E-book
1.37
drukowana A5
46.78
drukowana A5
Kolorowa
77.65
Piotr zatonął

Bezpłatny fragment - Piotr zatonął

1990 - 1994


Objętość:
357 str.
ISBN:
978-83-8189-328-2
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 46.78
drukowana A5
Kolorowa
za 77.65

Mary na pogrzeb

Wiśnia płacze we wnętrzu czarnego,

z bielą chce mieć coś wspólnego,

jest koniec zimy — czas najwyższy —

moje bieguny tamtego dnia i tej nocy,

naiwnością zaindukowane, zwarły się jednak,

klucz w serce się wsunął,

pierwszy wiek, pierwszy wiek,

kolejna zagadkowa zima i noc,

w kolorach dzwoni bielą,

we wnętrzu czerni zapach

jak grzebanie mar,

jak topienie marzanny,

jest piątkowy wieczór niewolniczej śmierci —

choćby i tysiąc koni, złotych rydwanów,

piór rajskich ptaków i kobiet

na śmierć satrapy —

nic to,

ta jedna gorzka śmierć najpotrzebniejsza,

już idziemy kwitnącym sadem,

już wchodzimy w młode, zielone zboże,

przekraczamy płytką rzekę,

pniemy się na wzgórza otaczające miasto,

niesiemy mary na pogrzeb,

każde miasto ma swoją winnicę lub sad,

każde miasto ma władcę, którego

chciałoby zrzucić ze skały

jak demona ze snów,

każde miasto otaczają wzgórza śmierci,

w każdej rodzinie przyczaił się lęk

pod kaloryferem w sypialni,

o drugiej w nocy na liściu figowca

zapiszczało tysiąc diabłów,

mary na pogrzeb wynosi w płaczu

noworodek,

wiśnia płacze we wnętrzu czarnego,

wrasta w drugi wiek, drugi wiek bieli.

Trzyrękie dziecko

Jak jestem stary, pisząc w łóżku nocą?

Jestem stary jak polskie pytanie — kiedyż?

Kruszwica w chmurach znika jak legenda,

hula-hop amerykańskiej historii Europy wiruje,

słychać tryl skowronka w wielu punktach obrazu,

malarskie chmury na berecie mojego dziadka,

powojenna walka ojca z biedą,

ojciec kupił starą skodę za te polskie dwa tysiące

i odwiedził Myczkowce za mgłą,

pokrzywy na księżycu jawią się jak łan żyta,

skowronek w słonecznej wizji jak Mona Lisa —

jego stójka w błękicie rzuca cień nawet na księżyc —

Egipcjanie jadą do Lwowa po sfinksy,

taborami rydwanów ciągną zbrojni,

lwowianie jadą do Syrii po ikony,

pokrzywy antysemickie na głowie Gomułki,

harapucie antyrobotnicze na głowie Gierka,

kobieca dłoń na czole Gabriela,

leśne skrzaty oddają komitety biedronek mrówkom,

Lukullus stoi na ziemi weselników wiejskich,

wierzby z koszatką na dłoni w ukłonach przed nim,

stare jary polskie od Dyneburga po Drezno pełne husarii,

łuczywo socjalne zaczyna kopcić na głowie Jaruzela,

już zawarta unia Tarnowa z Dubrownikiem,

jagły wysłano na wozach ciężkich, wielozaprzęgowych,

one, wyzwoliciele, ciągną na pstrowski Kraków, Panie!

Śnieg pokrywa lód na brodach — przejadą.

Do Księżyca przybywa Trismegistos,

do Ameryki Trygław,

do Polski dojrzałe dziecko wolności trzyrękie.

Trzyosobowe.

Potwór z bagien

Floryda przyjmuje do garażu szlam,

potwór z bagien zdobywa nadzieję zbuntowanych,

błotne gejzery eksplodują w klubach i gardłach,

beczki smoły kryją sztandary,

kolory tortur wracają do łask,

bardzo szybko stanął w miejscu dzień

w Berlinie, wryty w żużel,

czarny jego oddech rozedrgany w końcu,

masz tę czarną chmurę po latach

na taśmach wielu,

stroje przydały się ślimakom na pustyni,

nie zniszczyły wszystkiego

w wieku swoich strojów,

historii zaprzęgu Thora,

te dzieci — od hut do kopalń —

inteligentne — od walcowni do elektrowni —

w koszulkach przodowników z młotami gitar,

sam chciałeś czerni, możesz nie bać się raka,

węża, aligatora Florydy,

pająka możesz zignorować,

smaczne, cyniczne, brodate stwory wygrywają pozory,

niesmaczne, delikatne dzieci wygrywają racje,

sekstans morza wyczerpuje znamiona udręki,

słynny kozioł, niespieszny, zeskoczył z wieży,

zaskoczył uśpione społeczeństwo,

wiara od święta to za mało —

potrzebne są też elektrowstrząsy dla białych wiernych,

czerwoni wierni są ekscentrycznie bezpieczni —

lampy na molo rzucają mocne strumienie światła

odpychające fale pełzających nowiów,

metalowe morze cofa się do podwodnej groty,

czarny pozostaje na molo sam

na sam z ludzkim szlamem.

Sierpy wbite w młoty

Nagle w mózgu wylęgła się mysz,

stanęła na stole, na tym pojezierzu zieleni,

rozglądnęła się, krzyknęła,

urodziła górę, i to wszystko.

Nagle w mózgu błysnęła jutrzenka,

barykady na ulicach Paryża rozstąpiły się,

z księżyca spadła mroczna skorupa,

na orbitach krąży wokół jasny sen,

wewnątrz snu chciałeś spłonąć jak wielkie miasta,

koniec epoki zaskoczył wszystkie czołgi świata

w trasie, na górach stalowych śnieg zrobił pianę

ze zbędnych cząstek materii i wybielały,

ogłupiali ludzie wspięli się na szczyt wieku —

tak, tak, słów ogrom w tym worze prezentów.

Stalowy, stary Mikołaj dźwiga go, drepcząc wokół pałacu,

trzydzieste koło jerychońskiej trąby,

małe kwiatki z sadzy cieszą uszy, a w oczach łzy,

zrodzone myszy w kominach rozpaczy,

nad ciemnym, granatowym jeziorem

zachodzi lepsza wizja Zachodu,

inteligencję pożerają krwiożercze koty,

krew się leje, pozostają idei szkielety —

mała, duszna wielkowizja wielkopaństwa —

chciałeś iść doliną żółtą,

przeskoczyłeś zwalone drzewo,

dziewczyna wybiegła nad brzeg,

rzeka wskoczyła w jej pierś,

stal popłynęła doliną kowali,

mały zimorodek oskubany przez wiosnę

usiadł na dźwigu epoki,

hitlerowski sentyment do młodych Prusaków

wywołał torsje oczekiwane na scenie

w Kontrakcie Wschodnim Gogola,

samemu ciężko wykuć jest juckich wojowników,

unoszących Anglię ku naftowym toniom,

tylko z plasteliny przemocy,

znak wojny na niebie to nie wszystko,

trawa też bywa na niebie

razem ze śladami wymiocin,

skuliłeś się w myszy na dnie nocy,

przyczaiłeś się w wentylacyjnym przewodzie,

skąd przyjdzie pomoc gazowa,

zanim powiesz — wiecha, platyna, spinacz —

świeci to wszystko,

elektrownia dla huty pracuje,

młoty uderzają, lecą iskry z krajobrazu,

o piekle nie ma mowy,

czyścimy zęby Leninem,

czkamy Stalinem,

na skróty idą krasnale w hełmach

przez zatrutą rzekę,

za sprawiedliwością pędzi husaria,

spada koń Macedończyka,

spada na cztery gąsienice,

sierpy wbite w młoty w końcu.

Światło runęło na groby

Światło runęło na groby

na Pęksowym Brzyzku,

muszę dotrzeć do Tatr,

uderzyć w skałę

i utoczyć krwi uprzedniej, następnej,

muszę się ukorzyć

przed ołtarzem matek i sióstr

przywiązanych sznurami do dębów,

delikatnie —

na halach narodzin —

światło wypłynęło z ust dziecka,

w klasztorze, w Starym Sączu,

muszę z osobistych kart wyjąć

zasuszony kwiat plemiennej goryczki,

jak jeż jest w oku

Cedynia nad Bugiem —

cóż, nie można jej wsunąć na rękę,

cóż, nie można ręki uzbroić kuszą,

cóż, Kantor, banita w Opolu —

to więcej niż Głogów różowy,

oblężony przez rzymskiego cesarza…

Cip, cip — wołała zwyczajna kura,

a nie gęś kapitolińska,

na tego gbura,

a jak junak, jak Jah, jak jet

przyjechał z Pomorza Bolesław,

a jak osiołek, z Poznania do Egiptu,

niósł Jezusa Barbarossa na sobie,

dzisiaj ja niosę polską kolebkę

aż pod Baranią Górę,

potem pod Babią,

a jak gazda

otworzę strążyską Siczawę zwycięstwa,

by runęło światło od krzyża.

Platon Ojczyzna

Mówię po raz drugi,

nie będę szydził z życia —

tym bardziej teraz,

gdy narodził się drugi Platon Ojczyzna —

zakrzyknę tylko zachwytem jak orlik

i niech step odpowie mi echem,

westchnieniem ziemi,

na moje wołanie wśród nocy,

step miłości niech zaszumi,

pijany patriotyzm otrzeźwieje.

Mówię po raz trzeci,

tam w głębinach nocy

czyha bezszelestny morderca,

wsadziliśmy go w tę noc,

by mógł polować na zło

na drogach Platona —

puchacz łzawy na głupców jawy.

Bracia rewolucjoniści

W swoich ciemnych „ale”

nurzam się w zieloność

i jak kłódka wiszę nad przepaścią —

jak jakiś Czatyrdah

albo łupina syna ósmego Lameka —

rewolucję z otchłani białych wód

wyrzucam jak pocisk

ociekający wodą z płonącym ogonem,

panią rewolucję, cygarniczkę ciał,

w moich snach,

w paryskiej mansardzie emigranci,

słuchając ćwierkania słowiańskiego wróbla,

który wrócił z wojny tureckiej,

stawiali na kogokolwiek z młotem i ogniem,

strony w jego wnętrzu,

wschody od ogona,

słońce jak słońce, jak to w dziobie,

ale ewolucja, ale

wejdzie, nadchodzi z Kleparza Aten

po schodkach do rakiety, tam

gdzie czerni zieloność stojąca,

w Uhercach, w Zambii, w Magadanie

nad polowaniem zawisł w skoku kuguar drapieżny,

w kolejowym płaszczu, z torbą dżinsową,

w stenogramach sejmowych

nurzam się w zieloność,

jestem wreszcie pionowym Polakiem,

w horyzoncie Syberii ujętym —

jak Sieroszewski, jak Słowacki —

miażdżę ją swoją dumą,

piszą w ruskich kronikach,

że zbrodniarz to niewinne dziecię,

boję się tego zbyt licznego przedszkola,

Dostojewskiego

brodą wskazuje i zasłania nas

kwaśny jak pigwa czas,

z ich pulsującego „bracia”

Giaur wypada na galopującym koniu,

tęsknota wiedzie go na Wschód

po dzikość traktu,

jego twarz to twarz trupa zemsty,

końska słonina trzęsie się pod nim,

jego oczy to oczy smoka mnicha,

klucz żurawi przeciąga nad nim,

by zniknąć w słońcu Ur,

zębaty przywódca gryzie wąsa,

ale własnego,

czasy inne,

fajkę wkłada między wargi inny wódz,

światło pada na płytę gazety,

klucz intencji w swą dziurkę kłódki je wpuszcza,

światło stuknęło w mechanizmie,

światło, ale konie Dzieduszyckiego

z placu Pigalle wypędzone

nie zatrzymały się w Gdańsku,

minęły Warszawę, pognane na południe

z czarczafami na pyskach mokrych od łez,

nie zginęły w Lasach Bieszczadzkich

przez bandy rozproszone,

ale by słuchać śpiewu siekiery

demokracji pańskiej,

rozbiegły się po Europie

z błyskiem sumeryjskiej wolności w oku.

Kuźnia małych, spiralnych westchnień

W jakich skałach spotykam ten dzień,

nawet wykrakać się nie chce zachęty,

by potem poprawić błąd,

kuźnia małych, spiralnych westchnień

(opisana jest w podręczniku abstrakcyjnego malarstwa)

nad rzeką ciemności —

o trzeciej nad ranem stanąłeś nad nią

i ciskasz w nią kamienie,

ślimak kołysze się na listku nieopodal,

krzak wypływa na powierzchnię wody jak ryba,

do kaskad wiślanych zbliża się sen,

z kopalni wychodzą spiralne krasnale,

jaki piękny jest syberyjski las we mgle…

Sza! To enkawudzista, to nie krasnal!

W trudzie budujesz rzekę wspomnień,

w trudzie budujesz kamień węgielny,

w obłędzie budujesz sen historii,

stygmaty na wierzbach, ojcowskie serce,

ptaszek letni, twoja twarz, cały ty,

wielkie przestrzenie tłuszczu,

skąpe kartki, dywizje wódki,

jeden człowiek odgadł marszrutę zbójców,

powiesił swoje jelita na gałęzi,

zaczaił się w krzakach na nadciągających,

zamiast nich ujrzał krokodyla sezamu,

mnich niósł na rękach białą pannę weselną,

płaczącą w ogniu, płaczącą o brzasku,

w czerwień ją niósł,

sam skrywając twarz pod kapturem pisma,

w twoich berłach jest paleta cesarskich krain…

Gdzie wyrabia się wino z wody?

Czy w Austrii? Czy na Węgrzech?

Ty zaczerpnąłeś te cudowności z rzeki,

zabrałeś wszystko krukowi dnia.

Obok kiełbasy w kościele

Chcę rzucać pomidory zamiast kamieni

w ciemny las, gdzie tym więcej gwiazd.

Żyję przed bitewnym napięciem…

O! Mogę go strawić,

mogę go wytrzeć i ścisnąć —

czy mogę pokonać?

Polska nie stawia szubienic

o zachodzie słońca,

Polacy nie patrzą na egzekucje,

jednak bywają okrutni,

ich wszystkich mam na dnie duszy —

duszy dużej jak przysiółek Rosji —

złoty róg, biały koń, dziewiętnasty wiek,

krzywy róg, eszelon, dwudziesty wiek,

na panonii do Taszkentu w pierwszą armię,

na jawie do Pragi w drugą armię,

wbrew dowcipom na lotnisko

z centrum Krakowa na junaku z przyczepką do Balic,

w studni czarnej mieszka połykacz

skośnego spadania,

lata sześćdziesiąte — studnie zasypane,

żurawie zrównane,

robotnicy zrównani,

krok w krok za księżmi do złupionej komory

przez zakazane komunie,

nabieram odwagi,

moje zęby zmieniają się w zęby smoka,

krzyżu mój, nie oddalaj się,

nie znikaj w doczesnej ojczyźnie

za płotem pochodów i wieców,

rzucam w gwiazdy pomidorami,

ciskam krwawymi bandażami w planety

i w rozdziawione usta małomiasteczkowego Hitlera,

wieszam go rozbawionego obok kiełbasy w kościele,

w Krynicy, jako zemstę.

Jamnik w ciemnych okularach

Szczegółowy plan plam

lub panna młoda z ram

w kreacji z czerwonego pierza,

jak Polska długa i szeroka,

jamnik w ciemnych okularach

przekopał lisią jamę przedwiośnia,

nie znalazł w niej Dmowskiego.

Och! Mazury, Mazury!

Malowane smutki, serca, kogutki,

jak w stogu siana

można szukać Warmów i Bartów

z zapaską na głowie,

gdy z tyłu zając lub czołg pod Białą Piską,

stoczyłem bój pod sztandarem namiestnika

z wieśniaczką na zabawie,

malowana była, a ja za mundurem,

dotknęła w tańcu mojego peemu,

a stąd niedaleko już było

do grających wierzb, malowanych pól,

Czerwonych Borów o zmierzchu,

malowanie moje zniknęło jak sen,

kulturo, sztuko i nauko mazurska,

warszawska, niepodzielna, niezłączalna,

jesteś nie tam, gdzie potrzeba,

w ministerstwach, w pałacach,

nie moja, nie moja…

Kopernik trwał na katolickich murach Fromborka,

ciskał z góry na Albrechtów astrolabia,

aż wrzesień polski upadł w litewską kałużę,

dziś dziadek przed mundurem razem z papieżem

unieśli z niej tarczę Madonny —

ponad wieżę jasnej, klasztornej katedry —

gołębie wzleciały z kasztanowców,

wzbiły się, otoczyły wianuszkiem jej głowę,

głos donośny, spokojny dźwięk, wydobywający

się jakby z hebrajskiego rogu,

z małżeńskiego, wodnego Wschodu,

obwieścił koniec socjalistycznej służby

poplamionej planami Zachodu.

Na dnie narodu

Na dnie tego narodu

stoi zielona skrzynia,

w skrzyni piramida,

w piramidzie płonący stos,

od Ziemowita dym rozniósł wszędzie

rżenie karych klaczy,

od dębów świętych powiał wiatr

i rozwiał jego prochy pogańskie,

zabrał tęsknotę i wcisnął ją

w kiszki konia ofiarnego.

Jak malowana jest ściana geniusza,

na niej malowidła skalne

z soków owoców południowych

zmieszanych z brzozowym na miodzie,

za sto lat, sto lat,

zza niebieskiego, pierzastego parawanu

tysiąc lat wychynie pogaństwa.

Ziarno

W moim oku czas odkrył ziarno,

namacał je kciukiem,

wzeszło w wilgotnej senności,

rzekłem — jakże ja mam siać,

kiedy przysłowia nie ma mi kto dać,

w moim oku tęgie grusze polne z pestek,

chłosty smukłego wiatru,

warkocze wiatru na tych gruszach,

ich wiele, on jeden,

zgrabny skalpel paznokcia,

kruchy paznokieć pęka na skórce owocu,

operacja po niewczasie

za drugą światową się skryła,

ich krzyki i rżenie koni zasłoniła,

ziarno wciąż wschodzi,

deszcz ustaje,

błagalna figura,

dama w hełmie,

prorok w Chełmie,

kwitnie groch,

strąki zwisają na uszach,

słowo się zsuwa na oczy

jak przyłbica,

pięść się zaciska,

dotyk znika,

palec boli,

ziarno z oczu wypływa

z pierwszym listkiem.

Bo to nadzieja właśnie

Ta goryczka niebieska

na spadających pokrywkach,

Syrenka, Giaur, Syrenka,

szlaczek w pierwszej ławce,

on na ekranie drgającego województwa,

kazałeś mi wymalować wąs,

więc wymalowałem flamastrem,

dynda pająk na nitce

wysnutej ze swojego kupra,

wymalowałem i to, jak my dyndamy z nim,

ciepło, coraz cieplej,

jak w pudełku z herbatą

i śnie oceanicznym na rafie,

takie lasy czerwone jak usta

wychylone spoza gór, spoza rzek,

taka strzecha w spadających chmurach,

mały raczek zsynchronizowany z monitorem,

kawał czasu dla Giaura,

jednak nie powiesili tego na moście,

Jugosławio, wróć do nas, Jugosławio,

szczebiotko kaczanowa, szczebiocz dla niej,

niech leży w bałkańskiej misie cicho,

wtem zadrżał las, potoczyły się kamienie,

to grypa narodowa,

cesarsko-rzymska grypa

postawiła na nogi pogotowie,

ciąg wolności ratunkowej,

jedzie pociąg z daleka nad urwisko,

żwawą myślą narodową urzeka,

maszynista ciska w palenisko wszystko,

toczy kornik informację przez ekran,

od początku jednego do początku drugiego,

jedźmy, wołają Galowie, Goci i Germanie,

jest za ciepło dla Semitów,

wzięli zieleń, wzięli czerwień,

pozostał błękit — żywa pamięć —

Giaur skłonił biczysko w kierunku króla,

wjechały szkapy carskie,

potem rzucono:

— Naści garstkę światła, Sokorszczaku.

To do dziś trwa,

szkapy carskie wciąż na Woli i w Wawrze,

Alemanowie pod Janowem

gotują zupę w kotle z polskich kości,

potem rzucono:

— Naści garść naci, Chmielnicki.

Ciaptak Rakoczy przefrunął jeszcze ponad lwem…

Co z tego będzie — grabież, łupież?

Gdzież ten Kraków juczny i huczny, gdzież?

Czemu śpi w czasie powodzi?

W pajęczynie utknęły nasze czołgi lotne,

a tu Batu, Battery, Batory,

galeria już jest samobójców,

portrety jeszcze ciepłe,

składane pióropusze i rozkładane lufy

niepasujące do siebie,

pomocy Lwowszczyzna wzywa,

Francja głucha, nieżywa,

zakonnicy, przybywajcie na wybory,

gitara zagra w każdej chwili,

jest pod ręką na drzewie jak lutnia,

emigrancka fujarka zapiszczy w Lasku Bulońskim,

tylko zejdzie z łozy wciąż żywa,

kamienny lew ratuszowy pozostanie wszędzie,

by czuwać od Wadowic do Gryfic,

do Sobiboru, do Wronek,

czego się Jaś nie nauczył,

tego Gierkowszczak nie pojmie —

to może Cyganie?

Może czardasz z Satoraljaujhely?

Albo gorąca, iracka niewola.

Wierzba urośnie wszędzie,

wierzba rośnie zawsze dla lutni i fujarki,

bo to nadzieja właśnie,

zdejmijmy już te gitary,

siedzący nad rzeką i mamroczący w gorączce

Giaurowie.

Znalazłem cień

Znalazłem cień, o który pytałeś,

pod gazetą,

szczęście, że znów jest ze mną,

jutro ci go dostanę,

twoje możliwości się już skończyły, zegarze,

kotka na skrzypcach śpi,

Iksiński wali głową w inną głowę,

zachodzi za mur, by zasłonić się całkiem,

coraz ciemniej, ciepło, ciepło, ciemniej,

nic nie zimniej,

natenczas on odpiął róg,

natenczas on przyłożył do oka,

natenczas popatrzył jak przez lornetkę,

bo tam, na łące pod wierzbą,

wganiała Kasia nożęta w rosę drżenia,

kamienny lew się zbudził ponad tą ostatnią łuną,

lew zniebapatrzenia,

z gruszki wyrwano gniazdo zięby,

chłopcy przebrali miarkę,

a wiedza, wiedza zadyndała jak warkocz

z powodu kłonicy i głowy podglądacza.

Bijecie się, chłopcy, o polską Sławutę czy Lubusz?

Nie zostawiajcie tego Serbołużyczanom,

potomkowie Sarmatów, Chorwatów i Lugiów.

— Wzywa was Lew Lechistanu,

nie ten z Karlskrony, lecz z Kahlenbergu. —

Taki głos usłyszano nocą w dzbanie,

świadkowie Jehowy opanowali miasteczko chasydów,

dają na tacę jajko,

cóż, jajko do jajka i przebrała się miarka,

Solidarność wykpiła znowu Karolka,

jak kiedyś innego za Czarneckiego pod Warką.

— Serdeczne po raz kolejny dzięki, Matko Boża,

za mostek, arendę, babkę i kalinę —

zawołał błękit wiślany, rozśpiewany,

na Zabeziu ruszyły wody, ciepło na Ponidziu,

łódź i peryskop przylgnęły do tynieckiego baroku

po cenie czerwieńca lat osiemdziesiątych,

jeżeli Syrenka, to może i anioł,

jeżeli motyl duży, to może i średni umysł,

jeżeli lew, to może i orzeł,

drga kropla rosy na piersiach damy z tchórzem,

krew na palcu, łza na czubku brody,

słońce strzela w dziesiątkę na koniec,

odstrzeliwując po drodze całe wieki, całe pokolenia,

zamczysko, kościelisko i kurhanisko —

i tu przebiega kucyk z jezior prasłowiańskich,

zbliżając się, jawi się wspaniałym koniem boskim,

na nim skrzydlate stworzenie,

Teleboga Rakoczy Tuchaczewski,

ze strachu już swoje zawrócili konie,

cień zmienił ich nie do poznania,

wieją wśród kurhanów naszych

jak jeźdźcy z Wojen gwiezdnych,

a nie Apokalipsy.

Zorza uwiła gniazdo

Jest zorza na południu jak gniazdo,

tam płyną wszystkie ptaki,

my w dole patrzymy na ich stępki i kile,

nie możemy odróżnić ich od żaglówek i lotni,

zorza wstaje z niewoli, lecz nie jest niewolnicą,

niekonieczność wyżej wznosi się w niebo,

okrutne, polityczne, zwierzęta pozostają na zimę,

żyją w dolinie, razem z naszymi marzeniami,

według map nieznanych nikomu,

za wskazaniem pijanych kompasów,

przez drgające w złudzeniach gwiazdy

przejść trzeba i przeszło się już

razem z bandami,

razem z podziemiem,

razem z bezpieką,

idąc za Łemkami, dochodzimy do wiatraków,

zeschnięte deski młynów klekoczą jak bociany,

nieoliwione piasty skrzypią jak las o świcie,

we łzach wszystko, we łzach

pajęczyna rozsnuta na paprociach, zroszona, leśna,

jak radar wychwytuje

wciąż dolatujące odgłosy

przejeżdżających za lasem „Tygrysów”,

wtedy to dzwonnik strzelał do lotnika z wieży kościelnej,

przestrzelił własną zorzę i zeszło z niej powietrze,

zwiotczała jak mundury katyńskie,

krew z południowego zachodu

spadła na konie i ludzi uciekających do słońca,

akacje wzbudzają dziś swoją żywotność

z ich kości po pięćdziesięciu latach kwitnienia,

idąc za winowcami, dochodzimy

do opadających ku brzegowi Wisły

tercjarskich winnic i brzoskwiniowych ogrodów,

w których kolejna zorza uwiła gniazdo —

niegasnąca dla ptaków wolności od potopu.

Afryka

Afryka w elementarzu czerwona

jak chlebowy piec,

umarłaby z głodu bez ciebie,

wyzwolić więc zechciej dzisiaj

chociaż niedojadające Lesko,

twoje układanki słowne

dziś są już bestsellerami bogatych,

mistrzu robotników i życiodajnych hut,

wyzwolić zechciej choćby dzisiejszy Śląsk

z głodu i nędzy familoków kopalnianych

i nie chodzi o chleb przysłowiowy,

tylko o przysłowiowy elementarz Bambo.

Na dnie tego oka

Na dnie tego oka,

w kanale widać szklistość całego ciała,

liście belgijskie wokół weneckiej gondoli,

oko dotykane dziecięcym palcem,

wzrok skierowany, wzrok wzburzony,

obcy jaki Indianin na skalnym Podhalu

nawraca owieczki i patrzy na halki

jak Witkacy w ciemni na zieleń morza,

zieleń omszonej grani,

wielki nos snu,

oczy zamknięte dębu dalmackiego,

dąb wyrasta w kolebce spojrzeń,

patrzę codziennie na listek

eksplodujący z żołędzia

w morskie oczy wieczności

odwzorowanej osobowymi

rysami na szczytnej duszy.

Apetyt

Apetyt zwiesić na pająku-języku,

ręką podnieść go do żyrandola,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 1.37
drukowana A5
za 46.78
drukowana A5
Kolorowa
za 77.65