E-book
15.75
drukowana A5
44.17
drukowana A5
Kolorowa
67.82
Rozbite lustra

Bezpłatny fragment - Rozbite lustra

Tamten Nikiszowiec


Objętość:
151 str.
ISBN:
978-83-8455-398-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.17
drukowana A5
Kolorowa
za 67.82

„PO TYLU LATACH EMOCJONALNEJ TUŁACZKI,

DOSTAŁEM MIŁOŚĆ ZA KAŻDY DZIEŃ BŁĄDZENIA”


Autorstwa Elizy — jednej z moich pacjentek.

WSTĘP

Rok temu napisałem i wydałem swoją pierwszą książkę. Jej odbiór bardzo mnie zaskoczył, ponieważ okazał się niezmiernie pozytywny. Dlatego też zdecydowałem się na napisanie kontynuacji moich wspomnień. Chciałbym podzielić się z Wami jeszcze wieloma rzeczami. Wiele wątków mi umknęło, o wielu wstydziłem się pisać lub po prostu zapomniałem. Chciałbym też część tej książki poświęcić dzielnicy, w której mieszkam i jej mieszkańcom. Nikiszowiec jest dla mnie bardzo ważny i ma specjalne miejsce w moim sercu. Kolejny ważny powód — jak wspomniałem — to pozytywne recenzje mojej pierwszej książki, która została przyjęta przez czytelników wręcz z entuzjazmem. Wiele opinii bardzo mnie wzruszyło! Oczywiście nie wszystkie były takie, ale

De gustibus non est disputandum”.

Druga książka jest więc niejako efektem namowy moich czytelników, abym kontynuował swoje pisarskie talenty. Duży udział w tym ma moja mama i żona. One także namawiały mnie do pisania. Tak więc dla Was moi kochani czytelnicy, kolejna część moich wspomnień, mojego życia. No i z życia moich pacjentów i przyjaciół.

BEZSILNOŚĆ WOBEC ALKOHOLU

Z moją żoną rozmawiam dość często o mojej alkoholowej przeszłości, zwłaszcza teraz, gdy piszę drugą już książkę. Opowiadałem jej pewną sytuację dotyczącą mojej babci. Zastanawiając się nad tym, przy okazji doszedłem do wniosku, że wciąż tkwi ona we mnie jak zadra bez mała z trzydzieści lat. Nawet terapeuta i „sponsor” AA sugerowali mi, abym poszedł na grób babci, przeczytał jej list, jaki napisałem i ją przeprosił. Zrobiłem to. Jednak nadal przychodzą takie chwile, kiedy demony przeszłości wracają do mnie jak zły szeląg. I nie chodzi o tę konkretną sytuację, którą zaraz opiszę, ale także o wiele innych.

Wracając do babci i sprawy z nią związanej. Niestety wciąż obawiam się nie tylko niezrozumienia, ale także, a może przede wszystkim, potępienia i pogardy, głównie ze strony bliskich mi osób. Poczucie winy wywołuje u mnie dylemat czy fakt, iż byłem na ogromnym kacu i bardzo chciałem się napić, jest wystarczającym usprawiedliwieniem? Ogromnie mi wstyd! Myślę jednak, że opisanie tego w książce, w jakiś sposób pomoże mi uprać się z tym zdarzeniem i zamknąć ten rozdział.

To był koniec lat ‘80 lub początek ‘90. Nie pamiętam. Piłem cały tydzień, a na pewno kilka dni z rzędu. Aby jakoś wytłumaczyć moją nieobecność w pracy — pracowałem wtedy w KWK „Staszic” — pociąłem sobie dłoń żyletką. Między palcem wskazującym a kciukiem. Rzecz jasna skończyło się na pogotowiu. Zaszyli mi dłoń i dali prawie dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Tak długie wolne zawsze „hołdowałem” nieustającym piciem. Dłuższych „ciągów alkoholowych” mój organizm już powoli nie dawał rady znieść. Byłem tak bardzo wycieńczony piciem alkoholu, że gdyby trwało to dłużej, pewnie nie dałbym rady i może nawet przeniósł się na „tamten świat”! Mniej więcej w połowie tego okresu, a więc po jakimś tygodniu, zabrakło mi funduszy na wódkę. W knajpie miałem dług za pięć setek wódki i kilka piw. Na melinie, za litr wódki, miałem zastawioną książeczkę zdrowia i dowód. Za kolejne pół litra pewnie sprzedałbym duszę diabłu! W starej pralce na strychu miałem schowaną wódkę, odlaną do słoiczka, zaledwie ze sto gram. Gdy to wypiłem, przestałem się wreszcie trząść i zyskałem odwagę, aby wyjść z domu. Oczywiście po to, żeby pić dalej. Zdawało mi się, że gdy w nim zostanę, to zwariuję!

Podszedłem na Janów, pod bar „Karlik” ale tam nie było nikogo, kto postawiłby mi kieliszek wódki lub aby piwo. Na dodatek za barem stała nowa bufetowa i nie było szans, aby za dobry „bajer” nalała mi alkoholu bez zapłacenia za niego. Pomyślałem o dziadkach. Może dziadek pożyczy? A może babcia, która często „ratowała” mnie kasą na jedno lub dwa piwa. Dziadka niestety nie było, a babcia dała mi jakieś pięć złotych na piwo, o które to prosiłem ją niemal kilkanaście minut. Byłem na takim głodzie, że to nie wystarczyło, aby ugasić „cug” i zaspokoić moje pragnienie na alkohol oraz opanować stany lękowe, jakie „na głodzie” nie raz mnie nachodziły. Zacząłem błagać babcię na kolanach, aby się zlitowała. Była zła, że się tak poniżam i upokarzam. Z tej desperacji otworzyłem więc drzwi na balkon znajdujący się na czwartym piętrze. Na balkonie zawsze było przeciągniętych kilka drutów do suszenia prania. Była jednak zima. Jeden z takich drutów owinąłem sobie wokół szyi i przeskoczyłem przez barierkę balkonu. Niestety poślizgnąłem się, bo był oblodzony i prawie zawisłem na zewnątrz. Pamiętam zaledwie fragmenty, bo zacząłem się dusić i straciłem przytomność. Ocknąłem się jakieś dwadzieścia minut potem, na wersalce, a babcia stała przy mnie, ze szklanką wody, pytała mnie, jak się czuję i czy ma wezwać pogotowie.

Mimo stanu upojenia, powoli dotarło do mnie, co takiego zrobiłem. Było mi ogromnie wstyd. A jeszcze bardziej, gdy babcia wyjęła z „bojtlika” pięćdziesiąt złotych i powiedziała, że daje mi te pieniądze, ale żebym już nie robił takich rzeczy. Uświadomiłem sobie, że przed chwilą mało co bym się zabił! Nie wziąłem tych pieniędzy, tak bardzo było mi wstyd.

Tamta sytuacja do dziś dla mnie jest koszmarem. Przez lata nawiedzała mnie w snach, a ja budziłem się spocony. Niestety, kiedy wracało to wspomnienie, zwykle znów sięgałem po alkohol. Gównie po to, aby nic już nie bolało, nic nie czuć i o tym nie myśleć. Babciu! Moje trzeźwe życie jest hołdem także dla Ciebie i Twojej miłości do mnie! Bardzo Cię przepraszam! Jeśli istnieje niebo, to Ty tam jesteś.


***


Na początku lat ’90 byłem związany z Lilką. Zaproszono nas oboje na wesele. Zadeklarowałem się, że na weselu nie tknę alkoholu. I tak też się stało. Kamerzysta rejestrujący tą imprezę mógł to śmiało potwierdzić! Toasty wznosiłem wodą mineralną lub Coca-colą.

Do godziny czwartej nad ranem nie wypiłem ani kropli wódki czy innego trunku, ale pod stołem miałem schowane trzy butelki weselnej gorzałki. Nie chciałem, aby mi goście weselni wszystko wypili. Nikt tego nawet nie zauważył, że schowałem alkohol.

Wytrzymałem do czwartej trzydzieści, a potem zrobiłem sobie drinka — tak ze 150 gram czystej — i wypiłem po kryjomu w magazynku, gdzie przechowywali żywność. Dało mi to niezłego „kopa” więc od razu poprawiłem kolejną porcją, już nieco większą. Nieźle mi odbiło, a świat zaczął wirować. Byłem nawalony do tego stopnia, że podrywałem kuzynkę mojej partnerki, co skrzętnie zarejestrował pan od wideo. Piłem dalej i coraz więcej. Film mi się urwał. Spałem gdzieś, nie wiem, gdzie, na działkach i wróciłem do domu po kilku dniach w fatalnym stanie. Boso, bez butów, obrzygana koszula i zakrwawione spodnie, nawet marynarkę gdzieś zgubiłem.

Lilka nie wpuściła mnie do mieszkania i znów wylądowałem u mamy, która — jak zawsze — mnie przygarnęła bez słowa. Pić jednak nie przestałem i ten maraton trwał przez kilka następnych tygodni, aż organizm się zbuntował. Nie dawałem rady przyjąć już nawet kropli alkoholu. Co wypiłem to zwracałem, miałem wrażenie, że wyrzygam z siebie żołądek wraz z innymi wnętrznościami. Musiałem się zatrzymać, aby na własne życzenie nie przenieść się na „tamten świat”!

Zrobiłem więc sobie przerwę i nie piłem kilka tygodni. Czasami tylko jedno a czasami trzy piwa maksymalnie, w weekend. Wracałem powoli do normalnego trybu życia. Praca, telewizja, książki czasami kino.

Zajmowałem się wtedy handlem, sprzedając kasety magnetofonowe. Niestety wytrzymałem tak zaledwie do kolejnego ciągu alkoholowego. Jeden-dwa-trzy tygodnie picia, po których zazwyczaj ratowałem się detoksem w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Tam było lepiej niż w domu! Opieka lekarzy i pielęgniarek sprawiała, że czułem się po prostu dobrze.

Po rozstaniu z partnerką moje ciągi alkoholowe były coraz bardziej destrukcyjne. Piłem naprawdę dużo, często na pusty żołądek. Zwykle to, co wpadało mi w ręce. Mało spałem. Łączyłem alkohol z lekami, głównie benzodiazepinami, i z tego powodu dwa razy wylądowałem w szpitalu. Piłem codziennie, od dwóch tygodni, często u Wieśka. Jak byłem bardzo pijany, sypiałem tam. Włączył mi się tzw. „szwendacz” czyli chodziłem od baru do baru, by znów skończyć u Wieśka i tam kontynuować picie. To, o czym chciałbym teraz napisać, wiem z opowiadania innych osób, z którymi wtedy piłem.

Wraz z Krystianem i Siwym piliśmy w „Bilardzie”. A potem poszliśmy do „Karlika”, aby kogoś „ustrzelić”. Co to znaczyło? Ano staraliśmy się namówić kogoś czy tak zbajerować, aby postawił nam wódkę lub piwo. Czasami delikwenta okradaliśmy. Niestety, tak to się zdarzało i nie tłumaczy mnie fakt, iż byłem pijany od kilku dni. Miałem już też serdecznie dość! Wielotygodniowy ciąg alkoholowy zrobił swoje. Nie chciało mi się żyć. Alkohol jako taki ma działanie depresyjne. Wstałem więc od stolika, na którym znajdowały się jeszcze resztki niedopitego piwa i obwieściłem wszystkim, że idę do lasu, aby się powiesić. Oczywiście wzięli to za żart. Poza tym całe towarzystwo było mocno schlane.

Po drodze do lasu zdjąłem pasek od spodni, bo to na nim chciałem się powiesić. Próbowałem wspiąć się na drzewo i gałąź się ułamała. Spadłem tak niefortunnie, że złamałem nogę. W stopie pękła kość śródstopia i złamana była kość piętowa. Dobrze, że nieopodal kilku znajomych piło wódkę i pomogli mi jakoś się pozbierać oraz doczłapać z powrotem do baru. Noga puchła i siniała w zastraszającym tempie, więc bufetowa zadzwoniła po karetkę. Całą nogę mi zagipsowali! Pamiętam z tego, że mój pasek od spodni po kilku dniach przyniósł mi Krystian. Podobno leżał pod tamtym drzewem. Co dalej wyprawiałem, trudno nazwać inaczej niż debilizmem. Chodziłem o kulach, ale pić nie przestałem.

Grałem w barze w bilard, skacząc na jednej nodze. Biłem się pod barem, zamiast pięści używając kul. Uciekałem przed policją i „latałem” na melinę po gorzałę. Dwa razy zwinęli mnie do „suki” mundurowi. Noga puchła i siniała, gips się kruszył. Opamiętanie przyszło, gdy zorientowałem się, że skończyło mi się zwolnienie lekarskie. Od tygodnia nie byłem u lekarza na konsultacji ortopedycznej. Oczywiście, żeby iść do lekarza, musiałem przestać pić, aby na chwilę. Gdy wreszcie udałem się na wizytę, zdjęli mi resztki gipsu, to aż się przestraszyłem. Noga była prawie czarna! Kiedy lekarz to zobaczył, prawie mnie wyrzucił z gabinetu. Dostałem burę, że przecież miałem oszczędzać nogę, mało chodzić i trzymać ją na poduszce, bez ruchu. A ja w tym gipsie nie tylko chodziłem za dużo, ale i biegałem.

Dochodzę do wniosku — chociaż może to tylko takie moje wytłumaczenie — że to destrukcyjne picie wtedy, było spowodowane rozstaniem z partnerką. Chociaż nie raz się pokłóciliśmy, a potem godziliśmy, to tym razem było inaczej. Moja ówczesna partnerka, po wyrzuceniu mnie z domu, poznała innego mężczyznę. To mnie tak zabolało! Dziś uważam, że miała do tego prawo po tym, co jej zrobiłem. Po tych wszystkich moich wyskokach i ciągach alkoholowych. Jednak mocno zarył mi się w pamięci jeden szczegół.

Przechodziłem raz pod oknami niegdyś naszego mieszkania w Szopienicach. Zobaczyłem w oknie obcego faceta w moim szlafroku i koszulce. Zabolało i to bardzo! Miałem ochotę mu przypierdzielić, jednak zamiast tego poszedłem się upić. Zresztą każdy powód do picia zawsze jest dobry!

AREK

Z Arkiem znamy się od kilkunastu lat. Pamiętam, jak był pacjentem na Oddziale Stacjonarnym w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Miał w tym czasie około dwadzieścia osiem lat. Już wtedy miałem wrażenie, że doskonale wie, po co tam właściwie jest. Prace z Przewodnika Samopoznania pisał uczciwie i szczerze. Nie przeszedł tylko zaliczyć odwyku, a był autentycznie w terapii! Był pacjentem uważnym i wglądowym.

Zapisał się potem u mnie na grupę pogłębionej terapii, która trwała dwa lata.

Jego początki alkoholizmu sięgają dzieciństwa. Miał zaledwie dziesięć lat, gdy pierwszy raz sięgnął po alkohol. Odkrył wtedy, że po alkoholu nabiera ochoty na wygłupy i staje się odważniejszy. Sam o sobie wspomina, iż był bardzo skrytym i nieśmiałym chłopcem. Pod koniec szkoły podstawowej — siódma, ósma klasa — życie towarzyskie uczniów to były obozy sportowe, dyskoteki, spotkania z kumplami. Na tych spotkaniach było coraz więcej piwa. Mama robiła mu awantury i niezbyt chętnie wracał do domu.

Wspomina jeszcze, że w tamtych czasach brakowało mu szczerej rozmowy. Wszystko dusił sobie. W szkole średniej wpadł w towarzystwo kolegów, którzy palili marihuanę. Dla niego była to alternatywa alkoholu, bo trudniej w domu było to dostrzec. Alkohol od razu widać, a jeszcze bardziej czuć. Powoli popadał w rutynę palenia zioła. Gdzieś w trzeciej klasie szkoły średniej pojechał na wycieczkę do Chorwacji. Już wtedy nie wyobrażał sobie dwóch tygodni bez palenia! Jechał więc upalony i dopalał w tajemnicy, bo służby celne chodziły i sprawdzały paszporty. Wychowawcy bawili się razem z młodzieżą, a opiekun grupy jarał na równi z nimi. Na wakacjach miał się uczyć, aby zaliczyć egzaminy. Nie zdał, bo nie był przygotowany. Powtarzał więc rok.

Z amfetaminą pierwszy raz zetknął się w KFC na ul. Stawowej w Katowicach. Kumpel w toalecie wysypał mu na deskę mniejszą „krechę”, aby zobaczył, jak to jest. Wciągnął wszystko! Pierwsza reakcja: łzy w oczach, oko całe czerwone, myślał, że mu eksploduje. Jednak, kiedy już wyszli na zewnątrz i zapalili papierosa, poczuł się lepiej. Po plecach rozchodziło się przyjemne mrowienie. Gdy kolega zapytał go o to, jak się czuje stwierdził, że zajebiście. Nagle wszystkie zmartwienia znikły. Nic mu nie przeszkadzało, cieszył się chwilą i mógł szczerze rozmawiać godzinami o wszystkim. Całą noc spędził na klatce schodowej, wciągając kolejne krechy i rozmawiając do rana.

Wrócił do domu, a rodzice nie zorientowali się, że brał narkotyki. Wrażenie, że wszystkie problemy zniknęły i wreszcie ma kogoś z kim bardzo dobrze się rozumie powoli mijało. Dopóki amfetamina nie zaczęła z niego schodzić. Zjazd narkotykowy jest kilkakrotnie razy gorszy niż kac alkoholowy. Nie chodzi tylko o bóle fizyczne, ale głównie o kac moralny. W głowie pojawia się tak ogromny smutek, że odbiera chęci do życia! Możliwość zakupu amfetaminy dość szybko znalazł nawet na swoim osiedlu. Gdy brał nie liczyło się nic i nikt. Puszczały wszystkie hamulce. Zero zasad i wartości! Na początek ciągi trwały po kilka dni, chyba tylko z tego powodu, że brakowało mu kasy. Gdyby mógł, chodziłby naćpany cały czas.

Raz w szkole na lekcji WF-u wyszedł niby to do toalety, a tak na serio do szatni, aby kraść. Przeszukał kolegom kurtki, torby czy plecaki. Liczył na jakąś gotówkę. Znalazł dwa telefony, które zaniósł do lombardu. Miał za co ćpać! Koledzy jednak podejrzewali kto ich okradł. Nawet na haju ciężko było zagłuszyć to, co czuł i widział. Pomysł z kradzieżą powtarzał nieraz w miejscu, gdzie trenował. W szkole regularnie okradał kolegów. Nie wracał do domu, ćpał po klatkach schodowych w blokach na osiedlu. Czasem u sąsiada. Przez dwa tygodnie potrafił nie jeść, nie spać, chudł w oczach, wyglądał coraz gorzej. Zapadnięte policzki, podkrążone oczy.

Między ciągami przesiadywał w domu, głównie dlatego, że nie miał pieniędzy. Raz, pod dłuższej –wymuszonej brakiem kasy — przerwie, zapukała do drzwi mieszkania sąsiadka. Starsza kobieta przyszła oddać pieniądze mamie. Rodziców nie było. Pieniądze zostawił na blacie w kuchni, ale wytrzymał tylko kilka minut. Zabrał je i poszedł ćpać. Potem przy konfrontacji mamy z sąsiadką wszystkiego się wyparł. Stwierdził, że żadnych pieniędzy nie było. Wyrzuty sumienia skutkowały unikaniem sąsiadki. Do dziś jej nie przeprosił ani nie wyjaśnił tej sytuacji. Ostatnio, po niemal dwudziestu latach, mu się przyśniła.

W tamtym okresie wszystko, co było w domu cenne, rodzice chowali, aby nie wyniósł i nie sprzedał. Wreszcie padło ultimatum: „albo będzie się leczyć albo się wynosi z domu”. Był rok 2002, czwartego grudnia. Miał osiemnaście lat i za sobą dwa tygodnie detoksu w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach. Potem w Gliwicach w CLUGS „Familia”, był tam półtorej roku.

Po kilku latach trzeźwości w roku 2014, w moim gabinecie, poznał Dorotę. Pracował i mieszkał z mamą, i regularnie uczęszczał na grupę terapeutyczną. Dzieliło ich 2300 km. On z Sosnowca — ona ze Świdnicy, ale relacja się rozwijała.

Przekonany był, że to była miłość. Lubił jeździć do niej. To była odskocznia od rutyny codzienności. Zwykle widywali się w weekendy. Dorota znała go tylko trzeźwego. Gdzieś po półtorej roku takiej relacji dała mu klucze do mieszkania. A po dwóch latach postanowili zamieszkać razem. Nie było łatwo, ale się dogadywali. Niestety, to był okres, gdy nie miał kontraktu z terapią ani z mityngami AN. To było w siódmym roku jego trzeźwości. Trudności w związku przyszły wraz z brakiem zaufania. Dorota zaczęła podejrzewać go — niesłusznie zresztą — o zdradę. Rzucała oskarżenia, zaczęły się kłótnie, napięcia, awantury. Coraz mniej miał ochotę, aby wracać do domu. Zostawał w pracy coraz dłużej.

Młodszy kolega z pracy, poproszony, miał mu załatwił amfetaminę. Czekał na nią tydzień. Tydzień czasu na zastanowienie się i reakcję! Tydzień czasu na decyzję: przetrzymać kryzys, zadzwonić do terapeuty, iść na mityng? Jednak miał już otwartą furtkę, by powrócić do ćpania. Z tej karuzeli ciężko wyskoczyć! Zanim skończył te pięć gram, kupił kolejne dziesięć i wpadł wciąg na trzy miesiące. Dawał jednak radę pracować zawodowo. Pewnego razu zastawił w lombardzie szlifierkę do betonu. Oczywiście pewien był, że szybko ją wykupi. Niestety po miesiącu szlifierka przepadła, szef się dowiedział i zwolnił go z pracy. Dorota także się zorientowała, bo znikał na całe noce. Znalazła nawet woreczek z amfetaminą.

Groziła, że go wyrzuci z domu, ale dla niej to była naprawdę trudna decyzja. Być może wciąż go kochała? Kiedy stracił pracę, doszło do tego, że ukradł jej kilka stów i zniknął na trzy dni. Nie odbierał nawet telefonów. Ponieważ miał już za sobą kilka terapii, to miał tę bolesną świadomość, jak źle zrobił. Do tego doszło poczucie winy. Po prostu przećpał swój związek z kobietą, którą naprawdę kochał. Oczywiście — koniec końców — wyrzuciła go z domu.

Przyjechał więc do mamy, do Sosnowca. Nie miał tam żadnych kontaktów do dilerów, więc wrócił do picia alkoholu. Często jeździł też do Świdnicy, ale nie po to, aby zobaczyć się z Dorotą, a po dragi. Nawet nie dawał jej znać, że przyjedzie. Miłość do kobiety zamienił na narkotyki. Na Śląsku dostał pracę, służbowe auto, miał klientów i pieniądze. Jednak trwało to krótko, a sytuacja się powtórzyła. Ukradł kilka tysięcy z pieniędzy służbowych od klienta i zniknął na tydzień. Szef odwiedził go w domu, odebrał samochód, groził policją. On jednak się ukrywał i wciąż był na haju. To był już ten czas, gdy nie potrafił pracować. Liczyły się tylko narkotyki! Gdyby nie mama, nie miałby gdzie mieszkać i co jeść.

W końcu — na początku grudnia 2018 roku — napisał do mnie, że chce się leczyć.

Dwudziestego pierwszego grudnia stawił się w szpitalu na OTU i do dziś jest wolny od nałogów.

Założył własną firmę, w której pracuje także jego ojciec. Mieszka z córką i jest troskliwym oraz opiekuńczym tatą. Od siedmiu lat nie pije i nie bierze narkotyków.

POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI

Całe życie czułem się inny — tak zaczyna się moja pierwsza książka — i tak naprawdę było! Wstydziłem się dosłownie wszystkiego. Od zawsze byłem chorobliwe nieśmiały. Ta nieśmiałość wręcz mnie pożerała. Wstydziłem się jej, ukrywałem pod maską ironii, żartu, cynizmu.

W szkole podstawowej bywało jeszcze jakoś znośnie. Bardzo dobrze grałem w piłkę, byłem wielokrotnym mistrzem Śląska w pływaniu. Jednak im byłem starszy, tym było gorzej. Kompleksy, niskie poczucie własnej wartości, wstyd, wręcz chorobliwa nieśmiałość — wszystko to zapijałem alkoholem. Odkryłem bowiem, że pijąc alkohol, jestem taki, jak zawsze chciałem być. Pewny siebie, bez grama wstydu i nieśmiałości. Zawsze imponowali mi właśnie tacy mężczyźni. W domu niestety takiego wzorca nie miałem. Taty nie było, bo pracował, a jak nie pracował to pił lub spał. Starszym bratem tak na dobre, to ja musiałem się opiekować i mu pomagać.

Wracając jednak do mojej osoby i mojego poczucia własnej wartości. Kiedy przez dwadzieścia lat swojego życia piłem alkohol, sypało mi się wszystko, za co się zabrałem lub co próbowałem stworzyć. Traciłem nie tylko kolejne kobiety, kolejne stanowiska pracy, a przede wszystkim szacunek bliskich.

Na zewnątrz grałem bohatera, miałem różne twarze, dobrze się maskowałem z moimi emocjami. Oczywiście to wszystko, o czym piszę, wyszło dopiero po latach terapii. Wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.

Kilka przykładów, jak to wyglądało w konkretnych zachowaniach. Na przykład: wychodząc z domu brałem ze sobą książki Władysława Tatarkiewicza czy Czesława Miłosza, szczególnie po tym, jak dostał Nagrodę Nobla. Nosiłem je w taki sposób, aby moi koledzy widzieli, że czytam tak poważną literaturę. Oni pili gdzieś tam w po krzakach, a ja z tymi książkami i zwykle słyszałam wtedy: „Kurwa, Kogut jaki to z ciebie alkoholik, jak ty taką literaturę czytasz?”. Tak po prawdzie, to wtedy nie czytałem tych książek, ale ponieważ moja mama była i nadal jest bibliofilem, i kocha książki wszelkiego rodzaju, u nas w domu zawsze szafy i regały były ich pełne.


Czy inna sytuacja: gazet zwykle czytałem bardzo dużo. Zdarzało się jednak, iż celowo kupowałem pewne tytuły takie, jak: „Kultura”, „Polityka”, „Kulisy”, do tego paczka Marlboro i pijąc kawę w barze piwnym, czytałem te gazety tak, aby wszyscy widzieli. Oczywiście przy tym nie piłem żadnego alkoholu, chociaż przychodzący tam koledzy gorąco mnie do tego zachęcali. Kiedy odmawiałem, klepali mnie po plecach mówiąc: „Ty to masz silną wolę! Po co ty byłeś na tych odwykach? Ty nie jesteś żaden alkoholik!”. Miałem wtedy jakże fałszywe poczucie „mocy” i dumy z własnego ego. Po całotygodniowej pokazówce zaczynałem pić, ale w domu lub u kolegi, gdzie nikt mnie nie widział.

Jeśli zaś chodzi o poczucie własnej wartości, kamieniem milowym była najpierw terapia stacjonarna, a potem dwuletni udział w grupie terapeutycznej. Odrodziłem się na nowo! Stawałem się zupełnie innym człowiekiem. Udział w wspólnocie AA też zrobił swoje. Prowadząc mitingi, odzyskiwałem wiarę we własne możliwości, nabierałem pewności siebie. PRO w Warszawie odmieniło mnie już na zawsze. Pozwoliło myśleć zupełnie inaczej i inaczej postrzegać siebie, a także otaczający mnie świat. Do tego praca w zawodzie terapeuty w szpitalu i w prywatnym gabinecie, dokonała mojej przemiany. Ciągle się jednak uczę. Mam otwarty umysł. Potrafię przyznać się do błędu i powiedzieć, że się pomyliłem. Wciąż podróżuje w głąb siebie i odkrywam coś nowego — nie zawsze pozytywnego.

Warto tu przypomnieć mądre słowa kolejnej naszej noblistki, Wisławy Szymborskiej:

„Tyle znamy siebie, na ile nas sprawdzono”.

Warto więc odkrywać w sobie wciąż coś nowego!

MACIEJ

Mam na imię Maciej i mam czterdzieści trzy lata. Od dziewięciu lat jestem trzeźwym alkoholikiem i hazardzistą. Jednak nie zawsze tak było!

Jako dziecko marzyłem, aby zostać piłkarzem. Jedno wydarzenie — brutalna napaść, która zabrała mi poczucie bezpieczeństwa — na zawsze odmieniło moje życie. Do dziś dobrze pamiętam słowa mojego ojca, który był dla mnie autorytetem: „Napij się piwa, to zapomnisz”. Uciekałem ze szkoły, żeby grać w bilard. Patrzyłem, jak piją inni i sam z czasem sięgnąłem po alkohol. Mimo iż po pierwszym spożyciu źle się poczułem, to jednak już wiedziałem, że alkohol daje mi poczucie mocy, że mogę wszystko.

Uciekałem ze szkoły, wagarowałem, nadal jednak grałem w piłkę. Zdarzały się imprezy z alkoholem w piątek, a w sobotę mecz na kacu. Ponadto treningi i mecze stały się dobrym pretekstem, aby pójść do knajpy pić z innymi zawodnikami. A potem już samemu, szukając kompanów do kieliszka. Niedziela — kolejny dzień, kiedy zamiast pójść do kościoła, poszedłem do baru i grałem na maszynach, za dziesięć złotych na jednym kredycie. Wracałam do domu w czasie skończonej mszy. Było jednak jeszcze gorzej! Piłem po klatkach schodowych, pod wpływem alkoholu włamałem się do sklepu.

Początkiem wieloletniego uzależnienia od hazardu stała się moja pierwsza wygrana, która dała mi poczucie, że będę i mogę wygrywać zawsze. Wygrana to największe nieszczęście dla hazardzisty!

Gdy podjąłem się pracy zarobkowej, którą załatwili mi bracia, wreszcie miałem źródło finansowania swego hazardu. Wszystko przeznaczałem na grę, nie dokładając się do gospodarstwa domowego. Gdy straciłem pracę, a co za tym idzie — dochód — zacząłem kraść. Okradałem mamę ze wszystkich pieniędzy. Dokonywałem oszust finansowych. Mama i bracia spłacali moje długi, więc nie ponosiłem żadnych konsekwencji swoich działań.

Moja ówczesna partnerka zabrała mnie na mityng AA. Po tym spotkaniu doszedłem do wniosku, że to, co tam usłyszałem, jest mi bliskie i że postępuję podobnie. To był czas, gdy zdecydowałem się pierwszy raz na terapię, której niestety nie ukończyłem. Potem poznałem moją obecną żonę. Od razu wiedziała, jaki mam problem. Zaczęliśmy się spotykać i dość szybko zamieszkaliśmy razem. Starałem się kontrolować swój alkoholizmu i uzależnienie od hazardu. Kiedy urodził mi się syn — poszedłem pić i grać.

Podjąłem pracę w sklepie komputerowym i uwierzyłem, że jak też mogę mieć firmę. Postanowiłem więc założyć własną, która — zamiast być źródłem dochodu — stała się pretekstem do grania.

Byłem na swoim, ale to była tylko wymówka, żeby mieć czas dla siebie, na hazard. Firmę zamknąłem po pół roku. Piłem i grałem w trybie weekendowym. I tak przez sześć, siedem lat.

Pracowałem wtedy w serwisie internetowym. Drugi raz zostałem ojcem — urodziła mi się córka. Niestety grałem nadal. Większość wypłat przegrywałem, więc zacząłem brać pożyczki w różnych bankach i parabankach. Wpadłem w pętlę kredytową, a konsekwencje tego ponoszę po dziś dzień. Poszedłem na kolejną terapię. Nie stosowałem się jednak do zaleceń i znów wróciłem do picia i hazardu. Zmieniłem pracę i zostałem windykatorem terenowym. Ludzkie problemy jednak bardzo mnie zdołowały. Zrozumiałem, że przez uzależnienie od hazardu nie zdobędę pieniędzy na spłatę zadłużenia i na granie. Błędne koło!

Znów każdy weekend spędzałem na piciu i graniu. Nie interesowało mnie jak żyjemy, ja i moja rodzina. W pięć osób mieszkaliśmy na trzydziestu metrach kwadratowych. Jak skończyły mi się możliwości pożyczania pieniędzy, przychodziłem do domu i potrafiłem przez kilka godzin prosić żonę czy jej grozić, aby dała mi pieniądze. Często robiła to dla świętego spokoju. Grałem też w domu, przez Internet, żeby żona miała poczucie, iż wszystko jest OK. A i tak po czasie zabierałem pieniądze z domu i szedłem grać. Grałem coraz częściej już także i w tygodniu.

Pomimo przemożnego poczucia, że muszę grać, psychicznie nie dawałem już rady i próbowałem targnąć się na swoje życie. To był kluczowy moment dla podjęcia decyzji o kolejnej terapii. Potem psychiatra, skierowanie na OTU w Katowicach na ul. Korczaka i osiem tygodni terapii na oddziale. Tam dowiedziałem się, że Józek prowadzi terapię pogłębioną. Po wyjściu z oddziału, pojechałem na obóz z KST „Dwójka” i tam zapadła decyzja o dalszej terapii u Józka. Pomimo braku funduszy, Józek mnie przyjął, wspierał, a nawet dostałem od niego zestaw kina domowego — co bardzo pozytywnie na mnie wpłynęło. I utwierdziło w przekonaniu, że nie mogę go zawieść, bo na początku swej terapii trzeźwiałem dla innych, nie dla siebie.

Z żoną podjęliśmy decyzję, że jednak będziemy razem. Założyłem kanał na YouTube, który wypełnił mi lukę po piciu i graniu. Dostaliśmy mieszkanie. Trzeźwiałem. Podjąłem pracę z Hucie Ołowiu, zapewniając sobie tym samym stabilizację finansową. Jednak w roku 2021 problemy ze zdrowiem — dwa zawały serca i zator płucny — przewartościowały moje życie.

Żona została prezesem KST „Dwójka”, a ja — pomimo obaw związanych ze zdrowiem — sekretarzem.


Skupiłem się na samorozwoju, skończyłem PRO i gdyby nie mój ośli upór, już dawno byłbym terapeutą. Jak to na początku mówił mi Józek. Dziś jestem zastępcą prezesa KST „Dwójki””, w maju podchodzę do matury. Pomagam innym, ale też i sobie. Plany na przyszłość? Może studia i psychoterapia, ale są też inne opcje. Czas pokaże!


***


Do zwierzeń Maćka, chciałbym dodać jeszcze coś od siebie. Maciej to taki buntownik z wyboru, zawsze własną drogą. Jednak nie zawsze się to opłaca. Ponieważ, kiedy chodził do mnie na terapię, to zachęcałem go, aby poszedł tą drogą, którą idzie dziś! Gdyby mnie posłuchał i zrobił tak wcześniej, to byłby już terapeutą od uzależnień w szpitalu na ul. Korczaka w Katowicach, pewnie od kilku lat. Mam nadzieję, że kiedyś to nastąpi!

RÓŻNOŚCI

Pod koniec lat ‘80 pracowałem w KWK „Staszic”, chyba na płuczce. Miałem nocną zmianę. Poszedłem więc wcześniej do sztygara z prośbą o wolne. Bardzo mi zależało. Zaproponowałem, że odrobię ten dzień w sobotę lub w niedzielę, bo często tak robiłem. Zapytał, czy znów mam imprezę suto zakrapianą alkoholem, bo zwykle z tego powodu brałem wolne. Nawet kilka razy zostałem wyrzucony z pracy do domu, bo przyszedłem pod wpływem. Oczywiście wtedy zdawało mi się, że jestem trzeźwy, a sztygar po prostu się na mnie uwziął.

Wracając do tematu: wolnego niestety nie dostałem, chociaż tym razem to nie o alkohol chodziło. Chodziło o film, który nadawano w TV. W tamtych czasach w Telewizji Polskiej były tylko dwa programy: pierwszy i drugi. Nie miałem wideo ani żadnych innych możliwości, aby nagrać film, na którym mi zależało. To był „Doktor Żywago” z Omarem Sharifem. Pierwszy raz nadawano go w TV. Była to adaptacja książki Borysa Pasternaka — autora, który za ten właśnie tytuł otrzymał Nagrodę Nobla. Niestety nigdy jej nie odebrał, bo ówczesne władze ZSRR nie pozwoliły mu na podróż i wyjazd z kraju.

Kino i filmy to od zawsze była znaczna i ważna część mojego życia! Chodziłem na tak zwane „konfrontacje” do kina „Rialto” w Katowicach.

A gdy już miałem wideo i zacząłem sobie nagrywać filmy na kasety, to nazbierało się ich ze dwa czy nawet trzy tysiące tytułów.

Chciałem więc tylko zobaczyć film w TV, a wszyscy od razu podejrzewali mnie o picie. Takie były skutki opinii, na którą niestety przez lata zasłużyłem sobie swoim alkoholizmem.


***


Taka mała konkluzja: co łączy film „Vabank 2”, piosenkę Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa” i film Janusza Morgensterna „Żółty szalik”? Chociaż chodzi raczej o jedną konkretną scenę z tego wspaniałego filmu.

Te trzy pozornie niezwiązane rzeczy łączy coś bardzo dla mnie ważnego — moje emocje! Ponieważ to ma u mnie wymiar wręcz cykliczny, opowiem o czym mowa. Film Jana Machulskiego — „Vabank 2” i jeden z jego bohaterów: Nuta — notoryczny pijak, wrak człowieka, oraz pamiętna scena, kiedy Kwinto z Maksem przychodzą do niego, żeby im założył podsłuch. Zawsze, gdy to oglądam, chce mi się płakać! Przez ponad kilkanaście lat mojego pijanego życia, czułem się dokładnie tak, jak Nuta w tej scenie. Wrakiem człowieka, pijaczyną upadłym na samo dno, zapijaczonym menelem. Wszystko czego w życiu się dotknąłem, to spieprzyłem! Użalałem się nad sobą, uciekając w alkoholizm.

I podobnie jak w tej scenie — bywałem w totalnym dołku. Mocno więc się z Nutą utożsamiałem. Zdarzało się, że w takich właśnie chwilach ktoś mnie odwiedził, czy to w domu na Nikiszowcu, czy spotkałem kogoś na ulicy, kogo dawno nie wiedziałem — np. profesora z liceum w Katowicach czy jakiegoś kolegę — bardzo się wstydziłem. Nie tylko tego, w jakim byłem stanie — pijany czy na kacu — ale także tego, iż nic sobą nie reprezentowałem. Nic nie udało mi się w życiu osiągnąć, do niczego dojść, może poza kolejnym detoksem czy odwykiem w szpitalu.

Kolejny film „Żółty szalik” i scena, gdy bohater grany przez Janusza Gajosa — prezes firmy, nałogowy alkoholik, wchodzi do restauracji, aby wypić kieliszek wódki. Przy stoliku obok siedzi pijak z typowymi objawami abstynencji — trzęsą mu się ręce i tylko czeka, aż ktoś mu postawi wódkę. To jestem ja, z mojego dawnego życia. Często bez kasy, na kacu, czekałem, aż ktoś się ulituje i kupi mi alkohol. I tak bardzo się tego wstydziłem. Do dziś nie potrafię w spokoju oglądać tego filmu!

I wreszcie piosenka Jacka Kaczmarskiego „Nasza klasa”, to najboleśniejsza z trzech wymienionych tu rzeczy. Jest tam taki fragment:


„Janusz, ten co zawiść budził, że go każda fala niesie

Jest chirurgiem, leczy ludzi, ale brat mu się powiesił”


Zawsze, gdy tego słucham, serce ściska mi ogromny żal! Nawet, gdy mój brat jeszcze żył i nie mogłem wiedzieć, co się stanie. Moja podświadomość jakby wiedziała, choć rozsadek zaprzeczał, że to przecież nie o mnie, nie mogło mnie dotyczyć! Do dziś nie potrafię sobie tego wytłumaczyć. Piosenka powstała w roku 1986, a mój brat — Marek — powiesił się wiele lat później. Dziś już nie potrafię słuchać tego utworu. Zbyt wiele emocji, a i mamy mi bardzo szkoda.

OLA

Ola ma czterdzieści osiem lat i już od ponad roku chodzi do mnie na terapię grupową. Gdy na początku opowiadała o sobie, to wierzyć się nie chciało, że można tyle czasu pić, praktycznie codziennie wiele lat, a do tego normalnie funkcjonować. Chodzić do pracy, gotować, sprzątać, być matką i na dodatek nie ponosić żadnych konsekwencji swojego uzależnienia. Z dwudziestu lat picia codziennie! Wcześniejsze dziesięć lat picia, nieco mniej.


„Nazywam się Olka, mam 48 lat, jestem alkoholiczką.”


Nie pamięta swego pierwszego łyku alkoholu, za to pamięta, że jak była dzieckiem zarzekała się, iż nigdy nie spróbuje nawet alkoholu. Mówiła to swojej mamie, bo zbyt dobrze miała w pamięci, co nałóg zrobił z jej ojcem. Z fajnego, opiekuńczego, zabawnego faceta potrafił w jednej chwili przeobrazić się w kogoś zupełnie innego, agresywnego, nieodpowiedzialnego, a czasami śmiesznego. Nie rozumiała tego! Bardzo go kochała, jednak, mimo iż nigdy nie podniósł na nie ręki, razem z siostrą nie wiedziały, wracając do domu ze szkoły, w jakim ojciec będzie humorze. Czy będzie normalnie, czy też trzeba będzie chodzić na palcach, aby nie zbudzić złego wilka.

Mama robiła wszystko, aby córki miały normalne dzieciństwo. Ola uważa, że nawet jej się to udawało. Jej ojciec się powiesił, gdy Ola miała osiem lat. Płakały razem z siostrą. A siostra cieszyła się, że ich dwuletni brat nie będzie tego pamiętał. Mama wreszcie odetchnęła z ulgą.

Ola wspomina, że po alkohol sięgnęła gdzieś w wieku siedemnastu lat. W każdym razie chodziła jeszcze do liceum. Nie pamiętam nawet, czy to było wino, a może piwo? Wino polubiła. Pracowała, więc mogła sobie pozwolić na odkrywanie różnych smaków i gatunków. Ani się obejrzała i już była w momencie, gdy bardzo dobrze wiedziała, ile może wypić, aby się nie upić. Wiedziała, że nie może mieszać, bo ma potem kaca. Pokochała wina wytrawne, nie przepadała za słodkimi. Wódka była nie dla niej. Wino natomiast piła codziennie wieczorem, do kolacji, czasem zamiast kolacji. Początkowo lampka — dwie, nie licząc imprez w weekendy, na których alkoholu było znacznie więcej. Lubiła ten stan. Czekała na to cały dzień. To była jej nagroda, relaks, remedium na stres. Do głowy jej nie przyszło, że robi coś nie tak, że się uzależnia. Przecież nie chodziła pijana, była zorganizowana, zadbana, miała pracę, dobre relacje z chłopakiem. Uwielbiała wracać do domu, spędzać z nim czas, zjeść coś dobrego, obejrzeć film i … napić się dobrego wina. Było fajnie, lata mijały, zmieniali się mężczyźni i miejsca, ale rytuał picia pozostał.

Zmieniało się także to, że aby coś poczuć, musiała pić coraz więcej. W wieku trzydziestu jeden lat zaszła w ciążę. To był powód do rzucenia, nie tylko papierosów, ale i alkoholu. Udało się bez problemu. No może z papierosami było trudniej.

Niestety nie wyłapała chwili, gdy aby ruszyć z dniem, potrzebowała się napić. Niewiele, tylko trochę, by móc działać, się uśmiechnąć, pokonywać problemy dnia codziennego. Żeby ręce się nie trzęsły, żeby nie budzić się w nocy z niepokojem. Przegapiła też czas od kiedy picie przed pracą już jej nie wystarczało. Musiała przez osiem godzin w pracy, popijać po trochu. Wino też już nie wystarczało. Pojawiła się wódka. Ilość kupowanych małpek malinowej „Soplicy” przekroczyło już pięć — sześć butelek dziennie. Unikała imprez, towarzystwa, wolała napić się sama, w domu, ile chciała, kiedy chciała, co chciała. Wmawiała sobie, że od jutra przestanie, że aby jeden dzień bez alkoholu, to przecież musi się udać. Nie udawało! Z czasem przestała już oszukiwać sama siebie. Wiedziała, że to się nie uda. Coś mówiło jej w głowie, że bez tego alkoholu to już nie da rady, że będzie tak zawsze.

W grudniu 2024 roku straciła pracę. To było dno! Do dziś nie potrafi opisać wstydu ani strachu, jaki wtedy czuła. Potem już wszystko potoczyło się bardzo szybko. Trzeba było powiedzieć i mężowi, i mamie. Bardzo się bała, jednak dostała ogromne wsparcie, którego nawet się nie spodziewała.

Mama miała wyrzuty sumienia, że nie zauważyła, nie zareagowała wcześniej, a nawet jak córka wpadała z winem, piła razem z nią. Bolesna prawda była taka, że wszyscy lubili z nią pić. To mama skierowała ją na detoks i namówiła na terapię. Ola była świadoma tego, iż sama nie dałaby rady.

Dziś jest trzeźwa od ponad roku i nadal ciężko jej w to uwierzyć. Przez większość swojego dorosłego życia nie było dnia bez alkoholu. Rok 2025 był przełomowy. Był rokiem trzeźwienia, szarpaniny samej z sobą, bitwy silnej woli z chorym, uzależnionym umysłem. Naprawdę trudny, ciężki rok. Przed nią jeszcze sporo pracy, z czego doskonale zdaje sobie sprawę. Jeszcze tego nie czuje, że zwyciężyła samą siebie. Jednak dzięki wsparciu rodziny, prawdziwych przyjaciół, a przede wszystkim dzięki terapii wie, że idzie w dobrą stronę. Czuje się silniejsza, zaczyna rozumieć swoje błędy. Zaczyna wreszcie żyć.

Ola po dwudziestu latach codziennego picia, potrafiła wreszcie przestać. Zatrzymać tę obsesję, rozpocząć terapię i pracę nad sobą. Dała radę bez potrzeby leczenia w ośrodku stacjonarnym typu zamkniętego. Ze wsparciem tylko w moim gabinecie, pokazała, że ma w sobie ogromną siłę, że ma moc. Wielki dla niej za to szacunek! Ola ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Śląskim, jednak nie pracuje w swoim zawodzie. Dziś idzie całkiem nową drogą!

ŚMIAĆ SIĘ CZY PŁAKAĆ

Z początkiem lat 90 moja mama wpadła na pewien pomysł — w jej przekonaniu wręcz genialny. Planowała sprowadzać z zagranicy — głównie Czechy i Węgry — alkohol i sprzedawać go w Polsce, oczywiście z odpowiednim zyskiem. Miały to być dość spore ilości, czysta wódka o pojemności 0, 7 l, tak z 250 sztuk. Do tego szampany, koniaki i inne ekskluzywne trunki. Przy dwóch czynnych alkoholikach w domu był to pomysł wręcz karkołomny. Nieraz się zdarzyło, że udało nam się prawie wszystko sprzedać, głównie dlatego, iż miałem układy z właścicielami barów w okolicy. Oczywiście obywało się bez żadnych faktur. Jednak częściej zdarzało się, że większość tego alkoholu wypijaliśmy ja i mój brat.

I teraz taka ciekawostka: z bratem przez wiele lat dzieliłem jeden pokój. Czasem z przerwami, gdy pomieszkiwałem u partnerek. Jednak mimo to nigdy razem nie piliśmy! On zwykle pił swojej części pokoju, ja w swojej. Tyle że w moim przypadku dość rzadko robiłem to w domu. Wolałem iść w trasę. Pić po barach lub u kolegów takich, jak na przykład Wiesiek czy u kogoś innego na Nikiszu. Byłem stałym klientem barów w okolicy.

Typowe speluny, w których szaro było od papierosowego dymu i w których dość często dochodziło do bójek, a z nich nie raz wychodziło się na tak zwane „solo”!

Wracając jednak do handlu wódką. Pamiętam, jak raz mama przywiozła z Węgier kilkadziesiąt butelek różnego rodzaju alkoholu. Cały ten zapas zamknęła na klucz w swoim pokoju. W tym okresie byłem trzeźwy, a w takich razach mama dawała mi klucze do swojego pokoju. Jakieś dwa tygodnie wcześniej, wracając po pijanemu do domu, nie mogąc otworzyć drzwi wyjściowych, wywarzyłem je kopniakiem. Zdewastowałem cały zamek. Była niezła awantura! Jednak mało co z tego pamiętam, bo już wtedy, zawsze jak przesadzałem z alkoholem, to miałem palimpsesty czyli po prostu urywał mi się film. Mama zamówiła fachowców do naprawy drzwi. Panowie przyszli, przywieźli nowy zamek i zaczęli go zakładać. Ja — trzeźwy od dwóch tygodni i boleśnie świadomy, że u mamy w pokoju stoi cały arsenał alkoholu — zaproponowały specjalistom po kielichu. Na lepszy rozruch i aby im się lepiej pracowało. Dziś wiem, że to nie o fachowców chodziło, a o to, że nie piłem już tyle czasu i miałem ogromną na to ochotę.

Wizyta panów fachowców, to był tylko pretekst i dobry argument, aby wreszcie się napić. Wyciągnąłem więc z pokoju mamy jedną butelkę 0, 7 l — na trzech facetów w sam raz. Potem dwie butelki. Byłem już nieźle nawalony i naprawdę miałem gdzieś, czy naprawią te drzwi. Ważniejszy był pretekst do picia! Fachowcy także już byli pijani — do tego stopnia, iż zamiast naprawić zamek, tak go „zepsuli”, że aż zablokowali drzwi, których w żaden sposób nie dało się otworzyć. Byliśmy zamknięci bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Jeden z panów niestety upił się aż do nieprzytomności, zaś drugi wciąż, w jakiś tam sposób próbował naprawić zablokowane drzwi. Totalny dramat! Wszyscy trzej byliśmy pijani i nadal nie potrafiliśmy wyjść z mieszkania! Otworzyłem więc okno — jedyne co mi przyszło na myśl, a mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze kamienicy — i zacząłem wołać do ludzi, że jesteśmy zamknięci i aby ktoś pomógł nam się wydostać.

Nomen-omen podobna sytuacja była w kultowym filmie „Miś”. Wreszcie jeden mój znajomy z kopalni, przechodził pod oknem i mnie usłyszał. Doradził, żeby rozwiercić zamek wiertarką. Poszedł do domu, wrócił z odpowiednim sprzętem i nas uwolnił. Niestety nowo założony zamek był do niczego, a panów fachowców nieprzytomnych z upicia musiałem na plecach wynosić i zostawić na trawniku.

Drzwi w efekcie nadal się nie zamykały, więc potem musiałem kupić nowy zamek!


***


W latach osiemdziesiątych kilka razy byłem na odwyku stacjonarnym w Parzymiechach. Wspomniałem o tym w mojej poprzedniej książce. Taki odwyk trwał od trzech miesięcy nawet do pół roku. Codziennie rano dostawaliśmy Anticol. Jeździliśmy także do pracy fizycznej, dość ciężkiej. Rozładowywaliśmy wagony kolejowe. Czasami był to i rozładunek, i załadunek na samochody ciężarowe. Na takich odwykach nie było terapeutów czy psychologów. Żadnych zajęć terapeutycznych ani terapii grupowej czy indywidualnej. Zdarzało się czasem, jednak nad wyraz rzadko, że któryś z pacjentów prowadził coś na kształt zajęć. Raz czasami dwa razy w tygodniu. Jedynym elementem terapeutycznym był sport. Graliśmy w tenisa ziemnego i stołowego, w siatkówkę czy piłkę nożną. Zimą zwykle były biegi narciarskie i maratony.

Pamiętam, jak raz trafiła się na takim odwyku aż czwórka facetów z Nikiszowca.

Piliśmy razem przez kilka dni na Nikiszu, na takiej jednej ajncli. Nikt tam nie mieszkał. Wchodziło się przez okno, bo to było na parterze. Niewiele jednak pamiętam, bo jedni przychodzili inni zaś wychodzili, wszyscy pijani. Czasami ktoś wychodził na tzw. „solo” — czyli typową bójkę między pijanymi mężczyznami. Nie zawsze było wiadomo jednak, o co mają do siebie żal.

Raz Zyga, czy może Heniek albo obaj, przywieźli z dworca PKP w Katowicach kobietę. Wałęsała się po Polsce od kilku tygodni, młoda, na oko dwadzieścia kilka lat. Pamiętam, że graliśmy na zapałki, kto ma pierwszy uprawiać z nią seks, ja byłem trzeci w tej kolejce. Uciekła nam po jakiś dwóch dniach, w skórzanej kurtce jednego kumpla i z zegarkiem drugiego. Wtedy to ja, Zyga, Opek i Krzysiek wylądowaliśmy na tym odwyku w Parzymiechach. Pojechaliśmy tam oczywiście pijani. Nie było alkomatów, aby zmierzyć stan naszego upojenia. Noc spędziliśmy w parku, a rankiem zgłosiliśmy się na odwyk i nas przyjęli. Dziwnym był jeden mały szczegół. Każdy z nas miał pewną dolegliwość związaną z męskim przyrodzeniem i wciąż drapaliśmy się po genitaliach.

Do tego doszła wysypka, a częste wizyty w WC i pod prysznicem upewniły nas, że złapaliśmy mendy. Wstyd było się komukolwiek przyznać, więc staraliśmy sobie radzić po swojemu. Poza tym tam był jeden tylko lekarz na stu pacjentów i przyjmował tylko w wyjątkowych sytuacjach. Wpadliśmy więc na pomysł — Zyga i ja — aby potraktować to małe tałatajstwo spirytusem salicylowym na przemian z wodą kolońską. Z tego wstydu chodziliśmy jednak w ustronne miejsca, głównie w krzaki i tam smarowaliśmy intymne części ciała tymi płynami. Pożyczyliśmy też od pielęgniarki pesetę, aby „wyławiać” pasożyty, bo to jednak bardzo szczypało. Pod prysznicem zastosowaliśmy kolejne środki zaradcze i ogoliliśmy na łyso nasze genitalia. Dziś to może zwyczajna sprawa i cześć dbania o higienę, ale wtedy byliśmy po prostu wyśmiewani.

Pamiętam, że dwa odwyki trwały po trzy miesiące każdy, a jedne aż pół roku! Oczywiście — jak wcześniej wspomniałem — codziennie dostawałem rozpuszczony w wodzie Anticol, po to, aby nie pić alkoholu. Ja go jednak nie piłem podczas odwyku. Nawet o tym nie pomyślałem, chociaż okazja się zdarzała, głównie, gdy rozładowywaliśmy wagony z wódką czy piwem.

Przeładowywaliśmy to na samochody dostawcze, które jechały do magazynów. Tzw. „stłuczki” zdarzały się często i to był pretekst do darmowego picia, bo kolejarze kradli na potęgę. Nie skusiłem się jednak, ponieważ nie po to pojechałem na odwyk. Chciałem odpocząć od alkoholu i czułem się bardzo dobrze nie pijąc. Pomimo ciężkiej pracy fizycznej, a może właśnie przez nią, miałem ogromny apetyt. Codziennie graliśmy w piłkę lub tenisa. Nie było jednak żadnych zajęć terapeutycznych. Ani HALT-u, ani zaleceń dla trzeźwych alkoholików czy radzenia sobie z głodem alkoholowym. Słowem nic z tych podstawowych elementów, których ja uczę swoich podopiecznych. Kiedy już opuszczałem taki odwyk, czułem się wyleczony. Instruowano tylko aby nie pić alkoholu na pusty żołądek, nie mieszać alkoholi ze sobą itd. Dlatego, gdy zbliżał się termin zakończenia leczenia, ja zawsze wiedziałem, że po powrocie zacznę znów pić. Oczywiście wmawiałem sobie nie raz, że teraz to będę pił „kulturalnie” i mniej, niż do tej pory, słabsze alkohole, a nawet tylko piwo. Zwykle bywało tak, że w tym samym czasie kilku z nas kończyło taki odwyk — nazywam to po imieniu, bo z terapią nic to nie miało wspólnego.

Wracaliśmy więc wspólnie do domu i już po drodze kupowaliśmy piwo lub słaby alkohol, aby nie upić się za szybko. Do Katowic wracałam już pijany. A że brałem przez kilka miesięcy codziennie Anticol, to miałem obawy, czy aby się „nie przekręcę”. Pamiętałem, jak raz w Parzymiechach Krzysiek „zapił” Anticol i pogotowie musiało interweniować.

Trzeba było coś wykombinować, żeby nie mieć go w organizmie, gdy będę wychodził do domu. Procedura była taka: na kilka dni przed opuszczeniem ośrodka, świadomie przez zażyciem rozpuszczonego w wodzie Anticolu, wypijałem od pół do nawet półtorej litra wody. Po zażyciu szedłem do WC, żeby tam sprowokować wymioty i pozbyć się zawartości żołądka, wraz z lekiem. I tak do samego wyjścia powtarzałem te czynność. Trzeba było zwymiotować wszytko to, co przeszkadzało w późniejszym spożywaniu alkoholu.


***


W połowie lat osiemdziesiątych byłem pracownikiem KWK „Staszic”. Z kopalni często jeździłem w delegacje, do pracy na koloniach letnich jako ratownik WOPR — o czym pisałem już w poprzedniej książce. Zazwyczaj były to cztery turnusy. Czyli niemal całe dwa miesiące wakacji.

Zawsze, gdy zbliżało się lato, obiecywałem sobie, że na tych koloniach będę pił mniej alkoholu, uprawiał dużo sportu i oczywiście będę się zdrowo odżywiał. Próżne gadanie! Już od pierwszego wieczorka zapoznawczego kadry kolonijnej wszystkie obietnice legły w gruzach. Od razu było wiadomo kto z kadry — wychowawców, personelu zwykłego, a także medycznego — lubi sobie wypić, a kto nie. Przez resztę kolonii wciąż ta sama ekipa spotykała się w naszych pokojach, czyli np. u higienistki. Piliśmy wódę, często do rana. A rankiem niestety trzeba było zająć się dziećmi.

Jedna sytuacja z tamtych dni do dziś nie daje mi spokoju. Mam przeogromne poczucie winy! Dotyczy to pewnej pani, którą — gdybym dziś spotkał — chciałbym gorąco przeprosić. Kobieta ta była wychowawczynią na koloniach, a towarzyszyła jej na turnusie nastoletnia córka. To była bardzo atrakcyjna pani, o cygańskiej urodzie. Tak się zdarzyło, że przyjechała tam z nogą w gipsie. Ze wspólnej imprezy rychło przenieśliśmy się do mojego pokoju, chociaż niewiele pamiętam, bo sporo wypiliśmy. Rankiem, nie całkiem jeszcze trzeźwi, postanowiliśmy „pójść w miasto”. Ona z tą nogą w gipsie, wsparta na moim ramieniu. Przez to czasami przewracaliśmy się na chodnik. Mogło to wyglądać dość komicznie, gdyby nie fakt, iż byłem ratownikiem a ona wychowawczynią. Ładny przykład! Ktoś z nadgorliwych tubylców, widząc nas w takim stanie, zadzwonił na Milicję.

Miałem w tym dniu wolne, ale byłem pracownikiem i opiekunem. Moja piękna towarzyszka także. Widziały nas też dzieci. Tak pijani, zwracaliśmy na siebie niemałą uwagę nie tylko mieszkańców. Poszliśmy do knajpy, niektórzy miejscowi podpisywali się owej pani na gipsie. Piliśmy, nie zdając sobie za bardzo sprawy z konsekwencji naszych poczynań. Kiedy opuściliśmy bar, film mi się urwał. Potem dowiedziałem się, że zaliczyłem „glebę” i wpadłem do rowu. Całe szczęście, bo moją towarzyszkę zgarnęła do radiowozu Milicja. Nie mam pojęcia, jak wróciłem pijany do ośrodka, zauważyła mnie kucharka i ukryła w kuchni, zasłaniając jakimś prześcieradłem czy chlebem, bo mnie także szukała Milicja. Dostali zgłoszenie, że pijany facet — czyli ja — w towarzystwie kobiety z nogą w gipsie, kręci się po rynku w Borach Tucholskich.

Pani wychowawczyni dochodziła do siebie w celi na miejscowym komisariacie, mnie zaś Milicja i ORMO szukały najpierw po mieście, potem w budynkach, w których kwaterowaliśmy. Skąd takie zainteresowanie naszymi osobami? Pojęcia nie mam! Myślę, że duży wpływ miały na to czasy, w jakich się to działo.

Niewiele wcześniej skończył się Stan Wojenny, Milicja była Bogiem, wydawało im się, że wszystko im wolno! I de facto robiła, co chciała. Przez kilka tygodni kręcili się jeszcze po ośrodku, sprawdzając, co tam się dzieje. Czy kadra wódki nie pije, itd.

Nikt mnie nie zdradził, więc udało mi się uniknąć odpowiedzialności. Nawet kierownictwo czy pani, z którą byłem, także mnie nie wydali. Szacunek jej za to. Niestety nie uniknęła przez to przykrych konsekwencji. Milicja zadzwoniła do szkoły, w której pracowała i na kopalnię — organizatora wypoczynku. Ostatecznie musiała wrócić wraz z córką do Katowic. Nie miała nawet na powrót, więc kierowniczka pożyczyła jej na bilet, zastawiając pierścionek, który potem jednak wykupiła.

Tak się skończyła cała ta historia, przez którą kac moralny męczy mnie do dziś i jest mi z tym bardzo źle. Uważam, że oboje powinniśmy zostać zwolnieni i wydaleni, a mnie uratował upadek do rowu, bo byłem bardziej pijany.


***


Jak piłem przez kilka dni, to gdy się budziłem, często nie wiedziałem, czy to noc czy dzień, czy rano, czy już może wieczór. Czy mam iść do pracy, czy mam wolne. Czy jest wiosna, czy zima, a może lato? Wszystko mi się mieszało w głowie przez lata picia.

Sam nie wiedziałem: jestem dobry czy zły, uczciwy czy oszust i kłamca, ponieważ pijany nie raz robiłem rzeczy, których się dziś wstydzę. Miałem poczucie winy, że łamałem jakieś zasady, wzorce czy reguły, które wpajali mi moja mama czy dziadkowie. Jednak, kiedy czułem wstyd, zawsze znów sięgałem po alkohol i znów byłem draniem, skurwysynem i tak dalej.

Tak samo było pewnego pamiętnego ranka. Nie pamiętałem, co robiłem wczoraj, ani nawet nie miałem pojęcia, jaki to był dzień. Widziałem ludzi idących — jak mi się zdawało — w pochodzie pierwszomajowym. Wypiłem więc pół butelki „jabola”, który mi został od wczoraj, wywiesiłem flagę i wyszedłem, aby dołączyć do pochodu. Oczywiście to nie był pochód, a procesja na Boże Ciało. Jednak byłem pijany i mi to zwisało. Nie wiedząc, co mam robić, poszedłem. Procesja zmierzała w kierunku Janowa, a więc w kierunku baru „Karlik”. Tam znajdowała się „stacja” — nie wiem, nie jestem zbyt religijny. Kopnąłem w jakiś kamień i ległem pod barem, więc wzięli mnie na Izbę Wytrzeźwień. A zapowiadał się taki miły, patriotyczny poranek!

Już na początku lat dziewięćdziesiątych zrezygnowałem z pracy w KWK „Staszic”. Postanowiłem zająć się handlem!

Komuna się kończyła i sporo Polaków szło takim tokiem rozumowania. Handlowałem czym się dało. Odzieżą, jaką mama przywoziła z zagranicy, radiomagnetofonami z Berlina Zachodniego, wódką i szampanami, ale najdłużej chyba sprzedawałem kasety magnetofonowe. Dziwnym wydaje się fakt, że wielu mieszkańców Nikisza zapamiętało mnie właśnie z tego okresu. Uważam, że był dla mnie bardzo wstydliwy, bo rzadko bywałem trzeźwy w mojej pracy, czyli na targowisku, na którym handlowałem.

Zdarzył się wtedy taki epizod, o których chciałbym wspomnieć. Miałem przerwę w handlu kilka tygodni, bo wraz z kumplami piliśmy wódkę po melinach czy klatkach schodowych w naszej dzielnicy. Dziś to byłoby niemożliwe, bo wszędzie są domofony. Mieszkałem wtedy u mamy, z bratem, który — jak nie raz wspominałem — pił jeszcze więcej ode mnie. To była niedziela, nie wiele mi zostało w butelce, a pieniędzy nie było skąd wziąć. Mama poszła do kościoła. Zwykle w takich sytuacjach udało mi się ją jakoś „zbajerować” na jedno czy dwa piwa, czasami na więcej, ale musiałbym nie pić kilka dni. Miałem silne objawy abstynencyjne, bardzo chciałem się napić, a kac mocno mi już dokuczał. Mama miała wrócić za jakieś czterdzieści minut. Wiedziałem, że nie wytrzymam. Szybka decyzja — idę do tego kościoła, rzecz jasna nie na mszę, lecz po kasę do mamy. Ubrany byłem niezbyt adekwatnie, delikatnie mówiąc.

To było lato, na zewnątrz upał. Miałem krótkie spodenki i poplamioną krwią i piwem koszulkę, bose nogi — bo trampki gdzieś zgubiłem. No typowy menel spod baru po tygodniowym piciu! Jednak jak wpadałem w cug, gdzieś miałem konwenanse i nic mnie nie obchodziło, oprócz tego, żeby się znów napić za wszelką cenę. Wchodzę więc do kościoła, ksiądz miał chyba kazanie, bo wierni ani się nie modlili, ani nie śpiewali. Ja boso, w tych krótkich szortach, ludziska zaczynają odwracać głowy, gapiąc się na mnie. Zrobiłem to z premedytacją, bo wiedziałem, że mama także się odwróci, żeby spojrzeć, co zakłóca mszę. A potem sama wyjdzie z ławki i da mi kasę, Żebym wyszedł jak najszybciej z kościoła, aby nie najadła się wstydu. To było okropne draństwo z mojej strony, jednak głód alkoholowy był silniejszy od zdrowego rozsądku. Od przyzwoitości ważniejsze było, aby się wreszcie napić!

Stało się jak to przewidziałem. Mama mnie zauważyła, wyszła z ławki kościelnej, dała mi pięćdziesiąt złotych i wróciła na mszę. Ja zaś poszedłem na melinę po poł litra, a potem do Wieśka, żeby tam pić dalej. Za karę mama przez kilka dni nie robiła obiadów w domu. Jednak i na to miałem sposób.

Zawsze zostawała deska ratunkowa — czyli „wodzionka” lub chleb z „tustym”, ze słoninką i maggi.


***


Zastanawiam się od dawna jak oceniać i rozumieć pewnego rodzaju zachowania. Jak nazwać rzeczy po imieniu, co jest dobre, a co złe? Na mityngach AA bywały czasem takie tematy: problemy i radości. Zwykle nie wiedziałem, co mam nazwać problemem, a co radością. I jak to z tym naprawdę u mnie jest.

Bywało, że nowa praca okazywała się katastrofą podobnie jak związki z kobietami. Jednak samotność wydawała się być gorsza. Gdy już udawało mi się to osiągnąć, zawsze wtedy coś podpowiadało: po co mi to było, czemu nie zostałem singlem? Ot, życie! Dlatego nigdy nie byłem pewien czy się z tego śmiać czy płakać?

Weźmy na przykład pod lupę mój alkoholizm. Nie wiem, czy to było dobre czy złe? Przecież gdybym nie był uzależniony, nie trafiłbym na leczenie, na mityngi AA a potem nie zmieniłbym tak radykalnie swojego życia. Być może nie ukończył nawet studiów wyższych, nie zostałbym terapeutą, a może nawet nie miał teraz tak cudownej córki i żony.

No i szczęśliwej mamy! I tak dalej, i tak dalej… Rozważaniom nie ma końca.

Nie piję już bez mała trzydzieści lat. Uważam więc, że po takim czasie należy nabrać dystansu do przeszłości i tego, co się wydarzyło kiedyś. Co nas spotkało, bolało i gryzło. Nie zamierzam ciągle się biczować za swoją przeszłość. Do picia alkoholu nigdy nie wrócę! To straszny „syf”. Stany lękowe, myśli samobójcze, a fajne przeżycia to tylko epizody i to bardzo krótkie. Raczej są wynikiem działania alkoholu i wydzielania się dopaminy czy serotoniny, a nie prawdziwym szczęściem.

Przypomina mi się jako żywo pewne zdarzenie, kiedy to w latach ’80 pracowałem jako ratownik WOPR w Międzybrodziu Bialskim, w hutniczym ośrodku wczasowym. W dni słoneczne cały czas musiałem siedzieć i pilnować ludzi, który kąpali się na basenie i dzieci w brodziku. Turnusy zmieniały się co dziesięć dni i przyjeżdżali nowi wczasowicze. Głównie ze śląskich miast: Katowic czy Chorzowa.

W trakcie jednego z turnusów poznałem pewną panią — nazwę ją Ewa. To nie jest prawdziwe imię. Spotkaliśmy się na wieczorku zapoznawczym, potem u mnie w kempingu. Klasyczny romans wakacyjny, nawet był jakiś seks. Turnus się skończył i Ewa wyjechała do domu, aby wrócić po urlopie do pracy. Ja zostałem w ośrodku, bo zatrudnienie miałem na dwa wakacyjne miesiące.

Poznałem w międzyczasie także kilku kumpli, z którymi ochoczo piłem, to wódkę, to piwo i czasem chodziliśmy na dyskoteki wieczorami po pracy. Wtedy w kempingu nie mieszkałem sam, a z Rafałem — kierowcą Żuka. Pewnego dnia, niespodziewanie odwiedziła mnie Ewa. Akurat piliśmy wódkę. We trójkę poszliśmy na spacer po okolicy, a tak naprawdę to szukaliśmy pustego kempingu. Mieliśmy ze sobą alkohol i gdzieś trzeba było go spożyć. Znaleźliśmy jeden pusty kemping, zamknięty na kłódkę. Włamaliśmy się do środka. W planach był seks, a że Ewa nie zgodziła się na trójkącik, to zaczęliśmy grać w zapałki, kto pierwszy „skorzysta”. Jednak do porozumienia nie doszło, a że w kempingu na ścianie wisiały jakieś szable czy inna biała broń, to zaczęliśmy się pojedynkować. Krew u mnie polała się pierwsza, więc to Rafał był wygranym. Film mi się jednak urwał i nie pamiętam nawet, jak wróciliśmy do ośrodka wczasowego.

Jednak ta historia ma drugie, dla mnie przykre zakończenie. Do dziś mnie to nurtuje. Mianowicie, już po wakacjach wybrałem się do Chorzowa, do Rafała i jeszcze jednego kolegi — Olka, aby pić. Przypomniało mi się, że przecież mam adres Ewy, zresztą Rafał także go miał. Kupiliśmy więc alkohol i taksówką pojechaliśmy do niej. Była zaskoczona, ale się ucieszyła.

Z seksu nic nie wyszło, bo miała okres. Nic, wypiliśmy wódkę, troszkę pobaraszkowaliśmy i dość szybko zebraliśmy się do wyjścia. Już pod blokiem Ewa zawołała z balkonu, że mamy wracać, bo coś jej zginęło z domu. Stwierdziła, że zginęła jej kosmetyczka z biżuterią — jakieś złoto, łańcuszki, pierścionki. Oskarżyła nas o kradzież. Nie widziałem, aby któryś z nas coś zabrał. Byłem tego pewien. Jednak sprawa skończyła się na komisariacie w Chorzowie, kilka godzin nas tam przesłuchiwano. Nic jednak się nie wyjaśniło. Do dziś się zastanawiam, po co Ewa rzuciła to oskarżenie i czy faktycznie coś jej zginęło. A może chciała nas jakoś zatrzymać? W mieszkaniu zmęczony po pracy spał także jej ojciec. Ewa przyjechała jakiś czas po tym na Nikiszowiec, aby porozmawiać, ale nie chciałem mieć z nią już nic wspólnego.

Do dziś nie wiem jak naprawdę było. Czy coś jej zginęło, czy może ojciec, który też lubił wypić, zabrał tę biżuterię? Czy Ewa to wszystko zmyśliła? Chociaż jednak bardzo bym chciał poznać prawdę. Piłem jeszcze dobre kilkanaście lat i uwierzcie, ciągle coś mi się przytrafiało!


***


W poprzedniej książce wspominałem pewną historię, która przydarzyła mi się, gdy byłam na leczeniu w OLO na ul. Korczaka w Katowicach.

Chodziło o Zosię i jej czerwone stringi i sytuację, kiedy zamknęła się ze mną w toalecie podczas przerwy. To było dla mnie niezmiernie silne emocjonalnie przeżycie, myślałem, że zejdę na zawał. I chociaż do żadnego seksu nie doszło, zawsze zostawały mi chwile pod prysznicem sam ze sobą.

Pewna dobra koleżanka powiedziała mi, że czerwone stringi przynoszą szczęście na egzaminie. Tak się złożyło, że miałem w domu kilka par takich majtek, robionych ręcznie na szydełku czy drutach. Kupiłem je kiedyś będąc na obozie terapeutycznym w Koniakowie. A że były to czasy, gdy spotykałem się z wieloma kobietami, to kupiłem aż kilkanaście par w różnych rozmiarach. Bo i kobiety z którymi się spotykałem były różnych rozmiarów i wymiarów. Z tego wszystkiego zostały mi raptem może że dwie sztuki. Idąc na egzamin, założyłem je, pomny słów koleżanki. Dostałem trzy piątki! Wiedziałem, że tak będzie, bo pracę magisterską miałem na temat uzależnień alkoholowych, a więc temat dobrze mi znany, bo zajmowałem się tym od wielu lat. Czerwone stringi były dodatkowym „atutem”.

W szpitalu w OTU pracowała ze mną Renata, terapeutka. To ona namówiła mnie abym drugi raz „dopomógł” szczęściu, bo zbliżała się sesja egzaminacyjna i obrony prac i certyfikacji w Warszawie.

Rano sesja pisemna, po południu — w razie zaliczenia pisemnych, egzamin ustny — obrona pracy. Jedna z moich prac dotyczyła osoby uzależnionej, zaś druga osoby współuzależnionej. Renata usłużnie pożyczyła mi swoje czerwone stringi. Więc ja, w swoim „geniuszu”, wpadłem na pomysł, aby założyć te stringi już w Katowicach, przed wyjazdem. Niestety były na mnie za małe, co skutkowało uciskiem w pachwinach i strasznie nieprzyjemnie szczypało. Jednak czego się nie robi dla kariery! A pomysł założenia ich już „na starcie” czyli w domu wynikał z tego, iż jechałem do Warszawy razem z Michałem oraz panią psycholog z poradni na Korczaka. Mieliśmy spać w jednym pokoju. A że pojechaliśmy dzień wcześniej, aby się jeszcze trochę pouczyć, wbiłem sobie do głowy, że raczej nie będzie możliwości ubrania bielizny tam, na miejscu. Na szczęście stres przed sesją był tak ogromny, iż ból w kroczu i otarcia stanowiły najmniejszy problem. Nie wziąłem też innych slipek na przebranie i cały czas miałem na sobie te nieszczęsne stringi. Zdałem wszystkie egzaminy, a więc chyba jednak pomogło! Potem pierwsze, co zrobiłem, to poszedłem do toalety, aby wreszcie zdjąć i wyrzucić niewygodny element bielizny.

Była jeszcze sytuacja z pacjentką w szpitalu w OTU, która poprosiła mnie o rozmowę w cztery oczy, w gabinecie. Była noc, kilka minut po dwudziestej drugiej.

Pacjentką twierdziła, że ma myśli samobójcze, więc się zgodziłem na rozmowę. Okazało się, iż to była dobrze zaplanowana i przemyślana strategia z jej strony. Młoda, dwudziestoczteroletnia, atrakcyjna kobieta przyszła na to spotkanie w samym szlafroku, pod którym miała na sobie tylko erotyczną, czerwoną bieliznę. Podczas rozmowy, jakby od niechcenia, rozsunęła szlafrok, pokazując mi swoje walory obleczone właśnie w czerwone koronki. Od razu zacząłem analizować sytuację, w jakiej się znalazłem. Miałem wtedy opinię mężczyzny, który lubi kobiety i od nich nie stroni. Sytuacja była więc dla mnie mocno niekomfortowa, a nawet niekorzystna. Poprosiłem panią, żeby wyszła. Nie zrobiła tego! Gdzieś w podświadomości kusiło mnie, żeby iść na całość. Jednak ostatecznie nie skorzystałem z tak oczywistej okazji. Udał mi się ją zbyć obietnicą randki po terapii, do czego jednak nigdy nie doszło. Owa pani za notoryczne łamanie regulaminu dyscyplinarnie opuściła ośrodek.

Puentą kwitując całe te moje przygody z damską bielizną niech będzie kolejna historyjka o mojej obecnej już teraz żonie. Jakieś osiem lat temu, gdy nie byliśmy jeszcze małżeństwem, zabrałem Justynę na sylwestra do Ustronia. Spędziliśmy tam kilka dni. Kupiłem jej wtedy piękną, czerwoną bieliznę a ona dokupiła do tego czerwone szpilki.

W noc sylwestrową, ubrana tylko w bieliznę i szpilki przyszła do mnie. Za oknem piękna, zimowa sceneria a z radia sączyła się nastrojowa muzyka. Co było dalej zostanie naszą tajemnicą, chociaż nietrudno się tego domyślić!

KRZYSZTOF

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 44.17
drukowana A5
Kolorowa
za 67.82