CZĘŚĆ PIERWSZA
Nie pytaj dlaczego…
Rozdział 1 — Spodnie
***
— Usiądź tutaj i zaczekaj. Ja zaraz przyjdę! Dzieci nie mogą tam wchodzić.
— Ale ja się boję. Tu jest dużo ludzi!
— Ania, poczekaj! Tylko nie schodź z tej ławki, bo Cię nie znajdę.
— Dobrze mamo — odparłam zrezygnowana.
Pomieszczenie było ogromne. Wokół przechodzili ludzie, jedni uśmiechnięci inni zapłakani a jeszcze inni zagubieni. Zupełnie jak ja.
Obce twarze, chemiczny zapach unoszący się w powietrzu i zimne jarzeniowe światło sprawiało, że ławka wciągała mnie coraz głębiej, nie pozwalając oderwać się od jej powierzchni.
Widok dziewczynki w żółtej czapce z pomponem, ubranej w kolorową kurtkę w misie, której nóżki zwisały ze zbyt wysokiej jak na nią ławki, powodował uśmiech ludzi w białych fartuchach. Nikt z nich nawet nie podejrzewał, jak ogromny strach ją ogarniał.
Zima tamtego roku była sroga. Śniegu napadało dużo i mróz trzymał mocno. To była nasza ulubiona pora roku, można było się bawić i nikt nie zabierał starszego rodzeństwa do pomocy w gospodarstwie. Sanki i stara narta, na której można było usiąść i sunąć z góry na dół, albo gruby worek foliowy, wypełniony słomą, dawały nam tyle radości, że nie odczuwaliśmy braku drogich, kolorowych zabawek. Przemoczone, zmarznięte, jednocześnie zadowolone i szczęśliwe wracałyśmy do domu, gdzie czekała babcia Adela. Jej pogodne, jednocześnie zmęczone oczy patrzyły na nas z politowaniem i troską. Nie rozumiałyśmy dlaczego. Nic nam nie było, a bordowe od mrozu policzka tak przyjemnie szczypały.
— Wy koruny siarcyste! — powtarzała, podpierając ręce o boki. — Otrzepcie się na polu, bo ino śniega do chałupy nawnosicie. Zaś będzie pełno wody w sieni!
Adelcia nie była typową babcią, chuchającą i dmuchającą na wnuki, która wpycha na siłę jedzenie, wiąże szalik i rozpieszcza na każdym kroku. Swoją miłość okazywała troską, poświęceniem i opieką. Kochała nas bardzo i nikt nie miał co do tego wątpliwości.
Była drobniutką kobietą, której życie nigdy nie rozpieszczało; czterech synów, dwie córki, gospodarstwo i dom, który groził zawaleniem. Wszystko na jej głowie. Dziadek Tadek pracował w mleczarni. Do rodziny zjeżdżał w weekendy i to nie wszystkie. Zarabiał na rodzinę, ale marny był z niego pomocnik.
Czas spędzony na ławce w zupełnie obcym miejscu dłużył się niesamowicie.
— Po co mama mnie tu przywiozła? Mogłam teraz się bawić z siostrami. Dlaczego tak długo jej nie ma? Może byłam niegrzeczna i mnie tu zostawiła?
Oczy napełniały mi się łzami, więc spuściłam głowę, żeby nikt nie widział. Czułam się bezbronna, nieistotna i zapomniana. Jednak czekałam wytrwale, bo tak kazała mama.
***
Widok, który zastała Mala, wytrącił ją z równowagi. A przecież była na to przygotowana. Przyjeżdżała do niego co tydzień i wiedziała, co się dzieje. To ona odkryła, że druga noga, ta, która niby ocalała, robi się sina. Mogła się domyślić, że i ją trzeba będzie amputować.
— Mala! Pozbieraj wszystko z szafki i pomóż mi się ubrać, a Piotrek naszykuje wózek.
— Wózek? A możemy go zabrać? — zapytała cichym, przygaszonym głosem.
— A! To go, kurwa, zostawimy! — warknął — Przejdę się na nogach — zakpił, udając żart, ale w głosie było słychać złość.
Szare garniturowe spodnie leżały na dnie szafki. Mala sięgnęła po nie i niemal natychmiast cofnęła rękę.
— Boże, co teraz? — jęknęła. — Co mam robić? Jak mu ubrać te cholerne portki? Może lepiej nie ubierać? Ale przecież jest zimno, trzeba — biła się z myślami o głupich spodniach, jakby to one były teraz największym problem.
Tymczasem na łóżku obok niej siedziała miłość jej życia, ojciec jej trzech córek, głowa rodziny…
— Nie bój się — Staszek odezwał się cicho, jakby wyczuł jej niepokój. — Podwiń nogawki i powoli wciągaj. Ja Ci pomogę.
— No, mam już. Damy radę, tylko ponieść trochę te… — zawiesiła głos, szukając w myślach najtrafniejszego określenia na to, co pozostało z jego nóg.
— Kikuty — dokończył za nią. — Tak się to nazywa. Dam radę, tylko uważaj, bo bardzo boli. Żebyś nie dotknęła bo…!
Zamarła na moment, na myśl o bólu, który mogła mu sprawić. Dość już wycierpiał.
— Piotrek, możesz mi pomóc? — zwróciła się do mężczyzny stojącego przy oknie. — Samej ciężko. — Spojrzała na niego błagalnie, jakby chciała w razie czego dzielić z kimś poczucie winy, gdyby jednak jakimś przypadkiem sprawiła mężowi ból.
— Jasne, że tak — odpowiedział, niemal natychmiast podchodząc do nich. — Przytrzymaj nogawki, a ja powoli wciągnę spodnie. No, Staszek — upomniał go. — Ale ręce masz zdrowe! Podnieś tę dupę, to będzie prościej.
Piotrek odegrał w życiu rodziny większą rolę, niż mogłoby się komukolwiek zdawać. Kiedy rozwijająca się choroba zmusiła Staszka do przejścia na rentę, to właśnie Piotrek wyciągnął do niego pomocną dłoń, dając mu zajęcie. Mężczyzna miał zakład stolarski i był jednym z bogatszych ludzi we wsi. Robił urocze stoliki i krzesełka dla dzieci, każde zdobione ręcznie malowanymi postaciami z bajek; pszczółka Maja, Gucio albo Rumcajs — dzieła Staszka.
Piotrek widział w przyjacielu potencjał, a choroba nie była podstawą do taryfy ulgowej. Nawet na chwilę nie pozwolił mu wątpić w siebie, jednocześnie wymagając od niego dużo więcej niż od innych pracowników.
Świadomość obowiązku, codzienne wstawanie i pokonywanie własnych słabości wzmocniło u Staszka poczucie odpowiedzialności. Co ważniejsze; skutecznie odciągało go od alkoholu, który powoli, ale coraz mocniej chwytał go w objęcia, dając złudne poczucie beztroski.
— No Stachu, teraz hop na wózek i jedziemy po wypis — oznajmił przyjaciel. — Chyba wystarczająco długo się tu nasiedziałeś, co?
— No, żebyś wiedział. Chciałbym być już w domu!
— Jeszcze trochę drogi przed nami, ale moja Warszawa to nie wóz konny, dowiezie cię wygodnie. Tylko trzeba Cię okryć dobrze, bo na polu mróz.
Dokumenty były już był gotowe, pozostało tylko podziękować za opiekę przemiłej pielęgniarce, która z empatią i troską codziennie zmieniała opatrunki oraz uścisnąć dłoń lekarzowi, który go operował; dłoń, która odcięła mu obie nogi; dłoń, która odebrała wolność; która przekreśliła marzenia o normalnym życiu, zamieniając je w piekło; jednocześnie dłoń, za którą stał człowiek, który uratował mu życie.
— Dziękuję Panie doktorze — widać było, że te słowa z trudem przechodzą mu przez gardło.
— Panie Gałuszka, proszę się nie martwić — uśmiechnął się nieznacznie. — Ludzie po takiej operacji żyją nawet pięć lat. Jeszcze się pan tym życiem nacieszy.
Pięć lat.
***
Spoglądając w stronę drzwi, zauważyłam postać w płaszczu, który kolorem przypominał ten, w który była ubrana mama. Nie widziałam czy to na pewno ona, bo łzy rozmazywały mi obraz. Postać przeszła obok mnie i zniknęła na końcu korytarza. — Muszę czekać.
***
— Mówiłaś, że Ankę przywiozłaś? — zapytał Staszek, kiedy byli już przy samochodzie.
— Matko święta! Ona tam została! — powiedziała przejęta. — Co ze mnie za matka? O dziecku zapomniałam!
Zostawiła męża z przyjacielem, a sama w panice wbiegła do szpitala.
— Wstawaj Aniu. Jedziemy, szybciutko wstawaj!
— Byłam grzeczna, nigdzie nie chodziłam. Czemu Cię tak długo nie było? Kupisz mi coś mamo? Mamo, nie tak szybko! Mamo!
Ale ona nic nie mówiła, trzymała córkę za rękę, mocno, jakby bała się ją zgubić.
— Przywitaj się z tatą — szepnęła, kiedy dotarłyśmy do samochodu.
— To Ania? — odezwał się tata. — Nie poznałem, wygląda jak sierotka. Płakałaś dziecko? Ale o co? Przecież już jedziemy do domu!
***
Próbował ze mną rozmawiać, ale w moich oczach był kimś obcym. To nie był mój tata. Podobny, ale nie mój. Tamten nie był taki chudy i mały. Nosił długi płaszcz i długie spodnie. Ten miał krótkie nogi, a zamiast płaszcza koc …i w niczym nie przypominał mojego tatusia.
***
Rozdział 2 — Stary dom
— Patrz, widzisz tę szczelinę? Za niedługo będziemy widziały przez nią gwiazdy. Jest coraz większa!
— Ciii. Tylko nie mów nic tacie, bo znowu będzie się denerwował — odezwała się Ela, strofując młodszą o 2 lata Monikę. Każdy wiedział, że Monia miała niewyparzony język i często wpędzała siostry w tarapaty, siebie zresztą także i to dość regularnie.
— No co, prawdę mówię! Już mam dość tych mokrych ścian. Inni jakoś mogą normalnie mieszkać. Nawet mają swoje pokoje, a my? My mamy ciasny pokój na strychu i …widok na gwiazdy — wskazała palcem szczelinę w dachu.
— Mama mówiła, że będziemy mieć nowy dom, nawet chyba wiem gdzie. — uśmiechnęła się Ela i dodała szeptem. — Będzie koło drogi, na muchakach! Super no nie?
Dom, w którym mieszkali, był naprawdę… bardzo stary. Podobno był pierwszym murowanym domem we wsi. Kiedyś pewnie robiło to niesamowite wrażenie, ale czasy jego świetności dawno minęły.
Stał na nieogrodzonej posesji, pośród innych domów na Notoniu — tak starzy ludzie nazywali ten wspólny plac między domami. Wyróżniał się dużym, drewnianym gankiem, do którego prowadziły strome, kamienne schody.
Wejście do domu wyglądało jak z bajki o uwięzionej z wieży królewnie. Winobluszcz oplatał zrobioną z desek poręcz i sprytnie prześlizgiwał się schodami, by piąć się dalej w górę, po ścianie z czerwonej cegły.
Tuż przed domem znajdował się ogródek Mali, grodzony starym płotkiem, po brzegi wypełniony kolorowymi kwiatami — malwami, piwoniami i rudbekią. To był jej azyl, do którego uciekała, by w ciszy pielęgnować kwiaty i układać myśli, kiedy w głowie było ich zbyt wiele. Tuż przy ogródku stała mała, stara kapliczka z figurką Matki Boskiej.
Była niezwykle ważna dla wszystkich mieszkańców Makówki — bo tak nazywał się ten przysiółek. Każdego roku w maju kapliczka była strojona niczym na wielkie święto. Mężczyźni przynosili małe brzozy, a dzieci wiązały na nich wstążki z kolorowej bibuły. Kobiety sprzątały i zdobiły kapliczkę żywymi kwiatami, a całość dopełniało drzewo bzu, którego intensywny zapach unosił się wokoło.
W majowe wieczory mieszkańcy spotykali się przy kapliczce, modląc się i śpiewając pieśni maryjne.
Duże, zielone, lekko odrapane drzwi otwierały się do środka, ukazując długi korytarz, który dzieci traktowały jak plac zabaw. Na środku wisiała huśtawka, zrobiona ze starej liny i deski. Kiedy siadały na niej, bujając się na przemian, czuły się, jakby umiały latać. Prawie jak jaskółki które miały gniazdo zaraz nad ich głowami. Jaskółki mieszkały tam od zawsze. Nad drzwiami znajdowała się niewielka szczelina specjalnie dla nich. Deska, którą przybił Tadeusz, służyła jako podpora dla gniazda, by mogło być duże i solidne. I takie było, a ilość jaskółek, mieszkających tam, była proporcjonalna do ilości kup, które spadały na drewnianą podłogę a niejednokrotnie również na ich głowy. Mimo to, nie można było ich nie kochać. Można było jedynie zachwycać się stworzeniem, które co roku wracało, by tworzyć nowe gniazdo i nowe życie. Nawet jeśli wiązało się to z tym, że każdy sobotni wieczór trzeba było poświęcić na szorowanie drewnianej podłogi, pokrytej w kącie ptasim łajnem.
Wiele lat wcześniej babcia Mali musiała podzielić dom na pół i tak połowę domu rozebrano i przeniesiono w inne miejsce. Przez to pomieszczenia mieszkalne były tylko po jednej stronie korytarza, ściślej mówiąc; kuchnia i jeden pokój. Wejście do kuchni znajdowało się na końcu sieni i tylko tamtędy można było wchodzić do mieszkania. Były też drugie drzwi, bliżej głównego wejścia, ale one prawie zawsze były zamknięte. Otwierano je jedynie przy większych imprezach rodzinnych.
Kuchnia była duża. W rogu stał piec, na którym Adela gotowała najlepszą na świecie zupę ziemniaczaną, a obok stał gar z ziemniakami dla świń. Przez całą szerokość kuchni, rozciągnięte na linkach, wisiały zasłony imitujące ścianę. Za nimi swój kącik mieli dziadkowie; dwa drewniane łóżka z siennikami ze słomy i stara szafa z misternie rzeźbionymi kwiatami. Nad łóżkami, lekko pochylone wisiały obrazy święte, a całość sprawiała wrażenie przytulniej sypialni. W kuchni stał też piękny, stary kredens. Taki sam jednak w dużo gorszym stanie stał również w sieni, tuż przy drzwiach w podłodze, prowadzących do stajni. Na grubej ścianie przy wejściu do kuchni wisiało lustro, koszmar dla Eli i Moniki. Za każdym razem, kiedy spoglądały w nie, słyszały dziadka schowanego za zasłonką.
— Nie patrz tyle w to lustro, bo diobła uwidzisz.
I chociaż rozsądek podpowiadał, że to bzdura, lęk jeszcze długo towarzyszył im przy każdym spojrzeniu w lustro.
Przy piecu było wejście do pokoju, a zaraz za ścianą po lewej stronie był przypiecek, który ogrzewał nas w zimie. Koty lubiły się na nim układać, kiedy dnie stawały się coraz chłodniejsze. Dalej, po obu stronach zamkniętego wyjścia do sieni, stały dwie szafy, a na wprost dwa duże okna z widokiem na ogródek i kapliczkę.
Po prawej stronie pod oknem stały; wersalka, komoda, na której stał mały kineskopowy telewizor i zielony tapczan z trawy bambusowej, na którym spali rodzice. Na środku stał duży rozkładany stół i cztery krzesła. Służył on nie tylko podczas posiłków, czy odrabiania lekcji. Był miejscem, gdzie dzieci budowały swój azyl. Udawały, że mają swój pokój, chowając się pod stołem i robiąc ściany z koca a łóżka z poduszek. Niestety, po powrocie Mali z pracy wszystko musiało być już na swoim miejscu, ale dzięki temu ich pokój za każdym razem był inny i piękniejszy, a nie każdy mógł tak mieć.
Gdy na świecie pojawili się Asia i Wojtuś w tym jednym pokoju mieszkało siedmioro ludzi, a w całym domu dziewięcioro — z babcią i dziadkiem.
Na wprost zielonych drzwi w sieni znajdowały się mniejsze, niebieskie, które prowadziły pod tak zwaną pajtę. Tak nazywali miejsce, gdzie przechowywany był węgiel i drewno. Była to szopka, wzdłuż której prowadził kamienny chodnik pozwalający przejść do części ogrodu za domem. Na końcu chodnika stał dumnie drewniany wychodek z wyciętym w desce serduszkiem. W środku zawsze było pełno gazet, które służyły… nie tylko do czytania, oraz książki, które uwielbiał czytać Staszek. Dach wychodka był lekko uszkodzony. Z opowieści wynikało, że uszkodził go wujek Janek — brat Mali, przy okazji przygody z kogutem i zwisającymi genitaliami. Do dziś trudno zrozumieć, jak taki mały koguci dziobek, mógł pokonać silnego, wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę. Achilles miał słabość w pięcie, a wujek najpewniej w…
W miejscu, gdzie kiedyś znajdowała się rozebrana połowa domu, dobudowano stodołę, a za nią kryło się królestwo Staszka. Była to niewielka szopka, którą nazywano „kucą”, a w niej maszyny; tokarka do drewna, heblarka i cyrkularka. W rogu stał mały piec na trociny, którym ogrzewano pomieszczenie zimą. Na ścianach warsztatu wisiały półki pełne pilników, śrubek, gwoździ oraz mnóstwo frezów i noży do maszyn. Wolne miejsca na ścianie zajmowały plakaty z gazet dla dorosłych, a wszystko pokryte było sporą warstwą pyłu drzewnego.
Zapach tego pomieszczenia był tak wyjątkowy, że każdy, kto tam przebywał, pamięta go po dziś dzień.
Pod majestatyczny gankiem kryło się drugie wejście do stajni. Niskie sklepienie oblegały muchy, a podłoga wyściełana była słomą. Tam swoje miejsce miały krowy; Barwina i Czarnula, a na końcu, tuż obok schodów, które prowadziły do drzwi w podłodze mieszkały świnie. Tuż przy wejściu do piwnicy, swoje miejsce miały rownież kury. Ich także nie mogło zabraknąć w inwentarzu dobrej gospodyni.
Przed domem stał stary, potrzaskany motor i ogromne ilości złomu przerośniętego trawą. Dla innych to zwykły złom, śmieci i bałagan. Dla Staszka — przyszłość.
Rozdział 3 — Ławeczka
— Będę tu prowadził świetlicę. Wiesz, karty, szachy, może z czasem kino, ale raczej skupię się na składaniu modeli samolotów, bo to kocham i chce zarazić tą pasją innych.
— Fajne, bo nudno tu czasem. Przyda się coś nowego. — odpowiedziała, uśmiechając się delikatnie, jednocześnie spuszczając wzrok, by ukryć zakłopotanie.
— Jestem Staszek, pochodzę ze Śleszowic, ale mało tu ostatnio przebywałem, więc możesz nie kojarzyć.
— Faktycznie, chyba pierwszy raz Cię widzę. Marianna, ale wszyscy mówią do mnie Mala — przedstawiła się. — Prowadzę ten klub. To znaczy… jestem tu bufetową — dodała. — Wiesz kawa, herbata no i inne fajne rzeczy.
— Miło mi cię poznać Malu — uścisnął jej dłoń. — Bardzo się cieszę, że będziemy razem pracować.
Klub Rolnika budowany był przez mieszkańców, dla mieszkańców. Ludzie spotykali się tam wieczorami, głównie w sobotę, kiedy zakończyli pracę w polu. Duża sala mieściła sporo ludzi, więc można było organizować różne zajęcia. Na górze budynku znajdowała się salka katechetyczna, gdzie dzieci raz w tygodniu przychodziły na religie. W późniejszych latach w piwnicach budynku młodzież organizowała disco.
— Aleś se przystojniaka znalazła — przygadywały koleżanki, z delikatną nutką zazdrości.
— Wcale aż taki przystojny nie jest — odpowiadała, chociaż sama nie wierzyła w swoje słowa.
Staszek był wysokim, umięśnionym brunetem o ostrych, bardzo męskich rysach twarzy. Jasnozielone oczy i szarmancki uśmiech chwytały za serce niejedną dziewczynę, ale on wybrał ją. Skromną, pracowitą i piękną. To była jego Marysia, miłość jego życia.
Stromą drogę, prowadzącą między domami na Makówkę nazywano „między płotami”. Była też druga droga, nieco dalej. Tamtą pędziło się krowy na wypas. Skotnia, bo tak ją nazywano, była łagodniejsza, ale błotnista. Nie przeszkadzało to jednak tym którzy chcieli dojechać motorem, czy rzadkim w tym czasie autem, do tych czterech domów na samej górze.
Usiedli we dwoje na ławeczce przy stromej drodze. On objął ją mocno i przytulił, jak zawsze, kiedy odprowadzał ją ze świetlicy do domu.
— Ej Maryś, ależ ja będę tęsknił!!
— A co? Jutro cię w robocie nie będzie?
— Będę, będę! Ale całą noc Cię przy mnie nie będzie!!
— Ale z Ciebie głuptocek, Staszek! — Uśmiechnęła się kpiąco, ale te słowa sprawiały jej wielką radość, bo jej uczucie do niego było równie mocne.
— Staszek? — zapytała niepewnie. — Tak właściwie to czemu ty jesteś na rencie? Tyle czasu się znamy i jeszcze nie było okazji o tym pogadać.
Ręka, którą ją obejmował, gwałtownie zwolniła uścisk, a na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Odwrócił wzrok i wstrzymał oddech, a potem jakby chciał nadrobić, wciągając powietrze i wypuszczając, jakby wciąż brakowało mu tlenu.
Noc była ciepła i piękna, księżyc dawał z siebie całą moc, jakby swoim blaskiem chciał otulić tych dwoje. W fosie za ławką rechotały żaby, a gdzieś w oddali ujadał pies, ale ona nie słyszała niczego poza ciszą — przerażającą, głuchą ciszą. Czuła tylko jak w środku łomocze jej serce. Czuła, że tym pytaniem popsuła wszystko, bo jeszcze chwile temu rozanielony z miłości Staszek, siedział teraz ze wzrokiem wbitym w ziemię. Bez słowa, bez tego pięknego uśmiechu, który towarzyszył mu zawsze, gdy byli razem.
A przecież umieli rozmawiać na każdy temat. Godzinami wymieniali poglądy i spostrzeżenia, oboje kochali czytać książki, a później o nich opowiadać.
Było coś strasznego w tym pytaniu, bo czuła, jakby świat się zatrzymał. Musiała zapytać, powinna wiedzieć! Przecież nie mógł być aż tak chory! A nawet jeśli, to czy to coś zmieni? Czy można przestać kochać tylko dlatego, że ktoś nie jest doskonały?
— Staszek! Hej, no popatrz na mnie! Przecież wiem, że zdrowy nie jesteś! Zdrowi ludzie nie idą na rentę. Zapytałam, bo chyba powinnam wiedzieć skoro mamy ze sobą spędzić życie. Bo tego chcemy, tak? Stasiu, chcemy?
W tym momencie podniósł głowę i spojrzał na nią, ale nie tak jak zawsze. Nigdy wcześniej go takiego nie widziała, a kiedy chwycił ją za rękę i zaczął delikatnie głaskać, jej serce uderzało jeszcze mocniej.
— Posłuchaj! Boję się, że kiedy usłyszysz prawdę, to mnie zostawisz. — powiedział cicho, jakby samo wypowiadanie tych słów, miało przynieść koniec. — Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało i nie chciałem sam sobie tego odbierać. Ale masz rację, musisz wiedzieć.
Bolą mnie nogi, bardzo bolą, ale to nie taki zwykły ból od kręgosłupa czy coś. To dużo poważniejsze.
Rozdział 4 — Onuce
— To… gdzie chcielibyście służyć?
— Najbardziej przy samolotach, to zawsze mnie interesowało. — Chciał zrobić wrażenie zdecydowanego i odważnego, choć strach towarzyszył mu od chwili, gdy dostał powołanie do wojska.
— Dobrze, przydzielę Was do jednostki lotniczej, ale polatać to se nie polatacie.
Widok ogromnych maszyn wojskowych zapierał dech w piersi. Dotąd znał je tylko ze zdjęć i książek, a dotknąć mógł je tylko, sklejając ich modele z papieru.
Jego marzenie się spełniło, ale wówczas nie wiedział jeszcze, jak ciężka będzie to służba.
Jesień była piękna. Słońce rozpieszczało wyjątkowo długo i nawet wczesne wstawanie na zbiórkę, poprzedzone głośnym alarmem, nie zniechęcało do nowych wyzwań.
Codziennie uczył się czegoś nowego. Nie latał, ale robił coś ważniejszego. Coś, od czego zależało życie innych. Czasami w żartach mówił, że jest lekarzem maszyn latających, ale prawdą było, że do lekarza było mu daleko. Oni pracują w cieple i czystymi narzędziami, on o takich warunkach tylko mógł pomarzyć.
Nadeszło to, co starsi ludzie nazywali zmorą.
— No młody, teraz jak Ci dupa zmarznie, to już Ci się tak nie będzie podobało — podśmiewali się koledzy z jednostki, widząc, z jakim zapałem i zaangażowaniem podchodził do tej pracy.
To prawda. Miał do tego serce i cierpliwość. Każda cześć silnika była przez niego zadbana i dopieszczona — do perfekcji. Nic nie zostawiał przypadkowi, wszystkiego musiał dopilnować sam. Taki właśnie był.
— Co Ci jest? Hej, chłopie! Słyszysz? — wyszeptał kolega z sąsiedniej pryczy.
— Nic! Śpij — warknął Staszek.
— Jak nic? Słysze, że jęczysz, wszyscy słyszą!! Co jest?
— Nogi mnie bolą!
— Chłopie, wszystkich bolą i to nie tylko nogi; ręce, kręgosłup. Taka robota. Śpij, bo jutro zapowiadają jeszcze większe mrozy, znowu zmarzniemy. Cholerna zmora.
Większość napraw odbywała się w hangarach, ale było tam równie zimno, jak na płycie lotniska. Jedynym miejscem, w którym mogli się ogrzać, była mała szopka, w której palił się ogień. Tam, nad płomieniem mogli czasem ogrzać dłonie.
Przemoczone ubrania pokrywały kryształki lodu, a ręce podczas napraw przymarzały do narzędzi. Jednak nie to było najgorsze. Z pozoru najporządniejszą częścią jego ubioru były buty i chociaż wysokie i szczelne, to mimo wszystko podstępem wpadał do nich śnieg. Co wieczór po zbiórce, gdy zdejmował kamasze, wyciągał z nich onuce, które miały go chronić przed chłodem. Niestety, były mokre i zimne, tak mokre, że skóra na stopach była biała i pomarszczona, jakby wyszedł z długiej kąpieli.
— Panie poruczniku, melduje się starszy szeregowy specjalista Gałuszka.
— Spocznij. O co chodzi Gałuszka? Przepustka Wam się marzy? A może znowu chcecie ukraść samolot?
Staszek zawstydził się i zawiesił wzrok na czubkach swoich butów, ukrywając lekki uśmiech.
Wspomnienie przygody z myśliwcem odrzutowym zawsze wywoływało rozbawienie w jednostce, nie tylko u jego kolegów, ale także u przełożonych, chociaż w tamtej chwili nikomu nie było do śmiechu.
— Staszek, wejdź do kokpitu i odpal silniki, bo trzeba sprawdzić ciąg samolotu.
— Jasne — odpowiedział ochoczo.
Wejście do myśliwca zawsze wywoływało u niego dreszcz emocji. Niejeden raz zamykał oczy i wyobrażał sobie, że startuje. Jego zadanie polegało na tym, by rozkręcić silniki na jak najwyższe obroty, jednocześnie przytrzymując maszynę hamulcem. Tym razem jednak stało się inaczej. Po odpaleniu silnika i rozpoczęciu procedury usłyszał trzask i mocne szarpnięcie. Zabezpieczenia puściły, pokonując siłę ciągu i maszyna ruszyła na pas startowy. Zdezorientowany i sparaliżowany strachem siedział wciśnięty w fotel i patrzył na panikujących żołnierzy, których mijał z dużą prędkością.
— Kurwa mać! Ja pierdole! Co teraz? Jezu Chryste! Dźwignia, kurwa, dźwignia!!! — krzyczał do siebie.
Pokonując przeciążenie, wychylił się w stronę dźwigni i z całych sił pociągnął ją do siebie. Maszyna powoli hamowała, a z każdej strony zaczęły otaczać ją samochody wojskowe.
Te dwa dni spędzone w areszcie wojskowym za uprowadzenie samolotu sprawiły, że o Staszku mówiła cała jednostka.
— Panie poruczniku samoloty są bezpieczne — uśmiechnął się zawstydzony. — Dziś przychodzę w innej sprawie. Od jakiegoś czasu bardzo bolą mnie nogi, nic nie pomaga. Przyszedłem prosić o pozwolenie, aby udać się do szpitala na badania — wyjaśnił przełożonemu.
Łóżko szpitalne było miękkie i wygodne. Nie musiał zakładać butów i wychodzić na mróz przez parę dni, więc ból złagodniał nieco. Jednak ulga nie trwała długo. Lekarze orzekli, że symuluje i wypisali go ze szpitala, kierując prosto na służbę.
Zima łaskawie ustąpiła miejsca wiośnie i choć chłód już nie dokuczał, nogi nadal nie dawały o sobie zapomnieć. Przeszywający ból odbierał radość z pracy, a nawet z życia. Jakimś sposobem jednak — cudem lub uporem, przetrwał prawie do końca służby.
Krótko przed wyjściem do rezerwy trafił jeszcze raz do wojskowego szpitala. Tym razem jednak skrupulatnie go badano, co było dziwne, bo zajmowali się nim Ci sami lekarze, którzy wcześniej zarzucali mu kłamstwo.
Czas się dłużył, bo wizja bycia wolnym już bez ciężkich, niewygodnych butów, stawała się coraz bardziej realna.
— Panie doktorze, co mi jest? — dopytywał. — Dlaczego tyle badań nagle? Już nie uważacie, że symuluje, jak wcześniej? — rzucił z przekąsem. — Przecież trafiłem tu z tymi samymi objawami.
— Podejrzewamy u pana zakrzepowe zapalenie żył — odparł doktor, jednak w jego głosie słychać było niepewność.
— Jutro Pana wypisujemy. Zrobiliśmy wszystko, co trzeba.
Czuł się naprawdę dobrze, ból prawie ustał i mógł normalnie chodzić. Czego więcej mógł chcieć od lekarzy, którzy przecież zrobili wszystko.
Służba dobiegła końca. Założył piękną kolorową chustę, którą malował z wielką starannością przez niemal pół roku i opuścił mury koszar.
Zanim dotarł do domu, świętował jeszcze z innymi żołnierzami długie godziny.
Pociąg, którym wracał, nie był przeładowany jak zawsze. Można było wygodnie usiąść i w końcu odpocząć.
Patrząc w okno na przesuwające się obrazy, zaczął rozmyślać o tym, co teraz będzie robił.
Koledzy z huty pewnie na mnie czekają — pomyślał. — Muszę kupić jakąś flaszkę, bo bez tego się nie obejdzie — uśmiechał się pod nosem.
Z torby, w którą w spakował rzeczy, wystawał wypis ze szpitala, o którym prawie zapomniał. Postanowił go przeczytać.
Wszystko zgodne z tym, co powiedział lekarz, poza jednym drobnym szczegółem.
Na karcie, jako rozpoznanie drukowanymi literami wpisano;
„CHOROBA BUERGERA”.
Kurwa Mać!!!
Rozdział 5 — List
Tym razem to ona zamilkła.
Oczy napełniały się łzami, jak tama, która zaraz miała pęknąć. Gwałtownie odsunęła dłoń, którą z taką czułością głaskał i z oburzeniem w głosie zwróciła się do niego.
— Co Ty sobie myślisz? Za kogo mnie masz?
— Ale ja… — próbował wyjaśniać, przerażony.
— Co ja? Co ja? Ty nie rozumiesz? Chłopie!! Ja Cię kocham i chce mieć z Tobą dzieci!!
— Marysiu, ale ja mogę kiedyś wylądować na wózku. Rozumiesz?
— No to kurwa mać!! Będę pchała dwa wózki. W jednym Ty, w drugim nasz syn, bo pierwszy będzie syn. Rozumiesz?
Ela urodziła się osiem miesięcy po ślubie. Nie była wcześniakiem.
— Co jest? Chłopak?
— Ma pan córkę — odpowiedziała pielęgniarka do słuchawki telefonu, który znajdował się za szybą oddziału.
— Zdrowa?
— Zdrowa i silna!
Z tego wszystkiego nie zapytał nawet o nią, ale wiedział, że jak zawsze sobie poradziła. Kto jak nie ona?
Do ostatniego dnia pracowała w klubie, a godzinę przed wyjazdem do szpitala nosiła jeszcze siano dla krów. Przy drugiej ciąży z Moniką wyglądało to dokładnie tak samo z tą różnicą, że bóle chwyciły ją, gdy kopała grządki pod ziemniaki.
Praca, którą Staszek wykonywał w klubie, zaczęła być mało opłacalna. Postanowił więc przyjąć ofertę Piotrka, którego poznał podczas rozgrywki szachów, organizowanych w świetlicy.
— Piotrek, dałbyś wygrać chociaż raz — wkurzał się, bo przecież wcześniej wszystkich odgrywał.
— I co? Będziesz się cieszył z takiego zwycięstwa? — zapytał Piotrek, patrząc na niego spode łba. — Stasiu, chłopie — ciągnął. — Prowadzę stolarnie i powiem Ci jedno. Jak nie powalczysz, to nagrodą się cieszyć nie będziesz!
Te słowa wryły się mu w pamięć. Za każdym razem, kiedy mógł iść na łatwiznę i zwyczajowo odpuścić, przypominał sobie słowa człowieka, który osiągnął sukces.
Zarobki nie były jedynym powodem, dla którego tak chętnie zrezygnował z ciekawej i przyjemnej pracy w świetlicy. O tym przesadziła jedna felerna sobota.
— Ile mamy tych kotylionów? — zapytała Halina, która zastępowała Marysię w klubie podczas trzytygodniowego urlopu macierzyńskiego.
— Wystarczy! Staszek robił je z dziećmi po religii w czwartek, nawet fajnie im to wyszło — uśmiechała się Marysia, ciesząc się na wiejską zabawę organizowaną w klubie.
Zielona sukienka w grochy leżała na niej tak dobrze, jak przed ciążą. Grzeczna długość pod kolanko i biały kołnierzyk podkreślał jej spokojny, choć stanowczy charakter.
Orkiestra rozłożyła się pod oknami, zostawiając miejsce na tańce od strony bufetu i wyjścia. Z sufitu zwisały bibułowe wstążki, powiewające ruszone wiatrem, który wpadał przez otwarte drzwi. Wszystko wyglądało pięknie i nawet odrapane stoliki, przykryte białymi, lnianym obrusami, dodawały szyku tej zwykłej sali. Miejsca szybko zaczęły się zapełniać, a w pomieszczeniu było czuć zapach kawy i dymu z papierosów.
Orkiestra grała pod nogę, więc parkiet prawie stale był pełny.
Bufetowe miały ręce pełne roboty.
— Mala, dejże mi popularne i dwie czekolady.
— Mi daj cztery czekolady Marysiu, bo pewnie dostanę więcej kotylionów — przekrzykiwali się mężczyźni przy małym okienku bufetu. Staszek pilnował porządku i niejednokrotnie musiał odciągać skaczących do siebie niczym koguty, pijanych mężczyzn. Taki był urok tych potańcówek. Jeśli sztachety nie szły w ruch, to zabawa była nieudana.
Towarzystwo zaczęło się wykruszać i w końcu mieli trochę czasu dla siebie.
— Może w końcu zatańczymy jakiegoś wolnego — zawołała Marysia, zdejmując fartuszek.
Staszek siedział na schodach prowadzących do piwnicy, kiedy do niego podeszła położyła dłoń na jego ramieniu, ale on drgnął, jakby tego nie chciał.
— Co się stało? Nogi Ci dokuczają? — zapytała z czułością w głosie.
— Nie!! To ty mnie wkurwiasz! — odpowiedział ze złością.
Takie słowa usłyszała od niego pierwszy raz, odkąd go poznała. Zawsze był czuły, wyrozumiały i delikatny, a dziś wrogo nastawiony, taki jak nie on.
— Co? A co ja takiego zrobiłam? — zapytała zdziwiona. — Że nie zatańczyłam z Tobą? Że nie dałam Ci kotylionu? — dopytywała zdezorientowana. — Staszek, przecież widziałeś, co się działo przy okienku. Nie było czasu nawet zrobić łyka kawy, a co dopiero iść tańczyć.
— Tak, tak!! Widziałem, co się działo przy okienku i słyszałem — warknął, głosem pełnym jadu. — Myślisz, że jestem głupi? Może nogi mam chore, ale uszy i oczy zdrowe. Mala daj mi papierochy! — powiedział teatralnie. -Mala zrób mi kawę! Mala to, Mala tamto! Co to kurwa ma być? — warczał wściekły. — Co cię z nimi łączy, że ci mówią na Ty. Może obracają Cię, jak mnie tu nie ma, co?
Patrzyła na niego z przerażeniem i nie umiała wydusić słowa. Świat zatrzymał się w miejscu i rozpadł na kawałki.
Sala opustoszała. Nie zauwazyła kiedy orkiestra opuściła budynek. Brzdęk szkła wyrwał ją z zamyślenia. To Halinka zbierała szklanki i kieliszki ze stolików. Mala szybko oprzytomniała i zabrała się za sprzątanie.
W milczeniu zamiatała pety, które walały się po podłodze między bibułami i potłuczonym szkłem. Rozmyślała, czym zawiniła. Przecież większość tych ludzi znała od dziecka. Razem chodzili do szkoły, pasali krowy i bawili się. Nie mogła od nich wymagać, żeby zwracali się do niej per „Pani”, nie chciała tego. Przecież to głupie.
Staszek odprowadził do domu pijanego jak bela uczestnika zabawy, a gdy wrócił, Mali już nie było. Na stoliku w bufecie znalazł zaadresowany do siebie list.
Staszek!
Ja tak nie mogę i nie chce!!
Zawsze byłam Ci wierna, wspieram Cię i kocham mimo wszystko. Ale nie może być tak, że ktoś się do mnie odezwie, a Ty robisz mi sceny i wpędzasz w poczucie winy. Dzisiaj, robiąc ze mnie ladacznicę, przekreśliłeś wszystko. Wiesz, jak to boli, gdy osoba, którą kochasz, obwinia Cię o coś, co nawet do głowy by Ci nie przyszło? Nie chce życia w strachu, że ilekroć odezwie się do mnie jakiś chłop, Ty będziesz twierdził, że to mój kochanek.
Nie chcę Cię więcej widzieć!!
Noc spędził u rodziców w sąsiedniej wsi.
Rano poszedł się pożalić swojej mamie, że żona wyrzuciła go z domu. Staszek zawsze był jej oczkiem w głowie. Był jej jedynym żyjącym synem, w dodatku chorym. Hela miała jeszcze trzy córki; Hankę — najstarszą, Irenę i Dankę. Był jeszcze Mieciu, który odszedł jako małe dziecko, trawiony białaczką. Staszek był gościem w tym domu przez szkołę i wojsko, dlatego matka, tęskniąc za nim, poświęcała mu dużo uwagi. Tym razem jednak nie stanęła po jego stronie.
— Jakeś wynarobioł, to teraz idź i przepraszaj! — powiedziała stanowczo. — Nawet jakbyś miał klęczeć przed nią pół dnia.
Hela lubiła synową i miała do niej szacunek.
Gdy młodzi obwieścili, że chcą się żenić, zabrała ją na bok i odradzała jej tę decyzję. Mimo że kochała swojego syna nad życie, tłumaczyła jej, że nie powinna tego robić, że żywot z jej synem będzie trudny, że Staszek zagląda do kieliszka, a kiedyś najpewniej będzie kaleką. Bała się, że zabrakło mu odwagi, by wyznać prawdę. Marysia uspokoiła ją, informujac, że wie o wszystkim, że liczy się z tym, że kiedyś może wozić go na wózku, ale zapewniła, że mimo to, będzie go kochać tak samo mocno, jak teraz.
Hela nie mogła jej nigdy zarzucić, że ją wtedy okłamała, bo przez całe życie była dobrą żoną dla jej syna.
— Idź — powiedziała krótko. — I żebyś nie musiał tu już więcej szukać noclegu. Tam masz żonę i dzieci. Tam masz dom! I przeproś, bo takiej jak ona to ze świeczką szukać.
Rozdział 6 — Tokarka
Staszek zawsze umiał zjednać sobie ludzi.
Lubili go, chociaż czasem był zbyt szczery. Potrafił bez skrupułów wytknąć błąd, ale nigdy się z nikogo nie śmiał.
On jednak był obiektem drwin jednego z kolegów w szkole podstawowej. Wysoki i postawny chłopiec śmiał się z chudego, niewysokiego wówczas Stasia, dokuczając mu przy okazji. Jednego razu, poszarpali się o coś i niefortunnym zbiegiem okoliczności podczas tej szarpaniny Staszek z impetem upadł na swojego przeciwnika, łamiąc mu nos… tyłkiem.
Incydent przyniósł niespodziewany efekt. Chłopcy zaprzyjaźnili się ze sobą, tworząc nierozłączny duet. Nazywano ich Pat i Pataszon — jak słynną dwójkę komików.
W podstawówce uczył się dobrze, wiec kolejnym etapem nauki musiało być technikum. Od najmłodszych lat lubił rysować i marzył, by pójść do szkoły plastycznej. Ignacy, jego ojciec zapisał do więc do szkoły w Ustroniu — a dokładniej do Technikum Plastycznej obróbki Metalu. Nie to było jego marzeniem, ale ojciec przekonywał go, że to zawód z przyszłością, a po szkole plastycznej skończyłby pewnie na drabinie, malując… ściany. Na czas nauki zamieszkał w Bielsku-Białej, u swojej cioci. Stefa była siostrą jego matki, ale zawsze traktował ją, jak drugą mamę. Wspierała go i pomagała, gdy rodzice nie mogli. Była taką dobrą duszyczką; skromna, uczciwa i zawsze miła. Mieli córkę, Ninę, którą adoptowali z wujkiem, gdy okazało się, że nie mogą mieć dzieci. Dziewczynka była dość niesforna, dlatego ciocia cieszyła się, że Staszek z nimi mieszka. On potrafił do niej dotrzeć, a w razie potrzeby postawić ją do pionu w sytuacjach, kiedy im opadały ręce. Kochał ją jak młodszą siostrę, a ona traktowała go jak starszego brata.
Do Ustronia dojeżdżał codziennie pociągiem. Nie było to jednak dla niego uciążliwe. Lubił to, bo w drodze mógł czytać książki, które wypożyczał w szkolnej bibliotece. Był pilnym uczniem, ale cały czas czegoś szukał, czegoś mu brakowało. Pewnego dnia, gdy wracał ze szkoły, postanowił pójść inną drogą, jakby nogi same go tam niosły. Mijając budynki, które widział pierwszy raz, jego wzrok przykuło okno zakładu pracy. Okno, za którym stała ogromna, metalowa maszyna. Pracownik, który tam stał, właśnie mocował na niej kawałek drewna, który potem zaczynał się kręcić, osiągać dużą prędkość.
Wióra zakręcały się i odskakiwały na bok, a drewno nazbierało kształtu. Potem papier ścierny delikatnie gładził wypukłości i w końcu dopieszczenie filcem. Jak w bajce o brzydkim kaczątku; kawałek zwykłego drewna, zmienił się w piękną tralkę.
Pracownik zdjął gotowy słupek i założył kolejny kawałek drewna. Potem następny i kolejny i tak do czasu, gdy światła w zakładzie zaczęły gasnąć. Dopiero wówczas zorientował się, że musiał tam stać bardzo długo, a jemu zdawało się, że była to zaledwie chwila.
— Stasinku, gdzieś Ty tak długo był? Martwiłam się o Ciebie.
— Zakochałem się ciociu — odpowiedział rozmarzony.
— No dobrze dziecko, dobrze. Ale mogłeś powiedzieć, obiad masz teraz całkiem zimny.
Staszek siedział na wersalce i wpatrywał się w futrynę okna. Musiał na czymś zatrzymać wzrok, żeby przypomnieć sobie to wspaniałe widowisko.
— Ładna jest?
— Co?
— No czy ładna?
— Jest piękna ciociu, przepiękna — westchnął.
— A jak ma na imię? — dopytywała Stefa, krzątając się w kuchni i szykując mu obiad
— Tokarka — odpowiedział ochoczo.
— Stasiu, ale to chyba nie jest polskie imię, dziecko? Żeby tylko nie była z tego kościoła, no wiesz z tego… z tym dziwnym krzyżem!!
Przygoda z kościołem zawsze wywoływała u nich uśmiech.
Krótko po tym, gdy Staszek zamieszkał w Bielsku, ciocia zabrała go na zakupy.
— Trzeba Ci sprawić Stasiu jakieś ubranie, żebyś był elegancki w tej szkole.
Lubiła się troszczyć o niego prawie tak bardzo, jak o Ninę.
— Szybciutko Stasinku, bo nam za długo zeszło na tych zakupach. Wujek zaraz przyjdzie a obiad niegotowy.
Trzymając go za rękę, jak małego chłopca, przyspieszyła kroku.
— Jeszcze tylko do kościółka wstąpimy pomodlić się i lecimy do domu.
Stefa była bardzo pobożną kobietą. Wszystkie troski powierzała Bogu, modliła się gorliwie i zawsze znalazła czas, żeby wejść do kościoła, choćby tylko na chwilę.
Pociągnęła chłopca w głąb światyni i uklękli w ławce. Złożyła ręce do modlitwy, jednak nie zdążyła jej rozpocząć. Zamiast tego rozejrzała się nerwowo wokół siebie.
— Stasiu, wychodź z tej ławki. Musimy iść!!
Myślał, że źle się poczuła i dlatego w pośpiechu opuszcza kościół. Musiało tak być, bo nawet się nie przeżegnała, co wydało mu się bardzo dziwne.
— Ciociu, co się stało? Źle się czujesz — zapytał przestraszony.
— Co ja narobiłam? Gdzie ja cię zabrałam? Będę miała grzech!!
— Ciociu, przecież byliśmy w kościele — oznajmił ze zdziwieniem.
— Widziałeś ten krzyż? — odparła wystraszona. — To nie był nasz krzyż!! On miał osiem ramion. Matko przenajświetrza — przeżegnała się szybko. — Wstaw się u Twojego syna za nami.
Przepraszała Boga jeszcze długo, nie mając świadomości, że trafiła do kościoła prawosławnego. Krzyż, którego się wystraszyła, miał trzy belki; górna oznacza tabliczkę z napisem Jezus Nazarejczyk Król Żydowski; środkowa — ramiona Chrystusa i dolna ukośna na nogi Chrystusa. Według tradycji wschodniej stopy Jezusa przybito dwoma gwoździami, każda noga oddzielnie.
Po latach ciocia sama śmiała się z tej sytuacji, ale tamtego dnia była niemal pewna, że trafi za to do piekła i jeszcze Stasia tam za sobą pociągnie.
— Ciociu to nie w dziewczynie się zakochałem — westchnął rozbawiony. — Zakochałem się w maszynie. Już wiem, co chce w życiu robić. Przeniosę się do zawodówki i będę uczył się na tokarza.
— Stasiu szkoda by było — ciocia zdawała się zmartwiona. — Lepsze technikum. Ty za dobrze się uczysz, żeby iść do zawodówki.
Nie zważając na rady Stefy, zaraz następnego dnia udał się do sekretariatu z prośbą o przeniesienie. Niestety, słowa cioci okazały się prorocze.
— Skoro nie mogę się przenieść, bo za dobrze się uczę, to będę się uczył źle — pomyślał i wdrożył swój plan już tego samego dnia.
Trwało to parę miesięcy, aż w końcu dyrektor zezwolił na przeniesienie.
Zamieszkał w Ustroniu. Praktyki były płatne, więc stać go było na internat. Było to o tyle wygodniejsze, że nie musiał tracić czasu na dojazdy. Książki czytał nadal, ale w parku lub w łóżku przed zaśnięciem.
Lubił nową szkołę i swoich kolegów, z którymi chętnie spędzał czas.
W klasie byli sami chłopcy, więc niewybredne żarty sypały się jak z rękawa. Byli bardzo zgraną paczką. Pomagali sobie nawzajem, ale też umieli z siebie żartować. Jednym razem na wycieczce szkolnej, doprowadził wszystkich do łez. W Cieszynie, bo tam właśnie udali się tego dnia, płynie rzeka Olza. Na jej brzegu po stronie ówczesnej Czechosłowacji, stała piękna dziewczyna. Postanowił do niej zagadać. Odwagi dodawał mu fakt, że dzieląca ich rzeka była granicą, której nie wolno było przekroczyć.
Popisując się przed kolegami, zawołał do niej pewnie;
— Hej maleńka! Daj se propiknąć, a będziesz maminką.
Dziewczyna nie była mu jednak dłużna. Z całą siłą w głosie odpowiedziała;
— A całuj ty mnie w perdele — odparła i odwróciła się do niego tyłem, prezentując dumnie rzeczone “perdele”.
Rechot rozbawionych chłopców niósł się echem ponad wodą. Śmiali się długo, a jak przestawali, to któryś znowu ryknął śmiechem i zaczynało się od nowa. Wiedział, że będzie obiektem żartów jeszcze długie tygodnie, ale miał do siebie dystans, więc śmiał się razem z nimi.
Zakładem, w którym praktykował, rządził majster, którego delikatnie mówiąc, nie dało się lubić. Był wymagający, ale też krnąbrny i złośliwy.
Staszek niejednokrotnie prosił go o ciekawszą robotę, ale ten za każdym razem dawał mu mało ambitne zadania.
Jednego razu, przy ławeczce obok drogi prowadzącej do internatu, Staszek dostrzegł leżącego mężczyznę. Podbiegł do niego i szybko rozpoznał w nim swojego majstra. Nachylił się nad nim, próbując dowiedzieć się, co się stało, ale odór alkoholu, który poczuł, rozwiał wszelkie wątpliwości. Nie wahając się ani chwili, z trudem podniósł zalanego w trupa majstra i odprowadził do domu, który na szczęście znajdował się niedaleko. Posadził go przed drzwiami i zapukał głośno. Gdy światło się zapaliło, oddalił się w pośpiechu.
Gdy nadszedł czas praktyk, Staszek czuł się dziwnie. Był niepewny, bojąc się reakcji majstra, bo przecież uczeń, którym pomiatał na co dzień, był świadkiem jego słabości.
— Może nie pamięta — powtarzał, dodając sobie odwagi przed wejściem do warsztatu.
Zdziwił się, kiedy obok maszyny, na której pracował, znalazł liścik.
“Młody, dziś będziesz robił tuleje do maszyn stolarskich. Nie spieprz tego.”
Nie mógł uwierzyć w to, co czyta i z niepewnością zaczął szukać wzrokiem majstra. Ten siedział w swojej kanciapie i przez szybę patrzył na jego reakcję. Gdy ich wzrok się spotkał, majster lekko kiwnął głową, jakby wiedział, że uczeń szuka potwierdzenia.
Od tego momentu jego umiejętności szybko się rozwijały, osiągając coraz wyższy poziom. Tokarka, na której pracował, wydawała się niewystarczająca do precyzyjnych i odpowiedzialnych zadań, które coraz częściej mu zlecano. Postanowił poprosić majstra o nową maszynę, przekonany, że jest gotowy i wystarczająco dobry.
Odpowiedź, jaką otrzymał, rozbawiła cały warsztat.
— Nic z tego chłopie, pamiętaj że na starej piczy młody się ćwiczy.
Z uśmiechem, ale i lekkim rozczarowaniem przyjął to do wiadomości. Do końca praktyk pracował na starej rozklekotanej tokarce, która stale zawodziła i notorycznie wymagała napraw. Z czasem docenił decyzję majstra i był mu za to wdzięczny.
Po ukończeniu szkoły — oczywiście z najlepszymi wynikami, podjął pracę w kuźni, ale zarobki były marne, więc szukał czegoś innego.
Przeprowadził się do Krakowa i zaczął pracę w hucie.
Zamieszkał w hotelu robotniczym, więc mógł odłożyć trochę pieniędzy, żeby spełnić swoje marzenia.
Czasy były ciężkie, dlatego cześć wypłaty wysyłał do domu, wspierając edukację swoich młodszych sióstr; głównie jednej — najmłodszej Danki, której marzeniem był kierunek humanistyczny. Irena uczyła się w pobliskim Makowie, więc mieszkała z rodzicami i tym samym pomagała w gospodarstwie. W późniejszych latach ta ciężka praca odbiła się na jej zdrowiu, powodując kłopoty z kręgosłupem i nogami. Hanka poznała Mariana, nauczyciela muzyki, dla którego stała się muzą i miłością życia. Traktował ją jak księżniczkę i zabrał do Bielska, oferują dobre życie.
Praca w hucie była ciężka i niebezpieczna, jednak cel uświęcał środki. Marzeniem Staszka był motocykl i dzięki temu dużo łatwiej było mu znosić niedogodności, jakie stwarzała sama praca, ale również humory i złośliwości jego bezpośredniego przełożonego.
Brygadzista był człowiekiem bez skrupułów, gnębił swoich podwładnych i często obcinał pensję za niewielkie błędy. Nikt go nie lubił i każdy unikał jak mógł, bo kontakt z nim zawsze kończył się czymś złym.
Popołudniowa zmiana dobiegła końca. Kilkutonowe prasy robiły ogromny hałas, więc wszyscy byli wykończeni wszechobecnym hukiem i nieludzkim gorącem. Każdy z pracujących tam mężczyzn marzył tylko, by stamtąd wyjść i udać się pod chłodny prysznic. Mieli za sobą trudny dzień. Jedna z pras niszczyła produkcję, zmieniając wymiary wycinanych elementów. Brygadzista kończył ją właśnie ustawiać, a Staszek sprzątał swoje stanowisko. Nagle rozległy się alarm podniesiony przez pracowników, obejrzał się i zobaczył brygadzistę z zakrwawiona dłonią.
— Kurwa, zawsze zabezpieczam! Zapomniałem, kurwa, zapomniałem! — krzyczał przełożony. — Będzie przejebane!!
Staszek nie patrząc na nikogo, podniósł prasę do góry i chwycił młot, który stał nieopodal. Roztrzaskał nim zabezpieczenie i opuścił prasę z powrotem, wyglądało to tak, jakby zabezpieczenie samo pękło, powodując wypadek.