Kruchość materialnego świata
Idę sobie drogą
Jestem w centrum
Obcego mi miasta
W eleganckim garniturze
Biała koszula czerwony krawat
Na nogach eleganckie lakierki
Wokół otaczają mnie
Wieżowce domy sklepy
Widzę tłum ludzi
Idący w różnych kierunkach
Nagle
Ludzie zaczęli znikać
Rozpływając się
Jak mgła na powietrzu
Wokół mnie zrobiło się pusto
Zapadła cisza jak makiem zasiał
Wtedy wszystkie budynki
Zaczęły się walić
W góry popiołu
Jakby z pyłu były
Nie wiadomo skąd
Otoczył mnie wielki ogień
Na twarzy czułem jego żar
Ogień zaczął zbierać się
W jedno miejsce
Powoli przekształcał się
W postać wielkiego ognistego ptaka
O pięknych szerokich skrzydłach
Długim pięknym ogonem
I wspaniałej grzywiastej głowie
Z zakrzywionym orlim dziobem
Spojrzał na mnie
Swoimi ognistymi oczami
Potem wzbił się i zniknął
Wraz z nim
Zniknął wszelki ślad
Po wielkim mieście
Rozglądam się
Dookoła mnie wielki las
Stoję na środku leśnej polany
Nad de mną piękne niebo
Jest pogodny dzień
Wśród świergotu ptaków
I szmeru liści
Z głębi wyłonił się
Piękny śnieżnobiały koń
Miał na grzbiecie piękne siodło
Jakby zrobione z promieni słońca
Powoli podszedł do mnie
Spojrzał na mnie
Swoimi mądrymi oczami
Potem zniżył głowę
Podszedłem obejmując
Delikatnie jego łeb
Oparłem czoło na jego głowie
Zamknąłem oczy
Zobaczyłem piękno przestworzy
Słońce skąpane w chmurach
W wielkim blasku
Odbijających się w nich promieni
Wtedy poczułem że lecę
W tej pięknej scenerii
Na tymże śnieżnobiałym koniu
Który szybował
Na wielkich śnieżnobiałych skrzydłach
Nad de mną pojawił się
Szybujący znany mi już
Olbrzymi ognisty ptak
Z zapartym tchem
Obserwowałem ten fascynujący widok
Spojrzałem w dół
Na ziemi wśród lasów
Stały piękne domy
Z ich kominów
Unosił się biały dym
Poczułem ludzki spokój
Ich duchową ciszę
Życie w Pokoju i harmonii
Serce napełniło się szczęściem
Dalej szybując na skrzydlatym koniu
W towarzystwie ognistego ptaka
Lecieliśmy
Prosto w stronę słońca
Droga człowieka
Światło i mrok
Dzieli ludzki świat
Stoję przed drzwiami
Jakby zawieszony
W wielkiej nicości
Podchodzę do nich
Boję się je otworzyć
Nie wiem co
Za nimi zastanę
Rozglądam się
Cóż jednak
Mogę zobaczyć
W nieskończonej nicości
Chwytam za klamkę
Powoli je otwieram
Ukazuje mi się
Szeroka biała droga
Która jakby
Dzieliła światłość i ciemność
Była ich granicą
Jedna połowa od drogi
Była spowita
Całkowitą ciemnością
Po drugiej stronie
Wielka światłość
Droga szła dokładnie
Między nimi
Obydwie strony były zamglone
Aby nie zobaczyć
Co się za nimi kryje
Wszedłem na tą drogę
Ale nie zamknąłem
Drzwi za sobą
Żebym mógł wrócić
Chciałem zrobić krok
Ale coś mi na to
Nie pozwalało
Jakby mur ze szkła
Odwracam się do drzwi
Patrzę na nie
W końcu je zamykam
Drzwi rozpływają się
Na moich oczach
Po prostu znikły
Odwracam się
A z mroku i światłości
Wychodzą dwie postacie
Jedna piękna świetlista
Ubrana w śnieżnobiałą szatę
Z odkrytą głową
O pięknym świetlistym obliczu
Druga ciemna i ponura
W czarnym postrzępionym habicie
Z kapturem na głowie
Biała postać przy światłości
Czarna przy mroku
Żadna jednak
Nie stanęła na drodze
Obróciły się w moim kierunku
Obserwując mnie uważnie
A dalej
Wielka tajemnica
Tajemnica naszych wyborów
Od naszych wyborów
Zależy w czyje ręce trafimy
Mroczne czy świetliste
W dużej mierze
Od czystości naszych serc
Naszych sumień
Czystości myśli
Kto posiada w sobie
Dobroć empatię
Miłość uczuć wyższych
Radość dziecka w duszy
Ten nie ma
Czego się obawiać
Tylko dlaczego
W dzisiejszych czasach
Takich ludzi
Jest tak bardzo mało
Bardzo mnie to smuci
Dlatego o was walczę
Sercem i piórem
To mój jedyny oręż
W walce
O wasze dusze
W istocie człowieczeństwa
Wilki mojej duszy
Przeszłość mnie gnębi
Bestię w postaci
Czarnego wilka
Z ognistymi oczyma
Mrok i zgubę niosący
Z pyska żywym ogniem zieje
Który parzy mnie
Duszę dręcząc
Próbuje ją poszarpać
Swymi ohydnymi kłami
Aby strącić mnie
W otchłań piekieł
Doprowadził mnie
Do pełnego upadku
Gdy straciłem wszelką nadzieję
Nagle światło ujrzałem
Z niej śnieżnobiały
Wilk wyskoczył
O szczerym i mądrym spojrzeniu
Swoich niebieskich oczu
Uderzył z impetem
W czarnego wilka
Który jak pocisk
Wystrzelił wysoko w górę
Z wielkim hukiem
Na ziemię spadł
Nie wiadomo skąd
Klatka się pojawiła
Zamykająca piekielnego wilka
W swoim wnętrzu
Biały odwrócił się
Podszedł do mnie
Zaczął pyskiem mnie szturchać
Leżąc resztkami sił
Uniosłem głowę
On chwycił
Zębami za kołnierz
Delikatnie mnie podnosząc
Ukląkłem patrząc mu
Prosto w jego przejrzyste oczy
Wilk przekręcił głowę
Spokojnie mnie obserwując
Usłyszałem spokojny kojący głos
Nie bierz na siebie
To czego nie uczyniłeś
Na te słowa
Bestia w klatce
Zaczęła szaleć
Wstałem powoli
Podszedłem do białego wilka
Skłoniłem się mu
On oddał mi ukłon
Znów słyszę głos
Idź dalej swoją drogą
Nigdy z niej nie zbaczaj
Rozglądam się
Wszystko nagle zniknęło
Drgnąłem
Znów zasnąłem
Na swoim wózku
Deszcz zaczyna padać
Czas do domu
Jestem w zielonym parku
Niedaleko domu
Po drodze myśl mnie naszła
Każdy z nas
Ma w sobie dwa wilki
Czarnego bestię z piekła rodem
Białego w światłości kroczącego
Zapamiętajcie
Ten będzie przy nas
Którego karmić będziemy
Dobro i zło
Odwieczna walka w nas samych
O dusze nasze
Aleja gwiazd
Zamykam oczy
Zatapiam się
W głębie swoich myśli
Widzę piękną jasną noc
Widzę drogę
Po której jadę motocyklem
Na sobie garnitur
Biała koszula krawat i płaszcz
Jadę spokojnie przed siebie
Tak naprawdę
Nie wiem dokąd
W jednej chwili
Droga unosić się zaczyna
Nagle jadę wśród gwiazd
Niczym po szerokiej wstędze
Wijącej się między nimi
Jadę aleją gwiazd
Pode mną plejady
Nade mną mkną
Płonące asteroidy
Gdzieś z boku
Przemknęła kometa
Widzę jak pod drogą
Rozpoczyna się
Ocean ognia
Słyszę straszne krzyki
Prośby i błagania
Widzę w tym ogniu
Czarne ruiny wielkich miast
Ludzi biegających bez końca
Jakby przed czymś uciekali
Nagle złowrogi głos słyszę
Będziesz mój
Ale ja się nie boję
Przejeżdżam spokojnie
Kraina ognia zniknęła
Znów jadę aleją gwiazd
Mam uczucie
Jakby one mnie witały
Mijam cudne galaktyki
Nieznane mi planety
Piękne różnobarwne mgławice
Droga kieruję się
Ku olbrzymiej światłości
Aż przymrużam oczy
Powoli przyzwyczajam się
Do tej jasności
Wszystko wokół mnie
Jest przepiękne
Gra kolorów zachwyca
Powoli mijam
Wielką piękną bramę
Wielkie świetliste
Białe obłoki
Niczym wielki płot
Zasłaniają wszystko
Oprócz bramy
Światłość tak
Jak się pojawiła
Tak i znikła
Po tym poczułem się
Lekki niczym piórko
Serce śpiewa
Dusza radośnie wtóruje
Jadę dalej aleją gwiazd
Jakby bez końca
W wielkiej nieskończoności
Prowadzi mnie dalej
Przepełnia mnie
Duchowością i nowymi siłami
Otwieram nagle oczy
Rozglądam się
Jestem w swoim łóżku
Powoli wstaje dzień
Usiadłem na łóżku
Patrzę przez okno
Znów płynę motocyklem
Aleją gwiazd
Teraz ku wschodzącemu słońcu
Nowy początek
Śmierć pojawiła się
Tuż przed demną
W czarnej todze
Z głową zasłoniętą
Dużym czarnym kapturem
W ręku kosa
Tak ciemna jak ona
Chodź
Powiedziała do mnie
Wskazując ukrytą
W rękawie ręką
Mój kierunek
Wstaję idę za nią
Ciemność nas otoczyła
Prowadzi mnie
Mroczną drogą
Nagle zatrzymuje się
Rozgląda się powoli
Pojawia się z nikąd mgła
Biała jak śnieg
Z jej wnętrza przebijały się
Promienie ciepłego światła
Wyszedł z niej mały chłopiec
Odziany w białą szatę
Twarz ma smutną
Z jego oczu po policzkach
Łzy jak potok lecą
Patrzy na mnie
Bez słowa
Ku mnie wyciąga złożone
Swoje małe rączki
Otwiera je
A w nich mały płomyk
Który w tej ciemności
Świecił jak gwiazda
Upadam na kolana
Wyciągam do niego ręce
On podchodzi
Jego płomyk wchłania
Moje serce
Przytulam go mocno
W tym momencie
Śmierć rozpływa się jak mgła
Patrzę na twarz chłopca
A to moja twarz z dzieciństwa
On niczym duch
Łączy się ze mną
Wnikając w me serce
Zamykam oczy
Po chwili otwieram
Leżę na swoim łóżku
A przy mnie
Radosne twarze
Dzieci i żony
Synek najmłodszy
Wtulił się we mnie
Poczułem wyraźną zmianę
W sobie samym
Jaśniej patrzę na świat
Wszystko wróciło do normalności
Może jednak nie do końca
Może to był tylko sen
Nie daje mi to spokoju
Po dłuższym zastanowieniu
Chyba jednak nie
Po prostu zrozumiałem
Ten przekaz jest
Dla wszystkich
Przesłanie piękna nieskończoności
W spokojną gwieździstą noc
Siedzę przed oknem
Na swoim łóżku
Mam dziwny nastrój
Taki do rozmyślań
Zamykam oczy
Zaczynam się unosić
Widzę sam siebie
Jak przenikam przez dach
Lecę w górę coraz wyżej
Miasto jest już tylko
Małym światełkiem
Na olbrzymiej Ziemi
Patrzę przed siebie
Widzę miliony gwiazd
Niczym diamenty
Rozrzucone dookoła
Które mienią się
Różnymi kolorami
Jakby ktoś je podświetlał
Lecę dalej
Mijamy wspaniałe dostojne planety
Widzę ich piękno
Ich blask