Pomysłodawcy

Bezpłatny fragment - Pomysłodawcy

Objętość:
115 str.
ISBN:
978-83-8104-107-2

DEDYKUJEMY Męczennikom Rzezi Wołyńskiej i Bieszczadzkiej, ofiarom Akcji Wisła oraz propagandy pomysłodawców


„Tu nie jest cała prawda. Ale to co tu napisano jest prawdą”

Włodzimierz Kunin, „Swołoczy”

1

— …wariata mi tu będzie udawał, swołocz?!

Słowom towarzyszyły potężne ciosy, pięść z morderczą siłą lądowała na twarzy. Ogłuszyła, zwalając z nóg. Padając zdążył zobaczyć na czarnym blacie stołu pudełko z cukierkami, takimi jakie lubił jeden z klientów, Jewgen Konowalec. Dobra była bombka…


Potem nic już nie widział, oślepiony kolejnymi razami.


Leżąc na parkiecie podłogi zainkasował jeszcze dwa ciosy w plecy ciężkim sztybletem. Niewiele brakowało, a kopnięcia roztrzaskałyby kręgosłup …


-...co tu się dzieje?! Co ty wyprawiasz, bydlaku?!!


Krzyk dobiegał z gwałtownie otwartych drzwi. Słyszał go, ale zobaczyć nic nie mógł, ciemność przed oczyma nie ustępowała.


— Towarzyszu generale…


To był głos jego śledczego, a w istocie kata. Co robić, taka to już była i jest nadal norma wśród jego kolegów. Zresztą już byłych, teraz to on sam wrogiem narodu. Normalna sprawa i zwyczaj, powtarzalna prawidłowość, tak było, jest i będzie w jego „kontorze”, w całym jego kraju. Trzeba się z tym pogodzić, choć to nieludzkie. Mimo całego patriotyzmu, ciosy sztybletów i pięści pozostają bolesne.


— Zamknij pysk! Lekarza! Szybko, kurwa mać!


Nos zaatakował ostry zapach. Naszatyrny spirytus, jak zawsze. Zakaszlał, zbierało go na wymioty.

Zwymiotował na parkietową podłogę.


— Zabrać to wszystko! Posadzić go! Nie na taborecie! Na krześle, tym z korytarza! Migiem, kapitanie!


Uchwycono go pod pachy, podniesiono i posadzono. Odbite pośladki boleśnie odczuły drewnianą twardość krzesła, jęknął z bólu. Całe ciało było obolałe. Zaczął powoli odzyskiwać wzrok. Uniósł pobitą, całą we krwi twarz. Podtrzymuje go za ramiona jakiś siwy, wąsaty mężczyzna, po wąskich pagonach rozpoznał kapitana służby medycznej. Ujrzał stół przesłuchań z ciemnego drzewa. Lampka, skierowana prosto w oczy przesłuchiwanych, teraz została wyłączona.


Przy stole rozsiadł się właściciel wielkiego brzucha przykrytego zagraniczną brązową marynarką. Nieskazitelnie biała koszula, dobrze dobrany krawat, czarny w niebieskie paski, też nie wyprodukowane w kraju sowietów, to widać od razu. Ogolona głowa, na mięsistej twarzy z wąsikami okulary w okrągłych rogowych oprawkach.


Aha, ot, kto jest tym „dobrym śledczym”…


— Pułkowniku! Won stąd, draniu! Pisz kurwo raport, jeszcze mi tu jeżowszczyzny brakowało!! Kapitanie, pan jest wolny!


Ogolony łeb oparł dłonie o ciemny blat stołu, posyłając przenikliwe spojrzenie zza soczewek okrągłych okularów.


— Witaj, Pawle Anatoliewiczu.


Aha, czego chciał… Powitać go…


— Pobłogosław, władyko! Odpuść mi! Grzeszny bowiem jestem!..


„Władyka” pokręcił ogolonym łbem. W świetle spod żółtego żyrandola na suficie pobłyskują szkła okularów.


— Eh, Paszo, Paszo… Oszczędź wstydu. Sobie i mnie. Niepotrzebny cały ten cyrk. Przede mną nie musisz grać. Twoja sytuacja jest taka, że urządzanie spektakli, na dodatek z popem w roli głównej tylko cię pogrąża.


Wzrok Paszy był rzeczywiście wzrokiem szaleńca, bo wariata schizofrenika całkiem nieźle udawał, no, taka linia obrony. Dość naiwna, jak na takiego jak on, ale i wybór ról ograniczony.


— …Zaraz sam zobaczysz, jaki jest stan rzeczy. Tylko bez tych władyków, proszę.


Wyciągnął z czarnej skórzanej teczki brulion w kartonowych okładkach. Otworzył, przewrócił kilka twardych stron z przyklejonymi zdjęciami. Położył na stole otwarty brulion, żeby Pasza mógł obejrzeć zawartość. Po dwa duże zdjęciu na każdej stronie.


— …ot, o co chodzi, Pasza. O tych, ot, władyków i batiuszek.


Aha. A czego jeszcze się spodziewać. Takie to grzechy, a że na rozkaz, kogo to teraz obchodzi. Tego kto wydawał rozkazy, już załatwiono, oczywiście jeżeli śledczy nie skłamał. Bo kłamstwa tu religią.


— …tak, Pasza. Możesz jeszcze poprosić o odpuszczenie. A sam przecież wiesz: tu się nie odpuszcza. ONI rozkazują, a winnymi właśnie tacy jak my. Łyżeczki i widelce w ich rękach…


Uniósł palec do góry.


— …Tak, Pasza: Szostakowski. I jego rzeźnicy, z obu zagonów. Za wszystko cię rozliczą, jak za AK, tak za UPA.


No, to już guzik wam, kolesie.


Pasza zamachał zakrwawioną i posiniaczoną dłonią z pokiereszowanymi palcami w stronę zdjęcia na otwartej stronie teczki.


— A kysz! Precz, antychryście!..


Zaczął czytać Psalm 120.


„Panie, uwolnij moje życie

od warg kłamliwych

i od podstępnego języka!..”


Ogolony łeb uśmiechnął się.


— Nie za to będzie ci trójka rewolucyjna od podstępnych języków, przyjacielu Paszo. Możesz tu całe Pismo Święte czytać, ale paragraf tu inny. W dodatku nie jeden. Spisek, zdrada stanu. No, i terroryzm, oczywiście. Któż to u nas terrorysta numer jeden ZRSR, towarzyszu generale-leutnancie Sudoplatow? Przepraszam, były generale…


Ogolony w okularach ciężko westchnął. Niemalże współczująco.


— …A co tam, wszystko jedno. To Rosja, Pasza, generale były. Za co cię na generała awansowali, za co ordery wieszali, za co auto z mieszkaniem i daczą luksusową udzielali — za to i katują cię teraz, biją dotkliwiej niż psa. Za to i kulkę dostaniesz, jak ci w Katyniu. Tak samo, teraz to tyś wrogiem narodu. Z tą różnicą, że nie w skroń, a w czoło. Przecież nie urodziłeś się wrogiem jak tamci. Wyznaczono ciebie, chyba widzisz. To ukatrupią, i nic nie pomoże. Pewnie, że nie w lesie. Cichuteńko, w bunkrze. Jak Ławrentia Pawłowicza…


Były generał-leutnant vel główny terrorysta ZRSR zaczął liczyć diabły po kątach gabinetu śledczego Lefortowskiego więzienia MGB, nie tak dawno NKWD. Z czytaniem Psalmu. Ten przy stole zamknął teczkę, położył na stół, poprawił okulary, krawat i skinął głową.


— No, któż tak diabły liczy, Pawle Anatoliewiczu, Boga bój się, skoro już do świętych się zapisałeś. Od siebie masz zaczynać. W tej teczce przecież nie brednie wymyślone, jak u reszty tutejszych bywalców. Cała prawda, ta święta.


Zarechotał, ukazując złote protezy.


— Sporo krwi na twoim koncie, Paszo. Nawet jak dla nas sporo. Jeżeli tego polskiego bandytę Szendzielarza na osiemnastokrotną karę śmierci skazano dwa lata temu, to ciebie na osiemsetkrotną skazać nie grzech. No, choćby z tym Szostakowskim. Myślisz tam sobie między psalmami: pomysł nie mój, odpierdolcie się. No, nie twój. Gospodarza, towarzysza Mołotowa, towarzysza Mikojana, Kaganowicza, Ławrentia Pawłowicza. Gospodarza już nie ma, są dobrzy ludzie. Towarzysz Mołotow z resztą póki co wodzowie, a jak zostaną wrogami narodu, na tym foteliku wylądują, tym twoim obecnym. Ławrentij Pawłowicz… sam już wiesz. No, jeszcze tam Himmler, Bormann, Canaris, Ribbentrop. Canarisa sam Adolf za żebro powiesił, reszta za nim poszła. Kto pozostał? Oprawcy, słusznie. Norymberga Norymbergą, a swoje końce też kiedyś trzeba oczyścić, czyż nie? Ot, czyścimy, jak widzisz.


Były generał, a obecnie wróg sowieckiego narodu Pasza przerwał czytanie Psalmu 120.


— Brawo, nareszcie. Ty mnie posłuchaj, przyjacielu Pasza. Przecież ja sam nie mam gwarancji że na twój fotelik nie trafię. I tak samo mordę mi będzie obijał ten skurwiel pułkownik Zajcew. A może i sam on pod murem też stanie. Zawsze była taka nasza karuzela, od niepamiętnych czasów, jeszcze przed-imperatorskich. A teraz to sam szatan nie wie co z każdym z nas będzie za godzinę. Czy za chwilę…


Niespodziane Pasza odezwał się:


— Nic nie podpiszę, Aleksandrze Lwowiczu. Choć na szmaty rozdzieraj.

2

Sierpień 1953r.

Więzienie MGB w Lefortowie, Moskwa


Aleksander Lwowicz rozłożył ręce.


— Drogi Pasza. Tyś stary czekista. Dlatego dobrze wiesz że rozedrzeć cię na szmaty nie jest żadnym problemem. Wymusić podpisanie wszystkiego co trzeba — też nie problem. Jest jednak pewien szczegół. Wiesz dlaczego generalicja nie pozwoliła wówczas na zaaresztowanie Żukowa? No, wiesz. Bo dzisiaj on, jutro oni. Wszyscy przestępcy, wszyscy zabójcy, maruderzy, wszyscy zanurzeni we krwi po uszy. A kogo na kolejnego kozła ofiarnego wskażą, nie wiadomo. Ot, i teraz: ciebie wyznaczono. A jutro? Kto wie, co towarzyszom Malenkowowi i Chruszczowowi do łbów strzeli? A Żukowowi? Ten z nich najstraszniejszy, bo to debil nad debile, cham nad chamami, kat nad katami. Ciebie na wroga narodu wyznaczono, a jego na „marszałka zwycięstwa”. A miało być: generalissimus rozstrzałów. Bo przecież ty, główny nasz terrorysta, przy nim barankiem niewinnym. A on teraz na koniu. Kogo tym koniem stratuje? Otóż to…


Z jakiegoś powodu Paszy zechciało się czytać Psalmy nie dla kata śledczego, a tak, po prostu. Pamiętał nie tyle z dzieciństwa, a raczej dla służby to było potrzebne, przecież w przeszłości agenturalnej przychodziło cytować, to pomagało. Choćby i miał wątpliwości czy to Ten pomaga, komu te Psalmy śpiewał starotestamentowy Król Dawid.


— ...Byłaby NASZA wola, też, jak wtedy generałowie, nie pozwolilibyśmy na twe zaaresztowanie, a nawet takiego śmiecia jak Lionia Ejtingon, który naprawdę nazywa się Naum Isaakowicz Ejtingon. Swoich nawet, parchatych, przecież bił w podjazdach, jak nawet bydląt nie biją, gnida jedna. Ale KONTORA jest jedna, a parch do niej należy. I co robić. Na samej górze was akurat postanowili poświęcić…


Znowu uniósł palec w kierunku sufitu u którego wisiał żółty żyrandol.


— ...na samej górze, Pawle Anatoliewiczu. Myśmy generałowie, lecz nie wojskowe, choć też coś tam możemy… Lecz teraz możemy tylko jedno: żeby was na szmaty nie rozdarli. Niech wiedzą tam na górze: my też swych nie porzucamy. Bo jak nie, wszyscy tutaj wylądujemy. Nie, Paszo. Jestem naprawdę dobrym śledczym. Powiem wprost: o nasze dupy się rozchodzi. Niech to wszystko na was się zatrzyma.


Pasza wytarł z twarzy sączącą wciąż krew, z rozciętej górnej wargi. Plecy i piersi opasywał ostry ból po ciosach kata Zajcewa. A cóż, na służbie jest.


— Czego chcecie ode mnie, Saszo?..


Saszo zdjął okrągłe okulary, położył na stół.


— No, wreszcie. To już rozmowa. Na górze chcą przyszyć wam spisek z Berią, potem do niego skierować. Chociaż… Czemu przyszyć. Był przecież spisek, Paszo. I wy w nim. Ale my nie chcemy, byście życiem za to zapłacili. To na razie sprawa przyszłości… Jeszcze nie jeden raz będą nas wykorzystywali. A więc: masz podpisać tylko WYKONANIA ROZKAZÓW. Bez udziału w sztabie spisku. Czyli, jak z Wołyniem, — oprawca, lecz nie pomysłodawca. Rozumiesz?


Oprawca Paweł Anatoliewicz chciał się uśmiechnąć, ale rozcięta górna warga bolała okropnie. Tylko mrugnął oczyma pod gęstymi czarnymi cygańskimi brwiami.


— A teczkę z tym Wołyniem przyniosłeś, żebym się lepiej wczuł, i nadawał do swojego zadania?


Aleksander Lwowicz znów rozłożył ręce.


— Możesz tak uważać. A propos: pamiętasz, jak mawiał Ławrentij Pawłowicz? Także i wtedy, gdyż tych wszystkich zobaczył, tysiąc „AKowców”, tysiąc „banderowców”? Dotychczas to pamiętam, wyobraź sobie.


Pasza chciał skinąć głową, ale ból nie pozwolił. Jęcząc zmrużył oczy: szyja bolała tak że trzeszczało we łbie. Jednak przemógł się, mimo iż przesłuchanie trwało już od siedmiu godzin.


— „Co byśmy robili bez dna narodów”…


Aleksandr Lwowicz podniósł się z krzesła, przeszedł kilka kroków po gabinecie, wrócił do stołu.


Dokładnie. Strach pomyśleć, co to byłoby.

3

Kwiecień 1943 r.

Wieś na Wołyniu.


— Ojcze! Mamo! Otwórzcie! To ja, Myron! Na Boga, otwierajcie!


Walenie w drzwi. Rozpaczliwe, całych sił, chyba pięścią.


Wasyl Poliszczuk gestem zatrzymuje żonę, idzie otworzyć sam, w lewej ręce siekiera. Zdejmuje prawą ręką żelazną sztabę w poprzek wejścia do chaty, ciągnie drewniane drzwi do siebie.


W bladym świetle księżyca na progu sylwetki ludzi. Uzbrojonych ludzi.


— ...Chwała Jezusowi, tato. Dajcie nam wejść, proszę. Czasu już mało!


Każdy z towarzyszących Myronowi także cicho przywitał: chwała Jezusowi. Wasyl niechętnie odpowiedział: na wieki wieków, amen. Milcząc wpuścił niespodziewanych gości do chaty. Siekierę jednak nadal trzyma w lewej ręce. Do chaty wchodzi sześcioro uzbrojonych chłopaków.

W różnym wieku, wśród nich wujek z siwymi wąsami i dwóch prawdopodobnie nastolatków, nie znające brzytwy młodziutkie twarze. Różnie ubrani i uzbrojeni, od karabinów Volmera do myśliwskiej dwururki w rękach jednego z tych „gołowąsów”. Wszyscy jednak w takich samych czapkach „mazepinkach”.


Pierwszy do chaty Wasyla wszedł młody potężnej postury mężczyzna z gęstymi czarnymi wąsami i takim samym czubem wystającym spod mazepinki. Na szyi zawieszony karabin Volmera. W świetle księżyca wpadającym przez okienne szyby jego twarz blada jak śmierć, ogromne czarne oczy, wąsy, brwi i czub spod czapki żołnierza UPA podkreślają tę bladość.


— Tato, gdzie jest mama?!


Mężczyzna mówi szeptem, ale zdaje się krzyczeć.


— Nie widzisz, co? Ot, mama jest tu.


Odarka Poliszczuk, siwa mała staruszka, ubrana w starą wyszywaną suknię, do tej pory stała jak słup. Teraz drobnymi kroczkami pobiegła do syna, uchwyciła jego dłoń i zaczęła ją całować.


— Mamo, mamo! Boże, co wy robicie… Zaczekajcie, no, na Boga, wstyd przed chłopcami…


Chłopcy jednak patrzyli na to jak matka całuje dłonie syna bez oznak dezaprobaty. W bladym świetle księżyca w małych okienkach pokoiku nie było widać ich twarzy. Wszyscy milczeli. Syn uścisnął mamusię, która bezgłośnie łkała.


— Tato, czegoż wy z siekierą, czy my wrogowie jacyś?..


Uwolnioną od siekiery ręką Wasyl Poliszczuk przeczesał brodę, siwa broda wydaje się siną w księżycowej poświacie.


— A dlatego jam z siekierą, synku, boście w nocy z bronią w mojej chacie. Nie mam karabinu, to choćby tak, z siekierą przeciw tylu karabinów…


Myron nagle zrozumiał. Ogromne czarne oczy na bladej twarzy wydały się jeszcze większe.


— Ojcze… To wy tak uważacie?! Że to w Janowej… to my?!


Wasyl ścisnął siekierę do bólu w stawach.


— A któż by inny jeszcze…


Dał się słyszeć gniewny pomruk chłopców. Cichy wprawdzie, ale mocny i pełen oburzenia. Myron spojrzał ojcu prosto w oczy i powiedział:


— Tato… Znacie mnie od urodzenia. Powiedzcie: kiedy was okłamałem? Choć raz jeden!


Odarka gniewnie krzyknęła, dziwną była ta moc w głosie takiej drobnej staruszki.


— Zwariowałeś, stary?! Czy nie ty cały czas mawiałeś Myrończykowi: „co ty z prawdą swą leziesz wszędzie, prostaku”? !


— Zamilcz, Odarko…


Wasyl zrozumiał że coś jest nie tak, jak był przekonany jeszcze chwilę temu. Myron wyrósł na łobuza, chuligana, rodzina miała przez niego kłopoty większe niż przez wszystkich pozostałych czterech jego braci, nie mówiąc o siostrze. Często bił się z miejscowymi chłopakami, polskimi i ukraińskimi, o dziewczęta i tak po prostu, żeby pokazać, kto w tych stronach najsilniejszy i najgroźniejszy. Zresztą także w imię sprawiedliwości. Często zabierano go na komendanturę, parę razy nawet w samym Łucku. Ale tam nigdy nie chował się za innych. Zdarzało się, że brał na siebie winę kogoś innego. A tak w życiu Myron zawsze czynił i mawiał prosto z mostu, czym często budził niesmak taty Wasyla, który bez ogródek nazywał syna łobuzem, prostakiem, jełopem i jeszcze kimś tam. Jedno wszakże musiał przyznać: łobuz, prostak i jełop, trzeci syn Wasyla i Odarki, ale nigdy nie kłamał.


— ...Czyli, tato, za kata mnie bierzecie? Oraz chłopców tych? Eh, tato… Pysk obić przychodzi mi łatwo, czy pałą po łbie uderzyć. Ale w bójce! Uczciwie! Czyż nie wiecie?! Pała u kogoś tam — i ja pałą! Nóż u Cygana — i ja nożem! Lecz maluchy na płot wsadzać?! Kobietom brzucha rzezać?! Staruchom głowy odcinać?!! Ćwiartować bezbronnych?! Ciąć piłą, jak drwa?!! Widłami w brzuch kłuć tego kogo we dwóch trzymają?! Czy nie pamiętacie jak za krzywdzenie psa czy kota biłem każdego tak że jucha płynęła?! Tak, oto, mnie znacie, tato, co? Waszego syna? Bóg wam za to sędzią! On wszystko widzi!


Siwy wujek położył dłoń na ramię rozgoryczonego Myrona.


— Cicho, Myronie. Spokojnie…


Skinął głową w mazepince, poprawił zawieszony na szyi niemiecki karabin.


— ...nie tych kogo trzeba pan siekierą wita, szanowny. Jam dowódca Cichy. Słyszeliście chyba o mnie?


Tak, Wasyl słyszał. Jak i wszyscy w tych okolicach. Cichy i jego zagon był znany także przez Niemców, którzy wyznaczyli za głowę dowódcy nagrodę, 50 000 reichsmarek. Zagon pojawił się tu jeszcze latem 1941 roku, jeszcze przed niemiecką ofensywą, niszczył bez litości i bez wyjątku wszystkich, którzy nosili moskalski uniform, zwłaszcza NKWD. Wtedy do zagonu przyłączył się także Myron, który do tego czasu zdążył się zapoznać z moskalską milicją. Żadnej polityki, — chuligaństwa, jak zawsze.


— Jestem w OUN-ie od jedenastu lat. Jeszcze za Konowalca. Tak, szanowny, to naszym credo: Ukraina bez moskala, Żyda i Lacha. Nie chcemy być pod nikim: Moskwa, Berlin, Warszawa, wszystko jedno. Niezależna, wolna, mocna, wielka Ukraina, od Sanu do Donu! Kropka. Ale wie pan co? Kozak to nie kat. Kozak to rycerz. Wojować? Tak! Z nimi wszystkimi! Bez sentymentów! Z Lachami, parchami. Z moskalami, jak najbardziej. Zdrajców niszczyć, janczarów? — a jakże inaczej. Lecz katować cywili? W moim zagonie o tym dobrze wiedzą. Jeżelibym kogoś z moich, broń Boże, zobaczył tam, w Janowej…


Wskazał na karabin Volmera.


— ...na miejscu. Sam, własnoręcznie. Ale tam naszych nie było. W Janowej byli jacyś obcy…


Wasyl Poliszczuk położył siekierę na ławę.


— To któż tam był, panie Cichy?


Wujek Cichy pogładził siwe wąsy.


— Gdybym to wiedział… Byłem tam z moim wywiadem, widziałem tamtych. Nigdy ich tutaj nie było. Wśród nich było kilkoro z zagonu Dubowego, same śmiecie, od dawna mawiałem do Dubowego oby się ich pozbył. Reszta to obcy. W lesie my nie dla rozkoszy, strój sam pan widzi, jaki, żywioł — każdy worek kaszy za mym osobistym rozporządzeniem. Mięso — co upolujemy w lesie, to nasze. Chłopskie krówki, owce, ptactwo domowe — bardzo rzadko, i płacimy za to. Choćby pod zobowiązania zadłużeniowe dowództwa UPA, Prowodu. A tamci — syci, widać że jadła nie brakuje, słonina, mięso, mordy czerwone, tłuste. Uniform… Niby nasz, ale nowy, prosto spod igły, buty też nowe. Nie to, ot, co nasze, jakie latami nosimy…


Uniósł nogę w starym zniszczonym bucie, nie jeden raz remontowanym własnoręcznie.


— ...rozmawiają po naszemu, po galicyjsku. Akcent nasz. Ale gdy wyrwie się któryś z rosyjskim, to starszy od razu bije w mordę. Starszego nie znam, nigdy nie widziałem. Ten nie z naszych dowódców.


Zazgrzytał zębami i dorzucił:


— Ich tutaj jest dużo, bardzo dużo. Setki, nie mniej. Okropnie katują ludzi, straszne rzeczy wyczyniają na Polakach. Bezlitośnie, z wprawą, znają się na katowaniu. Straszne mordują. To urodzeni kaci, ale widać że jeszcze gdzieś tam ich doszkolono… Katują z premedytacją żeby obudzić w prymitywnych ludziach bestie. Jeszcze i podjudzają, wspominają nasz Dekalog Nacjonalisty. Zawodowo podjudzają, szczują… A bydlęta w innych zagonach, miejscowe szumowiny cieszące się z okazji… Sadyzm swój nasycić, jeszcze i coś zrabować… Maruderzy przecież, bandziory. Tych obcych, rzekomych od UPA, dużo więcej od nas…


Odarka stała na miękkich nogach. Drżała jak liść na wietrze. Wasyl głucho spytał:


— To Ukraińcy? Skoro po galicyjsku gadają…


Cichy odparł.


— Gadać po ukraińsku jeszcze nie znaczy być Ukraińcem. Sam jestem ze Stanisławowa. Znam takich kilku, zwykłe tacy w pierdlu spędzają pół życia, a w gangach resztę. Bandziory, mordercy, rabusie od młodości. Lecz nie: tamci w nowym uniformie, to nie zwyczajne bandziory. Kaci, wyszkoleni, zawodowi kaci, szanowny… Eh, cholera…


Pokręcił głową, w poczuciu nieznośnej bezsilności.


— ...co i rusz wspominają Banderę z Czuprynką. Bandera już od dwóch lat w niemieckim obozie, z nim nie ma kontaktu. Czuprynka… Mam od niego wiele rozkazów. Ale takiego rozkazu nie było. Nigdy…


Wasyl uważnie spojrzał w oczy Cichego.


— A jakby był taki rozkaz? A, panie Cichy? Wtedy co?


Odpowiedz Cichego nie budząca wątpliwości, krótka.


— Nie wykonałbym.


I dorzucił:


— Czuprynka to człowiek bynajmniej nie sentymentalny. Nie chce w Ukrainie Lachów, ani kacapów, ani Żydów. Ale on jest żołnierzem, wojownikiem, nie katem, nie ludobójcą. Z babami i maluchami nie wojuje, o ile go znam. A pomimo to, Żydzi u nas jednak są. I to nie tylko lekarze… A wśród żołnierzy także Rosjanie. Tak, ot, szanowny panie.


Opinię o Tarasie Czuprynce, który naprawdę nazywał się Roman Szuchewicz, tak poprzednio jak i obecnie chłopaki wysłuchali milcząc, z szacunku do Cichego. Ale Myron znowu nie wytrzymał.


— …Wujek Tadek nas wszystkich na rękach nosił, tato! Jakbym go skrzywdził?! W dzieciństwie z kolegami maliny, jabłka i śliwki kradłem mu z ogródku, za co w dupę dostawałem od niego i was. Myślcie, że mógłbym jemu i ciotce Józefie głowy odcięć?! Że stać by mnie było na takie coś?! Tak myślcie o mnie, tatusiu drogi? Może dlatego mam ich katować że ich Marylka nie ożeniła się ze mną? A któraż łobuza poślubi, który na komendanturach cały czas spędza?..


Ostatnie słowa niemal wykrzyczał. Odarka pospiesznie odezwała się:


— Oj, Boże, Myrończyku… Toż tutaj oni, tu, i Marylka twoja…


— Co pleciesz, babo!!


Groźny okrzyk Wasyla uciszył na moment Odarkę. Ale długo nie zamierzała milczeć.


— A tiu na ciebie, czarcie stary! Ślepie ci wylazły?! Czy syna swego nie znasz, ty durniu! A ci ludzie to dobrzy ludzie! Czy nie słyszałeś? — to nie oni!


Myron stał jak rażony piorunem. Wreszcie szeptem spytał:


— W piwnicy?..


Wasyl skinął głową. A Odarka z płaczem zawołała:


— Tak, tak! W piwnicy naszej. Oni wszyscy, Tadeusz, Józefa, Marylka, młodsza Kaśka. Nawet ich kotka…


— Boże!!! Musicie uciekać! Wszyscy, natychmiast!!


Cichy znowu położył dłoń na ramię Myrona. I ścisnął, miękko, ale zdecydowanie.


— On ma rację. Szybko uciekać. Szybko! I wszyscy. Wy także, szanowni. Te bestie nad wami się nie zlitują, umrzecie straszną śmiercią. Jesteśmy tutaj, aby kogo się da z nich złapać, a jak się nie da, zlikwidować. Myron uprosił aby zajść do was. Oni są blisko, szybko się zbierajcie!


Wasyl głucho zapytał:


— Gdzie mamy uciekać?..


— Do lasu, tato! Do lasu, z nami! Szybko zbierajcie się! Proszę, na Boga!


Do błagalnego okrzyku Myrona, Cichy dorzucił:


— Czas nagli, szanowni. Szybko po Lachów.


Wasyl milcząc wyszedł z chaty. Za parę minut powrócił. Za nim stłoczone w kupkę cztery osoby. Mały szczupły, w czarnym kapeluszu na łysej głowie Tadeusz Rzecki, tutejszy pszczelarz. Drżąca ze śmiertelnego lęku na widok uzbrojonych mężczyzn w mazepinkach jego żona Józefina, mała i szczupła, jak mąż, biednie ubrana kobieta. Do mamy przytuliła się Kaśka, trzynastolatka w szarej brudnej sukience. Trochę wyżej od siostry i rodziców starsza Maryla z kotką na rękach.


— Wujku Tadku, ciotko Józefo! Nie bójcie się nas. Przyszliśmy was ocalić, myśmy nie od tych śmieci. Chodźcie z nami, do lasu, szybko!


Cichy patrzył na drżącą gromadkę przestraszonych ludzi stojących przed nim. Po raz pierwszy w życiu w głowie zrodziły się wątpliwości co do „Ukrainy bez…”.


— Spokojnie, szanowni. Tutaj grozi wam niebezpieczeństwo. Wkrótce przyjdą pogromcy, to wrogowie, tak nasi jak i wasi. A więc, chodźmy, razem z gospodarzami.


Powiedział to Cichy po polsku. To, czy jego intonacja — Cichy był mistrzem przekonywania do swych racji — nieco uspokoiły pana Tadka. Dlatego powiedział do żony i cór:


— Dziewczęta, spokojnie. Oni was nie skrzywdzą.


— …i psa zabieracie?


Słowa Cichego skierowane były do Odarki, która stała obok męża z łaciatym psem na pasku. Sam Wasyl trzymał w ręku walizę, wszystko co się dało zebrać.


— Nie można, będzie szczekał, wsypie nas. Tamci są blisko…


Odarka zapytała:


— A teraz Marko szczeka, panie Cichy? Przecież wyście mu obcy.


Łaciaty Marko naprawdę stał cicho, tylko spoglądał na uzbrojonych obcych.


— On jest rozumny, rozumniejszy od wielu dwunożnych, panie dowódco. Nie pozostawimy go tu. To by było podłe. Dość że my gospodarstwo opuszczamy…


I gorzko zapłakała. Cichy rozłożył ręce.


— No, jak tak… Na dwór wszyscy!


— A ikona?!


Odarka pobiegła do pokoju, z półki w prawym kącie zdjęła obraz Matki Boskiej Poczajewskiej. Cichy i chłopcy zdjęli mazepinki, nakreślili znak Krzyża. Odarka też, po niej Wasyl. Razem z Rzeckimi, ci z lewa w prawo. Ikonę wcisnęli do walizy.


Na powtórny rozkaz dowódcy z chaty wyszli wszyscy, rodzina Rzeckich, za nimi chłopaki w mazepinkach. Ostatnią była płacząca Odarka. Opuszczała dom. Raczej nie wróci… Wasyl Poliszczuk nie płakał, ale wyglądał jak na pogrzebie najbliższej osoby.


Do małej kolumny podeszli jeszcze czterej chłopcy, w takich samych mazepinkach. Śledzili ulicę.


Do lasu dotarli w kwadrans, sama wioska była niemalże w lesie. Cichy wydał rozkaz.


— Turok, Capel, Krynyca, Teren — na przód. Strzelać nie można. Ich obóz prawdopodobnie jest blisko.


— Наказ, друже Тихий.


— Rozkaz, przyjacielu Cichy.


Czterej chłopcy jak cienie ruszyli do przodu. Cichy powiedział:


— Idziemy bezszelestnie, panowie.


To się odnosiło raczej do cywilów. Łaciaty Marko szedł na pasku cicho, jak myszka, mimo sąsiedztwa obcych i kotki. Naprawdę rozumny, pomyślał Cichy.


Myron podszedł do Józefiny Rzeckiej. Szeptem powiedział:


— Ciotko Józefo, niech pani odda mi torbę…


Józefina milcząc podała ciężką torbę Myronowi, on wziął i odszedł na stronę. Cichy także szeptem:


— A dowódcy nie masz, kawalerze? Nie ma kogo zapytać o pozwolenie? Czyżbyśmy na pikniku?


W odpowiedzi Myron wyszeptał:


— Przepraszam, dowódco…


Cichy machnął ręką. W szarówce nie było widać uśmiechu pod gęstymi wąsami.


— Jeszcze kocicę weź sobie. Jak do ciebie dziewczyna zerka, husarzu jeden.


Marylka niosła kocicę, która czepiała się pazurkami jej kurteczki. Trzymała ją jedną dłonią, w drugiej ręce węzeł z czymś tam. Czasami naprawdę patrzyła na Myrona. Nie wyglądał już na łobuza, czy chuligana. Takim jak teraz Marylka go nigdy nie widziała, ani znała…


Zza krzaków dobiegł cichy gwizd nocnego ptaka. Cichy podniósł rękę.


— Stój…


Odpowiedział takim samym gwizdem. Zza krzaków jak cień wyśliznął się chłopak, i zameldował się przed Cichym.


— Dowódco, oni tam, ich jest czworo. Ich wywiad chyba, grasują po lesie. Turok, Teren i Krynyca u nich na ogonku.


Cichy skinął głową.


— Jawor, Słoń, Stodoła, Lypeń, ze mną. Reszta do schronu.


— A ja?


Myron stał z walizką Rzeckich w ręku.


— Rozkazu nie słyszałeś?


Na gniewną ripostę Cichego ponuro powiedział:


— Наказ, друже командир.


— Rozkaz, przyjacielu dowódco.


I poszedł za cywilami i resztą chłopaków.


W pięciu wyruszyli za Caplem, tym samym nastolatkiem z dwururką. Cichy rozkazał:


— Noże do boju.


Mniej niż za kwadrans dotarli do gęstych krzaków między sosnami. Podwójny gwizdek nocnego ptaka. Cichy się odezwał, też podwójnym, i wykonał znak ręką. Noże już gotowe. Schowali się za krzakami. Za parę minut usłyszeli ciche kroki po suchych gałęziach.


Kroki zawodowe, z obcasa na grubą podeszwę. Zza drzew wyszło czterech dobrze zbudowanych facetów z karabinami i w mazepinkach. Zaczęło już świtać, było na tyle jasno, że bez trudu ujrzeli uniformy, nowe, z widocznymi zagięciami powstałymi przy składowaniu w pakiety po uszyciu, naprawdę prosto spod igły.


Cichy gwizdnął nocnym ptakiem, podwójnie. Sygnał dla Turka, Krynycy i Terena na tyłach facetów spod igły. Ci zatrzymali się, rozglądają we wszystkie strony. Lufy karabinów poruszają w kierunku spojrzenia.


Cichy krzyknął:


— Stój! Hasło!


Czterej w nowych uniformach wydawali się być zaskoczeni, ale byli przygotowani.


— Smereka!


Miało być: smeryczka. Tak wymyślił i zaproponował miejscowym dowódcom Cichy, na różnych dzielnicach różne hasła. O tym wiedział wąski krąg osób. Dzielnicę „smereki” czterej obcy dawno minęli. Cichy donośnym głosem powiedział:


— Chodźcie, przyjaciele. Witamy!


To „witamy” było sygnałem. Poleciały noże. Tamci czterej umieli strzelać na głos, ale nie zdążyli zastosować w praktyce swych umiejętności. Szkolenie okazało się na nic. Za parę chwil wszyscy leżeli na ziemi z nożami w piersiach, plecach i gardłach. Dwóch dostało dodatkowe noże z tyłu od Turka i Krynycy, którzy szli w ślad za czterema obcymi.


Cichy i chłopaki podeszli do obcych na ich ziemi. Jeden z nich chrypiał z nożem Cichego w gardle. Chłopcy usłyszeli:


— …бандеры сучьи… твари е… ные… пидарыыыы…


To było powiedziano w czystym rosyjskim, co prawda, z mongolskimi naleciałościami. Cichy powiedział, po ukraińsku:


— Dobre, dobre, moskaliku, powiedz no jeszcze coś w ojczystym psim…


Lecz na tym upajanie się z pięknem rosyjskiej mowy zakończyło się. Charczenie umilkło razem z życiem obcego na tej ziemi. Dowódca Cichy rozkazał:


— Rozebrać wszystkich. Zdjąć buty. Obszukać każdy szew.


Za parę minut rozkaz dowódcy Cichego wypełniono. Chłopcy milcząc podeszli do Cichego. Otworzyli dłonie.


W dłoniach były złote precjoza. Damskie pierścionki, bransoletki. Złote protezy stomatologiczne.


Także srebrna łyżeczka z aniołkiem. Kilka perełek z naszyjników.


Oraz na pół puste pudełko z zapałkami.


Napis: Моссельпром.


Cichy schował to wszystko do swej polskiej oficerskiej skórzanej torby.


Chłopcy podali uniformy, zdjęte z martwych obcych.


Uniformy UPA.


Jakby się wydawało.


Takiej jakości uniformu nie było u samego Romana Szuchewicza vel Taras Czuprynka.


Cichy uważnie oglądał materiał, każdy szew skrwawionych mundurów. Tarł w rękach, próbował rozciągnąć. Powiedział:


— To materiał nie ukraiński, ani polski. Także nie niemiecki, nie angielski. Rękawy mają taki szew tylko na ruskich mundurach. Materiał też raczej ich.


Nastolatek Capel zapytał się:


— A skądże znasz się na tym, dowódco Cichy?


Już nadchodził świt. Zakopali bez śladu rozebrane trupy obcych. Przed tym Cichy zauważył bliznę na piersiach zabitego przez niego samego, długiego blondyna. Wielka rozległa blizna. Jakby kawał skóry obdarty.


— Teren, Słoń. Szukajcie ich obozu, gdzie są. Jak znajdziecie, cicho z powrotem do schronu. Na bazę.


Teren i Słoń wyruszyli. Cichy zwlekając chwilę odpowiedział Capelowi:


— Eh, chłopcze… Przecież przed tobą jeden z lepszych krawców Stanisławowa… A może i najlepszy…


Chwilę pomilczał i ze smutkiem dokończył:


— ...byłem kiedyś.

4

Lipiec 1943 r.

Londyn, 10 Downing Street


Gruby łysy gentleman o tłustej choć nie plebejskiej twarzy rzucił na stół z mahoniowego drzewa brulion w czarnych twardych skórzanych okładkach. W grubych palcach lewej ręki hawańskie cygaro z tych najdroższych, ze złotym paskiem, na pół wypalone. Brulion omalże nie przewrócił kryształowego kielicha z resztką szkockiej whisky na dnie.


— ...Dobrze. Dziękuję, Davidzie. Kawał dobrej roboty. Sądząc po zdjęciach, wszyscy rzeźnicy są już na miejscu.


Człowiek w czarnym eleganckim garniturze z lekkiego manchesterskiego tweedu przytaknął, skinąwszy głową. Cienkie, przerzedzone włosy, fryzjer poskromił żelem.


— Tak, sir Winston. Część zrzucili na spadochronach, część przekroczyła linię frontu. Odpowiedzialny za ich przyjęcie niejaki Miedwiediew, zwykły bandyta z NKWD. Jest dowódcą zagonu, niby partyzanckiego, a tak naprawdę gangu terrorystów, killerów i rabusiów. Z terrorystycznej grupy Pawła Sudoplatowa. Ten sam IV Zarząd NKWD. Teraz pułkownik, pewnie wkrótce będzie generałem. Terroryzuje nie tyle Niemców, ile miejscową ludność. To co, teraz ma dobrych pomocników…


Sir Winston przez dłuższą chwilę myślał o czymś intensywnie. Niespodziewanie na wąskich, arystokratycznych wargach pojawił się uśmiech. Połówkę cygara odłożył do ciężkiej popielnicy z górskiego kryształu.


— Bardzo dobrze, sir Davidzie. Po prostu wspaniałe. Wujek Joh i cała sfora ruskich rzeźników odwalą za nas tę brudną pracę. Także ich „aryjscy” kolesie…


Sir Winston napełnił kielich ekskluzywną Scotch whisky. Wąchając ulubiony aromatyczny, elitarny napój, pociągnął łyk.


— ...nie rozumiem miłośników żabojadzkiego koniaku, to wersja ruskiego samogonu. No, taka to nacja, pycha i prostytucja w jednym pudle. A przecież oni też będą krajem-zwycięzcą, czyż nie tani bałagan?


David odparł:


— O, tak, bałagan, sir Winston, ale nie powiedziałbym że tani. Kogoś on będzie bardzo dużo kosztował. Do tego reżyserami w tym bałaganie my…


Sir zamachał tłustą dłonią z indyjskim diamentem na palcu.


— No, no, bez przesady, drogi Davidzie. Nie tylko my… I jasne że nie ten nikczemny pajac Roosevelt. Głupi wujek Joh niech się cieszy że to jego dyktando, dzięki tej kupie mięsa armatniego, jakie on posiada, — tak na razie. Lecz wszystko się toczy… hm… no, tak, według naszego scenariusza.


David był dzisiaj w dosyć sceptycznym nastroju.


— Nie myślę że trzy lata temu toczyło się za naszym scenariuszem, sir Winston. Chyba, że za realizację naszego scenariusza uznamy zbombardowanie Londynu


Tusza sir Winstona sprawiła, że wiktoriański fotel zakołysał się.


— Bywa, bywa, Davidzie… Zostaliśmy ofiarami własnych igrzysk. Nie my pierwszymi, także nie ostatnimi. Ale Bitwę o Wyspy Brytyjskie wygraliśmy, Wielki Architekt jest po naszej stronie.


Davida nie opuszczał sceptycyzm.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.