E-book
16.38
drukowana A5
49.4
Pół wieku z celebrytami

Bezpłatny fragment - Pół wieku z celebrytami

Wspomnienia żurnalisty

Objętość:
204 str.
ISBN:
978-83-8104-459-2
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 49.4

Wstęp


Z lwowskiej ulicy Bojowej na Zniesieniu — mając repatriacyjny „przydział” do Wrocławia — trafiłem ostatecznie, wraz z rodzicami oraz młodszą siostrą, do Tarnowa. Do mniejszego, lecz wielce zabytkowego galicyjskiego miasta, z jego znanymi postaciami: Wielkim Hetmanem Janem Tarnowskim, generałem Józefem Bemem, zasłużonym dla polskich dziejów rodem książąt Sanguszków, a także wynalazcą m.in. kolorowej taśmy filmowej, tudzież pionierem telewizji — Janem Szczepanikiem.

Mama była jednak mocno zmartwiona faktem, iż brakuje w Tarnowie sceny muzycznej, dlatego bardzo istotnym pocieszeniem okazało się zapewnienie miejscowych znajomych, że przynajmniej „wiatr ze Lwowa na pewno tu dociera”. Tato też przyjął tę sugestię, tym bardziej, że jako fachowiec od spraw zawiłej ekonomii, znalazł niezłą posadę w starostwie. Ale nie oznaczało to utraty wiary — podobnie jak u wielu innych Kresowian — w rychły powrót z nami „na swoje”. Oboje rodzice wyrażali zresztą w tej kwestii podobną opinię: „Będziemy mieli stąd bliżej”. Dość szybko rozwiały się te nadzieje …

Za to po kilku latach reaktywowany został tamtejszy miejski teatr, obecnie imienia Ludwika Solskiego, gdzie przedwojenna absolwentka Studio przy Operze i Operetce Lwowskiej, rezygnując z zaproszenia dyrekcji Opery Bytomskiej, powróciła znowu na sceniczne deski, tym razem dramatycznego gatunku. Dzięki temu już od bardzo wczesnej młodości przyszło mi obcować z ówczesnymi lokalnymi gwiazdami reżyserii oraz aktorstwa, które bywały w naszym wcale dużym lokum, a nawet — jak w przypadku obu Pań kierujących Zespołem — czasowo „u Janiny i Tadeusza” też pomieszkiwały.

Myślę więc serdecznie przede wszystkim o Pani reżyser Irmie Gulskiej-Wójcikowskiej z Warszawy, żołnierzu AK, uczestniczce Powstania Warszawskiego, potem zdolnej realizatorce ciekawych przedstawień, podnoszących rangę tarnowskiej sceny. Kiedyś, całkiem przypadkowo, zobaczyłem Jej grób na stołecznym Cmentarzu Północnym i teraz często go odwiedzam.

Kontynuując dalej wątek: myślę równie ciepło o Pani reżyser Romanie Bohdanowicz, pełnej energii i humoru, związanej długo z Krakowem, lecz dzielącej krajowy rozgłos także z Tarnowem i Opolem. Lubiła — wraz z nami — spędzać lato nad rzeką Białą, w górzystym plenerze Pleśnej-Łowczówka, zapraszając tam również swego kolegę — reżysera Tadeusza Przystawskiego, z teatru Zagłębia w Sosnowcu.

Myślę — obecnie już bardziej dojrzale i celnie — o obdarzonych talentem aktorskim: Henryce Rodkiewicz — mistrzyni słowa scenicznego, o Bohdanie Czechaku, wielce lubianym i oklaskiwanym w kreowaniu charakterystycznych postaci, o Zofii Niwińskiej — aktorce „kompletnej”, cennym nabytku ze stolicy, o Klemensie Romanie — nestorze aktorów, grającym też w filmach drugoplanowe co prawda, lecz wyraziste role. Myślę o Józefinie Werner — uroczej krakowskiej osobowości i teatralnej gracji na tarnowskiej scenie, myślę o pojawiającym się gościnnie znakomitym komiku Janie Gałązce — późniejszym rewelacyjnym „cieciu” z telewizyjnego serialu „Czterdziestolatek”, a wreszcie myślę o rodowitym tarnowskim Mistrzu, wielce rozpoznawalnym z filmu „Ewa chce spać” oraz z serii komedii o panu Anatolu — pociesznym Stefanie Bartiku.

To Oni stanowili tarnowski zaczyn moich kontaktów z celebrytami, czyli ludźmi znanymi z tego, że byli oraz są… znani. Co prawda, moje uczestnictwo w Ich gronie miało wówczas jedynie formę chłopięcego, zaś potem gimnazjalnego „statystowania”, lecz już po latach przyniosło skromne dokonania twórcze na szerszą nieco skalę. Zapewne bezwiednie ukształtowali Oni we mnie wizję przyszłego zawodu, od zamiaru „pisania sztuk” — do dziennikarstwa.

Po wielu, wielu latach, zamarzyło mi się przelanie na papier zebranych w głowie i w starych notatkach niektórych zdarzeń, jak również kilku ciekawostek, dla anonimowej „potomności”. Nieco okraszonych humorem, wynikającym z przebiegu konkretnych sytuacji. Pochodzących jeszcze z okresu mojej młodocianej fascynacji miastem dorastania, lecz przede wszystkim późniejszej, długoletniej dziennikarskiej posługi. Absolutnie jednak bez intencji wykpienia kogokolwiek, a tym bardziej obrazy. Po prostu — jedynie z chęci odnotowania ciekawszych wspomnień z czasów prywatnego oraz zawodowego życia, także tych weselszego gatunku, bo i takich przecież nie brakowało. Zaznaczyć wszak muszę, iż jako człowiek już na wieki wieków obarczony papowską „skazą” depeszowo-syntezowego pisania, umyśliłem sobie taką raczej niegrubą „książeczkę”, akurat do weekendowego poczytania, albo podczas podróży pociągiem czy autokarem.

Owszem, uwielbiam wszelkie pamiętniki i biografie, zwłaszcza te obfitujące w bogatą zawartość. Ale to przecież domena osób wybitnych i szczególnie zasłużonych. Postanowiłem więc kierować się inną zasadą. Wziętą — co do istoty oraz objętości — z dewizy przedwojennych lwowskich literatów: „Nie ważne kto i ile, ważne aby ciekawie”. Na takiej tedy, nie wymuszonej zbytnią ilością stron mojej debiutanckiej pracy, postawiłem finałową kropkę.

Wszystkie przedstawione Postaci są dla mnie równie ważne i godne ludzkiego upamiętnienia. Niniejszą książką chcę jednak okazać swój szczery podziw oraz wdzięczność, przede wszystkim moim znamienitym Rozmówcom.

Wiesław Karol Sąsiadowicz

Pejzaż zimowy

Celem niniejszej pracy była chęć osobistej retrospekcji zdarzeń. Zapoczątkowanych kiełkującym od dziecka w mojej głowie — równie nieporadnie, co górnolotnie — zamiarem bycia kimś więcej, niż przysłowiowym „zjadaczem chleba”.

Do usprawiedliwienia owej „zadufanej” postawy potrzebne jest jednak zobrazowanie klimatu, jaki towarzyszył lwowskiemu małolatowi nie za długo po II wojnie, w tym konkretnym miejscu.

Bo to nie tylko niezapomniany, śpiewny akcent mowy moich krewnych oraz potok serdecznych wspomnień z Kresów, ale także ciekawość poznania nowego otoczenia, swoista odmienność niektórych obyczajów, również zjawisk przyrody, jak np. wiatr halny i przy sprzyjającej aurze — możliwość widoku skalnych grzbietów Tatr.

Bardzo liczę więc na wybaczenie chwilowego odejście od zasadniczego tematu.

Mówi się, że w trudnych czasach dzieciaki szybciej dorośleją. Coś w tym jest, bo i do mnie przyszło dość prędko zafascynowanie otaczającym światem, a zwłaszcza tarnowską zimą.

Pachniała cudownie, niepowtarzalnie. Tworzyła urokliwy obraz, w dzień zadziwiała swoją bielą, obfitością puchu, zaś wieczorem — bajkowym wręcz błyskotaniem srebrzystych płatków oraz skrzypieniem pod butami. Wtedy dość obfite opady rozpoczynały się zwykle od imienin św. Mikołaja, trwając z przerwami niemal do końca marca.

Było to o tyle ciekawe i zaskakujące nawet pogodowo zjawisko, iż właśnie w Tarnowie, a konkretnie w Parku Gumniskim znajduje się epicentrum polskiego Bieguna Ciepła. Tam najdłużej, bo 114 dni w roku trwa termiczne lato, ze średnią temperaturą powyżej 15 stopni Celsjusza. Zaś przez cały rok utrzymuje się w mieście najwyższa w kraju średnia temperatura powietrza, wynosząca 8 — 9 st. C.

Dowiedziałem się tego znacznie później, po lekturze publikacji doktora Franciszka Pulita, cenionego w kraju znawcy naszego klimatu.

Powojenną zimą skromny ruch pojazdów na stromych tarnowskich ulicach dodatkowo mocno malał, ku zadowoleniu saneczkujących dzieci oraz nawet starszej młodzieży. Rywalizacja trwała w najlepsze.

Zjeżdżano po wyślizganych traktach na czym się tylko dało. Owszem, na sankach też, lecz przede wszystkim „ujeżdżano” jakieś skrzynki po towarach, wysłużone walizy, a i „cztery litery” również. Beztroska radość panowała wówczas do późnych godzin.

Dla amatorów nart były zaś w Tarnowie dwa podstawowe miejsca. Łagodny stok i „ośla łączka” pod Diablą Górą, na terenie pałacowych włości książąt Sanguszków, jak też wcale pokaźna Góra św. Marcina, dominująca nad miastem. Jest ona najbardziej na północ wysuniętą częścią Karpat, ciągnących się aż do Rumunii.

Ta swoista „polska brama Karpat” dysponowała paroma trasami do zjazdu, a także dość dużą drewnianą skocznią narciarską. Kiedy więc dostałem od wrocławskiego wujka Zbyszka z ulicy Benedykta Polaka, stare poniemieckie narty, wręcz trudno było mi doczekać pierwszych szusów.

Zaistniały jednak dwa zasadnicze problemy. Nie umiałem jeździć, a narty nie miały wiązań. Tato wkrótce zaradził temu drugiemu kłopotowi, z pierwszym natomiast musiałem się zmagać sam. Jakoś poszło, bo którejś lutowej niedzieli 1958 roku udało mi się mocno zadziwić brawurowym slalomem, sceptyczną wobec narciarstwa, ale dzielną siostrę — Elżbietę.

Popularne „deski” były moją pasją jeszcze wiele lat. Przejął ją potem drogi siostrzeniec — Robert, kontynuując aż do ukończenia własnych studiów na UJ.

Osobliwi mieszczanie

Tak jak wszędzie, nie brakowało zaraz po wojnie wielce charakterystycznych postaci nadających Tarnowowi i jego dzielnicom, swoistego kolorytu.

Niemal każdy mieszkaniec Starówki, ale nie tylko, znał z widzenia „Babcię Matuszkową”. Zajmowała, wraz z synem Antonim, ciasną parterową klitkę po dawnym sklepiku, w jednej z uliczek biegnących ku rynkowi. Ta owdowiała wcześnie kobieta była przykładem wielkiej życiowej zaradności, znajdując receptę zarówno na okupacyjny głód, jak też powojenną biedę. Trzymała w domu dwie kozy, traktując je nie tylko jako „żywicielki”, ale wręcz członkinie „familii”.

Budził więc duże zainteresowanie nietypowy widok — jak na zabytkową część miasta — gdy na skromnym trawiastym placu pasły się dwie czyściutkie, wystrojone w barwne wstążeczki — kózki. Nie były zbyt okazałe tuszą, lecz dawały wystarczająco dużo mleka, aby podkarmiać nim, a również wyprodukowanym z niego przez Panią Matuszek serem, swoich kochanych opiekunów oraz parę rodzin z sąsiedztwa.

Któremuś z oficjeli Tarnowa bardzo jednak dopiekła owa sytuacja i chyba w połowie lat 50-tych, pewnego letniego dnia, Babcia — wraz synem i podopiecznymi zwierzakami — zniknęła ze swojego ”miejsca na Ziemi”. Przeniesiona podobno w bardziej „sielski” krajobraz miasta. Pozostał od dawna zaprzyjaźniony z kózkami ich ulubiony trawnik i gorzka pustka, ziejąca z placu. W dodatku, okalające go wiekowe kamienice, tym głośniej zaczęły wołać o należny im remont.


Od „Babci Matuszkowej” lubiła czasem kupować kozie mleko nasza znajoma z sąsiedniego domu — Pani Baniowa. Bardzo chciała śpiewać w chórze katedralnym i moja Mama trochę pomogła tej kobiecie opanować muzyczną gamę i podstawy solfeżu. Miała też ta Pani inny dylemat. Mianowicie, złość na własne nazwisko — Bania. Pocieszając się jednak, iż Jej córka po wyjściu za mąż, uzyska nową godność.

Niestety, jak się po kilku latach okazało, jedynaczka pokochała rodowitego tarnowianina obcej familli, ale też o nazwisku — Bania. Ślub niczego więc nie zmienił, ku początkowemu zmartwieniu teściowej, ale potem Jej dużej radości z zaradnego zięcia. No i ze śpiewania w kościelnym chórze — również.


W tym samym powojennym czasie, jako debiutujący uczeń, widziałem całą plejadę tarnowskich „dziadów-żebraków”, na czele z kulawym człowiekiem, zwanym potocznie „Von Sztolc”. Przesiadywał wraz z kamratami w pobliżu kościołów i na rogach ulic, ale też w roli „gościa proszalnego” pukał często do drzwi mieszkań. Miał swój żebraczy honor. Najpierw kłaniał się nisko, a potem w zależności od formy wsparcia — paru groszy lub talerza zupy — dziękował własną balladą, albo żarliwą modlitwą.

Nie było mu jednak dane zaznać „świętego spokoju”, gdyż wracający ze szkół uczniowie szukali, dla zabawy, wciąż nowych sposobów nękania biedaka. Dlatego jękliwy ton pieśni ustępował czasami miejsca tupotowi nóg dręczycieli, uciekających płochliwie przed odwetem inwalidy.


Takiej odwagi „niepokojenia” nie mieli ani młodzi, ani starsi tarnowianie wobec „Tygrysa”. Mężczyzny na schwał, stałego bywalca renesansowego Rynku i okolicznych zaułków. Obdarzony był wielką siłą, co przy dwumetrowym niemal wzroście i wydatnym brzuchu — kazało wszystkim mieć się na baczności.

Miał On jednocześnie bardzo chwalebną kartę z lat okupacji, gdy po aresztowaniu przez gestapo, znalazł się w pierwszej grupie tarnowskich mieszkańców, przewiezionych z tutejszego więzienia strzeżonym transportem kolejowym do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jak opowiadano, pomagał tam przeżyć swoim rodakom, w tym również późniejszemu premierowi Józefowi Cyrankiewiczowi, też tarnowianinowi. Podobno ten wieloletni komunistyczny dygnitarz zrewanżował się po jakimś czasie przyznaniem swojemu dobroczyńcy skromnej renty, którą olbrzym wolał jednak regularnie przepijać.

Jego głównym sposobem na codzienne życie okazała się natomiast sprzedaż używanych krawatów, przekazywanych „spontanicznie” przez zalęknionych przechodniów, ku udobruchaniu „Tygrysa”. Owszem, wobec potencjalnych klientów używał czasem „łagodnej perswazji”, lecz finalizował transakcję dopiero po obejrzeniu przez nabywcę krótkiej „części artystycznej”.

Polegała na podejściu siłacza do najbliższej blaszanej rynny i wgnieceniu jej głową niemal do samej ściany. Raz jednak pomylił się srodze „artysta”, trafiając na tę żeliwną. Wtedy chyba po raz pierwszy tarnowianie usłyszeli na tutejszym rynku dźwięk własnego „Dzwonu Zygmunta”.

Kiedy po kilkunastu latach ten wielce schorowany już, acz długo mocarny i w gruncie rzeczy z natury bardzo dobroduszny Człowiek, umierał nocą w miejscowym szpitalu, nawet zahartowany życiowo personel medyczny nie krył swoich łez.

Tajemnice Leliwitów

„Wiedza zobowiązuje”. Poznając coraz lepiej długą historię Tarnowa, odczuwałem już jako uczniak rosnący szacunek dla dokonań tego grodu oraz jego wielkich rodaków i wychowanków. O kilku z Nich wspomniałem już we wstępie książki.

Warto tę listę wzbogacić, podobnie jak też wspomnieć o innych ważnych wydarzeniach w piastowskich jeszcze dziejach miasta, które dnia 7 marca 1330 roku lokował osobiście król Władysław Łokietek. Chodzi o wieści często mało powszechnie znane, albo i w ogóle.

Czerpałem je od przedwojennego jeszcze nauczyciela historii w „podstawówce” i znalazłem później potwierdzenie u pasjonata dziejów Tarnowa, zmarłego na obczyźnie członka sztabu generała Władysława Andersa, a zarazem autora unikatowej „Książeczki” — Jana Bielatowicza.

Oto gdy założyciel grodu, Spycymir herbu Leliwa — piastujący najwyższą w kraju godność kasztelana krakowskiego — postawił na kartę węgierską, to Tarnów stał się wówczas główną bazą kupiecką na Węgry, ważnym ogniwem łańcucha naszej przyjaźni z Madziarami. Nic dziwnego więc, że w pierwszej połowie XVI wieku znalazł w tym mieście serdeczną gościnę, a także bezpieczne schronienie, król węgierski Jan Zapolya. Z wdzięczności zwolnił wszystkich tarnowskich mieszczan od myt węgierskich. Tu ciekawostka.

W tamtym okresie zamek na Górze św. Marcina był jednym z najpiękniejszych małopolskich kaszteli typu naddunajeckiego. Mieściła się w nim bogata galeria dzieł sztuki renesansowej zakupionych w Italii oraz duży księgozbiór.

„Widać nie byle jaki, skoro zwabił tu i zatrzymał na długie lata pierwszego humanistę Rzeczypospolitej, Grzegorza z Sanoka, późniejszego arcybiskupa lwowskiego” — zauważa Bielatowicz.

Kiedy główna linia rodu Tarnowskich dobiegała swojego kresu, ludzie księcia Ostrogskiego oraz pochodzący z bocznej linii rodu, kasztelan czchowski Stanisław Tarnowski - przystąpili kolejno do przejęcia górskiego zamku. Obrońcy ukryli wówczas cenną jego zawartość w niewiadomym dotąd miejscu. Być może spoczywa ona nadal jeszcze w tajemnym przejściu podziemnym, prowadzącym ponoć z owego kasztelu do Klasztoru Ojców Bernardynów.

Nie zbadano tego dokładnie z obawy przed zawaleniem się tunelu. Poszukiwacze natrafili jedynie na pojedyncze okazy rycerskiego oręża i innych przedmiotów, tuż jednak za dawnym wejściem do lochów, bo tylko tam udało im się dotrzeć. Nie dziwota, że ruiny zamczyska pobudzały wyobraźnię miejscowych dzieciaków i moją wtedy także.

Tymczasem nawet po paru stuleciach Madziarzy nie zapomnieli o pomocy udzielonej ich królowi, umieszczając pod koniec XIX wieku w Tarnowie, swoją główną składnicę win tokajskich na Polskę. W gronie odbiorców — oprócz eleganckich ówczesnych restauracji, kawiarni oraz domów handlowych i sklepów — były również nasze kościelne diecezje, które węgierska centrala zaopatrywała w wino mszalne, i to do samego wybuchu II wojny światowej. To już dziś raczej zapomniane fakty.


Nikła obecnie pamięć towarzyszy również dłuższemu pobytowi w tym galicyjskim mieście, popularnego wielce księcia Józefa Poniatowskiego. Według dokumentującej nasze stare dzieje Iwony Kienzler, zdecydował o tym około 1784 roku sam król Stanisław August.

Świetne wyniki szkolenia osiągane na tarnowskim poligonie, potwierdziły dowódcze zdolności młodego arystokraty. Nic więc dziwnego, że jeszcze w trakcie owych ćwiczeń otrzymał Poniatowski wraz ze swoimi żołnierzami, zaproszenie do zaszczytnego uczestnictwa w paradnej musztrze w Wiedniu, przed samym cesarzem Józefem II Habsburgiem.

Podziwom wszystkich licznie zgromadzonych — nad postawą polskich szwoleżerów i ich dowódcy — nie było podobno końca. Zachwytom pań nad urokiem młodego księcia — również.


Podobnym zainteresowaniem cieszyło się niecodzienne wydarzenie, gdy oto w tarnowskiej rezydencji książąt Sanguszków — tego jednego z sześciu najsławniejszych rodów Litwy i Korony — gościł w 1883 roku arcyksiążę Rudolf Habsburg, zobligowany stanowczo przez swojego ojca, cesarza Franciszka Józefa I.

Pragnął On, aby Rudolf zbliżył się mocniej do sfer towarzyskich całej ówczesnej Galicji, w tym także do magnaterii oraz wpływowej szlachty polskiej. Zależało bowiem cesarzowi aby — poprzez syna — utrzymywać z nimi przyjazne więzi. U nas zaczął od wizyty w Krakowie. Było to na pięć lat przed tragiczną śmiercią w Mayerlingu młodego następcy cesarskiego tronu.

Po swoim powrocie do Wiednia, Rudolf chwalił bardzo gościnność naszych wielmożów, w tym także gospodarzy tarnowskich Gumnisk. Doceniał piękno okolicy ich pałacu, jego wyposażenie oraz bardzo pomysłowe zagospodarowanie obiektów pomocniczych, jak również tamtejszą roślinność uprawianą w tzw. alpejskiej części Ogrodu Książąt.

Wspomina o tym, jak zwykle interesująco oraz wielce barwnie, znany galicyjski pamiętnikarz tamtych czasów, Marian Rosco Bogdanowicz.


Z okazałą siedzibą rodu Sanguszków wiąże się również pewna, bardzo delikatna w swojej materii, a mocno tkwiąca w ówczesnych kręgach rodzimych elit oraz społeczności — legenda. Ponoć właśnie w tym tarnowskim pałacu doszło do poczęcia słynnej potem na cały świat aktorki, Heleny Modrzejewskiej, określanej zresztą mianem „arystokratki od urodzenia”. Czy rzeczywiście, tego się już nie dowiemy.

Faktem jednak jest, iż współcześni Wielkiej Artystce zwracali uwagę na Jej uderzające podobieństwo do młodej księżniczki Heleny Sanguszkówny. Obie utrzymywały zresztą ze sobą dość bliskie i serdeczne kontakty towarzyskie, którym towarzyszyła również obfita korespondencja, zachowana częściowo do dzisiaj.

Biograf Modrzejewskiej, Józef Szczublewski odnotowuje, iż w 1882 roku, podczas letniego pobytu Aktorki w kraju, gościła Ona również „w stolicy Sanguszków — Tarnowie”, prezentując tamtejszej widowni — prawdopodobnie w Sali Lustrzanej — fragmenty swoich ulubionych ról: Odetty, Rozalindy oraz Damy Kameliowej.

Czy wówczas oklaskiwała znakomitą Modrzejewską także Jej „domniemana siostra”, piękna księżniczka Helena — trudno dziś stwierdzić. Ale  zarazem  i wykluczyć.


„Określano dawniej Tarnów jako tę drugą stolicę panów krakowskich oraz siedzibę tarnowskich, bastion przyjaźni z Węgrami i bramę wypadową na Ruś, na Wołoszę, jako zbrojownię przeciwkrzyżacką i jedną z niezawodnych skarbnic królewskich” — akcentował miłośnik historii miasta, Jan Bielatowicz.

Teraz przychodzi zmagać się zasłużonemu grodowi z problemami współczesności. Czy pomoże w tym dawna dewiza Leliwitów: „Zmierzajcie ku gwiazdom mężowie” (Tendite ad astra viri)?  Ufajmy, że tak.

Bema rapsod powrotny

Tarnowianin, generał Józef Bem, to jeden z najbardziej znanych w naszej historii, „żołnierzy — tułaczy”. Bohater trzech narodów — Polski, Węgier i Turcji — zapisał się złotymi zgłoskami w okresie Wiosny Ludów.

Jego postać intrygowała mnie mocno już od wczesnej młodości, bo był stosunkowo „świeżym” ponownie Obywatelem miasta i jednocześnie Postacią, o której mówiło się już dużo oraz wzniośle, ale mało konkretnie. Ciekawił więc młodego człowieka nimb swoistej „tajemniczości” tej Osoby.

Brakowało bowiem fachowej literatury, dokumentującej życie Bema, a także innych pamiątek z Nim związanych. Przybywało za to po wojnie — prawie w całym kraju — ulic, szkół i spółdzielni pracy, noszących imię Wielkiego Patrioty. Dopiero po kilku dobrych latach, owe proporcje zaczęły ulegać stopniowej poprawie, acz obecnie nastał znowu pewien regres, związany z osobą Bema, mimo wysiłku dokumentalistów, a nawet ludzi estrady.

Dowiedziałem się jednak, m.in. od historyk Marii Żychowskiej, że miał Generał trudne życie oraz obsesyjne wręcz umiłowanie wolności i Ojczyzny. Że wyznawał zasadę, iż w każdym miejscu i w każdej sytuacji może uczynić coś dobrego dla Polski. Nie zawsze jednak był Bem dobrze rozumiany oraz doceniony.

Jego talent stratega-artylerzysty, zabłysnął już podczas pamiętnych bitew w Powstaniu Listopadowym, pod Iganiami i Ostrołęką, jak też w krwawych z 1848 roku walkach tzw. rewolucji wiedeńskiej przeciw monarchii habsburskiej. Dołączył potem „Jenerał Bem wraz z ochotnikami polskiego legionu” do węgierskiego wojska w ich kraju, co matka Lajosa Kossutha — organizatora i wodza rewolucji węgierskiej z tamtego okresu — oceniła słowami: „Wolność i braterstwo niech będzie między Polską i Węgrami, tak w zwycięstwie i śmierci”.

Potwierdzeniem owej deklaracji stała się bliska przyjaźń Bema z utalentowanym, narodowym poetą Sandorem Pet’ofim, wkrótce adiutantem generała podczas rewolucyjnych bojów. Niestety, jeden z nich zakończył się śmiercią Wybitnego Węgra.

Powstanie upadło, a gen. Bem wraz z garstką oficerów polskich, nie chcąc w sierpniu 1848 roku trafić do niewoli austriacko-rosyjskiej, przeszedł z kolegami do Turcji, która to — wbrew oczekiwaniom rządów obu zaborców i osobiście cara Mikołaja I — nie posłuchała ich wezwań o ekstradycję „podpalaczy światowego porządku”.

Według Żychowskiej, pomagał Polak rozwijać nad Bosforem artyleryjską sztukę wojenną, ale też pozostawił prace np. z dziedziny matematyki.

Swoją żołnierską służbę zakończył po internowaniu w syryjskim Aleppo, na skutek wymuszonej przez Rosję „ugody” ze stroną turecką. Zmarł w tym mieście 10 grudnia 1850 roku, zaś Jego ostatnie słowa brzmiały: „Polsko, Polsko! Ja Cię już nigdy nie zbawię”.

Po niedługim czasie, zyskał generał od Węgrów miano: „Ojczulek Bem — Bem Apo” i opinię największego wodza walki wolnościowej Węgier 1848—1849. Także rząd Turcji nadał Jemu godność „Farik Murad Pasza”, wiążącą przybrane nazwisko Bema z arystokratycznym tytułem paszy oraz ze stopniem wojskowym, będącym odpowiednikiem rangi generała dywizji.

Żychowska pisze: „Mijały lata. Wiele ważkich wydarzeń przeżył Tarnów, ale pamięć o zasługach gen. Bema przetrwała. Odświeżyli ją zresztą Węgrzy, postawiwszy w 30-tą rocznicę śmierci Generała, pomnik w Maros Vosorhely. Zaś potem również w Budapeszcie”.

W listopadzie 1881 roku, także w Tarnowie powołano komitet obywatelski, który zainicjował akcję zbierania składek na budowę pomnika Bema. Trochę to trwało, przynosząc jednak wcześniej odsłonięcie pamiątkowych tablic, również na frontonie domu generała, na tarnowskim placu, zwanym Burek. Pojawiło się także serdeczne pragnienie sprowadzenia do rodzinnego miasta, prochów Wielkiego Polaka.

Z uwagi na międzynarodowy charakter przedsięwzięcia — „Pod protektoratem Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Ignacego Mościckiego” — zawiązał się „Komitet sprowadzenia do kraju zwłok gen. Józefa Bema”. Godność członka honorowego Komitetu przyjął m.in. Marszałek Józef Piłsudski, wtedy prezes Rady Ministrów.

Starania dyplomatyczne ruszyły, a w Tarnowie rozważano wybór miejsca pochówku szczątków Bohatera. Po kilku sporach dotyczących lokalizacji grobu, zdecydowano o budowie bardzo oryginalnego mauzoleum, na wysepce dużego stawu w miejskim Ogrodzie Strzeleckim — odnotowuje gazeta „Pogoń”.

Wybrany został wielce ciekawy projekt rektora krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, prof. Adolfa Szyszko-Bohusza. Wiosną 1929 roku prace dobiegły końca. Mauzoleum, w stylu neoklasycystycznym, umieszczono na dużej płycie żelbetowej, otoczonej wodą.

Z płyty wiedzie w górę sześć okazałych, jasnych kolumn, podtrzymujących sarkofag. Na jego frontonie — polski napis: „Generał Józef Bem”, na bokach napisy po węgiersku i turecku, a na czwartej stronie — data urodzenia i zgonu Bohatera: 1794 — 1850. Całość obiektu okala gruby łańcuch z brązu armatniego, wsparty na kulach symbolizujących rodzaj broni, którą dowodził Bem.

Po ekshumacji zwłok Generała, 20 czerwca 1929 roku w Aleppo oraz po uroczystym przejeździe trumny wraz z żałobnym orszakiem dostojników państwowych przez terytorium Turcji i Węgier — prochy Wielkiego Żołnierza przybyły 29 czerwca 1929 roku do Polski.

Dla symbolicznego upamiętnienia powrotu Józefa Bema, skłoniły się w Warszawie głowy władz Państwa oraz mieszkańców stolicy. Natomiast po przyjeździe konduktu ze stacji granicznej do Krakowa, odebrał Generał szczery hołd społeczeństwa przed Pomnikiem Grunwaldzkim i na dziedzińcu Wawelu. Zaś 30 czerwca tegoż 1929 roku — nastąpiło serdeczne powitanie Bema w rodzinnym Tarnowie.

W tym dniu cała niemal ludność miasta wyległa na ulice, udekorowane flagami trzech państw — Polski, Węgier i Turcji — kwiatami, zielenią i portretami Bohatera. Była asysta oficerska oraz wojskowa kompania honorowa, poczet rajców, tudzież cechów rzemieślniczych, do tego liczne orkiestry i chóry. A także przedstawiciele najwyższych władz kraju - relacjonowała "Pogoń".

Prochy Walecznego Polaka złożone zostały na stałe tam, gdzie być powinny. W Jego Ojczyźnie oraz mieście. Odwiedzają Go teraz w urokliwym, miejskim Parku Strzeleckim, liczni rodacy i zagraniczni turyści, jak również oficjalne delegacje — z Węgier i Turcji.

Wykonywany znakomicie przez Czesława Niemena: „Bema pamięci rapsod żałobny” — w tym opisywanym przypadku: „powrotny” — naprawdę doczekał się przed wielu laty równie godnego urzeczywistnienia.

Mam nadzieję na zrozumienie intencji autora książki, przy zobrazowaniu na jej łamach, tych wielce przecież ważnych, ciekawych  i wzruszających chwil.

Wielcy rodacy

Słuchając w realnej szkole i w domu częstych opowieści o wybitnych Polakach, o naszych starych dziejach, nie przypuszczałem nawet, że moją zarówno chłopięcą jeszcze, jak i młodzieńczą wkrótce wyobraźnię, zdominują też zasłużone tutejsze Postaci.

Nie tylko wspomniani już wcześniej: Wielki Hetman Jan Tarnowski, pamiętny „Żołnierz-Tułacz”, gen. Józef Bem oraz najwszechstronniejszy polski wynalazca przełomu XIX i XX wieku, m.in. autor pierwszej kamizelki kuloodpornej, Jan Szczepanik. Zadziwili mnie również inni rdzenni tarnowianie lub wychowankowie szkół w tym mieście. Byli wśród Nich tak znani Polacy, jak m.in. :

Historycy — profesor Józef Szujski i generał Marian Kukiel, poeci — Kazimierz Brodziński oraz Mieczysław Jastrun, pionier taternictwa i twórca „Orlej Perci” — ks. Walenty Gadowski, jeden z najlepszych szachistów świata, mistrz cesarskiej Galicji — Marcin Kirschner, aktor Stefan Jaracz, legendarny zapaśnik Zbyszko Cyganiewicz, przedwojenny projektant odbudowy Mostu Poniatowskiego w Warszawie — inż. Stanisław Hampel, architekt z tamtego okresu i badacz warszawskich zabytków — Aleksander Król oraz bohaterski dowódca obrony Westerplatte, major Henryk Sucharski. Był także pisarz, poeta, dramaturg i tłumacz — Roman Brandstaetter, jak również słynny awangardzista teatru — Tadeusz Kantor.


Jest też jednak bardzo bolesna strona tutejszego bytowania. W czasie okupacji hitlerowcy wtrącili do tarnowskiego więzienia utalentowaną polską narciarkę — Helenę Marusarzówną, aby rozstrzelać Ją wkrótce w pobliskiej Pogórskiej Woli.

Z Tarnowa wyruszył też 14 czerwca 1940 roku pierwszy w okupowanym kraju transport więźniów do niemieckiego obozu zagłady Auschwitz. Liczył 728 więźniów, a Ich nazwiska zastąpili Niemcy numerami od 31 do 758. Tylko nielicznym udało się powrócić potem do domu.

„Szynowa” duma

Wróćmy jeszcze na moment w odleglejsze czasy. Oto zapatrzeni w bystry i uparty nurt tutejszych rzek: Białej i Dunajca, tarnowscy rajcy też dopięli swego. 25 września 1911 roku ruszyła w Tarnowie komunikacja tramwajowa o długości prawie 3 kilometrów. Łączyła dworzec kolejowy — poprzez środek miasta — z odległą dzielnicą Grabówka.

Według ówczesnej miejscowej gazety „Pogoń”, pomysł na własny tramwaj błądził po głowach postępowych tarnowian już od końca XIX wieku. W roku 1897 krążyła po mieście plotka, że jeden z „inżynierów warszawskich” rozpoczął rokowania z jakąś firmą o założenie w Tarnowie tramwaju elektrycznego. Gazeta wątpiła jednak, czy np. ulica Wałowa, ze swoimi licznymi krzywiznami, nadaje się do takiej komunikacji. Sprawa upadła.

Projekt odżył ponownie w 1901 roku, a jego opracowaniem zajęli się inżynierowie: Idzikowski i Katerla. Jednak do realizacji inwestycji, z przyczyn tym razem finansowych, znowu nie doszło.

Dopiero po 10 latach, 18 i 19 stycznia 1911 roku, firmy A.E.G. Union oraz Arnoldi, podjęły — na koszt miasta — prace przy układaniu torów i montażu trakcji elektrycznej. Pod koniec września tegoż roku, Tarnów stał się trzecim — obok Lwowa i Krakowa — miastem w Galicji, które posiadało ten środek lokomocji.

"Pogoń" pisała: "W czasie pierwszego przejazdu tramwaju, obie strony torów zalegały tłumy mieszkańców, witających owacyjnie przystrojone suto zielenią, kwiatami i wstęgami, wozy".

Jako wzór wagonów tramwajowych przyjęto te ze Lwowa, lecz z dość znacznie wzmocnionymi hamulcami. Miały ładną czerwono-złotą barwę i wypucowane zawsze do połysku wagony. Przypominał tutejszy tramwaj wiedeńskie „biedronki” na szynach i tak go zresztą potocznie nazywano.

Owszem, nie brakowało żartownisiów i sceptyków tego środka lokomocji, ale na widok wagoników jadących w dół ulicy Krakowskiej, czy też pod górę ulicy Lwowskiej, wzbierała mocno duma mieszkańców. Niestety, podczas okupacji Niemcy wywieźli cały tabor tramwajowy i wyposażenie miejskiej zajezdni, także elektryczną trakcję. Pozostawili tylko same szyny. Był wtedy powód do dodatkowego smutku.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 49.4