Ta książka jest fikcją literacką osadzoną w świecie inspirowanym realiami polskiego żużla.
Wszystkie postaci, relacje, wydarzenia, dialogi i kluby przedstawione w powieści są wytworem wyobraźni autorki i nie odnoszą się do konkretnych osób ani rzeczywistych drużyn.
Powieść korzysta z atmosfery stadionów, pracy parku maszyn i emocji towarzyszących walce o awans, ale nie jest reportażem ani zapisem prawdziwego sezonu. To przede wszystkim historia o ludziach, ich ambicjach, lękach, wyborach i uczuciach.
Tam, gdzie wymagała tego dramaturgia, realia sportowe zostały podporządkowane narracji powieściowej.
To opowieść o tym, że czasem człowiek trafia do obcego świata przypadkiem, a potem odkrywa, że właśnie tam zaczyna oddychać naprawdę.
Ewa Lewandowska — Siemiątkowska
KILKA SŁÓW O ŻUŻLU
Żużel to wyścigi(biegi) motocyklowe na owalnym torze.
W jednym biegu startuje czterech zawodników — po dwóch z każdej drużyny. Jadą cztery okrążenia. Za pierwsze miejsce są trzy punkty, za drugie dwa, za trzecie jeden. Ostatni nie zdobywa nic.
Mecz ligowy składa się z 15 biegów.
Brzmi prosto, ale na torze nic nie jest proste. Czasem najważniejsze jest zwycięstwo. Czasem jeden punkt. A czasem to, żeby dowieźć wynik do mety.
W tej książce Heller Sokolnik Bydgoszcz walczy w 2. Ekstralidze — na zapleczu najlepszej ligi żużlowej w Polsce. Celem jest awans do Ekstraligi.
Po rundzie zasadniczej przychodzą play-offy: półfinały i finał. Najważniejsze rozstrzygnięcia zapadają w dwumeczu — jeden mecz u siebie, drugi na torze rywala.
Liczy się suma punktów z obu spotkań. Dlatego można przegrać rewanż, a mimo to wygrać wszystko.
To właśnie taki sezon.
Taki, w którym przewaga topnieje z biegu na bieg.
Taki, w którym ostatni bieg może zadecydować o całym życiu drużyny.
Rozdział I — Rozstanie
Zapach był pierwszy.
Zanim jeszcze przekroczyła próg, zanim puściła klamkę, zanim oczy przywykły do zimnego światła korytarza — poczuła go.
Obcy. Słodkawy.
Perfumy, których nigdy by sobie nie kupiła, bo nigdy nie chciałaby pachnieć jak kobieta, która desperacko czegoś szuka.
Ilka Kozyra stanęła nieruchomo w drzwiach własnego mieszkaniai pozwoliła, by ten zapach wnikał w nią powoli — jak diagnoza, której się spodziewasz, ale wciąż nie jesteś gotowa usłyszeć.
W salonie paliła się tylko jedna lampa. Przy oknie, w fotelu, w którym kiedyś czytał niedzielne gazety, siedział Krzysztof. Krawat miał poluzowany, guzik przy kołnierzu odpięty, w dłoni trzymał szklankę z resztką whisky. Wyglądał jak człowiek po kolacji — spokojny, syty, trochę znudzony.
— Wcześniej dziś — powiedział, nie podnosząc wzroku.
To nie było pytanie. Stwierdzenie faktu. Jakby jej pojawienie się było jedynie drobną niedogodnością w harmonogramie wieczoru.
Ilka postawiła torebkę na komodzie. Powoli. Precyzyjnie. Żeby ręce jej nie drżały. Krótkie czarne włosy opadły na czoło i nie odsunęła ich — niech zasłaniają, niech dadzą jej tę jedną sekundę, której potrzebowała.
Kiedy uniosła głowę, jej stalowo zielone oczy były spokojne. Przez lata pracy w galerii nauczyła się panować nad twarzą.
Dziś bardziej niż kiedykolwiek.
— Była tu — powiedziała. Nie pytanie. Pewność.
Krzysztof odwrócił się powoli. Na jego twarzy przez ułamek sekundy coś przemknęło — może wstyd, może kalkulacja — ale to była tylko chwila.
Zbyt długo był prawnikiem, żeby pozwolić sobie na szczerość.
— Wiedziałaś o tym od dawna — odparł.
— Wiedzieć to jedno. Wrócić i poczuć jej perfumy w swoim mieszkaniu to drugie.
Cisza.
Podeszła do okna. Za szybą Bydgoszcz żyła swoim nocnym rytmem — latarnie, odległy śmiech z ogródka restauracyjnego, sylwetki przechodniów.
Miasto, które nie wiedziało, że właśnie coś się kończy.
— Czternaście lat — powiedziała cicho, do szyby, nie do niego.
— Nie zaczynaj teraz dramatu — mruknął Krzysztof. Odłożył
szklankę. Podniósł się z fotela z tą swoją prawniczą swobodą, jakby każdy ruch był przemyślany dwa kroki naprzód. — Zawsze byłaś zbyt szczelna, Ilka. Zbyt zamknięta. Myślałaś, że milczenie to elegancja.
— Nie byłam zamknięta. Byłam zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku.
— A ja byłem zmęczony kobietą, która rozmawia z obrazami chętniej niż ze mną.
Odwróciła się. Patrzyła na niego długo.
— Więc Sandra z tobą rozmawia? — w jej głosie pojawił się pierwszy ostry ton, jak pęknięcie w szkle. — Czy Sandra po prostu nie pyta?
Krzysztof uśmiechnął się — tym uśmiechem, który kiedyś był dla niej magnetyczny, a teraz wyglądał jak broń.
— Jest młodsza. Głośniejsza. Żyje.
— A ja co robię? — Ilka zrobiła krok w jego stronę. — Przez czternaście lat prowadziłam galerię, przyjmowałam twoich klientów, byłam na każdej kolacji, przy każdej twojej sprawie.
I co? Nie żyłam wystarczająco głośno?
— Nie żyłaś dla mnie.
Słowa trafiły. Wiedział, gdzie celować — zawsze wiedział. Ale tym razem Ilka nie cofnęła się.
— To koniec — powiedziała. Spokojnie. Jak wyrok.
— Ilka…
— Nie. — Podniosła rękę. — Jutro dzwonię do prawnika.
— Mojego?
— Własnego.
Wzięła płaszcz. Zatrzymała się przy drzwiach.
— Wiesz, co jest najgorsze, Krzysztofie? — powiedziała, nie odwracając się.
— Nie to, że ją tu przyprowadziłeś. Najgorsze jest to, że nawet tego nie żałujesz.
Zamknęła drzwi cicho. Bez trzasku. Cisza była gorsza niż hałas.
* * *
Noc nad Bydgoszczą była chłodna i wilgotna, jakby rzeka oddychała tuż obok.
Ilka szła przez Stary Rynek bez celu — po prostu szła, bo nogi mogły zrobić coś, czego głowa jeszcze nie umiała.
Mijała zamknięte kawiarnie, przygaszone witryny i parę całującą się przy fontannie.
Odwróciła wzrok. To zabolało bardziej niż cokolwiek, co powiedział Krzysztof.
Zatrzymała się przed własną galerią.
W dużej ciemnej witrynie wisiał obraz, który wybrała sama — abs-
trakcja w odcieniach granatu i złota, o której mówiła klientom,
że przedstawia moment przełomu. Teraz patrzyła na własne odbicie nałożone na te kolory i myślała, że może miała rację. Może właśnie dlatego go wybrała.
Kobieta czterdziestoletnia. Sama w środku nocy przed własną galerią.
Co dalej, Ilka?
Nie wiedziała.
* * *
Mieszkanie po babci było ciepłe i pełne ciszy, która nie przeraża — takiej, w której słyszysz własny oddech i nic więcej. Ilka otworzyła okno.
Brdą niosło zapach mokrej ziemi i wiosny, która dopiero raczkowała.
Nie płakała.
Była w tym miejscu, w którym ból jest jeszcze zbyt świeży, by nabrać kształtu. Człowiek stoi, patrzy przed siebie i nie wie, w którą stronę zrobić pierwszy krok.
Stanęła przed lustrem w sypialni. Patrzyła na siebie uczciwie, bez litości.
Nie żona. Już nie.
Nie kochanka. Od dawna.
Właścicielka galerii, która przez czternaście lat myślała, że cisza
to dojrzałość, a nie ucieczka.
— Co teraz? — wyszeptała do odbicia.
Odbicie milczało.
Ale gdzieś za oknem, od strony dzielnicy Bielawy, wiatr przyniósł coś nieoczekiwanego — mdły, ostry zapach metanolu i spalin, echo silnika brzmiące jak coś dzikiego i nieokiełznanego.
Stadion był o tej porze pusty, tor mokry od nocnej rosy.
Ilka jeszcze tego nie wiedziała.
Nie wiedziała też, że za kilka tygodni właśnie tam — na stadionie
przy ulicy Sportowej, gdzie trybuny w granatowo-czarno-złotych
barwach Heller Sokolnika wypełniają się co mecz po brzegi, gdzie kibice od lat śpiewają jednym głosem — zacznie się coś, na co nie ma jeszcze nazwy.
Zgasiła światło.
Na razie był tylko mrok, zapach rzeki i pytanie bez odpowiedzi.
Rozdział II — Zaproszenie
Telefon zadzwonił w chwili, gdy Ilka stała na drabince i z pedantyczną precyzją poprawiała kąt reflektora nad nowym obrazem — wielkoformatowym płótnem młodego malarza, który malował wyłącznie nocne pejzaże i miał w sobie coś, czego jeszcze sam nie rozumiał.
Ekran wyświetlił: MARTA.
Ilka westchnęła. Zeszła z drabinki.
— Słucham.
— Słucham? — Marta Jagodzińska miała taki głos, że samo słyszenie jej przez telefon było jak wejście do głośnego, jasno oświetlonego pomieszczenia wtedy, gdy człowiek siedzi właśnie w ciemności. — Ilka, ty siedzisz w tej swojej czarnej jaskini i nawet nie wiesz, że za oknem istnieje świat.
— Wiem, że istnieje. Wolę obrazy.
— Obrazy stoją w miejscu. — Marta musiała iść, bo w tle stukały obcasy o twardą posadzkę. — Jutro inauguracja sezonu. Żużel. Heller Sokolnik. Karl Schmidt i reszta drużyny. Henryk sponsoruje klub, więc muszę siedzieć w loży VIP wśród mężczyzn w garniturach, którzy rozmawiają wyłącznie o kontraktach i arkuszach. Jeśli nie pójdziesz ze mną, umrę z nudów, a moja śmierć będzie na twoim sumieniu.
— Marto. Żużel to nie moja bajka.
— Wiem. Ale posłuchaj. — Głos Marty złagodniał; ten przełącznik
miała tylko dla swoich. — Nie musisz rozumieć zasad. Nie musisz kibicować. Wystarczy, że wyjdziesz z galerii i przypomnisz sobie, że masz nogi i że można na nich chodzić także gdzie indziej niż między płótnami a kasą. Ilka.
Wystarczająco czasu minęło. Rozwód był krótki — bez dramatów
w sądzie, bez publicznych scen, bo oboje byli zbyt dumni na takie
rzeczy. Podpisała, on podpisał, prawnik złożył papiery. Była już wolną kobietą. I jakoś ta wolność ciążyła bardziej, niż się spodziewała.
— Nie będę wiedziała, na co patrzeć — powiedziała Ilka. I już po tym zdaniu obie wiedziały, że to nie jest odmowa.
— Ja ci powiem, na co. — Marta natychmiast wróciła do swojego zwykłego tonu, pewnego siebie jak fanfara. — Piętnaście biegów, cztery motocykle bez hamulców, cztery okrążenia. Trzy punkty za wygraną, dwa za drugie miejsce, jeden za trzecie, zero za ostatnie. W składzie ośmiu zawodników — pięciu seniorów, dwóch juniorów i rezerwowy.
Drużyna, która zbierze czterdzieści sześć punktów, wygrywa mecz.
Jest jeszcze rezerwa taktyczna — trener może użyć jej raz, jeśli przegrywa co najmniej sześcioma punktami. Proste jak oddychanie.
— Oddychanie wcale nie jest takie proste — mruknęła Ilka.
— Dla ciebie jest, sprawdzałam. — Ilka prawie słyszała uśmiech Marty. — I jeszcze jedno. Sokolnik ma nowego kapitana — Karla Schmidta. Niemiec, polskie korzenie, trzydzieści lat. Przez ostatnie sezony jeździł w Ekstralidze, prawdziwa gwiazda. A teraz nagle schodzi ligę niżej i podpisuje z nami.
— I to jest kontrowersyjne? — spytała Ilka.
— W żużlu, skarbie, jak ktoś z Ekstraligi schodzi do drugiej ligi, to albo jest już skończony, albo ma jakiś plan. — Marta obniżyła głos, jakby zdradzała sekret. — Schmidt podobno ma plan. Henryk dołożył tyle do tego transferu tyle, że mi szczęka opadła, a mnie szczęka opada rzadko. Ma ich wprowadzić do góry. No i to jest taki transfer sezonu, wszyscy gadają. Jutro o czternastej jestem pod twoją bramą — i na litość boską, ubierz coś żywego, bo wyglądasz, jak gdybyś chodziła na pogrzeby jako hobby.
Zanim Ilka zdążyła odpowiedzieć, Marta się rozłączyła. Zawsze wiedziała, kiedy kończyć rozmowy — tuż przed kontrargumentem.
* * *
Następnego dnia Ilka stała przed otwartą szafą przez dwadzieścia minut.
Skończyła na czarnej ołówkowej sukience, skórzanej ramonece i adidasach. Srebrne kolczyki — długie, wąskie. Minimalizm był jej tarczą od lat. Dziś bardziej niż zwykle.
Marta przyjechała punktualnie — to znaczy pięć minut wcześniej — i wpadła do mieszkania jak letnia burza. Blond włosy upięte w niedbały kok, czerwone usta, sukienka w kwiaty, która na każdej innej kobiecie wyglądałaby zbyt krzykliwie. Na Marcie wyglądała jak deklaracja.
— Boże, Ilka. — Obejrzała ją od góry do dołu z tym swoim spojrzeniem, które równocześnie ganiło i uwielbiało. — Zawsze stylowo, zawsze jak na pogrzeb. — Wyciągnęła z torebki szminkę, krwistoczerwoną i podała jej bez słowa.
— Nie.
— Chociaż trochę.
— Marto.
— Proszę.
Ilka wzięła szminkę. Nałożyła ledwie — muśnięcie, cień czerwieni.
Marta uśmiechnęła się jak ktoś, kto właśnie wygrał partię szachów.
— Chodź. Spóźnimy się na prezentację składów.
* * *
Stadion przy ulicy Sportowej.
Ilka widziała go wcześniej tylko z samochodu — sylwetkę trybuny głównej za drzewami, maszty oświetleniowe wyrastające ponad dachami kamienic. Teraz stała przed wejściem i poczuła coś, czego się nie spodziewała.
Że jest tu coś więcej niż stadion.
Nie w sensie architektonicznym. W sensie trudnym do nazwania takim, który mają ludzie wracający tu od dekad i noszący to miejsce gdzieś głębiej niż w pamięci.
— Co to za zapach? — spytała Ilka mimo woli.
— Metanol. — Marta uśmiechnęła się z satysfakcją kogoś, kto czekał na to pytanie. — Żużlowe motocykle nie jeżdżą na benzynę. Jak go raz poczujesz, to już zawsze będziesz go rozpoznawać. I zawsze będzie ci się kojarzył z jednym.
— Z czym?
— Z drżeniem w brzuchu przed czymś, co zaraz się zacznie. — Chwyciła Ilkę za rękę i pociągnęła w stronę wejścia. — Chodź. Zaraz zobaczysz całą drużynę i Karla.
Ilka dała się prowadzić.
Wchodziła na stadion z tym szczególnym uczuciem, które towarzyszy przekraczaniu progu miejsca jeszcze nieświadomego, że za chwilę stanie się dla ciebie ważne.
Jeszcze tego nie wiedziała.
Nikt jej nie powiedział.
Rozdział III — Stadion
Siedziały w strefie VIP na trybunie głównej — najlepsze miejsca, dach nad głową, katering z boku. Marta tu bywała co mecz, odkąd Henryk podpisał umowę sponsorską. Ilka była tu po raz pierwszy.
I ten zapach. Metanol, guma, spaliny — intensywny i dziki, zupełnie niepodobny do niczego z jej dotychczasowego życia.
Trzynaście tysięcy ludzi nie da się uciszyć rozumem.
Stadion przy Sportowej nie był nowy — trybuna główna pamiętała
inne czasy. Ale po przeciwnej stronie stała nowa trybuna wschodnia — czysta, granatowo-czarna, ze złotymi literami HELLER SOKOLNIK rozpiętymi szeroko ponad głowami kibiców. Pod nią park maszyn za metalową bramą, za którą krążyli mechanicy i zawodnicy w kevlarach.
— Stąd się mecz czuje, nie tylko widzi — powiedziała Marta, siadając obok z kawą.
— Kim jest ten mężczyzna przy bramie? — spytała Ilka. Przy jednym z motocykli stała postać w kurtce z logo klubu — starszy mężczyzna, gęsta siwa broda, skupiona twarz. Mówił coś spokojnie do zawodnika a tamten słuchał z całą uwagą.
— Andrzej Kulpa. Trener. Były zawodnik, jeździł w latach dziewięćdziesiątych. Mówi mało, ale jak mówi, to wszyscy milkną.
— Marta odwróciła się dyskretnie. — A ten przy kateringu, obok Henryka, to prezes Zawadzki. Duży przedsiębiorca, firma budowlana, ale w tym klubie siedzi całym sercem. Zawodnicy to jego chłopaki — i mówi to zupełnie serio. Dlatego chcą dla niego wygrywać.
* * *
Przed meczem była próba toru.
Potem spiker zaprosił obie drużyny na tor. Zawodnicy wyjechali na platformach — naprzemiennie: gospodarz, gość. Każdy w kevlarze i w klubowej czapce z daszkiem, twarzą do trybun. Trybuna śpiewem witała każdego z osobna.
Kapitanowie wyszli na środek. Wymiana proporczyków, uściski dłoni, wspólne zdjęcie obu drużyn dla fotografów i kamer. Ceremonia krótka i sprawna, ale trybuna buczała przy każdym geście gości i rwała się ze szwów przy każdym swoim.
Każde imię wywoływało inną reakcję — jedno inaczej niż pozostałe.
— Kapitan Heller Sokolnika Bydgoszcz — Karl Schmidt!
Trybuna eksplodowała.
Ilka uniosła wzrok.
Na platformie siedział spokojnie, jakby hałas go nie dotyczył. Wysoki jak na zawodnika żużla, szczupły, w granatowo-czarnym kevlarze ze złotymi lampasami, czapka z daszkiem na głowie. Kiedy platforma minęła trybunę główną, na chwilę uniósł rękę w stronę sektora.
Sektor odpowiedział głośniej niż na wszystkich poprzednich razem.
— O — powiedziała Marta cicho, z satysfakcją. — No właśnie.
Ilka nie odpowiedziała.
* * *
Mecz zaczął się od razu.
Bieg pierwszy — Karl i Matuszyński prowadzili 5:1 nad Krukami Łódź od pierwszego okrążenia. Karlowi wystarczył jeden ruch na wyjściu z łuku — opuścił się nisko, motocykl poszedł szeroko, a rywale znaleźli się nagle za nim, jakby powstała między nimi niewidzialna ściana. Po czterech biegach wynik wynosił 16:8 dla Sokolnika.
— Co się teraz dzieje? — spytała Ilka.
— Wygrywamy — odpowiedziała Marta, jakby to było oczywiste od początku świata.
W piątym biegu pojawił się Lipek — Piotr Lipiński, drobniejszy niż Karl, z numerem piątym na plecach. Na platformie machał do trybun i śmiał się szeroko. Na torze był kimś zupełnie innym — skupiony, agresywny w ataku, nieprzewidywalny w momencie, kiedy rywal myślał, że już wie, co zaraz zrobi. Wygrał piąty bieg z wyraźną przewagą. Trybuna zafalowała śpiewem.
Po ośmiu biegach: 30:18 dla Heller Sokolnika. Kruki próbowały — Johansson zagrażał, a Czernow w szóstym biegu wywalczył remis 3:3 — ale dominacja gospodarzy była wyraźna.
Ilka zauważyła, że patrzy wyłącznie na Karla.
Nie potrafiła tego racjonalnie wyjaśnić. Było coś w sposobie, w jaki jeździł — bez zbędnych ruchów, bez teatru. Każdy łuk pokonywał tak, jakby widział rozwiązanie szybciej niż rywale zdążyli dostrzec problem. Po dziesiątym biegu miał już osiem punktów i żadnego błędu.
* * *
Marta postawiła przed nią nową kawę z miną człowieka bardzo zadowolonego z siebie.
— I jak?
— Interesujące — powiedziała Ilka.
— Interesujące. — Marta powtórzyła to słowo z takim tonem, jakby smakowała coś wyrafinowanego. — Przez całą pierwszą połowę patrzyłaś tylko na jedną osobę.
— Obserwowałam kapitana. Jest nowy, tyle o nim mówiłaś, więc logiczne, że przykuwa uwagę.
— Oczywiście. — Marta wypiła kawę z miną człowieka, który wygrywa w szachy. — Dla mnie też jest nowy. Ale ja patrzyłam na wszystkich czterech.
Ilka nie odpowiedziała.
* * *
Druga połowa. Lipek i jego partner — 5:1 w jedenastym biegu — i Sokolnik odskoczył na 40:22. Kruki wciąż walczyły — w trzynastym biegu Johansson wywalczył remis 3:3.
Czternasty bieg — nominowany. Kulpa postawił na Karla i Lipka razem. Obaj na starcie, obaj na pierwszym łuku już przed rywalami.
Karl prowadził, Lipek ubezpieczał od tyłu. Wyglądało to jak dwa ptaki lecące tym samym wzorcem — bez porozumiewania się, tylko z wyczuciem budowanym przez wspólny sezon.
5:1.
Bieg piętnasty — ostatni. Karl jeszcze raz. Wyjechał ze startu jak ze sprężyny, pierwszy łuk za nim, drugi, trzeci, czwarty. Cztery okrążenia w niespełna minutę. Trybuna stała.
Wynik końcowy: Heller Sokolnik Bydgoszcz — Kruki Łódź 55:35.
Karl Schmidt: 10 punktów i 2 bonusy.
Piotr Lipiński: 10 punktów i 1 bonus.
Ilka siedziała przez chwilę bez ruchu, kiedy trybuna zaczęła pustoszeć. Nie wiedziała, co czuła. Tylko że coś czuła. I że to coś nie dotyczyło tylko meczu.
* * *
Po zawodach Henryk zaprosił ich na krótkie spotkanie przy parku maszyn. Ilka szła za Martą machinalnie.
Przy wejściu stał prezes Zawadzki — rozmawiał z kilkoma osobami, spokojny i ciepły, z tym rodzajem naturalnej obecności, którą mają ludzie pewni siebie bez potrzeby udowadniania tego innym. Kiedy zobaczył Martę, uśmiech na jego twarzy stał się szerszy.
— Pani Marto! — zawołał. — Nowy skład, nowy kapitan — sezon zapowiada się naprawdę dobrze.
— Mój mąż włożył w to spore pieniądze, więc lepiej, żeby się zapowiadał — odpowiedziała Marta z uśmiechem, po czym wskazała na Ilkę. — To moja przyjaciółka. Dziś jej chrzest żużlowy.
Zawadzki spojrzał na Ilkę z naprawdę szczerym zainteresowaniem.
— I co pani myśli? — spytał.
— Że to nie jest sport — powiedziała Ilka zgodnie z prawdą. — To jest coś innego. Nie wiem jeszcze co.
Zawadzki zaśmiał się głębokim, szczerym śmiechem.
— Dokładnie to samo powiedziałem wiele lat temu, kiedy tu przyjechałem pierwszy raz. I wciąż nie wiem. — Popatrzył na tor, na trybunę, na granatowo-złoty napis nad parkiem maszyn. — Ale wiem, że tu wracam. Niech pani też wróci.
A potem brama parku maszyn otworzyła się i Ilka zobaczyła Karla
Schmidta z bliska po raz pierwszy.
Bez kasku, bez kevlaru. W czarnej koszulce z logo klubu, z włosami przyklejonymi potem do czoła. Wysoki, spokojny, zmęczony w ten sposób, który nie osłabia, tylko wyostrza rysy.
Rozmawiał po polsku z mechanikiem — szybko, rzeczowo. I nagle podniósł wzrok.
Na chwilę ich oczy się spotkały.
Karl skinął głową — uprzejmie, neutralnie, jak kiwamy nieznajomym w windzie. Potem wrócił do rozmowy z mechanikiem.
Ilka odwróciła się.
— No i? — Marta była przy niej natychmiast, z tym swoim wyrazem twarzy, który oznaczał czyste zadowolenie. — Widzisz? Mówiłam.
— Nic nie widzisz — odpowiedziała Ilka spokojnie. Ale coś w niej wyraźnie się poruszyło — i nie miała ochoty tego analizować.
Rozdział IV — Park maszyn
Brama parku maszyn nie była otwarta.
Henryk po prostu ją pchnął i weszli, jakby tak miało być. Zawadzki
skinął głową na pożegnanie i wrócił do swoich gości, a Ilka szła za Martą i Henrykiem w głąb miejsca, które jeszcze przed chwilą widziała tylko zza metalowej barierki.
Świat wewnątrz był inny niż się spodziewała.
Oświetlony jarzeniówkami, pełen zapachu oleju, rozgrzanego metalu i potu. Mechanicy krzątali się wokół motocykli — odkręcali, czyścili, wymieniali części z ruchami ludzi, którzy robią to od lat i nie muszą myśleć, żeby wiedzieć, co robią. Hałas nie ustawał — metal o metal, stukot narzędzi, kompresory.
Zawodnicy stali jeszcze w kevlarach, spoceni i zmęczeni, ale rozluźnieni — ten rodzaj rozluźnienia, który przychodzi po czymś, co się zrobiło do końca. Lipek — którego Ilka rozpoznała od razu po śmiechu — głośno opowiadał coś juniorom, gestykulując szeroko, jakby sam siebie bawił.
— Henryku, dobry wieczór! — kilku zawodników skinęło głową w stronę Jagodzińskiego.
— Panowie, gratulacje — odwzajemnił gest, po czym wskazał na Ilkę. — Poznajcie Ilkę, przyjaciółkę Marty. Dziś jej chrzest żużlowy.
Lipek od razu się odwrócił, wyciągając rękę z tym swoim otwartym uśmiechem, który chyba miał na stałe.
— Piotr Lipiński, czyli Lipek. — Uścisnął jej dłoń z energią człowieka, który nigdy nie robi niczego połowicznie. — Witamy w drużynie, pani Ilko!
— Ja nie jestem w drużynie — zaczęła.
— Jeszcze! — przerwał jej, po czym klepnął ją po ramieniu i już wrócił do juniorów, bo chyba nic nie mogło go dłużej zatrzymać w jednym miejscu.
Ilka patrzyła za nim przez chwilę.
— Niesamowity facet — mruknęła Marta obok. — Na torze wygląda na skupionego, a tu gada jak najęty. I tak cały czas.
I wtedy Ilka poczuła, że ktoś podchodzi.
* * *
Karl stał dwa kroki od niej.
Bez kombinezonu — miał na sobie tylko czarną koszulkę z logo klubu, włosy wciąż ciemne od potu i przyklejone do skroni. W ręku obracał gogle, jakby część jego uwagi nadal była na torze. Z bliska wydawał się wyższy niż z trybun i spokojniejszy niż ktokolwiek inny w tym miejscu.
Spojrzał jej prosto w oczy — bez pośpiechu, bez niczego, czego Ilka się po nim spodziewała.
— Karl Schmidt — powiedział cicho, płynną polszczyzną. — Dobry wieczór.
— Ilka Kozyra — odpowiedziała.
Ich dłonie spotkały się w krótkim uścisku. Tyle wystarczyło, żeby zapamiętała szorstkość jego skóry i ciepło dłoni, która jeszcze przed chwilą trzymała kierownicę.
— Widziała pani mecz? — zapytał spokojnie.
— Tak… i chyba nie ostatni — odpowiedziała, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre.
Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu — bardziej w oczach niż na ustach. Chwila trwała o sekundę dłużej niż powinna.
— Cieszy mnie to — powiedział cicho.
Skinął głową i już był z powrotem przy mechanikach, przy sprzęcie, jakby rozmowa była tylko epizodem w dłuższym dniu.
Ale dla Ilki — nie była.
* * *
— No i co?! — Marta wyskoczyła przy niej jak z pudełka, z miną człowieka, który właśnie wygrał totalisa. — Śmieją ci się oczy, Ilko Kozyro, i nie mów mi, że nie, bo ja te oczy znam od piętnastu lat!
— Marto, proszę — Ilka próbowała ukryć rumieniec. — To była zwykła rozmowa.
— Zwykła rozmowa? — Marta prychnęła. — Ilka, widziałam, jak na siebie patrzyliście. To nie było zwykłe. No i chodź, Speedway Pub czeka. Nie mamy całej nocy.
— Nie idę — odpowiedziała Ilka od razu. — Wystarczy mi wrażeń na jeden wieczór.
— Idziesz, bo inaczej będę tu stała i opowiadała każdemu, jak na siebie patrzyliście — powiedziała Marta zupełnie spokojnie. — Tam ich poznasz naprawdę. Ludzi, nie zawodników. A poza tym Henryk nalega, więc nie ma żadnych wymówek.
Ilka spojrzała przez ramię.
Karl stał odwrócony plecami, mówił coś cicho do mechanika. Ale przez chwilę — przez jedną krótką chwilę — Ilka miała wrażenie, że i on odwrócił się na ułamek sekundy w jej stronę.
Może jej się zdawało.
Może nie.
— Dobrze — powiedziała do Marty. — Idę.
Rozdział V — Speedway Pub
Speedway Pub dudnił, jakby mecz przeniósł się ze stadionu pod drewniany strop.
Ale dziś nie było tu kibiców. Drzwi zamknięte, tabliczka na zewnątrz wywieszona. Impreza zamknięta — coroczna, tradycyjna, po pierwszym meczu sezonu. Tylko drużyna, sztab, rodziny i kilka osób z najbliższego kręgu sponsorów.
Ściany obwieszone były plastronami sprzed lat, starymi zdjęciami z finałów i proporczykami w ramkach przywiezionymi z wyjazdów.
Ilka miała wrażenie, że weszła do muzeum — tylko żywego, głośnego i pachnącego jedzeniem.
— No nie wyglądaj tak, jakby cię ktoś tu siłą przyprowadził — Marta szturchała ją w bok. — To jest najważniejsze miejsce w Bydgoszczy po meczu.
— Nie wiem, czy to mój świat — powiedziała Ilka, rozglądając się.
— Nie pytam, czy to twój świat. Pytam, czy masz ochotę poznać nowych ludzi. — Marta uśmiechnęła się szeroko. — Chodź.
* * *
Przy długim stole z ciemnego drewna siedziała cała drużyna Heller Sokolnika wraz z częścią sztabu.
Lipek siedział w centrum, oczywiście. Opowiadał coś o starcie w pierwszym biegu, ilustrując każde zdanie szerokimi gestami. Wokół niego kilku juniorów, którzy śmiali się z każdego jego słowa. Trener Kulpa siedział z boku z wyrazem człowieka, który widział już wszystko i lubił to, co widział.
Karl siedział na końcu stołu.
W ciemnej koszulce wyglądał inaczej niż na torze — swobodniej, bardziej w sobie. Od czasu do czasu wtrącał jedno zdanie do rozmowy z mechanikiem obok, ale głównie słuchał. I obserwował.
— Dobry wieczór, panowie! — Marta weszła z uśmiechem jak do własnego salonu, jakby to ona była gospodarzem. — Gratulacje jeszcze raz i mam nadzieję, że cały sezon będzie tak piękny jak ten mecz.
— Marta! — Lipek ożywił się natychmiast. — I nasz nowy drużynowy nabytek! — Wskazał na Ilkę z uśmiechem tak szerokim, że aż trochę bolał.
Ilka chciała zaprotestować, ale cały stół już na nią patrzył. Pojawiły się uśmiechy, życzliwe gesty i kilka skinień głową. Poczuła, że czerwienieje, i postanowiła, że nie pozwoli sobie na to.
— Ilka Kozyra — powiedziała spokojnie. — Przyjaciółka Marty. Wi-
downia, nie drużyna.
— Na razie widownia! — Lipek nie dał się zbić z tropu. — Jak pani była pierwszy raz na żużlu i tu siedzi, to znaczy, że coś ją tu zatrzymało. — Mrugnął okiem z miną człowieka, który wie więcej niż mówi.
— Szybkość motocykli — odpowiedziała Ilka.
— Oczywiście — powiedział Lipek, i było w tym tyle ironii, że kilku juniorów przy nim zachichotało.
Marta usiadła obok Ilki z miną kogoś, kto właśnie wygrał zakład.
— Mówiłam, że będzie dobrze — szepnęła.
— Nie mów nic — odpowiedziała Ilka przez zęby.
* * *
Wieczór płynął.
Rozmowy przy stole toczyły się swobodnie — o taktyce, następnych meczach i o tym, kto jak zaczął sezon w innych klubach. Trener Kulpa powiedział dwa zdania i każdy przy stole od razu ucichł. Prezes Zawadzki pojawił się na chwilę, uścisnął ręce, poklepał paru zawodników po plecach i odszedł rozmawiać z Henrykiem przy barze — dwaj przedsiębiorcy w swoim żywiole.
Lipek w pewnym momencie pochylił się ku Ilce.
— I jak? Szczerze. Nudzi się pani?
— Szczerze? — Ilka chwilę się zastanowiła. — Nie. Zaskakująco nie.
— Bo żużel tak ma — Lipek rozkoszował się tym jak ktoś, kto właśnie dostał pretekst do przemowy. — Najpierw pani siedzi i nie wie, o co chodzi. Potem patrzy i coraz bardziej wie. A potem nie może stamtąd wyjść i wszyscy wokół mówią: witaj w klubie. Tak działa. Serio.
— Jak sekta — powiedziała Ilka.
Lipek roześmiał się tak głośno, że kilka osób przy stole odwróciło
głowy.
— Dokładnie jak sekta. Tylko z lepszym widowiskiem.
Marta siedziała obok z uśmiechem kota, który właśnie dopiął swego i nic nie mówiła. Co samo w sobie było podejrzane.
* * *
— I jak się podobało? — Usłyszała cichy głos po swojej lewej stronie.
Karl.
Przysunął się o jedno miejsce, kiedy Lipek wyciągnął jego sąsiada do rozmowy na drugim końcu stołu. Siedział spokojnie ze szklanką w dłoni i patrzył na nią bez pośpiechu — tym swoim sposobem, który nie był natrętny, tylko uważny.
— Mecz? — spytała.
— Cały wieczór — powiedział.
Ilka chwilę myślała.
— Intensywnie — powiedziała w końcu. — Zupełnie inny świat.
Ale nie taki, z którego chce się wyjść natychmiast.
Karl skinął głową, jakby to była uczciwa odpowiedź.
— Pan też zostaje — w Polsce, w Bydgoszczy? — wyrwało się jej, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre pytanie.
Popatrzył na nią chwilę.
— Na razie tak — powiedział. — Zobaczymy, co z tego będzie.
— Dużo niepewności jak na kogoś, kto przyszedł tu z konkretnym planem.
Coś w jego oczach błysnęło.
— Plan dotyczy toru. Reszta — niekoniecznie.
Chwila ciszy między nimi — nie niezręczna. Taka, w której oboje dali sobie być.
Rozmowę przerwał śmiech Lipka, który właśnie kończył jakąś historię z puentą na cały stół. Karl odwrócił wzrok, usta drgnęły mu kącikiem.
— Lipek zawsze tak? — spytała Ilka.
— Zawsze — powiedział Karl spokojnie. — I dobrze. Bo bez niego byłoby za cicho.
— A pan woli cicho?
Spojrzał na nią.
— Wolę sam decydować, kiedy mówić. — Krótka pauza. — Dziś mówiłem niewiele.
Ilka poczuła ciepło gdzieś głęboko i postanowiła udać, że tego nie poczuła.
* * *
Około północy Marta pojawiła się przy niej ze swoją charakterystyczną miną — tą, która znaczyła, że już wszystko wie i nie może się doczekać, aż powie.
— Taksówka czeka. — Przechyliła głowę. — Wychodzimy?
— Wychodzimy — powiedziała Ilka.
— Szkoda — westchnęła Marta i było w tym westchnieniu tyle teatru, ile w nim być mogło. — Bo przez ostatnie pół godziny patrzyłaś głównie w jedno miejsce.
— Marto.
— Mówię tylko to, co widziałam — Marta rozłożyła ręce z miną niewinnego świadka. — I to, że on też patrzył. Ale to już twoja sprawa.
Ilka nie odpowiedziała.
Wstała, wzięła płaszcz i skinęła głową na pożegnanie całemu stołowi.
Kilka uścisków dłoni. Lipek rzucił za nią: „Jakby co, wiemy, gdzie jest galeria!” — i zaśmiał się sam z siebie.
Karl stał przy oknie, rozmawiał cicho z trenerem Kulpą. Kiedy Ilka przechodziła obok, skinął głową — krótko, bez słów.
Ona również.
Na zewnątrz Bydgoszcz pachniała wiosną i mokrym asfaltem. Marta gadała przez całą drogę do taksówki o czymś, czego Ilka nie słuchała, bo myślała o jednym zdaniu. „Wolę sam decydować, kiedy mówić. Dziś mówiłem niewiele.”
Wsiadła do taksówki. Zamknęła drzwi.
Bydgoszcz płynęła za oknem.
I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu Ilka Kozyra nie myślała
o galerii, o Krzysztofie, o niczym, co zostawiała za sobą. Myślała tylko o tym, że wiosna się zaczęła. I że jutro będzie inne niż wczoraj.
Rozdział VI — W galerii
Galeria tonęła w ciszy.
Ilka lubiła takie wieczory — kiedy zamykała za ostatnim klientem drzwi i zostawiała sobie tylko światło lamp i obrazy. Płótna w tej ciszy inaczej oddychały. Jakby czekały na kogoś, kto naprawdę patrzy, a nie tylko spogląda.
Szła wzdłuż ścian, od niechcenia poprawiając ramy. Ten gest nic nie zmieniał — ramy stały idealnie — ale dawał jej rękom zajęcie, kiedy głowa i tak szła gdzie indziej.
Dźwięk dzwonka nad drzwiami wyrwał ją z zamyślenia.
— Przepraszam… otwarte? — Głos spokojny, męski.
Odwróciła się.
Karl. Bez kevlaru, bez świateł stadionu, w zwykłej ciemnej kurtce. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i opadały mu na czoło w sposób, który wyglądał niedbale, choć taki nie był. Na torze był zawodnikiem. Tu był po prostu mężczyzną.
— Galeria zamknięta — powiedziała z automatu.
— Wiem. — Uśmiechnął się lekko, bez gry i bez pozy. — Marta dała mi adres. Powiedziała, że warto.
— Marta rozdaje moje sekrety za darmo — Ilka skrzywiła się, ale bez gniewu. Gniew wymaga energii, a ona całą tę energię zużyła na udawanie, że jego pojawienie się jej nie zaskoczyło.
— Jeśli przeszkadzam, wyjdę — powiedział poważnie. — Chciałem zobaczyć. I podziękować.
— Za co?
— Za to, że przyszłaś na stadion. Do pubu. — Zawahał się chwilę. — Za rozmowę. Choć krótką.
Jej usta drgnęły.
— Wejdź — powiedziała. — Zapraszam.
* * *
Przeszedł powoli, z uwagą rozglądając się po sali. Ilka obserwowała go kątem oka i myślała, że rzadko widywała, by ktoś tak patrzył na obrazy — nie jak na dekorację ani cenę na tabliczce, tylko jak na coś, co naprawdę chce coś powiedzieć.
Była od niego o dwa metry. Potem o metr. W końcu stanęli przy tym samym płótnie i Ilka uświadomiła sobie po prostu jego bliskość — wyraźną, skupioną, trudną do zignorowania.
— Zupełnie inny świat — powiedział cicho. — U nas wszystko jest głośne, szybkie. A tu… cisza.
— Cisza czasem mówi więcej niż krzyk — odpowiedziała.
— Potrafi też ciąć głębiej.
Ilka odwróciła się ku niemu. To jedno zdanie zabrzmiało zbyt znajomo, żeby przejść obok niego bez zatrzymania.
— Mówisz to z doświadczenia?
— Mówię z obserwacji — odpowiedział spokojnie. I spojrzał na nią krótko, a jednak tak, jakby to spojrzenie mówiło więcej, niż powinno.
* * *
Zatrzymali się przed płótnem pełnym czarnych plam na szarości — obraz, który Ilka kupowała dwa lata temu od młodego malarza, którego większość ludzi jeszcze nie znała.
— To wygląda jak tor po deszczu — rzucił Karl.
— Naprawdę tak ci się kojarzy?
— Tak. — Skinął głową. — Woda, która rozmywa linie. Brak przyczepności. Ryzyko ukryte pod spodem.
— Ja widzę tu tylko abstrakcję.
— Może dlatego, że patrzysz głową, a ja całym ciałem.
Spojrzała na niego. Był bliżej niż powinna być o tym informowana przez własną skórę, ale był — i jej skóra to odnotowała bez pytania o zgodę.
— A może dlatego, że ja widzę martwą farbę, a ty żywy tor — powiedziała.
Ich oczy spotkały się.
Cisza między nimi nie była już galeryjna — była gęsta, prawie namacalna. Taka, którą czuło się w mostku i na końcach palców jednocześnie.
* * *
Przeszli jeszcze kilka kroków. Karl pytał o artystów, obrazy i codzienność pracy w galerii. Ilka odpowiadała, a z każdą minutą coraz mniej pilnowała tonu i słów. Jakby przy nim łatwiej było mówić bez tej zwykłej, starannej kontroli.
Sam mówił mało. Słuchał z całą uwagą, bez pośpiechu, bez żadnej z tych min, które mówią: już wiem, już rozumiem, możesz kończyć. To było rzadkie. Ilka nie była przyzwyczajona do bycia słuchaną w taki sposób i poczuła, że to ją niepokoi bardziej niż powinno.
W końcu zatrzymali się przy drzwiach.
— Dziękuję, że mnie wpuściłaś — powiedział. — Wiem, że to nie było oczywiste.
— Nie jestem aż tak zamknięta, jak się wydaje.
— Wiem — powiedział cicho.
I spojrzał na nią jeszcze raz — tylko na sekundę, ale wystarczająco długo, by zostawić po sobie ślad, którego Ilka nie chciała nazywać.
— I dlatego wrócę — dodał.
Otworzył drzwi i wyszedł w chłodne powietrze. Ilka stała jeszcze chwilę, patrząc na pustą przestrzeń galerii.
Obrazy milczały jak zawsze. Ale pod mostkiem cokolwiek było — to nie milczało.
Rozdział VII — Wyjazdowa runda
Niedzielny wieczór pachniał kawą i deszczem, którego w Bydgoszczy nie było.
Ilka siedziała na sofie z kubkiem w obu dłoniach, z zamiarem obej-
rzenia czegoś absolutnie bezmyślnego — jakiegoś dokumentu o pingwinach albo serialu, przy którym nie trzeba myśleć. Pilot leżał obok. Ekran się włączył. I trafiła na transmisję.
„Witamy państwa na stadionie Feniksa Rzeszów! Za chwilę wyjazdowy mecz drugiej kolejki sezonu — Feniks podejmuje Heller Sokolnik Bydgoszcz!”
Ilka nie zmieniła kanału.
Nie dlatego, że planowała oglądać. Po prostu ręka jej nie posłuchała.
* * *
Kamera pokazała park maszyn. Karl stał przy motocyklu spokojny, skupiony — tak samo jak na każdym innym torze, jakby miejsce nie miało dla niego znaczenia. Obok mechanik Eryk sprawdzał każdy detal. Karl coś powiedział półgłosem. Eryk skinął głową.
„Tor w Rzeszowie dziś wymagający — po niedawnych opadach nawierzchnia na łukach jest trudna. To będzie ciężki wieczór dla gości.”
Ilka nachyliła się ku ekranowi.
Karl odwrócił się w stronę toru. Kamera uchwyciła jego profil — skupiony, zamknięty w sobie, jakby wszystko poza torem przestało istnieć.
* * *
Bieg pierwszy — Karl pod taśmą od razu, numer jeden, kapitan. Wyszedł szybko, obronił prowadzenie przez cztery okrążenia. Trzy punkty. 2:4 dla Sokolnika — dobry początek.
Ale potem nastała cisza.
Trzy biegi z rzędu Feniks wygrał 5:1. Juniorzy i pozostali seniorzy Sokolnika nie dawali rady na tym torze, gubili rytm na wyjściach z łuków, zwalniając dokładnie tam, gdzie zwalniać nie wolno. Po czterech biegach było już 17:7 dla Feniksa.
„Heller Sokolnik traci punkt po punkcie — goście nie radzą sobie z nawierzchnią.”
Ilka siedziała ze skrzyżowanymi nogami, a kubek z napojem dawno wystygł na stoliku. Patrzyła na powtórki: zawodnicy tracili rytm na wyjściach z łuków, a prosta okazywała się za krótka, by odrobić straty. Rozumiała już tyle, że ten tor niczego dziś nie wybacza.
* * *
Piąty bieg — przełamanie. Karl i junior przywieźli 5:1 dla Sokolnika.
Nagle 18:12. Ilka wyprostowała się na sofie.
Szósty — remis 3:3. Siódmy — znowu 5:1 dla Feniksa. 26:16. Ósmy — remis 3:3. Dziewiąty — Karl znowu wygrał, tym razem 4:2.
„Schmidt walczy! Kapitan gości zbiera punkty, ale drużyna nie nadąża.” Ilka czuła, jak napięcie opada i wraca naprzemiennie, bieg po biegu.
Dziesiąty bieg — Feniks 5:1. 36:24. Lipek z trzecim punktem odszedł z toru z miną człowieka, który wie, że zrobił co mógł i że to za mało.
* * *
Jedenasty bieg — remis 3:3. Dwunasty — trener Kulpa zdecydował się na rezerwę taktyczną. Feniks wygrał 4:2.
Ilka aż odsunęła się na sofie. Wiedziała tyle, że przy takiej stracie rezerwa taktyczna to ostatnia broń. I że Sokolnik jej użył za późno.
Trzynasty bieg — niespodziewanie 5:1 dla Sokolnika. Chwila nadziei.
Czternasty — remis 3:3.
Piętnasty, ostatni — Feniks wygrał 5:1. Końcowy wynik: Feniks Rzeszów — Heller Sokolnik Bydgoszcz 52:38.
Karl: 12 punktów — jedyny, który walczył do końca w każdym biegu. Lipek: 3 punkty. Juniorzy po jednym.
* * *
Kamera pokazała park maszyn po meczu. Lipek rzucił rękawice na ławkę. Juniorzy patrzyli w ziemię. Trener Kulpa stał z boku z rękami skrzyżowanymi — myślał, nie mówił.
I wtedy dziennikarz wyciągnął mikrofon w stronę Karla.
— Karl, trudny mecz. Co się stało?
Karl spojrzał prosto w kamerę. Twarz miał zmęczoną, ale spokojną — nie z wyrachowania, tylko z opanowania.
— Stało się to, że Feniks był dziś lepszy. My popełniliśmy błędy. Ja też. Ale to początek sezonu i to nie koniec świata.
— Jednak jako kapitan… — dziennikarz nie odpuszczał.
— Jako kapitan biorę to na siebie — przerwał spokojnie. — Mamy dobrych zawodników, potrzebują czasu. Ja muszę być lepszy, żeby ich prowadzić. Proste.
Kamera zbliżyła jego twarz. Spokojną, twardą, bez wymówek, bez gry — tylko odpowiedzialność.
Ilka siedziała nieruchomo z dłonią na pilocie. Nie przełączyła.
* * *
Kiedy transmisja się skończyła, zostawiła ekran w ciemności i siedziała jeszcze chwilę.
Myślała o tym zdaniu.
„Muszę być lepszy, żeby ich prowadzić.”Nie „nie mój problem”. Nie „tor był zły”. Nie „juniorzy zawiedli”. Po prostu — biorę to na siebie.
Ilka znała mało mężczyzn, którzy tak mówią. Znała jednego, który przez czternaście lat nie powiedział tego ani razu.
Wstała. Odstawiła kubek z wystygłą kawą. I po raz pierwszy od miesięcy nie sprawdziła przed snem, czy Krzysztof nie wysłał jakiejś wiadomości.
Rozdział VIII — Wernisaż
Galeria pachniała winem i świeżymi kwiatami.
Światło lamp punktowych tworzyło ostre plamy na obrazach — każdy miał swoje miejsce, każdy swoją scenę. Ilka stała przy wejściu ubrana w czerń jak zawsze, tylko kolczyki z białego złota błyszczały w świetle. Uśmiechała się do gości. Jej oczy pozostawały chłodne.
Marta krążyła po sali jak mały huragan — witała, przedstawiała, klepała po ramieniu, śmiała się za głośno i właśnie dlatego była niezastąpiona. Henryk trzymał się nieco z tyłu, rozmawiając o kontraktach, jakby wernisaż był tylko kolejną okazją do negocjacji.
Ilka odetchnęła głęboko. Wszystko było na swoim miejscu. Aż do momentu, gdy zobaczyła go.
* * *
Krzysztof Kozyra wszedł pewnym krokiem, jakby nigdy nie przestawał być częścią tego świata. Garnitur skrojony bez zarzutu, spojrzenie chłodne, uśmiech cyniczny — ten uśmiech, który Ilka znała na pamięć i który kiedyś potrafił ją rozbroić, a teraz już nie. Obok niego — Sandra.
Młoda, jasnowłosa, w sukience, która bardziej odkrywała niż zasłaniała. Rozglądała się po galerii z mieszaniną zaciekawienia i znudzenia.
— Dobry wieczór, Ilko — powiedział Krzysztof. Głos miał taki jak zawsze — równy, pewny siebie, zaprojektowany tak, żeby kończyć rozmowy zanim się zaczną. — Wszystko jak dawniej. Obrazy, światła, twoja czarna suknia.
— A jednak inaczej — odpowiedziała spokojnie. — Ty jesteś gościem. Sandra nachyliła się lekko z uśmiechem odrobinę zbyt pewnym siebie. — Przepiękne miejsce. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale Krzysztof tyle opowiadał…
— Rozumiem — przerwała Ilka. Krótko. Bez uśmiechu.
Sandra umilkła.
Wino krążyło, rozmowy gęstniały. Krzysztof, jak zawsze, musiał zabrać głos, choć nikt go nie prosił.
— Wspaniale, że Bydgoszcz ma takie miejsca — mówił głośno, do nikogo konkretnego i do wszystkich jednocześnie. — Sztuka, kultura, rozwój… Cieszę się, że moja była żona wciąż potrafi trzymać poziom. Choć — muszę przyznać — ja wybieram dziś inne inspiracje.
Spojrzał na Sandrę. Ona roześmiała się za głośno. Parę osób wymieniło spojrzenia.
Ilka poczuła, jak zaciska dłoń na kieliszku. Odpowiedziała głosem spokojnym, prawie miękkim.
— Każdy wybiera swoje inspiracje, Krzysztofie. Jedni — nowe towarzystwo. Inni — nowe obrazy.
W sali zapadła krótka cisza.
Sandra przestała się uśmiechać.
Marta, stojąca tuż obok, klasnęła cicho w dłonie — niby po to, by zagłuszyć napięcie, ale Ilka znała ją zbyt dobrze, żeby nie zauważyć, że jeszcze chętniej by je podsyciła.
* * *
I wtedy drzwi galerii otworzyły się po raz kolejny.
Marta uniosła ręce w teatralnym geście, jakby sama to wymyśliła — choć Ilka nie miała wątpliwości, że właśnie tak było.
— Karl! — zawołała. — No nareszcie, cze-ka-łam! Karl Schmidt wszedł powoli. Ciemna koszula, marynarka, bez żadnych znaków szczególnych — i mimo to przyciągnął uwagę natychmiast, tak jak przyciągają ją ludzie, którzy nie starają się jej przyciągnąć. Kilka osób szepnęło coś po cichu. Krzysztof odwrócił się.
Karl podszedł do Ilki.
— Dobry wieczór — powiedział cicho. — Marta mnie zaprosiła. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.
— Nie — odpowiedziała. I zrozumiała, że to jedno słowo brzmiało zbyt miękko.
— Inaczej tu dziś niż ostatnio — rozejrzał się po sali. — Więcej ludzi. Głośniej.
— Wernisaż rządzi się innymi prawami niż pusta galeria — powiedziała. — Mniej ciszy. Mniej miejsca na prawdziwe patrzenie.
— Ale wolisz tę drugą wersję?
— Zawsze — powiedziała i było w tym o jedno znaczenie za dużo.
Patrzył na nią chwilę — tym swoim spokojnym sposobem, który nie był natrętny, a mimo to trudno było o nim zapomnieć.
* * *
Krzysztof podszedł.
Ilka widziała go kątem oka — jak skraca odległość powoli, z tą swoją prawniczą precyzją, jakby każdy krok był argumentem.
— Widzę, że masz nowych znajomych, Ilko — rzucił. Głos miał równy, ale była w nim ta nuta — Ilka znała ją na pamięć — która mówiła: uważaj, bo zaraz cię upokorzę i oboje będziemy wiedzieli, że nie dasz rady.
— Mam starych wrogów — odpowiedziała spokojnie — więc potrzebuję nowych znajomych.
Kilka osób w pobliżu parsknęło śmiechem. Sandra odwróciła się w bok.
Krzysztof nie stracił wyrazu twarzy — ale Ilka widziała, jak coś zaświeciło mu w oczach. Coś zimnego.
— Schmidt, tak? — Odwrócił się do Karla z uśmiechem, który nie sięgał dalej niż wargi. — Słyszałem o panu. Kapitan. Żużel. — Zrobił pauzę. — Oryginalne zajęcie jak na znajomego Ilki.
Karl patrzył na niego spokojnie. Tak spokojnie, że Ilka przez chwilę myślała, że nie odpowie.
— Słyszałem, że pan jest prawnikiem — powiedział w końcu. — To też oryginalne. W zależności od sprawy.
Cisza.
Marta musiała ugryźć się w wewnętrzną część policzka, bo odwróciła się gwałtownie do najbliższego obrazu i zaczęła go studiować z niezwykłym skupieniem.
Krzysztof odszedł. Bez słowa, bez gestu. Był to, w gruncie rzeczy, pierwszy szczery znak, że coś go trafiło.
* * *
Karl pochylił się lekko ku Ilce. Na tyle blisko, żeby słyszała go tylko ona.
— Mamy trening w środę. Rano, na pustym stadionie. Może przyjdziesz? Zobaczysz, jak to wygląda od środka — bez tłumów, bez świateł, tylko praca.
Ilka uniosła brwi.
— A jeśli nie zrozumiem, co się dzieje?
— To wytłumaczę — powiedział spokojnie. — Mam czas.
Nie zdążyła nic odpowiedzieć. Marta już stała obok, z tym swoim wyrazem twarzy, który mówił dokładnie to co myślała, i którego za żadne skarby nie zamierzała powstrzymać.
— No widzisz? — powiedziała do Ilki. — Ja to mówiłam.
— Marto — odpowiedziała Ilka ostrzegawczo.
— Co? Nic nie mówię. Obserwuję tylko. Jestem tu jako gość. — Wzruszyła ramionami z miną absolutnie niewinnego świadka.
* * *
Gdy galeria pustoszała, Ilka została sama przy jednym z obrazów. Tym, którego Karl porównał do toru po deszczu.
Patrzyła na czarne plamy na szarości i myślała, że może miał rację. Może ona naprawdę patrzyła głową na coś, co wymagało całego ciała.
Z drugiego końca sali doszedł ją głos Krzysztofa — mówił coś do Sandry, śmiał się tym swoim śmiechem, który zawsze był trochę za donośny jak na pomieszczenie. Ilka nie odwróciła się.
Słyszała za to odgłos zamykanych drzwi — i wiedziała, bez patrzenia, że to Karl wychodząc odwrócił się jeszcze raz.
Nie wiedziała, skąd to wiedziała.
Wiedziała.
Rozdział IX — Trening
Środa rano. Stadion przy Sportowej był pusty — żadnych kibiców, żadnej muzyki, żadnego tłumu. Tylko echo kroków odbijające się od betonowych trybun i ten zapach: oleju, ziemi i czegoś jeszcze, czego Ilka wciąż nie potrafiła nazwać.
Marta zostawiła ją przy bramie z uśmiechem, który mówił więcej niż jakiekolwiek zdanie.
— Ja tu nie wchodzę — powiedziała. — Nie dlatego, że nie mogę. Dlatego, że nie będę potrzebna.
— Marto — zaczęła Ilka.
— Idź — przerwała Marta. — I nie mów mi później, że nie byłam życzliwa.