E-book
12.6
drukowana A5
57.27
Po

Bezpłatny fragment - Po


Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-8467-774-2
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 57.27

PROLOG

Głos ogólnego był grzmiący, ponury, monotonny, a i tak wywołujący grozę. Głosy domowych zwykle bywały przyjemniejsze, w zależności od upodobań zasiedlonej. Dzielnica Au zamarła, tylko sygnał nadlatujących służb, głośny aż do bólu uszu, zakłócał absolutny spokój i ciszę posłusznych zasiedlonych.

Przed domem doktory Lucii 17 wylądowały trzy wozoloty, choć ognia nikt nie zgłaszał. Taka była jednak procedura w razie nagłych zdarzeń; służby w zdrowiu, pożarnictwie i bezpieczeństwie stawiały się zawsze razem i natychmiast zabezpieczały teren. Komisara Marina 8 zeskoczyła sprawnie na przydomowy trawnik, natychmiast łącząc się z pozostałymi wozolotami i wydając dyspozycje.

Drzwi domu doktory ustąpiły bezszelestnie i służby w zdrowiu, tuż za komisarą, wpadły do środka. Głos domowego, miękki, aksamitny, jakby lirycznego tenora, poprowadził je do kuchni, gdzie wpierw ujrzały trupio bladego niższego, zapewne męża doktory, który na rozkaz głosu domowego znieruchomiał z nożem w ręku, okrwawiony i w takiejże kałuży stojący, a poza kontuar wystawały trzy nogi Stelli 25, znanej wszystkim z różnych powodów. Przeszły zatem służby do kontuaru.

Doktora Lucia 17 klęczała obok leżącej na plecach, najwyraźniej martwej kobiety, z raną w brzuchu, z której krew już przestała wypływać. Oko Stelli 25 wbite było w sufit, matowe, bez światła, a wykrzywiona połówka ust ukazywała ząb, jedyny, jakim dysponowała denatka.

Wszystko zostało zarchiwizowane i służby w zdrowiu przystąpiły do badania leżącej. Po krótkiej chwili stwierdziły zgon i ustąpiły miejsca służbom w bezpieczeństwie, które natychmiast przystąpiły do pracy, rejestrując każdy detal zastanej sytuacji, dotyczący zarówno denatki, jak i doktory czy niższego.

— Wydaj polecenie domowemu, by przesłał mi nagranie ostatnich pięciu minut. Nie, dziesięciu. — Komisara zwróciła się do doktory, patrząc jednak wciąż na przejrzysty ekran osobistego, na którym co i rusz pojawiały się dane pracujących wciąż służb. Domowe nie reagowały na polecenia obcych.

— Cellian, zrób to. Prześlij Marinie 8 ostatnie dziesięć minut nagrania. — Doktora wydała polecenie. — Mogę już wstać? — Służby znikały jedna za drugą, wpuszczając znów te od zdrowia, aby zapakowały i zabrały ciało, dostarczając je natychmiast do koronery, celem obdukcji. Im szybciej, tym więcej danych zbierze.

Komisara kiwnęła przyzwalająco głową.

— Ty. — Wskazała palcem niższego. — Do odwołania nie ruszaj się z domu. Nóż powinnam zabrać z twoją ręką, ale mam tyle danych, że nie będzie konieczności.

Wreszcie dom opustoszał. Dzielnica Au wróciła do normalnych zajęć.

AKT I

Szkoła w dzielnicy Ca miała do dyspozycji stary, secesyjny budynek, świetnie utrzymany, z okrągłą wieżyczką, którą dookoła zdobiły cztery funkcjonalne wciąż (nie wiedzieć czemu) zegary, znane zasiedlonym wyłącznie z przekazu komputerów, ogólnego, domowych i wszystkich innych, odpowiednio do wieku czy zainteresowań zaprogramowanych. Brama wejściowa i cały fronton, nieco wysunięte przed oba skrzydła, zwieńczone były okrągłym oknem i herbem, którego pochodzenia i znaczenia nikt z obecnych nie znał, mimo wysiłków poszukujących historyk. Zachowano ponoć oryginalną kolorystykę, brązową w przerozmaitych odcieniach oraz niebieskie okna i drzwi.

Jednym wydawał się szczytem piękna; innym niepotrzebnych fanaberii budowniczych, jak to zwykle bywało w przypadku projektowania w dawnych czasach przez niższych. Nikt jednak nawet nie pomyślał, aby go unicestwić i zbudować dla dziewcząt coś ładniejszego, bardziej praktycznego i trwałego, choć akurat tej trzeciej cechy nikt secesyjnemu budynkowi odmówić nie mógł. Przetrwał kilka wieków i wciąż służył, jak za czasów swej pierwszej świeżości.

Dyrektora profesora Milena 12 właśnie otrzymała propozycję objęcia urzędu ministry edukacji. Ogólny wyłonił ją na podstawie wszelkich jej ogromnych osiągnięć w nauczaniu i wychowaniu dziewcząt, planów przyszłościowych, podejścia do zagadnienia i opinii matek, w przeważającej większości chwalących metody jej pracy. Wszyscy wiedzieli, że szkoła w dzielnicy Ca była najlepsza, czego inne mogły tylko pozazdrościć. I tak byłoby kiedyś, za niższych. Teraz zazdrości nikt nie czuł, za to mobilizację ogromną, by zbliżyć się w osiągnięciach do placówki Mileny 12.

Otrzymawszy dokument z propozycją, uśmiechnęła się wymownie, bez cienia skromności czy zażenowania. Wiedziała, że ma największe szanse, pracowała na nie od wielu lat. Dotychczasowa ministra przeszła właśnie na emeryturę. Bardzo dobra, trudno byłoby komuś przeciętnemu dorównać jej osiągnięciom, ale Milena 12 daleko wystawała ponad przeciętność, doskonale sobie z tego zdawała sprawę i wiedziała, że gremium, dając posłuch ogólnemu, nie pożałuje swej decyzji. Odczekawszy więc chwilę, by nikt nie podejrzewał jej o histerię, odpowiedziała pozytywnie, dziękując za oferowaną szansę przejścia na wyższy stopień. Z ustępującą ministrą spotka się jutro podczas przekazania resortu, ale zwyczaj nakazywał również wizytę w domu ministry Leonory 17. Tę trzeba odbyć dziś jeszcze, tu jednak dyrektora miała pewien problem. Jej poprzedniczka bowiem uchodziła za absolutną samotnicę, która nawet służbowe sprawy załatwiała wyłącznie siecią, więc wizyta, choć zwyczajowo konieczna, będzie trudna, bolesna zapewne i krótka. W dodatku ta heca ze Stellą 25…

Westchnęła lekko i sprawnie usunęła z biura jakiekolwiek ślady swej bytności. Nową dyrektorą najlepszej szkoły ogólny ustanowił młodą jeszcze bardzo, ale niezwykle żywotną i utalentowaną Agafię 4, która oprócz rzeczonych wcześniej zalet posiadała jeszcze jedną: była trochę tylko uszkodzona genetycznie, bowiem twarz miała jakby normalną, tylko głowę spłaszczoną od góry i uszy zwisające jak u królika, co przy odpowiedniej fryzurze można było zatuszować, gdyby ktoś miał taki kaprys. Agafii 4 nie przeszkadzała jednak taka fizys. Włosy, cienkie i rzadkie, strzygła na jeżyka, co nadawało jej wygląd filiżanki. Nikt się też specjalnie temu nie dziwił, bo ręce miała krótkie, trudno byłoby jej każdego dnia dbać o wymyślne fryzury.

Milena 12 poleciła szkolnemu wezwanie Agafii 4, która też już zapewne odebrała świetne wieści. Przekaże jej gabinet i całą szkolną dokumentację, dostępną wyłącznie dyrektorom. Dziewczynki i ich matki dowiedzą się z prywatnej korespondencji ogólnego o zaistniałych zmianach; nikt nie będzie fetował ani narzekał, tak działał system, bardzo dobry, sprawdzający się od pokoleń. Wstała z wygodnego fotela i przeszła na lekkich, wygodnych protezach w stronę bani, aby raz jeszcze sprawdzić, czy wygląd oddawanych pomieszczeń nie przyniesie jej wstydu. Wszystko było bez zarzutu.

Odwróciła swą przekrzywioną na lewe ramię głowę w stronę drzwi, które otwarły się bezszelestnie i wpuściły Agafię 4, rozradowaną jak mało kto, gotową szczebiotać niczym ptaszę, gdyby tylko sytuacja nie była oficjalna.

— Proszę, tu jest wszystko. — Milena 12 uruchomiła dyrektorskiego hasłem, które użyła po raz ostatni, bo od tej chwili, wprowadzając nowe, jej następczyni będzie miała wyłączny dostęp do wszelkich danych. — Dom dyrektorski zwolnię w sobotę po południu, abyś po ogólnym czyszczeniu przed końcem weekendu mogła się wprowadzić.

Nie gratulowały sobie nawzajem awansu, choć obie były z nich bardzo dumne, bowiem ten zwyczaj zanikł wraz z dominacją niższych. Na sukces trzeba było ciężko pracować, a każde potknięcie czy nieudane przedsięwzięcie mogło urzędu z dnia na dzień pozbawić. Piastowały go tylko najlepsze. I takie musiały pozostać do końca, jeśli urząd chciały utrzymać. Uśmiechały się jednak, bowiem podobną radość trudno było ukryć.

— Dobrze. W niedzielę biorę sobie męża, w najlepszy czas to wszystko trafiło. Twój pewnie już pakuje…

— Owszem. — Zaśmiały się obie. — Natychmiast po otrzymaniu nominacji, nim jeszcze ją oficjalnie przyjęłam, wysłałam mu zlecenia. Dziewczynki jeszcze nie wiedzą, chcę im sama powiedzieć, bo nie będą zachwycone przenosinami do innej szkoły.

— Przecież możesz je tu zostawić. Wszystkie są zdolne, szkoda, by wpadły w niższy poziom.

— Nie. To byłoby pogwałcenie prawa dzielnicowości, pierwszy krok do krytyki mojego postępowania na nowym urzędzie. Będą musiały i tam wykazać, że nawet niższy poziom nauczania nie zaszkodzi im w przyswajaniu wiedzy i dalszej edukacji. Słyszałaś o Stelli 25?

— Owszem. Z trudem ukryłyśmy to przed dziewczynkami, aby usłyszały o tym w domach. Co jej się właściwie stało?

— Do wiadomości ogólnej poszedł tylko komunikat o jej śmierci. Komisara zakazała powielania jakichkolwiek informacji, prawdziwych bądź nie, pod groźbą zmniejszenia przydziałów na rozrywkę. Każdemu, nie tylko fizycznym. Skoro jednak zakaz wydała, to znaczy, że nasza burdelmama śmiercią naturalną nie zmarła. Cóż, będziemy musiały poczekać. Doktora pracuje, ale nic nie mówi, jakby to stało się gdzieś we wszechświecie, a nie w jej domu.

— Kto teraz poprowadzi biznes?

— Pewnie któraś z córek.

— Wątpię. Wszystkie wykształcone, na stanowiskach, niezbyt wysokich, ale na pewno bardziej prestiżowych od funkcji burdelmamy.

— To nie mam pojęcia. Interes dochodowy, więc i przywileje spore, ale ona nie miała żadnej przyjaciółki, której mogłaby to przekazać. Trzeba będzie ogólnego zatrudnić, by wyłuskał jakąś kobietę o odpowiednich w tym kierunku predyspozycjach. Przecież nie zamkniemy takiego miejsca…

— Nie, o tym nawet mowy być nie może. — Agafia 4 wstrząsnęła głową, na skutek czego wprawiła swe obwisłe uszy w jakiś taniec szalony. — Ogólny pewnie zaradzi, jeśli Stella 25 nie zostawiła testamentu. Kiedy kremacja?

— Komisara o tym zdecyduje. Jeśli uzna, że potrzebne jest śledztwo, to pewnie wstrzyma kremację na jakiś czas.

— Przecież koronera pozbiera, co potrzebne, można ją odesłać.

— Zwykle czekają, bo jeśli pojawią się jakieś nowe szczegóły, może tkanka być potrzebna do badań, których wcześniej nie przeprowadzono.

— Zwykle? — Agafia 4 z wstrząśniętymi uszami i ogromnym zdziwieniem w okrągłych, szarych oczach wyglądała przez moment jak karcony spaniel, co być może nie było komplementem, ale zwykle zjednywało jej sympatię interlokutorek. — Ile znasz podobnych spraw? Bo dla mnie to pierwsza.

— Kilkanaście lat temu znaleziono na ulicy jedną z tych, co to szukały wyłącznie rozrywki. Miała gardło przegryzione i wgniecione oczy. Wtedy właśnie była podobna procedura.

— Och, morderstwo? Nie sądzisz chyba, że…

— Nie, nie sądzę. Doktora i jej mąż to najmilsi i najspokojniejsi ludzie, jakich znam. Strzegą wprawdzie swego domu jak cennego skarbu, ale to nie zbrodnia. Muszą mieć jakieś ważne powody.

— Kto wtedy prowadził śledztwo?

— Komisara Milena 12.

— Znalazła sprawcę?

— Tak. Zagryzła ją jej siostra, bo ta zniewoliła męża tamtej, więc sama wymierzyła karę.

— Skazali ją?

— Tak, ale nie na odosobnienie. Miała trójkę dzieci, a ponieważ męża za zdradę na trzy lata wysłali do kopalni lytium, ktoś musiał z nimi zostać. Tamta jednak nic nie znaczyła. Miała miejsce w przytulisku i jeden posiłek dziennie, odzież tylko z drugiej ręki, więc nikt się nie zmartwił, że ubył nam kłopot. Ale Stella…

— Och, też nikt się nie zmartwi, pod warunkiem, że burdel będzie funkcjonował jak dotychczas. Przecież ona była koszmarna. Już nie żyje, więc możemy mówić, co nas gniecie. Nie dość, że szkaradna, to jeszcze wredna do granic możliwości.

— Ale wysoko postawiona. Zarabiała dla wszystkich tyle, że rzadko kto ma takie przywileje, jak ona.

— Wielkie mi rzeczy, zarabiała! Cudzymi rękami, jeśli mogę tak się wyrazić. Sama niczego nie wniosła.

— A jednak przywileje dostała. I teraz śledztwo będzie zdecydowanie dokładniejsze niż kilkanaście lat temu.

— Przecież nie wiemy, co tam się właściwie stało. Doktora pracuje, więc…

— Jednak jej mąż nie wychodzi.

— Może po prostu nie musi.

— Trochę poczekamy zapewne, aby czegoś się dowiedzieć. Najważniejsze, aby żadne pochopne wnioski nie wkradły się do debaty publicznej, bo i krzywdę w ten sposób można komuś wyrządzić, i kary się posypią. Idę, bo dziś jeszcze muszę zalecieć do Leonory 17, wiesz, tradycja. — Kiwnęła głową, co wyglądało tak, jakby ta, przekrzywiona, spadała jej z ramienia; i dostojnie, na swych lekkich protezach, imitujących niemal dokładnie nogi, bez których się urodziła, wyszła z gabinetu.


Komisara Milena 12 po raz któryś z kolei przesłuchiwała nagranie z domu doktory Lucii 17, wciąż mając nadzieję, że cokolwiek z niego wyniknie, choć dotąd niczego do sprawy nie wniosło. Połowa była ciszą po ogłoszeniu alarmu przez publiczny, a wcześniej…

— Mamo, mama zobaczy!

Cisza.

— Mamo, błagam…

— Idź do siebie. Już. Cellian, zamknij go i nie wypuszczaj pod żadnym pozorem, póki ci tego sama nie nakażę.

— Mamo! — Bardzo żałosny głosik dziecięcy już z oddali.

Cisza. Dzwonek bez ustanku, jakby ktoś palca z ekranu nie zdejmował.

— Cellian, wpuść ją.

Kroki nietypowe, jak kulawego konia, ciężkie, szybkie.

— Tak, tak, dobrze widzisz! — Głos ochrypły, słowa wymawiane bardzo niewyraźnie, trudno zrozumieć. — Tak, tak, to dla ciebie zaszczyt! Tak, tak, biorę go sobie, już, czekać nie będziemy, zawołaj go, a ja tymczasem pokroję!

Chwila ciszy, znów kroki nietypowe.

— Tak, tak, no już, dawaj noża, przyklepmy i zabieram go już dziś! Posag duży ma? Zresztą o tym potem, tak, tak, dawaj go tu! Nóż, gdzie nóż?

Kroki nietypowe, głośne, stuk, stuk.

— Aaaaaa!

Łomot, szuranie, stuk, próżno szukać głosów ludzkich, no i alarm ogólnego, do którego każda żyjąca istota jest podłączona celem stałego monitorowania zdrowia. Cisza.

Tyle. Trudno z tego jakieś wnioski wyciągnąć. Lucia 17 jednak nie uniknie tak zwanego przesłuchania, bo samo domyślanie się wiedzie w próżnię. Wszyscy wiedzą, wszak takich informacji nikt nie ukryje, że doktora ma tylko jedno dziecko, syna, który ponoć, bo nikt tego nie potwierdził, wygląda jak przodkowie na filmach. Stracili nadzieję, że ich genetyka wróci do normy, po siódmym wadliwym pokoleniu, czyli bardzo dawno temu, gdyby zatem mały naprawdę był „czysty”, stanowiłby niewątpliwie łakomy kąsek dla każdej płodnej kobiety. Takie „ponoć” niczego nie tłumaczy, z drugiej strony daje ogromnego kopa. Jednak Stella 25 już swoje w dzieciach ku chwale ojczyzny odrobiła. W nadmiarze. Siedem córek i pięciu synów, choć obowiązek głosił, że dwóch wystarczy, ze swoich dwóch macic wypuściła przy udziale sześciu mężów i przekwitła, więc jej to nie dotyczyło. Czego zatem chciała od doktory? Mówiła o posagu, więc jednak niższego. Ale którego? Może wpadł jej w oko mąż doktory, którego chciała dla siebie lub do burdelu i miała nadzieję, że Lucia 17 odda go bez oporu? Bezceremonialny sposób bycia burdelmamy zwykle przynosił efekty. Ulegały, by pozbyć się natrętnej kreatury, bo ta podobnych działań nigdy nie stosowała. A jej fizjonomia, odór, chrapliwy głos, drażniący niezmiernie, skutecznie odstręczały wszystkie pozostałe. Niżsi byli w gorszej sytuacji, bo nie mieli prawa odmawiać. W taki więc sposób niewoliła ich jednego po drugim. Ale przecież syn doktory ma najwyżej dwanaście lat, więc chyba jednak chodziło o męża. A może brata? Nawet bowiem odstręczająca burdelmama nie łakomiłaby się przecież na takie dziecko…

Wiadomo już było, że Stella 25 zmarła na skutek przebicia serca ostrym narzędziem i wykrwawienia. W miejscu zdarzenia komisara nie wpadłaby na to za nic, bowiem nóż tkwił w brzuchu denatki, ale koronera potwierdziła wcześniejsze diagnozy: jej układ narządów był całkiem inny niż pozostałych, zatem serce w jamie brzusznej nie powinno wywoływać zdziwienia.

Tymczasem uaktywnił się drugi mózg Mariny 8, więc trudniej będzie wieść przemyślenia. Czas na przerwę. Kawa. Tak, to dobry pomysł.


Milena 12 przywołała swój wozolot i raz jeszcze przymglonym wzrokiem objęła budynek, w którym spędziła sporą część życia, piętnaście lat bowiem to nie przelewki, licząc oczywiście początkowy etat nauczycielski w gabinecie chemicznym. Szybko go oddała, bowiem ogólny zwykle talentów nie marnował tylko dlatego, że wiek i staż pracy nieco kontrastują z szanowanymi, wysokimi stanowiskami. Nie czuła żalu, choć była tu jak u siebie. Radość z otrzymanej funkcji zagłuszała wszystko.

— Czy to naprawdę musiała być ona? — Głos dobiegał gdzieś z dołu, więc Milena 12 wykonała zwrot, aby skrzywiona głowa posłała spojrzenie we właściwym kierunku. — Przecież ja jestem starsza. Dlaczego to ją wybrali?

Wózkiem, zwanym kiedyś inwalidzkim, dziś powszechnym, bowiem wiele osób rodziło się bez nóg i możliwości zainstalowania protez, podjechała do Mileny 12 nauczycielka matematyki, Talia 405.

— Może dlatego, że jest najlepsza? — Ministra spojrzała na swą podwładną wzrokiem po części pobłażliwym, po części zaś nagannym.

— Ja tak nie uważam. Młoda, niedoświadczona, moje działania zawsze były dobrze przyjmowane.

— Młoda, ale aktywna o wiele bardziej niż ty. I jej projekty są przyjmowane

jeszcze lepiej. O co ci właściwie chodzi? — Wozolot był gotów do trasy, chciała już wracać do domu, a jeszcze po drodze czekała ją trudna wizyta.

— Jak to, o co? O funkcję. Należała się mnie. I ja powinnam ją dostać. — Talia 405 wierciła się w wózku jak nadpobudliwe dziecko i swoją jedyną ręką wciąż odgarniała z oczu pasma włosów, które, z powodu braku czoła, plątały się po twarzy bez skrępowania.

Po co jej ta grzywa? — Pomyślała Milena 12. — Braku czoła i tak nie zakryje, a przeszkadza na każdym kroku. Cóż, nie moja to sprawa.

— Nie będę tego osądzać. Złóż protest, to zawsze wolno.

— Oho, już złożyłam. I wygram. Przecież tak nie powinno być.

— Skoro masz pewność wygranej, po co mi się tu pieklisz? I zatrzymujesz mnie bez potrzeby, choć widzisz, że się spieszę?

— Chciałam cię uprzedzić, żebyś nie miała niespodzianki.

— O czym?

— No, o tym, że Agafia 4 długo dyrektorą nie zostanie. Jako ministra powinnaś o tym wiedzieć na czas.

— Dobrze, przyjmuję do wiadomości. A teraz wybacz, muszę lecieć.

Wsiadła do swego wozolotu, wydała dyspozycje i po chwili znikła z oczu wciąż tkwiącej na lądowisku Talii 405. Patrzyła z jakąś nutą niechęci za odlatującą byłą dyrektorą, teraz ministrą. Sprzyjasz tamtej? — pomyślała zjadliwie. — Dobrze. I bez ciebie dam sobie radę.


Leonora 17 sama otworzyła drzwi, co mogło oznaczać tylko jedno: mów, czego chcesz i spadaj. Zobaczywszy jednak nową ministrę, odsunęła się, wpuszczając ją do środka, jak nakazywał zwyczaj.

— Chcesz czegoś konkretnie, czy tylko wpadłaś, by tradycji stało się zadość? — Głos Leonory 17 był dziwnie miękki jak na jej sztywną sylwetkę i wielką, przechyloną w tył, kiwającą się głowę bez nosa, z jednym tylko otworem nad ustami.

Milena 12 poczuła z jednej strony niezręczność owej szczerości, z drugiej jednak wdzięczność, bo praktycznie mogła już wracać, mając obowiązek spełniony, a co za tym idzie — spokojny sen.

— Tylko wpadłam.

— Dobrze.

Otworzyła znów drzwi, kiwając głową, więc Milena 12 kiwnęła też swoją, bowiem pojęcia nie miała, czy była ministra kiwa do niej, czy też z nawyku swej fizjologii i wyszła z ulgą, postanawiając, że już nigdy o nic nie będzie się troskać na zapas. Pomyślała tylko przelotnie, że dom, który tamta zatrzymuje, jest wspaniały, w starym, rozłożystym stylu, duży, zapewne świetnie wyposażony i z bajecznym ogrodem. Dlaczego właściwie nie nakazali jej odstąpić go nowej ministrze? Zawsze tak bywało. Dostałaby wygodne siedlisko dla jednej osoby na resztę swego życia, a ona, Milena 12, ze swoją rodziną mogłaby tu poczuć się jak w raju. Tymczasem przeznaczono jej nowy dom, świeżo spod produkcji, luksusowy i też wygodny, z wszelkimi nowoczesnymi udogodnieniami, ale bez porównania mniejszy, brzydszy i zimniejszy od tej sadyby przecudnej.

Przez chwilę pożałowała, że nie wymyśliła jakiegoś pretekstu, by wejść i zobaczyć jego wnętrze. Już za późno, wracać się nie było w zwyczaju, więc westchnęła tylko i wsiadła znów do swego wozolotu. Właściwie dlaczego zachciało jej się oglądać obce wnętrza? Co jej do tego? Teraz są sprawy ważniejsze. Przede wszystkim trzeba porozmawiać z dziewczynkami. Przypilnować pakowania, by zdążyć przed obiecanym Agafii 4 terminem. Wyczyścić cały dom, później domowy, by nie robił problemów nowej zasiedlonej. Po co więc zajmuje myśli czymś tak zupełnie nieistotnym, jak wnętrze pięknego domu, znikającego teraz w dole razem ze swym bajecznym ogrodem? Coś kłuło ją we wnętrzu. Po raz pierwszy w życiu. I mogła się tylko domyślać, że owo drażniące odczucie to zazdrość, no bo właściwie dlaczego nie kazali tamtej odstąpić? Trzeba się koniecznie dowiedzieć, koniecznie, może jeszcze da się coś z tym zrobić…


— Szpitalny, prześwietl jamę brzuszną, całą, z wyszczególnieniem wnętrza macicy.

Maleńki dron natychmiast nadleciał i zawisł nad leżącą płasko kobietą, uwalniając hologramowy obraz, ukazujący nadzwyczaj aktywne jelita i małego człowieczka, na którego zrobił zbliżenie. Lucia 17 przyglądała się chwilę, przesuwając palcem obraz według własnego uznania i zwolniła drona.

— Niższy. Ma kończyny, ale brak mu organów słuchowych, więc nie będzie słyszał. I odbyt w okolicy lędźwiowej, to większe utrudnienie. Rodziłaś już synów?

Badana usiadła, nie ukrywając miny cierpiętnicy.

— Nie. Muszę go urodzić, ale co ja zrobię z takim nieszczęśnikiem?

— Mąż sobie nie poradzi? Uczą ich pielęgnacji każdego zniekształcenia.

— Żeby choć załatwiał się normalnie… Głuchota jest dość powszechna, wszyscy znamy język migowy, więc można przetrwać. Naprawdę nie mam wyjścia? — Spojrzała z tak gorącą prośbą w oczach, że Lucię 17 aż dreszcz obleciał. Nic jednak nie mogła poradzić.

— Naprawdę. To prawo jest nie do obejścia. Rejestracja odbywa się na bieżąco, więc ogólny już zaczął obserwację. A kary za jego łamanie nikt nie chce dostać.

Zamilkła na chwilę, patrząc pacjencie prosto w oczy, które wyglądały jak starcza skóra, z ciągle opadającymi, ciężkimi powiekami, niemal źrenic widać nie było.

— I dobrze. Gdyby bowiem tu zostawić furtkę otwartą, zostałybyśmy do tej pory same, bez choćby jednego niższego. Partenogeneza załatwiłaby problem rozmnażania, ale co nam po takim życiu?

— Jasne. Jednak czy jego którakolwiek zechce?

— I to niejedna. Buzię będzie miał bez skazy. Męskość najwyraźniej też. Jeszcze będą się panny biły o niego, zobaczysz.

Dotknęła kilka razy obraz osobistego.

— Wysłałam ci jego zdjęcia. Sama zobacz, jaki przystojniak.

Blady uśmiech pojawił się na twarzy pacjenty, gdy wyemitowała ze swojego osobistego obraz płodu. Faktycznie. Taka twarz nie zdarza się często.

— A może da się go zoperować tak, by odbyt umieścić we właściwym miejscu?

— Trzeba z chirurgą porozmawiać. Może się da. Ale to i tak będzie na sto procent wiadome dopiero za jakieś trzy miesiące, gdy wszystkie narządy się wykształcą.

— No bo tak co, będzie musiał kłaść się na muszli, żeby załatwić potrzebę? Cóż za koszmar!

— Mamy wiele różnych niedogodnych wad, trudno uwierzyć, iż ze wszystkimi sobie radzimy. A tak jest. Myślę więc, że i z tą, jeśli będzie nieoperacyjna, też sobie poradzicie.

— Doktora Lucia 17 do rejestracji. — Głos szpitalnego był cichy i delikatny. Uszy pacjent zwykle są bardziej wrażliwe niż zdrowych ludzi.

— Przyjdź za tydzień do kontroli. — Pożegnała wychodzącą pacjentę i zatrzymała gestem dłoni następną. — Za chwilę. Wzywano mnie do rejestracji.

Zeszła szybko po i tak ruchomych schodach, szkoda jej było bowiem każdej chwili odebranej pacjentom. Nim jednak doszła do kontuaru rejestracyjnego, nagle wyskoczyła na nią młoda kobieta i zaczęła się wydzierać.

— Morderca! Morderca! Zabiła moją matkę! Już ja tego dowiodę i kara cię nie minie! Morderca!

Choć Lucia 17 ani trochę nie czuła się mordercą, doznała bolesnego ukłucia gdzieś pod piątym żebrem z lewej strony. Minęła jednak spokojnie rozsierdzoną kobietę i podeszła do kontuaru.

— Wzywałyście mnie? Coś ważnego?

Rejestratory spojrzały na siebie w popłochu, ale trzeba było odpowiedzieć. Czekały, aż zrobi to kierownika. Ta wzięła więc głęboki wdech.

— To… To ona… Mówiła, że ma ważną, rodzinną sprawę…

— Nie sprawdziłyście, kim jest?

— Strasznie była rozgorączkowana, myślałyśmy, że to coś ważnego…

— Myślałyście, hm… Ogólny, zrób z tym porządek.

— Morderca! Myślisz, że się wywiniesz! Już ja cię… Już ja cię…

Okrzyki ginęły powoli w próżni, gdy automatyczni strażnicy schwycili ją swymi stalowymi szczypcami, które ból drastyczny potrafiły zadać i wynosili, szarpiącą się i wciąż wykrzykującą, poza obręb placówki.

Lucia 17 nie wracała już do rejestrator. Na schodach powrotnych wydała dyspozycję.

— Ogólny, załatw to. Na jakich podstawach zatrudniasz podobne nimfy? I kto to w ogóle był?

— Leona 25, szósta córka Stelli 25.

— Pięknie. Tylko takich incydentów potrzeba tej placówce. Co się stało, nie ma kobiet nadających się na awangardę szpitalną? Przecież to jest nie do pomyślenia. Ktoś ci zmienił program? Nie mogę uwierzyć…

— To wykwalifikowana siła, najlepsze. Zadziałał czynnik ludzki. Nic na to nie poradzę.

— Nie bierzesz owego czynnika pod uwagę, gdy przeprowadzasz selekcję? Pięknie. Sam pójdziesz na złom, jeśli coś takiego jeszcze raz się powtórzy.

Weszła do gabinetu i duszkiem wypiła szklankę wody. Odczekała chwilę i poszła do swej bani, by ją wydalić, miała bowiem niezwykle szybką przemianę materii, która nasiliła się jeszcze po przedwczesnym przekwitnięciu. Umyła twarz i już całkowicie spokojna zaprosiła kolejną pacjentę.

Wyszła ze szpitala później niż zwykle, bo choć nie miała dziś dyżuru, chciała nadzorować poród czworaczków, które to wydarzenie niezbyt często ma miejsce. Matka była niewielka, prawie karlica, więc już od trzech miesięcy wożono ją wszędzie, bo nie była w stanie utrzymać się na nogach ani operować rękami. Głowę miała ogromną, płaską z tyłu, uszy groteskowo nisko osadzone, prawie na szyi; miednicę nieproporcjonalnie do budowy ciała szeroką, co dawało jej szanse urodzić siłami natury, o ile ogrom medycznych interwencji, pozwalających do maksimum akcję porodową przyspieszyć bez odczuwania przez rodzącą jakiegokolwiek bólu można nazwać porodem siłami natury. Miała tylko jedno oko, za to niewyobrażalnie piękne, szafirowe, ogromne, okolone lasem niemal rzęs i chronione od góry szeroką, grubą brwią. Nos trafił jej się kształtny, usta wąskie i dość obfite uzębienie, bo przód cały był wypełniony do czwórek i wszystkie szóstki. Obywała się bez sztucznych uzupełnień.

Do terminu pozostały dwa miesiące, ale nie było szans na utrzymanie ciąży w tak drobnym ciałku ani dnia dłużej. Lucia 17 zaordynowała więc wywołanie porodu, bo dzieci, choć maleńkie, miały spore szanse na przeżycie, nawet to najmniejsze, które waży nieco ponad kilogram. Patrząc na groteskowo wydęty brzuch, który wyglądał jak byt osobny, taszczący za sobą jakieś kończyny, tułów i głowę, wiedziała, że decyzja jest ze wszech miar słuszna.

Begonia 312, matka czworaczków, zgadzała się bezwarunkowo na wszystko, co mówiła ordynatora oddziału położniczo-ginekologicznego. Była bowiem tak zmęczona dźwiganiem nadmiernego ciężaru, że — niech się dzieje, co chce — byle się go wreszcie pozbyć. Tym bardziej, że siedzi w niej, oprócz wyczekiwanych córek, także dwóch niższych, więc limit reprodukcyjny wyrobi za jednym zamachem i nikt już później nie będzie od niej oczekiwał kolejnych ciąż, nawet jeśli któreś z dzieci nie przeżyje. Doktora mówiła jednak, że wszystkie mają szanse. Niech więc tak się stanie. Dziś. Już. Nim rozerwie mnie na kawałki. I z głowy. Będzie można wrócić wreszcie do swoich ziaren i ich rozmnażania, jak najprędzej, bo jest o krok od połączenia, które zapewni pięć razy tyle zboża z hektara niż wszystkie dotychczasowe. Dosłownie o krok. Wyciągnijcie więc ten balast wreszcie ze mnie.

Wszystkie dzieci urodziły się żywe, złapały oddech nikłym piskiem i natychmiast znalazły się w inkubatorach. Czterojajowe. Ogromna rzadkość. I dodatkowy balast w postaci czterech łożysk. Niższych od razu zaczipowano, nawet nie przekazując tej informacji matce. Po co. Wszystkie wiedzą, że to jest konieczne, bo bez stałej dawki diaksyzynu, uwalnianej do organizmu za pomocą czipa przez resztę ich życia, niżsi robili się agresywni i wszczynali bunty. W społeczeństwie zdrowo funkcjonującym nikomu to nie było potrzebne, ani rodzinom takich osobników, ani ogółowi, ani nawet im samym. To dla ich dobra. A cała czwórka została oznaczona kodem, który miał każdy swój, pozwalającym istnieć w społeczeństwie i korzystać ze wszystkich racji, jakie się wypracuje bądź otrzyma jako należne przez całe życie. Od razu szpitalny wciągnął je do ewidencji i odtąd non stop będą obserwowane pod kątem zdrowia aż do samej śmierci. Kod to tożsamość. I życie.

Begonia 312 odetchnęła z ulgą. Popatrzyła na swe córki, ignorując ich wady rozwojowe; ledwie rzuciła okiem na synów i opadła na platformę porodową, czekając na urodzenie łożysk i zakończenie tej rzezi. Krocze popękało w gwiazdę, choć dzieci małe, ale to nie problem, posklejają je tak, że nawet śladu nie będzie. Bólu nie czuje, tylko senność niezmożoną, kiedy już jej pozwolą, będzie spać kilkanaście godzin.

— Naprawdę wszystkie przeżyją? — Spytała takim głosem, jakby miała nadzieję, że choć jeden niższy nie da rady.

— Wszystkie mają rozwinięte narządy, płuca pracują, nerki i jelita też, więc mają ogromne szanse. Zostaną tu przynajmniej miesiąc, może dłużej, ale będziesz mogła widywać je każdego dnia, jeśli zechcesz. Albo ich ojca wysyłać, by spędzał z nimi czas. To dobrze działa na wcześniaki. — Lucia 17 podsumowywała poród w oddziałowym, a położne doprowadzały Begonię 312 do porządku, by przewieźć ją do indywidualnego boksu z wygodnym łóżkiem i własną banią, który przysługiwał posiadaczkom dużej ilości racji.

— Kiedy będę mogła wrócić do pracy?

— Za jakiś tydzień, może dwa. Będziesz odczuwać ból kręgosłupa jeszcze jakiś czas. Leki przeciwbólowe otępiają, więc sama zdecydujesz, czy zaczekać, aż ból minie, czy też zaczynać pracę z nie w pełni jasnym umysłem.

— Dlaczego kręgosłupa?

— Nadmierny ciężar spowodował kręgozmyk i wysunięcie dwóch dysków. Zajmiemy się tym jutro, wszystko wstawimy na miejsce, ale ból jakiś czas bez środka uśmierzającego będziesz odczuwać.

Begonia 312 westchnęła głęboko.

— Trudno. Poczekam. Muszę myśleć jasno, by nie zmarnować sobie kilku lat pracy na samym finiszu.

Już w wozolocie Lucia 17 sprawdziła wiadomości domowego. Prześledziła dość dokładnie zamówienie na środki myjące, czyszczące i piorące, które złożył Pol 17, jej mąż, a domowy przedstawił do akceptacji. Wciąż jeszcze sprawdzała dokładnie jego zamówienia, choć robił je od lat. Wszystko przez to, że kiedyś zaakceptowała coś, co nie było potrzebne, a stanowiło tylko jego fanaberię i dobrze wiedział, że będzie przeciwna. Zamówił jednak, a ona, ufając mu, zaakceptowała bez sprawdzenia i dopiero po dostawie zorientowała się, co podpisała. Dziś już nawet nie pamięta, co to było. Jakaś błahostka, niegodna uwagi, ale fakt, że wykorzystał jej zaufanie, wciąż w niej tkwił jak zadra. Srogo go wtedy ukarała, dużo mocniej nawet, niż naprawdę zasłużył. Zastanawiała się nawet, czy go nie oddalić, ale nie była raptowna i wszystkie decyzje podejmowała po dogłębnych przemyśleniach. Nie chciała go stracić. Wybrała męża przecież z jakichś powodów, jej tylko znanych, ukrywanych przed światem głęboko we własnym wnętrzu, jakby wstydem było przyznać się do uczucia. Został więc, skruszony i od tego momentu posłuszny jak nikt; wszystko wróciło do normy, ale zamówienia i tak już pewnie zawsze będzie sprawdzać.

Włączyła domowego, by zobaczyć co robią. Z dzielnicy Si, gdzie mieścił się szpital, do Au, był spory kawał drogi, nawet wozolotem. Gio i Pol siedzieli na kanapie z kubkami koktajlu warzywnego w dłoniach i mały coś mówił. Włączyła głos.

— … i ja się dlatego strasznie boję.

— Ale przecież wiesz, że już nie musisz, prawda?

— Niby tak, ale popatrz, ona miała arbuza w rękach. To po co tu szła? Przecież nie po ciebie. A ja bym umarł przy niej.

— Nie dramatyzuj.

— Czy mama naprawdę oddałaby mnie takiemu potworowi?

— Kto cię nauczył podobnych określeń? Jak możesz?

— Tato, ale ona przecież jest potworem. — Gio prawie płakał. Śliczny był zawsze, a ten rumieniec bezradności jeszcze mu uroku dodawał. — A ja wcale nie wyglądam, tak jak inni. Dlaczego?

— O to musisz mamę zapytać, mnie nie wolno podobnych tematów poruszać.

— Ale mama będzie zła…

— Skąd ci to przyszło do głowy?

— Bo zawsze się gniewa, kiedy pytam o coś, co mnie nie powinno interesować.

— Tym razem nie będzie, zobaczysz. Sprawa dotyczy ciebie bezpośrednio, więc mama na pewno ci wszystko wytłumaczy. Wypij koktajl, bo wiesz…

— Uhm. Za to na pewno się pogniewa.

Przechylił kubek i łykał szybko, jakby chciał się kłopotu błyskawicznie pozbyć. Pol zamawiał wyjątkowo dobre koktajle warzywne czy owocowe, ale dzieci i tak zwykle nie chciały ich pić. Uśmiechnęła się na widok swego jedynego potomka. Suknię miał przystrojoną koronkami, włosy związane też koronką, taką samą. Jakże piękny. Najchętniej wcale nie oddawałaby go światu, tylko zostawiła w domu, by patrzeć, patrzeć, patrzeć i zachwycać się tą nieskalaną urodą, doskonałością, wręcz eterycznością. Zamknęła domowy, bo już była na przydomowym lądowisku. Tak, trzeba z nim pogadać. Koniecznie. Najlepiej jeszcze dziś. I dobrze go zbadać, zwłaszcza pod kątem sprawnego czipa.


Pierwszy mąż Stelli 25 zmarł z wyczerpania. Tak, właśnie takiego rodzaju wyczerpania. Fizjologię denatki w skrócie można określić jako: od pasa w dół zrośnięte dwie osoby, zaś w górę — pół jednej. Włącznie z twarzą. Najtęższe umysły medyczne głowiły się nad tym fenomenem; nie dość, że żyje wbrew wszelkim prawom natury, to jeszcze dwanaścioro dzieci urodziła. Dwa razy była w dwóch ciążach jednocześnie, rodziła w odstępie miesiąca. Nic dla niej nie było niemożliwe. Natura obdarzyła ją szkaradną postacią, dając jej w zamian niebywały tupet, który zwykle wygrywał dla niej wszystko, co chciała. Także niższych, którzy musieli zaspokajać ją podwójnie, jako że żadnej strony odpuścić nie zamierzała.

Biorąc drugiego, wzięła też kochanka, bo chciała spróbować dwóch orgazmów jednocześnie, ale szybko go wyrzuciła. Młody był i gdy zmuszała go do pewnych czynności, nie mógł powstrzymać wymiotów, bo higiena nigdy w parze ze Stellą 25 nie chodziła. Został na ulicy. Innych, bardziej wytrzymałych, włącznie z byłymi mężami i synami, zmuszała do pracy w burdelu, ale ten się nie nadawał. Towar musiała mieć przedni, bo klientki były wybredne i musiała im płacić, jeśli któryś się nie spisał. Testowała każdego na sobie. Rechocząc mówiła potem, że jeśli z nią dał radę, każda inna też będzie zadowolona. Nawet swoich synów. Drugi zatem mąż został sam i też go zajechała na śmierć. Pozostałych czterech pracowało w burdelu, wciąż jednak, gdy miała takie życzenie, przestając z byłą żoną.

Komisara Marina 8 dostała właśnie notkę z laboratorium, że w organizmie denatki wykryto niemal całą tablicę Mendelejewa. A przynajmniej sporą jej część. Była tak napchana różnego rodzaju chemią pobudzającą, że znów medycy mogliby zachodzić w głowę na jakiej podstawie normalnie funkcjonowała. Ile rodzajów narkotyków pakowała w siebie? Ogólny nie reagował, bo ten towar był dozwolony i dostępny dla kobiet, ale koński musiała mieć organizm, że to wytrzymał. Dwie zrośnięte bokiem głowy komisary podjęły rozmowę. Nie słyszały się, bo mózgi funkcjonowały całkowicie odrębnie, musiała zatem ust używać, by wytworzył się między nimi dialog celem wyciągnięcia jakichś wniosków.

— Jeśli była tak naszprycowana, to naprawdę różne rzeczy mogły się zdarzyć w domu doktory. — Prawa głowa stwierdziła tak zwaną oczywistą oczywistość.

— Szkoda, że domowe nie nagrywają obrazu. — Lewa wciąż odsłuchiwała nagranie i próbowała coś z niego wyciągnąć.

— Przecież nagrywają!

— Tak, ale tylko dla domowników. To świętość. Nikt nie ma prawa w nie zaglądać.

— Nawet w przypadku morderstwa? Wtedy inne zasady obowiązują.

Lewa głowa komisary była prawniką, prawa psychologą. Współpraca obu tych zawodów zdawała się tworzyć komisarę idealną, ogólny też doszedł do takiego wniosku przy nominacji, ale w tym przypadku — jak dotąd — ani współpraca specjalnie nie działała, ani postępu nie było.

— Musiałaby prokuratora dać nakaz, ale nie wiadomo, czy to jest morderstwo.

— A podejrzenie?

— To dla prokuratory za mało. Nie ruszy domowej tajemnicy tylko dla podejrzenia.

— Umówiłaś spotkanie z doktorą. Pozwól mi z nią porozmawiać. Może ją psychologicznie rozpracuję.

— Wątpię. Ale próbuj. Będziemy rozmawiać obie.

— Zgodzi się? Będziemy w przewadze. To trochę nieuczciwe.

— Zapytamy. Wtedy uczciwości stanie się zadość.

— Patrz! — Lewa ręka wskazała plik w nawale innych, który właśnie zauważyła prawa głowa.

— Co to jest?

— Powiększ.

— Oooo!

— Właśnie.

— Mówili różnie… Nie chce mi się wierzyć.

— Potrzebujemy dokumentu.

— Bez nakazu nikt nie wyda. A nakaz…

— Tak, wiem, musi być morderstwo. No to świadka.

— Niższy nie powie niczego bez zgody doktory. A ona sama świetnie się z tym ukrywa, jeśli to prawda, więc teraz też nie odpowie.

— A była ministra szkolnictwa? Ma teraz czas.

— Tak… Tak. Trzeba ją odwiedzić.

— Wezwij ją tu.

— Nakaz?

— Oj…

— Mieszka niedaleko. Chodźmy.

— Pozwól mi z nią pogadać!

— Nie. Jest śledztwo, więc sama muszę. Może kiedyś, jeśli zajdzie podobna konieczność.

— Ona mnie fascynuje. Od tylu lat żyje sama, dobrze żyje. Nikogo nie potrzebuje. Fantastyczne.

— No, tobie to nie grozi. Po co się tym emocjonujesz?

— Bo nigdy dotąd nie spotkałam nikogo, kto byłby samowystarczalny.

Lewa przywołała służbowy wozolot, który stawił się natychmiast. Komisara mogła wprawdzie iść pieszo, tak było blisko, ale obecność niebieskiego koguta zawsze sprawie nadawała większej powagi i rozmówcy częściej się wówczas otwierali.


Milena 12 raz jeszcze obeszła wszystkie kąty, sprawdzając, czy czegoś nie zostawili. Rzeczy już przewieziono do nowego domu, w którym i tak była większość sprzętów koniecznych do życia, ale nie zawadzi dokonać kolejnego oglądu nim służby przejmą dom, aby go wyremontować dla nowej zasiedlonej. Świeżo upieczona ministra nie chciała, aby Agafia 4 znalazła coś, co ją rozbawi albo skłoni do spojrzenia innym wzrokiem na swą wciąż przełożoną, więc nic nie może zostać. Wiedziała doskonale, że służby porządkowe zmieniają w domu wszystko, włącznie ze ścianami i podłogami, nie mówiąc o sanitariatach w baniach, ale jednak na wszelki wypadek…

Wyszła wreszcie i wydała ogólnemu polecenie. Ma czas do jutra. Nowa dyrektora najlepszej szkoły rano wniesie tu swój sprzęt, później poślubi wybranego niższego i wróci już z nim, aby od poniedziałku zacząć całkowicie nowy rozdział swego młodego wciąż życia. Milena 12 westchnęła głęboko, wsiadając do wozolotu, w którym ojciec jej córek próbował je udobruchać, bo wszystkie trzy siedziały nadąsane, spuchnięte z płaczu i złe na cały świat. Nagła przeprowadzka i rozstanie ze szkołą, przyjaciółkami i całą dzielnicą wstrząsnęła nimi dogłębnie. Niby wiedziały, że na tym polega ich rzeczywistość, co oznacza, że kiedyś, w przyszłości, to samo mogą zrobić swoim córkom, a jednak trudno im było z tym się pogodzić. Nie próbowały nawet protestować, wiedząc doskonale, że awans matki jest dla niej teraz najważniejszy, a i same po cichu radowały się z dodatkowych, o, wielu dodatkowych racji, bo te oznaczały, że jakakolwiek okaże się nowa szkoła, ich status w niej będzie wysoki. Najwyższej rangi. Jednak coś przecież łapało za serce, wyciskało łzy i buntowało młode damy na myśl o tak gwałtownej zmianie całego życia.

Milena 12 nie zwracała na nie uwagi. Wystarczy, że ojciec dwoi się i troi, by je pocieszyć. Przejdzie im. Zapomną. Niech tylko poczują efekty najwyższego uprzywilejowania, zaraz przestaną się boczyć. Spojrzała w dół, bo właśnie przelatywali nad domem Leonory 17 i znów ją coś ścisnęło w dołku. Ten ogród… Kształt rozłożystego budynku, jakby ginący w zieleni i barwach kwiatów… Odwróciła się za niknącym obrazem i zaraz wróciła na ziemię, bowiem wozolot lądował przed ich nowym domem. Na jego widok dziewczynki natychmiast przestały się boczyć. Nowiutki, najbardziej aktualny szczyt techniki, elektroniki i wyposażenia. Cały ze szkła, które tylko od wewnątrz przepuszczało światło i obraz. Wyskakując gwałtownie z wozolotu wszystkie trzy, jako że miały w różnym stopniu niedorozwinięte kończyny, zwłaszcza dolne, przewróciły się boleśnie, ale natychmiast podbiegły do drzwi, które na ich widok znikły (ale jak? Do góry? Na boki? Jeszcze inaczej? Żadna nie zdążyła zauważyć) i głos amanta z opowieści o miłości aż rozpalił w nich żywy ogień.

— Witamy rodzinę 12 w ich nowych progach. Dom działa na głos, cały. Wasz głos i tylko wasz. Panienki pozwolą, że poprowadzę je do ich pokojów.

— To mamy oddzielne? W starym domu mieszkałyśmy razem.

— Tak, oddzielne, ale to można zmienić, jeśli panienki sobie zażyczą. Proszę. Na drzwiach są imiona, aby nikt nie miał wątpliwości.

— Nie! Nie! Tak jest fantastycznie! Wreszcie każda z nas będzie mogła robić co chce i innym nie przeszkadzać! Ściany są szczelne?

— Całkowicie. Do pokojów i z pokojów dźwięki nie wędrują. Można jednak rozmawiać przeze mnie. Na życzenie. Nie wychodząc z łóżka.

— Z obrazem?

— Oczywiście.

— Ale gdzie te łóżka? Tu nic nie ma! A stare było tylko jedno!

— Jest wszystko. Proszę sobie zażyczyć.

— Łóżko!

— Biurko!

— Fotel!

— Półka!

— Książki!

— Książki są we mnie. Proszę wybrać tytuł, natychmiast otworzę.

— A papierowe? Były takie w domu. — Najmłodsza rozłożyła rączki w geście rezygnacji.

— Przestarzałe. Po co komu takie próchno. — Wyśmiała ją najstarsza.

— Nie martw się. — Usłyszały z tyłu głos ojca. — Papierowe zabraliśmy ze sobą. Mama też je lubi.

— Oj, jak dobrze! — Klasnęła w łapki. — W nich jest tyle uroku.

— Wszystkie i ja mam. — Domowy poinformował.

— Na papierze?

— Nie. W plikach.

— Ale tu nie chodzi o treść, wiem, że też je masz. Chodzi o papier. Możliwość wzięcia jej pod pachę. Przewracania kartek. Używania zakładki.

— Ty to jak stara maleńka! — Średnia wyleciała ze swojego pokoju. — Archaik! Mamo! Mamo! Mam własną banię w pokoju! A jakie w niej cuda! Będę się dziś godzinę kąpać, nim wszystko rozpracuję.

— Wystarczy domowego zapytać.

— Ale ja chcę sama. Nie potrzebowałybyśmy się kształcić i pracować, gdyby wszystko za nas domowe czy tam ogólne załatwiały. Domowy, jak cię zwą?

— Wybór należy do was.

Przez chwilę panowała cisza, potem posypały się głosy.

— Paolo!

— Vincent!

— Albert!

Najwyraźniej każda z dziewczynek miała innych bohaterów i zupełnie różne zainteresowania. Nic dziwnego, że trudno żyło im się w jednym pokoju. I nikt pewnie nie zrozumiałby dziwnego uporu Mileny 12, bo przecież jako dyrektora najlepszej szkoły miała do dyspozycji dom z pięcioma sypialniami, więc spokojnie mogła swe córki rozdzielić. Sama przed sobą usprawiedliwiała się tym, ze one chcą być razem, teraz jednak już wszelkie wątpliwości prysły.

— Mamo, Paolo!

— Nie, Vincent!

— A właśnie że Albert!

— Nie. Będzie się nazywał Dorian.

— Eeee… Albert!

— Bez dyskusji. Jeśli kiedyś podejmiecie wspólnie jedną decyzję, to ją zastosujemy. Do tego czasu ja wezmę za to odpowiedzialność.

— Ja się zgadzam na Doriana. — Najmłodsza szybko zmieniła zdanie. — Nie wszystko z tej książki rozumiem, ale jak ją przeczytam jeszcze raz za dwa lata, na pewno już nie będzie problemów.

— Dlaczego bierzesz książki z niedozwolonej półki? — Milena 12 gwałtownie wpadła w gniew. — Zamknę je przed tobą, jeśli to się jeszcze raz powtórzy.

— I tak są w domowym! — Nerwowo zaśmiała się najmłodsza, wyraźnie przestraszona widmem spełnienia tej groźby.

— Słyszałaś o czymś takim, jak kodowanie?

— Ale mamo…

— Nie ma żadnego ale. Masz czytać to, co pasuje do twego rozwoju. Jest tam tyle książek, że nie zdążysz przeczytać wszystkich, nim przejdziesz do wyższej półki. Albo papierowej książki więcej nie zobaczysz.

Najmłodsza uciekła do swego pokoju, a Milena, rozdrażniona do granic możliwości, chciałaby trzasnąć drzwiami, by złość rozładować, gdyby w tym domu takowe nie pojawiały się i znikały pod dyktando cienia osoby chodzącej. I nie chodziło tylko o ujawnienie, niechcący, nieposłuszeństwa najmłodszej córki, a o całokształt. I tamten dom, który nie był pewnie ani w połowie tak nowoczesny, jak ten. I fakt, że ich nowa sadyba jest do obrzydzenia wspaniała, pod każdym względem, ale ona, wciąż czując pod powiekami tamten wizerunek, nie mogła czy nie chciała obecnego stanu rzeczy zaakceptować.


W oczach Leonory 17 nie było zdziwienia na widok komisary Mariny 8. Raczej zniechęcenie. Irytacja. Ponieważ jednak ta zjawiła się służbowo, eks-ministra wpuściła ją do przytulnego saloniku i wskazała fotel. Sama usiadła na sąsiednim i bez słowa patrzyła na komisarę, czekając jej reakcji.

— Znasz doktorę Lucię 17, prawda?

— Trochę znam. To moja córka i nikt z tego tajemnicy nie robi.

— Właśnie.

Znów nastała chwila krępującej ciszy.

— Dobrze. Spytam wprost, żeby nie przedłużać. Czy to prawda, że jej syn jest bez skazy?

— Nie masz tego w aktach?

— Nie. Tylko jakieś wzmianki, które niczego nie potwierdzają, ani też niczemu nie zaprzeczają.

— Jeśli nie masz tego w aktach, to skąd przypuszczenie, że ja pomogę?

— No przecież ty musisz wiedzieć.

— Wiedzieć mogę, ale skąd myśl, że coś wyjaśnię? Skoro w aktach nic nie ma, to znaczy że i sprawy brak.

— Pytam w związku ze śmiercią Stelli 25.

— A co on może mieć z nią wspólnego? — Leonora 17 najwyraźniej się obruszyła.

— Co wiesz na ten temat?

— A co było w przekazie? Tyle do mnie doszło. Jak do innych.

— Córka nic nie mówiła?

— A miała pozwolenie?

— Jeśli nie przestaniesz odpowiadać na moje pytania swoimi pytaniami, nigdy nie dojdziemy do konsensusu.

— Pytania kierujesz do niewłaściwej osoby, więc i odpowiedzi się nie spodziewaj.

— Nie lubisz rozmawiać z ludźmi.

— Co to ma do rzeczy? Nie przyszłaś rozmawiać, tylko zadawać służbowe pytania. A ja nie jestem kompetentna w tej sprawie, więc tracisz po prostu czas.

— Jesteś. Mam jakąś dziwną pewność, że twój domowy roi się od zdjęć twojego wnuka.

Leonora 17 parsknęła, co mogło być odebrane zarówno jak ironiczny śmiech, co i zniecierpliwienie.

— Każdego wypytywanego w sprawach nagabujesz o zdjęcia rodziny?

— Jeśli mogą coś wnieść do sprawy…

— Sprawy? Czyżby Stella 25 nie zmarła śmiercią naturalną? Te nie wniosą. Przynieś nakaz, wtedy będę zmuszona je pokazać. A najlepiej porozmawiaj z moją córką. — Leonora 17 wstała, uważając sprawę za zamkniętą. Pytanie o rodzaj śmierci było retoryczne, bo odpowiedź, jakakolwiek, wcale jej nie interesowała.

— Porozmawiam. — Komisara wstała również i chciała skierować się do drzwi, gdy nagle psychologiczna głowa wypaliła:

— Jak ci się udało tyle lat przetrwać samej? Po co ta izolacja?

— Dożyjesz mego wieku, może zrozumiesz.

— Ale…

— Chodź. — Lewa przywołała ją do porządku.

— Napisz do mnie prywatnie. — Leonora 17 zwróciła się do prawej. — Pisać lubię, więc jeśli nie uznam twych pytań za trywialne czy wręcz głupie, odpowiem. Wzbogacisz może trochę wiedzę jako psychologa, to dość wychowawcze.

Prawa nie umiała ukryć zadowolenia z takiego obrotu sprawy. Już w wozolocie lewa zaczęła ją jednak karcić.

— Co ty wyprawiasz! Chcesz mi śledztwo zmarnować? Przecież to może być też podejrzana.

— Bla, bla, bla. Sama wciąż mówisz, że póki morderstwa nie udowodnisz, masz związane ręce. A właściwie jakich ty dowodów na morderstwo potrzebujesz, skoro śmierć od noża, zakrwawieni oboje i niższy z tym nożem w ręku dowodami na zabójstwo nie są?

— Nie wiem jeszcze, czy to był ten nóż. Poza tym on miał go w ręku, a nie ona w brzuchu. A nawet gdyby tak było, to skąd mam wiedzieć, kto ten nóż tam umieścił? Jeśli to był nóż, bo nie dostałam jeszcze ekspertyzy. Nawet komputery sobie z tym rady dać nie mogą. A może przyszła już rozcięta, przy takim stężeniu prochów one mogły ją trzymać, zakrwawiła im chatę i tam umarła? Doktora najwyraźniej próbowała jej pomóc, nim ogólny nie nakazał jej zaprzestania tych czynności.

— Idąc podobnym tokiem rozumowania, może za trzydzieści lat w końcu odkryjesz, co tam się stało.

Doleciała do komisariatu, więc dialog dwóch zrośniętych głów trzeba było przerwać. Aż do kolejnej stosownej chwili.


Małżeństwo można zawrzeć w każdym miejscu. Nie potrzeba świadków, bo ogólny je od razu zarejestruje, więc wystarczy, że kobieta wyrazi chęć pojęcia niższego za męża i obieca mu dobre traktowanie, a on przysięgnie jej miłość, wierność i posłuszeństwo. Można jednak także zrobić to bardziej uroczyście i tę drugą formę Agafia 4 wybrała dla siebie i osobnika dużo od niej młodszego, szesnastolatka z bidula, bo wkrótce po dniu tych urodzin wystawiano ich dla chętnych. Szczęściarze mieli od razu lepszy żywot. Inni musieli poszukać pracy, bo bidul oferował utrzymanie tylko do skończenia szesnastu lat, potem bez pracy nawet miejsce w nim się nie należało. Pozostawał jeden posiłek dziennie, niebo nad głową i ubiór z drugiej ręki, czyli wegetacja, a nie życie.

Świeżo upieczona dyrektora najlepszej szkoły w dzielnicy Ca swój wzrok skierowała na Viniego 76, gdy ten miał trochę ponad trzynaście lat. Widziała go przy grządkach bidula, pod folią, ale na tyle przejrzystą, że niczego nie kryła. Często specjalnie tamtędy przechodziła, gdy wychodzili na posiłek, żeby napatrzeć się bezpośrednio. Vini 76 długo nie zorientował się, że jest obiektem czyichś westchnień, ale gdy już to nastąpiło, natychmiast dał jej do zrozumienia, że jest w niej zakochany, choć nie była to prawda. Poczuł szansę. Widział z daleka, że ona należy do sfery, w której nigdy mu niczego nie zabraknie, więc postanowił zrobić wszystko, by jej nie zniechęcić. Zauważył jej radość, gdy patrzył na nią, czyniąc swe oczy rozmiłowanymi i uśmiechał się nieśmiało, więc szedł uparcie dalej. Aż nadszedł moment, że i on jej zapragnął. Pokochał. I wtedy wkradły się niepokoje, lęki nawet, bo co będzie, jeśli ona zmieni zdanie? Jest starsza, może nie zechce czekać? Przepisy zakazywały bidulom wydawać niższych wcześniej niż po ukończeniu przez nich szesnastu lat, więc musiał czekać, drżąc teraz z emocji i niepewności. Mógł jedynie przy każdym ujrzeniu tej filiżankowatej, kochanej głowy dawać jej do zrozumienia, że jego uczucie wciąż jest gorące, ba, gotuje się wręcz, czekając na możliwość wzięcia jej w ramiona.

Nadszedł wreszcie ten moment i Agafia 4, zabrawszy do swojego wozolotu ubrania na ślub, podleciała do bidula, aby sprawę sfinalizować. W oczy rzucił jej się spory tłumek kobiet mniej uprzywilejowanych, które nigdy — w przeciwieństwie do Agafii 4 — nie miałyby szansy na męża z posagiem, więc wyminęła je szybko, aby przypadkiem któraś nie sprzątnęła mu Viniego 76 sprzed nosa. Była pewna, że każda z oczekujących od razu rzuci się na niego, taki był cudny. Nieduży, drobniusi, przekrzywiony w lewo i z garbem nad prawą łopatką, ale głowę i buźkę miał bez zarzutu. Tylko zęby psuły obraz, to jednak nie był problem. Stać ją, aby zafundować mu perlisty uśmiech i zrobi to zaraz po niedzieli. Ścigana wzrokiem, bo oczekujące kobiety zorientowały się w jej statucie, więc żadna nie śmiała protestować, weszła do środka. W sam czas. Szesnastolatkowie i kilku starszych, którzy wcześniej wzięcia nie mieli, czekali już ustawieni w rządek, więc lada chwila wpuszczą pozostałe. Podeszła do dyrektory bidula i podpisała dokument, że zabiera na swoją odpowiedzialność niższego imieniem Vini 76 i kazała oniemiałemu ze szczęścia chłopakowi iść za sobą. Widzieli wcześniej ten tłumek przed drzwiami, więc bał się straszliwie, że ona nie zdąży, a teraz, niepomny na ścigające go zazdrosne spojrzenia kolegów i kobiet dolnego szczebla, podążał, utykając lekko, za swoją miłością, gotów paść jej do nóg i służyć przez resztę życia.

Wsiadła do wozolotu i pokazała mu ręką, by zrobił to samo.

— Wiesz, co masz robić? Nauczyli cię?

— Tak, pani.

— To zaczynaj. Tu masz suknię.

Była piękna. Cała uszyta ze srebrzystej koronki, przewiewna i lekka, a do niej tiulowa peleryna z kapturem, obramowana srebrzystym futerkiem. Vini 76 nigdy nie widział podobnych cudów. Przebrał się ochotnie, wciąż nie dowierzając, że naprawdę ma na sobie suknię marzeń.

Dolecieli do przybytku Dziewczynki Z Zapałkami, która to była patronką współczesnego świata. Nie oddawały jej hołdów, nie żywiły żadnych kapłanek, ale miały miejsce na uroczystości, jeśli podobny atawizm w którejś z nich się objawił. Pomieszczenie było okrągłe, malutkie, śliczne, kolorowe, pełne kwiatów (sztucznych, ale zawsze); na środku stał posąg Dziewczynki Z Zapałkami, wokół którego leżały czerwone poduszki, aby wybraniec miał na czym klęknąć do złożenia swej przysięgi.

Agafia 4, wchodząc przez ozdobione sztucznym bluszczem drzwi, trzymała wybranka za rękę, wprowadzając go uroczyście. Sama nie założyła specjalnej sukni, ale okryła się obszerną peleryną, szkarłatną, podbitą futrem sobola, no, przynajmniej tak wyglądającym, a na swą filiżankowatą głowę założyła wianek ze złotych róż, w którym wyglądała prawie ładnie.

Podeszli do posągu i stanęli twarzą w twarz. Agafia 4 obiecała wybrankowi dobre traktowanie i takież życie, a Vini 76 ukląkł na czerwonej poduszce i przysiągł jej miłość, wierność, uczciwość i posłuszeństwo, po czym skłonił głowę i czekał na pozwolenie dalszych działań. Wzięła go więc za rękę, a gdy wstał, założyła mu złotą bransoletę z takim zapięciem, które tylko sama mogła otworzyć, na wypadek rozwodu. On jej nie zdejmie. Pocałowała go cokolwiek zbyt namiętnie, jak na samą uroczystość i nakazała osobistemu, by wpisał go jako Vini 4 do jej życia i zrobił im pamiątkowy portret, który zawieszą nad kominkiem prywatnego saloniku. Usłyszawszy te słowa, które były już przypieczętowaniem uroczystości, Vini 4 uronił obfite łzy z pięknych oczu i udał się za swą, wychodzącą już, małżonką, do wozolotu, na początek reszty niewątpliwie pięknego żywota. A przynajmniej takiego, którego dotąd żaden wychowanek bidula nie mógł oczekiwać.

Ujrzawszy dom, przed którym wozolot się zatrzymał, nie mógł uwierzyć, że odtąd będzie w nim mieszkał. Był większy od całego bidula i tak śliczny, że dech zatrzymywał w piersiach. Już widział siebie u jej stóp na puszystym dywanie, a nawet sięgał dalej, do gromadki dzieci, które będzie pielęgnował i wychowywał.

— O, pani… — Westchnął, nim wysiedli.

— Jesteśmy sami, możesz mi mówić po imieniu. Nawet powinieneś. Jesteś moim mężem.

— Nigdy się nie ośmielę.

— Ależ ośmielisz, ośmielisz. Za kilka chwil.

Weszli do środka. Agafia pokazała swojemu młodziutkiemu mężowi dom, tłumacząc, gdzie wchodzić mu nie wolno bez zaproszenia; które pomieszczenia są do jego dyspozycji i na koniec zaprowadziła go do przytulnie urządzonej sypialni z wielkim łożem, wyścielonym miękkimi jak z puchu poduchami i kołdrami.

— To twoja sypialnia. Tu będę przychodzić, gdy zechcę, abyś obowiązku małżeńskiego dopełnił i tu będziesz sypiać. Dbaj, aby pościel zawsze była czysta, nie znoszę zmiętej i przepoconej. A tam jest bania, twoja i tylko twoja. Z pozostałych w domu masz nie korzystać, są dla mnie i ewentualnych gości. Teraz idź się wykąpać i bądź gotów za kwadrans, musimy dopełnić ceremoniału, aby już nikt nie miał wątpliwości, że jesteś moim mężem.

I wyszła. Pokonując solidny zawrót głowy wszedł do bani, aby znów uronić łzy, bo pomieszczenie było królewskie. Jak sypialnia. I tylko jego. Miał zakaz wchodzenia do trzech pokojów Agafii, no, chyba, że go przywoła, a reszta domu to jego królestwo, które będzie lśniło, by żonę zadowolić. Vini wciąż nie wierzył w swoje szczęście. Nurkując w pachnącej kąpieli, naszykowanej przez domowy imieniem Rob, szczypał się raz po raz. Bolało, więc to nie sen. Pachniało, czyli jawa. Woda była przyjemnie ciepła, a to znaczy, iż Vini, nie wiedzieć czym sobie na to zasłużył, został wyciągnięty z odmętów biedy i osadzony w raju. Żeby tylko sprawił się dobrze, gdy pani przyjdzie…


Lucia 17 nie porozmawiała tamtego popołudnia ze swoim synem. Wywołali ją do nagłego porodu zagrażającego życiu. Pacjentą była córka ministry zdrowia, więc zażyczyła sobie najlepszej dla niej opieki. Wróciła spod samego domu, aby uczynić zadość prośbie znakomitej ministry, a gdy do niego dotarła, mały już spał.

Dziś jednak nic raczej nie stanie na przeszkodzie.

— Cellian, każ Gio przyjść tu do mnie.

Po krótkiej chwili mały stanął w drzwiach, nie wchodząc, bo bez zezwolenia to było niższym zabronione. Patrzył nieśmiało, raz po raz opuszczając oczy, aby nie został uznany natrętem.

— Wejdź. — Głos matki brzmiał łagodnie, więc strach trochę uleciał. Zawsze go czuł, gdy był przywoływany. — I rozbierz się. Muszę cię zbadać.

Posłusznie zdjął suknię, ukazując matce swe piękne, nieskalane ciało. Z lubością badała go sanometrem, który natychmiast wyświetlał wszelkie parametry. Pobrała próbkę krwi z jego palca, umieściła ją w przyrządzie i po chwili otrzymała nieskazitelne wyniki. Nakazała domowemu wszystko zapisać. Później przestawiła plik w urządzeniu, aby badał wyłącznie czip i ilość diaksyzynu uwalniającą się do organizmu Gio. Była w porządku, więc albo uspokoi go werbalnie i mały przestanie do tego wracać, albo dawka dla niego jest zbyt mała. Niewykluczone. Jako zdrowy, jedyny taki okaz, może potrzebować go więcej, bo i poziom testosteronu pewnie będzie miał wyższy, gdy zacznie dojrzewać. Zaczeka z tym jednak. Przekaże wyłącznie wyniki, jak każdego miesiąca, bez wniosków czy przypuszczeń. Nic pilnego, zwłaszcza w informowaniu komisji.

Raz jeszcze z lubością objęła wzrokiem doskonałość ciała Gio i kazała mu się ubrać.

— Mogę już iść? — Spytał nieśmiało.

— A nie chciałeś przypadkiem ze mną porozmawiać? — Lucia uśmiechnęła się zachęcająco. — Chętnie posłucham, na przykład dlaczego wciąż tak bardzo się boisz. Usiądź. I śmiało, powiedz, co cię trapi.

— No bo… No bo…

Chciała mu przypomnieć, że w taki sposób tylko klasy dolne rozpoczynają wypowiedź, ale postanowiła zmilczeć. Nie chciała go zniechęcać.

— Bo ona miała arbuza! — Wydusił wreszcie z siebie.

— Wiesz, co to oznacza?

— Tak, już mnie szkolny tego uczył. No a przecież nie przyszła po tatę, prawda? Prawda? Czy przyszła?

Rumieniec wystąpił na jego śliczną buzię, kształtną, gładziutką, okoloną jasnymi lokami, bez wstążek, bo kąpał się niedawno i jeszcze nie zdążyły wyschnąć. Była na śmierć zakochana we własnym synu. Nikt dotąd o czymś takim nie słyszał. Bo kochać można nawet takie stwory, jakimi byli, ale żeby aż tak się zakochiwać?

— Nie, Gio.

— Czyli po mnie! — Aż się zachwiał na fotelu. — No i mama pyta, czego się boję? Przecież ja nie mogę z nią… W ogóle jeszcze nie mogę… No ja bym umarł z nią… Mama mnie nie odda? Nie odda? Prawda?

— Zanim ci to wyjaśnię, chcę tylko wiedzieć, że zrobisz, co każę, bez względu na wszystko. Jak trzeba.

Spuścił głowę i mocno ścisnął kciuki.

— Tak. No jak mama każe, ale…

— Nie. Bez żadnego ale.

— Mamo…

— Bez żadnego ale.

— Tak. Zrobię. — Prawie płakał. To jednak nie był powód do zwiększania dawki diaksyzynu, w tym wieku niżsi często ronili łzy, gdy musieli robić coś, co wydawało im się trudne.

— Dobrze. To teraz mnie posłuchaj. Stella 25 już więcej nie przyjdzie. Ani tu, ani nigdzie.

— Przyjdzie, na pewno. No bo ona zawsze wszystko dostaje, co chce.

— Nie wierzysz własnej matce?

— Wierzę, ale…

— Stella 25 umarła. Wiesz, co to znaczy?

Twarz małego nagle się rozjaśniła.

— Naprawdę? Umarła?

— Widzę, że się cieszysz, choć śmierć to żaden powód do radości.

— Ta akurat jest. No bo ona po mnie przyszła, mama powie, prawda?

— Tak, Gio. Ubrdała sobie, że może cię wziąć.

— Mama powie, czy gdyby nie umarła, mama by mnie oddała?

— Nie, Gio. Ona na ciebie nie zasłużyła. Po pierwsze musisz mieć córkę, by całość mojego mienia na nią przeszła. Ja nie mogłam mieć więcej dzieci. Po urodzeniu ciebie przekwitłam. Przedwcześnie. Wiesz, co to znaczy?

— Wiem. Tego szkolny też już uczył.

— Aby zapewnić tobie i ojcu, po mojej ewentualnej śmierci warunki, na które zasługujecie, musisz mieć córkę, przynajmniej jedną, a najlepiej ze trzy. Synów też możesz mieć, jeśli zechce twoja żona. Trzeba ci zatem żony młodej i zdrowej, która potomstwo zapewni, a nie przejrzałej starej wiedźmy. Niżsi niczego nie dziedziczą. Jeśli do trzeciego pokolenia braknie córek, wszystkie moje racje przejdą na potomstwo mej siostry, a ono już o was martwić się nie musi. Znaleźlibyście się w strasznej biedzie, a tego nie chcę.

Gio kiwał głową na znak, że rozumie.

— I jeszcze jedno. Skąd w tej pięknej główce zrodziła się myśl, że oddam cię komuś, kto nie zapadnie ci w serduszko? Nie zrobię tego tylko wówczas, gdy zakochasz się w kimś, kto nie będzie w stanie cię utrzymać albo dać ci potomstwa. Dla twojego własnego dobra. Ale jeśli spodoba ci się właściwa chętna, to jej cię oddam.

— Naprawdę, mamo? Mama powie, no naprawdę?

— Naprawdę. A w ogóle to zrobię teraz coś, czego matki nie robią swoim synom. Przytulę cię serdecznie. Chodź. — Wyciągnęła ręce.

Gio dłuższą chwilę się nie ruszał, bo nie wiedział, czy się czasem nie przesłyszał. Mama zaproponowała rzecz niebywałą. Wstał jednak i podszedł, bo jeśli to prawda, nie można okazji przepuścić. Druga może się nie wydarzyć. Przytuliła go, przymykając oczy i przykładając usta do pachnącej główki. On trzymał ręce przy sobie, onieśmielony, ale po chwili zarzucił je matce na szyję.

— Nikomu nie mów. — Szepnęła konspiracyjnie, całując go w policzek. — To będzie nasza tajemnica.

— Nawet tacie?

— Jemu możesz powiedzieć. Ale tylko jemu.

— A mogę o coś spytać?

— Raz czy dziesięć? — Zaśmiała się lekko.

— Dwa. No bo chciałbym wiedzieć, dlaczego ja nie chodzę do szkoły? Czy dlatego, że nie wyglądam, jak inni?

Spoważniała.

— Skoro już to zauważyłeś, odpowiem. Tak, dlatego. Ktoś mógłby zrobić ci krzywdę, chcący bądź nie, a na to nie możemy pozwolić, ani my z tatą, ani całe społeczeństwo. Jesteś zbyt cenny.

— No i dlatego badasz mnie co chwilę?

— Tak.

— Ale dlaczego jestem taki cenny? Przecież, no przecież w społeczeństwie jestem dziwakiem.

Znów się zaśmiała, ale tym razem wróciła myślami do diaksyzynu. Ciekawość niebywała jak na niższego. Wiedza też.

— A drugie pytanie?

— Mama nie będzie się gniewać? No nie będzie, prawda?

— Oho, takie pytanie przed właściwym nie pozwala mi niczego w tej kwestii obiecać. Ale pozwalam ci je zadać.

— Ja wiem, że muszę być czyimś mężem. No wiem. I zgoda, będę. Jak mama każe. Dlaczego jednak nie mogę się uczyć?

Tak, trzeba te dawki zwiększyć. Zdecydowanie.

— Przecież się uczysz.

— Och, nie. Ja chciałbym się tak uczyć, jak dziewczynki. Przecież one to robią i są żonami. No to ja, nauczony, też mogę być mężem. No mogę, prawda?

— Ty nie musisz utrzymywać nikogo, więc szkoły ci niepotrzebne. Pracę mógłbyś znaleźć tylko taką, gdybyś musiał, do której szkół nie potrzebujesz. A i zbytek wiedzy nie wychodzi niższym na zdrowie. Myślenie i decydowanie należy do kobiet, muszą się więc kształcić. Wy macie być dobrymi mężami i ojcami, a wiedzę do tego potrzebną nabywacie w swoim dzieciństwie i młodych latach. Myślałam, że o tym wiesz.

— Wiem. No wiem to wszystko. Ale dlaczego?

— Bo tak funkcjonuje społeczeństwo.

— No to też wiem. Ale znów — dlaczego?

Zastanowiła się przez chwilę. Zwiększyć dawkę już dziś czy może wyjaśnić Gio to, co chce wiedzieć i zobaczyć, jak zareaguje? Trzeba to przemyśleć, żeby małemu krzywdy nie zrobić. Ogromna odpowiedzialność. Gdyby nie był bez skazy, za takie pytania natychmiast zostałby ukarany, dotkliwie. Ten jednak… Tak, to trzeba przemyśleć. Dogłębnie. I do tego czasu wstrzymać się ze zwiększaniem dawki.


Nowa dyrektora najlepszej szkoły została ciepło przyjęta, dziewczęta lubiły ją jako profesorę, więc uznały, że dobrze się stało. Grono w zasadzie też. Aż do momentu, gdy w różnych miejscach szkolnego zaczęły pojawiać się informacje, że Agafia 4 poślubiła małoletniego, który miał podrobiony akt urodzenia. Część osób zignorowała informację, ot, ktoś głupio gada, bo chce zatruć nowej dyrektorze radość podwójną, bo i z awansu, i ze ślubu. Wyrzuciły ją do kosza i nakazały szkolnemu więcej jej nie pokazywać. Spora grupa zaczęła głośno krzyczeć, że trzeba go do naprawy oddać, bo publikuje nieprawdę, więc wszystkie wpisy wycofał. Były jednak takie, którym wątpliwości zakradły się do serc. A może to prawda? Przecież szkolny z palca tego nie wyssał. Nie brały pod uwagę, że ktoś to wpisał i uruchomił program rozpowszechniający informacje, bo do głowy nikomu nie wpadło, że taki ktoś mógł istnieć. To byłoby swego rodzaju samobójstwo, bo jeżeli skłamała publicznie, zostanie srogo ukarana. Jeśli to natomiast prawda, kara będzie lżejsza, ale też dotkliwa. W przypadku profesory — koniec kariery. Uczennica zostanie ze szkoły usunięta i będzie mogła pobierać naukę wyłącznie w domu, od szkolnego, jak to bywało z niższymi, gdy rodzice nie chcieli ich posyłać do szkoły. Nie dopuszczą jej do egzaminu i studiów, czyli przez całe życie pozostanie w najniższej warstwie społecznej.

Zaczęły się więc dziwne zachowania, półsłówka, spojrzenia z ukosa, aż wreszcie informacja dotarła do Agafii 4. Zatrzęsło ją ze złości.

— Szkolny, kto to wrzucił?

— Zakodowane.

— To rozkoduj, na moje polecenie.

— Tylko ministerialne.

— Mam z tym iść wyżej? Rozplenić łgarstwo na prawo i lewo? Co się dzieje z nami? Kto mógł zrobić takie draństwo?

Poślubienie nieletniego, czyli poniżej szesnastego roku życia, nie było karalne jako pedofilia, jeśli osobnik był już zdolny do współżycia. Jeśli nie — jak najbardziej. To drugie odpadało, Agafia 4 uśmiechnęła się rozkosznie do myśli o zdolności swego męża, a i pierwsze jest bez sensu, wszak ma jego metrykę, wzięła go z wystawienia w bidulu, nikt jej niczego zarzucić nie jest w stanie. Natychmiast może wszystko udowodnić. Tylko z jakiej racji miałaby cokolwiek udowadniać? Komu? Przecież to jakiś absurd.

A jeśli prawda? Może w bidulu fałszują metryki tym „już zdolnym”, żeby się ich szybciej pozbyć? Przecież tego nikt chyba nie sprawdza… Nie, bzdura. Była ministra oświaty trzymała ciężką rękę na wszystkich placówkach z małoletnimi, tych dla niższych też. U niej wszystko musiało chodzić jak w zegarku. Jeśli któraś próbowała jakiegoś przekrętu, wylatywała z hukiem i lądowała z wilczym biletem na bruku. Łatwo było wszystko stracić. Odzyskać — ogromnie trudno. Nikt przecież nie jest aż tak głupi, żeby narażać siebie i rodzinę na zjazd w hierarchii społecznej.

W szkole Agafia 4 nie dała po sobie poznać, że notatka do niej dotarła, ale zabroniła dyrektorskiemu jej skasowania, bo w szkolnym już owej brudnej potwarzy nie było. To dowód. Jeśli będzie zmuszona do obrony, musi mieć podstawy. Dziwiono się powszechnie obojętności dyrektory, przecież taka bomba największego stoika postawiłaby do góry nogami. Czyli to jednak nieprawda. A może do niej notatka jeszcze nie dotarła?

„Kiedyś ludzie mieli tak zwane media społecznościowe.” — Myślała już w wozolocie. — „Zostały zlikwidowane, bo draństwo anonimowości i nie tylko doprowadzało niektórych do rozpaczy, nawet samobójstw. No to sobie znalazł ktoś nowy sposób. Teraz wiem, że likwidacja tamtego gniota była ze wszech miar słuszna”. Uprzedziła domowego, że jest w drodze do swojej sadyby, żeby Vini zdążył przygotować napój owocowy, który zawsze wypijała natychmiast po powrocie z pracy, nim zaczęła robić cokolwiek innego. Rozkoszny jej małżonek, w pięknej, jasnoróżowej, powłóczystej sukni i takich wstążkach we włosach wyglądał jak nadziemskie zjawisko. Uzębienie już miał pełne, więc uśmiech, którym ją obdarzał, rozjaśniał wszelki mrok. Poczuła, że musi go mieć zaraz, natychmiast, tu, w kuchni, nawet nie nakazując mu wcześniejszej kąpieli. I tak pachniał słodko, więc do diabła z tym. Rozbierała się szybko, każąc mu zrobić to samo…

Już w wannie, rozluźniona, pomyślała, że będzie walczyć o Viniego do ostatniej kropli krwi. A przy kolacji spytała;

— Zawsze dostawałeś coś słodkiego w tym samym dniu, czy może niedawno się zmienił?

Spojrzał na nią z ogromnym zdziwieniem i zastanowił się chwilkę.

— Zawsze w tym samym, od kiedy pamiętam. To było tylko raz na rok, więc każdy świetnie miał dzień wyliczony.

Kiwnęła głową z aprobatą.

— Chcesz dziś coś słodkiego?

— Ale…

— Tak, wiem, nie masz urodzin, u mnie jednak bidulowe reguły nie obowiązują. To jak, chcesz?

— Zawsze.

— Zamów zatem tort, taki, jaki najbardziej lubisz. Zjemy go razem, cały, choćbyśmy mieli się potem porzygać.

Zrobił to z radością, ale serce Viniego dziwnie jakoś drżało. Coś było inaczej. Pani żona dotąd zachowywała się normalnie, a dziś… Obawę miał jedną. O swoją w tym domu pozycję. Mógł nawet umrzeć, o to nie dbał, ale gdyby miał stracić Agafię, ten dom i wszystko, co tu działo się z jego udziałem, sam skoczyłby z budynku w dzielnicy H, w którym mieściły się wszystkie ministerstwa i rada, bo tylko on dawał gwarancję roztrzaskania się na placek. Dachu z ziemi widać nie było i ci, którzy mieli dość, korzystali z tej opcji. Pytać nie śmiał. Mógłby ewentualnie zapytać domowego Roba, miał coraz więcej w nim dostępu, ale dopiero jutro, gdy zostanie sam. Nie darowałby sobie, gdyby wzbudził gniew w pani żonie. Tylko jak przetrwać noc, która pewnie będzie bezsenna?


Lucia 17 siedziała przed obrazem osobistego, przeglądając dawne przekazy, na których setki ludzi wyglądały dokładnie tak, jak Gio. Setki, może nawet tysiące, według archiwów schron miał pomieścić małe miasto, czyli około dziesięciu tysięcy osób. Na oko nie było ich tylu. Szli jednak grupami, starsi, młodsi, dzieci, o różnych fizjonomiach i kolorach skóry, wszyscy jednak piękni, bez wad, zdrowi, uśmiechnięci, machający do kamery. Kwiat kwiatu. Wybrańcy, którzy mieli za zadanie pobyt pod ziemią przez dziesięć lat, robienie tam eksperymentów, hodowla roślin i zwierząt, przetwarzanie, odzyskiwanie, jednym słowem — przetrwanie jako społeczeństwo w ekstremalnych warunkach. Kolonizacja Marsa majaczyła gdzieś na horyzoncie, dużo jednak trudniej byłoby zaadaptować nienadającą się do życia planetę niż stworzyć sobie świat pod ziemią własnej. Zainstalowali ich w miejscu, gdzie kilometrami ciągnęły się wyrobiska starych kopalni, pogłębiając je znacznie i wykorzystując do stworzenia podziemnego miasta. Na górze tętniło życie, jednak wejście do podziemia, tylko jedno, było w miejscu pustym, dobrze zakamuflowane, by nikt im tam nie próbował przeszkadzać. Na orbicie umieszczono satelitę wyłącznie do ich dyspozycji, ale odcięto od informacji, aby nikogo nie kusiło wcześniejsze opuszczenie eksperymentu.

Przeglądała ten pradawny przekaz, wciąż myśląc dogłębnie o Gio. Nie chciała faszerować go większą ilością diaksyzynu. Spowolnieje znacznie. Straci wprawdzie ciekawość, ale i chęci do czegokolwiek. Będzie posłuszny bezwzględnie, pokazując uśmiech wyćwiczony, nie mający nic wspólnego z tym prawdziwym, serdecznym. Jeśli jednak nie powstrzyma niespotykanej u niższych ciekawości, będzie musiała mu wyjaśnić pewne sprawy. Najłatwiej to zrobić korzystając z filmów. Fragmenciki widział, szkolny wplatał niższym parę elementów historycznych, by mieli jako takie pojęcie o rzeczywistości, ale istoty zagadnienia, w przeciwieństwie do dziewcząt, im nie tłumaczył.

Lucia 17 miała obawy przed samodzielną decyzją w tej sprawie. Najlepiej byłoby postawić temat przed radą medyczną, która nie odebrała jej Gio tylko dlatego, że była wziętą doktorą, szybko została ordynatorą, może kiedyś nawet ministry się dochrapie. Stanęła między nimi umowa. Nie odbierzemy niższego, by na tak długo oczekiwanym okazie eksperymentować, ale co tydzień będziesz przysyłać wyniki wszystkich badań i zdjęcia, specjalnym kanałem, by nic nie przedostało się do opinii publicznej. Stan taki miał trwać do szesnastego roku życia Gio, potem, jeżeli przeżyje i wszystko będzie w porządku, ujawni się go przed światem i znajdzie mu najlepszą do rozrodu partnerkę, jeśli do tej pory dziewczynka bez skaz się nie urodzi. W przeciwnym wypadku wiadomo, że ich sparują, szansa na kolejnych zdrowych będzie dużo większa. Jednak konsultacja z radą w tej kwestii niosła za sobą ryzyko uznania przez nią, że Lucia 17 nie radzi sobie z synem, a to mogło wieść nawet ku katastrofie utraty małego. Aż ją ciarki przeszły. Nie. Musi sama i na własną odpowiedzialność podjąć decyzję.

Genetycznie Gio zdawał się mieć niewiele wspólnego ze swymi rodzicami, dziadkami i wieloma jeszcze wyższymi wstępnymi. Żadnych skaz, załamań, aberracji chromosomowych czy innych uszkodzeń, powodujących wady rozwojowe już na etapie płodowym. Naukowce z rady medycznej na wszelkie możliwe sposoby badały próbki dostarczane przez doktorę Lucię 17, patrzyły na zdjęcia i niecierpliwie czekały na moment zobaczenia owego cudu na żywo, dotknięcia go, przebadania od stóp do głów. No i właśnie dlatego Lucia nie chciała go oddać. Technicznie mogły jej nakazać, choć nigdy tego wobec matek nie robiły, ale sytuacja jest nadzwyczajna, więc i nakaz nie byłby niczym dziwnym. Po namyśle uznały jednak, że byłoby to amoralne, taki typowo męski sposób działania, który wyeliminowały wiele pokoleń temu, po co zatem znów pakować się, i to dobrowolnie, w podobną niesprawiedliwość. Dwie z nich widziały Gio w szpitalu, nim Lucia, godzinę po porodzie, nie zabrała go do domu. Ktoś przecież powinien poród odebrać. Początkowo upierała się, że sama da radę, ale poszła po rozum do głowy. Jeśli chce szybkiego, bezbolesnego porodu, musi komuś zaufać. Jak dotąd nie żałowała wyboru. Obdarzone zaufaniem również. Do dziś mogły przed snem wpuszczać pod powieki obraz nieskalanego noworodka, różowiutkiego, głośno krzyczącego, ruchliwego, z pięknym napięciem mięśniowym i mocną, zdrową akcją serduszka. Kiedyś dostałby dziesięć punktów w skali Apgar. Od dawna jej nie używały, bo kryteria oceny noworodków diametralnie się zmieniły, w żaden sposób do tamtych nie pasując.

Lucia 17 wiedziała od wczesnego etapu ciąży, że będzie miała syna bez skaz. To była jej pierwsza ciąża, więc bez względu na płeć nikt by jej nie usunął, a już tym bardziej, że ewenement miał się urodzić. Długo nie umiała sobie tego w głowie poukładać. Ona sama, oprócz zbyt szybkiej przemiany materii, przez którą chuda była jak patyczek, miała twarz wiewiórki, tylko uszy mniejsze, choć umieszczone wyżej, niż być powinny, dokładnie tak, jak u gryzonia i rybią łuskę na całych plecach, aż do pośladków i ud. Pol natomiast twarz miał normalną, choć całkowicie pozbawioną owłosienia, co jej się zresztą bardzo podobało; głowę lekko spłaszczoną, leciutko, prawie pod bujnym włosem niezauważalnie; skrzywione „na beczce” nogi, stopy lekko zgięte ku środkowi, ogonek zakończony czymś na kształt stópki i drugi, wyrastający z klatki na wysokości mostka, z maleńką rączką na końcu. Oba ogonki były bezwładne, choć unerwione, nie miał nad nimi żadnej kontroli. Takie wady można było usuwać, ale te Pola były mocno połączone z nerwami innych organów, mógłby zabieg skończyć się dla niego tragicznie. Zresztą już od dawna, oprócz tych, które komplikowały życie, nikt wad nie usuwał. Po co? Wszyscy je mieli i tak do nich przywykli, że stały się dla nich normą. Nawet Stella 25, najbardziej szczodrze „obdarowana” wadami, niczyjego zdziwienia nie budziła. Może odrazę, ale z innego powodu.

Sylwetki znikające we włazie do podziemi przemykały przed oczami Lucii 17 niemal monotonnie, ale nie potrafiła od nich wzroku oderwać. Wszystkie jednakowo ubrane, w kombinezony o różnych odcieniach zieleni, na każdym widniał numer. Niżsi ostrzyżeni na krótko, pewni siebie, wyniośli, panowie świata; kobiety o różnych fryzurach, ale dominowało i u nich krótkie strzyżenie, widać brały pod uwagę nowe warunki i chciały sobie zapewnić maksimum wygody. Dzieci w różnym wieku, nawet niemowlęta. Najbardziej zawsze frapowały ją sylwetki o innych kolorach skóry…


Prawa głowa do Leonory 17:

Nie zapytam już, dlaczego kochasz samotność, bo prawdopodobnie i tak nigdy tego nie zrozumiem, jako że zawsze ktoś przy mnie będzie. Wytłumacz mi jednak, co spowodowało, że aktywna osoba, zarządzająca mnóstwem ludzi, spędzająca czas wśród najlepszych i najciekawszych osób, pewnego dnia zaszyła się we wnętrzu swego domu, nie pragnąc już żadnych z nimi kontaktów?

Lewa głowa w tym czasie po raz enty czytała raport, z którego wynikało, że Stella 25 miała początki zaćmy, więc słabo musiała widzieć. Dziw, że nie poszła na zabieg. Nic to jednak nie miało do wypadków wokół jej śmierci, za to informacja o ostrzu, które przeszyło jej serce, jak najbardziej. Koronera zawyrokowała, iż nie mógł to być nóż, który niższy trzymał w momencie przybycia służb, bo musiałby się wbić aż do połowy rękojeści, co było zwyczajnie niemożliwe. A już na pewno żadne z 17 nie mogło tego zrobić, bo potrzebna byłaby siła olbrzyma, którzy w ich społeczeństwie nie występują. Zatem należy szukać noża lub innego ostrza, które pozbawiło Stellę 25 życia.

Marina 8 poleciła służbowemu zadać pytanie koronerze w kwestii krwi na zarekwirowanym w dniu zdarzenia nożu. Przecież w całości należała do denatki. Skoro to nie on spowodował śmierć, skąd na nim wzięła się ta krew? Oczekując na odpowiedź, raz jeszcze przeglądała wszystkie dowody i przedmioty, zabrane z domu Lucii 17 tamtego dnia. Trzeba było wszystkie znajdujące się tam noże zarekwirować, ale czy ktoś wtedy mógł o tym pomyśleć? Stał delikwent z zakrwawionym nożem w ręku, po co więc szukać innych? Musi wysłać tam ekipę techniczną, niech zbiorą wszelkie dane pod tym kątem. Albo zabierze ich ze sobą, gdy pójdzie na umówioną już jakiś czas temu wizytę.

— Leona 25 pyta, kiedy wreszcie oddacie im ciało ich matki. — Komisaryczny meldował beznamiętnie. Nie łączył, bo dała mu zakaz wcześniej, żeby mogła spokojnie pomyśleć, ale przekazywać nie zabraniała.

— Powiadomimy, kiedy przyjdzie czas.

Nieużyta baba. Przecież mówiła jej to już kilka razy, po co wciąż głupio pyta? Nagle włączył się alarm. Kolejna denata. Dzielnica H, budynek ministerialny, dach. Izydoria 222, dyrektora bidula.

Szybko zwołała ekipę i ruszyły. Na miejscu okazało się, że zwłoki leżały przed ministerialnym a nie na dachu, ale nikt się nie czepiał komunikatu wydanego wcześniej. Najwyraźniej wydarzenie przeszło bez echa, bo ogólny milczał i wokół roztrzaskanych zwłok było pusto. Kałuża krwi wciąż się rozszerzała, fragmenty mózgu znaleźć było można nawet kilka kroków dalej. Służby zabezpieczyły teren. Po stwierdzeniu zgonu, co wydawało się nie być trudną diagnozą, poczęto zbierać wszelkie dane, by jak najszybciej sprzątnąć ulicę. Komisara w towarzystwie technicznej wjechała na dach. Był obramowany murkiem, więc można bezpiecznie spojrzeć w dół. Szybko obliczyła parabolę lotu, choć przy takiej wysokości nie było to łatwe i skonstatowała, iż dyrektorze bidula ktoś musiał pomóc. Przejrzała podłoże, znajdując ślady kół wózka i stóp, dość sporych. No, no. Kilkanaście lat nie było żadnych zbrodni, a teraz jakiś wysyp. A może to tylko jej zwidy? Trzeba sprawdzić ślady, bo jest ich tu więcej. Dużo więcej. W zasadzie cały dach jest zadeptany, ze wszystkich stron. I zabezpieczyć. Ocenić, czy świeże. Techniczna pracowała sprawnie, a komisara Marina 8 zeszła z dachu z ciężkim westchnieniem, bowiem trzeba wszystkich w budynku spytać, czy czegoś nie widziały. Owszem, zrobi to ogólny, odpowiedzi jednak sama będzie musiała przeanalizować. I rozejrzeć się osobiście, czy czegoś podejrzanego nie wypatrzy.

Już po powrocie do komisariatu zdała sobie sprawę, że szukanie osób, które zostawiły ślady na dachu jest syzyfową pracą. Przecież tam mógł wejść kto chciał i nawet wycieczki szkolne wjeżdżały na dach jak na taras widokowy, aby objąć wzrokiem daleką okolicę. Wszak było warto. Całe ich miasto, wszystkie dzielnice miało się jak na dłoni, a dalej z jednej strony bezkres wód, z drugiej las drzew dziwacznych, którego końca, jak drugiego brzegu wody, dojrzeć nie sposób. Ich sadyby zdawały się być wyspą między błękitem wód a ciemną zielenią ogromnych, powykręcanych drzew jednego gatunku, który dawno temu zwano dębami, ale teraz nie przypominały prawie tamtych. Przede wszystkim liści nie gubiły na zimę. Część z nich zrzucały latem, ale prawie tego nie zauważali. Rosły gęsto, choć grube i twarde, oplatając się wzajemnie, tworząc w ten sposób jakby zwartą ścianę, nieprzeniknioną, tajemniczą. Geologi twierdzą, że jeśli polecieć odpowiednio daleko, można w tych splotach ujrzeć pozostałości dawnych domów, częściowo nienaruszonych, w większości jednak były to mury ogołocone, z pustymi otworami okiennymi, którymi pięły się gałęzie, rozpychając je i burząc. Geologi od lat walczyły o wozoloty z napędem jądrowym, aby oblecieć kulę ziemską i sprawdzić, czy gdzieś jeszcze żyje ktoś poza nimi, usprawiedliwiając tę fanaberię obawą o ewentualne bezpieczeństwo, gdyby to była prawda, ale rada miała odrębne zdanie. Satelita obejmował całą półkulę; odbierał też sygnały innych, od tej drugiej strony i tylko w paru bardzo odległych miejscach rejestrował ślady życia, niewielkie, podobne do tych, które sami tworzyli. Nikt też dotąd nie próbował się z nimi kontaktować, więc albo z satelitów nie korzystali, albo wychodzili z tego samego, co one założenia: po co?

Doszła zatem do wniosku, że najpewniej Izydoria 222 skoczyła, choć trudno byłoby się odbić samej aż tak daleko. Z drugiej strony jednak desperacja nieraz cuda działa. No i właściwie w jaki sposób ktoś miałby jej pomóc? Murek jest zbyt wysoki, aby kogoś po prostu zepchnąć. Dźwignąć nad głowę i rzucić? Taką dużą kobietę? Musiałoby ich być z pięć, żeby dały radę. A to się w ogóle kupy nie trzyma. Niższy? W życiu. Diaksyzyn skutecznie blokuje w nich agresję. No i właściwie dlaczego rada wciąż nie zainstalowała tu jakichś zabezpieczeń? Tłumaczenie, że jest bezpiecznie, a odbieranie chcącym jedynej możliwości pozbawienia się życia, do czego mają przecież prawo, byłoby niehumanitarne. Czyli co ja teraz mam z tym grzybem zrobić? Uznać, że popełniła samobójstwo i zamknąć sprawę?

Ech… Jedno jest pewne: trzeba poczekać na ustalenia koronery, a tymczasem wrócić do sprawy poprzedniej. Kazała ogólnemu wyszukać materiały ze Stellą 25 z ostatnich dwóch dni jej życia. Usiadła wygodnie przed emitowanym obrazem i próbowała wyłapywać jakieś istotne wskazówki, ale skupiała się na bzdetach. Na przykład wzrok przyklejała do sposobu chodzenia burdelmamy. Środkowa, prawa, środkowa, lewa. I znów. Środkowa, prawa, środkowa, lewa. Nierówno, bo każda z nóg była innej długości, kołyszące trójkroki zabierały jej tułów i pół głowy tam, gdzie umyśliła właśnie się znaleźć. Środkowa noga unosiła ciężar dwa razy częściej niż pozostałe, aż dziw, że wciąż funkcjonowała. Do wozolotu wsiadała prawą nogą; wysiadała środkową, czyniąc jakieś dziwne skręty rozległych bioder, prawie dwa razy tak szerokich, jak u dwunogich kobiet. Jej nieprzyjemny głos wciąż niósł się wokół, „tak, tak, właśnie, to dla ciebie zaszczyt”, bo każdą interakcję uważała za swoją łaskawość, jakby całe życie interlokutorów miało od nich zależeć. Naprawdę była tak butna czy to tylko linia obrony przed światem? Po co jednak podobna obrona? Przecież nikt jej nie atakował i nie robiłby tego, gdyby była uprzejma. Czyli buta. Kłaniajcie się narody, bo ja idę.

Leonora 17 do prawej:

Interesujące osoby, powiadasz. Jeszcze trochę zejdzie, nim sama zauważysz, jak podobne interakcje przebiegają w rozległym czasie, powiem ci zatem tak: masz interesującą, wspaniałą książkę. Czytasz ją po raz pierwszy z wypiekami, spać się nie kładziesz, bo musisz przeczytać, co jest w następnym rozdziale. Każdemu ją polecasz, nawet tym, którzy nie lubią danego gatunku. Po przeczytaniu łakniesz jej dalej, więc czytasz drugi raz, z podobnym zapałem. Przy dziesiątym zaczynasz odczuwać znużenie. Jeśli mimo to sięgniesz po nią jeszcze raz, wyłączasz się przy większości tekstu i nie wiesz, co czytasz. Odkładasz więc swój były skarb na półkę i już nie chcesz do niego wracać.

Podobnie działają nawet najbardziej interesujące osoby.


Agafia 4 chciała najpierw samej się czegoś dowiedzieć, nim sprawę będzie musiała przedłożyć instancjom wyższym. W tym celu postanowiła nawiązać kontakt z dyrektorą bidula, poleciła więc ogólnemu, aby ją połączył.

— Zlecenie awykonalne.

— Co to znaczy?

— Awykonalne czyli niemożliwe, nie do wykonania.

— Och, znam znaczenie słowa, ale jak ono się ma do mojego połączenia z dyrektorą bidula?

— Bidul chwilowo nie ma dyrektory. Ogólny rozpatruje ewentualne kandydatury, rada czeka.

— A co się stało z Izydorią 222? Zrezygnowała?

— W pewnym sensie. Nie żyje.

— Możesz podać bardziej szczegółowe dane?

— Nie mogę. Do odwołania przez komisarę.

— A to ci dopiero… Rob, każ Viniemu tu przyjść.

Zjawił się po chwili, cały w uroczych błękitach i nieśmiało stanął przed drzwiami.

— Wejdź.

Zrobił krok do środka i znów się zatrzymał.

— No wejdź, siadaj. Dobrze. Zauważyłam, że bywasz rozkojarzony, co się stało?

— Kiedy ja…

— Co — kiedy ty? — Niecierpliwie poganiała, bo zamilkł na dłuższą chwilę.

— Nie chcę, pani, abyś się gniewała.

— A robisz coś, co może mnie rozgniewać? — Zmarszczyła brwi, co wyglądało, jakby filiżanka pękła w dwóch miejscach.

— Zadałem pytanie domowemu.

— Przecież tego nie zabraniam.

— Ale ja pytałem dlaczego ostatnio inaczej się zachowujesz, pani.

Odważył się już na „ty”, ale „pani” nie potrafił usunąć z repertuaru. Zachichotała lekko.

— Przecież domowy na takie pytanie nie odpowie.

— No, właśnie się o tym przekonałem. „Sprecyzuj”, rzekł. Ale co to znaczy?

— Dlaczego mnie nie zapytasz, skoro widzisz we mnie zmianę i coś cię w niej martwi?

— Nie chcę być natrętny.

— To tylko pytanie. Natrętny byłbyś, gdybym nie chciała odpowiedzieć, a ty wciąż byś naciskał. Czy czegoś się obawiasz?

— Tak. — Cichutko wyjąkał, spuszczając głowę.

— Czego? — Wzięła go dwoma palcami pod brodę, unosząc mu twarz.

— Że ta piękna rzeczywistość, jak najwspanialszy sen, kiedyś przeminie. Coś się stanie i mnie oddalisz, pani.

Patrzyła na niego przez chwilę. Potem pocałowała go w usta.

— Po co ty sobie śliczną główkę takimi bzdurami zawracasz? Musisz się przyzwyczaić, że będę zmieniać nastroje. Nie znasz tego, ale gdy odpowiadasz za innych, dajesz z siebie wszystko, a to może powodować różne reakcje organizmu. Nie po to czekałam na ciebie trzy lata, żeby cię teraz oddalać, bo mam inny nastrój. Muszę się tylko dowiedzieć, czy naprawdę skończyłeś szesnaście lat, czy też może w bidulu fałszują metryki, aby chłopaków szybciej w świat wysłać. A teraz się okazuje, że dyrektora nie żyje, więc będę musiała wystąpić na drogę urzędową. To trochę frustrujące, ale nie powód, aby cię oddalać. Jesteś zdolny, więc ślub był w porządku. Możesz być już mężem, nawet jeśli wiek masz nieodpowiedni. Wbij sobie zatem tu, o tu — przyłożyła palec do jego czoła, wciąż trzymając dwoma palcami za brodę — że jesteś mój i nikomu cię nie oddam, jeśli drastycznie nie przekroczysz swoich granic. A ta sprawa nie jest twoją winą, więc śpij spokojnie. — Znów go pocałowała i puściła w końcu. — Powiedz mi tylko, co z twoimi rodzicami?

Widać było wyraźnie, jak wielką ulgę chłopak odczuł. Patrzył z wdzięcznością.

— W bidulu powiedzieli mi, że nie żyją.

— Oboje? Dopiero byłaby sensacja. Sprawdzę to. Możesz iść.

Patrzyła jeszcze chwilę w otwarte drzwi, gdy za nimi znikł, coś sobie w głowie układając. Czas jednak uciekał i trzeba było zbierać się do pracy, przywołała więc wozolot.

Najlepsza szkoła w dzielnicy Ca znów tonęła w półsłówkach i skrywanych półuśmiechach, co tym razem poczuła od razu po wejściu. Nie zwracając jednak na nikogo uwagi, co niezwykle smuciło szkolną siostrzaność, bo nie ma zabawy, gdy ktoś obmawiany miał to w nosie, więc rozeszły się ponuro do swoich zajęć. W gabinecie natychmiast rozkazała dyrektorskiemu wyjaśnić sprawę. Pokazał jej nowy wpis, tym razem oskarżający ją o morderstwo Izydorii 222, łącząc wydarzenie z faktem poślubienia przez nią nieletniego. Wzburzyła się tym razem serdecznie, to już nie przelewki. Bezpodstawne oskarżenia o taką zbrodnię są karalne.

— Rozkoduj wpisującą.

— Tylko…

— Rozkoduj natychmiast. To już poważna sprawa, możesz zdać się na mnie.

— Nie mogę. Potrzebuję kodu ministry.

Rozeźliła się nie na żarty. Najwyraźniej autorka tych potwarzy była przekonana, że Agafia 4 nie odważy się powiadomić o tym wyższych instancji w obawie o swoją pracę. Ona jednak była lepiej wtajemniczona i wiedziała, że właśnie w przypadku zatajenia podobnych informacji mogłaby mieć kłopoty. Na to najwyraźniej liczy ta podłota. Zaszczuje, nerwów uskubnie, a potem doniesie, że były takie wydarzenia i zostały zatajone. Same wpisy są nieistotne, choć osoba je czyniąca zostanie ukarana, aby innym dać przykład. I przecież, ktokolwiek to robi, dobrze wie, że tak będzie. Najwyraźniej jednak czuje się pewnie, jakby miała gwarancję całego wszechświata, że Agafia 4 sprawę utajni.

— Połącz z ministrą edukacji.

— Co tam? — Ujrzała przystrojoną ministerialnie sylwetkę Mileny 12.

— Możesz rozmawiać czy masz jakąś radę?

— Mam radę, ale teraz jest przerwa. Wybieramy nową dyrektorę bidula.

— Wysyłam ci wpisy, które pojawiły się w szkolnym. I w związku z nimi wnoszę o odtajnienie osoby wpisującej, to możesz zrobić tylko ty. I dodatkowo dostęp do wszystkich akt Viniego 76, obecnie Viniego 4, aby sprawę wyjaśnić, choć nikomu tego tłumaczyć nie muszę. I co się stało Izydorii 222, że pada słowo: morderca?

— Spadła z naszego dachu, ale zatrzymaj to dla siebie.

— Najwyraźniej i tak już wyciekło.

— To nie rozszerzaj strugi.

— Spadła, skoczyła, ktoś ją wyrzucił?

— A tego właśnie wciąż komisara nie wie. Dlatego proszę o dyskrecję.

— Czy do akt bidula dostanę się dopiero po wyborze nowej dyrektory?

— Nie. Wystarczy zgoda moja i ministry socjalnej. Ja ci ją daję, ale tamtej będziesz musiała to wyjaśnić.

— Poważnie? Przecież to mój mąż, mam prawo wiedzieć takie rzeczy.

— Owszem, ale ona lubi wszystko sama ogarniać.

Agafia 4 poleciła osobistemu wysłanie prośby do ministry socjalnej.

— Ja mam pewne podejrzenia odnośnie tych wpisów. — Odezwała się po chwili milczenia Milena 12.

— Poważnie? Ktoś dybie na moją skromną personę?

— Na personę nie, ale stanowisko i owszem, ktoś w swym mniemaniu je niesłusznie utracił na twoją rzecz.

— Nie wierzę.

— Odmawiasz kobietom ludzkich cech? Zazdrość, choć w naszym mniemaniu atawistyczna, nigdy z nas nie wyszła. Sama jej doznałam… — Zaśmiała się lekko. — Ale szybko mnie ściągnięto na ziemię.

— Któż to taki? — Niespecjalnie była ciekawa dalszych dyrektorskich wynurzeń o zazdrości.

— Talia 405. W dniu naszych promocji powiedziała mi, że wybór był niesłuszny, bo ona czuje się bardziej na dyrektorskie stanowisko predysponowana od ciebie i ma zamiar to udowodnić.

— Tym bardziej nie wierzę. To matematyczny umysł, nie bawiłaby się w takie gierki, tylko udowodniła nową pracą, że jest lepsza ode mnie.

— Cóż, zobaczymy po rozkodowaniu.

— Dużo czasu na to potrzebujesz? Przecież wystarczy wydać polecenie.

— Nie. Muszę najpierw wprowadzić swój kod do wszystkich szkolnych osobno, to trochę czasu zajmuje. Gdybym trzymała się kolejności, do szkoły w dzielnicy Ca dotarłabym za jakiś tydzień. Wobec jednak zaistniałych okoliczności zrobię wyjątek i będziecie następni. Tuż po radzie go tam wpiszę i otrzymasz dostęp. O, widzę, że ministra społeczna dała zgodę. Bez żadnych pytań? Masz zdolnego osobistego. Dobra, koniec mojej przerwy.

I znikła, nim Agafia 4 zdążyła podziękować. Nie przejęła się tym zbytnio, bo pilno było jej do ujawnionych dokumentów swojego męża.


Lucia 17 wróciła do domu z powziętą decyzją.

— Cellian, ptaki.

Natychmiast w domu zaczęły latać kanarki, szczygły, kosy i śpiewające nimfy, a ich trele radośnie podnosiły na duchu. Weszła do saloniku, gdzie Pol z małym haftowali jakąś bluzkę, tak pochłonięci tym zajęciem, że nie zauważyli jej wejścia. Specjalnie nakazała domowemu wstrzymanie się z anonsem; chciała ich zobaczyć bez zbytnich ceremonii, swobodnych, we własnych skórach. Piękny widok. Obu. Starszy był jej tak bliski, że — choć to głupie i niepotrzebne uczucie — już sobie bez niego nie wyobrażała życia. A młodszy? Cóż tu komentować. Cudna buzia z lekkim rumieńcem zaabsorbowanego dość trudnym przecież zajęciem młodzieńca wywoływała ogromne pokłady miłości, głębokiej, bezwarunkowej, nieskończonej. Nie wiedziała, czy wszystkie matki tak reagują na własne dzieci, zwłaszcza córki, bo synów na pewno nie, ale machała na to ręką. Przecież bez względu na wszystko i wszystkie, z czymś takim walczyć nie sposób, po co więc wojnę zaczynać?

Nagle ją spostrzegli, obaj jednocześnie i zerwali się na równe nogi, strącając bluzkę i akcesoria niezbędne przy haftowaniu na podłogę.

— Spokojnie, to tylko ja.

— I aż ty. Domowy nie uprzedził.

— Zakazałam mu. Chciałam przez chwilę na was popatrzeć. Obu.

Usiadła na rozłożystej kanapie i poleciła im zrobić to samo.

— Nim pójdziesz przygotowywać kolację, chcę wam coś powiedzieć. Gio prosił o informację na temat swojej inności. Postanowiłam pewne tej sprawy aspekty wam przybliżyć, obydwóm. Ale pod jednym warunkiem: wszystko zostaje między nami i domowym. Zgoda?

Pokiwali potakująco głową. Pol świetnie maskujący zdziwienie; Gio z ogromną radością w oczach.

— Usiądźcie więc obok mnie i popatrzcie.

Włączyła obraz wędrujących do podziemi przodków.

— To było bardzo dawno temu. Wtedy na ziemi żyły miliardy ludzi, którzy za nic ze sobą nie potrafili się dogadać, więc wojny i różne inne nieszczęścia trwały niemal bez ustanku. A ponieważ broń była coraz bardziej wymyślna i ogromnie niebezpieczna dla całej populacji, tu i ówdzie tak zwane elity zaczęły próby ratowania choć tych najbardziej wartościowych. W tym celu budowali pod ziemią całkowicie odcięte od powierzchni małe miasta, aby zamykać w nich różnych zdolnych ludzi celem sprawdzenia, czy w razie zagrożenia będą w stanie tam przeżyć. To eksperymentalna grupa regionu, w którym wciąż się znajdujemy. Nie będę was obarczać geografią, bo to w sprawie Gio jest bez znaczenia. Spójrzcie na nich.

Przyglądali się z zapartym tchem.

— Oni są jak ja! — Klasnął w ręce mały. — No naprawdę, dokładnie tacy sami! Wszyscy! No mama powie, tacy jak ja! Prawda?

— Prawda. Tak wtedy ludzie wyglądali.

— To co się stało po drodze? — Wyraził ogromne zdumienie Pol.

— Zaraz wam wyjaśnię, ale spójrzcie najpierw na tę panią. — Zatrzymała kadr na młodej jeszcze kobiecie z numerem 17 na kombinezonie. — To od niej się wywodzimy, Gio i ja. Jej córka też była zdrowa. — Przesunęła kadr na dziewczynkę, może siedmioletnią, także z numerem 17.

— A tata? No a tata? Od kogo pochodzi? — Gio nie odrywał wzroku od pięknych kobiet, jednak ciekawość wepchnęła mu pytanie w usta.

Lucia przesunęła spory kawałek nagrania i ujrzeli inną kobietę, z numerem 148.

— Tego nie było łatwo ustalić, bo niżsi zmieniają numer w momencie ożenku. Zadałam sobie jednak ten trud i poleciłam domowemu zbadanie całej linii taty. Oto ona.

— No a taty taty? Te wcześniejsze? No i taty mamy?

Lucia tak dalece była przyzwyczajona do dominacji kobiet, że nawet jej na myśl nie przyszło, aby takim pytaniem obarczać jakikolwiek komputer. Totalny brak zainteresowania z jej strony. Mogła jednak przypuszczać, że niższych to może zainteresować. Pol pewnie nie odważyłby się zadać takiego pytania, ale Gio najwyraźniej miał coraz mniej hamulców.

— Będzie bardzo trudno ustalić, ale spróbuję w wolnej chwili nad tym popracować.

— No i co było dalej? Mama powie?

— Siedzieli dziesięć lat pod ziemią, głęboko, ponad kilometr, bez kontaktu z powierzchnią. Przeprowadzali badania, eksperymenty, filtrowali wodę, generowali powietrze, hodowali rośliny i zwierzęta.

— Co to zwierzęta? No co to? Ptaki, jak nasze?

— Było ich mnóstwo, takie na przykład. — Pokazała im krowę. — Mleko dawały. Mięso można było jeść.

— Mięso?

— Jak zwierzę zabito, to wykrawano z niego płaty mięśniowe i nazywali je mięsem.

— I to jedli? Fuuuuuj… No fuj, naprawdę.

— Tego nie wiem. Ponoć było bardzo smaczne. Mniejsza z tym. Czas dobiegł końca, więc wyszli. Najpierw niżsi, aby nie narażać kobiet i dzieci. Na powierzchni się okazało, że znanego im świata już nie ma. Wody zalały kontynenty, bomby rozwaliły siedliska, promieniowanie zabiło ludzi, zwierzęta i roślinność w większej części. Ta, co została, nie nadawała się do spożycia. W chwili ich wyjścia promieniowanie już znikło, poza jednym, nieznanym im wcześniej, ale w bardzo małych, nikłych niemal dawkach, uznali więc, że im nie zagraża. Zeszli z powrotem i opowiedzieli o wszystkim kobietom. Aby jednak wyjść mogli wszyscy, na powierzchni trzeba było przygotować jakieś pomieszczenia mieszkalne albo wykorzystać coś, co pozostało, więc wyszli znów, zostawiając kobiety z dziećmi dalej pod ziemią na poszukiwania albo gotowych domów, albo materiałów do ich budowy.

— No a co to jest kony… konten… No, mama powie?

— Kontynent? To znów niepotrzebna tobie wiedza.

— A bomby? — Tym razem zaciekawił się Pol.

— Broń służyła do zabijania, także ludzi. Były różne jej rodzaje, w tym bomby. To duże… Czekajcie, zaraz wam pokażę.

Wyszukała jakiś plik i włączyła go. Tylko fragmencik, gdy z samolotu wyleciała bomba i z wielkim hukiem wybuchła na ziemi, rozwalając wszystko w swoim zasięgu. Obaj zakrzyknęli głośno i wcisnęli się w kanapę, jakby chcieli ujść nadlatującemu nieszczęściu.

— No i co było dalej? Bo tego bomby już nie chcę, prawda? Prawda, że nie chcę? Mama powie…

— Kobiety bardzo zezłościły się wtedy, bo przez tysiąclecia ziemią rządzili niżsi i to oni doprowadzili do faktycznej zagłady życia. Kiedy więc ci wrócili po pozostałych, postanowiły przejąć władzę, aby już nigdy do tego nie doszło. I — jak widać — miały rację. My broni nie znamy. I żyje nam się świetnie.

Zawiesiła głos, bo poczuła już głód, więc chciała polecić mężowi przygotowanie kolacji, ale mały Gio nie dawał za wygraną.

— No ale dlaczego ja wyglądam tak jak oni, a wy nie?

— Okazało się, że promieniowanie, choć tak nikłe, wciąż było szkodliwe. Zabiło wszystkich ludzi kolorowych. — Znów włączyła obraz wejścia do podziemi, pokazując osoby o innych kolorach skóry niż ich. — Zginęły też wszystkie zwierzęta, tak jak na zewnątrz. A kolejne dzieci, poczęte po niedługim nawet pobycie na powierzchni, rodziły się z wadami. I tak aż do ciebie. Trudno zliczyć pokolenia i lata, tak długo na ciebie ludzkość czekała. Dlatego nie wolno ci się wyłamywać. Jesteś potrzebny i musisz tej potrzebie uczynić zadość.

— Ja uczynię. No, uczynię, choć nie wiem, co to zadość. Ale przecież…

— Już dobrze. Wprowadziłam nowy program domowemu. Codziennie przez pół godziny, po szkolnym, będzie cię uczył biologii, geografii, historii. I powiększyłam ci bibliotekę. Tylko najważniejsze rzeczy, ale to i tak za dużo jak na ciebie. Wcale tego nie potrzebujesz.

— Mama jest cudowna! No cudowna! — Skakał jak szalony, aż wreszcie stanął przybity do podłogi jej wzrokiem.

— Zachowuj się, bo pożałuję decyzji.

— No mamo, będę grzeczny. Zrobię, co mama każe. — Uśmiech błąkał mu się po twarzyczce, ale spuścił głowę, więc go nie zauważyła.

— Wystarczy. Zaraz was pozjadam, jak nie dostanę kolacji.

Mały szybko poszedł spać, choć pewnie dziś z wrażenia zasnąć nie mógł. A Lucia, zrelaksowana, nie opuszczała łóżka Pola, kładąc mu głowę pod pachę i obejmując w pasie.

— Jedną rzecz musisz dla mnie zrobić.

— Tylko jedną? — Pocałował jej włosy. Już od dawna nie musiał pytać o pozwolenie na podobne pieszczoty.

— Musisz wreszcie wytłumaczyć naszemu szalonemu naukowcowi, że jeśli nie przestanie każdego zdania zaczynać od „No”, zwariuję. Albo odbiorę mu nadane właśnie przywileje. To może trzylatkowi przystoi, on już jest za duży.

Pol zaśmiał się cicho, potem spoważniał. Objął ją, przytulił i oparł brodę na jej głowie.

— Ale zdajesz sobie sprawę, że on tak reaguje tylko przy tobie?

Aż się uniosła ze zdziwienia.

— Chyba żartujesz. Dlaczego miałby to robić?

— Mnie nie pytaj, wy ustalacie reguły. Ale gdyby ktoś naprawdę chciał wiedzieć, to mógłbym rzec: z obawy? Lęku?

Lucia zauważyła już po raz nie wiadomo który, że Pol miał zdecydowanie bogatszy zasób słów niż w chwili ich zaślubin. Dużo czasu spędzali razem, więc skorzystał… No i czyta przecież, zaraził tym nawet Gio. Ale po co ona o tym myśli właśnie w tej chwili?

— Dlaczego Gio miałby się mnie bać?

— Wszyscy chłopcy boją się matek. Są tak tresowani, że lęk jest ich chlebem powszednim. Nawet niektórzy dorośli wciąż odczuwają lęk przed swoimi matkami czy żonami.

— Ty też się mnie boisz? — Aż usiadła.

Przyciągnął ją z powrotem do siebie.

— Już nie. Choć wciąż mógłbym się jakichś kar obawiać. Ale na początku aż mi łydki drżały, gdy nadchodziłaś. Nie powiem nawet o samopoczuciu po tej karze, przez którą już myślałem, że wylecę. Czy mężczyźni, gdy rządzili, też was tak traktowali?

— Jeszcze gorzej. Mieli przewagę fizyczną, więc i tego nam nie szczędzili.

— Czego? — Tym razem on głowę podniósł.

— Bólu.

Opadł na poduszki. To nie może być prawda. Przecież niżsi nie są wcale agresywni. Ale czy o to może ją zapytać? Na wszelki wypadek postanowił jednak nie ryzykować. Może kiedyś. Albo coś wywnioskuje z takich, jak dzisiejsza, pogadanek. Jedno wiedział na pewno: Lucia nie kłamie. Nigdy.

To jednak w ogóle nie pomogło.

AKT II

Wozolot zatrzymał się zgodnie z poleceniem, tuż nad domem Leonory 17. Wracająca do domu Milena 12 wciąż nie mogła sobie odmówić tej trasy, choć uczucie zazdrości rozmyło się jak mgła i uniosło w nieznane, kiedy, zadając pytania, sama została jednym zaskoczona: chcesz wciąż piastować swoją nową funkcję? Jego autorką była sama szefa, która posiadała chyba oczy dookoła głowy, i uszy też, bo zawsze wiedziała, co, gdzie, kiedy, kto i po co. Jakby miała pod sobą grupkę kilkudziesięciu osób, a nie spore miasto.

Pytanie tak Milenę 12 zaskoczyło, że przez dłuższą chwilę nie mogła wpaść na konkretny pomysł odpowiedzi. Aż szefa połączyła się z nią i zadała je powtórnie.

— Tak, pewnie, że chcę. — Jąkała się jak trzylatek przed matką. — Ale skąd to pytanie?

— Masz zdecydowanie niezdrowe zainteresowanie swoją poprzedniczką. A to nie wróży nic dobrego. Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego tak węszysz?

Milena 12 czuła się trochę jak uczennica na egzaminie. Usta jej drżały, dłonie pociły i to nieodłączne poczucie pustki w głowie, choć przecież wykuła cały materiał na blachę. Wygląda na to, że żadne kanały nie są anonimowe, góra najwyraźniej i wgląd ma we wszystko, i nic się przed nią nie ukryje.

— Chciałam się tylko dowiedzieć, dlaczego Leonora 17 zachowała ministerialny dom.

Szefowa popatrzyła na nią takim wzrokiem, że Milenie 12 natychmiast odechciało się tamtego domu, informacji i wszystkiego innego, co mogłoby jej przeszkodzić w dalszym pełnieniu obowiązków ministry.

— Ogólny twierdzi, że jesteś rozgarnięta, a takich banałów nie ogarniasz? To nie jest ministerialny dom. Leonora 17 odziedziczyła go po swojej matce i nie zamierzała się przenosić, traf chciał, iż znajduje się blisko ministerialnego wieżowca, więc nie naciskałyśmy. Ty mieszkasz w ministerialnym domu. Trudno o lepsze warunki w całym mieście. Nie powiesz mi chyba, że tamten lepiej ci się podoba i jesteś o niego zazdrosna?

— Nie, skąd… — Bez przekonania odparła, czując się jak na rozżarzonych węglach. — Tylko ten ogród…

— Ty lubisz burdel odwiedzać, ona racje rozrywkowe przeznaczała na budowanie ogrodu. Każdy ma to, co chce. Plac wokół twojego jest wystarczająco duży, by sobie podobnie niebiańską krainę zbudować. To tylko kwestia decyzji. — Szefa pokiwała z niedowierzaniem głową. — Jesteś ministrą edukacji. Gdyby ktoś dowiedział się o tym, co tu wyprawiasz, delikatnie mówiąc, nie byłoby to zbyt wychowawcze. Tym razem zatrzymam dla siebie twoje potknięcie. Ale już limit wyczerpałaś, więc uważaj, bierz się do konkretnej roboty i nie marnuj ogromnej szansy, którą ci dało społeczeństwo. Możesz ją mieć aż do emerytury, ale równie dobrze dziś mogłabyś ją stracić. To tak gwoli przypomnieniu.

I znikła. Milena 12 natychmiast pousuwała wszelkie ślady poszukiwań informacji o Leonorze 17 i szybko znikła w swojej bani, bo rozstrojony nerwami układ trawienny gwałtownie dał o sobie znać.

Teraz siedziała w wozolocie, patrząc z góry na bajeczny ogród, w którym niemal tonął rozłożysty dom i nagle, wbrew sobie samej, nakazała parkowanie. Wysiadła z dziwnym poczuciem, że znów naraża swoją karierę, ale nie mogła się oprzeć. Podeszła do ogrodzenia i poczuła coś niezwykłego: zapach kwiatów. Pojęcia nie miała co to za gatunek, ale nie to ją frapowało; zastanawiała się gwałtownie dlaczego sztuczne rośliny wydają aromaty? Trzydetki powielały już wszystko, od napojów i posiłków, po sprzęt domowy czy ubrania, ale nawet potrawy, choć materiał był naturalny, nie pachniały tak intensywnie i tak, przede wszystkim, oszałamiająco pięknie. Przecież ona musiała majątek wydać na ten ogród. Wszystkie racje rozrywkowe, nie może inaczej być.

Zatrzymała się za jednym z drzew, „rosnącym” tuż przy płocie, chłonąc mikst barw i aromatów niemal każdym swoim zmysłem. Były momenty, w których niemal podejmowała decyzję o zbudowaniu choć kawałeczka podobnego ogrodu na placu koło swojego domu, ale wiedziała, że nie starczy jej racji rozrywkowych. Zabawa w burdelu zabierała ich najwięcej. A gdzie jeszcze sesje muzyczne, relaks w opiumowni czy masaże nad brzegiem morza? Musiałaby ze wszystkiego zrezygnować na lata, aby mieć tę rajską krainę koło swej sadyby.

Wróciła do wozolotu, ale poleciła jeszcze krótki postój nad ogrodem. Wiedziała, że nie zrezygnuje ze swych zwyczajowych rozrywek. Bez nich nie byłaby w stanie mobilizować się na kolejne tygodnie pracy, walki o wyższe pozycje, więcej racji. Teraz potrzebowała ich jeszcze bardziej, bo obowiązków przybyło. Przelotnie pomyślała o dziewczynkach, może gdyby się złożyły wszystkie cztery… Prychnęła po chwili na tę myśl szaloną. Jej córki były na swoje rozrywki tak samo łakome, jak ona, żadna z nich nie odda nawet jednej racji na coś tak dla nich nieistotnego, jak pachnący ogród. Nakazała powrót do domu, w którym coraz lepiej się czuła, doceniając wygody i nowoczesny jego urok. Raz jeszcze poczuła drganie ust na myśl o utracie stanowiska i postanowiła nigdy więcej nikomu słowa nie powiedzieć na temat tej swojej fanaberii. Rozstać się z nią jednak nie mogła. Impas w pełnej krasie, ale Milena 12, nauczona życiowym doświadczeniem, postanowiła przeczekać. Pośpiech zawsze wpędza w kłopoty. Czas leci, życie też i wciąż niesie ze sobą nowe możliwości, okazje, zachwyty. Przymknęła w tym postanowieniu oczy, czując wciąż w nozdrzach tamten cudny zapach i wysiadła przed domem.


— Widzę, że szykujesz się do wyjścia. — Doktora Lucia 17 zajrzała przez otwarte drzwi do sali Begonii 312.

— Tak, muszę wracać do pracy, moje eksperymenty nie mogą mieć zbyt długiej przerwy. Czuję trochę ból, ale do takich przywykłam. Nie będzie mnie rozpraszać.

— Wciąż nie podałaś imion swoich dzieci, musimy je zapisać. A twój mąż nie chce decydować za ciebie.

— No, tak… — Lucia 17 wzdrygnęła się przy „No” w wykonaniu wykształconej kobiety. Uderzyło po uszach. — Nad tym się nie zastanawiałam. Dobrze. Niech będzie Rosa i Azalia, a tym dwóm niech on wybierze. Może być Bez i Mak, ale nie będę naciskać.

— A które komu? — Pod nosem uśmiechnięta Lucia 17 dawała upust akceptacji dla tej kwiatowej rodzinki. Nawet wszak mąż Begonii 312 zwał się Narcyz, choć wołali na niego Narc, ale jego matka twierdziła, że to nie na cześć kwiatka, tylko postaci mitycznej.

— Och, to bez znaczenia. On ma wiedzieć. Ja z nimi zbyt dużego kontaktu mieć nie będę, jestem zaabsorbowana pracą. Mnie dzieci w ogóle nie interesują. Spełniłam swój obowiązek, szczęśliwie dla siebie za jednym zamachem, teraz chcę robić to, do czego zostałam stworzona.

Lucia 17 ani się nie dziwiła, ani odczuć potępienia czy aprobaty w niej nie było. Każda ma prawo decydować o sobie. Poza obowiązkami, które były winne wspólnocie dla jej zachowania i rozwoju, robiły, co chciały, bo tak długo, jak innym nie działa się krzywda, wszystko było dozwolone. Poleciła Begonii 312 zdjęcie koszuli szpitalnej i przebadała ją sanometrem, pobierając też próbkę krwi, którą aparat zanalizował na miejscu.

— W porządku, możesz się ubrać. Masz lekką anemię, ale to normalne po porodzie. Nim wyjdziesz, zaaplikujemy ci odpowiednią dawkę ironiny, aby problem rozwiązać. Z mojej strony też masz pozwolenie na opuszczenie szpitala.

Begonia 312 ucieszyła się wyraźnie, choć nie należała do zbyt wylewnych. Łóżko szpitalne tak już jej doskwierało, że wariowała prawie i gotowa była natychmiast się ubrać, by biegiem opuścić szpital. Procedury chwilę jednak trwały, siedziała więc na łóżku już w prywatnym ubraniu, patrząc bezmyślnie za okno, gdzie na pobliskim deptaku, wysadzanym krzewami i kwieciem, sztucznym wprawdzie, ale dla nich pięknym i wartościowym, dającym namiastkę zaspokajania atawistycznych potrzeb, spacerowały różne postaci. A to dwie panny nastoletnie, trzymając się za ręce, opowiadały coś sobie na zmianę, śmiejąc się głośno raz po raz; a to ojciec jakiś w kolorowej sukni prowadził równie wystrojonego syna na plac zabaw, dostępny chłopcom tylko o tej porze, gdy dziewczynki były w szkole lub pod opieką pedagog wczesnych. Później zaroi się od piskliwych stworzeń różnej maści, które łączyło tylko jedno: płeć uprzywilejowana; a to starsza pani, sunąca wolno, dostojnie, niejednokrotnie podpierająca się laseczką, bardziej ozdobie służącą niż funkcji; a to wreszcie grupa wystraszonych chłopców z bidula, prowadzona przez apodyktyczną wychowawczynię do sali balowej na lekcje tańca. I nagle jedna postać zatrzymała się gwałtownie, wypełniając sobą niemal całe okno, spadła z nieba. Begonia 312 przez moment nie bardzo wiedziała, co się stało, wciąż usiłując podświadomie wpasować ową postać w grono spacerowiczów deptaka, aż usłyszała wrzask za plecami i otrzeźwiała. Teraz dopiero zauważyła sznur owinięty wokół szyi wiszącej postaci, zasinienie jej twarzy i język wywalony na całą długość, żeby nie wspomnieć o wybałuszonych, rybich oczach. Natychmiast odezwał się ogólny, komunikując o ustawaniu funkcji życiowych, wzywając służby i nakazując wszystkim w szpitalu i jego okolicy pozostanie na miejscu i całkowity bezruch.


Prawa do Leonory 17:

Tak, to może być prawda. Jednak przecież wciąż pojawiają się nowe interesujące osoby, czyż nie?


Komisara Marina 8 miała nadzieję na wieczór w domu, ale znów wydarzyło się coś, co bez wątpienia tej atrakcji ją pozbawi. Siedziała przy biurku naburmuszona, bez ruchu, zła, że prawa, zamiast jej pomagać, robi jakieś niepotrzebne wymiany myśli z osobą, która niczego w postrzeganiu ostatnich wypadków nie zmieni. I co tu napisać we wstępnym raporcie? Denatka osiemnastu lat jeszcze nie skończyła, więc opinia publiczna będzie chciała wiedzieć, co zawiodło: system, rodzice czy inny czynnik, oczywiście pod warunkiem, że to naprawdę było samobójstwo.

Mira 25, najstarsza wnuczka Stelli 25, miała w tym roku kończyć szkołę, ale nie bardzo garnęła się do dalszej nauki. Mając jednak matkę na stanowisku i bogatą babkę burdelmamę, nie obawiała się niedoboru racji, tym bardziej, że Stella 25 coś jej obiecała. Nikomu o tym nie mówiła. Chodziła tylko pełna zadowolenia i pewności siebie, często spędzając czas w babcinym przybytku uciechy. Tajemnica wyjaśniła się na otwarciu testamentu. Otóż Stella 25 cały swój majątek zapisała najstarszej wnuczce Mirze 25, ją ustanawiając nową burdelmamą.

Komisara nie sądziła, że ten fakt tak zabolał Mirę 25, iż zmusił ją do samobójstwa, by hańby uniknąć. Musiałaby być niespełna rozumu, a — choć niezbyt chętna do nauki — kretynką nie była. Co zatem tam się stało, na dachu szpitalnym, gdzie znaleźli przywiązany do wentylacji sznur i kilka petów marihuany?

— Pamiętasz może, czy w szkole uczyli nas, skąd właściwie mamy dostęp do środków odurzających? Przecież nikt tego tu nie uprawia. Ani nie produkuje.

— Po co mają o tym w szkole uczyć? — Prawa spojrzałaby pewnie w ogromnym zdziwieniu na komisarę, gdyby to było możliwe. — Przecież każdy wie, że wyselekcjonowani farmaceuci zajmują się tym w laboratorium za miastem, dostarczając do budżetu swoimi produktami, a raczej racjami od ich nabywców, sześćdziesiąt procent wspólnych dochodów. Jako komisara powinnaś to wiedzieć.

— Tak, racja… — Odburknęła. — Myślałam o czym innym i mnie zaćmiło.

— Co cię tak zaabsorbowało?

— Domyślanie się kto teraz, skoro spadkobierca testamentowa nie żyje, przejmie burdel i resztę majątku Stelli 25. Kto miał interes w tym, by Mira 25 usunęła się z drogi. Kto wreszcie chce to wszystko dla siebie. Bo skoro już wcześniej wykluczyłam jej córki, to teraz co — mam się babrać w poszukiwaniach winnej pośród ilu — czternastu? szesnastu? — wnuczek naszej słynnej burdelmamy? Mogłabyś przestać zajmować się swoimi bzdetami, z których żadnego profitu nie ma i pomóc mi w skupieniu na rozwiązywaniu tych bezsensownych zagadek.

— Ja bym nikogo nie wykluczała. — Prawa pominęła milczeniem ostatnią sugestię. Kiedy ma zarabiać, jak komisara wciąż teraz nad czymś ślęczy i końca nie widać? — Wykształcone czy nie, racje wezmą wszystkie.

— A burdel?

— To też jest dochód. Ogromny.

— Sam z siebie jednak nie powstanie. Burdelem trzeba się zajmować, praktycznie całą dobę, żeby go przyniósł.

— Wiesz, takie gdybanie do niczego nie prowadzi.

— Wiem. Nie mam jednak żadnego punktu zaczepienia.

— Najlepiej załóż, że Mira 25 sama sobie tę pętlę na szyi zacisnęła i zajmij się jej babką. Przecież to nie jest wykluczone.

— Teoretycznie nie. Gdyby jednak znaleźć choć maleńki powód, dla którego życie kwitnącej nastolatce, z perspektywą jeszcze większego dobrobytu, zbrzydło, jeszcze bardziej byłoby prawdopodobne. Ja nie mam pojęcia.

— Właśnie.

— Co — właśnie?

— Nic nie jest bezgraniczne, wszystko się wyczerpuje. Może Mirze 25 właśnie się skończył zasób sił witalnych? Przecież to nie wiek o tym decyduje.

— Czyli co? Znów czekamy na opinie koronery?

— Znów.

— O, patrz, o wilku mowa. Przekaz od naszej rzeźniczki.

Komisara natychmiast go otworzyła. Widniała w nim, oprócz szczegółowego raportu sekcji zwłok, także informacja, że Izydoria 222 miała stłuczoną lewą skroń i to była przyczyna zgonu. Obrzęk mózgu. Podczas lotu już nie żyła.

Ręce komisary opadły. Czyli ktoś jej pomógł. Trzeba rozpocząć śledztwo, nie ma wyjścia. Tymczasem jednak wstała i przywołała wozolot.

— Trzeba wreszcie pogadać z Lucią 17, nim znów odwoła spotkanie z powodu nagłego wezwania do szpitala.

Leonora 17 do prawej:

Każda biblioteka ma ograniczone zasoby.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 57.27