E-book
16.38
drukowana A5
47.13
Prawo pięści

Bezpłatny fragment - Prawo pięści


5
Objętość:
225 str.
ISBN:
978-83-8155-847-1
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 47.13

Część 1

Rozdział 1

Oskar Fels wszedł do ogromnego, wypełnionego gwarem rozmów pomieszczenia w redakcji „Weltpresse”. Rzucił kapelusz na biurko, zawiesił palto na oparciu krzesła i zatarł ręce, aby je rozgrzać. Nieprzyjemny pomruk zza sąsiedniego biurka przerwał jego hałaśliwe zachowanie.

— Ach, już pan jest, kolego! I do tego niewyspany? — rzucił mimochodem Fels.

Pomruk zamienił się w prychnięcie. Julius Grubenheld, szef działu regionalnego i bezpośredni przełożony Oskara, nie odpowiedział. Tłumił w sobie wybuchy złości, ponieważ zwykle nie miał odwagi wdawać się z Felsem w potyczki słowne. Tak było również tym razem. Jak większość neurasteników Grubenheld był z rana nieznośny, wściekły, w kiepskim humorze i wyczulony na każdy, nawet najmniejszy szmer. Najchętniej zaszyłby się gdzieś w piwnicy i przebywał tam do momentu, gdy wyrwie go z odrętwienia „głos Pana” i tchnie w niego nowe życie. „Panem” był właściciel wydawnictwa „Weltpresse”, którego Grubenheld uwielbiał i zarazem nienawidził, cenił i gardził nim w taki sam sposób, jak niewolnicy kochają i nienawidzą, gardzą i ubóstwiają swoich panów. Uważał szefa za łajdaka, jego polecenia za idiotyczne, częste zarzuty zaś za czystą złośliwość. Ale kiedy wzywany był przed oblicze wydawcy, jego nienawiść zmieniała się w pokorę, zaś poranny, jeszcze ochrypły głos stawał się łagodny i stonowany, pełen uwielbienia. Fels, który nie dbał o dobre stosunki ze „starym”, patrzył z politowaniem na swego przełożonego i robił wszystko, aby Grubenheld odczuwał jego intelektualną wyższość. Wyraźne różnice można już było dostrzec w wyglądzie zewnętrznym obu dziennikarzy. Fels — wysoki, silny brunet, pełen temperamentu, o czarnych oczach, z których promieniowała radość życia i silna wola. Z kolei Grubenheld — zgarbiony, delikatny, niezdarny, o nieco zamglonych, niebieskich oczach, pomarszczonej twarzy, na której swoje piętno pozostawiły złudne nadzieje, nocna harówka, chorobliwa, ale i próżna ambicja.

Fels z hukiem usiadł na krześle, przekartkował pospiesznie notatki i powiedział:

— Co za gówno! Znowu nic się nie dzieje!

Naburmuszony Grubenheld odpowiedział łamiącym się, bełkotliwym głosem:

— Nic się nie dzieje? Moim zdaniem wystarczy na dwie kolumny w wieczornym wydaniu o otwarciu nowych wystaw.

— Wystarczy na pewno, ale to nic ciekawego. Przecież to największy gniot. Jedna kolumna na temat: „Wśród widzów spotkać można było”, a druga — z błyskotliwymi wypowiedziami szacownego sekretarza stanu, w rodzaju „bardzo piękna”, „bardzo nastrojowa”, „czy malował to pan z natury?”, „pięknie wyszło” i tak dalej.

— Drogi kolego, nie mam teraz czasu ani ochoty, aby dyskutować o znaczeniu tego rodzaju wydarzeń dla naszego wydawnictwa, lecz muszę pana prosić o…

Na szczęście dyskusja została przerwana. Rozległy się dwa dzwonki telefonu Grubenhelda, które oznaczały, że przebywający w swoim mieszkaniu wydawca chce porozmawiać z szefem działu regionalnego. W okamgnieniu Grubenheld opanował się i z największą uwagą, trzymając jedną ręką słuchawkę przed sobą, jakby chciał odgrodzić się od wszelkich hałasów, krzyknął do mikrofonu:

— Dzień dobry! Dobrze się spało? Tak? Cieszę się. Dobry sen jest przy pańskiej ogromnej pracowitości najważniejszy. Chciałbym panu pogratulować artykułu wstępnego! Cały Wiedeń mówi tylko o nim. Słucham? Mówił już panu o tym pan Untermacher? No tak, nie wiedziałem, że rozmawiał już pan z nim wcześniej.

Głos Grubenhelda przybrał urażony ton.

— Nie, nie ma nic szczególnego. Jakiś większy pożar w dziewiątym okręgu, wypadek kolejowy pod Pragą, ale to zwykły pociąg osobowy, a więc nic ciekawego dla naszych czytelników. Aha, i jeszcze obszerna relacja z otwarcia wystawy w Domu Sztuki. Tak, oczywiście, bez wątpienia, to należy się naszym czytelnikom. Zresztą powiedziałem już koledze Felsowi, że ta relacja ma dla nas ogromne znaczenie. Oczywiście, musimy napisać o tym dużo więcej niż „Tagespost”.

Fels przysłuchiwał się rozmowie z szyderczym uśmiechem, po czym wygarnął:

— Drogi kolego, skąd pan wie, że cały Wiedeń mówi o naszym artykule wstępnym? Dopiero wstał pan z łóżka! I dlaczego cały czas kłania się pan nisko? Przecież stary tego nie widzi. Proszę się wyprostować, bo nabawi się pan skrzywienia kręgosłupa.

Również i ta dyskusja została zakończona. Do pomieszczenia wpadł chłopak na posyłki.

— Panie redaktorze — rzekł, zwracając się do Grubenhelda. — Właśnie dzwonili z kawiarni „Türkenschanzpark”. W domu w dzielnicy Cottage, przy Kastanienstrasse 42 popełniono okropną zbrodnię. Właścicielka domu oraz jej siostra zostały zamordowane! Grubenhelda ogarnęło wielkie podniecenie. Zaczął szybko przebierać rękami i nogami. Fels z kolei zachował całkowity spokój, jak gdyby sprawa go nie interesowała, i zaczął pisać artykuł o otwarciu wystawy w Domu Sztuki. Grubenheld zbeształ reportera:

— Nie słyszał pan? Cottage, to musi być dokładnie zbadane i opisane!

Dziennikarz odrzekł:

— Tak jest, nie jestem przecież głuchy. Pojadę tam i przyjrzę się tej sprawie.

Pozostawiwszy podekscytowanego kolegę, chwycił palto, kapelusz i spokojnie opuścił budynek wydawnictwa. Zatrzymał taksówkę i kazał zawieźć się na Kastanienstrasse.

Rozdział 2

Dom pod numerem 42, położony przy najstarszej ulicy wytwornej wiedeńskiej dzielnicy willowej Cottage, w cichej, prawie zapomnianej alei pełnej kasztanowców, był otoczony przepięknym starym ogrodem kwiatowym. Także teraz, w lutym, mimo że drzewa straciły swoje okrycia, trudno było dostrzec fasadę willi, przypominającej wspaniały pałac. Poniżej szczytu budynku, od frontu widoczny był, świecący złotym blaskiem, napis „Villa Mabel”. Dwupiętrowy budynek z najlepszego okresu wiedeńskiego baroku, z wjazdem od strony głównego wejścia, sprawiał wrażenie luksusowego. Stał samotnie, z sześcioma oknami zwróconymi w stronę alei. Na wysokim parterze znajdowały się salon i hall, na pierwszym piętrze zaś — pokoje dzienne oraz sypialnie, nad nimi z kolei pokoje gościnne i pomieszczenia służby.

Kiedy Fels nadjechał taksówką, tłumy ludzi zgromadziły się już przed okratowaną bramą ogrodu. Strażnik nikogo nie wpuszczał. Gdy Fels okazał swoją legitymację, policjant otworzył bramę, zasalutował ufnie i powiedział:

— Na dole, pierwszy pokój po prawej.

Fels poczuł, jak zebrany tłum gapiów śledził go zazdrosnymi spojrzeniami. Na jego może odrobinę zbyt pełnej twarzy z widocznym podstrzyżonym angielskim wąsem zagościł osobliwy, ironiczny, nieco pogardliwy uśmiech. Chwilę później pojawił się samochód, w którym dostrzec można było głównego komendanta wiedeńskiej policji, doktora Lerchenfelda i jego prywatnego sekretarza. Komendant dogonił dziennikarza tuż przed głównym wejściem, poklepał po ramieniu i rzekł:

— No, w końcu prasa ma swoją kolejną sensację! Podwójne morderstwo przy jednej z prestiżowych wiedeńskich ulic to łakomy kąsek dla „Weltpresse”. Na Boga, twój szef także mieszka w dzielnicy Cottage! Potraktuje to morderstwo jako osobiste zagrożenie i w swoim artykule wstępnym będzie udzielał policji dobrych rad. To może być całkiem ciekawe.

— Nic mi na ten temat nie wiadomo — odpowiedział chłodno Fels. — Wiem jedynie, że popełniono tam morderstwo.

Z pięknego obszernego korytarza weszli do pokoju położonego po prawej stronie. Pomieszczenie, w którym zgromadzili się policjanci, było z pewnością męskim salonem. Dolna część ścian wyłożona była ciemnym drewnem, górna zaś — pokryta zielonym, skórzanym obiciem. Ogromne, dyplomatyczne biurko, palarnia, stół do gry, wbudowane regały na książki, a pomiędzy nimi, na ścianach stare, drogocenne angielskie sztychy. Za biurkiem siedział policjant, który wyraźnym charakterem pisma zapisał już pokaźną liczbę arkuszy papieru. Wokół stołu do gry zebrali się ubrani po cywilnemu detektywi. Dwie płaczące dziewczyny opuszczały właśnie pokój.

Jednym z mężczyzn był szef wydziału bezpieczeństwa policji wiedeńskiej, dyrektor Anton Lechner, drugim zaś jego zastępca, nadkomisarz Hermann, starszy, niski mężczyzna, pełniący funkcję rzecznika policji, którego zadaniem było przygotowywanie oświadczeń dla prasy. Za detektywami przystanął, opierając się o ścianę, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, wysoki, szczupły, gładko ogolony mężczyzna z haczykowatym nosem i binoklami, zza których widać było mądre, szare oczy. Był to komisarz policji kryminalnej, doktor Heinrich Bär, jeden z najskuteczniejszych śledczych niemiecko-austriackiej republiki, któremu zawsze powierzano rozwiązywanie najtrudniejszych spraw. Nie tak dawno został bohaterem trudnego, międzynarodowego śledztwa dzięki wykryciu szajki fałszerzy banknotów działającej w sześciu miastach. Temu trzydziestoletniemu mężczyźnie przepowiadano wielką karierę w policji. Kiedy komendant wszedł do pomieszczenia razem z dziennikarzem, komisarz Bär uśmiechnął się i skinął głową temu ostatniemu. Obu łączyły przyjacielskie relacje. Często spotykali się w tej samej kawiarni i wspólnie pracowali nad rozwiązaniem interesujących zagadek kryminalnych.

Dyrektor Rechner wziął protokół do ręki, ukłonił się raz jeszcze komendantowi i zaczął czytać, podczas gdy Fels notował:

— Panie komendancie, pozwoli pan, że przedstawię wszystko, co do tej pory zostało ustalone: dom, w którym się znajdujemy, należy do małżeństwa Augusta i Mabel Langerów. Pan Langer ma trzydzieści sześć lat, urodził się i wychował w Wiedniu, jednak przed ukończeniem gimnazjum wyjechał z kraju i zamieszkał u wuja, który posiadał fabrykę urządzeń precyzyjnych w Londynie. W Anglii August Langer poznał córkę innego fabrykanta z tej samej branży i przed piętnastoma laty poślubił pannę Mabel Mac Lean. Dzięki temu małżeństwu wszedł w posiadanie ogromnego majątku. Po kilku latach odziedziczył firmę teścia i przeprowadził się do Wiednia, gdzie wybudował nowe zakłady. Pozostawione w Anglii przedsiębiorstwa wydzierżawił krewnym swojej żony. W czasie wojny August Langer powiększył swój majątek dziesięciokrotnie, ponieważ nie tylko zarabiał miliony w kraju, lecz także uzyskał ogromne przychody w wysokości połowy zysku z udziałów w angielskich przedsiębiorstwach. Gdy Langer przed jedenastu laty przeniósł się do Wiednia, kupił willę, którą wraz z żoną urządził w prawdziwie książęcym stylu. Przez te wszystkie lata towarzyszyła im panna Kathleen Mac Lean, młodsza o dwa lata siostra pani Langer. Miała ona widoczną wadę kręgosłupa i z tego powodu nie mogła znaleźć męża. Małżeństwo Langerów było bezdzietne. Poza nimi w domu mieszkali jeszcze pokojówka, kucharka, kamerdyner i ogrodnik. Kamerdyner wyjechał wczoraj z panem Langerem do Pragi, ogrodnik, z pochodzenia Holender, jest od miesiąca na urlopie w swojej ojczyźnie, ponieważ teraz, w lutym, nie ma tu nic do roboty. Szofer Langerów nie mieszkał z nimi. Obecnie przebywa w Essen, gdzie odbiera nowe auto pana Langera. Prywatny sekretarz Augusta Langera, mecenas Holzinger, pracuje tu od jedenastej przed południem do drugiej po południu.

W ten sposób dochodzimy do okropnego wydarzenia, które nas tu dziś sprowadziło. Jak już wspominałem, August Langer wyjechał wczoraj rano w celach służbowych do Pragi i zabrał ze sobą kamerdynera. Ponieważ ogrodnik przebywa w Holandii, a szofer w Essen, w domu pozostały tylko cztery osoby: pani Langer, jej siostra i dwie służące. Wczorajszy dzień minął spokojnie. Obie panie pojechały po południu wynajętym samochodem do centrum miasta i zrobiły zakupy. Wróciły około ósmej wieczorem, zjadły kolację i poszły spać około jedenastej. Sypialne obu pań znajdują się na pierwszym piętrze od strony wschodniej. Oddzielają je dwa małe pokoje oraz garderoby. Pokojówka oraz kucharka mają wspólny pokój, mieści się on na drugim piętrze i wychodzi na zachód. Znajduje się zatem po przeciwnej stronie domu i można powiedzieć, że jest znacznie oddalony od pomieszczeń sypialnych obu pań. W sypialniach pań domu znajduje się elektryczny dzwonek połączony z pokojem służących. Dziewczęta, które poszły spać zaraz po paniach, nie słyszały nic niepokojącego. Żadnych kroków, hałasów czy krzyków. Pani Langer i jej siostra należą do osób, które wstają bardzo wcześnie i prawie zawsze proszą o śniadanie, dzwoniąc około ósmej rano. Lecz kiedy dzisiaj mijał kwadrans za kwadransem, a dzwonka nie było słychać, pokojówka Anna Prohaska za piętnaście dziewiąta udała się do sypialni pani Langer, otworzyła drzwi i zajrzała do środka. To, co zobaczyła, spowodowało, że wydała z siebie przeraźliwy krzyk, na odgłos którego kucharka Marie Bittner wybiegła z położonej obok sutereny kuchni. Pani Langer, z siną twarzą i szeroko otwartymi ustami, leżała w łóżku, a jej ręce o sztywnych palcach leżały szeroko rozpostarte. Pokojówka pochyliła się nad swoją panią i natychmiast stwierdziła, że jest ona martwa. Wspólnie z kucharką przebiegła przez obie garderoby do sypialni panny Mac Lean i ujrzała ten sam widok, z tą różnicą, że nogi panny Mac Lean zwisały z łoża.

Obie służące wybiegły z krzykiem na ulicę, wołając o pomoc. W ten sposób zaalarmowały przechodniów oraz sąsiadów. Na miejscu natychmiast pojawił się policjant, a już wpół do dziesiątej byłem na miejscu, wraz z moim zastępcą, protokolantem, komisarzem kryminalnym doktorem Bärem oraz pozostałymi detektywami. Kilka minut po nas przybył lekarz sądowy, doktor Bondi, który obecnie zajmuje się badaniem ciał obu ofiar. Według nas obie kobiety zostały przed kilkoma godzinami napadnięte podczas snu i uduszone. Nawet bez dokładnego zbadania ciał, zauważyliśmy ślady duszenia na szyjach obu kobiet. W sypialni pani Langer dolne szuflady toaletki były wysunięte. W górnej szufladzie znajdowała się kasetka z kości słoniowej, w której, według relacji pokojówki, pani Langer przechowywała drogocenną biżuterię. Ta kasetka o długości czterdziestu, szerokości trzydziestu i wysokości dwudziestu pięciu centymetrów była otwarta. Jej zawartość prawdopodobnie skradziono.

— A więc bez wątpienia jest to morderstwo na tle rabunkowym — zauważył komendant.

— Według wszelkiego prawdopodobieństwa, tak — odrzekł szef wydziału bezpieczeństwa, podczas gdy doktor Bär powstrzymał się od wszelkich komentarzy, mimo że komendant rzucił w jego kierunku pytające spojrzenie. Fels z kolei ze spokojem wszystko notował.

Dyrektor Lechner kontynuował:

— Powstrzymałem się od dokładnych oględzin ciał, zanim doktor Bondi ich nie zbada. Mimo tego mogę stwierdzić, że panna Mac Lean miała na ręku złoty zegarek, który podczas szamotaniny z mordercą został stłuczony. Zegarek ze zbitym szkiełkiem zatrzymał się na godzinie drugiej dwadzieścia. Można więc przyjąć, że jest to czas popełnienia przestępstwa. Pokojówka potwierdziła, że pani Langer nigdy nie zdejmowała zegarka na noc.

Wytypowanie sprawców zbrodni nie wchodzi na razie w rachubę. Zarówno kucharka, jak i pokojówka pracują w domu od prawie dziesięciu lat. Obie są kobietami o delikatnej, kruchej posturze i wydają się być ogromnie wstrząśnięte tym okropnym wydarzeniem. Oczywiście przydzieliliśmy im dyskretną ochronę, a gruntowne sprawdzenie ich działań nie przyniosło żadnego rezultatu. Najważniejszą wypowiedzią, jaką udało nam się uzyskać, jest następująca relacja obu służących: jedna z pokojówek udała się o siódmej rano do wejścia od strony ogrodu, aby odebrać dostarczoną do skrzynki na listy gazetę. Drzwi wejściowe do domu oraz furtka były dokładnie zamknięte, a dodatkowe zabezpieczenie znajdowało się w należytym porządku. Gdy furtka jest zamknięta, można ją otworzyć odciągając pokrywę wewnętrznego zamka do góry. Jest to jeden z wielu mechanizmów zabezpieczających, jakie stosowane są w wielu domach w tej dzielnicy. Morderca lub mordercy musieli więc, zarówno furtkę, jak i bramę otworzyć kluczem oraz znać zasadę działania mechanizmu zabezpieczającego. Ślusarze nie stwierdzili żadnych uszkodzeń. Podobnie, bez znajomości układu pomieszczeń w willi oraz wiedzy na temat wyjazdu pana Langera, popełnienie zbrodni nie byłoby możliwe. Ten fakt powinien ułatwić nam dalszą pracę, ponieważ dzięki temu krąg podejrzanych osób będzie ograniczony.

Rozdział 3

Gdy szef wydziału bezpieczeństwa zakończył swoją relację, otworzyły się drzwi i do pomieszczenia weszło dwóch policjantów. Pierwszy z nich poinformował, że doktor Bondi zakończył badanie ciał i czeka na górze. Drugi wyjaśnił, że właśnie skończył rozmowę telefoniczną z dyrekcją policji w Pradze. Jeden z wyższych urzędników policji praskiej przekazał panu Langerowi w hotelu „Blauer Stern” informację o tych tragicznych wydarzeniach. August Langer omal się nie załamał i natychmiast zamówił sportowe auto, aby jak najszybciej wrócić do Wiednia. Ponieważ szoferowi udzielono specjalnego pozwolenia na jazdę z prędkością powyżej dozwolonej, Langer powinien przyjechać około piętnastej.

W tym czasie zjawiło się jeszcze wielu innych dziennikarzy i wszyscy udali się do pokojów obu zamordowanych kobiet. Widok uduszonych ofiar był wstrząsający. Jeden z reporterów nie przepuścił okazji, by podzielić się mało taktownym komentarzem:

— No tak, zbyt piękne to one nie były!

Nie, rzeczywiście nie były! Pani Langer była typem chudej, mało atrakcyjnej Angielki o kościstej budowie ciała, z dużymi stopami, o rzadkich włosach w kolorze brudnej żółci, z wąskimi ustami i dużymi wystającymi zębami. Z kolei panna Mac Lean, ze swoim skrzywionym kręgosłupem, czarnymi gęstymi włosami i zrośniętymi brwiami wyglądała odpychająco. Po powierzchownej obdukcji zwłok mężczyźni przeszli przez przedpokój i udali się do pełniącej rolę jadalni sali, gdzie doktor Bondi opisał sytuację z medycznego punktu widzenia:

— Obu morderstw dokonano przed mniej więcej siedmioma godzinami, a więc około drugiej w nocy. Kiedy obie kobiety spały, morderca zakradł się do ich sypialni i prawą ręką ścisnął szyję ofiary, przy czym w obu przypadkach kciuk sprawcy spoczywał na krtani. Następnie z ogromną siłą zacisnął ją tak, że ofiara jeszcze przez kilka sekund żyła, ale z pewnością nie mogła wydobyć z siebie krzyku. W obu przypadkach krtań jest zaciśnięta, a więc kobiety musiały niemal natychmiast stracić przytomność. Dobrze zbudowana panna Mac Lean mogła się dłużej bronić, o czym świadczy fakt, że nadgarstkiem, na którym nosiła zegarek, uderzyła o mosiężny element oparcia łóżka, wskutek czego zbiła cyferblat. W każdym razie morderca działał w taki sposób, że nie został zraniony przez ofiary. Potwierdziło to mikroskopowe badanie dosyć długich paznokci obu kobiet.

Na podstawie śladów pozostałych po duszeniu można wnioskować, że obie kobiety zostały zamordowane przez tego samego sprawcę. Ta osoba musiała być bardzo silna i mieć duże dłonie. Sprawca używał rękawiczek, najprawdopodobniej z zamszu. Ta wyrafinowana ostrożność sprawia, że badanie daktyloskopowe śladów duszenia jest bezcelowe.

W pokoju zaległa głęboka cisza, którą po chwili przerwał komendant główny. Marszcząc czoło, rzekł wyraźnie nerwowym tonem:

— Szanowni państwo, na pewno przyznacie mi rację. Przed nami ogromna zagadka do rozwikłania. Od chwili popełnienia zbrodni minęło prawie osiem godzin. Wystarczająco dużo, aby zatrzeć ślady, ukryć skradzione przedmioty, a nawet przekroczyć granice naszego małego kraju. Panie doktorze Bär, proszę, aby wszystkie czynności śledcze przeprowadzone zostały z pełnym zaangażowaniem i przy wykorzystaniu wszelkich dostępnych środków. Jeśli i ten sprawca nie zostanie wykryty, utracimy prestiż, którego nie uda się nam już odzyskać, tym bardziej, jeżeli nadal nie będziemy mogli odnaleźć mordercy z Schönbrunnerstrasse.

Doktor Bär ukłonił się komendantowi i odpowiedział:

— W pełni doceniam zaufanie, jakim obdarzył mnie pan komendant i wykonam należycie swoje obowiązki. Natomiast, jeśli chodzi o morderstwo z Schönbrunnerstarsse, pozwolę sobie zauważyć, że mam konkretne ślady prowadzące do sprawcy, którego będę mógł aresztować już dziś, o ile nie opóźnię tej czynności, aby móc go jeszcze poobserwować z powodu kilku istotnych dla sprawy aspektów. Natomiast w tym przypadku mamy do czynienia z zagadką, której nie będę mógł rozwiązać, przynajmniej dopóki pan Langer nie wróci do Wiednia. Tylko on może nam odpowiedzieć na kluczowe pytania. Tylko on może nam przekazać, jakie kosztowności zostały skradzione. Przesłuchałem już na tę okoliczność obie służące, ale ich informacje nie są zbyt precyzyjne. Wspominają wprawdzie o drogocennym sznurze pereł, wielu pierścionkach, broszkach, spinkach i tak dalej, ale nie mogą opisać ich dokładnie. Torebka z szylkretu, która należała do pani Langer, leżała na stoliku nocnym i poza drobnymi monetami, nie zawierała żadnych pieniędzy. Pokojówka nie wie też, czy i jaka kwota znajdowała się w torebce. Po oględzinach dokonanych w pokoju panny Mac Lean możemy stwierdzić, że nic nie zginęło, ponieważ w leżącej na szafce torebce znaleźliśmy dwa tysiące koron, zaś sporo biżuterii, także tej wartościowej, spoczywało w szufladach nocnego stolika.Nie podejrzewam obu służących. Kucharka sprawia wrażenie skromnej, nieco ograniczonej umysłowo osoby. Pokojówka pochodzi z dobrej rodziny i jest zaręczona z nauczycielem szkoły państwowej, który mieszka w Linzu. To niemożliwe, aby sama popełniła te zbrodnie. Nie wykluczam natomiast, że mogła kogoś wynająć albo pomóc sprawcy. W chwili obecnej nie mam żadnych konkretnych tropów, zwracam jednak uwagę, że nie przesłuchaliśmy jeszcze prywatnego sekretarza pana Langera, to znaczy mecenasa Holzingera. Wysłałem już moich ludzi do jego mieszkania przy Florianigasse, ale nikogo tam nie zastali. Zakładam, że mecenas wkrótce się tu zjawi.

W tym momencie wszedł jeden z detektywów i zameldował, że mecenas Holzinger właśnie przyszedł. Do pokoju wkroczył prywatny sekretarz Augusta Langera.

Rozdział 4

W chwili, gdy tylko doktor Bär wypowiedział nazwisko mecenasa Holzingera, podejrzenia wszystkich zgromadzonych w pokoju osób skupiły się na młodym adwokacie. Był on bowiem jedynym, który w czasie nieobecności Langera w domu mógł się tam swobodnie poruszać. Jako jedyny ponadto nie uczestniczył w dotychczasowym śledztwie. I to kiełkujące, niczym niepotwierdzone podejrzenie, trudno było wszystkim obecnym stłumić, gdy do pokoju wszedł mecenas Holzinger, mimo że swoim wyglądem w ogóle nie przypominał mordercy. Był on szczupłym mężczyzną średniego wzrostu, z jasnymi włosami i zadbaną, krótko przystrzyżoną w szpic bródką. Ubrany skromnie, ale porządnie. Wyglądał na nauczyciela albo urzędnika. Z pewnością nie była to demoniczna postać. Cały blady i roztrzęsiony, ale nie mogło to nikogo dziwić, ponieważ od policjantów na dole dowiedział się, co się wydarzyło. Stał teraz przerażony i oniemiały, patrząc szeroko otwartymi oczami na osoby znajdujące się wokół. W końcu z jego ust dało się słyszeć słowa:

— To wstrząsające…

— Tak, zgadza się. Wstrząsające — odpowiedział komisarz Bär. — I musimy pana prosić, aby uczynił wszystko, co do niego należy i ułatwił nam rozwiązanie tej niezmiernie trudnej zagadki.

I tak oto rozpoczęło się przesłuchanie.

Odpowiadając na pytania, sekretarz zaczął mówić cichym głosem:

— Mam trzydzieści dwa lata, urodziłem się w Wiedniu. Mój ojciec nie żyje już od wielu lat. Mieszkam ze starą matką przy Florianigasse pod numerem pięćdziesiąt pięć. Chciałem zostać urzędnikiem państwowym, ale akurat gdy ukończyłem studia prawnicze i uzyskałem tytuł mecenasa, wybuchła wojna. Wstąpiłem do wojska w stopniu chorążego. W czasie walk na froncie nie odniosłem żadnych ran i dotrwałem do końca wojny w stopniu porucznika rezerwy. Po jej zakończeniu moja sytuacja życiowa zmieniła się całkowicie. Nie było mowy o karierze urzędnika. Aby zostać adwokatem, byłem już za stary. Brakowało mi środków do życia, abstrahując od tego, że zaręczyłem się podczas wojny i pilnie potrzebowałem pieniędzy, aby móc się ożenić.

Słysząc te słowa wszyscy obecni skinęli głowami ze zrozumieniem. Doktor Bär wymienił spojrzenia z Felsem. Kolejny przypadek, jeden z dziesiątków tysięcy, kiedy to tragiczna wojna niweczy nadzieje, burzy plany, niszczy ludzkie życie!

Mecenas Holzinger kontynuował:

— Po wielu tygodniach daremnych poszukiwań, dzięki ogłoszeniu w gazecie znalazłem posadę, którą zajmuję od dwóch lat. Zostałem prywatnym sekretarzem pana Langera.

— Jakie wynagrodzenie pan otrzymuje?

— Zaczynałem od pięciuset koron, dwukrotnie mi je podwyższono. Obecnie zarabiam sześćset koron miesięcznie. Nie jestem zatrudniony w pełnym wymiarze godzin, ponieważ pracuję dla pana Langera od jedenastej do pory obiadu, a więc do około drugiej po południu. Próbuję znaleźć dodatkowe zajęcie, ponieważ nie mam odwagi z takim wynagrodzeniem, przy szalejącej drożyźnie, założyć własnej rodziny. Tym bardziej, że muszę opiekować się jeszcze schorowaną matką. Ale dotychczas mi się to nie udało.

— W jakim charakterze był pan zatrudniony u pana Langera?

— Pan Langer, którego biuro znajduje się przy Hegelgasse, polecił mi zarządzanie jego prywatnym majątkiem, co jest, rzec można, dosyć skomplikowane. Z jednej strony wartość majątku liczona jest w milionach koron, z drugiej zaś małżonka pana Langera i szwagierka są współwłaścicielkami tego majątku, a sprzedaż czy też kupno nowych udziałów nie może dokonać się bez ich zgody. Każda transakcja wymaga ich podpisu. Poza tym prowadzę prywatną korespondencję, o ile nie dotyczy ona całkiem osobistych spraw pana Langera.

Doktor Bär oparł ręce na biurku, odchylił się i zadał pytanie, które z pewnością wszyscy zamierzali postawić:

— Panie mecenasie, jaki był stosunek Augusta Langera do obu zamordowanych kobiet? Czy było to harmonijne małżeństwo? Czy dochodziło do kłótni i sprzeczek? Te pytania, które zadaję, są raczej delikatnej, niedyskretnej natury, ale odpowiedź na nie może mieć olbrzymie znaczenie.

Holzinger zwlekał z odpowiedzią, po chwili rzekł:

— Nie mogę potwierdzić, że było to małżeństwo doskonałe i nad wyraz szczęśliwe, mimo że nigdy nie byłem świadkiem poważniejszych kłótni. Pan Langer wydawał się być słabszą połową w tym związku i całkowicie ulegał swej żonie oraz jej siostrze. Miałem nawet wrażenie, że był całkowicie ubezwłasnowolniony. Wielokrotnie, gdy miałem dużo zajęć, byłem gościem przy stole i często widziałem, że pan Langer nie uczestniczył we wspólnych rozmowach. Mówiąc inaczej, kobiety nie angażowały go do swoich rozmów. Obie panie stanowiły zgrany tandem, a pan Langer był całkowicie zepchnięty na margines. Rano, kiedy przychodziłem, mój pracodawca często był w bardzo złym nastroju i sprawiał wrażenie zirytowanego, zmarnowanego człowieka. W tych dniach mogłem dostrzec w wyrazie twarzy pani Langer oraz panny Mac Lean nastrój zadowolenia, a nawet coś w rodzaju satysfakcji.

Nastąpiła przerwa. W sali zapanowała cisza. Każdy z obecnych zastanawiał się nad słowami młodego człowieka. Dziennikarze skrzętnie notowali każde zdanie. Pytania bez odpowiedzi zawisły w powietrzu — złośliwość losu, ogromne fatum, mroczna łamigłówka?

Komisarz kontynuował przesłuchanie, po czym szepnął coś do swojego przełożonego.

— Wróćmy do bieżących wydarzeń. Wczoraj rano August Langer wyjechał do Pragi. Czy wie pan, w jakim celu?

— Pan Langer miał pewne problemy z należnościami celnymi wobec czesko-słowackiego państwa. Chodziło tam o bardzo duże sumy. Ponieważ adwokat w Pradze niewystarczająco pilnie przykładał się do sprawy, przed kilkoma dniami pan Langer odbył spotkanie z ministrem do spraw handlu, doktorem Prinzbramem, które wyznaczono mu już dawno temu.

— Czy przebywał pan w tym czasie w willi Mabel, mimo że pan Langer był nieobecny?

— Tak, przyszedłem jak zwykle około jedenastej i zostałem nawet dłużej niż zwykle, ponieważ musiałem przygotować pewne dokumenty.

— Czy coś szczególnego zwróciło pana uwagę w domu albo wśród mieszkańców?

— Nic konkretnego. Obu kobiet w ogóle nie widziałem.

Doktor Bär zadał pytanie podniesionym głosem:

— Panie mecenasie, mówi pan, że przyszedł pan wczoraj, jak zwykle, o jedenastej. Dlaczego więc dziś zjawił się pan dopiero o dwunastej?

— Spałem dłużej niż zazwyczaj, bolała mnie głowa i przyszedłem dziś pieszo, aby się nieco przewietrzyć.

— Spał pan dziś dłużej niż zwykle? Zapewne późno się pan położył.

I kiedy wszystkich opanowała atmosfera pełna napięcia, mecenas Holzinger odpowiedział spokojnie:

— Tak, wczoraj wróciłem do domu dopiero o drugiej w nocy.

Zapadła grobowa cisza. Ledwo wyczuwalne poruszenie. Głośniej i mocniej niż wcześniej zabrzmiał głos komisarza:

— Czy mógłbym pana zapytać o przyczyny tak późnego powrotu do domu w nocy, kiedy popełniono morderstwo?

W chwili, gdy padło słowo „morderstwo”, Holzinger zadrżał. Dotarło do niego, że jego słowa wywarły fatalne wrażenie i w jednej chwili stał się głównym obiektem zainteresowania policji. W końcu, drżąc, odpowiedział niepewnie:

— Wczorajszy wieczór spędziłem u rodziców mojej narzeczonej. Rozmawialiśmy o naszej przyszłości. Mama Elsbeth była nastawiona bardzo sceptycznie, nie chciała słyszeć o naszym rychłym ślubie i doszło do niezbyt przyjemnej a nawet kłopotliwej dla mnie i mojej narzeczonej wymiany zdań, która mnie bardzo wzburzyła. Wyszedłem tuż przed zamknięciem bramy, parę minut przed dziesiątą i udałem się do położonej na rogu Ringstrasse i Babenbergstrasse kawiarni „Kaisergarten”. Przeczytałem tam wiele gazet, rozegrałem kilka partii bilarda i opuściłem lokal po północy, około pół do pierwszej. Czułem się nieswojo i byłem zbyt zdenerwowany, aby pójść do łóżka. Postanowiłem więc przejść się jeszcze, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Poszedłem wzdłuż Ringstrasse, następnie od nadbrzeża w kierunku centrum. W kawiarni „Grabencafé” wypiłem kieliszek likieru i wróciłem do domu z pewnością po drugiej, a może wpół do trzeciej.

Ponownie nastąpiła krótka, trwająca kilka sekund przerwa. W tym momencie Holzinger poczuł, że wokół niego zapanowała atmosfera pełna wątpliwości, nieufności, a nawet wrogości. W ustach poczuł gorzki posmak. Mecenas wyprostował się i zmierzył zgromadzonych wokół mężczyzn złowrogim wzrokiem.

Bär zadał jeszcze jedno pytanie:

— Czy posiada pan klucze do drzwi wejściowych oraz głównej bramy?

Holzinger rzekł szybko, ze złością i przekornie:

— Nie, a dlaczegóż miałbym je posiadać?

Doktor Bär nie odpowiedział. Spojrzał na swojego przełożonego i zapytał:

— Czy mają panowie jeszcze jakieś pytania? — a kiedy ci zaprzeczyli, rzekł:

— Mecenasie Holzinger, spodziewamy się, że za około dwie godziny przyjedzie pan August Langer. Będziemy zapewne jeszcze pana potrzebować. Proszę więc pozostać w pobliżu do naszej dyspozycji, a policjantom na dole powiedzieć, gdzie będziemy mogli pana znaleźć.

Holzinger został wypuszczony z willi. Kiedy zasiadł w restauracji przy Gersthoferstrasse, aby spożyć swój skromny posiłek, od razu zorientował się, że mężczyzna siedzący przy sąsiednim stoliku jest policyjnym detektywem. Nie wiedział jednak, że dwaj inni policjanci pojechali samochodem do jego mieszkania przy Florianigasse, aby wykonać tam czynności, które w języku policyjnym zwykło nazywać się przeszukaniem.

Rozdział 5

Pozostali policjanci również wybrali się do restauracji, by coś zjeść, jedynie doktor Bär spędził jeszcze ponad godzinę w willi Mabel. Fels i inni dziennikarze udali się do swoich redakcji, aby przekazać do druku pierwsze sensacyjne artykuły o „Zbrodni w dzielnicy Cottage”.

Wpół do drugiej w wilii Mabel zebrali się wszyscy policjanci, poza komisarzem, który w swoim gabinecie zajął się przygotowaniem wstępnego raportu. Doktor Bär ogłosił, że dalsze śledztwo zostało objęte pełną tajemnicą, w związku z czym dziennikarze nie mogli w nim już uczestniczyć. Rzecznik prasowy policji miał przesyłać kilka razy dziennie krótkie relacje z przebiegu śledztwa poszczególnym redakcjom. Reporterzy mieli oczywiście prawo do prowadzenia poszukiwań na własną rękę oraz przekazywania policji istotnych dla śledztwa informacji.

Tuż przed drugą po południu komisarz wezwał do swojego gabinetu doktora Bära oraz mecenasa Holzingera. Po chwili dołączyli do nich jeszcze młody chłopak i starszy mężczyzna. Bär wyjaśnił:

— Poleciłem przyprowadzić dwóch kelnerów z kawiarni „Grabencafé”, którzy pracowali poprzedniej nocy.

Zwrócił się do nich:

— Proszę dokładnie przyjrzeć się temu mężczyźnie i powiedzieć, czy obsługiwaliście go wczorajszej nocy pomiędzy pierwszą a wpół do drugiej w nocy?

Kelnerzy przyglądali się adwokatowi długo i dokładnie. Po chwili ze wzruszeniem ramion stwierdzili, że go nie rozpoznają. Starszy kelner dodał, że ruch w kawiarni był bardzo wzmożony, a on, o ile nie ma specjalnych powodów, nie bardzo zwraca uwagę na obecnych gości. Mężczyźni opuścili gabinet, natomiast Bär zwrócił się bezpośrednio do Holzingera, który coraz bardziej uświadamiał sobie, że zaczyna odgrywać rolę głównego podejrzanego:

— Pańskie stwierdzenie, że wrócił pan do domu około drugiej w nocy jest bardzo trudne do sprawdzenia, ponieważ posiada pan własny zestaw kluczy do mieszkania. Pańska matka może tylko potwierdzić, że wrócił pan późno, ale nie wie, która mogła być wtedy godzina. Odpowiadając na moje pytanie podczas przesłuchania, stwierdził pan stanowczo, że nie posiada kluczy do drzwi wejściowych willi Mabel. Przeszukanie w pańskim mieszkaniu przeczy temu twierdzeniu. Jeden z policjantów znalazł w górnej szufladzie szafki z bielizną pęk kluczy, które okazały się kluczami do drzwi wejściowych oraz bramy głównej.

Doktor Holzinger poczuł, że ziemia osuwa mu się pod nogami. Jego twarz ogarnęła trupia bladość. Oddychał głęboko, patrzył przed siebie nieobecnym wzrokiem, prawą ręką otarł spocone czoło i odpowiedział beznamiętnym tonem:

— Teraz, kiedy jest już za późno, przypominam sobie. Przed półtora roku, gdy na giełdach wystąpiły ogromne, wstrząsające całym rynkiem inwestycyjnym wahania kursów, pracowałem wielokrotnie w willi aż do wczesnych godzin porannych, wysyłając liczne telegramy i prowadząc długie rozmowy telefoniczne. Pan Langer, który nie chciał trzymać tak długo służby w gotowości, odprowadzał mnie, kiedy kończyłem pracę. Pewnego razu, kiedy padał rzęsisty deszcz przekazał mi klucze mówiąc, że mogę z nich korzystać w przyszłości. Po kilku dniach, gdy mój tryb pracy unormował się, wrzuciłem pęk kluczy do szafki z bielizną, o czym całkowicie zapomniałem.

Komisarz rzekł poważnie i niemal uroczyście:

— Panie mecenasie Hozlinger, pańskie wyjaśnienia brzmią logiczne, ale nie przekonywująco. Pan jako prawnik z wykształcenia sam może przyznać, że wiele faktów świadczy przeciwko panu i nie pozostaje mi nic innego, jak pana aresztować. Jeśli popełnił pan ten czyn albo ma z nim coś wspólnego, może pan poprawić swoje położenie, przyznając się do winy.

Holziger szybko doszedł do siebie po tych słowach. Wyprostował się i z dumą udzielił odpowiedzi:

— Przysięgam na życie mojej starej matki i mojej biednej narzeczonej, że jestem niewinny.

Bär spojrzał mu głęboko w oczy, wymienił porozumiewawcze spojrzenie z szefem wydziału bezpieczeństwa i łagodnym, pobłażliwym tonem rzekł:

— Z całego serca życzę, aby pańska niewinność została szybko i całkowicie potwierdzona. Proszę, aby był pan przekonany o tym, że będę chwytał się każdego, choćby najmniejszego śladu, który będzie świadczył o pańskiej niewinności tak, aby jak najszybciej odzyskał pan wolność. Tymczasem jednak musi pan poddać się naszym procedurom.

Komisarz skinął głową. Po chwili jeden z policjantów odprowadził podejrzanego do aresztu. Niecałą minutę później na Kastanienstrasse pojawił się ogromy sportowy samochód i zatrzymał się przed willą Mabel. Wysiadł z niego, ochlapany błotem od stóp do głów, blady i zmęczony August Langer, którego żona i szwagierka zostały przed niespełna dwunastoma godzinami pozbawione życia rękami okrutnego mordercy.

Rozdział 6

Mimo że nadeszła już północ, w kawiarni „Café Central” panował ożywiony, wesoły nastrój. Większość stolików była zajętych, a na popularnym „Dziedzińcu pod arkadami” zebrała się cała wiedeńska bohema, która właściwie nią wcale nie była, ponieważ składała się głównie z zadowolonych z życia, wychowanych w nurcie „Sturm und Drang” artystów, pisarzy i szykownej młodzieży. Przy jednym ze stolików siedział wraz z piękną, szczupłą, brunetką Oskar Fels, który znajdował się dziś w kręgu dużo większego niż zwykle zainteresowania. Wszystkie rozmowy dotyczyły ponurej zbrodni w dzielnicy Cottage. Fels, który sprawiał wrażenie wyczerpanego i zdenerwowanego, nie miał już ochoty opowiadać o tej tragedii. Jego przyjaciółka, Alma Mia, w rzeczywistości nazywająca się Mizzi Schoberlechner, uwielbiana przez wszystkich i doskonale zapowiadająca się aktorka Teatru Narodowego, nie dawała mu odpocząć i usilnie dopytywała, czy ten „biedny Holzinger” rzeczywiście jest mordercą. Ponieważ także dyrektor Teatru Narodowego, pan Büxel, i jego niska, urocza i wesoła małżonka chcieli dowiedzieć się czegoś więcej, Fels wyjaśnił z uśmiechem:- Uważam Holzingera za tak samo niewinnego, jak i was, i jestem całkowicie przekonany, że mój przyjaciel Bär popełnił dziś ogromny błąd, który będzie kosztował nasz kraj ogromną sumę pieniędzy. Na podstawie nowych przepisów prawa państwo powinno wypłacić osobie niewinnie oskarżonej o ciężkie przestępstwo odszkodowanie w wysokości pięćdziesięciu koron za każdy dzień pobytu w areszcie. A teraz dajcie mi odrobinę spokoju i spytajcie o tę sprawę komisarza Bära, który właśnie nadchodzi.

Rzeczywiście, do stolika podszedł doktor Bär, wypoczęty i rozluźniony, jakby miał za sobą całkiem spokojny dzień. Natychmiast został zarzucony setką pytań. Żona dyrektora teatru zapewniła, że nie zamieni z nim już żadnego słowa, jeśli okaże się, że nakazał aresztowanie niewinnego człowieka. Z kolei Alma Mia, wznosząc uroczyście swój papieros, deklarowała, że pragnie uraczyć biednego Holzingera swoimi względami, choćby przez jedną noc. Wszyscy ryknęli śmiechem. Komisarz wyjaśnił sucho, że w tej sytuacji, niezależnie od tego, czy Holzinger jest winny czy niewinny, nadal pozostanie w areszcie. Następnie pociągnął Felsa za ucho i poprosił, aby wyszedł z nim na kwadrans. Wszelkie protesty obecnych kobiet i mężczyzn były bezowocne i obaj mężczyźni usiedli przy małym oddalonym od reszty gości stoliku, gdzie nikt im już nie przeszkadzał. A z zapowiadanego kwadransa zrobiła się pełna godzina, zanim Fels mógł ponownie poświęcić uwagę swojej wielce zagniewanej i nadąsanej narzeczonej.

Doktor Bär i Oskar Fels znali się od wielu lat, a dzięki wspólnym przeżyciom z okresu trzech lat wojennej zawieruchy zostali prawdziwymi przyjaciółmi. Kiedy wybuchła wojna, obaj zostali wcieleni do tej samej jednostki wojskowej w stopniu porucznika rezerwy. Obaj walczyli w jednej kompanii, przeżyli te same porażki i zwycięstwa. Razem cierpieli i narażali swoje życie. Obaj też zostali odznaczeni medalami za odwagę. A kiedy przyjaciel został uprowadzony przez włoskich żołnierzy i dostał się do niewoli, Fels z narażeniem życia odbił go z rąk wroga, przywracając mu wolność. Po zakończeniu wojny prawie tego samego dnia zostali zwolnieni z wojska i odesłani do kraju — jeden na wezwanie dyrekcji policji, drugi zaś na prośbę redakcji „Weltpresse”.

Poza tym nie mieli ze sobą wiele wspólnego. Bär wspinał się po szczeblach kariery w policji, prowadził uporządkowane, dostatnie życie i bardzo rzadko dawał się sprowokować do dokonania jakichś nieprzemyślanych czynów. Fels z kolei wprawdzie kochał swój zawód dziennikarza, ale traktował go jak narkotyk kojący skołatane nerwy. Często popadał w długi, poza tym miał niedający się poskromić pociąg do wygodnego, luksusowego i sybaryckiego trybu życia. Otwarcie i nieskrępowanie, jak to miał w zwyczaju, podkreślał: — Bogactwo, nicnierobienie — inaczej mówiąc, nie musieć nic robić, tylko korzystać z życia i czerpać z niego to, co najlepsze — na tym polega największe szczęście!

Wśród kobiet cieszył się mianem zdobywcy. Nie tylko dlatego, że kruche i nieprzystępne kobiety zachwycały się jego fascynującym trybem życia i brakiem wszelkich skrupułów. Fels wyznawał zasadę, że jego celem nie jest zyskanie nad nimi przewagi, lecz bycie zawsze tym, który pierwszy się z takiego związku wycofa.

Rozdział 7

Komisarz Bär zapalił papierosa i zapytał:

— Powiedz mi, drogi przyjacielu, co sądzisz o całej tej sprawie. Wiesz, że bardzo cenię twoje zdanie.

Zamiast odpowiedzi Fels wyciągnął z teczki jeszcze wilgotny, próbny wydruk jutrzejszej gazety i rzekł bez namysłu:

— To jest mój artykuł, który rano ukaże się w „Weltpresse”. Przeczytaj go, wtedy poznasz moje stanowisko.

Z ogromną uwagą komisarz rozpoczął lekturę obszernej relacji, którą za kilka godzin będą pochłaniali czytelnicy „Weltpresse” w Wiedniu.

Fels opisał w typowo reporterski, precyzyjny sposób obraz przestępstwa, miejsce popełnienia zbrodni oraz, nieco subiektywnie, pracujące nad sprawą osoby. Celnie scharakteryzował całe otoczenie i na koniec, pod nagłówkiem zatytułowanym: Czy mecenas Holzinger jest mordercą? — przedstawił pogląd na sprawę, opowiadając się za niewinnością aresztowanego. Pisał:


Przeciwko mecenasowi Holzingerowi świadczą niepodważalne fakty. Nie ma alibi na czas popełnienia zbrodni. Posiadał klucze do willi, czemu wcześniej zaprzeczył oraz jest jedyną osobą spośród kręgu podejrzanych, która znała rozkład poszczególnych pokojów i zwyczaje domowników. A przede wszystkim: jest ubogi i zamierza się ożenić, ale nie ma na to pieniędzy. Zrabowana biżuteria posiada zaś olbrzymią wartość.

Odpowiadając na te fakty: ja, a wraz ze mną jeszcze dziesiątki tysięcy kawalerów w Wiedniu, również nie posiadam alibi na wczorajszą noc. Ja i jeszcze sto tysięcy osób ma jakieś klucze, których posiadania byśmy się zapewne wyparli, ponieważ o nich dawno zapomnieliśmy. Ja i tysiące osób nie posiadamy też pieniędzy, kiedy ich pilnie potrzebujemy. Pozostaje jeszcze kwestia: Holzinger znał dokładnie miejsce popełnienia zbrodni. Ja tego miejsca nie znam, ale znają je dokładnie setki różnych rzemieślników, ponieważ po zakończeniu wojny willa Mabel przeszła gruntowną przebudowę i w tym okresie przebywało tam mnóstwo malarzy, tapeciarzy, instalatorów oraz elektryków. Któraś z tych osób mogła zapewne zabrać ze sobą jeden z wielu istniejących kompletów kluczy. O tym, że August Langer wyjechał ze swoim kamerdynerem oraz, że ogrodnik i szofer przebywają poza Wiedniem, wiedziała cała najbliższa okolica, ponieważ służący zapewne opowiadał o tym fakcie w gospodzie czy gdziekolwiek indziej. W ten sposób osoba, która wcześniej zabrała klucze, mogła dowiedzieć się, że jest to odpowiedni moment, aby dokonać tej przerażającej zbrodni.

Przede wszystkim jednak, i co wydaje się najważniejsze, mecenas Holzinger jest rozważnym, rozsądnym i wykształconym obywatelem, który, jeśli już popełniłby przestępstwo, nie zachowałby się jak człowiek niespełna rozumu. Dlaczego nie ukrył kluczy, które doprowadziły do jego aresztowania, lecz schował je w szufladzie, gdzie natychmiast odnalazłby je każdy śledczy? Dlaczego w ogóle ten mądry i spokojny człowiek miałby popełnić zbrodnię? Z policyjnych raportów wynika, że w torebce pani Langer znajdowało się około dwóch tysięcy koron. Jest to więcej, niż należałoby spodziewać się u damy, ale na tyle mało, że w żaden sposób nie pomogłoby rozwiązać problemów tego młodego człowieka. Przyjrzyjmy się klejnotom i perłom, które według policyjnego raportu przedstawiały wartość około miliona koron. Nawet głupi i niewykształcony opryszek wiedziałby, że te kosztowności będą niesprzedawalne przez wiele lat, a każda próba spieniężenia ich oznaczałaby dla niego ogromne ryzyko.

Nie, Holzinger nie jest ani podejrzany, ani chory umysłowo i całkowicie nieusprawiedliwione jest, aby na podstawie tak niepewnych poszlak wysyłać tego porządnego, cieszącego się nieposzlakowaną opinią człowieka do więzienia, jako potencjalnego kandydata na szafot.


Bär zakończył czytanie artykułu, zagwizdał cicho i powiedział:

— Ten artykuł komplikuje tylko moją sytuację. Komendant zdenerwuje się, a Lechner udzieli mi uroczystym głosem swoich doskonałych rad. W rzeczywistości jednak uczyni to z nadzieją, że się ośmieszę. On natomiast ucieszy się z tego faktu. Zresztą z punktu widzenia dziennikarza, jak i obiektywnego obserwatora, masz rację, ale mnie, komisarzowi kryminalnemu, nie pozostaje nic innego, jak doprowadzić do szybkiego aresztowania podejrzanego. Twoje wywody, drogi przyjacielu, obarczone są jednym poważnym błędem wynikającym z założenia, że sprawca powinien zawsze działać logicznie, przemyślanie i ostrożnie. Jednak doświadczenie uczy nas, że nie jest to ten przypadek. Podczas badania najcięższych przestępstw spotykamy się często z niesamowitymi błędami w postępowaniu sprawcy. Poszlaki przeciw Holzingerowi są bardzo mocne, nawet jeśli ja nie jestem do końca przekonany o jego winie. Wiem, jaki zarzut chcesz mi postawić: twoim zdaniem zamiast go aresztować powinienem raczej zapewnić mu ścisłą obserwację. Dzięki takiemu działaniu szybciej osiągnąłbym cel. Ale niezależnie od tego, że taka ścisła obserwacja jest dla podejrzanego dużo bardziej dokuczliwa, niż areszt w przyzwoitej, obszernej celi z samodzielnym wiktem oraz prawem do rozmów i spacerów, to nawet najmocniejsze techniczne poszlaki nie upoważniają mnie do odstąpienia od aresztowania. Porozumiewanie się przez spojrzenie, słowa wypowiadane w publicznych lokalach, rozmowy telefoniczne, tego nie da się całkowicie wyeliminować.

Fels odparował:

— Nie przekonamy się nawzajem, zostawmy więc ten temat. Powiedz mi, mój drogi, oczywiście całkiem prywatnie, co dziś udało ci się ustalić. Przede wszystkim, jak przebiega przesłuchanie Langera? Jakim człowiekiem jest ten milioner? Chciałbym przeprowadzić z nim wywiad, ale w takiej chwili uważam to za mało taktowne i poza tym, zbędne.

Bär zaśmiał się.

— August Langer sprawił na mnie całkiem korzystne wrażenie. Jest w naszym wieku, ale wygląda dużo starzej, co wynika ze szczupłej budowy ciała i kruchości jego układu kostnego. Z pewnością ma ciekawą urodę z osobliwymi, zamglonymi, smutnymi oczami i w całej swojej postaci ma coś z kobiecości, miękkości i łagodności. Wiesz, to mężczyzna, którego silne, twarde kobiety kochają, z kolei dziewczęce, delikatne istoty uważają za okropnego.

Przesłuchanie Langera nie przyniosło żadnych niespodzianek. Był opanowany, swojego prywatnego sekretarza uważa za osobę absolutnie niewinną. Stanął także w obronie obu służących i przekazał mało dokładny wykaz zrabowanych kosztowności. Nie miał najmniejszego pojęcia, ile i jakich pierścionków posiadała jego żona. Dokładnie opisał natomiast poczwórny perłowy naszyjnik z diamentową klamrą, który kupił żonie w Paryżu, jeszcze przed wybuchem wojny, za pół miliona franków, a także platynową spinkę z przepięknym szmaragdem o wadze sześciu karatów. Była to zupełna rzadkość o wartości, nawet dziś, po wielkim krachu, miliona franków, nie mówiąc już o wartości w koronach. Jego zdaniem, być może morderca upatrzył sobie właśnie te dwa drobiazgi, które będzie chciał spieniężyć gdzieś w Ameryce lub Australii.

— Uwaga, która nie jest wcale taka głupia — zauważył Fels.

— Po tym, jak skończyłem przesłuchanie Augusta Langera, który zdążył już wyznaczyć nagrodę w wysokości stu tysięcy koron za schwytanie sprawcy lub sprawców, zaczęła się dla mnie właściwa i interesująca praca. Być może kierowała mną zwykła ciekawość, ale chciałem dowiedzieć się czegoś więcej na temat rzeczywistych stosunków tego przystojnego mężczyzny o kobiecej naturze do obu tak odpychających kobiet. Udało mi się to. Kiedy dokładnie przeszukałem garderobę zamordowanej żony Langera, a następnie jej siostry, w obu pomieszczeniach znalazłem na regałach mnóstwo książek sadomasochistycznych, a także fotografii o podobnej tematyce, które nie pozostawiają cienia wątpliwości. Książki te znane mi były w większości jako utwory zakazane. Są to bez wyjątku ubrane w formę powieści opisy psychopatycznych stosunków silnych, twardych kobiet do słabych, poddanych mężczyzn. Nie ma chyba potrzeby, bym dalej opowiadał ci o tych odchyleniach.

Fels przytaknął ze zrozumieniem.

— A potem zabrałem się za przesłuchanie kamerdynera Josefa, który wrócił z Pragi, oraz obu służących. Następnie odbyłem dłuższą rozmowę z pewną damą, która mieszka naprzeciwko willi Mabel i przez lornetkę obserwowała sypialnię na pierwszym piętrze. Z obserwacji, o których opowiedziała mi ta dama, wyłaniał się następujący obraz: August Langer był typowym pantoflarzem, całkowicie uzależnionym od swojej żony i szwagierki. Obie kobiety znęcały się nad nim psychicznie i fizycznie, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Małżonków łączyła też ogromnie skomplikowana sytuacja majątkowa. Z umów i pism, które przestudiowałem — kopie leżały w biurku Mabel Langer — oraz z informacji, jakie przekazał mi przed godziną mecenas Holzinger, wynika, że August Langer nie mógł samodzielnie dysponować majątkiem. Każde wystawienie czeku na kwotę powyżej dziesięciu tysięcy koron, każda transakcja majątkowa czy wymiana papierów wartościowych — wszystko wymagało podpisu jego żony, podczas gdy ona do tego samego nie potrzebowała jego zgody. Mogła dysponować całym majątkiem wedle własnego upodobania.

Jest jeszcze coś: zgodnie z testamentem, którego kopię również przeczytałem, August Langer po śmierci swojej żony popadłby w taką samą zależność od panny Mac Lean! W takiej sytuacji ta odpychająca kobieta stałaby się jedyną właścicielką całego majątku! Tylko w przypadku, gdyby obie umarły, obojętnie czy równocześnie, czy też najpierw pani Langer, a później jej siostra, August Langer mógłby wejść w pełne, autonomiczne posiadanie majątku. To właśnie miało miejsce i właściwie należałoby pogratulować z całego serca tego tragicznego, a z drugiej strony, po części szczęśliwego, dla niego wydarzenia.

Od strony stolika, przy którym siedzieli ich współtowarzysze dało się słyszeć głośne odgłosy niezadowolenia z powodu ich długiej nieobecności. Żona dyrektora teatru określiła ich zachowanie jako bezczelne, podczas gdy Alma Mia nieomal płakała. Fels i Bär postanowili więc zakończyć rozmowę. Dziennikarz zadał jednak jeszcze jedno pytanie:

— Drogi przyjacielu — powiedział — to wszystko, czego się dowiedziałeś, jest nadzwyczajne i musi porządnie zaprzątać twój kryminalistyczny umysł!

— Oczywiście fakt, że śmierć obu kobiet była w pewnym sensie wybawieniem dla Augusta Langera, mógłby ukazać nowy trop w naszym śledztwie. Ale moja intuicja i doświadczenie podpowiadają mi, że jest to trop fałszywy. My obaj, jako normalni, wrażliwi obywatele uważamy śmierć tych kobiet za poniekąd szczęśliwe dla niego zrządzenie losu. Ale czy tak samo uważa August Langer? Nie wierzę! Ten człowiek, aby móc żyć w zgodzie z samym sobą, potrzebuje prawdopodobnie całkowitego poddania się kobiecym pożądaniom. To, co dla nas byłoby okropną męką, dla niego jest rozkoszą. Niezależnie od tego, czy ten mięczak byłby kiedykolwiek w stanie przejąć inicjatywę, aby dokonać zbrodni albo wynająć zabójcę, czy też zaplanować tak wyrafinowane morderstwo. Ten człowiek szybciej umarłby ze strachu, niż podjął tak heroiczną decyzję. Już raczej spodziewałbym się po tym pantoflarzu samobójstwa, niż dokonania morderstwa.

Oskar Fels przytaknął, jak człowiek, który całkowicie zgadza się z tym, co usłyszał. Następnie przyjaciele wrócili do stolika, gdzie zmuszono ich do wypicia kilku zaległych kolejek koniaku.

Rozdział 8

Następnego przedpołudnia Oskar Fels siedział w redakcji niewyspany, próbując napisać do wieczornego wydania duży artykuł o zbrodni w dzielnicy Cottage. Wydawca kategorycznie oznajmił, że tekst powinien zająć przynajmniej dwie kolumny w wydaniu wieczornym oraz cztery w porannym. Felsowi nie pozostało nic innego, niż przyznać mu rację. Rzeczywiście, cały Wiedeń interesował się tą zbrodnią i wszyscy zadawali sobie pytanie, czy aresztując Holzingera, policja schwytała niewinnego obywatela, czy też faktycznego mordercę. Artykuł w wydaniu porannym „Weltpresse” sugerował opinii publicznej, aby stanęła w obronie aresztowanego. Pełno w nim było insynuacji, sugestii i subiektywnych opinii autora. Wiedeńczycy bardzo interesowali się postaciami zamordowanych kobiet oraz samym Augustem Langerem. Fels szybko dostrzegł, że osobliwe stosunki rodzinne w willi Mabel stały się również tematem publicznych dyskusji. Wydawca przekazał dziennikarzowi list, który otrzymał od pewnego dyrektora banku mieszkającego w dzielnicy Cottage. List zawierał adnotację „bardzo poufne” i zawierał opis pewnej kolacji w willi Mabel, w której ów dyrektor uczestniczył wraz małżonką. Treść listu była następująca:


Augusta Langera znam od wielu lat dzięki licznym kontaktom zawodowym i zawsze uważałem go za mądrego, wykształconego człowieka, który znakomicie orientował się w bieżących problemach. Zawsze przedstawiał swoje zdanie w żywy, naturalny i swobodny sposób. Pewnego razu, podczas derbów konnych spotkaliśmy go w towarzystwie obu ostatnio zamordowanych kobiet. Mojej żonie spodobało się, mnie osobiście nieco mniej, z jakim oddaniem zachowywał się pan Langer wobec swojej małżonki i jej siostry. Mogę podać przykład: jeden z trenerów udzielił mi rady, abym postawił w derbach na wygraną konia Mayflowera. Powiedziałem o tym Langerowi. Zanim poszliśmy do bukmachera, Langer wyjął z portfela pięćset koron, a jego żona zapytała, na jakiego konia zamierza postawić tę kwotę.

— Na Mayflowera — odpowiedział i wyjaśnił dlaczego. W ostry i dość obcesowy sposób jego małżonka oznajmiła:

— Nie, postawisz na Wotana!

A kiedy Langer bojaźliwym wzrokiem, wyrażającym sprzeciw, spojrzał na mnie, jego szwagierka uderzyła dłonią w oparcie loży i zasyczała:

— Powiedziałyśmy na Wotana. Koniec dyskusji!

Byłem ogromnie zdumiony, że można w ten sposób rozkazywać mężczyźnie. Moja żona zerknęła na mnie z zakłopotaniem. Jak wielka była moja radość, gdy wyścig wygrał Mayflower, a ja zgarnąłem czterokrotną stawkę, podczas gdy Langer odpowiedział z przekąsem swoim towarzyszkom:

— Zazwyczaj tak się kończy, kiedy człowiek nie może wyrazić własnego zdania.

Odebrałem to jako słuszną karę za zbytnią uległość.

Kilka dni później pani Langer zaprosiła nas na kolację. Oczywiście, przyjęliśmy zaproszenie. Podczas kolacji zdarzyło się coś niepojętego. Najpierw spostrzegłem z niepokojem, jak milczący i przygnębiony jest pan domu. Kiedy zaś odeszliśmy od stołu, moja żona szepnęła:

— Spójrz, ten Langer nie ma nawet odwagi wypowiedzieć słowa w obecności swojej żony.

Ja jednak dostrzegłem, że za każdym razem, kiedy Langer chciał wyrazić swoje zdanie, zwracał bojaźliwie oczy w kierunku żony. Ta natomiast odpowiadała mu stanowczym ruchem głowy. Milczał więc. Panna Mac Lean zachowywała się wprawdzie obojętnie i z rezerwą, ale często jej spojrzenia krzyżowały się ze wzrokiem szwagra w szczególny sposób. Do dziś trudno mi jest określić znaczenie takiego postępowania.

Następnie udaliśmy się do salonu i tam rozwinęła się rozmowa na temat żartów o angielskich sufrażystkach, które ostatnio bardzo się rozpanoszyły. Pani Langer, jak i panna Mac Lean, z ogromnym zaangażowaniem opowiadały się za prawami kobiet. Panna Mac Lean odważyła się nawet do wyrażenia niezbyt gustownej uwagi:- Gdyby każda kobieta z pejczem w ręku mogła wyrazić w domu swoje zdanie, szybko otrzymałybyśmy prawa wyborcze…

Po tych słowach zaległa kłopotliwa cisza, która została przerwana przez Augusta Langera jakąś polubowną, powściągliwą uwagą. W tym momencie pani Langer zacisnęła swoją prawą dłoń na przegubie dłoni stojącego obok niej męża i powiedziała nieprzyjemnym, ostrym tonem:

— Słuchaj no, a więc ty także jesteś przeciwny równouprawnieniu płci żeńskiej!

Langer zadrżał, jakby uderzony batem, zaczerwienił się, ale nic nie odrzekł. Kilka minut później sięgnął lewą ręką po zapałki, trzymając w prawej ręce cygarnicę, a ja ze zdumieniem spostrzegłem na jego przegubie krwawe rany, dokładnie tam, gdzie wcześniej ścisnęła go żona. Jego czuła małżonka musiała swoimi doskonale wypielęgnowanymi paznokciami wpić się w jego nadgarstek. Odeszła mi ochota na dalszy pobyt w willi Mabel i wkrótce, pod pierwszym lepszym pretekstem udaliśmy się do domu.

Przekazuję panu moje obserwacje, które oczywiście nie są przeznaczone dla osób postronnych. Nie dlatego, aby skłonić pana do wyciągnięcia daleko idących wniosków, ale dlatego, aby powstrzymać pana przed wyrażaniem wyrazów współczucia temu „biednemu” wdowcowi. Z pełnym przekonaniem można go raczej nazwać „wesołym” wdowcem.


Fels zaśmiał się i odłożył list na bok. Następnie wyciągnął z czeluści biurka swoją maszynę do pisania i zaczął pospiesznie uderzać w klawisze, zapełniając tekstem stronę po stronie.

Rozdział 9

W chwili, gdy Fels skończył pisać, chłopak na posyłki zameldował, że dwie kobiety chcą porozmawiać z autorem artykułu „Morderstwo w dzielnicy Cottage”, który ukazał się w dzisiejszym porannym wydaniu gazety. Reporter polecił, aby zaprowadzono je do położonego obok pokoju i po chwili stał przed starszą, siwą kobietą oraz piękną jasnowłosą dziewczyną. Obie wyglądały na zrozpaczone. Nietrudno było domyślić się, kim były. Jedna z nich, Therese Holzinger, była matką aresztowanego mecenasa, druga zaś — Elsbeth Volkmar — jego narzeczoną. Pani Holzinger nie mogła wypowiedzieć ani słowa, natomiast młoda dziewczyna zebrała się w sobie i podziękowała za obronę jej narzeczonego.

— Ale ja nie zrobiłem nic takiego, za co należałoby dziękować — odpowiedział Fels, który bardzo współczuł obu kobietom.

— Uważam mecenasa Holzingera za absolutnie niewinnego. Zresztą jego sytuacja nie jest wcale taka dobra i muszą się panie przygotować na to, że minie trochę czasu, zanim zostanie zwolniony z aresztu.

W tym momencie także Elsbeth Volkmar zaczęła płakać.

— Panie redaktorze — powiedziała szlochając — ogarnia mnie rozpacz! Jak ja i mój biedny narzeczony przeżyjemy ten wstyd i hańbę? On na pewno coś sobie zrobi!

— Nie, z pewnością nie. Gdyby się tak stało, byłby to dowód, że jest winny. Nigdy dotychczas nie spotkałem się z sytuacją, by niesłusznie oskarżony człowiek popełnił samobójstwo. Już samo rozgoryczenie, chęć dowiedzenia swojej niewinności, powstrzymuje go przed takim krokiem.

W ten sposób udało się Felsowi uspokoić nieco obie kobiety. Po chwili skierował rozmowę na temat samego zabójstwa i odpowiedzialności obwinianego.

— Mecenas Holzinger zeznał, że między pierwszą a wpół do drugiej w nocy przebywał w kawiarni „Grabencafé” i stamtąd udał się do domu. Niestety kelnerzy nie potwierdzili tego zeznania, co oczywiście nie działa na jego korzyść. Pan Holzinger ma własny klucz do domu, więc dozorca nie może nic powiedzieć na temat pory jego powrotu. Miałoby to ogromne, decydujące znaczenie, gdyby udało się odnaleźć jakiegoś świadka, który go widział w tym czasie w kawiarni albo podczas drogi do domu. Komisarz Bär, który prowadzi wstępne śledztwo, jest najsolidniejszym, najuczciwszym i najbardziej skrupulatnym detektywem, jakiego moglibyśmy sobie życzyć. Mimo tego, w tym przypadku może mu się nie powieść, jak każdemu innemu detektywowi. Oczywiście nie zamierza on używać policyjnych sił i środków, aby zapewnić obwinionemu alibi. To my musimy działać i wykorzystać wszelkie możliwe metody.

Elsbeth zaczerwieniła się lekko.

— Powiedział pan „my”, panie redaktorze, a więc mogę widzieć w panu naszego sprzymierzeńca?

— Ależ oczywiście, całkowicie i bez żadnych wątpliwości, moja panno! Zrobię wszystko, co możliwe, z pełnym zaangażowaniem, aby tylko wyciągnąć go z tych tarapatów!

Przygotowali następujący plan, który powstał w głowie dziennikarza i który zrealizować miała panna Volkmar. Elsbeth posiadała przy sobie fotografię swojego narzeczonego. Z tym, nad wyraz udanym zdjęciem miała ona udać się do redakcji wszystkich wiedeńskich gazet i czasopism z prośbą o zamieszczenie ogłoszenia. Obok zdjęcia Holzingera widniał apel skierowany do osób, które ewentualnie mogły widzieć mecenasa w noc morderstwa na ulicy albo w kawiarni „Grabencafé”. Powinny one zgłosić się do jego matki.

Ogłoszenie przyniosło skutek zaskakująco szybko. Po kilku dniach zjawił się u pani Holzinger pewien kupiec z Grazu, który w noc morderstwa przebywał w kawiarni „Grabencafé”. Pani Holzinger oraz panna Elsbeth Volkmar zaprowadziły go natychmiast do redakcji „Weltpresse”, gdzie odbył rozmowę z Felsem. Dziennikarz sporządził następującą notatkę:


W tygodniu pomiędzy drugim a szóstym lutego przebywałem w Wiedniu. Piątego lutego, po obejrzeniu przedstawienia w teatrze „Komedia”, udałem się do kawiarni „Grabencafé”, gdzie najpierw zjadłem kolację, później przeczytałem gazety i w końcu napisałem kilka listów. Punktualnie pół do drugiej zapłaciłem rachunek, ale pozostałem jeszcze jakiś czas, ponieważ kelner przyniósł mi jedno z czasopism, o które prosiłem wcześniej. Kiedy opuściłem lokal, spojrzałem na zegarek i stwierdziłem, że była dokładnie za piętnaście druga. Przed wyjściem postanowiłem jeszcze zapalić papierosa, ale nie miałem przy sobie zapałek, więc poprosiłem siedzącego tuż przy wyjściu mężczyznę o ogień. Kiedy podziękowałem, mężczyzna, którego twarz widziałem dokładnie, zawołał kelnera, aby zapłacić rachunek.

Kiedy wczoraj czytałem „Interessantes Blatt”, zauważyłem fotografię mecenasa Holzingera. Od razu rozpoznałem, że wygląda on identycznie, jak mężczyzna, którego prosiłem o ogień. Jego historia bardzo mnie poruszyła i bez wahania wyruszyłem dziś rano do Wiednia, aby jak najszybciej spotkać się z panią Holzinger. Bardzo proszę, aby jak najszybciej skonfrontowano mnie z mecenasem Holzingerem.


Wybiło akurat południe, gdy notatka została spisana i Fels zatarł ręce z zadowoleniem. Oczekiwał wielkiego dziennikarskiego sukcesu. Artykuł zatytułowany „Mecenas Holzinger całkowicie niewinny” opisywał relację kupca Aloisa Pichlera. Ukazał się w wieczornym wydaniu „Weltpresse” i opierając się na tej relacji, Fels w ostrych słowach skierował do władz policji żądanie natychmiastowego zwolnienia z aresztu poszkodowanego Holzingera. Następnie wsiadł do samochodu razem z Pichlerem, który stał się w tym momencie bardzo ważnym świadkiem, i pojechał z nim do komendy policji, gdzie urzędował jeszcze Bär.

Komisarz Bär nie zdenerwował się w ogóle, a nawet okazał pewne zadowolenie z faktu, że dzięki zaangażowaniu wszechmocnej prasy doszło do znaczącego postępu w tej sprawie. Natychmiast zawiadomił szefa wydziału bezpieczeństwa, doktora Lechnera, następnie zaś polecił przyprowadzić mecenasa Holzingera, którego nie osadzono jeszcze w areszcie śledczym, lecz w policyjnej izbie zatrzymań. Komisarz Bär rozpoczął konfrontację w bardzo oryginalny sposób. Zadał Holzingerowi jedno pytanie:

— Czy zna pan tego mężczyznę?

Holzinger, blady i przybity szybko doszedł do psychicznej równowagi, przyjrzał się dokładnie Pichlerowi, przetarł ręką czoło, zamyślił się intensywnie i po chwili rzekł:

— Twarz tego mężczyzny wydaje mi się znajoma, ale naprawdę nie wiem, z kim mógłbym ją skojarzyć. Na Boga, tak, teraz przypominam sobie! Przed kilkoma dniami ten mężczyzna prosił mnie o ogień… i o ile się nie mylę, było to w kawiarni „Grabencafé!”

Fels odetchnął z ulgą, Alois Pichler zaśmiał się z zadowoleniem, a komisarz Bär kiwnął głową.

— Tym samym relacja pana Pichlera pokrywa się z pańską. Mogę więc założyć, że zostało udowodnione, iż pan mecenas Holzinger mówił prawdę, twierdząc, że przebywał w kawiarni „Grabencafé” tuż przed drugą w nocy. Jeszcze dzisiejszego popołudnia spotkam się z moim przełożonym i podejmę właściwe w tej sytuacji decyzje.

Bär podziękował Pichlerowi, który wykazał niemały trud i z własnej woli, w imię sprawiedliwości, odbył podróż z Grazu do Wiednia. Wyraził wdzięczność także Felsowi, który podszedł do sprawy rzetelnie i spełnił dziennikarski obowiązek. Kupiec i dziennikarz opuścili komendę, natomiast Holzingera ponownie zaprowadzono do celi.

Rozdział 10

Tego samego wieczora rzecznik prasowy policji poinformował, że decyzją kierownictwa Holzinger nadal pozostanie w areszcie, ponieważ zeznanie kupca z Grazu nie stanowi niezbitego alibi.


Przeciwnie — brzmiał oficjalny komunikat — śledczy wiedzą teraz dokładnie, że Holzinger kwadrans przed drugą w nocy, a więc dokładnie trzydzieści pięć minut przed popełnieniem obu morderstw, poprosił o rachunek i wyszedł z kawiarni, udając się w nieznanym kierunku. Można przyjąć, że kiedy Pichler opuścił kawiarnię, w ciągu następnych pięciu minut uczynił to także Holzinger. W dzielnicy Graben pełno było taksówek i Holzinger mógł skorzystać z jednej z nich, aby udać się w okolice Kastanienstrasse. Zakładając, że jeśli o pierwszej pięćdziesiąt wsiadł do taksówki, to pięć po drugiej mógłby znaleźć się w najbliższej okolicy willi Mabel i pięć minut później stać przed jej bramą. Przestępca dobrze znający tę dzielnicę, nie napotkawszy na żadne przeszkody, nie potrzebowałby nawet dziesięciu minut na popełnienie zbrodni. Nietrudno jest zrozumieć, dlaczego nie możemy teraz zwolnić z aresztu Holzingera. Byłoby to możliwe, gdyby zostało potwierdzone, że Holzinger udał się z kawiarni „Grabencafé” bezpośrednio do swojego mieszkania.


Pomiędzy „Weltpresse” a policją rozgorzała teraz zacięta walka, w której cała wiedeńska opinia publiczna opowiedziała się po stronie gazety. Fels pisał codziennie do wydania wieczornego i porannego polemiczne artykuły, w których używał argumentów opartych na logice i zdrowym rozsądku. Aresztowanie mecenasa Holzingera nazwał ogromną pomyłką kierownictwa policji. Decyzję tę określił jako ciężkie naruszenie praw człowieka. Ponieważ policja nie uznała alibi Holzingera jako wiarygodnego, Fels, aby nie znużyć czytelników i nie pozwolić sobie na utratę zainteresowania opinii publicznej, zajął się konsekwencjami podwójnego morderstwa.


Gdzie morderca ukrył swój łup? — pisał Fels w ogromnym artykule. Załóżmy, że nieszczęsny Holzinger jest zabójcą. Gdzie są więc drogocenne perły, broszki i kolczyki albo dwadzieścia pierścionków, gdzie jest w końcu wyjątkowo piękny szmaragd? U Holzingera nic nie znaleziono. Sprzedać też ich nie mógł. A więc gdzie jest ta drogocenna biżuteria? Czy policja chce wmówić łatwowiernym obywatelom, że ten spokojny, skromny prawnik działał zgodnie z wiedzą przestępczą i razem ze wspólnikami ukrył łup w bezpiecznym miejscu? Nie, policja nie odważy się wydać takiej opinii, ponieważ w aktach sprawy Holzingera, które przedłożył władzom sądu okręgowego przenikliwy i mądry komisarz Heinrich Bär, będzie wyraźnie zaznaczone, że ta ponura zbrodnia została dokonana z powodu przypadkowej reakcji Holzingera na frustracje związane z jego przyszłością. Nagłe natchnienie, desperacki czyn nieszczęśliwego człowieka wyklucza jednak udział wspólników albo współsprawców, podobnie jak i długofalowe przygotowania. Pytam więc raz jeszcze: gdzie rzekomy morderca — Holzinger — ukrył zrabowaną biżuterię? Dopiero wtedy, gdy poznamy odpowiedź na to pytanie, policja będzie miała prawo, aby tego nieskazitelnego, wykształconego człowieka, którego opłakuje stara matka i młoda, wrażliwa narzeczona, traktować jak mordercę.


W innym artykule Fels zajął się samym morderstwem.


Policja powinna doskonale wiedzieć, że zbrodnia w willi Mabel nie może być czynem przypadkowego przestępcy, lecz czynem wyrafinowanego mordercy, który dokonał jej według z góry zaplanowanego scenariusza i sprawdzonych, przestępczych reguł. W jaki sposób „amator” mógłby, o ile mogę użyć w tym przypadku tego słowa, popełnić tak okropną zbrodnię? On raczej w wielkim pośpiechu zaopatrzyłby się w sztylet albo długi, ostry nóż, aby w ten sposób zabić ofiary. Następnie podciąłby im gardło albo wbił nóż prosto w serce. Albo też kupiłby ciężki młotek i rozbiłby czaszki, by być pewnym, że ofiary nie przeżyją. Odnaleziona na miejscu zbrodni krew zawiera specyficzne ślady, które mogą doprowadzić policję do prawdziwego przestępcy. Jej krople pozostają na ubraniu, mogą zdradzić go nawet po upływie wielu miesięcy czy lat. Z kałuży krwi można odczytać odciski palców, a przy tryskającej i rozlewającej się krwi, nawet pozbawiony skrupułów morderca traci zazwyczaj głowę. Im dokładniej ktoś chce usunąć plamy krwi, tym więcej pozostawia śladów, które mogą go bardzo szybko zdradzić.

To wszystko z pewnością wiedział morderca z willi Mabel i dlatego nie zasztyletował ani nie zmasakrował swoich ofiar, lecz je udusił. Akurat ten rodzaj zabójstwa nie pozostawia żadnych śladów. Jak pokazują kroniki kryminalne, mamy tu najprawdopodobniej do czynienia z kimś, kto takiej zbrodni dokonał już wcześniej. „Amator” nie dusi swojej ofiary, ponieważ boi się bezpośredniego kontaktu z nią i nie ma zaufania do swojej psychicznej i fizycznej siły, która, jak sądzi, jest potrzebna, aby objąć szyję i zacisnąć na niej palce.

Dwa fakty nie podlegają najmniejszej wątpliwości:

— Właściwy jest tok rozumowania policyjnych śledczych, którzy sądzą, że jeśli Holzinger popełnił tę zbrodnię, uczynił to bez zastanowienia, działając pod wpływem nagłego impulsu.

— Zbrodnia w willi Mabel została przygotowana i dokonana przez doświadczonego, biegłego w sztuce przestępczej sprawcę i każdy, nawet dziesięcioletni uczeń szkoły podstawowej, może stwierdzić, że punkt pierwszy i drugi nawzajem się wykluczają.

Rozdział 11

Pomimo tak ostrej krytyki wzajemne stosunki dziennikarza i zaprzyjaźnionego komisarza nie zostały w najmniejszym stopniu zakłócone. W dalszym ciągu spotykali się oni wieczorami przy swoim ulubionym stoliku w „Café Central” razem z artystami, pisarzami, historykami i innymi stałymi bywalcami tej kawiarni. Fels, ku ogólnej radości zebranych, głośno komentował swoje artykuły w „Weltpresse” w taki sposób, jak gdyby dotyczyły sprawy, która go w ogóle nie poruszyła. Bär często krzyczał do swego przyjaciela już z daleka:

— Gratuluję ci dzisiejszych wywodów, są one całkowicie logiczne i bardzo zręcznie sformułowane.

Innym razem zarzucał mu pewne braki i błędy myślowe. W ostatnim okresie, a minął już luty i szybko nadeszła połowa marca, komisarz stał się nieco nerwowy. Pewnego razu rzekł do Almy:

— Najpiękniejsza istoto tego świata, chciałbym zaapelować za pani pośrednictwem do naszego wspólnego przyjaciela. Jeśli nadal będzie mnie w ten sposób atakował, to stracę posadę w policji.

W tych wypowiedzianych z dobrego serca słowach dało się także wyczuć nutkę goryczy.

Alma odpowiedziała mu, kręcąc nosem:

— Och, Oskar jest akurat człowiekiem, na którego nie mam żadnego wpływu! Zresztą ostatnio stał się dużo bardziej niż dawniej władczy i wybuchowy. Zastanawiałam się nawet, czy nie powinnam zakończyć tej znajomości. Ale zbyt mocno go kocham, aby dobrowolnie się z nim rozstać i to akurat teraz! — zaśmiała się radośnie piękna kobieta.

— Teraz byłoby to niewłaściwe z mojej strony!

A kiedy spostrzegła zdziwioną minę Bära, rzekła:

— Oskar nic panu nie powiedział? Zapewnił mnie, że jest wielce prawdopodobne, iż wkrótce może zarobić dużą sumę pieniędzy.

W tym samym momencie Fels flirtował z dyrektorową Büxel i dzięki zabawnemu, frywolnemu zachowaniu udało mu się uzyskać najwyższe uznanie u tej rozpieszczonej, wybrednej kobiety. Równocześnie wychwycił kilka ostatnich słów z rozmowy swojego przyjaciela z Almą i odrzekł:

— Alma znowu coś plecie. Z pewnością w odpowiednim czasie poinformuję cię o wszystkim.

Kiedy po północy przyjaciele zostali już sami, Fels nieproszony sam zaczął mówić o sprawie, którą wcześniej poruszyła Alma.

— Tak, drogi stary przyjacielu z wojennych czasów, możliwe jest, a nawet bardzo prawdopodobne, że wkrótce nie będę cię już denerwował moimi artykułami. O ile sprawy potoczą się gładko, moja sytuacja materialna znacznie się poprawi. Na tyle, że będę mógł porzucić dotychczasową pracę i wymierzyć Grubenheldowi zasłużone policzki w jego zapyziałą twarz klowna.

— No, nieźle! Główna wygrana, spadek czy bogata narzeczona?

— Nic z tych rzeczy. Nie mogę ci na razie nic bliższego powiedzieć, ponieważ wiąże mnie tajemnica złożona pewnym osobom. Zostałem zobowiązany pod przysięgą do całkowitego milczenia. Mogę jedynie zdradzić, że sprawa dotyczy transakcji finansowej o olbrzymiej wartości, o jakiej świat jeszcze nie słyszał. Jeśli dojdzie do skutku, a musi się tak stać, otrzymam prowizję, która uczyni mnie bardzo bogatym człowiekiem.

Bez cienia zazdrości Bär wyciągnął ku niemu obie ręce.

— Mój drogi przyjacielu, będę się cieszył z całego serca, kiedy się ona rozstrzygnie i przyniesie ci tyle szczęścia. Dobrze wiem, jak tęsknisz za lepszym życiem i jestem przekonany, że nikt na całym tym świecie nie wykorzysta tego bogactwa lepiej niż ty.

— Tak, to wielka sztuka wydać pieniądze na zachcianki i przyjemności. W takich sprawach mam jednak do siebie pełne zaufanie. Wielki Boże, i jeszcze to — eleganckie mieszkanie ze służbą, przyjmowanie gości, palenie papierosów aż do nikotynowego zatrucia, obdarowywanie pięknych kobiet drogimi prezentami, podróże, kiedy i dokąd się zapragnie, zatrudnienie najlepszego krawca, kolekcjonowanie starych, kosztownych woluminów. Takie oto życie widzę w moich snach! I w końcu, kiedy się przebudzę, pragnę je mieć na wyciągnięcie ręki — to byłoby zbyt piękne!

— Jak już mówiłem, nie ma innej osoby, której życzyłbym tego wszystkiego bardziej niż tobie. Tak, a jeśli jeszcze „Weltpresse” będzie rzadziej mnie atakowało niż ty obecnie, to na pewno będę z tego powodu ogromnie szczęśliwy.

Fels zrobił poważna minę:

— Heinrich, naprawdę dokuczam ci tak mocno? Szkodzę ci poważnie?

Bär uśmiechnął się gorzko:

— Nie! Robisz to, co do ciebie należy, i do tego w przyzwoity, mądry sposób. Lecz moi szanowni przełożeni i pozostali koledzy podsuwają mi każdy twój polemiczny artykuł pod nos, załamują ręce i twierdzą, że sprawą Holzingera zniweczę dobre imię całej wiedeńskiej policji. Nawet główny komendant, który jest rozsądnym i porządnym człowiekiem, powiedział mi dziś:

— Drogi komisarzu Bär, wie pan doskonale, że panu ufam. Ale z przypadkiem Holzingera trafił pan w ślepy zaułek. Sądzę, że w najbliższych dniach należy podjąć ostateczną decyzję. Jeśli puści go pan wolno, będzie to blamaż. Ale przynajmniej będą istniały do tego obiektywne przesłanki. Albo też będzie pan pewny, że zebrał wystarczającą liczbę dowodów i może zakończyć śledztwo, przekazując sprawę prokuratorowi. Ale wtedy on połamie sobie zęby podczas rozprawy sądowej.

— Wiesz, że najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja sam nie jestem niczego pewien i powoli czuję, że wkrótce będę zmuszony uwierzyć w niewinność Holzingera.

— Z pewnością jest on niewinny — powiedział ciepło i zdecydowanie Fels.

— Chciałbym pracować w redakcji „Weltpresse” tak długo, aż Holzinger zostanie zwolniony z aresztu. Choćby dlatego, że wtedy mógłbym napisać piękne pożegnanie, a komendant i reszta tych waszych urzędasów będzie mogła pocałować mnie w…

Rozdział 12

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 47.13