E-book
15.75
drukowana A5
47.01
Obława

Bezpłatny fragment - Obława


Objętość:
169 str.
ISBN:
978-83-8467-209-9
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 47.01

Rozdział 1

Budzi się rozespany, mimo zmęczenia coś wyrywa go ze snu. Deszczyk. Jesienny delikatny deszczyk, bardziej mżawka. Musi padać od jakiegoś czasu, dopiero jak włosy na głowie zamokły i woda wątłym strumyczkiem spłynęła za kołnierz obudził się. Natychmiast nasłuchuje. Przygląda się blademu początkowi dnia, wypełnionemu delikatną mgiełką. Gdzieś słychać spokojne kroki jakiegoś zwierzęcia. Okazuję się opodal chodzi skubiąca trawę sarna. Usłyszała ruch budzącego się człowieka i bez zbytniej paniki kilkoma susami odskakuje kilkadziesiąt metrów dalej.

Po stwierdzeniu obecności w pobliżu tylko zwierzęcia ucieszył się na tyle, że spokojnie położył głowę na ziemi. Odetchnął i za moment nieco obolały po doznaniach ostatnich dwóch dni wstaje. Kiedy miejscami wilgotne ubranie dotyka suchego ciała przechodzi po ciele delikatny dreszczyk, bez zastanowienia rusza w dalszą drogę. Śniadanie zje później, jak się rozgrzeje.

Nie zna okolicy. Wokół lasy i góry. Natykał się na leśne drogi i ścieżki, ale tylko je przecinał rozglądając się wpierw, chyłkiem przeskakuje przez nie. Omijanie duktów gdzie mógł napotkać ludzi męczy. Góry niewysokie z bardzo stromymi podejściami i stromymi, momentami karkołomnymi zejściami. Idzie wyłącznie lasami od przedwczoraj. W tornistrze jeszcze ma prowiant, wodę dostarczają strumyki. Jeszcze ze trzy dni i rozejrzeć trzeba się za miejscem z żyjącymi ludźmi, dla uzupełnienia jedzenia.

Kiedy zrobił się dzień niemal jasny i na pewno nowy, nastrój mu się poprawił i po czasie stał się ostrożny mniej. Postanowił iść leśną drogą. Nie ścieżką, drożyną czy duktem, a drogą leśną wyjeżdżoną wozami, wydeptaną końskimi kopytami. Kroki jego są pewniejsze, ale nadal jest czujny. Deszcz stał się mocniejszy, ma nadzieję w taką pogodę nie natknąć się na ludzi, ale droga jaką idzie wskazuje, że chyba raczej do ludzi prowadzi.

Zbliża się do prawego dość ostrego zakrętu. Po lewej ze dwieście metrów od zakrętu, między drzewami prześwituje jakiś domek. Zdaje sobie sprawę z potrzeby ominięcia zabudowań. Przez chwilkę przygląda się. To jakiś bardzo skromny niewielki dom drewniano murowany. Może jest pusty? Warto podejść bliżej, stąd nie widać czy wokół kręcą się kury albo czy domu pilnuje pies jakiś. Nie widać nawet śladów życia. Może warto sprawdzić?

Postanawia zaryzykować. Idzie skrajem drogi, bliżej drzew aby w razie czego móc wskoczyć w las. Będąc już blisko słyszy strzały w domku. Błyskawicznie jest za drzewem. Przypadł do grubego świerka wyglądając zza niego. Wewnątrz domu padło jeszcze kilka strzałów. Nagle z domu wyskakuje człowiek, za nim kolejny. Po kilku sekundach trzeci. Pierwszy uciekający odwraca się i strzela z pistoletu do trzeciego. Trzeci strzela do drugiego powalając go. Pierwszy znowu strzelając trafia trzeciego, który zaczyna się słaniać na nogach. Wystrzelił kilka razy w stronę pierwszego, ale ten nie oglądając się ucieka w las.

Po dłuższej chwili ciszy wychodzi zza drzewa, ostrożnie zbliża się do domku. Najpierw podchodzi do leżącego najbliżej wejścia, to ten trzeci wybiegający z domku ostatni. Sekundę przygląda się trupowi, wchodzi do środka. Z korytarza do pierwszej izby po lewej stronie. Na łóżku leży zakrwawiony starszy człowiek. Widząc ostrożnie wchodzącego chłopca czeka aż ten się zbliży. Po jego wejściu do pomieszczenia, starszy człowiek coś próbuje powiedzieć. Chłopiec zdejmuje tornister i pomaga ułożyć się na łóżku człowiekowi brudząc się jego krwią. Kiedy ten poczuł się pewniej, leżący ciężko dysząc patrzy na chłopca wyciągając jednocześnie rękę w stronę ściany, wskazując na coś palcem.

— Dieses bild.

Ręka mu opadła. Chłopiec nawet nie sprawdza, dokładnie wie jak wygląda nieboszczyk. Robi dwa kroki w kierunku ściany. Przygląda się obrazkowi, dziełu w spojrzeniu całkowitego amatora, absolutnie amatorskiemu. Prymitywnemu po chwilce przyjrzenia się, pokazującemu dwa kotki. Szary z prawej z lewej łaciaty w bure prążki. Oba z białymi wąsikami i przebiegle spoglądającymi kocimi oczkami. Chłopiec szybko stwierdził iż obrazek w ramkach pasował będzie do tornistra w sam raz, otwiera go. Zdejmuje bez problemu obrazek ze ściany, ten idealnie pasuje do wnętrza tornistra. Ma wrażenie jakby ten co zamknął obrazek w ramkach brał miarę z jego tornistra.

Po zapakowaniu i zapięciu skórzanymi paskami, zakłada go ponownie na plecy. Rusza dalej w poszukiwaniu kuchni. Teraz też dopiero zauważa, że w pokoju ze zmarłym staruszkiem i w kuchni jest straszny galimatias, jak po wybuchu granatu. Zaczyna lustrację pomieszczeń. W kuchni nawet deski z podłogi są wyrwane, a w przejściu do kolejnego pokoju zza drzwi wprost na chłopca wpada kolejny trup zalany krwią, brudząc nią zaskoczonego gościa. Po otrząśnięciu się błyskawicznym, chłopiec nie sprawdza co jeszcze może być w pokoju. Cofa się do kuchni i szybko znajduje w niej otwartą puszkę dżemu. Zajada się nim, po nasyceniu zdaje sobie sprawę iż tak naprawdę, to nie powinno go tutaj być. Wychodząc na zewnątrz ponownie słyszy odległe strzały i wybuch granatu. Decyduje wracać do lasu, ale jednak rozmyśla się.

To głupie, ale jednak pójdzie w dół, bardziej w stronę słyszanej eksplozji i krótkiej strzelaniny. Po dzisiejszym dniu i tym co do tej pory przeżył, wszystko z wolna staje mu się obojętne. Powoli idzie drogą ku swej przyszłości, która krok po kroku staje się rzeczywistością. Już nie pamięta czasu beztroski dzieciństwa ani zabaw z koleżeństwem. Nawet bardzo bliscy znajomi często dzień po dniu stawali się tylko wspomnieniem, często bliższym mu, niż kiedy byli żywymi istotami. To co mógł nazwać szczęściem zniknęło, tego nie ma. Nawet jak mocno się zamyśli, nie trafia na ślady wspomnień budzących uśmiech.

Nie zwracając uwagi na trupy omija je powoli wchodząc w las. Już wyleciało mu z pamięci ucieczka tego pierwszego człowieka do lasu. Jakby go nie było, nawet nie zauważył braku deszczu. Jakiś ptaszek zaczął kwilić próbując śpiewau, ale jesienny początek dnia nieco ścisnął jego gardełko i zdaje się tylko starał sobie poprawić humor. Chłopak zamyślił się nie myśląc o śpiewaku.

— Halt. — po kilku minutach marszu słyszy spokojny głos -Mamy jeszcze jednego! Kurwa jego mać.

Poczuł lekką ulgę, jednak nie patrzy kto tak płynnie operuje polszczyzną. Poczuł ulgę. Nie cynicznie, a lekko i delikatnie dziwiąc się sobie samemu.

— Dawej tu szkopa! — słychać z oddali.

Chłopiec rusza przed siebie.

— A ty dokąd? — słyszy z tyłu pełen zdziwienia głos.

— Przecież kazał iść.

— A co, ty szkop.

— Polak.

— To co się rwiesz! — po sekundzie już spokojniej — No dobro, to liź.

Spokojnie idą, chłopiec się nie rozgląda. Jest zadowolony, wyszli z lasu, kilkadziesiąt metrów dalej stoi ktoś z automatem. Po lewej stronie niewielki sad, zbliżając się przed nim zauważa dom wyłaniający się z lasu, sporo większy od tego w jakim był. Przed domem grupka ludzi. Trzej to niemcy z rękami założonymi na karku, wokół kręci się kilku Polaków w cywilu i trzech w mundurach niemieckich, ale z opaskami biało czerwonymi na prawym ramieniu. Podchodząc bliżej zauważa na opaskach czarne napisy MO. Idącego chłopca zdziwił ksiądz wychodzący z domu i przed budynkiem czekający malec. Prowadzony jest do mężczyzny z automatem, ten ruchem ręki nakazuje zatrzymania się chłopcu. Z tyłu słyszy głos.

— To Polak.

Człowiek z automatem odpowiada pytaniem.

— Czemu rękawy kabata w jusze maczał. Ha?

Chłopiec rozgląda się nie bardzo wiedząc o co chodzi. Widząc zakłopotanie chłopca, inny mężczyzna podchodzi mówiąc.

— Masz rękawy we krwi.

Chłopiec sekundę myśli przyglądając się rękawom jesionki, nagle jakby się obudził.

— A, to. Widziałem na koniec jak postrzelali się w tym, tam dalej w górach domku. Jeden z tamtych uciekł w las. Głodny byłem, wszedłem do środka i takiego staruszka na łóżku zobaczyłem. Poraniony był bardzo. Nawet nie wiem ile kul dostał. Coś mu pomogłem wygodniej się ułożyć, a on wziął i zmarł w podzięce.

Mężczyzna z automatem kiwnął głową na znak, by chłopiec poszedł za nim. Zatrzymali się przy niemcach.

— Widziałeś którego?

Chłopiec zdecydowanie wskazuje palcem tego pierwszego wyskakującego z domku. Mężczyzna kiwa głową potakująco do podchodzących w ich kierunku innych mężczyzn.

— Tyn na końcu przylecioł. — powiedział usatysfakcjonowany.

Inny się odzywa.

— Niech pokaze co na grzbiecie taska.

Chłopiec zdejmuje tornister, otwiera go wyjmując obraz. Jeden z niemców widząc obraz zrobił pół kroku w przód, robiąc przy tym grymas twarzy kogoś zaskoczonego i mocno zdziwionego. Być może coś by powiedział, ale inny mężczyzna trzepnął go kolbą pistoletu w głowę nie znając zamiaru szkopa. Ten aż się skulił i nic więcej nie zrobił lekko chwiejąc się. Mężczyzna z automatem widząc, że w tornistrze nic więcej prócz pożywienia nie ma, każe schować obraz zadając pytanie.

— Twój???

— Prezent. Tak niosę na pamiątkę.

— Coś po drodze w lesieś widzioł. No nie godom szwabów, a ludzi jakowychś.

Chłopiec pokręcił głową. Zamknął plecak.

— A dokąd Bóg prowadzi chłopcze?

Chłopiec rozgląda się zdziwiony. Teraz dopiero zauważa księdza, który widząc jego zaskoczenie i zagubienie w spojrzeniu, błyskawicznie dodaje.

— Może pójść z nami? — ksiądz patrzy to na chłopca, to na mężczyznę z automatem.

Po kilku sekundach mężczyzna z automatem skinął zezwalająco głową. Ksiądz nie czekając na nic więcej, w milczeniu zabiera malca z jakim tu przyszedł i tego drugiego z tornistrem. Wyruszają bez pożegnania i zdecydowanie, by pożegnać tak smutne miejsce. Idą w milczeniu, zaczęło się wypogadzać na dobre. Chłopiec czując się bezpieczniej zaczyna szerzej obserwować otoczenie. Zauważa na drzewach początki jesieni. Zaczyna mu się robić cieplej. Jest bezpiecznie i brak wiedzy gdzie jest, mu nie przeszkadza. Dziwi się tylko księdzu, co w takim samotnym miejscu robi? Samotny dom i tylu wokół ludzi.

Dopiero po kilku minutach dochodzą do pierwszych wiejskich zabudowań. W nich jakby nie było ludzkiego ducha. Gdzieniegdzie jakaś kura drogę przejdzie i pies zaszczeka, ale ani w drzwiach czy oknach nikogusieńko, a oni spokojnie przez wieś idą. Tu robi się też niemal płasko, choć czuć jak delikatnie jest z góry. W pewnej chwili z lewej zauważa kościół. Szybka uświadamia sobie, że kościół jest tylko fragmentem domu do jakiego kościół jest przylepiony. Chłopcu zdaje się jakby kościelny budynek był wielkością podobny wielkiej łupinie orzecha włoskiego, jakie widział w roku ubiegłym. Więc w kościele mieścił się ksiądz, ale miejsca na Boga chyba w nim zabrakło, nie mówiąc o wiernych. Dziwna budowla. Może w dawniejszych latach ksiądz z wiernymi byli mniejsi. Jego wzrok przykuty jest do bryłki kościółka. Rzucił jeszcze okiem na resztę zabudowań chcąc sprawdzić proporcje reszty miejscowości do kościółka, jakby to miało pokazać wielkość wiary mieszkańców.

Wioskę kończy długa prosta droga, wraz z wsią kończą się góry i las. Na końcu prostej wyrasta kolejny zalesiony szczyt. Chłopiec wpatruje się w rosnącą z każdym krokiem górę przed trójką idących. Doszli tak w milczeniu do krzyżówki. Na wprost dróżka prosto, mająca po prawej stronie w pełni murowany dom. W prawo i w lewo droga asfaltowa szeroka. W chłopcu budzi się myśl, którędy teraz? Zanim pojawiła się odpowiedź usłyszał pytanie od księdza.

— Jak tobie na imię chłopcze?

— Jakub. — odpowiada sucho chłopiec.

— Moje imię ksiądz Sławomir, tak mi mów. Ministrant Władzio. — kładzie dłoń na ramieniu Władzia.

Władzio uśmiechnął się gasnącym wykrzywieniem ust. Widać dziś niedziela, a nie wiadomo dokąd idą. Jeszcze to co widzieli po nabożeństwie. Jakub uśmiechu nie odwzajemnia. Przyjął imiona towarzyszących mu ludzi z obojętnością. W umyśle jego krążą wspomina i pomimo zakończonej wojny, w dodatku zwycięskiej, tego zwycięstwa i pokoju nie odczuwał. Natykał się często na ludzi w mundurach wermahtu z biało czerwonymi opaskami z żołnierzami Rosyjskimi i takich z niemieckim powarkiwaniem w cywilnym ubraniu.

Po kilku minutach zauważają wyjeżdżający z leśnej drogi wóz drabiniasty zaprzężony w dwa konie. Furman zauważa mężczyzn i zatrzymuje się, czekając kilka minut na idących. Właściwie zatrzymał się z powodu księdza. Podziwia jego poświęcenie dla utrzymywania wiary. Taki kawał jeszcze ma do przejścia. Zaciekawił go też ten trzeci idący. Władzia już wcześniej widywał z księdzem, kim jest ten trzeci?

— Szczęść Boże. — pozdrawia furman idącą trójkę.

— Szczęść Boże Radogostowi.

Obaj chłopcy odpowiadają po cichu. Radogost natychmiast pyta.

— Co tam dzisiaj się działo? Przedwczoraj w Potworowie zabito człowieka, dziś tam skąd wracacie strzelanina. Co to się dzieje na tej ziemi. Co ksiądz myśli.

Ksiądz po kilku sekundach namysłu odpowiada spokojnie, będąc już na wozie.

— Konie w południe zatrzymują się jeszcze w polu?

— Cholera, nic nie nauczy ich ludzkiej pracy. Dalej trza schodzić z pola i wracać o trzeciej. One sobie w stajni odpoczną, a człowiek haruje w zagrodzie. Później nazad w pole. Biciem ich nie nauczyłem ludzkiego podejścia. Zmarnować ich nie chciałem i jakoś musiałem ustąpić.

Tu następuje kilkusekundowa przerwa, po niej mówi ksiądz.

— I widzi Radogost. Ludzie nauczeni zabijać, robią jak konie. Przychodzi czas zabijania i zabijają tak nauczeni. Jak ludzie nie chcą tego pojąc, a pan ma pretensje do koni. Bezrozumne bydlęta uczone od źrebięcia takiego życia.

— No tak proszę księdza. Ale ten w Potworowie, przy świniobiciu zarżnięty i siekierą dobity. Kto coś takiego robi???

Jakub w tym czasie sięgnął do tornistra wyjmując pół bochenka chleba i plasterek boczku. Skorzystał w przerwie marszu siadając w wozie. Opiera się o drabiniastą burtę spoglądając na młodszego Władzia, który nie chcąc przelecieć pomiędzy jej szczeblami, siada na środku wozu podkurczając nogi w kolanach, obejmuje je ramionami i przygląda się jedzącemu Jakubowi. W tym czasie ksiądz z woźnicą żywo dyskutują. Jakub spogląda w niebo zasnute chmurami, ale nie niosącymi deszczu. Przez ponad pięć miesięcy włóczęgi nauczył rozpoznawać język otoczenia w jakim przebywa. Choć każdego dnia w innym miejscu. Przeżuwając chleb z odrobiną boczku czuje powoli jak kiszki zaczynają swoją pracę. Nie zastanawia się ile szczęścia miał dzisiaj. Według niego są to jałowe rozmyślania. Żyje i tyle. Napotkał księdza wyciągającego bliźniego z trudnej sytuacji i znowu się udało.

Przeżuwając ostatni kęs na myśl przychodzi mu bezpieczeństwo okolicy. Ksiądz z chłopcem, taki szmat ziemi skądś przeszli. Nie zdaje mu się by ksiądz miał gdzieś ukryty pistolet. Parę kilometrów wstecz krew się strumieniem polała, a tu ksiądz z chłopcem idą. I teraz ten woźnica z końmi dobrze odżywionymi, zachowującymi swoje przyzwyczajenia. Nie zauważył kiedy wjechali do jakiejś miejscowości, nie zna jej. Dojeżdżają do krzyżówki na której trójkątnym środku stoi niezbyt stara lipa. Zza niej widać kościół, taki prawdziwy, nie miniaturkę jak zabawka dla lalek. W bramie wjazdu do kościelnego majątku rośnie dorodna lipa, pojazd skręca w prawo i zaraz lekko w lewo.

Wyjeżdżają ze wsi, Jakub coś przegląda w tornistrze. Władzio spokojnie obserwuje nowego kolegę. Obserwuje go dokładnie, szczególnie jego uwagę przyciągają rękawy jego jesionki. Właściwie ciemne plamy po krwi. Władzio ma pewność o czasie ich pochodzenia, na pewno nie dzisiaj powstały. Dzisiejsze są wyraźnie jaśniejsze.

Wóz nagle się zatrzymuje, zdziwiło nieco Jakuba takie lekkie szarpnięcie.

— No aniołki, Reszta drogi pieszo.

Sprawnie wyskakują z wozu, żegnają woźnice. Po kilku krokach Jakub przystaje aby zawiązać buta. Po kilkudziesięciu krokach ksiądz z Władziem zdają sobie sprawę z braku odgłosu kroków trzeciego wędrowca. Odwracają się jednocześnie. Jakub stoi jakby zamurowany czemuś się przyglądając z lekko otwartymi ustami.

— Co z tobą dziecko? — zapytuje ksiądz.

Jakub chwilkę jeszcze patrzy na rozstępujące się chmury dopuszczające słońce, oświetlające góry początkiem jesieni. Liście delikatnie pociągnięte pastelami końca lata, dają przedsmak barwnej uczty jaką szykuje nowa pora roku. Najbarwniejsza, teraz delikatna. Delikatnością barw daje przedsmak oszałamiającemu urokowi, wykluwającej się powoli uczcie rodzącej odnowienie. Słońce niczym lukrem promieniami swymi słodzi i podsyca wrażliwe podniebienie stęsknionego piękna człowieka, dając przedsmak nadchodzących wielobarwnych smaków. W Jakubie coś zazgrzytało i chciało pęknąć, nie wie co to. Rusza, ale już nie patrzy pod nogi, patrzy w dal ku widowisku. Zasłona z chmur ponownie się zaciąga i świat znów staje się bury, ale nie jak wcześniej. Teraz już wiadomo, że tu krajobraz jest piękniejszy, tylko jeszcze troszkę tego słońca by się zdało.

Idzie teraz z podniesioną głową. Władzio czasem tylko zerka za siebie zastanawiając się czy to na pewno ten sam zamknięty w zakrwawionej jesionce, przyciśnięty do ziemi tornistrem chłopak. Teraz idzie lżej, bardziej rześko. Władzio za którymś razem ogląda się za siebie, w następnej sekundzie zerka na księdza, który to zauważa i sam spogląda prowadzony spojrzeniem chłopczyny. Twarz idącego Jakuba jest rozpogodzona ze śladem delikatnego uśmiechu. Księdzu zrobiło się lżej.

Jakub z wolna zauważa zbliżanie się do kolejnej wioski. Wygląda na to, że pierwsze domy są dobrze widoczne, za to kolejne są już niżej. Teren jest urozmaicony, podobnie jak sama wioska. Domy pośród niewielkich sadów za nimi pewnie ogródki. Zadbane podwórka. Jakichś dwóch ludzi idzie z przeciwka. Ściągając czapki lekko kłaniają się wędrowcom coś pod nosem mrucząc. Niemcy, tak butni jeszcze niedawno, spokornieli teraz. Powoli schodzą niżej drogą delikatnie wijącą się jak strumyk, jaki się pokazał przy niej. Na jednym z podwórek ktoś pozdrawia wędrujących po Polsku z lwowskim akcentem. Zaśpiew przyjemny, ale człowiek smutny.

Idą tak sobie dalej przyglądając się otoczeniu. Więcej ludzi się kręci, ale smutek jest wszechogarniający. Polacy i niemcy równie smutni. W niemcach niektórych jeszcze dodatkowo wyczuwa się lęk i obawę. Spotkali też kilka psów obszczekujących ich od niechcenia. Czasem gospodarz zza płotu przywołuje je po Polsku, inny w niemieckim języku. Trójka podróżnych idzie rozglądając się na boki. Ksiądz z malcem tylko patrzą, bo coś ich jeszcze tu zainteresowało. Jakub przygląda się z płytkim zaciekawieniem. Zauważa, tylko nic specjalnie uwagi jego nie przyciąga. Najbardziej chyba to, jak wiele wokół jest zieleni.

Z prawej strony, z jakiegoś podwórka wychodzi na drogę kilka osób. Dwie zapłakane kobiety, dziewczynka może w wieku Władzia i młody mężczyzna, starszy od Jakuba. Ksiądz zatrzymuje się przed nimi, ci jakby na księdza czekali. Chłopcy zostają dwa kroki za księdzem widząc, że sprawa nie dotyczy ich. Najpierw jak zwykle zaczynają się płacze i łkania na tragedię jaka spadła na rodzinę. Dołącza się do tego zmartwiony i rozgoryczony mężczyzna, dotąd tylko towarzyszący kobietom mówiący głosem rozgoryczonym, ale nie zapłakanym. Mówi jak miał ojcu pomóc w świniobiciu, ale ten go zwolnił, bo napotkał kogoś kto mu pomoże przytrzymać świnię. Obiecał mu za pomoc jedzenie. Ojciec długo nie wracał, to poszedł sprawdzić jak sobie poradzili razem z tamtym. Ojciec leżał z podciętym gardłem i siekierą w głowie, świnia już nie żyła, tamtego ani śladu. Jakub zbladł lekko chwiejąc się na nagach. Usłyszał głos dziewczynki, mówiącej w zalęknieniu o słabości tego pana. Natychmiast zdaje sobie sprawę, że to o nim mówi. Dziewczynka zmartwiona podchodzi do Jakuba. Dopiero teraz zauważa on brak u dziecka prawej ręki do łokcia. Słyszy jakieś zafrapowane głosy, w tym głos księdza. Twarz mu się ściągnęła. Szybko zaczyna dochodzić do siebie tłumacząc jak bardzo szkoda mu dziewczynki, tego kalectwa w jej wieku.

Całe zamieszanie trwało kilka minut, aż wreszcie ksiądz z dwójką chłopców po zapewnieniu księdza i ustaleniu z nim daty i godziny pogrzebu ruszyli w dalszą drogę. Właściwie rodzina zabitego czekała na księdza od rana wiedząc jak w każdą niedzielę tędy chodzi. Jeszcze dziś nieboszczyk ma być przewieziony do kostnicy w Prilank. Dziś na mszy ksiądz ogłosi poniedziałek dniem pogrzebu, grabarzem sam się zajmie.

Stąd ruszyli już szybciej, tylko ksiądz spytał Jakuba czy ma siłę iść. Widział jak nagle zasłabł. Jakub wytłumaczył, że to przez zauważenie kalectwa dziewczynki zrobiło mu się słabo. Ksiądz wzruszył tylko ramionami, zdając sobie sprawę jak codziennie gdziekolwiek się człowiek ruszy, natyka się na kalectwo wojenne.

W pewnej chwili odbili gdzieś w polną drogę, która natychmiast wyprowadza ich poza wieś, dając po chwili widok na góry i kolejną wioskę. Na dróżce jest trochę błota, choć nie za wiele. W czasie monotonnej drogi w polach, wije się ona jak zaskroniec, nie jest prostą drogą ku wsi. Odzywa się ksiądz.

— Jak tylko osiadłem w tutejszej parafii, pierwszą rzeczą jaką zrobiłem to przejrzenie księgi parafialnej. Właściwie to bardziej jakaś kronika sięgająca czasów zamierzchłych. Nie ma tu Polskiej nazwy. Prilank to coś takiego jak przy łęg, albo przy łęgu. Jest niemiecki Frankenberg, tylko jak to spolszczyć. Jakąś nazwę w końcu wymyślą. Im wcześniej niemcy stąd znikną, tym szybciej Polska nazwa się pojawi. Jak myślicie chłopcy?

Chłopcy każdy myśli o czymś innym i rozterki księdza ich nie interesują, każdy z nich ma własne. Ksiądz nie daje jednak za wygraną.

— Jest za to wielki majątek bez właściciela, są za to pawie i żółwie, nawet fontanna. Jest coś jak browar po drugiej stronie skrzyżowania i większość to ciągle niemcy. Też kilkunastu ruskich jest. Mnie tolerują i krzywdy nie robią.

Ksiądz zamilkł widząc brak zainteresowania ze strony chłopców, właściwie Jakuba. Ten patrzy na pola. Na jednym są jeszcze nie zebrane snopki zboża już przerastające, obok zaorane pole. W innym miejscu ziemniaki zebrane albo zbierane na raty, ale w polach pusto.

Po chwili pojawia się słońce ze swym blaskiem wyciągającym barwy z okalającej wszystko burości. Gzie one wszystkie się ukrywają i co robi słońce aby się ujawniły, ożyły i zachwyciły patrzących. Górskie lasy przybierają barwy życia. Nawet dachy domów w niektórych miejscach błyszczą. W oddali czerwieni się kościelna wieża, tam na pewno idzie ksiądz, a co z Jakubem. Tam chłopak widzi metę kolejnego etapu życia. Co tam, w tym kościele powie ksiądz. Każe się wynieść, a może zgłosić się do naczelnika albo ruskiego komendanta. Chyba nie przepędzi jak psa. Jeśli bezwiednie uratował go tam, przy tym domu, chyba tak lekko się z nim nie rozstanie. Z tych rozmyślań wyrwał go Władzio.

— Proszę księdza, to ja już mogę iść do domu?

Ksiądz widocznie też będący w zamyśleniu, jakby się ocknął.

— Tak skarbeńku. Dziękuję, wracaj do domu. To do niedzieli.

— Dziękuję księdzu. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

— Na wieki wieków. Amen.

Jakub spojrzał w polną drogę w jaką skręcił Władzio. Prowadzi ona niemal prosto do zabudowań kilkaset metrów dalej. Tam gdzieś mieszczka Władzio, więc chyba tylko dołącza do księdza wspierając go w dalszej drodze. Więc niedziela nie jest lekkim dniem dla tej dwójki. Z czasem dochodzą do przejazdu kolejowego, nawet nie rozglądając się czy pociąg jakiś nadjeżdża, jakby nigdy czegoś takiego tu nie było.

— Jakubie masz plany dalszego życia? Planujesz gdzieś osiąść, masz rodzinę do jakiej idziesz?

Jakub idąc dalej zastanawia się chwilę.

— Nie wiem gdzie jestem ani dokąd idę. Nie mam nikogo. Po domu mam ślad w pamięci. Nie pojmuję. Coś jakby mnie do domu wcale, a wcale nie ciągnęło. Pojąć tego nie potrafię. Rodzice zginęli na moich oczach w domu, właśnie zburzonym przez bombę. Jestem niczyj. Miejsca szukam.

Ksiądz zdaje sobie sprawę, że Jakub jak każdy szuka siebie po tej wojnie. Nawet jeśli rodzina, dom i ciało są w całości, to jest wyrwa w każdym, dlatego nie drąży tematu. Tak naprawdę zabierając go z tamtego miejsca miał już dla niego plan. Okaże się czego chłopak oczekuje, czego szuka.

Powoli dochodzą do ulicy przy jakiej na całej długości rosną lipy, na bruku skręcają w lewo. Przy jednym z domów stoi auto rosyjskie z kierowcą w środku. Ksiądz tak się ustawił aby mieć Jakuba po lewej stronie, mówi do niego szeptem.

— Nigdy w życiu nie życzę nikomu dostania się do tego domu. Staraj się nie patrzeć w tamtą stronę.

Przeszli obok w ciszy, kierowca też nie zwrócił na nich uwagi. Jakuba wzrok jest przyciągany przez zagrody i ogrody, sady zadbane, choć w niektórych miejscach już walają się jakieś wcześniej wyrzucone z domów rupiecie. Po chwili zabudowa z lewej strony się zmienia z wiejskiej na chyba jakieś bloki robotnicze, głębokie podwórka bardzo przestrzenne. Z prawej za murem z ciosanych kamieni jest kościół z tą wysoką ceglaną wieżą. Do muru przyklejony jest typowy czworak, a po lewej duży budynek, przywołujący Jakubowi na myśl karczmę. Między budynkami droga zwęża się i po jej wylocie z zabudowań rozwidla się. Na wprost reprezentacyjny budynek po jego lewej kolejny. Kiedy czworak się kończy, natychmiast skręcają w prawo. Nieco głębiej jest wejście na cmentarz i kolejny czworak.

— To za tą ozdobną bramą to ten majątek. Tylko nie wiem kogo podobiznę przestawia ten rycerz.

Jakuba zainteresowała bardzo ozdobna brama, ale natychmiast kieruje się ku małej, też ozdobnej bramce na cmentarz. Zamyka ją za sobą. Cmentarna ścieżka się rozgałęzia, idą w lewo. Po kilkudziesięciu krokach z lewej mijają nieco w głębi przy murze grobowiec rodziny Pospiszil. Przed nimi plebania do której wchodzą przez ogród kwietny i działkowy. W środku jest przytulnie i chłodno. Mijają salkę i po lewej stronie jest kuchnia. Tu jest już bardzo ciepło dzięki dużemu piecowi chlebowemu i kobiecie, starszej pani gospodyni wyczarowującej magiczne aromaty od jakich w Jakubie budzą się kiszki do zagrania marsza wychwalającego kucharkę. Ksiądz spojrzał na Jakuba mówiąc.

— To laboratorium pani Steni. Zaraz poznasz kunszt jej mistrzostwa. Wybierz miejsce przy stole, połóż tornister, zdejmij płaszcz, umyj ręce pod kranem i czekamy na obiad.

Pani Steni zrobiło się nieco żal chłopaka, ksiądz przedstawił go. Jednak kobieta będąca już przyzwyczajona do w miarę zwykłego życia, widzi chłopaka zaniedbanego, brudnego na ciele, z plamami krwi na jesionce. Jego zapach też mówił o jego życiu. W spodniach zaczęły przecierać się dziury, buty już same mówiły o przejściach właściciela i bujna czupryna świadczyła jak długo nie widziała zwykłego grzebienia. W obyciu jest spokojny ze śladami czujności. Jest to pozostałość po trudnych czasach, które w wielu sytuacjach trwają nadal i nie wiadomo jak jeszcze długo będą ludzi męczyły. Kiedy przechodził obok pani Steni stwierdziła niedomycie chłopca, ale swym wprawnym spojrzeniem nie zauważa w bujnej czuprynie wszy. Bardzo szybko dochodzi do wniosku iż ubrania trzeba spalić i ciało wyszorować. Ciekawe tylko jak po takiej kąpieli wanna będzie wyglądała.

Podczas tych rozmyślań zdążyła podać talerze napełniając je świeżo zrobionym przez siebie makaronem, potem do każdego, z przygotowanej wazy nalewa klarownego rosołu, wyławiając chochelką sporą marchewkę pokazując spojrzeniem ku przyprawom, o możliwości doprawienia sobie do smaku co komu potrzeba. Pożyczyła każdemu smacznego i zajęła się swoimi sprawami. Wcześniej sama zjadła obiad sprawdzając jak wyszedł, choć wcale robić tego nie musiała.

Pierwsze danie smakowało każdemu przy stole niewymownie, z tym tylko, że Jakuba zalały chyba siódme poty, przy jedzeniu gorącego rosołu z makaronem. Już dawno nie jadł pod dachem u ludzi jak człowiek, gość niespodziewany na jakiego czeka smakowita potrawa. Dawno nie miał nic podobnego w ustach. Zaraz po pierwszym daniu pojawił się na stole kotlet schabowy z ziemniakami i surówką. Po zakończeniu dania, mężczyźni odetchnęli, spojrzeli na siebie i kucharkę jak na skarb, wdzięczni sytością zaspokojenia. W Jakubie obudził się niewymuszony uśmiech satysfakcji i spokoju, pierwszy od kilkudziesięciu miesięcy, obmacał sobie boki i brzuch wzdychając głośno.

Po chwili ksiądz się podniósł mówiąc iż wychodzi załatwić ważną sprawę. Zaproponował Jakubowi by ten przesiadł się na pufiasty fotel w rogu kuchni, jakby mu się nudziło może wyjść na ogród i tam poczekać na którejś ławeczce.

Rozdział 2

Ksiądz po załatwieniu sprawy, widzi w kuchni wiszącą na krześle jesionkę i tornister przy ścianie. Pani Stefania napomknęła o wyjściu chłopca na ogród po opuszczeniu przez księdza plebanii. Ten zaraz staje w drzwiach prowadzących do ogrodu. Na wprost wejścia kilka kroków od niego rośnie średnich rozmiarów lipa, kilka kroków za nią wysoka czereśnia. Za nimi ukryta jest maleńka altanka, kilkanaście metrów dalej rozciąga się mur, za nim okazały budynek. Mur jest ceglany na dwie cegły gruby, mur skręca na lewo, zmieniając się w mur kamienny, odgradzając teren przykościelny od plebani. Kamienny mur kończy się na plebanii, na dachu której jest usadowione gniazdo bocianie. Grube, solidne, dające bocianiej rodzinie warunki znakomite, choć najczęściej z czwórki małych bocianiątek, jedno wyrzucane jest z gniazda. Reszta gniazda jest osiedlem wielorodzinnym wróbli, rzadko odwiedzających najwyższe piętro zasiedlone przez bociany.

Ksiądz wychodzi z budynku i po prawej ma dużą część ogrodu będącego ogrodem działkowym, z pomidorami, marchewką, pietruszką, koperkiem i wszelkim zielem uszlachetniającym aromat i smak potraw szykowanych przez panią Stenię podczas trzech pór roku. Żadna potrawa jej nie zaskoczy trudnością i skomplikowaniem. Ogród i spiżarnia dysponuje wszystkim potrzebnym do zrobienia uczty z tego co wcześniej wylądowało w garnku, a wcześniej rosło na działce, która jest naprawdę spora, albo biegało po podwórku. W części ogrodowej rosły kwiaty ozdobne, czarujące barwami i aromatem, dalej krzewy porzeczek i agrestu, drzewa owocowe. Tylko gdzie w tym wszystkim ukryty jest Jakub.

Ksiądz swoje kroki dość szybko kieruje do prawego górnego narożnika działki. W jej rogu rośnie świerk dość wysoki, pod nim w jego korzeniach drzemie Jakub. Kroki księdza budzą chłopca, który szybko podrywa się jeszcze nie do końca rozbudzony, widać gotowy do jakiegokolwiek działania.

— Chodźmy. U mnie zostać nie możesz, ale znalazłem kogoś kto da ci przemieszkać u siebie czas jakiś. Jeśli zechcesz i odpowiednio wspomożesz.

Do plebanii zbliżają się powoli, Jakub ponownie lustruje grządki zadbane i jeszcze rosnące na nich rośliny. O nic nie pyta, ksiądz nic nie wyjaśnia. Powiedział co trzeba, o reszcie zdecydują inni. Zbliżają się do plebani, wchodzą do korytarza prowadzącego do kuchni, są jeszcze inne wejścia i pomieszczenia, gdzie prowadzą, chłopca to nie interesuje.

Po wejściu do kuchni ksiądz odsuwa się stając obok drzwi. Przy stole przy jakim jedli obiad, w jego końcu siedzi kobieta, obok stołu w stronę pieca chodzi dziecko kilkuletnie. Kobieta ponad trzydziestoletnia patrzy na księdza i wchodzącego do kuchni młodzieńca, następnie zerka na chłopczyka, który widząc obcego natychmiast biegnie w stronę mamy kryjąc się pod stołem.

— To Jakub, o nim tobie córko wspomniałem. Udzielisz mu gościny?

Jakub stanął przed stołem lekko zaskoczony, przyglądając się kobiecie. Ta wstaje mówiąc,

— Tak proszę księdza. Kilka dni może zostać.

Mówi to poważnie i spokojnie, ale bez uśmiechu, za to uśmiecha się ksiądz.

— To jest Gizela i jej czteroletni synek Pawełek.

Gizela nie siada, odchodzi od krzesła i stołu. Pawełek spod stołu wychodzi szybko, od razu łapiąc spódnicę mamy. Jakub bierze z krzesła jesionkę, spod ściany tornister zakładając go sobie na plecy.

— To my już proszę księdza idziemy. — oznajmia Gizela.

Wychodzą na zewnątrz już przez nikogo nie odprowadzani, przechodzą furtką na teren kościelny, wąską ścieżynką idą obok siebie. Po prawej przy murze mijają grobowiec, za moment wychodzą na ulicę. Gizela nadaje kierunek, idą w prawo dziurawą drogą asfaltową, na niej się zatrzymują. Gizela pokazuje palcem bardzo okazały budynek.

— Ten dom podoba mi się. Mogłabym tu zostać bez wracania do siebie. Tu można pomieszkać. Utrzymaniem domu była rzeźnia z miejscem przetrzymywania mięsa. Pomieszczenie chłodzone wodą, podwórko wybrukowane, na parterze sklep mięsny. Dalej za torami piekarnia, tam też mogłabym zostać. Nawet w mrozy jest ciepło.

Ruszają dalej, z lewej mijają ozdobną bramę ze stojącym na jej szczycie betonowym rycerzem z pióropuszem na hełmie i czuwającymi lwami po bokach. Rycerz trzyma włócznię, Jakub widzi w niej raczej piorunochron. Na dziedzińcu bardzo rozległym, ale nie w jego centrum stoi wieżyczka z prowadzącymi kręconymi schodami na jej szczyt. Gizela oznajmia na co patrzą.

— Mieszkał tu jakiś graf, podobno koneser sztuki. Przeżył dlatego, że uciekł. Miał też żółwie i pawie. Ruscy pawie wypuścili i gdzieś tam sobie żyją w polach. Jest też do kupienia kasa pancerna z 1850 toku. Masz złotówkę, jest twoja– Jakuba to nie rusza,

po kilkunastu krokach Gizela wskazuje palcem w prawo. -To jest dom Pospiszilów tych co tam w grobowcu leżą, a ten potężny budynek, to młyn. Jaśnie państwo też uciekli kilka miesięcy przed końcem wojny. Dokąd nogi niosą?

— Lepiej nie mówić. Może nawet lepiej nie wiedzieć, nie pamiętać. Dowiedziałem się niedawno, że tam dokąd szedłem, to już nie Polska. Nie mam domu, ani miejsca dokąd chcę dojść.

Gizela jakiś czas się nie odzywa, też coś w sobie waży, wreszcie mówi.

— Tu jeszcze więcej niemców. Ja też liczę, myślę o powrocie. — przerywa na moment zagłębiając się w siebie — By się z kimś tu dogadać, to częściej po niemiecku trzeba. A i część Polaków tak mówi, że trudno się połapać o co im chodzi. Ja pomagam przy szkole, jestem woźną. Może jakieś przedszkole się znajdzie. A ty co umiesz robić?

— Ato co?! — pyta zaskoczony Jakub widząc za ostrym lewym zakrętem fabryczkę z dwoma kominami, bardzo wysokimi -Ten zakręt nie zapowiadał takiej niespodzianki.

— Prawdziwy wiraż. Taka fabryka i koniec miejscowości.

— Dokąd mamy dojść? — pyta nieco zdezorientowany.

— Ten samotny domek po lewej, widzisz? Tam przenocujesz, a jutro się zobaczy jak się sprawujesz.

Po chwili schodzą z asfaltowej jezdni w lewo na dróżkę prowadzącą ku domkowi małemu, ale większemu niż kościółek w tamtej wiosce. Jednopiętrowy domek ogrodzony drobnymi sztachetkami, porośniętymi bluszczem odgrodzony plątaniną wszelkiego innego dodatkowego zielska od świata. Dopiero po wejściu na podwórko, właściwie podwóreczko po jakim chodzą dwie kury z kaczką, widać odrębność zagrody od reszty świata. Do domku wchodzi się po trzech schodkach do ganeczku, za drzwiami ganeczku jest miejsce na przebranie butów, wieszak na ubrania i malutki stolik z dwoma krzesełkami. Następne drzwi i zaraz po prawej schody prowadzące na piętro. Na wprost drzwi do kuchni dość przestrzennej, za stołem siedzi dziewczyna. Reaguje ona lekkim zaskoczeniem na widok mężczyzny. Odkłada jakiś sweter do jakiego przyszywała guzik.

— To moja córcia Anetka. To jest Jakub. Zatrzyma się u nas na kilka dni, teraz podłóż solidnie do pieca. Jakub się dziś wykąpie.

Przeciętnej urody dziewczyna wstaje od stołu, przez sekundę przyglądając się Jakubowi. W tej jednej chwili pojawia się na jej twarzy uśmiech delikatny i tak uroczy, że jej przeciętne uroda twarzy promieniuje jak słoneczko o świtaniu zapowiadające śliczny dzień.

***

Jakub zajął pokoik na piętrze. W jednym pokoju mieszka Anetka, od pokoju Jakuba oddziela go komórka, raczej niewielki magazynek na cokolwiek. Przy niewielkich chęciach można go przyłączyć do któregoś pokoju. Jeszcze przed kąpielą Gizela przygotowała niedzielne ubranie męskie po poprzednim gospodarzu. Jest to lniana koszula, marynarka i spodnie, o dziwo nowe buty jeszcze nie znoszone przez niemca. Stare ubranie Jakuba zostaje wyrzucone na śmietnik, ale dopiero po kąpieli, która okazała się gorąca i niebywale odnawiająca. Odbyła się w niewielkiej pralni za kuchnią, z pralni można wyjść na tył domu.

Po kąpieli bardzo odświeżającej dla Jakuba, wylaniu wody z blaszanej balii i wymyciu jej, przeszedł czas na coś zaskakującego. W kuchni Gizela wyjęła z szuflady brzytwę z kamieniem, naostrzyła ją z uśmiechem przypatrując się Jakubowi, któremu mina na widok takiego narzędzie w ręku kobiety, nieco zrzedła. Nie starał się oponować, by nie wyglądało to na jakąś niewdzięczność za to z czego może tu skorzystać. W czasie ostrzenia nakazała Anetce, by ta powiesiła na furtce czarną szmatkę i tak ją umocowała na płocie aby się mocno trzymała.

Kiedy narzędzia było naostrzone Gizela stawia na środku pomieszczenia krzesło na jakim siada gość, jeszcze dodatkowo namoczyła głowę Jakuba dla wilgotności i zaczęła w sposób zaskakująco fachowy golić włosy Jakuba do skóry.

Jakuba opanował jakiś dziwnie błogi i jednocześnie pełen napięcia nastrój niepewności. Już kiedy Gizela moczyła mu głowę wodą, doznał odczucia jakby z karku zeszło mu powietrze, jakby jakąś dętkę napompowaną do granic wytrzymałości nosił zawieszoną na karku, nic dotąd o niej nie wiedząc. Potem pierwsze pociągnięcie brzytwy. Bezwzględna pewność Gizeli oraz swoją niepewność i jednoczesny spokój jaki zagościł w jego głowie. Czół jak ostrze pozbawia go włosów, które stawiając opór brzytwie, nie mają szans przy pewnych, zdecydowanych i jednocześnie niebywale delikatnych pociągnięcia Gizeli. Skóra na głowie robi się chłodna, tak odbiera golenie.

Wszystko odbywa się w milczeniu, jedynym widzem tego widowiska pełnego napięcia jest Anetka. Przygląda się wszystkiemu z napięciem jakby za każdym chropowatym pociągnięciem ostrza, mogło ono zaciąć skórę na głowie chłopca.

Golenie z niewielkimi poprawkami trwało ponad dwadzieścia minut. Po ostatnim pociągnięciu brzytwy i z Gizeli też zeszło nieco powietrza, uśmiechnęła się do siebie. Uśmiech ten widzi Anetka, dla Jakuba jest niewidoczny. Gizela szybko sprząta włosy z podłogi, sprawnie pakuje je do węglarki i na będący jeszcze w piecu żar wrzuca wszystkie kłaki do pieca. Następnie wstaje nie pozwalając jeszcze Jakubowi wstać. Sięga do kredensu wyjmując karafkę z jakimś płynem, wylewa go nieco na swoją lewą dłoń, odstawia karafkę, rozciera płyn na obu dłoniach i zaczyna gładzić dłońmi głowę Jakuba. Po zakończeniu rozcierania jego głowy, sięga po trzy szklanki z kredensu i napełnia je do jednej trzeciej płynem z karafki.

— Obyś kolejnym razem znalazł fryzjera. Golenie, to nie dla mnie. Odwykłam.

Cała trójka wychyliła szklanki. Z dworu dało się słyszeć dźwięk jakby ktoś szarpał furtkę. Anetka natychmiast odrywa się od stołu pytająco zerkając ku Gizeli, ta w sposób niemal niewidoczny lekko skręciła głowę. Anetka szybko idzie do drzwi wejściowych. Nie ma jej krótką chwilę w czasie której Gizela płucze szklanki odkładając je i karafkę do kredensu, Jakub gładzi się po głowie stwierdzając brak jakiegokolwiek zacięcia, Anetka wraca nic nie mówiąc.

Z sąsiedniego pokoju wychodzi Pawełek, w tym czasie Jakub wstaje podchodząc do okna. Pawełek widząc przeobrażonego gościa podchodzi do niego chwytając go za nogę, tuląc się do niej całym sobą. Cała jego dziecięca siła czterolatka, przylgnęła do nogi zaskoczonego całkowicie Jakuba. Anetka patrzy oniemiała, Gizeli zaświeciły się oczy, wstaje od stołu udając szukanie czegoś w kredensie na dole. Zaczyna przekładać talerze, z jej oczu płyną łzy. Wszystko zauważa Anetka odciągając Pawełka od nogi Jakuba i przekonuje go by poszedł z nią nad rzekę.

Po wyjściu ubranych w płaszcze najmłodszych, Gizela prosi Jakuba by usiadł jeszcze przy stole. Kiedy ten siada Gizela wyjmuje karafkę z dwiema szklankami, nalewa do nich wódki. Podnosi lekko szklankę wypełniona do połowy i oboje ze swoich wypijają zawartość.

Gizela rozpoczyna rozmowę pytaniem na jak długo Jakub ma zamiar się zatrzymać u nich, jednocześnie zaznaczając o możliwości znalezienia zatrudnienie w młynie, może w lesie albo pobliskiej celulozowni, a może po sąsiedzku zatrudni się przy produkcji brykietu. Kierunek rozmowy całkowicie zaskakuje Jakuba, który naprawdę nie wie co odpowiedzieć. Po czasie niezbyt długim Jakub czuje się całkowicie zaskoczony kierunkiem toczącego się przeważnie monologu ze strony gospodyni. Trwa to na tyle długo, że najmłodsi zdążyli wrócić ze swego spaceru.

Gizela niespodziewanie proponuje Jakubowi spacer po wiosce, przynosi mu pasujący na niego płaszcz i kiedy tylko kierują się ku drzwiom Pawełek podbiega do Jakuba łapiąc go za dłoń mówiąc, że on też chce z nimi iść. Gizela całkowicie zaskoczona zachowaniem synka radośnie zgadza się na ich wspólny spacer. Pomieszczenie jakby się rozświetliło, mimo pochmurnego dnia.

Mijają bramę z rycerzem i lwami na szczycie. Pawełek pokazuje palcem interesujące go miejsce trzymając Jakuba nieustannie za dłoń. Czasem coś go interesuje z drugiej strony, przechodzi wtedy pomiędzy dwójkę dorosłych trzymając ich oboje za dłonie. Czasem dziecko na coś zwróci swoją uwagę jednym słowem. Gizela promieniuje radością. Minęli po drodze kilku mieszkańców Polaków i niemców, czasem ktoś zza płotu się przywita, choć zdarzają się i mieszkańcy mrukliwi lub podejrzliwie patrzący na Gizelę. Na Jakuba zwracają uwagę z powodu braku fryzury.

Na podwórkach widać ruch, czasem bydło po takim boisku się kręci, pies przy budzie zaszczeka. Minęli po drodze za torami trzech wojskowych rosyjskich. Później obok jednego z domów zauważyli jakiś oddział wojska, są to żołnierze Polscy jest ich kilkunastu. Po drugiej stronie ulicy stoi ciężarówka jaką przyjechali. Żywo dyskutują z mieszkańcami, jest sporo radości. Jednemu z chłopców, tak na oko czternastolatkowi dają wojskowe spodnie i kufajkę oraz wojskową czapkę. Ktoś zauważa z dorosłych, że jeszcze karabinu mu brakuje, inna osoba dodaje, że fotograf może mu zrobić zdjęcie. Przy tym jest sporo śmiechu i wreszcie fotograf robi zdjęcie chłopcu z trzymaną pepeszą, a drugie zdjęcie jest grupowe. Żołnierze ustawili się w grupie i wzięli między siebie chłopca trzymającego broń. W grupce nie widać, że jest to jeszcze za młoda osoba na pobyt w armii, ale zdjęcie zostaje zrobione i obieca się, że jutro będzie je miał na pamiątkę.

***

Anetka zamyka zeszyt. Każdego dnia zapisuje w nim swoje wrażenia i przemyślenia. Podkreśla niespodzianki i zaskoczenia jakie ten dzień przyniósł, jakie złudzenia zabrał. Nie ma w nim wiele radości, nie ma też przesadnego smutku czy żalu. Jest tylko to co czuje, najmniej jako dziecko, coś sprzed wojny jeszcze jej w pamięci świta. Nie wszystko zostało zdeptane. Trochę wspomnień dziewczyny z niemal wciśniętą w ziemię wrażliwością, dzięki wrażeniom wojennym. Po wojnie Gizela w niczym Anetki nie hamowała, niech choć trochę odzyska straconego czasu. Jako kobietę spotkał ją też pierwszy zawód, ale nie z jego strony, ani ona też nie była jego powodem. Jego rodzina chyba jako pierwsza pojawiła się we Frankenberg. Anetka z mamą i Pawełkiem prawdopodobnie były drugimi Polskimi osadnikami. Jego rodzina zajęła dom blisko torów. Niemcy wcześniej się stamtąd wynieśli i rosyjski dowódca jego rodzinie przydzielił tamten dom. Rodzina Gizeli zajęła dom na skraju wsi, stąd też niemieccy gospodarze się wynieśli pozostawiając cały malutki dobytek.

Dopiero po trzech dniach w sklepie natknęli się na siebie. Z początku myśleli, że tylko oni i ich rodziny mówią we wsi po polsku. Szybko okazało się, że było też kilku innych Polaków, byli tu najwcześniej jako robotnicy przymusowi. Kiedy przyszli Rosjanie pytali się robotników o traktowanie przez bauerów. O dziwo ze strony robotników nie było żalów i pretensji, tak i ze strony Rosjan nie było żadnej rozwałki, choć słyszało się o innych miejscowościach. Tam bauerów ruscy postawili pod murem za podłe traktowanie robotników, nie tylko Polaków. W Frankenberg z nikim tak nie postąpili. O jednej rodzinie mówili wręcz, że nawet pomagali nie tylko swoim, ale i robotnikom sąsiadów. Dotąd rodzina ta żyje w całkowitym spokoju, choć chodzą słuchy o jakichś możliwych wywózkach, ale dokąd, nie wiadomo.

Z tym chłopakiem spotkanym pierwszy raz w sklepie, jakoś się sobie spodobali i niemal dwa miesiące ze sobą się nie rozstawali. Z czasem pojawiali się nowi Polacy, niektórzy pobyli kilka dni czy tygodni i wyjeżdżali gdzieś dokądś, nie z pustymi rękami. I rodzina chłopca też jakiegoś dnia wyjechała w świat. Odtąd żaden chłopiec Anetce się nie spodobał jak ten pierwszy.

Bardzo szybko zaczęto organizować szkołę. Ilość dzieci nie była duża na początku, bo z czasem pojawiało się ich dużo więcej. Gizeli udało się zostać woźną, to z braku mężczyzn. Ci którzy się pojawiali potrzebni byli przy celulozowni czy młynie.

Wiele stanowisk nawet kierowniczych zajmowali niemcy, gdzie tylko można było pracowali Polacy.

***

Pod wieczór wracają Gizela z Jakubem niosącym na rękach śpiącego Pawełka. Mama go nawet nie budzi. Rozebrała delikatnie i położyła w łóżeczku. Anetka przygotowała skromną kolację, Gizela spytała czy ktoś był. W odpowiedzi usłyszała tylko o Rosjaninie. Nikogo więcej, żadnych odwiedzin.

Akuratnie tego dnia nie było światła, to dość częsty problem w tym czasie. Na stole zapalono świecę dającą wątłe światełko i tak na razie niczego więcej nie oczekiwano. Zaskoczeniem jest zgrzyt furtki, później delikatne pukanie do szyby.

— Jest Jakub? — domownicy są lekko zamurowani, to głos księdza.

— Jestem. — brzmi zdecydowana odpowiedź — O co chodzi proszę księdza?

— Na jutro potrzebny jest grabarz. Pamiętasz tą rozmowę dzisiaj? Miejscowy skaleczył rękę, nie da rady kopać. Przejdziesz? Tak przed południem.

— Będę po dziesiątej.

— To wracam.

Kiedy usłyszeli skrzypnięcie furtki zaczęli szykować się do nocy.

— My obie jutro idziemy do szkoły. Ty poczekasz i pójdziesz do księdza. Zamkniesz drzwi na klucz, nie wypuszczaj drobiu. Klucz przyniesiesz mi do szkoły. Gosposia na plebanii ci wytłumaczy gdzie jestem.

— To dobranoc. — powiedziała Anetka wychodząc z kuchni, by schodami pójść do siebie na górą.

Jakub chciał za moment zrobić to samo, Gizela wyciągnęła ramię chwytając Jakuba za kołnierz i przyciągając do siebie.

— Wejdź. — powiedziała to tonem zaproszenia i lekko wyczuwalnego polecenia.

Wzięła świecę i weszli do pokoju. Natychmiast podeszła do dziecka śpiącego w łóżeczku. Kiedy stwierdziła jego sen, odwraca się w stronę Jakuba.

— Spodobałeś się Pawełkowi. Polubił cię.

Zaczyna się rozbierać, widząc niezdecydowanie Jakuba pomaga rozebrać się i jemu. Wchodzi do łóżka od razu pod kołdrę, trzymając jej róg, by Jakub wyraźnie potraktował jednoznacznie jej zaproszenie. Gizela wyczuwa niepewność mężczyzny mimo zaproszenia. Gdy już był obok przytuliła się do niego, delektując się jego gorącym ciałem. Chłodny wrześniowy wieczór podkreśla to nagłe gorąco pod jej kołdrą. Obejmuje go ramieniem, zaczyna mu szeptać miłe słówka jakie chce usłyszeć każdy mężczyzna od pierwszy raz widzianej kobiety. Z ust Gizeli płyną same komplementy wnikające w duszę Jakuba jak woda w suchą gąbkę. Jakub zostaje wchłonięty podziwem Gizeli, nie zastanawia się nad powodem takiego jej zachowania. Po chwili oboje nie mieli ochoty już czekać.

***

Rano po obudzeniu się Pawełka, ten podchodzi do siedzącego na łóżku Jakuba i wtula się w niego. Dziecko obejmuje zdziwionego mężczyznę, który nie bardzo wie jak się zachować. W końcu także przytula chłopca, powodując u niego dziecięcą głośną radość. Do pokoju wraca Gizela, była wynieść wiadro na dwór. Domek pozbawiony jest wychodka, trzeba wychodzić na zewnątrz tam jest ubikacja. W dzień nie ma problemu, noce są niepewne, dlatego potrzebne jest wiadro.

W Gizeli budzi się umarła, jak się jej zdawało dotąd radość, teraz nie hamowana. Budzi się szczęście, wreszcie. Roześmiana mama i dziecko, szczebioczące jak wróbelek. Gizela bierze dziecko na ręce, z radością podnosi je i opuszcza. Radość tej dwójki zaraża też Jakuba biorącego Pawełka w ramiona i podrzuca go pod sufit. Dla dziecka te sekundy lotu, wzlatywania, opadania są przedsionkiem raju. Wszystko inne co było dotąd znika, jest tylko szczęście. Szczebiot radości ściągną do pokoju Anetkę. Dla Jakuba dzieje się rzecz niezrozumiała. Ta dziewczyna tak przeciętna, rzekłbyś nawet byle jaka, w chwili uśmiechu zmienia się i to nie tylko ona, ale i otoczenie wokół niej. Świat staje się piękniejszy. Upojna noc przyniosła i Jakubowi ogrom radości i zadowolenia, takiego luzu w lędźwiach, brak w nim napięcia. Wszyscy w domku są szczęśliwi.

Przyszedł czas na mycie i szykowanie się do szkoły, przed samym wyjściem jeszcze śniadanie. Anetka wcześniej przyniosła jajka. Świeże, czekające na smakoszy. Ani jedno nie zostało na potem, zjedzone zostały wszystkie. Kilka kromek chleba z masłem i wreszcie wyjście. Do szkoły i pracy. Jakub zostaje sam.

Trudno mu uwierzyć w swoje szczęście, nie pojmuje tego co się wydarza. Chodzi po kuchni przyglądając się wyposażeniu. Dłuższą chwilę po wyjściu kobiet z dzieckiem wraca rzeczywistość. Brudna, ciemna i nachalna, dusząca. Cisnąca bólem zasłaniająca dobre chwile, jakby nie istniały. Jeszcze tylko wykopać ten dół. Czy zrobi to z satysfakcją.

Kiedy szedł już któryś dzień, podszedł do wsi, był głodny. Szedł polami gdzieś z boku. W sadzie natknął się tam na człowieka już mocno pijanego. Widząc Jakuba przychodzącego od strony pól ucieszył się. Miał mu pomóc syn, ale teraz ten człowiek idący w jego kierunku jest wybawieniem.

— Mówisz po ludzku, czy jak cała tu hołota gadasz po szwabsku!

— Dzień dobry panu.

— O jakież szczęście mnie spotyka. Podejdź no chłopczyno. Masz tu. — nalewa z butelki pełną szklankę dając do wypicia chłopcu — Pomożesz mi rozprawić się ze szwabską świnią?!

Chłopiec kiwnął głową, choć był zdziwiony wychylił szklankę. Gospodarz na to.

— Jak tak, to skoczę tylko synkowi powiedzieć, że ma mi kto pomóc. Dostaniesz za to nocleg i wyroby, byś doszedł tam gdzie idziesz. To chodź za mną. — po kilkudziesięciu krokach — Tu poczekaj.

Mocno chwiejnym krokiem poszedł tam gdzie potrzebował, widać po nim mocne upojenie alkoholem. Po chwili wrócił machając ręką do chłopca. Ten podszedł do zagrody zadaszonej i odizolowanej od reszty ogrodu, podwórza i domu. Stoi w niej spora świnia z nogą przywiązaną do palika na dość długim rzemieniu. Gospodarz nalewa sobie do szklanki wódki, wypija ją.

— Szwabska świnio. Myślisz, że twój Hitler ci pomoże? O nie, jego już nie ma, jak i ciebie zaraz nie będzie. — spojrzał na chłopca — Wiesz co robić.

Jego coraz bardziej pijany głos robił wrażenie szybkiego końca świni lub jego, jeśli pociągnie jeszcze z flaszki. Chłopiec staną z tyłu świni, bierze rozkrok i już świnię ma między swoimi nogami. Trzyma ją pewnie. Gospodarz także staną tak by mieć świnię między swoimi nogami. Wziął silny zamach. Nie trafił jak trzeba. Świnia zaczyna kwiczeć, rwać się, chłopiec się wywraca na bok, gospodarz się chwieje zadając kolejny cios miotającemu się zwierzęciu wybijając mu oko. Świnia rzuca się w sposób nieopisany. Chłopiec wstaje próbując przytrzymać zwierzę. Pijany gospodarz trzecim ciosem łamie pysk świni wywracając się, podnosi się i ponownie uderza tym razem na oślep powodując nowe cierpienie zwierzęcia. Świnia już nie kwiczy, nawet nie wyje, zaczyna krzyczeć jak człowiek. Kolejny cios nic nie zmienia. Świnia zrywa się z rzemienia, rozbijając się o ściany, dostając kolejne ciosy na oślep. W pewnej chwili chłopiec chwyta nóż i podchodząc z tyłu do gospodarza podrzyna mu jednym cięciem gardło. Podnosi siekierę wypuszczoną z rąk przez gospodarza i z tyłu wbija ją w głowę. Podchodzi do konającej świni, już ledwo żywej wbijając jej nóż pod łopatkę. Zabiera ze sobą tornister opuszczając to straszne miejsce.

Dopiero w lesie zdał sobie sprawę, że zmusiła go do tego czynu krzycząca ludzkim głosem konająca świnia. Krzyczała jak zabijani na oczach chłopca ludzie, dzieci. Zrobił to czego wtedy, przy tych ludziach zrobić nie mógł.

Rozdział 3

Nie brał udziału w pogrzebie bezpośrednio. Trzymał się z dala, choć i tak przecież nikt by go nie rozpoznał. Patrzył tylko na ludzi, było ich niewielu. Jak mu się zdawało większość niemcy. Chyba przyszli się przekonać, że jednak zwycięzcy też są śmiertelni. Sam obrzęd na cmentarzu był krótki. Dopiero patrząc jak zbierali się ludzie przy dole, zdał sobie sprawę jak niefachowo jest wykopany. Bardziej naprawdę przypomina jakiś dół na śmieci. Przed wojną widząc groby wykopane przez grabarzy, nie takich amatorów jak on. To były niemal arcydzieła. Trumna wpuszczana do dołu miała z każdej strony po trzy, maksymalnie cztery centymetry luzu. Patrząc na ten element pogrzebu, patrzyło się niemal z napięciem. Czy na pewno trumna wejdzie do końca bez problemu. Samo jej opuszczanie w takich warunkach wymagało dużej precyzji. Opuszczanie trumny rodziło napięcie wśród patrzących. Dla niektórych ten element pogrzebu był najbardziej emocjonujący z całej ceremonii. No chyba, że jak ktoś z rodziny w rozpaczy chce wskoczyć do grobu za nieboszczykiem.

Uwagę Jakuba na koniec, kiedy została przy grobie tylko rodzina, zwróciła uwagę dziewczynka z ręką urwaną do łokcia. Tam wtedy we wsi, wyglądała mniej poważnie. Teraz zapłakana. Wtedy tam, Jakub zdał sobie sprawę, że to o tym nieboszczyku mówią ci ludzie. Dlatego ugięły się nogi pod nim, a ona to zauważyła. Jest to chyba jego córka, bo jest też młodszy mężczyzna. Za młody na tatę dziewczynki. Na jej miejscu cieszyłby się ze śmierci takiego kata. Czy podobnie podchodził do swej rodziny jak do świni? Ale jakoś tę wojnę musiał przeżyć. Może był dobrym człowiekiem zdruzgotanym przez wojnę. Może jest jednym z tych, którzy lepiej by umarli podczas wojny, niż ją przeżyli, jeszcze po jej skończeniu niosąc tyle bólu w sobie, zarażając nim całe rodziny. Świnia zabijana przez niego, była tylko uosobieniem tego co przez lata wojny chciał zrobić niemcom.

Jakub nie pomyślał o tym jak sam postąpił, zrobił temu człowiekowi, co ten ktoś zrobił tej świni, w zastępstwie niemców. Stał się katem dla kata. Każda wojna wiele lat po swoim zakończeniu, raczej po złożeniu podpisów przez strony, nadal trwa. Pokrzywdzeni rodzą pokolenia mścicieli albo ofiar dla drugiej strony i to wszystko toczy się cicho aż do kolejnego wezbrania.

Dół zasypał w samotności. Wszyscy postronni obserwatorzy odeszli. Nawet stary niemiec, grabarz ze skaleczoną ręką wrócił do domu, tłumacząc już wcześniej sporo czasu jak zrobić mogiłę. Jakub przyłożył się do tej pracy. Na koniec zaświeciło jeszcze na chwilę słońce przebijając warstwę chmur.

Po zakończeniu poszedł na plebanię oddać narzędzia. Ksiądz poczęstował go obiadem oraz dał zapłatę od rodziny. Jest to spory kawał szynki, duży bochen chleba i ponad kilo żółtego sera. Jakub miał co nieść do domu, ale już na pożegnanie zaznaczył, że na grabarza się nie nadaje. Następnego pogrzebu nie obsłuży.

Do domu wrócił w dobrym choć nieco melancholijnym nastroju. Zapłatę z jaką się pojawił przyjęto z zadowoleniem. Najwięcej radości doznał od Pawełka nie patrzącego z czym przyszedł. Wraz z tą okazaną pełną dziecięcą radością okazały ją także kobiety.

Po pytaniach jak wygląda praca grabarza otrzymały odpowiedź, że jak znalazł na te czasy, tylko atmosfera w pracy mu nie służy i już odmówił w razie gdyby co. Dziewczyny śmiały się przyrządzając kolację. Aromat świeżo wędzonej szynki drażni podniebienia. Krojono chleb w nieco cieńsze kromeczki, tak ustawiając maszynkę do krojenia chleba, by robiła je cieńsze. Za to plastry szynki nie były tylko ozdobnym dodatkiem. Niezbyt często trafia się taki smakołyk. Delektowano się kromkami przeżuwając je starannie. Wyławiając do końca ten aromat chleba z odrobiną delikatnego świeżego masełka i szynki, dla Jakuba niosącej zwielokrotniony jej aromat wspomnieniami.

Gizela poinformowała Jakuba o rozmowie z człowiekiem pracującym przy celulozowni. Jakby Jakub chciał, może jutro tam zajrzeć około południa. Powiedzieć, że przyszło się do Polskiego brygadzisty.

W Jakubie rodzi się lekkie zdziwienie z ostrzeżeniem, że jak dalej tak pójdzie, to może tu wsiąknąć w tą wieś i ludzi. Tylko sam nie wie czego szuka, nie ma też powodu do ucieczki. Sumienie go nie gryzie, nikt o nic się nie wypytuje.

Po posiłku Gizela proponuje spacer nad rzekę. Anetka rezygnuje, ale Pawełek zapala się do pomysłu natychmiast. Od chwili pojawienia się w domu po pogrzebie, dziecko nie odstępuje Jakuba. Nawet wychodząc do wychodka na dwór trzeba tłumaczyć Pawełkowi, że Jakub zaraz wróci. Przyjmował tłumaczenie z czasem, ale pod nieobecność Jakub nieustanie był w kuchni patrząc w stronę drzwi. Gizela czuwała również, z innej przyczyny.

Spacer nad rzeką rozwiał nastrój pogrzebu. Zapach wody i momentami ryb, szum wiatru w trawach i drzewach podziałał uspokajająco. Cała trójka oddala się od wsi, ale nie myślą o ewentualnym zagrożeniu, nigdy nic nie wiadomo. Każde doznaje życia na swój sposób. Pawełek, jego twarz jest spokojniejsza. Właściwie od czasu pobytu Jakuba twarz dziecka bardziej stała się buzią dziecka, dziecięcą buzią. Dla Jakuba jest to bardziej obojętny szczegół, dla Gizeli coś niesłychanie ważnego.

Pawełek nie interesuje się doznaniami dorosłych. Doznaje uczucia spokojnego szczęścia. Jakby wojny nie było i nic prócz spaceru nie istniało. Dzięki temu dziecięcemu widzeniu tego kawałeczka świata, jego mama też jest spokojniejsza, jest w tej chwili szczęśliwa. Dla niej powód jest jasny. Jakub przygląda się brzegom i też rośnie w nim spokojna pewność w jakiś sposób bezwiedny, że znalazł się we właściwym miejscu, nie pojmując powodu.

Po powrocie ze spaceru Jakub jest w pokoju gdzie położony do spania jest Pawełek, który bardzo szybko zasypia. Jakub liczy na powtórkę z poprzedniej nocy, jak każdy facet chce zadowolenia od dziewczyny nie stawiającej warunków. Dziewczyna tych warunków nie stawia, nie musi nawet o nich myśleć. Czas wojny się skończył. Dla Jakuba jest ważne nie stawianie żadnych warunków kobiecie. Dla Gizeli ważne jest doznanie szczęścia dziecka, dzięki czemu sama też jest szczęśliwa.

Życie w domku na skraju Frankenberg, toczy się rytmem spokojnym. Pod koniec jesieni pojawia się sporo nowych osadników, czasem zajmujących domy zamieszkałe przez dotychczasowych gospodarzy. Godzą się z nimi różnie, najczęściej niemcy zajmują jedno pomieszczenie w domu, dotąd zamieszkałym przez nich. Zdarza się iż jak i wcześniej bywało, osadnicy przyjeżdżali tylko na krótko. Często po to by wywieźć stąd co cenniejsze rzeczy na handel. Miejscowość dzięki nowej Polskiej krwi ożywa, zaczyna żyć innym rytmem, niemal jak kwiat na wiosnę. Każda rodzina osadnicza jest inna, nawet w rodzinie inne są diametralnie charaktery.

Dla wielu rodzin niemieckich zaczyna się smutne, nawet tragiczne życie czy wegetacja. Pewnego razu spadła na wszystkich mieszkańców wiadomość o wywózkach niemców. Część niemców wywieziona ma być już w grudniu, a zima tego roku jest mocna, bezwzględna. Na szczęście do stacji nie mają daleko, gorzej ci ze Strumieńca czy innych wiosek. Ich czeka dłuższa przeprawa. Niektórzy nowi gospodarze podstawiają wozy z furmanem Polakiem, który wróci ze stacji już na pusto.

Nowi osadnicy różnie traktowali niemców, choć sporo łagodniej niż szfaby traktowali Polaków w te wojnę. Dlatego jedni opuszczali Frankenberg z ulgą, myśląc o przyszłości gdzie indziej. Inni z żalem i tęsknotą. Choć była rodzina nie chcąca opuścić wioski. Już wtedy w Warta powstały Polskie władze, nie wszystkim zajmowali się Rosjanie. Nowo rządzący mieli spory zgryz. Możliwe iż gdyby chodziło tylko o dorosłych, to rozprawiliby się z nimi krwawo. Sprawa oparła się o ostrze noża. Wreszcie ktoś wpadł na pomysł, by zebrać wszystkich polskich mieszkańców wsi i zrobić głosowanie mające podjąć ostateczną decyzję.

Każda Polska rodzina straciła kogoś w wojnę. Często ludzie ranni i chorzy umierali jakiś jeszcze czas po wojnie. Jednak postawa robotników przymusowych, opisujących ową rodzinę jako ludzi, a nie krwawe zwierzęta hailujący podczas byle okazji, pomagający robotnikom z Polski, Francji i nawet z Rosji, przez to czasem narażając się na kpiny sąsiadów i posądzenia o sprzyjanie podludziom, nie zmienili zdania i do końca wojny byli ludźmi.

Nie był to koniec problemów tej rodziny. Często dorośli i dzieci, byli nagabywani na temat skarbów czy innych kosztowności ukrytych nie przez nich, ale przez sąsiadów, którzy i tak już nigdy tu nie wrócą. Mimo, że nawet dzieci były w wielu miejscach ukrywania dóbr przez sąsiadów, nigdy nie udało się nikomu wydobyć z nich tajemnicy. Co, kto i gdzie ukrył. Ale było też docenienie tych ludzi. Poproszono głowę rodziny by tłumaczył i pomagał radą nowych rolników, jak najlepiej uprawiać tutejszą ziemię. Często tak było, że kiedy ten gospodarz wyjeżdżał do pracy w pole, Polscy rolnicy robili to samo, bo na to właśnie była pora.

Przyłęk coraz bardziej stawał się miejscowością ludną. Był jeszcze tylko jeden dom nie zajęty przez Polaków. Znajdował się najbliżej wodospadu, będąc tym samym najbardziej oddalonym od wsi i całkowicie opuszczony. Jakoś nikt nie zdecydował się na zamieszkanie tam, a wyglądał na nieco większy i solidniejszy od domu gdzie zamieszkał Jakub.

W miejscowościach powstawały szkoły. Gizela awansowała na nauczycielkę plastyki i robótek ręcznych. W sąsiednich miejscowościach powstały szkoły gromadzące dzieci od pierwszej klasy do czwartej, później dzieci trafiały do szkoły zbiorczej w Przyłęku. Strumieniec później nazwany Janowcem miał szkołę niezwykłą, bo i taka była nauczycielka. Jedyna na całą czteroklasową szkołę. Prowadziła lekcje jednocześnie dla czterech klas. W jednym pomieszczeniu w jednym czasie, edukacja przebiegała gładko.

Jednorodność narodowa nie oznaczała zniknięcia problemów. Oczywiście zdarzał się jakiś człowiek innej narodowości, najważniejsze, że nie niemiec. Ilość mieszkańców była spora i różne ich zachowanie. Niektórzy przyzwyczajeni do różnego życia. Powołano więcej milicjantów. Jeszcze we wsi stacjonowało kilku żołnierzy Rosjan, wyławiających element wprowadzający ferment, według nich. Wiele takich osób nie wróciło przez to do domu, zniknęli.

Społeczeństwo będąc różne, rożnych miało stróżów prawa. Bardzo często niektórzy milicjanci byli oprychami przebranymi w milicyjny mundur. Takie życie im pasowało. Zdarzały się sytuacje wynoszenie z obcych domów przez milicję części inwentarza i nie było na takich silnych. Przeciwstawienie się takim ludziom groziło oskarżeniem o wrogość, brak sprzyjania nowej rzeczywistości.

***

Wiosną roku 1946 zaskrzypiała furtka do zagrody Gizeli. Był wieczór ciemny, Jakub na wyjeździe jeszcze w pracy. Słychać otwierane drzwi ganku, później domu i pukanie do drzwi kuchni.

— Otwarte. — oznajmia Gizela.

Do kuchni wchodzi trzech milicjantów. Ubranych jeszcze w mundury niemieckie, tylko z biało czerwoną opaską na ramieniu. Na wsiach często tak się prezentują. W większych miastach już zdarzają się mundury milicyjne, czysto Polskie. Pierwszy odzywa się milicjant najstarszy, mający lat ponad czterdzieści.

— Siedzisz tutaj jak mysz pod miotłą. Na wieś nie wychodzisz. A tu narybek taki. — zerka na młodych z jakimi przyszedł — Chłopaki jak dęby. Siedzisz z tym chłopem, nie wiadomo kto to. Córka dorasta. Trzeba wypuścić narybek. — jego uśmiech pobudza do uśmiechu jego zdecydowanie młodszych towarzyszy — Szkoda, że nie poznaliście Gizeli zaraz po wojnie.

— Nie muszę wyłazić wieczorami. Mam z kim siedzieć w domu.

— Masz tego swojego chłopa. A wiesz ty kto to?

— Był się przecież meldować. To wie pan kto to.

Odzywa się młodszy.

— Ino nazwisko znamy. Ale co to za ptasyna. On tys za wiele na wioske nie wypusca się. Do kanajpy nie zaglonda, choć pocionga.

— Bo znalazł to czego szuka. — tu odzywa się Anetka.

Starszy milicjant ripostuje.

— Znaczy się, jakbyś to nam bardziej szczegółowo wytłumaczyła.

Gizela wtrąca się do dyskusji.

— Mnie niech pan pyta. Dziecko proszę zostawić w spokoju.

— To niech dziecko trzyma pysk na kłódkę. Prowadzała się z tym Tomaszkiem. Coś podejrzanie szybko wyjechali stąd.

Anetka chciała odpowiedzieć. Gizela ucisza ją gestem ręki.

— Co panów sprowadza. Chyba nic ważnego, bo ruskiego nie ma z wami.

— Ty się nie mondrój. Zwaz ku komu kierujes gembe.

— Spokojnie towarzyszu. Obywatelka może nie wiedzieć o zagrożeniu. Jakieś grupki się pokazały ostatnio pod Srebrną Górą. Kto wie, może i tu dotarł element niepewny klasowo. Pokażesz teraz nam pokój twojego kochasia.

Gizela błyskawicznie wstaje, jednak się równie szybko uspokaja.

— Czego szukacie. Powiedzcie, może jakoś pomogę.

— Pomozes łotwierając jego pokoj i zawierajonc pysk. — zdecydowanie odzywa się młodszy.

— To powiedz nam gdzie jest ów kochaś. Zapadł zmrok. Wy jesteście same. Nie boicie się mieszkać w takim pustkowiu? — naciska najstarszy

Ponownie wtrąca się Anetka.

— Tacy bohaterowie nas chyba obronią.

— Nie wtrącaj się jak starsi rozmawiają. Prowadź do jego pokoju. — najstarszy ripostuje z silnym naciskiem.

W tym momencie do kuchni z dużego pokoju wchodzi Pawełek. Widząc obcych i czując nastrój sytuacji, szybko podbiega do mamy patrząc w przestrachu na gości. Gizela kiwnęła głową do Anetki, ta ruszyła z kuchni, by pokazać pokój Jakuba.

Wchodząc zapala światło. Pokoik okazuje się skromnie wyposażony. Niewielka szafa na ubrania z lustrem na wewnętrznej stronie drzwi do niej, maleńki kredensik, łóżko z szafką przy nim. Nad łóżkiem wisi obrazek z kotami, jaki przyniósł tu ze sobą Jakub.

Najmłodszy, dotąd milczący milicjant reaguje na obrazek przedstawiający dwa koty. Tak bardzo ów obrazek go zainteresował aż zaczyna tylko jemu się przyglądać, by w końcu spróbować go zdjąć ze ściany. Powstrzymuje go najstarszy milicjant, drwiąc z jego wysokopańskich zapędów. Nakazał mu szukać czegoś przydatnego. Zaczynają przeszukiwać szafki, sprawdzać łóżko nie tłumacząc czego szukają, widocznie nie znaleźli nic ciekawego.

Po zejściu na dół zachowują się już spokojniej, uspokajając kobiety, tylko Pawełek wystraszony cicho popłakuje. Jeszcze przez chwilę o czymś rozmawiają i wreszcie wychodzą. Będąc już na zewnątrz młody milicjant pyta się.

— A jak nazywa się ten chłop u jakiego bylimy w domu.

— Jakub Czarny. — odpowiada starzy milicjant.

Najmłodszemu jakaś myśl zakłóca spokój, coś chce powiedzieć, ale rezygnuje.

***

Kiedy na drugi dzień Jakub wraca z pracy, w domu czeka Gizela informując go o sytuacji jaka miała miejsce wczorajszego wieczoru. Oboje dobrze wiedzą jakie było podłoże wizyty milicjantów. To, że nic nie wzięli zdziwiło Gizelę. Co prawda Anetka będąc razem z nimi w pokoju Jakuba, widziała jak młody milicjant próbował zdjąć obraz kotów ze ściany, ale starszy kazał mu się wstrzymać i zająć się szukaniem. Nie sprecyzował czego, ale nic naprawdę nie zginęło.

Jakub także nie wiedział czego mogli szukać milicjanci. Może faktycznie sprawdzali na ile mogą się obłowić na nich, ale przekonali się, że gospodarze nic nie mają i prawdopodobnie będzie już spokój.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 47.01