E-book
13.65
drukowana A5
32.95
Powódź

Bezpłatny fragment - Powódź

i inne opowiadania


Objętość:
150 str.
ISBN:
978-83-8104-717-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.95

Gołębie Pana Antoniego

Pan Antoni wypchnął wózek z żoną na podjazd przed domem. Podwórko wybrukowane różową kostką, zalane było słońcem i wszystko zapowiadało pogodną, szczęśliwą sobotę. Minęło zaledwie 3 godziny, od kiedy usłyszał piskliwe, świdrujące …iiiii…, jakim żona go ostatnio budziła, a oto już uporał się ze wszystkim. Wandzia siedziała w wózku czysta, uczesana, pachnąca i najedzona. No, może z tym ostatnim nie było najlepiej, ale poza tym — nic dodać, nic ująć. Wystrojona w białą, odświętną bluzkę, mogła przyjmować imieninowe wizyty. Co prawda, pan Antoni nie spodziewał się nikogo przed wczesnym popołudniem. Wiadomo — sobota, więc dzieci będą chciały dłużej pospać.

Zatrzymał wózek koło ławki pod gruszą, gdzie siadywało się zawsze w pogodne dni.

— Posiedź sobie trochę tutaj, ja zajrzę tam, do gołębnika… — mówiąc to, pan Antoni przybrał bezwiednie zażenowaną minę, choć przecież wiedział, że żona go nie rozumie.

Zarówno sam gołębnik — druciana klatka, przykryta od deszczu spadzistym, drewnianym dachem, jak i znajdujące się wewnątrz ptaki były całkiem świeżym nabytkiem. Para gołębi, siedząca bez ruchu w pewnej od siebie odległości, wydała się panu Antoniemu nieswoja. W istocie, niewiele ubyło z karmidełka doborowej mieszanki, a i woda wyglądała jakby żaden ptak nie zanurzył w niej dzioba.

Od chwili, kiedy gołębie pojawiły się na jego podwórku, pan Antoni nosił w sercu pewien plan. Pragnął wykonać dla swoich ptaków karmnik, jaki widział w telewizyjnym programie przyrodniczym: ptak siadał na dźwigni, dzięki temu otwierała się śluza i porcja pokarmu pochyłą rynienką sypała się do miski. Kto wie, może i jego gołębie nauczą się korzystać z takiego samoobsługowego karmnika? Lecz widok nietkniętego pokarmu oddalił twe rojenia. Pan Antoni otworzył maleńkie drzwiczki gołębnika i ostrożnie wyciągnął bliżej siedzącego ptaka. W jego ręku gołąb momentalnie ożył. Czuło się jak ptak napina mięśnie, jak próbuje rozprostować skrzydła, gotów do lotu, jeśli tylko nadarzy się okazja. Pan Antoni trochę mocniej zacisnął palce.

— Powoli, powoli… Najpierw musicie się przyzwyczaić… — Chuchnął na maleńką główkę gołębia, po czym palcami wolnej ręki przygładził piórka. — Musisz jeść, pić… Musisz być silny… wtedy pomyślimy o lataniu — pan Antoni uniósł ptaka na wysokość oczu. Był to dwuletni samczyk, po czempionach, sam już zaliczył dwa konkursy w tym roku. I chociaż pan Antoni nie do końca rozumiał, o co chodzi z tymi konkursami, to jednak tyle wiedział, że ptak rokuje jak najlepsze nadzieje.

— I jak by cię tu nazwać? Siwek?… Eeee...to dobre dla konia…

Teraz przyszła kolej na ente już oględziny obrączki na ptasiej nodze. Mieszanina liter i cyfr też była zagadką. RP — to zapewne Rzeczpospolita Polska, 1997 to musi być rok wyklucia, ale pozostałe? Trzeba będzie zapytać tego Herberta Kapusty. Może jutro spotkają się znowu pod kościołem? Zeszłej niedzieli pan Antoni po raz pierwszy od wielu miesięcy zdecydował się zawieść żonę na popołudniową mszę. Dla pewności nie wszedł nie tylko do kościoła, ale nawet na kościelny dziedziniec. Przycupnęli sobie tuż za murem. W razie czego, gdyby Wanda zaczęła wydawać swoje dzikie okrzyki, albo gdyby znienacka brzydko zapachniała, można było spokojnie się oddalić. Ale nic takiego się nie stało. Wanda, odurzona słońcem i świeżym powietrzem, przespała całe nabożeństwo z głową opadniętą na jedno ramię.

Podniósłszy się z klęczek po podniesieniu, pan Antoni uchwycił czyjeś uważne spojrzenie. W tej dzielnicy nie znali prawie nikogo, więc trochę go to zaniepokoiło. Tyle się teraz słyszy o bandyckich napadach, zauważy jeden z drugim, że jesteś, człowieku, bezbronny, to w biały dzień, przed kościołem… Nie czekając wiec na sakramentalne: "...idźcie w pokoju Chrystusa…”, pan Antoni ruszył z wózkiem w stronę domu. Ledwie jednak minęli mur, otaczający kościół kiedy ktoś z tyłu zawołał:

— Dzień dobry, panie profesorze!

Pan Antoni, już bliski paniki, nie od razu pojął o co chodzi. A nieznajomy najwyraźniej odwoływał się do czasów sprzed… ilu?… trzydziestu chyba laty, kiedy to on, Antoni, dorabiał sobie jako wykładowca w technikum wieczorowym.

— Pan profesor z matką do kościoła?…

— To jest moja żona, nie matka.

— Eee… no, tak… Czas nikogo nie oszczędza… A taka była szykowna z pani profesorowej kobieta!…

— Żona ma Alzheimera — pośpieszył z wyjaśnieniem pan Antoni. — Choruje tak już od wielu lat, a ostatnio bardzo się pogorszyło… Ale… pan znał moją żonę?

— No przecież przyszła kiedyś po pana… w nocy… Nie pamięta pan, profesorze?

Pan Antoni doznał olśnienia — przecież stoi przed nim jego dawny uczeń, górnik i kandydat na sztygara, Herbert Kapusta we własnej osobie. Przypomniał sobie również ten dzień, a raczej noc, gdy Wanda rzeczywiście przyszła po niego do wieczorowej szkoły. Tego dnia oddał klasie poprawioną kartkówkę, 90% to były niedostateczne. W sali zapadła cisza, widział tylko żylaste ręce oparte na ławkach, ciężkie spojrzenia, jakąś grdykę latającą od przełykanej śliny. W tej ciszy zaczął nowy wykład, pisał przy tym dużo na tablicy i starał się nie odwracać przodem do słuchaczy. W przerwie na korytarzu zawisła gęściejsza niż zwykle chmura dymu od wypalanych nerwowo papierosów. Kiedy wrócił za katedrę, podszedł do niego tenże Herbert Kapusta w towarzystwie dwóch czy trzech kolegów.

„Panie profesorze, chcieliśmy prosić, no… żeby… czy nie można, żeby pan nie wpisywał tych dwój do dziennika… Dużo jest u nas takich co im przez to wyjdzie pała na koniec roku…”

Znowu zobaczył wielkie, sękate, niedomyte łapska, drżące teraz ze strachu. A przecież byli to poważni ludzie, ojcowie rodzin, wielu starszych od niego.

„Dobrze” — zgodził się szybko. — Ale zostaniemy dziś trochę dłużej i jeszcze raz wam wytłumaczę ten dział”.

— Jak myśmy pana wtedy nienawidzili! Już było grubo po północy, a pan wcale nie zamierzał kończyć! A przecież wielu z nas miało iść na poranną zmianę… I wtedy przyszła po pana żona. Taka była ładna, blondyneczka, no, po prostu anioł, który przyszedł nas wybawić! Byliśmy pewni, że pan zaraz nas zwolni. Ale pan posadził żonę w pierwszej ławce i jeszcze przez pół godziny tłukł nam do łbów o pierwiastkach.

Pan Antoni uśmiechnął się na to wspomnienie.

— No, co? ma pan do mnie ciągle o to żal?

— Nie, no jakże to?… Opłaciło się. Dzisiaj jeszcze umiem matematykę wnukom wytłumaczyć.

Po tamtej nocy pan Antoni zbliżył się nieco z Herbertem Kapustą. W każdym razie rozmawiali kilka razy na różne tematy, również o gołębiach. Górnik szybko „rozpracował” tę skrywaną namiętność profesora matematyki.

Pan Antoni był tutaj obcy. Miał 18 lat, kiedy w wyniku wojennych perypetii zamieszkał w mieście wraz z rodzicami i rodzeństwem. Przybyli tu z terenów rozległej, z lekka pagórkowatej zieleni. Od razu znienawidził rzeczywistość górniczego miasta, ciasnotę dusznych ulic. Nienawidził czarnego pyłu osiadającego wszędzie, a z drugiej strony — nie znosił białych kolan kobiet, pucujących bezustannie szyby w smutnych kamienicach.

Początkowo nie miał tu prawie nic do roboty. Całymi dniami biegał po mieście, walcząc co chwila z przykrym wrażeniem, że zaraz uderzy czołem w ścianę domu po drugiej stronie ulicy. Daremnie szukał otwartej przestrzeni.

Drażniła go też mowa miejscowych — niby zrozumiała, a jednak całkiem obca, gdy tak gardłowali między sobą, powłócząc nogami po szychcie.

I tylko jedno godziło wtedy pana Antoniego ze światem: sobotnie oblatywanie gołębi. Śledząc lot wypuszczonych na swobodę ptaków mógł zadrzeć głowę tak wysoko, że tracił z oczu dachy kamienic, kopalniane szyby, a nawet kominy fabryk.

Mógł sobie wyobrazić, że wystarczy spojrzeć tylko odrobinę niżej, a zobaczy się kępę drzew na Wzgórzu Trzech Krzyży i taflę jeziora pod spodem, że wszystko jest jak dawniej — śledzi po prostu lot ptaków tam, u siebie!

Potem był pierwszy rok na politechnice i ucisk w gardle, gdy pytał: „Czy mogę panią prosić?” na studenckim balu. Dziewczyna była śliczna, onieśmielająca swoim blaskiem. Cały czas utrzymywała między nimi pełen rezerwy dystans, pozwoliła się jednak odprowadzić do domu. Pod bramą zapytał: — „Jak pani na imię?” — „Wanda”. I to było wszystko, co zapamiętał z ich pierwszego spaceru. Patrzył na jej gładką cerę, delikatne ręce, na elegancję popielatej sukienki, widział jak się porusza, jak z lekkim skinieniem głowy mówi mu „dobranoc” i zdawał sobie sprawę, że to zuchwalstwo sięgać po księżniczkę. Właściwie nie mógł się nadziwić za każdym razem, gdy — z wahaniem, ale jednak — godziła się na kolejne spotkania.

Za trzecim, czy czwartym razem został zaproszony do domu. Matka Wandy, „wrześniowa” wdowa po pułkowniku, była piękną kobietą, pachnącą zagadkowymi perfumami. Widząc jego, Antoniego skrępowanie, uśmiechała się zachęcająco. Usiedli we trójkę do stołu. Po chwili przyszedł ktoś — rotmistrz Kowalski, przyjaciel domu. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo jest nie na swoim miejscu i co chwilę walczył z chęcią natychmiastowej ucieczki. „Proszę nam coś opowiedzieć o sobie” — to zdanie pułkownikowej ostatecznie przygwoździło go do krzesła. Opowiadał, z trudem dobierając słowa, a pułkownikowa i rotmistrz od czasu do czasu wymieniali spojrzenia. Wanda zdawała się całkowicie pochłonięta rozkładaniem serwetki na kolanach, daremnie prosił ją spojrzeniem o ratunek. Wiedział aż nadto dobrze, że zdaje tu swego rodzaju egzamin. W pewnym momencie przyłapał spojrzenie pułkownikowej utkwione w kieliszku, który trzymał w ręce. Nie, nie w kieliszku, w jego ręce właśnie. Brud za paznokciami! W jego rodzinie nikt się tym specjalnie nie przejmował, ale tutaj… Resztę obiadu przesiedział z udręką w sercu. Jeszcze tylko pocałować pułkownikową w rękę na pożegnanie i będzie po wszystkim. — „Miło było pana poznać, panie Antku. Bo chyba mogę tak do pana mówić?” — To było znowu jak fajerwerk szczęścia. — „Wandzia i ja będziemy pana z radością gościć w naszym domu. Prawda córeczko?” Wanda skinęła głową z lekkim uśmiechem.

Wracał do domu pijany ze szczęścia. Bywał tam jeszcze wielokrotnie. Upierścieniona dłoń pułkownikowej nakładała mu ciasto na talerzyk, rotmistrz pogwizdując, rozdawał karty, aby później w odpowiedniej chwili sięgnąć po butelkę koniaku i przyjrzawszy się najpierw trunkowi pod światło, nalać odrobinę do pękatych kieliszków.

Mimo to sprawy z Wandą słabo posuwały się do przodu. Dziewczyna zatoczyła wokół siebie jakiś magiczny krąg, którego w żaden sposób nie można było przekroczyć, a równocześnie nie pozbawiała go nadziei. Czuł się jak zdobywca, ilekroć udało mu się musnąć ustami jej włosy na pożegnanie.

Dopiero po wielu latach zrozumiał, że w tej grze to on był zwierzyną, myśliwymi zaś tamci, zwłaszcza pułkownikowa i rotmistrz Kowalski. Pewnego razu matka Wandy, będąc świadkiem rozmowy młodych, wykrzyknęła zdumiona: — „Więc wy ciągle jesteście na pan-pani? Ależ Wandziu, jak tak można?…” — „Łatwo temu zaradzić!” — Rotmistrz znacząco przymrużył oko i pstryknął palcami w szkło butelki z nalewką. Zażenowanej Wandzie nie pozostało nic innego, jak zaproponować bruderszaft. Wypili, a kiedy przyszło do rytualnego pocałunku, poczuł nagle przypływ tak gwałtownego pożądania, że wydało mu się to niemal jakąś niestosownością wobec tej dziewczyny.

Jeszcze tego wieczoru, w mrocznym przedpokoju, w zaduchu wiszących tu płaszczy poprosił Wandę o rękę. Jak gdyby tylko w ten sposób można było zmazać jego „winę”. Oczekiwanie, że rzuci mu się na szyję z radosnym „tak” było jak czekanie na cud, który, rzecz jasna, się nie zdarzył. Nie zgodziła się, ale też, swoim zwyczajem, nie odebrała Antoniemu nadziei. Minęło jeszcze kilka miesięcy, zanim pozwoliła mu iść z bukietem do mamy.

Został przyjęty bez większych ceregieli. („Cieszę się, że Wanda będzie miała w panu oparcie w tych ciężkich czasach… Podobnie jak pańska rodzina, my też, panie Antku, jesteśmy rozbitkami, powinniśmy się wspierać…”).

Przypomniał sobie ranek, dzień ślubu. Dosłownie pękał z dumy, strojąc się przed lustrem w pożyczony garnitur. Oto on, syn skromnego rzemieślnika, jako pierwszy w rodzinie zrobił maturę, rozpoczął studia, a teraz — zdobył taką dziewczynę! Ojciec pomagał mu wiązać krawat, nie wypuszczając papierosa z ust. Od czasu do czasu, przymrużywszy oczy, rzucał jakąś ironiczną uwagę, lecz Antoni dobrze wiedział, że ojciec również jest z niego dumny, a żartem usiłuje tylko zamaskować pełne niedowierzania wzruszenie. W wynajętej dorożce, w otoczeniu rodziny, Antoni przeżywał jeszcze chwile katuszy: a może tamci po prostu zakpili sobie z niego? Lecz nie, oto ona, Wanda, cała w bieli, jego dziewicza narzeczona, już czeka.

Wkrótce potem doszło do drugiego ślubu: cicho i niemal ukradkiem pobrali się rotmistrz Kowalski i pułkownikowa. W parę tygodni później oboje przedostali się na Zachód przez zieloną granicę. Stało się to niemal w ostatniej chwili przed falą aresztowań, która zagarnęła wielu kolegów rotmistrza z przedwojennej armii. Obiecywana przez teściową pomoc długo nie nadchodziła, tak że Antoni szybko musiał podjąć pracę i przenieść się na zaoczne studia. Rychło wyrugowano ich z mieszkania, które dotąd zajmowała pułkownikowa. Z dwoma walizkami i płaczącą Wandą w ósmym miesiącu ciąży wylądowali w maleńkim pokoiku w hotelu robotniczym.

Mimo to długo jeszcze utrzymywało się w Antonim to rozpierające poczucie dumy. Każdego ranka budził się kompletnie szczęśliwy, chociaż poprzedniego dnia miał zwykle aż nadto okazji żeby się przekonać jak bardzo nie pasuje do wyobrażeń swojej młodej żony. Wiele tych upokorzeń, których zaznał od Wandy, przyjmował jako coś oczywistego, co mu się należało jako człowiekowi „bez wychowania”, który potrafi zasnąć w teatrze podczas „Hamleta”, albo na przyjęciu wyjeść cały zapas czekoladowych ciasteczek. Tak, był prostakiem, parweniuszem, co to tylko dzięki dziwnemu splotowi okoliczności ośmielił się sięgnąć po księżniczkę i — o zgrozo! — dostał ją.

Trzeba przyznać, że Wanda „wychowywała” go w białych rękawiczkach. „Ty chamie, słoma ci z butów wystaje, znowu zachowałeś się jak nieokrzesane bydlę…” — nie, to było nie do pomyślenia. Wanda cierpiała, a on był przyczyną tego cierpienia. Zbolała mina, migrena, łzy, wreszcie — ataki duszności, to był jej, jakże skuteczny arsenał. Kiedy zamykała się w zaciemnionym pokoju, natychmiast biegł do niej aby klęcząc przy tapczanie pokajać się najszczerzej za grzechy, których, bywało, do końca nie rozumiał. Przez długie lata robił to dla niej, swojej dziewiczej narzeczonej. Starał się ze wszystkich sił, żeby była zadowolona. Potem robił to już tylko dla świętego spokoju, żeby oszczędzić sobie dalszych upokorzeń. Z czasem dość dobrze nauczył się poruszać tak jak ona sobie tego życzyła, odgadywać jej pragnienia. Opanował role inżyniera, męża kobiety z klasą, ojca ich wspaniałych dzieci w stopniu wystarczającym.

Wobec dzieci Wanda stosowała ten sam, łagodny terror. Z tą tylko różnicą, że one, mimo wszystko, korzystały z większej wolności. To rozumiało się samo przez się, że dzieci należą jednak do świata, a mąż — wyłącznie do niej. „Mama znowu przybiera pozy umierającego łabędzia” — zauważyła kiedyś ich rezolutna córka, Zuzanna. Ile miała wtedy lat, 12, 13? Syknął wówczas zgorszony, lecz później często przychodziło mu na myśl to porównanie, na które sam nigdy by się nie odważył, nawet w myślach. Gdy dzieci podrosły, coraz częściej musiał spełniać rolę bufora, o który rozbijała się pierwsza fala niezadowolenia. Bólu z powodu złych manier dzieci, ich nieczułości, niepojętej obcości. Musiał więc nauczyć się również mediacji, a właściwie — „naganiania” dzieci do przeprosin i hołdów.

A przecież był w ich życiu okres kiedy na chwilę wszystko nabrało właściwych proporcji. Wanda zachowywała się wtedy jak oddana, kochająca żona, pełna podziwu dla swojego posiwiałego przez te wszystkie lata mężczyzny. Wszelkie żale, histerie, niespełniona nadzieje gdzieś się rozwiały. Idąc u boku Herberta Kapusty, pan Antoni uświadomił sobie, że zaczęło się to właśnie wtedy, tamtej nocy w szkole wieczorowej dla pracujących.

Rzeczywiście zdarzyło się tak jak to zapamiętał dawny uczeń — tuż po północy żona, zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością pana Antoniego, przyszła po niego do szkoły. Weszła tak po prostu na salę pełną półprzytomnych ze zmęczenia mężczyzn i z uśmiechem na ustach przypomniała profesorowi która godzina. Lecz pan Antoni zdawał się ją zaledwie dostrzegać. Głosem nie znoszącym sprzeciwu poprosił żeby usiadła. „Jeszcze nie skończyliśmy. Bądź tak dobra i zaczekaj chwilę” — powiedział, po czym przez pół godziny jeszcze miotał się między tablicą a katedrą, tłumacząc osłupiałym słuchaczom tajniki pierwiastkowania.

Pchając teraz wózek ze zdemenciałą żoną, pan Antoni zapytywał sam siebie jak to było możliwe, że tak się jej wtedy, jeden jedyny raz, przeciwstawił. Zrobił to zupełnie bezwiednie, a ona, również bezwiednie, podporządkowała się jego woli. Wracali potem do domu przez puste, uśpione ulice. On opowiadał jej o czymś, żywo gestykulując. Ona zerkała na niego od czasu do czasu i nie było to jej zwykłe, taksujące spojrzenie. Parę razy roześmiała się i wzorem nastolatek — wzięła go za rękę. Ścisnął mocniej jej dłoń i przyrzekł sobie, że już jej nie wypuści. Zaraz, czy to nie w czasie tej właśnie, krótkiej nocy został poczęty ich najmłodszy, Zdzichu?

Ten dziwny, pełen szczęścia stan, kiedy Wanda śpiewała przy codziennym sprzątaniu i ani raz nie rozbolała jej głowa, trwał jakieś dwa czy trzy miesiące. W ich kamienicy mieszkało w tamtym czasie kilka górniczych rodzin. W podwórzu stało parę gołębników, w tym jeden pusty od czasu śmierci właściciela. Przyjacielskie rozmowy z Herbertem Kapustą przypomniały panu Antoniemu jego młodzieńczą fascynację. Herbert, nieco starszy od profesora, szybko zrozumiał jak można sprawić mu przyjemność. Skrzyknął się z innymi jeszcze kolegami z wieczorowej szkoły i zaproponowali matematykowi po parze dobranych gołębi. Pan Antoni bronił się jak lew, wietrząc w całej sprawie łapówkę. „Porozmawiamy po rozdaniu świadectw!” — opędzał się. Ale nie było żadnej specjalnej rozmowy — w ostatni dzień nauki przynieśli po prostu klatkę z czterema parami gołębi. „To zamiast kwiatków” — stwierdzili rzeczowo i już ich nie było. Pan Antoni wracał do domu w radosnym nastroju. Snuł plany: czym będzie karmił gołębie, jak je nazwie, jak zarazi syna miłością do ptaków, jak sobie będą razem przy nich chodzić, opowiadać… Rozmowa z wdową po właścicielu pustego gołębnika była jedynie formalnością. („Oczywiście, panie inżynierze, stary bardzo pana szanował, ucieszyłby się…”). Dobry nastrój ostatnich tygodni jeszcze się wzmocnił. Bo też co to będzie za frajda kiedy już podchowa swoje gołębie i będą śledzić lot ptaków…

Takie wyobrażenia kołysały go do snu a następnego dnia w fabryce nie mógł się doczekać trzeciej. Toteż widok otwartych drzwiczek i pustego gołębnika powalił go z nóg.

— Hultaje!… Łobuzy!… Że też rodzice!… — dosłownie dusił się ze złości.

— Panie inżynierze, panie inżynierze!… — dogoniła go wdowa po górniku. — To nie dzieciaki, to żona pana wygoniła gołąbki, widziałam…

Sam nie wiedział jakim sposobem dotarł po schodach do mieszkania. Wanda, jak zwykle, cmoknęła go w policzek na powitanie. — Już podaję, umyj tylko ręce!

Poszedł za nią do kuchni, chowając zaciśnięte pięści w kieszeniach spodni. Po raz pierwszy był gotów ją uderzyć.

— Dlaczego… — wycharczał — gołębie… Zwabione tym dziwnym dźwiękiem wydobywającym się z jego gardła, do kuchni zajrzały dzieci.

— Ależ Tosiu! Gołębnik to dobre dla górnika! No nie, naprawdę!, inżynierowi to w żaden sposób nie uchodzi!… Dzieci, siadamy do stołu!

Nie, nie mógł jej uderzyć. Była jego księżniczką, matką jego dzieci, i przecież — znowu była w ciąży. Nie mógł nawet zmusić swego głosu do krzyku: — Żądam, żebyś na przyszłość!… Zamiast tego opadł na swoje stałe miejsce przy stole, na którym parowała już waza z zupą. Unikał wzroku dzieci, które spoglądały na niego z jakąś nową, nieznaną ciekawością. Coś się skończyło, w jednej chwili stracił swoją niedawno zdobytą pozycję w tym domu.

Nie odzyskał jej już nigdy więcej. Zdobył kierownicze stanowisko w swojej fabryce, wybudował dom na przedmieściu (co prawda — głównie dzięki spadkowi po teściach), wykształcił dzieci, lecz wszystko to ani na jotę nie zmieniło ich wzajemnych z Wandą stosunków. Dopiero jej choroba przyniosła radykalną odmianę.

Pan Antoni uświadomił sobie, że wciąż idzie obok spotkanego po latach Herberta Kapusty, który uruchomił całą tę lawinę wspomnień. Tymczasem tamten cały czas coś opowiadał, zdaje się, o sobie.

— … już dwa lata minęło! Ale cóż, żyje się dalej… Ja jestem taki emeryt jak z tej piosenki za naszej młodości: „…fajeczka — gołąbeczek, ławeczka — ogródeczek…” Nie narzekam… A właśnie, jak tam gołąbki, hoduje pan jeszcze, profesorze? Nie? Tamte, cośmy je panu podarowali, wszystkie do nas wróciły. Co się stało?

— Dzieci zaglądały do gołębnika pod moją nieobecność i nie zamknęły drzwiczek…

— No, ale trzeba było przyjść, odebrać… myśmy czekali.

— Chciałem, ale zaraz na drugi dzień musiałem wyjechać w delegację, a potem mieliśmy wykupione wczasy w FWP… i tak jakoś się złożyło — pan Antoni łgał jak z nut.

— Jak pan chce, panie profesorze, to mogę parkę ofiarować. Wiem jak pan lubi gołąbki, a teraz będą dla pana jak znalazł. No co? Umowa stoi?

Wziął adres i już w dwa dni później przed domem pana Antoniego pojawiła się biała toyota corolla.

— Takim teraz jeżdżę — objaśnił Herbert Kapusta, widząc zainteresowanie gospodarza. — A pan, profesorze? — rozejrzał się po podwórku w poszukiwaniu samochodu.

— A ja mam taki pojazd! — roześmiał się pan Antoni, poklepując inwalidzki wózek żony.

Herbertowi towarzyszył szesnastoletni na oko chłopak, wnuk, jak się szybko wyjaśniło. Wyrośnięty i niezgrabny, przypominał panu Antoniemu samego siebie sprzed lat, kiedy to gburowatością pokrywało się paraliżującą nieśmiałość.

Oprócz obiecanych ptaków przywieźli ze sobą również drucianą klatkę na gołębnik. Zaraz też zamontowali ją we wskazanym przez pana Antoniego miejscu w kącie podwórka.

Chłopakowi najwyraźniej żal było rozstawać się z gołębiami, ale cóż — dziadek kazał i nie było nic do gadania. Stara, dobra szkoła, pan Antoni w duchu podziwiał swojego byłego ucznia.

Cała ta sprawa z nowymi gołębiami miała dla pana Antoniego dziwny, dawno już zapomniany smak owocu zakazanego. Ilekroć zbliżał się do gołębnika, tyle razy spoglądał zawstydzony na żonę. A przecież Wanda niewiele już rozumiała z tego świata i na pewno nie mogła mu niczego zabronić.

Tak się złożyło, że mimo wybudowanie obszernego domu, na starość pozostali w nim sami. Dzieci urządziły się gdzieś indziej. Średni Piotrek zamieszkał w ogóle w innym regionie kraju. Zuzanna i Zdzichu ze swoimi mieszkali wprawdzie niedaleko, ale przyjeżdżali coraz rzadziej. Wertując stare czasopisma dla hodowców, pozostawione przez Herberta Kapustę, pan Antoni roił sobie po cichu, że teraz wszystko się zmieni. Miał nadzieję zarazić wnuki swoją miłością do ptaków. Dzieci Piotra i Zuzanny nie wchodziły już raczej w grę — były „za stare”, zajęte szkołą, randkami i komputerem. Lecz sześcioletni Krzyś, syn Zdzicha, zdawał się rokować wielkie nadzieje. Pan Antoni już sobie wyobrażał jak podnosi małego do góry aby mógł zobaczyć wnętrze gołębnika, jak opowiada mu o ptasich obyczajach, jak wspólnie cieszą się z pierwszych, złożonych w gnieździe jajek, jak potem… Pan Antoni bezwiednie podniósł rękę do góry takim gestem kiedy się chce pogłaskać dziecko po głowie. Na co dzień starał się o tym nie myśleć, lecz brak kontaktu z wnukami przyprawiał go czasem o fizyczne niemal doznania. — Zupełnie jak ssanie w żołądku — pomyślał, wspominając równocześnie niedawną wizytę starego i młodego Kapusty.

Lecz teraz nareszcie wszystko się miało odmienić. Najlepszą okazją do ułożenia stosunków na nowo wydawały się właśnie imieniny żony i wizyta dzieci z wnukami. Był pewien, że Zuzanna, Zdzisiu i Piotrek pamiętają o tych imieninach, nie na darmo przecież przez cale lata pilnował, aby w tym dniu uczcili matkę z całym, należnym ceremoniałem. W lodówce czekał już kupiony wczoraj tort i chłodziło się wino.

Żona poruszyła się niespokojnie, więc pan Antoni odłożył gołębia do klatki i wrócił spiesznie do wózka. Godziny wlokły się w nieskończoność. Po południu zachmurzyło się trochę, więc wrócili do domu. Cisza aż dzwoniła w uszach lecz nie włączył nawet telewizora. Od czasu do czasu wyglądał tylko przez okno — może już nadjeżdżają?

Wiedział, że Wanda musi być głodna, ale odwlekał jak mógł jej karmienie. Była to bowiem cała, pogarszająca się z dnia na dzień gehenna. Żona palce miała już tak wychudzone, że obrączka zsunęła jej się z palca i z brzękiem upadła na podłogę. Podnosząc ją przypomniał sobie gołębie, które również nie chciały jeść.

W końcu założył chorej ogromny, ceratowy fartuch pod szyję, sięgnął po łyżeczkę i wtedy rozdzwonił się telefon. Najpierw Piotr: — Nie, nie jedziemy. Samochód trochę szwankuje, strach wybierać się tak daleko… Ale pamiętamy, pamiętamy! Jak tam z mamą, wciąż bez zmian? No cóż, ucałuj ją od nas wszystkich. Trzymaj się, tato!

Potem Zuzanna: — Przepraszam cię, tatusiu, ale nie możemy… Mam niespodziewany dyżur w szpitalu. Poza tym — dzieci kują do egzaminów. Jak tam mama? Czy te proszki, które dałam, są skuteczne? (Chodziło o tabletki nasenne, dzięki którym Wanda, a co za tym idzie, również pan Antoni, mogli przespać całą noc). Złóż jej nasze najserdeczniejsze… W przyszłym tygodniu postaram się do was wpaść. Pa!

Na końcu Zdzisiu: — Posłuchajcie co Krzyś chciał powiedzieć! — w słuchawce rozległ się dziecinny, solenny głosik: — Du-żo szczęś-cia i sło-dy-czy dro-giej bab-ci Krzy-siu ży-czy… Było to tak sztuczne i wyreżyserowane, że panu Antoniemu dreszcz zgrozy przeszedł po plecach, choć przecież przed laty sam był autorem takich sytuacji.

— Dlaczego po prostu nie przyjedziecie?

— Eeee… to cala wyprawa, trudno nam tak…

— Naprawdę nie możecie przyjechać na imieniny matki?!

— Wybacz tato… Mama i tak nic z tego nie rozumie… A powiem ci szczerze — dzieci się jej po prostu boją!

— Nie powinniście…

— Co, co „nie powinniśmy”? — Pan Antoni chciał powiedzieć, że nie powinni wychowywać dzieci w przekonaniu, że wszystko na tym świecie idzie gładko, ładnie i przyjemnie. Że trzeba pokazać dzieciom również starość, brzydotę i cierpienie, ale zanim to w myślach sformułował, już ugryzł się w język. Odłożył słuchawkę na widełki tak powoli jakby ważyła kilka kilogramów. Potem podgrzał na gazie papkę z bułki i mleka i przystąpił wreszcie do karmienia żony.

Przed wieczorem wypogodziło się trochę i znowu wyprowadził wózek z Wandą do ogródka. Długo patrzył na siedzącą w gołębniku, osowiałą parę ptaków. W końcu podszedł, otworzył drzwiczki i wygarnął z wnętrza obydwa gołębie. Chwilę trzymał je jeszcze w dłoniach, czując oszalałe bicie ptasich serc. Potem podrzucił je do góry i — zadarłszy wysoko głowę — patrzył jak znikają za dachami sąsiednich domów.

— Stało się tak jak chciałaś — powiedział w stronę siedzącej bez ruchu żony. — Już mnie nie interesują.

Joanna

Podjąwszy postanowienie, Joanna z niecierpliwością czekała aż wszyscy wyjdą z domu i zostawią ją samą. Poranna krzątanina zdawała się nie mieć końca i kiedy Agata, dosłownie zza drzwi wróciła jeszcze po jakiś zapomniany drobiazg, jej matka o mało nie krzyknęła ze zniecierpliwienia. Zacisnęła pięści tak mocno, że aż zbielały jej kostki. W popłochu wetknęła ręce w kieszenie szlafroka, jakby bojąc się, że ją zdradzą. Wychodząc wreszcie, Agata rzuciła matce krótkie spojrzenie.

— Dobrze się czujesz? — To zainteresowanie córki było dość niezwykłe i w innych okolicznościach na pewno przyprawiło by ją o zdumienie. Ale teraz chodziło tylko o to aby pozbyć się dziewczyny z domu, więc Joanna uśmiechnęła się pogodnie.

— Nic mi nie jest… A ty idź już wreszcie bo się spóźnisz do szkoły!

Kiedy za Agatą zamknęły się ostatecznie drzwi, oparła się o nie zmęczona jak bokser po walce. Po nieprzespanej nocy kręciło jej się w głowie. Mimochodem zerknęła w bok do lustra i zarejestrowała swoje żałosne odbicie: nieświeży szlafrok, rozczochrane włosy, podkrążone oczy. Ten widok sprawił jej jakąś przewrotną, mściwą satysfakcję. Coś jakby: „oto patrzcie jak wygląda zdradzana żona, która ma za sobą dziewiętnaście lat małżeństwa i potworną Noc Prawdy!” Teraz prosto do apteczki w łazience. Jak to było w tym filmie z MM? „Najlepszym przyjacielem dziewczyny są brylanty.” Najlepszym przyjacielem czterdziestoletniej baby są tabletki. Żeby po nie sięgnąć musiała wejść na sedes. Marek, wieszając półki w łazience nie wziął pod uwagę jej wzrostu, tak jak często w ostatnich latach nie brał jej osoby pod uwagę w swoich rachubach.

Usiadłszy na klapie Joanna zrobiła błyskawiczny remanent. Nie było tego wiele –zaledwie kilka tabletek relanium niewiadomego pochodzenia. Kryzys finansowy dotknął również ich apteczkę — Joanna dopiero teraz zauważyła jak bardzo skurczyła się jej zawartość. Cholerne pieniądze! Gdyby nie one, w dalszym ciągu o niczym by nie wiedziała! Oparła głową na pralce. O Boże, jak to było dobrze! Ten nieciekawy, niepiękny, pełen niedomówień, ale jednak — spokój.

A może wszystko to jej się przyśniło? Nie, jednak nie. Wymacana w kieszeni szlafroka, zmięta karteczka okazała się koszmarną rzeczywistością. Rozprostowała ją na pralce, wygładziła załamania i po raz kolejny przeczytała: ”Dobrze, postaram się przyjechać. Ale nie mogę zostać do soboty, teściowa przyjeżdża. Nie wychodź po mnie. Całuję cię tak jak lubisz. B.” I bez tego „B” Joanna nieomylnie rozpoznała autorkę. Basia była ich dobrą znajomą, nieomal przyjaciółką, jedyną naprawdę życzliwą osobą w całym otoczeniu. Teraz okazuje się, że raczej „życzliwą”. A przecież z Barbarą i jej mężem spotykali się od lat. Nie były to częste wizyty, ale Joanna bardzo je lubiła. Lubiła Basi żywiołowość, gadulstwo a nawet odrobinę rubaszne poczucie humoru, które wprowadzały tyle ożywienia do ich aż nazbyt spokojnego domu! Nawet Agata opuszczała wtedy na chwilę jaskinię swojego pokoju i zdawała się słuchać tamtej z przyjemnością.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 32.95