E-book
10.92
drukowana A5
41.35
drukowana A5
kolorowa
65.98
Prozą, wierszem i melodią

Bezpłatny fragment - Prozą, wierszem i melodią


Objętość:
199 str.
ISBN:
978-83-8155-538-8
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 41.35
drukowana A5
kolorowa
za 65.98

Projekt okładki: Waldemar Ciekalski i Bożena Arabasz


© Copyright by: Waldemar Ciekalski, Kielce 2012


Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części niniejszej publikacji jest zabronione bez pisemnej zgody autora. Ewentualne wykorzystywanie tekstów i melodii piosenek i pieśni do celów komercyjnych tylko za zgodą autora.


Książka dostępna również w formie papierowej u autora.

Dziękuję mojej Rodzinie za wsparcie przy pisaniu tej książki. Szczególnie dziękuję moim córkom: Bożence i Gosi, które były moimi pierwszymi recenzentkami i pomagały mi przy technice komputerowej. Dziękuję moim wnuczkom: Sylwii, Sebastianowi i Monice, które były moimi kibicami i wspierały mnie swoimi uśmiechami. Dziękuję Panu Marianowi Misztalowi i Jego żonie Teresie, za pomoc przy uporządkowaniu moich pomysłów muzycznych.

SPIS TREŚCI
Książka prawdziwa

Waldemar Ciekalski pochodzi z rodziny chłopskiej, ze wsi Jeziorki w powiecie jędrzejowskim. Ukończył Liceum Ogólnokształcące w Wodzisławiu-Brzezie, a na­stępnie Wydział Mechaniczny Politechniki Wrocławskiej. Wiele lat przepracował w Kieleckich Zakładach Wyrobów Metalowych. Mimo technicznego wykształce­nia przez całe życie interesował się literaturą, historią i muzyką. Od 2008 roku jest członkiem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Kielcach. Otrzymał kilka nagród literackich i jest autorem kilku prac, które jeszcze nie zostały wydane. Jego książka pod tytułem „Prozą, wierszem i melodią” zawiera, zgodnie z tytu­łem utwory prozatorskie, utwory wierszowane, będące swoistym komentarzem do bieżących wydarzeń, a także piosenki, których tekst i muzyka są autorstwa Pana Ciekalskiego. Utwory zawarte w dziale „Prozą” to przede wszystkim wspomnienia z wybu­chu II wojny światowej, kiedy to autor miał tylko rok i siedem miesięcy, oraz okupacji hitlerowskiej. Zdążył jednak zapamiętać lekcje tajnego nauczania, orga­nizowane przez późniejszego, wybitnego pisarza, Waldemara Babinicza. Musiało to być ważne emocjonalnie wydarzenie, gdyż autor zapamiętał nawet uroczystą recytację poematu Adama Mickiewicza, „Pan Tadeusz”. Historię wojny poznał na przykładzie własnej rodziny. I tak jego ciotka więziona była w trzech obozach koncentracyjnych na terenie Niemiec, a jej historia znalazła swoje odbicie w tekście wspomnień. Powojenne prześladowania żołnierzy Armii Krajowej autor również poznał na przykładzie swojej rodziny. Pewnie dlatego czyta się te wspomnienia z dojmującym wzruszeniem i z poczuciem obcowania z prawdą historyczną.

Następnie autor zamieszcza szereg myśli, które nazwał „Myślami przewrotnymi”, chociaż czytelnikowi wydaje się, że są one jak najbardziej słuszne. Na przykład „Najwięcej zła na świecie dokonuje się w imię czynienia dobra”, „Dobry pracownik to taki, który nie potrzebuje szefa”, „Jeśli nie podoba Ci się to, co zrobią inni, spróbuj to zrobić sam” albo „Życie jest proste, to ludzie je komplikują”.

Utwór pod tytułem „Marzena i Śpiew” jest to bardzo nastrojowe, trochę baśniowe, psychologicznie rozbudowane opowiadanie, mówiące między innymi o tym, jak sztuka pomaga nam w życiu. Opowiadanie „Edek Peerelski kontra Leszek Erpealski” to utwór satyryczny mówiący o różnych ocenach dwóch systemów politycznych. Dyskusje na temat „Kiedy było lepiej — czy w PRL czy RP” toczyły się w wielu polskich domach. Jak zwykle racje są podzielone, szczególnie w czasach politycznych przełomów i zakrętów. Zwłaszcza w naszej ojczyźnie zdarzały się one nadzwyczaj często. Nigdy nie uda się wytyczyć granicy słuszności i dobra, każdy ustrój ma swoje złe i dobre strony. Taki wniosek można wysnuć z tego opowiadania, jednak niewątpliwie niepodległość kraju jest tą wartością, która musi przeważyć nad partykularnymi interesami różnych grup społecznych. Następny utwór prozatorski to opowiadanie pt. „Romek Ułomek”. Są to perypetie młodego piłkarza o tytułowym przezwisku „Ułomek”. Opowiadanie jest żywo napisane, widać, że autor interesuje się piłką nożną i jest chyba zagorzałym ki­bicem tej gry. Perypetie Romka mają w sobie wymiar humorystyczny, sportowy i dydaktyczny. Opowiadanie jest ciekawie napisane, z prawdziwie sportową werwą i zacięciem.

W dziale utworów pisanych wierszem, szczególną uwagę zwracają utwory patriotyczne. Autor podsumowuje ostatnie dziewięćdziesiąt lat historii Polski. Na te­mat Marszałka Józefa Piłsudskiego stwierdza

Gdy Naczelnik Państwa zwieścił narodowi:

Polska zmartwychwstała i znowu istnieje,

myślał jak kraj nowy teraz się odnowi,

jak go przeprowadzić przez burze-zawieje.


Chociaż trudno było o miłość i zgodę

dało się uchronić polskie państwo młode.

Znosił naród ciężko swe trudy i znoje,

lecz kochał ojczyznę, narodowe stroje.

Nadeszła okrutna, druga wojna światowa, która:

Chociaż wojna dała nam Polskę w ruinach,

nie chciał naród myśleć o niczyich winach.

Zabrał się do pracy, chociaż był w rozterce

swej ojczyźnie oddał wszystko — w tym gorące serce.

Są to wiersze pisane „z potrzeby serca”. Autor podsumowuje swoje przemyślenia na temat walki narodu polskiego o niepodległość. Nie ucieka także od tematów bieżących i dramatycznych wydarzeń np. katastrofa samolotu w Smoleńsku i śmierć prezydenta Kaczyńskiego wraz z małżonką Marią.

Autor zauważa:

Nasza ojczyzna jest też wtedy, gdy nas trochę złości

bo ma kulejące koleje żelazne i dziurawe drogi.

Ale daje nam też powody do dumy i radości,

kiedy przekraczamy Jej bogate czy ubogie progi.

Taka jest nasza Ojczyzna roku 2010:

wolna i niepodległa, ale nie wolna od trosk,

problemów i kłopotów.

Jeden wiersz poświęca autor zamachowi na Papieża Jana Pawła II, a inny śmierci kardynała Wyszyńskiego. Nie zapomniał także autor o księdzu Jerzym Popiełuszce.

Oprócz wydarzeń o charakterze ogólnopolskim Waldemar Ciekalski porusza w swoich wierszach dramatyczne wydarzenia z regionu kieleckiego, jak na przykład zabójstwo młodej dziewczyny Mileny dokonane przez jej chłopaka „z miłości”. Autor porusza ważne społecznie problemy przemocy domowej, przestępstw, prostytucji, bezrobocia, bezdomności itp. Ważna dla niego jest także ochrona przyrody i piękno rodzinnego kraju.

Autor nie pozostaje obojętny na święta religijne i państwowe. Wiele uwagi poświęca obchodom Świąt Bożego Narodzenia, jako bardzo polskiemu świętu ob­chodzonemu rodzinnie, w którym z największą ochotą i uciechą uczestniczą także dzieci.

W ostatnim dziale zawierającym piosenki i pieśni autor pokazuje się także jako kompozytor. Zawierają one humanistyczne przesłanie wiary we własne siły, na przykład

Przecież los w twoich rękach jest,

Więc mu stwórz — szansę, by Ci dał,

właśnie to, co potrzebne jest

aby żyć — tak by szczęście mieć

Pan Waldemar Ciekalski w swoich utworach jawi się jako człowiek głęboko rodzinny, kochający swoje dzieci i wnuki, którym poświęca nawet jeden wiersz.

Głównym atutem książki „Prozą, wierszem i melodią” jest jej autentyzm i związek z życiem. Ma ona charakter gawędziarski, zawiera w sobie elementy gawędy szlacheckiej oraz chłopskich zapisów z życia. Stąd pewne w niej „materii przemieszanie”. A najważniejsze cechy tej pozycji, które są również zaletami to — patriotyzm, autentyzm, szczerość uczuć i konkretność opisywanych zdarzeń. Dla autora ważne są historie, które wydarzyły się naprawdę i w tym jego opowiadania zbliżone są do reportażu, ale nie ucieka przed przypowieścią („Edek Peerelski kontra Leszek Erpealski”), dzięki której może przedstawić typowe dla wielu ludzi poglądy i refleksje.

Z tych względów książka Waldemara Ciekalskiego to dokument swoich czasów, myślenia, odczuwania, ludzi zamieszkujących w Polsce, wreszcie niepodległej i wolnej. Książka ta nie jest przy tym pozbawiona walorów literackich. Autor posługuje się mową polską w sposób prawidłowy, z artystycznym zacięciem. Mnie najbardziej podoba się proza wspomnieniowa autora, ale i utwory z pozostałych działów nie pozbawione są artyzmu i na pewno znajdą swoich czytelników.

Zdzisław Antolski

I. PROZĄ
Wspomnienia z okresu wojny

Kiedy pierwszego września 1939 roku wybuchła II Wojna Światowa, miałem rok, siedem miesięcy i kilkanaście dni życia. Oczywiście do mojej świadomości nie docierało to, co się stało. Ale po pewnym czasie zaczęły mnie dziwić pewne sytuacje, których nie potrafiłem zrozumieć. Rodzice zasłaniali wieczorami okna w krytym słomianą strzechą domu i upominali mnie i siostrę, aby nikomu nie wspominać o tym, że mamy w komórce żarna, gdyż Niemcy mogliby się o tym dowiedzieć.

— Kto to są ci Niemcy? — zastanawiałem się — i jak oni wyglądają? Czym się od nas różnią? I dlaczego się ich boimy?

To, że matka piekła później w piecu chleb z tej zmielonej w żarnach mąki, było oczywiste. Ale kiedy brakło cukru i matka słodziła kawę jakąś sacharyną, a potem — kiedy i tej zabrakło — wywarem z buraków cukrowych, było już trudne do zrozu­mienia. Bo ta kawa — szczególnie z tym wywarem — nie smakowała.

Pewnego dnia matka powiedziała, że pojedzie ze znajomymi do Krakowa na zakupy. Ale po paru godzinach wróciła i oznajmiła, że do Krakowa nie dojechała, gdyż w miejscowości Tunel była łapanka.

— Co to jest ta „łapanka”? — zastanawiałem się znowu.

Pewnego razu jeden z sąsiadów w rozmowie z moimi rodzicami wspomniał o tym, że ktoś wyjechał za granicę.

— Co to jest ta zagranica? I jak ona wygląda? — myślałem i nic nie mogłem w swej dziecięcej głowie wymyślić.

W naszej małej wiosce w powiecie jędrzejowskim, która nazywa się Jeziorki, niemieccy okupanci pojawiali się raczej rzadko. Ale któregoś dnia przyszli, wywo­łali z domu ojca i powiedzieli: „Wodka”. Ojciec zrozumiał od razu, że chcą wódki, ale jej nie miał. Zaczął im pokazywać na migi, że wódki nie ma w domu. Kiedy jednak zobaczył ich rozwścieczone miny świadczące o tym, że albo nie wierzą, albo że ich to nie obchodzi, skąd weźmie wódkę, próbował dać do zrozumienia, że zaraz pożyczy alkohol od sąsiadów. Niemcy pokazali mu gestami rąk, żeby do nich poszedł. Ojciec odwrócił się i zaczął iść drogą, ale już po kilku krokach usłyszał: — Schnell! Schnell! A kiedy się odwrócił, zobaczył Niemców niecierpliwie gesty­kulujących rękami. Zrozumiał, że go popędzają, więc ruszył biegiem. W tym cza­sie ja, moja matka i starsza siostra Regina przebywaliśmy w izbie naszego domu. Nagle usłyszeliśmy huk wystrzału, wybuchnęliśmy płaczem w przekonaniu, że Niemcy ojca zastrzelili. Ale nie wychodziliśmy z domu, gdyż matka obawiała się, że nas też zastrzelą.

Tymczasem ojciec na odgłos strzału zatrzymał się, odwrócił i stanął na drodze twarzą do Niemców. Jeden z nich znów pokazał gestem ręki, że ma iść dalej. Oj­ciec poszedł i minąwszy dwa zabudowania skierował się do mieszkającego na gór­ce znajomego gospodarza Wincentego Turka, licząc na to, że dostanie tam wódkę. Okazało się jednak, że we wsi wszyscy już wiedzieli o wizycie Niemców i męż­czyźni pochowali się, gdzie kto mógł. Żona sąsiada powiedziała, że wódki nie mają. Bojąc się wrócić do Niemców z pustymi rękami, ojciec wyszedł na podwó­rze, a potem poszedł za stodołę i przystanął, zastanawiając się nad tym, co dalej robić. Niemcy oczywiście dokładnie wszystko obserwowali i wkrótce pojawili się za stodołą pokazując ojcu, że ma iść przed nimi. Przyprowadzili go w ten sposób pod dom, postawili pod ścianą i jeden z Niemców sięgnął po broń. W ostatnim roz­paczliwym odruchu ojciec wyciągnął rękę i zrobił parę kroków w stronę Niemca, który już wycelował w niego pistolet. Zaskoczony Niemiec także wyciągnął rękę i przyjął dłoń ojca, po czym wraz ze swoimi kolegami odeszli bez słowa i wkrótce potem wyjechali ze wsi.

Mój ojciec Roman dożył potem do 81 lat.

O tym, że należał do Batalionów Chłopskich dowiedziałem się dopiero po za­kończeniu drugiej wojny światowej.

W późniejszym okresie Niemcy jeszcze raz byli u nas w Jeziorkach i wtedy mia­łem okazję zobaczyć ich na własne oczy. Byłem zdziwiony i zaskoczony, że to są tacy sami ludzie jak my. Przyszli do nas, aby kupić kurę i chcieli za nią zapłacić. Jeden z nich wyjął z portfela pieniądze i były to niemieckie marki. Matka dała im do zrozumienia, że chce naszych polskich pieniędzy. Ale Niemiec ich nie miał. Nie pamiętam jak to się skończyło, ale byłem zdziwiony tym, że ci Niemcy w ogóle chcieli płacić. Tamci, którzy przyszli po wódkę, to po prostu zażądali, aby im dać i chcieli ojca zastrzelić dlatego, że wódki im nie dał, gdyż jej nie miał. A ci byli bardzo uprzejmi i chcieli płacić za kurę.

— Dziwni ci Niemcy — pomyślałem sobie — jak to z nimi jest? Jedni Niemcy i dru­dzy Niemcy, a tacy różni.

Z końcowego okresu wojny zapamiętałem szczególnie lekcje tajnego nauczania, które zorganizował Waldemar Babinicz ze swoją żoną i jeszcze jednym nauczycie­lem, o którym rodzice mówili, że miał na imię Adaś i w których ja także brałem udział. Pewnego dnia w ramach lekcji odbywała się patriotyczna uroczystość w chałupie Szwaczków lub Wrońskich, którzy miesz­kali trochę dalej od naszej wsi — w pobliżu Klemencic pod lasem, ale należeli do Jeziorek. Pamiętam jak wtedy starsi mówili, że wystawione były straże, to znaczy osoby, które obserwowały, czy w pobliżu nie widać gdzieś Niemców.

Z tej uroczystości najbardziej utkwiła mi w pamięci scena, gdy jakaś dziewczyn­ka — ubrana w długą, białą sukienkę z rękawami — weszła na taboret i wyciągnąw­szy obie rączki do góry, zaczęła mówić podniosłym, wyrazistym głosem:

Litwo! Ojczyzno moja! Ty jesteś jak zdrowie;

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

W mieszkaniu było dużo ludzi — niektórzy siedzieli, inni stali — i wszyscy w sku­pieniu patrzyli na tę dziewczynkę stojącą na taborecie i deklamującą wiersz Mic­kiewicza.

A ja zacząłem się zastanawiać: — Dlaczego ona mówiła: „Litwo! Ojczyzno moja!”, a nie: „Polsko! Ojczyzno moja!”

Nie wiem, dlaczego — już po powrocie do domu — nie zapytałem o to swoich rodziców.

Bardzo nie lubiłem, kiedy nasza mama Józefa była w złym humorze, a już szcze­gólnie wtedy, gdy płakała. I kiedyś właśnie zaczęła płakać i mówiła ojcu o tym, że jej siostrę Stefanię Sokołowską Niemcy aresztowali i ją bili, a potem wywieźli do obozu koncentracyjnego.

I znowu się zastanawiałem: — Co ci Niemcy chcieli od mojej cioci? Dlaczego ją aresztowali i bili? I co to jest ten obóz koncentracyjny? Coś rodzice mówili o le­śniczówce i o partyzantach. Co to są ci partyzanci? I co oni robią? Leśniczówka to wiedziałem — wujek był gajowym czy leśniczym i dlatego ten dom, gdzie mieszkał nazywał się leśniczówką. Mówili, że ten obóz nazywał się Ravensbrück, a potem, że była jeszcze w innych obozach: w Oranienburgu i Sachsenhausen.

Mało kto wierzył w to, że ciocia Stefcia wróci żywa. I okazało się, że jednak to wszystko przeżyła. I kiedyś przyjechała do nas, do Jeziorek, w odwiedziny, razem ze swoim bratem Jankiem z Dębian. Przy powitaniu, kiedy moja mama podeszła do niej — jeszcze siedzącej na furmance — wzięła ją w objęcia i zaczęła płakać. A ciocia Stefcia spojrzała na nią i zaczęła się śmiać. I wtedy nie martwiłem się tym, że nasza mamusia — tak na nią mówiliśmy — płacze, gdyż miałem już siedem lat i rozumiałem, że moja mama płacze, bo jest uradowana tym, że jej siostra, a moja ciocia Stefcia żyje i wróciła, jakby już z zaświatów.

Wcześniej mamusia upominała nas, żeby cioci Stefci nie pytać o to, jak to było w czasie tych przesłuchań na gestapo i potem w obozach koncentracyjnych, gdyż ciocia boi się nawet wspominać o tych strasznych przeżyciach. Więc słuchaliśmy tylko tego, co sama opowiadała. A ona mówiła nam tylko o tym, jak wracała z tych obozów. Że wiele kilometrów szli pieszo i jedli wszystko, co się dało. Kiedy zo­baczyli przy drodze zabitego konia, to gołymi rękami rwali z niego mięso i jedli. I jedli tak łapczywie i tyle ile się tylko dało, gdyż wydawało im się, że przytrafiło im się wyjątkowe szczęście, że spotkali tego zabitego konia. I ciocia Stefcia mó­wiła, że chociaż wyglądała wtedy jak szkielet przyobleczony ludzką skórą i ważyła około 30 kg, to najadła się tego końskiego surowego mięsa tak dużo, aż brzuch ją rozbolał i napęczniał. A potem, kiedy szli dalej, jakiś mężczyzna spojrzał na nią i zapytał: — Kto cię tak „wyładował?” Bo myślał, że ona jest w ciąży. A ona miała brzuch pełen surowego końskiego mięsa.

Potem widzieliśmy się jeszcze kilkakrotnie z ciocią Stefcią, ale temat obozów koncentracyjnych był pomijany. A ciocia z biegiem czasu uporała się z koszma­rami, które ją nawiedzały zaraz po powrocie i nawet miała spotkania w szkołach z młodzieżą, na których opowiadała o swoich strasznych przeżyciach. Dożyła do 79 lat. I nam też później opowiadała o tym, jak razem z innymi więźniarkami, cier­piała z powodu zimna i głodu. I o tym, jak z jedną, z którą były razem aresztowane w Hucisku, szczególnie się zaprzyjaźniła — nazywała się Leokadia Niecikowska — i potem zawsze trzymały się razem w obozach koncentracyjnych, a w nocy przy­tulały się do siebie plecami, aby im było cieplej. Ostatni raz odwiedziliśmy ciocię w Biskupcu Reszelskim z naszą starszą córką Gosią i jej rodziną. Były także jej córki Jadwiga i Anna. Ciocia opowiadała wówczas o swoich przeżyciach obozo­wych, o tym jak dawano im do jedzenia „zupę”, którą była woda ugotowana z ja­kimiś zielskami.

Pracowałem wtedy w Zjednoczonych już Niemczech i wspominałem jej o tym, że w drodze z Drezna do Hamburga niedaleko autostrady widuję tablicę z miejsco­wością o nazwie Oranienburg. Nie myślałem wtedy, że po przejściu na emeryturę będę pisał. I może dlatego nie zadawałem cioci Stefci więcej pytań na temat jej przeżyć. W ostatnim roku przed emeryturą prowadziłem w Dreźnie biuro przedsta­wicielskie polskiej firmy. Po jednej z kontroli Urzędu Finansowego pojechałem do kontrolerów z wyjaśnieniami. Kiedy już miałem wychodzić, kontroler powiedział do mnie: — Od następnego miesiąca sprawy polskich firm już nie my będziemy prowadzili, lecz „Finanzamt” Oranienburg.

— Wiem, gdzie to jest — odpowiedziałem — na trasie z Drezna do Hamburga, moja ciotka była tam w obozie koncentracyjnym. Ale przeżyła i po wojnie wróciła do Polski.

Kontroler i jego kolega nie podjęli tego tematu, więc powiedziałem „Do widze­nia” i wyszedłem.

Chcąc poznać bardziej losy cioci Stefci, która zmarła przed kilku laty, zwróciłem się do jej brata, Leona Bartochy — jedynego żyjącego z siedmiorga rodzeństwa, a także do jej córek — młodszej Anny i starszej Jadwigi.

Wujek Leon napisał mi między innymi o tym, jak doszło do aresztowania cioci Stefci (wg. życiorysu Stefanii Sokołowskiej było to w kwietniu 1944 r., a wg. pi­sma Biura Poszukiwań Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża w Ge­newie więźniarka o numerze 39762, przybyła z Radomia, dnia 23 maja 1944 roku została doprowadzona do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück).

Otóż obydwoje z mężem, Gustawem Sokołowskim, byli członkami wojskowej organizacji konspiracyjnej AK. Gustaw pracował w lasach państwowych na sta­nowisku gajowego. Przez lasy, w których pracował, przebiegała linia kolejowa z Częstochowy do Kielc. W kwietniu 1944 r. dowództwo organizacji zaplanowało akcję zatrzymania pociągu jadącego na front wschodni ze sprzętem wojskowym, bronią, amunicją i żywnością, z Częstochowy w kierunku Kielc. Nocą przygoto­wano furmanki, zatrzymano w lesie pociąg, załogę rozbrojono, a wszystko, co było przydatne dla oddziałów partyzanckich wywieziono do lasu. W akcji tej brał udział Gustaw Sokołowski, został ranny, ale udało mu się wycofać.

Niemcy zaraz po tych wydarzeniach zatrzymali wiele osób, między innymi cio­cię Stefanię i umieścili w gminnym areszcie w Hucisku koło Łopuszna. Potem przewieźli ich do więzienia w Kielcach. Partyzanci rozważali odbicie więźniów, ale doszli do wniosku, że w czasie takiej akcji aresztowani mogliby zginąć.

W więzieniu w Kielcach hitlerowcy przez miesiąc bili i katowali więźniów, chcąc wymusić od nich informacje na temat partyzantów. Kiedy przychodzili do cioci Stefci, to wołali: „Banditenfrau — komm, komm” (żona bandyty, chodź, chodź). Katowana przez nich miała na plecach i pośladku „kratkę” od uderzeń bykowcami. Była wtedy młodą, ładną kobietą — miała 24 lata.

Pewnego razu jeden z hitlerowców powiedział do niej: — Jakaś ty głupia, za ścia­ną twój mąż siedzi i wszystko powiedział, a ty nic nie chcesz mówić.

Na to ciocia Stefcia rzekła: — No to jak go macie i wszystko wam powiedział, to go zabijcie, a mnie nie katujcie.

Po miesiącu bicia i badania zapadł wyrok: obóz koncentracyjny.

Najpierw ciocia Stefcia znalazła się w obozie w Ravensbrück — był to obóz ko­biecy. Potem była w obozie w Oranienburgu, następnie w Sachsenhausen.

Jej mama, a moja babcia Anna twierdziła, że ona cudem to wszystko przeżyła.

Więźniowie cierpieli zawsze, ale najbardziej dokuczliwe były codzienne apele, szczególnie zimą na mrozie w samych więziennych pasiakach z numerami na ręka­wach. Niektóre więźniarki podkładały pod te pasiaki papiery, żeby chociaż trochę się ogrzać, ale wtedy kapo wyrywali im te papiery, bili i kopali.

W tym czasie córka cioci Stefci, Jadzia, miała około pięciu lat i przebywała u dziadków w Dębianach, bo jak AK–owcy planowali akcję, to rodzice ją tam za­wieźli. Po aresztowaniu jej mamy nic jej o tym nie powiedziano. A kiedy mówiła, że chce jechać do mamy, to starano się ją uspakajać.

Pocztówka z obozu przyszła dopiero po 8–miu miesiącach — do tego czasu nikt nie wiedział, gdzie ciocia Stefcia jest i czy żyje. Jej mama wypłakiwała się i to było wszystko, co mogła zrobić. A kiedy przyszła pocztówka i Jadzia dowiedziała się, co się dzieje z jej mamą to nalegała, żeby jej dać tę pocztówkę, bo tam jest adres i ona pojedzie do mamy. To były bardzo ciężkie i trudne czasy, gdyż przez cały okres, dokąd ciocia Stefcia nie wróciła, jej córeczka Jadzia chciała do niej iść, chociaż dziadkowie starali się, aby jej było dobrze. Ale ona chciała do swojej kochanej mamy.

Więźniowie pracowali przeważnie w przemyśle zbrojeniowym. Wychudzeni, głodni, a jeśli któryś był już bardzo słaby i niezdolny do pracy, to znikał w krema­torium. Paczkę żywnościową o wadze 1 kg można było wysyłać tylko raz w mie­siącu. Kiedy przyszła paczka, to więźniowie się dzielili jej zawartością, a przed każdymi świętami odkładali sobie po kawałeczku ciemnego chleba, żeby zjeść wtedy trochę więcej. Hitlerowcy te paczki otwierali i sprawdzali, co się w nich znajduje.

Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów, ciocia Stefcia wróciła do kraju w czerwcu 1945 roku.

Jej mąż, mój wujek Gutek — jak o nim mówiliśmy — po wojnie wzywany był na przesłuchania do Urzędu Bezpieczeństwa, gdzie głównym zarzutem, jaki mu sta­wiano, była jego przynależność do Armii Krajowej.

Warto jeszcze nadmienić, że w obozie Ravensbrück przebywała hrabina Karoli­na Lanckorońska, która po udanej ucieczce ze Lwowa przed aresztowaniem przez NKWD, gdzie należała do Związku Walki Zbrojnej, znalazła się w Krakowie, tam została aresztowana przez gestapo jako członkini Armii Krajowej, i w więzieniu oczekiwała na wyrok śmierci. Życie uratowało jej osobiste wstawiennictwo wło­skiej rodziny królewskiej, a w obozie koncentracyjnym była specjalnie traktowana z tego względu, że jej matką była pochodząca z pruskiego rodu Małgorzata von Lichnowski, trzecia z kolei żona wysokiego dygnitarza austriackiego i jednego z najbogatszych ludzi w Galicji, Karola Lanckorońskiego. W obozie Ravensbrück Karolina Lanckorońska, znając dobrze język niemiecki, starała się w miarę możli­wości pomagać więźniarkom.

A ja nic o tym nie wiedziałem, kiedy przez cztery lata uczęszczałem do odda­lonego o 6 km od Jeziorek Liceum Ogólnokształcącego w Wodzisławiu–Brzezie, które mieściło się w budynkach należących kiedyś do rodu Lanckorońskich, a póź­niej znacjonalizowanych.

Wujek Leon napisał mi także o swoich przeżyciach z okresu okupacji niemiec­kiej, kiedy to w czerwcu 1941 r. został powołany przez władze niemieckie do tzw. służby budowlanej („Baudienst”). Wykonywali nasypy pod drogi na przedmie­ściach Jędrzejowa przy pomocy łopat i taczek. Kiedy ziemia zaczęła zamarzać, wywieziono robotników do kamieniołomów i do wapiennika w Bukowej, a warun­ki tam panujące nie były lepsze od tych, jakie mieli więźniowie obozów koncen­tracyjnych. Robotnicy byli traktowani jak niewolnicy. Pracowali w drewnianych butach — na zmianę przy kamieniu i wapnie, bo gdyby pracowali cały czas w wa­pienniku, to by oślepli. Do wypalania wapna węgiel wozili taczkami po pochylni i wrzucali do otworów w sklepieniu.

Pewnego razu przyjechał tam ojciec wujka Leona a mój dziadek Wincenty Bartocha i gdy zobaczył to, co tam się działo, to powiedział, że to jest otchłań piekielna. Dłonie robotników były popękane do krwi. Pracę zaczynano na dźwięk dzwonka i należało iść szybko, gdyż komendant stał z bykowcem przy drzwiach i bił po głowach i plecach. Jeżeli zobaczył, że ktoś pali papierosa, to łapał za kołnierz, przyprowadzał do tablicy z napisem „Rauchen verboten” czyli palenie zabronione i tłukł twarzą o tę tablicę. A jeśli komendant zauważył, że gdzieś stanęło dwóch ludzi i rozmawiało, to ich wzywał i bił, gdzie popadło krzycząc: „Los! Arbeiten!” (jazda! pracować!).

Nie mogąc wytrzymać, pewnej nocy w lutym 1942 r., wujek uciekł z tej „pie­kielnej otchłani”, wiedząc o tym, że konsekwencją może być obóz koncentracyjny. Dlatego przez długi czas ukrywał się. Ale gdy dowiedział się o aresztowaniu swo­jej siostry Stefanii, przyszedł do mamy i powiedział, że pójdzie do Niemców pro­sić, aby ją zwolnili, gdyż ma małe dziecko, a on zostanie za nią. Na to jego mama rzekła: — Jezus Maria! Jak ty uciekłeś z kamieniołomów, to ciebie aresztują i jej nie zwolnią. Zdając sobie sprawę z tego, że tak by było — nie poszedł do Niemców i wstąpił do Batalionów Chłopskich.

Po wojnie wujek Gustaw Sokołowski otrzymał pracę w leśnictwie i wraz z żoną Stefanią i starszą córką Jadwigą i młodszą Anną, która urodziła się po wojnie za­mieszkali najpierw w leśniczówce Zawada, a następnie w Biskupcu Reszelskim. Tam też spotkaliśmy się w sierpniu 2011 roku, gdzie pojechałem ze swoją córką Gosią oraz wnuczkami Sebastianem i Moniką i moje siostry cioteczne opowie­działy mi znane im szczegóły z trudnych i ciężkich chwil życia ich mamy a mojej cioci Stefci.

Relacja Jadwigi, najstarszej córki Stefanii Sokołowskiej:

— Wśród Niemców przesłuchujących więźniów i więźniarki w Kielcach był pewien Austriak, który współpracował z AK i przekazywał informacje na temat transportów niemieckich na wschód oraz o sytuacji aresztowanych — w tym także o Stefanii Sokołowskiej. W późniejszym okresie Niemcy go rozszyfrowali i roz­strzelali jego i całą jego rodzinę w Austrii — bliższą i dalszą aż do ostatniego po­kolenia.

Gustaw Sokołowski miał w AK pseudonim „Mały”, a Stefania Sokołowska „Sowa”.

Czasami partyzanci przychodzili do mieszkania Sokołowskich w Hucisku i m.in. czyścili broń. Kiedyś Jadzia zapytała swoją mamę, co to jest, a ta jej odpowiedzia­ła, że to zabawki.

— I te zabawki strzelają? — zapytała pięcioletnia Jadzia.

W czasie w/w akcji zatrzymania pociągu z transportem na wschód, Gustaw So­kołowski został postrzelony, ale udało mu się uciec do lasu, gdzie nieprzytomnego znalazł pewien chłop i zawiózł go do partyzantów. Potem Gustaw dochodził do zdrowia w położonej niedaleko Huciska wsi Gnieździska w rodzinie Szymkiewi­czów. Szymkiewiczowa była członkiem AK. Opatrywała Gustawowi rany i opie­kowała się nim pomagając dojść do zdrowia.

Stefania Sokołowska zachorowała w obozie koncentracyjnym na tyfus, ale nie przyznała się, gdyż wiedziała o tym, że „leczenie” oznaczało krematorium. Miała bardzo wysoką gorączkę, bóle głowy i majaczyła, ale z pomocą współwięźniarek chodziła w takim stanie do pracy przy wyrobie masek przeciwgazowych w pod­ziemnych halach. Były momenty, kiedy znajdowała się w stanie całkowitej rezy­gnacji i pewnego razu już podniosła rękę, aby zgłosić się do lekarza, ale natych­miast ją opuściła. Potem nastąpiło przesilenie i przetrwała tyfus.

W czasie pobytu Stefanii Sokołowskiej w obozach koncentracyjnych w Niem­czech, do jej rodziny przyszła tylko jedna pocztówka — po ośmiu miesiącach. Po­tem rodzina nie miała już żadnych wiadomości, co się z nią działo.

Po wyzwoleniu obozu koncentracyjnego Amerykanie przywieźli na ciężarów­kach żywność i niektóre więźniarki tak się najadły miodu, że zachorowały.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 10.92
drukowana A5
za 41.35
drukowana A5
kolorowa
za 65.98