E-book
4.73
drukowana A5
21.54
drukowana A5
Kolorowa
45.05
OPOWIEŚCI Z SERCA PISANE

Bezpłatny fragment - OPOWIEŚCI Z SERCA PISANE


Objętość:
78 str.
ISBN:
978-83-8440-417-1
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 21.54
drukowana A5
Kolorowa
za 45.05

Kruchość materialnego świata

Idę sobie drogą

Jestem w centrum

Obcego mi miasta

W eleganckim garniturze

Biała koszula czerwony krawat

Na nogach eleganckie lakierki

Wokół otaczają mnie

Wieżowce domy sklepy

Widzę tłum ludzi

Idący w różnych kierunkach

Nagle

Ludzie zaczęli znikać

Rozpływając się

Jak mgła na powietrzu

Wokół mnie zrobiło się pusto

Zapadła cisza jak makiem zasiał

Wtedy wszystkie budynki

Zaczęły się walić

W góry popiołu

Jakby z pyłu były

Nie wiadomo skąd

Otoczył mnie wielki ogień

Na twarzy czułem jego żar

Ogień zaczął zbierać się

W jedno miejsce

Powoli przekształcał się

W postać wielkiego ognistego ptaka

O pięknych szerokich skrzydłach

Długim pięknym ogonem

I wspaniałej grzywiastej głowie

Z zakrzywionym orlim dziobem

Spojrzał na mnie

Swoimi ognistymi oczami

Potem wzbił się i zniknął

Wraz z nim

Zniknął wszelki ślad

Po wielkim mieście

Rozglądam się

Dookoła mnie wielki las

Stoję na środku leśnej polany

Nad de mną piękne niebo

Jest pogodny dzień

Wśród świergotu ptaków

I szmeru liści

Z głębi wyłonił się

Piękny śnieżnobiały koń

Miał na grzbiecie piękne siodło

Jakby zrobione z promieni słońca

Powoli podszedł do mnie

Spojrzał na mnie

Swoimi mądrymi oczami

Potem zniżył głowę

Podszedłem obejmując

Delikatnie jego łeb

Oparłem czoło na jego głowie

Zamknąłem oczy

Zobaczyłem piękno przestworzy

Słońce skąpane w chmurach

W wielkim blasku

Odbijających się w nich promieni

Wtedy poczułem że lecę

W tej pięknej scenerii

Na tymże śnieżnobiałym koniu

Który szybował

Na wielkich śnieżnobiałych skrzydłach

Nad de mną pojawił się

Szybujący znany mi już

Olbrzymi ognisty ptak

Z zapartym tchem

Obserwowałem ten fascynujący widok

Spojrzałem w dół

Na ziemi wśród lasów

Stały piękne domy

Z ich kominów

Unosił się biały dym

Poczułem ludzki spokój

Ich duchową ciszę

Życie w Pokoju i harmonii

Serce napełniło się szczęściem

Dalej szybując na skrzydlatym koniu

W towarzystwie ognistego ptaka

Lecieliśmy

Prosto w stronę słońca

Droga człowieka

Światło i mrok

Dzieli ludzki świat

Stoję przed drzwiami

Jakby zawieszony

W wielkiej nicości

Podchodzę do nich

Boję się je otworzyć

Nie wiem co

Za nimi zastanę

Rozglądam się

Cóż jednak

Mogę zobaczyć

W nieskończonej nicości

Chwytam za klamkę

Powoli je otwieram

Ukazuje mi się

Szeroka biała droga

Która jakby

Dzieliła światłość i ciemność

Była ich granicą

Jedna połowa od drogi

Była spowita

Całkowitą ciemnością

Po drugiej stronie

Wielka światłość

Droga szła dokładnie

Między nimi

Obydwie strony były zamglone

Aby nie zobaczyć

Co się za nimi kryje

Wszedłem na tą drogę

Ale nie zamknąłem

Drzwi za sobą

Żebym mógł wrócić

Chciałem zrobić krok

Ale coś mi na to

Nie pozwalało

Jakby mur ze szkła

Odwracam się do drzwi

Patrzę na nie

W końcu je zamykam

Drzwi rozpływają się

Na moich oczach

Po prostu znikły

Odwracam się

A z mroku i światłości

Wychodzą dwie postacie

Jedna piękna świetlista

Ubrana w śnieżnobiałą szatę

Z odkrytą głową

O pięknym świetlistym obliczu

Druga ciemna i ponura

W czarnym postrzępionym habicie

Z kapturem na głowie

Biała postać przy światłości

Czarna przy mroku

Żadna jednak

Nie stanęła na drodze

Obróciły się w moim kierunku

Obserwując mnie uważnie

A dalej

Wielka tajemnica

Tajemnica naszych wyborów

Od naszych wyborów

Zależy w czyje ręce trafimy

Mroczne czy świetliste

W dużej mierze

Od czystości naszych serc

Naszych sumień

Czystości myśli

Kto posiada w sobie

Dobroć empatię

Miłość uczuć wyższych

Radość dziecka w duszy

Ten nie ma

Czego się obawiać

Tylko dlaczego

W dzisiejszych czasach

Takich ludzi

Jest tak bardzo mało

Bardzo mnie to smuci

Dlatego o was walczę

Sercem i piórem

To mój jedyny oręż

W walce

O wasze dusze

W istocie człowieczeństwa

Wilki mojej duszy

Przeszłość mnie gnębi

Bestię w postaci

Czarnego wilka

Z ognistymi oczyma

Mrok i zgubę niosący

Z pyska żywym ogniem zieje

Który parzy mnie

Duszę dręcząc

Próbuje ją poszarpać

Swymi ohydnymi kłami

Aby strącić mnie

W otchłań piekieł

Doprowadził mnie

Do pełnego upadku

Gdy straciłem wszelką nadzieję

Nagle światło ujrzałem

Z niej śnieżnobiały

Wilk wyskoczył

O szczerym i mądrym spojrzeniu

Swoich niebieskich oczu

Uderzył z impetem

W czarnego wilka

Który jak pocisk

Wystrzelił wysoko w górę

Z wielkim hukiem

Na ziemię spadł

Nie wiadomo skąd

Klatka się pojawiła

Zamykająca piekielnego wilka

W swoim wnętrzu

Biały odwrócił się

Podszedł do mnie

Zaczął pyskiem mnie szturchać

Leżąc resztkami sił

Uniosłem głowę

On chwycił

Zębami za kołnierz

Delikatnie mnie podnosząc

Ukląkłem patrząc mu

Prosto w jego przejrzyste oczy

Wilk przekręcił głowę

Spokojnie mnie obserwując

Usłyszałem spokojny kojący głos

Nie bierz na siebie

To czego nie uczyniłeś

Na te słowa

Bestia w klatce

Zaczęła szaleć

Wstałem powoli

Podszedłem do białego wilka

Skłoniłem się mu

On oddał mi ukłon

Znów słyszę głos

Idź dalej swoją drogą

Nigdy z niej nie zbaczaj

Rozglądam się

Wszystko nagle zniknęło

Drgnąłem

Znów zasnąłem

Na swoim wózku

Deszcz zaczyna padać

Czas do domu

Jestem w zielonym parku

Niedaleko domu

Po drodze myśl mnie naszła

Każdy z nas

Ma w sobie dwa wilki

Czarnego bestię z piekła rodem

Białego w światłości kroczącego

Zapamiętajcie

Ten będzie przy nas

Którego karmić będziemy

Dobro i zło

Odwieczna walka w nas samych

O dusze nasze

Aleja gwiazd

Zamykam oczy

Zatapiam się

W głębie swoich myśli

Widzę piękną jasną noc

Widzę drogę

Po której jadę motocyklem

Na sobie garnitur

Biała koszula krawat i płaszcz

Jadę spokojnie przed siebie

Tak naprawdę

Nie wiem dokąd

W jednej chwili

Droga unosić się zaczyna

Nagle jadę wśród gwiazd

Niczym po szerokiej wstędze

Wijącej się między nimi

Jadę aleją gwiazd

Pode mną plejady

Nade mną mkną

Płonące asteroidy

Gdzieś z boku

Przemknęła kometa

Widzę jak pod drogą

Rozpoczyna się

Ocean ognia

Słyszę straszne krzyki

Prośby i błagania

Widzę w tym ogniu

Czarne ruiny wielkich miast

Ludzi biegających bez końca

Jakby przed czymś uciekali

Nagle złowrogi głos słyszę

Będziesz mój

Ale ja się nie boję

Przejeżdżam spokojnie

Kraina ognia zniknęła

Znów jadę aleją gwiazd

Mam uczucie

Jakby one mnie witały

Mijam cudne galaktyki

Nieznane mi planety

Piękne różnobarwne mgławice

Droga kieruję się

Ku olbrzymiej światłości

Aż przymrużam oczy

Powoli przyzwyczajam się

Do tej jasności

Wszystko wokół mnie

Jest przepiękne

Gra kolorów zachwyca

Powoli mijam

Wielką piękną bramę

Wielkie świetliste

Białe obłoki

Niczym wielki płot

Zasłaniają wszystko

Oprócz bramy

Światłość tak

Jak się pojawiła

Tak i znikła

Po tym poczułem się

Lekki niczym piórko

Serce śpiewa

Dusza radośnie wtóruje

Jadę dalej aleją gwiazd

Jakby bez końca

W wielkiej nieskończoności

Prowadzi mnie dalej

Przepełnia mnie

Duchowością i nowymi siłami

Otwieram nagle oczy

Rozglądam się

Jestem w swoim łóżku

Powoli wstaje dzień

Usiadłem na łóżku

Patrzę przez okno

Znów płynę motocyklem

Aleją gwiazd

Teraz ku wschodzącemu słońcu

Nowy początek

Śmierć pojawiła się

Tuż przed demną

W czarnej todze

Z głową zasłoniętą

Dużym czarnym kapturem

W ręku kosa

Tak ciemna jak ona

Chodź

Powiedziała do mnie

Wskazując ukrytą

W rękawie ręką

Mój kierunek

Wstaję idę za nią

Ciemność nas otoczyła

Prowadzi mnie

Mroczną drogą

Nagle zatrzymuje się

Rozgląda się powoli

Pojawia się z nikąd mgła

Biała jak śnieg

Z jej wnętrza przebijały się

Promienie ciepłego światła

Wyszedł z niej mały chłopiec

Odziany w białą szatę

Twarz ma smutną

Z jego oczu po policzkach

Łzy jak potok lecą

Patrzy na mnie

Bez słowa

Ku mnie wyciąga złożone

Swoje małe rączki

Otwiera je

A w nich mały płomyk

Który w tej ciemności

Świecił jak gwiazda

Upadam na kolana

Wyciągam do niego ręce

On podchodzi

Jego płomyk wchłania

Moje serce

Przytulam go mocno

W tym momencie

Śmierć rozpływa się jak mgła

Patrzę na twarz chłopca

A to moja twarz z dzieciństwa

On niczym duch

Łączy się ze mną

Wnikając w me serce

Zamykam oczy

Po chwili otwieram

Leżę na swoim łóżku

A przy mnie

Radosne twarze

Dzieci i żony

Synek najmłodszy

Wtulił się we mnie

Poczułem wyraźną zmianę

W sobie samym

Jaśniej patrzę na świat

Wszystko wróciło do normalności

Może jednak nie do końca

Może to był tylko sen

Nie daje mi to spokoju

Po dłuższym zastanowieniu

Chyba jednak nie

Po prostu zrozumiałem

Ten przekaz jest

Dla wszystkich

Przesłanie piękna nieskończoności

W spokojną gwieździstą noc

Siedzę przed oknem

Na swoim łóżku

Mam dziwny nastrój

Taki do rozmyślań

Zamykam oczy

Zaczynam się unosić

Widzę sam siebie

Jak przenikam przez dach

Lecę w górę coraz wyżej

Miasto jest już tylko

Małym światełkiem

Na olbrzymiej Ziemi

Patrzę przed siebie

Widzę miliony gwiazd

Niczym diamenty

Rozrzucone dookoła

Które mienią się

Różnymi kolorami

Jakby ktoś je podświetlał

Lecę dalej

Mijamy wspaniałe dostojne planety

Widzę ich piękno

Ich blask

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.73
drukowana A5
za 21.54
drukowana A5
Kolorowa
za 45.05