E-book
6.83
drukowana A5
64.63
Odłamki czasu

Bezpłatny fragment - Odłamki czasu

Jak splatają się losy


Objętość:
498 str.
ISBN:
978-83-8126-674-1
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 64.63

Wstęp

„Życie bez zmartwychwstania nie miałoby sensu”.

Jan Paweł II


Ta książka powstała z poskładanych odłamków czasu, a raczej ze śladów tych odłamków zapisanych w słabnącej pamięci kogoś, kto był świadomym obserwatorem pewnego ciągu wydarzeń, czynnym uczestnikiem pewnego spektaklu, ale też bezwolnym jego rekwizytem. Przedstawienie nadal trwa, choć inne jest już tempo akcji i scenografia, a aktorzy widowiska zmieniają się sukcesywnie. Przychodzą nowi w miejsce tych, co odeszli w inną, może wirtualną przestrzeń. Fabuła tej opowieści osnuta została wokół splotu losów ludzkich, powstała w oparciu o wydarzenia, o których nie wiadomo, kiedy się zaczęły ani kiedy nastąpi ich kres.

Istotę tej akcji stanowi przemijanie, które jest, jak się wydaje, pasem transmisyjnym życia, wprawdzie naznaczonym przekleństwem śmierci, ale też nadzieją na nieskończoność istnienia, skoro wszystko na tym świecie ma swoje przeciwieństwo. Jeśli dobro jest odwrotnością zła, a światło — ciemności, to, uznając tę zasadę za uniwersalną, nie można wykluczyć, że przemijanie ma swoje przeciwieństwo, a więc nic nie ginie ostatecznie, tylko zostaje utrwalone w głębi największej tajemnicy wszechświata, do której poznania nieustannie dążymy od zarania świadomości.

Rozdział 1: Wspomnienia Józefa

W Sądzie Pokoju

W przeddzień świętego Mikołaja, 5 grudnia 1927 roku, notariusz Grzankowski wyznaczył wizytę Józefowi w swoim piotrkowskim biurze. Zbieżność terminu spisania aktu w Repertorium numer 2034 z wizytą świętego, rzekomo rozdającego prezenty, sugeruje, że Józef z notariuszem, działając wspólnie i w porozumieniu, szykowali się do wręczenia komuś jakiegoś souveniru. Wprawdzie powszechnie wiadomo, że nie święci garnki lepią, a na pewno niczego materialnego nie rozdają, niemniej trudno byłoby Józefowi o lepszy moment do sporządzenia aktu darowizny na rzecz swoich dzieci: Józefy i Wojciecha. Darczyńca, zbliżając się do połowy ósmego krzyżyka, czując chłód i mrok nadciągającej śmierci, postanowił podzielić między swoje dzieci wszystko, co posiadał, czyli chłopskie gospodarstwo z ziemią, budynkami oraz żywym i martwym inwentarzem. Oddawał swoim następcom nie tylko to, co odziedziczył po ojcu Filipie, ale także to, co dokupił za ruble i złote zdobyte ciężką harówką całego swojego i żony Katarzyny życia. Od dziecka służył ziemi rodzicielce, obdarzony nadzwyczajnym zdrowiem, tężyzną fizyczną i rozumem nie od parady. Dokupując gruntu, powiększył niewielką zagrodę, którą ojciec otrzymał na własność na mocy carskiego ukazu z 2 marca 1864 roku, a wcześniej zrosił krwią i potem, podobnie jak jego przodkowie, przybyli tu, na Równinę Piotrkowską, w XIV wieku z magnackim rodem Krzysztoporskich. W dniu uwłaszczenia Józef miał zaledwie jedenaście lat, ale pamiętał tak, jakby to było wczoraj, tę powszechną radość licznych rodzin w całej, składającej się z dwudziestu jeden zagród, wiosce, wielką satysfakcję, skażoną może nieco nutką tradycyjnej chłopskiej nieufności. A dziś zawinięty w kożuch do samej ziemi z wysoko postawionym kołnierzem, w barankowej czapie imitującej karakułę siedział na wozie obok syna Wojciecha i zięcia Józefa Gąsiora. Wóz podskakiwał na grudzie, raźno ciągniony przez parskające na mrozie konie po wyboistej drodze do Piotrkowa. Mieli do przebycia dwanaście wiorst traktem pełnym zamarzniętych kałuż, z koleinami wyrzeźbionymi przez żelazne obręcze kół jeżdżących tędy pojazdów. Droga była w fatalnym stanie chyba od zawsze. Wydawała mu się dziś równie trudna do przebycia jak przed trzydziestoma siedmioma laty. Tyle tylko, że wtedy był ciepły lipiec, a on miał w kościach o tyle właśnie lat mniej.

Wówczas sam powoził koniem, siedząc na wozie wyposażonym w pleciony kosz. Jadąc, sięgał co jakiś czas do miejsca na piersiach, gdzie pod koszulą ukrył woreczek przywiązany do tasiemki przewieszonej przez szyję, jakby nie dowierzał, że jest na swoim miejscu, mimo iż czuł chłodny dotyk i ciężar srebrnych monet. Mimo wybojów droga w środku lata była bardziej przejezdna niż w innych porach roku, więc w niespełna dwie godziny stanął przed rogatkami Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Natenczas właśnie przejeżdżał po lśniących w słońcu szynach pociąg, zwalniając przed piotrkowskim dworcem. Dymiąca i parskająca lokomotywa ciągnęła kilka wagonów oznaczonych cyframi według klas od pierwszej do trzeciej, zależnie od komfortu oferowanego podróżnym. W otwartych oknach Józef widział ufryzowane głowy wytwornych kobiet obwieszonych widoczną z daleka biżuterią. Doskonale rozróżniał kolory szlachetnych kamieni w złotej oprawie naszyjników, bowiem z natury był dalekowidzem, więc z dalszej odległości widział lepiej jak z bliska. Od kolejowej rogatki do właściwego miasta dzieliło go jeszcze półtorej wiorsty, choć za sprawą kolei tu i ówdzie, niemal w szczerym polu, wyrastały wzdłuż torów jakiś składy, warsztaty i małe fabryczki. Właściwe miasto zaczynało się dopiero za mostem na Strawie przecinającej wyjazdową ulicę nazywaną Krakówką. Stary gród skoncentrował się na niewielkim pagórku. Otoczony był do niedawna murami obronnymi; zostały zburzone przez gubernatora przekonanego, że bramy i baszty trzymają w okowach kipiący miejski żywioł. Musiał mieć rację, bo wkrótce po tym substancja miejska zaczęła się wylewać z ciasnego gorsetu Starego Miasta, tworząc nowe enklawy i łącząc je w ciągi uliczne. Józef z zainteresowaniem przyglądał się panoramie miasta z dominującą po prawej stronie sylwetą farnego kościoła pod wezwaniem św. Jakuba z charakterystyczną wieżą ceglaną na tle błękitnego nieba. Po lewej, zachodniej, stronie pyszniła się potężna bryła klasztoru Bernardynów, mając obok kolumnę z figurą św. Antoniego. Nie było jeszcze wtedy wspaniałego pałacu gubernatora, który później wielokrotnie budził w nim podziw, już w trakcie budowy i podczas poświęcenia w 1905 roku. Wówczas dość często jeździł na Świński Rynek. Wprawdzie bliżej miał do miasteczka Rozprza, ale gdzie tam było upadającej osadzie do gubernialnego Piotrkowa, liczącego już czterdzieści tysięcy mieszkańców. Wśród całej plejady budynków i kamienic szczególnie przyciągał jego uwagę zwalisty gmach na tyłach kościoła Pijarów, gdzie według opowieści mieszczan mieściła się słynna szkoła, w której nauki pobierali tak sławni ludzie, jak Stanisław Konarski i Stanisław Małachowski. Dziwnym zrządzeniem losu pół wieku później absolwentami tej szkoły mieli zostać trzej jego prawnukowie, co Józef jakby instynktownie przeczuwał. Teraz jednak kolebał się w swym zaprzęgu, sunąc po nierównych miejskich brukach, i przyglądał się ludzkiej gromadzie zaludniającej ulice stolicy guberni. Ten ruch i gwar fascynowały go w mieście najbardziej, więcej niż wysokie domy i potężne świątynie. Z wielkością i pięknem świątyni był przecież oswojony we własnej parafii, do której chodził jak inni w niedzielę, jeśli tylko stan drogi z Woli do Bogdanowa na to pozwalał. Niestety droga była kręta, nierówna, pocięta koleinami. Obok biegła wydeptana przez pieszych ścieżka. Tą ścieżką szli pięć wiorst parafianie do słynnego, starego i potężnego, bogdanowskiego kościoła. Latem szli boso. Nie z fanaberii, lecz z konieczności. Tuż przed kościołem myli nogi w stawie i zakładali buty, które należało oszczędzać, bo nierzadko musiały wystarczyć na całe życie. W niedziele i święta Bogdanów stawał się ludnym miejscem, szczególnie zaś w czerwcowy odpust obchodzony pod wezwaniem Świętej Trójcy, ale gdzie tam mu było do Piotrkowa. Józef bardzo lubił przyglądać się ludziom chodzącym ulicami. Dziwił się mężczyznom spacerującym w odświętnych tużurkach, choć był to wtorek, zwykły, powszedni dzień. Zauważył też dwie strojne damy wysiadające z powozu na zakurzoną ulicę. Ubrane były zbytkownie w jedwabne, powłóczyste suknie, przemyślnie uszyte. Na taką suknię musiało wyjść z piętnaście łokci jedwabiu po rublu za łokieć — oceniał w myślach. Licząc za kunsztowne szycie ze dwadzieścia pięć rubli, taka kreacja musiała kosztować około 40 rubli, tyle samo, co dwie morgi ziemi, ziemi żywicielki. Miasto było miejscem ogromnych kontrastów. Obok elegancko ubranych mieszczan wegetowali tu okryci łachmanami i oblepieni brudem żebracy. Nazywano ich też dziadami kościelnymi, bo trzymając w rękach sękate kostury, wystawiali przed kościołami swoją nędzę na widok publiczny, licząc na wrażliwość tych lepiej przez los obdarowanych. Kiedy jakaś wytworna kobieta wstępowała na schody świątyni, ciągnęła się za nią smuga wonnych perfum, przebijając się przez wydzielany z ciał i łachmanów straszliwy odór żebraczej nędzy. Przeganiani przez stójkowych żebracy po pewnym czasie wracali albo przenosili się pod inne kościoły, bo nie mieli dokąd pójść. Zadziwiał i fascynował Józefa ów ruch, ta wrzawa, gwar rozmów toczonych niekiedy przy wsparciu gwałtownej gestykulacji, niczym na targowisku. Całe miasto było w pewnym sensie jednym wielkim targowiskiem. Po bruku turkotały koła wyładowanych ciężkich wozów, ale też lekkich dorożek wożących bogato ubranych pasażerów. Obrazu miasta dopełniali żandarmi stojący przed cyrkułem oraz paradujący w barwnych galowych mundurach sołdaci z miejskiego garnizonu, chroniący rosyjskiego gubernatora Piotrkowa. Na placu Mikołajewskim, nazwanym tak ku czci najjaśniejszego pana, cara Mikołaja II, w budynku pod numerem 73 mieściły się Sąd Pokoju i Kancelaria Hipoteczna. Obok kancelarii funkcjonowało biuro Notariusza Floriana Dąbrowskiego. To biuro stanowiło cel podróży Józefa. Zanim jednak wszedł do budynku sądu, musiał zająć się koniem. Wyprzągł Gniadego i uwiązał przodem do wozu, zdjął mu wędzidło i odkrył żłóbek z obrokiem. Zdrożony koń zrazu powoli, a z czasem bardziej ochoczo zabrał się do jedzenia. Gospodarz dokładnie zlustrował swoje ubranie przed wejście do urzędu. Z powodu lipcowego upału Józef był bez marynarki. Do czarnych spodni i butów nosił kamizelkę tej samej barwy, założoną na białą koszulę, świeżo odprasowaną, zawiązaną po szyją ozdobną tasiemką. W miejsce guzików były przyszyte małe, ozdobne, z drewna wykonane kołeczki. Ubranie było porządnie skrojone i uszyte u dobrego krawca. Józef bowiem przywiązywał dużą wagę do własnego wyglądu i nosił się jak na gospodarza przystało. Chłop to był na schwał i prezentował się adekwatnie do opisu wójta gminy Krzyżanów w wydanym przez pisarza gminnego zaświadczeniu. A tam stało po rosyjsku, że Józef Filipowicz Motyka, poddany rosyjski, należy do stanu chłopskiego, jest wyznania rzymsko-katolickiego, zajmuje się wiejskim gospodarstwem rolnym jako stały mieszkaniec wsi Wola Krzysztoporska oraz jest właścicielem zagrody, którą zapisał mu ojciec Filip Pawłowicz Motyka.

Upewniwszy się, że prezentuje się godnie, wszedł Józef do budynku sądu, odnalazł biuro notarialne i nacisnął ozdobną mosiężną klamkę. Drzwi ustąpiły i Józef znalazł się w przedpokoju notariusza.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — chłopskim zwyczajem pozdrowił obecne w pomieszczeniu osoby.

— Na wieki wieków. Amen — odpowiedział praktykujący u notariusza dependent. A po uważnym przyjrzeniu się interesantowi zapytał:

— Jak się nazywacie gospodarzu i po co przyszliście?

Józef wymienił swoje nazwisko i cel, w jakim przybył, po czym rozejrzał się po pokoju. Ściany obstawione były ozdobnymi szafami pełnymi książek, a meble pokryte amarantowym utrechtem. Następne drzwi prowadziły do gabinetu notariusza. Dependent kazał Józefowi czekać. Otworzył te drzwi i wszedł do środka z informacją o przybyciu kolejnego interesanta. Józef ponownie rozejrzał się wokół. Pod oknem wyposażonym w ciężkie story stała ława misternie wykonana z jakiegoś szlachetnego drewna. Siedział na niej starszy mężczyzna z brodą — w jasnym tużurku, z białą laseczką na kolanach i cylindrem w tym samym kolorze. W pewnej odległości od tego wytwornego pana stało trzech Żydów z pejsami, w chałatach i jarmułkach. Rozmawiali w języku jidysz, co Józef rozpoznał bez namysłu. Starozakonni byli tak zajęci sobą, że nie zauważyli nawet wejścia nowego interesanta. Może kłócili się o coś, żywo przy tym gestykulując i mówiąc podniesionymi głosami, a może tylko omawiali jakąś transakcję z pobudliwością charakterystyczną dla ludów Wschodu. Przerwali jedynie na chwilę swoją dyskusję w momencie, kiedy dependent wrócił z gabinetu i, zwracając się do Józefa, powiedział:

— Powiadomiłem Floriana Pantaleonowicza o waszym przybyciu. Kazał wam czekać na wezwanie.

Józefowi przyszło czekać dość długo, więc siedząc na krześle, zamyślił się głęboko. Ojciec zapisał mu notarialnie siedem mórg ziemi, do której pełne prawo własności nabył z mocy carskiego dekretu. Ten zapis uczyniony Józefowi miał ostatecznie potwierdzić nieodwracalność skutków aktu uwłaszczeniowego.

W wieku dwudziestu czterech lat wstąpił w związek małżeński, a rok później, w 1878 roku, miejscowa akuszerka, bardzo doświadczona, bo sama urodziła kilkanaścioro dzieci, odebrała przy porodzie żony Katarzyny zdrową córeczkę. Dziewczynka, jako pierwsze dziecko w rodzinie, otrzymała imię po ojcu. Józef kochał córeczkę, ale ambicja nakazywała mieć też męskiego potomka. Uważał, że ciąży na nim odpowiedzialność za zachowanie ciągłości starego chłopskiego rodu; tego był absolutnie pewien. Mijały kolejne lata, a jego gorące pragnienie pozostawało niezaspokojone. Nie był człowiekiem wylewnym, i nie zdradził się, że cierpiał w skrytości swego serca. Cierpiał, nie miał bowiem komu przekazać wiedzy o tajnikach służby ziemi żywicielce. Kogo miałby wdrożyć do panowania i opieki nad koniem, tym żywym motorem napędowym gospodarstwa. Kogóż miałby uczyć trudnej sztuki uprawy, nawożenia i płodozmianu, chować zwierzęta gospodarskie, naprawiać narzędzia i sprzęt rolniczy, jak dbać o rodzinę, o całą wiejską zagrodę? Na te pytania nie znajdował żadnej sensownej odpowiedzi. Do czasu. Nadszedł bowiem szczęśliwy rok 1888. Pod tą szczególną datą narodził się Józefowi wymarzony syn. Wcześniej modlili z żoną do św. Wojciecha w intencji narodzenia chłopca, więc dali mu jego imię. Szczęśliwy ojciec miał już dwoje dzieci, a gospodarstwo nie na tyle duże, żeby je dzielić na części. Gospodarski honor wymagał obsadzenia syna w rodzinnej zagrodzie i odpowiedniego wyposażenia córki. Najbardziej cennym i pożądanym posagiem była ziemia, więc Józef, człowiek honoru, postanowił ziemi dokupić, żeby zapewnić obojgu dzieciom stabilną przyszłość. Oszczędny i myślący o przyszłości, od dawna składał kopiejkę do kopiejki, ale tylko w monetach ze szlachetnego kruszcu. Doświadczenie uczyło go, że wielu ludziom papierowe ruble poszły z dymem, ale nie tylko pożaru się bał. Dewaluacja o tyle bywała łaskawsza, że zabierała tylko część oszczędności, ale strata bolała nie mniej. W okresie kampani krymskiej, wojny o niepomyślnym dla Rosji przebiegu i zakończeniu, papierowe rosyjskie pieniądze znacznie straciły na wartości. Najlepszą lokatą była ziemia, kiedy więc zebrał odpowiednią kwotę — a nadarzyła się właśnie nadzwyczajna okazja — przystąpił do dzieła. Zmarł Franciszek Jerzyniecki, właściciel działek na Małym Kozubie, Ruścu i Komornickim, a pozostały po nim wdowa Konstancja z domu Jędraszczyk i cztery zamężne córki: Marianna Wiktorowska, Józefa Jankowska, Antonina Mąkolska i Florentyna Orecka. Na rzecz tej ostatniej matka i siostry zrzekły się swoich praw. Zaspokoiwszy roszczenia rodziny, Orecka postanowiła sprzedać cztery morgi ziemi. Warunki transakcji zostały pomyślnie uzgodnione, pozostało więc dokonać odpowiednich wpisów w księdze aktów notarialnych. Dlatego właśnie Józef siedział tego upalnego lipcowego dnia na krześle w przedpokoju kancelarii.

Z zamyślenia wyrwał go głos dependenta, który urzędowo po rosyjsku wyrecytował, stojąc w drzwiach gabinetu:

— Notarius Florian Pantaleonowicz Dombrowskij prigłaszajet w kabiniet ziemlewładielcow — tu wymienił strony umowy notarialnej — Józef Filipowicz Motyka, Franc Iwanowicz i Florientina Francewna Orieckije.

Gabinet notariusza urządzony był niemal z przepychem. Ściany obito wzorzystą tkaniną z przewagą bordowego koloru. Okna zaopatrzono w zasłony, lekko przysłonięte teraz z uwagi na panujący w mieście upał. Pod oknem stał misternie rzeźbiony drewniany kantorek, za którym zasiadał sam notariusz Florian Dąbrowski. Pod ścianą z lewej strony stało kilka krzeseł obitych skórą. Siedziało tam dwóch dostojnie wyglądających panów ubranych w nienagannie uszyte surduty z ciemnego kortu, ozdobione dwoma rzędami eleganckich guzików. Obaj panowie mieli rozpięte i lekko rozchylone poły ubrań, było więc widać pod spodem białe koszule i kamizelki kontrastujące z modnymi sztuczkowymi spodniami. Jeden z mężczyzn wyróżniał się dużym złotym sygnetem na palcu, a drugi zegarkiem z dewizką, też oczywiście szczerozłotym. Byli to specjalni świadkowie, rzec by można — ludzie zaufania publicznego, prawnicy odpowiedniej rangi podpisujący akt notarialny w imieniu stron umowy, o ile byli to ludzie niepiśmienni. Za niegramotnych uważano wszystkich niepiszących i nieczytających płynnie po rosyjsku, a takich była zdecydowana większość. Dependent przedstawił obu panów, o różnych wprawdzie fizys, ale jednako emanujących pewnością siebie z domieszką nieukrywanej wyższości wobec nieznających urzędowego języka w mowie i piśmie oraz zawiłości prawnych sformułowań petentów.

— Feliks Fortunatowicz Strzyżewski i Józef Ajzenowicz Skórzewski, prawnicy z Piotrkowa Trybunalskiego — tym razem po polsku wyrecytował dependent.

Obaj przedstawieni panowie kolejno lekko skinęli głowami na powitanie i potwierdzenie słów praktykanta notariusza. Zarówno notariusz, jak i zacni świadkowie nie byli nieznani interesantom. Florentyna Orecka uczestniczyła już tu w spisywaniu umowy notarialnej w 1890 roku, kiedy to jej matka i siostry zrzekły się roszczeń do schedy po mężu i ojcu za odpowiednią opłatą. Józef był tu wcześniej, żeby uzgodnić termin wpisu do księgi hipotecznej umowy zawieranej z Orecką.

Notariusz Dąbrowski wyglądał nie mniej wytwornie od świadczących mu usługi prawników — stosownie do rangi swego urzędu i pozycji społecznej, jaką miał w piotrkowskiej guberni. Siedział dostojnie za swym mahoniowym kantorkiem. Na ścianie za jego plecami wisiał olejny portret Aleksandra III, imperatora Rosji. Najjaśniejszy pan przedstawiony był w bogato zdobionym mundurze galowym, z całą plejadą orderów na piersi. Na biurku przed notariuszem leżały jakieś księgi. Stał też kałamarz napełniony czarnym atramentem z piasecznicą służącą do osuszania świeżo zapisanych kart. Leżała także poduszeczka nasączona zielonym tuszem, a obok spoczywała sporych rozmiarów okrągła pieczęć. Pod ścianą z prawej strony stał potężny stół obity zielonym suknem. Na nim spoczywała gruba księga sporego formatu służąca do zapisywania aktów notarialnych. Stały też dwa duże mosiężne lichtarze z obsadzonymi woskowymi świecami. Za stołem siedział oficjalista, który lada chwila miał przystąpić do spisywania aktu. Zanim to nastąpiło, osoby zawierające umowę przedstawiły metryki urodzenia i zaświadczenia z gmin stałego zamieszkania kwalifikujące do zawarcia umowy kupna-sprzedaży ziemi. Przedmiotem umowy były cztery morgi ziemi sprzedawane przez małżeństwo Oreckich, a kupowane przez Józefa Motykę. Oficjalista pisał szybko i sprawnie. W ciszy gabinetu oprócz skrzypienia pióra na papierze słychać było tylko brzęczenie uporczywej muchy, która usiłowała się pożywić naskórkiem wszystkich po kolei uczestników tego prawnego misterium. Od czasu do czasu spokój panujący w kancelarii przerywał też głos Floriana Dąbrowskiego dyktujący swojemu pracownikowi kolejne akapity tekstu wpisywanego do księgi. Niekiedy notariusz zadawał jakieś pytanie osobom składającym oświadczenie woli. W końcu oficjalista zapisał w księdze, że sprzedający otrzymali zapłatę w trakcie spisywania umowy. Wtedy Józef wyłożył na stół garść srebrnych monet, a wśród nich nawet jeden złoty półimperiał. Oficjalista przeliczył pieniądze, których było równo sto rubli. Z tej sumy osiemdziesiąt rubli przekazał Florentynie Oreckiej. Pozostałe dwadzieścia rubli położył na biurku przed notariuszem, jako zapłatę za dokonanie wpisu do księgi i sporządzenie wypisu dla kupującego, w tym jeden rubel dwadzieścia pięć kopiejek za wysokiej jakości papier aktowy i dwadzieścia kopiejek za znaczek opłaty skarbowej. Pozostałe osiemnaście rubli i pięćdziesiąt pięć kopiejek było przeznaczone na koszty utrzymania biura, wynagrodzenie notariusza i poświadczających akta prawników. Te dwadzieścia rubli za akt notarialny to była według Józefa kwota nazbyt wygórowana, bo stanowiła dwadzieścia procent całej transakcji i równowartość całej morgi ziemi, a to już budziło w jego sercu grozę. Godził się jednak z bólem serca na te niepojęte koszty, bo był przekonany, że prawne zabezpieczenie chroniło go przed ewentualną samowolą dziedziców. Wprawdzie wierzył w Boską sprawiedliwość, ale i cenił sobie porzekadło: „Strzeżonego Pan Bóg strzeże”. Właśnie dlatego zapis w księdze aktów notarialnych był dla niego tak ważny. Na jego życzenie notariusz polecił zapisać dodatkowy akapit w umowie, mówiący o tym, że sprzedający przekaże mu ziemię niezwłocznie po zebraniu tegorocznych plonów, czyli po żniwach i wykopkach. Po spisaniu aktu notariusz złożył pod nim podpis, a oficjalista odcisnął pieczęć. W imieniu stron umowy podpisy złożyli prawnicy, mieszkańcy Piotrkowa. Józef jeszcze dziś miał otrzymać wypis. Postanowił więc poczekać w przedpokoju, żeby dopiąć sprawę do końca.

Do gabinetu wchodzili następni interesanci. Tym razem grupka starozakonnych, która po długim wyczekiwaniu i burzliwej dyskusji skompletowała wreszcie swój skład. Dependent zaś, biegły w kaligrafii, żwawo zabrał się do sporządzania bumagi. Użył w tym celu specjalnego papieru wyższej jakości, przeznaczonego wyłącznie do wypisów w sprawach, w których wartość transakcji mieściła się w granicach od pięćdziesięciu do dwustu pięćdziesięciu rubli. Dla drobniejszych spraw były aktowyje bumagi gorszej jakości. Józefowi czas się dłużył niezmiernie, bo choć w urzędach czuł się dość pewnie, to najlepiej mu było w bliskim kontakcie z przyrodą. Zaczął też niepokoić się o konia stojącego przy wozie na placu. „Doskwierało mu już wcześniej pragnienie — myślał — więc jak bardzo może chcieć pić po zjedzeniu słomianej sieczki wymieszanej z ziarnem?”. Na szczęście dla konia dependent nie próżnował i kilka pacierzy później wręczył Józefowi upragnioną bumagę z podpisem notariusza i odciśniętą na zielono pieczęcią Kancelarii Hipotecznej Sądu Pokoju. Z wyraźną ulgą opuścił Józef budynek sądu.

Minęło południe. Ruch na ulicach miasta wyraźnie stracił dynamikę. Była to przecież pora obiadu. Koń, czując i widząc gospodarza, zaczął parskać i przebierać nogami. Józef wiedział, że Gniady jest spragniony i spieszy mu się do stajni. Nabrał wody z ulicznej studni. Napoił konia i sam też się napił, po czym popatrzył na rosyjskojęzyczne szyldy okolicznych sklepów. Miał w zwyczaju przywozić z miasta swoim bliskim jakiś gościniec. Wszedł do sklepu, który wydawał mu się duży i elegancki, szczególnie w porównaniu do sklepiku Mośka w Woli, dusznego i ciasnego, zapchanego od dołu do góry beczkami i workami, z rozczochraną Żydówką za kontuarem. Tu był duży wybór towarów znacznie wyższej jakości, ale i po wyższych cenach. Wysupłał z sakiewki dwie srebrne czterdziestówki. Kupił dwa bajgle, słodką chałkę i torebkę lukrowanych pierników. Wsiadł na wóz i ruszył prosto ku słońcu. Lejce uwiązał do kłonicy, jak tylko znalazł się za miastem. Nie potrzebował już kierować koniem, ten instynktownie i nieomylnie pociągnął wóz w stronę domu. Z każdą wiorstą powrotnej drogi Józef gubił wewnętrzne napięcie, które towarzyszyło mu dziś od wczesnego poranka, kiedy tylko zaczął szykować się do wyjazdu, a nasilało się z godziny na godzinę, osiągając apogeum w chwili obwieszczenia przez notariusza, że umowa została zawarta. Ten stan szczególnej wewnętrznej koncentracji ustępował teraz torującej sobie drogę do jego świadomości satysfakcji z osiągnięcia celu, który sobie nakreślił w dniu naznaczonym radością narodzin tak długo wyczekiwanego syna. Nieważne, jakim wysiłkiem to osiągnął — że zarobił i zaoszczędził tyle pieniędzy, ile było trzeba na zakup ziemi, i dokonał zakupu w chwili, kiedy szczęśliwy los dał mu szansę. Józef był przekonany, że posiadanie ziemi jest warunkiem niezbędnym zachowania godności. Gospodarz posiadający tyle ziemi, ile mógł z rodziną uprawić, mieścił się w kategorii ludzi wolnych. Był wolny, bo niezależny materialnie, związany tylko z matką ziemią, żywicielką, którą mu Bóg powierzył w opiekę na czas pobytu na tym świecie. W feudalnym systemie człowiek bez ziemi zdany był na igraszki losu jak żeglarz na porywy wiatru, nie posiadał bowiem kotwicy, którą mógłby zarzucić, kiedy jego życie zaczynało tracić sterowność na skutek ulegania podszeptom diabła. Człowiek, który utracił ziemię, stawał się pariasem. Nawet jeśli dopisało mu szczęście, mógł być tyko parobkiem żyjącym z ciężkiej harówki, bez pewności jutra, a jeśli los mu nie sprzyjał, musiał szukać przystani wśród dziadów kościelnych żyjących z cudzej łaski.

W tym zamyśleniu nie zauważył, że minął Siomki i Bogdaszkę. Jechał już akacjową aleją, wprost do majątku Szpilfoglów. Wracał jednak do domu, minął więc ogród, skręcił w lewo koło stawu i znalazł się we własnej zagrodzie powiększonej właśnie o cztery morgi. Ukrywał wzruszenie, które uważał za słabość; a przecież świat dla słabych zawsze był nieprzyjazny, nawet groźny.

Tak podczas ostatniej podróży do miasta wspominał Józef swoją pierwszą wizytę u notariusza. Trzydzieści siedem lat minęło jak z bicza strzelił, a on pamiętał tamten dzień w każdym szczególe, choć tyle innych, ważnych, przeżyć zatarło mu się w pamięci.


Magnackie gniazdo


Wola Krzysztoporska zawdzięcza istnienie i nazwę panującemu przez cztery wieki na tej części Równiny Piotrkowskiej magnackiemu rodowi z Małopolski. Kiedy Józef przyszedł na świat, w 1853 roku, Krzysztoporskich już tu nie było. W wolskim folwarku siedział dziedzic Trzciński, którego okoliczni chłopi niezbyt szanowali; bo nie bez racji uważali go za dziwaka i utracjusza? Zatrudnieni w majątku ludzie opowiadali w miejscowej karczmie i podczas pieszych wędrówek na niedzielną mszę o fanaberiach szlagona, który zamiast ekonomią i zarządzaniem zajmował się astrologią, wróżbiarstwem i uzdrawianiem, odnosząc w tych dziedzinach niebagatelne sukcesy. Szczególnie zasłużył się w leczeniu kołtuna, który powszechnie traktowano jako chorobę, a nie przejaw niechlujstwa. Dziwactwa, zwłaszcza tego rodzaju, bywają kosztowne. Dziedzic zaciągał długi u Żyda w Warszawie, beztrosko podpisując weksle, do czasu aż suma długów zaczęła sięgać kwoty równej wartości posiadanych przez Trzcińskiego tysiąca hektarów ziemi, budynków, inwentarza i całej reszty. Wówczas wierzyciel uwolnił szalonego dziedzica od kłopotów i przejął majątek, oddając w dzierżawę innemu Żydowi, Józefowi Szpilfoglowi z Piotrkowa. Wraz z przybyciem rodziny Szpilfoglów rozpoczęła się druga era świetności Woli, która trwała ponad sto lat, od 1865 do 1989 roku, czyli do ostatecznego upadu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

W czasach Józefa mit o magnatach, założycielach Woli, był jeszcze całkiem żywy. Przekazywano go sobie z ust do ust, z pokolenia na pokolenie. Wobec braku pisanej wersji opowieść ulegała różnym przekształceniom i deformacjom. Ten możny, magnacki ród mógł się równać pod względem znaczenia w Rzeczpospolitej z rodami Lubomirskich i Tarnowskich. Jan Krzysztoporski (1518–1585) był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w czasach największej świetności państwa polskiego. Jako sekretarz króla Zygmunta Augusta zajmował się polską polityką zagraniczną. Za ostatnich Jagiellonów Polska była europejskim mocarstwem, można więc przypuszczać, że w jego rezydencji w Woli Krzysztoporskiej kształtowały się opcje europejskiej dyplomacji przed zagranicznymi wojażami, na które udawał się jako wysłannik polskiego monarchy. Był Jan kasztelanem wieluńskim i sieradzkim, dostąpił też godności senatorskiej. Odegrał dużą rolę na Sejmie Lubelskim 1569 roku. Warto prześledzić historię życia tego niezwykłego i wielkiego Polaka.

Wszystko zaczęło się w Wittenberdze. Tam, gdzie w 1517 roku zbuntowany przeciw obłudzie i hipokryzji Kościoła ksiądz Marcin Luter wystąpił z programem naprawy zawartym w dziewięćdziesięciu pięciu tezach wypisanych na papierze przybitym do drzwi miejscowej katedry. To wydarzenie zmieniło losy świata, kształtując ruch propagujący etos pracy, indywidualizmu i skromności, który nadał potężny impuls rozwojowy zachodniej cywilizacji, przygotowując grunt pod rewolucję naukowo-techniczną. Reformacja czyniła nadspodziewanie szybkie postępy, mimo prześladowań ze strony katolickiej większości. W 1526 roku na sejmie w Spirze już 6 księstw i 14 miast Rzeszy oprotestowało dyskryminowanie mniejszości religijnych. Od czasu tego protestu cały ruch odnowy religijnej przyjął nazwę protestantyzmu. Nie był to ruch jednolity, ścierały się w nim różne tendencje, które doprowadziły do wyłonienia się wielu doktryn religijnych w obrębie chrześcijaństwa i skupionych wokół nich grup wyznawców nazywanych zborami. Reformacja na Zachodzie spotkała się z ostrą reakcją sił związanych z kościołem katolickim, co doprowadziło do krwawych wojen religijnych zakończonych dopiero pokojem augsburskim w 1555 roku i przyjęciem tam zasady cuius regio, eius religio. Ta zasada nie miała nic wspólnego z tolerancją, oznaczała bowiem przymus religijny z woli władcy dla poddanych. W Polsce reformacja nie miała tak wielu zwolenników, ale też kontrrewolucja przebiegała o wiele łagodniej. W nieco dalszej przyszłości miało być jednak inaczej. Nie wiadomo do dziś, jaki to duch, dobry czy zły, podszepnął Lutrowi owe 95 tez, które zmieniły bieg historii. Nawet oceniając po owocach, nie można jednoznacznie stwierdzić, czy zbuntowany ksiądz był wysłannikiem piekieł. Wprawdzie jego tezy stały się zaczynem całego cyklu wojen religijnych, które przyniosły mieszkańcom Europy gehennę, poniewierkę i morze przelanej krwi, ale też otworzyły drogę nowej formacji społecznej, która w przyszłości przyniosła dobrobyt ludności zachodniego świata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 64.63