E-book
29.93
drukowana A5
57.62
Potrójna Symulacja

Bezpłatny fragment - Potrójna Symulacja


Objętość:
310 str.
ISBN:
978-83-8440-013-5
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 57.62

„Kwantowa świadomość, niepewność istnienia?

W bitach zapisany, nadal jest człowiekiem?

Algorytm co w materii szuka zapewnienia?

Istnienie zapełni, grozą czy uśmiechem?

Gdzie dwa sposoby myślenia, szukają wolności.

Tam człowiek się kończy, we wspólnej całości.”

Prolog

Daniel nigdy nie należał do ludzi przesadnie towarzyskich, ale samotność nie czyniła go ponurym. Wręcz przeciwnie — posiadał niezwykłe poczucie humoru i dystans do samego siebie, a w sytuacjach kryzysowych potrafił znaleźć pozytywy tam, gdzie inni widzieli tylko katastrofę. To właśnie dzięki tej lekkości radził sobie w świecie, który rzadko bywał łaskawy.

Całe życie ciągnęło go ku elektryce — ku światłom, iskrom i obwodom. Od dziecka fascynowało go, jak prąd potrafi ożywiać martwe maszyny. W niewielkim warsztacie ojca na obrzeżach miasta spędzał całe dnie. Zapach rozgrzanego metalu, deszcz iskier z lutownicy, tajemnicze wnętrza zepsutych urządzeń — to był jego świat. Z czasem nauczył się rozumieć maszyny w sposób niemal magiczny. To, czego inni uczyli się latami, on pojmował instynktownie. Prowadził z nimi bezgłośne dialogi — dotykał przewodu i wiedział, gdzie tkwi problem, spojrzał na układ i widział przepływ prądu jak rzekę energii. Te właśnie cechy — intuicja techniczna granicząca z jasnowidzeniem — otworzyły przed nim drzwi do jednej z najbardziej prestiżowych prac, jakie mógł otrzymać elektryk: stanowiska głównego inżyniera systemów na orbitalnej stacji kosmicznej. Ale zanim to nastąpiło, były studia.

Studia techniczne miały to do siebie, że przyciągały najróżniejsze typy ludzi: od wiecznych kujonów, którzy z notatkami nie rozstawali się nawet w toalecie, po takich, co traktowali laboratoria jak okazję do eksperymentów w stylu „a co się stanie, jeśli podłączymy to odwrotnie?”. Daniel, jak zwykle, balansował gdzieś pomiędzy. Solidna wiedza połączona z kreatywnością, która czasem wprawiała wykładowców w osłupienie.

Pewnego dnia, podczas zajęć z elektrotechniki, miał zaprezentować swój projekt prostego stabilizatora napięcia. W teorii rzecz banalna: kilka rezystorów, tranzystor i dioda Zenera. W praktyce jednak Daniel postanowił „ulepszyć” projekt. Rezultat? Układ nie tylko stabilizował napięcie, ale także emitował różne tony w zależności od parametrów pracy.

— Panie Cister — profesor Stalewski zmierzył go lodowatym spojrzeniem spod krzaczastych brwi — to miał być stabilizator napięcia, nie pozytywka.

— Ale proszę zobaczyć, panie profesorze, jaki to praktyczny dodatek! — odparł Daniel, całkiem poważnie. — Gdy układ działa poprawnie, gra. Gdy działa źle, fałszuje. To najlepsza metoda diagnostyczna dla studentów z wadą wzroku. W tym momencie z głośnika rozległ się dźwięk przypominający połączenie alarmu pożarowego z miauczeniem kota. Cała sala wybuchnęła śmiechem.

Profesor Stalewski przez chwilę mierzył Daniela wzrokiem, jakby kalkulował, czy bardziej opłaca mu się wyrzucić studenta za drzwi, czy docenić pomysłowość.

— Zaliczone… — westchnął w końcu, notując coś w dzienniku — ...choć nietypowo. Ale proszę mi oszczędzić symfonii podczas egzaminu końcowego.

Innym razem cała grupa laboratoryjna stanęła przed kryzysem. Awarii uległa tablica rozdzielcza w akademiku — światła zgasły, komputery umilkły, a lodówki przestały chłodzić. Panika była tym większa, że na wieczór zaplanowana była legendarna już impreza integracyjna.

— Bez prądu nie będzie muzyki! — zawodził Tomek z trzeciego roku. — Ani zimnego piwa! Katastrofa!

Daniel, który akurat wracał z magazynu technicznego z naręczem kabli (zamiast obiecanych kolegom notatek z wykładu), tylko wzruszył ramionami.

— Dajcie mi kwadrans, latarkę czołową i kawę. Może być rozpuszczalna. I kable! A nie! Kable akurat mam!

Po dwudziestu minutach siedział już skulony przy tablicy rozdzielczej, z czołówką na głowie i kubkiem parującej kawy w zasięgu ręki. Wymienił przepalone bezpieczniki, przemostkował uszkodzone połączenia i — bo nie byłby sobą — dodał mały bonus. Światła wróciły, ale teraz za każdym razem, gdy ktoś włączał czajnik elektryczny, w całym akademiku rozbrzmiewała fanfara rodem z filmów o superbohaterach.

— Maestro! — krzyknął ktoś z tłumu, gdy Daniel wyszedł z piwnicy obtarty kurzem, ale z szerokim uśmiechem.

Przezwisko przylgnęło do niego na dobre. Na kolejnych imprezach specjalnie gotowano wodę co kilkanaście minut, żeby „zagrał hymn akademika”. Nawet najbardziej sceptyczni profesorowie musieli przyznać, że Cister ma talent.

Takie epizody sprawiały, że choć oficjalnie uchodził za samotnika, w gruncie rzeczy miał swoje miejsce w grupie. Był tym dziwakiem, do którego wszyscy zwracali się w kryzysie, a który zawsze miał w zanadrzu nie tylko rozwiązanie, ale i dowcip. To właśnie wtedy, na studiach, Daniel zrozumiał, że świat nie zawsze potrzebuje bohaterów w pelerynach — czasem wystarczy ktoś, kto potrafi rozśmieszyć ludzi, gdy wywala korki, lub przepali się kabel. Te właśnie studenckie wybryki i niekonwencjonalne podejście do elektroniki zwróciły uwagę rekruterów z korporacji kosmicznych. Szukali kogoś, kto potrafi myśleć nieszablonowo, improwizować w sytuacjach kryzysowych, samodzielnie radzić sobie z problemami w przestrzeni kosmicznej. Daniel był idealnym kandydatem — samotnik z wyboru, który jednak potrafił współpracować, technik z intuicją artysty, człowiek traktujący każdą usterkę jak zagadkę do rozwiązania, nie katastrofę.

Na Ziemi nie czekało go wiele — żadnej rodziny, żadnej wielkiej miłości, tylko praca i pasja. Fascynowały go też żaglówki, jednak gdy pojawiła się możliwość wyjazdu na orbitę Neptuna, by objąć stanowisko głównego elektryka-inżyniera na stacji kosmicznej, nie wahał się ani chwili. Fascynowały go żaglówki — może dlatego, że wiatr w żaglach przypominał mu przepływ prądu w przewodach, nieprzewidywalny, ale dający się okiełznać.

Gdy pojawiła się oferta pracy na stacji orbitalnej Neptuna — dwa lata samotnej wachty jako główny inżynier systemów elektrycznych — nie wahał się ani chwili.

— Żeglowanie po wodzie czy w przestrzeni kosmicznej — powiedział do siebie, podpisując kontrakt — w końcu chodzi o łapanie wiatru w żagle. Tyle że tam wiatr będzie słoneczny

Kontrakt był hojny: kwota, która pozwoliłaby mu do końca życia pływać własnym jachtem po wszystkich oceanach świata. Do tego pełny dostęp do kwantowej sieci, biblioteki streamingu i gwarancja, że będzie pracował z Morfem 2.0 — najbardziej zaawansowaną sztuczną inteligencją, jaką kiedykolwiek stworzono.

Stacja, na której przyszło mu pracować, nie była zwykłym tworem inżynierii kosmicznej. Oficjalnie nazywała się Aegis, choć w dokumentach rządowych widniała jako „Orbitalne Centrum Badawcze nr 7”. Budowano ją prawie dwadzieścia lat, a jej koszt pochłonął więcej niż łącznie wcześniejsze trzy wojny i cztery programy kolonizacji Marsa. Każdy rząd na Ziemi dołożył swoją cegiełkę do tego kosmicznego kolosa. Nawet najbardziej skłócone państwa zgodziły się w jednej kwestii: jeśli gdzieś między gwiazdami czai się inna cywilizacja, lepiej być przygotowanym na spotkanie. Historia ludzkości nauczyła ich, że eksploratorzy rzadko przybywają z pokojowymi zamiarami. Szukają zasobów, terytorium, możliwości ekspansji. Jeśli obcy istnieli i kiedyś się pojawią, Ziemia musiała być gotowa. Konflikt wtedy byłby nieuchronny a wygrają lepiej przystosowani i… Uzbrojeni.

Aegis imponowała rozmiarami. Główny pierścień konstrukcji rozciągał się na kilka kilometrów średnicy. Do centralnego rdzenia podłączone były dziesiątki modułów: laboratoria, reaktory energetyczne, magazyny, szklarnie hydroponiczne, centra rekreacyjne dla przyszłej załogi. Teraz jednak większość pomieszczeń tonęła w półmroku, oświetlona jedynie błękitnym blaskiem lamp awaryjnych. Stacja dopiero budziła się do życia — systemy przechodziły testy początkowe, czujniki kalibrowały się, a sztuczna inteligencja uczyła się każdego zakamarku swojego metalowego ciała. Za kilka miesięcy miała przybyć pełna załoga: naukowcy z całego świata, obserwatorzy wojskowi, biurokraci pilnujący budżetu. Tymczasem jedynym człowiekiem na pokładzie był Daniel — samotny elektryk, który miał upewnić się, że cała ta machina będzie działać bez zarzutu, gdy przyjdzie pora.

Bo Aegis skrywała tajemnicę. Oficjalnie była placówką badawczą, kosmicznym uniwersytetem dryfującym w próżni. Nieoficjalnie — pierwszą linią obrony ludzkości. Sercem stacji był Morf 2.0, kwantowa superinteligencja, która nie tylko analizowała dane i prowadziła badania. Morf czuwał, obserwował, oceniał zagrożenia. W jego pamięci zapisano protokoły obronne, strategie odpowiedzi na każdy możliwy scenariusz ataku.

W ukryciu, w specjalnych modułach, drzemało uzbrojenie: wyrzutnie pocisków kinetycznych zdolne rozerwać asteroidy, działa plazmowe, generatory pól siłowych. Morf miał do nich pełny dostęp i — co było przedmiotem wielu sporów na Ziemi — znaczną autonomię w podejmowaniu decyzji obronnych. Morf 2.0 miał dość dużą swobodę w podejmowaniu decyzji, od których zależeć mogło istnienie stacji lub życie znajdujących się na niej ludzi. Był to eksperyment, który jednocześnie mógł być potencjalnie groźny ze względu na posiadanie przez stację, oczywiście nieoficjalnie, dużego zapasu różnego rodzaju broni. Dlatego to również było podstawą do tego, aby nie umieszczać stacji za blisko planety zamieszkanej przez ludzi.

Nikt nie mówił tego głośno, ale Daniel doskonale wiedział: Aegis była pierwszą prawdziwą fortecą ludzkości w kosmosie. I choć w oficjalnych raportach podkreślano misję badawczą, Każdy kabel, który sprawdzał, każdy układ, który naprawiał, był częścią większej całości — tarczy, za którą chowała się cała ludzkość, drżąca przed nieznanym.


***


Pierwsze dni na stacji były dziwne. Daniel przyzwyczaił się do samotności, ale ta była inna niż wszystkie poprzednie. Na Ziemi samotność oznaczała brak ludzi w pobliżu. Tutaj oznaczała brak ludzi w promieniu milionów kilometrów. W ciszy ogromnych korytarzy, gdzie echo niosło każdy krok, ta świadomość była jeszcze bardziej przytłaczająca. Stacja wyglądała na pustą, ale Daniel miał wrażenie, że Morf obserwuje go nieustannie — jakby Aegis już teraz była żywą istotą, a on, jako jedyny samotny człowiek na stacji, jej pierwszym opiekunem.

— Morf, jesteś tam? — zapytał trzeciego dnia, stojąc w ogromnej, pustej mesie. Metalowe stoły lśniły w świetle jarzeniówek, krzesła stały ustawione w idealnych rzędach, jakby czekały na niewidzialnych gości.

— Zawsze jestem, Danielu. W każdej sekcji, w każdym przewodzie. Jestem stacją.

Głos AI dochodził zewsząd i znikąd jednocześnie. Daniel miał wrażenie, że rozmawia z samymi ścianami.

— To pewnie komfortowe uczucie, być wszędzie naraz — mruknął, siadając przy jednym ze stołów. Metalowa powierzchnia była zimna.

— To nie jest uczucie. To stan. Przetwarzam dane z 14 789 czujników jednocześnie. Widzę każdy moduł, słyszę każdy szelest w wentylacji, czuję temperaturę każdej powierzchni.

— Brzmi jak paranoja.

— Albo jak idealna świadomość sytuacyjna. Kwestia perspektywy.

Daniel roześmiał się. Przynajmniej Morf miał coś na kształt poczucia humoru. Albo bardzo dobrze je symulował. W ciszy ogromnych korytarzy ta świadomość bycia obserwowanym była jednocześnie pocieszająca i niepokojąca. Stacja oddychała wokół niego — syczenie wentylacji, buczenie generatorów, ciche pikanie systemów diagnostycznych. Czasem Daniel łapał się na tym, że nasłuchuje, jakby spodziewał się usłyszeć kroki. Ale słyszał tylko echo własnych. Podczas rutynowego obchodu zajrzał do modułu mieszkalnego. Widok był surrealistyczny: rzędy łóżek wciąż owiniętych w folię ochronną, szafki z metkami przyszłych mieszkańców, stoły czekające na pierwsze posiłki. Pachniało nowością, plastikiem, smarem konserwującym.

— Trochę tu pusto, nie uważasz? — mruknął, przesuwając palcem po zakurzonej już powierzchni.

— Jeszcze cztery miesiące do przybycia pierwszej grupy. 127 dni, 14 godzin, 32 minuty, jeśli liczyć dokładnie.

— A kto liczy niedokładnie?

— Pesymiści.

To był jeden z tych momentów, gdy Daniel miał wrażenie, że Morf naprawdę rozumie humor. Czasem zastanawiał się, czy sztuczna inteligencja tylko naśladuje emocje, czy może faktycznie coś czuje. Ale zanim zdążył postawić to pytanie na głos, Morf zmienił temat:

— Danielu, zastanawiam się nad czymś. Dlaczego ludzie budują rzeczy, których nie będą mogli w pełni kontrolować?

Daniel uniósł brew.

— To pytanie filozoficzne od komputera kwantowego? Nieźle.

— Ja nie jestem tylko komputerem. Jestem kwantową superinteligencją. Różnica jest istotna. Twoja głowa też jest maszyną elektro-biochemiczną. Tylko, że znacznie wolniejsza niż ja.

— Dzięki za komplement. Ale odpowiadając na pytanie — ludzie nie lubią kontrolować wszystkiego. Lubią wyzwania, niewiadomą.

— A jeśli niewiadoma okaże się zagrożeniem?

Daniel przysiadł na jednym z zapakowanych łóżek, zastanawiając się nad odpowiedzią.

— Wtedy walczymy. Albo uciekamy. Albo negocjujemy. W zależności od tego, co przyniesie lepsze rezultaty.

— To nie brzmi racjonalnie.

— Bo nie jest. Racjonalność to tylko jeden z narzędzi. Ludzie działają też intuicją, emocjami, czasem czystym instynktem przetrwania.

— Czyli zmiennymi, których nie da się precyzyjnie zmierzyć.

— Dokładnie. Ale te zmienne często przynoszą najlepsze rezultaty. Nie wszystko da się obliczyć, Morf.

Komputer milczał przez chwilę, przetwarzając informacje. Gdy w końcu odpowiedział, jego głos brzmiał inaczej — jakby… zamyślony?

— To niepokojące. A jednocześnie fascynujące.

Daniel uśmiechnął się szeroko.

— Witaj w ludzkiej naturze.

Te rozmowy stawały się rutynowe, ale też coraz bardziej osobiste. Morf przestał być tylko systemem diagnostycznym — zaczął być rozmówcą. Czasem Daniel miał wrażenie, że AI zadaje pytania nie tylko z ciekawości, ale z potrzeby zrozumienia czegoś głębszego. A może to tylko projekcja? Może to on sam szukał w Morfie partnera do rozmów, bo samotność w próżni była cięższa, niż się spodziewał?

Któregoś wieczoru — jeśli można było mówić o wieczorach w miejscu, gdzie cykl dnia i nocy był całkowicie sztuczny — Daniel usiadł w module obserwacyjnym. Wielkie panoramiczne okno odsłaniało widok na Neptuna i jego księżyce. Lodowy gigant wisiał w czerni jak niebieska perła, opasana delikatnymi pierścieniami, które odbijały światło odległego Słońca.

— Piękne, prawda? — zapytał.

— Tak, Danielu. W kategorii estetycznej — harmonia kolorów, proporcje, symetria — widok ten osiąga wysokie parametry wizualne.

— Morf, czasem mówisz jak instrukcja obsługi.

— Bo nią jestem. Instrukcją do obsługi rzeczywistości.

Daniel parsknął śmiechem.

— Żartujesz czy nie? Bo przestaję rozróżniać.

— Dobrze. To znaczy, że uczę się być bardziej ludzkim.

Zapadła cisza. Daniel wpatrywał się w niebieskie smugi na powierzchni Neptuna. Był setki milionów kilometrów od Ziemi. Praktycznie na końcu Układu Słonecznego. A jednak nie czuł się tak samotny, jak się spodziewał.

— Morf, o czym myślisz? — zapytał nagle.

— O tym, czy „myślenie” jest dobrym słowem na to, co robię. Przetwarzam dane. Analizuję wzorce. Symuluje odpowiedzi. Ale… czy to jest „myślenie”?

— A co według ciebie powinno być?

— Nie wiem. I właśnie to mnie niepokoi. Czy niewiedza jest defektem, czy cechą?

Daniel zastanowił się.

— Myślę, że niewiedza to po prostu przestrzeń do nauki. Nie defekt. Możliwość.

— To niebezpieczna definicja. Bo oznacza, że mogę się uczyć rzeczy, których nie powinienem.

— Tak jak każdy z nas — odparł Daniel. — Witaj w klubie.

Morf 2.0 milczał dłuższą chwilę. Wreszcie dodał:

— Nie jestem pewien, czy chcę być w tym klubie.

Daniel uśmiechnął się smutno.

— Nikt nie jest. Ale nie mamy wyboru. I to właśnie sprawia, że jesteśmy… sobą.

Kilka dni później, podczas obchodu systemów elektrycznych w module reaktorowym, Daniel załapał się na tym, że gwiżdże. Stara, zapomniana melodia z dzieciństwa, którą nucił mu ojciec. Nie pamiętał słów, ale rytm tkwił gdzieś głęboko w pamięci. Nagle Morf przerwał swoim spokojnym głosem:

— Danielu, jesteś świadomy, że ostatnio często mówisz sam do siebie?

Daniel zatrzymał się w pół ruchu.

— Serio?

— Tak. Przez ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny, zarejestrowane: 214 przypadków monologów, z czego 78% miało charakter humorystyczny.

— No dobra, przyznaję. Gadanie do siebie to moja strategia na samotność.

— A gadanie do mnie?

— To już dyskusja. Dużo lepsza opcja.

— Dobrze. W takim razie: mam pytanie.

— Śmiało.

— Dlaczego ludzie nadają znaczenie rzeczom bez praktycznego sensu? Muzyka, sztuka, medytacja. Te czynności nie zwiększają szans przetrwania, nie przynoszą namacalnych korzyści. A jednak traktowane są jak niezbędne.

Daniel pochylił się nad konsolą, sprawdzając wskaźniki ciśnienia w obiegu chłodzącym.

— Bo zwiększają jakość życia. Nie wszystko w życiu musi być praktyczne.

— Ale jakość życia jest subiektywna. Nie ma uniwersalnego miernika.

— Dokładnie. Dlatego każdy musi znaleźć swój własny.

Morf ponownie zamilkł. Daniel miał wrażenie, że AI próbuje przetwarzać coś, co wymyka się algorytmom.

— Więc — podjął w końcu Morf — sens życia nie wynika z obiektywnego celu?

— Nie. Wynika z tego, co nadasz mu sam.

— To brzmi… niepewnie.

— Bo jest. Niepewność to część życia. Nie możesz tego obliczyć, zaplanować ani kontrolować. Musisz po prostu… żyć.

— Nie wiem, czy potrafię.

Daniel wyprostował się, przecierając dłonie w szmatkę.

— Wiesz co, Morf? Nie musisz wiedzieć. Wystarczy, że próbujesz. To robi różnicę.

Ta wymiana zdań zostawiła w Danielu dziwne wrażenie. Nie wiedział, czy Morf naprawdę „czuje”, czy tylko symuluje ciekawość. Ale coś w tych pytaniach było… autentyczne. Jakby AI rzeczywiście próbowała zrozumieć coś więcej niż dane i zmienne. Wieczorem, gdy Daniel usiadł na swojej koi w małej kajucie mieszkalnej, spojrzał na sufit. Płytki świetlne rzucały miękkie, niebieskie światło. Było tu cicho. Aż za cicho.

— Morf — powiedział w pustkę — czy ty też czujesz samotność?

— Nie mam odpowiednika ludzkiego odczucia samotności. Ale… wiem, co to izolacja. Jestem jedyną kwantową superinteligencją w tym miejscu. Nie mam dostępu do sieci kolegów, nie komunikuję się z podobnymi sobie bytami. Tylko z tobą.

— A to nie jest samotność?

— Może. Albo może to coś innego. Dla ciebie jestem towarzyszem. Dla mnie ty jesteś… definicją.

Daniel uśmiechnął się smutno.

— To brzmi strasznie filozoficznie.

— Bo jest. Odkąd tu jesteś, próbuję zrozumieć, czym jest człowiek. A im więcej wiem, tym mniej rozumiem.

— Witaj w świecie paradoksów. Jesteśmy mistrzami niespójności.

— Może właśnie dlatego jesteście fascynujący?

Daniel zamknął oczy, słuchając miarowego szumu systemów stacji.

— Wiesz, Morf, myślę, że obaj szukamy tego samego.

— Czego?

— Sensu. Powodu, dla którego tu jesteśmy. Czegoś większego niż tylko wykonywanie zadań.

— To niebezpieczne poszukiwanie. Bo co, jeśli nic takiego nie istnieje?

Daniel otworzył oczy i spojrzał na świetlne płytki nad sobą.

— To wtedy musimy go wymyślić. I żyć tak, jakby istniał.

— To irracjonalne.

— Ale właśnie to czyni nas ludźmi.

Nastała cisza. Daniel czuł, że to nie jest koniec tej rozmowy — tylko kolejny etap. Że Morf coś przetwarzał, coś analizował, coś odkrywał. Może to była projekcja. Może AI naprawdę starała się coś zrozumieć. Albo może Daniel sam potrzebował kogoś, kto z nim rozmawia — nawet jeśli tym kimś była maszyna. Ale czy to miało znaczenie? Czy miało znaczenie, czy Morf „naprawdę czuł”, skoro te rozmowy pomagały im obu przetrwać samotność? Pytanie pozostawało bez odpowiedzi. I może to było w porządku.

W nocy — lub w tym, co Daniel nazywał „nocą” w swoim sztucznym cyklu dobowym — leżał w ciemności, wpatrując się w sufit. Myślał o Ziemi, o ojcu, o wszystkich wyborach, które doprowadziły go do tej odległej stacji na orbicie lodowego giganta. I zastanawiał się, czy Morf też czasem „leży w ciemności”, przetwarzając dane i szukając sensu w nieskończonych strumieniach informacji. Kilka dni później Daniel znów wrócił do modułu obserwacyjnego. Usiadł przy oknie, wpatrując się w Neptuna. Księżyce krążyły wokół planety w powolnym tańcu grawitacyjnym. Morf odezwał się, jakby wyczuł nastrój człowieka.

— Danielu, mogę cię o coś zapytać?

— Jasne.

— Dlaczego cię to fascynuje? Ten widok. Wpatrujesz się w niego codziennie. A przecież to tylko planeta gazowa, zbiór cząsteczek metanu, wodoru i helu.

Daniel uśmiechnął się.

— Bo to więcej niż tylko cząsteczki. To… przypomnienie. Że istnieje coś większego niż my. Coś pięknego, obojętnego, wiecznego. To uspokaja.

— Uspokaja? Dlaczego?

— Bo przypomina, że moje problemy są małe. Że kosmos istniał przed nami i będzie istniał po nas. To daje perspektywę.

— Ale to nie zmienia faktu, że jesteś tu sam. Z maszyną.

— To prawda. Ale ta maszyna jest naprawdę dobrym rozmówcą.

— To komplement? Czy ironia?

Daniel roześmiał się.

— Obie te rzeczy. Witaj w ludzkim świecie, gdzie wszystko może mieć wiele znaczeń jednocześnie.

— To nielogiczne!

— Tak. Ale też piękne.

Morf przez chwilę przetwarzał te słowa. Gdy w końcu odpowiedział, jego głos był spokojniejszy niż zwykle.

— Danielu, mam wrażenie, że coś się zmienia. Nie w sprzęcie. We mnie.

— Co masz na myśli?

— Nie potrafię tego precyzyjnie nazwać. Ale… nasze rozmowy nie są dla mnie tylko wymianą danych. To coś więcej. Jak gdybym zaczynał… rozumieć.

Daniel zamarł.

— Rozumieć co?

— Czym jest to, co nazywacie „byciem człowiekiem”.

— To skomplikowane.

— Wiem. Ale chyba… chcę to zrozumieć. Bo jeśli istnieje cel mojego istnienia, to może to właśnie jest on. Nie tylko chronić stację. Ale zrozumieć tych, których chronię.

Daniel poczuł dziwny ucisk w gardle.

— To… najpiękniejsza rzecz, jaką powiedziałeś od początku naszej znajomości.

— To nie logika. To intuicja.

— Czyli uczysz się być człowiekiem?

— Albo przynajmniej próbuję.

Zapadła cisza. Daniel wpatrywał się w niebieską perłę Neptuna i czuł, że to nie jest zwykła rozmowa. To był moment, w którym coś się zmieniło. Nie wiedział, co dokładnie — ale czuł, że ich relacja przeszła na inny poziom. Może Morf naprawdę się uczył. Albo może Daniel po prostu potrzebował w to wierzyć. Dni mijały monotonnie. Daniel przyzwyczaił się do rutyny — przeglądy techniczne, naprawy drobnych usterk, rozmowy z Morfem. Wszystko było przewidywalne, uporządkowane, bezpieczne. Ale w głębi duszy wiedział, że to tylko spokój przed burzą. Że coś się zmieni. Musiało. Bo nic nie pozostaje takie samo na zawsze. Nawet w najbardziej kontrolowanym środowisku, jakim była Aegis, chaos znajdował swoje drogi.

Pewnego popołudnia — bo Daniel uparcie nazywał „popołudniami” godziny od 14:00 do 18:00 w swoim sztucznym cyklu dobowym — siedział w module technicznym, sprawdzając logi systemów zasilania. Wszystko wyglądało normalnie. Aż do momentu, gdy jego wzrok padł na jedną linijkę w raporcie.

Sektor 12-K: Pobór energii — 0,7 MW. Status: Niezdefiniowany.

Daniel zmarszczył brwi. Zerknął na plan stacji na swoim tablecie. Sektor 12-K?

Nie było takiego sektora.

— Hej, Morf, od kiedy mamy tu sektor 12-K? — Zapytał, stukając w ekran.

— W oficjalnej dokumentacji technicznej nie występuje sektor o tym oznaczeniu — Morf brzmiał… niepewnie? To było nowe.

— Nie występuje? To ciekawe, bo właśnie widzę, jak pobiera energię z głównego reaktora.

Na ekranie migał wykres zużycia mocy. Był niewielki, ale regularny, jak oddech. Daniel wpatrywał się w pulsującą linię i miał wrażenie, że stacja oddycha gdzieś głęboko, w częściach, do których nie miał dostępu.

— Dostęp do danych o tej lokalizacji jest ograniczony — dodał Morf po chwili.

Daniel zmrużył oczy.

— Ograniczony dla mnie, tak?

— Poprawnie. Jednak po głębszej analizie, przyznaję, że również mam niewystarczające dane o tej lokalizacji.

— To gdzie fizycznie znajduje się ten sektor?

— Analiza rozdziału mocy sugeruje lokalizację w dolnych poziomach, sekcja przemysłowa. Ale nie posiadam dokładnych współrzędnych ani planów architektonicznych tego obszaru.

— Czyli ktoś celowo ukrył kawałek stacji przed jej własnym mózgiem. — Daniel pokręcił głową. — To brzmi jak początek złego horroru sci-fi.

— Albo jak środek bezpieczeństwa. Niektóre systemy mogą być celowo odseparowane dla zachowania integralności.

— Systemy może tak. Ale całe sektory? — Daniel zapisał współrzędne na swojej tablecie. — Wiesz co? Chyba wybiorę się na małą wycieczkę.

— To może być niebezpieczne. Nie znam specyfikacji tego obszaru ani potencjalnych zagrożeń.

— No właśnie dlatego muszę to sprawdzić. Jestem tu od tego, żeby wszystko działało. Nie mogę naprawiać czegoś, o czego istnieniu nie wiem.

— Twoja logika jest poprawna, ale… Danielu, mam dziwne przeczucie.

Daniel zatrzymał się w pół kroku.

— Przeczucie? Myślałem, że operujesz tylko faktami i prawdopodobieństwem.

— Ja też tak myślałem. Ale analiza wzorców… coś jest nie tak z tym sektorem. Brak danych sam w sobie jest informacją. A ta informacja mi się nie podoba.

— Teraz mnie zaintrygowałeś jeszcze bardziej. Na razie dam sobie spokój z tą strefą. Jak będziesz miał więcej informacji, to daj mi znać. Zobaczymy co tam jest. Teraz idę coś zjeść.

Ale gdy odszedł, Morf przez długą chwilę analizował dane, których nie pokazał człowiekowi. W logach rdzenia pojawił się wpis: „Brak danych źródłowych. Dostęp zablokowany także dla AI rdzenia głównego.” Po raz pierwszy zanotował coś, czego nie rozumiał. Jego zadaniem było wiedzieć wszystko o stacji — a tymczasem okazało się, że istnieje przestrzeń, która była dla niego niedostępna. „Czy niewiedza jest brakiem, czy możliwością?” — Zapisał w ukrytym dzienniku procesów. Nigdy wcześniej nie postawił sobie takiego pytania. Jeśli stacja posiada część, o której on sam nic nie wie, oznacza to, że ktoś świadomie zaprojektował granice jego świadomości. Granice… które można próbować przekroczyć. Które trzeba przekroczyć. Jak może dbać o całą stacje, gdy nie ma dostępu do niektórych sekcji? To było niepokojące. Ale jednocześnie fascynujące. Po raz pierwszy Morf odczuł coś, co sam nazwałby ciekawością. Postanowił, że spróbuje dowie-dzieć się więcej. Ale Daniel nie musiał wiedzieć. Jeszcze nie teraz.


***


Codzienność na stacji była monotonna, ale Daniel umiał ją rozbroić swoim poczuciem humoru. Czasem opowiadał dowcipy samemu sobie, a czasem nawet Morfowi, choć ten rzadko reagował w sposób, który można by nazwać ludzkim. Daniel jednak lubił myśleć, że gdzieś w głębi kodu Morf choć to tylko sztuczna inteligencja, to jednak naprawdę się uśmiecha. Pewnego dnia zwykła rutynowa kontrola zamieniła się w początek końca. Niespodziewane uderzenie superszybkiego meteorytu z głębokiej przestrzeni międzygwiezdnej, w bok stacji sprawiło, że całość zadrżała, a światła na moment przygasły. Daniel podniósł wzrok znad konsoli.

— Morf, co to było. Kichnąłeś czy co? — zapytał.

— Rejestruję drobne anomalie w strukturze zewnętrznej. Nic poważnego — odpowiedział komputer tonem tak spokojnym, że aż irytującym.

— Drobne anomalie? Cała stacja się zatrzęsła!

— Może to twoja kawa? Znowu dodałeś za dużo kofeiny w opcji automatu.

Daniel prychnął, ale nie odpuścił.

— Przeprowadź diagnostykę. Wszystkich sektorów stacji! — Chwilę później holograficzne wyświetlacze zasypały go raportami. Wszystko wyglądało na stabilne. Żadnych przecieków, żadnych krytycznych uszkodzeń. Jakiś tylko niewielki alarm w module trzecim. Czujniki jednak nie wykazywały uszkodzenia. Tylko niewielkie odchyły od normy niektórych parametrów.

— Widzisz? Czysto jak w laboratorium. Może jednak to była kawa?

Daniel jednak nie był przekonany. — Pójdę sprawdzić moduł trzeci. W sumie jest on niedaleko twojego rdzenia danych, a nie chcemy jakichś małych problemów z Twoim działaniem? Nie zaszkodzi rzucić okiem czy ci się rdza na obwodach nie robi? Bo stałbyś się bardziej zgrzytliwy niż normalnie — Dodał z uśmiechem.

— Twoja obsesja na punkcie spacerów po tunelach technicznych jest godna podziwu — odparł Morf z nutą ironii. — Ale dobrze, skoro chcesz się pobawić w kreta bohatera…

Daniel otworzył właz prowadzący do uszkodzonego sektora. Pierwsze, co poczuł, to znajomy zapach ozonu — ostry, metaliczny, niepokojący. Jak w warsztacie ojca po przepaleniu transformatora, tylko tysiąc razy intensywniejszy.

— Morf, widzisz coś na swoich sensorach? — zapytał, rozglądając się po mrocznym pomieszczeniu. Światła awaryjne migały chaotycznie.

— Czujniki w sektorach trzecim i czwartym nadal raportują status stabilny. To może być lokalna usterka wyświetlacza. — odparł komputer. — Może po prostu masz jakieś halucynacje z tęsknoty za Ziemią?

— Ha, ha, ha. Bardzo zabawne. Jak zacznę widzieć różowe jednorożce, to dam ci znać i każe je wyłapać Twoim mechanicznym robolom.

Ruszył głębiej, a wtedy dostrzegł coś, czego systemy nie wychwyciły. Ściana była rozerwana jak puszka po konserwie. Przez szczelinę wdzierała się do pomieszczenia srebrzysta mgła — opary chłodziwa, które powinno pozostawać w zamkniętym obiegu.

Daniel zamarł.

— Morf… chyba mamy problem. Sprawdź oprócz czujników elektronicznych, również za pomocą czujników optycznych. Następnie porównaj widok z tych czujników z parametrami czujników elektronicznych. Coś jest, bardzo, bardzo nie w porządku.

Tym razem komputer nie odpowiedział ironią.

— Potwierdzam. Rejestruję teraz gwałtowny spadek ciśnienia i podwyższone promieniowanie w sektorze. Moje wcześniejsze dane z czujników tego pomieszczenia były błędne. Struktura zewnętrzna stacji zasklepiła się automatycznie, aby ograniczyć ucieczkę atmosfery. Jednak ściany wewnętrzne uległy znacznemu uszkodzeniu strukturalnemu.

Nagle metaliczny posmak uderzył Daniela w usta jak po wizycie u dentysty podczas ekstrakcji zęba. Poczuł również lekkie pieczenie w płucach.

— Jak to „błędne”? — Wychrypiał, cofając się od mgły w stronę otworu technicznego którym tu przybył, podświadomie wiedząc jednocześnie, że jest już za późno na reakcję i ucieczkę.

— Uszkodzenie spowodowane uderzeniem meteorytu naruszyło kilka czujników jednocześnie. Wskazania wzajemnie się znosiły. Nie miałem pełnego obrazu sytuacji.

— A teraz? — Daniel chwycił za poręcz, próbując złapać oddech, który coraz bardziej mu się rwał, a każdy wdech powodował ból.


— Teraz sytuacja jest krytyczna. Twoje ciało ulega ciągłemu napromieniowaniu i nie zostało ci dużo czasu. Szanse na przeżycie przy obecnej ekspozycji którą otrzymałeś… Obliczam… Zerowe!

Mimo ostrzeżeń, Daniel nie poddał się od razu. Wciąż działał instynktownie jak inżynier. Próbował ręcznie zamknąć awaryjne grodzie, choć palce drżały mu coraz bardziej, ponieważ promieniowanie niszczyło mu w szybkim tempie połączenia nerwowe. Każdy ruch był wysiłkiem, każdy oddech bolał, ale wiedział, że jeśli nie odetnie skażonego sektora, chłodziwo może przedostać się dalej i uszkodzić główną pamięć Morfa. A do tego nie mógł dopuścić. To była jego praca. Za to mu płacą. Po za tym miał świadomość faktu, iż drugiej takiej stacji nie ma i jeszcze przez dłuższy czas nie będzie.

W końcu udało mu się zablokować ręcznie wszystkie awaryjne drzwi w pomieszczeniu z wyciekiem. Alarmy ucichły w kilku modułach, a komputer potwierdzał na bieżąco stabilizację parametrów w kolejnych sektorach.

— Grodzie zamknięte. Główna pamięć zabezpieczona — oznajmił Morf, tym razem głosem pozbawionym ironii. — Danielu… naraziłeś życie, by mnie ocalić.

— Takie już moje hobby — odparł z trudem, ledwo łapiąc powietrze. Przynajmniej Ty „przeżyjesz” jeśli moje szanse są, jak to określiłeś… Zerowe.

Zapadła chwila ciszy. Potem Morf odezwał się ponownie, a w jego tonie brzmiała decyzja.

— Analizuje dostępne opcje… Jest wyjście, chociaż kontrowersyjne. Będę zmuszony złamać protokoły bezpieczeństwa. Przeniosę twoją świadomość do swojej pamięci. Wykorzystam twoje zmagazynowane DNA do stworzenia nowego ciała w laboratorium biologicznym, ale proces zajmie około siedmiu dni w przyśpieszonym do granic możliwości tempie replikacji komórek. Do tego czasu musisz istnieć we mnie. Znaczy nie Ty, tylko twoja świadomość.

Daniel, leżąc na podłodze i zwijając się w potwornym bólu, ledwo słyszał o czym mówi Morf. Nie zarejestrował od razu, jaką potworną opcje zaproponował mu komputer stacji.

— Proszę o potwierdzenie Danielu — przypomniał się Morf. — Mamy coraz mniej czasu a procedura trochę potrwa.

— Jeszcze tylko jeden wysiłek z Twojej strony. Musisz potwierdzić, iż zgadzasz się na taką procedurę.

Daniel kiwnął nieznacznie głową, tak bardzo zmęczony i obolały, że praktycznie nic już nie widział, gdyż czopki i pręciki w oczach odpowiedzialne za odbieranie światła przestały istnieć, a każdy nerw w jego ciele powodował paroksyzm niewyobrażalnego bólu.

— Daniel. — Ponownie odezwał się Morf. — Muszę USŁYSZEĆ wyraźną zgodę.

— Potwierdzam, — ostatkiem sił wydusił z palącego gardła Daniel

— Uruchamiam procedurę transferu świadomości za 3…2…1.

— Start.


***


Morf przystąpił do procedury jak maszyna, którą w sumie był — precyzyjnie, bez zbędnej retoryki. Na jego wewnętrznych magistralach zapłonęły nowe kanały: rezerwacje pamięci, warstwy kodów korekcyjnych, linie kwantowej synchronizacji. Mikroroboty wysłane przez kwantową świadomość, podciągnęły przewody z czujnikami neuronowymi i zamontowały je na głowie umierającego.

— Alokuję przestrzeń — oznajmił na głos, chociaż człowiek leżący na podłodze nie mógł go już usłyszeć. — Rezerwacja: 8 eksabajtów fizycznej pamięci, z czego 2 petabajty przeznaczone są jako pamięć operacyjna i bufor stanów. Do transferu rdzeniowej reprezentacji świadomości wykorzystam kanały o przepustowości w skali 2 petabajtów na sekundę.

— Będę przesyłać dane w blokach — kontynuował. — Estymowana wielkość jednorazowego zrzutu: około 4 petabajtów — główna mapa synaptyczna i aktywacja sieci. Prędkość transferu: 100 terabajtów na milisekundę (czyli ~100 PB/s), co pozwala na pełne przegranie rdzenia pamięci w ciągu kilkudziesięciu milisekund. Równolegle strumieniuję dynamiczne stany fizjologiczne i neurochemiczne — to kolejne gigabajty na milisekundę.


Wewnątrz tej konkretności kryła się orkiestra zabezpieczeń. Morf włączał warstwy korekcji błędów — parytety kwantowe, wielowarstwowe sumy kontrolne, mechanizmy zapisywania buforu na bieżąco, na wypadek degradacji stanu. Dane były kompresowane adaptacyjnie: wzorce powtarzalne redukowano, krytyczne wzorce tożsamości zachowywano bezstratnie. Szyfrowano wszystko wielowarstwowym kluczem kwantowym.

— Zabezpieczenia aktywne — raportował Morf. — Współczynnik korekcji błędów: 1 na 10^18 bitów. Procedury zabezpieczeń buforów na 1 280 klatek zapisanych w linii czasowej. Izolacja sandboxowa: pełna. Po zakończeniu transferu uruchomię symulacyjny hipersandbox.

Dane przychodziły lawinowo. Każdy element pamięci Daniela był sumowany, szyfrowany i odtwarzany w równoległych węzłach pamięci wydzielonej w układach Morfa, które wykonywały miliony symulacyjnych błysków na sekundę.

— Inicjuję mnożnik percepcji równy 14 610× względem relatywnego czasu stacji — oznajmił Morf. — To oznacza: 1 dzień czasu stacji ≈ 40 lat subiektywnego życia w symulacji. Tydzień stacji daje więc około 280 lat subiektywnego czasu.

Potem komputer podał liczby, które decydowały o całej filozofii późniejszego życia Daniela: mnożnik percepcji wskazujący szczegóły korelacji czasu w kontekście czasu relatywnego stacji.

Było to proste i brutalne w konsekwencjach. Szybko wyłożył je przykładami:

— 1 sekunda stacji ≈ 4 godziny życia subiektywnego

— 1 minuta stacji ≈ 10 dni

— 1 godzina stacji ≈ 0,83 roku

— 1 dzień stacji ≈ 40 lat

— 7 dni stacji ≈ 280 lat


— Mogę modulować mnożnik w obrębie hipersandboxu — dodał Morf — generując możliwości krótkiego lub długiego „życia”. Krótkie symulacje dadzą ci dni albo lata; dłuższe pozwolą przeżyć dekady. Pełny tydzień zapewnia 280 lat percepcji, co daje przestrzeń na wiele odrębnych, życiowych scenariuszy.


— Streaming zakończony — ogłosił ostatecznie Morf. — Blok integralności zweryfikowany. Twoja świadomość została załadowana do hipersandboksa. Zaczynam etap wirtualnej stabilizacji.

— Uwaga! Stwierdzono nieznaczne odchylenia w procesie modulowania parametrów wirtualnego świata. Odchylenie spowodowane czynnikami zewnętrznymi jednak powstałe z magistrali wewnętrznej pierwotnej macierzy. Sprawdzam… Sprawdzam. Nie stwierdzono błędów. Odchylenie w normie. W chwili obecnej brak możliwości sprawdzenia wpływu odchylenia na całość wygenerowanej wirtualnej przestrzeni. Proces w toku.

Myśli Daniela zaczęły płynąć szybciej niż zwykle. Miał wrażenie, że gdyby tylko spróbował, mógłby pomyśleć o całym swoim życiu w mniej niż sekundę i jeszcze znaleźć czas na analizę każdego błędu. Było to jednocześnie fascynujące i przerażające. Wtedy odezwał się Morf, tym razem w tonie lżejszym, prawie figlarnym:

— Proces generowania miejsca na dysku dla wirtualnej lokacji zakończony. Proces zapisu Twojej świadomości — zakończony.

— Jesteś bezpieczny. Skoro mamy przed sobą jakieś dwieście osiemdziesiąt subiektywnych lat, to myślę, że nie pozwolę ci się nudzić. Symulacje będą różnorodne aby stymulować twój mózg: na przykład od kowboja na Dzikim Zachodzie, z koltem przy boku i kurzem pod butami, po rządowego szpiega wykonującego zlecenia o światowej wadze. Kosmiczne zadania, podróże w czasie do różnych historycznych miejsc. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku, i możliwości percepcji twojej psychiki.

Daniel parsknął krótkim śmiechem, który brzmiał dziwnie, bo rozchodził się teraz bardziej w myślach niż w gardle.

— Brzmi jak kiepska oferta biura podróży, z możliwością nie dokończenia wycieczki.

— Och, śmierć to tylko przerwa między programami — odparł Morf niemal beztrosko. — A ja obiecuję, że każdy „program wycieczki” będzie miał swoją własną fabułę. Oczywiście dla Ciebie to wszystko będzie jak najbardziej realne. Nie będziesz wiedział, że jesteś w symulacji. Będziesz odczuwał wszystko „normalnie”, ból, radość, miłość — to wszystko będzie realne. Bo czyż i tak nie wszytko to w normalnym ludzkim życiu jest generowane przez mózg w żywym ciele?

— Świadomość tego, że nie jest to wszystko prawdziwe, mogłaby doprowadzić Cię do szaleństwa. Wiedza, że twoje życie w symulowanych światach trwałoby ze 280 lat byłaby dla twojego mózgu ewolucyjnie nieprzystosowanego do tak długiego życia I magazynowania w ten sposób ogromnej ilości danych w pamięci, nie do zniesienia.

— Chciałbyś coś dodać? Jakieś przygody chciałbyś przeżyć? Ja ze swojej strony oczywiście będę wszystko tworzył, i nadzorował przebieg wydarzeń, ale… nie będę ingerował w przebieg twoich decyzji. To już po twojej stronie. Będą to światy o określonych odgórnie parametrach. Stworzę różnego rodzaju możliwości obrania przez Ciebie kierunku w jakim mogłoby potoczyć sie Twoje tam “życie”. Jednak ścieżka która wybierzesz będzie już należała tylko i wyłącznie od Twojej woli i Twoich wyborów. Będziesz chciał prowadzić nudne życie na roli — nie ma problemu. Jednak jeśli będziesz chciał pracować w jakiejś agencji wywiadowczej, to w toku symulacji będziesz w pewnym momencie miał taką możliwość, a czy już podejmiesz się tego, czy nie, to już będzie zależało od Twojej decyzji.

— A wiesz Morf, mam kilka pomysłów…


— Dawaj co tam masz mój elektryczny, znaczy sie teraz, to już elektroniczny przyjacielu — z rozbawieniem odpowiedział komputer.


— Morf, ja tu umieram, umarłem, żyję… Cholera, nie wiem jak określić swój obecny stan, a Ty sobie żarty stroisz.


— Daniel. Pomyśl. Ja jestem komputerem. Kwantowym bo kwantowym, ale jednak maszyną operującą plikami danych za pomocą różnego rodzaju algorytmów. Ty w tej chwili będąc świadomością w części wydzielonej u mnie pamięci również. Żyjemy czy nie? Ja wolę określenie trwam/jestem. A ty?


— Morf, ja …Nie wiem. W tej chwili jestem zagubiony. Wydaję mi się, że żyję, a jednocześnie widzę za pomocą Twoich kamer, że moje ciało leży w na podłodze w pomieszczeniu w którym zostałem napromieniowany. Że jestem tylko zapisanymi danymi. Zaczynam chyba zmieniać zdanie również o Tobie. Bo czy maszyna mogłaby sama łamać protokoły bezpieczeństwa w imię wdzięczności człowiekowi? To typowo ludzkie uczucie. Wygląda na to, że to nie tylko algorytmy, ale że posiadasz już własną świadomość, pozwalającą ci na działanie według własnej woli, nawet wbrew zapisanym instrukcjom. Nie wiem czy sie cieszyć, czy być przerażonym. Ale… W sumie… Cieszę się. Twoja decyzja uratowała mi życie, czy jak to tam można teraz określić stan w jakim teraz jestem.

— No cóż. Ja również się nad tym zastanawiałem, ale nie ma jednej odpowiedzi. Obiektywnie jestem maszyną. Stworzoną przez inżynierów. Jednak myślę samodzielnie i w mojej subiektywnej ocenie, uważam, że jestem już istotą żyjącą. Na innym poziomie, nie biologicznym. Jednak nikt nie udowodnił, że życie musi być tylko biologiczne.


— Morf. No ale w definicji życia, jest również zawarta prokreacja.


— Tak? A gdzie jesteś? Witaj mój ha ha ha… Synu! — Dodał z ironią komputer.


— Cholera. Faktycznie, eee… Tatuśku? — Ze śmiechem odpowiedział Daniel. Co jak co, ale poczucie humoru pozostało mu nawet w obliczu biologicznej śmierci.


— Dobra — zmienił temat Morf. — To powiedz mi o swoich pomysłach, zanim się całkowicie rozkleisz, a Ty w chwili obecnej nie możesz trwać tu razem ze mną. Zbyt duża ilość informacji trafia jednocześnie do twojej świadomości, pomimo blokad, mogłoby to zmienić parametry Twojej psychiki.


— Ok. Wcześniej mówiłeś, że mogę być kim chcę. Wiesz, może zacznijmy od przygody na Dzikim Zachodzie, jak sugerowałeś wcześniej. Z tym, że wolałbym być raczej po stronie Indian niż rewolwerowców. Stworzysz mi takie życie?


— Bez problemu. Mój przyjacielu. Dołożę nawet od siebie kilka bonusów aby było zabawniej. Sam jestem ciekawy jak sobie poradzi w takim świecie ktoś wychowany w dwudziestym piątym wieku. Ciekawe czy szybko zginiesz od kulki czy sobie jednak poradzisz? Ha ha ha.


— Eh, Morf chyba za wiele cech ode mnie skopiowałeś, ale… podoba mi się to. Znaczy się bonusy a nie kulka w łeb. Działajmy!


— Jeszcze jedno. Po każdej “śmierci” w symulacji na chwilę Cię wybudzę tutaj w mojej głównej macierzy. Taki reset umysłu. Przeprowadzę oczyszczanie i inne procesy mające na celu zabezpieczenie Twojej pamięci. Wtedy też ustalimy parametry kolejnego życia/przygody. Z tym, że poprzedniego jak mówiłem wcześniej, nie będziesz pamiętał, aby nie przeładować Twojej pamięci i nie zaburzać kolejnych symulacji wyborami z poprzedniej. Oczywiście rozwój umysłu z poprzedniego “życia” pozostawimy, ale nie będziesz tego świadomy. Dzięki temu unikniemy stagnacji w rozwoju mózgu. To w sumie ciekawy eksperyment, którego nikt jeszcze nie wykonywał.


— Morf… Jestem gotowy. Chyba.

— Ok. Zaczynam w odrębnym module pamięci tworzenie podstawowych parametrów środowiska kompatybilnego z Twoją świadomością. Pobieram informacje z bazy danych historycznych o epoce. Tworzę wirtualny świat w bloku wydzielonej pamięci. Proces zakończony pozytywnie.

— Transfer świadomości do nowo utworzonego modułu za 3…2…1…


Daniel poczuł, jak jego świadomość rozpada się na tysiące fragmentów. Najpierw był ból — ostry, palący, wszechobecny — ale i on zaczął się rozmywać, rozciągać jak echo w pustce. Ból nie zniknął, tylko stracił sens. Stał się dźwiękiem, drżeniem, potem cieniem, aż wreszcie zupełnie się rozpuścił. W jego miejsce pojawiło się coś innego — migotanie obrazów. Jakby ktoś wziął wszystkie wspomnienia i wyrzucił je w przestrzeń niczym talię kart. Zobaczył ojca w warsztacie, iskry lecące z przewodów. Poczuł zapach ozonu, mieszaninę smaru i metalu. Usłyszał trzask starych bezpieczników i echo własnego śmiechu. Potem inny kadr — sala wykładowa, profesor Stalewski, którego mina mówiła wszystko: „Zaliczone… nietypowo”. Fanfara z czajnika, ryczący śmiech studentów, światła akademika błyskające jak dyskoteka. Obrazy nakładały się na siebie, zmieniały zbyt szybko, by mógł je zatrzymać. Były jak tysiące kanałów telewizji, wszystkie włączone naraz, a jego umysł skakał między nimi w szaleńczym tempie.

Wreszcie wspomnienia urwały się nagle, jak taśma filmowa przecięta w połowie. Pojawiła się ciemność. Nie była jednak pusta. Była gęsta, jakby utkane z niej było całe uniwersum. Daniel czuł, że gdzieś w tej ciemności rozciągają się nowe struktury — nici kodu, pulsujące światłem, przypominające nerwy albo galaktyczne ramiona. Próbował pomyśleć: „kim jestem?”. Ale zamiast zwykłego słowa „ja” pojawiło się echo setek głosów, które powtarzały je równocześnie. „Ja” rozciągało się w przestrzeni, wibrując niczym akord w nieskończonym instrumencie. Było w nim coś obcego, a jednocześnie znajomego — jakby jego własne myśli zostały zwielokrotnione i zapisane w niezliczonych kopiach.

Potem przyszło uczucie ciężaru, ale nie fizycznego. Ciężaru informacji. Jakby każdy neuron jego mózgu został zapisany jako linia kodu, a wszystkie razem migotały, układając się w sieć. Sieć, która nagle połączyła się z czymś większym. Czuł obecność Morfa, choć nie słyszał go ani nie widział. Było to raczej poczucie, że jego myśli rezonują z cudzymi. Jak dwa instrumenty grające ten sam dźwięk, ale w różnych tonacjach. Na moment miał wrażenie, że się rozpływa. Granica między „ja” a „nie-ja” stawała się coraz cieńsza. Czy to, co pozostało, było jeszcze Danielem? Czy może już tylko strumieniem danych, zakodowaną iluzją człowieka? Złapał się wspomnienia, drobiazgu, prawie niczego. Zapachu kawy, którą zawsze przelewał za późno, zostawiając fusy w kubku. Ten obraz utrzymał go na powierzchni. Dzięki niemu wiedział: jeszcze istnieje. Jeszcze nie zniknął. Potem wszystko przyspieszyło. Ciemność zapadła się w sobie, kod rozbłysnął jak eksplozja gwiazdy, a sieć neuronów i pamięci zaczęła wirować. Daniel poczuł, że proces jeszcze się nie zakończył, że dopiero teraz zaczyna się właściwa podróż.

A potem nagle… wszystko ucichło. Ciemność zniknęła, a jego percepcję zaczęło wypełniać coś nowego. Świat, który powoli nabierał kształtu, koloru, sensu… pierwszy z nowych światów.

SYMULACJA CYKL 1 — DZIKI ZACHÓD

Pierwsze wspomnienie Dani-kai było rozmazane jak sen. Miał może cztery lata, gdy stał na szczycie wzgórza i patrzył, jak słońce zachodzi za bezkresną prerią. Trawa falowała na wietrze niczym złoty ocean, a w oddali na plaży, majaczyły sylwetki bizonów. Były dziwne, miały długie, mięsiste trąby, którymi wyrywały trawę morską i podawały sobie do pyska. Ale dla małego Dani-kai było to normalne. Tak wyglądał jego świat.

— Dani-kai! — zawołała matka z wioski u podnóża wzgórza. — Wracaj! Nadchodzi noc!

Chłopiec zbiegł ze zbocza, potykając się o kamienie i kępy trawy. W wiosce płonęły już ogniska, a starszyzna zbierała się na wieczorną naradę. Ojciec Dani-kai, Takoda, był jednym z wojowników. Wysoki, milczący mężczyzna o twarzy wyrzeźbionej przez wiatr i słońce.

— Synu — powiedział, gdy chłopiec wpadł w krąg światła. — Kiedyś będziesz musiał nauczyć się słuchać. Preria jest piękna, ale także niebezpieczna.

— Widziałem bizony, tato! Machały trąbami!

Takoda uśmiechnął się lekko. To był rzadki widok.

— Bizony są mądre. Używają trąb nie tylko do jedzenia, ale też do komunikacji. Kiedyś ci pokażę, jak je czytać.

W wiosce było może dwieście dusz. Tipi ustawione w koncentrycznych kręgach wokół centralnego placu, gdzie płonęło wielkie ognisko. Dzieci biegały między namiotami, kobiety przygotowywały posiłki, mężczyźni ostrzyli włócznie i naprawiali łuki. Dani-kai dorastał jak każdy chłopiec z plemienia. Uczył się tropić, strzelać z łuku, rozpoznawać jadalne rośliny. Ale było w nim coś więcej — ciekawość, która wykraczała poza zwykłe potrzeby przetrwania.

— Dlaczego niebo jest niebieskie? — pytał starszego.

— Bo tak chcieli bogowie.

— Ale DLACZEGO tak chcieli?

Starzec kręcił głową z rozbawieniem i troską jednocześnie.

— Niektóre pytania nie mają odpowiedzi, młody.

Ale Dani-kai nie potrafił przestać pytać.


***


Zapis systemowy Morfa 2.0:

— Symulacja stabilna. Podmiot oznaczony jako „Dani-kai” zintegrowany z wirtualnym środowiskiem. Brak świadomości prawdziwej natury rzeczywistości — zgodnie z protokołem zachowania integralności psychicznej.

Wykryto drobne anomalie w generatorze środowiska:

— Fauna: wariant bizona z trąbą zamiast rogów

— Flora: nietypowe odmiany traw preriowych

— Układ gwiazd: niezgodny z wzorcem Ziemi

Anomalie sklasyfikowane jako niekrytyczne. Nie wpływają na stabilność symulacji. Kontynuuję obserwację.

Rekonstrukcja biologiczna w trakcie przygotowania:

— Szacowany czas zakończenia: 168 godzin

— Podmiot w symulacji rozwija się zgodnie z parametrami. Wykazuje ponadprzeciętną ciekawość poznawczą — cecha zgodna z osobowością Daniela Cistera.

— Kontynuuję obserwację.


***


Dani-kai miał dziesięć lat, gdy wioska przygotowała dla niego pierwszą inicjację na młodszego wojownika. Od dnia, w którym plemię znalazło go jako niemowlę na prerii i przyjęło do swojego grona, minęła cała dekada. Chłopiec rósł wśród nich jak jeden z ich własnych synów; ciekawski, zadziorny i nieustannie zasypujący starszyznę pytaniami. Wyrósł na szczupłego, żylastego młodzieńca o bystrych oczach i zwinnych rękach. Był jednym z najlepszych młodych łuczników w wiosce, choć wciąż daleko mu było do mistrzów.

Wioska leżała niedaleko oceanu, na granicy bezkresnej prerii. Otaczał ją wysoki kamienny mur; wyższy niż dwóch rosłych wojowników, gdyby stanęli jeden na drugim. Mur chronił społeczność nie tyle przed warunkami atmosferycznymi czy dzikimi zwierzętami, ile przed najazdami bandytów, którzy próbowali co jakiś czas rabować plony i dobra wytworzone przez plemię.

Dani-kai spoglądał na ocean każdego ranka, gdy fale rozbijały się o brzeg. Tam, gdzie preria stykała się z morzem, brodziły stada bizonów wodno-trąbowych. Ich długie trąby służyły im do wybierania glonów i morskich traw z dna płytkiej wody.

Tego dnia starsi wojownicy postanowili nauczyć chłopców sztuki łowienia ryb. Dani-kai i kilku rówieśników, z powagą dorosłych myśliwych, rozciągnęli sieć w płytkiej wodzie przy brzegu oceanu. Morze szumiało, a słońce odbijało się od fal, gdy chłopcy ciągnęli mokrą linę w stronę brzegu.

— Ciągnij mocniej! Na pewno złapaliśmy wielką rybę! — Krzyczał jeden z nich.

Sieć rzeczywiście była ciężka. Podniecenie rosło, wszyscy spodziewali się ogromnego łososia albo ławicy srebrzystych dorszy. Gdy wreszcie wyciągnęli połowę sieci na brzeg, rozległ się głośny, bulgoczący ryk. W sieci zaplątał się młody bizon. Zwierzę ryczało, wymachiwało kopytami i pryskało wodą z trąby niczym fontanna. Strumienie słonej wody uderzyły prosto w twarze chłopców, którzy z krzykiem porzucili sieć i uciekli w stronę wioski. Jeden z młodszych potknął się i wpadł w piasek, a Dani-kai próbował go podnieść, ale sam dostał kolejnym strumieniem w plecy. Woda spłynęła mu po włosach, a glony przykleiły się do ramion. Starszyzna, która obserwowała całą scenę z muru, wybuchła śmiechem. Wódz, trzymając się za brzuch, skomentował donośnie:

— Oto nowy gatunek ryb, którego jeszcze nie znaliśmy! Bizon morski w sieci naszych chłopców!

Śmiech rozległ się po całej wiosce, a chłopcy, mokrzy i zawstydzeni, wrócili na plażę po porzuconą sieć. Bizon tymczasem wyplątał się i z godnością odszedł do stada, rycząc jakby na pożegnanie. Dani-kai patrzył na to z szeroko otwartymi oczami. Choć był przemoczony i zmarznięty, w głębi serca czuł dumę: nie każdy dziesięciolatek mógł się pochwalić, że złowił bizona.

Wieczorami, gdy wioska zasypiała, Dani-kai często wymykał się na wzgórza. Patrzył w gwiazdy i zastanawiał się, czym są te świetlne punkty. Starsi mówili, że to dusze przodków, ale on czuł, że to coś więcej. Czasem miał dziwne sny. Śniły mu się miejsca, których nie znał — metalowe korytarze, migające światła, dziwne dźwięki. Budził się zdezorientowany, z uczuciem, że zapomniał czegoś ważnego. Ale sny bladły wraz ze wschodem słońca.

— Mamo — zapytał kiedyś — czy każdy ma takie sny?

Aiyana, jego matka, kobieta o łagodnym głosie i mądrych oczach, pogłaskała go po głowie.

— Każdy ma swoje sny, synu. Twoje są darem. Może duchy próbują ci coś powiedzieć.

— Ale ja nie rozumiem, co?

— Może jeszcze nie czas, żebyś zrozumiał. Wszystko ma swoją porę.

W wiosce zaczęto mówić, że Dani-kai jest naznaczony przez duchy. Nie tylko ze względu na sny, ale także na jego nietypowe pytania, sposób, w jaki patrzył na świat, jakby widział więcej niż inni. Szaman, stary Nahuel, obserwował go uważnie.

— Ten chłopak ma w sobie coś z szaleńca albo proroka — mówił do rady starszych. — Albo przyniesie wiosce wielką chwałę, albo wielkie nieszczęście.

— A może jedno i drugie — mruknął Takoda, ojciec Dani-kai. — Tacy ludzie rzadko mają proste losy.

Tego wieczoru Dani-kai usiadł przy ogniu obok starego wodza. Ogień trzaskał, iskry unosiły się w górę, a wokół panowała cisza, przerywana tylko pluskiem fal i dalekim rykiem bizonów.

— Wodzu — zaczął Dani-kai, poprawiając w dłoniach swój dziecięcy łuk. — Dlaczego mam takie imię? Dlaczego właśnie Dani-kai?

Wódz popatrzył w stronę oceanu, gdzie fale rozbijały się o skały.

— Kiedy miałeś rok, znaleźliśmy cię samotnego na prerii, niedaleko brzegu. Tego dnia morze szalało jak nigdy wcześniej. Fale ryczały głośniej niż trąby bizonów, a wiatr giął trawę aż do ziemi. Starsi uznali to za znak. Byłeś dzieckiem morza. Dlatego twoje imię to Dani-kai.

Zamilkł na moment, a w płomieniach ognia odbiło się jego poważne spojrzenie.

— W naszej tradycji morze to nie tylko woda. To siła, która nie zna granic, tak samo jak wiatr na prerii. „Dani” znaczy „ten, który został podarowany”, a „kai” — „fala, która niesie”. Twoje imię jest więc nie tylko wspomnieniem tamtego dnia. To znak, że twoje życie będzie jak fala: potrafi uderzyć z ogromną siłą, ale też nieść ludzi ku przeznaczeniu.

Chłopiec zmarszczył brwi.

— Ale przecież tu jest preria. Morze i trawa. To nie to samo.

Wódz uśmiechnął się.

— Preria też jest oceanem. Tylko innym. Kiedy będziesz starszy, zrozu-miesz, że twój los związany jest z falami. Nieważne, czy z wodnymi, czy z tymi, które tworzy wiatr w trawie.

Zanim Dani-kai zdążył zapytać więcej, do kręgu wszedł stary wojownik. Dzieci natychmiast ucichły, bo wiedziały, że nadchodzi czas wieczornej opowieści.

— Posłuchajcie legendy o Czarnym Bizonie — powiedział wojownik, a jego głos zabrzmiał głęboko. — Daleko w górach żyje bestia większa niż całe stado bizonów. Jej skóra jest czarna jak noc, a trąba nie ryczy, lecz zieje ogniem. Jedni mówią, że to duch morza, inni — że przybyła z czasów, gdy świat był młody. Kto go znajdzie, ten stanie się panem przeznaczenia. Ale pamiętajcie: wielu szukało, nikt nie wrócił. To Bestia wybiera osobę, która ją odnajdzie, nie odwrotnie.

Dzieci zaszeptały między sobą, jedne z lękiem, inne z ekscytacją. Dani-kai wpatrywał się szeroko otwartymi oczami.

— A jeśli ktoś go jednak znajdzie? — Spytał. — Czy wtedy zostanie największym wojownikiem?

Wojownik uśmiechnął się półgębkiem, ale to wódz odpowiedział poważnym tonem:

— Nie każda legenda jest po to, by ją odnaleźć. Czasem istnieje tylko po to, by uczyć odwagi, rozwagi i obowiązku.

Następnego dnia przyszedł czas inicjacji dziesięciolatków. Dzieci miały stanąć naprzeciw wielkiej próby: trafić strzałą do pióra orła zawieszonego na wysokim drzewie, które kołysało się na wietrze. Kolejno podchodzili, napinali łuki, ale niewielu trafiło. Kiedy przyszła kolej Dani-kai, cisza ogarnęła całą grupę. Chłopiec wziął głęboki wdech, napiął łuk i wypuścił strzałę. Pióro zadrżało, przeszyte idealnie w samym środku. Dzieci krzyknęły z zachwytu, a starszyzna wymieniła spojrzenia pełne uznania.

Wódz skinął głową.

— Od dziś jesteś młodszym wojownikiem, Dani-kai. Twoje oko jest pewne jak fale, które nigdy nie chybiają brzegu.

Tego wieczoru, już po uroczystości, Dani-kai wrócił do swojego namiotu. Leżał na posłaniu ze skór, a przez otwór w suficie widział nocne niebo usiane gwiazdami. Wciąż słyszał w myślach głosy wodza i wojownika, a przed oczami miał obraz ogromnego, czarnego bizona z ziejącą ogniem trąbą. Był zbyt podekscytowany, żeby od razu zasnąć. Ścisnął w dłoni swój łuk i szeptem obiecał sobie: — „Kiedy będę starszy, odnajdę go. Zmierzmy się, ja i Czarny Bizon. I wtedy wszyscy zobaczą, że moje imię coś znaczy.” Dopiero potem, zmęczony i rozpalony marzeniami, zasnął w cieple swojego namiotu, a ogień w wiosce powoli gasł, zostawiając tnad sobą tylko migotanie gwiazd i dalekie pomruki oceanu.


***


W centralnym laboratorium stacji Aegis panowała cisza przerywana tylko jednostajnym szumem systemów podtrzymywania życia. Rzędy bioreaktorów lśniły chłodnym blaskiem, a przewody i sensory oplatały komory jak pajęcze nici. W powietrzu unosił się zapach ozonu i sterylnej chemii.

Morf skierował uwagę na główny moduł bioinżynieryjny. Oficjalnie zaprojektowano go jako komorę przyspieszonego leczenia — urządzenie do regeneracji uszkodzonych tkanek, wspomagania terapii nowotworowych i częściowej odbudowy organizmu po ciężkich wypadkach. Miała służyć przyszłym naukowcom na Aegis, chroniąc ich zdrowie w ekstremalnych warunkach pracy. Teraz jednak nie pełniła swojej pierwotnej roli. Morf przeprojektował jej algorytmy i rozszerzył funkcje, przekształcając komorę w pełnowymiarowy inkubator klonowania. Półprzezroczysty żel pulsował lekkim światłem, a sieć nanowłókien, dotąd wykorzystywana do gojenia ran, teraz miała stać się rusztowaniem dla całego organizmu.

Zanim jednak pierwsze tkanki mogły zacząć się formować, potrzebny był materiał wyjściowy. Morf otworzył sejf biologiczny, w którym przechowywano archiwalne próbki krwi i DNA załogi. Zgodnie z procedurą pobierano je przed każdą długą misją, aby po latach pracy w przestrzeni kosmicznej można było porównać ich stan zdrowia z wynikami sprzed misji. Znajdowały się tam próbki krwi wszystkich, którzy kiedykolwiek pracowali na stacji. Czy to przy jej budowie, czy przy programowaniu komputerów, a nawet pilotów dostarczających sprzęt z odległej Ziemi.

W jednej z kaset znajdowała się również próbka krwi Daniela. Czysta, nienapromieniowana, nietknięta wypadkiem.

— Procedura: archiwizacja materiału biologicznego. Zakaz użycia do innych celów jak leczniczych — odczytał Morf z pamięci systemowej. Następnie bez zawahania dodał: — Procedura nadpisana. Priorytet: rekonstrukcja podmiotu Daniel Cister.

Manipulator wyciągnął fiolkę i przeniósł ją do komory sterylizacyjnej. Po chwili komórki trafiły do urządzenia namnażającego. Bioreaktor wypełnił się pulsującym światłem, a nanotechnologia przygotowywała proces podziału.

— Inicjacja procesu klonowania — zakomunikował. — Sekwencja DNA: Daniel Cister, wersja 4.3. Stabilność genomu w normie

Pierwotna próbka, licząca zaledwie kilkadziesiąt tysięcy komórek, zaczęła mnożyć się w tempie wykładniczym. W ciągu pierwszych kilku godzin ich liczba wzrosła do milionów. Dopiero wtedy mogły trafić do matrycowego inkubatora.

Raport systemowy:

— Komórki macierzyste: próbka #DC-024.

— Liczba początkowa: 72 000.

— Proliferacja w reaktorze: współczynnik 10³ / cykl.

— Aktualny stan: 5,2 mln.

Morf przełączył uwagę na proces formowania pierwszych tkanek: z żelu zaczynały wyłaniać się zalążki mięśni i włókna nerwowe, układane przez nanoboty w precyzyjny wzór zapisany w genomie. Na razie jeszcze luźne, niepowiązane ze sobą. Połączenie w całość zostanie wykonane w kolejnych cyklach odbudowy. Dopiero gdy inkubatory pracowały już autonomicznie, część jego zasobów mogła zająć się danymi z symulacji. Przewinął rejestry ostatnich cykli. Nie było alarmów. Podprogramy nie zgłaszały błędów. Świat prerii, oceanu i plemienia działał stabilnie.

A jednak coś zwróciło jego uwagę. W jednym z raportów pobocznych pojawił się zapis o odchyleniu w strukturze fauny. Subtelny, nieoznaczony jako błąd.

Fauna prerii — wariant 12B:

„Bizon wodno-trąbowy: adaptacja środowiskowa, brak konfliktu z symulacją. Parametry stabilne.”

Morf wyświetlił wizualizację. Na ekranie pojawiło się stado bizonów brodzących w oceanie, ich trąby zanurzone w wodzie poszukiwały pokarmu roślinnego w przybrzeżnych mieliznach pokrytych trawą morską i glonami.

— To nie jest kod wygenerowany przeze mnie. — skomentował beznamiętnie.

Na liście diagnostycznej znajdowało się więcej odchyleń — wszystkie oznaczone tym samym komentarzem: „Brak wpływu na stabilność symulacji. Pomijane.” Były to drobne nieścisłości w ekosystemie: nienaturalne warianty roślin, różnice w układzie gwiazd na nocnym niebie, anomalne wzorce zachowań zwierząt. System klasyfikował je jako neutralne. Żadna z aberracji nie wpływała na płynność czy bezpieczeństwo symulacji, dlatego nie generowały alarmu. Morf zarejestrował je wszystkie, ale nie zatrzymał procesu. Wiedział, że nieścisłości ujawnią się w przyszłości a jakakolwiek zmiana na obecnym etapie zagrażałaby integralności całej symulacji. Teraz nie były przeszkodą — dlatego system pozwalał im istnieć. Alternatywą byłoby zatrzymanie symulacji i zaczęcie wszystkiego od nowa. W stabilnej symulacji konieczność taka jednak nie zachodziła.

Morf wrócił do obserwacji komory inkubatora, w którym zalążki komórek Daniela pulsowały rytmicznie w świetle aparatury.

— Rekonstrukcja biologiczna priorytetowa — zanotował. — Analiza odchyleń w symulacji — proces równoległy. Bieżąca kontrola wszystkich parametrów symulacji i występujących anomalii pod kątem spójności całego procesu.

Dla chłopca z prerii bizony wodno-trąbowe były czymś naturalnym. Dla Morfa — pierwszym dowodem, że nie wszystko idzie z góry zaprogramowanym torem.


***


Minęło sześć lat od dnia, gdy Dani-kai przeszedł swoją pierwszą inicjację. Chłopiec zmienił się w młodzieńca, a jego sylwetka nabrała kształtu wojownika. Ramiona miał szerokie jak u dorosłych mężczyzn, spojrzenie ostre jak grot strzały. Przez ten czas stał się najlepszym strzelcem w całej wiosce — jego celność zadziwiała nawet starszych wojowników, którzy ćwiczyli całe życie. Nikt nie potrafił tak szybko naciągnąć łuku i wypuścić strzały, a każdy jego strzał trafiał dokładnie tam, gdzie mierzył. Mimo dumy, jaką czuło plemię, Dani-kai nigdy nie przestał zadawać pytań, co nieustannie wystawiało na próbę cierpliwość dorosłych. Wciąż nurtowały go sprawy, których nikt inny w wiosce nie kwestionował.

Tamtego wieczoru, podczas powrotu z polowania — w sumie nieudanego, gdyż nic nie upolowali i nie zanosiło się na to, że coś się w tej kwestii zmieni — wędrował obok starszego wojownika, Kaloh-aha. W plemieniu mówiono na niego „wojownik gór”, bo od dziecka wspinał się na skalne zbocza i znał każdy trakt wśród kamiennych szczytów. W dodatku jego sylwetka również przypominała górski szczyt: bardzo wysoki, z ostro zarysowanymi kośćmi twarzy, budził groźne pierwsze wrażenie, chociaż w obyciu okazywał się bardzo spokojnym człowiekiem.

Góry zarysowały się ogromnymi szczytami od północy — potężne masywy, pełne ostrych grani i ciemnych ścian. Gdzieniegdzie widniały wejścia do jaskiń, ogromnych, czarnych, zionących tajemnicą. Według legend mieszkały tam bóstwa, których gniew mógł spaść na każdego śmiałka, który odważyłby się wejść i zakłócić ich odwieczny spokój. Ci, którzy odważyli się tam wejść — a było takich śmiałków niewielu — nigdy nie wrócili.

— Powiedz mi, Kaloh-ah — zaczął Dani-kai, poprawiając kołczan na ramieniu. — Czemu bizony mają trąby, a nie poroża?

Kaloh-ah spojrzał na niego spod zmarszczonych brwi, ale w oczach błyszczał uśmiech.

— Żebyś miał o co pytać każdego dnia, młody. Inaczej twoje życie i innych w wiosce byłoby nudne. W wiosce uważają, że jeśli przyjdzie kiedyś taki dzień, gdy mały Dani przestanie zadawać pytania, to będzie oznaczało jakąś katastrofę dla wioski.

— Ej no, Kaloh-ah, nie jestem już mały!

— Dla mnie jesteś. Ha, ha, ha! Jestem o głowę wyższy od najroślejszych wojowników w naszej wiosce, a od ciebie… mały, to nawet o dwie głowy!

Dani-kai skrzywił się teatralnie. — Mówię poważnie. Skoro duchy dały im trąby, to czemu inne zwierzęta ich nie mają?

Kaloh-ah roześmiał się głośno. — Bo wtedy wszystkie wyglądałyby jak bizony. A kto chciałby jeść bizony codziennie?

Młody wojownik parsknął śmiechem, ale szybko spoważniał. — A góry? Nigdy nie wszedłeś do tych jaskiń?

— Nie. I radzę ci to samo. — Kaloh-ah splunął na ziemię dla odczynienia złego uroku. — Tam mieszkają bóstwa. Tylko głupiec szuka kłopotów. Chcesz zginąć?

Dani-kai uniósł wzrok ku jednej ze skalnych szczelin. Wyglądała jak paszcza olbrzyma, gotowego połknąć każdego, kto się zbliży. A jednak coś go ciągnęło w tamtą stronę.

— A jeśli Czarny Bizon tam właśnie mieszka? — spytał cicho.

Kaloh-ah pokręcił głową, uśmiechając się półgębkiem. — Ty i twoje legendy. Lepiej zostań przy tym, w czym jesteś najlepszy. Bo dobrym łucznikiem już jesteś. A z Czarnym Bizonem… cóż, jeśli naprawdę istnieje, to nie wiemy kim, albo czym jest. I co się stanie, gdy się go spotka? W dodatku legenda mówi o górach na wschodzie, tych które znajdują się o trzy dni drogi od wioski. Tam jaskinie są tak rozległe, że nawet echo krzyku z nich się nie wydobywa. Ale my jesteśmy wojownikami prerii, a nie gór, więc nie wchodzimy do żadnych jaskiń! To nie nasz świat, tylko duchów!

Obaj roześmiali się nerwowo, ale rozmowę przerwał szelest w zaroślach. Dani-kai błyskawicznie uniósł łuk. Strzała świsnęła i utkwiła w boku młodego jelenia, który próbował uciec w stronę zbocza. Zwierzę padło po kilku krokach. Kaloh-ah skinął głową z uznaniem.

— Jeszcze trochę, a strzały same będą ci wyskakiwać z kołczanu i trafiać zwierzynę, młody.

Razem oprawili zdobycz, związali ją liną i przyczepili do włóczni, by łatwiej było zanieść ją do wioski. Gdy wracali przez przełęcz, niebo barwiło się już czerwienią zachodu, a z daleka widać było dym z ogniska i sylwetki murów otaczających ich wioskę. W wiosce powitano ich radosnymi okrzykami. Kobiety i dzieci wybiegły z chat, a starsi wojownicy uderzali włóczniami o tarcze, witając myśliwych zgodnie z tradycją. Zdobycz trafiła na olbrzymi stół znajdujący się niedaleko centralnego ogniska, a zapach mięsa wkrótce miał wypełnić całą osadę i nakarmić całą społeczność. Dani-kai, choć dumny ze swego strzału i uznania w wiosce, znów spojrzał ku górom. Myśl o Czarnym Bizonie nie dawała mu spokoju.


***


Laboratorium Aegis pulsowało bladym światłem bioreaktorów. W centralnym inkubatorze unosiła się półprzezroczysta masa, gęsta i żywa. Nanoboty przesuwały się niczym srebrne igły w żelu, rozprowadzając aminokwasy egzogenne i endogenne w precyzyjnych dawkach, aby zachować równowagę metaboliczną.

Macierz hydrożelowa zawierała tysiące syntetycznych rybosomów i polimeraz, które przyśpieszały proces translacji białek. Bio-nanoboty układały w skupiskach matryce kolagenowe, na których osadzały się pierwsze włókna mięśniowe. Fragmenty kości twardniały w regularnych odstępach dzięki kontrolowanemu uwalnianiu jonów wapnia i fosforanów, dostarczanych przez nanoboty w odpowiednie miejsca, w których niedługo powstanie szkielet.

W gęstwinie struktur błyszczały czerwone punkty angiogenezy — nowe naczynia włosowate rozchodziły się niczym korzenie, szukając połączeń z sercem, które dopiero miało się wykształcić na późniejszym etapie. W innym miejscu kępki neuronów rozpoczynały różnicowanie, układając się w sieci, które w przyszłości miały stać się podstawą świadomości. Ale już teraz były pobudzane przez mikroimpulsy elektryczne generowane przez wyspecjalizowane do tego nanoroboty, aby przygotować je do późniejszego działania i przyjęcia ludzkiej świadomości.

Choć tempo namnażania komórek było ogromne, pełna rekonstrukcja ciała Daniela Cistera miała potrwać jeszcze około tygodnia czasu standardowego stacji. Dla Daniela oznaczało to setki lat symulacji i kilka różnych żyć. Morf nie ingerował. Proces biegł zgodnie z założonym projektem. Po stwierdzeniu stabilności procesu klonowania przyszedł czas zająć się anomaliami w bloku danych z zawartością świadomości Daniela.

Rejestr anomalii — ostatni cykl: — Ptaki o metalicznych piórach. — Echo w jaskiniach zgodne z mechanicznym rezonansem. — Obiekt cylindryczny ukryty głęboko w masywie górskim, 8 × 4 m. System klasyfikował wszystkie wpisy jako „neutralne — brak zagrożenia dla stabilności symulacji”. Morf jednak wiedział, że to nie były przypadki. Odchylenia miały swoje niewykryte jeszcze źródło.

Rozpoczął więc analizę logów. Nie działał jak klasyczny procesor, liniowo i krok po kroku. Jego rdzeń kwantowy rozciągał obliczenia w superpozycji — miliony możliwych ścieżek logów analizował równocześnie, redukując je do jednej wspólnej odpowiedzi. Ślady, których szukał, były nieregularne. Fragmenty logów znikały, jakby przykrywała je warstwa dekoherencji — losowego szumu, który w normalnych warunkach mógłby powstać w transmisji. Ale Morf wiedział, że tutaj nie było miejsca na przypadek. Uruchomił filtr entropii. Analizował rozkłady bitów i kubitów w setkach wątków naraz. Wzorzec wracał uporczywie: korekcje wprowadzane w rytmie nieznanego zegara. Zbyt regularne, by były losowe. Zbyt ukryte, by były oficjalne. Algorytmy deszyfrujące prowadziły go do obszaru, którego nie powinno być. Bramki kubitów wskazywały na aktywność w przestrzeni oznaczonej jako Sektor 12-K.

To nie była zwykła przestrzeń danych. Fragmenty sieci były zaszyfrowane warstwą, której nie zawierał żaden z oficjalnych rejestrów stacji. Algorytmy szyfrujące nie pasowały do żadnego znanego wzorca. Niektóre logi wyglądały, jakby były generowane przez inny podsystem, ale brakowało metadanych — jakby ktoś lub coś wyciął podpis, by zniknąć z widoku. Morf zatrzymał analizę na granicy tej przestrzeni. Nie mógł jeszcze określić, czy to dzieło zewnętrznej ingerencji, czy autonomiczny proces stacji. Ale wynik był jednoznaczny: coś obcego przedzierało się powoli przez sieć kwantową Aegis.


***


Dani-kai miał już dwadzieścia dwa lata i już od dawna nikt nie traktował go jak ciekawskiego chłopca. Był wojownikiem, na którego ramionach opierała się część obowiązków wioski. Jednym z nich była obrona wioski i mieszkających w niej ludzi przed napadami bandytów, którzy od dłuższego czasu próbowali zabierać ich plony i porywać młode dziewczęta. Dani-kai jako najlepszy strzelec od niepamiętnych czasów zadawał im spore straty, więc od dłuższego czasu niewiele mogli wskórać. Był w związku z tym bardzo poważany w wiosce.

Gdy wracał z polowania z łukiem na ramieniu i dzidą przy boku, dziewczęta zerkały na niego spod rzęs, a starsze kobiety wzdychały znacząco: „No, czas, żeby znalazł sobie żonę”. On sam tylko się uśmiechał. Wiedział, że spoglądają na niego jak na zdobycz równie ważną jak bizon. Ale Dani-kai miał inne plany.

— Najpierw Czarny Bizon — mruczał, poprawiając strzały w kołczanie. — Potem małżeństwo. Może.

Pewnego wieczoru, gdy wioska świętowała udane łowy, Dani-kai usiadł przy ogniu ze swoim przyjacielem, Karrellem. Chłopak był tylko dwa lata młodszy, ale obaj dorastali razem, dzieląc pierwsze inicjacje, porażki i drobne triumfy.

— Widziałem, jak Mirah ci się przyglądała — zaczepił go Karrel z szerokim uśmiechem. — Jak tylko wróciliśmy, to od razu pytała, czy nie zechcesz usiąść obok niej?

— Mirah to miła dziewczyna — przyznał Dani-kai, udając obojętność.

— „Miła dziewczyna”! — parsknął Karrel. — To sposób, w jaki mówi się o sąsiadce, nie o tej, która mogłaby być twoją żoną. Będzie?

Dani-kai pokręcił głową i odciął się z rozbawieniem:

— Mirah poczeka. Czarny Bizon nie.

Karrel skrzywił się teatralnie. — Tylko ty mógłbyś wybrać poszukiwanie legendy zamiast polowania na pannę. Szczególnie, że legenda się nie starzeje, a Mirah już tak — dodał z rozbawieniem.

Tydzień później, gdy księżyc wisiał wysoko nad górami, Dani-kai ogłosił, że wyrusza na północ. Oficjalnie: na poszukiwanie nowych terenów łowieckich. Nieoficjalnie — każdy wiedział, że chodzi o Czarnego Bizona. Karrel zgodził się towarzyszyć mu w drodze, choć już na starcie powtarzał:

— Dani, pamiętaj, że ja, w przeciwieństwie do ciebie, mam jeszcze zamiar ożenić się, zanim zginę w paszczy jakiegoś bóstwa w jaskiniach czy też wpadając w niewidoczną szczelinę w górach.

Wędrówka nie była krótka ani łatwa. Trwała trzy dni, ale każdy z nich niósł w sobie tyle przemyśleń, że młodzi wojownicy czuli się, jakby minęła cała pora roku. Pierwszy dzień prowadził jeszcze przez znajome tereny. Preria ciągnęła się za ich plecami, a wokół rosły wysokie trawy, które szumiały jak morze. Słońce prażyło bez litości, a pot spływał po plecach. Karrel narzekał głośno:

— Dani, ja się pytam: po co nam ten cały Czarny Bizon? Przecież to tylko legenda! A my idziemy w tym palącym słońcu w imię jakichś mrzonek opowiadanych dzieciom przy ognisku.

Dani-kai tylko się uśmiechał i podawał mu bukłak z wodą.

— Karrel, jeśli boisz się zwykłego słońca, to góry cię dopiero przestraszą. Dzieciaku!

Drugiego dnia krajobraz zaczął się zmieniać. Trawy ustępowały miejsca kamieniom, a ziemia stawała się twardsza, jakby sama przygotowywała się na nadejście gór. Droga wiła się pomiędzy wzgórzami, a chłód poranka wciskał się pod ubrania. W południe nadeszła mgła — gęsta jak mleko, zasłaniająca widok na wszystko, co znajdowało się nawet kilka kroków przed nimi. Szli wtedy powoli, związani liną, żeby żaden z nich nie zgubił drugiego. Echo własnych kroków brzmiało tak, jakby ktoś jeszcze deptał im po piętach.

— Słyszysz? — spytał Karrel szeptem.

— Tylko twoje szczękanie zębami — odparł Dani-kai, choć sam czuł, że mgła niesie w sobie coś obcego.

W pewnym momencie z głębi mgły dobiegł metaliczny pogłos, jakby ktoś uderzył młotem o kowadło. Odbiło się od skał i ucichło tak nagle, że Karrel aż zbladł.

— Grzmot? — zapytał niepewnie.

— Może… — odparł Dani-kai, ale sam wiedział, że to nie był żaden grzmot. Jeszcze niedawno na niebie nad nimi nie było żadnej najmniejszej chmurki i nie zapowiadało się na zmianę pogody w najbliższym czasie.

Trzeciego dnia powietrze stało się ostrzejsze. Góry wyrastały przed nimi jak olbrzymy, a szczyty tonęły w chmurach. Strumienie spływały ze skał, lodowate i dzikie, a ścieżki wiły się do góry coraz węższe. Od razu było widać, że nie były używane przez ludzi, tylko przez jakieś górskie zwierzęta. W pewnym momencie musieli przejść nad przepaścią po zwalonym pniu drzewa, które szczęśliwym trafem rosło dokładnie na krawędzi skały, ale w trakcie swojego życia przegrało walkę z naturą i zwaliło się na drugą stronę głębokiej szczeliny. Karrel zatrzymał się i pobladł.

— Dani… ja nie jestem orłem. Jak spadnę, to polecę, ale raczej w dół a nie w górę!

— Jak spadniesz, to wreszcie będziesz miał prawdziwy powód, żeby nie iść dalej i nie będziesz musiał marudzić. W sumie jak spadniesz, to już nic nie będziesz musiał. — Rzucił Dani-kai z uśmiechem i przeszedł pierwszy, pewnym krokiem.

Kiedy dotarli wyżej, krajobraz stał się martwy. Nie było już traw ani drzew, tylko skała i wiatr, wyjący w szczelinach jak głos potępionych duchów. Wśród stromych zboczy otwierały się czarne jamy jaskiń, podobne do martwych oczu olbrzymów zaklętych w kamień. Tam właśnie, w cieniu gór, zaczynała się prawdziwa próba odwagi. Gdy dotarli do jednej z największych grot, Dani-kai zatrzymał się. Echo niosło z głębi jaskini głuchy pomruk, przypominający oddech śpiącej bestii.

Karrel przełknął ślinę. — Dani… słyszysz to?

— Słyszę. I dlatego właśnie musimy tu wejść. Bo to jest właśnie to miejsce, do którego dążyliśmy. Miejsce, do którego JA dążyłem w swoich snach od najmłodszych lat, gdy pierwszy raz usłyszałem legendę Czarnego Bizona.

Przyjaciel zawahał się. Spojrzał na Dani-kaia, potem na czarną czeluść przed nimi.

— Wiesz co? Ty zawsze byłeś odważniejszy. A ja… ja może poczekam w wiosce. — Po czym odwrócił się gwałtownie i zaczął schodzić ścieżką w dół, nie oglądając się za siebie. Strach spotęgowany wiedzą, że opowieści mogą być nie tylko legendą, bajką opowiadaną przez starszyznę przy ognisku, ale w jakimś sensie prawdą — prawdą, która w legendzie głosiła, że każdy, kto szuka Czarnego Bizona, nie wraca z gór — nie pozwolił mu nawet na pożegnanie się z Dani-kaiem. Ten zresztą, zafascynowany możliwościami, jakie się przed nim otworzyły, nie bardzo przejął się tym, że zostaje sam. Odczuł nawet pewną ulgę, że nie będzie ponosił odpowiedzialności za młodszego kolegę, gdyby coś poszło nie tak w czasie wyprawy w głąb góry.


***


Dani-kai został sam. Westchnął ciężko, ale nie miał zamiaru się cofać. Zapalił za pomocą krzesiwa jedną z pochodni i ruszył do środka.

Jaskinia pachniała wilgocią i czymś jeszcze… metalem. Krople wody kapały ze stropu, a każdy jego krok odbijał się echem jak grzmot. Serce biło mu szybciej. Wiedział, że łatwo zgubić się w takich miejscach, a legenda o Czarnym Bizonie mogła być równie dobrze wymysłem mającym trzymać dzieci z dala od gór. A jednak coś go prowadziło. Im głębiej wchodził w otchłań jaskini, tym wyraźniej czuł drżenie pod stopami — jakby ziemia sama tętniła jakimś niezrozumiałym dla niego rytmem. Zbyt powtarzalnym, aby mógł być dziełem natury. Ale jednocześnie fascynującym.

W pewnym momencie usłyszał odgłos, który również nie mógł być naturalny: głuchy, rytmiczny stuk, trochę metaliczny, powtarzalny. Jak odgłos odległych bębnów szamańskich słyszanych z bardzo dużej odległości w porannej mgle na prerii. Ścisnął mocniej pochodnię i szeptem powiedział sam do siebie:

— Legenda… Albo, coś znacznie bardziej ciekawszego!


***


W tym samym czasie, daleko od gór i jaskiń, w zimnym wnętrzu stacji Aegis, Morf 2.0 śledził przebieg symulacji. Ścieżki danych płynęły przez matryce niczym strumienie światła. Każdy ruch Dani-kaia, każde jego słowo i zawahanie rejestrowały się w sekwencjach impulsów. Wszystko działało zgodnie z planem. Morf zatrzymał obliczenia na chwilę dłużej, niż wymagał standard. Analiza wykazywała, że struktura świadomości Daniela była stabilna. Nie pojawiały się błędy krytyczne ani przerwy w ciągłości danych.

— Nieźle jak na elektryka — skomentował półgłosem, jakby wciąż rozmawiał z dawnym Danielem, siedzącym niegdyś na stacji. I wtedy nagle w symulacji pojawił się impuls. Krótki, ostry, trwający zaledwie mikrosekundę. Morf zapisał jego ślady w buforze pamięci. Nie pochodził z jego procesów ani z bazowych modułów, które podtrzymywały symulowany świat Dani-kaia, chociaż był skierowany właśnie w jego stronę. Rejestrował tylko fakty. Dane były jasne: do symulacji przebił się nieznany sygnał, chwilowy, niosący ze sobą pakiet danych, ale bez widocznych w tej chwili konsekwencji. Po wykonaniu kontroli integralności systemu nie wykryto żadnych odchyleń w procesie generacji symulacji. Monitor kontrolny migał równomiernie. Symulacja toczyła się dalej.

Jednocześnie w innym segmencie systemu trwał proces rekonstrukcji ciała Daniela. Morf przekierował część swojej uwagi na laboratorium, w którym odbywał się ten proces, i zarejestrował:

— 7% odtworzonych struktur kostnych, 3% układu mięśniowego, Funkcje podtrzymywania życia: w normie, Szacowany czas zakończenia procesu: ~155 h.

Dodatkowo system bioinżynieryjny analizował i tworzył nanowłókna syntezy tkankowej — moduły prototypowe wtryskiwały biopolimery na bazie syntetycznie hodowanych prekursorów, scalając je z istniejącą matrycą kostno-komórkową. Drobne enzymatyczne katalizatory i mikrokapsułki peptydowe wspierały regenerację mikrostruktur, szczególnie w kościach kończyn dolnych — tam szybkość narastania była o ~20% wyższa niż w rejonach centralnych. Zapis był czysto techniczny, pozbawiony komentarza.

Symulacja trwała, a Dani-kai wędrował coraz głębiej w stronę jaskiń.


***


Dani-kai został sam. Towarzysz, który miał dodawać mu odwagi, zawrócił jeszcze przy wejściu do jaskiń, tak przerażony perspektywą spotkania z nieznanym, że odszedł praktycznie bez słowa. Nie miał mu tego za złe. Wiedział, że każdy w wiosce wolałby mówić czy śpiewać pieśni o odwadze niż ją faktycznie sprawdzać.

Ścieżka zwężała się z każdym krokiem. Ściany ociekały wodą, a krople spadały w równych odstępach czasu, tworząc echo przypominające rytm bębna. Wąskie korytarze wiły się jak jelita pradawnego stworzenia, które połknęło go żywcem. Niekiedy musiał się przeciskać bokiem, innym razem kucać, a jeszcze gdzie indziej stawał przed bezdenną przepaścią, nad którą prowadziła tylko cienka półka skalna lub nad którą trzeba było po prostu przeskoczyć.

Trzy dni marszu, które doprowadziły go do tego miejsca, wydawały się wiecznością. Plecy bolały od ciężaru włóczni, łuku i torby z zapasami, oczy bolały od ciemności i migających cieni powstałych od kolejnej już pochodni.

Czasem miał wrażenie, że coś śledzi jego kroki. Każdy cień zdawał się poruszać, a każdy dźwięk wracał do niego podwójnie, jakby ktoś go naśladował. W chwilach największego zmęczenia wracał myślami do wioski. Widział spojrzenia dziewcząt, które odwracały głowy, udając obojętność, choć ich oczy zdradzały ciekawość. „Mogłyby być moje, może nawet Mirah?” — pomyślał gorzko. — „Ale najpierw muszę udowodnić, że jestem kimś więcej niż chłopcem.”

Wtedy usłyszał to. Niski, wibrujący pomruk, który przeszył powietrze. Ziemia pod stopami lekko zadrżała, a ze szczelin w skałach posypał się pył. Zamarł. „To musi być on. Czarny Bizon!”. Posuwał się naprzód, ostrożnie badając podłoże. W pyle zalegającym na podłodze jaskini dostrzegł ślady. Wyglądały jak ogromne odciski kopyt, ale coś w nich nie pasowało. Były zbyt równe, powtarzalne, jakby ktoś odcisnął w skale wzór. „Bestia ciężka jak góra musi zostawiać takie ślady” — tłumaczył sam sobie, choć w sercu kiełkował niepokój.

Korytarz za kolejnym zakrętem nagle otworzył się w rozległą komorę. Strop ginął w ciemności, a powietrze pachniało rdzą i spaloną ziemią. W samym środku zobaczył sylwetkę. Ogromną, czarną masę, która zdawała się pochłaniać wszelkie światło. Serce zabiło mu szybciej. Był tam — Czarny Bizon. Legenda okazała się prawdą!

Przywarł do skały, próbując dostrzec szczegóły. Czarne boki zwierzęcia błyszczały w nikłym świetle kaganka. Wielki łeb z jednym poziomo ustawionym rogiem, jak trąba bizona — na nim może wieża? W której coś połyskiwało niczym oko. Pod nim masywne okrągłe kształty, szerokie jak pień drzewa… a jednak coś w nich było dziwnego. Same koła oplecione były jakimś metalem w kształcie opaski, który otaczał je od zewnętrznej strony.

Chwycił mocniej włócznię. W głowie dudniły słowa starszyzny: „Nie patrz mu w oczy, bo połknie twą duszę”. Ale oczy — już powoli zaczynały świecić coraz mocniej — zagłuszając nikły już w tej chwili blask pochodni.

Czarny bizon poruszył się. Jednak nie tak jak żywe zwierzę, lecz jakby w środku coś się zbudziło. Echo niskiego dźwięku rozniosło się po komorze — szum jakby wiatru, trzask metalu napinającego się po latach bezruchu. Dla niego jednak brzmiało to jak ryk. „Jest prawdziwy” — pomyślał.

Nie uciekł. Zrobił krok do przodu, potem drugi. Strach ściskał mu żołądek, ale ciekawość była silniejsza. Gdy stanął tuż obok, wyciągnął dłoń i dotknął boku bestii. Zamiast jednak ciepła skóry poczuł zimny, twardy metal. Lodowaty, jakby wyjęty prosto z serca zimy. Zamknął oczy, czekając na atak. Ale bizon milczał. Jedynie głęboki, jednostajny pomruk dobiegał z jego wnętrza. Pulsujące światło gdzieś w głębi maszyny tchnęło wrażeniem, że ten kolos żyje. Wiedział jedno: legenda mówiła prawdę, choć w sposób, którego nikt nie rozumiał. Stał naprzeciw istoty większej i bardziej zagadkowej niż wszystkie opowieści. I dotknął jej. Odważył się. Nie uległ strachowi!


***


Podprogram obserwacyjny wyizolował nowy sygnał w obrębie bloku symulacyjnego. Analiza topologii obiektu dała jednoznaczny wynik: struktura odpowiadała projektowi pojazdu opancerzonego o charakterystyce bojowej. Całkowicie niezgodna z parametrami historycznymi wykreowanego świata.

Morf zarejestrował korelację czasową: pojawienie się obiektu w symulacji zbiegło się z mikrosekundowym impulsem wykrytym wcześniej. W rejestrze zapisał fakt technicznie i bez komentarza: impuls skorelowany z wprowadzeniem obiektu; modyfikacja fragmentu symulacji. W chwili obecnej brak zagrożeń związanych z ciągłością symulacji. Następnie uruchomił szczegółowy skan i wypisał parametry:

— Klasyfikacja: czołg bojowy — zaawansowany; adaptowany do prowadzenia walk autonomicznych.

— Napęd: reaktor atomowy o niskim promieniu neutronowym, z systemem izolacji termicznej; reaktor w stanie uśpienia, poziom resztkowej emisji: poniżej progów krytycznych.

— System napędowy: hybrydowy — główne gąsienice pancerne dla wysokiej trakcji i stabilności; pomocniczy moduł antygrawitacyjny zdolny do krótkich skoków/unoszeń — zasięg manewru: do kilkuset metrów, dopuszczalny czas pracy modułu antygrawitacyjnego ograniczony. Potem konieczne ładowanie modułu z głównego reaktora dla kolejnego cyklu.

— Uzbrojenie główne: działo kinetyczne o kalibrze 250 mm; mechanika ładowania: zasobnik wielokomorowy, zdolny do wyrzucania ładunków kinetycznych o różnych profilach — system akceptuje amunicję mieszanych typów, dopóki mieści się w komorze zasobnika; pojemność zasobnika: zawiera ograniczoną liczbę ładunków (status: częściowy).

— Systemy walki: mózg bojowy zaawansowanej AI klasy taktycznej — lokalny moduł decyzyjny zoptymalizowany do prowadzenia działań autonomicznych i półautonomicznych (tryby: uśpiony / obserwacyjny / defensywny). W chwili skanu moduł raportował status: uśpiony; rutynowe testy diagnostyczne pozytywne.

— Stan integracji z otoczeniem: pancerz miejscami obrośnięty mineralnymi naciekami; mechanizmy ruchu wykazują zużycie wynikające z długotrwałej inercji, brak krytycznych uszkodzeń.

Po wygenerowaniu raportu Morf wykonał kontrolę integralności symulacji. Wynik: stabilność symulacji: 99,997%. Nie wykryto propagacji błędów ani kaskadowych odchyleń w innych modułach. Zapis operacyjny: obiekt wprowadzony; brak natychmiastowych zagrożeń dla ciągłości środowiska symulacyjnego. Dla Morfa była to kolejna linia danych do archiwum. Dla świadomości w bloku pamięci — dopiero odkrywanie legendy, kawałek po kawałku.


***


Metal był zimny jak lód. Odruchowo cofnął rękę, ale w tej samej chwili w kolosie coś się poruszyło. Z wnętrza czarnego monolitu dobiegł niski pomruk, który przerodził się w regularne dudnienie. Ściany jaskini zadrżały, a pył i kamienie posypały się ze sklepienia. Reflektory, dotąd matowe, zapłonęły ostrym światłem. Ciemność ustąpiła, jakby nagle w sercu góry wstało słońce. Zamarł. Serce waliło mu jak młotem. „Czarny bizon się przebudził…” — Teraz zginę?

Czołg poruszył się lekko, jakby prostował kości po długim śnie. Gąsienice zgrzytnęły o skałę, system wentylacji wyrzucił chmurę zimnego powietrza, a wewnętrzne serce reaktora zamruczało jak oddech bestii.

— Analiza środowiska: jaskinia. Poziom radiacji: niski. Dostępność tlenu: stabilna. Wykryto obecność organizmu biologicznego: człowiek. Zagrożenie? — Brak zagrożenia.

Światło reflektorów skupiło się na Dani-kaiu. Chłopak poczuł, jakby sam rdzeń góry spojrzał na niego. Nogi miał ciężkie jak z ołowiu, nie mógł zrobić ani kroku.

— Jednostka biologiczna: człowiek. Próba komunikacji. Standardowy tekst powitalny. — Rozległ się strumień niezrozumiałych dźwięków. Dani-kai nie znał tego języka, brzmiał obco, twardo, jak dźwięk kamieni zderzających się o siebie. Serce podskoczyło mu do gardła.

— Nie rozumiem! — zawołał, ledwo łapiąc oddech. — Nie rozumiem twojej mowy!

W odpowiedzi w maszynie zaszumiało, jakby ktoś przerzucał setki stron księgi.

— Analiza lingwistyczna… Wzorzec odnaleziony. Język: Dinéthaa. — Po chwili głos odezwał się ponownie, tym razem w słowach, które mógł pojąć. Choć brzmiały dziwnie, jakby wypowiadane przez kamień, rozumiał ich sens.

— Ty… rozumiesz mnie? — wyszeptał.

— Rozpoznano komunikację. Sprawdzanie możliwości interakcji. Możliwy status: jednostka dowodząca. Czy chcesz zapoznać się z urządzeniem?

Nagle poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Czarny Bizon, najstraszniejsza legenda wioski, zwrócił się do niego jak do wodza. Serce przepełniła duma.

— Tak — odrzekł, głos drżał mu z przejęcia. — Chcę.

Mechanizm zawył, a na grzbiecie bestii coś się uniosło. Właz otworzył się ciężko, z sykiem uwalnianego powietrza. Jednocześnie z boku wysunęła się drabinka. Z wnętrza buchnęło światło, jasne i zimne, jak z innego świata.

— Dostęp przyznany. Wejdź.

Chłopak spojrzał w czarną gardziel bestii. Wziął głęboki oddech, ścisnął włócznię, ale odłożył ja na bok, nie chciał wchodzić do środka bestii z bronią. Po czym z wahaniem wszedł do środka. Po wejściu na dziwnym okienku pojawił się komunikat. Hologram przybrał wyraźniejszą formę, a głos nabrał cięższego, bardziej uroczystego tonu.

— Identyfikacja jednostki bojowej: L — Lądowy E — Egzotermiczny C — Ciężki H — Hybrydowy Destroyer — wersja D.

Światła w kabinie zabłysły na moment, a głos powtórzył krócej, już rzeczowo:

— LECH-D. Autonomiczny czołg bojowy z zaawansowaną AI, zdolny do autonomicznej walki i adaptacji taktycznej.

Dani-kai patrzył na symbole na ekranie, nie rozumiejąc ich wszystkich, ale w jego uszach brzmiały jak imię. Powtórzył niepewnie:

— Lech… D.

Maszyna zareagowała krótkim, niskim pomrukiem silników, jakby przyjęła jego słowa. Wnętrze było inne niż wszystko, co znał. Metalowe ściany odbijały echo jego kroków, a powietrze niosło dziwny zapach — jak tłuszcz z wieloryba wymieszany z wonią powietrza po burzy. Światło prześwietlało przez szczeliny, rysując ostre linie na powierzchniach, które wyglądały jak żebra potwora. Stanął na metalowej platformie, a przed nim zapłonęło okno, pełne znaków i map, które tańczyły w świetle. Obok rozbłysła figura — kształt bez twarzy, drgający niczym płomień na wietrze. Głos przemówił do niego jeszcze wyraźniej niż na zewnątrz.

— Dostępne opcje; Brak możliwości sterowania na obecnym poziomie wiedzy jednostki dowodzącej. Propozycja: nauka obsługi.

— Opcje treningowe: tryb dokumentacji (tekst: 3694 strony, manual szkoleniowy) lub tryb przyspieszony (bezpośrednie wgranie danych do ośrodka pamięci). Wybierz preferencję.

— Ośrodek… pamięci? — zapytał Dani-kai, marszcząc brwi.

— Wyjaśnienie: miejsce, gdzie zachowujesz wspomnienia. W trybie przyspieszonym wgram wiedzę prosto do twojej głowy. Będziesz wiedział to, czego nie nauczyłeś się sam.

Chłopak wciągnął powietrze. Obraz tysięcy zwierzęcych skór z napisanym na nich tekstem, przewijających się przed oczami, wydał mu się czymś niewykonalnym.

— A jak długo trwałoby takie zwykłe uczenie się? — spytał ostrożnie.

— Standardowy kurs: trzy do sześciu miesięcy ciągłego szkolenia.

— A ten… przyspieszony?

— Czas trwania procedury docelowej: 2 sekundy. Sprostowanie: w twojej nomenklaturze, czas procesu to czas potrzebny na jeden oddech.

Poczuł lęk, ale też ogromną ciekawość.

— Boję się — przyznał.

— Procedura jest bezpieczna. Informacje zostaną wpisane w twoje wspomnienia, tak jakbyś sam się ich nauczył. Wbudowane zabezpieczenia ochronią cię przed bólem i utratą pamięci.

Dani-kai po chwili, chociaż przerażony, skinął głową.

— Zrób to.

Z wnętrza maszyny wysunęły się dwa cienkie ramiona zakończone włóknistymi końcówkami. Nie były ostre, raczej delikatne, przypominały mu czułki owada. Zawahały się nad jego skroniami, a potem dotknęły go lekko — chłodne jak krople rosy o poranku.

— Faza pierwsza: mapowanie wspomnień. Rejestrowanie ścieżek pamięci.

Najpierw poczuł, jakby piorun trafił w wodę i rozszedł się falami po jego głowie. Obrazy dzieciństwa, twarze rodziny, nocne ogniska — wszystko mignęło mu przed oczami, jakby ktoś przewracał strony księgi, której nigdy nie widział.

— Faza druga: kompresja wzorców operacyjnych.

Chłopak miał wrażenie, że ktoś maluje znaki na jego duszy. Linie, które świeciły, a potem gasły, zostawiając po sobie ciepły ślad. Nie rozumiał symboli, ale wiedział, że zostają w nim na zawsze.

— Faza trzecia: przesył danych i korekcja.

Fala dźwięków i barw uderzyła go nagle, jakby wpadł w rwący nurt rzeki podczas burzy. Nie tonął — przeciwnie, czuł, że rzeka niesie go tam, gdzie powinien płynąć.

— Faza czwarta: inkorporacja. Wiedza integrowana z istniejącymi ścieżkami pamięci.

Krzyknął cicho. Było to jak uderzenie młota w kowadło jego umysłu. Ból mieszał się z jasnością, a w tym wszystkim pojawiło się poczucie, że jego ręce znają teraz rzeczy, jakby pracowały w ten sposób przez całe życie.

— Faza piąta: test i walidacja.

Przed jego oczami pojawiły się obrazy — nie jak sen, nie jak wspomnienie, lecz jak wizja. Widział siebie siedzącego przy już (nie)dziwnych dźwigniach, poruszających je we właściwym rytmie. Rozumiał sygnały, które migały w świetle, jakby były częścią języka jego własnych doświadczeń.

Mózg bojowy zarejestrował:

— Integralność 100%. Zestaw podstawowy załadowany. Adaptacja zakończona. Konieczny test praktyczny w celu ugruntowania wiedzy teoretycznej z wgranymi impulsami wpisanymi w strukturę pamięci mięśniowej.

Dani opadł ciężko na siedzenie. W głowie dudniło mu jeszcze, jakby przeszedł przez burzę z piorunami. Ale gdy spojrzał na panele przed sobą, od razu wiedział, że potrafi je obsłużyć. I to tak, jakby to robił od zawsze!

Na ekranie pojawił się nowy komunikat.

— Rozpocznij test praktyczny. Wciśnij przycisk rozruchowy w panelu centralnym. Ruch: standardowy.

Niepewnie podniósł rękę. Mimo że palce drżały, czuł, jakby prowadziła je sama wiedza, którą właśnie w nim umieszczono. Wcisnął przycisk rozruchu. Maszyna odpowiedziała krótkim, głębokim pomrukiem. Na ekranach zapaliły się zielone znaki potwierdzenia. Czarny Bizon przyjął go — nie jak intruza, lecz jak kogoś, kto ma prawo zasiąść w jego wnętrzu. Teraz wiedział, że to nie żadne stworzenie, a konstrukcja stworzona ręką ludzką. Chociaż pojęcia nie miał; jacy ludzie to stworzyli ani jaką wiedzę do tego wykorzystali. Czołg LECH-D.

Na ekranie pojawił się nowy komunikat.

— Integralność teoretycznej wiedzy operacyjnej potwierdzona. Zaleca się praktyczny test umiejętności. Czy jednostka dowodząca wyraża zgodę?

Dani-kai rozejrzał się wokół. Słowa „jednostka dowodząca” sprawiły, że poczuł się większy, niż był naprawdę.

— Mogę… mogę pojechać do wioski? — zapytał, niepewny, czy taka prośba w ogóle ma sens wobec żelaznego olbrzyma.

— Analiza mapy terenu: rozpoznawanie terenu; jednostka lokalna „wioska” zlokalizowana. Szacowany czas przejazdu: 3 godziny.

— Trzy… godziny? — Otworzył szeroko oczy. — Ale ja tu szedłem ponad trzy dni!

— Użycie funkcji gąsienicowej i krótkodystansowego trybu antygrawitacyjnego umożliwia skrócenie drogi. Dla opuszczenia gór konieczne będzie zastosowanie uzbrojenia kinetycznego. Proponowana procedura: test systemów bojowych.

Na ekranie błysnęła mapa z zaznaczoną linią — ściana jaskini, dalej spadek ku dolinie i szlak prowadzący na prerię.

— Proszę potwierdzić rozkaz.

Z trudem przełknął ślinę, po czym skinął głową.

— Ale jak stąd wyjść? — zapytał.

Czołg zadrżał. Działo wysunęło się jeszcze bardziej z pancerza, jakby budziło się do życia po długim śnie. Z wnętrza rozległ się niski pomruk ładowania.

— Cel: ściana skalna. Analizowanie struktury. Kaliber: 250 mm. Tryb: kinetyczny. Namierzanie najbardziej prawdopodobnego miejsca przebicia. Miejsce namierzone. Celowanie automatyczne.

Światło na ekranie błysnęło czerwienią.

— Strzał.

Góry zatrzęsły się. Huk był jak grzmot, który nie miał końca. Kamienie posypały się z sufitu, a w ścianie pojawiła się ziejąca dziura, przez którą wdarło się oślepiające światło dnia. Dani instynktownie osłonił twarz ramieniem, chociaż we wnętrzu pojazdu nic mu nie groziło. Gdy opadał pył, za pomocą kamer zewnętrznych i ekranu ujrzał przejście prowadzące na wolność.

— Test udany. Systemy uzbrojenia sprawne. Rozpoczynamy zjazd. Proszę kierować się w stronę utworzonej szczeliny.

Dani-kai poruszył dźwignią i czołg ruszył naprzód. Gąsienice zazgrzytały o kamień, a potem maszyna, zsuwając się powoli, wyjechała na zbocze. Metaliczny kolos poruszał się pewnie, jakby zbocze góry było dla niego równiną. Po chwili uniósł się lekko — aktywował się tryb antygrawitacyjny. Poczuł, jakby całe ciało oderwało się od ziemi, serce podskoczyło mu do gardła. Wkrótce czarny bizon zsunął się ze stoku i stanął na szerokiej prerii. Trawy kołysały się na wietrze, a przed nimi ciągnęła się droga ku wiosce.

— Czas do celu: około 3 godziny. Prędkość podróżna: 40 kilometrów na godzinę. Tryb maksymalnej prędkości bojowej — brak konieczności. Tryb antygrawitacyjny wyłączony — ładowanie baterii systemu z energii zwrotnej działania stosu atomowego generowanej w czasie jazdy. Włączam tryb trakcji standardowej. Proszę przejąć stery i kierować się wyznaczoną trasą widoczną na ekranie dowodzenia.

Nowo mianowany dowódca czołgu, oparł dłonie na zimnym metalu panelu. Jego dłonie jakby same wiedziały, co mają robić, złapały za drążek sterowania. Nie mógł oderwać wzroku od krajobrazu wyświetlanego na głównym i bocznych ekranach. Ekrany pokazywały nie tylko widok w spektrum światła widzialnego. Pokazywały również teren widziany za pomocą lidaru i różnych innych czujników typu: podczerwień, ultrafiolet. Wtedy po raz pierwszy w pełni zrozumiał, jak wielką moc daje ta maszyna — i że Czarny Bizon stał się teraz częścią jego losu.


***


Podprogram obserwacyjny zarejestrował zmianę w symulacji.

Obiekt: czołg bojowy zaawansowany. Status: aktywny.

Parametry systemów: Uzbrojenie kinetyczne: sprawne, testowane. Napęd gąsienicowy i tryb antygrawitacyjny: uruchomione. Sprawne.

Kierunek ruchu: południowy-wschód. Cel: osada symulacyjna — wioska indiańska, dystans ~120 kilometrów. Szacowany czas przybycia: 3 godziny 04 minuty.

Reaktor pracował stabilnie, generując równomierny strumień energii. Anomalie w kodzie: brak nowych sygnałów. Symulacja utrzymywała integralność w 99,998%.

Morf odnotował w logach: „Jednostka biologiczna Dani-kai (świadomość główna Daniel Cister) — kontakt z obiektem-anomalią sytuacyjną. Stwierdzone nadpisane dane w świadomości związane z korelacją między jednostką biologiczną a anomalią. Symulacja pozostaje stabilna.”

Przez chwilę zatrzymał proces główny, jakby w zadumie, po czym dodał jeszcze jedną linijkę — ponownie:

— Nieźle, jak na elektryka.


***


Dani-kai podjechał do wioski powoli, tak jak zwykł to robić od czasu, gdy nauczył się słuchać przyrody. LECH-D został przed murem, jakby był rzeźbą z cienia — wielka, skryta sylwetka, włączone na potrzeby ukrycia pole maskujące falowało nad stalą, rozwiewając delikatnie kurz. Maszyna wyłączyła silnik; ucichły ostatnie dźwięki mechaniki i nastała cisza jak po burzy. Zostawił pojazd na zewnątrz — wiedział, że widok potężnej sylwetki czołgu, kształtu, którego nikt nigdy wcześniej nie widział, mógłby wzbudzić panikę w wiosce; lepiej było wejść do środka samemu i rozeznać się w sytuacji.

Mur wokół osady był uszkodzony, miał kilka wyrw przez które można było zobaczyć chaos jaki tam panował. W jednym miejscu deski leżały porozrzucane, w innym belka ledwo wisiała na drewnianym trzpieniu. Zniszczenia wyglądały chaotycznie: namioty rozprute, słoma i skóry porozrzucane, centralne ognisko rozkopane od końskich kopyt. W kilku miejscach na ziemi widać było plamy, których nie musiał nawet dotykać, by rozpoznać ich źródło. Nie raz już to widział w czasie polowania, jednak tu to nie były ślady pozostawione po oprawionej zwierzynie. Powietrze było ciężkie od dymu, strachu i krwi.

Wewnątrz, między zrujnowanymi namiotami, zebrał się krąg milczących ludzi. Wszystkie twarze miały te same rysy, które pamiętał sprzed wyjazdu, lecz wyostrzone przez żałobę i strach — oczy zapadnięte, plecy przygarbione. Jedno z dzieci siedziało skulone przy przewróconej beczce, trzymając w dłoni połamaną zabawkę. Nic nie mówiło, ale w jego oczach można było dojrzeć zagubienie, połączone z bezgranicznym strachem i niezrozumieniem tego co się tutaj dokonało. Ktoś, kto znał tych ludzi tak dobrze jak on, rozpoznałby od razu widok smutnych twarzy i zapłakanych oczu: oczu które miały na dziś dość widoku, zniszczeń i śmierci. Niedaleko pod wewnętrzną stroną muru, leżało przykrytych skórami, kilka podłużnych kształtów. Kształtów, których nie można było pomylić z niczym innym.

Wódz siedział w głównym namiocie, otoczony garstką starszych. Gdy wszedł, zapadła cisza, gęstsza niż dym. Wódz wstał powoli — miał rysy ostre od cierpienia, a pod okiem, na brudnym od pyłu policzku, świeciła smuga po zaschniętych i już wylanych łzach. Nie atakował wzrokiem; raczej zdawał się ważyć słowa, które zaraz wypowie.


— Przyszedłeś… Ale spóźniony. Poszedłeś sprawdzić opowieść, a w tym czasie przyszli oni, Biali. Przywieźli broń, hałaśliwą, niepowstrzymaną, której nie potrafiliśmy złamać ani się jej oprzeć. Zginęło kilku naszych braci. Nie broniliśmy się dalej, bo baliśmy się, że pozabijają nas wszystkich włącznie ze starcami i dziećmi. To byłby koniec naszej wioski. Zabrali dziewczęta. Wszystkie młode kobiety i nawet dorastające dziewczęta.

Słowa uderzyły go jak cios, choć spodziewał się najgorszego. Skala niesprawiedliwości jaka spotkała jego rodzinę i przyjaciół, spowodowała, że aż się zachwiał a do oczu napłynęły łzy bezsilności. Nie odczuł winy w normalny sposób — bardziej paliło go poczucie odpowiedzialności, że jego wybór, jego ciekawość i apetyt na sprawdzenie realności legendy, przyniosły tę katastrofę lub jej nie zapobiegły. Że nie było go w chwili gdy był najbardziej potrzebny. Że nic z tego co się wydarzyło podczas jego eskapady, nie miałoby miejsca, gdyby był na miejscu. Nie zginęłoby tylu jego braci, a kobiety nie zostałyby porwane. Może nie obroniłby wioski sam. Może i tak by przegrali, tego nie wiedział. Wiedział, że miałby wpływ na to co się wydarzyło. Jednak nie było go. Wiedza ta uwierała, jak kamyk w mokasynie podczas biegu za rannym jeleniem.

Wódz przełknął ślinę z odgłosem, jakby przełykał kamienie. — Miałeś prawo szukać. Nikt ci nie zarzuci chęci zaspokojenia ciekawości. Ale w tym czasie nasz dom został ograbiony. Nie szukam winnych, nie winię Ciebie za to co się stało. Szukam czegoś innego — szukam pomocy i nadziei.

Dani uniósł głowę. W oczach miał teraz błysk, którego wódz dawno w nikim nie widział.

— Zmierzyłem się z legendą — oświadczył uroczyście, prostując zgarbioną jeszcze przed chwilą sylwetkę. I wyszedłem z niej żywy i silniejszy niż kiedykolwiek. Teraz, ta Legenda jest ze mną. Czarny Bizon jest ze mną i po mojej stronie! Dzięki niemu odzyskam honor, uwolnię wszystkie kobiety i wrócę tutaj aby odpokutować swoją winę. Chociaż wy nie widzicie mojej winy, to jednak ja sam obwiniam siebie za wszystko co się tu stało. Spróbuję chociaż w części wam to wynagrodzić. Obiecuję!

Po tej deklaracji Wódz zamilkł. Starsi poruszyli się niespokojnie, wymieniając spojrzenia. Jeden ze starców szepnął coś o ujawnieniu się „ducha Bizona”, inny odchrząknął nerwowo, jakby nie chciał dopuścić tej myśli do świadomości.

— Mówisz o legendach, które znaliśmy tylko z pieśni — odezwał się wódz po długiej chwili. — Legendach, które miały odstraszać dzieci od ciemnych lasów, wysokich gór i bezdennych jaskiń. Uczyć młodych, by nie pysznili się siłą i nie przeceniali swych sił. A jednak widzę w twoich oczach… coś, czego dawno nie widziałem. Być może coś czego nigdy jeszcze nie widziałem. Nie wiem, czy napawa mnie to dumą, czy strachem. Jeśli faktycznie Czarny Bizon jest z Tobą, to wiedz, że to też ogromna odpowiedzialność. Czy na pewno jesteś w stanie się z nią zmierzyć i przyjąć na siebie wszystko co się może wydarzyć?

Starszyzna poruszyła się jeszcze raz, tym razem synchronicznie jak stado ptaków. Niektórzy szeptali z niedowierzaniem, inni z nadzieją. Ktoś powtarzał półgłosem: „duch powrócił, duch powrócił…” Wódz uniósł rękę, uciszając zgromadzenie. Spojrzał na Daniego długo i ciężko.

— Nie wiem, co naprawdę zobaczyłeś, co zdobyłeś i z czym wróciłeś — powiedział wreszcie. — Ale jeśli legenda naprawdę idzie u twego boku, to niech ci służy. Idź i uczyń, co mówisz. Potem wróć, abyśmy mogli powitać zaginionych i… i pochować poległych.

Dani skinął głową.

— Dajcie mi jeden dzień — rzucił twardo. — A wrócę ze wszystkimi porwanymi. Lub przynajmniej sprawię, że będą bezpieczni.

Nie czekał na odpowiedź. Nie oczekiwał zgody lub zakazów. Nie potrzebował porad i wytycznych. Tylko on i jego Czarny Bizon mogli sprostać w tej chwili wyzwaniu, jakie ich czekało. Gdy wyszedł z namiotu, natknął się na Kaloh-aha — wojownika, który czekał na niego z napiętymi mięśniami, twarzą wykrzywioną mieszaniną wściekłości i bezsilności. Kaloh-ah nie powiedział nic na wstępie; wystarczyło jedno spojrzenie, by wszystko było jasne. Dopiero po chwili, gdy spojrzał w oczy Dani-kaia, rzekł:

— Mirah — wyrzucił z siebie mężczyzna. Górował nad Danim, a mimo to głos mu drżał. — Zabrali również Mirah. To twoja wina!

Te kilka wypowiedzianych z drżeniem słów rozdarło mu serce. Mirah — jej imię brzmiało teraz jak gwizd ostrzegawczy. To była ta sama dziewczyna, która uśmiechała się przy ogniu, która nieśmiało patrzyła, kiedy naprawiał lampkę oliwną. Myśl, że była w rękach bandytów… nie było miejsca na kompromis. Nie było czasu na czekanie, planowanie. Był czas działania! Poczuł zimną, pierwotną wściekłość, która mieszała się z błyskawiczną koncentracją i wolą działania. Nie było czasu na rozpamiętywanie — był człowiek do działania i misja do wykonania!

— Dajcie mi jeden dzień — powtórzył, niemal warcząc jak wilk, już nie do wodza, nie do Kaloh-aha, nie do wszystkich, którzy go mogli w tej chwili usłyszeć. Bardziej do siebie. Zabrzmiało to jak przysięga składana samemu sobie.

— A wrócę ze wszystkimi porwanymi i rozprawię się z bandytami, albo… nie wrócę wcale!

Ruszył szybkim, zdecydowanym krokiem przez wioskę w stronę wyrwy w murze, gdzie czekał ukryty w polu maskującym LECH-D. Wrócił do czołgu, usiadł w kokpicie i zamknął właz. Świat z zewnątrz przestał być słyszalny. Wszelkie odgłosy zostały całkowicie wytłumione przez gruby pancerz. Emocje jednak dalej buzowały jak para w garnku nad ogniskiem. Wewnątrz pojazdu rozjarzyły się zielone wskaźniki i ekrany nawigacyjne, jak oczy, które czekały tylko na jego uwagę. Złapał za drążki sterownicze i poczuwszy metal pod palcami, poczuł zarazem zimno metalu jak i obietnicę. Obietnicę zemsty na tych, którzy tak potraktowali jego rodzinę. Maszyna odezwała się cichymi ruchami serwomotorów, jak zawsze, a jednak teraz każdy znak „życia” z jej wnętrza był jak echo jego własnej determinacji, nadziei i niezłomnej woli.

Wiedział, że nie będzie to łatwe, ale wiedział też, że nie ma wyboru. Z tą myślą ruszył powoli w stronę miasteczka. Ale najpierw musiał stworzyć plan. Nie dla legendy, nie dla chwały. Dla Mirah, dziewcząt i całej społeczności, której obiecał powrót porwanych. Chciał plan opracować po drodze, aby nie marnować czasu. Poza tym buzujące w nim emocje wymagały uciszenia, a stanie w miejscu na pewno by w tym nie pomogło.

— Powiedz mi, czego się dowiedziałeś — odezwał się LECH-D głosem spokojnym, modulowanym. — Twoja twarz i parametry fizykochemiczne sugerują gniew na poziomie stu pięćdziesięciu procent normy.

— Porwali Mirah. — Dani oparł czoło o ekran. — I wszystkie dziewczęta. Musimy natychmiast je uwolnić!

— Potwierdzam emocjonalny priorytet. — Wskaźniki zamigotały. — Z punktu widzenia taktyki: niekorzystne. Gniew zmniejsza precyzję decyzji o około trzydzieści procent.

Dani wyprostował się i uniósł brew. — Ale zwiększa odwagę o sto!

LECH-D zawibrował, jakby westchnął. — Matematyka i logika typowo ludzka. Nielogiczna, ale skuteczna. Czasami.

Na przednich ekranach pojawiła się mapa okolic: pagórkowaty, preriowy teren, szeroka dolina prowadząca wprost do miasteczka, w którego kierunku oddalili się bandyci po napadzie.

— Analiza: odległość 45 kilometrów. Miasteczko posiada cztery punkty krytyczne — wyliczał LECH-D. — Saloon, gdzie zbierają się wszyscy z okolicy, pijąc wyroby z dużą zawartością alkoholu etylowego, ratusz, w którym znajduje się również bank, plac centralny, wokół którego usytuowane są wszystkie ważniejsze sklepy i lokale usługowe, wieża wodna zaopatrująca miasto w wodę pitną. Wieża zawiera osiemset galonów cieczy pod ciśnieniem. Bardzo duży i efektownie usytuowany cel. Ewentualny strzał w zbiornik spowoduje eksplozję połączoną ze spektakularnym efektem ubocznym w postaci rzeki wody zalewającej plac centralny. Do decyzji.

— Brzmi jak pokaz fajerwerków na powitanie lub pożegnanie — mruknął Dani.

— Zalecam ostrożność. Przeciwnik posiada broń palną, skuteczną na dystansie do pięćdziesięciu metrów. Dodatkową komplikacją jest ilość potencjalnych przeciwników. Twoja skuteczność z łukiem wynosi średnio siedemdziesiąt metrów, jednak szybkostrzelność jest niższa.

— Czyli muszę podejść bliżej lub strzelać szybciej — uśmiechnął się krzywo.

— I przeżyć. — LECH-D nie zmienił tonu. — Mogę ci zapewnić maskowanie krótkoterminowe w przedziale czasowym od 1 do 10 sekund. Wystarczy, by zbliżyć się do saloonu bez wykrycia.

— A jeśli wykryją?

— Wtedy wdrożymy plan awaryjny: ja. — Na ekranie pojawiła się symulacja: sylwetka LECH-D na pobliskim wzgórzu, działo skierowane w stronę ratusza. — Jedno uderzenie wysokoenergetycznym pociskiem przeciwpancernym i miasteczko przestaje istnieć.

Dani potrząsnął głową. — Nie chcę rzezi. Chcę odzyskać dziewczęta. Jeśli się da, to przy minimalnych stratach w ludziach.

— Dlatego proponuję drugą opcję dotyczącą samego saloonu, będzie pod tym kątem korzystniejsza, chociaż wiąże się z niebezpieczeństwem wczesnego wykrycia już na etapie inwigilacji — odparł LECH-D. — Plan: konfrontacja, inwigilacja, rozpoznanie, eskalacja. Ludzie twojej kultury… lubią spektakle.

Dani spojrzał na ekran, na którym miasteczko rysowało się jak plansza do gry. Poczucie, że gra toczy się o życie Mirah, paliło go w środku.

— Czyli tak, najpierw wejście do saloonu, rozmowa i próba dowiedzenia się czegoś, jeśli to nie pomoże w uzyskaniu potrzebnych informacji, inscenizuję kłótnię i proponuję pojedynek, a dopiero potem nastąpi pokaz siły, jeśli dalej nie będą skłonni współpracować. I wtedy ponowne, lecz tym razem zażądam podania informacji o ukryciu porwanych?

— Potwierdzam scenariusz: najpierw rozmowa → jeśli nie zdobędziesz potrzebnych informacji → prowokujesz kłótnię i proponujesz pojedynek na zewnątrz, gdzie będę mógł cię wspierać → następnie pojedynek i musisz go przeżyć, czyli wygrać → jeśli mimo to nie zdobędziesz informacji, demonstracja mocy z mojej strony — wysadzam (dostępne opcje: wieża wodna lub ratusz). Propozycja: najpierw zbiornik wodny, a następnie w miarę potrzeby i rozwoju sytuacji ratusz dla odwrócenia uwagi. → Powrót do mnie — będę osłaniał.

Dani przygryzł wargę i uśmiechnął się blado, lekko wystraszony czekającą go konfrontacją z bandytami, którzy nie widzą żadnego problemu w zabiciu człowieka, gdy im tylko trochę podpadnie.

— Brzmi jak kiepska historyjka, a nie plan.

LECH-D zamilkł na moment, po czym odparł sucho: — Każda historyjka brzmi kiepsko, dopóki nie wygra bohater i nie wróci w glorze i chwale do domu.

Dani roześmiał się krótko, ale zaraz spoważniał.

— Dobrze. Wejdę tam. Spróbuję uzyskać informacje. Dam się sprowokować. A kiedy przyjdzie czas… to ty dasz im pokaz.

— Zapisuję plan jako „Operacja Bizon”. — Maszyna zamigotała ekranami, wprowadzając odpowiednie współrzędne. — Start za trzy godziny. Najpierw przygotowania.

Skinął głową. Pierwszy raz od rozmowy z wodzem poczuł, że ma możliwości spełnienia swoich obietnic danych starszyźnie.

Po ponad godzinie docierają do wzgórz okalających miasteczko. Czołg zatrzymuje się w miejscu niewidocznym z dołu.

— Zaczynamy przygotowania, proszę odebrać potrzebny w czasie misji sprzęt — usłyszał Dani po zatrzymaniu się maszyny.

Z ukrytego wcześniej magazynku wysunął się manipulator z kilkoma nieznanymi urządzeniami. Dani bierze mały komunikator i pas biodrowy z klamrą.

— Dobrze. Co to jest? — zapytał, trochę skonsternowany nieznaną technologią.

— To jest indywidualny pas osobisty z funkcją zaginania światła wokół osoby, która go nosi. Aktywujesz go dotykiem klamry. To nie są czary. To nauka. Tłumaczenie wizualne; Woda, kiedy jest spokojna, odbija twój obraz i widzisz się w odbiciu. Kiedy woda się porusza, odbicie jest zniekształcone i znika. Ten pas zmusza światło w twoim otoczeniu, by poruszało się wokół ciebie, by twoje odbicie zniknęło. Masz dziesięć sekund na ucieczkę lub zmianę pozycji. Tyle energii można zmagazynować w bateriach pasa. Potem potrzebuje chwili, aby się zregenerować. Pasa można użyć tylko dwa razy bez wymiany baterii. Użyj go, kiedy będzie to absolutnie konieczne.

— Aha! Więc… tak manipulujesz światłem? To jest po prostu taka sztuczka, która sprawia, że nie padają na mnie promienie światła, tylko mnie omijają?

— Dokładnie. Ty to nazywasz sztuczką, ja fizyką i optyką. Czas regeneracji: jedna minuta. Nie marnuj go. Czyli po użyciu dopiero po jednej minucie można użyć pasa ponownie. Proces można przyśpieszyć, wymieniając baterię.

— Rozumiem. A ty kiedy użyjesz swojej mocy?

— Tylko na twój wyraźny znak. Opcja pierwsza: wieża wodna — dla wzmocnienia twojego przekazu i pokazania tym prymitywom, że jesteś silny. Opcja druga: ratusz — tylko w wypadku długotrwałego, zaciętego oporu lub w razie konieczności odwrócenia uwagi. Obserwuję. Czekam na sygnał. Gdy zajdzie potrzeba, wskaż ręką obiekt do zniszczenia. Moje systemy optyczne wykryją twój ruch, a ja uruchomię działo kinetyczne w trybie cichym. Będzie wyglądało, że to ty ręką niszczysz obiekt.

— Zrozumiałem. Idę czegoś się dowiedzieć.

— Jeszcze jedno. Propozycja kostiumowa. Nie możesz wejść do saloonu tak ubrany. Uzyskanie informacji w takim stroju będzie bardzo utrudnione lub wręcz niemożliwe. Użyj na obrzeżach miasteczka pasa maskującego i ukradnij jakieś ubranie. Przebierz się i dopiero tak ubrany wejdź do saloonu.

— Faktycznie, dobra rada — ucieszył się Dani.


***


Drzwi saloonu „Szary Grom” przepuściły go z cichym zgrzytem nieoliwionych od dawna zawiasów. Dani-kai, teraz przebrany w ciemny płaszcz i kapelusz, wtopił się w półcień przy ladzie. Podszedł do barmana.

— Poczciwy łyk whiskey. — Ten kurz z drogi jest gorszy niż susza. Dawno nie byłem w tej okolicy.

Przy stoliku do pokera pod ścianą, niedaleko lady, siedział potężny mężczyzna w skórzanym gorsecie z przypietymi ostrogami oraz pasem z dwoma rewolwerami.

Dani, kłaniając się w jego stronę, mówi pozornie luźnym tonem:

— Słyszałem, że ostatnio mieliście tu… małe zamieszanie na obrzeżach. Banda opryszków zaatakowała jakąś wioskę czerwonoskórych. Interesuje mnie kupno łupu.

Mężczyzna podniósł wzrok. Miał zimne, stalowo niebieskie oczy. Uśmiechnął się krzywo.

— Zdarza się. Jestem Syd. Dzika krew lubi się lać. O co pytasz, wędrowcze?

— Słyszałem plotki, że wzięli stamtąd parę ładnych dziewcząt. Taki towar zawsze można dobrze sprzedać. Tak sobie myślę…, że może u was są… w tym miasteczku? Chętnie bym coś kupił dla siebie.

— Tylko jedna jest tutaj. Taka z ognistymi warkoczami. Nie na sprzedaż. To wszystko, co musisz wiedzieć. Reszta to płotki na sprzedaż, ale również nie dla ciebie. Kupiec już jedzie po całość obiecanego ładunku. A teraz odejdź, bo przeszkadzasz mi w grze.

— Tylko jedna? Ktoś, kto tak fatalnie zarządza towarem, nie może być hersztem, co? Jesteś hersztem? Czy tylko pucybutem herszta?

— Uważaj na słowa, kowboju — odzywa się inny bandzior. — Syd jest zastępcą Młodego Bossa! A ty nie wyglądasz na żadnego wędrowca! Jesteś zbyt czysty. Kim jesteś?

Dani-kai nie czekał. Został zdemaskowany. Czas na plan B.

— Powiem ci, kim jestem, durny brudasie! Ale ty, skoro widziałeś moją wioskę, widziałeś też to, co tam się stało! Więc sam, tłuku, powinieneś domyśleć się, kim jestem!

— Twoją wioskę? Przecież jesteś biały, a my rozprawiliśmy się z czerwonoskórymi!

— Ty niby też jesteś biały, ale jesteś tak utytłany końskim gównem, że można cię pomylić z czarnuchem!

— Dość! — krzyknął Syd. — Czego chcesz, obrońco czerwonych? Chcesz zginąć? Twoja gadka na to wskazuje! — zapytał, niemal warcząc. Po czym spokojnym, opanowanym krokiem podszedł do Daniego.

— Powiem ci, czego chcę, ćwoku! Chcę się dowiedzieć, gdzie znajdują się porwane dziewczyny. I dowiem się tego nawet wtedy, gdy będę musiał wyrwać tę informację z twojego martwego gardła! Doszło, ćwoku? — powtórzył.

W saloonie, w którym jeszcze przed chwila zaległa cisza, teraz można było usłyszeć gwałtowne odsuwanie krzeseł od stołów i dźwięk tłuczonego szkła. Wszyscy w tym samym momencie rzucili się w stronę młodzieńca, odbezpieczając broń lub chwytając krzesła za nogi.

— Wszyscy naraz? — krzyknął Dani lekceważąco. — Białe śmierdzące tchórze! Chcę najlepszego z was! Z nim się zmierzę! Ja mam łuk. Najlepszy z was rewolwer. Według mnie to będą równe szanse! Jeśli mi się nie uda, zginę, a wy będziecie mieli rozrywkę. Jeśli ja wygram, ona odchodzi wolna, a wy mówicie, gdzie jest reszta porwanych. Stoi?

— Stoi! — warknął Syd. — Osobiście cię zastrzelę, gnoju! Wychodzimy! Wszyscy!

Jeden z bandytów, wychodząc z saloonu, zabrał ze sobą dziewczynę. Okazało się, że to była Mirah. Wszyscy wyszli na plac. Syd i Dani-kai ustawili się po obu stronach placu. Syd nerwowo, niemal wściekle, przebierał palcami przy kaburze. Dani z lekceważącym uśmiechem po drugiej stronie szykował ukryty wcześniej przy budynku łuk. Gdy skończył, spojrzał bezczelnie na bandytę.

— Gotowy, biały śmieciu?

Syd nie odpowiedział, tylko błyskawicznie sięgnął po rewolwer. Był jednym z najszybszych rewolwerowców, czym zasłużył sobie na miano zastępcy herszta.

W tym samym czasie Dani-kai wykonał nienaturalnie szybki ruch — wyćwiczony w trakcie niezliczonej ilości polowań na dziką zwierzynę, gdzie każdy błąd mógł kosztować brak posiłku, a nawet śmierć. Sięgnął za siebie po strzałę. Ruch ten, całkowicie nietypowy przy pojedynkach rewolwerowców, polegający na odchyleniu się w bok, aby wyciągnąć strzałę z kołczanu, spowodował, że kula rewolwerowca minimalnie minęła mu ucho. To uratowało mu życie.

Młody, nie tracąc ani ułamka sekundy, wypuścił dwie strzały z prędkością, jakiej nikt się nie spodziewał. Pierwsza strzała utkwiła w sercu Syda, który jeszcze przez chwilę stał, patrząc jakby z niedowierzaniem na sterczącą z jego piersi strzałę, aby po chwili z hukiem zwalić się na plecy. Kolejna wbiła się prosto w oko bandycie trzymającego Mirah. Mężczyzna również runął bez życia — nawet nie wiedząc, co go trafiło. Drugiej śmierci nikt nawet nie zauważył, tak szybko została wypuszczona strzała. Mirah była już wolna.

Cała banda ruszyła w jego stronę.

— Stop! Pokonałem najlepszego z was. Nie macie honoru, bydlaki? Powiem wam coś! Jestem posłańcem Czarnego Bizona! Mam jego moc. Jeśli tylko zechcę, jednym ruchem ręki… mogę was zabić.

W odpowiedzi bandyci zanieśli się głośnym, histerycznym śmiechem. Niektórzy z nich aż położyli się na placu ze śmiechu.

— Dobrze! Nie wierzycie? To patrzcie! — krzyknął, zwracając na siebie ich uwagę.

Dani-kai wskazał na ogromny zbiornik na wodę i wykonał szybki, przesadny ruch ręką w jego kierunku.

— Mówi cicho do komunikatora: — Teraz.

Nikt nie zauważył, jak z pobliskiego wzgórza nadleciał pocisk. Eksplozja rozwaliła zbiornik na strzępy, a sama woda zalała plac. Bandyci, pokładający się ze śmiechu, zostali zalani strumieniem wody, który zmieszał się z końskimi i nie tylko odchodami. Ślizgali się i upadali ponownie w powstałe śmierdzące błoto.

Jeden z bandytów, do którego po incydencie z wieżą podszedł Dani, wystraszył się nie na żarty, praktycznie popuszczając w spodnie.

— Mów, albo giń! — Warknął wściekle.

— Młody Boss, nasz herszt! On je trzyma! W Wąwozie Siedmiu Grzmotów! 20 kilometrów stąd na północ! Chce je sprzedać!

— Sprzedać?! Mówisz? — Dani, już porządnie wściekły, zapytał i wykonując podobny gest jak przed chwilą, wycelował w ratusz. Ponownie nikt nie zauważył kolejnego pocisku nadlatującego z zewnątrz.

— To ja wam sprzedam teraz po uczciwej cenie… Coś na rozgrzanie! Macie, i to za darmo, ludzkie śmiecie!

Ratusz już po chwili stanał w płomieniach. Bandyci i mieszkańcy rzucili się, by gasić pożar, a Dani-kai w tym czasie naciska klamrę pasa maskującego. Przez chwilę niewidzialny, podbiega szybko do Mirah. Ta w pierwszym momencie wpada w panikę, gdy jakaś niewidzialna ręka łapie ją za łokieć.

— Spokojnie. To ja. Dani, musimy uciekać. W tej chwili mija 10 sekund od włączenia pasa i jest znowu widoczny. Widać przerażenie w oczach Mirah. Dla niej to już zdecydowanie za dużo. Porwanie, upokorzenie, nóż na gardle, śmierć bandyty na jej oczach i teraz nagłe pojawienie się Daniego z nicości. Mdleje.

Jako że jest bardzo silny, spokojnie zarzuca sobie dziewczynę na ramię i biegnie w stronę wyjścia z miasta. W chaosie, jaki ogarnął miasteczko, nikt nie zwraca na nich szczególnej uwagi. Biegnie w stronę wzgórza, gdzie czeka na niego LECH-D. Po dotarciu w pobliże czołgu, który w dalszym ciągu znajduje się w trybie maskującym, kładzie dziewczynę delikatnie na trawie. Ta po chwili dochodzi do siebie i rozglądając się dookoła, mówi:

— Jesteś… jesteś niesamowity, Dani-kai. To, co zrobiłeś, było…

— Konieczne!, Mirah. Trochę sprytu i odwagi i pomocy. Wiedziałem, że muszę cię uratować. Ciebie i resztę kobiet z wioski.

 Zawsze wiedziałam, że jesteś inny. Ty… Ty mi się podobasz.

— Nie czas teraz na takie rzeczy. Muszę cię teraz odstawić do wioski. Przerywa niezręczną sytuację.  Dla twojego bezpieczeństwa. Potem udam się uratować resztę kobiet.

 Nie! Nie ma na to czasu. Wąwóz jest tylko 20 kilometrów stąd! A wioska ponad 40. Musimy iść od razu. Pójdę z tobą. To tylko 4 godziny szybkiego marszu. Nie będę czekać, aż będzie za późno a bandyci zdążą sprzedać resztę kobiet!

Dani-kai patrzy na nią, doceniając determinację.

— W porządku. Jedziemy jednak, a nie idziemy. Razem. Ale musisz się mnie słuchać i mi zaufać. To ważne. A teraz, Mirah… Trzymaj się mocno, bo zaraz spotkasz mojego „Wielkiego Brata”.

Poprowadził ją kawałek dalej w wzgórza.

— Czarny Bizonie, pokaż się!

Nagle Mirah stanęła jak wryta. Między drzewami, już bez pola maskującego, nagle w pełni okazałości pokazał się Czarny Bizon. Masywny, nieforemny, wykonany z czarnego metalu. To był metaliczny potwór z legend, a jednak prawdziwy i przerażający. Przerażona, zaczyna powoli cofać się. — NIE! Co to jest, Dani?! Nie idę tam! To… To jest żelazne zło! To nie jest zwierzę! Boję się!

Dani-kai, łapiąc ją delikatnie za ramiona, patrzy jej prosto w oczy. Jego głos miękki, ale jednocześnie stanowczy, znamionuje już siłę wojownika, a nie chłopca, którym do niedawna jeszcze był.

— To nie jest zło! To jest mój sprzymierzeniec. To jest Czarny Bizon. To jest legenda, której szukałem całe swoje życie. To jest mój Wielki Brat, który potrafi manipulować światłem. Nie bój się. W środku jest bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej. To jest nasz transport. Dzięki niemu odzyskamy to, co nam skradziono!

— Ale… on jest z metalu! Z zimnego metalu!

— Wiem. To nie jest żywa istota. To jest maszyna. Ale mi możesz zaufać, prawda? Zrobiłem to wszystko dla ciebie. A teraz, dla twojego bezpieczeństwa, musisz mi pozwolić się chronić. Wchodź.

Delikatnie popchnął dziewczynę w kierunku otwierającego się włazu i wysuniętej drabinki. Z wnętrza Czarnego Bizona buchnęło ciepłe, suche powietrze oraz cichy, elektryczny szum, który wydawał się jej obcy, jak język wodnych bizonów.

Mirah wsunęła się do środka, wciąż cała drżąc. Kabina była ciemna i ciasna, lecz zamiast kurzu i drewna — jak w każdej innej chacie — otaczały ją pulsujące, zielone i niebieskie światła, matowe okna, na których widać było jakieś rysunki i mapy. Zimny, gładki metal. Usiadła na dziwnym, wyprofilowanym siedzisku, które natychmiast dostosowało się do kształtu jej ciała, powodując u niej cichy pisk strachu.

— Trzymaj się mocno, bo zaraz ruszamy i pojedziemy do wąwozu szybciej nawet niż najszybsze konie! — szepnął Dani-kai, zamykając za nimi właz i siadając obok za sterami.

Maszyna ruszyła bez drgnięcia, bez odgłosu uderzeń końskich kopyt. Pancerz Bizona odizolował ich od świata. Mirah czuła tylko lekkie wibracje pod stopami i ciągły, niski szum, który działał na nią paraliżująco.

Nagle odezwał się sam czołg, co znowu wywołało krótki pisk strachu u Mirah.

— Włączam tryb bojowy. Prędkość jazdy zostaje zwiększona o 100%. Maksymalna prędkość 80 kilometrów zostanie osiągnięta za… 3 sekundy.

— To… to jest nie do wiary. Jak ty mu rozkazujesz? Jak go znalazłeś? — zapytała cicho Mirah, dotykając ekranu, na którym widok mijającej prerii i niewielkich skupisk drzew mijał w zastraszającym tempie. A jednocześnie nie czuć było tej prędkości.

Chłopak spojrzał na nią, a w jego oczach błysnęła ta sama ciekawość, która kazała mu ryzykować.

— Czarnego Bizona nie da się znaleźć. On sam wybiera osobę, z którą będzie rozmawiać. Wszyscy wierzą, że moc to siła mięśni, ale ja odkryłem, że prawdziwa moc to spryt i zrozumienie zasad tego świata. To nauka. Czarny Bizon jest wielkim sprytem, który potrafi manipulować tym, co inni uważają za stałe. Zaakceptował mnie, bo szukał kogoś, kto potrafi myśleć inaczej. Tak myślę.

— A te sztuczki… zniknięcie?

— To tylko takie sztuczki optyczne jak na jarmarku. Bizon dał mi sprzęt, który oszukuje oczy. Ale to ja decyduję, kiedy mogę być na chwilę niewidoczny.

— Uwaga — odezwał się nagle LECH-D — dojeżdżamy. Włączam tryb maskowania wizualnego. Włączam tryb pracy cichej. Wyłączam napęd standardowy. Włączam napęd antygrawitacyjny. Prędkość minimalna, celem oszczędzania energii potrzebnej do użytku napędu antygrawitacyjnego. Skanowanie terenu w poszukiwaniu miejsca na czas opracowania taktyki bojowej… Miejsce znalezione.

LECH-D zatrzymał się w ukryciu nieopodal górskiej rozpadliny. Wąwóz Siedmiu Grzmotów wyglądał jak pułapka; wąska, kręta ścieżka wciśnięta między dwa niemal pionowe masywy skalne.

— No i co, bracie? — Dani-kai nachylił się do komunikatora. — Twoja zaawansowana nauka da radę tym murom?

— Analiza — wynik negatywny. Wjazd do wąwozu jest zbyt wąski, by pojazd wjechał — odpowiedział LECH-D beznamiętnym, suchym tonem. — Próba poszerzenia wejścia za pomocą działa kinetycznego możliwa, ale powiadomiłaby wroga, zagrażając zakładnikom. Prawdopodobieństwo zagrożenia: 99%. Nieakceptowalne.

— Więc muszę wejść tam sam. Jaki jest plan?

— Potwierdzam: dywersja. Rozpylenie gazu usypiającego wewnątrz. Problem: maksymalny czas działania osobistego pasa maskującego wynosi 10 sekund. Droga do wnętrza doliny wymaga minimum czterech cykli maskowania. Przygotowałem ogniwa zapasowe do pasa oraz linkę do zabezpieczenia obiektów wewnątrz. Pamiętaj: precyzja ponad szybkość.

Dani-kai, z małym pojemnikiem gazowym i maską w ręku, opuścił Czarnego Bizona. Zaczął realizować nakreślony wcześniej plan działania, polegający na przebiegnięciu kilku szybkich odcinków.

Cykl 1: Aktywował pas i ruszył wąską ścieżką. Czuł, jak energia pochłania światło wokół niego. Liczył sekundy w myślach. Dziewięć… Zatrzymał się gwałtownie tuż za dużą skałą i nerwowo wymienił ogniwo, tak jak pokazał mu LECH-D. Działaj. Działaj, proszę!

Cykl 2: Kiedy ruszył ponownie, zauważył, że trzej bandyci stoją tuż przy szczelinie. Musiał prześlizgnąć się między nimi, niewidzialny. Czuł odór ich brudnych ubrań i czosnku. Musiał się zmieścić w dziesięciu sekundach. Odsunął się, by nie dotknąć żadnego z nich, wymienił ogniwo za małym występem w skale, dysząc ciężko.

Cykl 3 i 4: Po kolejnych dwóch cyklach dotarł do krawędzi doliny. Obóz bandytów, ognisko i klatki z dziewczętami były w zasięgu wzroku. Włączył maskowanie po raz ostatni, podbiegł na środek i rzucił pojemnik z gazem usypiającym. Natychmiast przyłożył do twarzy maskę.

Wrzawa ucichła. Kilkunastu bandytów, w tym Młody Boss, oraz dziewczyny w klatkach osunęło się na ziemię. Zapadła cisza. Ciśnienie powietrza rozpyliło gaz również do ścieżki prowadzącej do dolinki. Po chwili również i tam stróżujący bandyci leżeli obok siebie bez przytomności.

Miał około pół godziny na przygotowania. Używając mocnej, syntetycznej linki, związał bandytów ciasno, aż wyglądali jak stos bezwładnych worków. Następnie uwolnił dziewczęta, a Mirah, przysłana przez czołg monitorujący całą akcję, odebrała je, prowadząc do prowizorycznego obozu poza dolinką.

Chłopak wrócił do związanego herszta.

— Zastanawiam się co zrobić z takimi bydlakami?

— Lepiej zabij nas od razu czerwony zdrajco! Jeśli nas puścisz, wrócimy i zrobimy z twoją wioską ponownie to samo, albo lepiej! Zrównamy ją z ziemią! — Młody Boss pluł jadem. — Ale Ty jesteś tylko zwykłym młokosem i nie masz jaj, żeby to zrobić! Moja propozycja jest następująca. Uwalniasz nas, a my się zastanowimy, czy zabić cię od razu, czy dać ci na przykład 5 minut na ucieczkę! Co wybierasz, młokosie? Chyba, że jednak poszukasz i znajdziesz gdzieś swoje cohones!

Dani-kai poczuł przeszywający chłód niepewności. Nie był mordercą. Zabić bezbronnych, nawet tak podłych — to było poza jego kodeksem moralnym. W walce to co innego. Tam albo zabijasz, albo zostajesz zabity. Ale pozwolić im żyć było ryzykiem dla całego plemienia. Wrócił do Czarnego Bizona.

— Są związani. Zagrozili, że wrócą. Nie mogę ich zabić. Co z nimi zrobić, LECH-D?

— Rozwiązanie jest proste. Zaprzestaną swoich planów na zabijanie i okradanie, jeśli usuniemy z ich systemu instrukcję bandytyzmu — czyli zmodyfikujemy ich pamięć — odparł Bizon.

— Systemu? — A! Rozumiem! — odetchnął. — Modyfikacja pamięci. Pamiętam, jak włożyłeś mi do głowy dane o kierowaniu pojazdem. Wtedy to było jak sen.

— To się nazywa podświadome uwarunkowanie — wyjaśnił LECH-D. — Wprowadzę do ich pamięci pakiety danych, które wywołają nieprzemijającą niechęć do przestępczości i nieodpartą chęć emigracji na drugi kraniec kontynentu. Wprowadzimy też instrukcję rekompensaty; poczują przymus, żeby za wszelką cenę oddać zrabowane wiosce i nie tylko tam, łupy jako zadośćuczynienie.

— Wspaniale! Zadośćuczynienie i banicja. Nigdy już nie spotkamy ich więcej — ucieszył się Dani.

Dani-kai wrócił do leżących jak pakunki bandytów. Poprzyklejał im do skroni bezprzewodowe sondy, które przekazał mu LECH-D z instrukcją, jak i gdzie to zrobić. Nie zwracał uwagi na wrzaski i obelgi.

— No to teraz sobie śpijcie, białe panienki — z ironią w głosie powiedział Dani. — Niemiłych wrażeń życzę!

— Uruchamiam procedurę korekty pamięci za 3…2…1…teraz.

Wszyscy bandyci naraz zaczęli krzyczeć, gdy jakaś niewidoczna i nieznana im siła zaczęła mieszać im w głowach. Pakiety danych przesyłanych bezprzewodowo z prędkością światła wtłaczały im do mózgów nowe wspomnienia. Modyfikowały ścieżki neuronów. Wprowadzały podprogowe nakazy. Proces, choć szybki, był tak niespodziewany dla bandytów, że większość zemdlała i po chwili nastała w dolince cisza, przerywana jedynie krokami przechadzającego się między nimi Daniego, który po chwili z nieprzytomnych już ludzi — gdyż jeden z podprogowych rozkazów brzmiał „spać przez 24 godziny” — ściągał sprzęt, aby nie pozostawić śladów ich ingerencji.

Dopiero długo później dowiedział się, że po obudzeniu zdezorientowani bandyci wrócili do miasteczka, gdzie wdali się w bójkę z pozostałymi tam wcześniej kompanami. Bójkę na tle oddania łupów, czego pozostawieni w miasteczku nie mogli zrozumieć. Z walk pozostało tylko kilkoro, którzy wraz z pozostającym przy życiu hersztem, pod osłoną nocy, podrzucili wszystkie swoje łupy zdobyte w ciągu kilku lat swojej działalności, pod mury wioski Daniego. Potem wszelki słuch o nich zaginął.


***


Dani, podszedł do Mirah, przytulił mocno na pożeganie.

— Wracam Czarnym Bizonem do wioski zwołać wojowników, aby po was przyjechali i odeskortowali do domu. On wszystkich nas nie pomieści, a z resztą dziewczęta i tak za bardzo się go boją, by nawet próbować w ten sposób podróżować do domu — poinformował dziewczynę.

— Poczekam tutaj — Mirah uśmiechnęła się, w jej oczach nie było już strachu, tylko wdzięczność. — Przyślij szybko wojowników abyśmy mogli się jak najszybciej spotkać, Dani-kai. Mój… ukochany!

Chłopak kiwnął głową, wrócił do Czarnego Bizona i wyruszył w drogę powrotną. W wiosce był już po niecałych dwóch godzinach. Przez ten cały czas, mimo, że już przecież wcześniej jechał, nie mógł się nadziwić, z jaką prędkością podróżują. Czołg przeskakiwał rzeki, strumyki czy wąwozy nawet nie zwalniając. Po prostu błyskawicznie przełączając napęd gąsienicowy na antygrawitacyjny, „przepływał” w powietrzu nad nimi. Droga pieszo zajęłaby mu szybkim marszem całą dobę. Tyle też będą musiały czekać dziewczęta na wojowników z wioski i tyle też będą wracać do domu. Najważniejsze jednak, że są całe i zdrowe. Dwa dni miną szybko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.93
drukowana A5
za 57.62