. Interesowało ją przede wszystkim to, czy pacjent będzie w stanie przypomnieć sobie wydarzenia poprzedniej nocy, a jeśli tak, to jak wiele szczegółów zdecyduje się przekazać policji.

Ruben spał do południa, choć jego sen był płytki i poszatkowany. Budził się co kilkadziesiąt minut z wrażeniem, że ktoś stoi przy łóżku, ale za każdym razem widział tylko Balthazara siedzącego na komodzie. Kot trwał tam nieruchomo, z przednimi łapami złożonymi równo, uszami ustawionymi do przodu i oczami otwartymi z przesadną czujnością. Raz Ruben rzucił w niego poduszką. Balthazar odsunął się o kilka centymetrów, jakby uznał atak za intelektualnie rozczarowujący, po czym ponownie przyjął swoją wcześniejszą pozycję. Ruben próbował zasnąć, lecz za każdym razem wracał do tej samej sceny: szyja Daniela, różowe światło na skórze, metaliczny smak i dziwna przyjemność, której nie umiał już zrzucić na alkohol. Najbardziej niepokoiło go jednak to, że z każdą godziną wspomnienie traciło charakter koszmaru, a zaczynało przypominać fantazję. Kiedy w końcu zdołał ponownie zasnąć, śniły mu się usta pełne krwi i nieznany mężczyzna, którego twarzy nie potrafił zobaczyć, choć wyraźnie słyszał jego przyspieszony oddech. Obudził się z uczuciem głodu tak intensywnego, że przez chwilę zastanawiał się, czy poprzedniego wieczoru przypadkiem nie zapomniał zjeść kolacji.

Kiedy w końcu zszedł na dół, Rozalia siedziała przy śniadaniu w jedwabnym szlafroku koloru zgniłej śliwki i czytała trzy gazety jednocześnie, przewracając strony z energią sugerującą osobistą urazę wobec drukarstwa. Na stole leżały grzanki, jajka, owoce, sery i talerz surowej wołowiny przygotowany dla Balthazara. Kot jadł powoli, co chwilę odrywając pysk od mięsa i spoglądając na Rubena, jakby chciał sprawdzić, czy wnuk gospodyni zamierza konkurować z nim o śniadanie. Rozalia nie podniosła wzroku, gdy Ruben usiadł naprzeciwko. Zapytała jedynie, czy tym razem planuje udawać amnezję, migrenę czy chorobę moralną, ponieważ każda z tych przypadłości wymagała innego rodzaju kawy, a ona nie zamierzała ponosić dodatkowych kosztów wynikających z jego niezdolności do podejmowania decyzji.

— Nie pamiętam połowy nocy — oznajmił Ruben, sięgając po dzbanek z kawą. Jego głos był zachrypnięty, a gardło piekło go w sposób, którego nie potrafił wytłumaczyć ani nadmiarem alkoholu, ani papierosami wypalonymi podczas przyjęcia. — Jeśli zamierzasz urządzać mi przesłuchanie, uprzedzam, że nie będę szczególnie wiarygodnym świadkiem. Zresztą nie jestem przekonany, czy wczoraj wydarzyło się cokolwiek wartego zapamiętania.

— Oczywiście, mój drogi. Niepamięć od lat pozostaje twoją ulubioną metodą autokrytyki. Większość ludzi musi przejść przez skomplikowany proces wyrzutów sumienia, żeby wybaczyć sobie własne świństwa, podczas gdy ty po prostu zapominasz, że je popełniłeś. To niezwykle ekonomiczne rozwiązanie, chociaż zaczynam podejrzewać, że twoja pamięć jest jedynym organem, którego nie da się naprawić za pomocą mojej książeczki czekowej.

Rozalia odłożyła gazetę i przyjrzała mu się dokładniej. Zauważyła zadrapanie na policzku i ledwie widoczne zaczerwienienie przy ustach, a następnie przesunęła wzrok ku jego dłoniom, jakby spodziewała się znaleźć na nich dodatkowe dowody nocnych rozrywek. Ruben poczuł irytację, choć nie dlatego, że babka coś podejrzewała, lecz dlatego, że sam nie potrafił zdecydować, czy chce, by zapytała. Milczenie między nimi trwało kilka sekund dłużej niż zwykle, po czym Rozalia przesunęła w jego stronę filiżankę i oznajmiła, że Daniel żyje, ma się źle, ale nie wystarczająco źle, żeby umrzeć, co w Rubbyboobie jest najgorszą możliwą sytuacją, ponieważ daje ludziom czas na przypominanie sobie szczegółów.

— Co powiedział? — zapytał Ruben, prostując się na krześle. Nagle poczuł, że kawa, którą przed chwilą uważał za absolutnie niezbędną, przestała go interesować.

— Niewiele. Został uspokojony farmakologicznie, a nasz drogi doktor uznał, że niektóre wspomnienia są zdrowsze, kiedy chwilowo się ich nie dotyka. Osobiście uważam, że powinien opatentować tę metodę. Mogłaby przynieść mu fortunę wśród ludzi, którzy po każdym weekendzie odkrywają, że poślubili niewłaściwą osobę albo kupili nieruchomość w Bułgarii.

— Brzmi jak motto rodzinne — zauważył Ruben, próbując się uśmiechnąć. — Powinniśmy umieścić je nad wejściem. Obok herbu i informacji, że reklamacji nie uwzględnia się po opuszczeniu posesji.

Rozalia nie podjęła żartu. Powiedziała mu spokojnie, że na szyi Daniela znaleziono ślady, które nie przypominały obrażeń powstałych podczas upadku. Nie były szczególnie dramatyczne ani widowiskowe, nie nadawały się nawet do tego, by miejscowa plotka mogła natychmiast przerobić je na legendę, ale wystarczająco dziwne, żeby lekarz zaczął zadawać pytania. Ruben poczuł, że serce bije mu szybciej, choć nie ze strachu. Wspomnienie szyi Daniela pojawiło się w jego głowie z taką wyrazistością, że przez moment niemal wyczuł pod językiem znajomy metaliczny smak. Kiedy babka zapytała, czy ugryzł tego człowieka, odpowiedział zbyt szybko, że nie, po czym odwrócił wzrok w stronę okna, jakby w ogrodzie działo się coś wymagającego jego natychmiastowej uwagi.

— Rubenie, przez ostatnie trzydzieści lat słyszałam wystarczająco dużo kłamstw, żeby rozpoznawać je nawet w językach, których nie znam. Nie zamierzam pytać cię po raz drugi, ponieważ jesteśmy rodziną, a rodzinie należy oszczędzić przynajmniej niektórych upokorzeń. Powiedz mi tylko, czy powinieneś dzisiaj odwiedzić dentystę, psychiatrę, czy od razu kancelarię adwokacką. Wolałabym wiedzieć wcześniej, ponieważ każda z tych instytucji wystawia rachunki o zupełnie innym stopniu bezczelności.

Ruben roześmiał się krótko, niepewnie, lecz Rozalia nadal przyglądała mu się z niepokojącym spokojem. W jej twarzy nie było szoku, lecz coś znacznie gorszego: chłodna kalkulacja osoby, która już zaczęła przewidywać konsekwencje wydarzenia, choć nie znała jeszcze wszystkich jego szczegółów. Ostatecznie oparła się wygodniej o krzesło i stwierdziła, że ludzi można krzywdzić na wiele sposobów, z których ugryzienie należy przynajmniej do uczciwszych, ponieważ pozostawia widoczny ślad. Ruben spróbował odpowiedzieć kolejną złośliwością, ale nie znalazł żadnej dostatecznie przekonującej. Rozalia dodała więc, że jeśli zamierza urządzać polowania na zaproszonych gości, powinien przynajmniej zadbać o własne alibi. Powiedziała to tonem lekkim, niemal znudzonym, lecz jej palce zacisnęły się na filiżance mocniej niż zwykle. Przez chwilę Ruben odniósł wrażenie, że babka czegoś się obawia, choć sama możliwość, że Rozalia Razenberg mogłaby odczuwać strach przed czymkolwiek poza źle dobraną biżuterią i niekorzystnym testamentem, wydawała mu się niemal absurdalna.

Przez resztę dnia Ruben chodził po domu bez celu. Próbował czytać, ale po kilku stronach zdał sobie sprawę, że nie pamięta ani jednego zdania. Włączył muzykę i wyłączył ją po minucie, ponieważ nawet ulubione utwory wydawały mu się nieznośnie hałaśliwe. Poszedł do siłowni, wykonał kilka ćwiczeń, po czym stanął przed lustrem i zaczął patrzeć nie na własne ciało, lecz na odbicie drzwi za sobą, jakby spodziewał się, że ktoś zaraz w nich stanie. Nic się nie wydarzyło. Mimo to czuł napięcie, które nie ustępowało, a każda kolejna godzina spędzona w samotności zdawała się jedynie pogłębiać jego rozdrażnienie. Myśli wracały do Daniela, a następnie niemal niezauważalnie przechodziły do innych mężczyzn. Kelner z przyjęcia, blondyn z siłowni, nieznajomy widziany rano przez okno, który prowadził psa na smyczy i zatrzymał się przed bramą, żeby zapalić papierosa. Ruben nie potrzebował nawet twarzy. Wystarczały mu sylwetka, odsłonięty kark, ruch dłoni albo przypadkowe spojrzenie, żeby wyobraźnia natychmiast zaczęła pracować z intensywnością, nad którą nie potrafił już zapanować.

Zrozumiał wtedy, że jego głód się zmienił. Wcześniej szukał mężczyzn, ponieważ chciał wygrywać. Uwodził ich, bo zdobywanie było dla niego formą sportu, a sport bez przeciwnika nie miał najmniejszego sensu. Teraz jednak sama obecność mężczyzny w polu widzenia wywoływała w nim napięcie fizyczne, którego nie potrafił sprowadzić do pożądania seksualnego. Czuł przymus podejścia, dotknięcia, sprawdzenia reakcji, wywołania strachu albo zachwytu, a przede wszystkim przekonania się, jak daleko może się posunąć, zanim druga osoba zrozumie, że nie uczestniczy już w niewinnym flircie. Kiedy wyobrażał sobie, że nic się nie wydarzy, że dzień minie bez spotkania, bez polowania, bez próby przejęcia kontroli nad kimś obcym, ogarniało go rozdrażnienie graniczące z paniką. Najbardziej przerażające było jednak to, że nie potrafił znaleźć w sobie żadnego szczerego współczucia dla Daniela. Wiedział, że powinien zadzwonić, zapytać o jego stan, przeprosić albo przynajmniej wyrazić zainteresowanie tym, czy mężczyzna zamierza zgłosić napaść na policję. Zamiast tego zastanawiał się, czy gdyby poprzedniej nocy nikt im nie przeszkodził, zdołałby zaspokoić pragnienie, które teraz wydawało się jeszcze silniejsze.

Wieczorem wyszedł z domu bez konkretnego planu. Powiedział Rozalii, że jedzie do miasta, na co babka odpowiedziała, że Rubbyboobie nie jest miastem, tylko konsekwencją źle poprowadzonej drogi wojewódzkiej, i że jeśli zamierza znowu sprowadzić do domu jakiegoś mężczyznę, powinien wcześniej upewnić się, czy ten potrafi samodzielnie opuścić posesję. Ruben zignorował uwagę, wziął samochód i pojechał w dół wzgórza. Ulice były mokre po deszczu, neony kilku barów odbijały się w kałużach, a rynek wyglądał jak dekoracja teatralna pozostawiona po przedstawieniu o prowincjonalnym upadku. Mijając kościół świętego Bartłomieja, zauważył grupę ludzi stojących przed plebanią i mężczyznę w czarnym płaszczu rozmawiającego z zakrystianem. Zwolnił odruchowo, przyglądając się nieznajomemu przez szybę samochodu z zainteresowaniem, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej uznałby za zupełnie naturalne, a które obecnie zaczynało niepokojąco przypominać reakcję zwierzęcia wyczuwającego w pobliżu potencjalną zdobycz.

Mężczyzna był wysoki, szczupły i starszy od niego o kilkanaście lat. Miał ciemne włosy, surową twarz i ten szczególny rodzaj spokoju, który Ruben uważał za osobistą prowokację. Nie wiedział jeszcze, że patrzy na księdza Gabriela, nowego duchownego oddelegowanego do Rubbyboobie z diecezji, która najwyraźniej uznała, że miejscowa parafia potrzebuje kogoś o większej odporności psychicznej. Ruben obserwował go dłużej, niż wymagała tego zwykła ciekawość, przyglądając się jego dłoniom, wyprostowanej sylwetce i sposobowi, w jaki słuchał zakrystiana, nie wykonując przy tym żadnego zbędnego gestu. Gabriel nagle odwrócił głowę i spojrzał wprost w jego stronę. Ich spojrzenia spotkały się na kilka sekund, podczas których Ruben poczuł natychmiastowy impuls, znajomy i coraz silniejszy. Wyobraził sobie, że wysiada z samochodu, podchodzi do nieznajomego, prowokuje go i sprawdza, jak długo mężczyzna zdoła utrzymać ten irytujący spokój. Niemal natychmiast w jego myślach pojawiło się coś ostrzejszego: obraz dłoni zaciskającej się na karku, twarzy odwróconej ku ścianie i szyi odsłoniętej pod ciasnym kołnierzem. Zacisnął palce na kierownicy tak mocno, że pobielały mu knykcie, a wizja zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Gabriel jednak nadal patrzył, nie okazując ani zdziwienia, ani zakłopotania, aż Ruben poczuł irracjonalną potrzebę ucieczki i gwałtownie nacisnął pedał gazu.

Nie pojechał jednak daleko. Zatrzymał samochód przed barem po drugiej stronie rynku i wszedł do środka. Lokal był prawie pusty, co zwykle by go zirytowało, lecz tego wieczoru wystarczył mu jeden mężczyzna siedzący przy końcu baru. Miał może dwadzieścia pięć lat, tatuaż na przedramieniu i twarz kogoś, kto jeszcze wierzył, że obcy ludzie bywają interesujący z dobrych powodów. Ruben usiadł obok, zamówił whisky i przez chwilę udawał zainteresowanie wiadomościami wyświetlanymi na telewizorze zawieszonym nad półkami z alkoholem. Mężczyzna zerknął na niego kilkakrotnie, a kiedy ich spojrzenia w końcu się spotkały, uśmiechnął się z nieśmiałością, którą Ruben zwykle uważał za wyjątkowo zachęcającą. Tego wieczoru jednak nie miał ochoty na szczególnie wyrafinowaną grę. Wystarczyło mu kilka pytań, kilka spojrzeń, lekkie pochylenie ciała i odpowiednio dobrany ton, żeby nieznajomy odsunął swój kieliszek i zaczął opowiadać mu o sobie z entuzjazmem człowieka, który nie podejrzewa jeszcze, że jego rozmówca słucha zaledwie niewielkiej części wypowiadanych zdań.

Mężczyzna przedstawił się jako Marek i powiedział, że pracuje w warsztacie samochodowym na obrzeżach miasta. Mówił o samochodach, swoim szefie i niedawno zakończonym związku, który najwyraźniej pozostawił w nim wystarczająco dużo rozczarowania, by chętnie przyjął zainteresowanie przystojnego nieznajomego. Ruben słuchał, lecz jednocześnie obserwował puls na jego szyi. Znowu szyja. Zawsze szyja. Zaczął zastanawiać się, kiedy dokładnie stała się dla niego ważniejsza niż usta, oczy czy pozostałe części męskiego ciała, które dotychczas uważał za zdecydowanie bardziej interesujące. Dostrzegał subtelny ruch skóry ponad kołnierzem koszuli, wyobrażał sobie ciepło ukryte pod nią i z każdym kolejnym łykiem whisky coraz wyraźniej odczuwał znajome napięcie rozchodzące się od żołądka ku gardłu. Marek tymczasem śmiał się z jego uwag, zadawał pytania i najwyraźniej dochodził do wniosku, że wieczór, który zapowiadał się wyjątkowo nudno, może jednak zakończyć się całkiem interesująco.

Po kilkunastu minutach wyszli razem. Marek był rozbawiony, lekko pijany i wyraźnie zadowolony z siebie, a jego swoboda zaczynała Rubena jednocześnie pociągać i drażnić. Prowadził go boczną ulicą w kierunku parkingu, ale po drodze skręcił w węższy zaułek między apteką a zamkniętym sklepem odzieżowym. Marek zapytał, dokąd idą, na co Ruben odpowiedział wymijająco, że zna znacznie ciekawszą drogę do samochodu. Kiedy mężczyzna zatrzymał się i zauważył, że parking znajduje się przecież po drugiej stronie rynku, Ruben podszedł bliżej, uśmiechając się z przyzwyczajenia, choć jego myśli zajmowało już coś zupełnie innego. Tym razem wszystko zaczęło się szybciej, bez długiej rozmowy i wyrafinowanych prowokacji, które dotychczas stanowiły dla niego najważniejszą część każdego podobnego spotkania.

Ruben dotknął karku Marka. Mężczyzna uśmiechnął się, po czym pochylił głowę i spróbował go pocałować, lecz Ruben odsunął twarz z niecierpliwością, która natychmiast wywołała zdziwienie jego towarzysza. Nie chciał pocałunku. Zamiast tego przesunął palce po szyi mężczyzny i poczuł pod nimi puls, wyraźny, regularny i z każdym kolejnym uderzeniem serca coraz szybszy. Przez moment miał wrażenie, że potrafi policzyć każde uderzenie osobno, niemal przewidzieć następne i wyobrazić sobie krew przepływającą przez naczynia tuż pod powierzchnią skóry. Marek powiedział, że jest zimno i może powinni pojechać gdzieś indziej, ale Ruben nie odpowiedział. Pochylił się, czując zapach skóry, alkoholu i czegoś jeszcze, czego nie potrafił określić, a kiedy jego usta dotknęły szyi mężczyzny, wszystkie pozostałe myśli nagle straciły znaczenie.

Marek drgnął i roześmiał się nerwowo, najwyraźniej uznając zachowanie Rubena za nieco przesadny przejaw namiętności. Kiedy jednak palce nieznajomego zacisnęły się mocniej na jego karku, a nacisk zębów stał się boleśnie wyraźny, spróbował się odsunąć. Ruben nie pozwolił mu na to od razu. Przez krótką chwilę czuł jedynie ciepło skóry, przyspieszony puls i narastającą potrzebę, która zdawała się całkowicie wypierać jego dotychczasowe pragnienia. Marek zaklął, odepchnął go obiema rękami i cofnął się gwałtownie, niemal potykając się o wystający fragment chodnika. Obaj przez moment patrzyli na siebie w milczeniu, a Ruben, którego serce waliło z podniecenia, zauważył nagle, że mężczyzna przyciska dłoń do szyi. Kiedy Marek odsunął palce, zobaczył na nich krew.

Widok czerwonej smugi rozmazanej na skórze wywołał w Rubenie coś, czego nie potrafił nazwać inaczej niż natychmiastową ulgą. Napięcie, które od rana rozsadzało go od środka, zaczęło ustępować, a jego oddech stał się spokojniejszy. Przez chwilę miał ochotę zamknąć oczy i rozkoszować się tym uczuciem, jak gdyby właśnie zażył wyjątkowo skuteczny środek uspokajający. Dopiero po kilku sekundach dotarło do niego, że Marek patrzy na niego z mieszaniną wściekłości, strachu i całkowitego niezrozumienia, a na jego szyi powoli pojawia się kolejna kropla krwi. To właśnie własny spokój przeraził Rubena bardziej niż rana, którą przed chwilą zadał.

— Co ty, kurwa, robisz?! — krzyknął Marek, odsuwając się pod ścianę budynku. — Pojebało cię?! Ty mnie ugryzłeś! Co jest z tobą nie tak?!

Ruben nie odpowiedział. Przez chwilę obserwował mężczyznę z niemal klinicznym zainteresowaniem, jakby ten stanowił część eksperymentu, którego wynik okazał się znacznie ciekawszy, niż przewidywał. Mógł przeprosić, pomóc mu opatrzyć ranę, zadzwonić po lekarza albo przynajmniej zapewnić, że nic podobnego nigdy więcej się nie wydarzy. Zamiast tego cofnął się o krok, wciąż czując na języku metaliczny smak, i uświadomił sobie, że napięcie, które męczyło go przez cały dzień, niemal całkowicie ustąpiło. Marek nadal krzyczał, tym razem nieco ciszej, ale z wyraźnym strachem w głosie, podczas gdy Ruben zastanawiał się, dlaczego tak niewielka ilość krwi potrafiła przynieść mu ukojenie, którego od miesięcy bezskutecznie szukał w alkoholu, seksie i nieustannym towarzystwie przypadkowych mężczyzn.

Wrócił do domu przed drugą. Rozalia siedziała w salonie przy kominku, ubrana w czarną suknię wieczorową, choć nigdzie nie wychodziła i najwyraźniej nie zamierzała już tej nocy opuszczać fotela. Balthazar leżał obok niej na aksamitnej poduszce, zwinięty w kształt przypominający wysuszone ludzkie serce. Na stoliku stała butelka koniaku i dwa kieliszki. Ruben zatrzymał się w drzwiach, próbując zachować obojętność, lecz babka natychmiast zauważyła ciemną plamę na jego mankiecie. Nie zapytała, co się stało, nie uniosła brwi i nie wykonała żadnego z tych gestów, którymi zwykli ludzie sygnalizują zaniepokojenie. Nalała po prostu koniak do drugiego kieliszka i wskazała wnukowi fotel naprzeciwko, jakby spodziewała się jego powrotu dokładnie w takim stanie. Ruben przez chwilę zastanawiał się, czy powinien zapytać, dlaczego babka nadal nie śpi, lecz widok dwóch przygotowanych kieliszków wydał mu się dostatecznie jednoznaczną odpowiedzią.

— Wyglądasz, jakbyś właśnie zamordował własne sumienie, a następnie odkrył, że nie było ubezpieczone — zauważyła Rozalia, kiedy usiadł naprzeciwko. — Nie zamierzam pytać, gdzie byłeś, ponieważ po tylu latach powinnam już wiedzieć, że twoje odpowiedzi są równie wiarygodne jak prognoza pogody przedstawiana przez burmistrza podczas dorocznego festynu. Interesuje mnie wyłącznie to, czy powinnam spodziewać się jutro wizyty policji, kolejnego obrażonego kochanka czy może rodziny jakiegoś nieszczęśnika domagającej się finansowego zadośćuczynienia.

— A jeśli powiem, że po prostu wyszedłem na drinka i wróciłem do domu? Czy istnieje choćby najmniejsza możliwość, że uznasz to za wystarczająco przekonujące wyjaśnienie?

— Oczywiście, mój drogi. Istnieje również możliwość, że Balthazar zostanie papieżem, chociaż obawiam się, że jego dotychczasowe poglądy na temat celibatu mogłyby stanowić poważną przeszkodę podczas konklawe.

Ruben nie odpowiedział, ponieważ nie miał ochoty uczestniczyć w kolejnej wymianie złośliwości, które zwykle stanowiły najprzyjemniejszą część ich wspólnych wieczorów. Usiadł głębiej w fotelu i przez chwilę oboje milczeli, wsłuchując się w trzask drewna w kominku oraz jednostajny odgłos starego zegara stojącego w głębi salonu. Balthazar poruszył uszami, podniósł głowę i spojrzał najpierw na Rubena, a następnie na jego zakrwawiony mankiet. Ruben poczuł irracjonalne wrażenie, że kot wie dokładnie, gdzie był, co zrobił i dlaczego najbardziej niepokojące w całej sytuacji nie było to, że zranił człowieka, lecz że po wszystkim poczuł ulgę. Rozalia obracała kieliszek w dłoni, obserwując wnuka ponad jego krawędzią, aż w końcu wspomniała, że tego popołudnia do Rubbyboobie przyjechał nowy ksiądz. Ruben odpowiedział, że widział go przed kościołem i że nieznajomy patrzył na niego dłużej, niż wymagała tego zwykła ciekawość. Rozalia skrzywiła się lekko i stwierdziła, że duchowni mają paskudny zwyczaj patrzenia dokładnie tam, gdzie nie powinni, szczególnie jeśli są przekonani, że znaleźli coś, co można nazwać grzechem.

— Gabriel — powiedziała po chwili, jakby samo imię nowego księdza pozostawiało w jej ustach nieprzyjemny posmak. — Przysłali go do nas z diecezji, ponieważ poprzedni proboszcz podobno nie radził sobie z obowiązkami duszpasterskimi. Osobiście uważam, że doskonale radził sobie ze wszystkim poza własnymi zobowiązaniami finansowymi, ale Kościół od wieków posiada niezwykły talent do przedstawiania problemów ekonomicznych jako duchowych. Podobno ten nowy jest wyjątkowo gorliwy. Nie znoszę gorliwych mężczyzn, Rubenie. Zazwyczaj kończą jako fanatycy, politycy albo nieudolni kochankowie.

— Mnie wydał się całkiem interesujący. Chociaż przyznaję, że wyglądał, jakby ostatni raz uśmiechnął się podczas pierwszej komunii i natychmiast tego pożałował. Może powinienem zaprosić go na kolację? Zawsze chciałem się przekonać, czy księża naprawdę mają takie trudności z prowadzeniem normalnej rozmowy, czy tylko udają, żeby ludzie szybciej opuszczali konfesjonały.

— Możesz zapraszać do tego domu kogo tylko zechcesz, pod warunkiem że nie zamierzasz później prosić mnie o pomoc w tłumaczeniu się przed biskupem. Nie mam nic przeciwko duchownym, dopóki nie próbują przekonywać mnie, że powinnam zmienić swoje życie. Jestem już zbyt stara, żeby ktokolwiek miał prawo proponować mi radykalne zmiany, szczególnie jeśli sam chodzi w tej samej sukience od dwudziestu lat.

Ruben uśmiechnął się i powiedział, że nie wierzy w piekło, licząc zapewne na kolejną złośliwość babki. Rozalia jednak nie odpowiedziała od razu. Przez kilka sekund patrzyła na ogień, a jej twarz stała się dziwnie spokojna, niemal obca, jakby na moment zsunęła z siebie zwyczajową maskę ekstrawagancji. Powiedziała w końcu, że ona również nie wierzy w piekło i właśnie dlatego znacznie bardziej boi się ludzi. Piekło przynajmniej wymagałoby jakiegoś porządku, systemu kar, księgowości grzechów i administracji wiecznego cierpienia, podczas gdy człowiek potrafi zrobić drugiemu wszystko bez metafizyki, bez diabła i często nawet bez szczególnego powodu. Potem spojrzała na mankiet Rubena i dodała, że czasami najgorsze rzeczy zaczynają się właśnie wtedy, kiedy ktoś po raz pierwszy odkrywa, że krzywdzenie drugiego człowieka przynosi mu ulgę. W jej głosie nie było już ironii ani charakterystycznej pogardy dla cudzej moralności. Mówiła spokojnie, niemal beznamiętnie, a Ruben po raz pierwszy tego wieczoru poczuł, że babka nie zamierza go ani usprawiedliwiać, ani rozgrzeszać.

— Powiedz mi tylko jedno — odezwała się w końcu, odstawiając kieliszek na stolik. — Czy to, co wydarzyło się ostatniej nocy, było przypadkiem, czy po prostu pierwszą rzeczą, której jeszcze nie zdążyłeś sobie wybaczyć? Nie oczekuję szczegółów. W naszym domu zawsze szanowaliśmy prywatność, szczególnie kiedy jej naruszenie mogłoby doprowadzić do konieczności składania zeznań.

— Nie wiem, babciu. Naprawdę nie wiem. Przez cały dzień próbowałem sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło, i za każdym razem dochodziłem do wniosku, że może lepiej byłoby, gdybym w ogóle przestał o tym myśleć. Najgorsze jest to, że kiedy przypominam sobie Daniela, nie czuję tego, co powinienem. Nie jestem nawet pewien, czy chciałbym cofnąć czas.

Rozalia przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. Nie próbowała go pocieszać, ponieważ uważała pocieszenie za wyjątkowo nieuczciwą formę rozmowy, szczególnie wtedy, gdy obie strony doskonale zdają sobie sprawę, że nie istnieje żadne rozsądne rozwiązanie. Sięgnęła po papierosa, zapaliła go z pomocą niewielkiej srebrnej zapalniczki i dopiero po chwili oznajmiła, że Ruben powinien przede wszystkim nauczyć się odróżniać własne pragnienia od rzeczy, które ma prawo robić innym ludziom. Nie wypowiedziała tego jak moralnego pouczenia. Brzmiała raczej jak ktoś przypominający wyjątkowo kosztownemu dziecku podstawowe zasady obchodzenia się z przedmiotami, których nie da się zastąpić nowymi.

Ruben nic nie odpowiedział, ponieważ słowa babki trafiły zbyt blisko czegoś, czego sam nie chciał jeszcze nazwać. Uniósł kieliszek, ale zanim zdążył się napić, Balthazar zeskoczył z poduszki i podszedł do jego nóg. Kot powąchał materiał spodni, po czym wspiął się przednimi łapami na kolano Rubena i zaczął wpatrywać się w plamę krwi na mankiecie. Jego nozdrza poruszyły się gwałtownie, a zwierzę wydało z siebie niski, gardłowy dźwięk, którego Ruben nigdy wcześniej u niego nie słyszał. Rozalia spoważniała, a jej ręka zatrzymała się w połowie drogi do ust. Przez chwilę cała trójka trwała bez ruchu, jakby pomiędzy nimi pojawiło się coś czwartego, niewidzialnego i cierpliwego, co od dawna czekało na odpowiedni moment, żeby wreszcie ujawnić swoją obecność. Balthazar wpatrywał się w Rubena jeszcze przez kilka sekund, po czym powoli opuścił łapy na podłogę i odsunął się z wyraźną niechęcią.

Wreszcie kot wskoczył na fotel babki i zwinął się na jej kolanach. Rozalia pogładziła pomarszczoną skórę zwierzęcia, nie odrywając wzroku od wnuka. Ruben wypił koniak jednym haustem i poczuł pieczenie w gardle, lecz metaliczny smak, który pamiętał z zaułka, nadal wydawał mu się wyraźniejszy od alkoholu. Przez chwilę miał ochotę zapytać babkę, czy kiedykolwiek spotkała człowieka, który po skrzywdzeniu kogoś innego odczuwałby nie wyrzuty sumienia, lecz coś przypominającego fizyczne spełnienie. Nie zrobił tego jednak, ponieważ bał się odpowiedzi, a jeszcze bardziej tego, że Rozalia mogłaby doskonale zrozumieć, o czym mówi. Odstawił pusty kieliszek, oparł głowę o fotel i zamknął oczy, próbując przekonać samego siebie, że wystarczy kilka godzin snu, odrobina rozsądku i odpowiednia ilość alkoholu, żeby wszystko wróciło do normy. Najgorsze było jednak to, że już zaczynał myśleć o następnym mężczyźnie.

Mężczyźni znikają przed śniadaniem

Przez następne trzy dni Ruben zachowywał się niemal przyzwoicie, co Rozalia uznała za objaw alarmujący. Wstawał przed południem, schodził na śniadanie ubrany, nie sprowadzał nikogo do domu i nawet raz zapytał kucharkę, co przygotowała na obiad, choć od lat traktował jedzenie jak przykry obowiązek biologiczny wymagający przerw w życiu towarzyskim. Babka obserwowała tę nagłą poprawę z nieufnością właściwą ludziom, którzy wiedzą, że cisza w pokoju dziecka oznacza zwykle pożar albo kosztowną pomyłkę. Ruben rzeczywiście nie robił niczego, co mogłoby ją zaniepokoić, jeśli pominąć fakt, że praktycznie nie spał. Nocami chodził po domu, palił na schodach prowadzących do ogrodu, przeglądał telefon, otwierał aplikacje, zamykał je, oglądał fotografie obcych mężczyzn, zapamiętywał twarze i odległości, po czym odkładał urządzenie z obrzydzeniem. Próbował przekonać samego siebie, że może przestać, jeśli tylko zechce. To przekonanie wytrzymało do czwartego wieczoru, kiedy zrozumiał, że powstrzymywanie się od wychodzenia z domu nie oznacza jeszcze, że potrafi zapanować nad tym, co dzieje się w jego głowie.

Głód nie przypominał podniecenia, chociaż zaczynał się czasem w podobnym miejscu ciała i korzystał z podobnego języka. Był bardziej rozległy, mniej konkretny, a przede wszystkim upokarzająco cierpliwy. Ruben odczuwał go podczas kąpieli, przy śniadaniu, w samochodzie, kiedy mijał robotników remontujących chodnik, oraz podczas rozmowy z prawnikiem babki, którego przestał słuchać w chwili, gdy zauważył młodego asystenta pochylonego nad dokumentami. Nie wystarczało mu już stwierdzenie, że ktoś jest atrakcyjny. Natychmiast pojawiał się następny etap: wyobrażenie spotkania, ocena szans, analiza gestów, pytanie o to, jak szybko obcy człowiek dałby się przekonać do wyjścia, jak zareagowałby na dotyk i w którym momencie pojawiłaby się w jego oczach świadomość, że Ruben przestał traktować całą sytuację jak flirt. Czasami łapał się na tym, że obserwuje szyje mężczyzn bez najmniejszego zainteresowania ich twarzami. Widział pulsujące tętnice, cienkie zmarszczki skóry, ślady po goleniu, pieprzyki i miejsca, w których kołnierzyk ocierał naskórek. Świat zaczynał dzielić mu się na ludzi niewidocznych oraz mężczyzn posiadających szyje, co jeszcze niedawno uznałby za wyjątkowo mało wyrafinowane kryterium doboru towarzystwa.

Najgorsze przychodziło późnym popołudniem, kiedy Rubbyboobie budziło się do swojej skromnej wersji życia nocnego. Ruben stawał przy oknie i patrzył na drogę prowadzącą do centrum, czując narastające napięcie. Mógł pojechać wszędzie. Pieniądze pozwalały mu znaleźć się jeszcze tego samego wieczoru w klubie oddalonym o setki kilometrów, wynająć apartament, sprowadzić ludzi, zorganizować przyjęcie albo kupić sobie samotność w dowolnie luksusowej formie. Paradoksalnie nie chciał żadnej z tych rzeczy. Potrzebował ulicy, przypadku i niepewności. Potrzebował zobaczyć człowieka, który jeszcze o nim nie wiedział, a następnie sprawić, żeby wszystko w jego wieczorze zaczęło dotyczyć Rubena. Im dłużej próbował się powstrzymywać, tym bardziej obsesja nabierała rytualnego charakteru. Ubierał się, rozbierał, zmieniał koszulę, wybierał pierścienie, poprawiał włosy, po czym siadał i obiecywał sobie, że zostanie w domu. Pół godziny później stał już przy samochodzie, z kluczykami w dłoni i poczuciem ulgi tak silnym, jakby sama decyzja o wyjeździe stanowiła pierwszy etap zaspokojenia głodu.

Czwartego wieczoru Rozalia zatrzymała go przy drzwiach. Miała na sobie turban ozdobiony złotymi pawiami, okulary przeciwsłoneczne mimo późnej pory i długi czerwony szlafrok, spod którego wystawały futrzane kapcie przypominające dwa zdechłe gryzonie. W jednej ręce trzymała kieliszek, w drugiej Balthazara, który zwisał jej z ramienia z cierpliwością zwierzęcia przyzwyczajonego do tego, że człowiek może być zarówno opiekunem, jak i meblem. Babka zapytała, dokąd Ruben się wybiera, a kiedy odpowiedział, że nie wie, stwierdziła, że jest to wyjątkowo kosztowny sposób planowania wieczoru. Ruben próbował ją ominąć, lecz Rozalia przesunęła się wraz z kotem i ponownie zastąpiła mu drogę, jak gdyby od czterdziestu lat ćwiczyła tę konkretną formę domowej konfrontacji. Zapytała wtedy wprost, czy zamierza kogoś znaleźć. Nie użyła słowa „mężczyzna”, ponieważ nie musiała. Ruben wzruszył ramionami i odpowiedział, że być może chce się napić, na co babka zauważyła, że w domu znajduje się tyle alkoholu, iż mogliby przez miesiąc prowadzić niewielką ambasadę, nie narażając jej pracowników na ryzyko trzeźwości.

— Nie jestem dzieckiem, babciu. Nie muszę składać ci raportów ze swojego życia ani prosić o pozwolenie za każdym razem, kiedy zamierzam wyjść z domu. Mam ochotę się przejechać, wypić drinka i być może poznać kogoś, kto nie będzie przez cały wieczór analizował moich decyzji z miną przewodniczącej komisji śledczej — oznajmił Ruben, sięgając do klamki z irytacją znacznie większą, niż wymagała tego rozmowa.

— Właśnie dlatego pytam, mój drogi. Dzieci są przynajmniej przewidywalne: chcą słodyczy, uwagi i okazjonalnie podpalić zasłonę. Dorośli mężczyźni potrafią przez trzydzieści lat udawać, że nie wiedzą, czego chcą, a następnie zniszczyć sobie życie w jeden weekend. Zresztą od przyjęcia patrzysz na ludzi inaczej i nie próbuj mnie przekonywać, że to wyłącznie kwestia twojego wyjątkowo rozwiniętego gustu. Znam cię od dnia, w którym przyszedłeś na świat, i zapewniam, że nawet jako niemowlę nie przyglądałeś się innym ludziom z taką niezdrową fascynacją.

— Zawsze patrzyłem na ludzi w ten sam sposób. Nie moja wina, że dopiero teraz zaczęłaś zwracać na to uwagę — odparł, otwierając drzwi. Rozalia tym razem nie próbowała go zatrzymać, lecz jej milczenie okazało się bardziej drażniące niż wszystkie wcześniejsze uwagi. Ruben wyszedł bez pożegnania, a kiedy znalazł się na schodach prowadzących do podjazdu, sam wiedział, że skłamał. Nie patrzył już na ludzi tak samo, nie pragnął tych samych rzeczy i coraz rzadziej potrafił sobie przypomnieć, kiedy dokładnie zwykłe pożądanie zaczęło przeobrażać się w coś, czego nie umiał nazwać bez wywoływania w sobie obrzydzenia.

Tego wieczoru znalazł pierwszego mężczyznę po dwudziestu minutach. Był nim chłopak pracujący w niewielkim hotelu przy rynku, którego Ruben widywał już wcześniej, ale nigdy nie uznał za szczególnie interesującego. Teraz wystarczyło, że zauważył go palącego papierosa przy bocznym wejściu. Chłopak miał szerokie ramiona, bardzo krótkie włosy i zmęczoną twarz, a identyfikator przypięty do kamizelki zdradzał imię Emil. Ruben zatrzymał samochód kilkadziesiąt metrów dalej i przez chwilę obserwował go w lusterku. Nie zastanawiał się, czy podejść, lecz jedynie jak rozpocząć rozmowę. To rozróżnienie było dla niego istotne, ponieważ oznaczało, że decyzja została podjęta wcześniej, w jakiejś części umysłu, do której nie miał już pełnego dostępu. Wysiadł więc z samochodu, poprawił mankiety koszuli i ruszył w stronę hotelu z tą szczególną pewnością siebie, którą przez całe życie mylił z umiejętnością panowania nad sytuacją.

Emil okazał się łatwiejszy, niż Ruben przypuszczał. Rozpoznał go, znał nazwisko Razenbergów i najwyraźniej uznał zainteresowanie bogatego wnuka Rozalii za coś pomiędzy komplementem a okazją. Rozmawiali przy wejściu, później w hotelowym barze, a po północy znaleźli się w pustym pokoju na drugim piętrze, którego Emil nie powinien był nikomu udostępniać. Ruben pamiętał jego śmiech, tanie perfumy i moment, w którym chłopak zapytał, czy zawsze dostaje to, czego chce. Pamiętał również własną odpowiedź, że prawie zawsze, choć nie potrafił później przypomnieć sobie tonu, jakim ją wypowiedział. Wspominał jeszcze pierwsze pocałunki, ciepło cudzego ciała i początkową przyjemność wynikającą z tego, że Emil zdawał się całkowicie oczarowany jego osobą. Następny wyraźny obraz pojawił się jednak dopiero kilkadziesiąt minut później, kiedy Ruben stał w łazience, mył ręce i obserwował wodę spływającą do odpływu. Była lekko różowa, a jej kolor wydał mu się dziwnie znajomy, niemal elegancki, jak gdyby ktoś rozpuścił w umywalce odrobinę drogiego kosmetyku.

Nie wiedział, dlaczego myje ręce. Spojrzał w lustro i zobaczył własną twarz, bladą, spokojną i zaskakująco przytomną. Na szyi miał zadrapanie, koszula była źle zapięta, a jeden z pierścieni zniknął. Ruben wyszedł z łazienki i znalazł Emila leżącego na łóżku. Początkowo uznał, że chłopak śpi. Dopiero gdy podszedł bliżej, zauważył nienaturalną pozycję jego głowy oraz ciemny ślad biegnący od szyi ku poduszce. Dotknął ramienia Emila, który poruszył się i jęknął, więc Ruben poczuł ulgę, choć była ona słabsza, niż powinna. Znacznie silniejsze okazało się inne uczucie: głęboki spokój, ten sam, którego doświadczył po spotkaniu z Markiem. Głód zniknął całkowicie, pozostawiając po sobie przyjemną pustkę przypominającą stan, w którym człowiek budzi się po wielogodzinnym śnie i przez kilka pierwszych sekund nie pamięta o istnieniu własnych problemów.

Ruben usiadł na brzegu łóżka i próbował odtworzyć brakujące minuty. Pamiętał pocałunek, choć nie pamiętał, żeby sprawił mu przyjemność. Pamiętał dłonie Emila na swoich plecach, potem szyję, zapach skóry i nagły przypływ złości, kiedy chłopak odsunął go od siebie. Dalej była pustka. Nie czarna, dramatyczna dziura w pamięci, lecz coś znacznie bardziej banalnego, jak usunięty fragment nagrania, którego brak zauważa się dopiero podczas próby odtworzenia całej historii. Ruben wiedział, że coś się wydarzyło, ponieważ widział rezultat, ale umysł odmawiał dostarczenia obrazu. Przesunął językiem po zębach i poczuł ból dziąsła. Natychmiast przestał, ponieważ przez krótką chwilę miał wrażenie, że pod jego palcami i językiem znajduje się coś, czego wcześniej tam nie było. Nie zamierzał jednak sprawdzać tego dokładniej, szczególnie teraz, kiedy Emil zaczął poruszać się niespokojnie i najwyraźniej odzyskiwał przytomność.

Chłopak obudził się po kilku minutach i zachowywał się jak człowiek, który nie potrafi zdecydować, czy bardziej się boi, czy wstydzi. Zapytał Rubena, co zrobił, potem sam dotknął szyi i zobaczył krew na palcach. Ruben powiedział, że prawdopodobnie za mocno go ugryzł. Brzmiało to idiotycznie, ale w kontekście nocy, alkoholu i ich wcześniejszej bliskości było wystarczająco wiarygodne, by przez kilka sekund obaj mogli udawać, że w to wierzą. Emil zaczął jednak mówić o czymś innym. Powiedział, że Ruben przez chwilę wyglądał dziwnie, że jego oczy były jakby cudze, po czym urwał, najwyraźniej zawstydzony własnym opisem.

— Co to znaczy, że moje oczy były dziwne? — zapytał Ruben, próbując zachować spokojny ton, choć poczuł nagły ucisk w żołądku. — Jeśli zamierzasz mi powiedzieć, że jestem pieprzonym wampirem, uprzedzam, że babcia będzie zachwycona. Od lat twierdzi, że w naszej rodzinie brakuje kogoś z prawdziwą osobowością.

— Przestań sobie robić jaja! — Emil podniósł głos i odsunął się gwałtownie, kiedy Ruben spróbował zbliżyć się do łóżka. — Nie wiem, co się z tobą działo, ale przez chwilę wyglądałeś, jakbyś w ogóle mnie nie poznawał. Patrzyłeś na mnie, a ja miałem wrażenie, że zaraz mnie zabijesz. Nie chcę wiedzieć, co brałeś ani jakie masz problemy. Po prostu wypierdalaj z mojego pokoju i nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj.

Ruben przyglądał mu się przez kilka sekund, próbując ustalić, czy chłopak mówi prawdę, czy jedynie dramatyzuje, ponieważ nie potrafi pogodzić się z nieprzyjemnym zakończeniem spontanicznej przygody. Dawniej uznałby podobną reakcję za przejaw niedojrzałości i wyszedł bez szczególnego zainteresowania cudzymi emocjami. Tym razem jednak słowa Emila pozostawiły w nim niepokojący ślad, przede wszystkim dlatego, że nie potrafił zaprzeczyć żadnemu z wypowiedzianych oskarżeń. Zebrał swoje rzeczy, zapiął koszulę i opuścił pokój bez protestu, czując dziwną ulgę, że chłopak nie próbował go zatrzymać ani domagać się wyjaśnień, których Ruben i tak nie byłby w stanie udzielić.

Na korytarzu znalazł swój pierścień leżący przy ścianie kilka metrów od pokoju. Nie pamiętał, żeby tam był. Podniósł go i przez moment stał nieruchomo, próbując zrozumieć, dlaczego znalazł się tak daleko od drzwi. Na wykładzinie zauważył również niewielką kroplę krwi, a kilka kroków dalej następną. Ślady prowadziły w stronę schodów, choć Emil przez cały czas znajdował się w pokoju. Ruben ruszył za nimi i dotarł do końca korytarza, gdzie krew nagle się urywała, jak gdyby ktoś starannie usunął dalszą część śladów. Przez wysokie okno widział pustą ulicę i czarną bryłę kościoła świętego Bartłomieja, którego wieża górowała nad okolicznymi kamienicami niczym ponury pomnik miejscowego poczucia winy. Przed wejściem stała pojedyncza postać, której Ruben początkowo nie rozpoznał. Dopiero kiedy mężczyzna uniósł dłoń do ust, a w ciemności rozbłysła niewielka pomarańczowa iskra, zrozumiał, że przygląda się księdzu Gabrielowi palącemu papierosa na kościelnych schodach.

Ruben przez chwilę obserwował go z góry, zastanawiając się, czy duchowni mogą palić, po czym uznał własne pytanie za absurdalne wobec faktu, że sam właśnie próbował ustalić, czy ugryzł człowieka do krwi. Gabriel podniósł głowę, jakby poczuł na sobie spojrzenie. Dzieliła ich ulica, dwa piętra i mokra szyba, a mimo to Ruben miał pewność, że ksiądz patrzy dokładnie na niego. Tym razem nie odwrócił wzroku ani nie próbował uciekać przed dziwnym uczuciem, które towarzyszyło mu już podczas ich pierwszego spotkania. Stał przy oknie, obserwując nieruchomą sylwetkę duchownego, dopóki Gabriel nie zgasił papierosa o kamienny stopień i nie wszedł do kościoła. Dopiero wtedy Ruben zorientował się, że od kilku minut zaciska palce na znalezionym pierścieniu tak mocno, iż jego krawędź pozostawiła na dłoni bolesny ślad.

Nazajutrz Emil nie pojawił się w pracy. Ruben dowiedział się o tym przypadkiem, choć w rzeczywistości od rana szukał informacji, które pozwoliłyby mu sprawdzić, czy chłopak jest cały. Zadzwonił do hotelu pod pretekstem zgubionego portfela i podczas krótkiej rozmowy usłyszał, jak recepcjonistka mówi komuś w tle, że Emil trafił do szpitala. Ruben poczuł ukłucie niepokoju, które natychmiast zaczął racjonalizować. Mógł przecież przesadzić, chłopak mógł źle zareagować na alkohol, rana mogła wymagać szycia, a cały incydent niekoniecznie musiał oznaczać coś więcej niż wyjątkowo nieudane zakończenie przygodnego spotkania. Wszystko miało swoje normalne wyjaśnienie, a Ruben przez całe życie był otoczony ludźmi zarabiającymi bardzo dobre pieniądze na produkowaniu normalnych wyjaśnień dla nienormalnych wydarzeń. Tym razem jednak nawet perspektywa uruchomienia całej kancelarii prawnej babki nie przynosiła mu szczególnej ulgi, ponieważ coraz wyraźniej rozumiał, że największy problem nie dotyczy tego, co zrobił Emilowi, lecz tego, że nie potrafił już przypomnieć sobie własnego zachowania.

Wieczorem znalazł następnego mężczyznę, choć nie planował tego, przynajmniej tak później próbował sobie tłumaczyć własne postępowanie. Pojechał do restauracji, zamówił kolację i przez dwadzieścia minut siedział sam, usiłując przekonać się, że potrafi spędzić zwyczajny wieczór bez angażowania przypadkowych ludzi w swoje coraz bardziej niepokojące potrzeby. Kiedy jednak do lokalu wszedł wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, Ruben poczuł znajome napięcie, choć przecież zaledwie poprzedniej nocy głód został zaspokojony. To było nowe i znacznie bardziej przerażające niż wszystko, czego dotychczas doświadczył. Wcześniej potrzebował kilku dni, czasem tygodnia, zanim ponownie zaczynał odczuwać przymus znalezienia kolejnego mężczyzny. Teraz spokój trwał mniej niż dobę, a jego gwałtowne ustępowanie przypominało działanie lekarstwa, na które organizm stopniowo przestawał reagować.

Nieznajomy nazywał się Tobias i pracował jako fotograf. Ruben zauważył aparat przewieszony przez jego ramię i wykorzystał go jako pretekst do rozmowy, pytając, czy mężczyzna zamierza fotografować jedzenie, czy jedynie udokumentować katastrofalny gust właściciela restauracji. Tobias okazał się bardziej ostrożny niż Emil, co początkowo jedynie zwiększało zainteresowanie Rubena. Nie reagował natychmiast na flirt, zadawał pytania, kilka razy zmieniał temat, a gdy Ruben zaproponował drinka, odmówił, wyjaśniając, że przyszedł tutaj przede wszystkim zjeść kolację i nie zamierza kończyć wieczoru w towarzystwie przypadkowego nieznajomego. Dawniej w takim momencie Ruben uznałby grę za ciekawszą i rozpoczął kolejny etap uwodzenia, oparty na cierpliwości, obserwacji i umiejętnym podsycaniu cudzej ciekawości. Teraz jednak odmowa wywołała w nim coś nieprzyjemnego. Poczuł gniew, szybki i całkowicie nieproporcjonalny do sytuacji, jakby obcy człowiek właśnie naruszył regułę, której nikt nigdy mu nie przedstawił, a której przestrzegania Ruben uważał za absolutnie oczywiste.

Podążył za Tobiasem, kiedy ten wyszedł z restauracji. Nie próbował nawet wmówić sobie, że robi to przypadkiem. Szedł kilkadziesiąt metrów za nim przez mokre uliczki Rubbyboobie, obserwując ruch ramion i jasny fragment karku widoczny ponad kołnierzem skórzanej kurtki. Po kilku minutach Tobias odwrócił się i zauważył go. Zapytał, czy Ruben go śledzi, na co ten odpowiedział, że chciał jeszcze porozmawiać, ale sam usłyszał w swoim głosie fałsz. Tobias powiedział, żeby dał mu spokój, po czym odwrócił się i ruszył dalej, najwyraźniej uznając sprawę za zakończoną. Ruben powinien był zrobić to samo. Powinien wrócić do samochodu, pojechać do domu i spróbować zrozumieć, dlaczego odmowa człowieka, którego poznał zaledwie kilkadziesiąt minut wcześniej, wywołuje w nim pragnienie tak gwałtowne, że niemal bolesne. Zamiast tego przyspieszył kroku, czując, jak znajome napięcie narasta z każdym metrem dzielącym go od oddalającego się mężczyzny.

Tobias ponownie odwrócił się i tym razem Ruben zobaczył w jego twarzy pierwszy cień lęku. Wystarczyło to, by głód gwałtownie wzrósł. Nie było już restauracji, ulicy, rozsądku ani konsekwencji. Był tylko mężczyzna, jego przyspieszony oddech i niewytłumaczalne przekonanie, że Ruben musi się do niego zbliżyć. Wyciągnął rękę i chwycił go za kurtkę, lecz Tobias zareagował szybciej, niż mógł się spodziewać. Uderzył go pięścią w twarz z siłą, która natychmiast przywróciła Rubenowi świadomość. Ból rozszedł się po policzku i nosie, a przez moment świat zawirował mu przed oczami. Puścił mężczyznę, odruchowo cofając się o krok, jakby dopiero teraz zrozumiał, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. Tobias nie czekał na kolejną próbę kontaktu. Odwrócił się i uciekł, pozostawiając Rubena samego pod latarnią, z krwią spływającą z nosa i dłonią wciąż wyciągniętą przed siebie.

Stał tak przez kilka minut, nie próbując nawet wytrzeć krwi. Po raz pierwszy dotarło do niego, że nie chodzi już o seks, zabawę ani ekstrawagancję. Nie chodziło nawet o mężczyzn w takim znaczeniu, w jakim dotychczas rozumiał własne zainteresowania. Gdyby chodziło wyłącznie o nich, odmowa powinna kończyć sprawę albo przynajmniej zmieniać jej charakter. Tymczasem działała na niego jak zapach, którego nie potrafił zignorować, wywołując fizyczną reakcję silniejszą niż rozsądek czy instynkt samozachowawczy. Ruben wrócił do samochodu i zamknął drzwi, czując, że ręce drżą mu w sposób, którego nie potrafił opanować. Spojrzał na siebie w lusterku, dostrzegając krew spływającą z nosa ku ustom. Otarł ją palcem, przyjrzał się czerwonej smudze i przez chwilę miał absurdalną ochotę jej spróbować. Cofnął dłoń tak gwałtownie, jakby należała do kogoś innego, po czym oparł czoło o kierownicę i próbował uspokoić oddech. Nie pamiętał później, ile czasu spędził w samochodzie ani kiedy dokładnie zdecydował się wrócić do domu.

Następnego ranka w Rubbyboobie zniknął młody mężczyzna, choć nie był nim Tobias. Ruben sprawdził to natychmiast po usłyszeniu wiadomości, nie potrafiąc rozstrzygnąć, czy poczuł ulgę, czy rozczarowanie. Zaginiony nazywał się Lukas Wendt, miał dwadzieścia dziewięć lat i ostatni raz widziano go przed barem niedaleko rynku. Ruben znał jego twarz. Widział go kilka razy, być może nawet kiedyś z nim rozmawiał, ale nie pamiętał kiedy ani w jakich okolicznościach. Miasteczko zareagowało na zaginięcie w charakterystyczny dla siebie sposób: zanim policja zdążyła opublikować komunikat, fryzjerka wiedziała już, że Lukas miał długi, piekarz twierdził, że uciekł z kochankiem, a dwie kobiety z rady parafialnej były przekonane, że sprawa ma związek z sektą działającą w piwnicy dawnej pralni. Rubbyboobie nie znosiło pustki informacyjnej i wypełniało ją natychmiast kłamstwami, plotkami i historiami tak niedorzecznymi, że nawet miejscowa policja nie nadążała z ich prostowaniem.

Ruben próbował przypomnieć sobie poprzednią noc. Tobias uderzył go około jedenastej, potem wrócił do samochodu, a on pamiętał jeszcze siedzenie za kierownicą, krew pod nosem i radio grające zbyt głośno. Następne wspomnienie pochodziło z godziny trzeciej nad ranem, kiedy obudził się we własnym łóżku, w ubraniu i z nieprzyjemnym bólem głowy. Nie pamiętał drogi do domu. Nie pamiętał wejścia ani tego, czy spotkał kogokolwiek po Tobiasie. Przez kilka minut siedział nieruchomo na brzegu łóżka, usiłując zmusić pamięć do odtworzenia choćby jednego obrazu z brakujących godzin. Zamiast wspomnień pojawiały się jedynie pojedyncze wrażenia: chłodne powietrze, zapach mokrej ziemi i coś przypominającego szelest materiału przesuwanego po skórzanej tapicerce samochodu. Nie wiedział, czy były to rzeczywiste ślady minionej nocy, czy jedynie przypadkowe obrazy produkowane przez umysł, który coraz gorzej radził sobie z odróżnianiem wspomnień od wyobrażeń.

Poszedł do garażu. Samochód stał tam, gdzie zwykle, z idealnie czystą karoserią i lekko uchylonym oknem po stronie kierowcy. Na pierwszy rzut oka nic się nie zmieniło, lecz gdy Ruben otworzył drzwi, poczuł zapach mokrej ziemi, zupełnie niepasujący do eleganckiego wnętrza pojazdu. Na dywaniku pasażera leżały zaschnięte liście, a na siedzeniu znajdowała się cienka srebrna bransoletka. Ruben podniósł ją ostrożnie, przyglądając się drobnym ogniwom i niewielkiemu zapięciu. Nie należała do niego. Nie przypominał sobie również, żeby widział ją u Tobiasa, choć w obecnych okolicznościach własnej pamięci ufał mniej więcej tak samo jak obietnicom burmistrza dotyczącym przyszłorocznego budżetu. Przez chwilę zastanawiał się, czy powinien zadzwonić do któregoś ze znajomych i zapytać, czy poprzedniego wieczoru nie spotkali go przypadkiem w mieście, lecz sama perspektywa konieczności tłumaczenia, dlaczego nie pamięta kilku godzin własnego życia, wydała mu się niemożliwa do zniesienia.

Balthazar siedział na masce samochodu. Ruben nie usłyszał, kiedy kot wszedł do garażu, choć zwykle rozpoznawał jego obecność po charakterystycznym stukocie pazurów o kamienną posadzkę. Sfinks patrzył na bransoletkę, a potem na niego, z tą samą nieznośną intensywnością, która od kilku dni doprowadzała Rubena do szału. Poczuł przypływ złości tak gwałtowny, że niemal krzyknął na zwierzę, lecz powstrzymała go absurdalność sytuacji. Zamiast tego zapytał kota, czego właściwie chce, a Balthazar, jak gdyby doskonale zrozumiał pytanie, zeskoczył z maski, przeszedł kilka kroków i zatrzymał się przy tylnej części samochodu. Ruben obserwował go z rosnącą niechęcią, dopóki zwierzę nie uniosło przedniej łapy i nie zaczęło drapać pazurami w klapę bagażnika.

Przez kilka sekund Ruben nie potrafił się poruszyć. Wiedział, że to niedorzeczne, podobnie jak niedorzeczna była myśl, że bezwłosy kot jego babki może posiadać jakąkolwiek wiedzę dotyczącą wydarzeń, których sam Ruben nie pamiętał. Wiedział również, że w bagażniku nie powinno znajdować się nic, czego nie kojarzyłby z poprzedniego dnia. Mimo to serce zaczęło mu walić tak mocno, że słyszał puls we własnych uszach. Podszedł do samochodu, nacisnął przycisk i cofnął się odruchowo, kiedy klapa uniosła się do góry. Przez ułamek sekundy spodziewał się zobaczyć ciało człowieka, co samo w sobie wydało mu się myślą tak przerażającą, że przez chwilę nie potrafił oddychać. W środku nie było jednak nikogo. Bagażnik pozostawał niemal pusty, jeśli nie liczyć koca, pudełka z narzędziami, dwóch butelek wody i papierowej torby, której wcześniej nie widział.

Ruben wypuścił powietrze i dopiero wtedy zrozumiał, że przez cały czas je wstrzymywał. Sięgnął po torbę, zajrzał do środka i znalazł białe pudełko leków bez nazwy producenta, oznaczone wyłącznie numerem wydrukowanym czarną farbą na niewielkiej etykiecie. Pod opakowaniem znajdowała się karta pacjenta, wykonana z grubego papieru i opatrzona pieczątką, której treść była częściowo rozmazana. Ruben wyciągnął ją ostrożnie, a kiedy przeczytał nazwisko, poczuł nagły chłód rozchodzący się od karku aż po dłonie. Na karcie widniały dane Lukasa Wendta, mężczyzny, którego zaginięciem od rana żyło całe Rubbyboobie. Przez chwilę wpatrywał się w dokument, jakby spodziewał się, że litery zmienią kolejność i utworzą jakieś zupełnie inne nazwisko. W końcu upuścił torbę, a pudełko leków wypadło z niej na kamienną posadzkę i potoczyło się kilka centymetrów w stronę Balthazara.

Kot pochylił się nad opakowaniem, obwąchał je, a następnie gwałtownie syknął, wyginając grzbiet w sposób, który przy jego bezwłosym ciele wyglądał szczególnie groteskowo. Ruben nigdy wcześniej nie widział, żeby Balthazar reagował w ten sposób na cokolwiek poza odkurzaczem i pewnym niemieckim bankierem, którego Rozalia zaprosiła kiedyś na kolację. Tym razem jednak zwierzę nie poprzestało na wyrażeniu dezaprobaty. Cofnęło się gwałtownie, wydało z siebie niski, gardłowy dźwięk i uciekło z garażu, pozostawiając Rubena samego z dokumentem, którego obecność w samochodzie mogła mieć znacznie poważniejsze konsekwencje niż wszystkie jego dotychczasowe wybryki razem wzięte. Ruben przez dłuższą chwilę stał nieruchomo, po czym podniósł pudełko i ponownie przyjrzał się numerowi na etykiecie, nie mając jeszcze pojęcia, że ten sam numer został zapisany wiele lat wcześniej w miejscu, którego istnienia nawet nie podejrzewał.

Tego samego dnia, kilka kilometrów dalej, siostra Salome siedziała przy metalowym biurku w archiwum zakładu świętej Hildegardy. Pomieszczenie nie miało okien, a światło jarzeniówek nadawało jej twarzy kolor starego wosku. Habit był idealnie czarny, rękawy zapięte pod samymi nadgarstkami, a biały welon otaczał twarz z geometryczną dokładnością, która mogłaby wzbudzić uznanie nawet najbardziej wymagającego przedsiębiorcy pogrzebowego. Salome miała pięćdziesiąt kilka lat, choć ludzie pytani o jej wiek zwykle podawali liczby bardzo od siebie odległe. Nie była piękna ani brzydka. Jej twarz posiadała tę szczególną właściwość, że po kilku minutach rozmowy człowiek pamiętał głównie oczy, nieruchome i nieprzyjemnie uważne, jak gdyby zakonnica przez cały czas próbowała ustalić, ile informacji rozmówca zamierza przed nią ukryć.

Na biurku leżał otwarty zeszyt, oprawiony w ciemną skórę i noszący wyraźne ślady wieloletniego użytkowania. Salome nie pisała w nim codziennie. Wpisy pojawiały się wyłącznie wtedy, kiedy działo się coś wartego odnotowania, co w zakładzie świętej Hildegardy niekoniecznie oznaczało wydarzenie szczególnie przyjemne albo zgodne z obowiązującymi procedurami medycznymi. Niektóre nazwiska zostały zapisane wiele lat wcześniej, inne niedawno. Przy części znajdowały się daty, numery preparatów i krótkie uwagi dotyczące stanu zdrowia pacjentów. Przy innych widniał jedynie krzyżyk, którego znaczenia nie wyjaśniała żadna legenda ani adnotacja. Salome przesunęła palcem w dół strony, zatrzymując się kolejno przy nazwiskach Daniela Krügera, Marka Hoffa, Emila Schäfera i Lukasa Wendta. Przy tym ostatnim pozostała dłużej, jak gdyby próbowała sobie przypomnieć szczegół, którego wcześniej nie uznała za dostatecznie istotny, żeby go zapisać.

Otworzyła szufladę i wyjęła fotografię przedstawiającą grupę dzieci siedzących w ogrodzie. Zdjęcie było stare, lekko wyblakłe, z datą sprzed kilkunastu lat, a papier zdążył pożółknąć na krawędziach. Salome nie przyglądała się całej grupie. Interesował ją wyłącznie chłopiec siedzący na samym środku, zbyt blady, z czarnymi włosami opadającymi na czoło i dłońmi złożonymi grzecznie na kolanach. Ruben wyglądał wówczas na dziecko wyjątkowo spokojne, niemal nieśmiałe, choć zakonnica doskonale pamiętała, że pozory w jego przypadku bywały równie mylące jak późniejsze zapewnienia lekarzy o całkowitym bezpieczeństwie prowadzonych eksperymentów. Obok niego siedział drugi chłopiec, nieco starszy, z poważną twarzą i spojrzeniem skierowanym poza obiektyw. Salome przez moment przyglądała się jego rysom, po czym zamknęła zeszyt, jakby obawiała się, że samo wspomnienie tamtych wydarzeń może doprowadzić do uruchomienia mechanizmu, który przez wiele lat pozostawał uśpiony.

Wstała od biurka i podeszła do metalowej szafy stojącej pod ścianą. Z jej wnętrza wyjęła niewielką butelkę z przezroczystym płynem oraz opakowanie tabletek oznaczone numerem RB-13. Przez chwilę obracała je w dłoniach, jakby ważyła nie lek, lecz wspomnienie, którego wolałaby nie posiadać. Etykieta była prosta, niemal ascetyczna, pozbawiona nazwy producenta i jakichkolwiek informacji, które mogłyby zdradzić przeznaczenie preparatu osobie nieposiadającej odpowiedniego dostępu do dokumentacji. Salome znała jednak ten numer doskonale. Widziała go już wielokrotnie, przede wszystkim w latach, o których personel zakładu świętej Hildegardy nauczył się nie rozmawiać nawet podczas najbardziej dyskretnych spotkań. Schowała fotografię do kieszeni habitu, odłożyła zeszyt do zamykanej szuflady i zgasiła światło, pozostawiając archiwum w ciemności, która przez wiele lat skutecznie chroniła jego zawartość przed ciekawością ludzi z zewnątrz.

Na korytarzu świętej Hildegardy panowała cisza, przerywana jedynie odległymi odgłosami dochodzącymi zza zamkniętych drzwi. W jednym z pokojów ktoś płakał, dalej ktoś śmiał się monotonnie, a z piwnicy dobiegał regularny metaliczny stukot, którego personel nauczył się nie komentować. Salome przeszła obok dyżurki, minęła pielęgniarkę zajętą wypełnianiem dokumentacji i zatrzymała się dopiero przy wysokim oknie wychodzącym na wzgórze. W oddali, ponad dachami Rubbyboobie, dostrzegała czarne wieżyczki domu Razenbergów. Przez chwilę przyglądała się budynkowi, który nawet z tej odległości wyglądał jak coś, co powinno zostać porzucone przez rozsądnych ludzi na długo przed ukończeniem budowy. Wyjęła telefon i wybrała numer, którego nie używała od wielu lat, czekając cierpliwie, aż po drugiej stronie odezwie się męski głos.

Nie przedstawiła się, ponieważ nie było takiej potrzeby. Powiedziała spokojnie, że wszystko zaczęło się wcześniej, niż przewidywali, a pierwsze objawy są znacznie silniejsze niż poprzednim razem. Rozmówca natychmiast zapytał o Rubena, na co Salome spojrzała na fotografię trzymaną w dłoni i odpowiedziała, że chłopak poluje już niemal każdej nocy, traci pamięć, a odstępy między atakami gwałtownie się skracają. Nie próbowała ukrywać niepokoju, choć jej głos pozostawał rzeczowy i chłodny, jak przystało na osobę od lat przyzwyczajoną do przedstawiania najbardziej makabrycznych wydarzeń w formie zwięzłych raportów medycznych. Po krótkiej ciszy dodała jeszcze coś, czego nie zapisała w zeszycie: kot znowu reaguje, co oznaczało, że problem prawdopodobnie wykracza już poza granice, które dotychczas udawało im się kontrolować.

Mężczyzna po drugiej stronie długo milczał. Salome słuchała jego oddechu, patrząc na dom na wzgórzu, aż w końcu usłyszała pytanie, którego najwyraźniej się spodziewała. Zamknęła oczy i przez chwilę zaciskała palce na różańcu wiszącym przy pasie, choć jej ruch nie przypominał modlitwy. Kiedy odpowiedziała, głos miała równie spokojny jak wcześniej, lecz nie pozostał w nim nawet ślad zwyczajowej powściągliwości. Powiedziała, że nie ma już sensu czekać i że należy sprowadzić Borysa do Rubbyboobie, zanim Ruben zabije kogoś naprawdę. Po zakończeniu rozmowy jeszcze przez kilka minut stała przy oknie, przyglądając się czarnym wieżyczkom domu Razenbergów. W końcu schowała telefon do kieszeni habitu i ruszyła w stronę schodów prowadzących do podziemi, gdzie metaliczny stukot stawał się coraz głośniejszy, a powietrze pachniało środkami dezynfekcyjnymi i wilgotnym betonem. Wiedziała, że od tej chwili nie będą już mogli udawać, iż wydarzenia sprzed kilkunastu lat zakończyły się wraz z zamknięciem ostatniej dokumentacji medycznej.

Borys

Rozalia organizowała przyjęcia z częstotliwością, która w każdym innym domu świadczyłaby o alkoholizmie, samotności albo działalności gospodarczej, lecz u niej uchodziła za cechę charakteru. Nie potrzebowała urodzin, rocznicy ani święta, ponieważ uważała, że okazja jest ograniczeniem narzuconym ludziom pozbawionym wyobraźni, a życie towarzyskie wymagające uzasadnienia nie zasługuje na szczególną uwagę. Tym razem zaproszenia rozesłano z powodu nadejścia pierwszego jesiennego chłodu. Na kremowych kartonikach wydrukowano informację, że pani Razenberg zaprasza na uroczyste pożegnanie lata, które „jak większość rzeczy młodych, pięknych i nieodpowiedzialnych okazało się krótsze, niż obiecywało”. Gości poproszono o stroje żałobne, ale bez przesady, ponieważ przesadę Rozalia zastrzegała wyłącznie dla siebie. Zamówiła czarne kwiaty, srebrne girlandy, kilkaset świec oraz tort, którego wykonania odmówiły już dwie cukiernie, najwyraźniej nieprzygotowane na współpracę z kobietą oczekującą od wyrobów cukierniczych zarówno walorów smakowych, jak i wyraźnego stosunku do przemijania.

Ruben przez dwa dni próbował przekonać babkę, żeby odwołała przyjęcie. Nie chodziło o ludzi, hałas ani nawet ryzyko kolejnego incydentu, chociaż perspektywa spędzenia kilku godzin w pomieszczeniu wypełnionym mężczyznami o odsłoniętych szyjach nie wydawała mu się szczególnie rozsądna. Od znalezienia pudełka należącego do Lukasa Wendta niemal nie wychodził z domu. Zadzwonił anonimowo do szpitala, później na policję, a w końcu do znajomego pracującego w urzędzie i dowiedział się jedynie, że Lukas nadal jest poszukiwany. Pudełko leków schował w swojej sypialni, kartę pacjenta zamknął w sejfie, a srebrną bransoletkę przez kilka godzin nosił w kieszeni, zanim jej obecność zaczęła doprowadzać go do obłędu. W końcu wyrzucił ją do stawu za domem, przekonany, że pozbycie się przedmiotu przyniesie mu przynajmniej chwilową ulgę. Następnego ranka znalazł jednak Balthazara siedzącego na parapecie z mokrą bransoletką między łapami. Kot musiał wyciągnąć ją z wody albo znaleźć w trzcinach, co Ruben uznał za mało prawdopodobne, choć wszystkie inne wyjaśnienia były znacznie gorsze. Przez kilka minut przyglądał się zwierzęciu, rozważając nawet, czy nie powinien zabrać go do weterynarza, lecz ostatecznie doszedł do wniosku, że człowiek, który od kilku dni podejrzewa własnego kota o prowadzenie prywatnego śledztwa, prawdopodobnie sam potrzebuje pomocy specjalisty.

Przestał ufać własnej pamięci. Każde przebudzenie rozpoczynał od sprawdzania ubrania, dłoni, telefonu i samochodu, jak gdyby noc była odrębnym fragmentem jego życia, którego zawartość należało codziennie poddawać kontroli. Fotografował licznik kilometrów przed snem, zostawiał buty ustawione równolegle przy łóżku, a nawet raz zamknął drzwi sypialni od środka i położył klucz pod poduszką. Obudził się rano z kluczem nadal na miejscu, lecz okno było otwarte, choć pamiętał, że poprzedniego wieczoru dokładnie sprawdzał zasuwę. Rozalia obserwowała jego rosnącą nerwowość bez komentarza, chociaż Ruben kilkakrotnie zauważył, że babka rozmawia przez telefon w drugim końcu domu i milknie natychmiast, kiedy go widzi. Nie pytał. W ich rodzinie pytania zadawano dopiero wtedy, gdy człowiek był pewien, że rzeczywiście chce poznać odpowiedź, a Ruben coraz częściej podejrzewał, że nie jest jeszcze gotowy na żadną z nich.

Najdziwniejsze było jednak to, że strach nie zlikwidował głodu. Ruben mógł przez godzinę siedzieć z kartą zaginionego człowieka przed sobą i obiecywać sobie, że już nigdy nie wyjdzie nocą sam, a następnie zobaczyć przez okno ogrodnika zdejmującego koszulę po pracy i natychmiast poczuć znajome napięcie. Jego ciało nie uczestniczyło w moralnych postanowieniach. Rozum informował, że sytuacja staje się niebezpieczna, podczas gdy coś znacznie starszego i prostszego odpowiadało, że niebezpieczeństwo nie ma znaczenia, dopóki istnieją mężczyźni. Ruben zaczynał rozumieć, dlaczego nałogowcy mówią o substancji jak o osobie. Obsesja również miała charakter. Była cierpliwa, manipulująca, znała wszystkie jego słabości i nieustannie podsuwała mu argumenty, które jeszcze kilka tygodni wcześniej uznałby za niedorzeczne. Najgorsze, że potrafiła posługiwać się jego własnym głosem. Kiedy obiecywał sobie, że więcej nikogo nie skrzywdzi, natychmiast pojawiała się myśl, że przecież nie zamierza nikogo krzywdzić, a zwykłe wyjście z domu nie może być przestępstwem. Dopiero później uświadamiał sobie, że podobne rozumowanie towarzyszyło niemal wszystkim jego ostatnim spotkaniom, a ich zakończenia trudno było uznać za szczególnie pomyślne.

Wieczorem przyjęcia zamknął się w sypialni i postanowił nie schodzić. Z dołu dochodziły muzyka, śmiech oraz dźwięk tłuczonego szkła, który w domu Razenbergów nie oznaczał niczego szczególnego. Ruben siedział na łóżku z Balthazarem u boku i czytał etykietę pudełka znalezionego w samochodzie. RB-13. Żadnej nazwy producenta, żadnej informacji o przeznaczeniu preparatu ani zrozumiałego opisu składu, jedynie szereg oznaczeń chemicznych, które równie dobrze mogłyby stanowić przepis na lekarstwo, jak i instrukcję produkcji czegoś, czego człowiek przy zdrowych zmysłach nie powinien wprowadzać do własnego organizmu. Na odwrocie znajdowała się naklejka zakładu świętej Hildegardy. Ruben znał ten budynek. W Rubbyboobie wszyscy go znali. Stał kilka kilometrów za miasteczkiem, za wysokim murem porośniętym bluszczem, i od dziesięcioleci funkcjonował jednocześnie jako szpital psychiatryczny, dom opieki i niewyczerpane źródło lokalnych legend. Dzieci opowiadały, że w jego piwnicach trzyma się ludzi bez twarzy, dorośli zapewniali, że podobne historie są zwykłymi głupstwami, po czym sami omijali drogę prowadzącą obok zakładu po zmroku. Ruben nigdy szczególnie nie interesował się świętą Hildegardą. Dotychczas uważał ją za miejsce, do którego trafiają ludzie niemający wystarczająco dużo pieniędzy, żeby przeżywać własne załamania nerwowe w prywatnych klinikach położonych nad Morzem Śródziemnym.

Balthazar nagle podniósł głowę. Zeskoczył z łóżka i podszedł do drzwi, po czym zaczął drapać w drewno z gwałtownością, której zwykle nie przejawiał nawet wówczas, gdy służba spóźniała się z podaniem śniadania. Ruben początkowo go zignorował, lecz kiedy zwierzę zaczęło wydawać z siebie krótkie, niecierpliwe dźwięki, wstał i otworzył drzwi. Sfinks wybiegł na korytarz, minął schody i ruszył w dół. Ruben zawołał go, ale kot nawet się nie obejrzał. Przez chwilę rozważał powrót do sypialni, zamknięcie drzwi i pozostawienie babce odpowiedzialności za jej wyjątkowo osobliwego pupila, jednak ciekawość zwyciężyła nad ostrożnością. Schował pudełko do szuflady, zamknął ją na klucz i poszedł za zwierzęciem, mając przy tym coraz bardziej irytujące poczucie, że po raz kolejny w ciągu ostatnich dni pozwala kierować swoim życiem stworzeniu, które większość wolnego czasu spędza na wylizywaniu własnego odbytu.

Na dole zgromadziło się ponad sto osób ubranych głównie na czarno. Rozalia stała na środku salonu w sukni z ogromnym srebrnym kołnierzem przypominającym konstrukcję architektoniczną i tłumaczyła burmistrzowi, że jego żona wygląda jak zasłona pogrzebowa, co w jej ustach miało być komplementem. Wokół unosił się zapach kadzidła, ponieważ babka zamiast zwyczajnych świec zamówiła kościelne trybularze i kazała służbie chodzić z nimi między gośćmi, wywołując u członków rady parafialnej mieszaninę zachwytu, zgorszenia i trudnej do ukrycia zazdrości. Przy fortepianie siedziała kobieta w czarnym welonie, której nikt nie znał, i grała melodie tak powolne, że każda zdawała się umierać przed zakończeniem. Nad schodami wisiała ogromna fotografia Rozalii z młodości, ozdobiona czarną wstęgą, choć sama bohaterka zdjęcia stała pod nią żywa, zdrowa i wyraźnie zadowolona z pomysłu. Zapytana przez jedną z wdów, czy dekoracja nie wydaje jej się odrobinę przedwczesna, odpowiedziała, że woli osobiście dopilnować własnych uroczystości żałobnych, ponieważ po śmierci nie będzie już mogła poprawić kwiatów ani wyrzucić gości, których nie lubi.

Ruben zauważył Balthazara między nogami gości. Kot nie zatrzymywał się przy nikim. Przeszedł przez salon, minął otwarte drzwi biblioteki i skierował się do oranżerii. Ruben ruszył za nim, odpowiadając półsłówkami ludziom próbującym go zatrzymać. Kilku mężczyzn przyciągnęło jego wzrok niemal automatycznie. Zauważył młodego muzyka, kelnera o ciemnej skórze, chłopaka stojącego przy kominku i kogoś wysokiego w czerwonej marynarce, która wyglądała na tak kosztowną, że jej właściciel najwyraźniej nie miał już pieniędzy na przyzwoitą koszulę. Za każdym razem pojawiał się krótki impuls, szybka ocena i znajome pragnienie podejścia. Ruben rejestrował je teraz z niepokojem. Obsesja działała nawet wtedy, kiedy próbował śledzić kota, a jego ciało z uporem godnym lepszej sprawy reagowało na mężczyzn, których jeszcze kilka dni wcześniej nie uznałby nawet za interesujących.

Balthazar zatrzymał się dopiero w oranżerii. Ruben wszedł za nim i natychmiast przypomniał sobie Daniela. Kamienny stół został dokładnie umyty, uszkodzoną donicę wymieniono, a mimo to wciąż widział miejsce, w którym leżał tamtej nocy mężczyzna, z rozdartą koszulą i dwiema niewielkimi ranami na szyi. Różowe reflektory z poprzedniego przyjęcia zastąpiono świecami ustawionymi między roślinami. W ich świetle oranżeria wyglądała bardziej jak kaplica niż ogród, a ciężki zapach wilgotnej ziemi mieszał się z wonią wosku i egzotycznych kwiatów. Ruben zatrzymał się przy wejściu, czując przez moment nieprzyjemny ucisk w żołądku. Wystarczyło kilka sekund, żeby wspomnienie krwi powróciło z intensywnością, której nie potrafił opanować. Odwrócił wzrok od kamiennego stołu i dopiero wtedy zauważył mężczyznę stojącego przy jednym z wysokich okien.

Najpierw zobaczył jego plecy, potem profil. Nieznajomy był wysoki, lecz nie tak szczupły jak Ruben. Miał ciemne włosy, nieco za długie nad karkiem, szerokie ramiona i twarz, której nie dało się określić jako klasycznie pięknej, choć natychmiast przyciągała uwagę. Nos był odrobinę zbyt mocny, brwi ciemne, usta szerokie, a w spojrzeniu znajdował się rodzaj spokojnej koncentracji, który Ruben znał z ludzi bardzo pewnych siebie albo bardzo zmęczonych. Mężczyzna miał na sobie prosty czarny garnitur bez krawata. Nie trzymał kieliszka, nie palił i nie wyglądał również, jakby szczególnie chciał znajdować się na przyjęciu. Stał nieruchomo, obserwując ogród za zaparowaną szybą, z dłonią opartą o kamienny parapet, i sprawiał wrażenie człowieka, który nie potrzebuje towarzystwa, żeby czuć się dobrze we własnej skórze. Ruben uznał tę cechę za irytującą, zanim jeszcze zdążył wymienić z nim pierwsze słowo.

Balthazar podszedł do nieznajomego, a Ruben zatrzymał się kilka kroków dalej, przekonany, że za chwilę będzie świadkiem kolejnego aktu bezinteresownej nienawiści ze strony rodzinnego pupila. Kot, który gryzł lekarza, syczał na burmistrza, nienawidził dzieci i raz przez trzy godziny siedział na szafie, ponieważ Rozalia zaprosiła do domu weterynarza, otarł się jednak o nogę obcego człowieka z czułością, której nie okazywał nawet własnej misce. Mężczyzna spojrzał w dół, przykucnął i wyciągnął rękę. Balthazar powąchał jego palce, a następnie pozwolił się pogłaskać, unosząc łeb i przymykając oczy z wyrazem rozkoszy graniczącym z obscenicznością. Ruben poczuł irracjonalną zazdrość, tak nieproporcjonalną do sytuacji, że przez chwilę miał ochotę oskarżyć kota o zdradę rodziny i pozbawić go prawa do dziedziczenia.

Nieznajomy podniósł wzrok. Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa, a Ruben czekał na reakcję, którą znał aż za dobrze: krótkie zainteresowanie, ponowne spojrzenie, próbę dyskretnej oceny, czasem nieco zbyt długo utrzymujący się uśmiech. Nie nastąpiła. Mężczyzna przyglądał mu się spokojnie, niemal badawczo, jakby to Ruben był elementem pomieszczenia, którego funkcję próbował zrozumieć. Nie wyglądał na onieśmielonego, zachwyconego ani szczególnie zainteresowanego jego urodą. Ruben, który przez większą część życia przywykł do tego, że pojawienie się w pomieszczeniu wywołuje przynajmniej kilka reakcji natury estetycznej, uznał tę obojętność za wyjątkowo nieuprzejmą.

— Widzę, że poznał pan jedynego mieszkańca tego domu, który nie ma pojęcia o dobrych manierach — odezwał się, podchodząc bliżej i wskazując na Balthazara. — Proszę się nie przywiązywać. Zazwyczaj kończy znajomości, zanim zdążą się na dobre rozpocząć, i nie ma w zwyczaju informować o swoich zamiarach. Zna go pan?

— Nie — odpowiedział mężczyzna, prostując się i przyglądając kotu, który natychmiast otarł się o jego nogę po raz drugi. — Chociaż mam wrażenie, że on pamięta mnie znacznie lepiej niż ty.

Ruben znieruchomiał. Nieznajomy wypowiedział te słowa z taką naturalnością, jak gdyby nawiązywał do spotkania sprzed kilku dni, o którym obaj powinni doskonale pamiętać. Nie było w jego głosie ani prowokacji, ani ironii, które pozwoliłyby Rubenowi potraktować uwagę jako zwyczajny żart. Przez moment zastanawiał się, czy przypadkiem nie spędził z tym człowiekiem jednej z nocy, które zdążył już wykreślić z pamięci, ale nie potrafił przypomnieć sobie ani twarzy, ani głosu.

— Przepraszam, czy my się znamy? — zapytał, próbując nadać pytaniu odpowiednio lekki ton. — Jeśli tak, uprzedzam, że moja pamięć bywa wyjątkowo wybiórcza. Szczególnie w sprawach, które wiążą się z alkoholem, nieodpowiednimi decyzjami i ludźmi spotykanymi po północy.

— Nie wiem, czy „znamy” jest właściwym słowem — odpowiedział nieznajomy, podnosząc Balthazara z podłogi. Kot, ku absolutnemu zdumieniu Rubena, pozwolił wziąć się na ręce i ułożył przednie łapy na ramieniu mężczyzny. — Powiedzmy, że mieliśmy już okazję znaleźć się w tym samym miejscu. Tylko ty najwyraźniej nie wszystko pamiętasz.

— To zaczyna brzmieć jak wyjątkowo pretensjonalna próba flirtu. Wolałbym, żebyśmy przeszli do konkretów, zanim zdążę stracić zainteresowanie. Jak pan się nazywa?

— Borys.

Nazwisko nie padło. Ruben odczekał kilka sekund, a kiedy zrozumiał, że jego rozmówca nie zamierza uzupełnić prezentacji, przedstawił się, choć było oczywiste, że Borys doskonale wie, kim jest. Wskazał na dom, przyjęcie i absurdalny tłum zgromadzony w salonie, zauważając, że trudno znaleźć się w posiadłości Rozalii Razenberg przypadkiem, ponieważ babka kontroluje listę gości z dokładnością właściwą służbom granicznym państwa ogarniętego paranoją. Borys zgodził się z nim, po czym stwierdził, że przypadki są zwykle nazwą nadawaną wydarzeniom przez ludzi, którzy nie znają ich przyczyny. Ruben uznał tę uwagę za pretensjonalną, lecz zamiast odejść, poczuł większe zainteresowanie. Nieznajomy najwyraźniej nie zamierzał poddawać się konwencjom, według których Ruben od lat organizował własne życie towarzyskie, a Balthazar, nadal spoczywający na jego ramieniu, sprawiał wrażenie wyjątkowo zadowolonego z tej zmiany układu sił.

Przez następne kilkanaście minut Ruben próbował robić to, co robił zawsze. Zadawał pytania, obserwował reakcje, przesuwał granice i starannie dobierał momenty, w których rozmowa mogłaby przestać przypominać uprzejmą wymianę zdań między dwoma nieznajomymi. Borys odpowiadał spokojnie, lecz prawie nigdy w sposób, którego Ruben oczekiwał. Nie mówił wiele o sobie. Przyjechał niedawno, mieszkał tymczasowo w Rubbyboobie i znał Rozalię, choć nie wyjaśnił skąd. Nie miał żony ani dziewczyny, a kiedy Ruben zapytał o chłopaka, spojrzał na niego z czymś, co mogło być rozbawieniem, i zauważył, że Ruben zwykle dochodzi do tego pytania znacznie szybciej. Wnuk Rozalii poczuł chłód na karku. Coraz wyraźniej odnosił wrażenie, że uczestniczy w rozmowie, której reguły zna wyłącznie jego rozmówca, a on sam został sprowadzony do roli wyjątkowo przewidywalnego uczestnika eksperymentu.

— Skąd możesz wiedzieć, jak zwykle prowadzę rozmowy? — zapytał w końcu, rezygnując z udawania, że uwagi Borysa nie wywołują w nim najmniejszego niepokoju. — Obserwujesz mnie od jakiegoś czasu czy po prostu należysz do tych mężczyzn, którzy po pięciu minutach znajomości są przekonani, że potrafią przeprowadzić kompletną analizę osobowości człowieka?

— Nie trzeba szczególnie długo obserwować kogoś, kto patrzy na innych jak na menu. Od wejścia do oranżerii zdążyłeś kilka razy ocenić, czy jestem zainteresowany, zastanowić się, jak mnie stąd wyprowadzić, i dojść do wniosku, że moja obojętność jest osobistą zniewagą. Nie jestem psychologiem, Rubenie. Po prostu nie masz tak nieprzeniknionej twarzy, jak najwyraźniej sądzisz.

— A ty zawsze jesteś tak arogancki czy wyłącznie wtedy, kiedy ktoś próbuje z tobą normalnie porozmawiać? Przyznaję, że nie spotkałem jeszcze człowieka, który potrafiłby zamienić kilka uprzejmych pytań w coś przypominającego przesłuchanie, nie mając przy tym nawet odrobiny wdzięku.

— Tylko wtedy, kiedy ktoś próbuje mnie uwieść metodą przypominającą przesłuchanie. Zresztą możesz przestać udawać. Od chwili, kiedy tu wszedłeś, cztery razy dotknąłeś pierścienia na środkowym palcu, dwa razy spojrzałeś mi na usta i siedem razy na szyję. Gdybyś poświęcił równie dużo uwagi temu, co mówię, być może rzeczywiście moglibyśmy normalnie porozmawiać.

Ruben przestał się uśmiechać. Nikt wcześniej nie opisał mu jego własnego polowania z taką precyzją, a już na pewno nikt nie zrobił tego tonem człowieka komentującego pogodę. Przyglądał się Borysowi, próbując zrozumieć, czy powinien odczuwać złość, zainteresowanie, czy może zwykłe zakłopotanie wynikające z odkrycia, że jego starannie wypracowane techniki uwodzenia nie są szczególnie oryginalne. Borys tymczasem odstawił Balthazara na podłogę, lecz kot nie wrócił do Rubena. Usiadł przy nodze nieznajomego i zaczął z rozkoszą drapać się za uchem, najwyraźniej całkowicie usatysfakcjonowany dotychczasowym przebiegiem znajomości.

Ruben poczuł gniew. Był niewielki, niemal dziecinny, ale szybko połączył się z pożądaniem i ciekawością, tworząc mieszankę, której nie potrafił już odróżnić od znajomego głodu. Chciał odzyskać kontrolę nad rozmową. Podszedł bliżej, świadomie naruszając przestrzeń Borysa, i zapytał, czy obserwował go przez cały wieczór. Borys odpowiedział, że wystarczyło kilka minut. Ruben znalazł się teraz tak blisko, że mógł poczuć zapach jego skóry, dyskretnych perfum i czegoś jeszcze, czego nie potrafił natychmiast rozpoznać. Głód uderzył z całą siłą. Dostrzegł odsłonięty fragment szyi, spokojny puls pod skórą i miejsce, w którym kołnierz czarnej koszuli przylegał do obojczyka. Przez moment wszystko inne straciło znaczenie, a Borys przestał być człowiekiem prowadzącym irytująco inteligentną rozmowę i stał się jedynie źródłem ciepła, zapachu oraz rytmicznego uderzania krwi.

Wyciągnął rękę i dotknął Borysa przy karku. Gest mógł jeszcze uchodzić za flirt, chociaż Ruben doskonale wiedział, że jego intencje zaczynają niebezpiecznie odbiegać od zwykłego zainteresowania. Przesunął kciukiem po skórze i poczuł pod palcem puls, zaskakująco wolny i równomierny. Borys się nie odsunął. Ruben przybliżył twarz, czując znajome napięcie w szczękach i suchość w ustach. Wystarczyłoby kilka centymetrów, jedno gwałtowne pochylenie głowy i mógłby przekonać się, czy tym razem również utraci pamięć, czy może wreszcie zdoła zrozumieć, co właściwie dzieje się z jego ciałem.

— Jeśli chcesz mnie ugryźć, powinieneś przynajmniej wiedzieć dlaczego — powiedział cicho Borys, nawet nie próbując uwolnić się z jego uścisku.

Ruben zamarł. Przez kilka sekund nie był w stanie odpowiedzieć, ponieważ zdanie wypowiedziane przez nieznajomego trafiło dokładnie w tę część jego świadomości, którą od wielu dni bezskutecznie próbował zagłuszyć. Odsunął rękę i cofnął się o krok, przyglądając się Borysowi z mieszaniną niedowierzania i narastającego gniewu. Tamten patrzył na niego bez strachu. Nie było w jego twarzy nawet zdziwienia, co okazało się najbardziej nieznośne. Daniel się bał, Marek się bał, Tobias uciekł, a Emil patrzył na Rubena jak na kogoś niebezpiecznego, z kim nie powinien był nigdy zostawać sam na sam. Borys zachowywał się tak, jakby wszystko już widział, zrozumiał i nie uważał za szczególnie interesujące, a jego opanowanie sprawiało, że Ruben po raz pierwszy zaczął naprawdę obawiać się nie tyle własnego głodu, ile możliwości, że istnieją ludzie, którzy wiedzą o nim znacznie więcej niż on sam.

— Kto ci powiedział? — zapytał w końcu, czując, że jego głos brzmi ostrzej, niż zamierzał. — Rozalia? Lekarz? Czy może w tym pieprzonym miasteczku wszyscy zdążyli już przeanalizować moje życie, a ja jako jedyny nie otrzymałem zaproszenia na zebranie?

— Naprawdę sądzisz, że nikt nie zauważył? — odpowiedział Borys, przyglądając mu się z uwagą, w której nie było ani odrobiny złośliwości. — Że możesz wychodzić nocami, wracać z rozciętą twarzą, tracić pamięć i zostawiać za sobą ludzi, którzy następnego dnia trafiają do szpitala, a wszyscy wokół uznają to za zwyczajny przejaw twojej ekscentryczności? Pieniądze twojej babki mogą kupić bardzo wiele rzeczy, Rubenie, ale nie sprawią, że rzeczywistość przestanie istnieć.

Ruben chciał odpowiedzieć, lecz nie zdążył. Do oranżerii weszła Rozalia z kieliszkiem szampana, wachlarzem z czarnych piór i miną kobiety, która od kilku minut obserwowała coś niezwykle interesującego i właśnie uznała, że nadszedł odpowiedni moment, by zepsuć wszystkim zabawę. Na widok Borysa nie okazała najmniejszego zaskoczenia. Przywitała go po imieniu, obdarzyła spojrzeniem, które Ruben uznał za podejrzanie poufałe, i natychmiast zwróciła uwagę, że jej oranżeria nie jest miejscem przeznaczonym do prowadzenia prywatnych przesłuchań, szczególnie podczas przyjęcia, za którego organizację zapłaciła kwotę wystarczającą na utrzymanie niewielkiego szpitala psychiatrycznego przez cały miesiąc.

— Widzę, że panowie już się poznali. Jak cudownie. Zaczynałam podejrzewać, że będę musiała zorganizować wam osobne spotkanie, a nie znoszę pełnić funkcji swatki. Ostatni mężczyzna, któremu znalazłam odpowiedniego partnera, próbował mnie później pozwać, ponieważ nie uprzedziłam go o wyjątkowo nieprzyjemnym charakterze przyszłego małżonka. Zupełnie nie rozumiem, czego się spodziewał. Przecież właśnie dlatego uznałam, że będą do siebie idealnie pasować.

— Skąd znasz Borysa? — zapytał Ruben, spoglądając na babkę z podejrzliwością, której nawet nie próbował ukrywać. — I dlaczego mam wrażenie, że jestem tutaj jedynym człowiekiem, który nie wie, co się właściwie dzieje?

— W moim wieku człowiek zna mnóstwo ludzi, których nie powinien, a zapomina dokładnie tych, których należałoby pamiętać. Zapewniam cię, że pewnego dnia również docenisz tę umiejętność, szczególnie jeśli zamierzasz nadal prowadzić życie towarzyskie z taką intensywnością. Poza tym nie muszę ci się tłumaczyć z każdej znajomości. Jestem twoją babką, nie sekretarką.

Borys nie skomentował tej odpowiedzi. Ruben zauważył jednak krótkie spojrzenie wymienione między nim a Rozalią, wystarczająco szybkie, by mogło umknąć komuś mniej zainteresowanemu, lecz zarazem na tyle wymowne, że natychmiast poczuł kolejną falę irytacji. Znali się lepiej, niż chcieli przyznać, a Rozalia, która zazwyczaj z rozkoszą opowiadała o swoich dawnych znajomościach, tym razem najwyraźniej nie zamierzała zdradzić ani jednego interesującego szczegółu.

Zaproponowała, żeby wrócili do salonu, ponieważ za chwilę miała zamiar podpalić tort. Ruben zapytał, dlaczego tort trzeba podpalać, na co babka odpowiedziała, że świece są banalne, a poza tym cukiernik okazał się tchórzem i odmówił przygotowania czegoś dostatecznie widowiskowego. Borys uśmiechnął się po raz pierwszy. Ruben patrzył na ten uśmiech dłużej, niż zamierzał, zaskoczony nagłą zmianą wyrazu jego twarzy. Dopiero teraz zauważył, że Borys wygląda zupełnie inaczej, kiedy się uśmiecha. Spokój, który jeszcze przed chwilą odbierał jako osobistą prowokację, ustąpił miejsca czemuś cieplejszemu, niemal chłopięcemu, co wywołało w Rubenie zainteresowanie o charakterze znacznie bardziej skomplikowanym niż dotychczasowy głód.

W salonie zrobiło się jeszcze tłoczniej. Rozalia niemal natychmiast została porwana przez grupę gości, którzy najwyraźniej uznali, że gospodyni powinna osobiście wyjaśnić im, dlaczego tort ma zostać podpalony i czy organizatorzy przewidzieli możliwość ewakuacji. Borys natomiast stanął przy kominku, przyglądając się zgromadzonym z obojętnością człowieka, który znalazł się na wyjątkowo długim przedstawieniu i nie zamierza wychodzić przed zakończeniem, choć dawno już przestał interesować się fabułą. Ruben przez kilka minut próbował rozmawiać z innymi ludźmi, lecz nie potrafił się skupić. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie obserwował wszystkich mężczyzn w pomieszczeniu. Obserwował jednego, co samo w sobie wydawało mu się tak niepokojące, że kilkakrotnie odwracał wzrok, zmuszając się do zainteresowania rozmowami, które jeszcze tydzień wcześniej uznałby za doskonałą okazję do rozpoczęcia kolejnego polowania.

Borys rozmawiał z lekarzem, później z burmistrzem, a następnie z kobietą prowadzącą kwiaciarnię, która od piętnastu lat dostarczała Rozalii kwiaty i dzięki temu posiadała wiedzę o życiu prywatnym miejscowych elit, jakiej mogłyby jej pozazdrościć służby wywiadowcze niewielkiego państwa. Nie flirtował, nie próbował zwracać na siebie uwagi i nie wykonywał żadnych gestów, które Ruben mógłby uznać za świadomą próbę uwodzenia. Wydawał się niemal niewidoczny, a jednak wnuk gospodyni nie potrafił oderwać od niego wzroku. Zaczął analizować każdy gest: sposób trzymania kieliszka z wodą, przechylanie głowy podczas słuchania, dłonie wsuwane czasem do kieszeni oraz osobliwy zwyczaj przyglądania się rozmówcom przez kilka sekund po zakończeniu ich wypowiedzi, jak gdyby Borys potrzebował dodatkowej chwili, żeby ustalić, czy rzeczywiście powiedzieli to, co zamierzali. Kiedy mężczyzna zniknął na kilka minut w bibliotece, Ruben natychmiast poczuł niepokój. Odczekał chwilę, udając zainteresowanie rozmową z młodym muzykiem, po czym przeprosił go w połowie zdania i ruszył w stronę korytarza, zirytowany własnym zachowaniem niemal tak samo jak faktem, że nie potrafił go powstrzymać.

Znalazł Borysa przy wysokim regale z książkami. Mężczyzna wyciągnął stary album fotograficzny należący do Rozalii i przeglądał go bez pytania, jak gdyby biblioteka Razenbergów stanowiła naturalne przedłużenie jego własnego mieszkania. Ruben zatrzymał się w drzwiach, przez moment obserwując pochyloną sylwetkę i dłonie przewracające grube, pożółkłe karty. Zauważył, że Borys ogląda fotografie wyjątkowo uważnie, zatrzymując wzrok na niektórych twarzach znacznie dłużej niż na innych. Nie wyglądało to na zwykłą ciekawość człowieka, który przypadkowo znalazł rodzinny album gospodarzy. Przypominało raczej poszukiwanie konkretnego zdjęcia.

— Babcia zabija ludzi za dotykanie jej rzeczy — oznajmił Ruben, podchodząc do regału i opierając się o jego drewnianą krawędź. — Szczególnie jeśli chodzi o przedmioty, które pamiętają czasy jej pierwszego małżeństwa. Podejrzewam, że w tym albumie znajduje się przynajmniej kilka fotografii, za których publikację mogłaby zapłacić naprawdę imponujące pieniądze.

— Rozalia zabija ludzi za znacznie mniejsze przewinienia, ale jak dotąd nikt nie udowodnił jej żadnego z nich — odpowiedział Borys, nie odrywając wzroku od zdjęć. — Poza tym mam wrażenie, że twoja babka jest znacznie bardziej przywiązana do swoich wspomnień niż do przedmiotów, w których je przechowuje. Choć oczywiście nie zamierzam sprawdzać tej teorii, próbując wynieść z domu jej biżuterię.

Ruben podszedł bliżej i zajrzał mu przez ramię. Na stronach znajdowały się fotografie domu sprzed lat, przyjęcia, ogrody, samochody i twarze ludzi, których nie znał albo pamiętał jedynie z opowieści babki. Zobaczył Rozalię w ogromnym kapeluszu stojącą przed oranżerią, jej drugiego męża, którego nazwisko zdążył już zapomnieć, oraz grupę dzieci siedzących na kamiennych schodach prowadzących do ogrodu. Borys zamknął album zbyt szybko. Gest był niemal niezauważalny, ale Ruben natychmiast zrozumiał, że mężczyzna nie chce, by przyglądał się ostatniemu zdjęciu. Poczuł znajomą irytację, tym razem połączoną z ciekawością tak silną, że nawet obecność Borysa przestała na moment interesować go w sposób czysto fizyczny.

— Czego szukałeś? — zapytał, nie odsuwając się od regału. — Bo jeśli zamierzasz powiedzieć, że po prostu zainteresowała cię historia naszej rodziny, uprzedzam, że istnieją znacznie przyjemniejsze sposoby spędzania wieczoru. Babcia może opowiadać o swoich małżeństwach godzinami, a fotografie zwykle pokazuje dopiero wtedy, kiedy goście są już wystarczająco pijani, żeby nie zauważyć różnicy między pierwszym a trzecim mężem.

— Niczego nie szukałem. Zainteresował mnie album, więc go otworzyłem. Nie podejrzewałem, że obowiązuje tu specjalny regulamin korzystania z rodzinnych pamiątek.

— Kłamiesz. Zamknąłeś go natychmiast, kiedy zobaczyłeś, że stoję za tobą. Nie jestem aż tak głupi, jak najwyraźniej chciałbyś sądzić, i zaczynam mieć serdecznie dosyć ludzi, którzy zachowują się przy mnie tak, jakbym był dzieckiem przypadkowo dopuszczonym do rozmowy dorosłych.

— Ty również kłamiesz, Rubenie. Robisz to zresztą całkiem sprawnie, dopóki ktoś nie zaczyna zadawać właściwych pytań. Problem polega na tym, że ostatnio sam przestałeś wierzyć we własne odpowiedzi.

Tym razem nie było w tym gry. Przez chwilę stali naprzeciwko siebie w półmroku biblioteki, a muzyka z salonu dochodziła do nich stłumiona przez ciężkie drzwi. Ruben poczuł głód, ale znowu nie był taki sam. Chciał dotknąć Borysa, chciał go mieć, chciał zobaczyć, jak traci spokój i przestaje odpowiadać na pytania z irytującą pewnością siebie, lecz równocześnie pojawiła się zupełnie nowa potrzeba: chciał, żeby Borys został. Nie chodziło o uległość, strach ani nawet pożądanie, do którego był przyzwyczajony. Chciał przedłużyć rozmowę, poznać odpowiedzi na pytania, których jeszcze nie zdążył zadać, i przekonać się, czy pod spokojem nieznajomego kryje się coś więcej niż zwyczajna arogancja. Pragnienie to było tak niepokojące, że Ruben natychmiast spróbował je zniszczyć, wykorzystując jedyną metodę, którą znał naprawdę dobrze: prowokację.

— Jeśli przyszedłeś tutaj wyłącznie po to, żeby mnie obserwować, mogłeś przynajmniej wybrać ciekawszy pretekst. Nie przepadam za ludźmi, którzy próbują sprawiać wrażenie tajemniczych, szczególnie kiedy ich największą tajemnicą okazuje się to, że nie potrafią prowadzić normalnej rozmowy. Mógłbyś po prostu przyznać, że jestem interesujący. Zapewniam cię, że nie będę szczególnie zaskoczony.

— Nie przyszedłem dla ciebie — odpowiedział Borys, odkładając album na półkę. Spojrzał Rubenowi prosto w oczy, nie okazując najmniejszego zakłopotania, choć dzieliło ich już zaledwie kilkadziesiąt centymetrów. — I nie zamierzam przekonywać cię, że jesteś wyjątkowy, tylko dlatego, że najwyraźniej od dziecka słyszysz to od wszystkich wokół.

— W takim razie dla kogo przyszedłeś? Dla babci? Dla jej majątku? A może jesteś kolejnym człowiekiem, któremu obiecała miejsce w testamencie w zamian za odrobinę zainteresowania? Powinieneś uważać. Balthazar ma już podobno zagwarantowaną znaczną część spadku, a nie chciałbym, żebyś musiał przez resztę życia walczyć z kotem o prawo do korzystania z rodzinnej oranżerii.

Borys przez moment milczał. Jego spojrzenie przesunęło się ku drzwiom, jak gdyby usłyszał coś, czego Ruben jeszcze nie zauważył. Chwilę później do biblioteki wszedł Balthazar. Kot przeszedł przez cały pokój z powagą właściwą stworzeniom przekonanym, że każde pomieszczenie istnieje wyłącznie po to, aby zapewnić im odpowiednie warunki do odpoczynku, po czym wskoczył na kanapę i położył się obok Borysa. Ruben patrzył na niego z niedowierzaniem. Sfinks przekręcił się na bok, pozwolił mężczyźnie dotknąć brzucha, a po chwili zamknął oczy, wydając z siebie cichy pomruk zadowolenia. W normalnych okolicznościach podobny gest stanowiłby dla każdego człowieka próbującego zbliżyć się do Balthazara bezpośrednie zaproszenie do wizyty na oddziale chirurgicznym. Tym razem jednak kot wyglądał, jakby właśnie odnalazł kogoś, na kogo czekał od bardzo dawna.

Rozalia znalazła ich kilka minut później. Na widok śpiącego kota zatrzymała się w drzwiach i przez krótką chwilę jej twarz całkowicie straciła kolor. Trwało to może sekundę, lecz Ruben znał babkę wystarczająco dobrze, by zauważyć nawet najmniejsze zachwianie jej zwyczajowej pewności siebie. Kobieta natychmiast odzyskała opanowanie, poprawiła ogromny naszyjnik i zapytała, czy zamierzają spędzić całe przyjęcie w bibliotece jak dwie wdowy przeglądające testament. Ruben jednak nie przestawał jej obserwować. Rozalia patrzyła na Balthazara z niepokojem, którego nie zdołała całkowicie ukryć, a kiedy przeniosła wzrok na Borysa, w jej twarzy pojawiło się coś, co wnuk odczytał jako ostrzeżenie. Borys również zauważył tę reakcję, choć nie powiedział ani słowa. Przez moment wszyscy troje trwali w milczeniu, podczas gdy kot spał spokojnie na kanapie, najwyraźniej nieświadomy albo całkowicie obojętny wobec zamieszania, które wywołał.

Po drugiej w nocy goście zaczęli wyjeżdżać. Ruben wypił niewiele, choć czuł się bardziej pobudzony niż podczas poprzednich imprez. Kilku mężczyzn próbowało z nim flirtować. Jednego znał, drugi był dokładnie w jego typie, a trzeci dotknął go podczas rozmowy w sposób, który jeszcze tydzień wcześniej wystarczyłby, żeby natychmiast rozpoczął polowanie. Nie zrobił jednak niczego. Za każdym razem szukał wzrokiem Borysa, coraz bardziej zirytowany własnym zainteresowaniem i coraz mniej skłonny do udawania, że potrafi nad nim zapanować. Nieznajomy pojawiał się w różnych częściach salonu, rozmawiał z gośćmi, czasem znikał na kilka minut, a Ruben odnosił wrażenie, że cały wieczór zamienił się w osobliwą grę, której reguł nadal nie rozumie. Po raz pierwszy od bardzo dawna miał przed sobą człowieka, którego nie potrafił uwieść, zastraszyć ani nawet skutecznie sprowokować, a każda kolejna nieudana próba wzbudzenia zainteresowania tylko pogłębiała jego obsesję.

W końcu zobaczył Borysa przy wyjściu. Mężczyzna zakładał płaszcz, rozmawiając półgłosem z jednym z lokajów, który pomagał mu odnaleźć rękawiczki. Ruben podszedł szybciej, niż zamierzał, i zapytał, dokąd idzie. Pytanie zabrzmiało bardziej desperacko, niż chciał, co natychmiast go zirytowało.

— Do domu — odpowiedział Borys, zapinając płaszcz z irytującym spokojem. — Zakładam, że nawet w tym domu obowiązuje jakaś godzina, po której goście mają prawo wrócić do własnego życia. Chociaż przyznaję, że twoja babka najwyraźniej uważa podobne ograniczenia za przejaw moralnego upadku.

— Mogę cię odwieźć. Mam samochód i zapewniam, że prowadzenie go po dwóch kieliszkach szampana nie stanowi dla mnie szczególnego wyzwania. Poza tym Rubbyboobie po drugiej w nocy wygląda jak dekoracja pozostawiona po przedstawieniu, którego nikt nie chciał oglądać. Szkoda byłoby, gdybyś musiał samodzielnie poznawać wszystkie jego uroki.

— Dziękuję, ale nie potrzebuję podwózki. Zresztą mam wrażenie, że od kilku godzin próbujesz znaleźć pretekst, żebyśmy znaleźli się sami, i nie chciałbym utwierdzać cię w przekonaniu, że wystarczy dostatecznie długo nalegać, żeby każdy człowiek w końcu zmienił zdanie.

— W takim razie możemy pojechać gdzieś na drinka. Znam kilka miejsc, których właściciele nadal tolerują moją obecność, chociaż przyznaję, że lista systematycznie się skraca. Obiecuję nawet, że przez pierwsze pół godziny nie będę zadawał pytań dotyczących twojego życia prywatnego.

— Nie, Rubenie. Nie dlatego, że mam coś przeciwko twojemu towarzystwu, ale dlatego, że najwyraźniej jesteś przyzwyczajony do ludzi, którzy mówią „tak”, zanim zdążą zrozumieć pytanie. Chciałbym, żebyś przynajmniej raz przekonał się, że odmowa nie jest początkiem negocjacji.

Ruben poczuł narastającą irytację. Chciał powiedzieć coś złośliwego, coś wystarczająco brutalnego, żeby zniszczyć ten nieznośny spokój i przywrócić rozmowie znajomy charakter. Zanim jednak zdążył otworzyć usta, Borys pochylił się ku niemu. Przez sekundę ich twarze znalazły się bardzo blisko. Ruben poczuł ciepło jego oddechu i natychmiastowe napięcie całego ciała, a wszystkie przygotowane wcześniej uwagi nagle straciły znaczenie. Nieznajomy patrzył mu prosto w oczy, z tą samą spokojną koncentracją, którą Ruben zauważył podczas ich pierwszego spotkania, lecz tym razem w jego spojrzeniu pojawiło się coś jeszcze, coś przypominającego współczucie albo ostrzeżenie.

— Powinieneś przestać szukać mężczyzn podobnych do siebie — powiedział cicho Borys, nie odsuwając się od razu.

— Podobnych do kogo? — zapytał Ruben, czując nagły chłód na karku. Nie był pewien, czy dobrze zrozumiał zdanie, czy może Borys ponownie próbuje sprowokować go do rozmowy, której znaczenie stanie się jasne dopiero później.

— Do ciebie samego.

Potem wyszedł. Ruben został w holu, obserwując zamykające się drzwi i próbując zrozumieć, dlaczego kilka zwyczajnych słów zdołało wywołać w nim większy niepokój niż wszystkie wydarzenia ostatnich dni. Przez kilka minut nie ruszał się z miejsca. Nie chodziło nawet o treść zdania, lecz o pewność, z jaką zostało wypowiedziane. Borys najwyraźniej wiedział coś, czego nie zamierzał mu wyjaśnić, a świadomość ta zaczynała doprowadzać Rubena do szału. Próbował przypomnieć sobie mężczyzn, których spotkał w ostatnich miesiącach. Daniel był blondynem, Marek brunetem, Emil miał bardzo krótkie włosy, Tobias był starszy. Na pierwszy rzut oka nie łączyło ich nic szczególnego, poza faktem, że wszyscy mieli nieszczęście znaleźć się w odpowiednim miejscu w chwili, kiedy Ruben odczuwał potrzebę zdobycia kolejnego człowieka.

Dopiero po kilku minutach zaczął przypominać sobie szczegóły, które wcześniej uważał za przypadkowe. Wysocy, przeważnie szczupli, z długimi dłońmi, wyraźnymi kośćmi policzkowymi i bladą skórą albo twarzami sprawiającymi takie wrażenie w nocnym świetle. Różnili się wiekiem, kolorem włosów i sposobem ubierania, a jednak im dłużej Ruben analizował ich wygląd, tym bardziej niepokojąca stawała się świadomość, że wszyscy w pewnym sensie przypominali jego samego. Nie byli identyczni. Nie chodziło o zwyczajne podobieństwo fizyczne, które można byłoby wyjaśnić określonym gustem albo utrwalonym typem urody. Łączyło ich coś trudniejszego do uchwycenia: proporcje ciała, sposób poruszania się, szczególna delikatność rysów, a przede wszystkim pewien rodzaj kruchości, który Ruben od lat dostrzegał również we własnym odbiciu. Przez moment miał wrażenie, że nie wybierał mężczyzn dlatego, że mu się podobali, lecz dlatego, że rozpoznawał w nich coś, czego nie potrafił zidentyfikować w sobie. Myśl ta wywołała nieprzyjemny chłód, rozchodzący się od karku aż po dłonie, i sprawiła, że natychmiast przypomniał sobie zamknięty zbyt szybko album w bibliotece.

Wrócił do pomieszczenia, nie zwracając uwagi na ostatnich gości żegnających się z Rozalią. Otworzył album, który wcześniej oglądał Borys, i zaczął przerzucać strony coraz szybciej, choć sam nie wiedział, czego właściwie szuka. Fotografie przedstawiały dawnych mieszkańców domu, przyjęcia organizowane przed laty, ogrody, samochody, podróże i twarze ludzi, których nazwisk nigdy nie zapamiętał. Przy końcu znalazł zdjęcie przedstawiające ogród za domem. Było stare, prawdopodobnie wykonane kilkanaście lat wcześniej. Na trawie siedziała Rozalia, znacznie młodsza, choć zaskakująco podobna do siebie obecnej. Obok niej znajdował się mały Ruben, mający może osiem lat, ubrany w jasną koszulę i krótkie spodnie, których widok wywołałby u jego dorosłej wersji natychmiastową potrzebę pozwania osoby odpowiedzialnej za dziecięcą garderobę. Na kolanach trzymał Balthazara.

Ruben znieruchomiał. Przez chwilę przyglądał się fotografii, próbując ustalić, czy nie popełnia jakiegoś absurdalnego błędu. Kot wyglądał dokładnie tak samo jak dzisiaj. Ten sam kształt głowy, ta sama ciemna plamka przy uchu i ta sama cienka blizna nad lewym okiem, której pochodzenia Rozalia nigdy nie potrafiła wyjaśnić. Ruben podniósł fotografię bliżej lampy, analizując każdy szczegół z dokładnością człowieka przekonanego, że rzeczywistość właśnie dopuściła się wyjątkowo nieuprzejmego naruszenia podstawowych zasad biologii. Zdjęcie było zbyt stare, żeby mogło przedstawiać obecnego Balthazara, chyba że kot posiadał zdolności, których nie wykazywało dotychczas żadne zwierzę znane współczesnej weterynarii. Przez moment przypomniał sobie wszystkie sytuacje, w których sfinks zachowywał się w sposób niepokojący: jego reakcję na Daniela, bransoletkę wyciągniętą ze stawu, pudełko leków znalezione w garażu oraz niezwykłą czułość okazywaną Borysowi. Nagle wszystkie te zdarzenia zaczęły układać się w historię, której zakończenia Ruben wcale nie chciał poznawać.

Zamknął album i natychmiast poszedł znaleźć babkę. Rozalia siedziała już sama w salonie i zdejmowała kolczyki przed ogromnym lustrem, podczas gdy ostatni członkowie służby zbierali kieliszki i usuwali pozostałości dekoracji. Wyglądała na zmęczoną, choć jej zmęczenie przejawiało się przede wszystkim w jeszcze bardziej bezwzględnym stosunku do wszystkich ludzi, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w pobliżu. Na widok wnuka westchnęła ciężko i oznajmiła, że jeśli przychodzi prosić o pieniądze, samochód albo radę dotyczącą kolejnego nieszczęśliwego romansu, powinien przynajmniej poczekać do śniadania. Ruben zignorował uwagę i zapytał, ile lat ma Balthazar. Rozalia spojrzała na kota śpiącego na fotelu, potem na wnuka, a przez moment wydawała się szukać odpowiedzi, której jeszcze kilka sekund wcześniej nie spodziewała się udzielać.

— Nie pamiętam, mój drogi. W moim wieku człowiek przestaje przywiązywać wagę do liczb, szczególnie jeśli dotyczą one istot, które nie muszą płacić podatków ani regularnie odwiedzać kardiologa. Dlaczego nagle interesuje cię metryka kota? Czyżby odmówił ci dzisiaj współpracy i zamierzasz oskarżyć go o dyskryminację ze względu na wiek?

— Babciu, to niemożliwe, żebyś nie pamiętała. Balthazar mieszka tutaj od lat, a ja właśnie znalazłem fotografię, na której mam osiem lat i trzymam go na kolanach. Wygląda dokładnie tak samo jak dzisiaj. Nie trochę podobnie, nie jak kot z tej samej hodowli. To jest dokładnie ten sam pieprzony kot.

— Rubenie, w moim wieku niemożliwe jest głównie pamiętanie wszystkiego. Poza tym sfinksy wyglądają podobnie, szczególnie jeśli człowiek ma wystarczająco dużo szczęścia, żeby nie musieć przyglądać się im zbyt dokładnie. Balthazar jest wyjątkowym zwierzęciem, ale zapewniam cię, że nie zamierzam tłumaczyć jego urody przy użyciu zjawisk nadprzyrodzonych. Jeszcze ktoś uznałby, że powinnam zaprosić do domu egzorcystę, a ostatni był człowiekiem wyjątkowo nudnym.

Ruben położył fotografię przed nią. Rozalia spojrzała na zdjęcie i tym razem nie zdołała całkowicie ukryć reakcji. Jej palce zatrzymały się na kolczyku, a usta lekko się rozchyliły, jakby przez moment zapomniała, że powinna natychmiast wymyślić odpowiednio złośliwy komentarz. Wzięła fotografię do ręki i długo jej się przyglądała, nie zwracając uwagi na Rubena, który stał obok z wyraźnie narastającą niecierpliwością. W końcu powiedziała, że to nie Balthazar. Ruben zapytał, jaki więc kot siedzi na jego kolanach, skoro posiada wszystkie cechy obecnego pupila, łącznie z blizną nad lewym okiem. Rozalia odpowiedziała, że fotografię zrobiono wiele lat temu, a zwierzę należało do tej samej hodowli i było matką obecnego Balthazara. Wyjaśnienie było możliwe, nawet banalne, i właśnie dlatego Ruben natychmiast poczuł ulgę, choć przez chwilę zastanawiał się, czy rzeczywiście widział na zdjęciu tę samą bliznę, czy może jego umysł ponownie próbuje dopasować rzeczywistość do własnych podejrzeń.

Rozalia oddała mu fotografię, zgasiła lampę stojącą obok fotela i oznajmiła, że jest zmęczona, a dalsze rozważania na temat genealogii zwierząt domowych uważa za równie bezcelowe jak analizowanie historii własnych małżeństw. Ruben wyszedł, zabierając zdjęcie ze sobą, i ruszył na piętro, nie zauważając, że babka nadal siedzi nieruchomo, przyglądając się zamkniętym drzwiom z wyrazem twarzy, który rzadko pozwalała sobie pokazywać komukolwiek. Dopiero kiedy upewniła się, że wnuk nie wróci, wstała z fotela, podeszła do Balthazara i uklękła obok niego, zupełnie nie przejmując się tym, że kosztowna suknia dotyka dywanu pokrytego resztkami popiołu i płatkami zwiędłych kwiatów.

Przez chwilę głaskała pomarszczoną skórę kota, dokładnie w miejscu, gdzie pod obrożą znajdowała się mała, prawie niewidoczna blizna. Potem przycisnęła czoło do głowy zwierzęcia i trwała tak długo, zupełnie nieruchomo. Balthazar otworzył oczy, lecz nie próbował się odsunąć. Przyglądał się gospodyni z niepokojącym spokojem, jakby doskonale rozumiał, że wydarzenia ostatnich dni doprowadziły ich do momentu, którego Rozalia obawiała się od wielu lat. Kobieta wyszeptała do niego kilka słów, których Ruben nie mógł już usłyszeć. Powiedziała, że miał nigdy więcej nie reagować na Borysa i że jeśli rzeczywiście go pamięta, to Salome miała rację. Kot patrzył na nią spokojnie, podczas gdy w pustym salonie dopalały się ostatnie świece, a na piętrze Ruben po raz pierwszy od wielu miesięcy leżał w łóżku bez potrzeby wyjścia na polowanie.

Nie przeglądał telefonu, nie analizował fotografii przypadkowych mężczyzn i nie próbował znaleźć kogoś, kto wypełniłby pozostałą część nocy. Zamiast tego przypominał sobie spokojny głos Borysa, jego dłonie, spojrzenie i sposób, w jaki bez najmniejszego wysiłku potrafił doprowadzić go do wściekłości, a następnie jednym zdaniem sprawić, że wszystkie pozostałe sprawy przestawały mieć znaczenie. Ruben przewracał się z boku na bok, próbując przekonać samego siebie, że jest to zwykła fascynacja człowiekiem, który odmówił mu czegoś, do czego od zawsze był przyzwyczajony. Doskonale jednak wiedział, że tym razem chodzi o coś zupełnie innego. Nie myślał o żadnym z mężczyzn, których spotkał wcześniej, i nie odczuwał potrzeby szukania kolejnego. Myślał wyłącznie o Borysie, a najbardziej niepokojące było to, że nie chciał go skrzywdzić, przestraszyć ani nawet zdobyć za wszelką cenę. Chciał, żeby wrócił, usiadł obok niego i wreszcie powiedział mu prawdę, choć nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego ta potrzeba zaczyna przerażać go bardziej niż głód, który od tygodni zamieniał jego życie w koszmar.

Różowa krew

Po spotkaniu z Borysem Ruben nie wyszedł z domu przez dwa dni. Nie wynikało to z rozsądku ani z nagłego przypływu odpowiedzialności, lecz z dezorientacji, której nie potrafił już skutecznie maskować ani przed babką, ani przed samym sobą. Przez ostatnie miesiące jego wieczory podporządkowane były prostemu porządkowi: napięcie rosło, pojawiała się potrzeba znalezienia mężczyzny, następowało polowanie, a po nim chwilowy spokój. Teraz ten mechanizm nie zniknął, lecz jakby przestał działać prawidłowo. Ruben nadal przyglądał się mężczyznom, odruchowo oceniał ich twarze, dłonie i szyje, lecz za każdym razem obraz Borysa stawał mu na przeszkodzie. Wystarczyło, że zobaczył atrakcyjnego nieznajomego, aby natychmiast przypomnieć sobie spokojne spojrzenie tamtego, jego irytującą pewność siebie i sposób, w jaki potrafił odmówić bez najmniejszego poczucia winy. Nie umiał zdecydować, czy była to fascynacja, urażona próżność, czy zupełnie nowa odmiana głodu, a najbardziej drażniło go to, że po raz pierwszy nie potrafił nazwać własnej potrzeby. Dotychczas uważał, że człowiek mający wystarczająco dużo pieniędzy powinien przynajmniej wiedzieć, czego pragnie, ponieważ całą resztę można już załatwić telefonicznie. Borys najwyraźniej postanowił zniszczyć również tę zasadę.

Rozalia zauważyła zmianę niemal natychmiast. Drugiego ranka siedziała przy stole w zielonym turbanie, z ogromnymi okularami na nosie, i udawała, że czyta gazetę, choć od kilku minut obserwowała wnuka ponad jej krawędzią. Ruben jadł niewiele, nie przeglądał telefonu i nawet nie zerkał przez okno na ogrodnika, co według niej było już zachowaniem graniczącym z chorobą. Zaniepokoiło ją szczególnie to, że odmówił drugiej filiżanki kawy i przez prawie kwadrans wpatrywał się w talerz, jak gdyby spodziewał się odnaleźć na nim odpowiedź na pytanie o sens własnej egzystencji. W końcu odłożyła gazetę, zdjęła okulary i zapytała, czy Borys okazał się tak nudny, że odebrał mu zainteresowanie całą resztą męskiej populacji.

— Nie rozmawiam z tobą o swoich obsesjach, babciu. Szczególnie kiedy dotyczą ludzi, których sama zapraszasz do domu, a później udajesz, że nie masz pojęcia, skąd się wzięli. Poza tym Borys nie jest żadną moją obsesją. Poznałem go dwa dni temu i właściwie nie wydarzyło się między nami nic, co uzasadniałoby twoje zainteresowanie — odpowiedział Ruben, sięgając po filiżankę i natychmiast odstawiając ją z powrotem.

— Właśnie dlatego wiem o twoich obsesjach znacznie więcej niż ty sam. Gdybyś od czasu do czasu o nich opowiadał, być może nie musiałabym opierać wszystkich swoich diagnoz na liczbie mężczyzn opuszczających twój pokój przed śniadaniem. A skoro już mówimy o Borysie, chciałabym zauważyć, że od jego wizyty przestałeś zachowywać się jak wyjątkowo kosztowna katastrofa obyczajowa. Nie wiem jeszcze, czy powinnam być mu wdzięczna, czy wezwać lekarza.

Ruben zapytał wtedy wprost, skąd zna Borysa. Rozalia przez chwilę mieszała kawę, choć nie miała w niej cukru, po czym oznajmiła, że zna wielu ludzi i nie każdy z nich musi należeć do jego spraw. Ruben przypomniał jej reakcję Balthazara, starą fotografię i fakt, że Borys zachowywał się w ich domu zbyt swobodnie jak na przypadkowego gościa. Wspomniał również o jego uwagach dotyczących własnego zachowania, o którym nieznajomy nie powinien mieć najmniejszego pojęcia. Babka zbyła wszystko żartem, stwierdzając, że kot od zawsze posiadał bogatsze życie towarzyskie niż większość mieszkańców Rubbyboobie, a ludzie o nieznośnie spokojnym usposobieniu mają zwyczaj sprawiać wrażenie, jakby wiedzieli coś, czego nie wiedzą pozostali. Jej twarz zesztywniała jednak na moment, kiedy Ruben zapytał, czy Borys był kiedykolwiek w zakładzie świętej Hildegardy. Rozalia natychmiast odwróciła wzrok ku gazecie, choć trzymała ją do góry nogami, i właśnie wtedy wnuk zrozumiał, że nie chodzi o zwykłą znajomość.

Przez resztę dnia próbował znaleźć Borysa. Dzwonił do kilku osób, sprawdził hotel przy rynku, pytał właściciela baru, a nawet jednego z pracowników urzędu, który znał większość mieszkańców Rubbyboobie po nazwisku i uważał tę umiejętność za wystarczający powód, aby wypowiadać się publicznie na temat ich moralności. Nikt nie potrafił udzielić mu konkretnej odpowiedzi. Borys podobno wynajmował pokój, ale nikt nie wiedział gdzie. Ktoś widział go przy kościele, ktoś inny na drodze prowadzącej do świętej Hildegardy, a jedna z kobiet pracujących w kwiaciarni twierdziła, że rozmawiał z siostrą zakonną przed apteką. Ruben zaczął podejrzewać, że Borys nie pojawił się w Rubbyboobie przypadkiem, a jego znajomość z Rozalią może mieć związek z wydarzeniami, o których babka konsekwentnie odmawiała rozmowy. Najbardziej irytowała go jednak świadomość, że od kilkunastu godzin próbuje odnaleźć człowieka, który dwukrotnie odmówił mu spotkania, a jego własne poczucie godności najwyraźniej nie zamierzało w tej sprawie interweniować.

Wieczorem wrócił głód. Przyszedł spokojniej niż wcześniej, ale był równie uporczywy, niczym wyjątkowo cierpliwy wierzyciel, który nie musi już przypominać o terminie spłaty, ponieważ doskonale wie, że dłużnik nie posiada żadnej możliwości ucieczki. Ruben próbował go zignorować, siedząc w bibliotece z książką, której przez godzinę nie przeczytał nawet do połowy. W końcu odłożył ją na stolik i podszedł do okna. Na drodze za bramą przechodziło dwóch młodych mężczyzn, śmiejąc się z czegoś i popychając ramionami. Ruben poczuł natychmiastowe napięcie. Nie znał ich, nie widział nawet dobrze ich twarzy, a jednak już próbował sobie wyobrazić, który z nich pierwszy odwróciłby głowę, gdyby zawołał, i jak szybko udałoby mu się przekonać któregoś do wejścia na teren posiadłości. Dopiero po chwili dotarło do niego, że nie pomyślał ani razu o rozmowie, pocałunku czy jakiejkolwiek formie bliskości, która nie wiązałaby się z przekroczeniem cudzych granic.

To wystarczyło, żeby się przeraził. Nie samą potrzebą, lecz jej automatyzmem, z którym coraz trudniej było mu walczyć. Jeszcze niedawno lubił uważać się za człowieka wyrachowanego, który wybiera, planuje i zdobywa, kierując się wyłącznie własnym gustem i chwilowym kaprysem. Teraz coraz częściej miał wrażenie, że wybór jest iluzją. Mężczyzna pojawiał się w zasięgu wzroku, a ciało Rubena podejmowało decyzję szybciej niż jego rozum. Gdy próbował się powstrzymać, napięcie rosło, a kiedy sobie odmawiał, stawał się rozdrażniony do tego stopnia, że nawet zwyczajne odgłosy domu zaczynały go doprowadzać do wściekłości. Cały mechanizm przypominał chorobę, choć żadna znana mu choroba nie wyglądała tak przyjemnie w momencie zaostrzenia. Najbardziej niepokojące było jednak to, że coraz rzadziej myślał o konsekwencjach swoich zachowań, a coraz częściej o chwili, w której wreszcie zdoła zaspokoić potrzebę rozrastającą się gdzieś pomiędzy żołądkiem, gardłem i szczękami.

Około jedenastej wyjechał do centrum. Powiedział sobie, że chce tylko przejechać się samochodem, ale nie uwierzył we własne wyjaśnienie nawet przez minutę. Zatrzymał się przy barze, do którego rzadko chodził właśnie dlatego, że nie znał tam wielu ludzi. W środku było ciemno, ciepło i prawie pusto, a różowy neon reklamujący alkohol rzucał na ściany światło przypominające nieudolną próbę stworzenia romantycznej atmosfery w pomieszczeniu przeznaczonym przede wszystkim do niszczenia wątroby. Ruben zamówił whisky, usiadł przy końcu baru i przez kilka minut próbował patrzeć wyłącznie na szkło stojące przed sobą. Obiecał sobie, że nie odezwie się do nikogo, nie będzie analizował cudzych twarzy ani zastanawiał się, jak wyglądałyby szyje mężczyzn siedzących przy sąsiednich stolikach. Postanowienie wytrzymało niewiele dłużej niż wszystkie poprzednie.

Mężczyznę zauważył po lewej stronie. Miał około trzydziestu lat, ciemne włosy, jasną koszulę i kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, ale Ruben natychmiast zwrócił uwagę na jego kark. Mężczyzna co jakiś czas masował szyję, jakby bolały go mięśnie, a ten prosty ruch wystarczył, żeby cała uwaga Rubena skupiła się właśnie na nim. Po kilku minutach znał już sposób, w jaki nieznajomy trzyma szklankę, jak reaguje na wiadomości w telefonie i jak często spogląda w stronę drzwi. Zauważył również, że ma starannie przycięte paznokcie, niewielką bliznę na brodzie i zmęczone oczy człowieka, który od kilku godzin marzy wyłącznie o zakończeniu dnia. Wszystkie te szczegóły powinny były pozostać obojętne, a jednak Ruben z niepokojącą łatwością zaczął układać z nich obraz kogoś, z kim mógłby spędzić resztę wieczoru.

Podszedł do nieznajomego, wykorzystując wolne miejsce przy barze jako pretekst do rozpoczęcia rozmowy. Zaczęli od pogody, później przeszli do pracy i osobliwości Rubbyboobie, które Ruben przedstawiał z właściwą sobie mieszaniną czułości i pogardy. Mężczyzna przedstawił się jako Sebastian i powiedział, że przyjechał służbowo. Pracował dla firmy farmaceutycznej, co natychmiast wzbudziło zainteresowanie Rubena, choć tym razem miało ono znacznie mniej wspólnego z wyglądem rozmówcy niż z niepokojącymi zbiegami okoliczności. Daniel również pracował w tej branży, Lukas Wendt był związany ze świętą Hildegardą, a w samochodzie Rubena znaleziono opakowanie preparatu bez nazwy producenta. Zaczynało być tych przypadków zdecydowanie zbyt wiele, nawet jak na miasteczko, którego mieszkańcy potrafili stworzyć spójną teorię spiskową na podstawie niewłaściwie zaparkowanego samochodu.

— Farmacja? Jak interesująco. Babcia twierdzi, że przemysł farmaceutyczny jest jedyną gałęzią gospodarki, która potrafi jednocześnie wyprodukować chorobę, lekarstwo i reklamę obu tych rzeczy. Oczywiście mówi to kobieta, która od trzydziestu lat przyjmuje leki przeznaczone dla ludzi o połowę młodszych i obraża się na lekarzy, jeśli próbują jej cokolwiek odstawić. Czym dokładnie się zajmujesz? — zapytał Ruben, przyglądając się Sebastianowi znad kieliszka.

— Głównie neurologią i psychiatrią. Preparaty wpływające na lęk, impulsywność, sen i niektóre zaburzenia zachowania. Nic szczególnie fascynującego, jeśli nie interesujesz się farmakologią albo nie należysz do ludzi, którzy lubią czytać ulotki leków dla rozrywki — odpowiedział Sebastian, uśmiechając się lekko.

— W takim razie być może będziesz w stanie wyjaśnić mi coś, co ostatnio wpadło mi w ręce. Słyszałeś kiedykolwiek o preparacie oznaczonym numerem RB-13? Nie znalazłem na opakowaniu żadnej nazwy handlowej ani producenta, a przyznaję, że zaczynam odczuwać osobistą niechęć do rzeczy, które nie mają odpowiednio opisanej zawartości.

Reakcja Sebastiana była natychmiastowa. Przestał się uśmiechać, odłożył szklankę i przyjrzał się Rubenowi z uwagą, która nie miała już nic wspólnego z towarzyskim zainteresowaniem. Zapytał, skąd zna ten numer i czy przypadkiem nie pomylił oznaczenia z czymś innym. Ruben odpowiedział, że znalazł pudełko, a kiedy Sebastian natychmiast chciał wiedzieć gdzie, poczuł pierwszą tego wieczoru satysfakcję wynikającą z odzyskania kontroli nad rozmową. Nie zamierzał ujawniać wszystkiego człowiekowi, którego poznał zaledwie kilka minut wcześniej, nawet jeśli jego reakcja sugerowała, że posiada informacje mogące wyjaśnić przynajmniej część wydarzeń ostatnich tygodni. Powiedział jedynie, że preparat należał do osoby związanej z zakładem świętej Hildegardy, i uważnie obserwował twarz rozmówcy.

Sebastian odsunął szklankę i przez chwilę wyglądał, jakby chciał natychmiast wstać. W końcu powiedział, że RB-13 nie jest oficjalnym lekiem i w żadnym wypadku nie powinien znajdować się poza zamkniętym programem badawczym. Ruben zapytał, jaki program ma na myśli, ale Sebastian wycofał się niemal natychmiast. Stwierdził, że powiedział już za dużo i nie powinien rozmawiać o sprawach, które nie należą do jego obowiązków. Ruben spróbował jeszcze raz, tym razem spokojniej, sugerując, że opakowanie może mieć związek z człowiekiem, który niedawno zaginął. Sebastian uniósł wzrok i zapytał o nazwisko. Kiedy usłyszał „Lukas Wendt”, jego twarz wyraźnie pobladła, a dłonie, które dotychczas spoczywały swobodnie na blacie, zacisnęły się na krawędzi szklanki.

— Powinniśmy wyjść — powiedział Sebastian, rozglądając się po barze z niepokojem, którego nie próbował już ukrywać. — Nie chcę rozmawiać o tym tutaj. Właściwie nie powinienem w ogóle o tym rozmawiać, ale skoro znalazłeś już opakowanie, muszę wiedzieć, czy masz je przy sobie. Jeśli tak, nie pokazuj go nikomu. Przynajmniej dopóki nie ustalimy, skąd się wzięło i kto mógł mieć do niego dostęp.

Ruben uznał przez moment, że Sebastian chce kontynuować rozmowę w spokojniejszym miejscu, lecz kiedy znaleźli się na parkingu, zrozumiał, że mężczyzna po prostu próbuje się go pozbyć. Sebastian oznajmił, że nie może mówić o RB-13, a jeśli Ruben posiada jakiekolwiek opakowanie preparatu, powinien je oddać albo zniszczyć. Powiedział to z taką stanowczością, że Ruben natychmiast zapragnął dowiedzieć się więcej, choć nie był już pewien, czy kieruje nim zwyczajna ciekawość, czy raczej narastająca potrzeba zrozumienia, dlaczego niemal każdy człowiek, z którym rozmawiał w ostatnich dniach, zdawał się wiedzieć o jego życiu coś, czego on sam nie potrafił sobie przypomnieć.

— Dlaczego miałbym niszczyć coś, czego przeznaczenia nawet nie znam? — zapytał Ruben, zastępując Sebastianowi drogę do samochodu. — Przyznaję, że twoje podejście do farmakologii wydaje mi się dosyć osobliwe. Najpierw informujesz mnie, że mam w rękach coś wyjątkowo interesującego, później sugerujesz, że powinienem natychmiast pozbyć się jedynego dowodu na istnienie tego preparatu. Czy tak właśnie wyglądają wszystkie wasze programy badawcze, czy po prostu trafiłem na szczególnie nieudany?

— Nie rozumiesz, o czym mówisz. Ten preparat był testowany na osobach z zaburzeniami agresji i przywiązania, ale nie chodziło o zwykłą terapię. Nie powinienem ci niczego więcej mówić i naprawdę radzę, żebyś przestał zadawać pytania, zanim zainteresują się tobą ludzie, którzy nie będą równie uprzejmi jak ja.

Sebastian odwrócił się i ruszył w stronę samochodu, wyraźnie uznając rozmowę za zakończoną. Ruben przez kilka sekund stał nieruchomo, próbując uporządkować informacje, które właśnie usłyszał. Zamknięty program badawczy, eksperymentalny preparat, zaburzenia agresji i przywiązania, zaginiony Lukas Wendt oraz zakład świętej Hildegardy. Wszystko układało się w niepokojącą całość, lecz brakowało elementu, który pozwoliłby mu zrozumieć własną rolę w tej historii. Chciał pobiec za Sebastianem i zmusić go do udzielenia odpowiedzi, ale dopiero wtedy zorientował się, że przez większą część rozmowy przyglądał się jego szyi.

Wiedza o RB-13 mieszała się z narastającym głodem. Ruben pragnął odpowiedzi, lecz jednocześnie chciał czegoś znacznie bardziej prymitywnego. Dostrzegał napięcie mięśni pod jasną koszulą Sebastiana, pulsowanie tętnicy i sposób, w jaki mężczyzna odruchowo odwracał głowę, żeby sprawdzić, czy Ruben nadal za nim idzie. Kiedy Sebastian oddalił się o kilka kroków, Ruben ruszył za nim i chwycił go za ramię. Mężczyzna odwrócił się gwałtownie i kazał mu przestać. Ruben jednak nie puścił. Sebastian próbował wyrwać rękę, a wtedy Ruben poczuł pod palcami napięcie jego mięśni, wystarczające, żeby ciekawość została niemal całkowicie wyparta przez impuls, który znał już z poprzednich ataków.

Pchnął Sebastiana w stronę ściany i po raz kolejny poczuł, że jest silniejszy, niż powinien. Mężczyzna próbował go odepchnąć, lecz Ruben przytrzymał go jedną ręką i pochylił głowę. Widział puls pod skórą, wyraźny i przyspieszający z każdym kolejnym uderzeniem serca. Sebastian zaczął przeklinać, a potem krzyknął, kiedy zrozumiał, że nie ma do czynienia z pijanym natrętem, lecz z człowiekiem, który najwyraźniej zamierza go skrzywdzić. Ruben jednak nie stracił świadomości. Nie pojawiła się żadna luka ani nagłe urwanie pamięci, które pozwoliłoby mu później tłumaczyć własne zachowanie czymś, nad czym nie miał kontroli. Dokładnie wiedział, co robi, i właśnie dlatego moment ten okazał się tak przerażający.

Dotknął ustami szyi Sebastiana. Najpierw poczuł ciepło skóry, później gwałtowne napięcie ciała, a w końcu metaliczny smak, który od tygodni nawiedzał go zarówno na jawie, jak i we śnie. Sebastian szarpnął się i krzyknął, lecz Ruben zacisnął dłoń mocniej, niezdolny do oderwania się od źródła nagłej, oszałamiającej przyjemności. Krew pojawiła się natychmiast. Przez krótką chwilę nie czuł niczego poza gwałtowną euforią rozchodzącą się po całym ciele i usuwającą napięcie narastające od ostatniego spotkania z Borysem. Świat skurczył się do ciepła, zapachu i smaku, a wszystkie pytania dotyczące świętej Hildegardy, eksperymentalnego preparatu i zaginionego człowieka przestały mieć znaczenie.

Odsunął się dopiero wtedy, gdy Sebastian zaczął tracić siły. Mężczyzna osunął się przy ścianie, przyciskając rękę do szyi i usiłując złapać oddech. Ruben stał przed nim, patrząc na własne dłonie z mieszaniną fascynacji i niedowierzania. Światło różowego neonu odbijało się od mokrego chodnika i padało na ich skórę, nadając całej scenie absurdalnie teatralny charakter. Krew na palcach Rubena nie wyglądała jednak na czerwoną. Była różowa, nienaturalnie jasna, niemal perłowa, jakby ktoś rozcieńczył ją mlekiem i dodał odrobinę barwnika, którego nie powinno być w ludzkim organizmie. Ruben przez chwilę próbował wmówić sobie, że to wyłącznie światło. Przesunął dłoń poza zasięg neonu, lecz kolor nadal wydawał się zbyt jasny, zbyt delikatny i całkowicie niepasujący do obrażeń, które przed chwilą zadał Sebastianowi.

— Nie powinieneś był tego robić — powiedział mężczyzna, unosząc głowę i przyglądając mu się z przerażeniem, które nie wynikało już wyłącznie z samego ataku. — Nie masz pojęcia, co właśnie zrobiłeś. Gdybyś wiedział, czym naprawdę jest ten preparat i dlaczego przerwaliśmy eksperyment, nigdy nie zbliżyłbyś się do mnie bez odpowiedniego zabezpieczenia.

— Jaki eksperyment? — zapytał Ruben, czując, że euforia gwałtownie ustępuje miejsca chłodowi rozchodzącemu się po plecach. — O czym ty, do cholery, mówisz? Najpierw zachowujesz się tak, jakby samo wymienienie numeru RB-13 było przestępstwem, a teraz sugerujesz, że jestem częścią czegoś, o czym nikt nie raczył mnie poinformować. Jeśli wiesz cokolwiek o tym, co się ze mną dzieje, proponuję, żebyś przestał zachowywać się jak bohater taniego thrillera i wreszcie powiedział mi prawdę.

Sebastian nie odpowiedział od razu. Oddychał ciężko, przyciskając dłoń do szyi, a Ruben zauważył, że jego spojrzenie co chwilę przesuwa się ku kieszeni kurtki. Dopiero wtedy dostrzegł wystający z niej fragment białego pudełka, którego kształt natychmiast wydał mu się znajomy. Sięgnął po opakowanie i niemal od razu rozpoznał oznaczenie wydrukowane czarną farbą na etykiecie. RB-13. Sebastian spróbował odebrać mu pudełko, lecz był zbyt osłabiony, żeby skutecznie mu przeszkodzić. Powiedział jedynie, że preparat nie jest przeznaczony dla Rubena i że nie rozumie, w co się miesza, co w obecnych okolicznościach wydało się wyjątkowo nieprzydatną informacją.

Ruben uklęknął przy nim i zapytał, czy Lukas Wendt również przyjmował RB-13. Sebastian nie odpowiedział wprost, lecz jego milczenie wystarczyło, żeby Ruben nabrał pewności, że znalazł kolejny element układanki. Zapytał więc, czym naprawdę jest preparat i dlaczego każdy człowiek posiadający jakiekolwiek informacje na jego temat zachowuje się tak, jakby samo wypowiedzenie numeru mogło doprowadzić do katastrofy. Sebastian przez chwilę przyglądał mu się z mieszaniną strachu i rezygnacji, po czym powiedział, że początkowo RB-13 miał tłumić agresję i nieprawidłowe reakcje przywiązania. Pierwsze wyniki uznano za obiecujące, lecz później program zmienił kierunek. Zamiast wyciszać emocje, zaczęto badać możliwość ich sterowania, wzmacniania określonych reakcji i wywoływania przywiązania do wybranych osób. Ruben słuchał coraz uważniej, czując, jak wcześniejsze napięcie ustępuje miejsca niepokojowi znacznie bardziej konkretnemu niż wszystko, czego doświadczał podczas ostatnich tygodni.

— Chcesz mi powiedzieć, że ktoś próbował produkować uczucia w laboratorium? — zapytał, obracając pudełko między palcami. — Przyznaję, że brzmi to jak przedsięwzięcie wymyślone przez człowieka, który wyjątkowo źle zniósł własny rozwód. Czy naprawdę nie przyszło wam do głowy, że sterowanie cudzymi emocjami może prowadzić do rezultatów, których nie da się później opanować? A przede wszystkim, co wspólnego z tym wszystkim ma święta Hildegarda?

Sebastian powiedział, że pierwsze testy prowadzono na dzieciach. To jedno zdanie wystarczyło, żeby Ruben poczuł nagły skurcz żołądka. Przez kilka sekund przyglądał się mężczyźnie, próbując ustalić, czy dobrze go zrozumiał, lecz twarz Sebastiana nie pozostawiała miejsca na szczególnie optymistyczną interpretację. Ruben zapytał, gdzie prowadzono badania, choć odpowiedź już znał. Sebastian spojrzał na niego i wymienił nazwę zakładu świętej Hildegardy, po czym przymknął oczy i osunął się nieco niżej po ścianie. Ruben sprawdził jego oddech, a kiedy zrozumiał, że mężczyzna stracił przytomność, wyciągnął telefon i zadzwonił po pogotowie. Podał dokładną lokalizację i poinformował dyspozytora o krwawiącej ranie szyi, lecz zakończył połączenie, zanim rozmowa zdążyła przybrać charakter przesłuchania.

Odszedł z parkingu, zanim ktokolwiek przyjechał, zabierając ze sobą pudełko RB-13. Tym razem nie czuł po ataku satysfakcji. Głód zniknął, ale jego miejsce zajęło coś znacznie cięższego: przekonanie, że wszystkie ostatnie wydarzenia prowadzą do jednego miejsca, a ludzie, których spotykał, nie pojawiali się w jego życiu przypadkiem. Nie wiedział jeszcze, czy to on wybierał mężczyzn, czy może ktoś od dłuższego czasu umieszczał ich na jego drodze, wykorzystując mechanizm, którego Ruben nie rozumiał. Najbardziej przerażające było jednak przypuszczenie, że zachowania, które przez całe dorosłe życie uważał za przejaw własnego charakteru, mogły być rezultatem eksperymentu przeprowadzonego na nim w dzieciństwie. Pomyślał o Borysie, jego spokojnym spojrzeniu i ostrzeżeniu dotyczącym mężczyzn podobnych do Rubena, po czym po raz pierwszy zaczął podejrzewać, że ich spotkanie zostało zaplanowane na długo przed przyjęciem Rozalii.

Kiedy wrócił do domu, babka siedziała w kuchni. Już sam ten widok był niepokojący, ponieważ Rozalia uważała kuchnię za pomieszczenie techniczne i pojawiała się tam głównie po to, żeby krytykować dekorację ciast albo przypomnieć kucharce, że jej ostatni mąż umarł na zawał, ale przynajmniej nie musiał do końca życia spożywać równie beznadziejnych sosów. Tym razem miała na sobie biały szlafrok, włosy pozostawały rozpuszczone, a przed nią stała filiżanka nietkniętej herbaty. Balthazar siedział na stole i obserwował drzwi z taką koncentracją, jakby od dłuższego czasu oczekiwał przybycia człowieka, którego pozostali domownicy woleliby nigdy więcej nie oglądać.

Ruben położył opakowanie RB-13 przed babką. Rozalia spojrzała na etykietę i znieruchomiała. Nie próbowała żartować, nie zapytała, skąd je ma, ani nie wykonała żadnego z tych gestów, którymi zwykle maskowała zaskoczenie. Wzięła pudełko do ręki i przez chwilę obracała je między palcami, jakby trzymała przedmiot, który powinien był dawno przestać istnieć. Ruben obserwował ją z narastającą wściekłością. Znał babkę wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jej milczenie oznacza coś znacznie poważniejszego niż zwyczajną niechęć do rozmowy, a fakt, że nie skomentowała nawet jego wyglądu, stanowił niemal jednoznaczne potwierdzenie, że sytuacja wymknęła się spod kontroli.

— Wiesz, co to jest? — zapytał, siadając naprzeciwko i wskazując na pudełko. — Tylko nie próbuj mi powiedzieć, że znalazłaś podobny preparat podczas jednego ze swoich wyjątkowo interesujących wyjazdów do Szwajcarii. Mam serdecznie dosyć twoich żartów, niedopowiedzeń i wszystkich ludzi, którzy zachowują się tak, jakby moje życie było częścią jakiegoś rodzinnego przedstawienia, do którego nie dostałem scenariusza.

— Wiem — odpowiedziała Rozalia, odkładając opakowanie na stół. — I właśnie dlatego chciałabym, żebyś powiedział mi, skąd je masz. Nie jest to coś, co powinno znajdować się w twoim samochodzie, sypialni ani tym bardziej w rękach przypadkowych ludzi, którzy nie mają pojęcia, do czego ten preparat służy.

— Dlaczego nigdy mi o nim nie powiedziałaś? Co właściwie ukrywasz? I nie odpowiadaj, że jestem zbyt młody, zbyt głupi albo zbyt zajęty własnym życiem, żeby interesować się historią naszej rodziny. Pytam o eksperymentalny lek związany z zaginięciem człowieka i serią dziwnych ataków, po których ludzie trafiają do szpitala. Jeśli istnieje chociaż najmniejsza możliwość, że to wszystko ma ze mną związek, chciałbym wreszcie usłyszeć prawdę.

Rozalia przez dłuższą chwilę patrzyła na pudełko, jakby spodziewała się, że odpowiednio intensywne wpatrywanie się w etykietę pozwoli jej uniknąć dalszej rozmowy. W końcu powiedziała, że nie wszystko, co wydarzyło się w dzieciństwie, trzeba pamiętać, szczególnie jeśli wspomnienia dotyczą okresu, który człowiek zdołał już w jakiś sposób przeżyć i pozostawić za sobą. Ruben poczuł złość tak gwałtowną, że przez moment miał ochotę strącić wszystkie przedmioty ze stołu. Powstrzymał się jednak, ponieważ doskonale wiedział, że podobne zachowanie jedynie dostarczyłoby babce kolejnego argumentu przemawiającego za tym, żeby nadal traktować go jak nieodpowiedzialne dziecko.

Wtedy Rozalia przestała udawać, że sytuację da się zbyć. Powiedziała, że jako dziecko Ruben przez kilka miesięcy przebywał w zakładzie świętej Hildegardy. Nie przedstawiła tego jako hospitalizacji ani leczenia, użyła po prostu słowa „pobyt”, które natychmiast wydało mu się podejrzane. Ruben próbował przypomnieć sobie budynek, lekarzy, zakonnice albo choćby zapach korytarza, lecz w pamięci nie znalazł niczego, co mógłby powiązać z opowieścią babki. Pamiętał dzieciństwo w domu na wzgórzu, ogród, niektóre przyjęcia i pojedyncze wspomnienia rodziców, ale kilka miesięcy, o których mówiła Rozalia, najwyraźniej nie pozostawiło w nim żadnego śladu. Zapytał, ile miał wtedy lat, a kiedy usłyszał, że osiem, natychmiast pomyślał o fotografii oglądanej w bibliotece i o Borysie.

— On również tam był, prawda? — zapytał, obserwując twarz babki. — Borys. Znasz go stamtąd. Dlatego tak dziwnie zachowywałaś się podczas przyjęcia, dlatego Balthazar reaguje na niego jak na człowieka, którego zna od zawsze, i dlatego wszyscy robicie z mojego dzieciństwa pieprzoną tajemnicę państwową. Kim on właściwie jest? I dlaczego nikt nie powiedział mi, że spędziłem kilka miesięcy w szpitalu psychiatrycznym?

Rozalia nie odpowiedziała od razu, lecz jej milczenie zdradziło więcej niż jakiekolwiek słowa. Ruben poczuł, że cały gniew skupia się w jednym punkcie, a wszystkie pytania, które od kilku dni bezskutecznie próbował uporządkować, nagle stały się częścią jednej historii. Zażądał prawdy. Babka powiedziała wtedy, że wysłała go do świętej Hildegardy, ponieważ po śmierci rodziców zachowywał się w sposób, którego lekarze nie potrafili wyjaśnić. Miewał napady agresji, tracił pamięć, przestawał spać i reagował na obecność niektórych ludzi z intensywnością, która przerażała opiekunów. Początkowo sądzono, że jest to reakcja na traumę, później jednak zaczęły pojawiać się objawy, których nie dało się wytłumaczyć wyłącznie doświadczeniami dziecka dotkniętego nagłą utratą rodziców.

— Chcesz mi powiedzieć, że jako ośmiolatek zachowywałem się dokładnie tak samo jak teraz? — zapytał Ruben, czując, że gniew zaczyna mieszać się z niedowierzaniem. — I że przez wszystkie te lata nie przyszło ci do głowy, żeby chociaż wspomnieć mi o tym przy śniadaniu? Rozmawialiśmy o wszystkim, babciu. O seksie, pieniądzach, twoich martwych mężach i najbardziej kompromitujących sekretach mieszkańców tego pieprzonego miasteczka, ale najwyraźniej pobyt własnego wnuka w zakładzie psychiatrycznym uznałaś za szczegół, którym nie warto zaprzątać sobie głowy.

— Nie zachowywałeś się dokładnie tak samo, Rubenie. Byłeś dzieckiem, które przeżyło coś, czego nie powinno przeżyć żadne dziecko, a ja zrobiłam to, co wówczas wydawało mi się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Lekarze zapewniali mnie, że potrafią ci pomóc. Mieli doskonałe referencje, odpowiednie wykształcenie i wszystkie te dokumenty, które sprawiają, że ludzie posiadający pieniądze zaczynają wierzyć, iż znaleźli odpowiednie rozwiązanie swoich problemów. Dopiero później zrozumiałam, że nie wszyscy byli szczególnie zainteresowani twoim wyzdrowieniem.

Ruben zapytał, czy RB-13 miał go leczyć. Rozalia przez chwilę przyglądała się pudełku, po czym odpowiedziała, że taki był początkowy zamiar. Preparat opracowywano jako środek mający ograniczać napady agresji, stabilizować emocje i zmniejszać intensywność niektórych reakcji, których lekarze nie potrafili wyjaśnić za pomocą dostępnych wówczas metod. Później jednak część zespołu zaczęła uważać, że Ruben nie jest pacjentem w zwyczajnym sensie i że jego zachowanie należy raczej badać niż usuwać. Rozalia wypowiedziała ostatnie słowa z takim obrzydzeniem, że wnuk przez chwilę niemal zapomniał o własnym gniewie. Zrozumiał, że babka, która przez całe życie potrafiła usprawiedliwić niemal każde moralnie wątpliwe przedsięwzięcie odpowiednią sumą pieniędzy, najwyraźniej zetknęła się kiedyś z czymś, czego nie była w stanie zaakceptować.

Balthazar zeskoczył ze stołu i podszedł do pudełka. Powąchał je, syknął i natychmiast cofnął się o kilka kroków, jak gdyby sam zapach preparatu wywoływał w nim wyjątkowo nieprzyjemne wspomnienia. Ruben spojrzał na babkę i zapytał, dlaczego kot reaguje w ten sposób na RB-13, skoro według jej wcześniejszych zapewnień jest zwyczajnym zwierzęciem pochodzącym z hodowli, którego największą osobliwością pozostaje wyjątkowo paskudny charakter. Rozalia odpowiedziała, że nie wie, lecz tym razem jej kłamstwo było tak słabe, że nawet nie próbowała poprzeć go kolejnym żartem. Ruben przyglądał jej się przez chwilę, a potem oznajmił, że jedzie do świętej Hildegardy i zamierza rozmawiać z każdym człowiekiem, który pamięta jego pobyt.

Rozalia natychmiast zaprotestowała. Po raz pierwszy od bardzo dawna w jej głosie pojawił się autentyczny strach, którego nie próbowała nawet ukrywać. Powiedziała, że zakład nie jest miejscem, do którego powinien wracać bez przygotowania, i że część ludzi pracujących tam dawniej nadal żyje. Ruben zapytał, czego właściwie się boi, skoro wszystko, co mu właśnie opowiedziała, dotyczy wydarzeń sprzed kilkunastu lat. Rozalia przez moment wyglądała tak, jakby zamierzała odpowiedzieć, ale wtedy Balthazar podbiegł do drzwi wejściowych i zaczął drapać drewno z gwałtownością, której nigdy wcześniej u niego nie widzieli. Ruben spojrzał na babkę, po czym ruszył w stronę holu i otworzył drzwi, spodziewając się zobaczyć kogoś stojącego na progu.

Nikogo tam nie było. Na wycieraczce leżała jednak kremowa koperta, pozbawiona adresu, znaczka i jakichkolwiek oznaczeń pozwalających zidentyfikować nadawcę. Ruben podniósł ją ostrożnie, zauważając, że papier jest gruby i zaskakująco chłodny w dotyku. W środku znajdowała się fotografia grupy dzieci stojących przed budynkiem zakładu świętej Hildegardy. Rozpoznał siebie natychmiast. Był blady, miał czarne włosy opadające na czoło i patrzył w obiektyw z powagą zupełnie niepasującą do ośmioletniego chłopca. Obok niego stał Borys, młodszy o kilkanaście lat, ale wyraźnie ten sam. Ruben poczuł, jak wszystkie wspomnienia z ostatnich dni zaczynają układać się w jedną, coraz bardziej przerażającą całość, której znaczenia nadal nie potrafił zrozumieć.

Odwrócił fotografię. Na odwrocie znajdował się krótki napis wykonany czarnym atramentem: „Próba rozpoczęta ponownie”. Ruben przez chwilę patrzył na te słowa, po czym odwrócił zdjęcie jeszcze raz i przyjrzał się twarzom dzieci. Dopiero wtedy zauważył szczegół, którego wcześniej nie dostrzegł. Wszystkie dzieci patrzyły w obiektyw, a ich twarze miały ten sam wyraz wymuszonego spokoju, który Ruben pamiętał z rodzinnych fotografii wykonywanych podczas wyjątkowo nieprzyjemnych uroczystości. Tylko Borys patrzył na niego, z uwagą tak intensywną, że nawet po kilkunastu latach wydawała się niemal namacalna. Ruben zbliżył zdjęcie do lampy, próbując odnaleźć w twarzy chłopca choćby ślad przypadku, lecz im dłużej się przyglądał, tym bardziej był przekonany, że Borys już wtedy doskonale wiedział coś, czego on sam nie potrafił sobie przypomnieć.

Zakonnica z apteczką

Zakład świętej Hildegardy znajdował się siedem kilometrów od Rubbyboobie, przy drodze, która jeszcze przed wojną prowadziła do kamieniołomu, a później najwyraźniej straciła zainteresowanie jakimkolwiek konkretnym celem. Jechało się nią przez las, mijając dwa opuszczone gospodarstwa, niewielki cmentarz i figurę Matki Boskiej pomalowaną tyle razy, że jej twarz straciła rysy i przypominała białą kulę z niebieskimi oczami. Sam zakład pojawiał się dopiero za zakrętem, ogromny i szary, otoczony wysokim murem, ponad którym widać było dachy kilku połączonych budynków. Najstarsza część przypominała klasztor, późniejsze skrzydła szpital, a dobudowany w latach siedemdziesiątych pawilon wyglądał jak szkoła zaprojektowana przez człowieka, który nie lubił dzieci. Nad głównym wejściem stała kamienna Hildegarda z rękami złożonymi na piersi i twarzą kobiety, która wiedziała o człowieku wszystko, lecz z powodów zawodowych nie mogła tego ujawnić. Budynek od dziesięcioleci budził w mieszkańcach Rubbyboobie szczególną mieszaninę lęku i fascynacji. Oficjalnie prowadzono w nim działalność leczniczą i opiekuńczą, nieoficjalnie zaś stanowił miejsce, do którego miejscowa wyobraźnia odsyłała wszystko, czego nie potrafiła wyjaśnić za pomocą alkoholu, cudzołóstwa albo interwencji proboszcza. Rozalia mawiała, że jedyną różnicą między zakładem psychiatrycznym a jej domem jest to, iż w świętej Hildegardzie przynajmniej część mieszkańców została poddana profesjonalnej diagnozie.

Ruben przyjechał przed południem, chociaż poprzedniej nocy niemal nie spał. Fotografię schował do kieszeni płaszcza, a pudełko RB-13 położył na siedzeniu pasażera, jakby obecność obu przedmiotów miała chronić go przed wmówieniem sobie, że cała sprawa jest wynikiem przemęczenia, nadmiaru alkoholu i wyjątkowo nieudanego okresu w życiu erotycznym. Rozalia próbowała rano zatrzymać go jeszcze raz, ale nie używała już zwyczajowych argumentów, które zazwyczaj sprowadzały się do przypominania wnukowi, że jest idiotą posiadającym zbyt drogi samochód. Powiedziała jedynie, że jeśli spotka siostrę Salome, powinien pamiętać, iż zakonnica nigdy nie odpowiada na pytanie, które rzeczywiście się jej zadaje. Ruben chciał dowiedzieć się, skąd babka zna jej imię, lecz Rozalia zamknęła się w łazience i poleciła pokojówce powiedzieć, że umarła. Była to jedna z jej ulubionych metod kończenia niewygodnych rozmów, stosowana zresztą z taką częstotliwością, że służba przestała reagować na podobne komunikaty jakimkolwiek przejawem zaniepokojenia. Ruben odjechał więc bez pożegnania, zastanawiając się, czy babka rzeczywiście zamierza chronić go przed czymś niebezpiecznym, czy może przede wszystkim przed odkryciem własnego udziału w wydarzeniach sprzed kilkunastu lat.

Przy wejściu do zakładu zatrzymał go ochroniarz, który wyglądał bardziej jak emerytowany nauczyciel wychowania fizycznego niż człowiek strzegący tajemnic medycznych. Ruben podał nazwisko i poprosił o rozmowę z kimś odpowiedzialnym za archiwum dawnych pacjentów, starając się mówić tonem odpowiednio uprzejmym, choć jego cierpliwość od kilku dni znajdowała się w stanie wymagającym natychmiastowej hospitalizacji. Ochroniarz odpowiedział, że powinien wcześniej umówić wizytę i przedstawić stosowne dokumenty, ale po krótkim telefonie do recepcji jego zachowanie nagle się zmieniło. Poprosił Rubena, żeby zaczekał, a po kilku minutach pojawiła się pielęgniarka i bez słowa zaprowadziła go do środka. Nikt nie zapytał, czego szuka, dlaczego przyjechał ani w jakim charakterze zamierza przeglądać dokumentację medyczną sprzed kilkunastu lat. Ruben uznał to za pierwszy dowód, że ktoś dokładnie wiedział, po co się zjawił, i najprawdopodobniej spodziewał się jego wizyty znacznie wcześniej, niż sam zdecydował się przyjechać.

Wnętrze świętej Hildegardy było znacznie mniej dramatyczne, niż oczekiwał. Spodziewał się wilgotnych ścian, żelaznych drzwi i całej architektury szaleństwa, którą ludzie lubili przypisywać szpitalom psychiatrycznym, szczególnie jeśli ich jedynym źródłem wiedzy na temat psychiatrii pozostawały amerykańskie horrory. Zamiast tego zobaczył jasne korytarze, plastikowe krzesła, automaty z wodą i tablice informacyjne dotyczące terapii zajęciowej, ozdobione fotografiami uśmiechniętych pacjentów wykonujących czynności, które najwyraźniej miały przekonać odwiedzających o terapeutycznych właściwościach lepienia przedmiotów z gliny. Dopiero po kilku minutach zaczął zauważać drobiazgi psujące ten obraz. Część drzwi nie miała klamek od strony korytarza, kamery znajdowały się niemal w każdym rogu, a na końcu głównego skrzydła stała ciężka metalowa krata oddzielająca nowoczesną część od starszego budynku. Nie wyglądało to szczególnie złowieszczo, przynajmniej dopóki Ruben nie zauważył, że przechodzący obok pracownicy starannie unikają spoglądania w stronę zamkniętego przejścia.

Pielęgniarka zaprowadziła go do niewielkiej poczekalni i powiedziała, że siostra Salome zaraz przyjdzie. Ruben zapytał, kim właściwie jest ta kobieta, ale pielęgniarka spojrzała na niego z wyraźnym zdziwieniem, jakby chciał dowiedzieć się, do czego służą schody albo dlaczego w szpitalu zatrudnia się lekarzy. Odpowiedziała, że siostra Salome pracuje tutaj od bardzo dawna i zajmuje się pacjentami wymagającymi szczególnej opieki. Kiedy Ruben zapytał, czy jest lekarzem, usłyszał, że nie. Nie była również pielęgniarką ani psychologiem, a przynajmniej kobieta nie potrafiła potwierdzić posiadania przez nią żadnego z tych zawodów. Przez chwilę szukała właściwego określenia, po czym stwierdziła, że Salome po prostu „jest tutaj”. Ruben uznał to za najbardziej niepokojącą kwalifikację zawodową, jaką kiedykolwiek słyszał, szczególnie w instytucji, której działalność opierała się podobno na naukowych podstawach i odpowiednich procedurach. Zapytał jeszcze, czy siostra odpowiada przed dyrekcją, lecz pielęgniarka udała, że nie usłyszała pytania, i opuściła poczekalnię z pośpiechem charakterystycznym dla ludzi, którzy zbyt późno zorientowali się, że rozmowa zmierza w niewłaściwym kierunku.

Czekał prawie dwadzieścia minut. W tym czasie przez korytarz przeszło kilku pacjentów, dwóch lekarzy i młody mężczyzna prowadzony przez opiekuna. Ruben zauważył go natychmiast. Był wysoki, miał jasne włosy i szczupłą twarz, której wyraz zdradzał zmęczenie znacznie większe, niż można byłoby oczekiwać u człowieka w jego wieku. Jeszcze kilka dni wcześniej wystarczyłoby to, żeby Ruben zaczął go obserwować, analizować sposób poruszania się i zastanawiać się, czy mógłby znaleźć pretekst do rozpoczęcia rozmowy. Teraz reakcja pojawiła się słabsza niż zwykle, choć nadal odczuł nieprzyjemne napięcie, kiedy mężczyzna odwrócił głowę i odsłonił fragment szyi. Pomyślał o Borysie i natychmiast poczuł irytację. Nie podobało mu się, że człowiek, którego spotkał zaledwie raz, potrafił zakłócić mechanizm działający dotąd z niemal fizjologiczną regularnością. Jeszcze bardziej drażniło go przypuszczenie, że Borys mógł doskonale zdawać sobie z tego sprawę.

Siostra Salome pojawiła się bezgłośnie. Ruben zauważył ją dopiero wtedy, gdy stała kilka metrów od niego, przyglądając mu się z wyrazem twarzy, który mógłby uchodzić za życzliwy, gdyby nie niemal całkowity brak zainteresowania jego samopoczuciem. Była szczupłą kobietą po pięćdziesiątce, ubraną w idealnie czarny habit, sprawiający wrażenie bardziej munduru niż stroju zakonnego. Biały welon otaczał jej twarz z geometryczną precyzją, a przy pasie zamiast różańca wisiał niewielki skórzany futerał, którego przeznaczenia Ruben początkowo nie potrafił odgadnąć. Salome miała bardzo jasne oczy i spokojną twarz, pozbawioną przesadnej łagodności, którą Ruben kojarzył z zakonnicami spotykanymi w dzieciństwie. Przyglądała mu się przez kilka sekund, po czym oznajmiła, że wyrósł, jak gdyby ostatni raz widziała go przed tygodniem, a nie kilkanaście lat wcześniej.

— Przyznaję, że to wyjątkowo osobliwy sposób rozpoczynania znajomości — odpowiedział Ruben, podnosząc się z krzesła i przyglądając jej z nieukrywaną podejrzliwością. — Czy my się znamy, czy może istnieje tutaj zwyczaj komentowania wzrostu wszystkich ludzi, którzy przyjeżdżają przeglądać własną dokumentację medyczną? Uprzedzam, że jeśli zamierza siostra również oceniać mój wygląd, wolałbym najpierw otrzymać informację o obowiązującej skali.

— To zależy od pańskiej definicji znajomości. Ja pamiętam pana bardzo dobrze, podczas gdy pan najwyraźniej nie pamięta mnie wcale. Nie jest to szczególnie zaskakujące, chociaż przyznaję, że miałam nadzieję na odrobinę większą wdzięczność wobec człowieka, który poświęcił pańskiemu dzieciństwu tak wiele czasu.

— W mojej rodzinie wdzięczność jest towarem deficytowym, szczególnie jeśli dotyczy osób, które najwyraźniej wiedzą o mnie znacznie więcej, niż ja sam jestem w stanie sobie przypomnieć. Zanim jednak przejdziemy do wzajemnych uprzejmości, chciałbym dowiedzieć się, czy rozpoznaje siostra to zdjęcie.

Wyjął fotografię i podał jej bez słowa. Salome spojrzała na nią, lecz nie okazała najmniejszego zaskoczenia. Przez chwilę przyglądała się twarzom dzieci, zatrzymując wzrok na Rubenie i chłopcu stojącym obok niego, po czym oddała zdjęcie i zaprosiła go do swojego gabinetu. Nie próbowała wyjaśnić, skąd zna fotografię ani dlaczego znajduje się na niej człowiek, który najwyraźniej pamięta Rubena znacznie lepiej niż on jego. Ruszyła korytarzem z taką pewnością siebie, jakby rozmowa została już zaplanowana, a obecność dawnego pacjenta stanowiła jedynie kolejny punkt jej rozkładu dnia.

Gabinet znajdował się w starszej części zakładu, za metalową kratą, którą Salome otworzyła własnym kluczem. Ruben zauważył, że pielęgniarka nie poszła za nimi, a pracownicy znajdujący się w pobliżu najwyraźniej nie zamierzali nawet pytać, dlaczego siostra prowadzi nieznajomego do części budynku, do której dostęp był ograniczony. Im dalej wchodzili w stare skrzydło, tym bardziej zakład zaczynał przypominać miejsce z lokalnych opowieści. Ściany były grubsze, okna węższe, a pod nową farbą widać było pęknięcia, których najwyraźniej nie zdołała usunąć żadna z kolejnych ekip remontowych. W kilku miejscach zachowano stare drzwi z niewielkimi wizjerami, a z jednego z pomieszczeń dochodził jednostajny dźwięk przypominający uderzanie metalowym przedmiotem o rurę. Salome szła szybko, nie oglądając się, czy Ruben za nią nadąża, i najwyraźniej nie uważała za stosowne wyjaśniać, dlaczego część jej miejsca pracy przypominała klasztor, a pozostała fragment więzienia zaprojektowanego przez wyjątkowo oszczędnego architekta.

Jej gabinet był zaskakująco mały. Stały tam biurko, dwie metalowe szafy, krucyfiks i półka z książkami, na której podręczniki psychiatrii sąsiadowały z teologią, neurologią i kilkoma starymi zielnikami. Na parapecie leżała otwarta paczka surowego mięsa. Ruben spojrzał na nią pytająco, a Salome wyjaśniła, że za kuchnią mieszkają trzy bezdomne koty, które najwyraźniej uznały teren zakładu za odpowiednie miejsce do prowadzenia życia opartego na regularnych posiłkach i całkowitym braku zobowiązań. Dodała, że zwierzęta są znacznie łatwiejsze w terapii od ludzi, ponieważ nie wymagają narracji o własnym cierpieniu, lecz wyłącznie odpowiedniej ilości jedzenia. Ruben przez moment pomyślał o Balthazarze, którego zachowanie od kilku tygodni coraz bardziej odbiegało od standardów obowiązujących wśród zwyczajnych zwierząt domowych, ale powstrzymał się od komentarza. Miał wystarczająco dużo problemów, żeby nie rozpoczynać rozmowy od opowieści o kocie najwyraźniej posiadającym zdolność odnajdywania zaginionych przedmiotów i rozpoznawania ludzi, których nie powinien pamiętać.

Położył na biurku pudełko RB-13. Salome spojrzała na nie i po raz pierwszy jej twarz lekko się zmieniła. Nie był to strach, raczej niezadowolenie lekarza widzącego instrument pozostawiony w niewłaściwym miejscu albo nauczycielki, która właśnie odkryła, że jeden z uczniów wyniósł z pracowni chemicznej substancję, której przeznaczenia nawet nie rozumie. Zapytała, skąd je ma. Ruben odpowiedział, że pierwsze opakowanie znalazł w samochodzie, a drugie zabrał człowiekowi, który wiedział o programie prowadzonym w świętej Hildegardzie. Salome nie próbowała zaprzeczać istnieniu preparatu. Zapytała jedynie, czy Ruben go zażył, a kiedy odpowiedział przecząco, wyraźnie się rozluźniła. Wzięła pudełko i schowała je do szuflady, jakby należało do niej, co natychmiast wywołało protest Rubena, który nie zamierzał rezygnować z jedynego namacalnego dowodu na istnienie programu, o którym wszyscy najwyraźniej wiedzieli, lecz nikt nie chciał rozmawiać.

— Proszę natychmiast oddać mi to pudełko. Nie przyjechałem tutaj po to, żeby siostra odebrała mi jedyny przedmiot, który być może pozwoli mi wreszcie zrozumieć, dlaczego od kilku tygodni zachowuję się jak człowiek wymagający natychmiastowego zamknięcia w jednym z waszych uroczych pokojów bez klamek.

— Preparat nigdy nie powinien opuścić tego zakładu, Rubenie. RB-13 nie jest jednym lekiem, lecz nazwą kolejnych modyfikacji substancji badanej przez wiele lat. Początkowo próbowano wpływać nią na reakcje lękowe, później na agresję, a w końcu na mechanizmy odpowiedzialne za przywiązanie. Nie wszystkie wersje działały w ten sam sposób i nie wszystkie zostały odpowiednio przebadane, dlatego posiadanie przypadkowego opakowania nie daje panu żadnej pewności, z czym rzeczywiście ma pan do czynienia.

— Dlaczego ktokolwiek miałby leczyć człowieka z przywiązania? Przyznaję, że znam kilka osób, którym przydałoby się znacznie mniej emocjonalne podejście do własnych romansów, ale dotychczas uważałem, że rozwód jest rozwiązaniem wystarczająco skutecznym, przynajmniej jeśli człowiek dysponuje odpowiednim prawnikiem.

— Przywiązanie potrafi być równie patologiczne jak jego brak. Ludzie lubią uważać swoje uczucia za coś niemal świętego, ponieważ nie chcą przyjąć do wiadomości, że znaczna część miłości, lęku, zazdrości i pożądania wiąże się z procesami chemicznymi. Człowiek, który twierdzi, że nie może bez kogoś żyć, często opisuje jedynie własny układ nerwowy protestujący przeciwko utracie bodźca. Nie oznacza to oczywiście, że uczucia są nieważne. Oznacza jedynie, że romantyczne wyobrażenia o ludzkiej naturze bywają bardzo niewygodne podczas prób leczenia człowieka, który nie potrafi odróżnić potrzeby bliskości od przymusu podporządkowania sobie drugiej osoby.

Ruben słuchał jej z narastającą niechęcią. Salome mówiła o człowieku z chłodem, który uznałby za okrutny, gdyby nie wyczuwał w nim pewnej konsekwencji. Nie próbowała przedstawiać własnych poglądów jako szczególnie odkrywczych ani nie oczekiwała, że rozmówca będzie podzielał jej przekonania. Mówiła tak, jakby od wielu lat obserwowała ludzkie cierpienie z odległości wystarczającej, żeby przestać traktować je jako wydarzenie o charakterze metafizycznym. Ruben zapytał, czy w takim razie uważa duszę za pomyłkę biologiczną. Salome uśmiechnęła się nieznacznie i odpowiedziała, że dusza jest interesującą hipotezą, ale podczas dyżuru znacznie bardziej przydaje się właściwa dawka leku, szczególnie jeśli pacjent właśnie próbuje wyrwać umywalkę ze ściany.

— W takim razie po co siostrze habit? — zapytał Ruben, wskazując na jej strój z wyraźnym rozbawieniem. — Przyznam, że spodziewałem się odrobiny większego zainteresowania zbawieniem ze strony kobiety, która najwyraźniej poświęciła całe życie Bogu. Tymczasem mam wrażenie, że rozmawiam z farmaceutką, której ktoś przez pomyłkę przydzielił klasztorną garderobę.

— Człowiek może wierzyć w Boga i jednocześnie uważać większość ludzkich wyobrażeń o sobie za przesadnie romantyczne. Wiara nie zwalnia mnie z obowiązku myślenia, podobnie jak medycyna nie daje mi prawa do uznawania wszystkich ludzkich problemów za rezultat niewłaściwie dobranych substancji chemicznych. Jeśli zaś chodzi o habit, proszę mi wierzyć, że jest znacznie wygodniejszy od większości współczesnych uniformów medycznych i zdecydowanie skuteczniej zniechęca pacjentów do składania niestosownych propozycji.

Salome otworzyła skórzany futerał przy pasie i pokazała Rubenowi kilka ampułek oraz strzykawek. Wyjaśniła, że właśnie dlatego personel nazywa ją czasem zakonnicą z apteczką, choć nie wszyscy mają odwagę robić to w jej obecności. Ruben przyjrzał się zawartości futerału z nieufnością i zapytał, czy zamierza również jemu podać jeden ze swoich cudownych preparatów. Zakonnica odpowiedziała, że nie ma takiej potrzeby, dopóki zachowuje się rozsądnie, po czym zamknęła futerał z demonstracyjnym spokojem. Ruben odniósł nieprzyjemne wrażenie, że jej definicja rozsądku może okazać się wyjątkowo elastyczna, szczególnie w instytucji, w której niektóre drzwi pozbawiono klamek, a niewielkie skórzane etui zawierało wszystko, co niezbędne do zakończenia niewygodnej rozmowy.

Wrócił do fotografii. Wyjął ją z kieszeni płaszcza i położył na biurku, wskazując palcem chłopca stojącego pośrodku grupy. Zapytał, dlaczego znajduje się na niej jako dziecko i dlaczego nie pamięta pobytu w zakładzie, skoro według Rozalii spędził tutaj kilka miesięcy. Salome przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, po czym stwierdziła, że pamięć nie jest archiwum, lecz mechanizmem selekcji. Człowiek nie przechowuje wszystkich wydarzeń w postaci uporządkowanych dokumentów, do których może sięgnąć w dowolnej chwili. Pamięta przede wszystkim to, co jego umysł potrafił włączyć do opowieści o sobie, podczas gdy inne doświadczenia pozostają niepełne, zniekształcone albo niedostępne. Ruben odpowiedział, że nie przyjechał po wykład z neuropsychologii ani po serię efektownych metafor dotyczących własnego mózgu. Chciał wiedzieć, co mu zrobiono, kto wyraził na to zgodę i dlaczego przez kilkanaście lat nikt nie uznał za stosowne poinformować go, że uczestniczył w eksperymentalnym programie medycznym.

Salome powiedziała, że trafił do świętej Hildegardy po śmierci rodziców. Miał poważne problemy ze snem, napady agresji i okresy, podczas których znikał na kilka godzin, a później nie potrafił powiedzieć, gdzie był ani co robił. Atakował również inne dzieci, choć nie zawsze w sposób, który personel rozumiał. Czasami przytrzymywał je i wpatrywał się w ich szyje, innym razem gryzł własne dłonie, aż pojawiała się krew. Bywały dni, kiedy zachowywał się całkowicie normalnie, rozmawiał z opiekunami i uczestniczył w zajęciach, po czym nagle stawał się pobudzony, odmawiał kontaktu i zaczynał szukać towarzystwa konkretnego dziecka. Ruben słuchał bez ruchu, czując, jak każde kolejne zdanie zaczyna przypominać opis wydarzeń ostatnich tygodni. Najbardziej przerażała go świadomość, że jego obecne zachowania nie były czymś zupełnie nowym. Wyglądało raczej na to, że po kilkunastu latach powrócił mechanizm, który ktoś zdołał kiedyś uśpić, lecz nigdy naprawdę go nie usunął.

— Podawaliście mi RB-13? — zapytał, starając się opanować gniew. — Czy moja babka wiedziała, że eksperymentujecie na dzieciach? Bo jeśli rzeczywiście tak wyglądała wasza terapia, zaczynam rozumieć, dlaczego nie potrafię przypomnieć sobie ani jednego przyjemnego szczegółu z tego pieprzonego miejsca.

— Preparat nie był jeszcze wtedy oznaczony tym numerem, ale tak, należał pan do grupy dzieci objętych programem badającym zaburzenia przywiązania, impulsywność oraz reakcje na separację. Rozalia wiedziała wystarczająco dużo, żeby później bardzo tego żałować. Nie zamierzam usprawiedliwiać wszystkich decyzji, które wówczas podjęto, ale pańska babka znalazła się w sytuacji, w której lekarze przedstawili jej eksperymentalną terapię jako szansę na uratowanie wnuka przed zaburzeniami, których sama nie potrafiła zrozumieć.

— Jak wzruszająco. Czyli moja babka kupiła mi eksperymentalne dzieciństwo, a wy uznaliście, że skoro rodzina posiada odpowiednio dużo pieniędzy, można przynajmniej spróbować wyprodukować z jej potomka coś interesującego. Mam nadzieję, że wystawiliście jej rachunek. Nie chciałbym, żeby tak imponujące przedsięwzięcie pozostało bez odpowiedniego wynagrodzenia.

Salome przyjęła uwagę spokojnie. Nie próbowała przekonywać go, że wszystkie działania zespołu były uzasadnione, ale też nie zamierzała udzielać odpowiedzi na pytania dotyczące odpowiedzialności konkretnych osób. Ruben odniósł wrażenie, że zakonnica od wielu lat nauczyła się traktować własną przeszłość jak dokumentację medyczną, w której błędne decyzje można opisać odpowiednim terminem, a następnie zamknąć w szafie i powrócić do wykonywania codziennych obowiązków. Poczuł narastającą złość, lecz zamiast kontynuować rozmowę o eksperymencie, zapytał o Borysa. Reakcja Salome była niemal niewidoczna. Przesunęła fotografię o kilka centymetrów i stwierdziła, że w grupie znajdowało się wiele dzieci, z których każde reagowało na zastosowane procedury w odmienny sposób.

Ruben nie pozwolił jej zmienić tematu. Wskazał chłopca stojącego obok siebie i zapytał, czy to rzeczywiście Borys, którego spotkał niedawno w domu Rozalii. Salome potwierdziła, a kiedy chciał wiedzieć, dlaczego Borys pamięta go tak dobrze, podczas gdy on sam nie potrafi przypomnieć sobie nawet jego twarzy, odpowiedziała, że ludzie reagują na te same procedury w różny sposób. Ruben zapytał, czy Borys również otrzymywał eksperymentalne preparaty. Tym razem zakonnica odmówiła odpowiedzi, powołując się na tajemnicę medyczną. Ruben roześmiał się z niedowierzaniem i zauważył, że odwoływanie się do etyki po eksperymentowaniu na dzieciach jest wyjątkowo elegancką formą bezczelności. Salome przyjęła uwagę spokojnie, jakby podobne oskarżenia słyszała już wielokrotnie, i odpowiedziała jedynie, że cudza dokumentacja nie staje się własnością pacjenta tylko dlatego, że kiedyś przebywali na tym samym oddziale.

Wtedy Ruben wyjął z kieszeni telefon i pokazał jej zdjęcie karty Lukasa Wendta. Salome spojrzała na ekran, lecz nie zapytała, skąd ją ma, co natychmiast zwróciło jego uwagę. Powiedział, że Lukas zaginął, a jego karta znalazła się w samochodzie, choć nie pamięta spotkania z nim ani okoliczności, w których mógłby wejść w posiadanie dokumentu. Zapytał, czy Lukas był pacjentem świętej Hildegardy. Salome odpowiedziała twierdząco, a kiedy Ruben chciał wiedzieć, czy otrzymywał RB-13, ponownie odmówiła, stwierdzając, że nie może ujawniać informacji dotyczących leczenia innych osób. Ruben wstał tak gwałtownie, że krzesło odsunęło się z nieprzyjemnym zgrzytem. Oznajmił, że jeśli nie otrzyma odpowiedzi, pójdzie na policję i opowie o preparacie, dzieciach oraz wszystkim, czego dowiedział się od Sebastiana. Salome nie wyglądała na przestraszoną. Zapytała jedynie, czy zamierza również powiedzieć policji, że ostatnio atakuje mężczyzn, pozostawia na ich szyjach rany i budzi się z cudzymi przedmiotami w samochodzie.

Ruben zamarł. Przez chwilę przyglądał się zakonnicy, próbując ustalić, czy właśnie usłyszał groźbę, czy jedynie chłodne przypomnienie faktów, których istnienia sam nie potrafił już dłużej ignorować. Salome otworzyła szufladę biurka i wyjęła czarny zeszyt. Położyła go przed sobą, ale nie pozwoliła Rubenowi zajrzeć do środka. Powiedziała, że od kilku tygodni prowadzi zapis przypadków, które mogą być ze sobą powiązane. Nie mówiła o plotkach ani przypadkowych informacjach zasłyszanych podczas rozmów z mieszkańcami Rubbyboobie. Miała nazwiska, daty i informacje medyczne. Daniel Krüger trafił pod opiekę lekarza po przyjęciu u Razenbergów, Marek Hoff zgłosił ranę szyi i odmówił podania sprawcy, Emil Schäfer został hospitalizowany z powodu utraty krwi, a Lukas Wendt zniknął. Ruben słuchał w milczeniu, coraz wyraźniej rozumiejąc, że lista nie musi być kompletna i że niektórych wydarzeń może nie pamiętać nie dlatego, że były nieistotne, lecz dlatego, że jego umysł przestał rejestrować je w sposób, nad którym miał jakąkolwiek kontrolę.

— Skąd siostra wie, że to ja? — zapytał w końcu, przyglądając się czarnemu zeszytowi z narastającym niepokojem. — Rozumiem, że Rubbyboobie jest wyjątkowo małym miejscem, ale nawet tutaj powinno istnieć coś takiego jak domniemanie niewinności. Nie może siostra uznawać mnie za odpowiedzialnego za każde nieszczęście, które spotyka mężczyzn posiadających szyje. To byłoby niesprawiedliwe nawet według standardów mojej babki.

— Nie wiem tego w każdym przypadku. Schemat jest jednak zbyt podobny do tego, który obserwowałam wiele lat wcześniej, żeby można było go zignorować. Jako dziecko również wybierał pan konkretne osoby, najczęściej chłopców, którzy byli od pana nieco starsi albo fizycznie silniejsi. Początkowo personel interpretował to jako poszukiwanie opiekuna, później jako agresję, a w końcu przestaliśmy być pewni, czy obie te rzeczy nie są w pańskim przypadku częścią tego samego mechanizmu.

To zdanie dotknęło Rubena mocniej niż wszystkie wcześniejsze informacje. Przez całe dorosłe życie traktował własną potrzebę zdobywania mężczyzn jako element charakteru, seksualności i przywileju wynikającego z bogactwa, które pozwalało mu realizować niemal każde pragnienie bez konieczności zastanawiania się nad jego konsekwencjami. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że może powtarzać zachowanie rozpoczęte jeszcze przed dojrzewaniem, kiedy pożądanie seksualne nie mogło stanowić wyjaśnienia dla potrzeby podporządkowywania sobie innych ludzi. Salome powiedziała, że obsesja rzadko pojawia się w gotowej formie. Najpierw jest drobnym odruchem, później sposobem uspokajania napięcia, następnie rytuałem, a na końcu człowiek zaczyna nazywać ją osobowością, ponieważ wstydzi się przyznać, że nie potrafi już przestać. Ruben słuchał jej z rosnącą niechęcią, ponieważ w każdym kolejnym zdaniu odnajdywał element własnego życia, który dotychczas uważał za całkowicie dobrowolny.

Zapytał, czy uważa go za chorego. Salome odpowiedziała, że słowo „chory” jest wygodne, ponieważ obiecuje istnienie zdrowej wersji człowieka, do której można powrócić dzięki odpowiedniemu leczeniu, a w jego przypadku nie jest pewna, czy podobna wersja kiedykolwiek istniała. Nie oznaczało to jednak, że uważa go za przypadek beznadziejny albo skazany na nieustanne powtarzanie tych samych zachowań. Obecne ataki były niebezpieczne, odstępy między nimi gwałtownie się skracały, a pojawiające się luki pamięci wskazywały, że mechanizm, który przez wiele lat pozostawał uśpiony, ponownie wymknął się spod kontroli. Ruben natychmiast zapytał, skąd zna częstotliwość ataków. Salome spojrzała na zeszyt i stwierdziła, że Rubbyboobie jest małe, a ludzie z ranami szyi trafiają zwykle do jednego z dwóch miejsc: lekarza albo kościoła. Ona miała dostęp do pierwszego, a od niedawna ktoś bardzo uważnie słuchał również w drugim.

Ruben pomyślał o Gabrielu. Zapytał, czy nowy ksiądz wie o programie, lecz Salome nie odpowiedziała wprost. Powiedziała jedynie, że Gabriel przed seminarium studiował psychiatrię i posiada irytujący zwyczaj szukania metafizyki tam, gdzie ona widzi zaburzenia neurochemiczne. Ruben zauważył, że mówi o nim z niechęcią, ale nie z pogardą, którą wcześniej okazywała wobec niekompetentnych lekarzy i ludzi traktujących własne przekonania jako wystarczający substytut wiedzy. Salome przyznała, że ksiądz jest inteligentny, co jej zdaniem czyniło go znacznie bardziej niebezpiecznym od fanatyka. Człowieka przekonanego o własnej nieomylności można bowiem łatwo przewidzieć, podczas gdy ktoś zdolny do zmiany poglądów pod wpływem nowych informacji stanowi znacznie większe wyzwanie dla ludzi przyzwyczajonych do kontrolowania cudzych decyzji.

Z korytarza dobiegł nagle krzyk. Nie był długi, lecz wystarczająco gwałtowny, żeby Ruben odwrócił głowę i spojrzał w stronę drzwi. Salome pozostała spokojna. Po kilku sekundach krzyk powtórzył się, a następnie rozległ się dźwięk przewracanego mebla i kilka urywanych poleceń wypowiadanych przez kogoś, kto najwyraźniej przestał już wierzyć w skuteczność zwyczajnej perswazji. Zakonnica wstała, otworzyła skórzany futerał i wyjęła strzykawkę oraz niewielką ampułkę. Poprosiła Rubena, żeby został w gabinecie, ponieważ sytuacja nie dotyczyła jego spraw i nie wymagała obecności dodatkowych świadków. Ruben nie posłuchał. Ruszył za nią na korytarz, kierując się przede wszystkim ciekawością, choć część jego świadomości natychmiast przypomniała mu, że znajduje się w budynku wypełnionym ludźmi, których zachowania i stan zdrowia mogą stanowić wyjątkowo niebezpieczny bodziec dla jego własnego głodu.

Zobaczył dwóch pielęgniarzy próbujących przytrzymać młodego pacjenta. Mężczyzna był bardzo chudy, ubrany w szpitalną piżamę i szarpał się z siłą zupełnie niepasującą do jego wyglądu. Jeden z pracowników próbował uspokoić go głosem, drugi odsuwał z zasięgu jego rąk metalowy stolik, który najwyraźniej jeszcze chwilę wcześniej służył do przechowywania dokumentacji. Salome podeszła bez wahania. Nie podniosła głosu, nie próbowała wygłaszać uspokajających przemówień i nie używała żadnych religijnych formuł, które Ruben uznałby za szczególnie niepraktyczne w sytuacji wymagającej natychmiastowego działania. Powiedziała jedynie imię pacjenta, poczekała, aż mężczyzna na nią spojrzy, a następnie, przy pomocy pielęgniarzy, podała mu przygotowany lek. Pacjent uspokajał się stopniowo, jego oddech stawał się coraz wolniejszy, a napięcie mięśni zaczęło ustępować. Ruben obserwował jego twarz i nagle poczuł znajome napięcie, które pojawiło się z taką gwałtownością, że przez moment zapomniał, gdzie się znajduje.

Mężczyzna był młody, miał ostre kości policzkowe i bladą szyję, na której wyraźnie odznaczały się naczynia krwionośne. Ruben odruchowo przesunął wzrok w dół i zobaczył puls, regularny, choć nadal przyspieszony po niedawnym ataku. Natychmiast poczuł suchość w ustach i nieprzyjemne mrowienie pod językiem, które znał już z wcześniejszych spotkań z Danielem, Markiem i Sebastianem. Przez krótką chwilę wyobraził sobie, że podchodzi bliżej, dotyka skóry mężczyzny i sprawdza, czy jego krew smakuje tak samo jak krew pozostałych. Wizja była tak gwałtowna, że Ruben odruchowo zacisnął dłonie, próbując powstrzymać impuls, którego pojawienie się w tych okolicznościach wydało mu się szczególnie obrzydliwe. Dopiero wtedy zauważył, że Salome przygląda mu się z drugiego końca korytarza, jak gdyby właśnie otrzymała potwierdzenie hipotezy, którą sformułowała na długo przed jego przyjazdem.

Kiedy pielęgniarze zabrali pacjenta, zakonnica przez kilka sekund nie powiedziała ani słowa. Potem zapytała Rubena, czy poczuł głód. Zaprzeczył natychmiast, ale Salome spojrzała na niego z takim spokojem, że kłamstwo stało się bezsensowne jeszcze zanim zdołał je odpowiednio uzasadnić. Przyznał, że tak, choć dodał natychmiast, że nie zamierzał nikogo dotykać i nie zrobił niczego, co mogłoby zagrozić pacjentowi. Zakonnica odpowiedziała, że nie oskarża go o żadne działanie. Interesuje ją przede wszystkim reakcja, której najwyraźniej nie potrafił powstrzymać nawet wtedy, gdy znajdował się w miejscu, które powinno budzić w nim wyłącznie niepokój. Ruben poczuł się jak szczególnie nieudany okaz laboratoryjny, którego zachowanie można przewidzieć na podstawie odpowiednio dobranego bodźca, i po raz kolejny zapragnął opuścić świętą Hildegardę, zanim ktokolwiek zdecyduje się zamknąć go w jednym z pokojów pozbawionych klamek.

Wrócili do gabinetu. Salome zamknęła drzwi i oznajmiła, że właśnie dlatego Ruben nie powinien teraz przebywać w świętej Hildegardzie dłużej, niż jest to absolutnie konieczne. W budynku znajdowało się zbyt wielu ludzi przyjmujących preparaty wpływające na układ nerwowy, a jeśli jej przypuszczenia były prawidłowe, Ruben mógł reagować nie tylko na wygląd czy płeć, lecz także na określony stan chemiczny organizmu. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego część jego ostatnich ofiar była związana z zakładem, choć nadal nie wyjaśniało wszystkich okoliczności ani nie pozwalało uznać związku za jednoznacznie udowodniony. Ruben przypomniał sobie Daniela, Lukasa i Sebastiana, a następnie zapytał, czy Salome próbuje mu powiedzieć, że posiada zdolność wyczuwania leków w ludzkiej krwi. Zakonnica odpowiedziała, że niczego jeszcze nie sugeruje, ponieważ sugestie są dla ludzi mających zbyt mało danych, ale zbyt wysokie mniemanie o własnej intuicji. Przyznała jednak, że istnieje korelacja, której nie potrafi zignorować, i właśnie dlatego zamierza dokładniej przyjrzeć się wydarzeniom ostatnich tygodni.

Ruben zapytał wtedy o krew. Opowiedział jej o różowym kolorze, który widział przy Danielu i Sebastianie, oraz o tym, że początkowo próbował tłumaczyć wszystko światłem reflektorów albo neonu. Salome słuchała bez najmniejszego zdziwienia. Kiedy skończył, wstała, podeszła do metalowej szafy i wyjęła z niej niewielką fiolkę, którą postawiła na biurku z ostrożnością właściwą człowiekowi obchodzącemu się z przedmiotem o znacznie większej wartości, niż sugerowałby jego wygląd. W środku znajdował się płyn o bladym, różowym odcieniu, przypominający rozwodnioną farbę albo wyjątkowo nieudany kosmetyk przeznaczony dla ludzi, którzy chcieliby wyglądać na chorych w sposób estetycznie atrakcyjny. Ruben poczuł niepokój i zapytał, co to jest. Salome odpowiedziała, że próbka pobrana wiele lat temu od jednego z uczestników programu, lecz nie powiedziała którego. Kiedy Ruben spróbował wziąć fiolkę do ręki, natychmiast ją odsunęła, jak gdyby sam kontakt z zawartością mógł doprowadzić do wydarzeń, których nie zamierzała wyjaśniać.

— Różowa barwa nie pojawia się zawsze i nie jest cechą samej krwi — powiedziała, przyglądając się fiolce z uwagą. — W określonych warunkach dochodziło do reakcji między składnikami preparatu a białkami osocza. Początkowo uznaliśmy to za nieistotny efekt uboczny, który nie miał większego znaczenia dla skuteczności terapii. Dopiero później zauważyliśmy, że reakcja występowała przede wszystkim u osób mających kontakt z jednym konkretnym uczestnikiem programu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99 20
drukowana A5
za 79.99