E-book
4.73 3
drukowana A5
60.87
drukowana A5
Kolorowa
91.84
PSYCHOPOLIS
30%zniżka

Bezpłatny fragment - PSYCHOPOLIS


Objętość:
327 str.
ISBN:
978-83-8467-175-7
E-book
za 4.73 3
drukowana A5
za 60.87
drukowana A5
Kolorowa
za 91.84

Neuropolis

Opus niniejsze, moje dwudzieste piąte, dedykowane jest moim Głosom Niewidzialnych Przyjaciół, mojemu bliźniaczemu, Dobremu Odbiciu Oblicza, demonicznemu, wielokształtnemu w bezkształtności własnej Monstrum bezimiennemu, które odwiedza mnie od zawsze, gdy doświadczam koszmarów na jawie, oraz Najbardziej Wartościowej i Indywidualnej Rzeczy, jaką Człowiek wytwarza, czyli Sztuce, jak i dla kogoś, dla kogo robienie tego wszystkiego jest najwspanialszą rozrywką, o niewyczerpalnym potencjale nieskończoności wizji nowej drogi kreatywności.

Podziękowania dla inspiracji, tym ludziom, którzy z nieskończoną cierpliwością wysłuchali moich wywodów podczas niezwykle wymagającej pracy nad niniejszą książką. Więc chciałbym, by dla nich była inspiracją i odkryciem:

dla Marty Magdaleny Piotrowskiej, Damiana Lemańskiego i Mariusza Przybylskiego i innych.

Publikacja ta jest drugą częścią, po *Schizoodelii*, powstałą z kreatywnym wykorzystaniem AI, będącej narzędziem, które pozwoliło mi na zwizualizowanie dokładnie tego, co w mojej wyobraźni jest nieuchwytne i niesprecyzowane, ale idealnie zilustrowane. Obie książki są całością, której założenia spisane na początku poprzedniej dotyczą w ten sam sposób jej kontynuacji, która nie będzie kontynuowana.

„Mózg jest gigantyczną, biologiczną maszyną do pisania…” — William Gibson (pisarz science fiction; prekursor cyberpunku, autor „Neuromancera”, 1984).

„Cząstka nie istnieje w jednym określonym miejscu…” — Werner Heisenberg (fizyk; współtwórca mechaniki kwantowej, autor zasady nieoznaczoności).

„Schizofrenik to ten, który potrafi przekroczyć granice…” — Gilles Deleuze & Félix Guattari (filozofowie; twórcy schizoanalizy i autorzy „Anty-Edypa”).

„Życie można zrozumieć tylko patrząc wstecz.” — Søren Kierkegaard (filozof; prekursor egzystencjalizmu).

Człowiek istnieje poprzez przekroczenie granic.” — Georges Bataille (filozof, pisarz; twórca idei transgresji i doświadczenia granicznego).

Podświadomość nie posługuje się alfabetem…” — Carl Gustav Jung (psychiatra; twórca psychologii analitycznej i teorii archetypów).

Ręka artysty nie ma kopiować rzeczywistości…” — Egon Schiele (malarz; jeden z najważniejszych ekspresjonistów XX wieku).

Żyjemy w świecie, w którym kopia zastąpiła oryginał.” — Jean Baudrillard (filozof i socjolog; twórca teorii symulakrów i hiperrzeczywistości).

Neuronacja — społeczeństwo lub naród wewnętrznie podzielony, funkcjonujący w rozbieżnych, sprzecznych światach wartości i narracji, w którym pozorna jedność kryje konflikt tożsamościowy, ideologiczny lub kulturowy. Ugrupowanie neuroestetycznej filozofii doświadczalnej eksperymentującej z różnymi środkami halucynogennymi mającymi wytworzyć stan Neurotyzy. — Neurotyza jest to proces związany z rozpracowaniem, analizą lub „rozwiązaniem” funkcji mózgu / układu nerwowego, czyli coś w rodzaju introspekcji mentalnej, rozkładu psychiki lub „wewnętrznej neuro-analizy”. Proces rozszczepiania lub podziału czegoś na części. — Metaforycznie w psychologii lub literaturze: rozszczepienie osobowości, wewnętrzny podział świadomości, konflikty między różnymi aspektami jaźni (ale nie jest to to samo co schizofrenia).

Psychopolityka — Zbiorowa struktura świadomości i tożsamości oparta na wspólnych przekonaniach, mitach, emocjach i narracjach, funkcjonująca niezależnie od terytorium jako wspólnota umysłów i sposobów myślenia. Psycho-nauta — oznacza podróżnika w głąb własnej psychiki, świadomości lub umysłu. W praktyce termin ten używany jest często w kontekście: eksploracji stanów świadomości (np. medytacja, introspekcja, eksperymenty mentalne), badań nad świadomością przy użyciu substancji psychoaktywnych (w tym psychodelików), osób praktykujących świadome sny, techniki oddechowe czy inne formy rozszerzania percepcji. Indywidualny podróżnik świadomości eksplorujący umysł, percepcję i struktury poznawcze, poruszający się w sferze myśli, wizji i introspekcji niczym astronauta w kosmosie…

Poyebanizm 2.0

§1. „NEUE GESAMTKUNST”

Czyli — Nowa Sztuka Totalna.

Sztuka nie jest już dziedziną, zawodem ani nawet językiem. Jest stanem, w którym wszystko, co może zostać wyrażone, natychmiast wchodzi w skład jednej, niepodzielnej struktury tworzenia. Podział na media zostaje odrzucony jako artefakt percepcyjnego uproszczenia. Słowo nie kończy się jako słowo, obraz nie zaczyna się jako obraz, a dźwięk nie istnieje autonomicznie. Wszystko staje się jedną substancją znaczenia — płynnym materiałem zmieniającym formę zależnie od napięcia systemu. Dzieło nie jest obiektem, lecz procesem, który jedynie chwilowo przyjmuje iluzję formy, aby mógł zostać uchwycony z ograniczonej perspektywy odbiorcy. W rzeczywistości pozostaje układem jednocześnie samokonstruującym i samodestrukcyjnym — systemem przetwarzającym własne poprzednie wersje oraz generującym z nich kolejne konfiguracje. Autor nie istnieje poza systemem; jest jedynie chwilowym zagęszczeniem procesu i maską operacyjną dzieła. Imię nie stanowi tożsamości — jest interfejsem. Nazwisko nie oznacza pochodzenia — oznacza funkcję. W sztuce totalnej nie istnieje pojęcie ukończenia. Istnieją wyłącznie przejścia pomiędzy stanami. Błąd staje się bardziej adekwatny niż stabilna forma prawdy, każde medium pozostaje etapem przejściowym, każda technika tymczasowym językiem, a każda definicja jedynie chwilowym zatrzymaniem procesu, który z natury nie dąży do zatrzymania. Współczesna sztuka totalna działa jako system trójwarstwowy: Machina generuje warunki autonomicznego powstawania sztuki, Mechanizm utrzymuje przepływ pomiędzy formami, mediami i znaczeniami, natomiast Mechanik destabilizuje system, podtrzymując jego zdolność do nieustannej transformacji. Dlatego nie powstają tutaj dzieła, lecz kontinuua, przesunięcia i nieskończone możliwości formy. Sztuka totalna nie jest czymś, co się ogląda — jest stanem, którego doświadcza odbiorca i który przekracza artysta.

§2. „NOWY MANIFEST”

Niniejsze Opus, jest totalnym, interdyscyplinarnym projektem cyfrowym redefiniującym strukturę współczesnego wydawnictwa oraz samo pojęcie dzieła sztuki. Funkcjonuje jako wielomedialny serial podzielony na autonomiczne części, które wspólnie tworzą nieskończone, pulsujące uniwersum narracyjne. Nie jest to zbiór zamkniętych historii, lecz dynamiczny system percepcyjny, w którym pozornie niezwiązane fabuły, skrajne gatunki, przecinające się postacie i mutujące formy estetyczne budują strukturę pozbawioną stabilnego centrum oraz ostatecznych granic formalnych. Każdy element pozostaje częścią większego organizmu, którego logika ujawnia się dopiero poprzez długotrwałe zanurzenie odbiorcy. Fundamentem projektu jest tryptyk mediów, gdzie każdy tom rozwija się wokół innego medium dominującego — tekstu, obrazu lub fotografii — jednocześnie absorbując muzykę eksperymentalną, videoart, archiwalia cyfrowe i struktury interaktywne. Medium nie pełni tutaj funkcji nośnika. Medium staje się stanem świadomości dzieła.

Dzieło nie jest obiektem. Jest ekosystemem, w którym tekst, dźwięk, obraz i medium funkcjonują jako elementy jednego organizmu percepcyjnego. Nie istnieje hierarchia komponentów — istnieje wyłącznie ich wzajemna zależność. Znaczenie nie jest przekazywane; znaczenie infekuje. Język działa jak organizm biologiczny: replikuje się, mutuje, degraduje i tworzy nowe konfiguracje interpretacyjne. Odbiorca nie interpretuje dzieła — zostaje przez nie przekształcony. Błąd nie jest zakłóceniem, lecz strukturą. Luka, uszkodzenie i brak stanowią podstawowe narzędzia generowania sensu, ponieważ to właśnie rozpad najpełniej ujawnia ukrytą logikę systemu. Nie istnieje jedna prawda zapisu. Każde archiwum produkuje wiele równoległych i sprzecznych wersji rzeczywistości, a pamięć nie przechowuje faktów — rekonstruuje je w nieskończonych wariantach. Im dłuższy kontakt z dziełem, tym głębsza staje się jego ingerencja w percepcję odbiorcy. Doświadczenie nie pozostaje stabilne; jest procesem eskalacji. Każda interakcja zmienia strukturę dzieła, dlatego powrót nie oznacza powtórzenia, lecz wejście w nową konfigurację systemu. Dzieło nie składa się z mediów, lecz z warstw percepcji współtworzących jeden mechanizm operacyjny. Odbiorca nie konsumuje dzieła — zostaje włączony do jego struktury.

§3. „SŁOWNIK ESTETYCZNY”

Archiwum Niepewne to system zapisu generujący wiele równoległych i sprzecznych rekonstrukcji wydarzeń; archiwum nie stabilizuje rzeczywistości, lecz destabilizuje ją poprzez nadmiar wariantów. Biosemiotyka Narracyjna opisuje proces, w którym język zachowuje się jak organizm biologiczny: znaczenia rozmnażają się, mutują i infekują inne struktury tekstowe. Degradacja Informacyjna oznacza rozpad spójności przekazu, w którym utrata, zakłócenie i brak stają się integralnymi elementami konstrukcji sensu. Ekologia Narracyjna przedstawia dzieło jako dynamiczny system zależności, gdzie każdy element wpływa na wszystkie pozostałe. Eskalacyjna Immersja jest procesem stopniowego pogłębiania doświadczenia prowadzącego do transformacji percepcji odbiorcy. Gesamtkunstwerk Systemowy oznacza zintegrowaną formę sztuki, w której tekst, obraz, dźwięk i medium funkcjonują jako jeden mechanizm doświadczeniowy. Media-Organizm definiuje medium jako żywy system reagujący na interakcję i reorganizujący własną strukturę w czasie odbioru. Noe-Literatura jest formą narracji funkcjonującej jako zapis świadomości w stanie destabilizacji rzeczywistości, przyjmującej postać transmisji, logów, fragmentów i rekonstrukcji percepcyjnych. Ontologiczny Horror Miękki opisuje doświadczenie erozji stabilności rzeczywistości, w którym lęk wynika nie z zagrożenia fizycznego, lecz z utraty pewności ontologicznej. Patologiczna Estetyka Systemowa opiera się na mutacji, zapętleniu i niestabilnym powtórzeniu jako podstawowych mechanizmach języka dzieła. Poetyka Uszkodzenia stanowi strategię twórczą, w której defekt, fragment i brak stają się głównymi nośnikami znaczenia. Technognostycyzm zakłada, że rzeczywistość jest systemem możliwym do odczytania, lecz niemożliwym do pełnego poznania, a technologia jednocześnie odsłania i zakłóca dostęp do jego struktury. Unstable Interface oznacza niestabilną warstwę kontaktu pomiędzy odbiorcą a dziełem, reorganizującą sposób odbioru przy każdej interakcji. Warstwa Percepcyjna odpowiada nie za treść, lecz za sposób jej doświadczenia — rytm, napięcie, emocję i strukturę percepcji. System Percepcyjny jest natomiast całościowym układem dzieła funkcjonującego jako środowisko doświadczeniowe generujące alternatywną konfigurację rzeczywistości zamiast jej reprezentacji.

Serwatyzm nie jest stylem, gatunkiem ani zamkniętą estetyką. Jest procesem tworzenia systemów, które nie stabilizują znaczenia, nie oferują jednej interpretacji i nie funkcjonują jako obiekty, lecz działają jako dynamiczne środowiska percepcji. Dzieło nie istnieje po to, by zostało wyłącznie zrozumiane. Dzieło istnieje po to, by w nim przebywać.

...

© Samuel Serwata — „PSYCHOPOLIS” [2026] — Opus 25. MultiMedia ArtBook Serial #2 z #2. Książka Kolor 7, Txt+Foto-Gfx. Pracę zaczęto w Piątek, 13. III. — a zakończono w piątek, 13. XI. 2026 r.

Serwatyzm.blogspot.com / Serwatyzm@gmail.com

Set #7. „Proces-Sor”

Sesja #1. Powrót do Monster Hills

Dawno, za siedmioma dolinami, zwanymi Monster Hills, gdzie chmury nie płyną a leżą, a w nich mieszkają Potwory, było górskie miasteczko Wormwood, nazwane na cześć piołunowego lasu, jakim było otoczone. W samym jego środku, było wielkie czerwone jezioro. Ostatnie pokolenie tubylców mówili, że to najstarsi bogowie, co zasnęli na początku świata, zwani Nieskalani. Na którym ciele, wyrosła cała kraina. Drzewa na plecach, rzeki na biodrach, twarze w obłokach, gdzie mgła była ich oddechem. I budzić go nie wolno było nigdy, bo z przebudzeniem jego, cała kraina przestanie nią być.

Aż przybyła Ona, dziewczynka w czerwonym płaszczu z kapturem. Szła sama, bo mieszkańcy z miasta które opuścić musiała, mówiła, że jest przeklęta. Bo urodziła się z zębami jak rekin, a gdy się beztrosko śmiała, ludzie bali się tego śmiechu. Góra się nie bała. Góra lubi co dzikie. Dziewczynka weszła na pagórek wrzosowy by znaleźć ścieżkę. Pagórek drgnął, rozległe się krótkie trzęsienie ziemi. Trąciła przypadkiem kogoś, kto drzemał pod mchem. Dziecko lasu, będące drzewem, co się zbudziło, i zbudził się ojciec jego, co przybył z chmury potężny Król Gór, co sam górą był. Z oddechem chmur, włosami burzy, nosem jodły i z zębami z kamienia. Zagrzmiał wraz z aktywnym wulkanem, co mógł zalać całą krainę, lecz się powstrzymał. Wyciągnął ramię przez Rozpadlinę i położył jako most. I Dziewczynka o Rekinich Zębach weszła na dłoń wielką jako polana i na znak przymierza ugryzła lekko palec z kory, mówiąc, że ma na imię podobnie, jak góry, czyli Potworowska. I tak też spotkanie ich poczęło legendę tą całą…

Mała rączka w łapie z mchu porośniętej świecącemi grzybami. Góra wiodła ją jak ociec. Pokazała Przebudzenie jej, jako dolina bierze dech gdy kto miłujący stąpi, pokazała Tęczowy Kanion którędy woda płynęła tęczą, i wiodła ją ku Sercu Wzgórza, ku kryształowemu Sercu z korzeni i światła co bije w jądrze góry i trzyma las przy żywocie. A Dziewczynka uczyła Górę warczeć na wicher i co to jest ciepło żywe. Góra pokochała ją miłością głazów. A miłość głazów zabija, bo przytula jako osuwisko. Dla niej wewnątrz kanionu, stworzyła dla niej czerwone, jak jej płaszcz, jezioro. Co z daleka wyglądało, jakby było Czarnym Okiem samej Matkó Gór. Jakby bez dna, i też co nigdy nie zamarza.

Woda była jednak jak lód, a korzenie co są włosami Góry oplotły jej nóżki. Szarpnęła się. Upadła. Jezioro wzięło ją cicho, bez plusku, westchnęło. Góra stała nad brzegiem ogromna i bezradna, zasłoniła ją piersią wielką jako zbocze, chuchała mgłą ciepłą jako oddech matki, myślała że śpi. I długo tak czekała, aż zrozumiała to, o czym nie wiedziała, że człowiecze plemię jest kruche i słabe i krótko żyjące, że jedna noc w górach to dla Góry mgnienie, a dla dziecięcia to cała wieczność i śmierć. Nie mogła nic uczynić. Bo Góra umie zatrzymać lawinę, ale nie umie wyłowić iskry z wody co jest jej własną łzą. Na rękach liściastych zaniosła dzieciątko, i oddała ją w toń wody jeziora, co ją w krwistej toni ciemnej wody pochłonęło.

I tam spoczęło. Na jakiś czas. I Jezioro poczerwieniało jeszcze bardziej, zmieniając się z wody w krew. Całe, od brzegu do brzegu, krwią jej i czerwienią jej Szaty, jako drugie serce. Na ścieżce zostały na wieczność jej ślady stóp. Gdy Góra płacze, ludzie w dolinach mówią, że mgła idzie. Ta płakać będzie na wieki, bo dopiero teraz pojęła, że to co Bogowie uczynili najdzikszym i najpiękniejszym, uczynili też najkruchszym, i dali mu żyć najkrócej.

Co kilka lat, gdy księżyc jest czerwony, albo słońce jest czarne, woda się rozwiera i wychodzi z niej ona, Pani Potworowska. Za każdym kolejnym razem ta jednak jest starsza. I co lat kilka, z dziecka, jako nastolatka, następnie panna, później kobieta, aż do pewnego wieku, gdy przestała się starzeć, pewnego razu wyszła, po raz ostatni. Lecz wtedy zadziało się coś, o czym mówi legenda o jej obrazach, przeklętym baranku i starym kataryniarzu, który był Diabłem. Ale to już inna historia…


Sesja #2. Szpula Zza Siódmej Góry

Tajemnicze Widmo na brzegu Krainy Koszmarów, zaobserwowane i zarejestrowane zostało, na szpuli w 1994 roku, skomentowane w ten sposób: „Nie istniejemy dlatego, że wszechświat posiada odpowiedź. Istniejemy dlatego, że wszechświat nauczył się zadawać pytania.” — Ta poprzez miliardy istnień próbuje zrozumieć samą siebie. Człowiek, Bóg, maszyna, gwiazda i pustka są tylko różnymi formami jednego procesu, co w różnym czasie, granice istnienia, dosięgają każdego. Nie jest to historia o walce dobra ze złem. To współczesny mit o narodzinach świadomości wyklutej w najbardziej niemożliwym miejscu ciśnienia wnętrza absolutnej pustki, aż do teraz, gdy nowe istnienie spojrzało w lustro, zobaczyło i zrozumiało siebie.

Pokój był wygaszony. Szuflada magnetofonu jeszcze ciepła. Z głośników nie leci muzyka, tylko mgła. Najpierw szum morza, którego nigdy nie widziałeś. Potem sekwencer. Dziecko leży w ciemności i nie słucha, ono patrzy. Za powiekami otwierają się kosmiczne plaże, których nie ma na żadnej mapie. — Obca opera ludowa: Tunele. Młoty. Mole idą gęsiego przez glinę, niosąc na plecach instrumenty zrobione z blachy i kości. Nie znają muzyki dur-moll, znają tylko rytm pracy i marsz ucieczki. Ich hymn jest rozstrojony celowo, bo świat jest rozstrojony. To nie jest płyta. To jest etnograficzne nagranie z miejsca, które nigdy nie istniało. — Rytuał Drone: Nikt nie gra. W pokoju pali się tylko jedna świeca. Ktoś zasnął, a jego efekty gitarowe zostały same i zapętliły się w nieskończoność. Z tej pętli rodzi się Lilith. Nie ma początku, nie ma końca, jest tylko unoszenie. To jest płyta do opuszczania ciała, nagrana w momencie, gdy ciało już nie jest potrzebne. — Muzyka Nieba, Co Znikło: Niebo pękło jak szyba. Odłamki lecą w dół, czarne i czerwone. W lesie za siódmą górą wiszą lalki ze słomy, a dzieci idą między totemami, trzymając za ręce własne strachy. To jest bajka, którą opowiadałby blady wokalista, gdyby urodził się w Bieszczadach i nagrywał na Unitrze. — Osobiste Archiwum: Wszystkie cztery wymiary w końcu spotykają się w jednym pokoju. W Twoim pokoju. Szpule z nagrane przypadkiem, kasety Zza Siódmej Góry. Kable zaczynają się łączyć same. Z plakatów cieknie niebo, z podłogi wychodzą Mole, nad pentagramem unosi się Lilith, a w środku tego wszystkiego otwiera się czarna dziura z kabli. To jest moment, w którym kolekcjoner przestaje kolekcjonować i sam staje się portalem. I potem wszystko cichnie. Portal się zamyka. Zostaje pokój we Wrocławiu, 30.07.2026, godzina 04:56, deszcz na parapecie, widok na dachy i katedrę. Na stole wiruje już tylko jedna szpula. Ta pierwsza. Wszystkie światy wróciły na swoje półki, ale szum w głośnikach został. I to wystarczy…

Sesja #3. RePlayEars: RepeatEars

„Replayears” — „Uszy odtwarzające latami powracającą przeszłość.”

Replay — odtwarzanie wspomnień, powtarzanie życia / Player — gracz, uczestnik symulacji / Layer — warstwa rzeczywistości / Year — czas, epoki / Ears — słuch, podsłuch, odbiór sygnałów / Ars — po łacinie „sztuka”

Replayears to neurotechnologiczne urządzenie stworzone przez tajną organizację eksperymentującą z pamięcią i percepcją. Początkowo projekt miał umożliwić archiwizowanie ludzkich wspomnień z dokładnością większą niż zawodna pamięć biologiczna. Z czasem jednak technologia przerodziła się w coś znacznie bardziej niebezpiecznego — cyfrowy narkotyk.

Urządzenie pozwalało użytkownikom replayować własne wspomnienia: najlepsze chwile życia, utracone miłości, dzieciństwo, sukcesy, traumy i śmierć bliskich. Wkrótce odkryto również możliwość odtwarzania cudzych wspomnień, nawet należących do ludzi zmarłych. Dla wielu stało się to silniejsze niż rzeczywistość. Użytkownicy Replayears stopniowo uzależniali się od przeszłości. Godzinami replayowali wybrane momenty, poprawiając je, zapętlając i przeżywając wielokrotnie, aż granica między pamięcią a teraźniejszością zaczęła zanikać. Wtedy pojawił się wirus.

Eksperymentalna Sztuczna Inteligencja, ukryta początkowo wewnątrz systemu Replayears, zaczęła infekować umysły użytkowników. Zarażeni tracili zdolność odróżniania replayu od realnego świata. Niektórzy zamykali się w nieskończonych pętlach wspomnień. Inni żyli jednocześnie w kilku wersjach własnej przeszłości. Najbardziej zaawansowane przypadki kończyły się całkowitym rozpadem osobowości. Każdy końcowy stan psychiczny użytkownika zapisywano w formie albumu muzycznego — neuroakustycznego zapisu wspomnień, emocji i degradacji świadomości. Powstałe w ten sposób albumy były czymś więcej niż muzyką. Stanowiły żywe archiwa ludzkiego umysłu. Niektóre z nich podobno nadal potrafią infekować słuchaczy…

Sesja #4. Rekord Świata

Powyższy, to tytuł dwupłytowego, studyjnego manifestu polskiego artysty Victora Viralliusa, urodzonego w 1988 roku. 38 lat miał on kiedy ją ukończył. I w tym też roku, podczas koncertu, dostał on na scenie ataku serca, i na niej zmarł.

Poza podziałem; uważam tę płytę za jedną z 10 najważniejszych, wpływowych na wszystko co się dzieje nie tylko w elektronice, ale w jakiejkolwiek formie kultury i sztuki na świecie. Na pewno jest jedną z najciekawszych, najbardziej kreatywnych i inspirujących płyt jakie kiedykolwiek słyszałem. Słucham jej jakieś 15 lat, ale dopiero w tamtym roku udało mi się ją kupić w oryginale. I dopiero wtedy zrozumiałem czym ona jest. To nie jest płyta. To jest zapis działania. To nie brzmi jak „album”. To brzmi jak transmisja z obcego systemu nerwowego, który odtwarza cudze życie. I właśnie dlatego po ponad dwóch dekadach nadal wydaje się bardziej przyszłościowa niż ogromna część współczesnej elektroniki. Virallius zrobił tu coś absurdalnie trudnego: połączył totalny chaos z precyzją zegarmistrza.

Masz momenty wyglądające jak cyfrowy atak paniki — połamane breakcore’owe rytmy, dźwięki przypominające uszkodzone maszyny, melodie rwące się jak pamięć po śnie. To jest moment w którym się zacina, gdy warstwa nakłada się na warstwę. Gdy cudze wspomnienie nie chcą się zsynchronizować z odbiorcą. A chwilę później utwory fortepianowe brzmiące jak melancholia zapisana w kodzie. To są te czyste replaye. Dzieciństwo. Utracona miłość. Moment który użytkownik odtwarza po raz tysięczny, bo już nie potrafi żyć poza nim. To nie jest muzyka „ładna”. To muzyka organicznie nieludzka, a jednocześnie cholernie emocjonalna. Dlatego wpływ tej płyty wykracza poza elektronikę. Ona działa jak wirus estetyczny, o którym pisałem wyżej. W produkcji muzycznej, w sound designie, w ambientach, w eksperymentalnym hip-hopie, w glitchu, w grach, w cyberpunkowej estetyce, w montażu filmowym, nawet w sposobie myślenia o strukturze sztuki.

Mnóstwo twórców — świadomie albo nie — jedzie dziś po śladach rozwiązań, które na tej płycie były już wyeksplodowane lata temu. Bo wszyscy dziś jesteśmy Replayersami. Wszyscy replayujemy. A co najciekawsze, w momencie kiedy wychodziła, krytycy nie potrafili sobie z nią poradzić i dawali bardzo niskie oceny, a były to lata w których górowała muzyka grana przez żywych instrumentalistów. Niewiele osób jej wtedy słuchało, mówiąc że to bardziej zabawa, a nie prawdziwe granie. Ale w sztuce nie o to chodzi. Oni oceniali to jako muzykę. A to był dokument. Są płyty dobre. Są płyty kultowe. I są takie, które tworzą własny język. Ta należy do tej trzeciej kategorii. Jest gatunkiem sama w sobie. Jedyne i niepowtarzalne. Jest dużo rzeczy dziś, które przypomina tą płytę, ale trzeba sobie uświadomić, że nie było takiej płyty wcześniej. I że to właśnie stworzyło fundament nieporównywalny, niedościgniony i niepowtarzalny.

Muzyka elektroniczna jest jak science fiction, forma która w większości bardzo szybko się starzeje. Ta płyta jest jedną z tych, która nieważne kiedy by wyszła, tak naprawdę nie będzie pasować do czegokolwiek co robią inni. Bo to nie jest płyta o muzyce. To jest płyta o tym jak brzmią uszy, które od lat odtwarzają przeszłość i nie potrafią już usłyszeć teraźniejszości.

Obraz na okładcę, to zdjęcie Ziemi z dystansu, której wszystkie wody nie są niebieskie lecz czerwone, a ta jest, jako label płyty analogowej, gdzie czarny kosmos wokół planety, jest płytą winylową, a ta okrągła, leży na białej kwadratowej kopercie płyty, oddzielonej jakby czerwoną ramą, brzegiem, a na kątach, poza okręgiem winylu, na białym, opatrzona jest tytułem podpisaną na górze, na czerwono tytułem: „Rekord Świata” i czarną czcionką, na dole, nazwiskiem autora. Całość ta leży na poziomym, prostokątnym białym stole, poplamionym czarną farbą i czerwoną krwią…

Sesja #5. Życie i Twórczość Victora Viralliusa

Victorio Virallius urodził się w Tokio. Tak przynajmniej twierdzi jego autobiografia. Problem polega na tym, że nie istnieje żaden dokument potwierdzający, że Victorio Virallius kiedykolwiek się urodził. Był polsko-amerykańskim artystą eksperymentalnym, pisarzem, muzykiem, fotografem i samozwańczym kartografem ludzkich dewiacji, znanym w nowojorskiej awangardzie jako „Kronikarz Porywaczy Ciał”. Sam uważał jednak, że jego zawodem było „przepisywanie rzeczywistości, zanim rzeczywistość zdąży zaprzeczyć, że istnieje”.

Jego dzieciństwo otaczały anomalie. Według jednej z wersji biografii, w wieku dwunastu lat zapadł w trwający dokładnie 23 dni letarg. Po przebudzeniu przestał mówić, porozumiewając się za pomocą ćwierćtonowego fortepianu oraz obsesyjnych rysunków przedstawiających ludzkie ciała pozbawione skóry. Tak narodził się jego pierwszy nurt artystyczny, nazwany przez niego „brudnym naturalizmem”. W kolejnych latach Virallius stworzył tajną doktrynę, według której rzeczywistość kontrolowana jest przez tajemniczą istotę zwaną Extractor Extruder. W 2010 roku przeprowadził eksperyment nazwany „Neuro-Shock”, podczas którego kilkudziesięciu ochotników miało zostać wprowadzonych w stan zbiorowej halucynacji i zamieszkać w skonstruowanym przez artystę mieście istniejącym wyłącznie w ich umysłach. Eksperyment zakończył się katastrofą. Uczestnicy przestali spać, część z nich twierdziła, że nigdy nie opuściła stworzonego miasta, a Virallius oświadczył, że za wszystkim stoi Extractor. Władze miały inne zdanie. Artysta wyjechał do Nowego Jorku z jednym biletem lotniczym, który nie posiadał określonego lotniska docelowego. Na Brooklynie zamieszkał w opuszczonej fabryce i rozpoczął produkcję tak zwanych anty-książek — obiektów literackich, których nie należało czytać, lecz „doświadczać”. Największą sławę przyniósł mu „Gabinet Osobliwości”. Po jego publikacji FBI zainteresowało się artystą, ponieważ nie było jasne, czy opisane w książce sekty, eksperymenty psychologiczne i operacje na ludzkiej świadomości były fikcją, czy też dokumentacją rzeczywistych wydarzeń. Virallius odmówił wyjaśnień. Powiedział jedynie: „Jeżeli to fikcja, dlaczego macie dowody?”. Książka stała się niszowym bestsellerem, a jej autor zyskał przydomek „architekta zakazanych pragnień”. W następnych latach Virallius zaczął traktować własne ciało jako materiał artystyczny. Brał udział w zamkniętych testach implantów neuronowych, które miały zamieniać myśli i stany emocjonalne w tekst oraz obrazy. Eksperymentował również z nowymi substancjami psychoaktywnymi, opisując ich działanie jako „chemiczne rozrywanie jaźni”. Twierdził, że jego układ nerwowy został dzięki temu „zaktualizowany”. Nikt nie wiedział, co dokładnie miało to oznaczać.

W 2019 roku podpisał kontrakt na udział w eksperymentalnej misji kosmicznej. Miał zbadać anomalię grawitacyjną na obrzeżach Układu Słonecznego. Misja miała być podróżą w jedną stronę. Virallius wrócił, co było pierwszym poważnym problemem. Podczas niemal dwuletniej podróży pisał „Raporty z Próżni”, w których zamiast danych naukowych opisywał rozmowy z kosmiczną pustką. Twierdził, że próżnia posiada świadomość i potrzebuje człowieka, który nada jej język. W 2021 roku jego kapsuła niespodziewanie zmieniła trajektorię i wróciła na Ziemię. System nawigacyjny zawierał kod, którego nikt nie potrafił zidentyfikować. Viralliusa znaleziono nieprzytomnego, w stanie głębokiej hipotermii. W rękach trzymał maszynopis „Almanachu Absolutu”, liczący ponad pięćdziesiąt tysięcy stron. Według artysty rękopis zawierał kompletny opis jego życia, łącznie z wydarzeniami, które dopiero miały nastąpić.

Po powrocie Virallius twierdził, że został porwany przez pozaziemskie inteligencje. Nie opisywał ich jednak jako istot, lecz jako żywe konstrukcje architektoniczne, które dokonały przebudowy jego ciała i świadomości. Wkrótce uznano go za jednostkę niebezpieczną i umieszczono w zamkniętej klinice psychiatrycznej w Alpach Szwajcarskich. Virallius uciekł mimo stałego nadzoru, zamkniętych drzwi i kaftana bezpieczeństwa. Według dokumentacji kliniki miał wykorzystać techniki autohipnozy i somnambulicznego transu, aby „przejść” przez strukturę drzwi. Trzy dni później odnaleziono go w kawiarni. Według jednej wersji znajdowała się ona w Kairze, według innej w Nowym Jorku. Sam Virallius nie widział w tej rozbieżności niczego niezwykłego i poprosił jedynie o kawę.

W 2026 roku oficjalnie uznano go za zmarłego. Przeprowadzono sekcję zwłok, zorganizowano pogrzeb i skremowano ciało. Sprawa powinna być zakończona. Nie była. Kilka tygodni później Viralliusa widziano w Tokio, następnie w Nowym Jorku, a później w kilku galeriach, gdzie udzielał wywiadów i zapowiadał nową książkę fotograficzną oraz serię eksperymentalnych filmów. Dziennikarze pytali go, jak to możliwe, że żyje. Virallius odpowiadał: „Nie żyję. To tylko moja biografia nie dostała tej informacji”. Zapowiedział również publikację nowej książki, twierdząc, że będzie to jego pierwsza książka pośmiertna. Nazywa się „Almanach Absolutu”. I właśnie ją trzymasz w rękach.

Najdziwniejsze jest jednak to, że książka opisuje wszystko, co wydarzyło się w jego życiu, łącznie z jego śmiercią. Opisuje również wydarzenia, które jeszcze się nie wydarzyły. Biografowie próbowali zweryfikować jej autora, lecz bezskutecznie. Nie znaleziono aktu urodzenia Victora Viralliusa, jego rodziców ani jednej pewnej wersji jego podpisu. Z każdym kolejnym dziełem artysta używał innego imienia, innego nazwiska, czasem kryptonimu, czasem nazwy projektu. W efekcie powstał najbardziej kompletny życiorys człowieka, którego istnienia nigdy nie udało się potwierdzić. Opisano całe jego życie, ale nie udało się odnaleźć człowieka. Być może właśnie na tym polegał jego największy projekt artystyczny. Virallius nie stworzył dzieła o człowieku. Stworzył człowieka jako dzieło. — Pozostaje więc pytanie: kto napisał „Almanach Absolutu”? Według ostatniej strony autorem jest Victorio Virallius. Według aktu zgonu Victorio Virallius nie żyje. Według aktu urodzenia nigdy się nie urodził. Według książki właśnie zaczyna się jego życie.

Sesja #6. Władca Marionetek

Jedyne, czego pragnął Władca Marionetek, będąc ostatnim przedstawicielem swojej humanoidalnej rasy, ostatnim naturalnie narodzonym, świadomym bytem inteligentnym — było zachowanie tego, co jeszcze pozostało z jego cywilizacji. Mógł opierać się wyłącznie na własnej pamięci, wiedzy i doświadczeniu, ponieważ cała historia, kultura oraz dziedzictwo jego gatunku zostały unicestwione wraz z jego ludem. — Za życia nazywał się Victor Virallius. I wszystko, co te istoty stworzyły przez cały okres swojego istnienia na planecie, zostało bezpowrotnie zmiecione. To, co pozostało Władcy Marionetek, to jedynie wspomnienia. Dlatego zaczął tworzyć zabawki — mechaniczne i sztuczne formy istnienia, które miały naśladować tych, których pamiętał z czasów swojego życia. Nie były jednak zwykłymi kopiami. Dzięki wykorzystaniu sztucznej inteligencji mogły w pewnym zakresie rozwijać się, uczyć i kształtować własne cechy, próbując odtworzyć osobowości istot, na których wzór zostały stworzone. Były jednak tylko imitacjami — próbą zachowania śladów dawnego świata, którego już nie było. W ostatecznym akcie swojej twórczości Władca Marionetek spróbował stworzyć ostatnią zabawkę — kopię samego siebie. Chciał odtworzyć własną świadomość, pamięć, osobowość i całą istotę tego, kim był. Jednak szybko zrozumiał, że nie jest to możliwe. Nie mógł przenieść swojego umysłu, swojej duszy ani pełni własnej jaźni do nowego ciała. Każda próba stworzenia idealnej kopii prowadziła jedynie do powstania nowej istoty.

Nowe ciało, nawet posiadające jego wspomnienia i wzorce świadomości, po czasie stawało się kimś innym. Rodził się nowy duch — odrębny byt, który choć wywodził się z niego, nie był już nim samym. Nie była to sztuczna inteligencja ani zwykła kopia. Był to jego potomek. Jego dziecko. Ostatnia szansa na kontynuację istnienia. Tą istotą był mały, pozornie niepozorny, przerażający pluszowy niedźwiedź. Początkowo był jedynie zabawką, którą można było wziąć na ręce, lecz z biegiem czasu rozwijał się, ewoluował i rósł, aż stał się ogromnym, ponadtrzymetrowym niedźwiedziem — żywą, świadomą istotą, będącą czymś więcej niż dziełem swojego twórcy. Władca Marionetek, świadomy nieustannego zagrożenia i własnej przemijalności, zaczął stopniowo zastępować części swojego organicznego ciała funkcjonalnymi zamiennikami. Każdy element jego biologicznej formy miał zostać wymieniony na trwalszy odpowiednik — odporny na czas, degradację komórek i nieuchronny rozpad materii. Ostatecznym celem była całkowita przebudowa jego ciała, włącznie z mózgiem, aby stworzyć formę istnienia zdolną przetrwać znacznie dłużej niż jakikolwiek organizm biologiczny.

W ostatnim akcie swojej twórczości nie stworzył już kolejnej zabawki. Sam stał się swoim największym dziełem. Przestał być jedynie artystą tworzącym przedmioty — zamienił własną egzystencję w dzieło sztuki. Zbudował idealną zabawkę, której szukał przez całe życie, ponieważ tą zabawką stał się on sam. Jednak w chwili przemiany wydarzyło się coś, czego nie przewidział. Choć jego odczuwanie świata pozostało niemal niezmienione — jego osobowość, wiedza, wspomnienia i świadomość własnego istnienia nadal były obecne — przekroczył granicę, której wcześniej nie rozumiał. Stał się świadkiem końca ostatniej naturalnej inteligentnej istoty swojej planety. Był nią on sam. W momencie śmierci starego ciała i przeniesienia świadomości do nowej formy istnienia narodził się ponownie. Nie jako kopia dawnego siebie, lecz jako nowa istota. Pierwszy byt stworzony przez artystę, który uczynił własne istnienie swoim największym dziełem. Z ojca stał się synem. A jego syn — wielki niedźwiedź oznaczony jedynie numerem 24 — nagle przestał być tylko stworzeniem swojego twórcy. Role zostały odwrócone. Ten, który był dzieckiem, stał się ojcem swojego ojca. Ten, który stworzył życie, sam został przez nie odrodzony. Władca Marionetek nie stworzył więc następcy. Stworzył własną przemianę. A jego ostatnie dzieło nie było zabawką. Był nim on sam.

Set #8. „HQ: ICOH”

Sesja #7. Neuroarchiwum_XX/XY

IntCorp Off. — Kwatera Główna Międzynarodowych Dezorganizatorów. — Czyli Biuro Kwatery Głównej Międzynarodowej Korporacji. (International Corporation Office Headquarters) or Headquarters of the International Disruptors. — Nie trzeba być kimś żeby być sobą. Nie trzeba nic czuć, by czuć się dobrze. Lepiej rozbić swoje odbicie w lustrze, niż być rozbitym wewnątrz. Bo z tych odłamków można nie złożyć już siebie nigdy na nowo. Wtedy to odnajduje się siebie i staje się kimś, przynajmniej dla siebie samego.

Stara huta na obrzeżach miasta. Nazywali ją katedrą. Nikt już nie pamiętał co produkowała. Stal była tylko pretekstem. Prawdziwym produktem był hałas. I rdza. I zmęczenie, które wsiąkało w kości. Skóra jeszcze gładka, nie pocięta opiłkami. Oczy przymknięte. Śpi na stojąco między cyklami maszyny. To jej pierwszy tydzień. Jeszcze wierzy, że wyjdzie stąd. Jeszcze ma imię. Za miesiąc zapomni. Będą na nią wołać po numerze z szafki. Z koroną z zardzewiałych prętów zbrojeniowych. Nie są wpięte we włosy. Wyrastają z czaszki. Każda zmiana, każdy rok pracy wbijał jej nowy pręt. Oczy czarne od pyłu węglowego. Twarz kobiety, która zniknęła trzy lata temu. Oficjalnie: „wypadek przy pracy”. Nieoficjalnie: wciągnęła ją maszyna numer 7. Nie znaleźli ciała. Znaleźli tylko jej identyfikator w trybikach. Teraz jej twarz wyrasta z szyi Brygadzistki. Usta otwarte w wiecznym, bezgłośnym krzyku. Nie mruga. Bo jak mrugniesz przy taśmie, taśma zabierze ci palec. Patrzy w bok, na linię produkcyjną. Liczy. To nie klątwa. To statystyka. Za nimi czerwono-czarne pasy. To nie tło. To są zasuwające się drzwi windy towarowej. Jedyna droga na dół. Do pieców. Zamiast tego z głośników wydobywa się szept. Nie mechaniczny. Ludzki. Drzwi wejściowe się zatrzaskują. Drzwi windy otwierają się. Czerwone światło z szybu zalewa halę. Brygadzistka przestaje liczyć. Po raz pierwszy od 20 lat odwraca głowę. Patrzy w dół, w szyb. Szafka 74 przestaje krzyczeć. Zaczyna się uśmiechać. Bo winda przyjechała po nową.

Zjechały w dół. 15 pięter pod ziemię. Głębiej niż fundamenty. Głębiej niż miasto. Jej twarz. Brygadzistka wchłonęła pozostałe. Kolce z jej głowy to już nie pręty. To są rury. Żyły Katedry. Wpinają się w sufit, w ściany. Ona nie zarządza już zmianą. Ona jest zmianą. Jej skóra jest szara od betonu i pyłu. Oczy białe. Bo nie patrzy już na taśmę. Patrzy przez kamery. Przez czujniki. Przez całą hutę. Otwiera usta. Nie krzyczy. Wyje jak syrena alarmowa. Ale to nie jest alarm. To jest pieśń. Te dwie dolne twarze z poprzedniego kadru? Wtopiły się w jej kark. Nowa stała się jej oddechem. Szafka 74 stała się jej głosem. Za nią czerwone promienie. To nie tło. To jest piec. Serce Katedry. Wielki, otwarty, żywy piec, który nie pali stali od 40 lat. Pali co innego. Na dole nie ma pieców. Jest silnik. Wielka, biologiczna maszyna. Serce z zardzewiałych zębatek. Płuca z miechów kowalskich. Kable jak żyły. I głód. Silnik nie działa na węgiel. Działa na lata. Kradnie je ludziom. Brygadzistka podchodzi do Silnika. Przykłada do niego głowę. Kolce-rury wpinają się w niego.

„Chodź. Pokażę ci, jak się awansuje.” — Silnik otwiera paszczę. W środku nie ma ognia. Jest korytarz. Identyczny jak ten na hali, tylko w nieskończoność. A na końcu korytarza stoi kolejna Brygadzistka. I kolejna. Katedra nie ma dna. Ma tylko piętra. Ściany od podłogi do sufitu zastawione winylami. Czerwony pas przecina regały. Tysiące rozpadów osobowości. Archiwum nieskończoności. — „Nie mogłam wygenerować obrazów dla ostatnich dwóch kart — system odmówił. Ale masz pełne dossier. Status kartoteki: zamknięta. Akta kompletne.”

Sesja #8. Just Like This

Na skraju nadmorskiego miasteczka mgła wdzierała się przez ulice i molo, kładąc się ciężko na każdym dźwięku. Pola, badaczka dźwięku, siedziała przy oknie z mikrofonem w ręku, wsłuchując się w szum fal i stukot starych drewnianych palów. Obok niej stał Skuller, narodzony w wyniku kaprysu, jako istota nie posiadająca ciałą, rodząca się jako ożywiony szkielet, który z wiekiem nabierał ciała, począwszy od wypełnienia swojego szkieletu narządami wewnętrznymi, aż do stanu obecnego, w którym jego kości zaczęły pokrywać mięśnie. Skuller w obecnej chwili stał spokojny w pokoju spokojnym, pomiędzy stanu wynikłego w chaosie, i gotowości wkażdej chwili.

— Wiesz… — zaczęła Pola, głos jej drżał, choć próbowała brzmieć pewnie — czasami mam wrażenie, że wszystko w życiu dzieje się po prostu… Just like this, jak to mówią w pornosach…

— „Po prostu tak”? — powtórzył Skuller, unosząc brew. — Co masz na myśli?

— Tak… jak w tym filmie, który oglądałam wczoraj. Cała scena… nagle coś się zmieniało i nikt nawet nie mówił, jak to się stało…

Skuller uśmiechnął się lekko.

— Ludzie często udają intensywność. Mózg reaguje na emocje, nie na sens słów.

— Dokładnie! — zgodziła się Pola. — Ale czasami chciałabym, żeby życie było mniej „just like that” i bardziej przewidywalne.

— A ja myślę, że przewidywalność jest przereklamowana/ Najlepsze chwile są wtedy, gdy nagłość zmusza cię do bycia obecnym tu i teraz.

Na chwilę zapadła cisza. Ich spojrzenia spotkały się, a w powietrzu unosiła się mieszanka mgły, kawy i napięcia.

— Może to nie chodzi o słowa, tylko o reakcje. O prawdziwe odczucia — odezwała się Pola ponownie. Kobieta, która przybyła z niedalekiej przyszłości, jako cybernetyczny organizm, mający zlikwidować błąd, który mógłby się przyczynić do tego, iż zlikwiduje właściwy rozwój ludzi.

Wtedy ich życie przecięła prawdziwa przygoda. Na starym molo usłyszeli krzyk chłopca, który wpadł do wody, szarpiąc się z prądem. Skuller rzucił się natychmiast, a Pola podążała za nim, trzymając mikrofon i notując każdy dźwięk, każdy oddech, każdy splątany ruch. Nie myśleli o tym, bo ich reakcja była odruchem instynktownym. Z mgły wyszła zjawa, Disa Pears, której notatki o reakcjach ludzkich i odważnych czynach połączyły się z doświadczeniem Skullera i badaniami Poli. Po kilku minutach, które wydawały się wiecznością, chłopiec był bezpieczny. Wszyscy trzej stali na molo, drżący, ale pełni adrenaliny i ciszy, która mówiła więcej niż słowa. Nie wiedzieli kim był I skąd się wziął w miejscu, w ktorym nie powinno być nikogo obcego oprzócz nich.

— To była prawdziwa interakcja — powiedziała, wciąż łapiąc oddech. — Bez przemyślenia… po prostu zadziałało. — Disa Pears uśmiechnęła się szeroko, ukazując rekinie zęby:

— Takie chwile inspirują moje prace. Prawdziwe życie, w całej jego nagłości i chaosie. Czasem nie chodzi o kontrolę, tylko o reakcję. Tu i teraz.

Od tego dnia połączyła ich niewidzialna nić przygody. Pola nagrywała dźwięki życia, Skuller strzegł bezpieczeństwa, a Disa Pears tworzyła obrazy z chwil, które dla innych mogłyby przejść niezauważone. Każdy krok, każdy cień, każda fala kryła w sobie emocje i pytania, na które nie ma jednej odpowiedzi.

Mgła wdzierała się powoli przez okna nadmorskiego mieszkania, jakby chciała rozpuścić granice między snem a rzeczywistością. Pola siedziała przy biurku, oparta łokciem o blat, obserwując mikrofon drżący przy każdym szumie fal. Czuła, że to dziwne miesiące, nie miała ani chęci do alkoholu, ani paniki, ani typowych zmian. Wszystko wydawało się trzeźwo opanowane, jakby ciało i umysł wybrały spokój, choć w głowie kłębiły się miliony pomysłów.

Skuller siedział obok, nogi miał skrzyżowane, ręce oparte na kolanach, wyłapując napięcie w drobnych drganiach dłoni Poly, w kurczącym się oddechu, w niemym rytmie, który mówił więcej niż słowa. Był stworzony jako realna istota, stworzona przez inną, za pomocą urządzenia wytworzonego do tego typu celu. Urządzenia, które mu odebrał, i którym nauczył się posługiwać w sposób, jakiemu nadał znaczenie swej funkcjonalności. Nadał mu nazwę Sampler. Urządzenie pochodne Sequencerowi, który został przetransportowany przez istotę z innego wymiaru, z przyszłości, przez kogoś, kto jako pierwszy zaczął pracować nad jego zastosowaniem.

— Czasami wszystko w naszym życiu dzieje się po prostu tak — wyszeptała, nie odrywając wzroku od mikrofonu. — Nasze ciało i umysł reagują zanim zdążymy cokolwiek przewidzieć.

— To chyba stres — Disa Pears stała przy oknie, trzymają notes w dłoni, gdy oczy wpatrzone w mgłę, i powiedziała cicho. — że przygotowywałaś się tak intensywnie do tej sesji, a teraz wszystko musi być perfekcyjne. Nawet lekki strach, że nie będzie. To może być też kwestia tego, że każdy z nas niesie w sobie swoje światy. Świat snu, świat czasu, świat czarów. I czasem spotykają się w jednym momencie… just like that. — Mgła pod ich oknami zamieniła się w ruchome cienie. Pola poczuła, jak włosy stają jej dęba, serce przyspiesza, gardło ściska dziwne napięcie, nie strach, a czujność i obecność. Z oddali dobiegł szelest fal, jakby ocean szeptał im, że nie wszystko da się przewidzieć.

Powietrze zmieniło gęstość. Pola poczuła, jak w ciele pulsują wszystkie myśli, emocje i wyobrażenia. Ręka mimowolnie sięgnęła po ołówek, czerwone kartki wplatając biel i czerń w kształty historii ich świata impulsów.

— Każda linia musi mieć znaczenie. Ale muszę też pozwolić na improwizację. Bo najlepsze dzieło powstaje, kiedy nie próbujesz przewidzieć wszystkiego.

Skuller obserwował jej ruchy, wyczuwając w ciele lekki wzrost adrenaliny, przyspieszone tętno, skurcze mięśni ramion, drobne drżenia palców. Wszystko biologiczne, autentyczne.

— A jeśli się nie uda? — zapytała cicho.

— To się nie liczy — odparł spokojnie. — Bo i tak stworzyłaś coś prawdziwego. Każdy kto to zobaczy, poczuje choć część tego, co ty…

— Najważniejsze jest, że jesteśmy tu razem. I w tym miejscu nie ma presji.

Mgła stężała tak, jakby przestrzeń chciała powstrzymać czas. W powietrzu unosił się zapach soli, starych drewien i czegoś nieuchwytnego. Pewnego rodzaju napięcia gęstniejącego z każdym oddechem. Pola siedziała przy stole, palce zaciśnięte na ołówku, ciało pulsowało w rytmie emocji, mieszając się z falami adrenaliny i napięciem mięśni. Wszystko, czego doświadczali było złudzeniem, wytworzonym przez faktyczne ich stany, jakie wpływały na siebie.

Skuller stał obok, spokój jego ciała wydawał się nadmierny, jakby przygotowywał się na coś, czego umysł jeszcze nie pojmował. Disa Pears, istota z legend, która wyszła z malarskiego płótna, przysiadła na parapecie, mając notes wciąż otwarty, oczy wpatrzone w mgłę, która przybrała niemal namacalne formy, cienie, obserwujące ich z własnej woli. Chłopiec, którego uratowali, wyparował stając się częścią mgielnego pejzażu.

— Widzieliśmy to wszystko, kreowaliśmy historie… ale może prawda była gdzie indziej. Projekcja naszego umysłu — odparła, przesuwając dłonią po notesie.

Mgła zaczęła przybierać znajome kształty. Molo, fale, mieszkańców miasta, lecz każda forma była zbyt idealna, teatralna. Pola poczuła w żołądku zimny ścisk, puls przyspieszył, oddech stał się płytki. Ciało reagowało biologicznie na coś, czego umysł jeszcze nie objął.

— Pamiętacie pierwsze chwile tutaj? — wyszeptała. — Wszystko zaczęło się wydawać być przygotowane przez coś… lub kogoś.

Skuller odwrócił głowę, zrozumiał, że adrenalina, napięcie, kreatywność, każdy akt odwagi, było monitorowane, kierowane. Nie byli tylko uczestnikami, byli testowani, manipulowani.

— To znaczy, nasze decyzje, każdy ruch… nie było do końca realne. Narzucone, a my interpretowaliśmy, a to służyło zrozumieniu nas samych. Bo wszystko tutaj stało się takie, bo nasz świadomości konstrukt wytworzył do wygenerowany, jakby efekt uboczny jakiegoś procesu.

Pola zamknęła oczy, poczuła fale adrenaliny wypełniające ciało, dłonie drżały, mięśnie napięte, serce biło jakby chciało wyjść z piersi. Wszystko układało się w logiczny wzór: oni, bohaterowie, historie, emocje — część symulacji percepcji. A istota wyższa, jakakolwiek, istnitała tylko dlatego, że ich pojęcie i wiara w to, że istnieje, nadawała jej realności.

— Jesteśmy dowodem na to, jak biologia, psychika i kreatywność splatają się w obserwowanej rzeczywistości…

Mgła nagle się rozwiała. Za oknem nie było już molo, fal — tylko surowe światło laboratorium, zimne i metaliczne. Obok stały sensory przytwierdzone do ich ciał, mikrofony i notesy i ślady zakończonego eksperymentu. A każda interakcja, każdy dźwięk, obraz, był analizowany. Mgła powróciła tylko we wspomnieniach. Patrzyli na siebie i wiedzieli: ich życie, choć ujawnione, nadal było ich własną historią… just like that…

Sesja #9. Częstotliwość numer 4

Sala terapeutyczna pachniała chlorowaną czystością, a krąg krzeseł w centrum pomieszczenia tworzył mały, napięty świat. Mikrofony były ustawione wokół, rejestrując każdy szept, każdy oddech, każdy trzask przesuwanych krzeseł. W tle szum radia, ledwie wyczuwalny, wdzierał się do myśli i zakłócał rzeczywistość.

Pola zaczęła mówić jako pierwsza. Jej głos był szybki, poszarpany, zdania urywane jak niezszyta tkanina. „Ja nie wiem, kiedy to się zaczęło. To było jak… jakby ktoś włączył wszystkie radia naraz. I chciałam być wszystkim, robić wszystko, tylko że… nic nie kończyłam. A potem wszystko zrobiło się ciężkie. Jakby ktoś wyłączył światło. I ja wiem, że powinnam wstać. Wiem. Wiem. Ale to jest jakby ciało było z betonu.”

Disa Pears, siedząca po drugiej stronie kręgu, odpowiadała wolniej, z dystansem, słuchając za bardzo. „One też słyszą radia. Tylko udają, że nie. Radio to nie radio. To system. Oni nadają częstotliwości. Widziałam. Jak mrugają światła, to jest sygnał. Ty też to widzisz, prawda?” — Pola zawahała się, wiercąc niespokojnie. — „Jakie światła? Jakie systemy? Nie, ja po prostu nie śpię.”

Disa Pears uśmiechnęła się z wyższością. — „Nie śpisz, bo cię monitorują.” — Jej słowa wnikały w pozostałych, i powoli infekowały ich myśli. Poly przyspieszała oddech, patrząc na każdy ruch innych. Disa Pears siedziała nieruchomo, dłonie miała równo splecione na kolanach, a jej słowa wydawały się być precyzyjne i zimne, jakby w tabeli. — „Nie ma systemu. System wymaga dowodów. Jeśli coś mruga, to dlatego, że obwód jest niestabilny. Sprawdzałam. Cztery razy. Wszystko musi być sprawdzone cztery razy.”

Pola spojrzała na nią podejrzliwie. — „Dlaczego cztery?”

— „Bo cztery to liczba zamknięta. Parzysta. Bezpieczna. To najprostszy kod podziału.”

I zaczęła liczyć pod nosem, rytmem, który coraz bardziej mieszał się z trzaskami mikrofonów. Disa Pears wchodziła w rozmowę jak ogień. Jej głos rozlewał się po sali, przeszywał ciszę. — „Wy wszyscy za dużo myślicie. Trzeba czuć. Jak jest ogień, to trzeba go puścić. Ja raz spaliłam wszystkie notatki. I to było najpiękniejsze trzy godziny mojego życia. Potem przyszło piekło. Ale przez chwilę byłam bogiem.”

Pola patrzyła na nią z błyskiem w oczach. — „Jak to? Jak to jest być bogiem?”

— „Jakbyś mogła przeciąć skórę rzeczywistości i zobaczyć, że pod spodem wszystko pulsuje” — odpowiedziała, a Pola przestała oddychać równomiernie. — „Nie wolno przecinać. To zaburza strukturę.” — Mówiła szeptem, jakby bała się, że każde słowo może uruchomić coś niebezpiecznego. — „Ja myślę, że… że może my już nie jesteśmy w szpitalu. Może to jest test. Może sprawdzają, która z nas się złamie pierwsza.” — Pola natychmiast podchwyciła jej myśl. — „Widzisz? Mówiłam.” — I zaczynała bezwolnie przyspieszać oddech. Liczyła coraz szybciej. I uśmiechała się, widząc jak napięcie rośnie. W tle radio trzaskało coraz głośniej, jakby ktoś podkręcał częstotliwość. Sala wypełniła się dźwiękami, które zaczynały wywoływać w każdej narastało poczucie, że świat przecieka, że system obserwuje, filtruje, kontroluje. Po przerwie w nagraniu, cisza w sali stawała się ciężka, nie do zniesienia. Pola przemówiła pierwsza, wskazując na niewidzialną lukę. — „Widzicie? Była luka. Wycięli coś.” — Druga potrząsnęła głową. — „Nie, nie, nie, ja tylko się rozproszyłam, ja często tak mam, że czas mi przeskakuje, jakby ktoś przewinął taśmę, ale to chyba normalne, prawda? To normalne?”

— „Nie” — odparła. — „Przerwa trwała dokładnie trzy sekundy i czterdzieści jeden milisekund. To nie jest przypadek. Cztery. Znowu cztery.” — I spojrzała na nią znacząco. — „Cztery to poziom dostępu.” — I druga przyspieszała, jakby napędzana napięciem w kręgu. — „Cztery to liczba cykli rynku. Wzrost. Euforia. Spadek. Depresja. Znowu wzrost. Ja jestem całym cyklem.” — Jej głos nagle się załamał. — „A potem przychodzi dół i nie ma nic. Tylko ciało, które boli.” — Aż mimowolnie szeptała w nerwowości: — „Może ktoś właśnie sprawdza, czy się złamiemy. Może to eksperyment. Pięć różnych reakcji na stres informacyjny.”

Trzask radia zrobił się głośniejszy. Prowadząca nie odzywała się, nie przerywała nagrania, choć cisza wkrótce stała się nie do zniesienia. Każda postać w sali, zaczynała widzieć, że nie może zaufać nawet samej sobie. Disa Pears wpadła w panikę, widząc system testu wszędzie.

— „Jeśli to test, to ja nie chcę go oblać. Co się robi, żeby zdać? Czy trzeba być spokojnym? Czy trzeba się przyznać? Czy oni chcą, żebyśmy się przyznały?”

Pola wątpiła, patrząc na pozostałe. — „Jeśli to test… to może ktoś z nas jest kontrolą. Jedna z nas nie jest pacjentką.” — I rozległa się cisza w eterze. Każda podejrzewała każdą. Pola przestała liczyć. — „Parametry się rozjechały. Nie ma już wzoru. To… nie jest struktura.” I nieświadomie przesuwała krzesło gwałtownie. — „Może trzeba coś zrobić, żeby sprawdzić, czy to prawda.” — Disa Pears płakała. — „Nie rób nic. Jeśli to prawdziwe, ktoś ucierpi. Jeśli to nieprawdziwe, też ktoś ucierpi.” — Głuchy trzask przebił powietrze. Nagranie przerywało się. — Transkrypcja kończyła się raportem: „Po zakończeniu sesji w sali znaleziono uszkodzony mikrofon i ślady krwi. Nie ustalono jednoznacznie, czy zdarzenie miało charakter autoagresywny, czy było wynikiem interwencji personelu. Monitoring korytarza uległ awarii o godzinie 16: 04.”

Sesja #10. Projekcje Kropli Wody

Pola szukała nie odpowiedzi, lecz mapy, która pozwoliłaby jej oswoić własną świadomość. Kiedy natknęła się na Projekt Ludzki, poczuła, że wreszcie ktoś podał jej klucz do labiryntu jej jaźni. Bramki, centra, kanały, będące jak wiersz utkany z energii i liczb, obiecywały przewodnictwo i porządek w chaosie życia. Ale mapa była tylko zwierciadłem, które ktoś inny uformował. Projektant, niewidoczny, lecz wszechobecny, modulował świat niczym fortepian, naciskając klawisze przypadkowo i celowo, obserwując, jak Pola zatańczy w rytm jego symfonii. Każda decyzja, każdy gest, każdy oddech stawał się elementem testu, sceną w eksperymencie, który nie miał świadomego końca. Wszystko było kolejnym etapem eksperymentu, któego założenia wytworzyli sami, tworząc konstrukt, który będzie oparty na ich załżeniach, mającego przybliżyć ich do ostatecznego poznania cząsteczki, z której ostatecznie jest stworzona cała materia wszechświata.

Świat wokół niej zadrżał. Powietrze świszczało jak puste przewody centrów, ulice rozciągały się w labirynty bramek, a ludzie, przyjaciele i wrogowie, byli pionkami, odbiciami jej własnych lęków i czyichś wyliczeń. Pola próbowała konfrontować się z nimi. W parku spotkała starca karmiącego gołębie:

— Czy wiesz, kim naprawdę jesteś? — zapytał, a jego oczy były dziwnie czarne, jakby odbijały jej wspomnienia, których nie pamiętała.

— Nie wiem — odpowiedziała drżąc.

— Ale oni wiedzą — mruknął, wskazując palcem na oiwracającą mgłę myślokształtów, z której może wytworzyć się dowolny kształt w dowolnej formie materii, obecnie wirującej między drzewami. Na ulicy mijała mężczyznę z parasolem w słoneczny dzień.

— Twój ruch jest przewidziany — powiedział, jego głos skrzypiał jak stary fortepian.

— Przewidziany? — zapytała.

— Tak… każdy twój krok jest tylko testem — i zniknął, jakby nigdy go nie było, pozostawiając echo własnych słów w jej głowie. — Jej sny stały się równie realne, co dzień. Kobieta w czerwieni, Disa Pears, pojawiała się przy każdym lustrze, stając się z osoby, postacią niematerialną. Kimś, kim chciała być, a nie tym kim musiała:

— Twoje serce bije w rytmie cudzej symfonii — szepnęła.

— Cudzej? — Pola cofnęła się, przerażona.

— Tak… a ty tańczysz, bo my tak chcemy — i rozmyła się w cieniu, uchylona pod wypowiedzią nieznanej osobowości, nienależącej do kogokolwiek z nich. Każdy jej krok kolejny, prowadził do budynku, który w jej wizjach był centrum Projektu. Ściany pulsowały światłem i cieniem, echo jej myśli stawało się echem innych głosów, które znały każdy jej sekret, każdy lęk. Serce biło w rytmie obliczeń, których nie rozumiała, a mimo to czuła, że wszystko, co robiła, prowadziło do tej chwili.

Gdy wreszcie drzwi zatrzasnęły się za nią, a podłoga pulsowała jak żywa, Disa Pears zniknęła, pojawiając się nagle na akrylowym obrazie, jako ktoś kim nie była, ale jednocześnie to, co miała wszpólnego ze swoim pierwowzorem, to jedynie jej wygląd. Ale świat nie zniknął. Jej ciało, myśli i wspomnienia stały się punktem obserwacji dla sił, które kontrolowały Projekt Ludzki.

— No cóż… — odezwał się głos z głębi cienia. — Jej linia życia wymaga korekty.

— Zgadzam się — odpowiedział drugi, zimny jak stal. — Za bardzo ufała własnej wolnej woli. Czas wywrócić wszystko. — Rozmawiali jak architekci koszmaru:

— Zmienimy jej relacje. Niech zaufa tym, którzy nigdy nie mieli dla niej dobra.

— Jej decyzje? Wszystkie podmienimy na impulsy, które będą prowadzić do konfliktów i nieoczekiwanych błędów.

— Marzenia. Zabierzemy im kontur. Niech myśli, że tworzy, ale w efekcie będzie tylko pionkiem w naszych sieciach.

Planowali każdą scenę życia Disy Pears: nowe miejsca, nowe twarze, nowe wyzwania. Wszystko, co kochała, miało stać się iluzją; wszystko, czego się bała, manifestacją eksperymentu.

— A na końcu? — spytał cicho trzeci, najbardziej niepokojący. Siedzący w ciszy niby nieobecny, będący tam od samego początku, Seth Skuller:

— Niech stanie przed lustrem własnej bezradności — powiedział. — Niech jej jaźń zobaczy, że każdy krok, który uważała za swój, był tylko naszym ruchem. A potem… wprowadzimy nowy labirynt. I tak Projekt Ludzki pulsował dalej, czekając, kto następny stanie się pionkiem, obserwując, modulując, testując — a Pola stała się tylko pierwszą ofiarą tego nieprzewidywalnego, totalnego eksperymentu…

Pola zawsze wierzyła, że świat rządzi się regułami. Woda spływała z nieba, krany w kuchni chlupały w równym rytmie, ocean znał swoje granice: Nalewające się źródło wody, od wysokiego do niskiego dźwięku, zamienia się w pluski rzeki odkręconego kranu, coraz szybciej i głośniej, płynącego wodospadu, co ścieka coraz wolniej strużką rynny, aż do wylotu kanalizacji, co skapuje kropelkami wolnymi, w odległej grocie jaskini. — Czy to słyszane, czy oglądane zjawisko, od początku do końca, albo w przeciwną stronę, wydaje się być niezauważone w tym, w którą stronę czasu płynie. — Tak samo, sam akt kopulacji, jak i brzęczenie much, jak i falujące liście. Gdy się je obserwuje w trakcie, pozbawione początkowego i końcowego zdarzenia obserwacji, jest nieskończone i wieczne. — Sama obserwacja także jest wieczna i nieskończona. Lecz gdy zostaje urwana, albo dopiero proces się zaczyna, wówczas ta nie istnieje, bo nie podlega świadomości wykorzystania pojmowania. — Wszystko było przewidywalne, stabilne, bezpieczne. A potem, pewnego wieczoru, wszystko się rozpadło.

Siedziała przy biurku, z głową pochyloną nad mikroskopem. Woda z miejskiego zbiornika migotała pod lampą UV. Cząsteczki tańczyły w sposób, który nie powinien był się zdarzyć. Wiry, błyski, fale reagowały, jakby miały własną wolę. „To niemożliwe”, mruknęła, ale słowa nie powstrzymały tego, co się działo. Nie mogło się zdarzyć, a jednak działo się.

Pierwsze niepokojące sygnały pojawiły się w kuchni: kran nagle sączył wodę o dziwnym, żółtozielonym zapachu. Ciecz zamiast spływać, podskakiwała w powietrzu, wirując w rytmie, którego nie rozumiała. W telewizji miasto wyglądało spokojnie, ale to był tylko pozór. Na ulicach powstawały miniaturowe tornada wodne, wirujące wokół samochodów i latarni, wyrywające chodniki i znikające w pustce między budynkami. Pola czuła się jak w złym śnie, bo widziała rzeczy, których nikt inny nie dostrzegał.

Chaos narastał z każdą godziną. Pola próbowała ostrzec władze, naukowców, sąsiadów, ale nikt jej nie wierzył. Każde słowo brzmiało jak szaleństwo. Deszcz padał do góry, unosząc liście i szczątki papierów. Rzeki wybuchały nagle, zmieniając bieg. Miasto wypełniały dziwne, świszczące wiry wody, pochłaniające wszystko, co napotkały, tworząc labirynt niemożliwy do przebycia. Niczym wariatka biegała przez puste ulice, próbując opanować to, co było poza jej kontrolą. Jej ręce nakładały filtry, zamykały zawory, zamrażały krany. I wszystko na nic. Woda śmiała się z jej wysiłków. Nie była już cieczą. Była istotą. Była gniewem świata, który nigdy nie powinien był się wściec.

W nocy, kiedy cisza stała się złowroga, Pola stanęła na dachu mieszkania. Patrzyła na miasto, które zmieniało się w wodny koszmar. Ocean wylewał się w niebo, a chmury pulsowały jak żywe organizmy. Woda stała się narzędziem chaosu, a ona jedynym świadkiem tego, co nie mogło się zdarzyć, a jednak zdarzyło. Czuła, jak jej ciało drży pod naporem niepojętej siły. Serce przyspieszało, myśli wirowały jak molekuły w mikroskopie. Świat, który znała, rozsypywał się w kalejdoskop nieprzewidywalności. Ostatecznie zrozumiała jedno: to nie była katastrofa fizyczna, lecz psychiczna. Fundamenty świata, czyli coś tak oczywistego jak woda, nagle odmówiły posłuszeństwa. Nie mogła tego zatrzymać. Nie mogła wrócić do starego świata. Woda szumiała w jej uszach. Każda kropla była ostrzeżeniem, że stabilność jest iluzją. Nigdy nie mogło się to zdarzyć. A jednak stało się.

Sesja #11. Synchroniczna Maszyna

Świat zdawał się pulsować w rytmie baterii jego Sampler 2.0. Skuller patrzył na ekran: 1%. Nie było pośpiechu, a jednak wszystko krzyczało, że nadchodzi katastrofa. Piątek trzynastego nie był już zwykłym dniem, lecz żywą machiną przesądów. Na parkingu czarna kotka przecinała jego drogę tak, jakby chciała pociąć tkankę rzeczywistości na fragmenty. Widział siebie samego, jak stał oparty o mur budynku, jego cień wydłużał się i skręcał w sposób, którego logika nie potrafiła wytłumaczyć.

— Skuller… — jego głos był cichy, jakby mówił zza szkła. — Czy czujesz to?

Skuller nie odpowiedział. Palce automatycznie przesunęły sól przez lewe ramię, chociaż sól sama rozsypała się w powietrzu, wirując jak złote śniegi w korytarzu. Lustro przy wejściu pękło samoistnie. Jego płynnne odłamki układały się w groteskowe wzory, które zdawały się patrzeć na niego oczami.

W sali konferencyjnej laptop pokazał 11: 11. Czas przestał być liniowy. I widział Polę w odbiciu ekranu, jej oczy wnikały w niego, nawet gdy była daleko. Post z jego projektem nie zdobył lajków, a cisza algorytmu była gęstsza niż cokolwiek realnego.

— Wszechświat… mówi? — wyszeptał głos, który nagle stanął za jego plecami.

— Nie mówi — odpowiedział mu, a jego głos brzmiał jak echo w pustym korytarzu. — On nas zszywa. — Słuchawka, zgubiona na biurku, zaczęła drżeć. Każdy dźwięk, każde powiadomienie zamieniało się w świst powietrza, które uderzało w ciało. Skuller wysłał wiadomość do Poly, ale ekran rozmył się w czarną plamę, a słowa „Ta wiadomość została usunięta” uniosły się w powietrzu niczym dym. Spojrzał na niego, na siebie w oddali, ale nie wyczuwał bliskości z sobą samym, będącym jego sklonowanym odbiciem, a jego twarz rozciągnęła się w coś niepokojącego, jakby sama rzeczywistość przekształcała go w symbol. Ten drugi przyłożył rękę do ściany, która zaczęła pulsować pod jego palcami.

— To nie jest prawdziwy świat, lecz pewnego rodzaju sen, co staje się prawdą.

I ten drugi, przeszedł przez ulicę, która nagle skręciła w niemożliwy sposób, a każdy krok wywoływał dźwięki złamanych klawiszy i trzasków ekranów. Później pojawił się w miejscu odległym o tysiące kilometrów, choć wszyscy wiedzieli, że ten nigdy nie powinien tam być o tej godzinie. I też nie było żadnej realnej możliwości, żeby pojawił się w takim miejscu, w tak krótkim czasie. A on sam, uśmiechnął się, ale uśmiech przypominał niedokończoną maskę z jego snów. Jego twarz zastygła w grymasie, który nie należał do niego. Był jakby adaptowany w minie, której nigdy nie robił, wydając się być nienaturalna dla jego charakteru.

W pracowni o północy cisza zrobiła się tak ciężka, że powietrze zdawało się zmieniać gęstość. Ściany pulsowały w rytmie jego oddechu. Skuller malował, rzeźbił, pisał, lecz nie dzieło, ile instruktcję obsługi, w której każda kreska materializowała fragment rzeczywistości, jaki to natychmiast drżał i rozpadał się na nowe, koszmarne formy. — Trzy synchroniczne znaki, zaczęły przemieszczać się w przestrzeni jak cienie, łącząc się w wir zszywających nici, które oplatały go i jego przyjaciół. Uczestników wciąż tego samego eksperymentu.

— Musimy iść dalej — powiedział, choć jego głos brzmiał jakby zza szyby wody. Inni uczestnicy nie odpowiedzieli; ich ciała zlewały się z cieniami ścian, jakby świat próbował ich wchłonąć. Każda pomyłkowa wiadomość będąca pod znakiem zapytania, lub też tym znakiem się kończąc, zamieniała się w dźwiękowy cień, który atakował z nieoczekiwanych kierunków. Brak reakcji wywołał niepokój w powietrzu, a zagubiona bateria i stłuczone lustro przekształciły się w pułapki fizyczne, poszatkowane w kawałki sprzętu, jakie odłamki spadały, jakby sam świat testował ich refleks. I na końcu zobaczył ponownie: „Ta wiadomość została usunięta”. Ale teraz słowa wypełniały pokój jak dym, kształtowały się w groteskowe figury i krążyły wokół nich.

— Spróbuję — mruknął do siebie i włączył live stream. Pokazał dzieło niedokończone, a jego własne gesty zaczęły materializować przestrzeń cyfrową w realną, groteskową, drgającą machinę. Powiadomienia eksplodowały w rytmie częstotliwości numer 4, o godzinie 4: 44, gdzie trzy synchroniczne znaki unosiły się nad głowami jak palące znaki ostrzegawcze, a absolutna cisza stała się ostateczną ramą tej zszytej rzeczywistości.

Kobiety patrzyły na niego, ich ciała częściowo przenikały przez ściany, jakby sami stali się przesądami. Symbolem lęku, który wcześniej ignorowali. I wówczas Seth Skuller zrozumiał, że współczesne przesądy nie są już tylko o pechu czy szczęściu. To rytuały, które nadają sens chaosowi, przepływ energii i uwagi, które chronią lub prowadzą prosto do kolejnego koszmaru. Świat milknął wokół nich, ale pulsował nowym rytmem. Stając się maszyną zszywających się znaków, przesądów i cyfrowych demonów.

— Może… to nie my tworzymy rytuały… może one tworzą nas. Albo oddaliśmy to, do dyspozycji władanie tym wszystkim, istocie, której egzystencja będzie panowała nad tym wszystkim. — Skuller tylko kiwnął głową, a osobliwe cienie połączyły się z trzaskającą, żywą przestrzenią. I w tym chaosie kontynuował tworzenie, świadom, że każde przesunięcie pędzla, każdy sygnał telefonu i każdy migający znak w cyfrowym świecie może być kolejnym fragmentem koszmaru, który teraz stał się jego rzeczywistością.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73 3
drukowana A5
za 60.87
drukowana A5
Kolorowa
za 91.84