E-book
15.75
drukowana A5
39.82
Ostatni Łuk

Bezpłatny fragment - Ostatni Łuk

pierwszy bieg

Objętość:
171 str.
ISBN:
978-83-8455-452-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.82

Ta książka jest fikcją literacką osadzoną w świecie inspirowanym realiami polskiego żużla.

Wszystkie postaci, relacje, wydarzenia, dialogi i kluby przedstawione w powieści są wytworem wyobraźni autorki i nie odnoszą się do konkretnych osób ani rzeczywistych drużyn.

Powieść korzysta z atmosfery stadionów, pracy parku maszyn i emocji towarzyszących walce o awans, ale nie jest reportażem ani zapisem prawdziwego sezonu. To przede wszystkim historia o ludziach, ich ambicjach, lękach, wyborach i uczuciach.

Tam, gdzie wymagała tego dramaturgia, realia sportowe zostały podporządkowane narracji powieściowej.

To opowieść o tym, że czasem człowiek trafia do obcego świata przypadkiem, a potem odkrywa, że właśnie tam zaczyna oddychać naprawdę.

Ewa Lewandowska — Siemiątkowska

KILKA SŁÓW O ŻUŻLU

Żużel to wyścigi(biegi) motocyklowe na owalnym torze.

W jednym biegu startuje czterech zawodników — po dwóch z każdej drużyny. Jadą cztery okrążenia. Za pierwsze miejsce są trzy punkty, za drugie dwa, za trzecie jeden. Ostatni nie zdobywa nic.

Mecz ligowy składa się z 15 biegów.

Brzmi prosto, ale na torze nic nie jest proste. Czasem najważniejsze jest zwycięstwo. Czasem jeden punkt. A czasem to, żeby dowieźć wynik do mety.

W tej książce Heller Sokolnik Bydgoszcz walczy w 2. Ekstralidze — na zapleczu najlepszej ligi żużlowej w Polsce. Celem jest awans do Ekstraligi.

Po rundzie zasadniczej przychodzą play-offy: półfinały i finał. Najważniejsze rozstrzygnięcia zapadają w dwumeczu — jeden mecz u siebie, drugi na torze rywala.

Liczy się suma punktów z obu spotkań. Dlatego można przegrać rewanż, a mimo to wygrać wszystko.

To właśnie taki sezon.

Taki, w którym przewaga topnieje z biegu na bieg.

Taki, w którym ostatni bieg może zadecydować o całym życiu drużyny.

Rozdział I — Rozstanie

Zapach był pierwszy.

Zanim jeszcze przekroczyła próg, zanim puściła klamkę, zanim oczy przywykły do zimnego światła korytarza — poczuła go.

Obcy. Słodkawy.

Perfumy, których nigdy by sobie nie kupiła, bo nigdy nie chciałaby pachnieć jak kobieta, która desperacko czegoś szuka.

Ilka Kozyra stanęła nieruchomo w drzwiach własnego mieszkaniai pozwoliła, by ten zapach wnikał w nią powoli — jak diagnoza, której się spodziewasz, ale wciąż nie jesteś gotowa usłyszeć.

W salonie paliła się tylko jedna lampa. Przy oknie, w fotelu, w którym kiedyś czytał niedzielne gazety, siedział Krzysztof. Krawat miał poluzowany, guzik przy kołnierzu odpięty, w dłoni trzymał szklankę z resztką whisky. Wyglądał jak człowiek po kolacji — spokojny, syty, trochę znudzony.

— Wcześniej dziś — powiedział, nie podnosząc wzroku.

To nie było pytanie. Stwierdzenie faktu. Jakby jej pojawienie się było jedynie drobną niedogodnością w harmonogramie wieczoru.

Ilka postawiła torebkę na komodzie. Powoli. Precyzyjnie. Żeby ręce jej nie drżały. Krótkie czarne włosy opadły na czoło i nie odsunęła ich — niech zasłaniają, niech dadzą jej tę jedną sekundę, której potrzebowała.

Kiedy uniosła głowę, jej stalowo zielone oczy były spokojne. Przez lata pracy w galerii nauczyła się panować nad twarzą.

Dziś bardziej niż kiedykolwiek.

— Była tu — powiedziała. Nie pytanie. Pewność.

Krzysztof odwrócił się powoli. Na jego twarzy przez ułamek sekundy coś przemknęło — może wstyd, może kalkulacja — ale to była tylko chwila.

Zbyt długo był prawnikiem, żeby pozwolić sobie na szczerość.

— Wiedziałaś o tym od dawna — odparł.

— Wiedzieć to jedno. Wrócić i poczuć jej perfumy w swoim mieszkaniu to drugie.

Cisza.

Podeszła do okna. Za szybą Bydgoszcz żyła swoim nocnym rytmem — latarnie, odległy śmiech z ogródka restauracyjnego, sylwetki przechodniów.

Miasto, które nie wiedziało, że właśnie coś się kończy.

— Czternaście lat — powiedziała cicho, do szyby, nie do niego.

— Nie zaczynaj teraz dramatu — mruknął Krzysztof. Odłożył

szklankę. Podniósł się z fotela z tą swoją prawniczą swobodą, jakby każdy ruch był przemyślany dwa kroki naprzód. — Zawsze byłaś zbyt szczelna, Ilka. Zbyt zamknięta. Myślałaś, że milczenie to elegancja.

— Nie byłam zamknięta. Byłam zmęczona udawaniem, że wszystko jest w porządku.

— A ja byłem zmęczony kobietą, która rozmawia z obrazami chętniej niż ze mną.

Odwróciła się. Patrzyła na niego długo.

— Więc Sandra z tobą rozmawia? — w jej głosie pojawił się pierwszy ostry ton, jak pęknięcie w szkle. — Czy Sandra po prostu nie pyta?

Krzysztof uśmiechnął się — tym uśmiechem, który kiedyś był dla niej magnetyczny, a teraz wyglądał jak broń.

— Jest młodsza. Głośniejsza. Żyje.

— A ja co robię? — Ilka zrobiła krok w jego stronę. — Przez czternaście lat prowadziłam galerię, przyjmowałam twoich klientów, byłam na każdej kolacji, przy każdej twojej sprawie.

I co? Nie żyłam wystarczająco głośno?

— Nie żyłaś dla mnie.

Słowa trafiły. Wiedział, gdzie celować — zawsze wiedział. Ale tym razem Ilka nie cofnęła się.

— To koniec — powiedziała. Spokojnie. Jak wyrok.

— Ilka…

— Nie. — Podniosła rękę. — Jutro dzwonię do prawnika.

— Mojego?

— Własnego.

Wzięła płaszcz. Zatrzymała się przy drzwiach.

— Wiesz, co jest najgorsze, Krzysztofie? — powiedziała, nie odwracając się.

— Nie to, że ją tu przyprowadziłeś. Najgorsze jest to, że nawet tego nie żałujesz.

Zamknęła drzwi cicho. Bez trzasku. Cisza była gorsza niż hałas.

* * *

Noc nad Bydgoszczą była chłodna i wilgotna, jakby rzeka oddychała tuż obok.

Ilka szła przez Stary Rynek bez celu — po prostu szła, bo nogi mogły zrobić coś, czego głowa jeszcze nie umiała.

Mijała zamknięte kawiarnie, przygaszone witryny i parę całującą się przy fontannie.

Odwróciła wzrok. To zabolało bardziej niż cokolwiek, co powiedział Krzysztof.

Zatrzymała się przed własną galerią.

W dużej ciemnej witrynie wisiał obraz, który wybrała sama — abs-

trakcja w odcieniach granatu i złota, o której mówiła klientom,

że przedstawia moment przełomu. Teraz patrzyła na własne odbicie nałożone na te kolory i myślała, że może miała rację. Może właśnie dlatego go wybrała.

Kobieta czterdziestoletnia. Sama w środku nocy przed własną galerią.

Co dalej, Ilka?

Nie wiedziała.

* * *

Mieszkanie po babci było ciepłe i pełne ciszy, która nie przeraża — takiej, w której słyszysz własny oddech i nic więcej. Ilka otworzyła okno.

Brdą niosło zapach mokrej ziemi i wiosny, która dopiero raczkowała.

Nie płakała.

Była w tym miejscu, w którym ból jest jeszcze zbyt świeży, by nabrać kształtu. Człowiek stoi, patrzy przed siebie i nie wie, w którą stronę zrobić pierwszy krok.

Stanęła przed lustrem w sypialni. Patrzyła na siebie uczciwie, bez litości.

Nie żona. Już nie.

Nie kochanka. Od dawna.

Właścicielka galerii, która przez czternaście lat myślała, że cisza

to dojrzałość, a nie ucieczka.

— Co teraz? — wyszeptała do odbicia.

Odbicie milczało.

Ale gdzieś za oknem, od strony dzielnicy Bielawy, wiatr przyniósł coś nieoczekiwanego — mdły, ostry zapach metanolu i spalin, echo silnika brzmiące jak coś dzikiego i nieokiełznanego.

Stadion był o tej porze pusty, tor mokry od nocnej rosy.

Ilka jeszcze tego nie wiedziała.

Nie wiedziała też, że za kilka tygodni właśnie tam — na stadionie

przy ulicy Sportowej, gdzie trybuny w granatowo-czarno-złotych

barwach Heller Sokolnika wypełniają się co mecz po brzegi, gdzie kibice od lat śpiewają jednym głosem — zacznie się coś, na co nie ma jeszcze nazwy.

Zgasiła światło.

Na razie był tylko mrok, zapach rzeki i pytanie bez odpowiedzi.

Rozdział II — Zaproszenie

Telefon zadzwonił w chwili, gdy Ilka stała na drabince i z pedantyczną precyzją poprawiała kąt reflektora nad nowym obrazem — wielkoformatowym płótnem młodego malarza, który malował wyłącznie nocne pejzaże i miał w sobie coś, czego jeszcze sam nie rozumiał.

Ekran wyświetlił: MARTA.

Ilka westchnęła. Zeszła z drabinki.

— Słucham.

— Słucham? — Marta Jagodzińska miała taki głos, że samo słyszenie jej przez telefon było jak wejście do głośnego, jasno oświetlonego pomieszczenia wtedy, gdy człowiek siedzi właśnie w ciemności. — Ilka, ty siedzisz w tej swojej czarnej jaskini i nawet nie wiesz, że za oknem istnieje świat.

— Wiem, że istnieje. Wolę obrazy.

— Obrazy stoją w miejscu. — Marta musiała iść, bo w tle stukały obcasy o twardą posadzkę. — Jutro inauguracja sezonu. Żużel. Heller Sokolnik. Karl Schmidt i reszta drużyny. Henryk sponsoruje klub, więc muszę siedzieć w loży VIP wśród mężczyzn w garniturach, którzy rozmawiają wyłącznie o kontraktach i arkuszach. Jeśli nie pójdziesz ze mną, umrę z nudów, a moja śmierć będzie na twoim sumieniu.

— Marto. Żużel to nie moja bajka.

— Wiem. Ale posłuchaj. — Głos Marty złagodniał; ten przełącznik

miała tylko dla swoich. — Nie musisz rozumieć zasad. Nie musisz kibicować. Wystarczy, że wyjdziesz z galerii i przypomnisz sobie, że masz nogi i że można na nich chodzić także gdzie indziej niż między płótnami a kasą. Ilka.

Wystarczająco czasu minęło. Rozwód był krótki — bez dramatów

w sądzie, bez publicznych scen, bo oboje byli zbyt dumni na takie

rzeczy. Podpisała, on podpisał, prawnik złożył papiery. Była już wolną kobietą. I jakoś ta wolność ciążyła bardziej, niż się spodziewała.

— Nie będę wiedziała, na co patrzeć — powiedziała Ilka. I już po tym zdaniu obie wiedziały, że to nie jest odmowa.

— Ja ci powiem, na co. — Marta natychmiast wróciła do swojego zwykłego tonu, pewnego siebie jak fanfara. — Piętnaście biegów, cztery motocykle bez hamulców, cztery okrążenia. Trzy punkty za wygraną, dwa za drugie miejsce, jeden za trzecie, zero za ostatnie. W składzie ośmiu zawodników — pięciu seniorów, dwóch juniorów i rezerwowy.

Drużyna, która zbierze czterdzieści sześć punktów, wygrywa mecz.

Jest jeszcze rezerwa taktyczna — trener może użyć jej raz, jeśli przegrywa co najmniej sześcioma punktami. Proste jak oddychanie.

— Oddychanie wcale nie jest takie proste — mruknęła Ilka.

— Dla ciebie jest, sprawdzałam. — Ilka prawie słyszała uśmiech Marty. — I jeszcze jedno. Sokolnik ma nowego kapitana — Karla Schmidta. Niemiec, polskie korzenie, trzydzieści lat. Przez ostatnie sezony jeździł w Ekstralidze, prawdziwa gwiazda. A teraz nagle schodzi ligę niżej i podpisuje z nami.

— I to jest kontrowersyjne? — spytała Ilka.

— W żużlu, skarbie, jak ktoś z Ekstraligi schodzi do drugiej ligi, to albo jest już skończony, albo ma jakiś plan. — Marta obniżyła głos, jakby zdradzała sekret. — Schmidt podobno ma plan. Henryk dołożył tyle do tego transferu tyle, że mi szczęka opadła, a mnie szczęka opada rzadko. Ma ich wprowadzić do góry. No i to jest taki transfer sezonu, wszyscy gadają. Jutro o czternastej jestem pod twoją bramą — i na litość boską, ubierz coś żywego, bo wyglądasz, jak gdybyś chodziła na pogrzeby jako hobby.

Zanim Ilka zdążyła odpowiedzieć, Marta się rozłączyła. Zawsze wiedziała, kiedy kończyć rozmowy — tuż przed kontrargumentem.

* * *

Następnego dnia Ilka stała przed otwartą szafą przez dwadzieścia minut.

Skończyła na czarnej ołówkowej sukience, skórzanej ramonece i adidasach. Srebrne kolczyki — długie, wąskie. Minimalizm był jej tarczą od lat. Dziś bardziej niż zwykle.

Marta przyjechała punktualnie — to znaczy pięć minut wcześniej — i wpadła do mieszkania jak letnia burza. Blond włosy upięte w niedbały kok, czerwone usta, sukienka w kwiaty, która na każdej innej kobiecie wyglądałaby zbyt krzykliwie. Na Marcie wyglądała jak deklaracja.

— Boże, Ilka. — Obejrzała ją od góry do dołu z tym swoim spojrzeniem, które równocześnie ganiło i uwielbiało. — Zawsze stylowo, zawsze jak na pogrzeb. — Wyciągnęła z torebki szminkę, krwistoczerwoną i podała jej bez słowa.

— Nie.

— Chociaż trochę.

— Marto.

— Proszę.

Ilka wzięła szminkę. Nałożyła ledwie — muśnięcie, cień czerwieni.

Marta uśmiechnęła się jak ktoś, kto właśnie wygrał partię szachów.

— Chodź. Spóźnimy się na prezentację składów.

* * *

Stadion przy ulicy Sportowej.

Ilka widziała go wcześniej tylko z samochodu — sylwetkę trybuny głównej za drzewami, maszty oświetleniowe wyrastające ponad dachami kamienic. Teraz stała przed wejściem i poczuła coś, czego się nie spodziewała.

Że jest tu coś więcej niż stadion.

Nie w sensie architektonicznym. W sensie trudnym do nazwania takim, który mają ludzie wracający tu od dekad i noszący to miejsce gdzieś głębiej niż w pamięci.

— Co to za zapach? — spytała Ilka mimo woli.

— Metanol. — Marta uśmiechnęła się z satysfakcją kogoś, kto czekał na to pytanie. — Żużlowe motocykle nie jeżdżą na benzynę. Jak go raz poczujesz, to już zawsze będziesz go rozpoznawać. I zawsze będzie ci się kojarzył z jednym.

— Z czym?

— Z drżeniem w brzuchu przed czymś, co zaraz się zacznie. — Chwyciła Ilkę za rękę i pociągnęła w stronę wejścia. — Chodź. Zaraz zobaczysz całą drużynę i Karla.

Ilka dała się prowadzić.

Wchodziła na stadion z tym szczególnym uczuciem, które towarzyszy przekraczaniu progu miejsca jeszcze nieświadomego, że za chwilę stanie się dla ciebie ważne.

Jeszcze tego nie wiedziała.

Nikt jej nie powiedział.

Rozdział III — Stadion

Siedziały w strefie VIP na trybunie głównej — najlepsze miejsca, dach nad głową, katering z boku. Marta tu bywała co mecz, odkąd Henryk podpisał umowę sponsorską. Ilka była tu po raz pierwszy.

I ten zapach. Metanol, guma, spaliny — intensywny i dziki, zupełnie niepodobny do niczego z jej dotychczasowego życia.

Trzynaście tysięcy ludzi nie da się uciszyć rozumem.

Stadion przy Sportowej nie był nowy — trybuna główna pamiętała

inne czasy. Ale po przeciwnej stronie stała nowa trybuna wschodnia — czysta, granatowo-czarna, ze złotymi literami HELLER SOKOLNIK rozpiętymi szeroko ponad głowami kibiców. Pod nią park maszyn za metalową bramą, za którą krążyli mechanicy i zawodnicy w kevlarach.

— Stąd się mecz czuje, nie tylko widzi — powiedziała Marta, siadając obok z kawą.

— Kim jest ten mężczyzna przy bramie? — spytała Ilka. Przy jednym z motocykli stała postać w kurtce z logo klubu — starszy mężczyzna, gęsta siwa broda, skupiona twarz. Mówił coś spokojnie do zawodnika a tamten słuchał z całą uwagą.

— Andrzej Kulpa. Trener. Były zawodnik, jeździł w latach dziewięćdziesiątych. Mówi mało, ale jak mówi, to wszyscy milkną.

— Marta odwróciła się dyskretnie. — A ten przy kateringu, obok Henryka, to prezes Zawadzki. Duży przedsiębiorca, firma budowlana, ale w tym klubie siedzi całym sercem. Zawodnicy to jego chłopaki — i mówi to zupełnie serio. Dlatego chcą dla niego wygrywać.

* * *

Przed meczem była próba toru.

Potem spiker zaprosił obie drużyny na tor. Zawodnicy wyjechali na platformach — naprzemiennie: gospodarz, gość. Każdy w kevlarze i w klubowej czapce z daszkiem, twarzą do trybun. Trybuna śpiewem witała każdego z osobna.

Kapitanowie wyszli na środek. Wymiana proporczyków, uściski dłoni, wspólne zdjęcie obu drużyn dla fotografów i kamer. Ceremonia krótka i sprawna, ale trybuna buczała przy każdym geście gości i rwała się ze szwów przy każdym swoim.

Każde imię wywoływało inną reakcję — jedno inaczej niż pozostałe.

— Kapitan Heller Sokolnika Bydgoszcz — Karl Schmidt!

Trybuna eksplodowała.

Ilka uniosła wzrok.

Na platformie siedział spokojnie, jakby hałas go nie dotyczył. Wysoki jak na zawodnika żużla, szczupły, w granatowo-czarnym kevlarze ze złotymi lampasami, czapka z daszkiem na głowie. Kiedy platforma minęła trybunę główną, na chwilę uniósł rękę w stronę sektora.

Sektor odpowiedział głośniej niż na wszystkich poprzednich razem.

— O — powiedziała Marta cicho, z satysfakcją. — No właśnie.

Ilka nie odpowiedziała.

* * *

Mecz zaczął się od razu.

Bieg pierwszy — Karl i Matuszyński prowadzili 5:1 nad Krukami Łódź od pierwszego okrążenia. Karlowi wystarczył jeden ruch na wyjściu z łuku — opuścił się nisko, motocykl poszedł szeroko, a rywale znaleźli się nagle za nim, jakby powstała między nimi niewidzialna ściana. Po czterech biegach wynik wynosił 16:8 dla Sokolnika.

— Co się teraz dzieje? — spytała Ilka.

— Wygrywamy — odpowiedziała Marta, jakby to było oczywiste od początku świata.

W piątym biegu pojawił się Lipek — Piotr Lipiński, drobniejszy niż Karl, z numerem piątym na plecach. Na platformie machał do trybun i śmiał się szeroko. Na torze był kimś zupełnie innym — skupiony, agresywny w ataku, nieprzewidywalny w momencie, kiedy rywal myślał, że już wie, co zaraz zrobi. Wygrał piąty bieg z wyraźną przewagą. Trybuna zafalowała śpiewem.

Po ośmiu biegach: 30:18 dla Heller Sokolnika. Kruki próbowały — Johansson zagrażał, a Czernow w szóstym biegu wywalczył remis 3:3 — ale dominacja gospodarzy była wyraźna.

Ilka zauważyła, że patrzy wyłącznie na Karla.

Nie potrafiła tego racjonalnie wyjaśnić. Było coś w sposobie, w jaki jeździł — bez zbędnych ruchów, bez teatru. Każdy łuk pokonywał tak, jakby widział rozwiązanie szybciej niż rywale zdążyli dostrzec problem. Po dziesiątym biegu miał już osiem punktów i żadnego błędu.

* * *

Marta postawiła przed nią nową kawę z miną człowieka bardzo zadowolonego z siebie.

— I jak?

— Interesujące — powiedziała Ilka.

— Interesujące. — Marta powtórzyła to słowo z takim tonem, jakby smakowała coś wyrafinowanego. — Przez całą pierwszą połowę patrzyłaś tylko na jedną osobę.

— Obserwowałam kapitana. Jest nowy, tyle o nim mówiłaś, więc logiczne, że przykuwa uwagę.

— Oczywiście. — Marta wypiła kawę z miną człowieka, który wygrywa w szachy. — Dla mnie też jest nowy. Ale ja patrzyłam na wszystkich czterech.

Ilka nie odpowiedziała.

* * *

Druga połowa. Lipek i jego partner — 5:1 w jedenastym biegu — i Sokolnik odskoczył na 40:22. Kruki wciąż walczyły — w trzynastym biegu Johansson wywalczył remis 3:3.

Czternasty bieg — nominowany. Kulpa postawił na Karla i Lipka razem. Obaj na starcie, obaj na pierwszym łuku już przed rywalami.

Karl prowadził, Lipek ubezpieczał od tyłu. Wyglądało to jak dwa ptaki lecące tym samym wzorcem — bez porozumiewania się, tylko z wyczuciem budowanym przez wspólny sezon.

5:1.

Bieg piętnasty — ostatni. Karl jeszcze raz. Wyjechał ze startu jak ze sprężyny, pierwszy łuk za nim, drugi, trzeci, czwarty. Cztery okrążenia w niespełna minutę. Trybuna stała.

Wynik końcowy: Heller Sokolnik Bydgoszcz — Kruki Łódź 55:35.

Karl Schmidt: 10 punktów i 2 bonusy.

Piotr Lipiński: 10 punktów i 1 bonus.

Ilka siedziała przez chwilę bez ruchu, kiedy trybuna zaczęła pustoszeć. Nie wiedziała, co czuła. Tylko że coś czuła. I że to coś nie dotyczyło tylko meczu.

* * *

Po zawodach Henryk zaprosił ich na krótkie spotkanie przy parku maszyn. Ilka szła za Martą machinalnie.

Przy wejściu stał prezes Zawadzki — rozmawiał z kilkoma osobami, spokojny i ciepły, z tym rodzajem naturalnej obecności, którą mają ludzie pewni siebie bez potrzeby udowadniania tego innym. Kiedy zobaczył Martę, uśmiech na jego twarzy stał się szerszy.

— Pani Marto! — zawołał. — Nowy skład, nowy kapitan — sezon zapowiada się naprawdę dobrze.

— Mój mąż włożył w to spore pieniądze, więc lepiej, żeby się zapowiadał — odpowiedziała Marta z uśmiechem, po czym wskazała na Ilkę. — To moja przyjaciółka. Dziś jej chrzest żużlowy.

Zawadzki spojrzał na Ilkę z naprawdę szczerym zainteresowaniem.

— I co pani myśli? — spytał.

— Że to nie jest sport — powiedziała Ilka zgodnie z prawdą. — To jest coś innego. Nie wiem jeszcze co.

Zawadzki zaśmiał się głębokim, szczerym śmiechem.

— Dokładnie to samo powiedziałem wiele lat temu, kiedy tu przyjechałem pierwszy raz. I wciąż nie wiem. — Popatrzył na tor, na trybunę, na granatowo-złoty napis nad parkiem maszyn. — Ale wiem, że tu wracam. Niech pani też wróci.

A potem brama parku maszyn otworzyła się i Ilka zobaczyła Karla

Schmidta z bliska po raz pierwszy.

Bez kasku, bez kevlaru. W czarnej koszulce z logo klubu, z włosami przyklejonymi potem do czoła. Wysoki, spokojny, zmęczony w ten sposób, który nie osłabia, tylko wyostrza rysy.

Rozmawiał po polsku z mechanikiem — szybko, rzeczowo. I nagle podniósł wzrok.

Na chwilę ich oczy się spotkały.

Karl skinął głową — uprzejmie, neutralnie, jak kiwamy nieznajomym w windzie. Potem wrócił do rozmowy z mechanikiem.

Ilka odwróciła się.

— No i? — Marta była przy niej natychmiast, z tym swoim wyrazem twarzy, który oznaczał czyste zadowolenie. — Widzisz? Mówiłam.

— Nic nie widzisz — odpowiedziała Ilka spokojnie. Ale coś w niej wyraźnie się poruszyło — i nie miała ochoty tego analizować.

Rozdział IV — Park maszyn

Brama parku maszyn nie była otwarta.

Henryk po prostu ją pchnął i weszli, jakby tak miało być. Zawadzki

skinął głową na pożegnanie i wrócił do swoich gości, a Ilka szła za Martą i Henrykiem w głąb miejsca, które jeszcze przed chwilą widziała tylko zza metalowej barierki.

Świat wewnątrz był inny niż się spodziewała.

Oświetlony jarzeniówkami, pełen zapachu oleju, rozgrzanego metalu i potu. Mechanicy krzątali się wokół motocykli — odkręcali, czyścili, wymieniali części z ruchami ludzi, którzy robią to od lat i nie muszą myśleć, żeby wiedzieć, co robią. Hałas nie ustawał — metal o metal, stukot narzędzi, kompresory.

Zawodnicy stali jeszcze w kevlarach, spoceni i zmęczeni, ale rozluźnieni — ten rodzaj rozluźnienia, który przychodzi po czymś, co się zrobiło do końca. Lipek — którego Ilka rozpoznała od razu po śmiechu — głośno opowiadał coś juniorom, gestykulując szeroko, jakby sam siebie bawił.

— Henryku, dobry wieczór! — kilku zawodników skinęło głową w stronę Jagodzińskiego.

— Panowie, gratulacje — odwzajemnił gest, po czym wskazał na Ilkę. — Poznajcie Ilkę, przyjaciółkę Marty. Dziś jej chrzest żużlowy.

Lipek od razu się odwrócił, wyciągając rękę z tym swoim otwartym uśmiechem, który chyba miał na stałe.

— Piotr Lipiński, czyli Lipek. — Uścisnął jej dłoń z energią człowieka, który nigdy nie robi niczego połowicznie. — Witamy w drużynie, pani Ilko!

— Ja nie jestem w drużynie — zaczęła.

— Jeszcze! — przerwał jej, po czym klepnął ją po ramieniu i już wrócił do juniorów, bo chyba nic nie mogło go dłużej zatrzymać w jednym miejscu.

Ilka patrzyła za nim przez chwilę.

— Niesamowity facet — mruknęła Marta obok. — Na torze wygląda na skupionego, a tu gada jak najęty. I tak cały czas.

I wtedy Ilka poczuła, że ktoś podchodzi.

* * *

Karl stał dwa kroki od niej.

Bez kombinezonu — miał na sobie tylko czarną koszulkę z logo klubu, włosy wciąż ciemne od potu i przyklejone do skroni. W ręku obracał gogle, jakby część jego uwagi nadal była na torze. Z bliska wydawał się wyższy niż z trybun i spokojniejszy niż ktokolwiek inny w tym miejscu.

Spojrzał jej prosto w oczy — bez pośpiechu, bez niczego, czego Ilka się po nim spodziewała.

— Karl Schmidt — powiedział cicho, płynną polszczyzną. — Dobry wieczór.

— Ilka Kozyra — odpowiedziała.

Ich dłonie spotkały się w krótkim uścisku. Tyle wystarczyło, żeby zapamiętała szorstkość jego skóry i ciepło dłoni, która jeszcze przed chwilą trzymała kierownicę.

— Widziała pani mecz? — zapytał spokojnie.

— Tak… i chyba nie ostatni — odpowiedziała, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre.

Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu — bardziej w oczach niż na ustach. Chwila trwała o sekundę dłużej niż powinna.

— Cieszy mnie to — powiedział cicho.

Skinął głową i już był z powrotem przy mechanikach, przy sprzęcie, jakby rozmowa była tylko epizodem w dłuższym dniu.

Ale dla Ilki — nie była.

* * *

— No i co?! — Marta wyskoczyła przy niej jak z pudełka, z miną człowieka, który właśnie wygrał totalisa. — Śmieją ci się oczy, Ilko Kozyro, i nie mów mi, że nie, bo ja te oczy znam od piętnastu lat!

— Marto, proszę — Ilka próbowała ukryć rumieniec. — To była zwykła rozmowa.

— Zwykła rozmowa? — Marta prychnęła. — Ilka, widziałam, jak na siebie patrzyliście. To nie było zwykłe. No i chodź, Speedway Pub czeka. Nie mamy całej nocy.

— Nie idę — odpowiedziała Ilka od razu. — Wystarczy mi wrażeń na jeden wieczór.

— Idziesz, bo inaczej będę tu stała i opowiadała każdemu, jak na siebie patrzyliście — powiedziała Marta zupełnie spokojnie. — Tam ich poznasz naprawdę. Ludzi, nie zawodników. A poza tym Henryk nalega, więc nie ma żadnych wymówek.

Ilka spojrzała przez ramię.

Karl stał odwrócony plecami, mówił coś cicho do mechanika. Ale przez chwilę — przez jedną krótką chwilę — Ilka miała wrażenie, że i on odwrócił się na ułamek sekundy w jej stronę.

Może jej się zdawało.

Może nie.

— Dobrze — powiedziała do Marty. — Idę.

Rozdział V — Speedway Pub

Speedway Pub dudnił, jakby mecz przeniósł się ze stadionu pod drewniany strop.

Ale dziś nie było tu kibiców. Drzwi zamknięte, tabliczka na zewnątrz wywieszona. Impreza zamknięta — coroczna, tradycyjna, po pierwszym meczu sezonu. Tylko drużyna, sztab, rodziny i kilka osób z najbliższego kręgu sponsorów.

Ściany obwieszone były plastronami sprzed lat, starymi zdjęciami z finałów i proporczykami w ramkach przywiezionymi z wyjazdów.

Ilka miała wrażenie, że weszła do muzeum — tylko żywego, głośnego i pachnącego jedzeniem.

— No nie wyglądaj tak, jakby cię ktoś tu siłą przyprowadził — Marta szturchała ją w bok. — To jest najważniejsze miejsce w Bydgoszczy po meczu.

— Nie wiem, czy to mój świat — powiedziała Ilka, rozglądając się.

— Nie pytam, czy to twój świat. Pytam, czy masz ochotę poznać nowych ludzi. — Marta uśmiechnęła się szeroko. — Chodź.

* * *

Przy długim stole z ciemnego drewna siedziała cała drużyna Heller Sokolnika wraz z częścią sztabu.

Lipek siedział w centrum, oczywiście. Opowiadał coś o starcie w pierwszym biegu, ilustrując każde zdanie szerokimi gestami. Wokół niego kilku juniorów, którzy śmiali się z każdego jego słowa. Trener Kulpa siedział z boku z wyrazem człowieka, który widział już wszystko i lubił to, co widział.

Karl siedział na końcu stołu.

W ciemnej koszulce wyglądał inaczej niż na torze — swobodniej, bardziej w sobie. Od czasu do czasu wtrącał jedno zdanie do rozmowy z mechanikiem obok, ale głównie słuchał. I obserwował.

— Dobry wieczór, panowie! — Marta weszła z uśmiechem jak do własnego salonu, jakby to ona była gospodarzem. — Gratulacje jeszcze raz i mam nadzieję, że cały sezon będzie tak piękny jak ten mecz.

— Marta! — Lipek ożywił się natychmiast. — I nasz nowy drużynowy nabytek! — Wskazał na Ilkę z uśmiechem tak szerokim, że aż trochę bolał.

Ilka chciała zaprotestować, ale cały stół już na nią patrzył. Pojawiły się uśmiechy, życzliwe gesty i kilka skinień głową. Poczuła, że czerwienieje, i postanowiła, że nie pozwoli sobie na to.

— Ilka Kozyra — powiedziała spokojnie. — Przyjaciółka Marty. Wi-

downia, nie drużyna.

— Na razie widownia! — Lipek nie dał się zbić z tropu. — Jak pani była pierwszy raz na żużlu i tu siedzi, to znaczy, że coś ją tu zatrzymało. — Mrugnął okiem z miną człowieka, który wie więcej niż mówi.

— Szybkość motocykli — odpowiedziała Ilka.

— Oczywiście — powiedział Lipek, i było w tym tyle ironii, że kilku juniorów przy nim zachichotało.

Marta usiadła obok Ilki z miną kogoś, kto właśnie wygrał zakład.

— Mówiłam, że będzie dobrze — szepnęła.

— Nie mów nic — odpowiedziała Ilka przez zęby.

* * *

Wieczór płynął.

Rozmowy przy stole toczyły się swobodnie — o taktyce, następnych meczach i o tym, kto jak zaczął sezon w innych klubach. Trener Kulpa powiedział dwa zdania i każdy przy stole od razu ucichł. Prezes Zawadzki pojawił się na chwilę, uścisnął ręce, poklepał paru zawodników po plecach i odszedł rozmawiać z Henrykiem przy barze — dwaj przedsiębiorcy w swoim żywiole.

Lipek w pewnym momencie pochylił się ku Ilce.

— I jak? Szczerze. Nudzi się pani?

— Szczerze? — Ilka chwilę się zastanowiła. — Nie. Zaskakująco nie.

— Bo żużel tak ma — Lipek rozkoszował się tym jak ktoś, kto właśnie dostał pretekst do przemowy. — Najpierw pani siedzi i nie wie, o co chodzi. Potem patrzy i coraz bardziej wie. A potem nie może stamtąd wyjść i wszyscy wokół mówią: witaj w klubie. Tak działa. Serio.

— Jak sekta — powiedziała Ilka.

Lipek roześmiał się tak głośno, że kilka osób przy stole odwróciło

głowy.

— Dokładnie jak sekta. Tylko z lepszym widowiskiem.

Marta siedziała obok z uśmiechem kota, który właśnie dopiął swego i nic nie mówiła. Co samo w sobie było podejrzane.

* * *

— I jak się podobało? — Usłyszała cichy głos po swojej lewej stronie.

Karl.

Przysunął się o jedno miejsce, kiedy Lipek wyciągnął jego sąsiada do rozmowy na drugim końcu stołu. Siedział spokojnie ze szklanką w dłoni i patrzył na nią bez pośpiechu — tym swoim sposobem, który nie był natrętny, tylko uważny.

— Mecz? — spytała.

— Cały wieczór — powiedział.

Ilka chwilę myślała.

— Intensywnie — powiedziała w końcu. — Zupełnie inny świat.

Ale nie taki, z którego chce się wyjść natychmiast.

Karl skinął głową, jakby to była uczciwa odpowiedź.

— Pan też zostaje — w Polsce, w Bydgoszczy? — wyrwało się jej, zanim zdążyła pomyśleć, czy to mądre pytanie.

Popatrzył na nią chwilę.

— Na razie tak — powiedział. — Zobaczymy, co z tego będzie.

— Dużo niepewności jak na kogoś, kto przyszedł tu z konkretnym planem.

Coś w jego oczach błysnęło.

— Plan dotyczy toru. Reszta — niekoniecznie.

Chwila ciszy między nimi — nie niezręczna. Taka, w której oboje dali sobie być.

Rozmowę przerwał śmiech Lipka, który właśnie kończył jakąś historię z puentą na cały stół. Karl odwrócił wzrok, usta drgnęły mu kącikiem.

— Lipek zawsze tak? — spytała Ilka.

— Zawsze — powiedział Karl spokojnie. — I dobrze. Bo bez niego byłoby za cicho.

— A pan woli cicho?

Spojrzał na nią.

— Wolę sam decydować, kiedy mówić. — Krótka pauza. — Dziś mówiłem niewiele.

Ilka poczuła ciepło gdzieś głęboko i postanowiła udać, że tego nie poczuła.

* * *

Około północy Marta pojawiła się przy niej ze swoją charakterystyczną miną — tą, która znaczyła, że już wszystko wie i nie może się doczekać, aż powie.

— Taksówka czeka. — Przechyliła głowę. — Wychodzimy?

— Wychodzimy — powiedziała Ilka.

— Szkoda — westchnęła Marta i było w tym westchnieniu tyle teatru, ile w nim być mogło. — Bo przez ostatnie pół godziny patrzyłaś głównie w jedno miejsce.

— Marto.

— Mówię tylko to, co widziałam — Marta rozłożyła ręce z miną niewinnego świadka. — I to, że on też patrzył. Ale to już twoja sprawa.

Ilka nie odpowiedziała.

Wstała, wzięła płaszcz i skinęła głową na pożegnanie całemu stołowi.

Kilka uścisków dłoni. Lipek rzucił za nią: „Jakby co, wiemy, gdzie jest galeria!” — i zaśmiał się sam z siebie.

Karl stał przy oknie, rozmawiał cicho z trenerem Kulpą. Kiedy Ilka przechodziła obok, skinął głową — krótko, bez słów.

Ona również.

Na zewnątrz Bydgoszcz pachniała wiosną i mokrym asfaltem. Marta gadała przez całą drogę do taksówki o czymś, czego Ilka nie słuchała, bo myślała o jednym zdaniu. „Wolę sam decydować, kiedy mówić. Dziś mówiłem niewiele.”

Wsiadła do taksówki. Zamknęła drzwi.

Bydgoszcz płynęła za oknem.

I po raz pierwszy od bardzo długiego czasu Ilka Kozyra nie myślała

o galerii, o Krzysztofie, o niczym, co zostawiała za sobą. Myślała tylko o tym, że wiosna się zaczęła. I że jutro będzie inne niż wczoraj.

Rozdział VI — W galerii

Galeria tonęła w ciszy.

Ilka lubiła takie wieczory — kiedy zamykała za ostatnim klientem drzwi i zostawiała sobie tylko światło lamp i obrazy. Płótna w tej ciszy inaczej oddychały. Jakby czekały na kogoś, kto naprawdę patrzy, a nie tylko spogląda.

Szła wzdłuż ścian, od niechcenia poprawiając ramy. Ten gest nic nie zmieniał — ramy stały idealnie — ale dawał jej rękom zajęcie, kiedy głowa i tak szła gdzie indziej.

Dźwięk dzwonka nad drzwiami wyrwał ją z zamyślenia.

— Przepraszam… otwarte? — Głos spokojny, męski.

Odwróciła się.

Karl. Bez kevlaru, bez świateł stadionu, w zwykłej ciemnej kurtce. Włosy miał jeszcze wilgotne po prysznicu i opadały mu na czoło w sposób, który wyglądał niedbale, choć taki nie był. Na torze był zawodnikiem. Tu był po prostu mężczyzną.

— Galeria zamknięta — powiedziała z automatu.

— Wiem. — Uśmiechnął się lekko, bez gry i bez pozy. — Marta dała mi adres. Powiedziała, że warto.

— Marta rozdaje moje sekrety za darmo — Ilka skrzywiła się, ale bez gniewu. Gniew wymaga energii, a ona całą tę energię zużyła na udawanie, że jego pojawienie się jej nie zaskoczyło.

— Jeśli przeszkadzam, wyjdę — powiedział poważnie. — Chciałem zobaczyć. I podziękować.

— Za co?

— Za to, że przyszłaś na stadion. Do pubu. — Zawahał się chwilę. — Za rozmowę. Choć krótką.

Jej usta drgnęły.

— Wejdź — powiedziała. — Zapraszam.

* * *

Przeszedł powoli, z uwagą rozglądając się po sali. Ilka obserwowała go kątem oka i myślała, że rzadko widywała, by ktoś tak patrzył na obrazy — nie jak na dekorację ani cenę na tabliczce, tylko jak na coś, co naprawdę chce coś powiedzieć.

Była od niego o dwa metry. Potem o metr. W końcu stanęli przy tym samym płótnie i Ilka uświadomiła sobie po prostu jego bliskość — wyraźną, skupioną, trudną do zignorowania.

— Zupełnie inny świat — powiedział cicho. — U nas wszystko jest głośne, szybkie. A tu… cisza.

— Cisza czasem mówi więcej niż krzyk — odpowiedziała.

— Potrafi też ciąć głębiej.

Ilka odwróciła się ku niemu. To jedno zdanie zabrzmiało zbyt znajomo, żeby przejść obok niego bez zatrzymania.

— Mówisz to z doświadczenia?

— Mówię z obserwacji — odpowiedział spokojnie. I spojrzał na nią krótko, a jednak tak, jakby to spojrzenie mówiło więcej, niż powinno.

* * *

Zatrzymali się przed płótnem pełnym czarnych plam na szarości — obraz, który Ilka kupowała dwa lata temu od młodego malarza, którego większość ludzi jeszcze nie znała.

— To wygląda jak tor po deszczu — rzucił Karl.

— Naprawdę tak ci się kojarzy?

— Tak. — Skinął głową. — Woda, która rozmywa linie. Brak przyczepności. Ryzyko ukryte pod spodem.

— Ja widzę tu tylko abstrakcję.

— Może dlatego, że patrzysz głową, a ja całym ciałem.

Spojrzała na niego. Był bliżej niż powinna być o tym informowana przez własną skórę, ale był — i jej skóra to odnotowała bez pytania o zgodę.

— A może dlatego, że ja widzę martwą farbę, a ty żywy tor — powiedziała.

Ich oczy spotkały się.

Cisza między nimi nie była już galeryjna — była gęsta, prawie namacalna. Taka, którą czuło się w mostku i na końcach palców jednocześnie.

* * *

Przeszli jeszcze kilka kroków. Karl pytał o artystów, obrazy i codzienność pracy w galerii. Ilka odpowiadała, a z każdą minutą coraz mniej pilnowała tonu i słów. Jakby przy nim łatwiej było mówić bez tej zwykłej, starannej kontroli.

Sam mówił mało. Słuchał z całą uwagą, bez pośpiechu, bez żadnej z tych min, które mówią: już wiem, już rozumiem, możesz kończyć. To było rzadkie. Ilka nie była przyzwyczajona do bycia słuchaną w taki sposób i poczuła, że to ją niepokoi bardziej niż powinno.

W końcu zatrzymali się przy drzwiach.

— Dziękuję, że mnie wpuściłaś — powiedział. — Wiem, że to nie było oczywiste.

— Nie jestem aż tak zamknięta, jak się wydaje.

— Wiem — powiedział cicho.

I spojrzał na nią jeszcze raz — tylko na sekundę, ale wystarczająco długo, by zostawić po sobie ślad, którego Ilka nie chciała nazywać.

— I dlatego wrócę — dodał.

Otworzył drzwi i wyszedł w chłodne powietrze. Ilka stała jeszcze chwilę, patrząc na pustą przestrzeń galerii.

Obrazy milczały jak zawsze. Ale pod mostkiem cokolwiek było — to nie milczało.

Rozdział VII — Wyjazdowa runda

Niedzielny wieczór pachniał kawą i deszczem, którego w Bydgoszczy nie było.

Ilka siedziała na sofie z kubkiem w obu dłoniach, z zamiarem obej-

rzenia czegoś absolutnie bezmyślnego — jakiegoś dokumentu o pingwinach albo serialu, przy którym nie trzeba myśleć. Pilot leżał obok. Ekran się włączył. I trafiła na transmisję.

„Witamy państwa na stadionie Feniksa Rzeszów! Za chwilę wyjazdowy mecz drugiej kolejki sezonu — Feniks podejmuje Heller Sokolnik Bydgoszcz!”

Ilka nie zmieniła kanału.

Nie dlatego, że planowała oglądać. Po prostu ręka jej nie posłuchała.

* * *

Kamera pokazała park maszyn. Karl stał przy motocyklu spokojny, skupiony — tak samo jak na każdym innym torze, jakby miejsce nie miało dla niego znaczenia. Obok mechanik Eryk sprawdzał każdy detal. Karl coś powiedział półgłosem. Eryk skinął głową.

„Tor w Rzeszowie dziś wymagający — po niedawnych opadach nawierzchnia na łukach jest trudna. To będzie ciężki wieczór dla gości.”

Ilka nachyliła się ku ekranowi.

Karl odwrócił się w stronę toru. Kamera uchwyciła jego profil — skupiony, zamknięty w sobie, jakby wszystko poza torem przestało istnieć.

* * *

Bieg pierwszy — Karl pod taśmą od razu, numer jeden, kapitan. Wyszedł szybko, obronił prowadzenie przez cztery okrążenia. Trzy punkty. 2:4 dla Sokolnika — dobry początek.

Ale potem nastała cisza.

Trzy biegi z rzędu Feniks wygrał 5:1. Juniorzy i pozostali seniorzy Sokolnika nie dawali rady na tym torze, gubili rytm na wyjściach z łuków, zwalniając dokładnie tam, gdzie zwalniać nie wolno. Po czterech biegach było już 17:7 dla Feniksa.

„Heller Sokolnik traci punkt po punkcie — goście nie radzą sobie z nawierzchnią.”

Ilka siedziała ze skrzyżowanymi nogami, a kubek z napojem dawno wystygł na stoliku. Patrzyła na powtórki: zawodnicy tracili rytm na wyjściach z łuków, a prosta okazywała się za krótka, by odrobić straty. Rozumiała już tyle, że ten tor niczego dziś nie wybacza.

* * *

Piąty bieg — przełamanie. Karl i junior przywieźli 5:1 dla Sokolnika.

Nagle 18:12. Ilka wyprostowała się na sofie.

Szósty — remis 3:3. Siódmy — znowu 5:1 dla Feniksa. 26:16. Ósmy — remis 3:3. Dziewiąty — Karl znowu wygrał, tym razem 4:2.

„Schmidt walczy! Kapitan gości zbiera punkty, ale drużyna nie nadąża.” Ilka czuła, jak napięcie opada i wraca naprzemiennie, bieg po biegu.

Dziesiąty bieg — Feniks 5:1. 36:24. Lipek z trzecim punktem odszedł z toru z miną człowieka, który wie, że zrobił co mógł i że to za mało.

* * *

Jedenasty bieg — remis 3:3. Dwunasty — trener Kulpa zdecydował się na rezerwę taktyczną. Feniks wygrał 4:2.

Ilka aż odsunęła się na sofie. Wiedziała tyle, że przy takiej stracie rezerwa taktyczna to ostatnia broń. I że Sokolnik jej użył za późno.

Trzynasty bieg — niespodziewanie 5:1 dla Sokolnika. Chwila nadziei.

Czternasty — remis 3:3.

Piętnasty, ostatni — Feniks wygrał 5:1. Końcowy wynik: Feniks Rzeszów — Heller Sokolnik Bydgoszcz 52:38.

Karl: 12 punktów — jedyny, który walczył do końca w każdym biegu. Lipek: 3 punkty. Juniorzy po jednym.

* * *

Kamera pokazała park maszyn po meczu. Lipek rzucił rękawice na ławkę. Juniorzy patrzyli w ziemię. Trener Kulpa stał z boku z rękami skrzyżowanymi — myślał, nie mówił.

I wtedy dziennikarz wyciągnął mikrofon w stronę Karla.

— Karl, trudny mecz. Co się stało?

Karl spojrzał prosto w kamerę. Twarz miał zmęczoną, ale spokojną — nie z wyrachowania, tylko z opanowania.

— Stało się to, że Feniks był dziś lepszy. My popełniliśmy błędy. Ja też. Ale to początek sezonu i to nie koniec świata.

— Jednak jako kapitan… — dziennikarz nie odpuszczał.

— Jako kapitan biorę to na siebie — przerwał spokojnie. — Mamy dobrych zawodników, potrzebują czasu. Ja muszę być lepszy, żeby ich prowadzić. Proste.

Kamera zbliżyła jego twarz. Spokojną, twardą, bez wymówek, bez gry — tylko odpowiedzialność.

Ilka siedziała nieruchomo z dłonią na pilocie. Nie przełączyła.

* * *

Kiedy transmisja się skończyła, zostawiła ekran w ciemności i siedziała jeszcze chwilę.

Myślała o tym zdaniu.

„Muszę być lepszy, żeby ich prowadzić.”Nie „nie mój problem”. Nie „tor był zły”. Nie „juniorzy zawiedli”. Po prostu — biorę to na siebie.

Ilka znała mało mężczyzn, którzy tak mówią. Znała jednego, który przez czternaście lat nie powiedział tego ani razu.

Wstała. Odstawiła kubek z wystygłą kawą. I po raz pierwszy od miesięcy nie sprawdziła przed snem, czy Krzysztof nie wysłał jakiejś wiadomości.

Rozdział VIII — Wernisaż

Galeria pachniała winem i świeżymi kwiatami.

Światło lamp punktowych tworzyło ostre plamy na obrazach — każdy miał swoje miejsce, każdy swoją scenę. Ilka stała przy wejściu ubrana w czerń jak zawsze, tylko kolczyki z białego złota błyszczały w świetle. Uśmiechała się do gości. Jej oczy pozostawały chłodne.

Marta krążyła po sali jak mały huragan — witała, przedstawiała, klepała po ramieniu, śmiała się za głośno i właśnie dlatego była niezastąpiona. Henryk trzymał się nieco z tyłu, rozmawiając o kontraktach, jakby wernisaż był tylko kolejną okazją do negocjacji.

Ilka odetchnęła głęboko. Wszystko było na swoim miejscu. Aż do momentu, gdy zobaczyła go.

* * *

Krzysztof Kozyra wszedł pewnym krokiem, jakby nigdy nie przestawał być częścią tego świata. Garnitur skrojony bez zarzutu, spojrzenie chłodne, uśmiech cyniczny — ten uśmiech, który Ilka znała na pamięć i który kiedyś potrafił ją rozbroić, a teraz już nie. Obok niego — Sandra.

Młoda, jasnowłosa, w sukience, która bardziej odkrywała niż zasłaniała. Rozglądała się po galerii z mieszaniną zaciekawienia i znudzenia.

— Dobry wieczór, Ilko — powiedział Krzysztof. Głos miał taki jak zawsze — równy, pewny siebie, zaprojektowany tak, żeby kończyć rozmowy zanim się zaczną. — Wszystko jak dawniej. Obrazy, światła, twoja czarna suknia.

— A jednak inaczej — odpowiedziała spokojnie. — Ty jesteś gościem. Sandra nachyliła się lekko z uśmiechem odrobinę zbyt pewnym siebie. — Przepiękne miejsce. Nigdy wcześniej tu nie byłam, ale Krzysztof tyle opowiadał…

— Rozumiem — przerwała Ilka. Krótko. Bez uśmiechu.

Sandra umilkła.

Wino krążyło, rozmowy gęstniały. Krzysztof, jak zawsze, musiał zabrać głos, choć nikt go nie prosił.

— Wspaniale, że Bydgoszcz ma takie miejsca — mówił głośno, do nikogo konkretnego i do wszystkich jednocześnie. — Sztuka, kultura, rozwój… Cieszę się, że moja była żona wciąż potrafi trzymać poziom. Choć — muszę przyznać — ja wybieram dziś inne inspiracje.

Spojrzał na Sandrę. Ona roześmiała się za głośno. Parę osób wymieniło spojrzenia.

Ilka poczuła, jak zaciska dłoń na kieliszku. Odpowiedziała głosem spokojnym, prawie miękkim.

— Każdy wybiera swoje inspiracje, Krzysztofie. Jedni — nowe towarzystwo. Inni — nowe obrazy.

W sali zapadła krótka cisza.

Sandra przestała się uśmiechać.

Marta, stojąca tuż obok, klasnęła cicho w dłonie — niby po to, by zagłuszyć napięcie, ale Ilka znała ją zbyt dobrze, żeby nie zauważyć, że jeszcze chętniej by je podsyciła.

* * *

I wtedy drzwi galerii otworzyły się po raz kolejny.

Marta uniosła ręce w teatralnym geście, jakby sama to wymyśliła — choć Ilka nie miała wątpliwości, że właśnie tak było.

— Karl! — zawołała. — No nareszcie, cze-ka-łam! Karl Schmidt wszedł powoli. Ciemna koszula, marynarka, bez żadnych znaków szczególnych — i mimo to przyciągnął uwagę natychmiast, tak jak przyciągają ją ludzie, którzy nie starają się jej przyciągnąć. Kilka osób szepnęło coś po cichu. Krzysztof odwrócił się.

Karl podszedł do Ilki.

— Dobry wieczór — powiedział cicho. — Marta mnie zaprosiła. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko.

— Nie — odpowiedziała. I zrozumiała, że to jedno słowo brzmiało zbyt miękko.

— Inaczej tu dziś niż ostatnio — rozejrzał się po sali. — Więcej ludzi. Głośniej.

— Wernisaż rządzi się innymi prawami niż pusta galeria — powiedziała. — Mniej ciszy. Mniej miejsca na prawdziwe patrzenie.

— Ale wolisz tę drugą wersję?

— Zawsze — powiedziała i było w tym o jedno znaczenie za dużo.

Patrzył na nią chwilę — tym swoim spokojnym sposobem, który nie był natrętny, a mimo to trudno było o nim zapomnieć.

* * *

Krzysztof podszedł.

Ilka widziała go kątem oka — jak skraca odległość powoli, z tą swoją prawniczą precyzją, jakby każdy krok był argumentem.

— Widzę, że masz nowych znajomych, Ilko — rzucił. Głos miał równy, ale była w nim ta nuta — Ilka znała ją na pamięć — która mówiła: uważaj, bo zaraz cię upokorzę i oboje będziemy wiedzieli, że nie dasz rady.

— Mam starych wrogów — odpowiedziała spokojnie — więc potrzebuję nowych znajomych.

Kilka osób w pobliżu parsknęło śmiechem. Sandra odwróciła się w bok.

Krzysztof nie stracił wyrazu twarzy — ale Ilka widziała, jak coś zaświeciło mu w oczach. Coś zimnego.

— Schmidt, tak? — Odwrócił się do Karla z uśmiechem, który nie sięgał dalej niż wargi. — Słyszałem o panu. Kapitan. Żużel. — Zrobił pauzę. — Oryginalne zajęcie jak na znajomego Ilki.

Karl patrzył na niego spokojnie. Tak spokojnie, że Ilka przez chwilę myślała, że nie odpowie.

— Słyszałem, że pan jest prawnikiem — powiedział w końcu. — To też oryginalne. W zależności od sprawy.

Cisza.

Marta musiała ugryźć się w wewnętrzną część policzka, bo odwróciła się gwałtownie do najbliższego obrazu i zaczęła go studiować z niezwykłym skupieniem.

Krzysztof odszedł. Bez słowa, bez gestu. Był to, w gruncie rzeczy, pierwszy szczery znak, że coś go trafiło.

* * *

Karl pochylił się lekko ku Ilce. Na tyle blisko, żeby słyszała go tylko ona.

— Mamy trening w środę. Rano, na pustym stadionie. Może przyjdziesz? Zobaczysz, jak to wygląda od środka — bez tłumów, bez świateł, tylko praca.

Ilka uniosła brwi.

— A jeśli nie zrozumiem, co się dzieje?

— To wytłumaczę — powiedział spokojnie. — Mam czas.

Nie zdążyła nic odpowiedzieć. Marta już stała obok, z tym swoim wyrazem twarzy, który mówił dokładnie to co myślała, i którego za żadne skarby nie zamierzała powstrzymać.

— No widzisz? — powiedziała do Ilki. — Ja to mówiłam.

— Marto — odpowiedziała Ilka ostrzegawczo.

— Co? Nic nie mówię. Obserwuję tylko. Jestem tu jako gość. — Wzruszyła ramionami z miną absolutnie niewinnego świadka.

* * *

Gdy galeria pustoszała, Ilka została sama przy jednym z obrazów. Tym, którego Karl porównał do toru po deszczu.

Patrzyła na czarne plamy na szarości i myślała, że może miał rację. Może ona naprawdę patrzyła głową na coś, co wymagało całego ciała.

Z drugiego końca sali doszedł ją głos Krzysztofa — mówił coś do Sandry, śmiał się tym swoim śmiechem, który zawsze był trochę za donośny jak na pomieszczenie. Ilka nie odwróciła się.

Słyszała za to odgłos zamykanych drzwi — i wiedziała, bez patrzenia, że to Karl wychodząc odwrócił się jeszcze raz.

Nie wiedziała, skąd to wiedziała.

Wiedziała.

Rozdział IX — Trening

Środa rano. Stadion przy Sportowej był pusty — żadnych kibiców, żadnej muzyki, żadnego tłumu. Tylko echo kroków odbijające się od betonowych trybun i ten zapach: oleju, ziemi i czegoś jeszcze, czego Ilka wciąż nie potrafiła nazwać.

Marta zostawiła ją przy bramie z uśmiechem, który mówił więcej niż jakiekolwiek zdanie.

— Ja tu nie wchodzę — powiedziała. — Nie dlatego, że nie mogę. Dlatego, że nie będę potrzebna.

— Marto — zaczęła Ilka.

— Idź — przerwała Marta. — I nie mów mi później, że nie byłam życzliwa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 39.82