E-book
1.37
drukowana A5
32.1
drukowana A5
Kolorowa
61.69
Piotr zapytał

Bezpłatny fragment - Piotr zapytał

1997 - 2012


Objętość:
200 str.
ISBN:
978-83-8126-780-9
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 32.1
drukowana A5
Kolorowa
za 61.69

Kotwice na wichry epoki

Mdlący zapach kotwic wydobytych z mułu stulecia,

na dnie pozostały czaszki bohaterów,

po tamtej stronie epoki ich losy.

Morze wyrzuciło kolor nieba,

niepotrzebny wrak statku

z napisem „MS Zemsta” na burcie

i posągiem pogańskiej bogini wojny na pokładzie

oraz zardzewiałego kapitana z wąsem sumiastym.

Te kotwice historii na wichry epoki,

całe w glonach i omułkach,

stały się symbolem walki o suwerenność

każdego człowieka morza wolności.


Marnie się czułem

Towarzyszyłeś mi w ciemnej kaplicy

pod betonowym baldachimem

postmodernistycznej śmierci.

W ciemności przed Twoim Boskim Sercem

wpatrywałem się modlitwą w siebie,

we własną marność — cóż za pokuta —

marnie, marnie się czułem.

Pokrzepiony prywatnym rozrzewnieniem,

podbudowany stabilnym głazem miłosierdzia

wydobytym z sumienia i wiary,

wziąłem na siebie ten przeciążony grzechami kościół

i całą jego historię.

Cały czas czułem na sobie Twój wzrok,

tak jak kiedyś znów trzymałeś mnie za rękę

przez czterdzieści lat na Górze Tabor

w tym właśnie kościele.

Z tyłu na chórze rozległy się kroki,

ktoś otworzył drzwi, zapalił światło,

zszedł po schodach na dół.

Nagle święty Paweł przeszedł obok mnie,

skinął ręką na mnie.

Powiedziałem: — Marnie się czuję…

Ale powstałem z klęczek,

poszedłem za nim do Afuli.

O modlitwę Jana Kowalskiego

Modlitwą i pracą

wizje się tłumaczą

na język Padołu,

między Indianami na język Manitou,

między jałowcami i kolumnami Edypa

na przesiadywanie w beczkach.

Modlitwą pospołu

jak mnogie zastępy bogatą

w aniołów,

w ludzi,

w zadumanego młodego człowieka,

który musi umrzeć

zaraz.

Pożądania się tłumaczą

w społeczeństwie nastawionym

jak tokarka albo dziennikarz.

Modlitwa dzierżyć może prym

w środkach przekazu nakazów,

w wewnętrznej potrzebie Jana

nie musi zwyciężać Kowalski

pędzący autostradami najszybszym samochodem

na polowanie na dziewczyny.

Gdy modlić się zacznie nie tylko ustami,

spuścić racz, Panie, odrobinę łez

na Padół, ten Padół w czasie deszczu —

niekoniecznie powodzi,

niekoniecznie wichru —

zwykłego dżdżu.

Odrobinę łez

z powodu sąsiedzkiego krzywopatrzenia,

z powodu pomyłki kosmetyczki.

Odrodzi się prawdziwa modlitwa wówczas

w każdym Janie Kowalskim —

ja akurat jestem w to

wierzący.


Wino na Poniatowskim

Czemu tego nie powiesz… jemu?

Jego pies tak łasi się do ławy,

lewy tytoń z Bałkanów dał ci

na drogę dzisiaj,

a ty kryjesz przed nim konieczność

wycięcia suchych drzew,

które zasadził w młodości.

Skuteczne korespondencje lotnicze

są pierwowzorem demokracji,

kulawa czereśnia spadła z dinozaura,

ale na szczęście to nie był

jego dinozaur.

Jaki chleb, jaki schab, jaki joker?

Przeplatane psy, przeplatane powroty,

przeplatane wszystko.

No, czemu, czemu, no, czemu?

Szmaty, butelki i tektura — temu!

Polak buduje sobie dom,

a niech te żółwie Madagaskaru

wreszcie dojdą do imperium.

Ural — jaki Ural?

Zimno — jakie zimno?

Następna rewolucja Pana Miszki zwali

już wszystkie cokoły

i wreszcie skończy nieopłacalną

produkcję suszu i korków z czereśni.

Zgrzebne banki w paski niebiesko-zielone,

kłusownicy eksportujący zasady moralne

i wnyki do puszcz pełnych sitowia.

Kierbedź na winie,

wino na Poniatowskim,

luksusowy temat na wieczór w Bydgoszczy.

Zapal już tego papierosa

i idź na spotkanie,

jego otwarcie kiszek nie jest oczekiwane

przez skrzydlatego.

Szatan pytał dziś o duszę słabego,

nie otrzymał jednoznacznej odpowiedzi

ze strony środowiska trucicieli.

Czemu tego wszystkiego nie powiesz… jemu?

Moja dzikość ucieka

Pocałuj tego pająka,

w sieci go odnajdź.

To zaczarowany pająk —

obdarzy cię złotą rybką,

korytem i legitymacją,

gdy zmieni się w wodza z wąsami.

Liny, trakcje, przewody —

muska je jaskółka wiatru,

uciekając od opola do opola,

pospiesznie moja dzikość

nurkuje w lata dziecięce

przerażająco.

Ty nadchodzisz z gór cienia,

chcesz do światła,

nie widzisz sieci,

to i nie boisz się pająka

i jego pułapki.

Tak i nie

Maryja znad brzegu Galilei —

czyż mogła Bogu samemu powiedzieć „nie”?

Chrystus znad brzegu pustyni Judzkiej —

czyż mógł szatanowi powiedzieć „tak”?

Czy ja mogę powiedzieć „tak” lub „nie”

proboszczowi w czarnym jaguarze

pozującemu do zdjęć przy molo w Sopocie?

Gdy stanę na klifie jerozolimskiej świątyni,

przy Jezusie i Maryi,

pomacham mu ręką,

przelatującemu obok nas na skrzydle spadochronu,

by zniknąć za Jordanem

z wykupionym karnetem na sporty ekstremalne.

Na falach

Czuję, że duch kołysze się we mnie

jak mewa na falach.

Wewnętrzne skłonności

zagłębiają się w moje ja

jak grotołaz w jaskinię polską,

duch niespokojny polatuje

i siada na falach,

nurkuje w odmętach,

nawiedza kopalnie podwodne,

bryłę węgla lub soli

albo rybę wydobywa.

Mój duch karmi się

dwutysiącletnią rybą,

żyje prawdziwie to boskie stworzenie

lotne i drapieżne,

udając gołąbka pokoju,

pozwala mi cieszyć się

wodnym światem błyszczącym w słońcu,

za przyczyną samego Boga

rozkołysanym jak ludzkie „jestem”.


Czy zauważę, że jestem w Niebie?

Wybacz, Panie, moją nieufność.

Ty zawsze ulegasz mi,

a ja nie zawsze to zauważam.

Ty zawsze wysłuchujesz moich próśb,

a ja nie zawsze to zauważam.

Wczoraj kotka powiła młode

na moim strychu —

jeszcze ich nie widziałem.

Wczoraj zakwitła jabłoń na mojej działce —

jeszcze w to nie uwierzyłem.

Zmieniły się pory roku,

zmieniły wieki,

nawet tysiąclecia —

wpatrzony cały czas w kalendarz,

nawet tego nie zauważyłem.

Moim marzeniem jest tulić miłość

jak młode kocięta,

wdychać zapach wonnego kwiecia

obcowania z Tobą —

ale czy zauważę to, że jestem

już w Niebie?!

Opuszczone groby

Panie, Twój Grób w Jerozolimie

ponad moim grobem,

ponad grobem ludzkości.

Przenosimy, my, ludzie, swoje groby

w nowe miejsca bitew,

zapełniamy je w nieskończoność

ciałami nieprzyjaciół i ludzi, których kochamy.

Twój Grób, Panie, wciąż ten sam,

jedyny, u stóp Golgoty,

na Miejscu Czaszki Adama.

Twój Grób pusty jak grób Adama,

cała Jerozolima jest cmentarzem

królów, narodów, państw i mitów,

pod jej murami spoczywają

wszyscy herosi od czasów Ewy,

w jej Dolinie Jozafata czekają oni na sąd,

na Twój sąd, Panie, który jesteś stąd.

Którą wykarmiła Kolebka Jezreel

walczącą o trony ludzkość, zrównują groby,

zabijających w imię religii jednoczy ziemia,

która przyjmuje ich prochy jak zbędne kadzidło.

Kiedy nastanie pokój pod tym

wciąż czynnym wulkanem cywilizacji,

wtedy nastąpi pokój na Ziemi.

Ty, schodząc znów z Góry Oliwnej,

wejdziesz przez Złotą Bramę do miasta pokoju,

mijając w szpalerach salutujące groby

i nas, synów człowieczych,

błagających o miłosierdzie,

błagających wreszcie o jedność w Tobie,

rzucających liście palmowe, ścielących płaszcze,

składających dary i kadzących jak zawsze —

mijając w milczeniu.

Czerwony sztandar

Wyrwany z koszmaru tuż przed świtem,

porwałem się na komunę,

po jakiejś pile wchodziłem,

by zerwać czerwony sztandar.

Poraniłem kolana, poraniłem ręce,

sztandar splamiła moja krew

i jak śnieg wybielał,

ale nadal łopotał dla ludzi

bez nadziei.

Słowa wyrwane z kontekstu

Słowa wyrwane z kontekstu

lecą ponad łąką historii,

jak ptaki szybują ponad miastem,

osnuwają jak mgła więzienia, pałace i sądy,

osadzają szronem na chłodnych marmurach pomników.

Słowa wyrwane z kontekstu

wylatują przez okna szpitali,

strzelają jak race z trybun stadionów,

startują jak rakiety z grobowej ciszy cmentarzy.

Słowa wyrwane z kontekstu —

Ratunku! Pomocy!

Kocham sąsiada

Porozumiewam się z moim sąsiadem

wyłącznie za pomocą ulotek wyborczych Krzaklewskiego.

Ja wieszam je na klatce schodowej,

on zdziera i targa to w strzępy,

ja je wieszam codziennie, on je codziennie zrywa.

Wybrałem się wczoraj na wieczorny różaniec,

przed wyjściem zawiesiłem zdjęcie Mariana.

W kościele spotkałem sąsiada,

obok mnie klęczał i modlił się w skupieniu,

gdy wracał po nabożeństwie, znów potargał

ten spłachetek kolorowego kartonu

i rzucił pod moje drzwi.

Domyśliłem się, że bardziej niż diabła

nienawidzi Solidarności i Mariana,

a ja znów rano zawieszę nową ulotkę,

bo kocham sąsiada-katolika, bo chcę go uratować

z lewiatana Kwaśniewskiego paszczy okropnej!


Hieroglify nienawiści

Zachód słońca nad koronami drzew

przypomina mi czerwień wzgórz Galilei,

lecz tam w oddali nie widać jeziora za lasem,

tylko światła Krakowa.

Nad lasem, który oglądam z balkonu,

nie szybują lotniarze jak nad Górą Tabor,

co najwyżej ledwo dostrzegalne

dusze rozstrzelanych przez Niemców —

to one kreślą smugi na niebie jak odrzutowce,

białe krechy układają się w krzyże.

Galilea podzielona dziś pomiędzy Żydów i Arabów,

a moją ziemię najechali przed tygodniem —

tym razem Hunowie z koszalińskiego.

Zadomowili się tu szybko i wrośli w glebę,

spłodzili potomstwo ze Słowinkami,

które wolą żyć niż zostać rozstrzelanymi przez biedę,

które wolą poniżenie niż skazanie na poniewierkę w Saksonii,

przepustkę na sąd ostateczny Słowińców.

Już rośnie następne pokolenie,

które będzie profanować świątynie wolności

i stawiać gontyny przemocy,

a na niebie zobaczymy —

hieroglify społecznej nieufności.

Ameba nad Zachętą

Cień ameby nad Zachętą,

animatorka mieni się jak witraż antykościelny.

Przed ołtarzem całopaleń autorytetów,

ołtarzem na cześć Lenina,

nikczemny cień ameby

wyliniałej, choć podmalowanej,

z kredką na wargach,

z leśnej głuszy,

z Bitwy pod Grunwaldem.

W Muzeum Narodowym Kordian

wymachuje halabardą nad głową afiliantki,

halabarda frunie do wyspy magnetycznej

wyrwana z ręki,

ścina po drodze przypadkowo głowę Lenina,

a wolny kat Jaruzelski przemawia w telewizji

znów w symbolicznym dniu 13 grudnia 2000 roku.

Polska Akademia Nauk zastanawia się

nad wnioskami o tytuły naukowe dla byłych esbeków,

kobiety odmawiają różaniec

pod kinem „Wanda” w Krakowie

przed premierą filmu o wypaczeniach Chrystusa.

Po Jaruzelskim występuje w telewizji wściekła krowa

z loży Propaganda 2 i oskarża Wielki Wschód o skażenie paszy.

Teatralna kłótnia w gronie animatorów,

ameba niepolska stoi w Sukiennicach

na dwóch nogach i na jednej ręce,

wymachuje pawim piórem jak czapką,

śmieje się i rzuca oskarżenia wprost w Kordiana —

oskarżenia przyklejają się do jego twarzy,

on stara się je zdzierać i odrzucać na bok,

jednak bardzo kaleczy tym twarz.

Niespodziewanie Leszczyński klęka

obok Kościuszki na Rynku,

coś szepce mu do ucha.

Animatorka rzuca macewę i meteoryt,

który leci przez historię

i upada do stóp Karola Wojtyły,

nie czyniąc mu krzywdy.

W Kalwarii Zebrzydowskiej

Szatan kusi papieża —

daremnie.

Szatan kusi naród —

nie nada.

Naród kusi młodych artystów —

Bankructwo

Jasne miecze jak rozchlapywana lawa

lecą na miasto,

jak spadające gwiazdy nadlatują grzechy

tego stulecia.

W strzechy i drewniane dachy blokowisk

wbijają się płomienne sople,

deszcz nieczystości i śmierci niewinnych dzieci

uderza w domy i stajenki urzędów,

miasteczka pasterzy pogórskich

dosięgają wyroki spóźnione.

Dzieci widzą koniec świata

swoich rodziców,

dzieci przeżywają sprawiedliwość Opatrzności,

uświęcają się, płonąc w Pompejach Republiki.

Wioskę w skansenie spopiela kara.

Dziś to nie Swarno Chmielnicki ani Ugedej Teleboga,

dziś to nie strzały Amora ani miecz Michała —

dziś to lecące z nieba jak deszcz

pozostałości sowieckich sputników

i stacji kosmicznych,

bankructwo sowietyzmu w sercach

wywołuje ten kataklizm.


Człowiek godzien Matriksa

Znamię rewolucjonisty na czole,

w oczach błysk pioruna,

aura wokół niesamowitości —

oto wielki człowiek Stalin.

Jego imię zna cały świat,

o nim dzieci śpiewają pieśni,

on zna serce człowieka jak nikt —

oto wielki człowiek Stalin.

Wiele uczynił dla ludzkości,

wyzwolił ją z odwiecznych okowów,

pozwolił śmiało popatrzeć w przyszłość,

małym dzieciom darował radość.

I choć działalność dla ludzkości prowadził pod pseudonimem,

możemy odważnie głosić na dachach, że Stalin

„To nasz Wielki Odwieczny Brat!”

godzien Nagrody Nobla,

godzien statuetki Oskara,

godzien statuetki Feliksa,

godzien statuetki Matriksa,

godzien statuetki Urbana,

godzien diamentowej spinki,

godzien czerwonej gwiazdy z szarfą,

godzien szarfy i fartuszka,

godzien młota i sierpa,

godzien młotka i kielni,

godzien ekierki i cyrkla,

godzien Orderu Uśmiechu,

godzien Medalu Drogi Mlecznej,

godzien wszystkich brzęczących medali,

godzien nagrody polityka roku w Europie i Azji,

godzien nagrody Gospodarza Roku,

godzien nagrody Gościa Wyczekiwanego,

godzien nagrody Przedsiębiorcy Miasta i Wsi,

godzien nagrody sołtysa roku,

godzien nagrody kapłana roku,

godzien nagrody strażaka roku gaszącego o zmroku,

godzien nagrody samorządowca tysiąclecia,

godzien nagrody prezydenta tysiąclecia,

godzien nagrody stratega milenium,

godzien nagrody największego przywódcy ludzkości,

godzien nagrody filozofa wszech czasów w całym świecie,

godzien nagrody pisarza wszech czasów Pen Club,

godzien miana największego społecznika,

godzien miana Kosmonauty Uciskanych Zwierząt,

godzien Wielkiej Nagrody Leninowskiej,

godzien Nagrody Rewolucji i Postępu,

godzien Nagrody Kochających Wszelako,

godzien Nagrody Niosącego Światło

i wreszcie

godzien Wielkiej Nagrody Stalina,

i w końcu

godzien Wielkiej Nagrody Węgrzyna.

Moje klaustrofobie

Moje klaustrofobie w dorzeczu Wisły

okazały się cennym balastem.

Opadnięcie na dno Narodu

okazało się cennym doświadczeniem.

Przybyłem nad tamę, z której zrzucono ciało

Księdza Jerzego,

popatrzyłem na błyszczącą wodę rozlaną szeroko,

w której przebywał święty

z workiem kamieni przeszłości u stóp.

Moje serce zapałało wiarą i nadzieją,

ściśnięte serce nie uroniło krwi,

wody mętnej Wisły obmyły moje rany,

które były już tymi samymi

tysiącletnimi ranami Narodu.

Moje klaustrofobie przy ujściu czasów

okazały się cennym balastem,

który pozwolił mi opaść na dno sumienia.

Zaryłem w mule grzechu i rozpaczy

i zobaczyłem zmartwychwstałego Chrystusa

w delcie otchłani kosmosu.

Moje serce zapałało tym samym ogniem Księdza Jerzego,

z syczącej wody wydostałem się jak morska torpeda,

by poszybować do Warszawy parabolicznym lotem tęsknoty,

wyrwany z klatki światowej beznadziei,

znalazłem się w milionowym tłumie na Placu Piłsudskiego

naprzeciw krzyża i stuły — kotwicy narodu.

Moje klaustrofobie upuszczone w piruetach

na Karowej, znowu potoczyły się

w kierunku nadbrzeżnych zarośli, nie wytrzymując

presji niebieskiej kopuły nad bohaterskim miastem.

Wrzuciły w błogosławiony nurt nieśmiertelności

ten sam gejzer znerwicowanej nadziei,

by działał przez pokolenia

jak reaktor — źródło niezniszczalnej energii.

Wiosna wolna w negliżu

Lekki kwietniowy deszczyk

skrapiał czarną dermę

mojej dziurawej tureckiej kurtki,

gdy śledziłem tokujące czajki,

na łączce pośród wzgórz

rozczochrane wierzby

wypalone przez młodych pogan

zamiatały niebo naprędce,

gdy mijałem je, schodząc do ludzkich siedzib.

Skowronki — obywatele wiejscy — dzwoniły na nieszpory,

jeszcze nie w niebie, jeszcze w gałęziach drzew.

Pierwszy żonkil w ornym polu, eksplodujący jak wulkan,

zszokował mnie bardziej niż

skromne mlecze i zawilce na środku błotnistej drogi.

Jasnozielone, przykrótkie listki brzozy,

nieśmiałe nastolatki,

migocąc zalotnie, sprawiły, że odwróciłem wzrok,

wstydząc się patrzeć na wiosnę w negliżu.

Złamałem łodygę zeszłorocznego suchego ostu

raniącego dziewiczość wielkanocnego popołudnia

czystolicej pogórzystości.

Schodząc w oczerety życiodajnej narodowej rzeki,

mając przed sobą komin elektrowni w Połańcu,

musiałem ustąpić drogi motocyklistom

z warkotem wdzierającym się na Yamahach

w ostatni wolny lasek, w ostatni swobodny wąwóz,

w ostatni niepokalany, zawstydzony krajobraz.


Morwa zaczyna szaleć

Wiatr wieje,

leszczyna rozpędza się,

morwa zaczyna szaleć.

Zmierzwione witki wierzby

układają się w portrety

z okładek winylowych płyt,

moja głowa zmęczona porannym bólem

napina się od tęsknoty,

tężeje jak cięciwa łuku refleksyjnego

zatrzymana dla światowej energii

strzały miłosnej,

nakierowanej w kosmos.

W wietrze budzą się rude samochody

terkoczące jak cietrzewie i klekoczące jak bociany,

ostatnie z epoki przedpoduszkowej.

Ryby i pluszcze w chmurach,

pierwsi górale przytupują pod sklepami,

tam, gdzie krzątają się jeszcze

roratni sprzątacze i księża.

Blady księżyc rozpływa się

nad stropami blokowiska

w chmurze gołębi,

puszczyk na kominie piekarni

wydaje ostatni ostrzegawczy pisk,

robotnicze myszy uciekają gdzie mąka nie rośnie,

zanim słońce wstanie,

wiatr wyczesze skwer z papierków po cukierkach

i pozrywa z drzwi wyborcze plakaty nienawiści,

morwa się znów zazieleni w październiku,

a moja głowa powróci od morwy do normy

nad gazetą z artykułami o wschodach słońc

na obcych planetach.

Między cierniami

Nastała światłość świata,

widzę lilię między cierniami,

w okolicach miasteczka pasterskiego,

w drodze na szczyt

pozostawiam smolne szczapy, drogowskazy

na swojej ścieżce nadpalonej

jak wątpiące serce.

Pan jest w gorejącym krzaku ciernistym,

widzę obok rozradowaną twarz dziecka

żebrzącego na ulicy miasta,

które buduje pierwszą linię metra.

Jeśli Pan nie powoła,

któż zdoła dojść na szczyt —

jaki budowniczy, jaki pasterz.

A to dziecko jest już na szczycie.

Myślenie tobą

Myślenie tobą,

nacinanie brzozowej kory,

skanowanie płócien Renoira,

ale tylko do miejsc niezabliźnionej wilgoci,

zwijanie na przekrwionym kciuku

prężącego się żagla

z tkaniny twego biodra nazbyt spierzchłej,

z łuszczącą się farbą.

Zabłąkany w tobie

w dźwięcznym mrowisku grudek

na odwrocie łydki,

zwiany z suchą watą przesilenia,

dostrzegalny w listopadach świateł,

wzbierający w sypką łachę

przyśnionego tobie mojego ciała.

Oboje powtórzeni w sobowtórach naszych ust —

niepowtarzalni,

wydobyci z ciepłych kropel snu —

niedocieczeni.

Przygarnięci w popielatej żywej wnęce —

czasu? Siebie? Snu?

Ogarniający wnękę w perspektywie

czasu–siebie–snu!

Pejzażu serca zawerniksowanego już.

Feniks

Z niebios doleciał

na czas

i zamknął mi usta,

płomieniem sparzył język.

Wcześniej

westchnąłem ogniem

i zamilkłem,

męki spadły na moje

trzewia

i właśnie wtedy,

w zupełnej ciszy,

Feniks wzbił się

na skrzydłach duszy

i poszybował we wnętrzu

ciała

jak w kosmicznej przestrzeni

kryształu wszechświata

do celu

mojego życia

uwitego na skale litej.

Dotarł

na czas zwątpienia,

ognisty język spoczął na mnie

w ostatniej chwili.


Ostrowy serc połączone mostem łaski

(Wszechczasowe, wszechprzestrzenne pary ostrowów wieczornych).

Dwie odnogi rzeki padające sobie co pewien czas w objęcia

na pożegnanie, na powitanie, na pożegnanie.

Dwie wielkie stopy Sokratesa smagane wilgotnym wiatrem,

pomalowane czerwonym sprayem przez prawnuków Bolesława.

Dwie zasuszone gałązki jemioły przywiązane do zielonego przęsła mostu Tumskiego,

kołyszące się w takt kroków zakochanych wchodzących na most.

Święty Jan Chrzciciel oblewający wodą z muszelki

beanki uczuć niespotykanych,

naprzeciw świętej nastoletniej Królowej rozdającej

indeksy, certyfikaty i dyplomy,

mężczyznom dzielącym wiek umysłowy przez wiek życia.

Ojciec grający na flecie pastuszka

obok swej córki wystukującej rytm na bębenku dawidowym,

przycupnięci na ławeczce przy nadbrzeżnej alejce.

Narzeczeni kręcący się jak bąk w kajaku na środku rzeki.

Siwobrody staruszek z gitarą w ciemnych okularach grający „Barkę”.

Czarnobrody zdezintegrowany aktor bez spadochronu,

za to w czarnej pelerynie,

przy fontannie Nepomucena uczący się roli na głos.

Zakonnice niemymi ustami szepczące rozgrzeszenia

wystraszonym kochankom wieszającym kolejną kłódkę na moście.

Transkrypcje Segovii dźwigające na sobie strofy Szekspira

ponad głowami spacerujących katedralnym traktem Bolesławowem.

Dwa rzędy nadbrzeżnych latarni

nurkujących za swoim światłem w ciemnobrązowej rzece.

Dwaj chłopcy na drugim brzegu rzeki

spotykający się na muzealnej górce,

by rzucać gałęzie akacji do aportowania swoim psom.

Dwa łabędzie z pokrzykiem tęsknoty

przelatujące szybko nad wyspami.

Pięknie uformowany cisowy krzak w biskupim ogrodzie

i dziecięca czapeczka z włóczki kiwająca się na jego gałązkach

w rytm zielono iglastych podrygiwań.

Para młoda klęcząca w katedrze

przed świętym Janem Pawłem II udzielającym im ślubu

w kolorowych zonach witraży przepuszczających światło Wschodu

w kierunku kaplic i ołtarzy Zachodu.

Polski latarnik i latarnie gazowe

ze swym mistycznym światłem historii kluszczanej.

Wieże katedry smagane elektrycznością,

pulsujące jak atomowy reaktor,

katedry szykującej się do startu w ciemnogranatowe przestworza.

Załzawione, lekko zmrużone okna Uniwersytetu, prawie z iskierkami łez

podglądające stado kaczek przy kolacji na środku Odry,

szykujących się powoli do chybotliwego snu

na przewalających się, szumiących skibach.

Rzeczna toń dziewiczego falowania,

w której zagłębiają się świetliste słupy miasta.

Księżyc pod rękę z gwiazdą wieczorną pojawiający się nagle

jak przypomnienie żłóbka, jak wspomnienie Orientu, kolebki ludzi i ptaków,

sprawiające, że oczy świętych na nieruchomych cokołach

zwracają się nagle w jednym kierunku,

a ich spojrzenia otulają mężczyznę i kobietę

dotykających w tej czarownej chwili swoich bladych dłoni.

Dwa anioły pląsające na ceglanym murze łączącym

taflę wody z ławeczką w biskupim ogrodzie.

Dwie gotyckie dusze zachwycone sobą,

przelewające się powoli do jednego kielicha wspólnego życia

oraz

cienie poetów i rzemieślników

nawiedzających od tysiąca lat kamienne zaułki

ciągle żywej tumskiej starówki,

wyłaniających się z jej duchowego światła

jak nowo zrodzone nadzieje.


Ty i ja

Feniks górnych dróg powietrznych

sfrunął wieczorem w centrum

elektrycznych spraw wirtualnego megamiasta,

rozsypał iskry, a płomienie

pognały za jego zamiatającym ogonem.

W oknach domów

i na szklanych taflach wieżowców

zatańczyły pomarańczowe wstążeczki,

ruch serc i umysłów zamarł na ulicach,

zatrzymały się w locie pojazdy powietrzne,

twarze milionów zastygły.

Tylko ty i ja

szliśmy wciąż przed siebie

z odległych dzielnic

w kamiennej metropolii zatrzymanego czasu.

Feniks w kolejnym nawrocie

przeleciał tuż nad naszymi głowami,

gdy wyszliśmy na główną ulicę,

zobaczyliśmy wreszcie siebie z daleka —

z płomieniami we włosach,

z rozpalonymi oczami, idących jak roboty.

Zaczęliśmy biec do siebie,

miasto rozsypało się w popiół,

gdy padliśmy sobie w ramiona,

zapachniało akantem i mirrą.

Transcendentny kwiat

Transcendentny kwiat

zakwitł w świętojańską noc

pod jasnymi gwiazdami,

nagimi symbolami czasu.

Kwiat rozwinął pierwszy różany płatek —

czerwony — nostalgii i wspomnień.

Potem wzrósł drugi różany płatek —

żółty — pragnienia i rozdarcia.

Wreszcie pojawił się trzeci różany płatek —

purpurowy — podróży i namiętności.

Po chwili uniósł się w górę

płatek pachnącej lilii —

kremowobiały — prawdy i dziewictwa.

Za nim rozchyliły się nieśmiało dwa jęzorki lilii górskiej —

pomarańczowe, cętkowane — emocji i pieszczoty,

a wówczas począł wysuwać czubek noska

płatek lilii pachnącej jak cały Orient —

złoty — poznania i odnalezienia.

Z dna kwiatu w końcu wychynęło

wiele delikatnych płatków niezapominajek i bławatów —

niebieskich szalenie — jak podróż w górę zmartwychwstałej miłości,

by w końcu ukazać się mogły skłębione fale morskie

płatków najrzadszych ziemskich orchidei —

we wszystkich kryształowych kolorach tęczy —

tęsknot, oddania i zjednoczenia.

Kwiat transcendentny zachwyca,

kwiat transcendencji pachnie,

kwiat miłości odwiecznej

oddanej ludziom,

nieupadłej pomimo grzechu,

na zawsze w nim zaklętej jak absolut,

wciąż się rozwija,

wciąż rodzi nowe kształty, kolory i zapachy,

gdy zakochani prawdziwi poza czasem

patrzą sobie w oczy

w kolejną świętojańską noc.

Bicie serca

Mój anioł zwiastowania podpowiedział —

popatrz w te dwa nieba,

to twoje przeznaczenie.

Popatrzyłem, a potem

do jej ust moje usta zbliżyłem,

potem pocałowałem delikatnie w szyję,

musnąłem językiem guziczki mleczne,

by rozkosznie przylgnąć do białego łona,

i usłyszałem bicie serca

syna człowieczego.

Kompleta

Rozchwiane serce,

stary, zdezelowany rower,

rozkołysane serce łkające

jak pęknięty ze spiżu dzwon,

kościółek na wzgórzu z dziurawym dachem,

po którego zmurszałych ścianach

płyną strugi jesiennego deszczu,

jedyne serce ikoną świecącą w prezbiterium.

Ktoś klęczy,

ktoś pozostawił rower

pod drewnianym parkanem —

to staruszka przyjechała

z zapadłej wioski

w deszczu rozpaczy,

w błocie samotności.

Wezwana na nieszpory

z ruin swego wdowiego,

postsowieckiego życia

na ostatnią kompletę.

Ktoś powiedział

Ktoś powiedział —

wzgórza nieutulonego żalu,

delikatności, której

nie dotknęło wschodzące słońce obłudy,

nie spiekło zachodzące słońce zwątpienia.

Ktoś powiedział —

piramidy radości

kryjące szczątki ziemskich ograniczeń.

Dotknąłem twych piersi

opuszkami palców, wilgotnym językiem,

musnąłem łaskoczącymi rzęsami

bladoróżowe, drżące kuleczki życia,

wtedy nad doliną utulenia

zapłonęła tęcza naszej jedności.

My, wpatrzeni, zachwyceni,

przesunęliśmy spojrzenia w górę,

w zenicie odkryliśmy nasze oczy

oddane sobie na zawsze,

wpatrzone w siebie odwiecznie.

Ktoś powiedział —

to tylko zakochani nieśmiertelni,

lecz nie żałujmy im szczęścia.

Lorelei dzwoni do mnie co rano

Lorelei dzwoni do mnie co rano

ze swojej skały na Renie,

ja odbieram te telefony

za każdym razem w innym miejscu —

a to na Krywaniu Baców i Janosików,

a to w Grocie Króla Gór,

a to znów na statku Waza,

a to w karawanie do Petry.

Gdy właśnie byłem na kosmicznej stacji Alfa,

dostałem MMS-a wstrząsającego —

zobaczyłem ją, jak szlocha

nad przepaścią pośród burzy,

a jej włosy jak warkocze wszystkich komet

wplątane są we wzburzone fale rzeki.

Zamarłem z przerażenia.

Natychmiast zrobiłem słodką fotkę

z wiatrem słonecznym nadlatującym

od strony supernowej królów

i spróbowałem wysłać ją

mojej nagiej, drżącej Lorelei.

Nie udawało mi się to,

traciłem wciąż zasięg,

przelatując nad Syberią i Workutą.

W sumie to dobrze się stało,

jak się okazało po chwili —

na mojej fotce była jakaś kometa,

która w powiększeniu jawiła się

ogromną bryłą lodu,

a jej warkocz śniegiem białym.

Na ciemnej stronie komety

widniał wielki czerwony symbol —

skrzyżowany sierp i młot oraz broda starca.

Zasnąłem przy próbie skasowania foty,

telefon wypadł mi z rąk,

a potem z Alfy gdzieś nad Donem

poleciał ku ziemi pomimo braku grawitacji.

Przestraszony, wyciągnąłem moją

kilometrową rękę jak manipulator,

nie zdążyłem go złapać —

zniknął w atmosferze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 32.1
drukowana A5
Kolorowa
za 61.69