“”
Gdy będę umierał, w ogóle przeżytych lat, wszelkich wytworów i działań, które staną się historią, wspomnieniami, aż do tej chwili, będę w sobie czuł niedosyt. Modlę się w powietrze i gwiazdy, żeby tak nie było.
Mateusz Nocek
•
Dedykuję Tej, która słuchała, gdy ja nie potrafiłem, która zawsze była, gdy ja być nie umiałem, która Kochała, gdy ja błądziłem…
Autor
***
Silence Exile Cunning (Cisza, Wygnanie, Przebiegłość).
Słowa pochodzą z książki Jamesa Joyce’a — A Portrait Of The Artist As A Young Man. Kilka stron przed zakończeniem książki, główny bohater mówi: „Powiem wam, co zrobię i czego nie zrobię. Nie będę służył temu, w co już nie wierzę, niezależnie, czy będzie to mój dom, rodzina czy mój kościół: będę próbował wyrażać siebie trybem życia, wolną sztuką, bez wyjątków, do swojej obrony użyję jedynie — ciszy, wygnania, przebiegłości”.
•
Usta moje zamknąć chcesz? Swoje zamknij, słuchaj. Co przed oczy Twe
nie wskoczy. Co nie świśnie koło ucha.
Vins Rojber
≠≠≠
Biografia? Nie. To nie jest kurwa moja biografia! Na swoją jestem zbyt młody, do czyichś nie dojrzałem…
Chociaż? …😈
Mateusz Nocek
Żyj i kochaj
Żółte mury lata
Nad głową czysty błękit
Jarzy się poświata
Tam gdzie spokój tętni
Tchnienie śle tęsknotę
Dla mych wszystkich zmysłów
Dni się plotą złote
By w zachodach przysnąć
Wiatr się modlił monotonnie
Wśród czerwieni, wśród zieleni
Niechaj spośród wszystkich wspomnień
Przetrwa nasze na tej ziemi
Tylko żyć
Tu i teraz
I doceniać każdą chwilę
W takim stanie
Upojenia
To jest tylko i aż tyle
W schyłku lipca chwili
Czuję poruszenie
Gdyśmy zamilczyli
Wstało i opadło drżenie
Nad łukiem Twoich oczu
Radość przetworzona
Wieczór z dniem się poczuł
Jak my w swych ramionach
Wiatr się modli monotonnie
Dźwięczy czerwień, dźwięczy zieleń
Niby mało, choć tak wiele
Proszę nie zapomnij o mnie
Żyj i kochaj
Tu i teraz
Tyle piękna w Tobie
Żyj i kochaj
Nie umieraj
Nie zostawiaj mnie po sobie…
Tylko żyj
Tu i teraz
I doceniaj każdą chwilę
W takim stanie
Upojenia
To jest tylko i aż tyle…!
1
Siedzę na klozecie w tym domu, którego tak nie doceniałem. Lata całe buntowniczo odnosiłem się do jego mnie chronienia. Do położenia, w którym przyszło mi egzystować.
Bo ja wiem, czy kto podobnie się wkurwiał i siał polskie niezadowolenie? To słynne polaczkowate narzekanie. O, tak. Na wszystko i na wszystkich. Byle nie na siebie, z wyłączeniem niektórych tylko ruchów, własnej osoby dotyczących. Odpowiedź jest prosta: NIE. Takie mam przynajmniej odczucie. Mówię tu niezmiennie o swoim pokoleniu. Nie jestem w stanie wyznać, gdyż tacy właśnie, dobrze się kamuflowali.
Niemniej, z obserwacji wywnioskowałem, że schemat zrobił swoje. Dzieci ładnie oprawione w ramki, już się nie pierdolą. Biorą plecak i jebut na studia! Jak nie? To do roboty! Proste, jak budowa cepa. A ja się z życiem zawsze pierdoliłem…
Toteż teraz, klasycznie, siedzę na klozecie i rozmyślam, być może snując od rzeczy, lecz myślę, że po prostu w tych ramkach tworzą obraz. Jaki to obraz? Tego samego twórcy, tylko na każdym dzieciaku, powstaje inna barwa, bo to zależy tam, od jego chęci, nauki, portfela rodziców i decyzji losu.
W każdym obrazie jest podobnie. Naturalnie, większość zależy od młokosa. Jeśli jemu zależy, znajdą się pieniądze. Znajdzie się sposób, choćby rodzice klepali biedę. Lepiej w tę stronę uważam, bo w stronę opłacania imbecylowi, widzącemu tylko uciechę, (los prędzej czy później rzuci mu pod giry jakiś dramat) nie warto dążyć. Mniejsza o to.
Na przestrzeni życia sam się przekonam, ile w takim przykładzie jeszcze tkwi zależności, czynników wpływających na tę ludzką drogę, która ma być…? No właśnie, jaka? Tak czy inaczej, już teraz wiem, żeby błądzić tak długo, jak to tylko możliwe. Życie to lubi, bo jest, jak każda zabawa dla dzieci. Czy to ciuciubabka, w chowanego czy berka. Jeśli kto ma charakter, a w nim ciekawość świata, ten się nie obrazi, że założono mu chustę na oczy, a przyjmie wyzwanie, by szukać i aby w końcu znaleźć i na nowo błądzić i znów znajdywać.
W szukaniu jest sens. W błądzeniu jest sens. W tym są dobre i złe cechy. Kształtowanie. Dobro i zło. Wartości lub postrzeganie ich braku. Pokusy i medytacja. Smak, zapach, fale o różnej częstotliwości, świadomość. To, czego pragniesz i to, co z uśmiechem nicponia odrzucasz.
Mogę tak w nieskończoność. Teraz to wiem, snując przekaz, nie mając już lat dwudziestu.
2
Tymczasem na klozecie siedząc, rozmyślam o tym, że mam dwadzieścia sześć, (niespełna chyba tak jakoś) dwadzieścia siedem. Na przełomie w każdym razie, a jak uczy historia, w tym wieku swą podróż ziemską, ukończyła niejedna nagle dusza. Moja tę podróż, właśnie zaczynała. Najpierw, bardzo wolno. Jeszcze niepewnie, ale kiedy te zębatki zaskoczyły, mechanizm myślenia uruchomił dla mnie świat. Spojrzało w moją stronę życie i odtąd się zaczęło.
Ale zanim…
Siedzę na klozecie i chcę o domu tym i rówieśnikach. To znaczy, o nich mogę tyle, że kto się wyrwał z tych kolein, to jego, i wie o czym ja tutaj. A reszta? A róbta se, co chceta. Żyjta se, jak chceta i umierajta se, jak chceta. Jeno się nie dziwta, że od was z daleka, bo zarażajta zazdrościom, złościom, chciwościom, cwaniactwem i jak patrzę, głupotom! Pocałujta w dupę wójta!
Byłem gnojony, a wiecie, jak to jest? O tak, że taki nawóz drodzy schematyczni ludzie, którzy macie wpływ na młodego człowieka i rzutujecie na jego młode lata swymi, nie wiecie, że jeżeli takie gówno spadnie na urodzajną glebę, wyrośnie na niej kwiat? Macie Boże szczęście, bo taki od was gnój, mógł paść na glebę zemsty i rozpaczy, już byście mieli przesrane i nie do śmiechu mi, widząc wasze ogrody pełne czarnych kwiatów, z dala od lasu i wrzosowisk, łąk zielonych i pszczół.
Współczuję wam, wy, gnojący mój szczery uśmiech, moje ciało, moje malowidło, moją pieśń, opluwający mój krużganek, w którym dźwięcznie rozbrzmiewa melodia mego serca, rysując na ścianach mojej duszy, słoneczną sonatę moich pragnień, mego szaleństwa, dni moich i nocy, drogocennych chwil w akompaniamencie zaśpiewu ptaków.
Współczuję wam, nad mą głową rozlewający szambo drwin, niewiary, smrodu niezrozumienia, obojętności i kłamstwa.
Współczuję wam, którzy dopuściliście względem mnie porównań, którzy łopatą drążyliście w mojej ziemi, chcąc zasiać niegodziwe ziarno, które Duch mój Ukochany, za mnie nieświadomego, wypluwał na słońce, gdzie promieniem palone, deszczem zroszone, samo w sobie nie wzrastało, nie rodziło się, a obumierało w ciężkim tonie dnia; gniło, jak wasze serca nieczułe, nieznające prawdziwej wrażliwości na to piękno, z którym każdy z nas winien iść przez życie.
Współczuję wam, ślepi na mą drogę.
3
Gdybym chciał, a nie chcę, (bo wiem, że tkwiąc tam, gdzie tkwicie i tak macie przerąbane) z głębi mojej próżności, mógłbym wydobyć dziś echa śmiechu, tak mocno was podsumowujące. Wydobyć ze zdwojoną siłą magię karmy, lecz to nie ja jestem ten, niosący sprawiedliwość. Ja tylko Przebaczam. Z całego Serca i Duszy swojej. Tak i Duch Mój Wspaniały za mną stoi. A wy? Zasada Karmy. Już za słowa swe i czyny płacicie, ale tego nie widzicie. Cóż więc…?
Siedzę na klozecie i o przytulisku mym, bo babka z dziadkiem kręcili się na Pomorzu, a ze strony matki kraina: Podkarpacie. Dziadek z babką wrócili i tak się zaczęło. Dorastanie, ma to do siebie, że natychmiast znajduje się winnego tego, że tu jestem. A nie Kraków choćby, nie mówiąc o Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Siedzę i nie doceniam, bo pragnę, aby było łatwo, prosto. Inni kariery robią w wielkich miastach, rozwijają się, a ja tu co?
I wcale nie na klozecie siedząc, wcześniej już doszło do mnie zrozumienie, które zrobiło letni przewrót w mojej głowie. Zacząłem przyznawać się do tego kim jestem, gdzie jestem, skąd pochodzę, skąd się wywodzę i gdzie są moje korzenie, jaki mnie otacza las, po jakiej ziemi chodzę.
Byłem bogaty! Tyle ścieżek wydeptanych, lata beztroski. Piłka nożna, piłka nożna, non stop jabłka i czereśnie! Rzadko myte, jeśli już — potoku krystalicznie czysta woda przemywała nam owoce, a koszule czy tam spodnie, zawsze polerowały je na błysk, który ciach i gryz!
Siedzenie na drzewach. Wiśni zrywanie. W polach hulanie. Dom był dla mnie przeczekaniem nocy. Czuwał nad bezpieczeństwem sennych marzeń. W dzień nowy, kiedy słońce, ranek, to śniadanie i to samo znów. Wieś wchłaniała całą zgraję. Dniu się nocą wymykało, by zmęczone mogło ciało, opaść na barłogu zbędną histerię.
Nagle poczułem miłość do własnych korzeni. Odrzucałem miejsce, za które dzisiaj płacą szmal niemały. Pragnąłem wręcz zamiany, lata młode swe sprzedając z pobudek dla korzyści, która wiem, już dziś się nie równa żadnej cenie. Ale do takich wniosków dochodzi się z czasem, który pośród największych jest nauczycielem.
Za pieniądze kupić możesz wiele, ale nikt nie zdoła kupić Twojej osobowości, tej najdrobniejszej iskry ludzkich wspomnień, a także sentymentu, tak mocno osadzonego w naszym sercu, jakim obdarzyła nas ta pieśń życia. Pieśń zmienna, która, gdy my osiągniemy inny już wymiar, tu pozostanie w imieniu naszym stałym hymnem, z melodią jaką dziś tworzymy.
Bezpowrotne zaś kłęby tamtych dni, są siłą, która przeważa każdą niecną propozycję handlową.
4
Jest rok dwa tysiące dziewiętnasty i już wiem, że wyjeżdżam stąd na stałe. Do świata ludzi pełnego i do życia raczącego mój byt pułapkami, złem i wieloma zmaganiami. Także sukcesem i mam nadzieję, że niejednym. Zatem jadę w dorosłość, dosadność. Ale zanim tam, jestem tu i zajmuję się niczym. Naprawdę niczym konkretnym, co może przykuwać uwagę chociażby psa sąsiada.
Jestem na bezrobociu. Pobieram tak zwaną kuroniówkę. Dużo tego nie jest. Na kieszeń, może być. W rodzinnym domu mieszkam od kwietnia. Później wyjeżdżam. Września dwunastego — czwartek. Dlaczego jestem na bezrobociu? Powiedzmy, że w pewnym momencie dogaduję się z życiem. Przystajemy na swoje warunki i voilà! Piszę poemat, kończę powieść. Jak w hipnozie słucham przy tym Szopena.
Chopin kojarzy mi się z polskością tak, jak ja, kojarzę swoich rodziców ze mną. Pomimo, że różnie bywało, jestem ich synem. Z nich ja powstałem, tak Szopena czuł będę w każdym polskim mieście, jakby urodziła go ziemia. Niewątpliwie, jest synem tej ziemi. Z nasienia złocistych zbóż, które wiatr inaczej niż dziś podrywał i rozpylał na świata cztery strony.
Zima. Palę w kominku.
Jestem zakochany. Jestem w związku miłosnym, który później nazywam romansem, a ona — związkiem. Zostawiam nazewnictwo uczucia. W każdym razie, ono jest. Gdy maltretuję pamięć swą obecnie, by wykrzesać szczegóły te najmniejsze choćby, gdy o niej myślę, to Kraków, nie Wrocław, oczyma duszy Kraków widzę. Wracam w moment przez to miasto do lat beztroskich.
A przecież w młodzieńczych latach, może dwa razy byłem w mieście, gdzie bije Dzwon Zygmunta. Tego nie pamiętam wcale, zaś byłem już samotnie, razy kilka i mieszkałem pod Wawelem dni cztery.
Gdy byłem mały, przywołuje pamięć moja — melodie, które wówczas straszne się mi zdawały. Nie rozumiałem wtedy, że będą istotnym, jednym być może z niewielu takich przekaźników w moim umyśle, które zawsze będą wiodły mnie (dopóki marzę) tam, na drugą stronę bezpowrotnie utraconego raju w jakim przecież trochę przyszło mi żyć, jak i tym, którzy posiedli tego świadomość.
5
Siedzę na klozecie w domu, z którego robię trzeci start w, w pełni określony kierunek. Tu. W tej łazience. W dzień słoneczny po skoszonej trawie, wierząc we własne słowa wypowiadam, iż wejdę w to miasto, jak nóż w masło; że jeszcze w dwa tysiące dwudziestym roku, wydam swoją debiutancką powieść, że czas na mnie, że teraz albo nigdy, że będzie zajebiście dobrze. Że, że, że! — Dam radę temu, co postanowię.
Skłoniłem się więc. Dałem się skusić luźnemu podszeptowi Głosu Miłości, który mawiał: „spróbuj, zobaczysz, przecież nic nie tracisz, a możesz tylko zyskać”. Spróbowałem z wiarą w to, że będzie dla mnie tak, (nie, jak to widzę, bo nie widziałem wówczas nic) jakby życie dostrzegło mnie wreszcie, rzucającego się na wiatr, na jego niewidzialny poryw, któremu dać właśnie sygnał pragnę, że oto w nieznane nieść się pozwalam! Czułem, jak rozłączają się we mnie poszczególne warstwy, gdy nagle nadeszło zrozumienie; gdy dostrzegłem w sobie śmietnisko, które samo stanęło w płomieniach, nim jeszcze zacząłem myślą je podpalać.
Z wszystkich rozmów zostają resztki słów, strzępy myśli, zepsute uczynki. Powinno się je wyrzucić, spalić lub zakopać. Ci, którzy sami w sobie nie wzbiorą się, by wzniecić płomień odwagi, nie pojmą, że nie ma lepszej drogi do wszelkich osiągnięć i samorozwoju, jak współpraca z życiem, które na nas jest zawsze gotowe, a my? Strach. Złe wychowanie, brak przykładu, brak ciekawości, brak szukania, wreszcie brak chęci sprawia, że Ty, który to zrozumiałeś, możesz gadać i tłumaczyć starszemu od siebie, a ten i tak wie swoje. Nie przyjmie tego dobra, którym tak niewielu, pragnie zbudzać, aż tylu…
Opowiem Ci przyjacielu i przyjaciółko z krańca świata o drodze swojej, jak dotąd. Dopiero wtedy, kiedy ją dostrzeżesz, życie się zaczyna. Wtedy delpiero zaczyna się zabawa. Zaczyna się Twój taniec, którego rozpoznać nie sposób, bo różne pod nogami masz podłoże. Możesz zgadywać, ale po co? Czy to jive czy fokstrot? Bo chyba niezgrabnie od jive’a zacząłem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że ja kompletnie nie umiem tańczyć.
Najważniejsze, abyś zrozumiał i przed życie szedł pieśnią, tańcem, melodią, czystym akordem i to wszystko adekwatnie do sytuacji, w której się znajdziesz. A jeśli nie potrafisz, nie opanowałeś, jeżeli życie robi Ci psikusa, wyłącza wszelki dźwięk, kujawiaka tańcz, kochaj każdą chwilę, pierś Twa niechaj śpiewa, w duszy niech Ci gra, a Ty w ten takt, flamenco tańcz!
6
Dwudziestego trzeciego lipca wybieram się do tego żadnego miasta. Nadal, jako ten, bezrobotny, jednakże z prawem do zasiłku, z którego prawa naturalnie skorzystałem. Przyjeżdżam tu w celu załatwienia spraw, właśnie z PUP-em związanych.
Kiedy to ostatnim razem jadę blabla car’em, prowadzącej samochód Joli wspominam, że jestem pierwszy w życiu raz, na bezrobociu. Pobieram kuroniówkę, lecz zamierzam się stąd zmyć w większe miasto, a konkretnie — Wrocław. Tłumaczy mi owa dziewczyna, iż znajomi jej korzystali z takiej, już parę lat wcześniej powstałej, pomocy dla młodych o nazwie — bon na zasiedlenie. Jest parę warunków oraz obowiązków do spełnienia, które oczywiście ja spełniam, a między innymi: muszę być przed trzydziestym rokiem życia. Dwa. Odległość od miejsca dotychczasowego zamieszkania do miejscowości, w której sobie ładnie zamieszkam w związku z podjęciem zatrudnienia, wynosi co najmniej osiemdziesiąt kilometrów, no i mam mieć minimalne wynagrodzenie brutto. Dalej, nudne to rzeczy i niegodne, żeby je rozwijać. Zawiłe i biurokratyczne.
Tuż po rozmowie z przemiłą panią z urzędu, która po raz drugi, lecz tym razem w skrócie (o co ja proszę, bo się na ten bon decyduję) opowiada mi, co mam zrobić żeby, jak to pięknie ujęła, móc utworzyć dla mnie: ścieżkę wsparcia. Wychodzę stamtąd z myślą o powrocie.
Gdy tak sobie idę chodnikiem tego miasta, rozmyślam o tym, co tkwi we mnie. Filozofie tam żadne. O kamieniach myślę, kamyczkach tych. Wstępuję do jakiegoś papierniczego po klejącą taśmę i oderwać się nie mogą, myśli o kamyczkach w pęcherzyku żółciowym.
Kurwa! Co mi jeszcze moja matka genetycznie przekazała? Już dzisiaj wiem, że bardzo wiele. Pozytywów? Ło, ho, ho, ho! Mniej negatywów… Niektóre cechy sami sobie wykształcamy, niektóre już są, a ruszyć je trzeba, a niektórych zahamować się nie da.
Też mam pieprzyka na prawym policzku, lecz Piotr kurwa jego mać, Adamczyk też ma! To urok!
Żyć chcę, aby się w tej żartobliwej otoczce egzystencji dowiedzieć, co mnie jeszcze czeka? Co mi w życiu przyjdzie jeszcze wyciąć? W ogóle, bo przez matkę, może być tylko ten woreczek. Chociaż, żebym się czasem na życia przestrzeni mocno nie zdziwił, co do powyższej pewności. Ona póki co, od tego zabiegu, to się czuje znakomicie. To może i ja, tak się temu zabiegowi poddam? — Przez głowę mi… Trach!
7
Przesmyknęła się wolna myśl. Zapomnę o tym dumaniu i wszelkim szukaniu sobie chorób, a w pięćdziesiątej, albo sześćdziesiątej wiośnie spostrzegę, że odkąd to miałem usuwanie woreczka, nic jeszcze — jak to mówią — za fraki mnie nie złapało.
Co ona jeszcze ma, co mam ja? Taki twarzy układ, że drugi podbródek. Staram się, jak mogę, by tylko nie dopuścić do przytycia, bo on mi się będzie powiększał. Jak dożyję siedemdziesiątki, to się mogą robić gule jakieś, obwisłe skóry i te inne pierdoły, co natychmiast przybijają Ci stempel schorowanego starca. W ogóle, niedołęgi z wyrobionym do piachu paszportem. Pfu! Jak będę wiosen liczył sześćdziesiąt, to… Powtarzam — sześćdziesiąt! To będę jeszcze i do użytku ogólnego, i do użytku dla kobiet, której to witalności chciałbym z moim obecnym charakterem i usposobieniem pozazdrościć sobie teraz, widząc siebie za te trzydzieści lat! Nie można dopuścić za żadne skarby do jakichkolwiek obwisłości!
Trzeba wyglądać, jak Sting! Ten to się trzyma! O! Jest samozaparcie, zdrowe odżywianie i medytacje, samoświadomość i co? Kobiety w tym wieku mają kompleksy. Choć jasne, nie wszystkie. Faceci im starsi, dojrzalsi, tym bardziej pociągający. Oczywiście do pewnego momentu, ale co? Nie wierzę, że nie chciałabyś schrupać Stinga…?! Haa! No właśnie!
Ja mam sylwetkę, postawę i metr osiemdziesiąt jeden, trzy z butami?! Nadzieję mam, że się nie zgarbię i będę (pomimo bolącego kręgosłupa) jeszcze stał prosto, a ramiona moje utrzymają gitarę.
Co ona jeszcze? Co ta moja matka… A! Blond włosy! Co prawda w gruncie rzeczy, to blondynem po babce ze strony ojca jestem, lecz matka moja brunetką nie była. Toteż mi kudły blond wyrosły i wspaniale! Przynajmniej temu nie zawadziła, abym miał pisać, że przyczyniła się do tego, iż brunetem teraz chodzę po ziemi. Wreszcie kamyki te, złogi wapienne w pęcherzyku — ja pierdole! — żółciowym! Też po niej! Bo to się ze swojskości bierze. Ona miała w tym jeden, na dwa i pół centymetra. Na razie, jak mi stwierdzono na USG: „w trzonie bliżej szyjki widoczne trzy uwapnione złogi sumarycznie około czternastu milimetrów. Widoczne również w trzonie bliżej dna przyścienne hiperecho około trzy, cztery milimetry, mogące odpowiadać miękkiemu złogowi”.
Zapisuję się ostatnio na wizytę do chirurga, na ósmą rano. Zobaczymy, co mi powie, choć domyślam się…
8
Lekarz dziś ducha nie czuje. Już ja znam to ich podejście. Najlepiej poczekać, aż urosną i cały woreczek w pizdu! Dać się pokroić i wyciąć! Nie wyprzedzajmy faktów — powtarzam sobie — zobaczymy, co mi powie ten mądrala. Moje swobodne i spokojne odczucie podpowiada mi, abym przed tym, na własną niesłabą rękę, użył wszelkich innych możliwych środków w postaci ziół i naparów, płynów i tym podobnie, do rozpuszczenia tego problemu, który mi zawraca dupę… Bo ją zawraca. Jakbym nie miał innych i tego, że po prostu żyję, a skoro to się dzieje, to już jakoś się staram maksymalnie to trwanie wykorzystać.
Czasem myślę, że chciałbym mieć jednak parę żyć. Stworzyłem mnóstwo niedokończonych rzeczy, spraw niedomkniętych i co rusz, coś mnie od tego odwodzi. Wiem, że to następstwo i tak dalej, że po coś, dzieje się coś, że to wszystko jest już rozegrane, dopiero będzie życiu poddane i podane do realizacji, a głupi człowiek wciąż rozmyśla i dojść nie może, co jest przyczyną czegoś, jaki jest skutek? Tylko wszystko dzieje się dla naszego dobra, a człowiek miast poddać się nawet temu, co wydaje mu się dziwne, złe, jakieś nie takie, a co musi się stać, by nadal wypełniał się gwiezdny plan; próbuje z tym walczyć, bo naturalnie logika i pierwsze myśli w kolejce podpowiadają mu, że lepiej to ominąć, zostawić, bo z tego nic dobrego nie wyniknie. Podczas, gdy w emocjach, nad którymi trzeba umieć panować, nie słyszymy głosu serca. Tego odczucia, bo go nawet wtedy nie ma. Są emocje. Nie ma pięciosekundowej ciszy, w której dokonuje się wybór i nawet zmienia sytuacja i postrzeganie tegoż złego, na całkiem dobre i potrzebne, co wcześniej było zupełną tragedią i niepewnym grymasem na twarzy.
Tak właśnie myślę, gdy idę sobie chodnikiem w tym żadnym mieście. Przechodzę obok niego i zatrzymuję się kawałek dalej, myślę — a wstąpię — i wstępuję w zacne progi sklepu zielarsko-medycznego, za którego ladą stoi łysawy facet, liczący z pewnością pięćdziesiąt lub lekko ponad pięćdziesiąt wiosen. Niższy ode mnie. Z oczu: szlachetność bije. Z mowy? Prostolinijny.
W ogólnej analizie, konfrontacji osobowości, rozmowie: otwarty. Już go znam, pamiętam. Dosyć często tam zaglądałem, by nabyć acerolę, len mielony, chlorellę czy czarnuszkę. Przede mną klient właśnie pakował zakupione produkty. Patrząc na mnie, odwrócił się jakby w popłochu.
9
Podchodzę do lady, a na twarzy radość:
— Czy ma Pan może coś, jakieś lekarstwo, antybiotyk? Tylko, żeby było to jedno lekarstwo do stosowania, a nie, wie Pan, dwa, albo pięć, albo jeszcze inaczej, bo jedno potrzebuje drugiego, aby nastąpiła reakcja lecznicza. Bo widzi Pan… Kamyczki mam, kamyki w pęcherzyku żółciowym, i na to.
— Ja też miałem. Hmm. Himalaya.
— Aha. Ooo! Co?
— Miałem, tylko w przewodzie moczowym, nadnercza.
— Idę dwudziestego dziewiątego do chirurga i zobaczymy, co mi powie. Jeśli nie mają dwóch centymetrów, to się dowiedziałem, że je można rozpuścić, więc łapię się ziół. Może one pomogą?
— No to: Himalaya Cystone. Proszę sobie o tym poczytać.
— A Panu pomogło? Wyleczył Pan? — Nadal w głowie dumam, co to jest do cholery?
— Taaak… Wyleczyłem. — Odrzekł ze spokojem.
— Gratuluję zatem.
— Nie miałem już ataku, jakieś dwanaście lat. — Z wyniosłą stanowczością.
— A ja miałem ostatnio we Wrocławiu. Zwijałem się na podłodze. Myślałem, że się skończę…
— Wiem o czym mowa.
— A w jakiej cenie?
— Nie jest to jakoś specjalnie drogie. Dwadzieścia osiem czterdzieści.
— Yhym, okej. A to są…? — Już się doczekać nie mogąc, co to do licha jest?
— A to takie małe tableteczki. — Tu złożył kciuk oraz palec wskazujący, pokazując mi, milimetrową widoczność tego leku. — Dwadzieścia osiem czterdzieści, za sto tabletek. Proszę sobie o tym poczytać. — Dodał.
— Yhym. Dziękuję, poczytam. — Odparłem.
— No, proszę poczytać. — Równo mrugnął oczami, uśmiechnął się.
— To dobra, dziękuję bardzo! — Wychodząc.
— Nie ma za co! Zapraszam.
— Miłego dnia!
— Wzajemnie! — Usłyszałem zamykając drzwi sklepu.
I poczytałem sobie. Nic to na kamyki moje nie zadziała. — Powątpiewam, przeglądając w internecie artykuły związane z tym suplementem diety. „Wspomaga prawidłowe funkcjonowanie nerek, wspiera układ moczowo-płciowy”. (Z tym to ja w ogóle nie mam problemu). „Preparat zalecany wspomagająco w postępowaniu z kamicą nerkową”. Nerki, na całe szczęście mam zdrowe, bo lubię piwo. Choć zaobserwowałem zmiany skórne, gdy je piłem trzy dni z rzędu. Krótko mówiąc, krosty mi bombardują czoło, a słodycze: plecy, czoło i dowolny punkt na twarzy.
Jest ciekawe, że jeśli mam zarost, brodę długą znaczy, to ni chuja, nie wyjdzie żaden cwany punkt czerwony. Jeżeli jej nie mam, a wąsów już w ogóle, to jeb! Opryszczka gwarantowana, albo krosta pod ustami. Oczywiście, przy wcinaniu słodyczy, których łasuchem byłem. Tak, byłem! Wszystko to, już nie występuje w moich cielesnych problemach. Wyeliminowałem piwo, staram się omijać gluten. Nie wpieprzam tyle kinderków, milek i całej tej gamy słodkości.
Co do opryszczki, to kolejny walnięty wirus, co to nie każdy go w sobie ma. My tak.
Z wyjątkiem może ojca, który jest najbardziej odporny (chłop prawdziwy, chłop, jak dąb, też na takiego rosnę) i na jego wardze wschodzi, basz, basz rzadko. Zatem, ja go w sobie chowam. Mieszka we mnie, lecz odkąd poznałem pewną Rudą Czarownicę, wszystko uległo zmianie. Przewrót bardzo dla mnie odczuwalny, niebolący, a widoczny fest! Odkąd nastąpił za jej sprawą, a moją na to zgodą, czuję się lepiej, żyje lepiej, bo tak się do cholery czuję; a to tworzy pewien łańcuch, który sprawia, że wszelkie następstwa są dla mnie chwalebne, kojące. Doznaję oczyszczenia umysłu i ciała. Oto, piękna sprawa!
Raczy mnie owa niewiasta dobrem tego świata i natury, które człowiek odrzuca, bo jest głupi. Po prostu, człowiek jest niemądry, a rozumowanie niektórych, skłania się w sekundowym rozpoznaniu do nieprzepartego pragnienia, by nazwać go idiotą.
Dawniej, taki sam człowiek, nawet dziki, albo prosty, żyjący gdzieś na wsi, wcale nie, niemądry. Nie posiadający kwalifikacji, wykształcenia i niecwany, by coś komuś udowadniać. Z pokorą i pewnością, że zasób wiadomości ma przeogromny, właśnie w tej jednej gałązce wiedzy i dzięki niej, może komukolwiek nieść ratunek, będąc codziennym bohaterem.
10
Człowiek taki, ciekawego wnętrza, brany był za znachora, zielarza, szamana i tym podobnie. Dzisiaj, miast pić dziurawiec albo pospolitą, a jakże cudowną herbatę z cytryną i miodem z pasieki ojca kolegi w gliniano-ceramicznym kubku, wolimy za około cztery złote, w słynnej Biedronce kupić herbatę aromatyzowaną o smaku rabarbaru, banana, gruszki, ananasa i czego byś sobie kurwa nie wymyślił!
Tłumacz takiemu dzisiaj, że to jest dobre, a to złe. Wytłumacz mu, że zamiast palić, może sobie kupić lepsze buty, spodnie, kurtkę. Wytłumacz takiemu, że zamiast z rezygnacją machać ręką na słowa mądrego, może by po prostu ślepo uwierzył choć raz i wstrzymał cholerną rękę lekceważenia, cwaniactwa i mylnej pewności, że to mądry jest głupi, a on głupi jest mądry.
Problem tkwi w tym, że mądry wysłucha każdego, przetrawi to w sobie i nawet w swoim mniemaniu, mając większy zasób wiedzy na rozmaitą ilość tematów, od kogoś, z kim rozmawia i kogo słucha, przyzna mu rację, jeśli oczywiście tę rację będzie miał. Różnica polega na tym, że głupi z miejsca nie stara się o uwagę mądrego, by zasępić się i zastanowić, wysłuchać w spokoju. Otóż, głupi na słowa mądrego, reaguje przemądrzale. Robi to w sposób bardzo denerwujący. Po prostu i zwyczajnie, mądry myśli o przypierdoleniu głupiemu w ryj. Mądry, to nie znaczy — męczennik. Jednak, jak wiadomo, swoją amplitudę cierpliwości ma także, którą stymulować musi odpowiednio do rozmówcy i sytuacji. Zatem, mądry ochotę mieć może, ale zwykle obchodzi się ze smakiem, by nie pogwałcić swojej osobowości, wartości i harmonii, którą przez lata tworzył po to, aby właśnie być ponad głupotą i nie dać się jej sprowokować.
Sam uważam, że doszedłem do tego stanu, kiedy nic nie jest w stanie mnie rozjuszyć, gdyż od lat prowokowano mnie mocno. Dawałem się rozwścieczać, z czasem coraz rzadziej. Zabawa taka.
Nikt nie wiedział, nie znał Hulka. Tego zielonego stwora z Bruce’a Banner’a. Wielu idiotów, przygłupów i głąbów stawało na mojej drodze i próbowało z równowagi mnie wytrącić. Chcieli tego, bym stał się takim samym, nie panującym nad sobą cymbałem, jak oni, którym na odparciu tej agresji swoją, właśnie zależało. Długo mi jednak z tym zeszło, abym mógł odnaleźć swego ducha, aby on zobaczył mnie i zechciał przystąpić.
Gdyby Cię nie było
Białą herbatą z przedwczoraj popijałbym ranek
Wczesny, jak wtenczas, gdy jeszcze ziewałaś
Budząc mój zachwyt, tym właśnie ziewaniem
Gdy dzielnie, jak żołnierz na życie wstawałaś
Gdyby Cię nie było
Jak Kusy utykałbym z miłości
I piłbym nie wierząc już w miłość
I nijak bym żył, nie wierząc już przyszłości
Co dzień cieszyłem się, że Cię mam w tym mieście
Że jesteś, że Cię Kocham pośród tylu kobiet
Dzisiaj jeszcze nie wiem, co to znaczy odejście
To prawdziwe na zawsze, lecz już tęsknię ja po Tobie
11
Po wszystkim, co przeżyłem, szczególnie duchowo, co rzuciło się chętnie (całe szczęście) na moją mentalność konstatuję, iż odpowiedzią na wszelkie pytania dotyczące niewiadomego, szokującego, niemożliwego, jest słowo: CHCIEĆ. Ono poprzedza inne, choćby takie jak: wiara, cierpliwość, determinacja, szaleństwo, szlachetność! Nawet, jeśli chęci nie idą już w parze z wewnętrznym przekonaniem, to mimo wszystko ja, jak coś zaczynałem, postanowiłem skończyć. Jeżeli przychodziły wyższe o głowę wątpliwości i bezsens, to już nawet bez pasji, a ze łzami i wkurwem w oczach zapadała decyzja o dokończeniu czegoś na zwanego — chama. Jak się później okazywało, to właśnie był wyższy stopień, na który wkroczyło rozżarzone serce, by znaleźć więcej sił, by czemuś sprostać i ominąć tę złą moc, która poprzez wątpliwości, wytykanie błędów i refleksji o bezsensie całej pracy zjawiała się, by człowieka znieważyć, osłabić, zasmucić i podeptać pokazując, że znów jest do niczego, a prawa do ziemi stracił już bardzo dawno temu.
Może to wszystko zależne jest…? Z kurwa pewnością! Od postaw wywiedzionych z domu. Z zachowania, w które ingeruje ogrom czynników. Od kształtującej się osobowości pod wpływem, albo patologii lub już wczesnego, własnego, cudem niezarysowanego umysłu, który lgnie do mądrości, poprzez książki. Wszystko od najmłodszych lat działa mocno na tabula rasę.
Towarzystwo. To, co widzi, a czego mu zabraniają, a co mogłoby mu pomóc zrozumieć, bądź też skrzywić mózg.
Organizm ludzki jest, jak fabryka, tam wszystko ma na siebie oddziaływanie. Decyzje podejmuje, raz serce, raz umysł, lecz jedno, co najpiękniejsze w człowieku, to to, że przy zdrowych zmysłach po prostu czuje, czy jest dobry, czy jest chujem. Wie, jaką drogę wybrał, choć jego świadomość może błędnie ją interpretować, poprzez kolejne uwarunkowania z dzieciństwa, z młodości i wszelkich innych bodźców, czy dotkliwych przeżyć na tle rozmaitym. Może czuć dobro, jednak czynić źle, choć w jego mniemaniu, będą to uczynki dobre. „Ten, co wiecznie zła pragnie, wiecznie dobro czyniąc”, jest odwrotnością tegoż. Jednak w dzisiejszych czasach, to mrzonka.
Ten, który wiecznie zła pragnie, wiecznie zło czyni i jeszcze namawia do tego innych twierdząc, że to jest dobre. Za daleko zabrnąłem, ale wybrnąłem. Przecież mógłbym tak godzinami. Ale już naprawdę mi się nie chce. Mniej coraz…
12
Wstaję rano i jadę do tego lekarza. Chirurg, dwa razy ode mnie większy, mówi mi:
— To tak czy owak trzeba wyciąć. Jeśli o nerki chodzi, tam kamienie można rozwalić.
— A ja słyszałem, że można je w woreczku żółciowym też.
— A gdzie Pan słyszał? — Spojrzał na mnie z pewnością i wzgardą.
— To znaczy, czytałem, że ziołami…
— W internecie? — Warknął.
— Niestety.
— To, co piszą w internecie, to bujdy. — Uruchomiło się w nim stopniowe rozdrażnienie. — Nie ma innej opcji, jak wycięcie go razem z kamyczkami. Zalecam, by obserwował, co Pan je, po czym boli. Decyzja o zabiegu zawsze należy do Pana. — Dokończył na wyjebce.
— Panie doktorze. Ja tu nie mówię tego po to, aby Pana rozwścieczyć, ale skonfrontować wszystko, co tylko możliwe, aby dojść do porozumienia. Wyciągnąć wnioski i zadecydować właśnie.
— Jest Pan dorosły i może się Pan bawić w ziołolecznictwo, ale to jest, jak dziesięć na sto procent, że kamienie się rozpuszczą i obawa, że jeżeli jest to genetyczne, a z pewnością jest, mogą pojawić się z powrotem.
Żadna to z jego strony porada. Natomiast, wkurwiam go w moment. Widzę przecież, że podważam jego autorytet, jako lekarza z tymi ziołami, a wiadomo, każdy lekarz ma jebca na tym punkcie, i jak mu powiesz, że w internecie…
— Jak Pan w internet wierzy, to proszę sobie innego lekarza szukać! — Wygrzmocił, aż się z całkiem niezłego wypięcia, wyprostowała pielęgniarka.
— Dobrze! Jednak wyjaśniam Panu doktorowi, że nie przychodzę fikać, tylko porozmawiać, bo nie wiem, w co wierzyć, a w co nie…
— No to ja już Panu wyjaśniłem! Nie jeść ostrych pokarmów, smażone… itp. — Ściszał głos do ledwie pod nosem słyszalnego mruczenia.
Mam na kartce dietę matki. Dziś znalazłem, (lecz znów wybiegam). Wcześniej przed wizytą wpieprzałem tak, jak dawniej, co chciałem, na nic nie zważając.
Nigdy nie myślałem, że jako artysta będę przechodził takie cyrki z ciałem. Piękne ono jest. Kocham je. Mam proste nogi. Jestem przystojny. Ojciec chciał mnie kiedyś na modela popchnąć, ale się nie dałem. Jakoś mnie to nie interesowało. W końcu artysta też człowiek, prawda? To nie, półbóg, o czym się przekonałem. Choć na przestrzeni lat, od tych słów patrząc przez doświadczenia pryzmat, mogę się sam ze sobą o to właśnie mocno pokłócić; coś nad wyraz boskiego jest w nas, różnego od innych, taki zawsze krok w przód od zwykłego zjadacza chleba, u którego nie wykształcił się dodatkowy jeden zmysł, albo porządna iskra szerokiego odczuwania, widzenia… Et cetera, et cetera, et, et…
Wracam do domu. Robię obiad. Szpinak z fetą i makaronem. Moje popisowe danie. Idę nad rzekę z psiakiem. Jest mi błogo. Pływam. Lubię. Umiem. Wracam. Biorę kąpiel i siadam na moment przed TV. Babcia przynosi racuchy. Po rzece zgłodniałem lekko — stwierdzam w myślach i wsuwam ze cztery? Robię herbatkę z miodem i cytrynką.
Pół nie wypijam (zasiadając do pisania), aż tu nagle znajomy ból! Znów ten sam, co ostatnio, gdy zwijałem się na podłodze. Odstawiam laptopa. Leżę prosto. Siostra daje mi tabletki dwie, łykam. Nie jem ich wcale, dlatego jeśli zażyję, aż dwie, to działają należycie. To trwa dwadzieścia pięć minut. Ból straszliwy. Racuchy… Przeszło.
Jestem na tyle niemądry, że około dziewiętnastej czuję głód. Robię se kanapkę z pieczonego chleba z serkiem topionym. Wpół do ósmej, zaczyna się znowu! O kurwa! Znacznie bardziej potężny ból niż wcześniej! Rozwalę ścianę! Najgorzej, że nie przestaje boleć, kłuć, parzyć od środka. Łykam znów dwie tabletki.
Wczoraj w zielarsko-medycznym, ocet jabłkowy kupiłem, mniszek lekarski, dziurawiec, herbatę z ziół na kamicę żółciową. Fuj, jaka gorzka! Dziś piję to wszystko i nic. Po prostu podrażniłem, kromką chleba…
13
Śmierć, jak kromka chleba. Lekarz mówił, że mogą od tego być różne zapalenia i wtedy będzie jeszcze gorzej.
Zasypiam o dziesiątej chyba. Boli do dwudziestej drugiej piętnaście. Czyli dwie godziny. Nawet w tak błahych dla Ciebie sprawach, człowiek myśli o sprawach chyba najpiękniejszych i najważniejszych. Co mi tam twórczość, gdy Ciebie miałem w myślach, że nie doczekam może nigdy, aby Cię powąchać; zapachu Twojej skóry, ucałować policzka, ust, by nie zaśpiewać Ci szeptem piosenki: Kult — Do Ani. Ech…
Wszystko jest takie kruche… Jesteś, cieszysz się, bawisz, a nagle pstryk! Nie ma. Nie ma wyobraźni, nieba, ni fizyczności tej, ekstazy. Jest pociąg z węglem mknący, pędzący przez doliny, a za sterami anioł, śmierć i diabeł, a Ty w środku, w którymś wagonie, pędzisz… Kto zatrzyma ciuchcię? Kto z tych trzech wygra i wajchę przekrzywi na swoją stronę? Czy może zdołasz się jakoś wykoleić, by móc jednak choćby poczuć tę kobietę, dla której na świat przyszedłeś? Bo to się stać musiało, w takim właśnie czasie, w takich losu okolicznościach…
Jola kierowała samochodem. To Pani architekt była. Ja? Siedzący obok, muzyk? Pisarz? Poeta? Kompozytor i kurwa, no co byś jeszcze chciał? Bezrobotny, o! Ano, być może…
Nie, nie, Greeg — podróżnik nie, masz rację, tak. Podróżników dziś, jak nasrał. Każdy, kto poza próg swego domu, nieco dalej niż obręb swej strefy komfortu, to kurwa wielce podróżnik. No, to nie. Podróżnik, nie. Ale, jak określić w takim razie kogoś, w kim drzemią gotowe do wyrzutu dźwięki, słowa i przybiera to tak różne formy, że aż się ciśnie na usta, by nazwać takiego — artystą? Niechlubne to dziś — myślę — słowo. Lekko wrażliwy i już artysta!
Na tylnych siedzeniach para tancerzy. Nie wiem czy również prywatnie, ale zależało im na dostaniu się do Poznania. Cel podróży tym samochodem — Wrocław i ani miasta więcej. A za kierowcą, cichutko siedziała całkiem, całkiem dziewczyna, śpiewająca w filharmonii szczecińskiej.
Łącząc kropki, (o czym mówił Steve Jobs) dziś wiem, że już wtedy miałem szczęście do ludzi, do sytuacji. Życie zaczynało się — jak to mówią — do mnie uśmiechać. Chociaż sam wówczas nie doceniałem tego uśmiechu w tym właśnie sensie. A uśmiechałem się również z grzeczności bardziej, niż z wzajemności, spoglądając na wspólną dla mojego w gruncie rzeczy dobra, ważną sprawę. Szczęście do ludzi, którzy ot tak, sprawiają, wręcz nieświadomie, że jeśli zechcesz z ich słowami, dla swej przyszłości, możesz dokonać wszystkiego!
14
No i dokonałem! Wybrałem się z psem. Z psem się wybrałem na spacer. Brzegiem rzeki idę i przeglądam w to słoneczne południe oferty pracy, same takie, które mnie jebią. Ale zaraz! Jedna wydaje się w porządku! Dzwonię! Pyk i mam pracę! Dwa tygodnie im na siebie czekać każę! Przecież mieszkanie wynająć czas jeszcze i wszelkie formalności.
Gdy to już wiem, lecę, jak na skrzydłach, do urzędu pracy, by uruchomić zwany: bon na przesiedlenie. Paru formalnościom jestem zmuszony w oczy perfidnie spojrzeć. To spoglądam! Jest tak: najsampierw, to ja muszę wpaść do firm, które mnie chcą, jako pracownika. Firmy to trzy! Dobrze, że mogłem wziąć ojca starą korsinę żeby się móc przemieszczać tu i tam!
Najbliżej domu jadę. Firma nr 1. Podjeżdżam z wciśniętym sprzęgłem na plac. Wychodzę. Szukam faceta, kierownika znaczy. Nie ma. Są tylko sekretarki. To ile ich? — Kalkuluję.
W końcu przyłazi. Mówię mu, jak się sprawa ma. W mig mi się na papierach podpisuje mówiąc, że on mi problemów żadnych robił nie będzie. Jest piękne słoneczne popołudnie. Przyjemnie. Wracam szczęśliwy do domu, jeszcze dwie, jeszcze…
Ranek. Nie chce mi się, ale trzeba to gówno przecież należycie załatwić raz, a dobrze. Silnik, brummm! Jadę w niemal czterdziestu-tysięczne miasto. Firma nr 2. Rozmawiam z jakimś facetem, który w ogóle nie wie, o co chodzi. Czekam więc, (jak nakazuje) na szefa. Ten, w końcu mnie przyjmuje i nie bardzo wie, co ze mną zrobić. Jakby nie rozumiał, co ja do niego prawię. Chwyta za długopis pytając: — Gdzie? — Wskazuję. Bierze pieczątkę. Ciach! Dziękuję mu, a on na mnie ręką od niechcenia, jakby chciał się przespać. Południa jeszcze nie ma, dziesiąta raptem.
Jadę do firmy nr 3, w której spędziłem niecały miesiąc. Obrzeża miasta. Brygady cztery, pfu! Zmiany trzy. Pfu! Brudno. Mokro. Błoto! Wkoło same total-zjeby.
Teraz wpadam do biur. Przepustka… Żeby czasem… Ojojojoj. Pytam. Wskazują mi pokój. Pukam. Wchodzę. Łysy o facjacie Neuumanna. Proszę go o to samo. Robi mi problemy. Co za chuj… — Skupiam myśli. Wchodzi gruby Escobar. Ten, jak skacze! Że on nie po to lata z pismami do urzędu, żeby nie podjąć teraz pracownika! Tłumaczę obu. — Z niewolnika nie będziesz Pan miał pracownika. — Grzmię mocno. Śmieją się ze mnie. Głupie kutasy! Escobar wychodzi klnąc, że mi nie podpisze. Łysy, też na siebie tego brać nie chce. Stoję zatem i ani mi się myśli stąd wychodzić. Jego chyba jednak coś tknęło i do mnie tak:
15
— Idź do HR, może tam Ci podpiszą…
— Tak? A gdzie to jest?
— O, tam! W tamtym budynku. — Wskazuje paluchem.
Wychodzę. Drzwi same trzasnęły. Jestem wkurwion. Wpadam do tych haerów o jebany podpis ten. Piękną, widzę już przed sobą, jak to w takich miejscach i tłumaczę jej, co zaszło i co jest. Wprowadza mnie do biura, gdzie siedzi więcej takich biurowych syren, które patrzą na mnie tak, jakby tam od dawien dawna, nie uświadczyły chłopa. Wyjaśniam po raz wtóry i wtem słyszę, abym wyszedł i poczekał w holu, do minut dwudziestu.
Czekam zatem wpadając w zdziwienie, że to biura wysokiej klasy, jak na byle jakie miasto, od którego chyba odpieprzyć się już powinienem całkowicie, bo po co mam wylewać na nie pomyje, skoro drwić już przestałem? Pokochać go, nie pokocham, jednak jakiś wstręt do niego mam, już Sanok zdaje się być lepszy. Niemniej, sentyment tu też jakiś żywię, do tego, tak drastycznie, podczas drugiej wojny światowej zniszczonego, aż w dziewięćdziesięciu siedmiu procentach miasta, do którego dziadek jakoś po komunie, przyspawał się do końca swego życia; a ja tu nieopodal, zawsze przylegałem do beskidzkiej ziemi, do pól, do krajobrazów, przyrody, miasta nienawidząc.
Wychodzi uśmiechnięta pannica, wręcza mi moje papiery z przybitymi pieczątkami i podpisami. Jestem wniebowzięty! Wielkie składam jej podziękowania, chwilę później już w gorące wchodząc mury Powiatowego Urzędu Pracy. Sam wcześniej przecież nie wiedziałem, dokąd się udać?
Wpadam do starostwa. Jakaś Dojrzała Blond mówi mi, że ona z tym nic nie może zrobić, że to temat, nad którym pieczę sprawuje PUP. To, że kasiorę wypłaca starosta, mniejsza… Tak było.
Wkurwiony wracam w odmęty biur. Skierowano mnie do dyrektora. Z kolei ten, abym przeszedł jakieś procedury owej ścieżki wsparcia — jak to nazywali.
Kurwa mać. Zjebałem gościa z biura, który mi przedstawił papiery, na których mają się podpisać te trzy firmy, zrzekając się pracownika, czyli mnie. Pobiegłem na górę do dyrektora, by zapytać o co biega. Okazało się, że właśnie o to. To są te procedury, gdzie po nich już z górki, ponoć.
I ja w tej chwili wkraczam w progi urzędu z trzema podpisami myśląc, że już niedługo i mi nawalą! Będzie czad! Jasne! Tego gościa, szczerze przepraszam za mój wulkaniczny wybuch, lecz moje słowa tak go poharatały, że ów rany, prędzej wkurw mu względem mnie podsuwały, tym bardziej na widok mej buźki, niż wskazywały na przebaczenie. Ta ścieżka, sama w sobie nie jest prosta, zakręt ostry, co rusz, to jeden, a przed nim pytajnik.
16
Pokój se załatwiam, bez niczyjej pomocy. Biorę mniejszy, żeby później móc się wyrobić, gdy po sześciu miesiącach, będę tyle samo za niego musiał płacić, a może i wyżej? Kryzys, kryzys, podwyżki cen i tak dalej, kto wie? Właścicielka ufa mi na słowo, żem jest chłop w porządku i podejmę pracę w wyznaczonym terminie. Nie zna mnie. Wiadomo. Boi się, że będę kłopotliwym lokatorem.
Mam szczęście do ludzi. Ta historia za każdym razem umacnia mnie bardzo. Poza tym, prawdą jest, aby w tak ważkich dla naszego życia, (tym bardziej jeśli sercem są poparte) wyborach, trzymać się własnego zdania. Być pewnym tego, co się zaczęło. Wycisnąć miąższ ze środka i zakończyć to, po mistrzowsku! Pani w urzędzie:
— Pan już cały urząd na nogi postawił. — Uśmiechnęła się szelmowsko.
— Naprawdę? Ojej… Nie wiem, co powiedzieć? E, chyba nie. — Odrzekłem ze wschodzącymi rumieńcami na policzkach.
— Więc proszę się nie martwić.
— Trochę jednak się martwię. Wiem, że ta procedura trwa do dwóch tygodni, a już tydzień minął, jeśli nie ten, to w następny? Klapa, bo ja już wyjeżdżam i to w ten czwartek, a mamy poniedziałek.
— A może jutro? Będzie dyrektor. Przyjedzie Pan na dziewiątą? Porozmawia? Wyjaśni i uda się coś przyśpieszyć? Choć i tak sądzę, że nie jest to potrzebne.
— Trzeba próbować już teraz wszelkich dostępnych środków. — Na wydechu.
— Proszę. Tutaj są pańskie dokumenty. Proszę tylko tutaj podpisać. Właśnie je przekazujemy do analizy i przedstawiamy komisji, która zdecyduje o przyznaniu Panu bonu.
— Dziękuję raz jeszcze! Do widzenia!
Nazajutrz cały i zdrów widnieje przed biurem dyrektora moja osoba. Niechętnie ma dla mnie chwilę, która przedłuża się do chwili trzech, czterech, a może i nawet pięciu?
Jestem fest zadowolon, schodząc na pierwsze piętro do pani, która się tą moją sprawą stricte od początku zajmuje, jako ma „prowadząca”. Siedzę przed nią, a ona do mnie, że dostała właśnie telefon od dyrektora i w trybie pilnym, mojej sprawie należy nadać bieg. Więc znów mam coś podpisać i tu i tam, a ona, jak szermierz niezrównany, macha w górę, to w dół, zamiast szpady, urzędową trzymając pieczątkę. Ciach! Ciach! Ciach! Ciach! Po chwili mówi, że se mogę już iść i mam jutro przyjść, aby na moje ręce złożyła dokument, niczym dyplom z flagami: Polski i europejskiej unii, informujące o tym, iż ścieżka wsparcia dla mnie została oficjalnie otwarta, wszystko gra. Kwota zostanie mi przesłana do dwóch dni od otrzymania tychże papierów na konto me, bankowe.
Tak. Papierów, bo to trzy ważne są karty. Umowa. Dyplom bonu i oświadczenie do podpisania, że mi wypłacają pieniądz z funduszy europejskich, na mą nową drogę. Z dyrektorem pożegnałem się już teraz. Z panią nazajutrz, kiedy to oficjalnie bon podpisałem i zostałem, że tak to ujmę — mianowany.
Wstąpił we mnie przed tym jeszcze, duch załatwiania. Niesiony adrenaliną i pewnością, która była dopiero jednym z bardzo wielu elementów składających się na odwagę, która później, miała zbudzić się, powstać we mnie i wypełnić całe moje wnętrze.
Dwunastego września, słonecznym rankiem (czwartek), robię wielki krok w stronę zmiany swego życia. Zaczynam od nowa. Żegna mnie siostra. Wsiadam w autobus. Jadę, gdy na konto — pięć tysięcy…
17
Producent teleturnieju: Jeden z dziesięciu, o nazwie: Euromedia miał i ma logo. Po programie słyszałem wysoki kobiecy śpiew, który nie tylko sprawiał i wciąż sprawia, że wracam do lat beztroski, ale też czuję kulturę. Jak Hejnał z Mariackiej Wieży. Także, gdy widzę starą planszę Telewizji Kraków i tę krótką melodyjkę, która stanowi dla mnie wszak kilkusekundowe arcydzieło. Jak początkowe takty Poloneza A-Dur, Mistrza Fryderyka, które są wywoławczym sygnałem Polskiego Radia, którego słucham.
Ona mi Kraków przypomina. A Kraków? Cóż, przypomina mi ją. Nieopodal zaczęło się wszystko. Rykoszetem wspomnienia, dostaje miasto plantów, gdzie wystarczy jeden obiad i jeden spacer, jedna chwila nad jeziorem i w hotelu na obrzeżach. Te noce, letnie, dwie. Jeżdżę do niej. Relacja różna: Beskid Niski — Wrocław, a to Beskid Niski — Brzesko. Beskid Niski — Kraków lub Beskid Niski — Katowice. Beskid Niski — nawet Rzeszów, tak! Ona do mnie pruje może i więcej razy, niż robię to ja.
Co my ze sobą wyrabiamy przez okres ten… Zrywamy i wracamy. Ona ze mną — koniec. To ja w ten sam jeszcze dzień, do Wrocławia pięćset kilometrów autobusem, by nas ratować. Ona w to nie wierzy, a mi w słuchawkach: Shallow; i się wkurwiam patrząc w nocy szybę, że Neobus szybciej nie może. Jeszcze się do połączeń pociągów nie przyzwyczaiłem.
Zawozi mnie na dworzec. Jej — Radio RAM, albo MELORADIO, w którym całkiem, całkiem, te utwory. Pierwszy raz słyszę Black Sabbath — Solitude, który coś we mnie wnosi. Na przestrzeni lat, dźwięki otwierają mnie, jak zamkniętą szkatułkę pełną wartości.
Jest wczesne południe, a ja już za nią tęsknię, choć jest obok. Jest świetnym kierowcą. Z biegiem lat przekonam się, że to kobieta, która Potrafi Żyć. A co za tym? Ano… Wszystko. Rzekłbym, czego się nie dotknie, naznaczone jest dozą profesjonalizmu, jakości. Ona uwodzi, przyciąga i dzięki niej, chce się Żyć. Nigdy nie spotkałem takiego Człowieka. Po połączeniu się z kimś takim, szczerze i prawdziwie, można by rzec, że się tu kończy wszelkie poszukiwanie. A przecież jeszcze do Chrystusowego wieku się nawet nie doczłapałem. To codzienne poczucie, że już nic nie musisz. Że to — TO. Jak znalezienie Świętego Graala. Jakby przed gołymi stopami Twemi, Kwiat Paproci lśnił.
Nikt dziwić się nie powinien, że z tych emocji niepokornych, zapisywać wręcz trzeba, ściągę w razie zapomnienia, aby poznać szczegóły tego, co pomiędzy i wygląd wnętrza wtedy.
18
Dziadek — ten od strony matki, nadał mi imię. Chyba do idealnie się wpasowującego nazwiska. Dziadek Niemców nie lubił, jak każdy Polak po wojnie, ale z wilkami i nie tylko, miał styczność. Z każdą leśną zwierzyną, która grasowała w obrębie pól i bagien. Przed świtem, już był na nogach, a wschód witał wśród drzew.
Imię Wolfgang — jak tłumaczy podręcznikowa wiedza — jest imieniem pochodzenia germańskiego. Składa się z dwóch członów: wolf — oznaczającego „wilk” oraz gang — co oznacza „chód, sposób chodzenia”. Imię Wolfgang można więc interpretować, jako „chodzący jak wilk, poruszający się jak wilk”. I dziadkowi chyba o to chodziło, ażebym kiedyś niezależnie od tego, czy znajdę swoją Waderę czy nie, wyrósł na Basiora, którego w sile wieku, nie ustrzeli żadne celne oko życia. A w nim sam się będę poruszał, jak w wilczym pędzie pomiędzy drzewami.
Wtedy najbardziej rozsądna matka krzyknęła: — Wcale kurwa nie pasuje! Nie będziecie mi z dziecka robili Niemca. Już nazwisko jest niepolskie. Po Tobie będzie miał… — Spojrzała wymownie na swego ojca, a mojego dziadka i tak oto nazywam się Wincenty Rojber.
Odkąd pamiętam, na podwórku rówieśnicy wołali mnie po nazwisku, choć wymyślano od przeróżnych zwykle zdarzeń inne nazwy, które się na dłużej nie przyjęły. Jednak zwracając się Vins, Vinsey, Vinsy — było mi szczególnie przyjemnie.
Babcia wołała na mnie: Ancykrys. Jej koleżanki też. Gdy te, przy kawce wymieniały niezgrabne zdania, ja, jako małolatek wpadałem do kuchni i opętańczo darłem się, rzucając w nie zabawkami. Wtedy jedna z nich krzyczała: — „Łojezu! Ty Ancykrysie niedobry! Uciekej stąd!” Ja uciekałem za winkiel i słyszałem: — „Oj, Maryśka! Ależ łon niedobry! Taki łobuz się robi. A co to dali bedzie?”. A babcia sama nie wiedziała, co to ze mną dali będzie…
Każde imię nasze pełne bowiem, stanowi podstawę powagi w rozmowach, nadając mu odpowiedni jeszcze ton. Zdrobniale — to z kręgu przeciwnego do szarpanych, brudnych emocji.
Chłopcy nie lubią dziwaków. Dziewczynom oni są obojętni, choć naturalnie nie wszystkim. I ja, nie miałem nigdy żadnej paczki, żadnych kolegów. No, dobra. Paru było, plus jeden przyjaciel.
19
Tyle ominąłem fajnych chwil, nie pozwolił mi charakter i głupota. A z drugiej strony? Nie byłbym teraz tym, kim jestem. Nie żałuję. Jakiekolwiek zrozumienie, choćby w spojrzeniu, uzyskiwałem od dziewczyn, nawet jeżeli mój los, był im obojętny. Ale również, nie walczyłem o względy rówieśników, wiedząc, że to i tak, nie ma sensu. Strata czasu na staranie się, aby przypodobać się komukolwiek. Hersztowi tej, tamtej, czy innej bandy. Czułem już wtedy, że to piaskownica, a prawdziwe ścieżki życia, są daleko za ich śmiechami.
Tam, gdzie pojawia się cwaniactwo, neurotyczna duma, tam trzeba wejść pomiędzy lub okrążyć nieraz, bo dla tych półgłówków, to tylko słowa… i miałem rację.
Dochodzą mnie bowiem słuchy i widzę niektórych, co kiedyś mieli mnie za nic. Dziś się przez nich zastanawiam nad terminem współczucia; bo gdybym teraz zechciał, to samym spojrzeniem na ich twarze, wywołałbym u nich uczucia, których nawet nazwać nie potrafią. Szkoda zachodu. Wracam tylko czasem, po tę lekcję życia, by to sobie uświadomić.
Role w scenariuszu świata, wciąż zmieniają się w zależności od naszych wyborów, dobroci, postanowień, charakteru, nauki, wiedzy, kształtowania serca oraz wzmacniania ducha. Reżyser życia, jest bardzo wymagający. Jeśli zaniedbujesz swoje ciało, ducha i innych, którzy są Ci przychylni, to w następnej roli obsadzi Cię jako biedaka, abyś zobaczył, jak wymagająca i smutna jest właśnie ta scena z Tobą. Na każdego jedna przypada kreska, jedno wiedz, skreślenie.
Niektórzy, winni już dawno być zabazgrani, ale komuś na górze brakło atramentu. To się szczęściem zwie i nie wiadomo, co lub kto, daje nam drugą szansę i dosłownie chwilę na zmianę, podczas, gdy stare pióro zostanie zamoczone w nowej hebanowej gęstości. Grunt, by wiedzieć, że to ta chwila. W jaki sposób? Ją się czuje.
Szans takich dostałem wiele. Dziś myślę, że być może zbyt wiele. Wciąż nie wiem, nie rozumiem poświęcenia innych dusz dla mojej. Ilekroć pióro z wolna dotykało kartki, imię moje i nazwisko równo znikało, literalnie wsiąkając w jej błękitny kolor. Być może (tu mogę się tylko domyślać) idzie o częstą zmianę życia? Jakiś progres raz za razem podobający się temu, kto to pióro trzyma? Może już tam nie widnieje?
Przemiana duchowa. Ewoluowanie — to nic złego, że zbyt często. To gdybyś codziennie wietrzył swój pokój i odzywał się do kwiatów.
20
Przeżywam dwudziestą siódmą wiosnę. Jest zima. Wynajmuję pokój na zwanym Sępolnie. Dzień po swych urodzinach, rozpoczynam pracę w logistyce. Jeżdżę widłowym wózkiem bocznym. Jednakże, nie urodziłem się, by nim jeździć. Robię to, aby móc się utrzymać. Móc przeżyć. Szukam pracy, jako taki ktoś, w mediach gdzieś, żeby iść, wyżej się zahaczyć. Łatwo nie jest, lecz ja się kurwa nie poddaję. Codziennie sprawdzam sterty ogłoszeń i cierpię, gdy widzę tylko same te, które mnie walą.
Zastanawiam się często półleżąc, półsiedząc, kiedy skończą się moje psychiczne rozterki? Kiedy ukończę dzieła zaczęte? Kiedy pustym i wolnym się stanę od tego? Kiedy utwory żyć zaczną profesjonalnie? Kiedy spokój poczuję, ulgę i szczęście wraz? Czy to kiedyś nadejdzie? — Pytam siebie trwożnie.
Biję się z myślami, odkąd pamiętam. Przykre. Teraz, jakby zmądrzałem niebezpiecznie i odpuściłem refleksjom, a te, jak wkurwione, jeb we mnie! Dokuczają mi, a ja odpuszczam. Na chama odpuszczam, to się walka nazywa. Miasto i to, co w nim widzę, wyniszczyło mnie doszczętnie: wiarę w Boga, wrażliwość zewnętrzną. Obawiam się (choć to niepewne) wewnętrzną też, a jak już tę, to znaczy w chuja zmieniłem się, nawet tego nie widząc. Czuć, czułem, lecz tyle. Miesiące nabrały tempa. Pędzą straszliwie, a mnie miasto zmienia, czuję to, jak cholera.
Jest styczeń. Umowę chciałem na sześć miesięcy, ze względu na startową kasę z urzędu pracy. Pracuję na dwie zmiany: rano i południe. Robota nie jest zła, na łeb nie kapie, ciepło. Z mieszkania do pracy. Z niej jeszcze o sklep haczę. Niezależnie od pory dnia, jeszcze z początku: słodycze, pyfko, papierosy, chleb, szynkę, ser. Teraz postanowiłem to zmienić. Naprawdę. W jakim kierunku idę? Sam nie wiem. Albowiem, ponoć dojrzewam w drastycznym tempie tygodni. Najgorsze jest, że to czuję, że mam świadomość dokonującej się we mnie transformacji.
Zacząłem od tajemniczości. Od zmilczenia. Zapragnąłem zamilczeć. Zachowywać siebie, aż do obrzygania, do zakneblowania dziur, by przez uszy czy nos, dupę, chuja i usta, co najgorsze są, najohydniejsze, bo mogą najwięcej poprzez mózg. W nim mądrość i głupota, bo czuję, że mam dość. Chaosu, byle czego. Bylejakości, durnoty porażającej, że dłonie moje tak bardzo nie chcą, a muszą do policzków zalanych łzami, przystępować.
21
Zostało mi trzy i pół miesiąca do roku końca, ale tym się już nie martwię. Nic złego sobie nie zrobię, bo już innym jestem dzięki Niej. Pięknie odmieniony, dojrzały i dorodny.
Na razie, jestem sam w całym trzypokojowym mieszkaniu z wypasioną kuchnią i łazienką. Zajmuję pokój o powierzchni ośmiu metrów kwadratowych, ale wydaje się całkiem duży.
W każdym razie, wystarcza mi zupełnie. Mam tu lampkę nocną, biurko, obracane krzesło. Łóżko, trochę twarde, ale się może przyzwyczaję. Trzy półki i cztery szuflady. Dużą szafę. Zegar i drzewko szczęścia. Duże okno z roletami. Mieszkanie przeszło gruntowny remont. Mam kupioną nową pościel, poszewkę, poduszkę i kołdrę. Jest tu dla mnie wszystko. Może rzeczywiście mam szczęście do ludzi? A także szczęście w ogóle? Nie miał mi kto tego uświadomić, aż zrobił to Głos Miłości. Uświadomienie sprawia, że dana myśl działa mocniej.
W sobotę do szesnastej od rana, robię rozeznanie dzielnicy. Wieczorem przyjeżdża do mnie Głos Miłości. Przywozi mi smaczne danie i inne dobre strawy. Spędzamy czas miło i rozkosznie. Kochamy się w moim, a później w innym pokoju. Wstaję. Jest ósma trzydzieści. Biorę prysznic. Zostałem już w tym mieszkaniu na wszystkie sposoby, ochrzczony. Została jeszcze praca. BHP. Szkolenia. Zobaczymy.
Siedzę, bo nawet półleżeniem bym tego nie nazwał. Oparty o trzy poduszki w swoim pokoju, w którym się już zagnieździłem. Zaparzam herbatę zwaną kocim pazurem lub vilcacorą. Słucham radia. Dwójka. Chopin mi gra. Jest wtorek. Do pracy na drugą zmianę, na czternastą. Pokój mi wystarcza. Jest w sam raz. Ponoć, to osiem metrów kwadratowych, a ja wciąż sądzę, że jest więcej.
W pracy rozmyślam już, ku jej schyłkowi, o tych dwóch światach: rzeczywistym i wyimaginowanym. Ten, kto żyje świadomie w realnym świecie, często może czuć jego rozłam, przez którą to szczelinę, chętnie wprowadza imaginację, zmyślenie, którym chciałby żyć. Gdy się żyje w swoim wymyślonym świecie, rozłamujemy go, by wprowadzić w niego szczyptę rzeczywistości.
Czy mógłbym w dzisiejszym świecie być takim Wokulskim? Ubierać się, jak on? Myśleć i żyć, jak on? Czy jednak wówczas, uniknąłbym widoku tego, czego widzieć nie chcę? A przecież teraz, to porządek dzienny i oślepłbym, gdybym naturę swoją i sposób bycia, podporządkował takiemu stylowi. Zatem? Czy najlepiej jednak zostawić się w tym świecie? Przywyknąć do niego? Mieć oczy otwarte na wszystko, lecz stanowczo nie pozwalać, by to, co widzimy (chociaż nie chcielibyśmy zobaczyć), nie wpływało na nas w żadnej mierze? Jeszcze się do tego odniosę. Niemniej, chyba warto i to, uważam za najlepsze z wszelkich wyjść, żyć tu i teraz. Światem realnym, rzeczywistym. Naginać go delikatnie i w jego szczeliny, wstrzykiwać elementy określające nas wszelako: z zachowania, stylu, mentalności, poczucia etc. Bowiem biedny jest ten, kto nie czerpie wzorców z przeszłości.
W.R.O.
Nauczycielce Życia
Jeżeli Ciebie naprawdę Moja Droga
Rozdziera bezsilność.
Jeżeli w moich żyjesz mrokach…
Tak być nie powinno.
Choć znaczy to, że kochasz…
Pytasz, kto za mną nadąży?
Mówisz, że chyba ja sam.
Wiesz? To nade mną ciąży…
To z tym problem mam.
Sam za sobą nie nadążam.
Częściej zdarza się faux pas.
Trwa tyle, ile ciąża
Ten mój popaprany stan.
I nie dziwię się, że brzydzisz się mnie.
Niegodziwy — to ja.
Niegodny Ciebie — ten.
Spośród wszystkich cholernych szajbusów
Co życie wciąż grozi mu snem.
Nie różnię się chyba niczym
Od takiego, co zaliczyć chce.
Nie mam się już czym bronić
Serce z lodu mi w dłoni
Zamienia w wodę się.
Tych złych chwil nie naprawię
W głowie się rzucają pierwsze.
Inaczej nie potrafię
Tylko walczyć wierszem…
I pozbawić się chciałbym tego
Co wyrządza tyle złego
Lecz wiedz, że już się przyuczam
By słów na wiatr nie rzucać
Choć wymówką bywa zwykle życie
Wolę prawdę, niźli skłamać.
To nie prawda, ale czyny
Uczą prawdę serce łamać…
22
Wypijam yerba mate. Robię pranie, sprzątam pokój. Wieczór wczorajszy, to moja osoba w teatrze. Bardzo mi się podoba. Mam po tym mnóstwo refleksji dotyczących swojego życia. Dążenia do tego, co jeszcze czuje serce. Kupuję kokosowe cygaretki. Po trzech wczoraj, dziś budzę się po dziesiątej z bólem głowy i oczu. Po wyspaniu się, przechodzi. Mam tu już dwa ataki kolki żółciowej. Łącznie, cztery albo pięć. Ten z września, był morderczy. Czyżbym miał pomyśleć, iż Wrocław przywitał mnie złowrogo? Dopiero później miał przekonać się, że będę grzecznym chłopcem…
W dzień pracy pierwszy, po dniu szkoleń, dostaję ostrej sraczki. Uczęszczam do ustępu, jakby powiedziała niejedna na wsi babka. Moja praca polega na zbieraniu części samochodowych z regałów, których jest pięćdziesiąt pięć. Tydzień pierwszy. Chodzę pieszo z tabletem, który wyznacza mi lokację i tam w swoim gnieździe, łażę i szukam. W niedzielę załatwia mnie placek po węgiersku. Raz po jedzeniu tam — atak. Teraz? Rozwolnienie. W poniedziałek jem z mikrofali placek, co go na wynos. We wtorek się męczę i do roboty. Dzień pierwszy z gorączką i piekącym ostro asteryskiem. Przechodzi dopiero koło piątku. Ya ostalsya odin. Na dannyy moment sosedey po komnate net.
Mam kolejny atak i żadnego leku przeciwbólowego. Po piwie kokosowym. Całą noc leżę z bólem przeogromnym i kwiczę. W jednej pozycji — na plecach. Nogi podciągnięte do siebie. Strasznie to przeżywam. We środę lek kupiłem, na biegunkę. Po robocie, którą na samym wejściu osrałem.
Tydzień mi dają tutejsi, że niby włos długi i niebrzydki, że niby taka cipa? Śmieją się ze mnie. Słyszę, mówią: — nie wytrzyma.
Kurwa. Wy nie wiecie, co ta „cipa” przeżyła… W tak młodym wieku, słaniać się po kątach brudnych i obskurnych, adoptować kołchoz — jak nazywali to miejsce Ci, co ramię w ramię ze mną w tej wilgoci i brudzie jedli, i jak ja, przed wstydliwymi bolcami życia, niczym bokserzy, świetnie nauczyli się uników. Dzięki temu dostrzec można, że to nie „cipa”, a twardy kamień z głębokim na środku wydrążeniem.
Na boczny wózek widłowy wsiadam po tygodniu. Zupełnie inna bajka, jak tu mówią. Jest inaczej, niż w robotach, w których byłem wcześniej. Człowiek nie jest tak zmęczony, by nie móc wykonać jeszcze własnych rzeczy w domu. Po miesiącu, wyrabiam normę, czyli sto sześćdziesiąt pozycji. Wózkiem śmigam każdym, bo już na kilku siedziałem i koparką bez uprawnień, węgiel dla ludności polskiej, stare dzieje.
23
Łapie mnie przeziębienie, tuż po tych wydarzeniach, gdy tu zagościłem. Po nim dopiero normuje się wszystko i zaczyna jakoś funkcjonować. Wdrożone postanowienia i zasady sprawiają, że lepiej mi się żyje. Schudłem. Ważę siedemdziesiąt pięć kilogramów. Spodziewałem się, lecz nie aż tyle! Niemniej, to dobrze. Dla mnie? Wspaniale!
Dochodzi do półtora miesiąca odkąd zmieniłem myślenie, dietę i nie mam ataku. Czuję się znacznie lepiej. Wypoczęty. Spostrzegawczy. Silny. Lekki. Zmienia się sporo. Wciąż nad sobą pracuję. Nad wrażliwością, grzechami głównymi, cierpliwością. Nad mentalnością. Nad własnym wnętrzem, duchowością, harmonią. Obecne czasy nas niszczą, ale jeszcze jakoś w tej historii można się zapisać, jako ktoś, kto naprawdę kochał. Chciał dobrze. Brał czasem zbyt wiele na swe barki myśląc, że to pomoże i tworzył, mając wrażliwość niebotyczną. Pisał, by ratować duszę, by nie zgubić siebie. Tworzył z potrzeby serca. Nie dla dostatku, nie dla bogactwa.
Bardzo trudna to droga i myśli mam, że może warto patrzeć tylko na własne ego? Dążyć do bogactwa i pieprzyć wszystko? Mi ma być dobrze! Co mnie obchodzą inni? Przyszedłem na ten świat, to się w nim pobawię, bo już tu nie wrócę. Ludzie wciąż myślą, że zmienią świat, że gdy będą pełni wartości i wzniosłości, że gdy będą szli drogą prawdy i szczerości, szacunku, autentyczności to… Umiera się. Zostawia się coś po sobie i co dalej? No właśnie — nic. Stworzyć i dobrze sprzedać, to w tym jedyny sens? To ma być autentyczne, surowe! To ma być nowo stworzone, nagie, piękne ciało, które rzucone, przedstawione oczom publiki, ma być dla tej masy ubrane w piękne szaty.
Kiedy się w domowym zaciszu rozbiera dzieło, tego twórcę, wówczas zadaniem jego, jest zachować chytrze mądrość, kunszt, geniusz, wartości i powab w danym dziele, by sam na sam, być może dotrzeć do wnętrza odbiorcy? Sam nie wiem? A może trzeba po prostu żyć? Mieć te wzniosłe sprawy głęboko w dupie? Ileż to ja zachodziłem w głowę o to. Mój Boże! Czy Ty to widzisz? Ty jeden widzisz do jasnej cholery, ileż ja refleksji w sobie przerobiłem! I mam siłę! Jeszcze… Mam! Na życie! Do życia! Ale nie do sięgania w sfery, w które sięgałem do niedawna. Być może to już? Pisanie mnie uleczyło? Nie mam dołów. Wiele się zmieniło.
Nabrałem dystansu do życia, do świata, do ludzi, do wszystkiego. Dojrzałem niesamowicie. Zrobiłem niezwykłe postępy. Codziennie powtarzam sobie, że osiągnę sukces. Czuję się silniejszy. Wiem, co dla mnie najważniejsze, a co tylko ważne. Koniec z parciem na szkło. Trzeba przede wszystkim żyć. Odczuwać bodźce. Dawkować sobie szczęście codziennie. A jeśli nie, to często, albo o ile to w ogóle możliwe, kiedy bądź. Trzeba być dla ludzi. Twórczość jest ważna, ale nie za wszelką cenę. Może kiedyś przyjdzie taki moment, kiedy powrócę do rozmyślań na temat własnego ja, życia tego i pozaziemskiego? Jedno jest pewne: trzeba żyć, aż do tego jedynego najwrażliwszego napięcia. Tchnienia, powiewu, który muska nas tak rozkosznie, że jesteśmy w stanie poczuć spokój, harmonię i nieustające kilka chwil, ciarki pomieszane z niewypowiedzianym podnieceniem duszy.
Rano zawozi mnie do roboty na szóstą. Kocham ją. W radiu puścili Jethro Tull — Orion. Nie słyszałem. Piękna jest! I wszystko znów we mnie chce walczyć i żyć!
24
Kiedy mieszkałem na wsi, nie bałem się wcale, bo się nie wychylałem, bo po co? Beztroska… No dobra, może z wyjątkiem jakiegoś raka.
W mieście zacząłem chodzić z duszą na ramieniu. Ilekroć wychodzę z kamienicy, w której śpię, mam obawę przed utratą życia. Jakby to… Poważnie, no, że mi ktoś kulkę w łeb właduje. Jakże nie myśleć mam o tym, by posiadać broń?
Stoję na przystanku tramwajowym, jest już noc. Koło dworca ten przystanek. Stoję, jak zawsze i czekam, góra do minut dziesięciu z hakiem na przyjazd tramwaju bądź autobusu. Widzę tego samego brudnego chłopa, co żebrze o osiemdziesiąt kurwa groszy, a ja go znam. Pytał mnie niedawno o złoty sześćdziesiąt dwa. Cwaniaczek od nietypowych liczb, by kłamstwo to, stało się szczerym i poważnym jego przesłaniem. — Nie mam. — Mówię. Ten natychmiast zaczepia innych. Zaraz pojawią się następni. — Myślę i drżę, bo na tym etapie życia i w stanie moim psychicznym, najgorszym bodaj z możliwych chyba, w takich sytuacjach mam pragnienie do płaszcza kieszeni sięgnąć od wewnątrz i nie portfel, nie! A spluwę z tłumikiem zamaszystym ruchem, pach! I nie ma dziada! To szalone, wiem. Trudno. Być może wpadłem w obłęd, żywą obojętność? To źle. Mam tego świadomość. Nie chcę pomocy, bo wiem też, że nikt nie jest w stanie mnie uleczyć.
Słyszę, jak wydziera się jedna z drugą morda: — „Skopię ci dupę, świat jest mój, a pierdole cię, chodź kurwa, ale mu wpierdolimy! Łe, łe, łe!”. Wloką się przez pasy pijani wygoleńcy. Po czym z innej strony, zza winkla wychodzi trzech arabusów, drąc się w tym swoim — „alahala!”. Czuję strach i nerwy. Niepokój i chęć broni posiadania. Nie poznaję siebie, ale tak. Odstrzeliłbym bez powieki drżenia, pif, paf, paf! A tak… Stoję i się boję. Czujność wzmożona. Obserwuję, wypatrując tramwaju dziewięć. Gdy już jest, wchodzę zawsze powabnie, spokojnie.
Widzę, jak ta na ukos, bawi się włosami. Jej paznokcie granatowe. Wygląda na sucz. Jakiś pierścionek — lustruję — plastikowy pewnie, chyba z odpustu. Czarne ma kłaki związane w kucyk, oczy duże. Nogi długie. Klika se w komórkę, dzieciuch głupi. Młoda siksa — ucinam.
Tramwajem czy autobusem, jadę na gapę. Mam kupionych z parę biletów i zależy gdzie jadę i ile mam przystanków. Czy w dzień, czy noc? Wysiadam na pętli. Mijam kiosk. Przez pasy, w dom. Szybkim krokiem dochodzę w minut dziesięć, bo ziąb. Tu już czuję się bezpiecznie, to moja dzielnia.
25
Piwo przestaje mi wchodzić. Wino tak samo. Jestem rad, łapiąc się wódki i jej pochodnych: Burbon, Whisky, i Biały Bocian z Bielsko-Białej. U Głosu Miłości piłem raz pierwszy drinka. Bocian plus cola i sok z cytryny, basz dobre!
Jedną z ostatnich wyobrażeń parę lat wstecz, byłoby stwierdzenie, że będę wódkę wolał bardziej od piwa czy wina. Jednak zmienia się tak, że czasami sam za sobą nie nadążam. Aczkolwiek, zawsze do grzańca będę miał słabość. Piwo zimą, pomarańcza, przyprawy i miód. Najważniejsze, to nie wątpić w to, co się robi, że się żyje i odczuwa, że to przyjemność.
Gdy wracam z pracy z porannej zmiany, jest słońce. Jest ciepło i czuć wiosnę. Czuję się najpiękniej! Papierosy? Rzucam i wierzę, że na dobre. Chociaż, są mi lepsze od słodyczy. Przekleństwo. Przed walentynkami raz ostatni, siecze mnie. Orzechówka, Soplica, sto mililitrów. Znowu mdłości. Gorąc. Uczucie osłabienia.
Ten jebany luty, taki dla mnie chujowy. Styczeń był tylko pełen nadziei, a ta choć umiera ostatnia, to i matką głupich.
W piątek po trzech piwach, idę sobie z tramwaju do domu. Pomiędzy pierwszą, a drugą w nocy. W mosznę gryzie mnie pies i same z tym problemy! O kurwa jego mać! Bulterier zajebany! Wyczuł procenty. Prócz tego: czarny kapelusz, płaszcz i spodnie czarne, szal żółty i włosy w blond. W brąz buty i niestety płaszcz ten, niezapięty. A wyskakuje mi zza auta! Smycz, metry trzy. Dziabnięty w momencie, gdy za smycz do siebie ta, co ją później widuję razy dwa z bydlęciem. I nadal, japierdole, bez kagańca! Patrzę. Ona w uśmiechu patrzy, jak do roboty mknę. Czekaj, jeszcze cię pizdo złapię! — Myślę sobie. — Jak tylko będę miał chwilę. — Dodaję w złości.
Tej nocy trzeźwieję z miejsca, idąc przed siebie. Odwracam się. Ta już znika za rogiem. Dumam — może by tak iść za nią? — Odpuszczam. Piecze mnie. Stoję pod latarnią, jak prostytutka. Krew! Bo oto wyciągam z majtek prawą dłoń i szok! Idę dziwnym, jakby niezdarnym krokiem tuż, tuż i jestem w mieszkaniu. Alkohol wraca. Rzygać chce mi się, choć nie bardzo jakoś. Wacik biorę pod zimną wodę, przykładam, bokserki i sen.
Rano budzę się i nie wiem czy koszmar śniłem? Szybko jednak otrzymuję sygnał w postaci niekomfortowego w kroczu uczucia, a twarz układa się w jeden tego typu właściwy sobie grymas, co inwencji oczami widzę. Nieco wystraszony, ale opanowany sięgam po telefon, jest gdzieś po jedenastej i dzwonię z opowieścią do Głosu Miłości.
26
Słodycze? Ograniczam. Staram się, bynajmniej. Są mi gorsze od papierosów, które już — nie.
W międzyczasie coś się we mnie dokonuje i zaczynam stawiać na jakość życia wyłącznie. Na istotne wartości. Głębię i prostotę jednocześnie, które równowagę stwarzają, bo tylko tak, da się funkcjonować; chce się żyć w owym stanie, gdy dozuje się mądrość oraz wariactwo w człeka samoświadomość istnienia.
Głos Miłości opatruje mi genitalia. Na SORze się umiera. Prywatnie więc. Stówa dla internisty, co mi daje skierowanie oraz zwolnienie z roboty, a to się goi. Po czterech dniach, to już tylko za jej namową, bo sam olewam to, szczerze ręką na tę sprawę machając. Toteż zmilczenia zasłonę spuszczam, bo myśli szkoda mi, oczu i tembru na postawienie własnego zdania. Szczepionkę na tężec biorę w przychodni nieopodal.
Ale za to, swoje czarne spodnie, na tych pięć centymetrów podwijam i agrafkami je skuwam dookoła. Oryginalnie, moje.
Co roku jakby czuję, bo przecież to widzę, jak jedna cecha z tych, które fruwają wolno, sama wpina się w kształt mojej osobowości, tym samym naturalnie nieco ją zmieniając. Jedną z tych cech w tym roku, bez zastanowienia, jest kreatywność. Odczuwam ją w codzienności. Na czele, choć nieodległa od peletonu.
Czarny kolor uwielbiam, lecz wcale zmilczenie nie musi objawiać się czarnym charakterem. Zmilczenie beżowe z jakimś lekkim tonem barw. Jakim bądź do cholery. Choć ubiór określa, są odgięcia od normy czy reguły i ja jestem tym odgięciem, szczerym dobra odłamem.
Zmilczenie to posępność. Zwykle brak uśmiechu, a ten u mnie od gnoja, se pierwsze skrzypce gra. Aktorem kiedyś być marzyłem, od przedszkola i trochę później, więc styl i resztę zostawiam. Niech będzie radosna, modna i uśmiech w pełni udawany, choć i szczery, lecz wewnątrz, pogląd druzgocący każdy mózg, aż go zabić trzeba. Podczas mordu tego — zmilczenie. Może kiedyś przylgnę do nierozsądku i głupoty świata…
W międzyczasie, dalej. Poważna medytacja. Wykąpany. Świeży. To jakaś niedziela jest. Kadzidełko. Relaksacyjny przepływ dźwięku. Kwiatek do podlania. Panowanie nad sobą. Uczę się o niego dbać od podstaw, by wiedzieć, jak dbać i być odpowiedzialnym za człowieka. Potrzebuje wody. Nie chce mi się podlewać. Potrzebuje słońca, lecz mi ciężko odsłonić żaluzje, aby dać mu żyć, a mnie oświecić.
27
Zaczęło sypać! Trzeci dzień grudnia, dwa tysiące dwudziestego roku. We Wrocławiu śnieg zobaczyłem z białej powały nieba. Najpierw duże jego płaty, później jakby hipnotycznie, równomiernie opadający.
W Beskidzie Niskim już przedwczoraj, lekko sypnęło, lecz odkąd pamiętam, to tak było. Albo prószyło i nasypało go już w październiku, trzymając formę do szóstego grudnia, albo nigdy nie zawiodło i ostatnimi laty, jeśli nie było biało w październiku czy listopadzie, to w któreś dni przed urodzinami Mikołaja, robiło się biało.
Czego nie można powiedzieć o roku czy dwóch, do czterech chyba wstecz, kiedy to jesiennie było w czas. Gdy jest śnieg, klimat świąteczny mocno emanuje już w połowie listopada. Wiarę mam, że nas zasypie. Nie wiem, czy ludzie tego potrzebują? Potrzebuję ja, bardzo. I o to się w duchu modlę. Pory roku zawsze miały i mieć będą na mnie wpływ.
A ja z roboty przychodzę, umęczon pod polskim życiem. Nie dwanaście, a zwykłe osiem godzin, to i tak zbyt wiele. Już dziś każdy wie, że praca człowieka niszczy. Wstawanie przed świtem, jeszcze z musu, morduje. Ale ja się z tego kurwa jeszcze wyrwę! I tak będzie, bo wiernym sługą najprawdziwszej jestem Sztuki, a ona wymagając cholernie, nie pozwoli na pewno, abym trupem chodził po ziemi, bo wie, że najbardziej piękna, intensywna, produktywna i sprzyjająca człowiekowi praca, to dwie do czterech godzin.
Słucham tony jazz&bluesa. Nadrabiam ogrom zaległości z lat, kiedy jazz&blues mnie kochał, a ja go nie i tym samym gardziłem nim fest! Big Daddy Wilson — Walk A Mile In My Shoes, później Daniel Castro — I’ll Play The Blues For You, następnie Blues Delight — Slighty Hung Over, i rozpływam się przy Meena Cryle — It Makes Me Scream, padam na łóżko.
Bycie robotnikiem sprawia, że alkohol, co rusz za Tobą łazi. Pisząc, też trzeba skupienie do głowy podłożyć, jak do pieca węgiel. Żeby głowa coraz to gorętsza była i zaczęło z niej parować podczas tak usilnej pracy. Nigdy nie zebrałem się na chęć, żeby umysł swój zapity wytężać. Ani dziś, ani jutro, nie znajdę czasu, aby do czegokolwiek dla mnie ważnego przysiąść.
Czasem zmęczenie jest tak ogromne, iż najgorsze w nim jest to, że Ci się nawet nie chce pomyśleć o jakiejkolwiek zmianie. Jakby ktoś włączył tryb bezmyślny: „głupi robot”.
W chwilach zwątpienia, upadku, pragnę i złej potrzebuję siły, która ustawi mi głowę. Również i tak bywało. Dziś rozpoznaję, co to jest i w jakiej postaci przychodzi, ale to już moja najsłodsza tajemnica.
28
Pierwszy raz w życiu idę do barbera: stówa. Na umówioną godzinę. Siedzę i gadam z Ząbkiem. Z facjaty, poczciwy. Rad jestem, że on włosy mi podcina i brodę rzeźbi ostro. Ponad godzinę tu, przyjemnie. Męska sprawa. Sam mi mówi w trakcie rzeźbienia, że trymerem jeśli mam, zawsze można sobie coś tam zrobić. A ja mam. Rozmawiamy o tym i dochodzę do wniosku, że będę jednak sam się zajmował swoją twarzą, bo szkoda pieniądza i czasu. Trymerem zaś władam, jak Ekskaliburem Król Artur.
Worek mosznowy odzyskuje wygląd. Pryskam go Octeniseptem, i puder żółty. To mi pomaga. Mija może tydzień? I szlag trafia mnie w postaci choroby. Zapalenie oskrzeli! Już zapisany jestem w przychodni. Antybiotyk. Tabletki. Syropy i wolne.
Świat okrąża wieść o jakimś chińskim wirusie. Ale kogo to obchodzi? Chiny daleko. Tu je Polska. Szara codzienność i spraw mnogość. Nie tam jakiś… Jak ta nazwa?! Korona-wirus?
Jak świat światem — sobie snuję — te nazwy spajające w jakiś sposób społeczeństwo, wieją mi kiczem. Ktoś, kto je wymyślił, jest w mojej wyobraźni homo-sapiens z kompleksami, o fizjonomii polaczka w sandałach i tych… białych skarpetkach.
Korona-wirus. Phi! Pha! Wa-mać, kurwa! Znaleźli się inteligenci. Specjaliści narodu, co każdy ich dzień, zaiste przeca jest, jak studnia głęboki i wzniosły nad wyraz. Fachowcy kurwa, od polowych dźwięków. I tak na przestrzeni historii, skądinąd przepięknej coś, co do niej wkroczy niechlubnie czy też chlubnie, będzie na jej kartach, tak głupią nazwą żyło.
Wyzdrowiałem! Ale zaraz! Coś mi tu nie gra! Po trzech dniach wypluwam płuca, duszności takie miewam. Ponoć to normalne jest, po zapaleniu oskrzeli czy płuc. Kontrola u doktora. W końcu z byle pogłosek, odległych wieści, horyzontalnych artykułów, tadam! Mamy w kraju naszym rzeczpospolitym kosę, którą jest wirus-świrus, co go tak nazywam, a kosę tę dzierży, żniwiarz ponury. Pachnie ludzkich postaci to zerżnięte zboże. Kłosy w wieku naprawdę rozpiętym, pomiędzy małą, dwunastoletnią dziewczynką, a starczym ciałem, co nie wiem, jakiej płci i wiosen ile? Włochy, Hiszpania, USA, zaraza karci te państwa, a nas nawiedza i trzonkiem bije. Ostrza, nie używa.
Kwarantanna. Jestem sam. Pandemia. Wrocław. Dolnośląskie. Niewesoło. Województwo czołowe! To… Polska Walcząca!
29
Nagle oto, słyszę inną nazwę! COVID-19. No mać kurwa! Już lepiej! Przecież zupełnie inaczej to brzmi, a człowiek od razu nabiera szacunku do zarazy, a nie tam jakiś… Cha! cha! cha! Korona-wirus. Nazwa ośmieszająca ten pomór, ale dość!
Zalegam już tydzień i jest gorzej. Nie ma poprawy. Głos Miłości robi, co może. W tym zakupy. Kochany Anioł. Dostaję od niej Nutridrinki. Jak już mam to pić, to znaczy, że jeszcze tak beznadziejnie, to ze mną nigdy chyba nie było. Zdobywa swoimi kanałami czeską Amantadynę. Łykam ją i te austriackie medykamenty (które do dziś chwalę i polecam) plus Nutridrinki. Pomaga. Ale to, co się ma wypełnić, to się wypełni i zaświaty doskonale znają i czują moment.
Ten się okazuje właściwy, po dzisiejszym zmroku, kiedy wita mnie śmierć nie taka, jaką bym chciał przed sobą, z cycami i nabrzmiałą cipką, ale paskudna czacha, która się nawet specjalnie nie śmieje, nie ironizuje. Przerażenie we mnie bierze górę, ale ta nic nie wymusza. Informuje mnie tylko, że to ta noc, kiedy, gdy zamknę oczy, już ich na tym świecie nie otworzę i nie uczyni to już żadna siła.
Umieram i nikt nie musi o tym wiedzieć. Siadam na skraju łóżka. Gorączka. Czterdzieści stopni. Ale Bóg wie i czeka na mój ruch. W końcu wypowiadam to, wobec czego, był tak cierpliwy, tym samym anulując zawiązany z nim układ. Dnia pewnego, nie bardzo słonecznego, kiedym to na długie lata poprosił, aby się nie wtrącał do mojego życia, a ja nie będę go nigdy wzywał. Tej nocy, wzywam. Od łez mokry jest skrawek dywanu. Ciarki z podniecenia i chorobowe dreszcze, kładą mnie na powrót i okrywają kołdrą z domieszką snu. Śmierć znika, a ja się już nawet nie boję, tylko czuję w tych ciarkach i dreszczach subtelnych dłoni mnogość i łaskotanie białych piór.
Rano budzę się! Żyję! Jestem w szoku, bo oto zdrów jestem! W pełni sił! Znów czuję ciarki, już bez dreszczy. Ciary, które do życia mnie unoszą. Do radości w przyszłość! Tym razem z wszelkim wyrzutem sumienia, bo Bóg jest we mnie…
30
W związku z niejedzeniem słodyczy, mam ochotę na kawę, po dziewiętnastej. Lavazza w puszce. Nie ma Dallmayr. Idę do kuchni. Plastikowe wieczko ściągam. Łapię za dzyndzel, jak w konserwie i nie wiem, jak ja to otwieram, bo cienki okrąg tegoż ostrego tworzywa, wżyna się mi od wewnątrz w prawego kciuka. Ból! Krew się ciurkiem leje. Palec pod kran w łazience. Słabo mi…
Czuję smród mopa. Otwieram oczy. Jestem w szoku kurwa jakimś chyba, bo nie wiem, gdzie jestem…? Dochodzę do siebie, a szok mija. Się okazuje, że pierwszy w życiu raz, tracę przytomność! Podoba mi się! W prawym pośladku czuję rwanie. Prawdopodobnie, upadam na tę kość. Wraca świadomość. Łazienka. Sępolno. Wrocław. Przykładam wacik. Owijam toaletowym papierem marki, y, bliżej nieokreślonej. Idę do łóżka i zasypiam w tłustych włosach.
Kaszel znikąd powraca, ze wzmożoną siłą. Ten sam, lecz mocniejszy znacznie. Męczy mnie non stop. Do roboty oczywiście chodzę. Do czwartku. To mnie nie dusi, lecz napierdala, bo sięgam pamięcią do lat, kiedy wnętrznościami plułem i tu podobnie się na to zanosi.
W tym czasie, rząd wprowadza coraz to fajniejsze obostrzenia, a ze mną kiepsko. Dzwonię tuż przed zamknięciem przychodni. Przeprowadza się ze mną wywiad epidemiologiczny. Przyjmuje mnie nie moja doktorka. Oczy jej tylko widzę. Każe mi założyć maseczkę i nie mówić, jeśli nie będzie to konieczne. Siadam, czekam. Przychodzi do izolatki. Osłuchuje mnie. Świszczy mi coś pod prawą łopatką i daje mi zwolnienie do przyszłego piątku. Zapisuje mi pastylki do ssania, złotych dwadzieścia. Ssę te tabletki. Rano. W południe i wieczór. Szesnaście ich jest. Mija tydzień i przechodzi.
Zaczynam pić, alkohol. Mało jem. Pracuję. Środa. Zatrucie żołądka. Rzygam, jak kocur. Biorę wyjście prywatne z dwóch godzin i w dom. Gdzieś po dwudziestej, bo druga to zmiana, ledwo doczłapuję się do mieszkania. Rzygam i śnię. Receptę na antybiotyk, syrop, tabletki i wracam. Nie przypuszczam nawet, że to mogę w sobie mieć. Ale czy mam? Nie wiem. Po tygodniu przechodzi.
Dowiaduje się, bo sytuacja napięta, że oto mamy w robocie postój. Dla mnie czad! Mieszkanie mam dla siebie. Lokatorzy zwiali.
31
Wirus-świrus paraliżuje wszystko, ludzie umierają. Trzy dni temu zmarł Penderecki. Ludzie kopią w kalendarz z rozmachem. Ja nie zamierzam. Teraz czuję się dobrze, prócz bólu w plecach od siedzenia. Przez rząd wprowadzone zakazy. Tylko po najbardziej niezbędne rzeczy można do sklepu — cyk!
Dostaję informację od swojego przełożonego, że mamy wolne. Postojowe, płatne sto procent do końca miesiąca. Boję się tylko, by mnie w tym paskudnym czasie nie zwolnili. A zresztą… będzie co ma być. Poza tym, mam jeszcze wyzwania w postaci felietonów do miesięcznika: „Kawał Prozy”, „Litera P”, i „Prozoezja”. Dużo czytam i nie piszę. Tylko do tych miesięczników. Nie wiem, co mi się dzieje? Bo nie dla siebie. A niedokończona powieść — stygnie. Kim ja jestem w tych czasopismach? Robię wszystko, aby mnie nie przypisano do kategorii: krytyka literacka. Tu własną mam kolumnę i piszę sobie lekko i jedwabiście. Trzymam fason, utrzymuję ton. Wyrażam własny punkt widzenia, poruszając aktualne tematy życia codziennego, w których pozwalam sobie na zaciskanie słów tychże, satyrą, ironią i ogólnym humorem. Czyż nie tego chciałem?
Owszem, mogę powiedzieć, że pnę się w górę. Ale czy wraz ze mną pnie się nauka angielskiego i hiszpańskiego? Czy wraz ze mną, pnie się pragnienie opanowania gry na pianinie? Kończenie swoich dzieł? Praca nad utworami? Codzienne ćwiczenia śpiewu? Czy w rozwoju moim te i inne jeszcze chęci, które są codziennym wysiłkiem i poświęceniem odznaczane, oraz miłością podkreślone, czy one aby się nie ścierają? Sobie nie przeszkadzają? Nie walczą?
A czytanie książek? Kto mi powie, że to gówno i nic nie daje? A znam takich, którzy tak myślą i tak mi mówili. Gdybym nie czytał, bałbym się słowem odezwać. Już nieraz tak miałem. Zacząłem dukać i wtedy zrozumiałem, że przeczytałem dwie książki w zeszłym roku. Dramat. Wstyd. Ale życie samo pokazuje mi, jak ubogi jestem, choćby z tą świadomością o żenującej ilości wchłoniętych rozdziałów, stron na miesięcy dwanaście. A nieraz przecież tak bywało, że po jednej ukończonej książce doznawałem olśnienia i pewnego rodzaju wysublimowania języka. One muszą być w myślowym obiegu codziennie, zwłaszcza te obce, bo zanikną. Kurwa.
No i spełniło się moje marzenie, by znaleźć pracę jako taki ktoś w mediach gdzieś, żeby iść wyżej się zahaczyć. Na dorobienie, dobre zajęcie. Żyć? Z przebywania osiem godzin w stadzie.
Stanley
Znudziłem się sobą
Beznadzieja!
Najgorsze co być może
Co za niemoc!
Te chwile nic nie mogą
Zwątpienia przejaw!
Wiarę w jutro włożę
W dziś z demonem przemoc!
Na siebie wołam Stanley!
Dla innych Staszek, Stach!
Żyję w kompanii karnej
Tak postrzegam świat…
Prawdziwszy niż Ty dla mnie
Jest Twój zodiaku znak.
Na siebie wołam Stanley!
Dla innych Staszek, Stach!
Mówią, że już po mnie
Dając mi tabletki.
Od lat wiem, że ten lek
W głębię duszy brnie.
Słowa płyną skromnie.
Podsuwają kredki
Gdy szkicuję brzeg
I rysować węglem chcę!
32
Dziś dla frajdy spadł śnieg. Jest po zmianie czasowej i świeci piękne słońce. Z przedwczoraj na wczoraj, nie spałem w nocy. Słuchałem muzyki i porządkowałem różne sprawy w głowie, tak, aby mieć jasno określone prace, pasje i inne rzeczy do wykonania, aby sobie nie przeszkadzały. Wracam do formy. Nie jem słodyczy. Kupiłem pianino Casio PS-20. Głos Miłości mi je swoimi kanałami znalazł i przywiózł. Kochana jest. Będę się uczył grać. Skrzypce też by się przydały. I saksofon. Przechuj ze mnie jest!
Ten Bałdych — niesamowity! Fenomenalny! Wspaniały. Inspiruje. Zachęca. Porusza.
Zwykle czytam własny tekst w tych czasopismach, lecz naturalnie przeglądam także inne. Kolegów i koleżanek. Koleżanki, to zwykle mają nosa i byle gówna nie wypuszczą, ale ci koledzy… Ja nie mogę. W czasopiśmie o tytule: „Litera P”, stworzyli kolumnę na dwie strony o nazwie: „Strupy Literackie”. Że to przeszło przez oczy redaktora naczelnego i dostało akceptację, aby gromadzić tak zwane: brudne wiersze, to się dziwę. Póki co, jesteśmy na etapie szukania perły w morzu tych wypocin, a któreś trzeba wybrać jako: „wiersz dnia”. Ten z dziś wybitnie jest ułomny:
Krosty Poezji
jem życie, tylko od cukru mi one — pandemia
przestałem odczuwać smak gorzki
i tylko ten, ależ mi słodko!
jawią się krosty nowe, jak słowa
pożeram kolorowe z biedronki groszki
wierszy tyle spisanych mam na plecach
w lustro patrząc czytam je sobie
z czoła, krost poezji nikt zbronować
nie zdoła, ale heca!
Co za świr to napisał? Jakiż flejtuch? Fuj, co za chuj! Takie gnioty dopuszczają! Mało tego. Z nich robią wiersze dnia? Wcale się nie dziwię, że się ludzie z poetów śmieją. Nie wiedzą, gdzie szukać, to szukają w ciepłym gównie. Ohyda. To już za daleko zaszło. A skoro zaszło, to w świetle dziennym — nie ujrzysz. Za kotarą. A najgorsi to ci, którzy w tym wypadku dla publiki zapalają sztuczne światła, którzy podnoszą kotarę i kicz w profesjonalizm odziewają. To połączenie, bawi. Jest komercyjne, a prawdziwy twórca profesjonalizmu powszednieje, nudzi, poważnieje, jak i jego kunszt, sznyt, ciężka, wieloletnia praca, godziny prób i wyrzeczeń masa. Jest dla wybranych, a wybranych coraz mniej…
Bywam czasami w redakcjach, bo lubię tam chodzić. Dużo tam tych koleżanek i całkiem niezamężnych. Dużo też kolegów, ale żonaci i jacyś oni tacy… Mówią mi: — Rojber chuju ty, jak się ożenisz, to inaczej będziesz śpiewał. — Wy tego nie zobaczycie. — Odpowiadam. — Ale się dowiemy, a echa naszych śmiechów cię dopadną, zobaczysz. — Rzeczą ciule siebie pewni. O tej pracy w reklamie, to ja nieraz jeszcze… A tu: Warkot Sztuki, Irokez Słowa, WZP — Warkocze Zdaniami Plecione. Coś takiego, to ja na poczekaniu wymyślam, tęgie mózgi…
33
Mam! „Jak zostałem bukmacherem!” — Tak się będzie nazywać moja powieść! Pamiętam, jak z ojcem w tym żadnym przecież mieście, przekraczałem próg nad niebiesko-żółtym szyldem zakładu bukmacherskiego i wstępowałem między jego odrapane ściany. Raz jakaś baba, która nie wiem, skąd się wzięła? Zaraz, zaraz! To chyba była ta, co po drugiej stronie przyjmowała typy. Niby pod nosem zwróciła uwagę ojcu, słyszę:
— Takie małe dziecko brać do takiego miejsca…
Tata się nie przejmował, obstawiał żeby coś ugrać. Chwilę po niej, stary chłop pod swoim nosem, właśnie zaczął mamrotać:
— A jak! Dobrze! Niech się uczy, a co… bo w tym kraju, to tylko wygrać!
Odkąd pamiętam, te lokale, barów rolę spełniały. Tyle, że bez browaru pod gębą, gwaru, hałaśliwej bądź jakiejkolwiek muzyki. Siedzieli opijmordy i obstawiali to, co uzbierali, albo, co zostało z renty lub emerytury własnej żony, czy matki. Się słyszało to jedno, słynne wtedy zdanie:
— „Puść. Puść mi to. Za ile? No, za dwa złote!“.
A na kuponie, zwana: taśma, gdzie wówczas zamienia się to w farta, na miarę totka. Ostatnio w progi lokalizacji tej samej, wstąpił ojciec mój, później mi rzecząc, że się nic nie zmieniło. Nadal taśmy za dwa złote. Przez nasiąknięte tanim piwem, albo wódą przez lata, głosowe struny ochryple, to zdanie jedno do kasjerki powiadają. Tera, internety. Kto by, co czas szanuje, siedział godziny w tych jaskiniach diabła? Można rzec, że dał alternatywę, by przegrywać szybciej.
Aplikacja. Ciach-prach i już po wszystkiem. Tak żem lat kilka, przegrywał pieniądze, aż zaprzysiągłem zemstę i wiodły mię po cichu, jej nachalne żądze. A to pułapka! — Jakby krzyknął mądry. Ja wiem, lecz plan obmyśliłem cwańszy, obfity w spryt. Podpierając intuicją, niczym belka stodołę, na którą, jak się z przodu zerka, to bez nadziei, do następnego wiatru w nocy. Zaś, jak spojrzysz już z boku, to stoi w swej mocy. Tak od pół roku w skupieniu, własnym sposobem, szedłem pokorny, lecz pewnie, przez zwycięstwa drogę. Odrobiwszy nawet z nawiązką, com potracił z bólem, gdym nie znał systemu, gdym trwożył pulę. Co rusz, jedna wielka, gdy się oczom jawiła, tak szybko znikała i niemalże sprawiła, żem zmierzał myślami, by się nazwać zerem, lecz wówczas z głowy refleksji wytężyłem wiele. W końcu na konto, zaczęły wpływać pieniądze. I tak na wolność pozwolić sobie mogłem, gdy przynajmniej każdy miesiąc, raczył mnie tysiącem. Gdy mi na konto, ostatni wpłynął przelew, zrozumiałem, że mamona, jest jak diabeł, co w spokoju swe układa między ludźmi klocki, tak ja ze spokojem, zostałem bukmacherem!
34
Bodaj, trzeci to tydzień kwarantanny, w której społeczeństwo zdaje się być mocno, jeśli nie przestraszone, to z pewnością bardzo ciekawe następstw wirusa, który zaczął atakować ze wzmożoną siłą. Zdania są podzielone. Zresztą, jak zwykle. Twierdzi się, że to bujda jest, że wirusa wcale nie ma. A na pytania: — „skąd zatem ten szum, skąd zgony?”. Odpowiedzią są niedbale wrzucone w jeden wielki wór różnej maści, teorie spiskowe, dorównujące tym sprzed lat, które odcisnęły jakieś piętno na łamach historii.
Ja zachowuję spokój. Do dnia, kiedy zafascynowany muzyką T. Love i osobą Muńka Staszczyka, chwytam za kuchenny nóż o drewnianej rękojeści. Jest tępy. Są jeszcze inne. Ten jest wygodny. Kładę na umywalce. Z pokoju przynoszę starego laptopa, przez którego muzykę. Włączam playlistę T. Love na sedesie. Łapię za ostrze. Biorę kosmyk mokrych po kąpieli włosów. Zawahanie! Drugie podejście i ciach! Haratam własne włosy!
Patrzę w lustro z miną pełnej powagi, poczucia pewnego obowiązku wobec nie wiem, kogo? Czasem pojawia się grymas, w który się gapię i dostrzegam silny charakter, osobowość roku. A przecież, ja taki jestem. Co roku musieliby wręczać mi nagrody właśnie za to, jaki jestem. Cóż, żyć nie umierać…
Po godzinie, wyglądam całkiem przyzwoicie. Biorę kąpiel i… Jest nieźle. — Stwierdzam. Jednak, gdy budzę się rano, robię sobie zdjęcie i ślę je, do Głosu Miłości. Odbieram telefon:
— Ty to na prawdę zrobiłeś… — W słuchawce słyszę jej łamiący się głos.
— Kocham Cię. Z pozdrowieniami dla Twoich nerwów!
— Zrobiłeś to. Okej. Czyli teraz będziesz zaczynał nowe życie.
— Tak… z Tobą, na nowo.
— Chyba beze mnie. Jestem w szoku.
— Z Tobą. Tylko z Tobą.
— Muszę Cię naprawdę mocno kochać…
— Zamówiłem dla Ciebie maseczki, w kotki i liski. Także, nie kupuj tam.
— Ja jestem jeszcze w szoku.
— Przestań. Mam koleżankę, która ma firmę i dzwoniłem do niej, jej mama szyje takie. Zamówiłem cztery.
— Dziękuję, nie potrzebuję.
— Za późno! Zamówiłem.
— Ściąłeś włosy? Nie wierzę! Muszę złapać oddech, bo mnie zatkało. Wiesz, że już drugi raz ścinasz włosy będąc ze mną? W tym raz, na bardzo krótko. Widać, wolisz krótkie.
— Ty masz to za żart. Ale ja traktuję to poważnie:
1. Pokuta — 2. Przekór bycia innym niż dwudziesto-siedmio-latkowie rockowi, którzy w długich kłakach schodzili z tego padołu. — 3. Oczyszczenie. — 4. Znak siły wewnętrznej, że dam radę z pokusami, że potrafię kochać i żyć inaczej niż dotąd. — 5. Jak mówiłem, jeśli uda się to wszystko złożyć do kupy jakoś to… Zapuszczę, bo się sobie podobam w długich i Tobie również. Ale teraz czuję, że tak trzeba, czuję to po prostu tak, jak czuję Twój zapach, który uwielbiam…
— Nożem… Dobrze, skoro tak zadecydowałeś. Niech ta kwarantanna się już skończy, bo niedługo nie będziesz miał czego obcinać… Nie mam tego za żart.
— Nie rozumiem? Kutasa sobie obetnę?
— Żartowałam trochę, ale generalnie jestem w szoku.
— Uwielbiam szokować, tylko nie wiem, czy pozytywnie czy negatywnie?
— Myślę, że jest Ci wszystko jedno, po prostu lubisz szokować i szokujesz. Naprawdę zdębiałam. Jak ciąłeś te włosy, to aż mi się serce kroiło. Popłakałam się. Zabolało mnie. Ale mówisz, że ciągle beczę, więc nie przejmujemy się tym. Teraz będziesz musiał iść do fryzjera i wyrównać wszystko. Pewnie znowu będziesz miał włosy na pół centymetra od skóry. Lato idzie, będzie Ci chłodniej.
— Nie, nie. Nie pół centymetra. Będę wyglądał tak, żeby Ci się też podobać, bo mi dziś powiedziałaś coś pięknego.
— Ciekawe, jak zareaguje fryzjer, jak powiesz, że ściąłeś włosy nożem? Chciałabym to zobaczyć.
— Przykro mi, a ja czułem strach i niepokój, a później ulgę…
— Te włosy, to pewien symbol naszej znajomości. Czas spędzony razem. Rosły od krótkich przy skórze, do tej długości. Przez cały nasz wspólny czas. Tak to odebrałam, jak je ciąłeś i przez moment, też mi było smutno, jakbyś ściął naszą znajomość. Ale okej, skoro czujesz ulgę… Pamiętam też, że jak obciąłeś je, będąc na wsi, to byłam wściekła na Ciebie. Teraz tego nie miałam i nie mam. Jeśli ma Ci to pomóc w zmianie czy w życiu, to trzymam kciuki.
— Tak, to jest symbol. Ale ja zawaliłem i trzeba czasu, jak odrost tych włosów na nowo.
— Jesteś szalony jednak.
— Narobiłem bigosu, to teraz naprawdę trzeba się stuknąć w pierś i zrobić w głowie jakiś plan. Poukładać pewne sprawy. Coś sobie powiedzieć. Spojrzeć w oczy. Stworzyć plan działania. Wziąć się za życie, za takie jakie ono jest. Z nową pewnością i oddaleniem się od przeszłości wszelakiej.
Przyjeżdża mój Głos Miłości, ale coś nie tak. Mimo wszystko, widzę, w dłoni nożyczki trzyma.
I całe szczęście, że mnie ostrzem tym nie tego… Nie pokiereszowała, bo moce ma wiedźmy. Wie doskonale, że ją zdradzam. Obcina mnie. Kończy. Ja pod prysznic. Wychodzę. Pytanie jest: czy mam kogoś?
Ogólnie sam siebie znam i wiem, że przyznałbym się, bo już kiedyś się przyznałem i stwierdzam, że lepiej się nie przyznawać. Nigdy. Zwykle nie zna się faceta, który przyznałby się przed kobietą do złajdaczenia się z inną. Bazując więc na doświadczeniu własnym sprzed lat, nie przyznaję się jej prosto w te zapłakane cholera jasna mać, kocie oczy i jak pies łżę, bo przecież to nic takiego, nieistotne. Nawet nie wiem, czy mi się to czasami aby nie przyśniło? A tu wielki raban! Choć wtenczas nawet Bogu, jak mniemam, nie było do śmiechu.
Ona w moje patrzy oczy. Ja wykąpany. W bokserkach stoję i moknie mi serce. Ona nie trzaskając drzwiami, delikatnie wychodzi. Jestem Chuj…
35
Myślałem już o tym wcześniej. Chciałem kupić broń. Pytam paru takich, co się znają i takich, co broń już posiadają. Nie mówimy tu rzecz jasna o broni palnej, tej z filmów. Niby mógłbym mieć przecież z ostrą amunicją, ale czy faktycznie taka jest mi potrzebna? By zabić? Pewnie. Myślałem także o procy, kuszy, pieprzowym gazie, ale w końcu z tychże zrezygnowałem, na rzecz posiadania broni bez zezwolenia na kule gumowe, pieprzowe, bądź śruty. I taką broń nosiłbym sobie przy sobie.
Niegdyś stwierdziła, jedna z ukochanych sióstr moich, że wtedy jestem sobą najbardziej, kiedy naśladuję innych. Dzieje się tak, ponieważ ktoś ponadprzeciętny w swoich skłonnościach, również do wybujałej wyobraźni, z wybujałym ego wydętym, jak balonik; ktoś tak siebie uwielbiający, nie może być jednostką, która nie dałaby rady być kimkolwiek innym. Chowa się wewnątrz jakieś okruchy z osobowości, którymi chciało się być w dzieciństwie i też później. Może nawet się nie chowa. Nawet się ich nie chce wręcz, by chcieć być i pozostać sobą, ale one się wszczepiły w śledzionę czy inną wątrobę.
Człowiek marzyć nie przestaje, znaczy, że żyje. Wyobraźnia mu furczy, jak facetowi pała, na widok kobiet chodzących po wrocławskim rynku w weekendowe popołudnia. Wieczory letnie, seksualnej woni pełne.
Ale żeby zabić? No właśnie! Kiedy Ciebie nie spotyka nic złego i modlisz się w duchu żeby nie spotkało, tam na drugiej półkuli gdzieś, ludzie jak Ty, walczą o życie. Nie w czas im. Nie rozmyślają filozoficznie o piątym przykazaniu, godziny na to poświęcając. Po prostu, mają ostrą broń palną i walczą. Ta broń, to ich Bóg. To ich anioł, który chroni jego i jego bliskich przed złem i występkiem.
Owszem. Żyjemy tu w państwie takiego prawa, gdzie na wieść o wymierzaniu sprawiedliwości własną ręką, wszyscy posłowie i posłanki dostają musztardowej sraczki, która do trzech dni trzyma. Później każdego boli i piecze odbyt, asterysk ten, co o mało się nie schował.
Tam się rżną. Nikt do nikogo pretensji nie ma. Tutaj złamiesz chujowi cokolwiek i wielce jest poszkodowany. Gdyby wiedział każdy chuj, że ktoś mu może łeb urwać, nie ponosząc za to konsekwencji, może z chuja parę rang w dół, awansowałby na pokorne ciele z dozą empatii i brakiem kurestwa, jakim dotąd się kieruje, by mianować się głupim siewcą, którego boją się kosiarze, zwani władzą.
36
I zwykle z tych wszystkich osobowości we mnie drzemiących, trudno jest mi powrócić do siebie samego. Oj, wysoką za to płacę cenę. Psychicznego zdrowia, przede wszystkim. To jest, jak rozstrajanie instrumentu z wszelkich dotychczas melodii, pod które się nuciło, śpiewało. A jaki jestem ja sam? Tego, nie wiem wcale.
Dlaczego broń? Akurat ten mój charakter właściwy taki jest, że nie lubi sobie rąk brudzić ścierwem. A tak? Wyciągam giwerę, pach! I już! Gościa nie ma i lecimy dalej świat ratować, bo czasu nie ma. A nie się pierdolić z chłopem na jakieś pięści czy inne narzędzia — walczyć.
Wchodzę do sklepu z bronią na oławskiej. Patrzę. Rozglądam się i myślę, że to niemądre jest.
Owszem, oczami wyobraźni widzę siebie, gdy w płaszczu w jodełkę i kapeluszu od niej, przemierzam zmęczony nocne ulice miasta. Zaraz po tym, jak właśnie kropnąłem jakiegoś na zlecenie bydlaka, na konto raz! Wpłata. Mijam kurwy. Teraz zimno, a one tak stać muszą… I być może z przemiłą chęcią mógłbym zaprosić tę czy tamtą. Wziął pod ramię i w dom.
Jazz i muzyka poważna mnie uspokaja.
Ściągam z niej płaszcz i kieruję do pokoju. Podchodzę do gramofonu. Włączam suitę Lorenca z filmu „Psy”. Nie proponuję jej nic. Swój odwieszam płaszcz, kapelusz. Pistol jest przy mnie, grzecznie stygnie w kaburze. Z kuchni niosę whisky. Ona odzywa się w końcu. Czy może ma pójść? Sam nie wiem, co jej odpowiedzieć? Niby ją chcę. Z drugiej zaś strony? Po zabójstwie pociąga mnie samotność. Whisky jednak robi swoje. Portfel. Wyciągam dwa tysiące. Kładę na stół.
— Dzwoń do swojego szefa, że zostajesz na noc. — Do niej.
— Jestem po trzydziestce. Nie muszę tłumaczyć się, jak młódka, gdzie i z kim przebywam. — Do mnie.
Dopijamy. Przynoszę więc trunek w butelce. Ciągniemy z gwinta raz po raz. Za oknem deszcz. Ściągam garnitur. Kaburę z klamką zawieszam na małym haczyku wystającym z sufitu. Rozpinam koszulę. Rozbieram i chwytam ją za rękę. Wchodzimy w wannę, w gorącą wodę. Jest inna. Godna zakochania, chętna uczuć, miłości spragniona. Pozwala całować w usta. Mała lampka na stoliku, robi nastrój wraz z muzyką deszczu i tą z gramofonu. Zrzuca szlafrok. Następuje kulminacja emocji…
— Przepraszam? Czy mógłby się Pan troszkę przesunąć?
Tak oto wytrąca mnie z pięknego marzenia grubas jakiś, co se ma życzenie popatrzeć na te giwery, w które ja patrząc, widziałem nas szczęśliwych. Mnie i ją tamtego wieczora, gdy kopnął w kalendarz jakiś zły dla świata ciul.
37
Zasiedziałem się — rozmyślam. Zaprzestałem szukać. — Ciągnę dalej. Było mi tu dobrze, wygodnie. — Refleksje gwałcą mnie. Jak większość, tracę pracę. Z głową podniesioną przyjmuję wieść, o którą sam się muszę prosić. Inaczej, nie mówią Ci. Wcześniej znać nie dadzą, że wylatujesz za miesiąc bądź dni czternaście. Przez agencję pracy. Osiemnaście miesięcy. Jak mówił Rzemieślnik: — Dla nich jesteś jedynie zasobem. Dobrze, że mam jakieś oszczędności. Te pozwolą mi na szukanie nowej pracy. Zapobiegną całkowitemu wyłączeniu się z życia. Zadzwonił do mnie Głos Miłości:
— Ja już po śniadaniu jestem. Obudziłam się wcześnie i włączyłam telewizor i to był błąd, bo Szturmowski, pierdolony minister i kłamca, powiedział dziś, że w związku z kwarantanną na święta i wszystkimi środkami ostrożności, niestety kulminację korona wirusa przenieśliśmy na jesień, czyli okolice września. Czyli błąd, że siedzimy w domu, bo kulminacja wirusa będzie we wrześniu. Co za matoł. Sprzedajna świnia.
— Wiadome było…
— Chce zniszczyć tą Polskę. Co za kłamliwy kutas. Czyli źle, że siedzimy w domu, bo planowany szczyt pandemii: na wrzesień. W co on pogrywa? Ale się wściekłam!
— Co ja mogę powiedzieć? Zapewne masz rację.
— Myślę cały czas o tym, co powiedziałeś, więc najlepiej jest chyba odpowiedzieć od razu. Zastanawiam się często, jak skonstruowany jest człowiek? Potrzebuje w życiu tyle czasu i różnych sytuacji. Tych miłych i tych przykrych, żeby dojść do zawężonych wniosków… Żeby też ostatecznie ułatwić sobie życie i znaleźć odpowiedni, prostszy kierunek, który się realizuje. Często te wszystkie sytuacje życiowe i ludzie, których spotykamy na swojej drodze, nie wystarczają, bo ciągle gdzieś gonimy i szarpiemy się z emocjami twórczymi myśląc, że tylko my mamy rację… Dopiero, kiedy życie przywiązuje nas do sytuacji w jakiej się teraz znajdujemy i mamy dużo czasu na przemyślenia, właśnie wtedy pojawiają się te myśli właściwe. Człowiek do wielu rzeczy musi dojść sam. Przekonać się na własnej skórze i wyciągnąć wnioski. W sumie, w sytuacji tego wirusa, osiągnąłeś dobre myśli i koncentrat życia.
— Też tak myślę.
— Trzeba wiedzieć, co w życiu jest ważne. Po co, coś robimy, i czas jest nieubłagany, bo się okazuje, że my musimy dostosować się do niego. Ale od nas zależy, jakie w każdej minucie będziemy mieć wspomnienia. Zatem, odkładanie kogoś/czegoś na później, jak sam powiedziałeś np. mnie, jest nie wiem, czym? Co ma Ci to dać? Zwłaszcza, że trzeba mieć z tyłu głowy, że można z czymś nie zdążyć. Ale z drugiej strony? Może taki jesteś, że uczucia i miłość do drugiej osoby, potrzebujesz odłożyć na ławkę rezerwowych i dobrze Ci z tym? Być może. Nie chcę tego analizować, bo jeszcze wiele tych przemyśleń związanych z nami, jest dla mnie bardzo bolesnych. Jak powiedziałeś, ja potrzebuję bliskości, bo mi szkoda tego czasu, ale Ty możesz mieć inaczej na tym etapie życia.
— Hmm.
— Gdyby nie ta cholerna kwarantanna, to gdzieś byśmy sobie pojechali. A tak? Nawet z jazdy samochodem trzeba się tłumaczyć.
— Tak sobie zasnąć. Leżeć razem do końca kwarantanny, gdzieś u mnie pod lasem. Tam policja nie jeździ. Sklepy zawsze jakieś są. A jak nie? To Ory pizzę by przywiózł.
— Tak, te lasy tam… Zieleń i powietrze. Deszcz, który padał za oknem w tempie naszej miłości i kołysał drzewami w kakofonii naszych splecionych ciał, dodając nam spokoju i harmonii w naszych myślach i wspólnych uniesieniach… Ale pojechałam! Marzycielka!
— Bardzo ładnie! Proza najwyższych lotów.
— Miałam Cię tylko dla siebie i tak bardzo wtedy czułam, że mnie kochasz. Mamy piękne wspomnienia.
— Tak. A teraz, nie czujesz?
— Tyle rzeczy wymknęło nam się spod kontroli. Oboje potrafimy dać sobie dużo przykrości. Zupełnie za darmo. Tak, w tym hotelu i tym lesie. Było inaczej. Piękne wspomnienie. Nie umiem zapomnieć tamtego uczucia.
— (ciężkie moje westchnienie)
— Czas tego wirusa, nie sprzyja. Tu się z Tobą zgadzam. Trzeba porozmawiać, ale nie czas ku temu. Powinniśmy nabrać dystansu. Wyjechać gdzieś. Przypomnieć sobie, za co się pokochaliśmy. Poczuć siebie i spokój. A tu jest problem, żeby do Ciebie przyjechać, bo policja stoi na każdym kroku i ma być jeszcze gorzej. Uwięzieni we własnych domach. Trzeba ratować, co się da, ale łatwo nie jest. Wiemy to. Policja będzie pewnie szaleć, od czwartku jeszcze bardziej, jak wprowadzą te maseczki.
— Kurwa jebana. Ech! Co tu robić, co robić?
— Musimy jakoś przetrwać, bo nic więcej zrobić nie możemy. To duże wyzwanie dla naszego związku. Ale jeśli nie przetrwamy to myślę, że możemy tego żałować.
— Jutro chcę ruszyć do sklepu. Z rana. Przed maseczkami. Wodę kupić. Alkohol.
Umawiam się na wizytę w mej zęba sprawie. Młoda blondynka, robi mi zdjęcie szóstki tej, po lewej na dole. Faktycznie, nieprzyjemnie. Od zęba, rwą mnie wszystkie po tej stronie, jak fiks! Przynajmniej, tak czuję. Najbardziej, gdy gorące wlewam w gardło. A potem zimne, i spokój już. Udaję się do swej dentystki, lecz kiedy to się dzieje, mija jeszcze tydzień. Ząb przestaje dokuczać. Być też może, to za sprawą pasty? — Ze zdjęcia wynika, że ma Pan jeszcze parę nerwów do strucia, jak będzie boleć, proszę przyjść. — Diagnozuje. Zdjęcie zachowuję. Nad wszystkimi oprócz tych, panuję, nerwami.
Po ostatniej wizycie w domu rodzinnym, popadam w obojętność, obżarstwo, lenistwo. Potrzebuję pół roku, by móc wytworzyć w sobie właściwą siłę do walki z pokusami, co chętnie mną władały.
Znów biorę się za ćwiczenia. Czuję się lepiej. Chłodne, letnie, słoneczne poranki dodają sił witalnych, by móc przezwyciężyć w sobie zło.
Zaczynam słuchać jazzu, na całego. Miłość do niego dopiero wówczas kształtuje się, gdy nagle pojmuję, o co w nim naprawdę chodzi. To tylko pogłębiło moje uczucie. Muzyką jest jazz, która za każdym razem, jako nawet ta sama, mówi nam zupełnie coś innego, coś nowego. Tym jest dla mnie jazz. Nie męczy, lecz idzie obok wiernie, choć nie za rękę. Ale towarzyszy, nie męcząc, nie nudząc. Koi mnie.
Teraz taka moda na winyle. Kupuję sobie adapter i paręnaście płyt. Pływam obecnie w czterech gatunkach: jazzu, bluesa, klasyki i rocka. Kupuję Queen i The Police. Annę Marię Jopek,
Michała Lorenca i moje dwa nowe odkrycia! Zespoły:
Niechęć i Q YA VY.
Zastanawiam się, kiedy znów i gdzie będę mógł sobie spokojnie popływać?
38
Ostatni dzień przed zamknięciem wszystkiego. Wieje! Wstępuję na wrocławski Dworzec Główny. Peron. Sus w pociąg relacji: każdy kierunek dobry. Z tych brudnych jest on. Z tych starych i nieprzyjemnych. Uciekam się do korzeni swych, na czas nie wiem, jaki? Bo jest mi on bliżej nieokreślony. W podróży dogadzają mi słońca promienie. Słucham muzyki, patrząc na uprawne pola.
Wtem moje utęsknienie i wewnętrzny spokój, burzy hałas jakiejś chyba szkolnej wycieczki. Wpadają bachory do mojego wagonu, a wagony? Bez przedziałów. Chyba podstawówka to. Klasa w małej rozpiętości szósta, do ósmej. Natomiast, klasa kultury — zerowa. Gnoje z domieszką niewypowiedzenia z szacunku do jakiejkolwiek skali czy też klasyfikacji.
Ci, tam, po skosie do mnie, na końcu żrą czipsy. Równolegle do nich, banda przygłupów wrzeszczy. Jeden otwiera okno i wyrzuca pustą plastikową butelkę po coli. Zamyka okno, będąc z siebie niemożebnie dumnym. Równolegle do mnie, siedzi ta fantastyczna czwórka. Blond chłopaczka, zaczepia cwaniak z tyłu. Jest i dziewczynka. Widzę, że się jej podobam. Gapi się na mnie. Smyra się ręką po kroczu. Widzę to w szyby odbiciu.
Zaczynam myśleć. Z dalekiego odpływu na kojących falach ciszy i głębokiego spokoju, wytrąca mnie ta cała sytuacja. Czuję się nieswój. Czuję adrenalinę. Zachowuję czujność wzmożoną. Gdzie jest kurwa opiekun tych gnoi?
Cwaniak z tyłu, o ryju cwaniaka, wali w łeb blondaska. Ten mu nie oddaje. Tamten znów go. To blondasek, szturm w odwecie i jeb tamtego! Moja irytacja pruje wzwyż. Co robić? Ta dziewuszka, niby, neutralna jest. Czasem coś powie w obronie blondaska, albo wstanie i ręką odepchnie, lecz nie za każdym razem. Mógłbym wstać i po ryju cwaniakom z chęcią dać, ale później powiedzą, że dzieci leje. Choć, może dziś, to żaden brak honoru, bo to nie dzieci, a potwory. A mierzyć się z potworem albo z kilkoma, to mieć honoru, aż nadto! Wytrzaskałbym kurwa! Łobuzy pierdolone!
Opiekun grupy zapewne siedzi w wagonie za nami.
Dzieje się to, co czułem podskórnie. Staram się przywołać melancholię, przez szybę spozierając, na pędzący krajobraz i wtem słyszę głośny chichot małego chuja. Po czym, jakieś trzydzieści centymetrów od mej twarzy, na tej szybie zatrzymuje się gęsta ślina. Chcę wyciągnąć gnata, ale przecież nie będę do tych skurwysynów strzelał. Bije się w myślach. Z jednej strony jestem szaleńcem, może strzelę?
39
Utłukę kogoś tak spontanicznie. Na przykład, raz dla satysfakcji, a dwa, dla wymierzenia równowagi w tym jakże pięknym przecież świecie. Myślę jednak o późniejszych konsekwencjach i nie podobają mi się perspektywy później, które nadeszłyby na pewno, zastępując tę nie tak złą, w której żyję w obecnym czasie.
Mija napięta, jak cięciwa, dla mnie chwila, gdy wzrok mój absorbuje szybki ruch cwaniaka, który siedzi na blondasku, spuszczając łomot. Dziewuszka, jakby od niechcenia wstaje, rękę wkłada pomiędzy się bijących, bo to wcale nie żadne tam szarpanie. Cwaniak obkładał go, jak na dzieciaka, dość profesjonalnie. Pewnie naoglądał się tego typu filmów i masz! Cwaniakiem już jest, dalej to tylko chuligan, a później najzwyklejszy polski bandzior i chuj.
Udaje się rozdzielić tych dwóch. Tamten wraca na swoje miejsce, głupawo się śmiejąc. Ten zaś przede mną, gdy na niego patrzę oka kątem, ma minę, jakby w niej zamieszkał smutek z odrobiną wstydu. Myślę sobie — póki nikogo nikt nie zabija, a mnie się nie rusza choćby kroplą śliny, to ja będę spokojny.
Ku mej radości, zbierają się wszyscy z wolna. Ja, jadę dalej. Wy debile! — Wycedziłem w głowie. Radosne uczucie, że w końcu spokój. Zero stresu, głęboki oddech, cisza.
Nie odwiedzam rodziców, bo teraz jestem zły. Nerwy mną trzęsą. Jestem najnormalniej w świecie — wkurwiony. Sfrustrowany, jak niejeden Polak. Zachodzę więc do Rzemieślnika. To mój pierwszy, jak się okazuje, przystanek na tej ziemi. Dzwonię wcześniej, żeby wpadł do piwnicy i już wiem, że wynosi z niej pokaźną butlę bimbru. Rzemieślnik pędzi bimber na użytek własny. Pisze wiersze i czasem brzdąka na gitarze. Szalenie dużo czyta. Interesuje go polityka i bieżące sprawy tego kraju, na który jako jednostka, nie mamy żadnego wpływu.
Skończył studia, lecz w tym województwie dyplomem można sobie podetrzeć dziurę. Toteż, ima się człowiek prac fizycznych, brudnych, iście męskich. Jego fach, to spawacz. Zatrudniony w zakładzie, spawa tam pięcioma metodami i rzeźbi. Rzeźbi w drewnie. Tu zewsząd lasy i pastwiska. Nie chce się ujawniać swoją osobowością, ani światu, ani nawet znajomym. Tylko ci, którzy pragną go poznać, muszą przejść długą i cierpliwą ścieżkę słów, (w których jest oszczędny) by osiągnąć status jakiejkolwiek relacji. Tę ścieżkę, również przeszedłem, być może, jako jeden z nielicznych, aby teraz móc gawędzić szanując słowa przy szklance pędzonego be.
40
— (…) zresztą nawet ten wirus chiński. Panika z tym wirusem! Jakby ludzie nie wiedzieli, że kiedyś muszą umrzeć. No to se zaorali gospodarkę i będą biedowali. Ja mam ziemniaki, cebulę, jakieś kury, mogę to mieć w dupie. — Mówi Rzemieślnik.
— No. — Przytakuję.
— Ale, wolałem ten świat, co był kiedyś.
— Ba. — Rzucam od niechcenia i już czuję, że tym razem z jego strony słów będzie więcej.
— Wszystko przez zachodnią pseudokulturę. Kult młodości. Fit diety. Kariera managera. Czterdzieści procent żywności się marnowało. Jeśli taki wirus, co ma śmiertelność zero cztery procenta w populacji, zatrzymał gospodarkę, to jaki bank da teraz kredyt? Zachód Europy stracił zaufanie. Nasz rząd twierdzi, że ma kasę na trzy miesiące i będzie niewypłacalny. Nie będzie nic. Szpitali policji, wojska.
— Hurra! — Ironizuję.
— Weźmiesz się w końcu do jakiejś roboty porządnej. — Tonuje.
— No! Zajebiście! Ziemi u nas dużo!
— Chwila. Nie będziem siedzieć o suchym pysku. — Wstaje trzymając w dłoni szklankę i podchodzi do muzycznej wieży.
— Jak o suchym? Bimber pijem!
— Kurwa. Patrz tu. Słuchaj. — Uśmiecha się i włącza składankę.
— A, o to Ci chodziło… — Mamroczę pod nosem słysząc Talking Heads — Psyhokiller. Później, KSU — Awaria obrazu. I tak leci…
Pije. Wstaje od stołu i znika za drzwiami. Sięgam po telefon, trwa połączenie: Śruba. Chudy jest. Jeść musi, ciężko pracuje, to je. Nie odbiera. Wraca Rzemieślnik. Siada. Mówi: — Posłuchaj. Przeczytam Ci coś. Chyba gniot, ale zawsze jakaś prawda, nie umknie w nim zawarta.
Już wiem, że skoro tak mówi, to to, co tam jest napisane, jego musi być dziełem. Kartka nieco wymiętolona, lecz nieznacznie. Gładzi ją trochę, prostuje, widzę, bimbru też chyba próbowała. Skupiam się i słucham, jak ten wiersz mi czyta, autorstwa rzecz pijana, swojego:
Nie chce mi się myśleć
Jedno w głowie mam
Na ulicach czyściec
W domu siedzę sam
Najebałem się zdrowo
Tak jednoosobowo
Bo jest kwarantanna
Pijacka sutanna
Nie szukam więc zwady
Choć tak dla zasady
Przyjebię drzwiom zdrowo
Semipokojowo
Nie będę się szlajał
Przygodnych dam łajał
Ubytkiem sumienia
Za brak ogumienia
Nie będę zaczepiał
Wiejskiego czerepa
Co ruchem ramienia
W fortepian zamienia
Nie będę się kłócić
Czy zostać czy wrócić
Bo siedzę na dupie
Gdzie ja flaszkę kupię?
— Dobry! Ha, ha! Groteskowy! Tylko, po co Ci flaszka ze sklepu, jak bimber pędzisz? — Mówię.
— Ale ja to napisałem w imieniu wszystkich. Nie każdy ma chęci, albo samą możliwość pędzenia.
— Ludzie podobnie myślą. Szczególnie, adekwatnie do dwóch pierwszych zwrotek. Też siedziałem sam, dwa lata.
Jest za chwilę dwunasta. Północ, znaczy. Czas się ruszyć i uderzyć prosto w sen lub do Śruby. Dopijam whisky w szklance. Zmęczony i senny z wolna wstaję. Rzemieślnik to widząc, do mnie tak: — Czekaj, czekaj! Mam jeszcze jeden! Mam jeszcze, o! — Wstaje. Podchodzi do spodni, co na krześle śpią i wyciąga już schludniejszą niż tamta, kartkę. Opanowanie rozkłada ją w dłoniach, czyta:
zalew informacji złych
i tych dla otuchy
przywykli do trosk i pych
nie-zlękli kostuchy
jakbyśmy nie wiedzieli
żeśmy są śmiertelni
jakby nas onieśmielił
ten tydzień w pustelni
kilka tweetów w tył i w przód
najpierw strach wywoła
nienawiści potem wrzód
wybuchnie dookoła
najpierw znienawidzę psy
potem dzikie ptaki
zarazę roznoszą pchły
i z powietrza sraki
zgodzę się na każde zło
by poczuć że żyję
ten jest inny tak to szło?
zawiśnie za szyję
— Cholera.
— I za to się napijmy.
— Nie, nie! No co Ty, dość… — Mówię.
— Aut bibat, aut abeat! — Wycedził łaciną.
— Dobra, dobra. Wypiję i wyjdę też. Późno już.
— Za wiersz! I za to, żeby ten syf się jak najszybciej skończył!
— Dobra. Za to, przełknę…
— No!
Leje nam po szklance. Ale, niezły ten bimber. Ciekaw jestem, jak będę wyglądał, gdy słońce wstanie i ja otworzę oczy ze snu tego? Pijemy. Daje się wciągnąć w dalszy dyskurs. Jeszcze daję radę, ale to rezerwa jest.
— Ja żyję blisko natury. Na roli wychowany z dala od wielkiego świata. My tu żyjemy wolniej. Wszystko się wiosną budzi do życia, rozmnaża i umiera. — Rzecze.
— Mnie już naprawdę nic nie dziwi. Ten świat jest idiotyzmem. Jak będzie źle, zobaczysz. Przyjadę tutaj i będę uprawiał rolę. Wąchał motyle, rozmawiał z pszczołami.
— Wąchał motyle? Co Ty…
— A jak! Ha, ha! — Wybucham śmiechem.
— W Niemcach już wszystko rusza, nawet Bundesliga.
— Tak? A u nas, jak zawsze, wszystko stoi.
— Teorie spiskowe? „5G” nas szpieguje? Sami na to pozwalamy, używając komputera. Można przeżyć bez internetu. W 2018 umarło w Polsce 414 000 osób, co daje średnią 1 130 na dzień. No i cyk. Hitlera i Stalina ludzie przeżyli.
— To nie to samo.
— Ja mam na działce cmentarz zmarłych na cholerę w 1840 roku. Pół wioski poszło wtedy do piachu. To była zaraza.
— Tu masz walkę, która już jest rozgrywana. Wygrywają, a Ty przegrywasz, bo Cię ubezwłasnowolniają…
— Zawsze tak było. Tylko, ostatnie trzydzieści lat, mieliśmy przerwę. Co się martwisz? Będziesz poetą dnia próby. — Mówi.
— Ja? Nie. Ja se poradzę.
— Można wyłączyć telefon i mogą nam naskoczyć. Taki mamy system. Nie narzekaj, bo jesteś w klasie raczej uprzywilejowanej, bogatszych krajów. Większość planety głoduje, Ty nie. Zdrowo żyjesz w mieście?
— Tak.
— Powietrze strute. Musisz odkwaszać organizm, bo zgłupiejesz, jak oni tam. Mogę polecić herbatę z mielonych ziaren ostropestu. Kupisz to w każdym zielarskim sklepie. Przeczyści wątrobę i unormuje ciśnienie.
— Taa, znam to. Piłem. — Z wyższością ujmuję.
— Ty! Czekaj no! To robimy plusk w gardło, a ja Ci coś jeszcze… Tylko, gdzie to mam? Czekaj. O, jest! Tu w książce, jako zakładka. Przeczytam Ci i… Albo nie! Wiesz co? Sam przeczytaj.
Podaje mi najbardziej prostą i świeżą kartkę. Nie ma na niej najmniejszej plamki, a pismo jest niezwykle staranne. Z uwagą czytam sobie:
znikająca tożsamość małych rzeczy
jak biała armia podniesie przyłbice
jak z domowych więzień wypełzniemy
czy znów się tłokiem zapełnią ulice?
czy w domach już na zawsze utkniemy?
jak ruszą w końcu w drogę tramwaje
jak swe podwoje otworzą teatry
czy wrócą stadne ludzkie zwyczaje?
czy znów zapełnią się gośćmi tatry?
jak będzie się można wybrać na grzyby
jak w końcu ruszą ligowe rozgrywki
czy wciąż będziemy wędrować na niby?
czy poszukamy domowej rozrywki?
jak spostrzeżemy, że zbędni są nagle
jak bardzo oni nam niepotrzebni
czy zdatni do czegoś sławni, notable?
czy coś są warci artyści wielebni?
— No i z tym pytaniem (to dobra puenta) na dziś kończymy. Ale smutny w chuj.
— A jaki mamy kraj? Jak w nim jest?
— Smutno. — Bąkam.
— Vis maior.
— Consuetudinis vis magna est.
— Consuetudo altera natura est
— No właśnie.
— Nunc est bibendum.
— Bene tibi.
— Bene nobis.
Wychylamy po szklance. Gitary, tym razem, mocno rozczarowane. Zawsze były brane, dotykane, obmacywane, no i wreszcie grane. Noc już wołać przestała, ucichła nam.
— Kończymy. Dość gnicia. Idę spać, bo do roboty. Jutro szkolę chłopaka. — Bez przejęcia mówi Rzemieślnik.
— Uuu, to już musisz być tam ktoś!
— Ee, sam nie wiem, czemu? Mało gadam. Dużo robię i kierownik chce, żebym ja przeprowadzał szkolenie. Mówię: — nie chcę, nie umiem. A ten do mnie, jak za komuny: — Oj, chcecie, chcecie. Chcecie i umiecie. Bystrzy jesteście i widać, jak pracujecie. Z młodym będziecie mogli sobie nieco odpocząć, a kapusta ta sama. Okiem mi mruga i klepie po plerach.
— No i co?
— Kurwa, no nic, zeszło to ze mnie i… Dobra — myślę — niech tak będzie. Mogę uczyć.
— Okey, zwijam się! Do następnego! Będę dzwonił!
— Hej!
Wychodzę w noc. Myślę o łóżku swoim ciepłym. Krok w krok w dom. Dzwoni telefon. Śruba. Odbieram:
— Nie jestem zbyt rozrywkowy, jak łatwo zauważyć. Gałczyński wziął pod uwagę plusy miasta (obywatela z kasą) i minusy wsi, ale nie wziął pod uwagę plusów wsi. W mieście też jest „betonowa” miłość. Żule, korpo-świat i gonitwa w smogu. A na miasto trzeba mieć kasę. Do baru mlecznego na pierogi można pójść, ale, jak ja w Krakowie bawiłem, to lekką ręką kasa szła, jak woda. Jedna dyska. Nie ma sensu o tym mówić, niech każdy czyni, co czuje.
— Jasne i narzeka pijąc w samotności i w tworzeniu, by tylko dać upust swoim frustracjom. Bo już się chyba nie do końca wierzy w to, co się robi. Jedno powiedziałeś mądrze! Niech każdy żyje, jak czuje.
— Czyni, jak czuje!
— Też.
— Mieszkałem w mieście i mi się nie podoba. Póki co, wolę wieś. Lubię góry i przyrodę. Nie lubię zatłoczonych tramwajów. A zresztą, daj spokój. Nie róbmy dziecinady. Tak! Będę dalej rozwoził, te kurwa, śruby i zasrane nakrętki i sczeznę. Już nie wierzę w to, co robię. I chuj. Nie mierz swoją miarą. Nigdy nie wiesz, co jest „za człowiekiem”.
— Ano, jak się czujesz szczęśliwy tam, gdzie jesteś, to ok. Nie ma tematu. Masz rację, nigdy tego nie wiemy, co jest „za człowiekiem”. A tego w mieście dotyka więcej rzeczy, spraw, które nawet jeśli go męczą, to sprawiają mu radość, spełnienie, realizację, dają nieustanną nadzieję, by robić to, co się kocha, w co się wierzy. Życie to nieustanna próba… Trzeba się ponadto rzucać w życie szalenie, nie kalkulować…
— Tak, ale jakoś tego nie widać. Jednak Tomek Beksiński pod względem pewnych relacji miał rację. Maski. Złudzenie szczęścia.
— Ludzie boją się wyzwań, bo myślą, że nie dadzą rady. Bóg nie lubi analiz. Bóg, lubi pierwszy głos serca, tę iskrę, którą dał człowiekowi. A ten, głupi jest na tyle, że wybiera wygodę, zamiast trochę, po prostu zaznać życia. Tyle. Mógłbym Ci pracę magisterską napisać. Nie chce mi się już. Tomek Beksiński żył w tamtych czasach. Ja mógłbym również tyle, że nie chce mieszać osób trzecich. Trochę by Ci to rozjaśniło.
— Czasy są zawsze. Wielu rzeczy o mnie nie wiesz! Tyle. Bierzesz mnie za Śrubę, który pije piwo, jeździ samochodem i pierdoli farmazony. Ale dzięki i za Twój punkt widzenia.
— Jak Cię widzą, tak Cię piszą. Nic innego prócz tego, co widać, nie pokazujesz. Więc, jak mam Cię postrzegać?
— Dokładnie, a co ukryte…
— Powiem Ci tylko jedno. Masz jedno życie… Masz jeszcze trochę czasu. Ale „trochę” w końcu minie i będziesz tylko żałował. Sam jestem ciekaw Twojego życia. No no, zobaczymy.
— Dzięki!
— Luz blues!
— A ja ciekaw jestem Twojego… życia.
— Ja sam jestem swojego ciekaw. Aczkolwiek. Dzieje się tyle, że już trzeba by było, być na bieżąco.
Ja jestem głodny wiedzy i życia
Ja patrzę szeroko, Ty tylko w punkt
jeden, co Ci odgania od piękności