E-book
11.03
drukowana A5
47.66
Operacja kukułka

Bezpłatny fragment - Operacja kukułka


Objętość:
230 str.
ISBN:
978-83-8455-055-7
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 47.66

Polska, 2022–2023. Milion uchodźców. PESEL-e wydawane w godzinę. Szkoły, które przyjmują bez pytań. System, który nie sprawdza — bo pomaga. Major Eryk Gryń z polskiego kontrwywiadu trafia na ślad operacji, w której nic nie jest tym, czym się wydaje. Dzieci bez twarzy. Adresy bez ludzi. Kobieta, która znika. I cień rosyjskiej gry, której nikt nie traktuje poważnie — bo kto podejrzewa uchodźców. Kto podejrzewa dzieci.


Kontynuacja książki „Kryptonim Mirza”.


Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

Rozdział 1 Woskowy człowiek

Godzina 6.00 czwartek 24 lutego 2022 roku. Wiadomości Polsat News. Na ekranie pojawił się Putin. Siedział za biurkiem jak posąg z wosku. Twarz bez wyrazu. Oczy martwe.


— Podjąłem decyzję o przeprowadzeniu specjalnej operacji wojskowej — mówił. — Jej celem jest ochrona ludzi, którzy od ośmiu lat są ofiarami ludobójstwa ze strony reżimu kijowskiego. W tym celu będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy.


Bełkot. Słowa, które nic nie znaczyły i które znaczyły wszystko. Demilitaryzacja. Denazyfikacja. Specjalna operacja. Tak się teraz nazywało wojny. Specjalnymi operacjami.


Na kanapie w mieszkaniu przy Grochowskiej siedział mężczyzna w dresie i patrzył na ekran. Eryk Gryń. Czterdzieści pięć lat. Metr osiemdziesiąt. Łysy od trzydziestki, co oszczędzało mu przynajmniej wizyt u fryzjera. Major kontrwywiadu, aktualnie na zwolnieniu lekarskim.


Wczoraj karetka zabrała go z biura. Podejrzenie udaru. Tomografia nic nie wykazała. Lekarz na izbie przyjęć, młody chłopak, który wyglądał jakby sam potrzebował pomocy medycznej, powiedział mu, żeby odpoczął. Stres. Przepracowanie. Niech pan weźmie urlop, panie majorze — to usłyszał Eryk.


Gryń siedział teraz na kanapie i patrzył na Putina. Czuł, jak coś dzieje się z jego organizmem. Serce biło za szybko. Oddech płytki, urywany. Hiperwentylacja. Znał ten mechanizm teoretycznie — układ współczulny, adrenalina, reakcja walcz albo uciekaj — ale nigdy wcześniej nie doświadczył go na własnej skórze. Dwadzieścia lat w wojsku, sześć na placówkach, gdzie ludzie ginęli za nic, i nigdy tak nie miał.


Może to jednak udar, pomyślał. Może tomografia się myliła.


Putin mówił dalej. O historycznej Rosji. O braterstwie narodów. O tym, że Ukraina to sztuczny twór Lenina.


Gryń wstał i poszedł do kuchni. Odkręcił kran. Zimna woda. Umył twarz. W oknie naprzeciwko ktoś zapalił światło. Szósta rano, ludzie wstawali do pracy.


***


W tym samym czasie, osiemset kilometrów na południowy wschód, we Lwowie, na kanapie w wynajmowanym mieszkaniu siedziała kobieta i patrzyła na Kanał 5.


Nazywała się Oksana Melnyk. Mogła mieć czterdzieści osiem albo pięćdziesiąt dwa lata. Rude włosy, farbowane. Na głowie trwała, którą ostatnio robiła w grudniu u Ludmiły na Sumskiej, jeszcze w Charkowie. Ludmiła powiedziała wtedy, że wojna to propaganda, że Putin blefuje, że nikt nie jest taki głupi, żeby napadać na czterdziestomilionowy kraj.


Oksana miała szeroką, płaską twarz. Słowiańską twarz. Oczy piwne, zmęczone. Worki pod oczami, bo ostatnio źle spała. Mały nos. Makijaż — taki ruski makijaż, zbyt dużo różu, zbyt wyraziste usta, ale kobiety w jej wieku tak się malowały w Charkowie i ona nie zamierzała być inna.


Duża dupa. Małe cycki. Metr siedemdziesiąt wzrostu.


Na ekranie eksperci omawiali przemówienie Putina. Mówili o kolumnach pancernych, o ogniskach oporu, o tym, że Kijów może upaść w trzy dni. Oksana spojrzała na spakowane torby stojące przy drzwiach. Jedna duża, sportowa, sześćdziesięcio litrowa.


Druga torba była mała, podróżna, taka jak do samolotu. Oksana nigdy nie latała samolotem.


Wstała z kanapy i poszła do kuchni zrobić sobie śniadanie. W lodówce były jajka, ser, trochę kiełbasy. Za oknem wschodziło słońce. Było minus pięć stopni. Piękny zimowy poranek. We Lwowie jeszcze nie spadły bomby.


***


Dworzec kolejowy we Lwowie, 26 lutego 2022 r. Godzina 10 rano.


Tłum. Tysiące ludzi. Dziesiątki tysięcy. Kobiety z dziećmi, starcy, młode dziewczyny z plecakami, matki z niemowlętami w nosidełkach, babcie w futrach, które pewnie kosztowały kiedyś fortunę, a teraz służyły jako koce. Peron numer trzy. Pociąg do Przemyśla, czyli pociąg do życia. Bo za Przemyślem jest granica, a za granicą jest Unia Europejska, a w Unii Europejskiej nie spadają bomby.


Oksana przepychała się przez tłum. Torba sportowa na ramieniu, torba podróżna w ręce. Ktoś nadepnął jej na stopę. Ktoś inny pchnął łokciem. Dziecko gdzieś płakało. Wiele dzieci płakało. Cały peron płakał.


Drzwi pociągu były trzy metry przed nią. Potem dwa. Potem znowu pięć, bo tłum się cofnął, bo jacyś ludzie próbowali się wcisnąć, bo kobieta z dzieckiem zemdlała i ludzie odsuwali się, robiąc jej miejsce.


Oksana nie dała rady.


Usiadła na torbie na peronie. Nie było gdzie indziej usiąść. Ławki zajęte od rana, ludzie siedzieli na walizkach, na plecakach, na ziemi. Zimno szło od betonu przez dżinsy, przez majtki, przez tyłek, do kości. Oksana siedziała i patrzyła, jak pociąg do Przemyśla odjeżdża bez niej.


Następny za trzy godziny.


Może się zmieści. Może nie.


***


Przemyśl. 26 lutego 2022 r. Godzina 23.


Zmieściła się. W trzecim pociągu. Stała przez cztery godziny w korytarzu, ściśnięta między plecami jakiejś kobiety w ciąży a walizką na kółkach, która wbijała jej się w uda. Teraz była w Polsce. Miała w ręce zaświadczenie o przekroczeniu granicy; papier formatu A4, stempel, data, podpis.


Dworzec w Przemyślu wyglądał jak dworzec we Lwowie, tylko mniejszy i z polskimi napisami. Ten sam tłum. Te same płaczące dzieci. Te same zmęczone twarze.


Oksana wyszła z budynku dworca. Stała na chodniku i nie wiedziała, co robić. Gdzie iść. Komu powiedzieć, że przyjechała. Komu powiedzieć, że żyje.


— Potrzebujesz pomocy?


Młoda dziewczyna. Dwadzieścia, może dwadzieścia dwa lata. Blond włosy, kucyk. Żółta kamizelka z napisem POMOC. W rękach trzymała kubek.


— Herbata — powiedziała dziewczyna. — Ciepła. Weź.


Oksana wzięła kubek. Herbata była gorąca i słodka. Ktoś wsypał za dużo cukru. Najlepsza herbata, jaką Oksana piła w życiu.


— Chodź — powiedziała dziewczyna. — Tam jest namiot. Jedzenie. Ciepło.


Oksana poszła za dziewczyną. Jakiś facet podszedł i bez słowa wziął od niej torbę sportową. Polak. Wąsy. Około pięćdziesięciu lat. Kurtka puchowa, trochę za ciasna w brzuchu. Typowy polski Janusz, z tych co jeżdżą na działki w weekendy i piją piwo przy grillu.


W namiocie było ciepło i pachniało jedzeniem. Oksana usiadła przy składanym stole. Ktoś postawił przed nią plastikową tackę. Kiełbasa. Musztarda. Kromka chleba.


Oksana jadła. Facet z wąsami — ten, który niósł jej torbę — stał obok i patrzył. Nie w sposób nieprzyjemny. Po prostu patrzył, jak je. Jakby widok głodnej kobiety jedzącej kiełbasę z musztardą był czymś, na co trzeba popatrzeć.


— Masz gdzie jechać?


Oksana podniosła głowę. Nie zrozumiała.


Facet przeszedł na łamany rosyjsko-polski:


— Rodzina? W Polsze? Masz?


Oksana pokręciła głową. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Nie chciała płakać. Nie przy obcych. Ale płakała.


— Syn — powiedziała po rosyjsku. — Wzięli go do armii. Tydzień temu. Nie wiem, gdzie jest. Mąż umarł. Rak. Dwa lata temu.


Facet słuchał. Może rozumiał połowę. Może jedną trzecią. Ale słuchał.


— Skąd jesteś? — zapytał.


— Charków.


— Bomby?


— Tak. Uciekłam.


Cisza. Facet wyciągnął rękę.


— Jacek Urbański. Mam masarnię koło Piotrkowa Trybunalskiego. Wiesz gdzie?


Oksana nie wiedziała. Pokręciła głową.


— Niedaleko. Ze 4 godziny jazdy. Jak skończę tu rozdawać żywność, mogę cię zabrać. Masz gdzie spać?


Oksana znowu pokręciła głową. Łzy leciały po policzkach. Jacek Urbański, właściciel masarni koło Piotrkowa Trybunalskiego, człowiek z wąsami i kurtką puchową za ciasną w brzuchu, patrzył na nią i też miał łzy w oczach.


— Dobra — powiedział. — Dobra. Poczekaj tu. Idź do tamtego namiotu. — Pokazał ręką. — Orange. Dadzą ci kartę do telefonu. Potem wracaj. Pojedziesz ze mną.


***


Namiot Orange. Pomarańczowe ściany. Pomarańczowe logo. Młody chłopak za składanym stołem. Długie włosy, sięgające ramion. Kolczyk w uchu.


— Imię?


— Oksana.


— Nazwisko?


— Melnyk.


— Numer ukraiński masz?


Oksana podyktowała numer.


Chłopak zapisał wszystko na kartce. Nie było żadnego formularza, żadnego systemu komputerowego. Wziął od niej dane na gębę, jak to się mówiło w Polsce, i wręczył jej kartę SIM w plastikowym opakowaniu.


— Włóż do telefonu — powiedział. — Pięćset darmowych minut na ukraińskie numery. Kyivstar, Lifecell, Vodafone. SMS-y bez limitu. Trzydzieści giga internetu.


Oksana patrzyła na niego ze zdziwieniem.


— Darmowe?


— Darmowe.


— Nic nie płacę?


— Nic.


Oksana uśmiechnęła się. Pierwszy uśmiech od trzech dni.


***


27 lutego 2022 r. Godzina 15.


Renault Master zatrzymał się przed domem jednorodzinnym na przedmieściach Piotrkowa Trybunalskiego. Bliźniak. Biała elewacja. Brązowy dach. Trawnik przysypany śniegiem. Tuja przy płocie.


Jacek wyłączył silnik.


— Tu mieszkam — powiedział.


Drzwi domu otworzyły się. Wyszła kobieta. Pięćdziesiąt lat, może pięćdziesiąt pięć. Krótkie włosy, siwe pasemka. Sweter w romby. Twarz zmęczoną od prowadzenia domu i masarni, i nie od dziś.


Marta Urbańska patrzyła na Oksanę wysiadającą z busa. Na jej wielką sportową torbę. Na jej zmęczoną twarz. Na jej tanie dżinsy i kurtkę z tureckim futerkiem. Patrzyła i próbowała zrozumieć, co ta kobieta robi na podjeździe jej domu.


— Jacek — powiedziała. — Kto to?


— Uchodźczyni. Oksana. Z Charkowa.


Marta nic nie powiedziała. Podeszła, wzięła torbę Oksany — ciężką, cholera, co ta kobieta tam trzyma — i poszła do domu.


Przy kolacji Jacek opowiadał o dwudziestoczterogodzinnej zmianie na dworcu w Przemyślu. O setkach ludzi. O dzieciach w piżamach, które matki nie zdążyły przebrać przed ucieczką. O staruszce w futrze, która miała na nogach kapcie.


Marta słuchała. Oksana siedziała i jadła zupę pomidorową. Milczała.


— Zmienili prawo — powiedział Jacek. — Możesz się zarejestrować. Wyrobić PESEL. Legalnie.


Oksana skinęła głową.


Marta patrzyła na nią. Próbowała zrozumieć, kim jest ta kobieta. Co robiła na Ukrainie. Czy można jej ufać.


— A zawód? — zapytała Marta. — Czym się pani zajmowała?


— Sprzątaczką — powiedziała Oksana. — Byłam sprzątaczką.


— Mąż?


— Umarł. Rak.


— Dzieci?


— Syn. Aleksiej. Dwadzieścia lat.


— I gdzie on jest?


— Wzięli go do wojska.


Cisza. Marta wstała od stołu i zaczęła zbierać talerze. Jacek patrzył na żonę. Znał ją od trzydziestu lat. Wiedział, co oznacza ta cisza.


***


Kuchnia. Godzina dwudziesta druga. Oksana była na górze, w pokoju gościnnym.


— Masz ją zawieźć do Łodzi — powiedziała Marta. — Jutro.


— Marta…


— Nie chcę jej tutaj.


— Trzy dni. Daj jej odpocząć. Zarejestruje się, wyrobi PESEL, znajdzie coś w Łodzi.


— Jutro.


Jacek patrzył na żonę.


— Dobrze — powiedział. — Jutro.


Marta skinęła głową i wyszła z kuchni. Jacek został sam. Za oknem padał śnieg.


Dwudziesty siódmy lutego 2022 roku. Trzeci dzień wojny.

Rozdział 2 Maślane oczy

15 marca 2022 r. Łódź, ulica Północna.


Oksana siedziała na kanapie w mieszkaniu, które trudno było nazwać mieszkaniem. Dwadzieścia metrów kwadratowych. Sufit na trzy i pół metra wysokości, jak w starych kamienicach, gdzie kiedyś mieszkała burżuazja, a teraz mieszkali ci, których na nic innego nie było stać. Ściany pokryte tynkiem, który odpadał płatami. W łazience grzyb — czarny, rozłożysty, wyglądający jak mapa jakiegoś nieznanego kontynentu.


Były też plusy. Była sama.


Z mebli miała kanapę i krzesło. Kanapa śmierdziała starym człowiekiem — poprzedni lokator albo umarł, albo trafił do domu opieki, szczegółów nie znała i nie pytała. Krzesło było plastikowe, ogrodowe, białe, z Castoramy albo z Leroy Merlin, jedno z tych krzeseł, które kupuje się na działkę i które po dwóch sezonach nadają się do wyrzucenia.


Mieszkanie należało do kolegi Jacka. Jakiś deweloper z Piotrkowa, który kupił kamienicę za grosze i miał ją przerabiać na lofty. Nie przerobił. Kryzys, pandemia, wojna, zawsze coś. Na razie Oksana mieszkała za darmo. Później się zobaczy.


Otworzyła Telegram na smartfonie. W środku karta SIM, którą dostała ponad dwa tygodnie temu w Przemyślu. Pomarańczowy namiot. Chłopak z długimi włosami. Pięćset darmowych minut. Trzydzieści giga internetu.


Grupa o gotowaniu. Dwieście czterdzieści trzy osoby. Ukrainki, które wymieniały się przepisami. Ktoś zapytał, czy do bigosu dodajemy gałkę muszkatołową.


Oksana odpisała: u mnie w Charkowie nie dawaliśmy.


Odłożyła telefon. Wiedziała, że odbiorca odebrał komunikat. Patrzyła w sufit. Trzy i pół metra nad jej głową pająk tkał pajęczynę. Powoli. Metodycznie. Miał czas.


Oksana też miała czas.


***

Marzec 2022 r. Warszawa, ulica Żwirki i Wigury.


Gabinet szefa. Szafa pancerna w rogu. Okno z żaluzjami, przez które wpadało szare marcowe światło.


Eryk Gryń siedział na krześle i słuchał.


— Jednostka wojskowa 3987 jest rozwiązana — powiedział szef.


Gryń nie odpowiedział. Wiedział to od dwóch tygodni. Wszyscy wiedzieli.


— Wstawiłem się za tobą po tej wpadce. — Szef zrobił pauzę. — To nie twoja wina. Nikt nie zauważył. Nikt nie mógł zauważyć.


Gryń chrząknął. Co miał powiedzieć? Że zauważył? Że czuł, że coś jest nie tak, ale nie potrafił tego nazwać? Że budził się w nocy i myślał o Mirzy, o kamienicy na Bobrowieckiej, o szczegółach, które powinien był połączyć wcześniej?


— Masz tu delegację. — Szef przesunął po biurku kartkę papieru. — Chełm. JW 2398. Dwa miesiące.


Gryń wziął kartkę. Przeczytał. Obserwacja punktów granicznych. Dorohusk-Jagodzin. Zastępstwo na lotnisku w Jasionce.


— Rozumiem — powiedział.


— Nie rozumiesz. — Szef pochylił się do przodu. — Masz zakaz kontaktu z Kingą.


Gryń poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Kinga. Sierżant Jabłońska. Trzy lata razem w terenie.


— Została skoszarowana w Białobrzegach — kontynuował szef. — Masz zakaz kontaktu ze wszystkimi z JW 3987. Ze wszystkimi. To absolutny zakaz.


— Dlaczego?


— Bo Ruscy mimo ewakuacji mogli tu kogoś zostawić. A ty byłeś za blisko. Za bardzo zaangażowany. Za bardzo widoczny.


Cisza. Za oknem przejechał tramwaj. Linia siedemnaście, w kierunku Służewca.


— Dwa miesiące — powiedział szef. — Nie masz prawa być w Warszawie. Ani jeden dzień. Ani jedna godzina. Ucichnie wszystko to dostaniesz nowy przydział. Jasne?


— Jasne.


Gryń wstał. Wziął delegację. Wyszedł z gabinetu. Korytarz. Schody. Portiernia. Brama. Ulica Rakowiecka. Szare marcowe niebo. Ludzie idący do pracy jak w każdy inny dzień.


Dwa miesiące bez Warszawy. Dwa miesiące bez Kingi. Dwa miesiące na prowincji, z dala od wszystkiego, co znał.


Może to i lepiej, pomyślał. Jego organizm dwa tygodnie temu zaczął się buntować — hiperwentylacja, serce bijące za szybko, ręce, które drżały bez powodu. Organizm wiedział coś, czego Eryk nie chciał przyjąć do wiadomości.


JW 3987 była jego życiem. Teraz tego życia nie ma.


***

28 marca 2022 r. Łódź, ulica Kościuszki.


Oksana wyszła z budynku Sądu Rejonowego dla Łodzi-Śródmieścia. W ręku trzymała postanowienie. Pieczątka. Podpis. Data.


SSR Ewa Jankowska na posiedzeniu niejawnym orzekła, że Oksana Melnyk, obywatelka Ukrainy, zostaje ustanowiona opiekunem tymczasowym małoletnich: Stefana Czumaczenko, urodzonego 12 kwietnia 2010 roku oraz Piotra Czumaczenko, urodzonego 11 marca 2011 roku.


Formalnie dzieci jej kuzynki, która jest na froncie i służy jako pielęgniarka, ale o to nikt nawet nie zapytał.


Oksana stanęła na chodniku. Patrzyła na dokument. Postanowienie miało ładną niebieską pieczęć z orłem. Pieczęć z nazwiskiem sędziego. Pieczęć urzędnika sądowego. Wzmiankę o prawomocności.


Obok przejechał tramwaj. Żółto-czerwony, łódzki. Linia dziesięć, w kierunku na Chojny.


Oksana uśmiechnęła się do siebie.


Wniosek o ustanowienie opiekuna tymczasowego złożyła dziesięć dni temu. Poszła do sądu, wzięła formularz, wypełniła. Miła pani w okienku powiedziała, że nie musi płacić — sprawy uchodźców są zwolnione z kosztów sądowych. Specustawa. Pomoc dla Ukrainy.


Dziś rano zadzwoniła inna miła pani. Że postanowienie jest gotowe. Że można odebrać z pieczątką. Że nic nie trzeba płacić.


W sądzie jeszcze inna miła pani wręczyła jej dokument. Uścisnęła rękę. Patrzyła maślanymi oczami. Życzyła powodzenia. Pytała, czy mają gdzie mieszkać, czy potrzebują pomocy, czy może skierować do jakiejś fundacji.


Oksana parsknęła śmiechem.


Nie mogła się powstrzymać. Było to silniejsze od niej. Trzy tygodnie w Polsce. Trzy tygodnie uprzejmości, współczucia, maślanych oczu. Ciepła herbata. Darmowa karta SIM. Darmowe postanowienie sądu. Wszyscy chcieli pomóc. Nikt niczego nie sprawdzał. Nikt o nic nie pytał. Nikt z niczego nie kazał się tłumaczyć.


Obok niej przeszedł bezdomny. Stary. Brudny. Cuchnący moczem i tanim winem. Spojrzał na nią. Na jej śmiech. Na jej uśmiech.


Oksana błyskawicznie zmieniła wyraz twarzy. W jej oczach pojawiły się łzy. Suche łzy. Łzy, które nie płynęły, ale które były widoczne. Łzy uchodźczyni, która właśnie dostała opiekę nad siostrzeńcami i jest wzruszona dobrocią obcego kraju.


Bezdomny przeszedł dalej. Nie obejrzał się.


Oksana ruszyła ulicą Kościuszki w kierunku Piotrkowskiej. Tramwaj zadzwonił za jej plecami.


W torebce miała postanowienie sądu z niebieską pieczęcią. Pierwszą cegiełkę.


***

W oknie sądu stała sędzia Ewa Jankowska. Patrzyła na ulicę. Spojrzała na szafę stojącą za nią. Zegarek jaki nosiła na ręku co kilka godzin przypominał jej, że trzeba wstać i się poruszać. Odkąd kiedyś trafiła do szpitala z bólem kręgosłupa przestrzegała tych zaleceń skrupulatnie, tak skrupulatnie jak przepisów Kodeksu Postępowania Cywilnego.


Spojrzała na kobietę z rudymi włosami idącą ulicą. Później znowu na szafę za nią. W szafie były dwie półki cienkich akt. Może sto sztuk, może sto pięćdziesiąt. W każdej wniosek z opieki społecznej, szkoły, z policji lub od życzliwego sąsiada. W każdej krzyk, prośba o reakcje. Z dzieckiem — polskim dzieckiem, coś dzieje się nie tak, trzeba wysłać kuratora i sprawdzić, może odebrać dziecko z rodziny.


Później spojrzała na biurko. Sterta spraw o ustanowienie opiekuna tymczasowego dla dzieci obywateli Ukrainy. Ustawodawca w artykule 25 ustawy z dnia 12 marca 2022 r. dał jej 3 dni na ustanowienie opiekuna prawnego. W tym czasie miała przeprowadzić rozprawę i dowiedzieć się wszystkiego o tym kto chce być opiekunem. W ustawie był też kolejny przepis, że można takie postanowienie wydać na posiedzeniu niejawnym jeśli „okoliczności sprawy nie budzą wątpliwości co do prawidłowego wykonywania tej pieczy i dobro małoletniego się temu nie sprzeciwia”. Z wniosku nigdy nie wynika, że okoliczności sprawy budzą wątpliwości.


Ewa Jankowska przystąpiła do pisania 27-ego już dziś postanowienia o ustanowieniu opiekuna tymczasowego. Sejm kazał jej się spieszyć, więc Ewa się spieszyła. Po co? Tego nikt nie wie. Ewa też nie pytała. Pisała. Sprawy w szafie za nią czekały.


***

Marzec 2022 r. Chełm, ulica Lubelska.


Eryk Gryń stał przy bramie jednostki wojskowej. Wartownia. Szlaban. Młody szeregowy z karabinem.


— Pańskie dokumenty? — zapytał szeregowy.


Gryń pokazał legitymację. Szeregowy zapisał coś w zeszycie. Potem powiedział:


— Proszę poczekać.


Gryń czekał. Pięć minut. Dziesięć. Piętnaście.


Szeregowy wrócił.


— Proszę jeszcze poczekać. Oficer dyżurny musi rozkaz potwierdzić w Warszawie.


Gryń wyszedł na ulicę. Stał przy murze. Marzec, ale zimno jak w lutym. Wiatr od wschodu. Sto kilometrów stąd była granica.


Po pół godzinie wyjął z kieszeni paczkę papierosów. Niebieskie LM-y. Nie palił od początku marca. Prawie miesiąc. Patrzył na paczkę. Kanciasta. Niebieska. Znajoma.


Schował do kieszeni.


Ma silną wolę. Wytrzyma. Paczka ma mu przypominać o nałogu. Ma być symbolem jego silnej woli. Że potrafi mieć coś w kieszeni i nie używać. Że kontroluje swoje impulsy. Że nie jest uzależniony.


Spojrzał na bramę. Szeregowy szedł w jego kierunku. Uśmiechnięty.


— Panie majorze, przepraszam. — Wręczył mu kartkę papieru. — Oficer dyżurny nie chce pana wpuścić. To straszny służbista. Powiedział, żeby pan sobie zrobi spacer po okolicy. Chce potwierdzenie pana rozkazu na piśmie. Mówi, że jest wojna i trzeba dokładnie sprawdzić. Może godzinę to potrwa, może dwie. Przepraszam. Chłopak w mundurze czuł zażenowanie. Gryń też.


Wziął kartkę. Numer telefonu do dyżurki. Nazwisko oficera. Nic więcej.


— Dziękuję — powiedział przez zaciśnięte zęby.


Odszedł. Ulica Lubelska. Stare kamienice. Sklep spożywczy. Bar mleczny. Apteka.


Wyjął paczkę LM-ów z kieszeni. Otworzył. Wziął papierosa. Włożył do ust. Odpalił.


Zaciągnął się dymem.


Wydmuchnął.


Westchnął głęboko.


Mam silną wolę, kurewsko silną wolę. Zaciągnął się głębiej i przyspieszył kroku.


***

Koniec marca 2022 r. Łódź, ulica Krzemieniecka 2B.


Kolejka zaczynała się przy wejściu do budynku i ciągnęła na zewnątrz, wzdłuż chodnika, skręcała za róg i kończyła się gdzieś przy skrzyżowaniu z Limanowskiego. Dwieście osób. Może trzysta. Ukraińcy. Głównie kobiety z dziećmi. Kilku starszych mężczyzn. Walizki. Torby. Plecaki.


Jedna pani w żółtej kamizelce prowadziła listę. Zapisywała nazwiska. Rozdawała numerki. Mówiła, że dzisiaj może się nie zdążyć, ale jutro na pewno, jutro od rana, proszę przyjść o siódmej.


Oksana stała w kolejce od dwóch godzin. Numer 147. Była teraz przy drzwiach. Za pięć minut wejdzie do środka.


Obok krzątały się urzędniczki z urzędu miasta. Żółte kamizelki z logo Łodzi. Uśmiechy. Herbata w plastikowych kubkach. Kanapki z serem.


— Ciepłą herbatę? — zapytała jedna z urzędniczek. Młoda. Dwadzieścia pięć lat. Może mniej.


Oksana wzięła kubek. Herbata była słodka. Za dużo cukru. Tak samo jak w Przemyślu.


— Dziękuję — powiedziała. — Wy bardzo dobrzy. Bardzo.


Urzędniczka uśmiechnęła się. Maślane oczy. Współczucie. Duma, że może pomagać.


— Trzymaj się — powiedziała. — Niedługo wejdziesz.


***


Godzina szesnasta. Oksana wyszła z Centrum Obsługi Mieszkańców w Łodzi.


W torebce miała zaświadczenie o nadaniu numeru PESEL ze statusem UKR. Pięć zaświadczeń. Jedno dla siebie. Dwa dla Piotra i Stefana — dzieci kuzynki. Dwa dla swoich dzieci.


Jurij Melnyk, urodzony 4 października 2015 roku.


Michaił Melnyk, urodzony 23 listopada 2016 roku.


Jej synowie. Jej dzieci. Tak napisała w oświadczeniu. Tak wynikało z aktów urodzenia, które pokazała — ładne dokumenty, z pieczątkami DRACS w Charkowie, z hologramami. Pokazała też postanowienie z sądu.


Urzędniczka przy okienku nie pytała. Nie sprawdzała. Wzięła dokumenty, przejrzała, wstukała dane do systemu, wydrukowała zaświadczenia. Uśmiechnęła się. Powiedziała, jak zarejestrować się na stronie Diia.pl. Jak przekroczyć legalnie granicę strefy Schengen. Jak złożyć wniosek o świadczenie pięćset plus. Na małej karteczce dała dane profilu zaufanego.


Oksana wyszła na ulicę. Stała na chodniku przy Krzemienieckiej. Tramwaj przejechał w kierunku centrum.


Czwórka dzieci. Cztery akty urodzenia z pieczątkami z Charkowa. Cztery historie. Cztery zestawy dokumentów, teraz już polskich.


Wszystko na podstawie oświadczenia i papierków, których prawdziwości żaden z tych urzędników nie był w stanie nawet sprawdzić.


System działał doskonale. Polski system, zbudowany na zaufaniu i współczuciu. Na maślanych oczach i ciepłej herbatce. Na chęci pomocy i niechęci do sprawdzania.


Weszła do mieszkania na ul. Północnej. Na suficie pająk nadal tkał swoją sieć.


Koniec marca 2022 roku. Piąty tydzień wojny.

Rozdział 3 Kosmos-2553

Koniec czerwca 2022 r. Moskwa, Komsomolski Prospekt 20.


Jurij siedział w fotelu. W tym samym fotelu, w którym niedawno siedział człowiek, który wysłał go do kraju Pszeków. Ten, który dwadzieścia lat temu kazał mu nauczyć się pszekowego języka. Kazał mu czytać Sienkiewicza i Miłosza. Kazał mu oglądać polskie filmy i słuchać polskiego radia. Kazał mu stać się kimś, kto rozumie Polaków lepiej niż oni sami rozumieją siebie.


Sobolew odszedł na emeryturę w marcu 2022 roku. Czas sukcesów — tak myślał Sobolew, i tak myślał wtedy Jurij. Specjalna operacja wojskowa miała trwać trzy dni. Kijów miał upaść. Świat miał zaakceptować nową rzeczywistość, jak zaakceptował Krym, jak zaakceptował Donbas, jak zaakceptował wszystko, co Rosja robiła od dwudziestu lat.


Nie wyszło.


Ale Sobolew zdążył odejść. Zdążył zabrać swoją emeryturę, swoje medale, swoje wspomnienia. Zdążył zostawić fotel Jurijowi.


Jurij przypomniał sobie ostatni weekend. Sobolew zaprosił go na działkę. Jurij myślał, że chodzi o daczę gdzieś pod Moskwą. Z basenem, z sauną, z widokiem na las. Daczę, na jaką zasługiwał pułkownik GRU z trzydziestoletnią służbą.


Zaśmiał się, gdy przypomniał sobie, jak wyszedł z elektryczki na stacji Elektrougli i doszedł do podanej lokalizacji. Szyld przy bramie: SNT „Kristał”. Stowarzyszenie ogrodnicze. Działki po sześćset metrów kwadratowych, jedna obok drugiej, jak cele w więzieniu. Domki z dykty i blachy falistej. Grządki z pomidorami. Plastikowe meble ogrodowe.


Sobolew był zupełnie inny niż wtedy, gdy nosił mundur pułkownika. Flanelowa koszula w kratę. Spodnie dresowe. Klapki na stopach. Piekł kiełbaski na drucianym grillu. Posadził Jurija na plastikowym krzesełku, tym samym, jakie Jurij widział w Polsce w Castoramach i Leroy Merlinach, i zaczął opowiadać o pomidorach. O tym, że w tym roku odmiana Byczje Sierdce wyjątkowo dobrze się przyjęła, ma już pierwsze listki. O tym, że sąsiadka, Walentina Pietrowna, ma problemy z mszycami. O tym, że może w przyszłym roku postawi nową altankę, jeśli ceny drewna spadną.


Jurij słuchał i pił wódkę. Tanią wódkę. Nie Bieługę, nie Russkij Standart — zwykłą wódkę.


Wieczorem Sobolew chciał go przenocować w domku z dykty. Jurij grzecznie odmówił. Wrócił do Moskwy lekko zawiany, ostatnią elektryczką, ściśnięty między robotnikami wracającymi z nocnej zmiany.


Wtedy sobie postanowił, że nie skończy jak Sobolew.


Że nie będzie piekł kiełbasek na działce w SNT „Kristał”. Że nie będzie siedział na plastikowym krześle i wspominał.


Jurij otworzył teczkę na biurku. Raport od agentki. Pseudonim operacyjny: Zioło.


Czytał go wczoraj. Czytał przedwczoraj. Czytał za każdym razem, gdy potrzebował potwierdzenia, że jego praca ma sens.


Agentka Zioło opisywała, jak urządziła się w Łodzi. Wynajęła mieszkanie na Bałutach. Siódme piętro. Trzydzieści dwa metry kwadratowe. Dziewięćset złotych miesięcznie czynszu i trzysta pięćdziesiąt złotych opłat.


Hodowane przez nią tożsamości zarejestrowane.


Jurij przeczytał cztery numery PESEL. Cztery jedenastocyfrowe kody, które w polskim systemie oznaczały cztery istniejące osoby. Osoby, które miały prawo do pobytu, do pracy, do świadczeń socjalnych.


Dalej było rozliczenie funduszu operacyjnego.


Jurij zaśmiał się, gdy zobaczył jedną z pozycji: 4 x 500 PLN — świadczenie rodzinne.


Dwa tysiące złotych miesięcznie. Od polskiego rządu. Dla rosyjskiego agenta.


Klasnął w ręce. Sam. W pustym gabinecie. Jak dziecko, które właśnie dostało prezent.


To debile, pomyślał. Utrzymują naszego agenta. Płacą mu za to, że ich oszukuje.


Zamknął teczkę. Wstał z fotela. Podszedł do okna.


Za oknem była Moskwa. Komsomolski Prospekt. Samochody. Ludzie.


Jurij pomyślał o Sobolewie na działce. O kiełbaskach. O plastikowym krześle.


***


Koniec czerwca 2022 r. Okolice Chełma.


Eryk spojrzał na zegarek. 23:47.


Spojrzał w niebo. Chmury. Gęste, niskie. Żadnych gwiazd.


Rosyjski satelita SAR Kondor, oznaczenie Kosmos-2487, dawno opuścił orbitę nad Polską. Przeszedł nad Bałtykiem trzy godziny temu i teraz był gdzieś nad Atlantykiem. Neitron, ten nowy — nazwa kodowa: Kosmos-2553, za kilka minut również opuści strefę obserwacji. Jego radar nie będzie widział terenu, gdzie stał Eryk. Nie przez następne dziewięćdziesiąt minut.


Okno. Dziewięćdziesiąt minut bez rosyjskich oczu na niebie.


Eryk dopalił niebieskiego LM-a. Wyrzucił niedopałek. Zdeptał butem.


Dał znak żołnierzowi stojącemu przy wrotach wielkiego magazynu. Młody chłopak, szeregowy, z miną kogoś, kto wie, że uczestniczy w czymś, czego nie rozumie.


Wrota się otworzyły.


W środku stały tiry. Cztery. Ciągniki siodłowe z naczepami lawetowymi. Na lawetach coś pod plandekami. Duże. Ciężkie.


Eryk wsiadł do Dacii Duster. Srebrna. Cywilna. Żadnych oznaczeń wojskowych. Żadnych tablic, które można by powiązać z MON.


Ruszył pierwszy. Za nim tiry. Jeden po drugim. Światła przygaszone. Silniki pracujące cicho.


***


Las za miejscowością Dobrobut. Ukraina.


Granicę przekroczyli bez problemu. Nie było żadnej granicy. Był las, który po jednej stronie był polski, a po drugiej ukraiński. Był strumyk, który płynął z zachodu na wschód.


Przy polanie czekali Ukraińcy. Kilku żołnierzy. Oficer.


Młody lejtnant. Dwadzieścia pięć lat, może dwadzieścia siedem. Twarz zmęczona, oczy czerwone. Mundur noszący ślady błota.


Eryk wyjął z kieszeni protokół przekazania. Dwa egzemplarze. Po jednym dla każdej strony.


— Proszę podpisać — powiedział.


Lejtnant wziął długopis. Podpisał. Nie czytał. Nie miał czasu.


Nie powiedział nic.


Eryk patrzył, jak Ukraińcy naszymi ciężarówkami odjeżdżają w ciemność, w kierunku frontu.


Stał na polanie i palił papierosa. Ostatniego w paczce. Niebieskiego LM-a.


***


Droga powrotna.


Eryk wsiadł do Dacii Dustera. Samochód nie był już pusty.


W środku siedziało czterech mężczyzn. Trzydzieści lat, może trzydzieści pięć. Bluzy, dżinsy, sportowe buty. Mogli być kimkolwiek.


Eryk nie pytał. Oni nie mówili. Włączył „Mammagammę” The Alan Parsons Project.


Jechali przez las w milczeniu. W tle pulsowała zapętlona piosenka; też bez słów.


W Chełmie Eryk zatrzymał się przy stacji benzynowej. Czterej mężczyźni wysiedli. Podali mu rękę. Jeden po drugim. Bez słowa. Wsiedli do czekającego samochodu — Skoda Octavia, szare tablice rejestracyjne — i odjechali.


Eryk został sam.


Pojechał na ulicę Przemysłową. Blok z wielkiej płyty. Czwarte piętro. Boazeria na ścianach, meble z czasów Gierka, zasłony w kwiatki. Służbówka dla oficerów w delegacji.


Wszedł do środka. Nie zapalił światła.


Stanął przy oknie. Patrzył na latarnie. Na puste chodniki.


Wyjął z kieszeni paczkę LM-ów. Pustą. Zmiął. Wyrzucił do kosza.


Jutro kupi nową.


Koniec czerwca 2022 roku. Czwarty miesiąc wojny.

Rozdział 4 Teleporada

Sierpień 2022 r. Łódź, ulica Murarska.


Kompleks szkół wyglądał jak wszystkie kompleksy szkół w Polsce — ceglane budynki z lat siedemdziesiątych, boisko z popękanym asfaltem, drzewa, które pamiętały Gierka. W środku korytarze pachniały pastą do podłóg i starymi mapami.


Jan Wiśniewski siedział w pokoiku, który kiedyś był składzikiem na szczotki. Metr na dwa. Biurko, krzesło, komputer. Okienko wychodzące na ścianę sąsiedniego budynku.


Czterdzieści lat. Nauczyciel fizyki z wykształcenia, języka ukraińskiego z potrzeby serca. Ojciec, Artem Wisnewski, pochodził z okolic Hrubieszowa. Przesiedlony po wojnie — dziadek dostał wybór: Łódź albo Olsztyn. Wybrał Łódź. Ojciec zmarł w 2015 roku, nie doczekawszy się wnuków ani rozpadu świata, który znał.


Jan przez ostatnie trzy lata nie uczył. Założył firmę transportową. Busy na trasie Łódź-Warszawa, Łódź-Kraków, czasem Łódź-Berlin. Firma działała sama — kierowcy wiedzieli co robić, księgowa rozliczała faktury, Jan podpisywał papiery raz w miesiącu. Miał czas. Miał pieniądze.


Wojna dała mu to więcej.


Wczoraj Wydział Oświaty Miasta Łodzi przyznał mu trzy sale lekcyjne w tej szkole i tę kanciapę. Społeczna Szkoła podstawowa numer 176 w Łodzi. Jego dziecko. Założył ją łatwiej niż firmę transportową. On był pierwszym dyrektorem. Szkoła dla dzieci z Ukrainy. Dla dzieci, które uciekły przed bombami i teraz siedziały w wynajętych mieszkaniach na Bałutach, na Widzewie, na Chojnach, i nie rozumiały, dlaczego świat nagle się zmienił.


Jan spojrzał na dokumenty na biurku. Listy zgłoszeń. Dziesiątki nazwisk. Dziesiątki dzieci, które potrzebowały szkoły.


Trzeba pomagać, pomyślał.


I zaczął pomagać.


***

Październik 2022 r. Magazyn w Strykowie.


Hala pachniała kurzem, plastikiem i czymś słodkim — może płynem do mycia naczyń, może środkiem czyszczącym. Jarzeniówki na suficie migotały co kilka sekund.


Oksana siedziała na małym plastikowym krzesełku. Obok niej, na podobnych krzesełkach, siedziało kilka innych kobiet.


Jedna miała około dwudziestu lat. Blond włosy, za dużo makijażu, paznokcie z brokatem. Śmiała się z czegoś, co powiedziała jej sąsiadka. Sąsiadka miała pod sześćdziesiąt — twarz zmęczona, ręce spracowane, ale oczy wesołe. One też się śmiały.


Niedaleko siedziała inna kobieta. Czterdzieści lat, może więcej. Ta się nie śmiała. Śmierdziała. Po prostu śmierdziała — makrelą, szprotkami z puszki. Może nie miała gdzie się umyć. Może przestała o siebie dbać.


Oksana przesunęła swoje krzesełko bliżej młodej kobiety z brokatowymi paznokciami. Sięgnęła po kolejną butelkę płynu do mycia naczyń. Okleiła taśmą z napisem „Drogeria Supernatura”. Dołączyła buteleczkę szamponu — data ważności jeszcze dwa miesiące. Zestaw promocyjny. Dziewięć złotych dziewięćdziesiąt dziewięć groszy.


Ona, sierżant Głównego Zarządu Rozpoznawczego Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, siedziała w śmierdzącym magazynie pod Łodzią i oklejała taśmą płyn do mycia naczyń.


Czuła się poniżona.


To, co zrobiła, nie uzasadniało tego przydziału służbowego. Błąd w Woroneżu, tak — ale nie był aż tak poważny. Nikt nie zginął. Nikt nie został zdekonspirowany. Jeden sfałszowany raport, jedna przesadzona liczba, jeden przełożony, który chciał się zemścić.


A teraz siedziała tutaj. Na plastikowym krzesełku. W magazynie, który śmierdział rybami.


Kara była za duża.


Zastanawiała się, kiedy ją zmienią. Czy w ogóle zmienią. Czy pułkownik Jurij czyta jej raporty, czy tylko przekłada je z jednej teczki do drugiej.


Miała plan działania na rok. Pierwsza część poszła gładko. PESEL-e. Opiekun tymczasowy. Świadczenia. Teraz proza życia — magazyn w Strykowie, płyn do naczyń, osiem godzin dziennie za siedemnaście złotych na godzinę.


Zaśmiała się pod nosem.


Ona, opiekunka czworga dzieci, na które co miesiąc wpływało po pięćset złotych, przez nikogo nie została zapytana o te dzieci. Przez nikogo. Nikt się nie interesował Piotrem, Stefanem, Jurijem i Michaiłem. Nikt nie pytał, gdzie mieszkają. Gdzie chodzą do szkoły. Czy jedzą śniadania.


Pułkownik Jurij miał rację. Nie kłamał, że tak to będzie wyglądać. System oparty na zaufaniu. System, który nie sprawdza nikogo, bo ufa.


Na froncie nie wyglądało to tak jak w lutym. Jurij też miał rację. Operacja zapowiadała się na dłuższą. Miesiące. Może do końca roku.


A ona będzie siedzieć na plastikowym krzesełku i oklejać taśmą płyn do naczyń. I czekać na rozkazy, które może nigdy nie przyjdą.


***

Styczeń 2023 r. Łódź, ulica Murarska.


Jan Wiśniewski patrzył w monitor komputera. Arkusz kalkulacyjny. Trzy kolumny. Trzy klasy. W każdej po dwadzieścia pięć dzieci.


Subwencja oświatowa na jedno dziecko — ponad sześć tysięcy osiemset złotych rocznie. Siedemdziesiąt pięć dzieci. Pięćset dziesięć tysięcy złotych.


Nie mógł przyjąć wszystkich dzieci, które się zgłosiły. Brakowało sal. Brakowało nauczycieli. Brakowało wszystkiego oprócz dzieci, których było za dużo.


Otworzył kolejny arkusz. Ośmiu uczniów. Dzieci, których rodzice zapisali we wrześniu. Osiem numerów PESEL. Osiem nazwisk. Osiem nieobecności.


Pojawiali się we wrześniu. Rzadziej w październiku. Niektórzy zniknęli w listopadzie. Inni w grudniu.


Jan dzwonił do rodziców. Niektórzy odbierali — mówili, że jadą do Niemiec, że mają rodzinę w Hamburgu, że dziękują za wszystko. Inni nie odbierali. Numery głuche. Karty wyłączone.


Pewnie pojechali dalej na zachód, myślał Jan. Albo wrócili do siebie, jak nasza armia odbiła Kupiańsk. Maszynka do mielenia mięsa mieliła wolniej. Ludzie zaczęli wierzyć, że mogą wrócić do domów.


Za tych ośmiu uczniów szkoła dostała szesnaście tysięcy trzysta dwadzieścia złotych do końca grudnia. Proporcjonalnie do miesięcy obecności.


Jan patrzył na ekran.


Zastanawiał się, ile z tej subwencji powinien oddać. Bo przecież dzieci nie chodziły cały semestr. Zniknęły. Subwencja jest za naukę, nie za wpis w dzienniku.


Ale potem pojawiła się inna myśl.


A może nie oddawać?


Może nikt nie sprawdzi. Może system działa tak, że pieniądze raz przekazane zostają przekazane. Może wystarczy nie pytać, nie zgłaszać, nie komplikować.


Może podnieść pensję Annie. Żonie. Nauczycielce nauczania początkowego, która od września pracowała po dziesięć godzin dziennie i zarabiała mniej niż kasjerka w Biedronce.


Może podnieść pensję sobie.


Jan zamknął arkusz. Wstał od biurka. Poszedł do okna, które wychodziło na ścianę sąsiedniego budynku.


Trzeba pomagać, pomyślał.


Ale pomaganie kosztuje.


***

Styczeń 2023 r. Łódź, Bałuty. Wieczór.


Oksana siedziała przed komputerem w mieszkaniu na siódmym piętrze. Za oknem ciemność. Bloki z wielkiej płyty. Światła w oknach.


Otworzyła przeglądarkę. Wpisała adres: superrecepta.pl.


Strona wyglądała profesjonalnie. Logo. Zdjęcia uśmiechniętych lekarzy. Hasło reklamowe: „Twoja teleporada w 15 minut”. Sto czterdzieści złotych za wizytę. Recepta za 40 zł. Płatność Blikiem lub kartą.


Oksana kliknęła „Umów wizytę dla dziecka”.


Wpisała PESEL Stefan Czumaczenko.


System zapytał o objawy. Oksana wpisała: gorączka, kaszel, ból mięśni.


System zaproponował termin: za dwadzieścia minut.


Za dwadzieścia minut Oksana rozmawiała z lekarzem. Głos młodej kobiety, może trzydzieści lat. Lekarka pracująca z domu, pewnie między kąpielą własnych dzieci a kolacją.


— Dzień dobry, pani Melnyk. Widzę, że syn ma objawy grypopodobne?


— Tak — powiedziała Oksana. — Od dwóch dni. Gorączka trzydzieści osiem i pół. Nie chce spadać. Bolą go mięśnie.


— Rozumiem. Czy syn ma choroby przewlekłe?


— Nie.


— Czy przyjmował jakieś leki?


— Tylko paracetamol.


— Dobrze. Wypiszę Ebilfumin, trzydzieści miligramów. Proszę podawać dwa razy dziennie przez pięć dni. Jeśli gorączka nie spadnie, proszę zgłosić się do lekarza stacjonarnie. Trzeba osłuchać.


— Dziękuję, pani doktor.


— Proszę bardzo. Recepta będzie na Internetowym Koncie Pacjenta za kilka minut. Zdrówka dla synka.


Połączenie zakończone.


Oksana powtórzyła procedurę dla Piotra, Jurija i Michaiła, ale w wersji uproszczonej. W okienku wpisała od razu jaki lek chce. Jedna teleporada. Cztery recepty na Ebilfumin.


Zamknęła laptop.


***

Następny dzień. Apteka na Bałutach.


Mały lokal między warzywniakiem a lombardem. Na drzwiach napis „Apteka Zdrowie Plus”. W środku kolejka — trzy osoby przed Oksaną.


Kiedy przyszła jej kolej, podała aptekarce karteczkę z numerami PESEL.


Aptekarka, kobieta po pięćdziesiątce z okularami na łańcuszku, spojrzała w komputer. Kliknęła. Kliknęła jeszcze raz.


— Ta grypa to plaga — Aptekarka pokręciła głową ze współczuciem. — U nas w rodzinie też tak było przed świętami. Wszystkich powaliło.


Wstała od biurka. Poszła po leki. Wróciła z czterema pudełkami.


— Razem dwieście dwadzieścia osiem złotych. Karta?


Oksana podała kartę. Terminal piknął.


— Proszę bardzo. Zdrówka dla dzieciaków.


— Dziękuję.


Oksana wyszła z apteki. W torebce miała cztery pudełka Ebilfuminu. Leki, których nikt nigdy nie weźmie. Które istniały tylko po to, żeby w Internetowych Kontach Pacjentów zapisała się informacja: dzieci przechodziły grypę. Istnieją. Żyją, chorują, leczą się.


Oksana szła ulicą Bałucki Rynek. Mijała sklepy, bary, ludzi wracających z pracy.


Nikt na nią nie patrzył. Nikt jej nie śledził. Nikt nie wiedział, kim jest.


Pięćdziesiąt lat. Rude włosy. Trwała od Ludmiły. Duża dupa. Małe cycki. Typowa ukraińska uchodźczyni z dziećmi.


Niewidzialna.


Styczeń 2023 roku. Jedenasty miesiąc wojny.

Rozdział 5 Gruz 200

Maj 2023 r. Riazań. Riazańska Gwardyjska Wyższa Szkoła Dowódcza Wojsk Powietrznodesantowych.


Budynek dyrekcji wyglądał jak wszystkie budynki dyrekcji w rosyjskich szkołach wojskowych — szary, monumentalny, z kolumnami przy wejściu i portretem Putina w holu. Za budynkiem rozpościerał się plac apelowy, na którym kursanci ćwiczyli musztrę.


Pułkownik Jurij siedział w gabinecie dowódcy-dyrektora. Generał-major Siergiej Wiktorowicz Kostin, lat sześćdziesiąt trzy, trzydzieści osiem lat służby, wąsy jak u Stalina — bo wąsy jak u Stalina wciąż robiły wrażenie w niektórych kręgach.


— Postępy są zadowalające — mówił generał, przekładając papiery na biurku. — Wytypowaliśmy ośmiu kandydatów. Wszyscy mają około siedemnastu lat. Pięć lat nauki do końca szkoły. Pięć lat intensywnego kursu języka polskiego.


Jurij skinął głową.


— Czy uczniowie wiedzą o sobie nawzajem?


— Nie. Zgodnie z pana instrukcjami każdy jest przekonany, że uczestniczy w specprogramie. Lekcje polskiego prowadzone są indywidualnie. Żaden z nich nie wie, że są inni.


— Dobrze.


Jurij wstał i podszedł do okna. Na placu apelowym kursanci biegali w szyku. Młodzi chłopcy, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście lat. Za kilka lat część z nich zginie gdzieś pod Bachmutem albo Awdijiwką. Część trafi do szpitali bez nóg albo bez rąk.


A część — ta wybrana część — pojedzie do Polski. I nikt nigdy nie dowie się, kim naprawdę są.


— Ta cecha, o którą prosiłem — powiedział Jurij, nie odwracając się od okna. — Młody wygląd. Czy wszyscy ją mają?


Generał zaśmiał się.


— Prawie wszyscy. Jeden odpadł.


— Dlaczego?


— We wrześniu 2022 wyglądał jak dziecko. Mógł uchodzić za czternastolatka. A teraz… — Generał wzruszył ramionami. — Zaczął lekko łysieć. W osiem miesięcy stracił połowę włosów. Genetyka.


Jurij też się zaśmiał.


— Szkoda. Ale lepiej teraz niż za pięć lat.


— Dokładnie tak pomyślałem.


Jurij odwrócił się od okna.


— W sierpniu chcę przyjechać osobiście. Porozmawiać z dwoma najlepszymi. Zobaczyć ich na żywo.


— Oczywiście. Przygotujemy wszystko.


Jurij podał generałowi rękę. Uścisk był krótki, służbowy.


***


Maj 2023 r. Moskwa, Komsomolski Prospekt 20.


Gabinet Jurija. Późne popołudnie.


Jurij siedział przy biurku i czytał raport.


Agentka Zioło. Pseudonim operacyjny, który sam jej nadał ponad rok temu. Zioło — bo miała wyhodować coś, co zakwitnie za kilka lat. Miała przygotować glebę. Zasiać nasiona. Podlewać.


Raport był szczegółowy. Metodyczny.


Oksana zmieniła po raz kolejny adres zamieszkania. Wynajęła nowe mieszkanie — tym razem na Widzewie, czterdzieści metrów kwadratowych, tysiąc dwieście złotych miesięcznie. Tak jak poprzednio bez umowy, tylko na gębę.


Wszędzie podawała swoje adresy. W urzędach. W przychodniach. W szkole. Ale nigdy się nie meldowała. System polski, w przeciwieństwie do rosyjskiego, nie wymagał meldunku. Można było żyć latami bez formalnego adresu. Duchem z numerem PESEL.


Czwórka hodowanych dzieci chodziła do szkoły. Na papierze.


Jurij przeczytał fragment raportu o Janie Wiśniewskim. Społeczna Szkoła Podstawowa numer 176 w Łodzi. Trzy klasy. Siedemdziesięciu pięciu uczniów. Subwencja oświatowa pół miliona rocznie.


Oksana opisywała, jak zapisała dwójkę starszych do szkoły Wiśniewskiego. Zgodnie z poleceniem opowiedziała mu historię — dzieci musiały wyjechać na chwilę do siostry do Lwowa. Chce je zapisać na zapas, żeby nie stracić świadczeń. Może wrócą za miesiąc, a może za dwa tygodnie.


Jan Wiśniewski ze współczuciem się zgodził.


Jurij parsknął śmiechem.


Przewidział to ponad rok temu. Wiedział, że tak będzie. Że system jest dziurawy. Że współczucie jest największą słabością Zachodu.


Przez chwilę pozwolił sobie na fantazję.


Gdyby nadal mógł być Andrzejem Jabłonowskim — gdyby nadal mógł chodzić po Warszawie, mówić po polsku, być jednym z nich — sam by otworzył taką szkołę. W Pruszkowie albo w Piasecznie. Na dwustu uczniów. Każdy uczeń to prawie siedem tysięcy złotych rocznie subwencji oświatowej. Dwustu uczniów to półtora miliona. I nikt by nie sprawdzał.


Ale Andrzej Jabłonowski nie istniał już od prawie dwóch lat. Legenda spalona. Tożsamość zamknięta w archiwum. Jurij mógł teraz tylko zarządzać z Moskwy i czytać raporty ludzi, którzy robili to, czego on już nie mógł.


Przewrócił stronę.


I zamarł.


Ostatni akapit raportu. Dwa zdania. Napisane tym samym równym komputerowym pismem co reszta — ale treść była inna.


„Proszę o wycofanie z operacji. Względy osobiste.”


Jurij poczuł, jak krew napływa mu do twarzy. Gorąco. W skroniach pulsowanie.


Wycofanie.


Po dwunastu miesiącach pracy. Po zbudowaniu czterech legend. Po stworzeniu sieci, która miała funkcjonować przez lata.


Jurij sięgnął po telefon. Wybrał numer. Czekał.


— Słucham — powiedział głos po drugiej stronie.


— Mamy problem — powiedział Jurij. Trzeba zmotywować agentkę.


Cisza.


— Rozumiem — powiedział głos. — Zajmę się tym. Przekażę później szczegóły.


Połączenie zostało przerwane.


***

Czerwiec 2023 r. Łódź.


Autobus pracowniczy zatrzymał się na przystanku przy rogu Mickiewicza i Żeromskiego. Drzwi otworzyły się z sykiem. Oksana wysiadła.


Wieczór. Ciepły, czerwcowy. W parku po drugiej stronie ulicy ktoś spacerował z psem. Na ławce siedziała para nastolatków — chłopak i dziewczyna, trzymali się za ręce.


Oksana ruszyła wzdłuż parku. Torba na ramieniu. Zmęczone nogi. Osiem godzin w magazynie. Siedemnaście złotych za godzinę.


Zobaczyła go z daleka. Niski mężczyzna. Około sześćdziesiąt lat. Siwy. Sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, może mniej. Szedł chwiejnym krokiem — zataczał się lekko, jakby wypił za dużo.


Pijak, pomyślała Oksana.


Minęła go.


Mężczyzna zatoczył się gwałtownie. Uderzył ją barkiem. Mocno. Oksana straciła równowagę, złapała się latarni.


— Co pan robi?! — krzyknęła. — Jest pan pijany?!


Mężczyzna machał rękami. Bełkotał coś niewyraźnie. Podszedł bliżej. Za blisko.


Jego twarz się zmieniła. Oczy, które przed chwilą były mętne, stały się ostre. Usta zacisnęły się w wąską linię.


Pochylił się do jej ucha.


— Kurwo jedna — wycedził przez zęby, po rosyjsku. — Jeśli zjebiesz operację, to nawet jako gruz 200 nie wrócisz. Rozumiesz?


Oksana zamarła.


— Żyjesz do odwołania — kontynuował mężczyzna. — Pokiwaj głową, że zrozumiałaś.


Oksana pokiwała głową.


Mężczyzna odsunął się. Twarz znowu pijaka — mętne oczy, chwiejny krok. Machnął ręką i ruszył dalej ulicą. Skręcił za róg.


Oksana stała przy latarni. Serce biło jej tak głośno, że słyszała je w uszach. Ręce drżały. Nogi drżały.


Gruz 200. Cynkowa trumna. Powrót do domu w pozycji horyzontalnej.


Oksana ruszyła przed siebie. Nie do mieszkania na Widzewie. Byle gdzie.


W parku para nastolatków wciąż siedziała na ławce.


Oksana im zazdrościła.


***


Ten sam wieczór. Łódź, inna dzielnica.


Mężczyzna siedział przy biurku. Stół. Krzesło. Laptop. Nic więcej.


Włączył komputer. System operacyjny Tails uruchomił się z pendrive’a — żadnych śladów na dysku, żadnej historii.


Przygotował meldunek tygodniowy. Za kilka chwil na jakimś forum o gotowaniu lub motoryzacji pojawi się niewinny post, który naprawdę zrozumie tylko jego prawdziwy adresat.


Zamknął laptop. Wyjął pendrive’a. Schował do kieszeni.


Wstał od biurka. Za oknem Łódź — bloki, ulice, latarnie.


Czerwiec 2023 roku. Szesnasty miesiąc wojny.

Rozdział 6 Anioł śmierci

Lipiec 2023 r. Warszawa, ulica Grochowska.


Eryk Gryń siedział przed telewizorem w swoim mieszkaniu. Od prawie miesiąca był na urlopie.


Praca w Chełmie się skończyła.


Transporty, które nadzorował, kurczyły się powoli. Najpierw zamiast czterech ciężarówek były trzy. Potem dwie. Potem jedna. Kiedyś jeden transport dziennie, czasem nawet dwa — nocą, w oknie między satelitami. Teraz jeden na tydzień. Czasem jeden na dwa tygodnie. Zachód się męczył.


Pojawiał się na lotnisku w Rzeszowie, ale tam nie było dla niego prawdziwej pracy. Stał przy bramkach, sprawdzał dokumenty, patrzył na samoloty. Czuł się jak cieć. Tak samo jak kiedyś na Bobrowieckiej, przed tym wszystkim.


Poprosił o powrót do Warszawy. Miał być na wschodzie dwa miesiące. Został półtora roku.


Spojrzał na telewizor. TVN24. Na ekranie tłum ludzi na ulicy. Pasek na dole ekranu: „Marsz — relacja na żywo”.


Media o Ukrainie mówiły coraz rzadziej. Latem 2023 roku Warszawa żyła czymś innym. Polityką. Wyborami. Marszami.


Na ekranie był kolejny marsz. Tłumy ludzi z flagami. Politycy przy mikrofonach — ci z tej partii i ci z tamtej partii. Mówili o demokracji, o wolności, o przyszłości.


Eryk wyłączył telewizor. Mówili to samo, co mówili ich przeciwnicy, tylko innymi słowami.


Nie mógł na nich patrzeć. Dwie strony tej samej monety. Różnił ich tylko płytki wzór na blaszce. Pod spodem to samo — ambicja, władza, pieniądze.


Wziął w rękę smartfon. Otworzył X.com. Wpisał: Ukraina.


Obejrzał kilka filmów. Mężczyźni uciekający przed bzyczącymi dronami — dronami, których nie było widać, ale które widziały żołnierza. Kamera z góry. Człowiek biegnie przez pole. Eksplozja. Człowiek już nie biegnie.


Scrolował dalej.


Młoda kobieta. Twarz, która wyglądała znajomo, choć Eryk nie potrafił powiedzieć skąd. Długi post po ukraińsku. Pod nim komentarze — setki komentarzy. Jeden po polsku przyciągnął jego wzrok:


„Ukraińska pielęgniarka Mengele. Anioł Śmierci”


Eryk wpisał nazwisko w wyszukiwarkę. Julia Czumaczenko.


Pielęgniarka z Charkowa. Zgłosiła się na ochotnika kilka miesięcy temu do grupy Medycy dla Wojaków. Zdjęcia pokazujące, jak opatruje rannych — krew na rękawiczkach, krew na mundurze moro, twarz skupiona. Zdjęcia pokazujące ją samą z obandażowaną głową — odłamek czy kula, nie było jasne.


Nawet w mundurze robiła wrażenie. Prawie czterdzieści lat. Piękna kobieta. Wysoka. Szczupła. Ciemne włosy ścięte krótko, praktycznie.


Potem zobaczył filmik.


Julia stoi nad leżącym żołnierzem. Mundur rosyjski, widoczny nawet na ziarnistym nagraniu. Julia wyciąga nóż. Wykonuje jedno szybkie pchnięcie. Odchodzi, patrząc w ziemię.


Eryk przeczytał nagłówki. „Pielęgniarka dobijająca rannego Rosjanina”. „Zbrodnia wojenna czy akt miłosierdzia?”. „Rosja żąda ekstradycji ukraińskiej pielęgniarki”.


Komentarze w cyrylicy były przewidywalne. Życzenia śmierci. Gwałtu. Rzeczy, których Eryk nie chciał tłumaczyć nawet w myślach.


Odłożył telefon.


Patrzył w sufit.


Kobieta, która na filmie wygląda jak morderca, mogła dobijać konającego. Mogła kończyć cierpienie człowieka, którego nie dało się uratować. Mogła zabijać jeńca. Prawda zależała od tego, kto opowiadał historię. I od tego, czy film był prawdziwy.


***


Sierpień 2023 r. Riazań. Riazańska Gwardyjska Wyższa Szkoła Dowódcza Wojsk Powietrznodesantowych.


Pokój był mały i funkcjonalny. Biurko. Dwa krzesła. Okno wychodzące na plac apelowy. Na ścianach nic.


Przed Jurijem stał młody chłopak. Szczupły. Dziecinna twarz — mógł mieć siedemnaście lat, mógł mieć dwadzieścia dwa. Mundur kadeta, wyprasowany. Postawa na baczność.


— Spocznij — powiedział Jurij.


Po polsku.


Chłopak spojrzał na niego. Przez ułamek sekundy coś w jego oczach — ale natychmiast zniknęło. Usiadł na krześle naprzeciwko.


— Wymień mi pięć największych miast w Polsce — kontynuował Jurij, wciąż po polsku. — Ile mają ludności. Mów po polsku.


Chłopak nie wahał się.


— Warszawa — powiedział, lekko zaciągając. — Około miliona ośmiuset tysięcy. Kraków, blisko osiemset tysięcy. Poznań, pięćset pięćdziesiąt tysięcy. Łódź, podobnie. Gdańsk, czterysta siedemdziesiąt tysięcy.


Jurij uśmiechnął się.


Akcent był. Lekki — wschodni, ale nie rosyjski. Mógł uchodzić za ukraiński. Za litewski. Za kogoś z pogranicza.


— Opowiedz mi o Łodzi — powiedział Jurij. — Jak gdybyś tam mieszkał. Jak gdybyś tam dorastał.


Chłopak mówił przez pięć minut. O Piotrkowskiej. O Manufakturze. O tramwajach, które jeżdżą najdłuższą linią w Polsce. O filmówce i o tym, że Łódź jest nazywana polskim Hollywood. O Bałutach, gdzie kiedyś było getto, a teraz są bloki z wielkiej płyty i tanie mieszkania dla studentów.


Jurij słuchał i kiwał głową.


Dwa lata przygotowań. Tworzenia człowieka, który będzie Polakiem lepiej niż większość Polaków.


Niedługo ten chłopak pojedzie do Polski.


***


Sierpień 2023 r. Warszawa, ulica Żwirki i Wigury.


Gabinet szefa wyglądał tak samo jak zawsze. Biurko. Szafa pancerna. Żaluzje w oknach.


— Eryk — zaczął szef. — Idą zmiany w polityce. To nie ma żadnego znaczenia dla naszej pracy, ale ma na nią wpływ.


Eryk skinął głową. Wiedział, o czym szef mówi. Wybory za dwa miesiące. Możliwa zmiana rządu. Możliwe przetasowania w służbach.


— Mam dla ciebie zadanie — kontynuował szef. — Długo myślałem, jak cię wykorzystać. Biorąc pod uwagę to, że Ruscy znają twoją twarz. Wiedzą, kim jesteś.


Eryk milczał. To była prawda. Po sprawie Bobrowieckiej jego zdjęcie krążyło pewnie w rosyjskich bazach danych. Nie mógł pracować pod przykryciem. Był spalony.


— Słuchaj, pomysł jest taki — szef pochylił się do przodu. — Działasz w świetle jupiterów. Na papierze zostaniesz przeniesiony do BOR. To znaczy do SOP, jak się teraz nazywają.


— Służba Ochrony Państwa? — Eryk uniósł brew.


— Tak. Będziesz tam w stopniu kapitana.


Eryk poczuł, jak coś ściska go w żołądku. Kapitan. Stopień w dół.


— To oczywiście fikcyjny przydział — powiedział szef, jakby czytał mu w myślach. — Ruscy mają wierzyć, że za wpadkę z Bobrowiecką zostałeś zdegradowany i sprowadzony do roli podrzędnego ochroniarza. Zabawimy się w ich stylu. Taki mikro PsyOp.


Eryk milczał. Słuchał.


— Dostaniesz przydział do ochrony takiej Ukrainki. Pielęgniarki, która dostaje groźby śmierci. Różne fundacje ukraińskie i polskie wożą ją teraz po Polsce jak zwierzątko w cyrku. Wiesz, bohaterka. Pielęgniarka ochotniczka, którą ruskie trolle upatrzyły sobie na ofiarę.


Szef zrobił pauzę.


— Widziałeś ten filmik w internecie?


Eryk skinął głową zanim naprawdę sobie przypomniał — Julia Czumaczenko, nóż, leżący żołnierz, szybkie pchnięcie.


— Masz obserwować to środowisko — kontynuował szef. — Ukraińców w Polsce. Będziesz ją ochraniał na tych wykładach, ale to też pretekst. Dobrze wiesz, że jej nic tu nie grozi. Zresztą Ukraińcy też grają w tę grę co Ruscy.


Szef machnął ręką.


— Tak między nami — to takie same kacapy, z taką samą mentalnością. Bohaterka, co kilka razy była na froncie i się ubabrała we krwi opatrywanych chłopaków. Gdyby nie ten filmik w internecie i ten atak trolli, to by się niczym nie różniła od kilku milionów podobnych jej ludzi kręcących się przy froncie.


Eryk słuchał.


— Masz miesiąc na to, by z nią pojeździć — powiedział szef. — Masz wniknąć w to środowisko. Ustalić, kto jest kim. Kto pokazuje twarz w mediach, w internecie. Ale co najważniejsze — ustalić tych, którzy każą innym pokazywać swoje twarze. Polaków i Ukraińców. Wszystkich. Co tydzień robisz raport i opisujesz wszystkich: nazwiska, gdzie mieszkają, kim są, z czego żyją, z kim mieszkają i z kim się pieprzą.


Cisza.


— Eryk — szef patrzył mu w oczy. — Znasz sprawę tego urzędnika z USC w Warszawie? Tomasza L.?


Eryk tym razem nie tylko przytaknął. Odpowiedział.


— Znam.


Tomasz L. Pracownik Wydziału Archiwalnego Urzędu Stanu Cywilnego w Warszawie. Człowiek, który przez kilka lat wynosił materiały z archiwum. Posiadał nieograniczony dostęp do bazy aktów urodzeń, małżeństw i zgonów. Skopiował kilkaset dokumentów. Urzędowe wytyczne. Korespondencję z placówkami dyplomatycznymi.


Przy aresztowaniu znaleziono przy nim urządzenie do Burst Transmission — nadajnik, który w ułamku sekundy wysyła skompresowane dane, praktycznie niewykrywalne dla standardowego nasłuchu.


Tomasz L. szukał tożsamości dla rosyjskich nielegałów. I nikt go nie złapał.


— Myślisz, że to środowisko ukraińskie może być kolejną dziurą? — zapytał Eryk.


Szef wzruszył ramionami.


— Myślę, że każde środowisko może być dziurą. A to jest szczególnie interesujące. Milion ludzi, którzy przyjechali w ciągu kilku miesięcy. Milion historii, których nikt nie sprawdza.


Eryk wstał.


— Kiedy zaczynam?


— Za tydzień. Papierami do SOP zajmiemy się jutro. Oficjalnie jesteś kapitanem Gryń, zdegradowany za błędy operacyjne, przydzielony do ochrony osobistej.


— Rozumiem.


— I Eryk — szef zatrzymał go przy drzwiach. — Tym razem nie spierdol. Podał rękę i silnie uścisnął.


Eryk nie odpowiedział. Wyszedł.


***


Ulica Żwirki i Wigury. Sierpień.


Eryk stanął na chodniku. Wyjął z kieszeni marynarki paczkę papierosów. Niebieskie LM-y.


Wyjął papierosa. Włożył między wargi. Sięgnął po zapalniczkę.


Zatrzymał się. Patrzył na papierosa.


Zgniótł go w dłoni. Podszedł do kosza. Wrzucił papierosa. Wrzucił paczkę.


Silna wola. Tym razem naprawdę.


Ruszył w kierunku przystanku.


Sierpień 2023 roku. Osiemnasty miesiąc wojny.

Rozdział 7 Dziura

15 sierpnia 2023 r. Milejczyce. Godzina 23:30.


Volvo V50, ciemnogranatowe, rocznik 2007, stało zaparkowane kilkaset metrów za ostatnim domem wsi. Silnik wyłączony. Światła zgaszone. Wokół pola — płaskie, ciemne, sierpniowe. Gdzieś daleko szczekał pies.


W samochodzie siedział mężczyzna. Vasile. Trzydzieści osiem lat. Pochodził z Mołdawii, piętnaście lat temu przyjechał do Polski na sezon zbierać truskawki i został. Teraz miał firmę budowlaną, żonę Polkę, dwójkę dzieci w szkole w Siedlcach i problem z hazardem, który zamienił się w problem z długami, który zamienił się w to, czym teraz się zajmował.


Patrzył na telefon. Numer znał tylko jeden człowiek.


Ekran był ciemny. Vasile czekał. Nerwowo pocierał kciukiem krawędź obudowy. Telefon zabrzęczał.


SMS. Jedna kropka. Nic więcej. Numer zmieniany z każdym zleceniem.


Vasile otworzył okno. Wyrzucił telefon do rowu przy drodze. Nie wyłączył go — telefon wylądował w trawie ekranem do góry, świecąc słabym niebieskim światłem.


Niech sobie świeci, pomyślał.


Na monitorze w posterunku Straży Granicznej w Czeremsze, podłączonym do komputera zbierającego dane o nowych telefonach logujących się do BTS-ów, wciąż świeciła kropka — ta od porzuconego telefonu. Nikt nie wiedział, że właściciel dawno oddalił się z tego miejsca.


Uruchomił silnik. Ruszył powoli. Pięćdziesiąt na godzinę — ani więcej, ani mniej. O tej porze, na tej drodze, samochód jadący pięćdziesiąt nie zwróci niczyjej uwagi. Samochód jadący sto — owszem.


To była jego szósta robota.


Pierwsze pięć wyglądało podobnie. Noc. Telefon. Kropka. Punkt odbioru gdzieś między Bugiem a granicą. Ludzie, których wsadzał do samochodu i wiózł na zachód. Zazwyczaj mężczyźni. Zazwyczaj nerwowi. Zazwyczaj gadatliwi — mówili do siebie w językach, których Vasile nie rozróżniał. Arabski, urdu, dari — wszystko brzmiało dla niego tak samo. Ci ludzie zwykle śmierdzieli — potem, strachem, mokrym ubraniem. Vasile otwierał okna i jechał.


Płacono mu dwa tysiące euro za kurs. Gotówka. Bez faktur, bez paragonów, bez śladu. Kasa wystarczała na dwa miesiące rat kredytowych, które zaciągnął, żeby spłacić bukmachera, u którego przegrał pieniądze. Koło się kręciło. Vasile kręcił się razem z nim.


Dojechał do skrzyżowania z DK66. Skręcił w prawo.


Na horyzoncie las — czarna ściana drzew na tle nieba, które w sierpniu nigdy nie było do końca ciemne. Minął skrzyżowanie prowadzące do Czeremchy. Zwolnił do dziesięciu.


W lewej ręce trzymał krótkofalówkę. Baofeng UV-5R. Częstotliwość PMR, kanał szósty. Nacisnął PTT pięć razy. Krótko, szybko, bez słowa.


Za chwilę z głośniczka usłyszał pięć trzasków. Potwierdzenie.


Po prawej stronie drogi majaczył w ciemności kształt. Mała cerkiew przy cmentarzu — biała ściana, ciemny dach, krzyż, który ledwo odcinał się od nieba. Obok cmentarza trzej mężczyźni. Stali nieruchomo. Nie machali. Nie dawali znaków.


Vasile podjechał. Nacisnął guzik — bagażnik kombi otworzył się z cichym kliknięciem.


Wszystko poszło szybko. Bez słów. Pierwszy mężczyzna otworzył drzwi pasażera i usiadł obok Vasile’a. Drugi — niski, szczupły — wszedł do bagażnika i położył się między złożonymi tylnymi siedzeniami a podłogą. Trzeci otworzył drzwi za kierowcą i położył się na tylnej kanapie.


Vasile rzucił okiem w lusterko wsteczne. Mężczyzna na kanapie miał na głowie kominiarkę. Czarną, bawełnianą, z wycięciami na oczy i usta.


Pot. Zimny pot, który oblał Vasile od karku po krzyż, mimo że było dwadzieścia trzy stopnie.


Ci ludzie nie byli jak poprzedni. Poprzedni gadali, płakali, dziękowali. Ci milczeli. Milczeli tak, jak milczą ludzie, którzy wiedzą, że nie muszą mówić, bo wszystko jest ustalone i przećwiczone.


Vasile przyśpieszył. Pięćdziesiąt na godzinę. Skręcił w lewo, w kierunku Miedwieżyków. Droga przez las — wąska, z dziurami w asfalcie, z gałęziami drzew, które tworzyły tunel nad jezdnią.


Mężczyzna siedzący obok niego nie odzywał się. Patrzył przed siebie. Vasile widział go kątem oka — profil, nos, czapeczka z daszkiem, ręce na kolanach. Spokojne ręce.


Minęli Drohiczyn. Most na Bugu.


Vasile odezwał się. Po rosyjsku — bo po rosyjsku komunikowano mu zlecenia, po rosyjsku dzwonił człowiek, który go werbował, po rosyjsku brzmiały instrukcje.


— Udało się — powiedział. Głos mu się lekko trząsł. Sam to usłyszał i nie spodobało mu się to.


Mężczyzna kiwnął głową. Nie odpowiedział.


Vasile ośmielił się. Może od adrenaliny. Może od ulgi. Cisza w samochodzie była gęstsza niż powietrze i trzeba ją było czymś przerwać.


— Dzisiaj jest święto — powiedział. — Piętnasty sierpnia. Wniebowzięcie. Polacy mają wolne. Na granicy mniejsza obsada.


Mężczyzna nie odpowiedział.


— Dzisiaj to nawet wojsko odpuszcza — kontynuował Vasile. — Żołnierze to chłopaki po szkole. Też chcą mieć wolne.


Nadal cisza. Vasile spojrzał na mężczyznę siedzącego obok niego.


— Jeśli jeszcze raz na mnie spojrzysz — powiedział mężczyzna — to cię ubiję jak psa.


Po rosyjsku. Cicho. Spokojnie. Tonem, jakim mówi się kelnerowi, że kawa jest za zimna.


Vasile zamarł. Ręce na kierownicy. Oczy na drodze.


Mężczyzna patrzył w boczną szybę.


— Patrz na drogę — powiedział spokojniej. — Przed Wyszkowem, przy słupku 252—0, zatrzymasz się.


Vasile patrzył na drogę. Nie odwrócił głowy. Nie odezwał się przez następne kilkadziesiąt minut.


Jechał i myślał o tym, że dwa tysiące euro to za mało.


***


16 sierpnia 2023 r. Godzina 1:30. Posterunek Straży Granicznej w Czeremsze.


Auto wjechało na plac przed budynkiem. Stary Peugeot Partner, zielony, z napisem STRAŻ GRANICZNA na drzwiach. Silnik pracował ciężko — auto miało dwieście pięćdziesiąt tysięcy na liczniku i od dawna prosiło się o wymianę rozrządu.


Dwóch strażników. Jeden za kierownicą — Tomek, trzydzieści dwa lata, z Bielska Podlaskiego. Drugi na miejscu pasażera — Krzysztof, dwadzieścia osiem lat, z Hajnówki.


Tomek wyłączył silnik. Nie wysiadał. Siedział i patrzył przed siebie. Na ścianę budynku posterunku. Na cegły, które kiedyś były białe, a teraz były szare.


— Co to kurwa było — powiedział.


Krzysztof pokręcił głową.


— Dwudziestu. Na chama. Obok samego przejścia w Połowcach.


— Dwudziestu.


— Prosto na żołnierzy. Weszli na ogrodzenie jak małpy. Jeden miał nożyce do drutu.


— Widziałem.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 47.66