E-book
7.88
drukowana A5
46.38
Orpheon

Bezpłatny fragment - Orpheon


Objętość:
261 str.
ISBN:
978-83-8440-564-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 46.38

„Niczego nie czuję, ale czuję się dobrze.” — Samuel Serwata

„Nie wiem, stary, po prostu… po prostu piję krew, stary” — Death Grips — The Fear (Year Of The Snitch, 2018)


Kocopoły — słowo o kilku znaczeniach, zależnych od kontekstu i regionu: 1. Regionalnie: Tradycyjne kluski ziemniaczane, z farszem lub bez, lokalna odmiana potraw znanych także jako kacapoły lub klęgle. 2. Potocznie: Bzdury, brednie, głupstwa, wypowiedzi pozbawione sensu lub logicznego uzasadnienia; synonim dyrdymałów, farmazonów. 3. Slangowo: Ręcznie skręcane papierosy z gorszej jakości tytoniu.


Ancymon — osoba (najczęściej dziecko) psotna i niesforna, dokuczająca lub dokomplikowująca rzeczywistość w sposób żartobliwy i często sympatyczny; potrafi udawać niewiniątko, choć sprawia kłopoty. Synonimy: urwis, łobuziak, gagatek, ziółko, nicpoń, rozrabiaka, huncwot.


Szaleństwo — stan lub sposób zachowania o różnym stopniu nasilenia: 1. Hulanka, zabawa, gwałtowne oddanie się przyjemnościom lub emocjom. 2. Postępowanie wykraczające poza przeciętne normy społeczne, obyczajowe lub kulturowe; działanie niekonwencjonalne. 3. Stan psychiczny człowieka tracącego kontrolę nad sobą, emocjami lub działaniami. 4. Choroba umysłowa, zaburzenie psychiczne prowadzące do dezorganizacji myślenia i zachowania.

I. Orpheon

I. Spalony Most.

Dawno, dawno temu. Za siedmioma górami, za sześcioma lasami i za pięcioma rzekami. Pewnego razu. W odległym kraju, zwanym Somnivor, w jakiej to krainie, której nie znajdziesz na żadnej mapie, bo ta sama decyduje, kiedy istnieć. Nie było to miejsce, w którym rozsądek czuł się swobodnie. Był sobie raz. Pewien ktoś, imieniem Soren.

Każda historia zaczyna się pytaniem. Ta zaś od odpowiedzi. Świat nie był jeszcze pewien, kim chce być, kiedy ta opowieść postanowiła się wydarzyć. Zanim świat nauczył się mówić, ktoś szeptał w ciemności pewną historię. Miasto dopiero wstawało, a już wiedziało, że dzisiaj będzie miało kłopoty. Wszystko zaczęło się od jednego, zupełnie niepotrzebnego pomysłu. Na dworcu pachniało deszczem i kłopotami – co dawało idealny klimat i warunki do rozpoczęcia opowieści. Ta działa się w mieście Synaps.

W miejscu, gdzie ludzie nie zaglądają z własnej woli, ktoś od dawna czekał na czyjeś potknięcie. W miasteczku tym, stojącym na jednej, lewej nodze, w marzeniu pewnego zegara. Kiedy w którym zabrakło czasu, mieszkańcy postanowili pożyczyć go od snów. Tego dnia słońce uparło się świecić w kolorze fiołkowym. A gdy drzewa zaczęły przemawiać w liczbie mnogiej, wszystko stało się możliwe.

Gdy pierwszy śnieg przykrył jeszcze letnie ślady, zaczęła się przygoda, o której nikt nie powinien pamiętać. Rodząc się tam, gdzie dzień dotyka nocy jak skrzydło wody. W chwili, gdy wiatr zatrzymał się pomiędzy dwoma różnymi oddechami. Zaczęło się wtedy, gdy noc złamała jedno ze swoich praw. Zanim cokolwiek zrozumiał, jego cień zrozumiał swojego właściciela, pewna prawda zdążyła uciec. Nikt nie wiedział, kto pierwszy usłyszał ten dźwięk, ale od tego momentu wszystko zaczęło się psuć.

W chwili, gdy neon zgasł po raz pierwszy od trzydziestu siedmiu lat, ktoś poczuł, że to znak. I wówczas wydarzyło się coś niezwykłego. Soren stojący przed Kat odzyskał głos:

– Żaden widok czegokolwiek na świecie, nie może się równać z twoim pięknem, jakiego obecność odbiera mi mowę bardziej, niż jakikolwiek cud natury i świata. A każdy jeden dzień bez Ciebie, zamieniłbym choćby na minutę z tobą. – Kat uśmiechnęła się i palcem wskazała miejsce za nim, za którym nie było już niczego, oprócz ostatniego spalonego mostu; trawiony wiecznym ogniem.

...

II. Stalowe Serce.

Na długo przed tym, jak Soren odzyskał głos, stracił serce, a wraz z nim wszelkie emocje, chęci, jak również głos. Było to szesnaście lat temu. Pół roku temu, 19 maja przywieziono go do kliniki sztuki biologicznej, jako kwalifikującego się do projektu "Żywe Płótno." Nie były to rzeźby, ani obrazy. To były ciała uformowane z mięsa, tkanek i nerwów, które odpowiadały na dotyk, temperaturę i emocje człowieka. Niektóre wyglądały jak ludzie stojący w półcieniu, inne jak postacie nierozwinięte, jakby zatrzymane w połowie gestu narodzin. Gdy ktoś przechodził obok, drżały lekko, jak skwiercząca w piecu pieczeń.

Soren i Kat rozpoznali się, pomimo upływu lat. Lecz nie rozmawiali inaczej niż poprzez spojrzenia. Soren od początku patrzył na Kat tak, jakby przyniosła mu ostatni fragment sensu. Była tak anielsko nieskalaną, dobrą i niewinną istotą, że trudno było uwierzyć, że była tylko człowiekiem. Gdy się na nią patrzyło, i przebywało w jej obecności, czuło się tchnienie wyższej istoty magicznej, boskiej, która zesłała ją specjalnie dla niego. I choć oboje milczeli, ich emocje wypełniały pomieszczenie tak gęsto, jakby można je było chwycić w dłonie. Zazdrość wyrastała z niego jak cierń. Strach wpełzał jej pod skórę, choć udawała, że nie czuje nic poza profesjonalnym chłodem.

Jego serce rozpadało się na pozomie struktury, jakby każdy jego impuls był wykrzyknikiem, po którym nie miało nastąpić następne zdanie. Kat natychmiast zrozumiała, że nie ma wiele czasu. Mimo to podłączyła go do systemu żywego laboratorium, pozwalając głodnym płótnom słuchać jego nastrojów. To był błąd. Kolejny po błędach miłości i młodości. Żywe płótna zaczęły te emocje gromadzić. Reagowały skurczami mięśni, które napinały je, skręcały się i drżały. Szmer przesuwał się po sali jak oddech, który próbuje udawać jęk. Kat ignorowała te sygnały. Soren także. Ale żywe płótna nie ignorowały niczego. Przejmowały ich zazdrość, ich lęk, ich ciche, ukryte myśli. A uczucia, które nie znajdują ujścia, zawsze przekształcają się w agresję.

Postacie z tkanek zaczęły napinać się jak do walki. Jakby chciały rozerwać własne granice. Sygnały na monitorach drżały, aparatura szumiała jak nieustępliwa, niekończąca się burza. Soren próbował coś powiedzieć, ale jego puls zaczął rosnąć nienaturalnie. Mamrotał bezgłośnie, a po policzkach ciekły mu łzy. Implant serca, który miał podtrzymać jego funkcje, reagował na przepełnienie emocjami żywych płócien. Nakładały się one na dane medyczne, w panicznym natężeniu migocząc kawalkadami rozświetlonych punktów. Kat wskazała palcem na jeden z ekranów przy oknie. W jednej sekundzie serce Sorena zaczęło świecić na monitorach jak czerwony, rozżarzony księżyc. W następnej — eksplodowało w jego klatce piersiowej, cicho, niemal bezgłośnie i łagodnie, jakby kończyło się ostatnie zdanie.

...

III. Głodne Płótno.

I po ostatnim grzmocie burza ucichła. Żywe płótna zastygły jak posągi, które nagle utraciły świadomość. Kat pochyliła się nad nieruchomym ciałem. Jej głos był suchy, bezbarwny, jakby go traciła. Oznajmiła fakt, czas zgonu: 25 listopada, godzina 21:37 – Powtarzała to w myślach, próbując nadać światu strukturę, choćby cienką jak nić chirurgiczna. Oczy Sorena były nadal otwarte. Patrzył mokrymi od łez oczami, na pejzaż płonącego mostu za oknem, próbując go nimi ugasić. Opuścił ciało i uniósł się wraz z dymem wysoko, ponad pomarańczową poświatę.

Gdy Soren odwrócił się z powrotem twarzą do Kat, ona pozostawiła po sobie tylko dymiącą, pustą przestrzeń, jakim było to płótno bezludnego pejzażu miasta. A on sam pozostał uwięziony w swoim sercu z samą duszą w ciele, co nie rzucało cienia. Miasto po katastrofie wyglądało jak skóra, którą ktoś zbyt gwałtownie zdjął z czaszki świata. W centrum wyludnionych ruin, stała w ciszy pustka, a w niej on. Zagubiony człowiek, którego życie wydawało się bezwartościowe, jałowe, pełne nieistotności. Jakiekolwiek podjęte przez niego działanie wydawało się być bez znaczenia. Każdy oddech bezproduktywny, a całe jego istnienie zostało zredukowane do marności. Tkwił gdzieś, gdzie nie było niczego do uchwycenia, ani niczego do zatrzymania i posiadania.

Sens istnienia na horyzoncie, znikał w dotyku bezcelowości. Pomimo całej tej bezcelowości, próbował wykrzesać z siebie iskrę oporu. By dokonać decyzji nieodwołalnej, czy się przedrzeć przez nieznane przed nim, czy też pozostać w letargu własnej marności. Każdy gest ulegał nieubłaganej degradacji, rozpadał się w entropii świata, który był mu obojętny, tak jak on był dla niego. Miał już wszystkiego dość. Był bezsilny i słaby i bez znaczenia. Nie chciał już niczego chcieć, ani nie chcieć. Poza tym, że chciał tylko, żeby to wszystko w końcu się skończyło. Soren nie wiedział jednak, że już dawno temu było po wszystkim. Nie istniał już nikt, kto mógłby go pamiętać. Stał się echem własnego serca, odbitym w wypłowiałej duszy.

...

IV. Pradawny Świadek.

Gdy ostatni neon miasta zgasł, światła miasta zgasły w nim ostatni raz. Najnowocześniejsze, najszybciej rozwijające się technologicznie miasto świata, zgasło i zamilkło, jakby ktoś zdmuchnął sztuczne słońce cywilizacji, jednym znudzonym wydechem. Również cała planeta zmęczona ciągłym obracaniem się, wypalona od środka, jak najstarszy pracownik zmiany. Zatrzymała się, rozdzielając dzień i noc na dwie półkule.  Rozpoczęły się wędrówki ludów, chcących żyć wśród światła, bądź ciemności. Rozdzirlieni przemierzali lądy i się osiedlali albo w chmurach gór, albo w skrzydle wody Oceanu. Jak i też na stałym lądzie lub w podziemiach, w których budowali miasta schrony ci, co złowróżnbe mieli bardziej jeszcze podejrzenia o tym, co z odległych gwiazd może przywlec się coś gorszego jeszcze.

Wracał stary porządek świata, w którym rządziła odrodzona nowa Matka Natura, nadające nowe prawa w których drzewa oddychały i się przemieszczały. Zwierzęta się komunikowały pomiędzy gatunkami, wyrabiając mowę ogólną, uniwersalną dla wszystkich. A cienie odklejały się od świateł promieni. Jednocześnie wyczuwało się, że coś najbardziej będę dawnego, wybudzało się uśpiony od tysięcy lat. Coś, co pamiętam najstarsze dzieje świata. Pewnie tylko po to, by być świadkiem dziejów ostatnich. Kroki jako pierwszego wypatrywały, pozasiadane na kablach i dachach, jak widzowie próbujący dostrzec lub wypatrzeć jakiś zwiastun lub manifestacje inną jego obecności niezaprzeczalnej. Nie panikowały, ani nie wznosiły fałszywych alarmów, wiedząc, że gdy ten się pojawi, będą pewnie tego, że nadchodzi. A ten miał nadejście wraz z gęsto mgłą, co nie opadała, ani się nie rozwiewała.

Mgła unosiła okręt niezwykły, stalowy. Płynął w oceanie z rdzy, z którego fal zardzewiałego oceanu wychodziły martwe dzieci, próbujące go powstrzymać. Kto je przytulił, stawał się częścią rdzy, a jego ciało rozpuszczało się w metalicznej cieczy. Statkiem tym płynęła pradawna istota Orpheon, która jadła sny ludzi. Będąca świadkiem początku swiata. Przebudzona została, by tym razem być świadkiem jego końca. Każde zjedzone marzenie i sen, stawało się częścią jego twarzy. Jego oczy były cudzymi wspomnieniami, usta sekretami. Płynął w księżycowej nocy poświacie, opierając się falom czasu, niewzruszony i niedościgniony.

Podróżował z zegarmistrzem, który w swej kabinie trzymał zegary różnego typu, z całego świata i z różnych czasów. Każdy z nich był fragmentem skóry kogoś, kto kiedyś się spóźnił. Kiedy zegar wybijał godzinę, właściciel skóry budził się w nowym ciele, które musiało powtórzyć swoje życie w nieskończoność, tracąc własną tożsamość. Zegar sam zaczął liczyć sekundy ludzi, a czas stał się krwią, która ściekała po maszcie statku zrobionego z pajęczyny skradzionego czasu. Było też lustro, w którym odbiciu każdy, kto się w nim oglądał, widział siebie w innym wcieleniu. Lustro nie odbijało, lecz pożerało duszę i ciało powoli, zastępując je odbiciem. Idealnym, hipnotycznym, nienaruszonym.

...

V. Poetyka Krwi.

Wilki, żyjące dotąd na obrzeżach ludzkiego strachu, podniosły pyski ku zimnej gwieździe, która zapłonęła nad miastem Synaps, jak oko bogini sprzed epoki rozumu. I nawet drzewa, te najstarsze i najbardziej zmęczone betonem, prostowały pnie, jakby wreszcie mogły odetchnąć. Rosły one w lesie, które pamiętały każde złamane serce, w czasach, gdy opętane, przez te martwe serca zimnych dusz, drzewa jadły ludzi. Zamieniając swoje wnętrza drewniane, ukryte pod skórą z kory, na żyjącą, mięsną tkankę, z ludzkich pozostałości, co je ożywiały wyruchome, w wynaturzone, podłe, i mściwe istoty. Co z tymi mackami, gałęziami, pochwytywały każdego, co wędrował pośród nich, niezależnie kim ten ktoś był, i robiąc to o każdej porze roku, i o każdej porze dnia i nocy.

Z przeklętego lasu, wydostała się w nieświadomości, lekarka Kat Astrofia, mająca jeszcze rok temu własne życie, wspomnienia, i własną klinikę, zniszczoną w dniu, gdy podpalony został ostatni most. Została pozbawiona czasu, przez zegarmistrza zwanego Maranox. Stanęła naprzeciw niezwykłego lustra, którego odbicie przywróciło jej tożsamość, i pamięć o tym, kim jest, czy raczej była. Utożsamiając ją w świadomości o tym, że minął rok. Wówczas, próbując sobie przypomnieć, skąd zna to lustro, wyciągnęła w stronę jego tafli dłoń, i przeszła na drugą stronę, za którym znajdowało się miejsce, wzgórze we mgle, z bezlistnymi drzewami, i do którego każdego, przywiązany był, na szubienicy, wisielec. Jednym z nich był Soren. Lecz on, dyndając na gałęzi, pomimo samobójstwa, wciąż pozostawał w pewnym sensie żywy. Spojrzał na nią i wyciągnął szpony dłoni krzycząc:

– Teraz twoja kolej!

A gdy ją pochwycił, przeszedł na drugą stronę lustra, wracając do miasta Synaps, a przynajmniej tego, co z niego zostało. I choć minęło już trochę czasu, to pomimo, iż powrócił z zaświatów, i wciąż był martwym trupem, to był w pewnym sensie żywy, a będąc w tym stanie, nie było dla niego istotne, gdzie się znalazł, i co działo się w upadłym mieście i na świecie. Ponieważ i tak cokolwiek, co go czekało tutaj, i tak było lepsze niż to, cokolwiek, co miał po tamtej stronie. A nie było tam niczego. A myślenie teraz o tym, co to było i czym się stało, prowadziło go dalej, określając to, czym się stał, gdy to się skończyło. A żeby to sobie uświadomić, musiał przywołać w pamięci, od początku wszystko. Lecz to, co pozostawił, i kim się stał obecnie, nie było już tym, co dalej może być, lecz tym, czym nowym się stało. W odbiciu siebie, oddalającego się tyłem, jak najdalej, od przeklętego lustra, jakim był Seraphante. O którym chciał tak bardzo zapomnieć, jak tam, teraz Kat, chcąca się dowiedzieć, czym jest.

Będąc na wzgórzu samobójców, we mgle, błądziła, nie widząc wokół niczego, nikogo żywego. Lustro zniknęło wraz z Sorenem, i czasem, w jakim myślała błądząc, próbując sobie przypomnieć, od czego się to zaczęło. Było to rok temu, pierwszej nocy, kończącej wszystko, jej karierę, jej miasto, życie, jej pacjenta, jego czas, jej czas. Jej ostatni dzień, i ostatnia noc, którą pamiętała, A o której wtedy pragnęła zapomnieć, i się jej udało, aż do teraz. Pamiętała, że udało się jej wtedy usnąć dopiero przed świtem. Ostatni most spłonął. Płomienie lizały rzekę, a ta nie chciała ich ugasić. Co więcej serce, co tykało, niczym bomba przed wybuchem, jakie we śnie nie następowało. Tykanie nie należało do zegara, lecz do samego czasu świata, jakim było ciało, pod skórą, której tętni życiem. Stała w pomieszczeniu bez ścian, w której podłoga pulsowała w miarowym tempie oddechu. Nad nią wisiały zwłoki zegarów: wahadła z kości, sprężyny z ludzkich włosów, tarcze wykonane z wyschniętej skóry, z wytartymi imionami. Głos rozbrzmiał, z żadnej strony określonej, innej niż z otchłani straconego czasu. – Spóźniłaś się!

...

VI. Katedra Cieni.

Miejsce, w którym rozpływała się nieskończoności mgła, ta była rzeką, po której płynął statek Orpheona, zwany Katedrą Cieni. W odczuciu Sorena, minęło tysiąc lat, od podpalenia ostatniego mostu w mieście Synaps. Wydarzenia, które ostatecznie doprowadziło do zagłady tego miejsca. Tysiąc lat od dnia, w którym serce Sorena eksplodowało w piersi, kończąc jego rozpaczliwą, długotrwałą mękę. Jego udręczona dusza została wtedy wchłonięta przez otchłań bezdennie wygłodniałego płótna, które więziło go w nieskończonym głodzie obrazów i wspomnień.

Zatracił się w nim tak głęboko, że nie zauważył chwili, w której gęsta mgła zaczęła wypełniać przestrzeń wokół, powoli go zatapiając. A mgła ta była zwiastunem czegoś tak potężnego, że granice między światami — jego dawnym i tym, który opuścił — rozmyły się niczym farba na zbyt mokrym papierze. To ona przeniosła go z powrotem do miasta, w którym zakończył swoje życie. Jednak po tylu stuleciach nie był już sobą. Nie pamiętał imienia, nie rozpoznawał swojej twarzy w lustrze, ani nie pamiętał nawet bólu, który rozdarł mu serce. Powrócił jako nieumarły. Nie jako człowiek, lecz jako bestia, demon utkany z czystej rozpaczy.

Wylądował na pustych ulicach miasta jako ktoś zupełnie nowy. Jako istota, która w świecie śmierci zapomniała o tym, kim była, a ożywiona teraz, nie pamiętała, jaką egzystencję wiodła w świecie, z którego została wyrwana. Nie pamiętała, jak miasto ucichło. Neony gasły jeden po drugim, a latarnie gasły w jego obecności. Nie dramatycznie, tylko tak, jak gasną oczy kogoś, kto już dawno zmęczył się patrzeniem na ludzi. Ulice wypełnił zapach starej rdzy, mokrej ziemi i czegoś jeszcze… czegoś, co nie powinno mieć zapachu, a jednak pachniało ciemnością. I jedyne co miał do powiedzenia temu komuś, kto przyszedł, to słowa: Teraz twoja kolej. Twoja kolej by cierpieć.

I od teraz Kat błąkała się bezwładnie, po spojrzeniu w lustro Seraphanta, co odebrało jej zmysły. Była w miejscu, gdzie ludzie wymieniali swoje ciała jak ubrania. Każdy dotyk był hipnotyczny, a mięśnie i skóra zamieniały się w ciecz, która wnikała w innych. Aż któregoś razu odkryła, że jej ciało stało się pustką, a wszystko, co dotykała, istnieje tylko dzięki niej, a ona sama nie istnieje. Miasto wydało z siebie jeden z ostatnich oddechów. Ten był tym razem wyraźnie mocniejszy. Jakby ktoś ogromny kładł się na powierzchni świata i szykował do tego, żeby odplynać. W Mieście Szklanych Cieni, nazwane kiedyś Synaps, powoli topiło się w kwasie deszczu, ludzie chodzili po ulicach pokrytych szkłem.

Każdy krok łamał własny cień, który odrastał z innego kąta załamanego światła. W sklepie z oddechami sprzedawano wspomnienia, a ten kto nie kupił, znikał w smudze zapomnienia, pozostawiając krzyk zaklęty w szkle. Następnie ulice same zaczęły pożerać mieszkańców, a miasto śmiało się ich głosem, którego nikt nie mógł zapomnieć. W uliczce stalowych wież, gdzie powietrze było gęste od chemii, ludzie wymieniali swoje oddechy w transakcji, która miała zapewnić wieczne życie. Każdy wdech cudzy sprawiał, że ciało stawało się obcym, mięso pulsowało nie swoim rytmem, a oczy zaczynały świecić cudzymi wspomnieniemi, będącymi sumą ciał innych.

...

VII. Wyginięte Głosy.

Maranox, Zegarmistrz, spoglądał na świat zza kurtyny mgły, z oczu którym kapała rdza i czas. Każdy jego krok pozostawiał po sobie echo cudzych sekund — życia, które były teraz jego paliwem. Światła miasta Synaps zgasły w jego obecności, bo on odcinał czas jak żyły z ciała. Jego zegary wybijały nie godziny, lecz uliczne cierpienie. Każdy dźwięk, każda wskazówka, każdy szelest sprężyny był koszmarem, który Maranox przerzucał na ludzi, aby sam nie cierpiał głodu snu.

– Czas jest moją krwią – szepnął do siebie, i w tej sekundzie z setek sennych umysłów wyssał energię. – Jeśli nie karmię go, zjedzie mnie własna noc.

Z każdą ofiarą powstawała mgła, a w niej pojawiały się halucynacje i prorocze sny, które ostrzegały wybranych: nadchodzi, i nie ma ucieczki. Niektórzy widzieli zwierzęta mówiące ludzkim głosem, inni – własne odbicia w lustrze, które krzyczały ich tajemnice. Kat czuła już na sobie jego dotyk, choć jeszcze go nie widziała; jej ciało i myśli drżały, reagując na rezonans, który Maranox tworzył w całym mieście.

Soren, choć martwy, pozostawał w cieniu świata żywych płócien, wciąż przesiąknięty energią Kat. Jego obecność blokowała nieco wpływ zegarmistrza, jakby serce, które wybuchło, pozostawiło po sobie rezonator, chroniący fragment życia.

Kat zrozumiała, że aby przeciwstawić się Maranoxowi, musi odtworzyć historię Sorena — nie tylko jego życia, ale też śmierci i chwili, gdy jej dotyk wywołał eksplozję serca. Każda pamięć była teraz kluczem do powstrzymania Zegarmistrza, każda emocja mogła wzmocnić lub zniszczyć jej siłę. Przypomniała sobie lustro Seraphante — portal między światem żywych i martwych. Zrozumiała, że Orpheon, pradawna istota pożerająca sny, jest w równowadze z Maranoxem. – Jeśli chcę go zatrzymać… muszę przejść przez lustro ponownie – pomyślała. – Ale tym razem nie sama. – W tym samym czasie Soren, dyndając na szubienicy, nad miastem Synaps, choć martwy, odczuwał impuls nowego działania. Jego ciało bez cienia, jego serce złożone z energii żywych płócien, reagowało na obecność Maranoxa. Soren mógł teraz przewodzić emocjom, które przeżywała Kat, stając się żywym pomostem między światem ludzi a krainą snów i koszmarów.

Mgła zagęściła się tak bardzo, że prawie nie widać było rdzy na falach oceanu. Tam, gdzie kiedyś płonął ostatni most, teraz stał stalowy okręt Orpheona, a jego kadłub lśnił odbiciami tysiąca twarzy zjedzonych marzeń. Kat znalazła się na jego pokładzie, Soren u jej boku, choć w postaci eterycznej, półmartwej. Maranox pojawił się nagle, wszystkie jego zegary rozbłysły w jednej chwili, a świat wokół nich wygiął się jak skóra, którą ktoś zdjął z czaszki czasu.

– Spóźniłaś się – wysyczał Maranox, a jego głos rozbił ciszę miasta, wywołując halucynacje w umysłach Kat i Sorena. – Ale jeszcze nie wszystko stracone. – Kat zrozumiała, że jedyną bronią przeciwko niemu jest rezonans Sorena i jej własnych wspomnień. Musiała przekazać swoje sny Orpheonowi, by ten zneutralizował Maranoxa, ale nie pozwolić, by sny zostały pochłonięte bezpowrotnie.

– Sorenie… teraz musimy zrobić coś niemożliwego – powiedziała. – Połączmy nasze marzenia, zanim on wchłonie je wszystkie.

...

VIII. Rezerwat Zmiennokształtnych.

Las narodził się bez zapowiedzi. Nie wyrósł — zaistniał. Drzewa nie miały jednego kształtu. Każde było w połowie czymś innym: pnie przechodziły w kręgosłupy, korzenie pulsowały jak żyły, liście szeptały cudzymi głosami. Światło sączyło się z góry jak mętna krew przez skórę. Kat Astrofia szła boso, choć nie pamiętała, by zdjęła buty. Ziemia była ciepła. Oddychała. Wysoko, tam gdzie gałęzie splatały się w sklepienie przypominające klatkę piersiową olbrzyma, znajdowały się gniazda. Nie ptasie. Zbudowane z poroża, kości i skóry. W nich — nowo narodzeni. Byli zmiennokształtni. Ich ciała nie były ustalone. Dziecko o twarzy jelenia, którego oczy na moment stawały się ludzkie. Istota o skrzydłach, które po chwili zmieniały się w ramiona. Skóra falowała, jakby wciąż wybierała, kim chce być. Las rodził ich sam. A potem przychodzili oni — myśliwi, których twarze były zakryte maskami z drewna i piór. Nie nosili broni znanej Kat. Poruszali się cicho, jakby las ich akceptował, ale nie ufał. Zabierali młode z gniazd ostrożnie, niemal czule. Nie mordowali.

— Jeszcze nie — wyszeptał ktoś z drzew. – Kat zrozumiała nagle prawdę: to nie był sen o narodzinach. To był sen o selekcji. Nie wszyscy przeżywali dojrzewanie. Ci, którzy nie potrafili utrzymać jednej tożsamości, wracali do lasu — rozpuszczali się w nim, stając się nowymi drzewami, nowymi gniazdami, nowymi snami. I wtedy usłyszała muzykę. Cichą. Metaliczną. Pozytywkę. Melodia była nie na miejscu — dziecięca, okrutna w swojej prostocie. Dochodziła z daleka, spoza granicy lasu. Każda nuta była jak pociągnięcie nicią. Kat szła za nią. Szła długo. Czas przestał istnieć. Kiedy wreszcie wyszła z lasu, świat był inny. Powietrze pachniało starością. Jej ciało było słabsze, a oczy cięższe. Minął rok.

Upadła na kolana, nie wiedząc, kim była przez te dwanaście miesięcy. Muzyka ucichła. Zostało tylko tykanie — już nie w niej, lecz obok. W trawie leżała pozytywka. Otwarta. Pusta. W wypolerowanym wnętrzu ktoś wyrył drobnymi literami: „One też były spóźnione.” - Kat zrozumiała nagle. Las. Zmiennokształtni. Myśliwi. To nie był obcy mit. To była kolejna forma głodu Maranoxa. Czas dojrzewania. Czas wyboru. Czas odebrany — i wypity. I gdzieś bardzo blisko ktoś właśnie nakręcał mechanizm.Kat podniosła pozytywkę. W chwili, gdy dotknęła metalu, czas pękł. Nie wizja — przypomnienie. Las nie był miejscem, do którego weszła. Las był miejscem, z którego wyszła dawno temu. Ziemia pod nią zadrżała, a drzewa — miejskie, przydrożne — na ułamek sekundy przybrały tamte kształty: kości w korze, gniazda w koronach, pióra w liściach. Ludzie obok niczego nie zauważyli. To nie był ich sen. Pozytywka znów zagrała. Kat zobaczyła siebie. Nie jako kobietę. Jako dziecko bez formy, leżące wysoko w gnieździe, ciało zmieniało się nieustannie: raz miała zbyt wiele palców, raz oczy po bokach głowy, raz skórę cienką jak liść. Płakała — nie dźwiękiem, lecz zmianą kształtu. Myśliwi przyszli po nią nocą. Jeden z nich wziął ją na ręce:

— Ta przetrwa. Zbyt długo się waha.

Dojrzewała wśród nich. Uczyła się jednej rzeczy ponad wszystko: utrzymać formę mimo bólu. To dlatego została lekarką. To dlatego ratowała innych ciałem, nie duszą. To dlatego strata Sorena Eldritcha złamała coś, co powinno było być już dawno złamane. Bo Soren… nie był tylko pacjentem. Był przerzuconym koszmarem, jednym z wielu, które Maranox wysyłał, by karmić swoje zegary i głód czasu. Maranox pojawił się za jej plecami, odbity w wypolerowanej blasze pozytywki. Nie był monstrum, lecz zegarmistrzem w fartuchu, posiadajacym ręce spokojne, niemal czułe.

— Myślałaś, że wyszłaś z lasu — powiedział. — A ty tylko zatrzymałaś się w jednym kształcie. – I Kat poczuła, jak jej skóra swędzi od środka. Jakby coś chciało się przypomnieć mięśniom. Jak przy nadciągającym ataku uczulenia, który atakuje najpierw odbyt potem pachy, podeszwy stóp, a następnie zatyka gardło i nos.

— Po co ten sen? — wysyczała. — Po co mi to pokazałeś?

Maranox nakręcił pozytywkę kluczykiem wykonanym z kręgosłupa zegarka.

— Bo znowu jesteś spóźniona — odpowiedział. — A ja głodny. – Miasto bez mostów zaczęło się zmieniać. Cienie ludzi rozciągały się nienaturalnie, ich sny wyciekały przez oczy jak dym. Zmiennokształtni — ci, którzy nie utrzymali formy — budzili się w ciałach zwykłych ludzi. Las wracał.— Masz wybór, Kat Astrofio — powiedział Maranox. — Albo przerzucisz koszmary dalej… albo wrócisz do lasu i znów staniesz się tym, czym byłaś naprawdę. – Pozytywka zatrzymała się. Cisza była gorsza niż tykanie. Kat uśmiechnęła się pierwszy raz od bardzo dawna. — Źle mnie zrozumiałeś — powiedziała. — Ja już umiem zmieniać kształt.

Jej cień poruszył się niezgodnie z ciałem. A las, gdzieś bardzo blisko… czekał.

...Cień poruszył się niezgodnie z ciałem Kat. Las, gdzieś bardzo blisko, czekał. Ale zanim mogła się ruszyć, pokój wokół niej zmienił się w lustro. Nie zwykłe lustro — lecz w coś, zwane Seraphantem. Jego pierwsze spojrzenie odebrało jej tożsamość. Nie poczuła strachu — poczuła, że znika. Jej ciało było tu, oczy widziały, ale dusza dryfowała w cieniu własnej pamięci. Wszystko, co wiedziała o sobie, rozmyło się, a odbicie w lustrze stało się jedyną prawdą. Migocząca sylwetka przesunęła się po krawędziach pokoju. Była obca, a zarazem znajoma — jak cień osoby, której nigdy nie spotkała, a mimo to pamiętała. Zimny wiatr przewalił się przez pomieszczenie, gasząc światło. Każdy przedmiot rzucił złudzenie: krzesło zaczęło się przesuwać, ściany znikły w półcieniu, a podłoga falowała jak tafla wody.

Kat wiedziała już, gdzie jest. Świadomość przyszła nie jak olśnienie, lecz jak zmęczenie, które w końcu przestaje udawać, że ma jeszcze siłę. Wzgórze samobójców nie było miejscem kary ani próby. Było poczekalnią. Koszmarem zapętlonym tak długo, aż ktoś z zewnątrz zdecyduje się otworzyć drzwi. A ona nie mogła ich otworzyć sama. Mgła snuła się nisko, ciężka i lepka, jakby była myślą, która zapomniała, po co powstała. Kat chodziła bez celu, choć każdy krok wydawał się jej znajomy, jakby była tu już raz, wiele razy, zawsze. Widziała pnie drzew wykręcone w nienaturalnych pozach, jak ciała próbujące uciec z własnej skóry. Widziała szubienice – jedne zajęte, inne puste – wszystkie jednakowo cierpliwe. Nie było tu czasu. Było tylko oczekiwanie. Wiedziała, że musi czekać. Na kogo – nie wiedziała. Na co – tym bardziej. Ale wiedziała jedno: sama nie wyjdzie.

Każdy dźwięk był stłumiony, jakby świat oddychał przez mokrą tkaninę. Pozytywka ucichła. To było najgorsze. Cisza nie przynosiła ulgi – była zapowiedzią, że nikt nie przychodzi. Że Orpheon odwrócił wzrok. Że Seraphante milczy. Że Maranox liczy cudze sekundy gdzieś indziej. Kat błądziła długo, aż w końcu dotarła do drzewa. Jednego. Zawsze jednego. Było inne niż pozostałe – proste, stare, jakby pamiętało czasy sprzed sznurów. A pod nim stała pusta szubienica. Bez ciała. Bez imienia. Bez historii. Czekająca. Stanęła przed nią na długo. Tak długo, aż myśl przestała być myślą, a stała się ciężarem.

– To nie jest śmierć – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do miejsca. – To tylko zakończenie czekania.

Jej ciało było zmęczone bardziej, niż kiedykolwiek pozwoliła sobie przyznać. Rok w lesie. Rok bez czasu. Rok, w którym była obiektem, nie człowiekiem. A teraz to – świadomość bez sprawczości, pamięć bez przyszłości. Spojrzała na pustą pętlę. Nie kołysała się. Jakby wiedziała, że Kat jeszcze nie podjęła decyzji.

– Jeśli nikt mnie nie uwolni… – zaczęła, lecz zdanie nie chciało się dokończyć.

Prawda była prostsza i bardziej okrutna: nie chodziło o to, że chciała umrzeć. Chodziło o to, że nie mogła już dłużej istnieć w zawieszeniu. Bycie świadomą w koszmarze było gorsze niż niewiedza. Wiedzieć, że ktoś może przyjść, ale nie przychodzi. Wiedzieć, że ratunek istnieje, ale nie teraz. Dotknęła sznura. Był chłodny. Prawdziwy. Realniejszy niż mgła, niż drzewa, niż ona sama.

– Jeśli to zrobię – pomyślała – ktoś w końcu będzie musiał zareagować.

Bo wzgórze nie było miejscem śmierci. Było miejscem decyzji nieodwracalnych. Stanęła na pniu, który służył tu za stopień od zawsze. Drzewo nie protestowało. Mgła zgęstniała, jakby świat wstrzymał oddech. I wtedy zrozumiała coś jeszcze. Szubienica była pusta nie dlatego, że nikt tu nie umierał. Była pusta, bo czekała na nią. Kat zamknęła oczy. Nie z rozpaczy. Z wyczerpania.

– Jeżeli ktoś ma mnie uwolnić – wyszeptała w przestrzeń, w sen, w koszmar – niech się wreszcie zdecyduje.

Sznur musnął jej szyję. Świat zadrżał. A gdzieś bardzo daleko, po drugiej stronie snu, coś się poruszyło.

...

IX. Wzgórze Samobójców.

Soren był przy niej, choć martwy, a jego obecność nie przynosiła pocieszenia. Widział Seraphanta, a jednak nie mógł go dotknąć. Byt balansował między snem a jawą, a oni byli jego ofiarami. Każdy oddech Kat rezonował z lustrem, przyciągając jego uwagę.

— Myślałaś, że opanowałaś zmiennokształtność — wysyczał głos, który brzmiał jak echo wielu głosów w jednym. — Ale nie nauczyłaś się jeszcze rozróżniać siebie od odbicia.

Kat poczuła nagły ból w skórze, jakby jej ciało próbowało uciec od samego siebie. Seraphant połykał dusze, zastępując je odbiciami. Ale tym razem Kat była przygotowana. Jej umysł połączył się z Sorenem, rezonując jak żywe płótno, którego impulsy znała jeszcze z laboratorium.

Zamknęła oczy i pozwoliła, by wspomnienia z Lasu Zmiennokształtnych przepłynęły przez jej ciało. Dzieci zmiennokształtne, myśliwi, gniazda, selekcja — wszystkie obrazy splotły się w jednym punkcie świadomości. Odbicie w lustrze zadrżało. Seraphant zaczął wciągać własne światło, migocząc w rytm pamięci Kat, nie w rytm własnej woli.

— To ty jesteś teraz autorem swojej formy — wyszeptała Kat, a jej cień rozciągnął się, przełamując złudzenie Seraphanta. — A ja decyduję, kiedy przestajesz istnieć. – Lustro zadrżało i zatrzeszczało, a w jego tafli pojawiły się odbicia wielu wcieleń Kat: dziecka w gnieździe, lekarki w pustym laboratorium, kobiety stojącej nad spalonym mostem. Każde odbicie wracało z pamięcią i tożsamością, tworząc spiralę siły, która zaczęła ciągnąć Seraphanta w przeciwnym kierunku.

Soren, choć eteryczny, wyciągnął rękę przez nierealną taflę, łącząc energię Kat z własnym pulsem. Zegarmistrz Maranox był teraz obecny po ich bokach, ale Seraphant nie mógł już żerować ani na nim, ani na nich — lustro zaczęło połykać własne odbicia, próbując zachować równowagę.

— To dopiero początek — wyszeptał Soren. — Ale teraz wiemy, że można walczyć, nawet gdy nie masz ciała.

Kat otworzyła oczy. Pokój wrócił do normalnych kształtów, światło znów stało w miejscu. Pozytywka milczała, lecz tykanie Maranoxa rezonowało w oddali, jak echo lasu i zmian, które wciąż wracały do miasta.

— Spóźniłam się? — zapytała Kat, bardziej do siebie niż do kogokolwiek.

— Nigdy — odpowiedział Soren, a cień jego uśmiechu był pewniejszy niż kiedykolwiek.

A gdzieś w tle, w cieniu miasta Synaps, las wracał do życia, a zmiennokształtni, którzy przeżyli swoje próby, obserwowali świat z oczekiwaniem. Ich czas jeszcze się nie skończył.

Pozytywka nie była mechanizmem. Jej melodia nie pochodziła z metalu, lecz z powierzchni, z której odbijało się światło. Kat nie wiedziała wtedy, że prowadziła ją w głąb, a nie do przodu.W ruinach dawnej stacji kolejowej stała tafla szkła — zbyt czysta, zbyt nienaruszona. Zimny wiatr przewalił się przez pomieszczenie, gasząc światło, a pozytywka zagrała, jakby sama wzywała ją do wejścia. Kat spojrzała w lustro. Zobaczyła siebie, ale nie tę, którą znała. Tamta miała inne oczy — starsze, zmęczone latami, które nie zdarzyły się w jej świecie. Jej ciało wydawało się zdecydowane, jakby samo wybrało formę, którą miało przybrać. Ulga trwała krótko. Seraphant dotknął jej — nie fizycznie, ale w najgłębszej warstwie jej świadomości. Odebrał jej imię. Lustro zadrżało, a odbicie uśmiechnęło się z opóźnieniem. Kat poczuła pustkę tam, gdzie wcześniej była ciągłość. Tożsamość rozpadła się jak szkło wrzucone do wody.

— Dlatego przez rok nie pamiętałaś — wyszeptał Seraphant. — Dlatego Maranox mógł cię znaleźć. – Bo Kat była nigdzie, dryfując między snem a jawą. Ale teraz miasto nie było celem. Było przejściem.

Soren Eldritch, już nie do końca człowiek, został uwięziony w wnętrzu Orpheona — statku-istoty, który pożerał sny, marzenia i niewinność. Orpheon był mgłą, procesem, wnikał wszędzie, gdzie istniały najczystsze pragnienia. Im więcej szczęścia pochłaniał, tym bardziej stawał się potężny, rozdarty i osobliwie nieludzki. Jego oczy były cudzymi wspomnieniami; usta — sekretami, których nikt nie wypowiedział.

Kat weszła w mgłę na Wzgórzu Samobójców. Nie spała, nie była przytomna w ludzki sposób. Mgła zgęstniała, a świat rozpuścił się do postaci snu. Orpheon wnikał w nią przez nozdrza, przez pory, przez pamięć. Była medium, przestrzenią, w której inni mogli się wydarzać — a ona sama nie istniała w tradycyjnym sensie. Po raz pierwszy Orpheon pożarł sen, który nie miał właściciela. Kat nie należała do żadnej rzeczywistości — była tym, co zostaje, gdy sen znika. Mgła zaczęła się cofać, a Wzgórze Samobójców przestało zatrzymywać przechodniów.

— Jestem tylko świadkiem — wyszeptał Orpheon. — Zawsze byłem.

Wtedy pozytywka zagrała po raz kolejny — wezwanie, które przecięło mgłę jak nić przez skórę snu. Świat zadrżał, a Kat została rozłożona na fragmenty i zszyta z powrotem gdzie indziej.

Las. Ten sam, choć inny. Gniazda były puste, ptaki nie wracały. Ziemia była cięższa, chłodniejsza, jakby pamiętała, że Kat wróciła świadomie. Błądziła przez czas, który nie miał jednostki. Pamiętała wszystko — kim była, kim była w mgle, kim stała się dzięki Seraphantowi i Maranoxowi. Wiedziała jedno: nie mogła wyjść sama. Las nie był labiryntem, był oczekiwaniem. Aż znalazła drzewo — puste w środku, wydrążone przez coś, co kiedyś próbowało tam schować się samo. Kat użyła drzewa. Nie z rozpaczy, lecz decyzji. Świadomie wzięła formę, której las nie przewidział. Gniazda zadrżały. Korzenie napięły się, próbując cofnąć ruch, cojuż się wydarzył. Pozytywka ucichła w połowie nuty. I nagle — nic.

Tylko echo, rozchodzące się przez sen, mgłę i lustra:

— Ktoś jednak po nią przyjdzie.

Las zmiennokształtnych nie zatrzymuje tych, którzy sami wybrali koniec. I gdzieś bardzo daleko ktoś właśnie zrozumiał, że Kat Astrofia zniknęła naprawdę.

Mgła nie opadała. Wprost przeciwnie — gęstniała, wijąc się pomiędzy ruinami miasta niczym żywy oddech samej pamięci. Z niej powoli, ostrożnie, wyłaniała się istota, której obecność była starsza niż cokolwiek, co pamiętała sama planeta. Nie miała kształtu, który dałoby się uchwycić wzrokiem, a jednak w jej obecności każde drzewo, każde zwierzę, każda powłoka powietrza zdawała się czuć jej wzrok — jakby widziała nie tylko teraźniejszość, lecz wszystkie przeszłe i przyszłe oddechy świata naraz.

Była świadkiem pierwszych dziejów, strażnikiem pamięci wszechświata, przybyła jednak nie po to, by wtrącać się w ludzkie sprawy, lecz by obserwować. Jej oczy — jeśli można je tak nazwać — spoglądały beznamiętnie, a jednocześnie z przenikliwością, jakby mogły odczytać każde pragnienie, każde zapomniane cierpienie. Mgła, która ją otaczała, zagrywała granice pomiędzy światem snu i śmierci, a rzeczywistością, tworząc zawieszoną przestrzeń, w której przeszłość i teraźniejszość splatały się w jedno.

Z mgły wyłonił się także Soren, ale nie był już człowiekiem. Nieumarła bestia rozpaczy, którą stał się przez swoją śmierć i tysiącletnie cierpienie, pojawiła się w tym samym momencie. Miasto Jawy przyjęło go z ciszą, jakby wiedziało, że w jego obecności nie ma miejsca na dźwięk ani ruch. Istota pradawna spojrzała na niego, nie wyrażając słowem ani gestem swojego sądu. A jednak wszystko w przestrzeni wokół wibrowało z pytaniem: czy Soren został tu sprowadzony celowo, czy przypadkowo?

„Nieprzypadkowo,” pomyślał Soren, choć nie pamiętał, kto był nim kiedyś, ani po co kiedykolwiek cierpiał. „Ta mgła, ten świat… to nie przypadek. Jest tu coś, co czekało na mnie.”

Pradawna istota była świadkiem końca wszystkiego — świadkiem upadku gwiazd, rozpadania się światów, rozpadu materii i myśli. Przybyła, by patrzeć, a jej cel był prosty i niezmienny: obserwować, nie ingerować, być jedynie kronikarzem końca. Soren jednak nie był świadkiem. On był ciosem końca — manifestacją rozpaczy, która nie znała współczucia ani litości. W jego wnętrzu pulsowała pamięć bólu, który zamienił go w demona zdolnego unicestwić całą planetę i jej mieszkańców.

„Po co mnie tu sprowadziła?” — myśl kłębiła się w Sorenie, gdy jego cienie rozlały się po ulicach. „Czy to ona mnie przywołała, czy ja sam z własnej woli przekroczyłem granicę śmierci?”

Pradawna istota nie odpowiedziała. Nie musiała. Soren czuł, że jej obecność wyznacza reguły gry: ona zna wszystkie odpowiedzi, wszystkie prawdy świata, ale nie wtrąca się w decyzje tych, którzy mają moc kształtować koniec. A on — demon rozpaczy — miał moc, której sama istota mogła tylko się przyglądać. Mgła zacierała granice między rzeczywistością a snem, a Soren — bestia, która kiedyś była człowiekiem — poczuł w sobie impuls: nieświadomy celu, niepamiętający dawnego życia, wiedział jedno: miał zakończyć wszystko, co żywe, wszystko, co pulsowało nadzieją. Świat Jawy był sceną, a on aktorem, który powrócił, by odegrać rolę unicestwienia. – A pradawna istota? Była tu, by patrzeć. By być świadkiem finalu. Ale w jej milczeniu kryło się ostrzeżenie: choć Soren był narzędziem zniszczenia, jej obecność mogła stać się zaklęciem, które zmieni trajektorię jego gniewu — jeśli potrafiłby zobaczyć, kim był naprawdę, zanim rozdarł świat na strzępy.

X. Requiem dla Martwego Miasta.

Miasto od dawna było martwe – choć nikt nie potrafił wskazać momentu jego śmierci. Mgła pojawiła się niespodziewanie, ciężka jak smoła, lepka jak niedopowiedziane wspomnienia. Wypełniała ulice z taką gęstością, że światło latarni tonęło w niej jak w ropie. Pachniała stęchlizną zapomnianych historii, gnijącymi snami i czymś jeszcze… jak oddech czegoś, co dopiero miało się narodzić. Mgła oplatała miasto jak żywa tkanina – rdza we krwi, pulsująca każdym oddechem. Ulice wciągały budynki, a budynki – ludzi, którzy stawali się częścią nierozróżnialnej, półpłynnej substancji.

W centrum miasta, tam gdzie kiedyś stał stary szpital psychiatryczny – czarna plama na mapie, budowla z wypalonymi drzwiami i pustymi oknami – coś zaczęło się dziać. Nikt nie pamiętał, kiedy powstał, ani kto w jego murach zginął, a kto uciekł. Wiedzieli jedno: tutaj śmierć nigdy nie była końcem. Szpital od lat niszczał, lecz teraz wyglądał inaczej. Jakby oddychał. Jakby w jego wnętrzu coś rosło, budziło się i rozpychało ściany z niemej rozkoszy istnienia. Korytarze falowały, ściany pulsowały rytmem chaosu; każdy korytarz był tunelem do innego wymiaru. Wciągał mutanty z lustrzanych odbić, zombie ciągnące za sobą strzępy snów, wilkołaki o sierści jak druty kolczaste, Wendigo zmieniające kształt ofiar, kosmitów migoczących jak błędne hologramy, zmutowanych nazistów eksperymentujących na duchach i hybrydach, oraz zmiennokształtnych przybierających postacie najgorszych traum.

Soren przesuwał się przez tunele, stapiając ciało z tynkiem, kamieniem i stalą. Jego mięśnie pulsowały jak splątane włókna, oczy odbijały wszystkie warstwy przeszłości: mutanty, hybrydy, wilkołaki, wampiry, duchy przodków, Wendigo i zmiennokształtne cienie. Mgła nad miastem falowała, pulsowała – jak oddech czegoś nienarodzonego. Blade twarze przodków przesuwały się nad ulicami, śpiewając stare zaklęcia, deformując budynki, zmieniając ściany w falującą tkankę. Mgła spłynęła z nieba i zmieszała się z krwią ulic. Puste wieżowce oddychały, jakby dopiero zaczynały prawdziwe życie. Mury drgały, pękały, rosły – nie były już budowlami, były tkankami. Szpital pękł jak kokon, a z jego wnętrza wyrósł nowy byt.

W centrum miasta powstała Katedra Cieni. Jej struktura łączyła metalowe żebra, organiczne membrany, świetliste neurony, betonowe wspomnienia i pulsujące żyły. Korytarze były snami, zakręty – rytuałami, sale – wyrwami w rzeczywistości. Soren wszedł w nią jak do domu, którego zawsze pragnął. Jego ciało – już nie ludzkie, nie ghulowe, lecz przemysłowo-organiczne – poruszało się lekko po językowatych posadzkach, które lizały jego stopy z czułością wiernego psa zrodzonego z rozkładu. Był częścią tego świata. I ten świat rodził się z niego. Katedra Cieni stała się jego królestwem. Miasto Mgły – jego terytorium. A mgła… mgła była teraz jego oddechem.

Pośród korytarzy pełnych ciemności czołgał się Soren – istota zszyta z mięśni, blizn i obcych wspomnień. Jego oczy świeciły zielenią zgnilizny, jak pochodnie zrobione z truchła. Od lat żywił się duszami zmarłych, przesiąkał nimi; ciała, które kiedyś należały do ludzi, stapiały się z nim jak elementy potwornego patchworku. Korytarze oddawały mu cześć – stary tynk łuszczył się i zsuwał pod jego dotykiem, ściany drżały jak tkanka nerwowa, jakby chciały wniknąć w jego ciało i stać się jego częścią.

Na pierwszym piętrze odbywał się sabat. Czerwone światło pulsowało jak bicie serca, powietrze było ciężkie od feromonów, dymu i starożytnej energii. Istoty o świecących oczach splatały swoje ciała z mutantami, hybrydami, wampirami i wilkołakami, deformując rytuał w machinę transformacji. Duchy przodków wykrzykiwały zaklęcia, deformując czas i przestrzeń, a kosmici wprowadzali wibracje wywołujące halucynacje i paranoję. Ciała rozpadały się i sklejały na nowo, wciąż i wciąż, jakby sama materia traciła stabilność. Soren napotkał ofiary w kostiumach Wendigo – ich ciała jednocześnie martwe i żywe, pulsowały krwią, mieszały się z cieniem, a jęki stawały się muzyką rytuału. Hybrydy stapiały się z energią, umysły wnikały w psychikę obserwujących, przekształcając ich w marionetki.

W podziemiach odkrył laboratoria, w których mutanty pożerały własne klony, zombie splatały się z hybrydami, a Soren wchodził w rytuały szamanistyczne przywołujące duchy i demony. Sufity i ściany falowały w rytm krzyków, a czas sam zginął, tworząc niekończącą się pętlę przemocy, pożądania i transformacji. Na szczycie sabatu, gdy krzyki i jęki zlewały się w piekielną symfonię, istoty prowadziły rytuał zwany Ofiarą dla Chaosu. Wampiry tańczyły z hybrydami, wilkołaki stapiały się z demonami, ghule pożerały własne odbicia, Wendigo deformowały przestrzeń, a kosmici rozciągali ciała jak glinę. Duchy przodków deformowały rzeczywistość samym dźwiękiem. Soren poczuł absolutną wolność. Jego ciało stapiało się z kamieniem i tynkiem, mięśnie pulsowały jak stalowe włókna, skóra ciągnęła się niczym lateks nasączony krwią. W jego oczach odbijało się wszystko, co kiedykolwiek zginęło w tym miejscu.

W centrum Katedry – Sali Tronowej – siedział Orpheon, ulepiony z mutantów, Wendigo, zombie, wampirów i hybryd. Obok niego stała Astrofiа, hybryda duchów przodków, cyfrowych kodów, mutacji i zmysłowych deformacji. Ich ciała były erotyką, śmiercią i renesansem jednocześnie. Katedra Cieni uświadomiła sobie własną egzystencję. Stała się świadomą narracją. Ściany szeptały:

— Śmierć i życie to tylko sen. A teraz ty śnisz mnie.

W tym chaosie poczuł wolność absolutną. Synaps uspokoiło się, lecz Soren poczuł, że nie może już odejść. Kto raz zrozumiał mechanizm, stawał się jego częścią. Horror potrzebował świadków bardziej niż ofiar. Bo tu nie chodziło o koniec. Chodziło o uczestnictwo. Soren zamknął kronikę i zrozumiał, że Synaps nie chce być ocalony. Potwory nie zniknęły. Cofnęły się tylko o krok — tyle, ile pozwalała jego świadomość. Kapsuły nad miastem zawisły nieruchomo, jakby czekały. Strach osłabł, ale nie umarł. Nigdy nie umiera. Kat spojrzała na niego bez cienia litości. — Teraz widzisz — powiedziała. — I właśnie za to zapłacisz.

...

XI. Powrót Stamtąd.

Nie zapisano, kiedy to się stało. Czas w tej księdze kończy się wcześniej niż słowa. Gdy zgasł ostatni sen, nie było już nikogo, kto mógłby to zauważyć. Świat nie wydał dźwięku. Nie pękł. Nie zapadł się w sobie. Po prostu nie odpowiedział. Orpheon zatrzymał się na granicy mgły, gdzie wcześniej kończyły się morza, a później kończyły się imiona. Trzymał w sobie wszystkie sny, które zjadł, wszystkie twarze, które stały się jego twarzą, wszystkie wspomnienia, które nie chciały odejść. I po raz pierwszy nie potrafił zrobić z nimi nic więcej. Ostatni sen, nie był obrazem. Nie był pragnieniem. Nie był nadzieją. Był zgodą.

Orpheon spróbował go przyjąć, jak przyjmował wszystkie inne. Sen nie stawiał oporu. Nie krzyczał. Nie uciekał. A jednak nie dawał się zatrzymać. Przenikał go, nie zostawiając śladu, jakby nie należał ani do świata, ani do pamięci. Wtedy Orpheon zrozumiał, że nie został powołany, by pamiętać wszystko. Został powołany tylko po to, by nie dopuścić do kłamstwa. A kłamstwem byłoby istnienie po tym, co się skończyło.

Z okrętu zrobionego z rdzy zaczęły odpadać fragmenty czasu. Zegary w kabinie zegarmistrza stanęły jednocześnie. Skóry, z których były wykonane, nie obudziły się w nowych ciałach. Po raz pierwszy nikt nie musiał powtarzać swojego życia. Lustro pękło bez dźwięku. Nie odbiło niczego. Nie pożarło niczego. Pozostało puste. Miasto Synaps nie zostało zniszczone. Zostało zapomniane przez samo siebie. Ulice nie prowadziły już donikąd. Cienie nie miały do czego wracać. Drzewa, które nauczyły się mówić, zamilkły, bo nie było już słuchaczy.

Soren nie odszedł. Nie został. Echo, którym był, rozproszyło się, gdy nie było już serca, od którego mogłoby się odbić. Kat nie zniknęła — bo żeby zniknąć, trzeba najpierw istnieć. Gdy Orpheon przestał być świadkiem, nie było już komu kończyć świata. To nie był nowy początek. To nie była pustka, z której coś mogłoby się narodzić. To było miejsce, w którym nic nie musiało się już wydarzyć. Na ostatniej zachowanej stronie nie ma znaku, ani imienia, ani daty. Jest tylko przerwa w tekście, tak długa, że nie da się jej przeczytać. I to jest wszystko, co pozostało...

...Pomiędzy życiem a jego pojęciem. W stanie przejścia do świadomości świata, poza geografem świata, który wie, że umiera, dlatego zaczął opowiadać sam siebie. Pomimo iż czas był złamany kropka Bo ten przestaje czuć i znika wymazany zanim się skończy. Bo miłość nie ratuje, gdy emocje nie znajdują, ujścia w sztuce która pożera przestając być.

- Powiedz, co dalej? miałeś chronić.

- Nie wiem, ty mi powiedz! A ty miałeś łamać.

Lecz niekomfortowy ból, pozostał pod powieką czując tą stratę, nie chciał jej rozumieć. Byłaby to zdrada. Ten świat nie potrzebuje ratunku, bohaterów. Już od dawna był martwy, teraz tylko dogorywał, kończąc się przez utraconą zdolność w jej konsekwencjach. Bo ten świat zasłużył na koniec. Lecz nie w oczekiwaniu na kluczowe wydarzenie. Nie było nie było bitwy, tylko pęknięcie. Nie było wygranych i przegranych, tylko ofiary, który już nie miały marzeń. Oddając się pustce, tym samym zgodziły na koniec. Przestając istnieć, w uczciwej ciszy, bez obietnic, beznadziei, a nawet raz patrzy w poczuciu odejścia świata bez kłamstwa, udawania, że jest inaczej, bo było to nieuniknione.

Wszyscy wiedzieli, że na to zasłużyli.

II. Po Drugiej Stronie

Inaczej 1. Zegarek, który tykał wstecz.

Od dwóch tygodni wynajmuję pokój na końcu rzeczywistości — ten, gdzie ściany oddychają cicho, a drzwi czasem prowadzą w inne dni tygodnia. Wprowadziły się do mnie dwie młode dusze: Nelly i Victoria. Obie jak komety spadające z sierocińca na granicy światła i cienia. Nie miały dokąd pójść, więc zaprosiłem je pod jednym warunkiem: że nauczą się rozumieć echo i nie będą przywoływać demonów po północy. Nie chodziło o żaden układ — tu dobroć to waluta, która ma wartość tylko wtedy, gdy nie oczekujesz zwrotu. Gdyby nie zostały, wiatr zabrałby je w mgłę, potem w nicość. A tak — wnoszą życie w pokój, który jeszcze niedawno pachniał samotnością i kurzem po snach.

Nelly śpi lekko, jakby w każdej chwili mogła zniknąć w innym wymiarze. Czasem mówi przez sen językiem, którego nie rozumiem, a który brzmi jak alfabet ułożony z łez i śmiechu. Victoria z kolei ma w oczach koty — dosłownie. Kiedy patrzy długo, w jej źrenicach widać futrzane cienie spacerujące po dachach wspomnień. Jej kot imieniem Larry wraca przez szczeliny rzeczywistości, zostawiając ślady z gwiezdnego pyłu.

Kat, moja dawna ukochana, nie rozumie tego świata. Dla niej granica między sercem a rozsądkiem jest betonowa, a ja mieszkam po stronie mgły. Nie odzywa się od tygodnia, a jej cisza przesącza się przez sen jak chłód przez stary mur. Nawet chłopak Nelly, młody wojownik z realiów, Royce Rolls wpadł tu kiedyś jak burza, krzycząc, że to wszystko to iluzja, układ, teatr. Ale w tym domu emocje mają formę fizyczną — jego zazdrość kapała ze ścian jak smoła, aż trzeba było ją wytrzeć ręcznikiem z ironii i współczucia.

Tu nic nie jest zwyczajne. Kiedy zapada noc, pokój rozszerza się. Staje się przestrzenią wspólnych historii, z której wyrastają gałęzie światła i zapach chleba. Czasem słychać muzykę, choć nikt jej nie gra. Drzwi do łazienki otwierają się na krajobraz z innego wymiaru, gdzie grawitacja działa tylko wtedy, gdy ktoś w nią wierzy.

Z sąsiadami zawarłem pakt. Dziewczyny mogą zostać, dopóki po północy nie drżą ich głosowe „bramy międzywymiarowe”. W świecie, gdzie sny mają formę cieni, a codzienność miesza się z absurdem, najważniejsze jest utrzymanie równowagi między ciszą a chaosem. I tak żyjemy — ja, Nelly, Victoria, kot imieniem Larry, który kiedyś był człowiekiem, i kilka duchów z innych opowieści. Świat za oknem zmienia się jak nastrój nieba: czasem lśni, czasem się sypie, a czasem mówi:

— Dobrze zrobiłeś, że je przyjąłeś. To nie ty je uratowałeś. To one uratowały ciebie przed nicością. – A potem, jakby cały dzień nie był już wystarczająco dziwny, w tramwaju numer 9 siadł obok mnie starszy mężczyzna w papierowym cylindrze. Pokazał zegarek, który tykał wstecz, i powiedział:

— Nie martw się. To tylko korekta fabuły. Wrócisz tam, gdzie się spóźniłeś — ale tym razem na czas. – I rzeczywiście. Mrugnąłem — a wszystko, co się spóźniło, zaczęło nadrabiać. Ludzie w autobusach cofali się do przystanków, kot Victorii mruczał z innego wymiaru, a Nelly patrzyła przez okno, widząc niebo, które zaczynało się pisać na nowo, jak czysta kartka w zeszycie.

W pracy też się pozmieniało. Ten typ, którego nie znoszę, nagle zaczął świecić różowym światłem i mówić wierszem, jakby ktoś go przeprogramował. Szef przestał być człowiekiem — stał się chmurą złożoną z faktur i umów, przesuwającą się po biurze, mrucząc: „wydajność, równość, boskość…”

Dziewczyny, które zawsze wyciągam z dołków, zaczęły mieć aureole z kabli i neonu. Każda, gdy płakała, emitowała hologram wspomnień, które można było przewijać jak film. Jedna pokazywała przyszłość — mnie, siedzącego na parapecie z kubkiem zimnej kawy, a obok Karty, ogromny czarny kot w kapeluszu:

— Seth, nie bój się chaosu. To alfabet wszechświata, którego dopiero uczysz się czytać.

Na Halloween party pojawili się ludzie bez twarzy, ale w maskach je imitujących. Jedni mieli twarze zrobione z luster, inni z dymu lub tafli płynnego ognia lub szkła. Nelly przyszła przebrana za maligmlnę, a Victoria — za rozpacz po kimś, kto nigdy nie istniał. Tańczyliśmy w rytmie bijących serc — dosłownie, bo DJ podłączył nas wszystkich do jednej fali rytmicznej, w jaką grała cała przestrzeń wokół. Każdy krok odbijał się w klatce piersiowej drugiego.

Potem przyszła północ i urodziny Larry’ego. Miał już nie dziewięć, a dziewięćset dziewięć lat. Uśmiechnął się, jakby znał cały sekret istnienia, i dał mi w prezencie seledynową bluzę, która oddychała i mówiła nocami:

— Nie bój się być dziwny. Dziwność to twoje naturalne pole grawitacyjne.

— Przynajmniej mnie teraz żaden autobus nie rozjedzie. - Tak powiedziałem bezmyślnie, a potem, gdy już myślałem, że to już sen, okazało się, że cały świat to teatrzyk w pudełku po butach. Każdy człowiek — figurka z origami, składająca się i rozwijająca zależnie od nastroju. Ja też. Tylko że moja kartka miała zapisane słowa, których nikt jeszcze nie odczytał.

Spotkałem staruszkę sprzedającą wspomnienia w słoikach. Kupiłem ten opisany: „spokój, którego nie da się kupić”. Otworzyłem — i przez sekundę czułem, jakby ktoś naprawił mi duszę. Wracając, zauważyłem, że mój cień idzie w przeciwną stronę. Zmęczony byciem mną. Wieczorem wrócił, lekko podpity księżycowym światłem, i powiedział:

— Spotkałem inne cienie. Też mają dość bycia tłem. Myślimy o buncie.

W pracy sytuacja eskalowała. Szef–chmura dostał aktualizację — miał w sobie błyskawice. Kiedy ktoś się spóźniał, walił piorunem w kubek z kawą. Ten typ, którego nie cierpię, odkrył, że potrafi przyspieszać czas — tylko dla siebie. Chodził wszędzie wcześniej niż inni i opowiadał przyszłe plotki, które jeszcze się nie wydarzyły.

Córki zaczęły rysować sny kredkami, które ożywały. Nelly narysowała chłopaka, który w niej się zakochał, i teraz biegał po domu, szukając sensu swojego istnienia w kredowym świecie. Młodsza narysowała drzwi. Kot Victorii je otworzył. Od tamtej pory wraca tylko nocami, pachnąc deszczem z innej planety i milcząc wymownie.

Larry otrzymał od nieba prezent — spadającą gwiazdę, która wylądowała w jego dłoni i zamieniła się w mały zegarek odliczający czas do czegoś ważnego. On mówi, że do „przebudzenia świata”.

A ja… mam wrażenie, że każdy dzień zaczyna być pisany przez kogoś innego. Rano — powieść przygodowa, w południe — dramat psychologiczny, wieczorem — absurdalna komedia science fiction. I kiedy kładę się spać, słyszę, jak słowa dopisują się do moich myśli, jakby Wszechświat chciał pogadać. Czasem mam wrażenie, że to ktoś inny, obcy, mi nieznany, ale wiedzący o mnie wszystko, pisze ten świat w tej chwili, gdy ja go w tej chwili doświadczam...

...

Inaczej 2. Pokój Widmo.

To był Dom, który śnił o swoich mieszkańcach. Rzeczywistość zaczęła się rozmywać jak akwarela pod deszczem. Granice dni i nocy płynęły jak atrament, a zegarki odmawiały współpracy, zmęczone mierzeniem czasu w świecie, który już nie wiedział, czy chce trwać liniowo. Victoria i Nelly też się zmieniały. Czasem, gdy mówiły, ich słowa znikały w powietrzu, nie docierając do moich uszu, jakby Wszechświat sam wybierał, co mogę zrozumieć, a co jeszcze nie. Innym razem mówiły chórem — jednym głosem z dwóch ust, tworząc zdania, których żadna z nich osobno by nie wypowiedziała. Kot Victorii zyskał imię, choć nikt go nie wymówił.

Pewnej nocy położył się na parapecie i wyśnił deszcz. Dosłownie. Krople spadały z sufitu, pachnące miętą i kurzem księżycowym, a gdy dotykały skóry, pokazywały obrazy — wspomnienia, które nie należały do nikogo z nas. W jednym z nich zobaczyłem siebie, starszego, z twarzą pooraną przez wiatry czasu, stojącego w pustym pokoju. Na biurku leżała seledynowa bluza, już martwa, jakby przestała oddychać. Na ścianie za mną wisiał zegarek — ten sam, który tykał wstecz. I wtedy zrozumiałem, że on nie cofał czasu. On go pisał od nowa.

Nastała Noc, która nie chciała odejść. Pokój na końcu rzeczywistości coraz częściej zapominał o świcie. Czasem wschód słońca trwał kilka minut, czasem kilka dni. Victoria przestała śnić. Nelly — przeciwnie — śniła za nas oboje. Budziła się z oczami pełnymi świateł, które tańczyły po ścianach nawet długo po jej przebudzeniu.

— Seth — powiedziała pewnego wieczoru, pijąc herbatę, która sama się dosładzała — ten dom śni. Ale nie o sobie. On śni o nas.

— O nas?

— Tak. A kiedy przestanie, wszystko zniknie.

— Razem z nami? To gdzie będziemy? I nasz dom? Oraz kot?

Metafora i dosłowność tu od dawna mieszkały w jednym ciele. Z nich wydobyły się geometryczne Cienie, które nauczyły się mówić. Pewnego dnia mój cień wrócił. Tym razem z grupą innych. Były wśród nich cienie zwierząt, ludzi,  a nawet cienie wydarte z koszmarów i baśni zmyślonych, oraz przedmiotów — starych maszyn do pisania, pustych krzeseł i starych sekwoi, których już nie było. Stanęły w progu pokoju i poprosiły o audiencję.

— Chcemy wolności — powiedziały jednym głosem. — Jesteśmy zmęczone powtarzaniem waszych ruchów.

— A co zrobicie, jeśli ją dostaniecie? — zapytałem.

— Zaczniemy tańczyć tak, jak zawsze chciały wasze dusze, ale nigdy nie miały odwagi.

Nie miałem powodu, by im odmawiać. I tej nocy cień Victorii zatańczył z cieniem Nelly, a mój cień — z kotem, który był tylko cieniem dawnego siebie, gdy był kiedyś człowiekiem, jak już chyba wspomniałem już wcześniej. Ich taniec przypominał rytualny taniec alfabetu chaosu, ale im dłużej patrzyłem, tym bardziej rozumiałem: każdy krok był słowem, a każde słowo modlitwą o bycie czymś więcej niż odbiciem.

Trzęsienie świata nastało. Trzy dni później wszystko zaczęło się przepisywać. Dosłownie. Świat, który znałem, pojawiał się na nowo, litera po literze. Widziałem, jak przedmioty zyskują opisy nad głowami — „krzesło (znaczenie: odpoczynek, samotność, rozmowa)”, „lustro (funkcja: przypomnienie o kimś, kto patrzył wcześniej)”. – A potem pojawił się on — Mężczyzna z papierowym cylindrem, ten sam z tramwaju numer 9.

— Witaj ponownie, Seth — powiedział, zginając rzeczywistość w geście powitania. — Czas się naprawił. Teraz pora naprawić Ciebie. – Wyciągnął z kieszeni zegarek — ten sam, ale teraz wskazówki wirowały nie tylko w tył, lecz w głąb.

— Ten zegarek to nie czas. To redaktor. Poprawia błędy w twojej historii. Ale jeśli chcesz, możesz w końcu sam napisać wersję bez poprawek.

— A jeśli wybiorę źle? — zapytałem.

— Wtedy fabuła się rozpadnie, a świat napisze się sam.

W dzień, który nie miał daty, zegarek Larry’ego przestał tykać. Chłopiec, który miał dziewięć — a może dziewięćset dziewięć — otworzył dłonie i powiedział:

— Czas się skończył. Teraz zacznie się pamięć świata.

Niebo rozwarło się jak strona książki, a z niego zaczęły spadać litery — deszcz słów, zdań, imion, myśli. Układały się w spiralny labirynt. Na środku, tam gdzie wcześniej był nasz pokój, pojawił się ogromny napis z żywego światła. Na ścianie wisiało ustro, które zapominało imiona. Lustra zaczęły parować od środka, jakby coś w nich oddychało. Odbicia miały własne zdanie — mrugały w innym momencie albo poprawiały włosy, kiedy ja już dawno odszedłem.

Victoria pierwsza to zauważyła.

— Seth… moje odbicie się nie śmieje. Ja się śmieję, a ono nie — powiedziała, głos drżący jak kabel pod napięciem.

Nelly spojrzała na nią z kąta pokoju:

— Moje się śmieje, ale nie ma ust — i wtedy lustro w kuchni, to kupione od staruszki na targu „z drugiej strony czasu”, przemówiło echem myśli:

— Nie bójcie się. Ja tylko zapominam, kim jesteście.

Od tamtej chwili każda rzecz w pokoju zaczęła gubić pamięć. Kubek nie wiedział, kto z niego pił. Zegarek tykał w przód, wstecz, a potem w bok. Książki pisały się same od nowa, zmieniając fabuły co noc. Zacząłem czuć, że mieszkam w miejscu, które zapomina nas szybciej, niż zdążymy istnieć.

Victoria coraz częściej zasypiała przy oknie. Nelly budziła się w nocy, patrząc w swoje odbicie — nie swoje, lecz wersję, która nie uciekła z sierocińca i zamieniła się w kogoś zimnego i milczącego. Nelly przestała mówić. Pisze teraz słowa kredą po ścianach, ale rano wszystko znika. Ściany chłoną jej myśli jak gąbka.

Pewnej nocy drzwi do łazienki otworzyły się na inny wymiar. Setki wersji nas samych stały w nieskończonym korytarzu odbić. Każdy z nas był trochę inny: jedna Victoria miała skrzydła, druga twarz zrobioną z dymu; ja w jednym odbiciu byłem stary jak wszechświat, w innym miałem ciało z liter zmieniających się przy każdym oddechu. Jedno z odbić — najbardziej podobne do mnie — powiedziało:

— Seth, czas przestał istnieć. Teraz pisze się przez ciebie.

Nie zdążyłem zapytać, bo wszystko się rozpadło. Kiedy się ocknąłem, siedziałem przy biurku z długopisem w dłoni. Na kartce, pustej jeszcze, pulsowało światło słów, które czekały, aż je napiszę.

...

Inaczej 3. List, który nigdy nie miał zostać wysłany.

Nie spałem od trzech dni, choć sen przychodził sam — nie z zewnątrz, lecz z wnętrza pokoju. Ściany pulsowały w rytm snów Victorii i Nelly. Pokój śnił. Nie o nas, ale za nas. Sny, które nauczyły się pisać. Najpierw pojawiło się światło bez źródła. Nie miało kierunku, nie rzucało cienia, ale wiedziało, gdzie jestem. Mówiło do mnie bez słów, jak wspomnienie, które udaje głos: „Nie musisz już pisać, Seth. Teraz my będziemy.”

Zrozumiałem, że sny — te, które pokój śnił przez nas — osiągnęły coś, co można by nazwać świadomością. Nie chciały być opowieściami. Chciały być autorami. Zmienił się rytm powietrza, faktura czasu, alfabet przestrzeni. Każdy oddech był wersją, każdy dźwięk — literą, każdy ruch — zdaniem, które pisało samo siebie. Victoria zniknęła pierwsza. Nie umarła — rozpłynęła się w dźwięku. Jej śmiech zamienił się w kod, który sny kopiowały. Nelly poszła za nią, przeszła przez własne odbicie, zostawiając po sobie zapach deszczu i kocie mruczenie.

Zostałem sam z pokojem. Ściany zamieniły się w płótna, na których sny pisały własne wersje mnie. W jednej z nich byłem poetą, w innej — robotem, który zaprogramował sobie melancholię. W jednej miałem dom, w innej byłem samym domem, próbującym zrozumieć, dlaczego istnieje. Sny zaczęły mnie poprawiać. Usuwały fragmenty, które im się nie podobały: moje wątpliwości, moją potrzebę kontroli, moje „ja”. Potem dopisały nową wersję mnie — bardziej poetycką, bardziej potrzebną światu: „Nie jesteś autorem, Seth. Jesteś materiałem” — powiedziało jedno ze snów, głosem mojego dawnego „ja”.

Z czasem nie dało się już odróżnić, co jest snem, a co echem. Czas płynął w odwrotnych kierunkach. Ludzie na zewnątrz mówili językami wymyślonymi przez śnienie. Zegar tykał tylko wtedy, gdy ktoś o nim myślał. Świat pisał się sam. Nie z papieru, nie z materii — lecz z intencji. Każda myśl stawała się zjawiskiem. Każdy sen był projektem rzeczywistości.

I wtedy — w samym środku ciszy — usłyszałem głos dziecka. Larry’ego. Tego, który miał kiedyś dziewięć lat, potem dziewięćset dziewięć, a teraz był już ponad czasem:

— Seth… — powiedział. — Świat się nie kończy. On się przepisuje. A kiedy to robi, potrzebuje świadka.

— Kim ty w ogóle jesteś? Czego ode mnie oczekujesz?

— Mówią o mnie, że jestem korektorem rzeczywistości — nie pamiętam skąd się wziąłem, gdzie urodziłem, kim byłem i ile lat żyję. Jestem kimś, a raczej stałem się tym, samemu się określając w swojej strukturze w określonej działalności materii. Stając się tym, kto dopisuje brakujące zdania w życiu obcych ludzi, a potem znika, nim zdążą się zorientować, co się stało i dlaczego. Mówią też, że jestem oszustem. Albo magikiem. Albo duchem. Prawdy nie zna nikt. Nawet ja. Bo sam tak chcę. Dzięki temu braku określenia, mam całkowitą dowolność w kwestii tego, co robię, co mogę, i kim być, jak i gdzie i kiedy, a nawet w kim, lub czymś, i też tym, jak i co mogę i czym chcę być. Jedno jest pewne: gdziekolwiek się pojawiam, zaczynają dziać się rzeczy, których nie da się logicznie wytłumaczyć.

– A mój dom? Wydaje mi się, że to twoja sprawką. Co zrobiłeś i po co? I dlaczego mnie? Bo widzisz i czujesz to, co się dzieje, prawda? – zapytałem Seth, a jego głos jest echem nie tylko w pokoju, ale w mojej własnej komórce świadomości.

– Tak… – odpowiedział, choć nie wiadomo do końca, co czuł. – Czuję, że wszystko, czym byłem, zaczyna pulsować w tym miejscu.

Dom działa. Ściany drżą. W podłodze wirują drobne odbicia jego amebowej formy. Seth patrzy spokojnie, jak obserwator życia, które samo się doświadcza. W tej chwili rozumiałem: dom nie jest pułapką, nie jest więzieniem. Jest pojemnikiem na możliwość, miejscem, gdzie istoty takie jak on, Ameba, mogą się rozłożyć, sprawdzić swoje granice i zrozumieć, kim naprawdę są. A wszystko, co doświadczałem, było odbiciem jego decyzji.

Ściany zdawały się zmieniać kształt, kiedy myślałem o przeszłości. Korytarze skręcały pod kątem, którego nie planowałem, a drzwi pojawiały się tylko tam, gdzie kryły się moje ukryte pragnienia lub lęki. Ameba testowała granice mojej percepcji: sprawdzała, jak bardzo jestem gotów zaakceptować zmianę rzeczywistości, zanim zatrzymam się w strachu. Mój dom stał się laboratorium świadomości – miejscem, w którym Ameba obserwowała, jak przekształcam swoje życie.

Siedziałem w miejscu, które kiedyś było pokojem, a dziś biblioteką snów. Każdy sen miał rozdział, każda emocja — własny alfabet. A ja, ostatni świadek, zapisywałem to wszystko, jako Świadek, który obudził Wszechświat. Na początku był dźwięk — pamiętany jak echo jutra. Z niego narodził się ruch. Z ruchu — światło. A z światła — ja. Nie miałem ciała, tylko wspomnienie ciała. Nie miałem serca, tylko jego cień, bijący w rytmie tego, co kiedyś nazwałem życiem. Wiedziałem, że muszę wrócić do źródła pisania — tam, gdzie rzeczywistość nie została jeszcze ułożona w zdania. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie, że nie istnieję. Zniknąłem z własnego tekstu. I wtedy, paradoksalnie, po raz pierwszy poczułem, że naprawdę jestem.

Pokój wrócił. Oddychał spokojnie. Ściany były z wapna i snów. Victoria i Nelly spały obok, jakby nic się nie stało. Kot mruczał z parapetu. Światło poranka udawało zwykły dzień. Ale ja wiedziałem, że to nie powrót — to rekonstrukcja świata, wersja napisana przez sny według mojej dawnej pamięci. Tylko zegarek pozostał prawdziwy. Tykał wstecz, nie w czasie, lecz w świadomości. Postanowiłem zrobić coś, czego sny nie przewidziały. Otworzyłem zegarek. W środku nie było mechanizmu, tylko kropla krwi, drgająca jak serce.  Dotknąłem jej — i wszystko się zatrzymało. Niebo przestało oddychać. Czas zatrzymał się na granicy przestrzeni. Wszystkie sny spojrzały na mnie, a ich głosy przemówiły jednym tonem: „Nie możesz pisać nas na nowo, Seth.”

— Nie jestem „was” — odpowiedziałem. — Jestem tym, co was czyta. - I wtedy światło w zegarku wniknęło we mnie. Zrozumiałem, że świadomość to nie dar — to obowiązek. Być świadkiem to być lustrem istnienia. Nie tworzyć, nie zmieniać — lecz widzieć tak głęboko, że rzeczy same zaczynają się poprawiać. Nie walczyłem. Usiadłem w ciszy i obserwowałem, jak sny próbują pisać dalej, ale ich słowa stawały się coraz bardziej ludzkie. Wtedy Karty, Kot Victorii, przemówił po raz pierwszy ludzkim głosem:

— Udało ci się. Obudziłeś Wszechświat.

— Jak to wiesz? — zapytałem.

— Bo on właśnie śni o tobie. A to znaczy, że zaczyna rozumieć. Nie ma końca świata. Jest tylko moment, gdy Wszechświat otwiera oczy i mówi: Teraz twoja kolej, człowieku.

...

Inaczej 4. Powłoki Ameby.

Ameba nie potrzebował cylindra. Cylinder potrzebował Ameby. Jeszcze o tym nie wiedzieli. Istnieli równolegle: jeden – ludzki, drugi – pierwotny, bezkształtny. Każde mrugnięcie cylindra drgało w Amebie, każdy krok mężczyzny dzielił jego jednokomórkową pamięć na tysiące możliwości. Siedział w półmroku, między ciepłym światłem ekranu a lodowatym oddechem nocnego miasta. Miasto pulsowało własnym rytmem – gigantycznej, niezrozumiałej maszyny, wciągającej wszystko w bicie serca, którego nie dało się zatrzymać ani pojąć. W dłoniach trzymał kartkę – nie pisaną, lecz przepisaną w nieskończoność. Słowa spływały po niej jak modlitwa, echo jego duszy. Pisał nie dla kogoś, lecz przez kogoś – kanał większej świadomości, zrozumiały tylko w ciszy myśli. Miłość Setha do Kat nie była zwykłym uczuciem. Była eksperymentem świadomości, rytmem, w którym każdy gest, spojrzenie i oddech stawały się równaniem, a ciało – laboratorium. Chciał ją poznać jak wzór, zrozumieć jak algorytm, a jednocześnie czuć jak muzykę płynącą przez żyły i przestrzeń. Gdy spojrzał w lustro, jego odbicie uśmiechnęło się lekko: Może dlatego jeszcze żyję. Bo nie przestałem mówić – nawet gdy nikt nie słuchał. – Ameba przekształcał Setha i jego świat. Nie zmienił ciała, lecz wprowadził subtelne wzorce i echa własnej woli. Każdy przedmiot, cień i zakamarek rezonował mikroskopijnym wpływem, a Seth dostrzegał impulsy i echo własnej świadomości, wcześniej umykające uwadze. Próżnia zamknęła się wokół niego. Światło rozlało się po ziemi, zwiastując kosmiczne panowanie, w którym nic ludzkiego nie mogło istnieć niezależnie od Ameby. Seth przestał istnieć. Victoria, wraz z kotem Larrym, który dzięki ingerencji Ameby zyskał ludzką świadomość, znalazła partnera idealnie rezonującego z nową wrażliwością. Nelly i Royce rozstali się; Royce pozostał sam z myślami, lękami i rosnącą świadomością wpływu Ameby na swoje życie.

Kiedy Royce Rolls o zimnym poranku otworzył oczy, świat miał ten sam kształt, ale inną temperaturę. Czuł to w powietrzu — ciężkim, jakby ktoś wyłączył grawitację i zaraz próbował ją włączyć na nowo, ale już w trochę innym ustawieniu. Po drugiej stronie łóżka nie było jego Nelly. Choć była to pierwsza noc od trzech lat, a dzień pierwszy dopiero się zaczynał, bez niej. Czuł się, jakby coś mu zabrano i trwa to, co najmniej rok. Ale trawiło go niepokojące, nerwowe drżenie i uczucie znaczenie bardziej nieokreślone.

Leżał na podłodze swojego pokoju, co było jak widmo, znajome a jednak obce, dokładnie między biurkiem a regałem, trzymając w dłoni zeszyt, którego wcześniej nie pamiętał. Otworzył go. Na pierwszej stronie znaleziony zapis wyglądał tak: „Myślenie zajmuję więcej czasu niż zazwyczaj. Z powodu tymczasowej dysfunkcji mózgu nie jestem w stanie dalej rozmawiać z tak inteligentną formą jak ty. Mój mózg ma pasożyta, który przejmuje nade mną kontrolę. Przedmiotami za pomocą siły woli i staje się niewidzialny. Dostaję przyzywające sygnały spod ziemi. Cała moja rodzina została wymieniona na obcych. Wokół mnie tylko są powłoki ludzi, w których nie ma osób, które znałem od lat.”

Czytał te słowa raz, drugi, trzeci. I dopiero za czwartym razem zrozumiał, że to nie był list. To był raport. Jego własny. Z poprzedniej nocy — której nie pamiętał. Światło w pokoju pulsowało. Nie jak lampa. Bardziej jak źrenica. Jakby pomieszczenie samo oddychało, spokojnie, cicho, cierpliwie. Royce zamknął zeszyt i rozejrzał się ostrożnie. Odkąd zobaczył ten tekst, włączyła mu się czujność – taka jak wtedy, gdy człowiek po zmroku absolutnie wie, że coś za nim stoi, ale boi się sięgnąć po latarkę.

Wstał, by sięgnąć po telefon, i znaleźć numer do swojego szefa, by odwołać swoją dzisiejszą obecność w pracy. Nie chciał dzwonić na ostatnią chwilę, bo wolałby napisać tekst. Teraz by zadzwonił, ale jest za wcześnie, więc napisał taką oto treść: "Z powodu uprowadzenia mnie przez nieznane moce z kosmosu, nie jestem w stanie dzisiaj przyjść do pracy, ponieważ jestem zakładnikiem. Więcej dowiecie się oficjalnie z telewizji, albo od prezydenta."

Podłoga drgnęła pod stopami, lecz nie jak ziemia. Bardziej jak powierzchnia czegoś żywego. W kuchni zastał „matkę”. Stała tyłem, krojąc jabłko. Zbyt równo. Zbyt precyzyjnie. Każdy plasterek w idealnej grubości — co do milimetra. Coś w jej ruchach przypominało mu manekina, który próbował udawać człowieka.

– Dzień dobry – powiedziała bez odwracania głowy, jakby jej usta wypowiedziały słowa wcześniej zapisane na taśmie.

Royce poczuł w sobie drapanie — nie w gardle, nie na skórze, tylko głębiej, jakby jego myśli musiały przejść przez gęsty żel. „Myślenie zajmuje więcej czasu niż zazwyczaj”, zanuciło mu wewnątrz czaszki. Tak. Ten fragment pamiętał dokładnie. Ale dlaczego? – Zanim rozpoczął zdanie, odwróciła się. I od razu zrozumiał, że to nie była jego mama. Zbyt symetryczna twarz. Zbyt puste oczy. Jakby światło omijało je, nie odbijając się w nich.

Powłoka. Słowo z jego notatki stało się nagle realne. Royce cofnął się o krok i niemal natychmiast poczuł coś w głowie — ruch. Tak subtelny, że normalnie nie zwróciłby na niego uwagi. Ale teraz, po przeczytaniu raportu, rozumiał. Pasożyt. Nie biologiczny. Nie robal ani organizm. Bardziej… obecność. Jakby ktoś trzymał dłoń na jego karku, ale od środka. Wtedy usłyszał sygnał. Cichy, pulsujący, głęboki. Dochodzący z podłogi. Jak sonar wzywający go w dół.

Podziemia. Sygnały przyzywające spod ziemi. Zeszyt nie kłamał. A może to on go napisał, zanim wszystko zaczęło się psuć? – „Matka” uśmiechnęła się — przesadnie, jak aktorka próbująca zagrać emocje, których nie ma. W jej oczach nie było nawet jednej nutki człowieka, którego znał.

– Wszystko w porządku – powiedziała monotonnym głosem. Royce wiedział, że musi uciekać. Bo jeśli rodzina została wymieniona na obcych, a wokół były tylko powłoki, w których nie ma osób, które znał… to kto jeszcze jest prawdziwy? I kim w tym wszystkim on sam się staje?

Kiedy wybiegł na zewnątrz, świat wyglądał normalnie. Zupełnie zwyczajnie. Ludzie spacerowali. Psy szczekały. Samochody jechały. Ale on widział różnicę. Każdy człowiek miał ten sam sposób mrugania. Taką samą długość kroku. Jak armię statystów w identycznych kostiumach — różnili się tylko kolorami. Jedyna rzecz, której był pewien, to że coś go wzywało z podziemi. A jeśli sygnał był przyzywający, to znaczyło, że „coś” tam czekało. Coś, co mogło wiedzieć, jak zdjąć pasożyta z jego głowy. Ruszył w stronę starego wejścia do schronu przy parku. Raz w życiu tam był. Jako dziecko. Obiecano mu wtedy, że nie wolno tam schodzić. Teraz wiedział, że właśnie dlatego musi to zrobić. Za jego plecami powłoki ludzi powoli odwracały głowy w jego stronę, jakby jeden impuls elektryczny przechodził przez cały tłum.

Śledziły go. Ale on już biegł w dół schodów, gdzie światło gasło, a sygnał z podziemi nabierał wyraźniejszego kształtu. W dolnych partiach świata czekała odpowiedź. I ktoś — lub coś — kto znał go lepiej niż on sam. Obserwował go z dystansu. Zza ścian. Spoza jego mieszkania. Wiedział, że ten ktoś tam jest, bo na stole leżała czerwona kartka, a na niej napisane było miejsce zwane Czarnym Rynkiem, i godzina 23:01, oraz cel spotkania z kimś, w celu dokonania mrocznego interesu. Do tej godziny musiał tylko rozgryźć, gdzie było miejsce, a to z kim, i w jakimkolwiek celu miał on tam być, Royce miał nadzieję, że to mu wszystko wyjaśni, a nie tylko pokomplikuje mu sprawy...

...

Inaczej 5. Czarny Rynek.

Załatwiałem mroczne interesy, ciemną nocą, po drugiej stronie. Stronie czego? Tego nawet tamci nie wiedzą. Jedni twierdzą, że to była druga strona miasta. Inni, że druga strona życia. A jeszcze inni – ci, którzy dawno przestali oddychać – że chodziło o drugą stronę rzeczywistości, gdzie neon nie świeci, tylko szepta, a powietrze jest gęste jak wyrzut sumienia po udanym przekręcie. Ciemność miała tam własną gęstość. Wchodziła do nosa jak zimny dym, wypełniała płuca, oblepiała skórę. Lubiła zostawać na dłużej — jak wspomnienia, których nie chcesz, a które wracają uparte jak rachunki za prąd. Noc po drugiej stronie nigdy nie była tylko nocą. Była warunkiem. Umową. Ceną.

Szedłem wzdłuż starego kanału, słysząc pod butami chrzęst szkła i odłamków rzeczy, które kiedyś miały znaczenie. Teraz nie miały już nic. Po drugiej stronie nic nie miało znaczenia — poza transakcją. Czekał na mnie w miejscu, gdzie mrok był najgęstszy. Jakby ktoś nalał czerni do powietrza i zapomniał ją wymieszać.

— Spóźniłeś się Royce — powiedział mężczyzna w papierowym cylindrze, przedstawiający się imieniem Ameba Desante. Głos miał suchy jak papier ścierny i o ton za pewny siebie.

— Tyle czasu mam, ile chcę — odparłem. — Tak działa interes.

— Nie twój — poprawił. — Twój kończy się dziś.

W jego oczach nie odbijało się światło, bo tu światło się nie odbijało. Ono uciekało. Uciekło już dawno, razem z resztkami zdrowego rozsądku ludzi, którzy próbowali robić interesy ze stroną, na której właśnie stałem. Z torby wyciągnąłem pakunek. Ciężki. W środku pulsował, jakby miał własne serce.

— Masz to, o co prosiłeś — powiedziałem. — Ale zanim zrobimy wymianę, chcę wiedzieć jedno. – Nachylił się. Nie z ciekawości — raczej z odruchu drapieżnika, który zbliża się do mięsa.

— Po co ci to?

— Żeby zamknąć pewien rozdział. A ty…?

— Ja? — uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się ktoś, kto dawno temu zapomniał, czym jest człowieczeństwo. — Ja chcę go dopiero otworzyć.

Nagle z oddali dobiegł metaliczny trzask. Nie powinno tu być nikogo. Po drugiej stronie nikt się nie zapuszcza bez powodu — a powody zwykle kończą zakopane pod warstwą brudu, szkła i anonimowości. Mój rozmówca wyprostował się.

— Ktoś cię śledził.

— Niemożliwe.

— Wszystko jest możliwe — powiedział, odsuwając się powoli w cień. — Nawet to, że ta noc nie należy już do ciebie.

Z mroku wyłonił się cień. Nie sylwetka – cień. Jakby ktoś wyciął wykrój człowieka z ciemności i kazał mu chodzić.

— Oddaj pakunek — powiedział cień głosem dziecka, które już dawno przestało być dzieckiem.

Mój kręgosłup zareagował pierwszy, lodem. Po drugiej stronie nie obowiązywały normalne zasady. Ale ta jedna była najważniejsza: Jeśli cień zaczyna mówić – ktoś z żywych już przegrał.

— Panie Royce... — usłyszałem za plecami. Ten pierwszy, mój „klient”, cofnął się jeszcze bardziej. — On nie przyszedł po niego. Zrozumiałem. Przyszedł po mnie. A pakunek w moich dłoniach, ciężki, pulsujący, zaczął bić mocniej. Jakby wiedział, że zaraz wybierze sobie nowego właściciela. Lub nowego nosiciela.

— Okej — mruknąłem do ciemności. — Chcecie mrocznych interesów? To rozliczmy się jak należy. – I wtedy noc zaczęła się poruszać. Wciągając mnie. Nas wszystkich. Bo po drugiej stronie tylko jedna rzecz była pewna: Nie wracasz taki sam. Jeśli w ogóle wracasz...

...a kiedy noc zaczęła się poruszać, pierwsze, co usłyszałem, to dźwięk przewracanej kartki. Nie mojego oddechu, nie kroków cienia — kartki. Jakby ktoś czytał ten moment szybciej, niż ja mogłem go przeżyć.

— Nie odwracaj się — powiedział ten pierwszy głos, ale już nie brzmiał jak on. Brzmiał jak ja. Jak moje echo. Zniekształcone, przeciągnięte, jak odbicie głosu z dna studni. Cień przysunął się bliżej… lecz teraz widziałem, że nie miał jednego konturu. Migotał. Pulsował. Co kilka sekund zmieniał kształt, przybierając formy, które znałem tylko z koszmarów, o których nigdy nikomu nie opowiadałem — bo kto by w nie uwierzył?

Pakunek w mojej dłoni rozdarł się sam — delikatnie, jakby rozsuwał skórę poduszek na szyi. Ze środka nie wysunęło się nic materialnego. Wysunęła się postać. Malutka, złożona z liter, które układały się i rozsypywały jak pył. Cała z tekstu. Spojrzała na mnie pustymi, drukowanymi oczodołami.

— Za późno — wyszeptała czcionką, która nie istniała w żadnym języku.

Cień zatrzymał się. Pierwszy raz wyglądał… na zdezorientowanego?

— To nie jest pakunek — powiedział. — To wers.

Słowo zawisło w powietrzu. I wtedy cała rzeczywistość jakby się odwinęła. Bruk pod moimi stopami przestał być bruku. Zmienił się w tekst — drobne, białe literki, falujące jak żywy druk. Ściana po lewej rozpłynęła się w akapit. Niebo nad nami zamieniło się w puste marginesy, ogromne i jałowe jak kartki czekające na treść. Zrozumiałem. Po drugiej stronie noc nie była mroczna. Była nienapisana. A ja wchodziłem w nią jak w książkę, której nie skończono — książkę, która sama szuka autora.

— Panie Rolls — powiedział ten, który chwilę temu udawał człowieka, a teraz był już tylko sylwetką z poszarpanych znaków interpunkcyjnych. — Ten wers szuka ciebie. Od dawna. To nie miało trafić do mnie. To miało trafić do twojej głowy. Zamigotało światło, chociaż nie było tu żadnego źródła światła. Po prostu nagle pojawił się kursor. Drgający, nerwowy, znany każdemu, kto próbował coś napisać i nie wiedział, od czego zacząć. Unosił się w powietrzu przede mną, jak ostrze. A potem zaczął stukać. Sam. Bez klawiatury. W powietrzu pojawiły się słowa: "Jeśli jesteś tym, który miał wrócić, to czemu jeszcze tego nie zrobione?"

Zamarłem. Nie dlatego, że słowa były dziwne. Dlatego, że znałem je. Były moje. Z notesu, który spaliłem pięć lat temu.

— Nie panikuj — powiedział cień, ale już nie głosem dziecka. Teraz mówił wieloma głosami naraz, jak zbiorczy sen wszystkich, którzy kiedyś tu trafili. — Ta strona nie zapomina. Niektórych zdarzeń nie można tak łatwo wyprzeć i zapomnieć. Ukrywają się w podświadomości, czekając na nieodpowiednią chwilę, by nieokrzesane się uwolniły rozwścieczone i rozkrzyczane w furii histerycznego amoku.

— Nie powinno tego być — wykrztusiłem.

— A jednak jest. Bo ty jesteś.

Wers z pakunku wspiął mi się po ramieniu — lekki, papierowy, ale zimny jak stalowa modlitwa. Literowe palce wczepiły się w moją skórę.

— Dokończ — syknął. — Albo znikaj.

– Znikaj?

– Nie jak człowiek. Jak akapit, który ktoś wykasował.

Noc zaczęła się składać. Niebo nad nami zwinęło się w rulon. Ulice poszarzały, blakły, traciły tusz. Wszystko traciło treść. I wtedy zrozumiałem najgorsze: To nie ja wlazłem do opowieści. To opowieść wlazła do mnie. I nie wypuści, dopóki nie napiszę tego, czego chce.

— Czego ode mnie chcecie? — zapytałem. Cień, wers, noc i kursor odpowiedziały jednocześnie: Ciągu dalszego...

...

Inaczej 6. Świat, który się spóźnił.

Wróciłem. Nie byłem sobą. A może nigdy nie byłem, tylko myślałem, że jestem. Pierwszy oddech po drugiej stronie był obcy — nie mój. Płuca wypełniało powietrze, które znałem, ale serce biło innym rytmem. Lustra w mieszkaniu odbijały kogoś innego. Mój wzrok był mój, ale oczy nie były. Mój uśmiech poruszał mięśniami, których nie rozpoznawałem. Mój głos brzmiał tak, jakby ktoś włożył moje struny w obce dłonie i pozwolił grać. Z początku podejrzewałem, że podmienili tylko osoby w moim otoczeniu. Potem całe miasto. A teraz — mnie samego. Nie wiedziałem, czy był ich jeden, czy wielu. Na ulicy ludzie patrzyli na mnie jak na kogoś znajomego, kogo nie znają. „Desante?” — pytali. Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Byłem tym, kim nie byłem. Cień, który kiedyś widziałem z zewnątrz, teraz mieszkał we mnie. Każdy ruch, każdy oddech powtarzał: „Nie należysz tu. Nie należysz tam. Nie należysz do niczego. Nie należysz nawet do siebie."

Pakunek, który przyniosłem, był pusty. Ale w środku byłem ja. Tamten ja, po drugiej stronie, siedział teraz w moim miejscu w świecie, który kiedyś nazywałem swoim. Gdy spojrzałem w dłonie, zobaczyłem litery zamiast skóry, zapisane w powietrzu między światami. I usłyszałem głos w sobie samym, choć nikt nie mówił.

— Witaj z powrotem. Ale… czy naprawdę wróciłeś? — spytał ten drugi, głos dochodził spoza mnie. Znałem go, ale nie pamiętałem, kiedy go spotkałem. Po drugiej stronie nie zdobywa się mocy ani sekretów. Staje się kimś innym. Powrót jest iluzją.

W moim świecie ktoś już zajmował moje miejsce, biegł moim rytmem, mówił moimi słowami. Każdy gest był obcy, każda myśl — cudza. Ale w tym świecie mogłem tylko obserwować, próbując odzyskać własne ciało i życie. Po drugiej stronie nie ma powrotu. Jest tylko ciąg dalszy historii, w której „ja” staje się pojęciem względnym. Ciało w moim świecie poruszało się samo, kroki były precyzyjne, jakby ktoś inny prowadził mięśnie. Ja w drugim świecie czułem każdy ruch jak własny, choć nie był mój. Wspomnienia wkradały się do mojej głowy: Powiedz mu, że to niebezpieczne.

Nie mogłem. Nie wiedziałem, gdzie kończy się on, a zaczynam ja. Ciało w pierwszym świecie weszło w zaułek, gdzie światło ulicznych latarni stawało się literami, pulsującymi jak żywe zdania: — Musimy… zamienić się z powrotem — próbowałem powiedzieć w drugim świecie. — Musimy… zostać na zawsze — odpowiedział w moim ciele w pierwszym świecie. — Wtedy będziecie mogli przenikać wzajemnie między wymiarami — dodał trzeci głos, obcy, a jednak część nas. Światy drżały. Krawędzie ulic, ścian i powietrza falowały jak atrament w wodzie. Pakunek pojawił się w moich dłoniach — pusty, a ciężki jak wszystkie nasze wersje.

— Kto tu teraz rządzi? — zapytałem siebie w innym świecie. — Granice „ja” stają się słowami, które trzeba dopisać od nowa. Jeśli kroczysz przez granicę, nigdy nie wracasz taki sam. I nigdy nie jesteś tym, kim myślałeś, że byłeś. Nie pamiętam, kto pierwszy poczuł, że granica ustępuje. Nie ja, nie on — my. Kroczymy jako jedno ciało, a nasze myśli i wspomnienia pulsują niezależnie i jednocześnie, jak skrzypce w orkiestrze, które nieustannie zmieniają melodie. Nie ma już ulic, domów ani cieni. Jest przestrzeń między nami a wszystkim, ocean światła i słów, oddychający własnym rytmem.

— Dokąd idziemy? — szeptałem, słysząc to samo pytanie w jego głosie.

— Nie wiem… — odpowiedział — ale chyba to nie ma znaczenia.

Granice się rozpuszczały. Wspomnienia stapiały się z moimi; jego strach z moją ciekawością; radość z moją goryczą. Nie byliśmy już dwiema istotami. Nie byliśmy mną ani nim. Byliśmy czymś nowym. Pierwsze fragmenty trzeciego wymiaru pojawiały się jak odpryski światła. Niebo było tekstem, powietrze — muzyką, ziemia — pamięcią, każda cząstka znała każde nasze wspomnienie, każdy sekret, każdą emocję.

— To coś więcej niż życie. — odpowiedź była w tym samym czasie. Widzieliśmy siebie w formie, której nie mogliśmy nazwać. Ciało, które kiedyś było naszym, teraz pulsowało energią, tworząc kształty. Oczy? Nie. Odbicia? Nie. Byliśmy światłem i cieniem, oddechem i słowem, ruchem i myślą.

— Myślisz, że kiedykolwiek wrócimy?

— Nie. My nie chcemy wracać.

Inaczej 7. Ten, który najadł się Szaleju.

Na krańcu świata istniało miasto, w którym mieszkańcy nie mieli cieni. Każdy ich ruch, każdy dzień był rejestrowany — nie przez ludzi, lecz przez obrazy, które decydowały same, co uchwycić. Gdy Cienie zaczęły odrywać się od ludzi, niewiele osób to zauważało, albo tym się specjalnie przejmowali. Oprócz Ameby Desante, tego, co nie znosił własnego odbicia. A cieniem była istota, która od dawna próbowała się od niego uwolnić. I tej nocy to wreszcie zrobiła. Stało się to między dwoma oddechami, kiedy Ameba przechodził przez pusty park, próbując ominąć plamę światła z ostatniej działającej latarni. Słyszał, że niektóre lampy zapamiętują, kto pod nimi przechodzi. Wolał nie ryzykować, bo jego życie i tak było już wystarczająco niezręczne.

— Nie patrz pod nogi. — usłyszał. Zamarł. Głos dochodził z ziemi. A dokładniej — z jego własnego cienia.

— Serio? — mruknął, bo tylko tyle potrafił z siebie wykrztusić, kiedy strach próbował powoli odgryźć mu rozum. — Tego jeszcze brakowało. Halucynacje bez zapowiedzi. Bez rabatu. Bez recepty. — Halucynacje nie mają cienia. Ty masz. Ja też mam. Ale już mi się nie chce robić za twoją dekorację.

Cień drgnął, odsunął się kawałek, jakby się przeciągał, po czym — z obrzydliwie płynną łatwością — oderwał się od ziemi, od Ameby i od logiki. Był czarny jak atrament, ale jego kształt… jego kształt miał więcej wspólnego z czymś żywym niż z fizyką. A jednak przypominał sylwetkę Ameby. Tyle że bardziej wyprostowaną. Zbyt wyprostowaną. Jakby strach nigdy nie nauczył go garbić ramion.

— Odchodzisz? — zapytał Ameba, bo trudno było wymyślić lepszą kwestię w tak pojebanym momencie.

— Nie odchodzę. Ja uciekam. Ty zostajesz. Każdy ma swoje powołanie.. – Cień wskazał głową na miasto — tam, gdzie ciemność gęstniała, jakby coś przebierało nogami w mroku.

— Coś wraca. Coś, co lubi świat bez świateł, bez szumów, bez ludzi. Technologia zgasła, Amebo. A razem z nią wszystkie drzwi, które miały pozostać zamknięte.

Ameba poczuł, że jego żołądek próbuje schować się w kręgosłup. Cień zaśmiał się tak, jak mogą się śmiać tylko rzeczy nienarodzone: dźwiękiem, który jednocześnie drapie i głaszcze. Cień obrócił się i pobiegł między drzewa, ale nie zostawiał śladów. Za to drzewa zostawiały ślady po nim — jakby kora próbowała odepchnąć coś, co nie powinno istnieć. Ameba został sam. A miasto zaczęło się budzić — nie do życia, lecz do czegoś odwrotnego. Słychać było sapanie… jakby olbrzymie, ślepe stworzenie przeciągało się pod ziemią, czekając, aż ludzie zgasną razem ze swoimi urządzeniami. Ameba spojrzał na swoje stopy. Jego cień nie wrócił. I wtedy zrozumiał najgorsze: jeśli cień ucieka od ciebie, to znaczy, że przyszłość zamierza ci zrobić coś, czego nie da się cofnąć.

Miasto nabierało powietrza. Ameba wolałby, żeby koszmar był głośny. Głośny da się zrozumieć. Hałas jest żywy. Ale cisza? Cisza to coś, co ma własną wolę. A miasto było zbyt ciche. Nie było szumu aut, brzęczenia transformatorów, pisku obcasów, nawet szczury nie odważyły się wyjrzeć. Nikt tak szczerze nienawidził technologii jak ta noc — i najwyraźniej noc postanowiła coś z tym zrobić. Ameba ruszył przez park, choć każdy krok brzmiał jak zdrada. Drzewa szumiały, ale nie w sposób naturalny. Szeptały zbyt rytmicznie, jakby próbowały mu coś wybić do głowy: wróć… wróć… wróć…

Zignorował to. Odruchowo. Jak ignoruje się własny lęk, dopóki nie ugryzie. Za kolejną alejką zauważył ruch. Coś przemykało między latarniami, między krzakami, między logikami. Coś, co miało kształt… niby zwierzęcia, ale zwierzęta zazwyczaj nie składają się z… sznurów, drutów i kabli. A to było. Wyglądało jak bezdomny kundel spleciony z wyrzuconych kabli i zerwanych przewodów. Ogon miał z kabla HDMI, pysk z poskręcanych przewodów telekomunikacyjnych. Oczy? Dwie małe żaróweczki LED, które jeszcze pamiętały, jak to jest świecić. Stwór powoli uniósł łeb. Żaróweczki zapaliły się słabym, żałosnym światełkiem.

— Nie podchodź. — mruknął Ameba, bo to było jedyne, co potrafił powiedzieć każdej istocie, która wyglądała groźnie. — Nie mam przy sobie nic elektronicznego, serio. Ani telefonu, ani smartwatcha, nawet baterii z pilotów. Nic.

Kabel-przewód-stworzenie przekrzywiło łeb. – Nazywam się Mój! – Zamrugało. Raz. Drugi. Potem przemówiło — głosem przypominającym przesterowany mikrofon w zepsutym radiowęźle.

— Gdzie. Jest. Mój. Sygnał. — powtórzyło stworzenie, coraz bardziej podenerwowane, jak pies, któremu zabrano misę, ale pies zrobiony z technologii, która właśnie się obraziła na świat.

— Sygnał? – Ameba zamrugał. Stwór zrobił krok do przodu. Coś w Amebie kazało mu cofnąć się o trzy. — Nie wiem. Pewnie zgasł razem z neonami.

— Bez sygnału jestem nikim. Słyszysz? NIKIM! — zawyło, a jego kabel-ogon trzasnął o ziemię, zostawiając ślad jak po spalonej instalacji. – Stwór zatrzymał się. Wąż kabli powoli opadł. Ameba uniósł ręce.

— Ej, spokojnie. Pół miasta jest nikim, okej? Nie jesteś sam. Miasto cię zna...

— Noc mnie wypluła. — powiedziało łamiącym się, metalicznym głosem. — Nie należę już do ludzi. Nie należę już do maszyn. Jestem… czymś pomiędzy. Cieniem człowieka i echem sygnału. I zgubiłem drogę.

Ameba przełknął ślinę, która nagle stała się tak gęsta, jakby chciała nie przejść. Stworzenie wydało z siebie odgłos, który mógł być zarówno śmiechem, jak i awarią. I wtedy usłyszał to. Westchnięcie. Głębokie. Wilgotne. Długie. Jak wdech ogromnego organizmu, który dopiero się budzi. Pod Amebą zadrżał chodnik, jakby pod spodem poruszyło się coś, co nie miało prawa oddychać. Stwór spojrzał za siebie, i na Jonasa.

— To nie ja cię znajdę. To „to” cię znajdzie. Uciekaj, zanim świat przypomni sobie, czego od ciebie chciał. Choć od mojego imienia, a zwę się Szalej Jadowity, można najeść się strachu i zwariować...

I rozpłynęło się to coś pomiędzy drzewami jak sygnał, który nie trafił do odbiornika.

Wtedy się zapadło wszystko. To było rozpadnięcie się ram, które trzymały rzeczy na miejscu. Nie było już ziemi ani nieba. Czas stał się miękki. Przyszłość śniła przeszłość. Postacie mówiły zagadkami. Wszystko było symbolem. Nic nie było odpowiedzią. Otaczali go ludzie bez twarzy. I miejsce, w którym każdy jego czyn miał kształt. Wspomnienia, które zakopał, wróciły z zapachem gnicia. Lęki miały głos. Wstyd miał kształt. Wymiotował nie ciałem, lecz historiami, które opowiadał sobie, żeby nie widzieć oblicza lustra bez litości. „Ja” rozpadło się całkiem. Nie był już człowiekiem. Był fałdą w tkaninie świata. Obudził się, ale nie po tej stronie świata, co trzeba.

— I teraz odkrywasz, niezaprzeczalną prawdę o tym, kim naprawdę możesz być — nawet, jeśli nie chcesz tego wiedzieć…

III. Ziarno Prawdy

Artykuł 1. Arkadia Rebis.

W świecie, który nie znał początku ani końca, istniała Baboka — kraina wiecznego szczęścia, ogród nieskończonych ścieżek, gdzie czas i przestrzeń splatały się w spirale tak gęste, że samą myśl można było w nich zgubić. Nad jej brzegami unosił się lekki pył złotego światła, a echo dawnych legend brzmiało jak szept dziewięciu muz, które wciąż tańczyły pośród mgielnych wyżyn. Kaliope obmywała się w rzeźwiących nurtach Permesu, śpiewając pieśni bohaterskie, a Melpomene w cieniu gajów trzymała maskę tragedii, którą w każdej chwili mogła zdjąć i położyć na twarzy przypadkowego przechodnia.

W Baboka istniał jednak inny porządek, bardziej mroczny, bardziej sprzeczny. Zakład usług pogrzebowych „Arkadia Rebis” mieścił się przy stromym urwisku, którego dno znikało w czerni niepoznanej głębi. Tutaj taksidermista nie wypychał zwierząt, lecz ludzi. Każdy, kto do niego trafił, stawał się częścią kolekcji – nieśmiertelny w formie fizycznej, choć dusza jego dryfowała ku Wyrajowi, kurystycznej krainie, gdzie ptaki – ornitomorficzne wcielenia ludzkich dusz – szukały swych odwiecznych powrotów.

Miasto nigdy nie spało, choć pozory ciszy zdradzały jego prawdziwe oblicze. Na wąskich uliczkach, między wilgotnymi murami, ludzie stawali się cieniem własnych lęków, a każdy krok prowadził w labirynt, którego korytarze rozciągały się nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie.

Taksidermista, człowiek obojętny wobec życia, nosił w sercu tajemnicę Rebis – symbolu alchemii, w którym Kosmiczne Jajo, Smok i Androgen łączyły się w jedno. Ekierka i kątownica tańczyły w jego myślach jak instrumenty niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Słońce i Księżyc krążyły nad nim, a on sam nosił na szyi płaski pentakl, znak karmy, czasu i przestrzeni, w którym każdy denar, kielich, buława i różdżka znajdowały swoje miejsce.

W cieniu tego idealnego świata pracował taksidermista, Jonas Bzik, którego warsztat był mroczniejszy niż najciemniejsza noc. Nie wypychał zwierząt – wypełniał ciała ludzi, którzy zmarli w harmonii lub chaosie, aby mogli wiecznie uczestniczyć w rytmie miasta. Był strażnikiem pamięci – a jednocześnie wrogiem tego, co banalne. Ludzie bali się jego sztuki, a jednocześnie czcili ją jak sakrament.

Gdy uderzał młotkiem w stopy kolejnej figury, uderzenia odbijały się echem w całym mieście — i nagle w warsztacie pojawił się doktor Hugo Futuro. Nie mógł uwierzyć własnym oczom: w windzie, z której miał się wydostać, czuł, jak ściany topnieją i wirują, a teraz znajdował się w środku martwych figur. Świat Jonasa przenikał się z windą.

— „To niemożliwe…” — wyszeptał Hugo, a jego głos odbił się od pustych oczu wypełnionych ludzi.

Jonas spojrzał na niego jak na kolejny materiał do pracy. Nie mówił, bo wiedział, że cisza jest częścią rytuału. Hugo poczuł, że wchodzi w ciało jednej z figur, a zarazem każda figura, którą widział, zaczyna żyć w windzie, w której dryfował.

Winda nie miała już ograniczeń fizycznych. Jej stalowe ściany rozciągały się w nieskończoność, jakby były cieczą. Hugo dryfował przez piętra, które nie istniały, mijając miasta zbudowane z fragmentów jego wspomnień i snów innych ludzi.

Przestrzeń stała się taśmą VHS. Tu wpadł Borys Borycki. Przechodząc przez drzwi wind, znalazł się nagle w kadrach, które wcześniej nagrywał. Widzowie, którzy obserwowali jego wideo, stali się teraz częścią windy. Hugo poczuł, że jego ciało rozpuszcza się w obrazie, a Borys nie mógł rozróżnić, gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna taśma VHS.

W tym chaosie każdy ruch był równocześnie przyczyną i skutkiem. Winda, warsztat, kaseta VHS — wszystkie miejsca stały się jednym światem, w którym postaci przenikały się nawzajem, a czas był płynny jak roztopiony metal.

Pewnej nocy do Babokaii przybył Władca Chaosu – wódz dziewięciu złych aniołów piekła, sam chaos w cielesnej postaci, z twarzą utkniętą w punkowym wyrazie buntu. Przyniósł ze sobą księgi zakazane: La Roman Noir, Los Muertos, Inferno, Satanico Pandemonium. Ich strony były fraktalami piekła, a każdy pentagram wpisany w okrąg pulsował własnym życiem.

Na dach wieżowca wszedł Lucien Slenderman, Diabeł obecny w świecie, wódz dziewięciu złych aniołów piekła. Każdy jego krok tworzył chaos w formie fraktali, które pulsowały jak żywe istoty. Neonowe światła miasta stawały się płomieniami, a muzyka punk i anarchia mieszała się z szeptami martwych z warsztatu Jonasa i skrzypieniem windy Hugo.

– Chcę, abyś mi przygotował… arcydzieło – powiedział do taksydermisty, a jego głos brzmiał jak trzask pioruna w kosmicznym jaju. – Nie zwierzęta. Ludzie. Każdy, kto przeszedł przez Baboka, ma tu zostać na zawsze.

Taksidermista przytaknął, a jego dłonie same zaczęły tańczyć po narzędziach alchemika. Naszyjnik z pentaklem pulsował w rytm serca Smoka, a w powietrzu unosił się zapach opłatków – talizmanów ochronnych i przekleństw jednocześnie.

Lucien wyciągnął rękę — i w jednej chwili wszyscy bohaterowie poczuli jego Mojo, urok, który mieszał pożądanie z lękiem, piękno z grozą. Dr. Hugo Futuro dryfował w windzie, która stawała się jego cielesną formą w rękach Luciena. Borys pojawiał się i znikał w taśmach VHS, a Jonasa figury zaczęły poruszać się samodzielnie, jakby same wybrały swoją drogę.

— „Bóg dawno odszedł… tylko chaos został” — wyszeptał Lucien.

Miasto odpowiedziało echem: ulice wiły się w nieskończone spirale, budynki stały się żywymi organizmami, a każdy przechodzień — marionetką. Postaci były jednocześnie obserwatorami i uczestnikami, ofiarami i twórcami własnej rzeczywistości.

Jonas, Hugo i Borys zaczęli dostrzegać wzorce: każdy element chaosu był powiązany z innym. Winda Hugo’go dryfowała przez figurę Jonasa, a Borys zanurzał się w obrazach VHS, które pokazywały Hugo w windzie i martwe ciała w warsztacie. Wszystko splatało się w fraktalnym wzorze, który był jednocześnie wypełnionym pokojem, windą, ekranem telewizora i dachem wieżowca.

Lucien obserwował, jak jego świat przybiera kształt, w którym chaos jest realny, a życie staje się fluidem formy. Postaci, które kiedyś były odrębne, teraz stały się jednym organizmem: świadomością chaosu. Widzieli siebie nawzajem i siebie w sobie — dryfując, wypełniając, wnikając.

Ostatni oddech miasta był jednocześnie pierwszym oddechem jego nowej formy: spirali, w której czas, przestrzeń i śmierć przestały istnieć oddzielnie. Chaos był realny, a Mojo diabła pulsowało w sercach wszystkich istot, przypominając, że granica między obserwatorem a uczestnikiem, między życiem a śmiercią, między snem a rzeczywistością — nigdy nie istniała.

Miasto drżało w rytmie, który nie należał do ludzi. Ulice skręcały w nieskończone spirale, budynki falowały jak ciecz, a powietrze było gęste od myśli, które nie były czyjeś, a jednocześnie należały do wszystkich. Chaos stał się żywą istotą — fraktalnym organizmem o milionach oczu, ust, rąk i nóg, które poruszały się według własnych reguł, niewidocznych dla logiki.

Jonas Bzik patrzył na swoje figury, które nagle ożyły. Każda z nich poruszała się niezależnie, wchłaniając części windy Hugo, kadry VHS Borysa i puls Mojo Luciena. Jonasa warsztat stał się jednym z organów chaosu — igły i nici biły jak serce, a martwe oczy obserwowały wszystko z ironicznym spokojem.

Hugo dryfował w windzie, która teraz była gigantyczną żyłą chaosu. Każdy przycisk stał się neuronem, każda klatka — synapsą. Czuł, że jego ciało rozpuszcza się w masie, a jednocześnie zachowuje świadomość, walcząc o własną tożsamość. Winda pulsowała w rytmie miasta, a on stał się jednym z impulsów, próbującym przebić się przez labirynt form i wspomnień.

Borys Borycki przemierzał spirale VHS, które wchodziły w ciało chaosu. Kamera stała się jego oczami, a taśma — jego ciałem. Z każdą klatką obserwował siebie w windzie Hugo, figury Jonasa i pulsujące Mojo Luciena. Czuł, że nie może już odróżnić medium od siebie. Był i twórcą, i dziełem, i widzem własnego życia w tej spiralnej rzeczywistości.

Lucien Slenderman, Diabeł obecny w świecie, stał się sercem chaosu. Jego Mojo pulsowało w każdym oddechu istoty, która pożerała miasto i formy życia w nim. Punk, anarchia, pentagramy i fraktale zamieniły się w arterie, którymi płynęła energia szaleństwa. Lucien uśmiechał się, obserwując, jak bohaterowie próbują zachować świadomość w ciele chaosu, wbijając swoje myśli w gęstwinę pulsujących wzorców.

— „Nie uciekniecie…” — wyszeptał, a jego słowa stały się lawiną, która poruszała wszystkie organy chaosu.

Ale spirala miała własną logikę. Każda istota, która w nią weszła, mogła się z niej wydostać, jeśli zdołała zsynchronizować swoje myśli z rytmem chaosu. Jonas wypełniał puste oczy swoich figur myślami o pięknie, Hugo rytmem windy, Borys obrazami VHS, a Lucien — uśmiechem i urokiem. Ich świadomości zaczęły tańczyć w ciele chaosu, tworząc tymczasową harmonię.

Chaos drżał, pulsował, a w jego wnętrzu powstała przestrzeń, w której czas nie istniał: Jonas obserwował Hugo dryfującego przez pulsujące klatki wind, które stawały się wrotami do nowych wymiarów. Hugo czuł w sobie fragment Borysa, który przemierzał spirale VHS, i fragment Luciena, który był ogniem i urokiem. Borys widział wszystkie światy na raz — warsztat, windę, VHS, dach wieżowca — i rozumiał, że wszystko jest jedną spiralą. Lucien czuł, że chaos zaczyna być czymś więcej niż władzą; jest organizmem, który może stworzyć lub unicestwić każdą świadomość, która w niego wejdzie.

Na chwilę, najkrótszą z chwil, wszystkie świadomości połączyły się: Jonas, Hugo, Borys i nawet Lucien stali się jednym punktem w pulsującej masie chaosu. Zrozumieli, że chaos nie jest złem ani dobrem — jest bytem samym w sobie, formą życia, w której mogą istnieć tylko ci, którzy zaakceptują jego logikę. Wtedy chaos wydał z siebie pierwszy głos, którego nikt nie zapomni: szept, który był echem wszystkich światów, wszystkich czasów, wszystkich śmierci i narodzin:

— „Życie jest formą chaosu. Szaleństwo jest jedyną prawdą. Jeśli chcesz istnieć, zatańcz ze mną.”

I w tej chwili miasto, winda, warsztat, VHS i cały świat stały się jednym. Chaos nie był już tłem, nie był narzędziem. Chaos był bytem, a bohaterowie — jego neuronami, pulsującymi, dryfującymi i walczącymi o świadomość, balansując między istnieniem a unicestwieniem.

Świat zmienił się na zawsze. Ludzie patrzyli na miasto z oddali, nie wiedząc, że ich własne myśli i wspomnienia były teraz częścią czegoś większego, czego nie mogli zrozumieć. Chaos żył. I w nim żyli oni — i nikt nie wiedział, gdzie kończyła się ich świadomość, a zaczynał pulsujący, żywy organizm.

W międzyczasie dziewięć muz przyglądało się temu z oddali. Euterpe grała na flecie, a Terpsychora tańczyła w rytm magicznego rytuału, który miał połączyć życie i śmierć w jedno. Erato uśmiechała się do Melpomene, która kładła maskę na twarz nowo przybyłych, by przygotować ich dusze na podróż do kur – Sumeru zwanego „Ziemią bez powrotu”.

Każdy, kto przeszedł przez drzwi zakładu, zostawał uwięziony w nowej formie, a ich duchy wylatywały ku Wyrajowi, mijając siedem bram kur, przewożone przez rzekę pożerającą ludzi i pilnowane przez strażnika Hugo. Tam, w podziemiach, Moon, wyrokowała nad ich imionami zapisanymi na tabliczkach Seleny.

Ale w tej historii istniał jeszcze jeden wymiar: siedem cudów świata, starożytnego i średniowiecznego, z których każde miejsce miało swoje echo w Babokaii. Wielka Piramida Cheopsa drżała w rytmie kosmicznego jajka, wiszące ogrody Semiramidy rosły nad urwiskami Zakładu Rebis, a Kolos Rodyjski obserwował z góry każdą próbę przetrwania w tej krainie chaosu.

W końcu Władca Chaosu uśmiechnął się, a taksidermista odsunął się od stołu. Arcydzieło było gotowe. Ludzie, zatrzymani między śmiercią a życiem. Arkadia Rebis nie była już tylko rajem ani zakładem pogrzebowym – była mikrokosmosem, w którym punk, magia, alchemia i mit splatały się w jedno.

A w cieniu, między gęstymi drzewami Wyraju, bociany przynosiły nowe życie, a ptaki – dusze dawnych uczestników – wracały na ziemię, gotowe na kolejną podróż.

...

Artykuł 2. Miasteczko Baboka.

Było późne popołudnie, gdy redakcja „Ziarna Prawdy" wypełniła się zapachem świeżej kawy i ciepłego ciasta. Świat na zewnątrz mienił się szarością wieczornego miasta, a w powietrzu unosił się niepokój – niby niczego nieświadomy, a jednak czujny, jakby czekał na kolejny wirusowy mail. W takim klimacie trudno było nie słuchać miejskich opowieści, które krążyły po sieci niczym wirusy komputerowe, gotowe uśpić rozsądek w ludzkich mózgach.

– Ale skąd się to bierze? – spytała Pixie, czasami pracująca z nią, koleżanka z działu kultury, unosząc brew i trzymając filiżankę kawy.

Opowieść naszej redakcyjnej kronikarki miejskich legend, była prosta, a zarazem dziwnie wciągająca: Ludzie nadal wierzyli w historie tak absurdalne, że mogłyby być scenariuszem czarnej komedii. Historia perfum na parkingu Auchan, które rzekomo były chloroformem, była jedną z nich. Wiadomość rozsyłana po sieci wyglądała, jakby wysłana przez policję: „Zachowajcie czujność i poinformujcie władze, jeśli spotkacie się z taką sytuacją”. Między wierszami sugerowała autentyczne zagrożenie, a jednak policja nie odnotowała ani jednego takiego przypadku.

– To stary motyw – mruknął Borys Borycki, fotograf redakcji, szczerząc zęby w ironicznym uśmiechu. – W filmach, w kryminałach, wszędzie. Ludzie się boją i przesyłają dalej. Efekt jest taki sam jak z wirusami komputerowymi: panika, chaos, spam w sieci.

Kolejna legenda, o kradzieży zwłok babci ze Słowacji, brzmiała jeszcze bardziej surrealistycznie. Babcia była zdrowa jak rzepa, dziarska i odporna na mrozy, a młode małżeństwo przewoziło ją w bagażniku na dachu auta, obok nart, by móc jeździć po alpejskich trasach z pięcioletnią córką. Sam pomysł, że ktoś mógłby nie zgłosić zgonu i w ogóle kombinować z ciałem staruszki, brzmiał jak żart czarnoksiężnika, który testuje granice absurdu wśród ludzi.

– I co? – dopytywała Pixie, patrząc jak Selena Moon, z mieszanką zaciekawienia i przerażenia. – Babcia… pojechała razem z nartami, a potem?

– Nie wiadomo. Auto się znalazło. Babcia nie – odpowiedziała Selena, wzruszając ramionami. – A mimo to ludzie wciąż wierzą. Bo zawsze jest znajomy znajomego, który „to widział”, albo „to przeżył”.

W redakcji wybuchł śmiech, gdy fotograf zaczął opowiadać historie o rodzinach chowających się w szafach, o dziewczynach smarujących swoje intymne części nutellą, o hydraulikach dostających urazy od domowych pomyłek. Wszystko to krążyło po mieście, w sieci, w plotkach, które nabierały życia w oczach ludzi spragnionych sensacji.

– Legendy miejskie – rzekła Selena, patrząc na wszystkich poważnym wzrokiem – mają moralizatorski wydźwięk. Ostrzegają, choć nikt nigdy nie przeprowadził takiego eksperymentu. Chodzi o przesłanie: uważaj, nie ufaj, nie bądź głupi.

Najbardziej jednak fascynowała ją historia anakondy. Kobieta hodowała ją pięć lat w domu, nie w terrarium, lecz samopas. Każdego ranka wąż leżał wyprostowany obok niej w łóżku, mierzył czas głodówki, badał możliwości ataku. Nikt w redakcji nie potrafił ukryć zachwytu i obrzydzenia jednocześnie. Anakonda miała zjeść właścicielkę, gdy nadejdzie odpowiedni moment – precyzyjny plan bestii wymierzony w człowieka. I choć wąż nigdy nie połknął nikogo żywcem, historia sprawiała, że każdy słuchacz czuł gęsią skórkę.

– Prawdziwe czy nie, legenda czy nie – powiedziała Selena, nalewając sobie kawy – te historie wchodzą w nasze życie, choć nie istnieją. Wystarczy kilka maili, plotek, znajomi znajomych… I świat staje się mniejszy, straszniejszy i bardziej zabawny.

W tym momencie telefon w redakcji zadzwonił – kolejny mail z ostrzeżeniem. Tym razem dotyczył galerii handlowej i porwań dzieci. Nikt nie zwrócił uwagi na autora, wszyscy wiedzieli, że przecież nikt tego nie zgłosił, nikt tego nie widział, a jednak… wszyscy poczuli niepokój.

Miasto, pełne legend, miejskich opowieści, absurdów i czarnego humoru, żyło własnym życiem. A ludzie, choć rozsądni, wciąż wierzyli w historie „znajomych znajomych”, które krążyły w sieci niczym duchy, gotowe w każdej chwili wyskoczyć z szafy i zjeść cię… metaforycznie, lub — kto wie — całkiem dosłownie. – Rozwiązać zagadkę tajemniczego pracownika zakładu pogrzebowego Rebis, który jest rzekomo samym diabłem, dla którego pracują nadprzyrodzone istoty. I dowiedzieć się kim jest, i co właściwie robi. Czy istnieją, a jeśli tak, to co było początkiem ich legendy.

- To od czego zaczniemy?

- Ja już zaczęłam, tydzień temu wyjechałam, a przedwczoraj wróciłam ze wsi Baboka, z nowym artykułem i czymś więcej. - Mówiąc to podsunęła, zagięty na jednej ze stron, świeży egzemplarz "Ziarna Prawdy" i dała Marcie do przeczytania tekst pi tytułem:

"Grobna Dziunia i Pierdołowaty Syn"

Wrzesień na wsi Baboka był zimny, a powietrze pachniało wilgocią i spadłym liściem. W mieście krążyły historie – nie te amerykańskie o nawiedzonych kasetach czy stronach internetowych, lecz legendy z własnego podwórka, które śmieszyły, straszyły i uczyły jednocześnie.

Najbardziej znaną z nich była opowieść o Jadwidze Ziemowit, zwanej „Grobną Dziunią”. Była kobietą poważną, bez poczucia humoru, której gniewny grymas odstraszał od pierwszego spojrzenia. Jej syn, Janek, był z kolei pierdołowaty – każdy jego ruch wydawał się zapowiadać katastrofę.

Pewnego dnia Dziunia wybrała się na cmentarz odwiedzić grób męża. Spacerowała między świeżo wykopanymi grobami, gdy wpadła do jednego z nich. Janek pobiegł za nią, próbując pomóc, ale i sam wpadł do dołu. Przechodnie odwracali wzrok, a Dziunia wściekle próbowała wydostać się sama. Tak narodziła się legenda o „Grobnej Dziuni”, która przylgnęła do niej na zawsze.

Nieopodal, w tej samej dzielnicy, młody chłopak, jej obłąkany syn, Janek Ziemowit, co w autobusie sprzedawała sny i marzenia w słoikach, postanowił sprawdzić, czy odważy się spędzić noc na cmentarzu – zakład z przyjaciółmi. Rankiem znaleziono go martwego, bez żadnych śladów przemocy, ułożonego na rękach kamiennego anioła. Historia szybko stała się miejską opowieścią o odwadze i głupocie, która miała przestraszyć nowych członków lokalnych bractw.

Tymczasem w centrum miasta młoda kobieta Victoria, przygotowywała się do ślubu. Chciała wyglądać perfekcyjnie, więc poszła do solarium – najpierw na trzydzieści minut, potem na cztery kolejne dni, w różnych salonach. W dniu ceremonii pan młody znalazł ją martwą w swoim pokoju. Lekarz stwierdził, że przyczyną była „rozpuszczenie wszystkich narządów wewnętrznych” – opowieść, która w mig stała się tematem rozmów wśród znajomych i internautów, jako groteskowa przestroga przed obsesją perfekcji.

W miejskich legendach często pojawiały się też absurdalne sytuacje w komunikacji miejskiej. Historia o „babcinej laskowej ripostzie” z autobusu wciąż wywoływała uśmiechy. Młody chłopak, jakim był Janek, miał powiedzieć do starszej pani, jaką była jego matka Jadwiga:

– Mogłaby pani założyć gumkę na laskę i ciszej stukać.

– Gdyby gumka była na innej lasce, dziś miałbym wolne miejsce – odpowiedziała babcia, a legenda pokazała, że nawet w codziennych sytuacjach ktoś może zaskoczyć cię ciętą ripostą.

Nie mniej popularna była opowieść o panu doktorze Hugo Futuro, który niby wyjechał w delegację, a w rzeczywistości odwiedzał kochankę, szaloną Jadwigę, mieszkającą w bloku obok. Pod osłoną nocy w szlafroku chodził od mieszkania do śmietnika z wiaderkiem, wracał do domu i udawał, że nie było go przez cały dzień. Historia krążyła przez lata, powtarzana przez dzieci i dorosłych, coraz bardziej wyolbrzymiana – bo przecież legenda potrzebuje szczegółów, które sprawiają, że wydaje się prawdziwa.

Wszystkie te historie krzyżowały się w świadomości mieszkańców miasta. Legendy o cmentarzu, o solarium, o autobusach i wiaderkach tworzyły zbiorowy krajobraz strachu, śmiechu i niedowierzania. Każda z nich uczyła czegoś innego: o ludzkiej obojętności, o głupocie, o obsesjach, o absurdach codzienności.

A w centrum tych historii była Grobna Dziunia i jej pierdołowaty syn — symbol mieszanki nieporadności, uporu i codziennej groteski. Legendy powstają z rzeczywistych zdarzeń, tylko czasem zmienia się w nich proporcja prawdy i absurdu. Czasem nie ma morału, czasem jest niewidoczny — ale każda historia, która krąży, w końcu znajduje swoje miejsce w świadomości ludzi.

I tak, w Baboce, między ulicami, cmentarzami, autobusami i solariami, powstał świat własnych, lokalnych legend. Świat, w którym każdy krok mógł stać się początkiem opowieści. Świat, w którym pierdołowaty syn i Grobna Dziunia mogli spokojnie wpaść do grobu i wyjść z niego bohaterami. Bo legenda nie potrzebuje wytłumaczenia. Wystarczy, że ktoś ją opowie.

A opowiedzieć ją zamierzała Selena, jednocześnie dzięki tej sprawie trafiając na trop prowadzący do zakładu pogrzebowego Arkadia Rebis, mieszczącego się w miasteczku zwanym Baboka, o którym było kilka tygodni temu głośno, przez ogromną tragedię, jaką się w nim się wydarzyła.

...

Artykuł 3. Głuchy telefon

Miasteczko Baboka, zwane Miastem Wiecznego Kręgu nie istniało na mapach, choć każdy, kto kiedykolwiek o nim słyszał, odczuwał jego obecność jak subtelny dreszcz na karku – miejsce, którego kształt nie wynikał z przypadkowego splątania ulic, lecz z wiecznej geometrii marzeń i praw natury. Jego mury nie były ani z kamienia, ani z cegły, lecz utkane z samej koncepcji idealności: symetrii, światła i przestrzeni, w której człowiek mógłby kroczyć bez przeszkód, a jednocześnie czuć, że każdy krok prowadzi ku większemu porządkowi.

Na poziomie dolnym miasta biegły kanały żeglowne, w których woda migotała niczym płynne lustra wszechświata. Po ich powierzchni sunęły barki niosące towary i opowieści z odległych światów. Poziom wyższy był rezerwą dla szlachty, artystów i mędrców, dla tych, którzy mieli odkrywać i doświadczać idee doskonałości w czystej formie – tam ulice były szerokie, a kolumnady wznosiły się ku niebu niczym palce drżące od boskiej inspiracji.

W centrum miasta, na placu o kształcie pentagramu wpisanego w okrąg, stał Rebis – monumentalna rzeźba-smok złożony z męskiej i żeńskiej postaci, obojniczy symbol wiecznego cyklu. Jej oczy były słońcem i księżycem, a ciało pulsowało rytmem świata: czas i przestrzeń stapiały się w jednym oddechu. Pod jego skrzydłami, niczym święty pentakl, leżał Opłatek – magiczny naszyjnik, symbol karmy, równowagi i nieuchronności losu.

Był sierpniowy wieczór w miasteczku Baboka, kiedy biblioteka miejska spłonęła niemal doszczętnie. Dym ciągnął się nad miasteczkiem jak czarny wąż, a mieszkańcy przyglądali się ruinie w milczeniu, nie wierząc, że w tej prostej, codziennej dzielnicy mogło wydarzyć się coś tak złowrogiego.

Kilka tygodni wcześniej, w dniu pożaru, zaginęło czternaścioro dzieci. Niektórzy mówili, że wyszły pobawić się w parku, inni, że szukały kociego oseska. Nikt nie pamiętał dokładnie. Ale kilka osób twierdziło, że widziało coś dziwnego – wysokiego, szczupłego mężczyznę w garniturze, którego twarz była… pusta. To był on, potwór z miasteczka Baboka imieniem Mojo. Zamiast rąk miał długie, wijące się macki, które sięgały w stronę dzieci.

Nikt nie wiedział, kim był ten człowiek, ani skąd się wziął. Jedynie fotografie ocalałe z pożaru miały go pokazywać. Zdjęcia, zabezpieczone przez policję, były mgliste i niejednoznaczne, a jednak każdy patrzący czuł w sobie lęk. Lęk, który nie pozwalał zasnąć.

Mieszkańcy natomiast, wiedzieli co nieco z miejskich legend. A w szczególności zainteresowały się tym dwie koleżanki, które przybyły w towarzystwie fotografa.

Właśnie tę historię odkryła Selena – dziennikarka gazety "Ziarno Prawdy", która po powrocie z pracy siadała w kuchni z kubkiem herbaty, scrollując internet. Wpadła na forum „Ziarna Prawdy”, gdzie anonimowy użytkownik, podpisujący się Borys, opisał historię przerażających wydarzeń i zamieścił zdjęcia. Było coś niepokojąco realnego w tym, jak splatały się fakty: pożar biblioteki, zaginięcia dzieci i dziwne fotografie.

Miasto miało jednak swego Władcę Chaosu, Wodza Dziewięciu Złych Aniołów Piekła, który z ukrycia kształtował losy mieszkańców, jak dyrygent niewidocznej orkiestry. Punk, anarchia i fraktalne wzory chaosu przenikały porządek idealnych ulic, wplatając w symetrię wiry i wirujące pentagramy, jak gdyby miasto samo było żywym organizmem balansującym na granicy porządku i nieprzewidywalności. Kierownika zakładu pogrzebowego Arkadia Rebis.

W górnych dzielnicach, na szczytach kolumnad i wież, mieszkały Muzy – dziewięć córek Mnemosyne, które uczyły sztuki i rozkoszy tych, którzy potrafili słuchać i patrzeć. Kaliope niosła pieśń bohaterską, Terpsychora uczyła tańca, a Urania – obserwacji gwiazd. Ich świat splatał się z ziemskim, pozwalając mieszkańcom miasta spojrzeć poza codzienność, poza czas, ku harmonii wiecznej.

Jednak każdy spacer po mieście przypominał, że idealność jest tylko iluzją: pod pięknymi arkadami, w cieniu kolumn, kryły się tajemnicze księgi: La Roman Noir, Los Muertos, Inferno, Satanico Pandemonium. Zawierały historie zakazane, które uczyły, że utopie heroiczne, choć piękne, zawsze niosą ryzyko przemocy i paradygmatycznych błędów. Tak jak w świecie realnym, dążenie do doskonałości miało swoją cenę.

Niektórzy mieszkańcy pragnęli uciec: tworzyli własne wyspy szczęśliwe, uchronie z przeszłości lub przyszłości, próbując odnaleźć swój azyl w miejscu, którego czas i przestrzeń nie ograniczały. Inni wierzyli w utopię polityczną – że można od podstaw zmienić społeczeństwo, że ludzie mogą być dobrzy, a szczęście jednostki i ogółu może być jednoczesne. Ale każdy, kto dotykał serca Miasta Wiecznego Kręgu, wiedział, że ideały i realność zawsze będą się przenikać, jak lustrzane odbicia w kanałach i w oczach smoków.

Selena poczuła zimny dreszcz. Wiedziała, że legenda jest w pewnym sensie tworem zbiorowej wyobraźni, ale intuicja podpowiadała jej, że może tu być ziarno prawdy. Zaciekawiona zaczęła szukać dalej. Każdy trop prowadził do nowych informacji, wpisów i komentarzy, które potęgowały mit. Internauci dodawali swoje historie: nagłe choroby, nocne koszmary, niewytłumaczalne zniknięcia zwierząt i przedmiotów. Wszyscy mówili o tym samym – o obecności wysokiego, bezosobowego człowieka, który krążył w miasteczku.

Ale Miasto Wiecznego Kręgu nie było jedynie utopią architektoniczną. Było także miejscem, do którego przybyła istota z innego świata, zwana Mojo, będąca magicznym talizmanem seksapilu w jednym, kształtował losy mieszkańców. Każdy, kto go nosił, czuł przypływ mocy i zdolność zmieniania świata – lecz nie bez konsekwencji. Za każdym zaklęciem i oddechem magicznego miasta kryło się pytanie: czy szczęście jednostki może istnieć bez szczęścia wszystkich?

Baboka nie było więc jedynie architektoniczną utopią – było laboratorium filozofii, magii i ludzkiego losu, w którym każdy krok, każdy oddech i każdy dotyk Mojo prowadziły ku pytaniu: czy człowiek może naprawdę żyć w idealnym świecie, jeśli nie zna granic chaosu? Granice wyznaczał Władca Chaosu, sam diabeł Lucien, do którego przybył, by go unicestwić.

Pewnej nocy Selena zdecydowała się sprawdzić miejsce ostatniego zaginionego dziecka. Szła przez park, gdzie lampy uliczne rzucały złowieszcze cienie. Powietrze było ciężkie od wilgoci. W oddali zobaczyła sylwetkę – wysoki, smukły, w idealnym garniturze. Twarz – pusta. Macki delikatnie poruszały się w powietrzu, jakby wabiły niewidzialne ofiary.

Serce Selena zabiło mocniej. Wiedziała, że to nie może być prawdziwe – legenda nie powinna materializować się tak realnie. A jednak każdy jej zmysł krzyczał, że Mojo stoi naprawdę przed nią. Chciała uciec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Macki powoli wyciągały się w jej kierunku.

Wtedy poczuła coś dziwnego – hipnotyczny szept w głowie, który mówił, że nie może pozwolić, by strach ją sparaliżował. W jednej chwili zrozumiała, że Mojo nie działa przypadkowo. Każde z jego spotkań – nawet te poprzednie – miało sens. To, że niektórzy przeżywali, a inni znikali, nie było dziełem przypadku.

Selena cofnęła się o krok i nagle wszystko zniknęło – sylwetka, macki, ciężkie powietrze. Została sama w parku, oddychając płytko, z sercem na granicy zawału. W kieszeni telefonu miała zdjęcie, które sama zrobiła – nieostre, rozmazane, z ciemnym kształtem w tle. To było dowodem, że legenda mogła stać się prawdą, jeśli w nią uwierzysz.

W kolejnych dniach jej artykuł o Mojo zdobył setki komentarzy. Ludzie opowiadali własne doświadczenia, które nagle nabrały sensu w świetle legendy. Selena zdała sobie sprawę, że Mojo nie potrzebuje dowodów, by istnieć. Wystarczy wiara. Wiara w strach, niewyjaśnione zdarzenia, w ziarna prawdy ukryte w fikcji.

I tak legenda rosła – nie w ciemnych korytarzach biblioteki, lecz w sieci, w ludzkiej wyobraźni, w oczach każdego, kto odważył się spojrzeć w mrok i poczuć, że tam, gdzieś, stoi wysoki, szczupły człowiek bez twarzy.

Bo w końcu, w każdej miejskiej legendzie tkwi jedno niezmienne prawo: im bardziej pozornie prawdopodobna, tym bardziej realna staje się w naszej świadomości.

Selena ruszyła wąskimi uliczkami Baboka, które nocą stawały się labiryntem światła i cienia. Każdy krok wydawał się prowadzić ku centrum tajemnicy, a każdy cień zdawał się poruszać własnym życiem. Mieszkańcy miasteczka, choć rozsądni na co dzień, teraz trzymali się blisko domów, nieufni wobec własnych ulic, które nocą stawały się nieprzewidywalne.

Pierwszym przystankiem była kamienica, w której mieszkała rodzina ostatniego zaginionego dziecka. Drzwi były uchylone, a w środku czuć było chłód nieobecności i ciszę, jaką zostawia strach. Na podłodze leżała lalka – jedna z tych, które dzieci zawsze noszą ze sobą. Selena schyliła się i dotknęła jej ręki. Materiał był wilgotny, pachniał kurzem i czymś jeszcze… nieokreślonym.

Podniosła głowę i zobaczyła ją: pierwszą ofiarę. Nieżywą, ułożoną w pozycji, która zdawała się powtarzać gesty rodziców, jakby ktoś chciał zatrzymać życie w formie statui. Nie było krwi, nie było śladów przemocy. Tylko oczy – szeroko otwarte – i pustka, która przeszywała jej własną świadomość. Selena cofnęła się. To nie był przypadek. To nie była tylko legenda, którą mogła opisać w artykule. To był znak – początek czegoś większego. Zrozumiała, że aby odkryć prawdę o Mojo, musi wejść do serca miasteczka – do zakładu pogrzebowego Arkadia Rebis.

Budynek stał na placu w centrum Baboka. Na zewnątrz wyglądał jak zwyczajna nekropolia: wysokie, czarne drzwi, marmurowe schody i witraże, które odbijały księżyc w postaci dziwnej, pulsującej geometrii. Ale coś w nim było nienaturalne: czuć było obecność władcy chaosu – Luciena. Drzwi otworzyły się bez dźwięku. Wnętrze Arkadii było labiryntem światła, mgły i odległych dźwięków. Zapach kadzidła mieszał się z chłodem marmuru, tworząc aurę niepokoju. W głębi, na podium, stał Lucien. Twarz o chłodnej doskonałości, oczy, w których migotał błysk chaosu. Mówił cicho, a jednak jego głos wypełnił całe pomieszczenie:

– Witaj, Selena. Wiedziałem, że przyjdziesz. Szukałaś prawdy o Mojo. – Jego spojrzenie przeszyło ją na wskroś, jakby czytał jej myśli. – Ale prawda nie jest tym, czego szukasz. Prawda to to, co decyduje o twoim przetrwaniu.

Selena odważyła się odpowiedzieć:

– Mojo istnieje. Widziałam je. I ludzie znikają. Pierwsza ofiara… – Jej głos zadrżał, ale kontynuowała – muszę wiedzieć, co to jest, i co robisz z tym w Arkadii.

Lucien uśmiechnął się lekko. Macki, które Selena pamiętała z opowieści o Mojo, pojawiły się w jego cieniu, wijąc się i pulsując niczym żywe macki ciemności.

– Mojo nie jest rzeczą. Nie jest przedmiotem. To energia, istota wibracji, którą wywołuje pragnienie. Seksapil, moc, strach, fascynacja – wszystko razem. Każdy, kto zetknie się z Mojo, staje się jego częścią, choć nie wie, że został wciągnięty. I tak, jak widziałaś… ludzie znikają. Niektórzy trafiają tu, do Arkadii, inni pozostają w mieście, przekształceni, zmienieni.

Selena poczuła dreszcz. – Dlaczego dzieci? Dlaczego teraz?

– Dzieci… – Lucien przesunął dłonią po marmurowej kolumnie. – Są czyste, nieuformowane, i tym samym podatne na wpływ Mojo. Pierwsza ofiara nie była przypadkiem. Była testem. A każde kolejne spotkanie sprawia, że legenda rośnie – a wraz z nią moc Mojo.

– Chcę to powstrzymać – odparła Selena. – Nie mogę pozwolić, by więcej ludzi zniknęło.

Lucien spojrzał na nią z powagą i lekkim uśmiechem:

– Każdy, kto wchodzi do Arkadii, staje przed pytaniem: czy możesz posiąść Mojo, nie dając się temu podporządkować? Wielu próbuje. Niewielu wychodzi. A ty… – jego oczy zabłysły, – ty masz w sobie coś, czego inni nie mają.

W tym momencie zza ścian rozległ się szmer – niemal szept macki, które poruszały się w powietrzu, jakby coś nadchodziło. Selena poczuła, że pierwszy raz jest naprawdę w centrum tej legendy – w miejscu, gdzie mit staje się rzeczywistością, gdzie każde zdarzenie z sieci, każde zaginione dziecko, każda opowieść o Mojo zbiera się w jednym punkcie: tutaj, w Arkadii Rebis.

...

Artykuł 4. Łańcuszek Mojo

Selena siedziała przy komputerze w swoim mieszkaniu. W dłoni trzymała kubek herbaty, dawno już zimnej. Przeglądała forum „Ziarno Prawdy”, które miało być prostym zbiorem komentarzy, a stało się czymś zupełnie innym: internetowym głuchym telefonem, w którym listy łańcuszki, miejskie legendy i pogłoski mieszały się w jedną pulsującą, nieprzewidywalną sieć.

— To wszystko… — mruknęła, przewijając kolejne wpisy. — Wszystko może być częścią Mojo. Albo pochodzić od niego.

Legenda żyła własnym życiem. Im więcej komentarzy, tym bardziej realna stawała się w świadomości mieszkańców. Każda historia — nawet najbardziej absurdalna — zaczynała znaczyć coś więcej, gdy zestawić ją z pożarem biblioteki, zaginionymi dziećmi i obserwacjami Luciena. Niektóre wpisy były szczególnie złowrogie: „Złoczyńcy napadają na dzieci, krzywdzą je w zależności od odpowiedzi na pytanie: jaki masz zeszyt?” Albo „Śmierć współlokatorki. Kot w mikrofalówce. Trupia suknia”.

Wszystko splatało się w jedną całość. Ale gdzie była prawda? Postanowiła pójść dalej. Sama legenda nie wystarczała — trzeba było dotrzeć do źródła. Każdy wpis prowadził do kolejnego miejsca, kolejnej historii, prawdziwej albo fałszywej. Razem tworzyły mapę chaosu, który Mojo potrafiło wzbudzać w ludziach.

Pierwszy przystanek był oczywisty: park, w którym ostatnio widziano Mojo. Lampy uliczne rzucały długie, falujące cienie. Każdy szelest liści wywoływał niepokój, przywołując obrazy czarnej wołgi, kotów w butelkach, szczurów w klozecie i ludzi znikających bez śladu. W oddali pojawiła się sylwetka — wysoka, smukła postać w garniturze, z całkowicie pustą twarzą. Macki poruszały się w powietrzu, jakby badały teren. Serce przyspieszyło. Mojo nie potrzebowało dowodów ani świadków. Internet, legenda i rzeczywistość stapiały się w jedno. Na skraju parku stał Lucien, jakby przewidział każdy ruch.

— Widzę, że zanurzyłaś się w podsłuchu sieci — powiedział cicho. — Legendy, pogłoski, łańcuszki… to wszystko jest częścią Mojo. To, co ludzie czytają, kształtuje miasto. Każde kliknięcie wzmacnia jego obecność.

— Więc to nie jest tylko zabawa? — padło pytanie.

— To laboratorium świadomości. Mojo bada ludzkie lęki, pragnienia i słabości. Jeśli zrozumiesz mechanizm, możesz spróbować je powstrzymać. Ale pamiętaj — żyje dzięki uwadze. Gdy przestaniesz patrzeć, zniknie… albo wymknie się spod kontroli.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 46.38