E-book
1.37
drukowana A5
49.95
Rebeliant

Bezpłatny fragment - Rebeliant

limited exclusive edition


Objętość:
345 str.
ISBN:
978-83-8126-783-0
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 49.95

„Jeżeli, daj Boże, Pana Boga nie ma, to chwała Bogu. Natomiast jeśli, nie daj Bóg, Pan Bóg jest, to niech nas ręka boska broni”.

— Jan Tadeusz Stanisławski —


1

czyli prolog
lub coś w ten deseń

Jest Bóg, do cholery jasnej, czy Boga nie ma? Ktoś kiedyś powiedział, że życie to dziwka. Jeśli to stwierdzenie ma coś z prawdy, to kim w takim razie jest człowiek? Czy przesadnym będzie w tym wypadku stwierdzenie, że człowiek jest alfonsem własnego życia? A może to Bóg jest alfonsem, a my jego ladacznicami w tym pełnym kurestwa burdelu, jakim jest świat? Czasami wydaje mi się, że my, ludzie, jesteśmy jakąś wyrafinowaną kpiną w świecie, nad którym brak jakiejkolwiek kontroli. Wojny religijne w imię Boga, wiara w Boga pod groźbą wojny. Bóg — wojna, wojna — Bóg. Mordercy, sadyści, zboczeńcy, dyrektorzy korporacji, dziwki, żołnierze, księża, Bóg. Źli czy dobrzy, bogaci czy biedni, zdrowi czy chorzy, rządzący czy rządzeni, co za różnica? I tak wszyscy kończą w ten sam sposób. A może wcale tak nie jest? Może wszystko jest zupełnie odwrotnie niż nam się wydaje? Może koniec jest dopiero początkiem i jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, to jednak coś w tym jest. Boisz się życia? Daj spokój! Po śmierci będziesz miał jeszcze gorzej. Nie wierzysz? Hmm, ja też nie, ale jeśli się mylę, to obym żył wiecznie, bo jeśli Bóg istnieje, to uchowaj mnie Panie Boże. Dajmy na to, że życie każdego człowieka kończy się w jednakowy sposób, czyli śmiercią, po której musimy walczyć o lepsze na nowo, w takim razie kim lepiej być w nowym życiu, skoro już wiemy, jak wredne owe życie potrafi być? Żołnierzem, kurwą, lekarzem czy księdzem? A może Bogiem? Bohater niniejszej powieści może wydawać się wam wspaniałym człowiekiem, ale dla mnie jest on oszołomem, który nieświadomie miesza bezapelacyjną wiarę w Boga z chęcią uczynienia świata lepszym. Skoro Bóg jest najważniejszy, to nie kwestionuj jego pracy, bo czy może być coś lepszego niż porządek boski? Lecz skoro kwestionujesz, to znaczy, że nie podoba ci się ta jego praca. Zastanów się, czy Bóg, do którego modli się kilka miliardów ludzi i kilka razy więcej istot z poza naszej galaktyki (prawdopodobnie, oczywiście), nie jest przypadkiem dyktatorem z charakterem skurwysyna, któremu wydaje się, że wszystko mu wolno? Książka ta nie propaguje ateizmu, braku szacunku do jakiejkolwiek religii czy antyklerykalizmu. Nie ma celu obrazy uczuć religijnych kogokolwiek. Jest alternatywną historią religijnego człowieka, któremu wszystko się popierdoliło już od najmłodszych lat, a Bogowie pogorszyli tylko sprawę.

2

Marcin Zawadzki był księdzem. Młodym, przystojnym, trzydziestosześcioletnim kapłanem. Lecz nie takim zwykłym, pospolitym, jak większość znanych nam duszpasterzy. Ten młody, pełny zalet człowiek był inny, można by rzec i choć trudno w to uwierzyć, zupełnie inny od wszystkich pozostałych. Był człowiekiem uczciwym i dobrym, a przy tym mądrym i skromnym. Powszechnie szanowanym proboszczem parafii w Przygarach, gdzie miejscowa ludność kochała go ponad wszystko. Ale przecież nie zawsze tak było. Kim więc był wcześniej, zanim przywdział sutannę?

Marcin Zawadzki był jedynakiem i wywodził się z warszawskiej, zamożnej rodziny, w której matka, zagorzała ateistka, była wielce cenioną i szanowaną księgową w jednej z największych w Polsce kancelarii adwokackich, „LEGEM”. Ojciec zaś, również ateista, sprawował urząd dyrektora zarządzającego w Narodowym Banku. Z racji zajmowanych funkcji żyło im się lepiej, niż niejednemu w tym kraju. Od najmłodszych lat dostawał wszystko, czego zapragnął, a nawet więcej. Trudno dostępne w tamtych czasach zabawki wszelkiego rodzaju, leżały rozjebane po całym domu, kiedy inni jego rówieśnicy nie mieli bladego pojęcia, że takowe w ogóle istnieją. Kiedy koledzy zapieprzali w zimie z górki na butach i kawałkach plastiku z rozbitego wiadra, ukradzionego szkolnej woźnej, on szusował na swoich nowiutkich nartach rodzimej produkcji firmy Polsport. Kiedy koledzy grali w piłkę, którą związywali ze starych szmat, on rypał prawdziwą futbolówkę, przywiezioną przez ojca z NRD. Na Święta Bożego Narodzenia w ich domu zawsze stała prawdziwa choinka! Tak, cholerna prawdziwa choinka, nie sztuczna z rakotwórczego sztucznego tworzywa, którą skręcało się z trzech części, ale piękny, zielony, pachnący, kurewsko naturalny świerk, ozdobiony radzieckimi bańkami wszelakich kształtów, z niezliczoną ilością czechosłowackich, kolorowo migających światełek. Pod tą cholernie piękną choinką, co roku można było znaleźć mnóstwo prezentów. Ale nie tylko choinki można było tej rodzinie pozazdrościć, stoły suto zastawione, z egzotycznymi owocami prezentującymi się dumnie w towarzystwie ciast i ryb, sąsiadowały z wykwintnymi daniami, których składniki były trudno dostępnym towarem na polskim rynku. A nawet, jeśli trafiały na sklepowe półki, to trzeba było wystać w pierdolonych kolejkach kilka godzin, żeby na koniec dnia stwierdzić, że wszystko zostało wyprzedane. Takie to właśnie było życie w tamtych czasach, ale nie każdy o tym wiedział, bo takim choćby jak Zawadzcy, wszystko przychodziło łatwo, tanio i bez stania w przepoconych kolejkach, w których co drugi obywatel był zawodowym spekulantem. Pewnie zastanawiacie się po cholerę im była choinka, skoro byli ateistami, po cóż im te uginające się od wszelakiej dobroci stoły i masa prezentów. Cóż z tego, że Bóg był dla nich tak samo prawdziwy jak Miś Puchatek? A kto powiedział, że ateista nie może obchodzić świąt? Wyżerka, wódka, szampan, prezenty… Do dobrobytu łatwo się przyzwyczaić, nieprawdaż? A święta Bożego Narodzenia były dla państwa Zawadzkich kulminacją ich wystawnego życia. To był czas, kiedy mogli się pokazać przed wszystkimi, rodziną, znajomymi, sąsiadami. Dom pełen gości, mimo swych rozmiarów, pękał w szwach, a patrol milicji co godzinę przechodził przed domem, czuwając, aby broń Boże nikt nie zakłócił biesiadnikom szampańskiej zabawy. Skąd znowu ten patrol? A no stąd, że państwo Zawadzcy mieli wielu wpływowych przyjaciół, a ich wpływy sięgały nawet wysokich stanowisk KC PZPR.

Wakacje również były czymś wyjątkowym, lepszym niż u tego całego pospólstwa. Przede wszystkim kosztowały majątek. Państwo Zawadzcy starali się spędzać wczasy co roku w innym miejscu. Mazury, Bałtyk, Szczyrk, Jugosławia, Bułgaria, Rosja i wszędzie tam, gdzie zwykły, szary obywatel PRL-u pojechać nie mógł. Oczywiście za darmo, zakład pracy finansował wszystko w stu procentach i jeszcze dietę wypłacił, bo jakże by inaczej.

Marcin, jako dziecko był nielubiany przez swoich rówieśników, którzy nie bez powodu nazywali go chwalipiętą. Lubił on przechwalać się nowymi zabawkami, miejscami, w których bywał, a nawet sukcesami zawodowymi swoich rodziców, co doprowadzało do chorej zazdrości niemal wszystkich z jego otoczenia, nauczycieli z tego nie wyłączając. Pozycja społeczna, jaką zajmowali jego rodzice, pozwalała mu iść w życiu na przysłowiową łatwiznę, bo choć Marcinek nie był orłem w nauce, to przechodził z klasy do klasy z najlepszymi ocenami w szkole. To również nie podobało się jego rówieśnikom, którzy starali się bojkotować odmieńca na każdym kroku. Nikt nie chciał z nim siedzieć w ławce, więc siedział na każdej lekcji sam. W pierwszej ławce lewego rzędu pod oknami, tuż przed samym biurkiem. Na przerwach nikt z nim nie rozmawiał, wręcz wszyscy starali się go ignorować, a na lekcjach wychowania fizycznego, chłopcy najczęściej grywali w piłkę nożną i Marcin wybierany był wtedy do jednego ze składów zawsze na szarym końcu i stawiany najczęściej na pozycji bramkarza, a kiedy chłopców była nierówna ilość, sadzano go na ławce rezerwowej, na której siedział aż do dzwonka. Kiedy już jednak udało mu się stanąć między słupkami, chłopcy z przeciwnej drużyny zamiast myśleć wtedy o strzelaniu bramek, mieli w głowie tylko jedno, jak najmocniej uderzyć piłką w golkipera.

Jego sytuacja zmieniła się nieco kilka lat później, kiedy jako nastolatek rozpoczął naukę w liceum ogólnokształcącym. Nowe otoczenie, nowi znajomi i nowe zasady współistnienia pomogły mu się na chwilę odciąć od przeszłości szkoły podstawowej. Ale tylko na chwilę. Zwrócił wtedy na siebie uwagę wielu dziewcząt, dla których inteligencja Marcina nie miała wielkiego znaczenia, bo w tym wieku ważnym jest, aby chłopiec był przystojny, a im lepiej sytuowany, tym lepszą był partią dla płci pięknej. Miał wiele adoratorek, którym imponował jego status społeczny, co jeszcze bardziej zniechęciło do niego chłopców. Z niepohamowaną zazdrością dokuczali mu przy każdej nadarzającej się okazji, nienawidząc go z całego serca, choć prawdę mówiąc, sami nie wiedzieli dlaczego. Zdarzało się też, że obrywał po głowie zaraz po lekcjach, tracąc przy okazji buty, kurtkę i zawartość kieszeni. Dziewczęta miały jednak na niego inny punkt widzenia. Wysoki, przystojny i choć niepełnoletni, do szkoły jeździł samochodem. Tak, znów przydatne okazały się wpływy rodziców, ojciec interweniował w tej sprawie u jednego z prominentnych polityków. Kosztowało go to dość pokaźną sumę pieniędzy i decyzję kredytową na bardzo dogodnych warunkach. Marcin po czterech miesiącach intensywnych kursów, otrzymał prawo jazdy, a od ojca nowiutkiego Forda Granada, który na ulicach obskurnej Warszawy, wśród tych wszystkich małych i dużych Fiatów, Polonezów, Syren i Ład, wyróżniał się niczym różowa dupa koczkodana w Warszawskim ZOO. Dziewczęta kochały nie tyle gbura Marcina, ile jego pieniądze, samochód i markowe ciuchy. Tak, więc status społeczny zapewniał mu stałą popularność wśród płci przeciwnej oraz niezmienną niechęć płci tej samej.

Jak więc z rozpieszczonego dzieciaka, któremu nigdy niczego nie zabrakło, gbura, chama i prostaka, chwalipięty, chowanego pod kloszem maminsynka i znienawidzonego przez swoich rówieśników błazna, wyrósł mężczyzna, który postanowił zostać księdzem? Jak to się stało, że w wieku trzydziestu kilku lat ów ksiądz został najmłodszym w historii, ale też bardzo szanowanym, proboszczem, którego w jednej chwili pokochali wszyscy bez wyjątku? I wreszcie, co było powodem, że ksiądz o gołębim sercu przyczynił się do zagłady świata?

3

Cóż, wszystko zaczęło się 20 marca 1980 roku. Marcin miał wtedy siedemnaście lat i uczęszczał do trzeciej klasy Liceum Ogólnokształcącego na Mokotowie, mając w planach studia prawnicze. Tego dnia, państwo Zawadzcy, odpicowani odświętnie w drogie ubrania z Pewexu, wracali z urodzin Zawadzkiego Bogusława, brata Stefana Zawadzkiego, ojca Marcina. Bogusław Zawadzki był w tym czasie komendantem milicji w Gdańsku i miał w zwyczaju wyprawiać huczne urodziny, na które zapraszał tylko samych prominentnych gości. To była taka gruba świnia na państwowym wikcie, której wydawało się, że może wszystko i wszędzie. Komunistyczny prosiak bez choćby najmniejszych objawów kultury osobistej. Nawet siostra Zawadzkich, Elżbieta Zawadzka, po mężu Noworol, była na tych imprezach persona non grata. Pracowała jako woźna w szkole podstawowej na Bielanach, więc do prominentnych gości zaliczać się nie mogła. Nie pasowała do elity, składającej się z bankierów, polityków, czy generałów, więc Boguś notorycznie pomijał jej skromną osobę, mimo nalegań swego brata, Stefana. Raz nawet ojciec Marcina zabrał ją do Gdańska, ale kiedy Bogusław Zawadzki ujrzał starszą siostrę wysiadającą z samochodu Stefana, kazał ją niezwłocznie odwieźć na PKS, gdzie Elżbieta spędziła dwadzieścia godzin na mrozie, czekając na autobus relacji Gdańsk — Warszawa. Warto dodać, że w tym czasie skradziono jej podręczny bagaż i portfel z dokumentami. Pieniędzy tam akurat nie było żadnych, ale całe szczęście, że chociaż bilet miała schowany w cyckonoszu, między swoimi wielkimi wymionami, które w czasie kradzieży tak się spociły, że musiała wyciągać go bardzo delikatnie, aby nie porwać.

Właśnie kończyła się zima, która to już w listopadzie została okrzyknięta zimą stulecia. Mimo, iż miesiąc marzec zbliżał się ku końcowi, śnieg wciąż zalegał ulice, a temperatura potrafiła w nocy spadać nawet do minus dziesięciu stopni Celsjusza. Jak co roku, zima zaskoczyła drogowców i trzymała w tym zaskoczeniu aż do roztopów. W radiowej Trójce, początkujący spiker, niejaki Wojciech Mann, zapowiadał godzinę dziewiętnastą, słońce już dawno poszło spać, a w samochodzie, mimo iż było to auto zagraniczne, panował siarczysty ziąb. W pewnej chwili, około dwudziestu kilometrów od Warszawy, zdaje się, że w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego, zielony Opel, którym jechali Zawadzcy wpadł w poślizg. Ojciec Marcina był świetnym kierowcą, mającym za sobą dwadzieścia pięć lat bezwypadkowej jazdy, więc mimo wyrzucenia auta na pas przeciwny i odwrócenia go tyłem do przodu, zdołał zachować zimną krew i opanować samochód, zatrzymując go zanim grzmotnął w wielkie stare drzewa rosnące na poboczu jezdni. Matka Marcina, Zofia Zawadzka, oddychała ciężko, przerażona do granic możliwości, z oczami wielkimi ze strachu jak dwudziestozłotówki z wizerunkiem Nowotki. Ojciec sapał głośno niczym rozjuszony byk, komentując całe zdarzenie półgłosem, używając przy tym wysoce nieparlamentarnych słów, zaliczanych notabene przez wielu obywateli do najczystszej polszczyzny. Marcin odwrócił instynktownie głowę, spoglądając w tylną szybę samochodu. Jakieś dwie blade smugi światła nabierały na intensywności. Jego oczom ukazała się nagle wielka ciężarówka, która właśnie wyłoniła się zza zakrętu. Chciał krzyknąć, ostrzec o nadciągającym niebezpieczeństwie, ale jedyne, co mógł zrobić, to otworzyć usta, które zastygły mu w niemym krzyku przerażenia. Matka, która w tym czasie spojrzała we wsteczne lusterko, zdołała tylko wymamrotać dwa słowa…

— O kurwa.

Kierowca Jelcza, widząc na swoim pasie samochód w nietypowej jak na to miejsce pozycji, wcisnął gwałtownie pedał hamulca, lecz potężne cielsko auta zamiast wyhamować, sunęło nieruchomymi kołami po lodzie niczym ogromne, bezkonne sanie. Wszystko to trwało kilkanaście, może nawet tylko kilka sekund, lecz dla Marcina czas gwałtownie spowolnił. Gdyby bracia Wachowscy już w tamtych latach wpadli na pomysł Matrixa, to Marcin z pewnością czułby się w tamtej chwili jak pieprzony Neo. Wydawało mu się, iż olbrzymia ciężarówka zbliża się do niego bardzo powoli, był pewien, że może jeszcze uciec, wszyscy mogli. Wystarczyło sięgnąć ręką do klamki, nacisnąć ją i otworzyć drzwi. Wystarczyło wyskoczyć z tego cholernego niemieckiego auta na letnich oponach i można było dalej wieść beztroskie życie. Nikt jednak się nie ruszył. Ludzie strachem przemienieni w manekiny, które dzisiaj nazywamy crash-test dummies, niezdolne były do jakiejkolwiek reakcji na zbliżające się niebezpieczeństwo. Marcin, nie mogąc oderwać przerażonego wzroku od zbliżającego się potwora, drżał i pocił się jak krowa wleczona do rzeźni. Nie widział kierowcy, ale widział za to duże światła Jelcza, które z każdą sekundą zdawały się być coraz większe…

…Nastąpiło głuche uderzenie, potęgowane odgłosem wyginanej blachy i przerażającymi krzykami matki oraz skowytem setek świń, które przewoził kierowca Jelcza do ubojni. I pewnie by tam dojechały, dostając na miejscu kulkę w łeb, gdyby nie ten cholerny Opel Kadett w kolorze zielonej flegmy, który nie wiedzieć czemu znalazł się na ich drodze.

Tego wieczoru życie Marcina Zawadzkiego miało się wywrócić do góry nogami po raz pierwszy, lecz czego sam Marcin jeszcze nie wiedział, nie po raz ostatni.

4

— Jak się dzisiaj pan czuje, panie Marcinie? — zapytał dyżurny lekarz, podchodząc do łóżka, na którym leżała jedyna osoba, która przeżyła przerażający wypadek samochodowy z przed dwóch tygodni.

— Gdzie moi rodzice? — wydusił z siebie Marcin w odpowiedzi, rozglądając się wkoło z grymasem bólu na twarzy.

— Panie Marcinie — lekarz usiadł na białym, trzeszczącym, metalowym taborecie, stojącym przy łóżku, pamiętającym zapewne lata przedwojenne i złapał delikatnie pacjenta za posiniaczoną rękę — Rozmawialiśmy już na ten temat wiele razy, pańscy rodzice nie przeżyli wypadku. Przykro mi, ale musi się pan z tym pogodzić. Wiem, że to trudne…

Chłopiec wpatrywał się w lekarza, jakby nie rozumiał ani słowa. Zastanawiał się, o jakim „wielokrotnie” on pieprzy? Dopiero po czasie dotarło do niego, że przecież rozmawiał z tym lekarzem już w pierwszy dzień po wypadku, a nawet dwa tygodnie później, zaraz po przebudzeniu ze śpiączki farmakologicznej, w którą został wprowadzony na czas operacji. Zamknął oczy. Spod powiek pociekły mu łzy.

W pierwszych dniach po wypadku, cierpiał na krótkotrwałą, selektywną amnezję dysocjacyjną, zapominał pewne wybrane wydarzenia, które wywierały na mim silne lęki, takie jak sam wypadek oraz wiadomości o śmierci bliskich. Często pytał lekarzy oraz pielęgniarki o swoich rodziców, wprowadzając ich w niemałe zakłopotanie. Żadna z pielęgniarek nie miała ochoty informować młodzieńca o śmierci rodziców po kilka razy dziennie. Było to dla nich trudnym doświadczeniem. Lekarz jednak nie odpuszczał.

— Wszystko będzie dobrze, panie Marcinie, obiecuję. Siostro — zwrócił się chwilę później do pielęgniarki — Proszę podać pacjentowi coś na uspokojenie.

Po czterech tygodniach praca mózgu chłopca wróciła do normy i w związku z tym, że inne urazy ładnie się zagoiły, można było wypisać pacjenta ze szpitala. Zanim to jednak nastąpiło, postanowiono założyć młodzieńcowi gips na lewą nogę oraz prawy nadgarstek. Tak, aby chronić duże i nie całkiem zabliźnione szwy, po czym Marcin był gotowy do powrotu do domu, co jednak w obecnej sytuacji nie było chłopcu po myśli. Ze zrozumiałych względów nie chciał wracać do pustych czterech ścian, gdzie zamiast uśmiechniętych rodziców, zastałby przerażającą ciszę. Odebrała go zatem ze szpitala daleka kuzynka matki, Eugenia. Stara panna, która więcej czasu spędzała na plebanii osiedlowego kościoła, niż we własnym domu. Bojąc się o młodzieńca, że po takiej tragedii może targnąć się na własne życie, zabierała go zawsze i wszędzie ze sobą. Na zakupy do pobliskiego Społem, do którego chodziła już od blisko dwudziestu lat, na bazar, gdzie u Bułgarów i Rosjan kupić można było niemal wszystko, od zapałek po granaty, a nawet na pogaduszki do sąsiadek oraz na plebanię, gdzie wszystkie spotykały się sześć razy w tygodniu, prócz czwartków rzecz jasna. Wtedy to żadna szanująca się gospodyni nie mogła odpuścić wiejskiego rynku, czyli cenowego raju, na którym można było utargować wspaniałe ceny za jajka, ser i mleko oraz ziemniaki, ogórki, czosnek i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Ważniejsze jednak od zakupów były świeżutkie plotki, którymi przekupki raczyły się jak sęp padliną, wybałuszając przy tym oczy i marszcząc czoła, jakby mając wiadomości z pierwszej ręki, informowały swoje przyjaciółki o zbliżającym się ataku nuklearnym na Czechosłowację.

W pierwszych dniach po wyjściu ze szpitala Marcin sprawiał wrażenie człowieka zagubionego, zamkniętego w potoku bolesnych wspomnień. Jakby obecny ciałem, lecz duszą gdzieś hen daleko. Wpierw biernie słuchał rozmów ciotki z księdzem i innymi kobietami jej pokroju, które, jak pewnego dnia ze zdziwieniem odkrył, wszystkie nosiły ten sam fason beretów, z pięknego puchatego materiału, jakim była wełna z kóz angorskich, potocznie zwana moherem. W końcu chłopiec zaczął baczniej przysłuchiwać się mądrym rozmowom zebranych, oraz samego księdza, który wydawał się młodzieńcowi chodzącą encyklopedią. Pewnego dnia, kiedy kobiety w pięknych beretach ubierały kościół w kwiaty na uroczystość obchodów Matki Boskiej Różańcowej, Marcin podszedł do księdza, cicho pytając:

— Proszę księdza, skąd pewność, że on istnieje?

— Kto, mój drogi? — zapytał ksiądz, zakładając przez głowę tunikę.

— No… Bóg…

— Ach, on… No cóż, doświadczamy jego obecności przecież w każdej chwili. Nie musimy go widzieć, żeby w niego wierzyć. On po prostu jest — odparł kapłan, pewny swych słów.

— A… jaki on jest?

— Bóg? — ksiądz zawiesił na chwilę głos — Bóg, mój drogi chłopcze… — odwrócił się plecami do Marcina — Weź no mi zapnij z tyłu guziki… Bóg, mój drogi chłopcze jest przede wszystkim nieodgadniony, jest królem królów, Panem świata oraz…

— To wiem, proszę księdza, ale ja bym chciał wiedzieć, jaki on jest, tak… prywatnie, jak wygląda, jak się zachowuje i co robi w wolnych chwilach?

— Kurwa mać — mruknął kapłan pod nosem tak cicho, że Marcin nie mógł tego usłyszeć.

Ksiądz odwrócił się z powrotem do Marcina, popatrzył na niego wnikliwie, po czym spojrzał na swój złoty zegarek produkcji radzieckiej, aby stwierdzić, czy ma czas na tłumaczenie młodzieńcowi teorii istnienia boskiej miłości. Usiadł w końcu na obskurnej, czerwonej ławce, nakazując Marcinowi, aby zrobił to samo. Kiedy chłopiec przycupnął tuż przy księdzu, ten złapał go za dłoń, uniósł głowę do góry i zamykając oczy zaczął mówić.

— Mój drogi, Bóg nie jest osobą prywatną, jest widoczny wszędzie tam, gdzie sięga nasz wzrok, jest w nas, w roślinach, zwierzętach, w naszych słowach, czynach i myślach. Jest wszechobecny, tak samo jak wszechdobry oraz wszechmogący. A wygląda tak, jak my, w końcu stworzył nas na własne podobieństwo, prawda? — uśmiechnął się do chłopca — Całymi dniami pracuje nie zapominając oczywiście o przykazaniach, które sam przecież stworzył. A co robi w wolnych chwilach? No cóż, przede wszystkim odpoczywa, bo jak sam nakazał, trzeba dzień święty święcić. Poza tym wydaje mi się, że myśli nad tym, jak nas jeszcze bardziej może uszczęśliwić, co może zrobić, byśmy byli lepszymi ludźmi. Walczy również ze swym największym wrogiem, jakim jest Szatan, ciągle tworzy coś nowego, spotyka się z duszami zmarłych i pewnie robi jeszcze wiele, wiele innych czynności. Bez wątpienia jest bardzo zapracowany.

— Powiedział ksiądz przed chwilą, że nie musimy go widywać, aby w niego wierzyć, ale czy ktoś go kiedyś widział?

— Synu, historia niewiernego Tomasza uczy nas, że czasami warto wierzyć nie mając namacalnych dowodów. Słowo jest często dowodem wystarczającym, ale jestem pewien, że po opuszczeniu naszych ziemskich ciał, po trzech dniach, kiedy z martwych wstajemy, idziemy spotkać się właśnie z nim. Dlatego musimy żyć tak, aby nasze spotkanie było w jak najmilszym tonie, bo przecież Bóg również potrafi się rozgniewać. Musimy być na tyle dobrymi ludźmi, byśmy mogli stanąć przed nim bez strachu, z godnie podniesioną głową, mówiąc: „Panie, oto jestem, do Twych usług”. Pan nasz ucieszy się wtedy i przyjmie nas do swego grona z otwartymi ramionami.

— A co z tymi… no, wie ksiądz… złymi?

— Grzesząc, obrażamy Boga, lecz jeśli w porę go za popełnione grzechy przeprosimy i będziemy za swe grzechy żałować, to być może Bóg nam odpuści. W końcu jest przecież miłosierny. Ale prawdziwi złoczyńcy, wyzuci z wszelkiej moralności oraz nieprzestrzegający boskich praw, ci, którzy nie żałują popełnionych czynów, staną twarzą w twarz z Szatanem i tam będą odpowiadać za swoje grzechy, smażąc się w piekle gorącym — twarz księdza zmieniła się nagle diametralnie, jakby tą zmianą chciał podkreślić wagę wypowiadanych słów.

— Ale skoro Bóg jest wszechmocny, to dlaczego nie unicestwi Szatana?

Ksiądz chciał odpowiedzieć, ale nie znalazł żadnych argumentów. Spoglądał jedynie na młodzieńca i czuł jak krew uderza mu do skroni. Nie cierpiał takich filozoficznych pytań i gdyby mógł, wywaliłby swojego rozmówcę na zbity pysk, zasadzając mu na do widzenia kopniaka w dupsko tak głęboko, aby przez kilka kolejnych lat nie mógł odnaleźć drogi powrotnej do jego plebani. Z trudem zapanował nad emocjami, wciągnął dużą dawkę stęchłego, kościelnego powietrza, spojrzał na młodzieńca i z wielkim trudem wykrzywił usta, udając rozczulający uśmiech.

— Kiedyś to zrozumiesz — dodał po chwili z fałszywym zadowoleniem.

Marcin milczał wpatrzony w księdza dumnym wzrokiem, szczęśliwy i uśmiechnięty, pierwszy raz od czasu nieszczęśliwego wypadku. Poczuł, że odnalazł w księdzu bratnią duszę, człowieka, z którym mógł porozmawiać, któremu mógł zaufać, któremu mógł się zwierzyć i którego mógł się poradzić. Cieszył się, że ciotka przyprowadziła go w to miejsce, bo dzięki temu spotkał swego mentora. Zaczęli spotykać się niemal codziennie, omawiając kwestie wiary, życia i śmierci. I mimo iż ksiądz miał go serdecznie dość, to jednak pieniądze, które księdzu przynosiła raz w tygodniu ciotka Marcina, były wystarczającym motywatorem do tych wszystkich spotkań. Kapłan znosił cierpliwie młodego oszołoma, nie chcąc się narazić jego ciotce i jej koleżankom, które łożyły na utrzymanie kościoła spore ilości gotówki. Kasa parafialna mogłaby przez to znacznie ucierpieć, a na to ksiądz proboszcz nie mógł sobie pozwolić. Tolerował więc Marcina i starał się go nauczyć jak żyć po tym wszystkim, czego doświadczył. Tłumaczył, że zbytnie przywiązanie do rzeczy materialnych bywa często zdradliwe i nie są one potrzebne w życiu człowieka, by być w nim szczęśliwym. Nauczył go, że zamiast trzymać zbędne rzeczy, lepiej przynieść je do domu bożego, w którym z pewnością się przydadzą. Kochany ksiądz pouczał też o tym, jak to dobrze być ubogim, mimo, że sam lubował się w złocie i antykach, a w garażu trzymał dwa nowe Polonezy. Marcin był pewien, że to właśnie ten ksiądz wskazał mu drogę światła, nadziei i wiary w lepsze jutro. Po wielu rozmowach z nim, doszedł do wniosku, że śmierć rodziców była potrzebna, aby on mógł zamienić miłość w pieniądze na miłość do Boga, wejść na drogę, którą teraz kroczył, a która skutecznie koiła jego wciąż świeże rany. Zrozumiał, że wszystko jest dziełem Boga, którego dzięki ciotce Eugenii i starego księdza Wacława, umiłował ponad wszystko, któremu zaufał bezgranicznie i przed którym, po śmierci, zapragnął stanąć z dumnie uniesioną głową.

Młodzieniec powoli oswajał się ze śmiercią rodziców, zdając sobie sprawę, iż, mimo, że został sam, to przecież nie został samotny. Miał za przyjaciela Stwórcę, jego syna Jezusa i Matkę przenajświętszą. Ciotka Eugenia i jej przyjaciółki, jak zresztą i księża, których poznał w tym czasie, stali się dla niego najbliższą rodziną. Kilka miesięcy później wrócił do szkoły, by skończyć ją z najlepszą średnią z możliwych. Stawiany był w niej za wzór do naśladowania. Imponował dobrocią, spokojem oraz zrozumieniem, pracowitością i zaangażowaniem. Wciąż był obiektem westchnień dziewcząt, jak to miało miejsce przed wypadkiem, ale stosunki z chłopcami?…Tak, te zmieniły się diametralnie. Był teraz uważany przez nich za lidera, za człowieka, któremu mogą zaufać, z którym mogą porozmawiać, któremu mogą się zwierzyć. Biedni idioci! Nie wiedzieli, że za niecałe dwie dekady będzie on winny śmierci ich wszystkich.

5

1 października 1983 roku, Marcin Zawadzki podjął naukę na studiach. Nie były to jednak studia prawnicze, o jakich marzył kilka lat wstecz. Za namową swojego mentora wybrał Katolicki Uniwersytet Lubelski, gdzie przez kolejnych sześć lat poświęcił się nauce bez reszty, zgłębiając tajniki wiary oraz miłości do Boga. Trzy wydziały — Teologii, Filozofii oraz Prawa Kanonicznego zajmowały mu większość czasu, wolne chwile zaś, spędzał w nowo utworzonym Instytucie Ekumenicznym, gdzie z dużym zapałem pracował, jako wolontariusz przy redagowaniu publikacji broszurowych i książkowych. Alumn Marcin był cenionym uczniem, ogólnie lubianym i szanowanym, za swój nieoceniony zapał do pracy i nauki. Przez sześć lat nie wyszedł poza teren seminarium ani razu, nie licząc oczywiście kościoła w centrum miasta, o którym później twierdził, iż jego wyjścia poza teren kampusu są zbyteczne. Na terenie Lubelskiego Uniwersytetu, znajdował się mały sklepik, prowadzony przez kuzyna rektora Dygańskiego, w którym robił zakupy raz w miesiącu i na które przeznaczał część swojego stypendium. Resztę zawsze oddawał do kasy Rektoriatu, by wspomóc uniwersytecki kościółek, gdyż ten potrzebował generalnego remontu. Oczywiście pieniądze te zawsze przez dziwny zbieg okoliczności lądowały w kieszeni rektora, a kościółek jak był ruiną, tak nią pozostał. Zakupy, jakie Marcin poczynał, były bardzo skromne, zaopatrywał się jedynie w najpotrzebniejsze rzeczy takie jak, pastę do zębów, żyletki do golenia oraz mydło, które służyło mu również za szampon do włosów oraz proszek do prania. Jadł tylko to, co było na stołówce, a ubrań nie kupował wcale. Raz w roku tylko, prosił kolegów, którzy jechali na wakacje do swych domów, aby kupili mu bieliznę, instruując ich jednocześnie, iż owa bielizna musi pochodzić ze sklepów z odzieżą używaną, bo przepłacać za nowe nie ma potrzeby. Koledzy również doili naiwnego Marcina i przywozili mu swoje stare majtki i skarpetki, a pieniądze chowali do swojej kieszeni.

Na trzecim roku studiów, wraz z posługą lektoratu, otrzymał sutannę, z której był bardzo dumny i szczęśliwy. Dbał o nią, jak o największy skarb, nigdy jej nie składając, lecz zawsze wieszając na wieszaku. Jedynym zresztą, jaki wtedy posiadał. Sam tę sutannę prał, sam ją prasował i dbał, aby nie brakowało w niej nigdy żadnego guzika. Sutanna ta, jak i zresztą biblia oraz różaniec z drzewa różanego, które otrzymał wstępując w szeregi Uniwersytetu, były jego oczkiem w głowie i dbał o nie z największą starannością. W dniu, kiedy otrzymał swoją sutannę, wydarzyła się historia, której był czynnym świadkiem. Nie miała jednak ona żadnego wpływu na dalsze jego losy, lecz opowiedzieć ją chyba warto. Otóż, kiedy wychodził ze swojego pokoiku, aby udać się na aulę, gdzie miał być mianowany do posługi lektoratu, wpadł niechcący na jednego ze studentów uczelni. Niefortunnie wytrącił mu kubek z herbatą, oblewając młodzieńca po spodniach.

— Uważaj jak łazisz! — krzyknął ów młodzieniec w za dużych okularach, spoczywających bezpiecznie na nosie, który bezspornie zdradzał jego żydowskie pochodzenie.

— Najmocniej pana przepraszam, to moja wina. Zamyśliłem się i …

— A, no pewnie, że twoja wina, sam na siebie herbaty chyba bym nie wylał. To jednak nie zmienia faktu, że chodzisz jak łajza. Miałem umówione spotkanie, a teraz będę musiał je odwołać. Dzięki tobie — Rugał Marcina poirytowany młodzieniec.

Marcin, który stał skruszony przed wściekłym studentem zauważył, że ten nie miał na nogach butów. Chodził po szkole boso. Spodnie miał na sobie dżinsowe, a zamiast koszuli, czy koszulki, nosił kamizelkę z tkaniny gofrowanej, w bardzo jaskrawym kolorze, narzuconą na goły tors. Całkiem nie pasował do tej uczelni, bardziej przypominał stukniętego artystę niż studenta KUL-u.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 49.95