E-book
13.65
drukowana A5
100.67
drukowana A5
Kolorowa
158.09
O wolność Polski. Lekarze zwierząt

Bezpłatny fragment - O wolność Polski. Lekarze zwierząt

Tom I

Objętość:
924 str.
ISBN:
978-83-8245-854-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 100.67
drukowana A5
Kolorowa
za 158.09

Gdyby przyszło mi tu zginąć — to zginę wśród dobrych i najlepszych Jej synów. Z posiewu krwi, która tu płynie tak obfitą strugą, wyrośnie nowe pokolenie, dla którego historia tego, co się tu dzieje, będzie bodźcem do miłości i pracy dla Odrodzonej Polski. I w ten sposób nic w życiu nie idzie na marne — legenda o naszym życiu będzie kiedyś przedłużeniem naszego życia.

(gryps)

Mieczysław Grzymała-Grabowiecki

Auschwitz, 1942


Autor z Figą w Dusznikach, 2021

Wprowadzenie

Publikacja, którą trzymacie Państwo przed sobą O WOLNOŚĆ POLSKI. LEKARZE ZWIERZĄT tom I, jest opracowaniem historycznym, publikacją o zacięciu naukowym, opowiadającym o losach lekarzy weterynarii i ich udziale w staraniach o wolną Ojczyznę. W trakcie wieloletnich badań i szczegółowych poszukiwań okazało się, że ta niewielka grupa zawodowa wydała wielu prawych, godnych i oddanych Polsce obywateli.


Autor z dumą podchodzi do wyników badań mówiących, że odnotowany został udział koleżanek i kolegów we wszystkich większych wydarzeniach historycznych naszego narodu z tak przecież małego i egalitarnego zawodu. W tomie II znajdą się biografie 550 lekarzy zwierząt/lekarzy weterynarii poległych/zamordowanych w walkach o niepodległość Ojczyzny.


Dla Czytelnika bez bliższego zaangażowania emocjonalnego praca ta może wydawać się nużąca i niezbyt interesująca, dlatego chcąc zachęcić Państwa do podjęcia się tej trudnej lektury, autor we Wprowadzeniu umieścił artykuły opowiadające szerzej losy trzech lekarzy weterynarii: Anastazego Kensika, Juliana Budzyna i Stanisława Kolanusa — ściśle powiązane z niniejszą publikacją — które ukazały się w miesięczniku ODKRYWCA w bardziej interesującej, bo w beletrystycznej postaci literackiej.


Przy okazji pragnę podziękować Redakcji ODKRYWCY za interesujące zredagowanie cytowanych prac.

Kulisy historii

I. ANASTAZY KENSIK, LEKARZ, ŻOŁNIERZ, OFIARA WOJNY


PO KILKU UCIECZKACH Z NIEWOLI W 1940 ROKU ZOSTAŁ ARESZTOWANY I OSADZONY W OBOZIE KONCENTRACYJNYM. WYKUPIONE PRZEZ RODZINĘ PROCHY WRÓCIŁY W… PUSZCE PO FARBIE.


W swoich publikacjach historyczno-biograficznych przedstawiłem losy wielu lekarzy weterynarii w latach II wojny światowej. Wśród nielicznej przecież grupy zawodowej obejmującej w 1939 roku 2173 lekarzy (w tym 22 kobiety) znalazło się wielu dzielnych, prawych i godnych wyniesienia na pomniki. Lekarze weterynarii walczyli w kampanii 1939 roku w szeregach Wojska Polskiego. Polegli w walkach o Warszawę — Jan Ignaszak, czy w walkach nad Bzurą — Zenon Kurczyński. Byli aresztowani przez Wehrmacht jako zakładnicy tuż po zajęciu miast i miasteczek — 9 października 1939 roku aresztowany i publicznie rozstrzelany na rynku w Kościanie został Eryk Smorowski. Walczyli w podziemiu — Stefan Piotrowski zamordowany w Berlinie przez „ścięcie głowy”, czy Czesław Skibiński zamęczony w Forcie VII w Poznaniu. Walczyli i ginęli w powstaniach w getcie warszawskim — Michał Strykowski, w powstaniu warszawskim — Władysław J. Rogowski. Nieśli pomoc miejscowej ludności, jak np. Stanisław W. Kolanus zamordowany przez bojówkę Selbstschutzu w Rogoźnie za to, że przed wojną kontrolował stan sanitarny ubojni i sklepów mięsnych. Lekarze weterynarii walczyli też w Armii Andersa i Berlinga. Byli aresztowani i osadzani w obozach jenieckich i koncentracyjnych. W Katyniu Rosjanie zamordowali 130 przedstawicieli tej profesji, a pamiętajmy, że ginęli także z rąk Ukraińców, podstępnie wyciągani z domów do chorych jakoby zwierząt.


WSPOMNIENIA RODZINY


W opracowaniu historii życia jednego z nich — Anastazego Kensika — niezwykle pomocne okazały się list oraz materiały, które otrzymałem od jego wnuczki. Pani Krystyna Misiak pisała: „W korespondencji z obozów dziadek prosił, aby rodzina trzymała się razem, gdyż krewni zamierzali — chcąc pomóc babci — dzieci podzielić pomiędzy siebie. Przypominam sobie opowieść babci o tym, jak otrzymała zawiadomienie o śmierci dziadka i możliwości odebrania prochów — oczywiście odpłatnie. A prochy dziadka przesłano w zwykłej metalowej puszce. Pogrzebu udzielił znajomy ksiądz w języku polskim (był to rok 1941), co w tamtych okolicznościach groziło mu śmiercią. (…) Syn dziadka, wuj Michał, studiował także weterynarię, ale we Wrocławiu i tak się złożyło, że u tego samego profesora co dziadek (chodzi o prof. dr hab. Aleksandra Zakrzewskiego). Według słów profesora, ojciec wypadł »o niebo lepiej«, co syna nie zmartwiło, wręcz przeciwnie — był dumny z ojca. (…)W »Niepowtarzalnych« podał Pan [do autora tego tekstu — przyp. red.] tytuł książki dziadka: »Podręcznik praktyczny badania mięsa« a właściwy tytuł to: »Praktykum badania mięsa«. (…) Dziadek w listach do rodziny pisał, gdy przeniesiono go do obozu koncentracyjnego Dachau, że: »dostał się z piekła do nieba« i że »przy dobrej pogodzie widać Alpy«. Zginął w Dachau w 1941 r.”.

Fot. Anastazy W. Kensik — fot. ze zbiorów rodzinnych

EDUKACJA I NIEPODLEGŁOŚĆ


Poszukiwania własne wzbogacone o korespondencję otrzymaną od rodziny pozwoliły na odtworzenie losów naszego bohatera. Anastazy Wacław Kensik, syn Baltazara i Teofilii Wardackiej, urodził się 28 września 1890 roku w Chełmnie nad Wisłą. Świadectwo dojrzałości uzyskał 9 czerwca 1910 roku w Chełmnie. Następnie podjął studia teologiczne w Seminarium Duchownym w Pelplinie. Po roku nauki przeniósł się jednak na studia weterynaryjne do Berlina. W listopadzie 1915 roku upomniała się o niego armia niemiecka, w której służył do końca 1918 roku. M. Lorch pisze: „Wstępuje w szeregi polskich powstańców i bierze udział w Powstaniu Wielkopolskim, a w maju 1919 r. zgłasza się jako ochotnik do Wojska Polskiego. Uczestniczy bezpośrednio w walkach o Kijów, w obronie Warszawy i w dalszej ofensywie dochodzi aż nad Berezynę”.

23 sierpnia 1920 roku Anastazy Kensik został ranny pod Kolnem. Tak to zdarzenie zostało wówczas opisane: „Podporucznik lekarz weterynarii Anastazy Kensik III Dyon 15 p.a.p. 23 sierpnia 1920 r. o godz. 19.40 został ranny w lewe ramię kulą z rewolweru w potyczce z nieprzyjacielem w miasteczku Kolno na Ziemi Łomżyńskiej. Rana na wylot. Został przewieziony do Szpitala Polowego w Łomży”. W stopniu kapitana Wojska Polskiego w 1921 roku opuścił szeregi armii. Przeniósł się do Lwowa i na tamtejszej uczelni skończył studia weterynaryjne, uzyskując dyplom lekarza weterynaryjnego w 1922 roku. Następnie podjął pracę na uczelni jako starszy asystent w Katedrze Anatomii Patologicznej.


LEKARZ, DYREKTOR, SPOŁECZNIK


We wrześniu 1922 roku Anastazy Kensik otrzymał propozycję pracy w Chełmnie na stanowisku dyrektora miejskiej rzeźni. Na tym stanowisku pracował do października 1924 roku. 16 października przeniósł się do Sępolna Krajeńskiego i został powiatowym lekarzem weterynarii na niemal cztery lata.

Od 29 stycznia 1929 roku podjął pracę w Świeciu nad Wisłą, gdzie został dyrektorem rzeźni miejskiej i na tym stanowisku wytrwał do wybuchu II wojny światowej z kilkumiesięczną przerwą — od 15 maja do 10 sierpnia 1936 roku piastował tymczasowe stanowisko burmistrza Świecia.

Rzeźnia miejska w Świeciu powstała w 1899 roku. W 1927 roku dokonano jej przebudowy — kierownikiem był wówczas dr Edmund Sobolewski, były powiatowy lekarz weterynarii w Świeciu. W latach 1928–1932, za czasów Anastazego Kensika, w rzeźni wybudowano nowoczesną bekoniarnię „Standard Bacon”. Rzeźnia od 1933 roku uzyskała prawo szkolenia lekarzy weterynarii w zakresie poubojowego badania tusz wieprzowych i wołowych ze szczególnym zwróceniem uwagi na eksport bekonów. Oprócz lekarzy weterynarii w rzeźni odbywali praktyki studenci weterynarii. Z myślą o nich Anastazy Kensik napisał i wydał własnym nakładem podręcznik zatytułowany „Praktykum badania mięsa”.

O zaangażowaniu w pracę na odpowiedzialnym stanowisku świadczy zapytanie o kompetencje dyrektora rzeźni, z jakim nasz bohater zwrócił się do Wojewody Pomorskiego w 1933 roku. 25 października odpowiedzi udzielił mu Wojewódzki Inspektor Weterynaryjny dr Stefan Jakubowski z Torunia: „Na zapytanie Pana w kwestii kompetencji Dyrektora rzeźni w stosunku do rzeźni oraz do Bekoniarni stwierdzam, że Dyrektor Rzeźni: 1) jest odpowiedzialny za stan sanitarny, weterynaryjny i policyjno-porządkowy całego obszaru rzeźni oraz bekoniarni, 2) tem samem winien Dyrektor Rzeźni mieć w przechowaniu klucze, do wszystkich ubikacji rzeźni i bekoniarni, aby w każdej chwili miał nieograniczony dostęp do wszystkich ubikacji tak rzeźni jak bekoniarni, 3) wyżej opisany nadzór i kontrola należy nie tylko do uprawnień Dyrektora Rzeźni, ale jest jego obowiązkiem, za zaniechanie którego następowało już kilkakrotnie postępowanie dyscyplinarne a nawet zawieszenie w czynnościach służbowych”.

W latach 20. Anastazy Kensik współuczestniczył także wraz z dr. Franciszkiem Fischoederem, dr. Szczepanem Graczem i lekarzem wet. Franciszkiem Ziegertem w powstaniu rozporządzeń Prezydenta RP dotyczących zwalczania zwierzęcych chorób zaraźliwych z dnia 22 sierpnia 1927 roku oraz badania zwierząt rzeźnych i mięsa z 22 marca 1928 roku, które to obowiązywały przez następne 70 lat, do 1997 roku.

W dokumentach znalazłem zaświadczenie wystawione przez prof. dr Aleksandra Zakrzewskiego, informujące o tym, że Anastazy Kensik 28 września 1939 roku pracował we Lwowie nad rozprawą doktorską z zakresu oceny mięsa świń dotkniętych gruźlicą. Praca doktorska „Gruźlica węzłów chłonnych u świń” wysłana została za pośrednictwem „poczty” do Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie w ostatnich dniach sierpnia (tuż przed wybuchem wojny), jednak nie doczekała się publicznej obrony.

Oprócz pracy zawodowej i naukowej, Anastazy Kensik zajmował się działalnością na rzecz środowiska. W 1935 roku uczestniczył w powstaniu w powiecie świeckim Polskiego Związku Zachodniego, został prezesem Zarządu Obwodowego. Uczestniczył w organizacji koloni letnich dla polskich dzieci z Niemiec. Był reżyserem w „teatrze amatorskim”, który pod jego kierownictwem wystawił sztukę Moliera „Chory z urojenia” — oryginalne stroje wypożyczono od E. Bartla. Wygłaszał liczne prelekcje i odczyty. Uczył młodzież w miejscowej szkole rolniczej. Pasją doktora była astronomia. Uzyskał z tego zakresu dwa patenty. Pierwszy, nr 17760 — Przyrząd do określania szerokości geograficznej w 1932 roku, drugi, nr 20161 — Sposób określania długości geograficznej oraz urządzenie do wykonywania tego sposobu w 1934 roku.

Fot. Rozalia i Anastazy Kensikowie przy teleskopie — fot. z albumu rodzinnego

Po godzinach miał jeszcze czas na grę na skrzypcach, uprawianie szermierki i pływanie. Przekonany jestem, że doskonałe przygotowanie fizyczne pomogło mu w późniejszym okresie. Był żonaty z Rozalią Kensik i mieli ośmioro dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa, Michał, poszedł w ślady ojca — został lekarzem weterynarii.

Fot. Dzieci Rozalii i Anastazego Kensików — fot. udostępnione przez Krystynę Misiak ze zbiorów rodzinnych

WYBUCH WOJNY


Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w lipcu 1939 roku, Anastazy Kensik został zmobilizowany do 18 Pułku Ułanów Pomorskich, którego dowódcą był szeroko znany pułkownik Kazimierz Mastalerz. Będąc kapitanem Wojska Polskiego, pełnił funkcję zastępcy lekarza weterynarii.

Klemens Szczepański w pracy „Krojanty. Szlak bojowy 18 Pułku Ułanów Pomorskich we wrześniu 1939 r.” tak pisze: „W lipcu 1939 r. pułk wyruszył na letnią koncentrację w okolicy Świecia i wszedł w skład Pomorskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. Adama Zakrzewskiego. Do pułku dosyłano napływających rezerwistów. Po złożonej przysiędze ułani otrzymywali bojowe uzbrojenie: karabinek z bagnetem i cztery pełne ładownice z osiemdziesięcioma nabojami, szablę i trzy ręczne granaty. Przez Osię, Tleń i Tucholę szwadrony pułku zostały skierowane w rejon Chojnic, w jego południową część, zamieszkałą przez Kosznajdrów — potomków dawnych kolonistów niemieckich z początku XV wieku, którzy na skutek nacisków ze strony pruskiego zaborcy ulegli ponownej germanizacji. W okresie międzywojennym wielu z nich prowadziło działalność dywersyjną”.

Pierwszego września 1939 roku pułk uczestniczył w najsłynniejszej szarży w bitwie pod Krojantami koło Chojnic, w której poległ pułkownik Mastalerz. 3 września pułk ruszył w kierunku Błądzimia, by połączyć się z 16 Pułkiem Ułanów. Za Błądzimiem skierował się jednak na Drzycim-Grudziądz. 4 września został zbombardowany, rozproszony i poniósł znaczne straty w ludziach, koniach i sprzęcie. Rozproszone pododdziały, przebijając się na Grudziądz, zostały okrążone. Z okrążenia uratowali się tylko pojedynczy ułani. 4 września 18 Pułk Ułanów został rozbity przez Niemców i przestał istnieć. Żołnierze pułku walczyli jeszcze w bitwie nad Bzurą, a tylko nieliczni przebili się do Warszawy.

Kapitan Kensik dostał się do niewoli niemieckiej pod Modlinem. Wkrótce podjął próbę ucieczki, która okazała się udana. Z różnymi przygodami dotarł do Lwowa. Tam nastąpiło kolejne aresztowanie, tym razem przez Sowietów. I znów ucieczka, także zakończona sukcesem. Anastazy Kensik wrócił do Świecia. Tutaj codziennie musiał się meldować na posterunku Gestapo. 11 kwietnia 1940 roku gestapowcy zjawili się w jego domu. Aresztowali i wywieźli go do obozu koncentracyjnego Oranienburg-Sachsenhausen, następnie przenieśli do Mauthausen-Gusen.


„PRZY DOBREJ POGODZIE WIDAĆ ALPY”


Dramatyczne przeżycia lekarza w obozie szczegółowo opisał jego współwięzień Witold Domachowski z Bydgoszczy: „Po powrocie z niewoli wojskowej pracowałem jako robotnik przy budowie szosy »Terespol-Tuchola«. W dniu 11 kwietnia 1940 roku o godz. 4.00 przybyło do mego mieszkania niemieckie gestapo i po zapytaniu, czy jestem Polakiem, aresztowali mnie i zabrali do sali gimnastycznej przy tut. gimnazjum. W sali było już wielu mieszkańców Świecia i powiatu. Między innymi i dyrektor rzeźni Anastazy Kensik. Po południu zostaliśmy przewiezieni samochodami do Bydgoszczy do budynku szkolnego przy Placu Kościeleckich. Tam Niemcy w ciągu 5 dni zgromadzili 1100 Polaków z terenu całego województwa pomorskiego. W dniu 16 kwietnia 1940 roku specjalnym pociągiem przewieźli nas do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Po odbyciu 6-tygodniowej kwarantanny, gdzie zginęło wielu mieszkańców Świecia (prof. Budych, Piotrowski i inni) w dniu 25 maja 1940 roku Niemcy zorganizowali nowy transport 1100 uwięzionych, którzy przeżyli piekło kwarantanny, a w którym był także Anastazy Kensik i ja, przetransportowali do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen (Austria).

Anastazy Kensik przy przydziale pracy w obozie dostał się do tzw. Efektenkammer, to jest baraku, gdzie były przechowywane ubrania cywilne wszystkich więźniów. Było to komando składające się wyłącznie z Polaków, a jego kapo był także Polak Henryk Bachtig. W tym czasie był w obozie kategoryczny zakaz palenia papierosów. Więźniowie zatrudnieni w tym komando odnajdowali w ubraniach cywilnych przeróżne papierosy i je palili, mimo że komendant obozu SS Karl Chmielewski zapowiedział karę śmierci dla tych Polaków, którzy przyłapani zostaną na paleniu papierosów. W dniu 29 czerwca 1940 roku do obozu w Gusen przybyła komisja mająca zbadać warunki przechowywania rzeczy więźniów. Po wejściu do baraku 32, komendant Chmielewski wyczuł wyraźny zapach dymu papierosowego. Zapytał: „kto tu palił?”. Nikt się nie przyznał. Wszyscy więźniowie pracujący w baraku musieli go opuścić i ustawić się na ulicy. Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Wszyscy zostali strasznie pobici, otrzymali 25 batów, a następnie kolejnych 10 wieszano na belce wiązania baraku. Wszyscy byli bici i maltretowani przez cały dzień. W czasie bicia kilku z nich zmarło, a kilku odniesiono do rewiru (szpital obozowy). Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Pomimo otoczenia ich opieką lekarską przez Polaka Dr Kościńskiego (widziałem Kensika całego obandażowanego), większość z nich zmarła, a między innymi i Anastazy Kensik. Podając ten przeżyty przeze mnie epizod życia obozowego chciałbym uzupełnić życiorys Anastazego Kensika podając, że zmarł w obozie koncentracyjnym Gusen, gdzie został spalony w krematorium. Taki i podobny los spotkał 37411 więźniów tylko w tym podobozie Gusen w latach 1940—1945.

Nie jest jednak prawdą, że Anastazy Kensik został zamordowany w Gusen. Po pobiciu, częściowo wyleczonego, przewieziono go do obozu koncentracyjnego Dachau, gdzie faktycznie zginął, jak podano w akcie zgonu. Został zamordowany (rozstrzelany według D. Boguszewskiego) 25 lutego 1941 roku.


II. „GDY WRÓCĘ — BĘDĘ ŻYŁ I DZIAŁAŁ…” HISTORIA JULIANA MIECZYSŁAWA BUDZYNA


WŚRÓD 21 768 OFIAR ZBRODNI KATYŃSKIEJ BYŁ JULIAN MIECZYSŁAW BUDZYN. SWOJE PRZEŻYCIA I LOSY CZEKAJĄCYCH NA WYROK WSPÓŁWIĘŹNIÓW Z KOZIELSKA OPISAŁ W… NIEODNALEZIONYM PAMIĘTNIKU.


W 1939 roku w domu Budzynów zjawił się Duda, ordynans Juliana Budzyna. Zwolniono go jako szeregowca, przyjechał więc do Żurowej z informacjami: „Miałem dla pana porucznika ubranie — opowiadał — i mógł uciekać zanim go wzięli do obozu, ale nie chciał, tłumaczył, że honor oficera nie pozwala zostawić żołnierzy i przebierać się za cywila”.


LEKARZ I ŻOŁNIERZ

Fot. Julian M. Budzyn — zdjęcie udostępnione przez członka rodziny Leszka A. Nowaka

Julian Mieczysław Budzyn urodził się 1 stycznia 1909 roku w Kończyskach, wiosce położonej koło Zakliczyna nad Dunajcem. Był synem Józefa i Marii z Juszkiewiczów. Wywodząca się z Węgier rodzina Budzynów za sprawą Marii spowinowacona była z Anną Innocentą — córką Romualda Traugutta, a także z pasierbicą Józefa Klemensa „Ziuka” Piłsudskiego. Podczas I wojny światowej Budzynowie w obawie przed Rosjanami uciekli na Śląsk Cieszyński i przez kilka miesięcy przebywali w Raciborzu. Do Kończysk wrócili w maju 1915 roku.

Fot. Ludmiła i Julian Budzynowie (ślub). Zdjęcie udostępnił S. M. Jankowski z Krakowa.
Fot. Julian Budzyn z klaczą Bajaderą. Fot. przekazał L. A. Nowak z Wrocławia

Julian w 1927 roku ukończył III Gimnazjum w Tarnowie. Następnie podjął studia wyższe na Uniwersytecie Jagiellońskim, by po dwóch latach z Wydziału Rolnego przenieść się na Akademię Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, gdzie później obronił pracę doktorską. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1931 roku. Ukończył także Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. 11 listopada 1938 roku otrzymał awans na porucznika Wojska Polskiego i zatrudniony został w biurze personalnym Ministerstwa Spraw Wojskowych.

W kwietniu 1939 roku ożenił się z Ludmiłą Regiec, mieszkali w majątku w Żurowej (ówczesny powiat Jasło). Tuż przed wybuchem II wojny światowej zmobilizowany został do 5. Pułku Strzelców Konnych w Dębicy. Wraz z pułkiem uczestniczył w kampanii obronnej w ramach Krakowskiej Brygady Kawalerii. W wyniku przegranej bitwy Armia „Kraków” skapitulowała 20 września. W tym dniu Julian Budzyn został aresztowany i 1 listopada osadzony w obozie specjalnym w Kozielsku. Tam też od 9 listopada zaczął pisać pamiętnik — świadectwo przeżyć własnych oraz zapis życia współwięźniów, w niepewności czekających na wyrok.


PAMIĘTNIK (NIE)ODNALEZIONY


Trudno uwierzyć w splot wydarzeń, związanych z dalszymi losami pamiętnika. Bo choć znamy jego treść, to fizycznie nie możemy go obejrzeć, dokument dotąd nie został odnaleziony. Na ten historyczny paradoks składają się starania rodziny, zmysł i pracowitość pewnego doktora oraz fart, który często towarzyszy wartościowym śladom przeszłości, pozwalając im przeleżeć bezpiecznie nawet kilkadziesiąt lat.

Fot. Iskra z wizytą u Józefa Budzyna — fot. udostępnił Leszek Antoni Nowak

Zwłoki Juliana Budzyna ekshumowali Niemcy w kwietniu 1943 roku. Był jednym z 39 oficerów, którzy spisywali w obozie swoje przeżycia. Podobnie jak inne rzeczy osobiste i dokumenty, jego pamiętnik trafił do mogiły w Katyniu ukryty w kieszeni munduru. Został wydobyty podczas ekshumacji wraz z dowodem osobistym, naramiennikiem bez oznak, pakiecikiem opatrunkowym, dwoma listami i pocztówką.

Według opowieści rodziny pamiętnik trafił później w ręce Budzynów. Od Niemców miał go wykupić notariusz Tadeusz Sikora: „Wujek, jak mi wiadomo, wykupił pamiętnik i przywiózł matce — wspomina Jadwiga Szymanowska, której matka była żoną Juliana. — Do kilku rodzin oficerów, których nazwiska były w pamiętniku, matka pojechała, ale nie chciano w ogóle jej słuchać. Ludzie nie wierzyli nawet w informacje podawane w gazetach. Gdy pojawiali się Rosjanie, matka wolała nie mieć takiego dokumentu w miejscu dla nich dostępnym. Włożono notes do słoja, a słój do skrzyni z różnymi dokumentami i skrzynia przez brata matki, Ryszarda, została zakopana w sadzie. Owa zakopana w sadzie skrzynia nigdy nie została odnaleziona, a wuj Ryszard zmarł i nie pozostawił żadnych wskazówek o miejscu zakopania pamiętnika ojca”.

Opowieść rodzinna nie wyjaśnia jednak, w jaki sposób poznaliśmy treść pamiętnika pisanego w Kozielsku. W tym celu musimy cofnąć się do wojennego Krakowa. Po dokonanej przez Niemców ekshumacji przedmioty należące do ofiar trafiły do Państwowego Instytutu Medycyny Sądowej i Kryminalistyki. Tam zajął się nimi zespół kierowany przez dr. Jana Robla, chemika, pracownika naukowego Uniwersytetu Jagiellońskiego, oficera Armii Krajowej. Badania nad dowodami zbrodni katyńskiej rozpoczęto pod koniec maja 1943 roku. Przywiezione przedmioty znajdowały się w 10 skrzyniach; 9 dużych i 1 małej (do niej trafiły rzeczy, z których Niemcy chcieli przygotować objazdową wystawę pokazującą sowiecką zbrodnię). Zespół dr. Robla dokumenty oczyścił i odczytał, sporządzając protokoły na maszynie. Wspomniane skrzynie z oryginałami w sierpniu 1944 roku Niemcy wywieźli z Krakowa na Zachód i… spalili.

Ostatni rozdział w historii dowodów katyńskich, a wśród nich pamiętnika Juliana Budzyna, dopisało szczęście. Mocno dopomógł mu dr Robel, który na polecenie władz podziemnych kopiował dokumentację podczas prac zespołu. Ile kompletów protokołów sporządził — tego nie wiemy. Jeden z nich, ponad 1000 stron maszynopisu, ujrzał światło dzienne w 1991 roku. Odnaleziony został przypadkowo przez robotników remontujących strych Instytutu Ekspertyz Sądowych przy ul. Westerplatte 9 w Krakowie.


FRAGMENTY PAMIĘTNIKA JULIANA BUDZYNA


„Zacząłem w Kozielsku dnia 9 listopada 1939 Chcę napisać część swych przeżyć, aby w razie gdybym nie wrócił do domu tj. do żony i do rodziny, a gdy wróci może ten portfel, byście przeczytali, gdzie i jak żyłem od chwili wyjazdu z domu z Żurowej, a właściwie od chwili pożegnania się z moją Ukochaną ponad wszystko w świecie Żoną Miłusieńką. Będę pisał bardzo krótko, bardzo wiele myśli i dni pominę, bo miejsca w notesie mało, a myśli bardzo dużo i często bardzo zbyt przykre, bo życie moje z dala od Was bez wiadomości czy żyjecie czyście zdrowi jest okropnie smutne i ciężkie i straszliwie tęskne. Ciągle myślę o Tobie Miłusieńko, o Mamie, o Braciach, o Siostrach, o Całej Rodzinie Mojej i o Teściach. Pożegnałem się z Moją Miłusieńką na stacji w Siedliskach i odtąd już nie skomunikowałem się ani z Nią ani z nikim z Rodziny. Do Przemyśla dojechałem spokojnie, tam po pracy organizacyjnej wyjechałem w stronę frontu — po bombardowaniach dwudniowych cofać się zaczęliśmy aż do dnia 19 września do Włodzimierza Wołyńskiego, gdzie dnia 20 września dostaliśmy się do niewoli sowieckiej. Były dnie głodu i zimna i udręki i pędzenia marszem przez kilka dni bez jedzenia nawet bez wody. Wreszcie 26 września przez Łuck, Szepietówkę, Kijów, Braińsk, Moskwę, Wołujki i Biełgorod wywieźli nas do Putiwla. Podróż była ciężka, ale człowiek dużo wytrzyma. W Putiwlu byliśmy w obozie od zdaje się 8 października do 1 listopada. W tym dniu zabrali nas i wywieźli do Kozielska.

Fot. Julian Mieczysław Budzyn — pierwszy z prawej — fot. z T. Mikulski Biogramy jeńców… Wyd. Uniwersytet Wrocławski, Wrocław 1999, s. 85

W Kozielsku jest dobrze, wyżywienie całkiem dobre i wystarczające jak na niewolę, także warunki pomieszczenia. Jest nas 24 w jednym pokoju. Miejscowość ładna, pogoda na razie dosyć dobra. Spotkałem powiatowego lekarza z Brzeska Dembowskiego i starostę z Brzeska Hałacińskiego, mieszkają razem obok mnie na tym samym korytarzu. Sale nasze są sąsiednie. Poza tym w innym domku obok mieszka Dunikowski ze Stróż z nim też się spotykam czasami. Dnia 16 listopada spotkałem doktora Stachyrę z Zakliczyna rozmawialiśmy około godziny, opowiadał mi, że spotkał po drodze uciekinierów z Zakliczyna i od nich dowiedział się, że Melsztyn zbombardowany, Lusławice, Wróblowice i Janowice zniszczone, boję się o Teściów. Podobno też powiat Gorlice i Jasło także zniszczone. Boję się o Żurową. Nie wiem, co dzieje się z Miłusieńką i całą Rodziną. Czyście uciekli, czyście zostali w domu, widziałem, co przechodzili biedni uciekinierzy po drogach, widziałem w niewoli sowieckiej.

[…] O Polsce i o wojnie na Zachodzie mamy różne wiadomości — przeważnie bardzo sprzeczne. Mówią, że w Polsce jest rząd autonomiczny pod protektoratem ministra Franka, że my t.j. oficerowie mamy wrócić do kraju. Podobno szeregowcy i podoficerowie odjechali i podobno Niemcy ich przyjęli i mają ich rozpuszczać do domów — mówią, że i my wnet pojedziemy — chciałbym jechać! […]. Tęsknię do Was, do życia na wsi i pracy w spokoju. […]. Myślę dużo o lesie też i o koniach i psach, o Cyrli, Zmroku, Lali, Bajaderze i o Burzy i o Birbancie, o Bojarze i o Bolusiu i o krówkach, o całym gospodarstwie, o ogrodzie, o leśnych też myślę i o służbie w ogóle o wszystkich, których lubiłem. Czy wrócę ja do was wszystkich do poprzedniego swojego życia? Bardzo gorąco modliłem się rano 1 listopada. Zresztą bardzo często teraz modlę się o Żonę Swoją Jedyną Najdroższą Miłusieńkę, o Mamę i o Braci i o Siostry i o resztę Rodziny i o Teściów, modlę się o szczęśliwy i rychły mój powrót do Was. Żeby wigilię Boże Narodzenie być z Wami razem — będzie to największe dla mnie szczęście — ślubuję za to figurę Matki Boskiej w ogrodzie w Żurowej postawić w podzięce. Dnia 11 listopada Święto naszej Niepodległości modliłem się do Matki Boskiej — „Ojczyznę Wolność racz nam wrócić Panie!”.

[…]. Trzeba było oddać Niemcom Gdańsk i autostradę a zatrzymać resztę i dać wszystkim pokój do pracy, po co się bić, kiedy bez tego można wszystko uregulować, w całej Europie byłby spokój. Zawsze byłem i jestem przeciwnikiem wojny i na zawsze nim pozostanę. […]. Najgorzej ze skarpetkami, mydłem i goleniem. Dali mydło ale b. liche — bieliznę już prałem 3 razy. Dziś będę cerował skarpetki. Walizkę z bielizną i przyborami, mundur własny i pelerynę oraz koce zabrali mi razem z wozem taborowym. Kupiłem sobie pół koca, ale mam płaszcz dobry, jest więc czem okrywać się. Mundur mam wojskowy dobry, sukienny i sweter wojskowy. Ta pogłoska o wyjeździe nie daje mi spokoju. Znaleźć się w Polsce, w kraju, w domu u żony Miłuśki.

Dnia 20 listopad. Dziś ogłosili nam możliwość korespondencji z krajem — powiedzieli co wolno pisać i jak, 1 raz na miesiąc — wolno też otrzymać 1 raz z kraju korespondencję. […].

Piszę coraz mniej […], bo mało człowieka rozpacz z desperacji nie weźmie […] listy nie przyszły. A tak czekam listu od Ciebie Miłusiu. — Już na święta nie będę z Wami, ale żeby choć list otrzymać przed świętami byłoby […] mniej przykro. Teraz znowu jest pogłoska, że pojedziemy do niemieckich obozów, gdzie podobno są ciężkie warunki bytu. Po co ta cała wojna? Po co tyle nieszczęścia i udręki ludu biednego polskiego. Czy będzie nam kiedy przyszłość światlejsza, lepsza? Żeby choć jeden wiek w spokoju nasz naród żył? Miłusiu pamiętaj o mnie, bo Ty jesteś dla mnie wszystkim na świecie, dla Ciebie i dla kraju chcę pracować i Wam oddać swą pracę, myśli i życie. Na wilię będę pisał do Ciebie Miłusiu.

Dnia 23. grudnia 1939 r. Wigilia — już jesteśmy po kolacji — była urządzona w naszym zakresie — zrobiliśmy sobie kilka dań — kupiłem sobie kawę, piernik i jabłek — cały dzień myślałem o Tobie Miłuś i o Rodzinie. Ciągle miałem łzy w oczach — tak ciężko dziś myśleć i pisać. — Za dużo smutnych refleksji […].

Dnia 1 stycznia […]. Nowy Rok rozpoczynam w tak ciężkich myślach i w takich warunkach — w niewoli bolszewickiej z dala od Ojczyzny — od Rodziny. — Żyje jednak nadzieją, że wszystko będzie dobrze, że powrócę do Ciebie Miłusiu i do Wszystkiego i Ojczyzna będzie wolna i potężna jeszcze. Dzisiejszy dzień jest dla mnie dniem moich urodzin — skończyłem 31 lat życia — połowę swego życia i jakie tego […] pracowałem i uczyłem się co sił — chciałem coś umieć — zacząłem gospodarować, kochałem lasy, pola, konie i psy i polowanie i pracę rolnika […].

A teraz co się stało? Wygląda to jak straszny koszmarny sen — nie chce się po prostu uwierzyć. Co się to dzieje na świecie? Czy ludzkość jest wyzbyta ludzkości, a jej dewizą grabież i okrucieństwo, która daje złoto przeklęte. Gdy wrócę — będę żył i działał, oddając narodowi i rodzinie wszystkie swe siły, a gdybym się zawiódł, zamknę się w lasach i Miłuśką Moją i będę żył miłością i uwielbieniem Ciebie. […]. Teraz wiem dobrze — oboje martwimy się jedno o drugie, myślimy o sobie — ja dziś płakałem — same łzy płyną — cisną się, Ty wiesz.

Dnia 8 stycznia 1940 roku — Wczoraj napisałem list do Mamusi i do Miłki adresowany d. Kończysk — Pierwszy pisałem 27 listopada 1939 r. do Miłki do Żurowej — dotychczas nie ma odpowiedzi — choć właściwie z zaboru niemieckiego nadeszło dopiero w styczniu kilka listów. Nastroje u nas zaczynają znowu być wyjazdowe — choć osobiście nie wierzę. Jestem nastrojony bardzo pesymistycznie. Święta były przykre — jutro moje imieniny — któż mi tak będzie życzył dobrze jak Ty Miłusieńko? Mrozy teraz b. wielkie — dziś np. było 40ºC. Odżywienie coraz gorsze — coraz nudniej — tęskno za Wami aż okrop. Co to będzie?

Dnia 2. lutego 1940 roku — Święto Matki Boskiej Gromniczej i jeszcze tu w Kozielsku w obozie jeńców — szczególnie dużo myślę o Was dziś […] Życie moje tu marne — jedzenie kiepskie, pomieszczenie okropne, brak bielizny, butów. — Zimno — mrozy b. wielkie dochodzą często do 48ºC. Kiepsko z mojemi płucami — b. kiepsko, każdy miesiąc tej niewoli to strata na zdrowiu jednego roku życia. Całe szczęście, że wszy teraz coraz mniej, ale ciągle się trafiają.

Dziś znowu nadeszło trochę listów, ale do mnie nic. Za kilka dni znów będę mógł pisać. Co bym ja dał za to, żebym wiedział, czy żyjecie wszyscy, czy jest Miłuśka moja i jak się Wam powodzi. — Tak ciężko i przykro żyć w ciągłej nieświadomości i w ciągłej obawie. Mam kolegę — przyjaciela Rożkiewicza z Rzeszowa, b. często opowiadamy sobie o swoich domach i rodzinach — pomagamy sobie obaj we wszystkim. Jesteśmy od samego Przemyśla razem, śpimy obok siebie i żyjemy cały czas w przyjaźni. Co to będzie dalej — ciekawe jak się ułoży sytuacja polityczna i militarna — trochę wieści do nas dochodzi a najgorzej, że musimy tak bezczynnie żyć w ciągłym niepokoju o los kraju, rodzin i nas samych, nic nie mogąc działać. Niestety taki już nas los? Czy będzie kiedy lepiej? Czy zaczniemy nowe życie?

Dnia 4. lutego. — Dziś dostałem od Miłuśki list 2. Widocznie pierwszy przepadł — dziś też napisałem do Niej list. Wiemy już teraz wzajem o sobie. Jakże się cieszę, że Miłuśka żyje i jest zdrowa, niczem nie opiszę swej radości, jak również nie opisze swej tęsknoty. […].

Nadeszły Święta Wielkanocne — ja czuję się tak źle, że ani one mnie smucą ani cieszą. Tak kiepsko z płucami. Kaszel, boli i kłuje w piersiach — gardło boli — nocą okropnie duszno i czasem krew z nosa idzie. Pieniędzy już dawno nie mam, tyle co na listy i na znaczki. Ostatni teraz list napisałem 8 marca duży i w nim dużo zwątpienia we wszystko, nawet w to co najwięcej kocham tj. w moją Miłuśkę. Czy Wy mnie zrozumiecie kiedy? Czy wyobrażacie sobie w jakich ja tu warunkach — gorsze i okropniejsze niż więzienie i tak ciągle w obawie o życie swoje i powrót. Aby to wszystko zagłuszyć — czytam książki polskie, gram w karty i szachy, słucham różnych pogadanek, wykładów — i sam też takie urządzam dla kolegów mam pogadanki hodowlane — konie, bydło, owce, świnie, psy, króliki, drób, trochę z rolnictwa, myślistwa itp. Cóż z tego, kiedy w piersiach ból — każdy ruch, każdy zwrot, każdy kaszel bolesny. Gdybym tu umarł, to pamiętajcie, że nie wolno Wam tu mnie zostawić — sprowadzić zwłoki i pochować w Żurowej na ogrodzie — testament wypełnić!

Dnia 7. IV. 40 r. Od dwóch dni zaczęli nas wywozić. Gdzie i po co nie wiadomo — Wyjechali już Dembowski — Rybakiewicz — wczoraj długo i serdecznie rozmawialiśmy z dr Adamem z Rybnika. Poznałem go dopiero kilka dni temu. Co będzie dalej?”.


III. KRWAWA ZEMSTA W ROGOŹNIE


W PIERWSZYCH DNIACH WRZEŚNIA 1939 ROKU ULICE ROGOŹNA BYŁY NIEMYM ŚWIADKIEM BRUTALNEGO ODWETU NA MIEJSCOWYM LEKARZU WETERYNARII. ŚLEDZĄC OKOLICZNOŚCI ŚMIERCI STANISŁAWA KOLANUSA, NIE UCIEKNIEMY OD PYTANIA: DO CZEGO W WARUNKACH WOJNY I BEZPRAWIA ZDOLNY JEST CZŁOWIEK.

Fot. Stanisław W. Kolanus — fot. z zasobów Wojskowego Biura Historycznego (daw. Centralne Archiwum Wojskowe) w Rembertowie

Roman Sommer, sędzia sądu okręgowego i członek Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu, w 1970 i 1971 roku prowadził śledztwo dotyczące zbrodni popełnionej w pierwszych dniach września 1939 roku w Rogoźnie. W zgromadzonym materiale dowodowym zapisano: „Jak wynika z wiarygodnych zeznań świadka Ludwika Mikołajczyka z Rogoźna członkowie bojówki hitlerowskiej w Rogoźnie po wtargnięciu w dniu 6.09.1939 roku do mieszkania Stanisława Kolanusa założyli mu pętlę na szyi i na tej pętli, składającej się z powroza (liny) wywlekli go na ulicę. Jak wynika dalej z wiarygodnych zeznań świadków Ludwika Mikołajczyka, Marii Knowczyńskiej, Jana Kośmickiego i Wincentego Waseli — członkowie hitlerowskiej bojówki przywiązali Stanisława Kolanusa na owej pętli długości około 2 metrów do samochodu osobowego, który kilkakrotnie objeżdżał Nowy Rynek (obecnie Pl. K. Marcinkowskiego). Głowa Stanisława Kolanusa wielokrotnie uderzała o kamienie Nowego Rynku, w następstwie czego nastąpił zgon. W popełnieniu tej zbrodni główną rolę odegrał miejscowy Niemiec Stoewenau. Działał on przy tym z niskich pobudek — z chęci zemsty — gdyż będąc rzeźnikiem miał osobiste porachunki z lekarzem weterynarii Kolanusem z okresu międzywojennego”.

Co takiego wydarzyło się w małej wielkopolskiej miejscowości? Kim był tak bestialsko potraktowany lekarz weterynarii?


W BŁĘKITNEJ ARMII


Stanisław Wilhelm Kolanus urodził się 9 stycznia 1872 roku w Domaradzu pod Opolem jako syn rolnika Pawła i Agnieszki, z domu Żurowskiej. Szkołę powszechną ukończył w Domaradzu, gimnazjum we Wrocławiu, natomiast studia wyższe podjął w Berlinie, gdzie mieszkał i pracował jego starszy brat Paweł, który obiecał pomoc finansową i opiekę. Początkowo była to wymarzona medycyna, chociaż rodzice pragnęli, aby syn ukończył studia teologiczne. Ze względu na skromne środki finansowe Stanisław przeniósł się na weterynarię. Swoje znaczenie miało także to, że nowy kierunek trwał krócej niż studia medyczne i wcześniej można było pójść do pracy. Mury Tierärztliche Hochschule w Berlinie opuścił w 1898 roku z dyplomem lekarza weterynarii w ręku.

Fot. Mjr S. Kolanus w mundurze Błękitnej Armii i S. Kolanus we Francji — fot. z zasobów Wojskowego Biura Historycznego (daw. Centralne Archiwum Wojskowe) w Rembertowie

Jako lekarz praktykował w Tessenbergu (pol. Syców). W innych dokumentach podano, że pracował w Nowej Soli. W 1899 roku przeniósł się do Gołańczy koło Wągrowca, a rok później ożenił się z Jadwigą Salomeą Wyszomirską (córką Józefa i Heleny Hundt). W 1906 roku małżeństwu urodziła się pierwsza córka — Hanna, w 1908 roku druga — Maria i po kolejnych dwóch latach trzecia — Jadwiga.

Sierpień 1914 roku wciągnął Stanisława w wir wielkich wojen. Został powołany do wojska niemieckiego, w którym używał imienia Wilhelm, i skierowany na front wschodni. Stamtąd wzięty do niewoli rosyjskiej podczas jednej z bitew trafił do obozu jenieckiego, gdzie otrzymał wyrok: zesłanie na Sybir. Choć dla wielu ten kierunek oznaczać mógł tylko jedno, do niego uśmiechnęło się szczęście, a okazja wyrwania się z niewoli nadarzyła się, gdy gen. Haller organizował armię polską. W 1918 roku Kolanus szczęśliwie uciekł z Syberii i udało mu się zaokrętować na statek płynący z Murmańska do Francji. Po wcieleniu do Armii Hallera szybko awansował — do Polski przyjechał już w randze majora Wojska Polskiego. Uczestniczył w wojnie polsko-ukraińskiej, później polsko-rosyjskiej, walcząc głównie z konnicą Budionnego. W Błękitnej Armii jako oficer pozostał do 1921 roku.


ŻYCIE NA PROWINCJI


Po demobilizacji wrócił do domu do Gołańczy. W rodzinie Kolanusów tęsknota za dawno niewidzianym mężem i ojcem musiała być ogromna. Niespodziewane spotkanie u Jadwigi spowodowało wylew i paraliż lewej strony ciała. Stanisław zaczął szukać pracy odpowiedniej do jego wykształcenia i potrzeb rodziny — swoje córki chciał posłać do szkół średnich. Początkowo pracował w Wągrowcu, ale po krótkim pobycie sprzedał dom i przeniósł się do większej miejscowości. W Środzie Wielkopolskiej objął stanowisko powiatowego lekarza weterynarii, na którym pozostał do 1924 roku. W tym czasie już dwie córki zdały maturę. Następnie rodzina przeniosła się do Dolska, gdzie dr Kolanus pracował jako wolno praktykujący weterynarz. Ostatnim przystankiem była ul. Mała Poznańska w Rogoźnie. Tu rodzina przybyła w 1925 roku i została na dobre.

W nowym miejscu Stanisław podjął pracę jako lekarz weterynarii i inspektor w rzeźni miejskiej. Tuż przed wybuchem II wojny światowej w rzeźni panował straszliwy bałagan. Warunki higieniczne były dalekie od minimalnych wymogów, właściwie to prowadziły do sytuacji, w której produkowane wyroby zagrażały zdrowiu konsumentów. Na domiar złego wszelkie uwagi i zalecenia były lekceważone przez właściciela Ottona Stoewenaua, będącego coraz częściej w niedyspozycji na skutek nadużywania alkoholu. W tej sytuacji decyzja mogła być tylko jedna. Rzeźnia i sklep mięsny zostały zamknięte.

Fot. Rodzina Kolanusów w Rogoźnie — fot. udostępniła Zofia Szymańska z Gdyni

1 września 1939 roku mjr Stanisław Kolanus udał się do Poznania. Nie pierwszy raz zamierzał walczyć w szeregach polskiej armii. Do miasta dotarł 2 września, jednak ze względu na wiek (67 lat) spotkał się z odmową przyjęcia do wojska. Nie zostało mu nic innego niż wrócić do Rogoźna. Według niektórych relacji był tam 4 września, a według innych 6 września. W opuszczonym mieście grasowały tylko miejscowe bojówki. W pewnym momencie jedna z grup zaczęła dobijać się do domu dr Kolanusa…


KRWAWA ZEMSTA


To, co wydarzyło się dalej, opisała przywołana na początku relacja ze śledztwa prowadzonego przez Romana Sommera. Ale nie jest to jedyna wersja wydarzeń.

9 stycznia 1971 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Poznaniu podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa przeciw obywatelowi o nazwisku Otto Rudolf Stoewenau. Po dwuipółletnim dochodzeniu wszystkie zebrane materiały dowodowe przekazano do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie z prośbą o przekazanie ich do Zentrale Stelle w Ludwigsburgu. W otrzymanych kserokopiach akt znajduje się oświadczenie Juliusza Ziegenhagena z 14 grudnia 1977 roku, które bardziej szczegółowo przedstawia życie i stosunki panujące w międzywojennym Rogoźnie:

„Świadomy historycznego znaczenia informacji o faktach związanych z martyrologią narodu polskiego w okresie okupacji hitlerowskiej z pełnym poczuciem odpowiedzialności moralnej oświadczam, co następuje: wiadomym mi jest, że lekarz weterynarii Wilhelm Stanisław Kolanus z Rogoźna zamordowany został w dniu 6 września 1939 r. w sposób okrutny w tymże Rogoźnie. Ogólnie mówiło się, że mordercą Kolanusa był Otto Stoewenau, Niemiec, rzeźnik z Rogoźna. Mordu dokonał Stoewenau, według ogólnej opinii mieszkańców ze zemsty za to, że Kolanus, wykonując swoje obowiązki inspektora rzeźni miejskiej, zamknął na kilka tygodni przed wybuchem wojny warsztat i sklep Stoewenau’a z powodu stanu antysanitarnego. O ile pamiętam, to Stoewenau po zamknięciu sklepu pracował w tzw. »niemieckim Rolniku«, spółdzielni handlowej przy ul. Wielkopoznańskiej. Przed wojną, aż do 1942 r. prowadziłem własny sklep masarski w Rogoźnie ul. Czarnkowska 19 i stąd znam stosunki u innych kolegów w mym zawodzie. Latem 1941 r. władze niemieckie aresztowały za pokątny ubój i nielegalną sprzedaż mięsa („Schwarzschlachtung”) Stoewenau’a, który miał sklep masarski przy ul. Wielkopoznańskiej po Antonim Kozłowskim. Po kilku tygodniach od chwili aresztowania wiadomym było, że Stoewenau zmarł w więzieniu w Szczecinie. Poinformowała mnie o tym jego żona, która zresztą po jakimś niedługim czasie wyszła ponownie za mąż. Stoewenau często upijał się, również przed wojną. Nie wiadomym mi jest, aby Stoewenau po zamordowaniu Kolanusa odnosił się specjalnie wrogo do Polaków”.

Dodatkowe wątki tej historii pojawiły się, gdy uzyskałem zgodę na zapoznanie się z aktami sprawy w Instytucie Pamięci Narodowej w Poznaniu. Nieocenioną pomoc otrzymałem od doskonale zorientowanego w temacie prokuratora Mirosława Sławety. To właśnie wtedy dowiedziałem się, że Stanisław Kolanus wracał z Poznania piechotą, ponieważ w kierunku zachodnim nie działała już żadna komunikacja. We wsi Studzieniec spotkał znajomego rolnika (Kosmowskiego), który jechał wozem konnym do Rogoźna i wiózł już sporą gromadkę podróżujących. W dalszą drogę zabrał także doktora. Spokojnie dotarli do granic miasta Rogoźna. Tam zostali zatrzymani przez uzbrojoną miejscową bojówkę hitlerowską (Selbstschutz). Jeden z jej członków — Otto Rudolf Stoewenau — rozpoznał Kolanusa „ściągnął go przemocą z tego wozu i po silnym popchnięciu go na ziemię okładał go pięściami, bijąc z całej siły gdzie popadnie, tak że twarz była cała zmasakrowana […] po wielokrotnym biciu kolbami od karabinów lekarz wet. St. Kolanus upadł na bruk i uderzył kilka razy o niego głową, miejscowy Niemiec Herbert Willi Neumann strzelił z pistoletu zabijając lekarza wet. Stanisława Kolanusa na miejscu. Na ulicy Małej Poznańskiej”.

Jeszcze inna wersja występuje w pracy magisterskiej dotyczącej okolic Rogoźna autorstwa Ryszarda Marszała, który napisał, że udział w zbrodni mieli bracia Walter i Ernest Fehlau, a „lina pękła i uderzył o bruk i zmarł”.

Być może w dokładniejszym ustaleniu okoliczności zbrodni pomogłoby przeprowadzenie śledztwa za naszą zachodnią granicą. Niestety, choć polscy prokuratorzy kilkakrotnie zwracali się do strony niemieckiej, nie zdecydowała się ona na takie dochodzenie. Mimo upływu ponad 70 lat śledztwo nie zostało jednak zakończone. Tak jak wiele tajemnic z ostatnich dziesięcioleci ta również czeka na przełomowy dowód lub zeznanie.


EPITAFIUM DLA BOHATERA


Co było dalej? Po brutalnym mordzie nie pozwolono na zakopanie zwłok doktora. Zostały one po kryjomu ukryte pod ziemią i liśćmi w ogródku niedaleko domu Kolanusów.

W dalszej części przytoczonej na wstępie relacji czytamy: „Świadek Wincenty Wasela na polecenie miejscowej władzy niemieckiej wykopał zwłoki Stanisława Kolanusa w początkach października 1939 r. /…/ rozpoznał z całą pewnością zwłoki Stanisława Kolanusa, którego znał osobiście. Zwłoki były całkowicie obnażone, a na szyi zamordowanego znajdowała się pętla z powrozem długości 2 metrów. Zwłoki zostały przewiezione na cmentarz katolicki w Rogoźnie i tam zakopane. Leżą one we wspólnej mogile (w której znajdują się zwłoki innych osób pomordowanych we wrześniu 1939 roku.) — za mogiłą Powstańców Wielkopolskich”.

Fot. Dokument udostępniony przez Z. Szymańską

Ale podobnie jak w przypadku samego morderstwa nie jest to jedyna wersja tragicznych wydarzeń z początku września 1939 roku. Wnuczka Stanisława Kolanusa we „Wspomnieniu o dziadku” dalszy ciąg opisała odmiennie od zeznań świadka. „Babcia wraz z najmłodszą córką Jadwigą została przez miejscowe władze niemieckie wysiedlona do Jędrzejowa, gdzie pozostały przez całą wojnę. […] Po wojnie zwłoki dziadka i innych pomordowanych w 1939 roku obywateli Rogoźna i sąsiednich miejscowości pogrzebano na cmentarzu katolickim w Rogoźnie na zapleczu kwatery Powstańców Wielkopolskich”.

Jak było naprawdę? Tej historii być może nigdy nie uda się odtworzyć dokładnie. Bezdyskusyjne pozostają za to działania rodziny zabiegającej o godne upamiętnienie życia Stanisława Kolanusa. Szczególne zasługi na tym polu ma wnuczka doktora Zofia Szymańska. Jak pisała do mnie w liście: „Z przyczyn obiektywnych mam obecnie więcej możliwości wracania do Archiwum gen. J. Hallera i śledzenia losów i życiowych wyborów mojego dziadka Stanisława Wilhelma Kolanusa […] Śledząc po latach drogę życiową Dziadka widzę konsekwentnie realizowaną miłość do Ojczyzny, ofiarność w stawaniu do służby i obrony — wydaje mi się bardzo godną do upowszechnienia i naśladowania w Rogoźnie, jak i małej Ojczyźnie — Wielkopolsce, której ofiarnie służył. Potwierdził to Prokurator Sławeta w Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu — stwierdzając w rozmowie ze mną, że »major Stanisław Kolanus to bohater«”.


Nasze wieloletnie poszukiwania, cierpliwe zbieranie danych i ustalanie faktów, mające na celu przywrócenie i zachowanie pamięci o wielkopolskich lekarzach weterynarii dzielnie walczących o Polskę podczas kolejnych wojen, zwieńczyła uroczystość odsłonięcia Tablicy Pamięci w Poznaniu. Wspólnym wysiłkiem udało się pokazać szlachetne postawy i jasne strony historii. Te ciemne zostawiając dla postaci pokroju Otto Stoewenaua.

Fot. Zofia Szymańska (wnuczka dra S. Kolanusa) z autorem przy Tablicy Pamięci w Poznaniu ul. Nagietkowa 4. Fot. A. Bylewska

Wstęp

Ocena merytoryczna prac historyczno-biograficznych autora

Decyzja o przystąpieniu do pracy nad zbiorczą publikacją związaną z dokonaniami historyczno-patriotycznymi skromnego środowiska zawodowego jakim byli/są lekarze zajmujący się leczeniem i profilaktyką u zwierząt oraz dbający o zdrową żywność i ostatnio także o dobrostan tych zwierząt, mam na myśli lekarzy weterynarii, w ich staraniach o wolność Rzeczypospolitej na przestrzeni niemal ostatnich 200 lat, zrodziła się i zapadła głównie na podstawie licznych recenzji oceniających od strony merytorycznej prace historyczno-biograficzne autora.

Dopełnieniem pomysłu były słowa dr. Andrzeja Komorowskiego zawarte w recenzji książki „Śladami Niepowtarzalnych”: W zakończeniu Autor pisze, że śladami „niepowtarzalnych” zamyka cykl książek poświęconych losom polskich lekarzy weterynarii. W rozmowie telefonicznej z Autorem usłyszałem, że może powstanie Summa jego publikacji. Bardzo do tego Pana doktora namawiam.

Dlatego też, pozwólcie Państwo, że we wstępie do niniejszej publikacji przybliżę kilka fragmentów wybranych recenzji moich książek, których autorami są znani profesorowie nauk weterynaryjnych, nauk humanistycznych i lekarze weterynarii:


Prof. dr hab. Paweł Sysa: Materiały służące prezentacji jej bohaterów gromadzone były poprzez kwerendy w archiwach Instytutu Polskiego i Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie, Ośrodka „Karta”, Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie, Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce czy Instytutu Pamięci Narodowej. Dane te były konfrontowane z encyklopedycznymi informacjami zawartymi w biograficznych słownikach lekarzy weterynarii opracowanych pod redakcją płk. dr. Konrada Millaka (1960—1963) i prof. Jana Tropiło (2009), prowadząc czasem do weryfikacji zawartych tam informacji. Dzięki kontaktom z członkami rodzin opisywanych bohaterów, zapisom wspomnień przyjaciół, relacjom publikowanym w prasie fachowej i codziennej powstały nadzwyczaj barwne, a przy tym merytorycznie bogate opisy biografii lekarzy. Niektórych sylwetki kształtowały się już w czasie działań niepodległościowych okresu I wojny światowej czy walk o ustalenie granic terytorium Polski, innych później, w czasach II Rzeczypospolitej. Śledząc losy poszczególnych osób, czytelnik odbywa jednocześnie lekcję historii XX w. Opisem dziejów poszczególnych osób przypominane są wydarzenia z czasów II RP, wojenne losy ludności polskiej i przedstawicieli naszego zwodu w ówczesnym Związku Sowieckim, dramaty i zbrodnie, które ich tam dotknęły. Znajdujemy tu opisy trudnych, wstrząsających losów lekarzy weterynarii wojskowych czy zmobilizowanych na czas wojny obronnej, a potem trafiających do obozów jenieckich. Ich niezwykły hart ducha i wola niepoddania się losowi przejawił się m.in. w ich działalności w Oflagu II C w Woldenbergu. Utworzony tam Uniwersytet Woldenberski, „nie pozwolił (lekarzom-oficerom) zapomnieć fach”, a studiującym pozwolił rozwinąć się intelektualnie i uzyskać podstawy wysokich kwalifikacji zawodowych. Coś unikalnego w tamtych warunkach./…/. Książka powinna trafić do podręcznych biblioteczek każdego lekarza i studenta weterynarii, utrwalając pamięć o ludziach szlachetnych, ludziach honoru, przedstawicielach naszego zawodu, również ku rozwadze w dzisiejszych czasach.


Prof. dr hab. Jan Tropiło: Doktor /…/ utrwalił w naszej pamięci losy polskich lekarzy weterynarii, ich postawę i walkę w koszmarnych latach okupacji niemieckiej i sowieckiej. Opisy życia bohaterów jego książek są wynikiem dociekania prawdy o zachowaniu ludzi w tych ekstremalnych warunkach, jakie przynosi wojna i zniewolenie. Często myślę, czytając te książki, jak ludzie ludziom mogli zgotować taki los. Okazuje się, że mogli, co stanowi przestrogę dla następnych pokoleń. Gratuluję Autorowi, który przez swoje prace zapisuje się jako jeden z najwybitniejszych biografów polskich lekarzy weterynarii. A lekarzy weterynarii serdecznie zachęcam do tej lektury /…/.


Prof. dr hab. Teresa Zaniewska: /…/ badacza, podążającego od lat śladami lekarzy weterynarii, ofiar II wojny światowej, zatytułowana „Utrwalone skrawki życia”, Skrawki, drobne fragmenty niezamkniętych biografii, z których składa się ta książka, daja nadzieje na odnalezienie kolejnych, co pozwoli na scalenie rozbitego świata setek rodzin lekarzy weterynarii, których zagarnęła wojenna zawierucha. „Utrwalone skrawki życia” to książka- mozaika, ułożona z bogatego, lecz niejednorodnego materiału i dzięki temu ciekawa w lekturze. /…/. Jest ona praca naukową, posiada ona duże walory poznawcze i będzie przydatna z pewnością nie tylko historykom medycyny weterynaryjnej. Losy lekarzy weterynarii w czasie II wojny światowej to także historia Polski w szerszym kontekście. Książka opowiada tym samym o całym pokoleniu, szlachetnym i prawym, solidnie wykształconym (m.in. znającym języki obce, np. jeden z bohaterów omawianej książki, Stanisław Wilhelm Kolanus, władał biegle pięcioma językami: niemieckim, francuskim, rosyjskim, słowackim i bułgarskim), wychowywanym już w wolnej Polsce, w poszanowaniu wolności i miłości ojczyzny, bezinteresownej społecznej służby, o pokoleniu ludzi, dla których jedną z naczelnych wartości było poczucie honoru. W publikowanym w tej książce liście, do Danuty Turskiej-Szyłkiewicz, wdowy po Mieczysławie Szyłkiewiczu, uczestniku bitwy o Monte Casino, czytamy: Mój mąż był człowiekiem wyjątkowym, jak wyjątkowe było to tragiczne pokolenie. Służbę Ojczyźnie rozumiało jako rzecz zwykłą i normalną. Zasady etyczne reprezentowane przez to pokolenie mogą być i są wzorem do naśladowania dla młodego pokolenia Polaków w tym dla młodego pokolenia lekarzy weterynarii (s. 21). /…/. Poetycki i pełen metafor jest list także opublikowany w niniejszej książce list do autora „Utrwalonych skrawków życia”, który napisał nieżyjący już wspaniały artysta malarz, mieszkający przez kilkanaście ostatnich lat we Francji, Yarek Godfrey (1957—2014), wnuk lekarza weterynarii, Władysława Godfreyowa, bohatera poprzedniej książki Włodzimierza Gibasiewicza [Odnalezione głosy. Zadziwiające losy lekarzy zwierząt, WFW 2013 s. 19—37], w którym pisze o tym, jak ważne okazały się prace tego autora dla wychowania syna artysty, kilkunastoletniego Maksymiliana. Dzięki rozmowom z ojcem o książkach Włodzimierz Gibasiewicza zrozumiał, że jest kolejnym, świadomym ogniwem w rodzinnym łańcuchu pokoleń i — kto wie — może także w zawodzie. /…/. „Utrwalone skrawki życia” to przemyślana kompozycja naprzemiennie powtarzanych dwóch linii — godnego, prawego życia i niezawinionej, męczeńskiej śmierci lekarzy weterynarii w czasie II wojny światowej na różnych jej frontach, powtarzanych przez autora wciąż głośniej i głośniej, przy wykorzystaniu coraz większej ilości coraz to bardziej wiarygodnych dokumentów archiwalnych i ustnych relacji. Nieustannie narasta dynamika jednego tematu i pytania: dlaczego? Dlatego, że byli szlachetnymi ludźmi, zdolnymi poświęcić życie w imię prawdy i wolności. Ich umieranie wyrastało z życia. /…/. To lektura godna polecenia. Jest ona czymś znacznie więcej niż opowieścią o wojennych, tragicznych losach lekarzy weterynarii. Jest opowieścią o wielkiej historii, jaka nas zagarnia, na którą najczęściej nie mamy wpływu, ale zawsze podlegamy okrutnym jej prawom. Na swój sposób wszyscy stajemy się wygnańcami. I ta historiozoficzna refleksja raz po raz przewija się między wierszami tej znakomitej książki.


Prof. dr hab. Elżbieta Pełczyńska: Na treść nowej książki dr. Gibasiewicza składają się 33 rozdziały stanowiące niejako uzupełnienie poprzednich opracowań autora. Znajdują się w nich nowe informacje dotyczące lekarzy weterynarii bądź sprostowania tych zamieszczonych we wcześniejszych książkach, na które natrafił sam autor, opracowując inne tematy, bądź też odezwali się członkowie rodzin opisywanych postaci i czytelnicy, uzupełniając biogramy nieznanymi faktami, wspomnieniami lub pamiątkami (fotografie). Historie lekarzy zwierząt, w większości zakończone śmiercią, porażają tragizmem. Do Polski powrócili nieliczni. Oprócz uzupełnień i korekt wcześniejszych biogramów znalazły się w książce nowe informacje, jak na przykład historia Brunona Smolnego, lekarza weterynarii narodowości niemieckiej, obywatelstwa polskiego, który stanął po stronie okupanta. Tekst wzbogacają liczne fragmenty wspomnień i dokumentów, fotografie i reprodukcje rękopisów. Całość zamyka bibliografia i indeks nazwisk.

Włodzimierz Gibasiewicz, badacz historii, swoją dociekliwością i niebywałym trudem przywraca naszej pamięci sylwetki lekarzy zwierząt — zwykłych ludzi, lecz cichych bohaterów, o których bez jego pasji wiedzielibyśmy niewiele. Z szarości tytułu książki wyłaniają się zatem postaci, które z każdą linijką tekstu stają się wyraźniejsze, aby w końcu zabłysnąć własnym światłem.
Czytelniku — tolle, lege!


Prof. dr hab. Waldemar Paszkiewicz: Jubileusze służą celebrowaniu znaczących wydarzeń, ale są również okazją do podsumowań oraz do refleksji nad przyszłością. Dają także sposobność przypomnienia wszystkich, których życie i praca stworzyły ich następcom możliwość świętowania. Recenzowane wydawnictwo doskonale wpisało się w ubiegłoroczne obchody stulecia działalności administracji weterynaryjnej w Polsce, stanowiąc pewnego rodzaju klamrę spinającą wszystkie uroczystości jubileuszowe. W tym imponującym opracowaniu na ponad ośmiuset stronach przedstawiono początki weterynarii w I Rzeczypospolitej (rozdz. I), działalność lekarzy weterynarii w okresie zaborów (rozdz. II) i I wojny światowej (rozdz. III), powołanie i działalność państwowej służby weterynaryjnej w II Rzeczypospolitej (rozdz. IV), udział lekarzy weterynarii w walkach o niepodległość w latach 1830—1945 (rozdz. V), zawodowe losy lekarzy weterynarii w czasie okupacji niemieckiej (rozdz. VI), powstanie, strukturę i funkcjonowanie państwowej służby weterynaryjnej w Polsce w PRL i po 1989 r. (rozdz. VII), krótką historię zaopatrzenia weterynarii w leki i sprzęt (rozdz. VIII), historię uczelni weterynaryjnych oraz nie akademickiego zawodowego szkolnictwa weterynaryjnego w Polsce (rozdz. IX), powstanie i działalność Polskiego Towarzystwa Nauk Weterynaryjnych (rozdz. X), działalność weterynaryjnych organizacji społeczno-zawodowych w Polsce (rozdz. XI), powołanie i funkcjonowanie duszpasterstwa lekarzy weterynarii i służb weterynaryjnych (rozdz. XII), historię polskich czasopism weterynaryjnych (rozdz. XIII) i muzealnictwa weterynaryjnego (rozdz. XIV) oraz biogramy kilku lekarzy weterynarii, których pozazawodowe pasje i zainteresowania sprawiły, że stali się oni postaciami rozpoznawalnymi poza środowiskiem weterynaryjnym (rozdz. XV). Całość opracowania zamykają wykazy piśmiennictwa i fotografii oraz osiem załączników, którymi są imienne listy lekarzy weterynarii m.in legionistów Piłsudskiego czy powstańców warszawskich. Oprócz przejrzystego i przemyślanego układu kolejnymi atutami tego wydawnictwa są piękna polszczyzna, którą posługuje się Autor, wykorzystanie formy biogramów dla przybliżenia czytelnikowi najznamienitszych postaci polskiej weterynarii oraz bogata dokumentacja fotograficzna i tabelaryczna tematów podejmowanych w poszczególnych rozdziałach.

Należy wyrazić głęboką wdzięczność dr. W. A. Gibasiewiczowi za podjęcie ogromnego wyzwania, jakim było opracowanie koncepcji, napisanie i zredagowanie „Weterynarii na przestrzeni wieków (1919—2019)” oraz za umiejętność przekonania licznego grona osób do współtworzenia tego opracowania. Słowa uznania należy skierować również do Głównego Lekarza Weterynarii, dr. Bogdana Konopki, który objął patronatem i sfinansował to przedsięwzięcie. Jest to wyjątkowe w swoim rodzaju, monumentalne i wartościowe wydawnictwo, godne polecenia jako lektura obowiązkowa wszystkim lekarzom i studentom weterynarii.


Lekarz wet. Andrzej Komorowski (Główny Lekarz Weterynarii w latach 1997—2001): Idąc po ich śladach…

Czy zwykłe, codzienne życie wiejskiego lekarza weterynarii może być interesujące dla czytelników mieszkających w miastach? To zależy. Zależy od autora opowieści, od jego mądrości, zdolności obserwacji życia, od języka który rozwijał w rodzinnym domu i szkole, od lektury książek, które czytał, od sympatii, a czasami miłości do ludzi, zwierząt, przyrody.

Nasz szkocki kolega, James Herriot, absolwent Veterynary College w Glasgow, praktykujący w niedużej wsi Darrowby, położonej w górach Yorkshire napisał cykl opowieści o swoim życiu, praktyce weterynaryjnej, właścicielach pacjentów, sąsiadach, przyjaciołach, zwierzętach i przyrodzie. Poznaliśmy je pod wspólnym tytułem „Wszystkie zwierzęta duże i małe”. Te zachwycające opowieści przysporzyły nam, lekarzom weterynarii wiele sympatii i zrozumienia u czytelników. Przyczyniły się też do powiększenia grona lekarzy weterynarii, bowiem wielu młodych czytelników po lekturze książek Jamesa Herriota podjęło studia weterynaryjne.

Czy codzienna praktyka weterynaryjna i życie wielu polskich lekarzy weterynarii podlegających wpływom wichrów powstań narodowych, wojen, pochłoniętych działaniami opozycyjnymi, poddanych terrorowi niemieckiemu i sowieckiemu może być interesujące dla czytelników? To zależy. Zależy od autora, jego wiedzy, rzetelności historycznej, zdolności uzyskania dostępu do źródeł archiwalnych, talentu literackiego i pracowitości. Nasz polski kolega, dr Włodzimierz, Andrzej Gibasiewicz, Wielkopolanin, absolwent wrocławskiego Wydziału Medycyny Weterynaryjnej, wykorzystał wszystkie te umiejętności i dary Boże przy tworzeniu cyklu książek poświęconych losom polskich lekarzy weterynarii. Kogo spotykamy na drogach życia często wytyczonych nie przez nas, a opisanych przez Autora. Nawet On nie mógł wyliczyć wszystkich, ale opisał losy wielu. Lekarze weterynarii byli wśród Powstańców Styczniowych, żołnierzy Wielkiej Wojny (1914—1918), legionistów Piłsudskiego, Powstańców Wielkopolskich, obrońców ojczyzny z 1920 roku, żołnierzy II Wojny Światowej, ofiar sowieckich mordów pochowanych w dołach Katynia, Miednoje i Charkowa, żołnierzy podziemia, więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych i obozów zagłady, więźniów NKWD, UB i SB. Kiedyś uczono ich w czasie studiów anatomii zwierząt, fizjologii, patologii, uczono jak leczyć zwierzęta, jak zapobiegać chorobom i jak nadzorować produkcję bezpiecznej żywności. Gdy przyszedł czas wielu z nich broniło ojczyzny, cierpiało, ginęło. Autor odszukał wielu z nich i przywołał ofiarę ich krwi, cierpienia i nawet życia.

W grudniu 2020 roku nakładem krakowskiego wydawnictwa „Avalon”, ukazała się 18-ta książka autorstwa dr Włodzimierza Gibasiewicza zatytułowana „Śladami niepowtarzalnych”. W 41 rozdziałach autor przedstawił losy studentów i lekarzy weterynarii rozpoczynając od Józefa Makowskiego, Polaka, wyznania mojżeszowego, studenta weterynarii na Uniwersytecie Warszawskim. Dalej czytamy o Euzebiuszu Małeckim, absolwencie lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej, członku korporacji Lutyko-Venedya. O Krzysztofie Świeżyńskim, powstańcu warszawskim, moim profesorze anatomii prawidłowej, o Tadeuszu Górce, absolwencie lwowskiej weterynarii, zawodowym oficerze Wojska Polskiego w randze majora, naczelnym lekarzu weterynarii Wołyńskiej Brygady Kawalerii. Znajduję też nazwisko Karola Sommersteina, wyznania mojżeszowego, absolwenta lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej. W okresie okupacji, pod zmienionym nazwiskiem (Nawrocki) pracował w tarnowskiej rzeźni. Aresztowany w 1943 wraz z rodziną, został rozstrzelany przez gestapo w Tarnowie przy ulicy Szpitalnej i pochowany na cmentarzu żydowskim w Tarnowie. Nie miałem okazji go poznać, ale znałem rzeźnię, w której pracował, znam ulicę Szpitalną i cmentarz żydowski w Tarnowie. Gdy znów odwiedzę ten cmentarz, położę kamyk pod pomnikiem wszystkich spoczywających tam ofiar shoah w Tarnowie. Pomnik to złamana kolumna z Nowej Synagogi w Tarnowie.

Autor we wcześniej wydanej książce „Historia w odcieniach szarości. Niezwykłe losy lekarzy zwierząt” posłużył się terminem „szarość” do opisania losów ludzi, którzy swoimi czynami źle, a nawet zbrodniczo zapisali się w historii polskiej weterynarii.

Dwa nazwiska — Bruno Smolny, ewangelik, absolwent lwowskiej Akademii Medycyny Weterynaryjnej, burmistrz wielkopolskiego Kostrzynia w latach okupacji uczestniczył w prześladowaniu Polaków i Bruno Edward Heinrich, urodzony w 1881 wyznania rzymsko-katolickiego, absolwent weterynarii w Monachium, praktykował w Bydgoszczy w II RP. W czasie okupacji uczestniczył w masowym morderstwie Polaków.

Jako szczególnie ciekawe odnajduję w książce „Śladami niepowtarzalnych” opis badawczych prac Autora w poszukiwaniach prawdy o losach polskich lekarzy weterynarii. Autor, po uzyskaniu dostępu do ważnych archiwów i źródeł, z benedyktyńską cierpliwością i po mistrzowsku prowadził poszukiwania. Korzystał z ważnych archiwów krajowych i międzynarodowych m.in. Międzynarodowego Biura Poszukiwań ITS w Bad Arolsen (Niemcy), Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie (Izrael), Instytutu Pamięci Narodowej (Polska), Polskiego Czerwonego Krzyża, archiwów polskich uczelni i instytutów naukowych, bibliotek miejskich, ksiąg adresowych, archiwum Instytutu Generała Sikorskiego w Londynie (Anglia). Korzystał także z ważnych źródeł, wymienię kilka: Spis Lekarzy Weterynaryjnych RP z lat 1931 i 1939, Warszawa, Kwestionariusza Żydów, lekarzy weterynarii w Galicji, zestawienia nazwisk lekarzy weterynarii, którzy nie poddali się rejestracji i opracowanego przez S. Jakubowskiego zestawu biogramów polskich lekarzy weterynarii.

Nawet łatwy dostęp do archiwów i źródłowych informacji nie wystarczyłby Autorowi do przygotowania ostatniej i wszystkich wcześniejszych książek. Włodzimierz Andrzej Gibasiewicz stał się z czasem ważną dla naszego zawodu i środowiska Instytucją. W wielu miejscach znajduję zapisy Autora — …”zadzwonił do mnie syn, córka, ktoś z bliskich osoby nad historią której od dawna pracuję.” W ślad za takimi rozmowami szły wymiany informacji i dokumentów, dopełniały się szczegóły biografii, często bohaterskiej, zawsze ciekawej, czasami niechlubnej. Takie jest prawdziwe życie, takie były ludzkie postawy. /…/.

Wracam do pytania z początku tego tekstu — czy codzienna praktyka weterynaryjna i życie polskich lekarzy weterynarii targanych wichrami historii toczącej się między kolejnymi powstaniami, wielką wojną, wojną polsko-bolszewicką w 1920, II wojną światową, walkami żołnierzy wyklętych, walkami w kolejnych polskich miesiącach — czerwiec 1956, grudzień 1970, sierpień 1980, grudzień 1981, mozolnym trwaniu w ponurych latach stanu wojennego z nadzieją na upadek komuny i niepodległość — może być dla czytelników interesująca? Oczywiście, jest pasjonująca. To w dużym stopniu zasługa Włodzimierza Andrzeja Gibasiewicza.

Bardzo Panu dziękuję. Wiele zrobił Pan, by polskim czytelnikom dobrze i prawdziwie przedstawić ludzi naszego zawodu. /…/.


Prof. dr hab. Jacek Madany: Historia Żydów — lekarzy weterynarii w okresie tuż przed, w czasie i po okupacji hitlerowskiej w Polsce. Co się stało ze 175 lekarzami weterynarii pochodzenia żydowskiego, którzy stanowili 7,5% wszystkich lekarzy na terenie II RP? Jakie były ich losy? Na te i inne szczegółowe pytania próbuje odpowiedzieć Autor, lekarz weterynarii, pasjonat tematu, badacz i publicysta, twórca 23 książek o historii weterynarii i lekarzach weterynarii, szczególnie w okresie II wojny światowej. Przygotowana książka jest informacją o wszystkich, wymienianych w dokumentach, lekarzach weterynarii deklarujących wyznanie mojżeszowe, tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku. Zatem książka zawiera mnogość not biograficznych, mniej i bardziej rozbudowanych, w zależności od ilości faktów, które udało się Autorowi ustalić. W dużej swej części książka jest więc encyklopedią, która z definicji, jest zapisem potwierdzonych faktów, bez ich komentowania i możliwości opiniowania. Ale książka zawiera też część inną, bliższą i cieplejszą, w której w sposób szczegółowy opisuje losy wybranych lekarzy. Wśród 13 takich opowieści są m.in o Michale Strykowskim, jednym z dowódców powstania w Getcie Warszawskim, Szymonie Gelbie pracującym przy wytworzeniu szczepionki przeciwko tyfusowi, o Aleksandrze Skotnickim „Zemście” partyzancie Lasów Janowskich, 7 lekarzach zamordowanych w Katyniu i o rodzinie Bickelsów ogniskującej w swoich losach całe okrucieństwo unicestwiania dusz i ciał przez nazistowski aparat Zagłady. Zadziwiające, ale w swej prostej narracji Autor napisał o sprawach najważniejszych i ostatecznych, bo 152 (87%) ze wspomnianych lekarzy zginęło. Z wielu przedstawionych fotografii patrzą na nas chłopcy i dziewczęta, młodzi i w średnim wieku, skupieni lecz zaciekawieni, jako studenci lub młodzi lekarze w początkowym okresie swojej pracy, nieświadomi nieodległej przyszłości i Armagedonu Holocaustu. Ale w książce znaleźć można ślady przetrwania i tworzenia, dotykające znanych już, powojennych faktów. 23 lekarzy przeżyło, a wśród nich co najmniej dwóch niesamowitych. Pierwszy to Józef Parnas. Pojawił się w Lublinie w sierpniu 1944 roku i to dzięki jego staraniom powstał Wydział Weterynaryjny, on stworzył redakcję „Medycyny Weterynaryjnej”, był założycielem Zakładu Higieny Weterynaryjnej i Instytutu Medycyny Pracy i Higieny Wsi. Wszystkie te instytucje funkcjonują do dnia dzisiejszego. Drugi to Rafael Pumpiański, lekarz weterynarii i medycyny. Do czasu wojny pracował jako praktykujący lekarz weterynarii, a od 1946 roku jako lekarz medycyny, organizujący pierwsze oddziały położnicze w szpitalach w Łodzi, Szczecinie, Warszawie i Wrocławiu. Czy można pozostawić po sobie trwalsze ślady? Skoro to wojenne pokolenie wydało takie osobowości, to ile wspaniałych charakterów musiało być też wśród tych, którzy wojny nie przeżyli? Autor wykonał benedyktyńską pracę. Każda podana informacja jest sprawdzona ze wskazaniem źródła pochodzenia: archiwa polskie, izraelskie, pozycje książkowe i publikacje naukowe od czasu wojny. Praca godna zadania dla grup badaczy i archiwistów, wykonana w pojedynkę, zapewnia naukową wiarygodność i rzetelność danych. Tym bardziej słowa uznania dla Autora — praktykującego lekarza weterynarii, hobbysty zawodu i jego historii. Książka wnosi powiew nowej wiedzy historycznej na temat naszego zawodu i jego cząstki zajmowanej przez lekarzy pochodzenia żydowskiego. Nie pozostawia Czytelników obojętnymi, bo przynosi informacje mało znane, przemilczane, bolesne, czasami przerażające, czasami śmieszne, a ponadto napisana jest z pasją i zaangażowaniem. Jest lekcją historii, nieodrobionej, nieopisanej i niewypowiedzianej. Teraz można ją nadrobić. A nawet, w dzisiejszych czasach, wydaje się, że trzeba.

Przedmowa

O wolność Polski. Lekarze zwierząt

Przystępując do opracowania martyrologii lekarzy weterynarii w związku ze stuleciem administracji weterynaryjnej przypadającej w 2019 r. i prezentacji udziału lekarzy weterynarii w walkach o wolności, niepodległość Rzeczpospolitej w II wojnie światowej uznałem, że należy także pokazać bohaterską kartę naszych kolegów związaną z latami wcześniejszymi, którą dotychczas przedstawiałem raczej w bardzo skromnym zakresie.

Aktualnie opracowując w miarę pełny obraz historii weterynarii związany z udziałem lekarzy weterynarii w staraniach o wolną Polskę sięgający odległych lat, niemal 200 lat w głąb wydarzeń historycznych dziejących się na ziemiach Polski i o dziwo — należy to podkreślić — że uczestniczyła w nich spora grupa kolegów spod znaku Chirona (dzisiaj) czy zielonego krzyża a wcześniej bez jakiejkolwiek przynależności samorządowej.

We wcześniejszych artykułach i publikacjach książkowych zaprezentowałem zdobyte dane historyczno-biograficzne kilkuset kolegów i koleżanek, w celu utrwalenia historii ich życia i pozostawienia pięknych kart ku pamięci dla następnych pokoleń. Celem godnym podkreślenia było pokazanie oraz utrwalenie umiłowania ojczyzny przez przedstawicieli tak wąskiej grupy zawodowej, wybitnych specjalistów a zarazem prawych ludzi, jakimi byli ówcześni weterynarze z tytułem lekarza weterynarii.

W tamtych trudnych latach lekarze weterynarii mogli odpowiedzieć sobie i otoczeniu: a co nas obchodzi, kto tutaj, na tej ziemi teraz rządzi, my mamy dbać o zdrowie zwierząt i to staramy się wykonywać jak najlepiej. Otrzymujemy za to wynagrodzenie, żyjemy w miarę przyzwoicie, więc co chcieć więcej. Odpowiadali jednak czynem zupełnie inaczej.

Wolna ojczyzna, mimo że biedna i niszczona ciągłymi wojnami, to marzenie i cel nadrzędny dla wielu legitymujących się dyplomem lekarza weterynarii, a także młodych Polaków myślących w kolejnych latach o studiach weterynaryjnych. Doskonale w miejscu tym wpisują się słowa wypowiedziane w 1939 r. przez szefa służby weterynaryjnej Ministerstwa Spraw Wojskowych płka Konrada Millaka: Dla sprawy tej, polski lekarz weterynaryjny, tak jak we wszystkich dotychczasowych próbach, gotów jest bez reszty złożyć swą pracę swe mienie i życie. Dzisiaj nikogo z nas nie brakuje w szeregach tych, którzy ofiarnie składają swój grosz na dozbrojenie polskiego ramienia. Jutro o ile Ojczyzna zażąda, staniemy gotowi do najwyższej ofiary.

I tak faktycznie się stało. Dla tej wymarzonej, wolnej ojczyzny, oddawali majątki, zdrowie a także i życie.

Lekarze weterynarii uczestniczyli w licznych zrywach niepodległościowych początkowo jako ochotnicy a później w szeregach armii obronnej jako zawodowi żołnierze czy rezerwiści.

Lekarze weterynarii uczestniczyli w powstaniach: listopadowym (1830), poznańskim (1848), styczniowym (1863) i wielkopolskim (1918—1919), walczyli w Legionach Polskich w armii zaborczej (1914—1918), powstaniach śląskich (1919, 1920, 1921), walczyli w bitwach dwudziestego roku (1920), w kampanii obronnej wrześniowo-październikowej 1939 r. Na własnej skórze odczuli operację polską NKWD w latach 1937—1938, gdzie Rosjanie prześladowali Polaków jako „wrogów ludu” i odpowiadają za śmierć niemal 200 tysięcy naszych rodaków.

Podczas okupacji niemieckiej walczyli w podziemiu czy nieśli pomoc najbardziej potrzebującym. Znaleźli się wśród pomordowanych przez Rosjan w „zbrodni katyńskiej” (1940) czy zamordowanych przez Niemców w obozach koncentracyjnych bądź jako jeńcy wojenni osadzeni w oflagach „za drutami” na pięć długich lat. Lekarze weterynarii uczestniczyli w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie (odnotowałem pilota RAF-u, marynarza Royal Navy, a także wśród „Cichociemnych” przygotowywanych do zrzutu do Polski) i uczestniczyli w bitwach na froncie włoskim — m.in. w bitwie o Monte Cassino.

Lekarze weterynarii na kresach wschodnich pod pretekstem pomocy dla chorych zwierząt byli wywabiani z domów i mordowani przez Ukraińców z UPA. Uczestniczyli także w walce z wrogami w podziemiu — w partyzantce Armii Krajowej czy Armii Ludowej, w Brygadzie Świętokrzyskiej. Zostali odnotowani jako lekarze weterynarii ratujący Żydów — „Sprawiedliwi wśród Narodów świata”. Kolejna odsłona to udział lekarzy weterynarii w powstaniu w Getcie Warszawskim (1943) i powstaniu warszawskim (1944). Udział w zmaganiach Armii Berlinga/Armii Polskiej w ZSRR na ziemiach zachodnich Polski czy w walce o Berlin. W okresie powojennym byli prześladowani przez „wyzwolicieli” i skazywani w „zbrodniach sądowych”…

Przedstawiając biografię dzielnych, niezwykle prawych i honorowych kolegów i koleżanek staram się o ich trwałe upamiętnienie, przenosząc ich trudne i godne życie do wspomnień w nawiązaniu do słów pisarza Cody McFadyena, który w Cieniu bestii zauważył: Życie to dym — wystarczy jeden porządny podmuch wiatru i nagle unosimy się i znikamy, pozostawiając po sobie jedynie nikły zapach naszego istnienia pod postacią wspomnień.

W celu dopełnienia całości obrazu w zakończeniu opracowania muszę dodać dłuższy akapit o kilku lekarzach, którzy niestety zachowali się w swoim życiu mniej godnie i zhańbili nie tylko swoje nazwisko ale także dyplom lekarza weterynarii dopuszczając się współpracy z okupantem niemieckim i sowieckim, czy współpracy po wojnie jako tajni współpracownicy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (1944—1956) i Służby Bezpieczeństwa (1956—1990).


Zapraszam do lektury.

Lekarze weterynarii w walkach o niepodległość 
Rzeczypospolitej Polskiej

1. W powstaniach narodowych

Powstanie Listopadowe 1830

Powstanie Listopadowe 1830 r. to zryw narodowy przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Wybuchło w nocy z 29 na 30 listopada 1830 r., a zakończyło się 21 października 1831 r. Zasięgiem swoim objęło Królestwo Polskie i część ziem zabranych — Litwę, Żmudź i Wołyń.

Doc. dr hab. Stefan Jakubowski w artykule o lekarzach weterynarii uczestniczących w walkach o niepodległość napisał:

Sprzysiężenie podchorążych w Warszawie, powstałe w 1828 r. doprowadziło do powstania zbrojnego 29 listopada 1830 r., które mimo pomyślnych walk pod Stoczkiem, Dobrem, Wawrem, Grochowem, nie osiągnęło zamierzonego i upragnionego celu. W walkach tych brali udział również studenci i lekarze weterynarii, którzy po upadku powstania zmuszeni byli wyemigrować do Francji, gdzie ukończyli studia a następnie tam też pracowali już jako lekarze weterynarii. […]. Zupełnie pewne dane uczestnictwa w samym powstaniu mamy jedynie co do Leona Dobrzelewskiego, który służył w pułku ułanów a następnie w artylerii. Wielu słuchaczy Szkoły Weterynarii w Burakowie brało udział w Powstaniu Listopadowym, co było jedną z głównych przyczyn zamknięcia szkoły 1. I. 1831 r..


LEON DOBRZELEWSKI

Urodził się 15 lutego 1813 r. w Rawie. Gdy wybuchło Powstanie Listopadowe miał zaledwie 17 lat i nie mógł był lekarzem weterynarii. Służył w 5 Pułku Ułanów Imienia Zamojskich (sformowany w grudniu 1930 r. w Warszawie i rozformowany w 1931 r.) w czasie powstania, w artylerii. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał na emigracji we Francji, gdzie w latach 1837—1841 studiował weterynarię w Tuluzie. Kilka lat pracował we Francji.

Drugim słowniku prof. J. Tropiły czytamy: W marcu 1855 w związku z wybuchem wojny krymskiej zgłosił się do gen. Władysława Zamojskiego organizującego po stronie tureckiej formacje polskie. W 1855 został mianowany weterynarzem pułkowym, ale po przyjeździe do Konstantynopola nie objął tego stanowiska służąc jako weterynarz w kontyngentach turecko-angielskich. Płk dr Konrad Millak dodaje: 25 II 1856 ku końcowi Wojny Krymskiej ponownie zabiegał o służbę w Legionie Polskim, co jednak było już nieaktualne, wobec ustania działań wojennych. Brak jest wiadomości o dalszych losach Dobrzelewskiego. Potwierdzenie udziału Leona Dobrzelewskiego jako gimnazjalisty w powstaniu znalazłem w Dzienniku Praw nr 17 z 1836 r. Doc. dr hab. Stefan Jakubowski wymienia następujące nazwiska młodych powstańców, którzy na emigracji ukończyli studia weterynaryjne: Paweł Hryniewicz, Kazimierz Komorowski, Paweł Kozarin-Okulicz, Jan Misiewicz, Antoni Pluszczewski, Antoni Izydor Purwiński, Ksawery Rozwadowski, Adam Antoni Rudnicki, Aleksander Studziński — autor uzupełnił ten wykaz o dwa nazwiska — Michała Brawackiego i Jana Ginalskiego:


MICHAŁ BRAWACKI — wymieniony w Liście imiennej Dziennika Praw z 1836 r.: Brawacki Jan, sztab-doktor. Doc. S. Jakubowski w biogramie zamieszczonym w Drugim słowniku… napisał: „Uczestnik Powstania Listopadowego, emigrant. Pracował w 1858 r. w Bourgain w dep. Izére we Francji”.


JAN GINALSKI — dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1842 r. w Oddziale Weterynaryjnym Akademii Medyko-Chirurgicznej w Wilnie. Stanisław Warchołowski w swoich wspomnieniach zauważył: „Jan Ginalski był lekarzem weterynarii, który po Powstaniu Listopadowym został zesłany za Ural do Orenburga”.


PAWEŁ HRYNIEWICZ. Ukończył Szkołę Weterynaryjną w Alforcie w 1839 r. W 1858 r. pracował we Francji w Mortain. W Tygodniku Petersburskim z 11 lipca 1834 r. opublikowano informację o konfiskacie majątku Pawła Hryniewicza z gub. grodzieńskiej.


KAZIMIERZ KOMOROWSKI. Dyplom w 1844 r. w Lyonie. W 1858 r. pracował we Francji w Oucques.


PAWEŁ KOZARIN-OKULICZ. Dyplom 1845 r. w Alforcie.


JAN MISIEWICZ. Dyplom 1839 r. w Lyonie. W 1858 r. pracował we Francji w Houdan.


ANTONI PLUSZCZEWSKI. Dyplom w 1840 r. w Alforcie. W 1858 r. pracował we Francji w Plomion.


ANTONI IZYDOR PURWIŃSKI. Dyplom w 1845 r. w Alforcie. W 1859 r. pracował we Francji w Laval. Szerszy biogram w Słowniku płk. dr. Konrada Millaka:

Powrócił do kraju, nostryfikował dyplom przed Radą Lekarską Kr. Pol. W 1859, został wykładowcą w Warszawskiej Szkole Wet. (1860), pełnił funkcję pomocnika dyrektora i zastępował dyrektora od 1862 do 1865; wykładał chirurgię, naukę o operacjach chirurgicznych, eksterier, teorie kucia, anatomię patologiczną i prowadził klinikę chorób wewnętrznych. Opuścił Szkołę w 1867 i przeszedł na służbę do rzeźni warszawskiej. W 1866 był członkiem Komisji do opracowania projektu nowej ustawy dla Szkoły Wet. pod przewodnictwem Mianowskiego. W 1869 figuruje w spisach weterynarzy warszawskich, w 1874 nie ma jego nazwiska w wydawnictwie pt. Pamiatnaja Kniżka Warsz. Gubiernii.


KSAWERY ROZWADOWSKI. Dyplom w 1839 r. w Alforcie. W 1858 r. pracował we Francji w Saint-Romain. W 1834 r. w Tygodniku Petersburskim w Spisie obywateli gub. grodzieńskiej, których majątek uległ konfiskacie podano: Xawery Rozwadowski koniuszy grafa Tyszkiewicza ze Swisłoczy.


ADAM ANTONI RUDNICKI (1785—1839). Urodził się 27 października 1785 r. w Warszawie. Dr nauk weterynaryjnych i lekarz medycyny. Był lekarzem pułkowym w pułku piechoty w Modlinie i w szpitalu w Warszawie. Otrzymał order Virtuti Militari.

Płk dr K. Millak w Słowniku zamieszcza obszerny biogram, z którego nie wynika jego patriotyczna postawa: Człowiek zdolny i wykształcony, wskutek przesadnej ambicji, nikłego poczucia patriotycznego, braku głębszego ideowego powiązania z inicjowanymi i prowadzonymi pracami — był nielubiany w środowiskach, w których pracował, zabiegał o nobilitacje u cara Mikołaja I i w roku wybuchu powstania listopadowego uzyskał ją i do nazwiska — przydomek Rudziec, jak podaje Giedroyć — stanął w opozycji do rządu rewolucyjnego, przysięgi mu nie złożył, składki na wojsko odmówił, syna wysłał za granicę i sam chciał wyjechać, ale odmówiono mu paszportu.

Nie można zatem Adama A. Rudnickiego wymieniać wśród uczestników Powstania Listopadowego. Nazwisko Adama Antoniego Rudnickiego winno się znaleźć wśród bohaterów ostatniego rozdziału książki zatytułowanego „Niegodne lata w biografiach…”.


ALEKSANDER STUDZIŃSKI. Dyplom w 1839 r. w Alforcie. W 1858 r. pracował we Francji w Combeaufontaine.


LEKARZE WETERYNARII UCZESTNICY POWSTANIA LISTOPADOWEGO 1830 r.:


1. Leon Dobrzelewski

2. Michał Brawacki

3. Jan Ginalski

4. Paweł Hryniewicz

5. Kazimierz Komorowski

6. Paweł Kozarin-Okulicz

7. Jan Misiewicz

8. Antoni Pluszewski

9. Antoni I. Purwiński

10. Ksawery Rozwadowski

11. Aleksander Studziński

Powstanie Styczniowe 1863

Powstanie Styczniowe 1863 r. to największe polskie powstanie narodowe przeciwko Imperium Rosyjskiemu. Wybuchło 22 stycznia 1863 r. w Królestwie Polskim i 1 lutego 1863 r. na Litwie, trwało do października 1864 r. Zasięgiem objęło ziemie zaboru rosyjskiego, tj. Królestwo Polskie i ziemie zabrane. Stoczono niemal 1200 większych lub mniejszych bitew. Po stronie powstańców poległo od 10 tys. do 20 tys., blisko 1 tys. straconych, 30 tys. zesłanych na Sybir, 10 tys. wyemigrowało.

Doc. Stefan Jakubowski napisał: Powstanie z 22 I 1863 r. prowadzone początkowo w małym zakresie, rozszerzyło swój zakres z chwilą, gdy Niemcy i Austria wypowiedziały się po stronie Rosji i gdy po stronie powstańców wypowiedział się Napoleon. W szeregi powstańców napływała młodzież z zaboru pruskiego i austriackiego, a szczególnie z Wielkopolski. Jednakże mimo niezliczonych dowodów poświęcenia i męstwa powstańcy musieli ustąpić wobec przeważającej regularnej armii rosyjskiej.

W szeregach powstańców walczyło 8 lekarzy weterynarii, 3 studentów szkół weterynaryjnych i kolejnych dalszych 9 młodych powstańców, którzy po klęsce powstania ukończyli studia weterynaryjne i pracowali jako lekarze weterynarii. Podczas Powstania Styczniowego poległo 4 lekarzy weterynarii. Dla porządku odnotujmy śmierć pierwszego w historii Rzeczpospolitej lekarza weterynarii w walce o niepodległość Ojczyzny. Tym lekarzem był Marcin Pyrkosz, który poległ w nocy 22 na 23 stycznia 1863 r. Trzech dalszych to: Julian Piller — 18 marca 1863 r., Wiktor Zdzitowiecki — 28 kwietnia 1863 r. i Józef Puchalski — 15 maja 1863 r.


MARCIN PYRKOSZ (w niektórych dokumentach i relacjach — Marian Pyrkosz).

Urodził się w 1826 r. W 1849 r. uzyskał dyplom pomocnika weterynaryjnego, a w 1853 r. weterynarza w Szkole Weterynaryjnej w Warszawie. Zawodowo pracował w Radzyniu.

Doc. Jakubowski podkreślał: Naczelnik organizacji przedpowstaniowej w Radzyniu; poległ na polu chwały 22 lub 23 I 1863 r. pod Radzyniem. Natomiast K. Millak: Był naczelnikiem organizacji przedpowstaniowej w Radzyniu i dowódcą jednej kolumny w bitwie o to miasto, w której poległ w nocy z 22 na 23 I 1863 r..

Nazwisko Pyrkosz jest wymienione wśród oficerów Powstania w Pamiętniku powstania styczniowego w pięćdziesiątą rocznicę wypadków.

O walkach powstańców opowiada J. Pożarowszczyk prezentując plan realizacji zajęcia Radzynia: Realizacja planu opanowania miast powiatu radzyńskiego w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 r. Atak na Radzyń: skład i uzbrojenie powstańców — oddział Teodora Jasieńskiego (140 ludzi uzbrojonych w 40 sztuk broni palnej i 100 kos), M. Pyrkosza (100 mieszczan radzyńskich bez broni), spiskowcy z dóbr rożankowskich (na czele kotlarz Michałowski), opolskich i antopolskich (40 jeźdźców bez uzbrojenia i siodeł), mieszczanie z Wohynia (Rzewski). Plan — rynek miał atakować weterynarz Pyrkosz, dom żandarmerii — Michałowski, park artyleryjski — Jasieński i koszary piechoty — Deskur. Przebieg działań: pomimo chaosu organizacyjnego dzięki zaskoczeniu Rosjan oddział Jasieńskiego i Deskura zdobył działa, ale nie mógł ich zabrać, bo nie udało się sforsować drzwi do stajni, gdzie zabarykadowali się żołnierze rosyjscy. Oddział Pyrkosza po ataku na koszary miał chwilową przewagę, ale po reorganizacji sił rosyjskich musiał się wycofać. Pyrkosz, chcący podjąć negocjacje z naczelnikiem batalionu rosyjskiego Borozdynem, nie zabezpieczył tyłów i poniósł śmierć wraz z towarzyszami zakłuty bagnetami przez Moskali w mieszkaniu Borozdyna. Oddział Michałowskiego wszedł do mieszkania żandarma Howszczańskiego, gdzie zastał również kapitana żandarmerii gen. Kannabicha i innych oficerów. Planowane aresztowanie nie doszło do skutku z powodu wystrzału w kierunku Kannabicha przez otwarte okno z ulicy, po czym w zamieszaniu powstańcy ranili nożem oficerów rosyjskich i wycofali się.

Straty polskie — 20 zabitych. Straty rosyjskie — 5 zabitych, 8 rannych, w tym gen. Kannabich i mjr Mejbaum. Deskur z Jasieńskim wieczorem 23 stycznia przekroczyli Bug i zatrzymali się u swojego znajomego w celu uniknięcia aresztowania.

Skutki realizacji planu: plan powstańczy nie został zrealizowany. Nie udało się powstańcom opanować traktu brzeskiego ani zdobyć żadnego miasta. Zaskoczenie Moskali pozwoliło jedynie na zdobycie broni palnej.

Po „nocy styczniowej” nastąpił rozpad organizacji narodowej i chwilowa stagnacja. Jednak wkrótce oddziały powstańcze formowane przez dowódców podejmowały szereg akcji tocząc bitwy i potyczki z różnym skutkiem stosując element zaskoczenia i prowadząc tzw. walkę partyzancką.

Kolejny opis:

„Nieopodal znajduje się zbiorowa (zdaniem niektórych — symboliczna) mogiła powstańców styczniowych, usytuowana przy ulicy noszącej ich imię (wcześniej ulica Międzyrzecka). W miejscu, gdzie władze carskie przeprowadzały egzekucje skazanych na śmierć powstańców 1863 roku, w rocznicę wybuchu tego zrywu niepodległościowego — z inicjatywy księdza dziekana Tadeusza Osińskiego i rodziny Prejznerów — usypany został kopiec mogilny. Kiedyś miejsce to leżało poza miastem, dziś znajduje się w obrębie zabudowań. Fakt, że spoczywające szczątki ekshumowano, miałby sugerować wkop w czworokątnym nasypie. Z uwagi na zachowany materiał ikonograficzny [por. okładka książki] możliwa jest rekonstrukcja kopca w jego pierwotnej formie. Pośrodku mogiły stoi drewniany krzyż. Rosną przy nim dwie lipy. W narożnikach nasypu widoczne są słupki-znicze. Mogiła jest ogrodzona. /…/.

W Królestwie Polskim powstanie wybuchło w nocy z 22 na 23 stycznia 1863 roku. Oddziałami atakującymi Radzyń dowodził Bronisław Deskur, zaś tutejszych mieszczan przygotowywał do walki Marcin Pyrkosz (weterynarz powiatowy). Zginął on od ciosów rosyjskich bagnetów podczas akcji w koszarach wojskowych. Księgi Stanu Cywilnego (akty zgonu) odnotowują również Karola Motyczyńskiego, oficjalistę prywatnego zamieszkałego w Bezwoli, który zmarł — podobnie jak Pyrkosz — 23 stycznia o godzinie pierwszej w nocy. W tym samym czasie oddział Rajmunda Krassowskiego i Stefana Drewnowskiego miał zaatakować Parczew, jednak z powodu małej liczebności i braku szans na atak zapadła decyzja o dołączeniu do radzyńskich powstańców. Niestety nocą wpadli oni na carskich żandarmów i dostali się do niewoli. Powstaniec Józef Seweryn Liniewski relacjonuje, że Rosjanie odnaleźli na furmance „broń i inne przybory wojenne”. Zatrzymanych osadzono w piwnicach radzyńskiego pałacu i poddano śledztwu. Krassowskiego już „wkrótce [6 lutego] przy trakcie międzyrzeckim rozstrzelano wraz z Drewnowskim”.

„Marcin Pyrkosz — przygotowywał mieszkańców Radzynia Podlaskiego do wybuchu powstania”.

Drugim lekarzem weterynarii, który zginął w Powstaniu Styczniowym był Julian Piller. Poległ 18 marca 1863 r. w bitwie pod Grochowiskami. Walczył w partii Jankowskiego.


JULIAN (JULIUSZ) PILLER

Urodził się w 1838 r. w Poniewieżu. Dyplom weterynarza otrzymał w 1862 r. w Szkole Weterynaryjnej w Warszawie. Płk dr Konrad Millak w biogramie zawartym w Słowniku napisał: Był asystentem klinicznym Warszawskiej Szkoły Wet. (1862—1863). Z chwilą wybuchu powstania w 1863 zameldował się w Szkole jako chory i uczestniczył w bojach powstaniowych. Walczył w Kieleckiem w partii Jankowskiego i poległ pod Grochowiskami 18 III 1863. Według innych źródeł (Czas krakowski 1863 nr 117) — poległ pod Kobylanką 6 V 1863 (błędnie podano imię — Józef).

Bitwa pod Grochowiskami miała miejsce 18 marca 1863 r. między Pińczowem a Buskiem. Była to jedna z najkrwawszych bitew, która toczyła się przez cały dzień i zakończona została zwycięstwem Polaków. Inni historycy uważają, że została nierozstrzygnięta. Po przedarciu się przez kolumnę rosyjską w bitwie pod Chrobrzem, 3 tys. oddział powstańczy gen. Mariana Langiewicza został osaczony na grzęzawisku w lesie przez cztery kolumny rosyjskie gen. Czengeriego w sile 3,5 tys. ludzi i 6 dział. Langiewicz zmuszony był wydać bitwę. Na stronie www.fortis czytamy:

Bitwa miała miejsce 18 marca 1863 pod Grochowiskami, niedaleko Pińczowa. Była to całodniowa, jedna z najkrwawszych bitew powstania styczniowego, zakończona zwycięstwem Polaków. Po przedarciu się przez kolumnę rosyjską w bitwie pod Chrobrzem, 3-tysięczny odział powstańczy dyktatora Mariana Langiewicza został osaczony w lesie przez cztery kolumny rosyjskie w sile 3500 ludzi i 6 dział. Langiewicz zmuszony był wydać bitwę w skrajnie niekorzystnych warunkach terenowych (Polacy w chwili ataku znajdowali się na grzęzawisku). Oddział „żuawów śmierci” Rochebruna przeprowadził udany atak na pozycje rosyjskie, zdobywając ich armaty. Odznaczyli się także kosynierzy płk. Dąbrowskiego, którzy zlikwidowali dwie roty pułku smoleńskiego (zabijając 200 Rosjan). Ksiądz Agrypin Konarski z krzyżem i rewolwerem w rękach zagrzewał powstańców do boju.
Bitwa zakończyła się zwycięstwem Polaków, lecz straty obu stron były ogromne i wynosiły po 300 ludzi.


WIKTOR ZDZITOWIECKI

Trzecim lekarzem weterynarii, który zginął w walkach Powstania Styczniowego był Wiktor Zdzitowiecki. Szerszy opis jego losu przedstawiłem w książce Utrwalone skrawki życia. W Słowniku płk dr Konrad Millak zawarł krótki biogram Wiktora Zdzitowieckiego: Ur. ok. 1833, był weterynarzem w pow. białostockim i uczestniczył w powstaniu 1863; według jednej wersji służył w kawalerii w oddziale Kobylińskiego i zginął pod Waliłami (28 IV 1863), według drugiej wersji służył w oddziale Młotka i zginął pod Żerkowszczyzną w Grodzieńskiem.


JÓZEF PUCHALSKI

Czwartym poległym był weterynarz z Zabłudowa Józef Puchalski. Opis jego losów zaprezentowałem także we wspomnianej powyżej publikacji i do niej odsyłam zainteresowanych. Natomiast płk dr Konrad Millak w Słowniku napisał: Weterynarz miejski z Zabłudowa w Białostockiem, uczestniczył w powstaniu 1863, służył w oddziale Duchińskiego, zginął 28 IV 1863 pod Waliłami w Grodzieńskiem; według innych źródeł miał zginąć pod Królowym Stojłem, a według imionospisu Słupnickiego — pod Miropolem 15 V 1863.

Na portalu poranny.pl możemy przeczytać: W bitwie pod Waliłami zginęło 32 powstańców, wśród nich oboźny Józef Puchalski, lekarz weterynarii z Zabłudowa, Jan Radziwonowicz — urzędnik skarbowy z Białegostoku, Jan Makarewicz. Pochowali ich okoliczni chłopi we wspólnej mogile, niedaleko grobów Moskali.


KSAWERY WOJCZYŃSKI

Doc. Stefan Jakubowski wśród poległych powstańców wymienia dodatkowo Ksawerego Wojczyńskiego, pisząc: Wojczyński Ksawery (1833—1863) służył w kawalerii Oddziału Kobylińskiego, poległ na polu chwały pod Waliłami 28 IV 1863 r. Uważam, że poza nazwiskiem pozostała treść przynależy do biogramu Wiktora Zdzitowieckiego, którego zabrakło we wspomnianym artykule.

Natomiast płk. dr Konrad Millak w Słowniku wspomina Ksawerego Wojczyńskiego kilkoma zdaniami: Student Szkoły Wet. w Warszawie, uczestnik powstania 1863, aresztowany 10 września 1864 r., był więziony i zwolniony następnie na porękę.

Kolejnych czterech lekarzy weterynarii uczestniczyło w Powstaniu Styczniowym. Trzech z nich zostało zesłanych na Syberię: Aldons Budzyński, Adolf Łukawski i Aleksander Trippenbach. Biogramy tych lekarzy, studentów oraz młodych powstańców, którzy po upadku powstania skończyli szkoły weterynaryjne, przedstawię, cytując opisy z artykułu doc. Stefana Jakubowskiego i uzupełnię je krótkimi informacjami ze Słownika biograficznego płk K. Millaka:


ALFONS BUDZYŃSKI

Za udział w powstaniu styczniowym 1963 r. zesłany na Syberię. Syn Marcina. Zmarł w 1885 r. W 1842 r. uzyskal dyplom pomocnika weterynaryjnego, a dziesięć lat później dyplom weterynarza w Szkole Weterynarzy w Warszawie. W 1871 r. pracował na stanowisku okręgowego weterynarza w Mariampolu. Od 1875 r. w Łomży jako weterynarz okręgowy i gubernialny.


MAKSYMILIAN BRONIEWSKI

Cytuję biogram przygotowany przez płk. dr. Konrada Millaka, który zawiera wszystkie aktualnie dostępne informacje: Uzyskał dyplom pomocnika weterynaryjnego (1855) i weterynarza (1857) w Warszawie. Był uczniem polskiej szkoły wojskowej w Cuneo i kapitanem w powstaniu 1863. Walczył w oddziałach Zameczka-Mystkowskiego, Frycza i Padlewskiego, został ranny w bitwie pod Myszyńcem 9 marca 1863, wzięty do niewoli przebywał w szpitalach w Ostrołęce i Pułtusku, skąd uciekł; po bitwie pod Łączką 23 maja 1863 objął dowództwo po Dąbkowskim i 3 maja 1863 stoczył w połączeniu z zabużańskim oddziałem Lutyńskiego krwawą potyczkę pod Naguszowem w Płockim. Po powstaniu emigrował do Francji.

Krótki opis tej bitwy:

„Największe starcie wojenne w pobliżu Ostrowi Mazowieckiej. Podczas powstania styczniowego, w dniach 2—3 czerwca 1863 roku, połączone oddziały pod dowództwem Maksymiliana Broniewskiego stoczyły walkę z kilkoma kolumnami wojsk rosyjskich. Oddział powstańczy wsparli nagoszewscy chłopi, tocząc walkę z kilkoma kolumnami wojsk rosyjskich, a następnie podpalając własne zagrody, w których ukryli się carscy żandarmi. Stu dziesięciu mieszkańców Nagoszewa i okolicznych miejscowości straciło życie na polu bitwy bądź zginęło w płomieniach. Ich zwłoki miejscowa ludność pochowała w bratniej mogile na skraju lasu w pobliżu miejsca walki. Obecnie stoi tam pomnik zbudowany w 1917 roku”.

Bitwa ta miała miejsce pod Nagoszewem (doc. S. Jakubowski podaje: Raguszowo) 2—3 czerwca 1863 r.

Interesujący opis bitwy znalazłem również na stronie internetowej gminy Ostrów Mazowiecka:

„Po rozbiciu przez moskali oddziału ostrołęckiego pod Łączką (23.05.1863 r.) i śmierci dowódcy ppłk Karola Fryczego zdołał Dąbkowski przy pomocy porucznika kosynierów Kirchnera, kapitana Broniewskiego i porucznika strzelców Lipowskiego zebrać ponownie tegoż dnia jeszcze rozbitą piechotę. W kilka dni później Dąbkowski opuścił powstańców rzekomo z powodu słabości, a dowództwo po nim objął Maksymilian Broniewski, były uczeń szkoły wojskowej w Cuneo, niedawno z więzienia moskiewskiego zbiegły.

Oddziały pod dowództwem Broniewskiego, w połączeniu z oddziałem zabużańskim Ludwika Lutyńskiego, obozując w Jarząbce, dnia 2 czerwca zawiadomione zostały, że moskale w sile trzech rot piechoty, szwadronu huzarów i 50 kozaków wyruszyli przeciw nim z Ostrołęki. Zwinięto pospiesznie obóz i wymaszerowano nocą w stronę lasów ostrowskich, oddziały stanęły w lesie pod Nagoszewem, gdzie dowódcy myśląc, że są bezpieczne, nawet nie nakazali rozstawić pikiet. Wkrótce zostały wytropione i zaatakowane przez kozaków. Wówczas jedyną wolną drogą wycofały się w kierunku Nagoszewa gdzie wpadły w zasadzkę piechoty moskiewskiej, rozłożonej w zbożach i zaroślach;

Broniewski poddawszy tył z kawaleryją, uszedł do lasu, pozostawiając strzelców i kosynierów własnemu przemysłowi. Kosynierzy zachwiali się zrazu, lecz parci przez miejscowych chłopów, Kurpiów, którzy w kije uzbrojeni przybyli z pomocą, dziarsko rzucili się w zboża na Moskali. Równocześnie Feliks Szymański, świeżo zbiegły z Ostrołęki do oddziału trębacz od huzarów, zatrąbił sygnał moskiewski na odwrót. Wówczas kapitan moskiewski poddał tyły, a kosynierzy, prowadzeni przez Masłowskiego i Zduńczyka, z krzykiem poczęli rąbać uchodzących, kładąc mnóstwo trupa. Za uchodzącymi rzucił się rotmistrz Kożuchowski z kosynierami Lutyńskiego i wpadł na broniących się w Nagoszewie moskali, lecz ranny ciężko (zmarł później z ran), wyniesiony został z pola walki przez świeżo zaciągniętego 18-letniego ochotnika Michała Wilhelma. Wtedy dowództwo nad atakującymi kosynierami objął ksiądz Rostkowski, Bernardyn z Pułtuska. Ponieważ moskale zawzięcie bronili się w zabudowaniach chłopskich, podpalono je, a co najważniejsze zrobili to ich właściciele, gospodarze z Nagoszewa: Maciej Kozieł, Łukasz i Jan Stelmaszczykowie i Sobieski, którzy niszcząc własne mienie, wraz z zabarykadowanymi Moskalami ponieśli śmierć.

Prawdziwą rzeź przerwało dopiero przybycie kolumny generała Tolla z Małkini oraz drugiej kolumny z Ostrowa; świeże siły nieprzyjacielskie zmusiły powstańców do opuszczenia pola bitwy po świetnym ataku na lewe skrzydło moskiewskie, które złamane, otworzyło powstańcom krwawe przejście ku Bugowi, gdzie się na nowo poczęli zbierać, podczas gdy Moskale ruszyli do Ostrowia.”

Walka trwała od godziny 12.30 do 5.00 po południu, kosztowała powstańców 110 zabitych i 20 rannych oraz pewną ilość wziętych do niewoli, wśród których znajdował się Szumski, były podoficer artylerii moskiewskiej.


ADOLF ŁUKAWSKI

Urodził się w 1841 r., s. Walentego. Dyplom weterynarza otrzymał w 1862 r. w Warszawie. Uczestniczył w powstaniu 1863—1864 w oddziale Grzymały, dostał się do niewoli, został skazany na 4 lata katorgi i osiedlenie w gub. jenisejskiej we Wschodniej Syberii. Po odbyciu kary — amnestiowany. Był lekarzem wet. kontroli weterynaryjnej na Pradze w 1877 r., kolejowym na stacji przy ul. Zakroczymskiej, objazdowym przy urzędzie oberpolicmajstra miasta Warszawy w 1899 r., punktowym w Warszawie w 1902. Zmarł w 1903 r..


ALEKSANDER TRIPPENBACH

Urodził się w 1830 r., s. Fryderyka. Dyplom pomocnika weterynaryjnego otrzymał w Warszawie w 1852 r., natomiast dyplom weterynarza rok później w Szkole Weterynaryjnej w Warszawie. Był „lekarzem zwierząt” w Stadninie Koni w Janowie w latach 1856—1866. Uczestniczył w Powstaniu 1863 r., w związku z tym został usunięty ze służby i pozbawiony prawa zajmowania posady państwowej. Aresztowany i uwięziony. Po amnestii został weterynarzem okręgowym w okręgu bialskim i weterynarzem kwarantanny w Terespolu.

Studenci uczestnicy Powstania: Jan Kacperkiewicz, Alojzy Smólski, Ksawery Wojczyński (wspomniany powyżej).


JAN KACPERKIEWICZ

Urodził się w Radomskiem. Student weterynarii w Warszawie. Uczestniczył w powstaniu 1863 r., był naczelnikiem I Inspekcji 11 Dzielnicy Policji Narodowej w Warszawie. Wyrokiem Sądu Wojennego z 3 października 1864 r. zesłany na 6 lat na Syberię.


ALOJZY SMÓLSKI

Urodził się w 1839 r. w Kaliszu. Studiował na Akademii Medyko-Chirurgicznej i Szkoły Weterynaryjnej w Warszawie. W powstaniu styczniowym walczył jako porucznik Jazdy w bitwach pod Sobolewem 24 maja 1863 r., Różą — 23 czerwca 1863 r. i w Lubelskiem pod Malinówką 20 listopada 1863 r. Po powstaniu był urzędnikiem administracyjnym Rządu Narodowego.

Młodzi powstańcy, którzy po powstaniu podjęli studia weterynaryjne: Tadeusz Betley, Leon Buczwiński, Hipolit Filochowski, Aleksander Grzymała, August Hartman, Władysław Klimowicz, Józef Kubicki, Aleksander Littich, Adolf Łukawski, Stanisław Obuszkiewicz.

Doc. Stefan Jakubowski oraz płk dr Konrad Millak w swoich opracowaniach wymieniają jeszcze Zygmunta Rościszewskiego (1846—1887), biorącego udział w powstaniu styczniowym. W archiwach nie znalazłem jednak potwierdzenia, że był lekarzem weterynarii czy weterynarzem. Owszem, pracował w 1886 r. na stanowisku docenta w Instytucie Weterynarii w Dorpacie, ale jako agronom. W latach wcześniejszych w Wyższej Szkole Rolniczej w Żabikowie był profesorem zootechniki.


TADEUSZ BETLEY

Urodził się w 1848 r. w Siedlcach, syn Józefa i Marii z d. Pruska. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w Warszawie w 1875 r. Udział jego w Powstaniu Styczniowym doskonale przedstawił Tadeusz Chrostowski w biografii Tadeusz Betley — pierwszy powiatowy lekarz weterynarii w okresie międzywojennym w Płocku. Obszerny cytat z tego artykułu pozwalam sobie przytoczyć: Gdy wybuchło powstanie zaledwie 15-letni Tadeusz, jeszcze jako uczeń, opuszcza dom rodzinny i zgłasza się wraz z ojcem i kolegami szkolnymi, aby walczyć o niepodległość ojczyzny. Początkowo był kurierem Rządu Narodowego, a potem walczył w oddziale powstańczym. „Byłem nieraz głodnym — jak pisał po latach — źle odzianym, śmierć zaglądała mi w oczy, lecz miałem błogosławieństwo matki i zawsze wychodziłem cało”. Po upadku powstania i szykanach władz w stosunku do jego uczestników młody Betley przez szereg lat nie może się uczyć. Po wielu trudach otrzymuje wymagany cenzus, wstępuje do Szkoły Weterynaryjnej w Warszawie, przemianowanej potem na Instytut Weterynarii, gdzie otrzymuje dyplom w 1875 r. Karierę zawodową Betley rozpoczyna w Głównym Zarządzie Stadnin w Petersburgu, skąd wysyłają go jako młodszego lekarza weterynarii do Poczynek w Nowogrodzkiej Guberni. Po dwóch latach przenoszą go do Janowa Podlaskiego, gdzie pracuje przez blisko 35 lat jako młodszy, a od 1885 r. jako naczelny lekarz weterynarii w Państwowej Stadninie. Dał się tam poznać jako pierwszorzędny hipiatria, wielokrotnie delegowany jako ekspert do Anglii. W dowód zasług pod koniec swej pracy zawodowej otrzymuje największe wyróżnienie, najwyższy stopień w administracji, tytuł radcy stanu — równy stopniowi generalskiemu w wojsku. Zostaje odznaczony najwyższymi orderami państwowymi, zostaje kawalerem orderu Św. Anny II i III stopnia, Jerzego IV stopnia, Stanisława i Aleksandra. W październiku 1915 r. po otrzymaniu emerytury Tadeusz Betley przenosi się do Płocka, gdzie syn jego Stefan był właścicielem apteki. Przez pozostały czas trwania I wojny światowej ten wybitny specjalista ciągle pełen żywotności jest stale wzywany do okolicznych majątków ziemskich do leczenia zwierząt. Po uzyskaniu niepodległości Polski sędziwy Betley ofiarowuje swoje umiejętności zawodowe w Ministerstwie Rolnictwa. W tym okresie czasu, gdy na wschodnich rubieżach kraju panował groźny dla bydła księgosusz czy pryszczyca, nosacizna, czy zaraza stadnicza koni, epizoocje zagrażające zagładą naszej hodowli zwierząt, każdy specjalista był nieoceniony. Betley początkowo zostaje zatrudniony w wydziale chorób zaraźliwych w Ministerstwie Rolnictwa. W 1921 r. przenosi się do Płocka, gdzie pełni obowiązki powiatowego lekarza weterynarii do 1 kwietnia 1923 r., kiedy funkcję tę objął Kazimierz Bachurzewski. Tadeusz Betley zmarł 26 grudnia 1923 r. żegnany nad mogiłą salwą karabinową honorowego pocztu 4 Pułku Strzelców Konnych, jak przystało zasłużonemu oficerowi — weteranowi Powstania. W życiu Tadeusza Betleya doceniamy dziś młodzieńczy jego zapał w walkach powstańczych, długoletnią pracę zawodową tak wysoko ocenioną przez władze carskie mimo obciążeń politycznych, jakimi były — udział jego w powstaniu i pomoc okazywana unitom na Podlasiu (za co atakowany był w prasie „Nowoje Wremia”) oraz ofiarną pracę zawodową mimo sędziwego wieku w pierwszych latach niepodległości kraju — w Warszawie i Płocku. Trudno dziś po tylu latach przy braku dokumentacji, niszczonych przez kataklizmy dziejowe, odtworzyć dokładny obraz życia tego człowieka. Opierając się na niewielu zachowanych aktach oraz ustnych przekazach osób współżyjących, a w szczególności płk. dr. Konrada Millaka, który zacytował opinie dr h. c. Piotra Buczkowskiego, polskiego nestora nauk weterynaryjnych, mogę przekazać przeświadczenie, że Tadeusz Betley był „człowiekiem świetlanym w polskim społeczeństwie”.

Małgorzata Szumowska dodała kilka zdań:

Weterynarz Tadeusz pierwszą pracę otrzymał w Głównym Zarządzie Stadnin w Petersburgu, skąd przeniesiono go, jako młodszego lekarza weterynarii, do Nowogrodzkiej Guberni. Następnie dostał pracę w Janowie Podlaskim, tu pracował przez blisko 35 lat na stanowisku młodszego, a od 1885 r. naczelnego lekarza weterynarii w Państwowej Stadninie. Znakomity hipiatra, wielokrotnie delegowany jako ekspert do Anglii. No dobrze, ale skąd pomysł osiedlenia się w Piasecznie? Analiza aktów stanu cywilnego rozwiązuje zagadkę: Tadeusz Betley, ożeniony z Marią Karoliną Starzeńską herbu Lis (matka z domu Podajewska). Nazwiska Starzeńska i Podajewska są zapisane na jednym z grobowców znajdujących się na cmentarzu w Piasecznie, jest to znany grobowiec rodziny aptekarzy Mzura Starzeńskich herbu Lis. Mamy więc związki krwi Wacława Betley, poprzez babkę, z rodziną w Piasecznie już w XIX wieku. To zapewne żona namówiła Tadeusza do kupna działki w Piasecznie i zamieszkania tu na emeryturze. Maria Karolina Betley, matka Wacława Betleya, zmarła 9 marca 1934 r. w Piasecznie, miejsce jej odejścia sugeruje, że po śmierci męża Tadeusza w 1923 r. w Płocku zamieszkała w domu u syna Wacława i synowej Krystyny w Piasecznie w skromnym domku zwanym „Reytany”. Maria pochowana jest w grobowcu rodzinnym na Powązkach, gdzie też spoczął Wacław i w końcu w 2008 r. Krystyna, która zmarła w Piasecznie w wieku 92 lat.


LEON BUCZWIŃSKI

Urodził się w 1843 r. — według K. Millaka, a S. Jakubowski podaje — 1842 r., syn Kazimierza. Dyplom weterynarza uzyskał w 1863 r. w Warszawie. Uczestniczył w powstaniu 1863 w partii Jankowskiego w bitwie pod Grochowiskami 18 marca 1863. Pracował jako okręgowy weterynarz w Miechowie (1869), jako lekarz wet. warszawskich tramwajów miejskich (1899). Zmarł 28 marca 1920 w Busku.


HIPOLIT KASYAN FILICHOWSKI

Urodził się w 1840 r. w Łosiach. Służył jako oficer kawalerii. Walczył pod Stokiem i Zarembami, w oddziale Mystkowskiego pod Łączką; w oddziale Frycza pod Nagoszewem i w końcu w oddziale Rynarzewskiego pod Żelazną. Po powstaniu urzędnik krakowskiego Towarzystwa Wzajemnych Ubezpieczeń. K. Millak dodaje: Walczył od marca 1863 do kwietnia 1864. W 1864 emigrował do Szwajcarii, gdzie w 1865 studiował weterynarię w Zurychu. Wymienia nazwisko — Filochowski Hipolit.


ALEKSANDER GRZYMAŁA

Urodził się w Łomżyńskiem. Uczestniczył w Powstaniu 1863 r. Po klęsce powstania emigrował do Szwajcarii i podjął studia weterynaryjne w Zurychu.


AUGUST HARTMAN

Urodził się w 1843 r. na Szląsku, weterynarz w Białogardzie. Służył w oddziale Ciechońskiego. Pod Mińkowcami wzięty do niewoli, osądzony w Kijowie na 5 lat katorgi. Po powrocie do Krakowa prywatny oficjalista.Słowniku płk. K. Millaka czytamy: Uczestniczył w Powstaniu 1863, zapewne jako podoficer Jazdy Wołyńskiej, odznaczył się w bitwie pod Salichą 26 maja 1863. Po powstaniu emigrował do Francji. Student weterynarii w Alfort.


WŁADYSŁAW KLIMOWICZ

Urodził się w 1821 r. w Wokolnikach. Służył jako setnik w Wiłkomierskim w oddziale Sierakowskiego. Walczył pod Stokiem 4—5 maja 1863 r., Zarembami, Łączką 23 maja 1863 r., Nagoszewem 2—3 czerwca 1863 r. i Żelazną 25 sierpnia 1863 r. Po powstaniu był weterynarzem we Lwowie i docentem weterynarii.


JÓZEF LEON KUBICKI

Urodził się 11 kwietnia 1842 r. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe, studiował w Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego w Marymoncie. Uczestniczył w powstaniu 1863 r., jako podoficer Jazdy Oddziału Frycza walczył w bitwie pod Łączką 23 maja 1863 r. Został dowódcą oddziału Kurpiów. Po klęsce powstania wyjechał do Szwajcarii i podjął studia weterynaryjne w Zurychu. Z dyplomem lekarza weterynaryjnego wrócił do Galicji, nostryfikował dyplom w Wiedniu. Został lekarzem weterynaryjnym we Lwowie, w latach 1894—1902 był docentem na Akademii Weterynarii we Lwowie i profesorem w Dublanach. Zmarł 11 kwietnia 1902 r. we Lwowie.


ALEKSANDER LITTICH (LÜTTICH)

Urodził się w 1842 r. w Warszawie, s. Franciszka i Anny Drewnowskiej. Uczęszczał do gimnazjum w Łęczycy i Piotrkowie Trybunalskim. Związał się z kółkami niepodległościowo-spiskowymi.

Fot. A. Littich — domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25882193. By Nieznany — blog.pl — Powstanie Styczniowe [dostęp 10.02.2021]

Zagrożony aresztowaniem w 1861 r. uciekł do Włoch, gdzie uczył się w Polskiej Szkole Wojskowej w Genui i Cuneo. Tam poznał wielu przyszłych oficerów i dowódców powstania styczniowego. Między innymi Józefa Oxińskiego.

Pod koniec biogramu przytoczę obszerne fragmenty związane z bohaterem niniejszego biogramu ze wspomnień z powstania polskiego 1863—1864 r. właśnie Józefa Oxińskiego. Wspomnienia te zostały wydane przez Polskie Towarzystwo Historyczne w Łodzi w 1939 r.

Płk. dr Konrad Millak tak opisuje udział Aleksandra Litticha w powstaniu: „Jeden z wybitnych dowódców powstańczych w Kaliskiem i na Mazowszu. Bitwy stoczone przez Litticha: Opatówek 25 II 1863, Jarów 3 III 1863, Brodnica 5 III 1863, Wiącki 23 IV 1863, Rychłocice 3 V 1863, Koniecpol 25 V 1863, Przedbórz 27 VI 1863, Skotniki 29 VI 1863, Kaszewice 3 VII 1863, Chorzenice 4 VII 1863, Dalików 10 IX 1863; na Mazowszu walczył również wspólnie z oddziałami Oxińskiego. Po powstaniu emigrował do Francji, wstąpił do Szkoły Weterynaryjnej w Alforcie i ukończył ją z odznaczeniem w 1869. Po studiach, nie mogąc wrócić do Królestwa, jako skompromitowany, osiadł na stałe w Galicji, gdzie naturalizował się […]”.

Ciekawy biogram Aleksandra Litticha znajduje się także na stronie wikipedia pl.: „Na polecenie Komitetu Centralnego mieli utworzyć przy granicy z Prusami dwa punkty odbioru broni dla wojsk powstańczych. Z powodu aresztowań we Francji członków komisji broni i działań władz carskich spodziewane transporty uzbrojenia nie nadeszły. Następnie razem z Oxińskim organizowali oddział powstańczy w okolicach Warty. 25 lutego zajęli Opatówek, zarekwirowali pewną ilość sukna, kasę rządową oraz rozproszyli 80-konny oddział objeszczyków. Po krwawej bitwie pod Kuźnicą Grabowską przekroczyli Wartę, starli się z Rosjanami pod Jaworem i Brodnią.

W marcu 1863 Littich został mianowany naczelnikiem wojennym powiatu wieluńskiego. W rejonie Działoszyna dowodził ponad 300-osobowym oddziałem. 23 kwietnia 1863 stoczył nierozstrzygniętą bitwę pod Wąsoszem z wojskami rosyjskimi pułkownika Suwarowa (450 żołnierzy). Zagrożony okrążeniem i odcięciem od innych ziem Królestwa opuścił wieluńskie i na początku maja 1863 w rejonie Przyrowa dołączył do oddziału Oxińskiego. Pod Oxińskim walczył Littich w bitwach pod Rychłocicami (8 maja 1863), Koniecpolem (25 maja 1863), Kruszyną (27 maja 1863), Przedborzem (27 czerwca 1863), Trzepnicą (28 czerwca 1863).

Po rozpuszczeniu przez Oxińskiego oddziału Littich przejął dowodzenie nad 60-konnym oddziałem kawalerii. 3 lipca pod Kaszewicami rozbił i rozproszył oddział kozaków setnika Krinkowa (50 koni), zginęło 6 kozaków oraz ciężko ranny został oficer. Z Kaszewic udał się do Chorzenic (4 lipca 1863). Jego śladem podążył porucznik Fiodorow z sotnią kozaków i niedobitkami Krinkowa. Obozujący w miejscowym dworze powstańcy zostali całkowicie zaskoczeni przez nieprzyjaciela. Oddział został rozbity, zginęło 6 kawalerzystów, a 10 zostało rannych. Ciężko ranny został rotmistrz Roman Bocheński. Littichowi z częścią ludzi udało się wymknąć z opresji. We wrześniu 1863 Littich został naczelnikiem wojennym powiatu łęczyckiego, dowodził tam oddziałem po mjr. Skowrońskim rozbitym wcześniej przez Rosjan pod Dalikowem (10 września 1863). W grudniu zrezygnował z dowodzenia, zmęczony i zrażony niepowodzeniami powstania wyjechał do Wielkopolski. W 1864 współorganizował niedoszłą do skutku wyprawę płk. Raczkowskiego. Po fiasku zamierzenia udał się do Francji. Na emigracji ukończył z wyróżnieniem studia weterynaryjne w Alfort pod Paryżem. W 1866 wstąpił do Zjednoczenia Emigracji Polskiej.

W 1869 powrócił do kraju, do Galicji. W latach 1869—1875 pracował jako nauczyciel w Szkole Praktycznej Gospodarstwa Wiejskiego w Czernichowie pod Krakowem. Zorganizował tam wzorcową oborę bydła nizinnego. Jednocześnie pełnił funkcję weterynarza okręgowego w Liszkach. W latach 1875–1877 uczył rolnictwa w Seminarium Nauczycielskim w Tarnowie, w tym czasie pracował też jako weterynarz miejski i sądowy.

Littich piastował wiele ważnych stanowisk związanych z weterynarią: dyrektor zakładu kontroli sanitarnej dla bydła importowanego (1877—1880), weterynarz powiatowy w Krakowie (1880—1882), od 1882 weterynarz krajowy Galicji we Lwowie, był też komisarzem rządowym przy egzaminach w Lwowskiej Szkole Weterynaryjnej.

Littich zreorganizował i rozbudował służby weterynaryjne w Galicji, był też autorem nowatorskiej ustawy o targach i o oględzinach mięsa i bydła oraz licznych przepisów o zwalczaniu zwierzęcych chorób zakaźnych. Przyczynił się do powstania wielu nowoczesnych rzeźni oraz targowisk miejskich.

W uznaniu zasług na tym polu został odznaczony Krzyżem Kawaleryjskim Orderu Franciszka Józefa. Littich był człowiekiem niezwykle aktywnym zawodowo i społecznie. W 1886 z jego inicjatywy powstało Galicyjskie Towarzystwo Weterynarskie, Littich napisał statut towarzystwa i został pierwszym jego prezesem, należał do Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego we Lwowie (członek zarządu), do Galicyjskiego Towarzystwa Lekarskiego oraz do Austriackiego Towarzystwa Weterynaryjnego w Wiedniu. Dużo publikował w prasie fachowej w „Przewodniku Ekonomicznym”, „Rolniku”, „Tygodniku Rolniczym” oraz w pierwszym polskim czasopiśmie weterynaryjnym „Przeglądzie Weterynarskim”, którego był jednym z założycieli.

Aleksander Littich żonaty był z Józefą z Szegevich — nie mieli dzieci.

Zmarł 29 kwietnia 1893 we Lwowie, został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim w 40 kwaterze powstańczej”.

A teraz zapowiadane wspomnienia Józefa Oxińskiego. Cytuję krótki fragment. Obszerniejszy cytat tego Wspomnienia — fragmenty szczególnie powiązane z osobą Aleksandra Litticha zamieściłem w publikacji Początek od końca drogi:

Przygotowania, pierwszy obóz, marsze i boje. Opatówek, Kuźnica Grabowska, Wygiełzów, Brodnia, Praszka.

W dniu 16 stycznia 1863 r., wyjeżdżając ostatni raz z Warszawy w charakterze organizatora województwa kaliskiego, miałem polecone przez Komitet Centralny urządzić na pograniczu Poznańskiego, ale już w granicach Kongresówki, to jest po prawej stronie Prosny, dwie stacje odbiorcze dla przyjęcia i chwilowego przechowania zakupionej w Belgii broni, a następnie zajęcie się transportem tejże wewnątrz kraju.

Do pomocy w tej czynności zabrałem kolegę swego ze szkoły wojskowej w Genui i Cuneo, Aleksandra Lütticha, podówczas obłożnie chorego, a którego, nawiasem powiedziawszy, dopiero przy pomocy dwóch szklanek wódki i paru studentów Szkoły Głównej zdołałem ubrać i sprowadzić do dorożki, która nas zawiozła na pociąg wiedeński.

Nie bawiąc się w szczegółowe opisanie trudności towarzyszących wydostaniu się z Warszawy, a wzmocnionych skutkiem przeprowadzonej, niezupełnie udanej, tejże nocy proskrypcji — nadmieniam tylko, że położenie moje wobec braku paszportu (gdyż tylko miałem bilet kolejowy dostarczony mi przez Witolda Marczewskiego, jednego z ówczesnych członków Komitetu Centralnego), wobec obstawionego pociągu wojskiem i szczegółowej rewizji paszportów nie było bardzo przyjemnym; tylko dzięki memu tupetowi, któren mi nieraz oddał usługę, wyjechałem z Warszawy i przybyłem wieczorem do Kutna, gdzie odnalazłszy na stacji Lütticha, udaliśmy się natychmiast ekstrapocztą do Kalisza.

Przybywszy w południe 17 stycznia 1863 r. do Kalisza, stanęliśmy w hotelu Peszkiego używającego opinii niepodejrzanej, a dowiedziawszy się od właściciela tegoż hotelu o mieszkaniu Naczelnika Miasta, którego nazwiska obecnie zapomniałem, udałem się do tegoż jako wtajemniczonego w sprawę mającej nadejść broni przez Wrocław w Poznańskie. Od niego dowiedziałem się, iż przed paru dniami ajent z Wrocławia przeznaczony do przyjęcia i dalszego wytransportowania broni doniósł mu, iż broń żadna nie nadeszła i prawdopodobnie w danej chwili nie nadejdzie, gdyż ajent drezdeński nie tylko że mu nie doniósł nic stanowczego o wysłaniu broni z Liege, lecz nadto nadmienił o jakichś pogłoskach o [trudnościach] przy aresztowaniu broni.

Wiadomość mi udzieloną uważałem za tak ważną, iż wobec spodziewanego wybuchu wskutek przeprowadzonej proskrypcji i wobec zupełnej bezbronności narodu, donosząc o tym Komitetowi Centralnemu przez wysłańca Aleksandra Lütticha, zażądałem zarazem stanowczego rozkazu, co w danych warunkach czynić: czy mimo wszystkich niesprzyjających okoliczności popalić za sobą mosty i powstanie rozpocząć, czyli też utrzymać stanowisko powzięte na posiedzeniu Komitetu Centralnego w początkach grudnia 1862 r., to jest zająć się ochroną proskrybowanych i uzupełniać organizację sił narodowych. /…/.

Gdyby te siły zorganizowane zostały pod doświadczonymi oficerami i miały nad sobą odpowiedniego i energicznego komendanta, to ta mała dywizja, ulatniając się·przed przeważnymi siłami i ćwicząc się w mustrach i służbie obozowej, mogłaby już po miesiącu pracy wstępnej działać z pewnym powodzeniem bądź pojedynczymi kolumnami, bądź zmasowaną siłą pod naczelną komendą; i jeżeliby nawet nie odniosła pomyślniejszego rezultatu, co jest bardzo wątpliwym, gdyż siły moskiewskie w tym województwie nie mogły rozporządzać do akcji czynnej wiele więcej nad 5000 ludzi, nie mogąc pozostawić miast powiatowych i nagromadzonych tam materiałów wojennych bez dostatecznej osłony, to w każdym razie, mogła mieć szanse lepszego zorganizowania się, wyćwiczenia i skompletowania rzeczywistej dywizji, którą każde województwo przy dobrej woli i odrobinie energii mogło wystawić z łatwością. […].

6 maja 1863 r. otrzymałem od komisarza Szachowskiego pismo, którym zawiadamiał, iż przeciw Taczanowskiemu wysłaną została gwardia z Warszawy w sile dwóch batalionów piechoty, jednego szwadronu huzarów i dwóch dział, pod dowództwem generała Krasnokuckiego, z którym ma wspólnie działać generał Bremer z częścią wojsk swej dywizji, i wzywał mnie do niesienia pomocy Taczanowskiemu.

Jak wspomniałem, przegradzała nas przestrzeń przynajmniej mil trzydziestu, lecz w kilka godzin, zgromadziwszy do 100 furmanek dwu i czterokonnych, wsadziłem całą piechotę na takowe, a zatrzymując z kawalerii tylko jeden pluton, resztę wolniejszymi marszami posłałem pod komendą rotmistrza Maliszewskiego przodem w kierunku na Pławno i Widzów; doszedłem po 36 godzinach marszu do Radoszewic, gdyż furmanki sprzed kolei odesłałem do domów. Kilka godzin wypocząwszy i posiliwszy oddział, na zgromadzone przez ten czas furmanki wsadziwszy znowu całą piechotę, z kawalerią na przodzie, rankiem 8 maja opuściłem Radoszewice, aby przeszedłszy na prawy brzeg Warty po moście w Rychłocicach w kierunku na Widawę, Sędziejowice, Łask, Szadek, w okolicach Uniejowa dowiedzieć się o miejscu pobytu oddziału Taczanowskiego. Przeszedłszy z oddziałem na prawy brzeg Warty, zostałem wstrzymany w dalszym na furmankach marszu ogniem piechoty moskiewskiej, która ukryta w lesie o kilkaset kroków po prawej stronie drogi położonym obsypywała nas co prawda nieszkodliwym ogniem, ale jednakże kazała nam zsiąść z wozów i wziąć się do przeznaczonej roboty. Rozwinąwszy front równoległy do lasu, z którego ukryta Moskwa nas ostrzeliwała, i zostawiając kawalerię na prawym skrzydle tak dla możliwych ataków flankowych, jak i obserwacji mostu na Warcie, skąd można się było spodziewać nadciągnięcia Moskwy wieluńskiej, zarządzać miałem atak na ukryty front nieprzyjacielski, gdy strzały od strony mostu na Warcie i przybyły po kilku minutach ułan doniosły mi, że kolumna moskiewska z piechoty i kozaków złożona zbliża się do mostu, ciągnąc po drodze od strony Radoszewic. Dawszy rozkaz, aby kawaleria z frontem zwróconym ku rzece osłaniała ruch prawego skrzydła, zarządziłem jego jak i środka cofnięcie, a po przeprowadzeniu ich na tyłach lewego skrzydła, frontem zwróconego do atakującego nieprzyjaciela, cofnąłem się z takowym, obsadzając kraj lasu od strony Widawy położonego. Cały ten ruch wobec atakującego z dwóch stron przeciwnika wykonany został w wzorowym porządku, jak na placu mustry, a straty nasze w całym tym półgodzinnym manewrowaniu, w towarzyszącej strzelaninie ograniczyły się na dwóch rannych strzelcach i jednym zabitym kawalerzyście (narodowości węgierskiej), któren porwany rodzajem wścieklizny na widok rannego swego porucznika Józefa Zaremby rzucił się pojedynczo na kompanię piechoty moskiewskiej i po kilku machnięciach szablą zawisł podniesiony na bagnetach moskiewskich. […].

Na szczęście miałem pod bokiem kawalerię, stojącą o paręset kroków w tyle lewego skrzydła. Dawszy więc polecenie Walewskiemu, ażeby polecił w moim imieniu rotmistrzowi Maliszewskiemu przebiec las z szwadronem, wstrzymać uciekających z lasu i na polu, a pozbierawszy broń, prawdopodobnie w znacznej części porzuconą przez uciekających, uzbroić ich znowu i utrzymać w kupie pod nadzorem kawalerii; nadto poleciłem temuż Walewskiemu, aby po odnalezieniu Lütticha kazał mu w moim imieniu zorganizować podług broni oddział i takowy trzymał zmasowany pod nadzorem z tyłu ustawionej kawalerii i, utrzymując ze mną łącznik za pośrednictwem plutonu kawalerii, utrzymywać się poza mną w odległości pięciuset kroków, kierując się odgłosem nieustającego ognia karabinowego. Wydawszy te rozkazy i kazawszy Walewskiemu pozostać przy oddziale dla ich dopilnowania, zapewniłem go na odjezdnym, że wstrzymam Moskali, i zwróciłem się do moich tyralierów.

Była to kompania złożona w połowie ze starych moich wiarusów, zahartowanych w kilku ogniach i wzwyczajonych do komendy, w pierwszym szeregu stojących, drugi zaś szereg stanowili nowozaciężni, lecz dobrzy strzelcy, obeznani z użyciem karabina; liczba ich wynosiła 82 ludzi. Gdy przechodząc po rozstawionym łańcuchu zalecałem im stanie twarde na stanowisku i ścisłe wypełnianie komendy, przypominałem im ogień pod Kuźnicą Grabowską i zapowiadałem, iż dzisiejsza rozprawa może być równie gorącą, lecz z niej obronną ręką wyjdziemy. […].

Trzeba ich było w tym dobrym o nas mniemaniu jak najdłużej utrzymać. Staliśmy więc twardo, a raczej leżeliśmy na naszej pozycji jeszcze z pół godziny, zamieniając nasze rzadkie, lecz skuteczniejsze strzały z rozwiniętymi frontem rotami moskiewskimi, i dopiero na odległość paruset kroków, gdy roty rozwinięte sformowały się w kolumny atakowe, a linia tyralierów wysunięta poprzed skrzydła swych kolumn zagrażała obejściem naszego frontu, wówczas gwizdem świstawki nakazałem pospieszny odwrót, a po kilkuset krokach takiego marszu, znalazłszy łąkę las przecinającą ze sto kroków szerokości, po przejściu jej — kraj lasu zwartego strzelcami obsadziłem. […].

Po kilku minutach rozpoczął się drugi akt działania na łączce, dobrze zbielałej wyrzuconymi gilzami — w początku gwałtownym ogniem rotowym, w końcu atakiem kolumnami, zakończony, jak i poprzedni, ucieczką Moskali do lasu. W kilka minut potem, kiedy uparci Moskale zastąpili swój zdemoralizowany środek skrzydłowymi kompaniami i rozpoczęli nas znowu rotowym ogniem osypywać, przybył do mnie ówczesny galopen, a po bitwie zamianowany porucznikiem i adiutantem Wincenty Walewski i doniósł mi, iż oddział częściowo, bo w sile zaledwie 400 ludzi został zgromadzony i uszykowany o parę wiorst drogi poza mymi plecami, a znajdujący się przy nim Lüttich czeka na dalsze rozkazy.

Sygnałem mej świstawki postawiłem oddział na nogi, a rozstawiwszy go na wyznaczonych stanowiskach, oczekiwałem zbliżającego się nieprzyjaciela. Prawe me skrzydło oparte było o takiż przyczółek mostu na Pilicy (zatem na zewnątrz miasta postawione) w sile: jednej kompanii strzelców przed mostem i po bokach, plutonu strzelców rozstawionego w Chrząstowie w domach między główną drogą a Pilicą położonych, kompanii kosynierów w rezerwie w tyle o 150 kroków postawionej i szwadronu kawalerii postawionego na tyle boku prawego skrzydła dla obserwacji i wstrzymywania przechodu Moskwy w bród Pilicy. Środek w sile jednej kompanii strzelców i jednej kompanii kosynierów postawiony był w środku pierwszej przecznicy w charakterze rezerwy pomocniczej tak dla prawego, jak i lewego skrzydła, w danym wypadku z plutonem strzelców, któren, obsadziwszy domy od strony rzeki, miał polecone obserwować i wstrzymywać w danym razie przeprawiającą się Moskwę przez Pilicę. I lewe skrzydło pod komendą Lütticha, a umieszczone na wylocie pierwszej przecznicy, na obmurowanym cmentarzu kościoła, z frontem do Pilicy, w sile kompanii strzelców, kompanii kosynierów i plutonu kawalerii, mającej obowiązek patrolowania na południowej ścianie miasteczka; Lüttich z swą kolumną miał w razie działania Bończy zbliżyć się w stronę mostu i w charakterze rezerwy bojowej być do rozporządzenia. […].

Zbadawszy pozycję i wydawszy odpowiednie zarządzenia, to jest powierzając komendę prawego skrzydła Zaborowskiemu, środek zostawiając sobie, a lewe — Bogusławskiemu, rezerwy pozostawiłem Lüttichowi. Po załatwieniu tej sprawy powróciliśmy do dworu w Trzepnicy, około którego skoncentrowany był cały oddział, a z wyniosłego pagórka, na którym był postawiony, można było objąć okiem całą równinę klamrą lasów objętą.

W kilka godzin po naszym przybyciu do Trzepnicy, kiedy już najedzony żołnierz spokojnie odpoczywał, a oficerowie po sutym obiedzie wystawionym przez pp. Masalskich, właścicieli majątku, swobodnie we dworze rozmawiali, wyszedłem na ganek z gospodynią domu, dziwnie uroczo piękną kobietą, tak piękną, jaką tylko być może wyjątkowo piękna Polka, pozostawiając za sobą w tyle nawet idealnie piękne twarze normandzkich Angielek; gdy z nią rozmawiałem, rzecz prosta, o toczącym się powstaniu, wpatrując się w te szlachetne rysy twarzy i kontury klasyczne, w jasnym batystowym ubraniu dokładnie się odznaczające, padł strzał na mych czatach konnych pod lasem stojących. Rzuciwszy okiem w stronę odgłosu, ujrzałem wysuwającą się z lasu szpicę z kilkunastu dragonów złożoną i cofające się kłusem do wsi moje czaty konne.

Ponieważ I kompania mych strzelców, będąc w dniu tym służbową, stała w pogotowiu przed dworem, kazałem jej sformować kolumnę pochodową, a nadbiegłemu w tej chwili Lüttichowi dawszy rozkaz „sformuj oddział i wprowadź na pozycję” — sam przyspieszonym marszem udałem się na pozycję poprzednio wyznaczoną, a obsadziwszy wylot wsi półplutonem strzelców pod komendą podoficera z armii pruskiej Szwartza, a u mnie instruktora kompanii, z poleceniem zamienienia chałup na blokhauzy i utrzymania stanowiska, resztę strzelców w liczbie 75 ludzi rozsypałem w łańcuch tyralierski i obsadziłem częściowo wzgórze.

Czas był na to, zaledwie bowiem zarządzenia zostały wykonane, wychyliły się z lasu dwa szwadrony dragonów, a po przejściu paruset kroków rażone ogniem naszych doskonałych karabinów systemu Miniego, w jakie kompania I była uzbrojona, cofnęli się spokojnie do lasu, gdzie, spieszywszy się, zbliżyli się do nas pod osłoną wysokiego żyta łańcuchem tyralierskim na 500 do 600 kroków i rozpoczęli ogień, zaledwie wychylając się z żyta do strzału. Moja linia tyralierów, dobrze osłonięta tak wzgórzem, jak i żytem, stała, a raczej leżała — spokojnie strzelając, a prawdopodobnie strzały jej były skuteczniejsze, bo z wyniosłej pozycji każden ruch był dostrzegalnym…


STANISŁAW OBUSZKIEWICZ

Urodził się w 1847 r. w Szołomyi. Mając 16 lat uczestniczył w powstaniu 1863 r., był szeregowcem w 2 Kompanii Strzelców kpt. Tchórzewskiego w oddziale Horodyńskiego. Walczył pod Radziwiłłowem 2 lipca 1863 r. Po powstaniu uciekł do Galicji i uzyskał tam dyplom magistra chirurgii i dyplom lekarza weterynaryjnego we Lwowie w 1888 r. Pracował w Starym Samborze jako miejski weterynarz.


LEKARZE WETERYNARII W POWSTANIU STYCZNIOWYM 1863 r.

(8 lekarzy wet., 3 studentów weterynarii i 9 młodych powstańców, którzy po powstaniu ukończyli weterynarię):

1. Marcin Pyrkosz †

2. Julian Piller †

3. Wiktor Zdzitowiecki †

4. Józef Puchalski †

5. Alfons Budzyński

6. Maksymilian Broniewski

7. Adolf Łukawski

8. Aleksander Trippenbach

9. Jan Kacperkiewicz

10. Alojzy Smólski

11. Tadeusz Betley

12. Leon Buczwiński

13. Hipolit Filochowski

14. Aleksander Grzymała

15. August Hartman

16. Władysław Klimowicz

17. Józef Kubicki

18. Aleksander Littich

19. Stanisław Obuszkiewicz

20. Ksawery Wojczyński

Powstanie Poznańskie 1848

Powstanie poznańskie było częścią ogólnopolskiego powstania narodowego w okresie Wiosny Ludów. Wypuszczeni na wolność aresztowani w 1846 r. Karol Libelt i Ludwik Mierosławski przyłączyli się do Komitetu Narodowego, który powstał w Poznaniu 20 marca 1848 r. Walki oddziałów zbrojnych trwały, a w międzyczasie tj. 11 kwietnia 1848 r. podpisano jednak ugodę (Ugoda w Jarosławcu k. Środy Wielkopolskiej). Obietnica autonomii części Poznańskiego nie została jednak dotrzymana. Ostatnie walczące oddziały złożyły broń 9 maja 1848 r. w Bardzie. Powstanie poznańskie upadło. Życie oddało kolejnych 500 powstańców.

W powstaniu tym w bitwie pod Bugajem ciężko ranny został Jakub Stanowski (1818—1889), lekarz weterynarii.


JAKUB JÓZEF STANOWSKI (RAWICZ-STANOWSKI)

Urodził się 23 marca 1818 r. w Ruchocinku pow. gnieźnieński, s. Ignacego i Marcjanny z Bieńkowskich. Uczęszczał do gimnazjum św. Marii Magdaleny w Poznaniu. Jako mały chłopiec uczestniczył już w powstaniu listopadowym. Naukę kontynuował prawdopodobnie w Kolonii, a maturę uzyskał w gimnazjum realnym w Berlinie w 1838 r. W 1841 r. rozpoczął studia weterynaryjne na Königliche Tierarzneischule w Berlinie, które ukończył 13 maja 1845 r. z dyplomem weterynarza I klasy. Był asystentem u prof. G. Haubnera w Akademii Rolniczej w Eldenie. W 1848 r. wrócił do Wielkopolski. Uczestniczył w powstaniu piechoty Gwardii Narodowej w Szamotulskim oraz walczył w Powstaniu Wielkopolskim. Uczestniczył w walkach zbrojnych pod Nowym Miastem, Miłosławiem i Bugajem. Płk dr K. Millak podał, że: Uczestniczył w Powstaniu Wielkopolskim w 1848 r., brał udział w bitwie pod Miłosławiem i był ciężko ranny. Natomiast w Polskim Słowniku Biograficznym podano: Walczył pod Nowym Miastem nad Wartą i pod Miłosławiem (30 IV), następnie bronił drogi z Bugaju do Kozubca (pow. wrzesiński), gdzie został ciężko ranny w lewe ramię; zagrożony amputacją ręki, przebywał od maja do jesieni t.r. na leczeniu w Starkowcu koło Miłosławia.

Krótki opis bitwy pod Miłosławiem ze strony internetowej: Mierosławski już wcześniej planował uderzenie wszystkimi siłami na jedną z kolumn pruskich, taki więc rozwój sytuacji był mu na rękę. Musiał jednak najpierw poczekać na oddziały Józefa Garczyńskiego z Nowego Miasta i Feliksa Białoskórskiego z Pleszewa, które forsownym marszem zmierzały na pomoc. Polacy zajęli więc pozycje obronne na skraju zabudowań Miłosławia: na cmentarzu, naprzeciwko którego od strony Kębłowa stały oddziały majora Bomsdorffa i przy trakcie winnogórskim, przy którym stali — Brodowski, Gansauge i Schlichting. W razie szturmu pruskiego Polacy mieli wykonać pozorowany odwrót przez całe miasto ku lasom, by po wzmocnieniu przybyłymi oddziałami odeprzeć atak i odbić Miłosław. W pierwszą po Wielkanocy niedzielę, Prusacy zaatakowali od strony Pałczyna i Winnej Góry. Mimo usypanych szańców i dzielnej obrony — między innymi powstańcza artyleria rozbiła działo pruskie — Polacy musieli się wycofać. Do przegranej przyczynił się jeden z miejscowych Niemców, który żołnierzy pruskich przeprowadził przez mokradła na tyły oddziałów powstańczych, w sąsiedztwo kościoła. Około godziny 13.30, po walce wręcz, oddano miasto, a walki toczyły się w pałacu, w którym Prusacy musieli zdobywać pokój po pokoju. Powstańcy schronili się w lasach od strony wsi Kozubiec. Około godziny 15 nadeszły oczekiwane oddziały pułkownika Białoskórskiego. Jazda powstańcza niezwłocznie przeszła do kontrataku na szeregi niemieckie, w które wkradło się pewne rozprzężenie, spowodowane powodzeniem bitewnym.

Przełomowym momentem była ucieczka kirasjerów z miejsca, gdzie w następnym roku zbudowano leśniczówkę Bagatelka; Polacy zresztą atakowali z góry po pochyłości, więc obrona była trudniejsza. Szybko odzyskano pałac i walki przeniosły się do miasta. Prusacy bronili się za murem kościelnym i w rynku. Do akcji włączyli się polscy strzelcy, którzy — by uniknąć niewoli — schronili się podczas odwrotu w domach wokół rynku, a teraz z dachów oraz poddaszy rozpoczęli skuteczny ostrzał Prusaków i zadali im największe straty. Najzacieklej walczono o stojący w narożniku rynku budynek „Bazaru”. Po jego zdobyciu szala bitwy przechyliła się na polską stronę.

Wielu historyków sądzi, że zwycięstwo miłosławskie było największym sukcesem całego powstania, chociaż sił pruskich nie rozbito do końca. Miasto w wyniku walk strasznie ucierpiało, brakowało żywności, byli zabici i ranni. Według Mierosławskiego straty polskie wyniosły 42 zabitych i 154 rannych. Prusacy zaś stracili w bitwie 17 oficerów, 20 podoficerów i 189 żołnierzy.

Jakub Stanowski od 1849 r. był powiatowym lekarzem weterynaryjnym w Środzie Wielkopolskiej. Współpracował z czasopismem „Ziemianin”, w którym publikował artykuły weterynaryjno-hodowlane: Środek zapobiegający zarazie śledziony (T. 1: 1850 poszyt 3), Zapytania tyczące się choroby owiec, wąsaczem zwanej (T. 3: 1850 poszyt 11) oraz O tasiemcu u owiec (Taenia ovina v. expansa) (T. 15: 1854 poszyt 9). W pobliżu Środy Wlkp. wydzierżawił majątek Kijewo, w którym przeprowadzał doświadczenia z hodowli zwierząt. Kiedy wybuchło powstanie styczniowe organizował pomoc dla powstańców w powiatach nadgranicznych.

W 1850 r. ożenił się z Heleną Mielecką — pierwsza żona. Mieli trójkę dzieci — Ignacy, Maria i Stanisław. Druga żona — Jadwiga Kłobukowska, także trójka — Józef, Helena i Jan (chłopcy zmarli w dzieciństwie).

Prof. Jakub J. Stanowski w latach 1870—1876 w Wyższej Szkole Rolniczej im. Haliny w Żabikowie wykładał weterynarię, hodowlę i chów owiec oraz wełnoznawstwo, a następnie przez trzy lata w Krajowej Szkole Rolniczej w Czernichowie. Do Poznania wrócił w 1884 r. i zajął się opieką nad hodowlą owiec. Jest autorem pracy Szkice hippologiczne, wyd. Poznań 1868.

Zmarł w Poznaniu 3 listopada 1889 r.

Fot. Nekrolog — adamblociszewski@gmail.com / Dziennik Poznański 5.11.1889 nr. 254.

Powstanie Wielkopolskie 1918—1919

Powstanie Wielkopolskie 1918—1919. Drugie zwycięskie powstanie. 70 lat po ostatnim zrywie w Wielkopolsce i 55 lat po powstaniu styczniowym. Wybuchło 27 grudnia 1918 roku i trwało — formalnie — do 16 lutego 1919 r. W tym dniu w Trewirze podpisano rozejm z Niemcami, który rozszerzał na front powstańczy zasady rozejmu w Compiègne z 11 listopada 1918 r. kończącego I wojnę światową. Rozejm ten nie oznaczał jednak całkowitego zakończenia walk. Trwały one jeszcze w 1919 r. W tym okresie poległo po stronie polskiej 121 żołnierzy. W grupie poległych znalazł się lekarz weterynarii.

Powstanie Wielkopolskie z 1918/1919 roku było kolejnym zwycięskim powstaniem w Wielkopolsce po pierwszym z 1806 r. Po tym zwycięskim powstaniu uznano w Polsce za zwycięskie jeszcze dwa inne powstania: sejneńskie z 1919 r. i II śląskie z 1920 r. Razem historia Polski opiewa w cztery zwycięskie powstania narodowe. Bardziej uroczyście jednak obchodzi się w naszym kraju zrywy powstańcze zakończone strasznymi klęskami.

Ryc. Mapa terenów powstania wielkopolskiego (granica Wielkiego Księstwa w rejonie Kępna oraz Rawicza jest błędna i obejmuje fragmenty śląskich powiatów: Milicz, Namysłów, Syców). Plik Wielkopolska.svg znajduje się w Wikimedia Commons — repozytorium wolnych zasobów, użytkownik Shalom [dostęp 20.01.2018]

Dowództwo Powstania Wielkopolskiego w 1919 r. po początkowo spontanicznym organizowaniu się oddziałów powstańczych, żeby nie powiedzieć tworzonych ad hoc, postanowiło powołać pod broń do tworzonego Wojska Wielkopolskiego kilka roczników Polaków. Związane to było z tworzeniem regularnej armii dowodzonej przez gen. J. Dowbor-Muśnickiego. II kwatermistrzem został pierwszy dowódca wojska powstańczego mjr Stanisław Taczak i jemu to właśnie podlegała weterynaria, o której opowiada niniejszy rozdział. Autonomia Armii Wielkopolskiej trwała stosunkowo krótko, gdyż od 17 stycznia 1919 r. do 25 maja 1919 r., kiedy to formalnie przeszła w skład Wojska Polskiego pod komendę Naczelnika Państwa. Ostatecznie przemianowanie i rozmieszczenie poszczególnych jednostek nastąpiło jednak dopiero 10 grudnia 1919 r.

Powstańcy Wielkopolscy walczyli z Niemcami na kilku frontach: na froncie północnym — dowódca ppłk Kazimierz Grudzielski; froncie zachodnim — płk Michał Milewski; froncie południowo-zachodnim (tzw. Grupa „Leszno”) — ppor. Bernard Śliwiński i na froncie południowym — ppor. Władysław Wawrzyniak.

Kilka bardziej oficjalnych zdań z interesującej pozycji o powstaniu wielkopolskim Marka Rezlera: Od 1915 roku w kręgach gimnazjalnych działała Tajna Organizacja Niepodległościowa. Już rok wcześniej wśród skautów zaczęto organizować dziesiątki bojowe, a w maju 1915 roku powstał Klub Sportowy „Unia”, działający w kierunku i rekreacyjnym, i niepodległościowym. Pojawiły się nazwiska czołowych działaczy i organizatorów tych związków, wśród nich Stanisława Nogaja i Zenona Kosidowskiego. Podobne organizacje tworzono w innych miastach Wielkopolski. W dniu 2 kwietnia 1916 r. w Poznaniu powołano Miejską Kwaterę Skautową, z Henrykiem Śniegockim na czele. /…/. Jesień 1917 roku była przełomowa dla organizacji polskich działań konspiracyjnych w Poznańskiem: przystąpiono do tworzenia związku już jednoznacznie szykującego się do powstania zbrojnego. Inicjatywa wyszła z kręgów skautowskich, głównie od Wincentego Wierzejewskiego. Należy wszakże zaznaczyć, że celowo oddzielono struktury tej organizacji od rdzennego skautingu, kierowanego przez Henryka Śniegockiego, zwierzchnika Głównej Kwatery na Rzeszę Niemiecką. /…/. Członkowie POWZP byli podzieleni na dziesiątki i setki. Przeważali w niej żołnierze dwudziestoparoletni, głównie dezerterzy oraz starsi skauci. /…/. W połowie października 1918 roku podczas narady przedstawicieli Komitetów Obywatelskich największych miast regionu powołano tymczasową komendę Straży Obywatelskiej, z Julianem Langem na czele. /…/. Już 27 listopada Komisariat Naczelnej Rady Ludowej przejął inicjatywę i Straż Obywatelską w Wielkopolsce przemianował na Straż Ludową, a której środowiska niemieckie i żydowskiego pochodzenia zostały zmarginalizowane. /…/. Politycy z Komisariatu Naczelnej Rady Ludowej od początku byli świadomi odpowiedzialności za region i konieczność umiejętnego lawirowania pomiędzy peowiakami, dążącymi do konfrontacji z Niemcami — i realiami politycznymi. /…/. Inny charakter miała Służba Straży i Bezpieczeństwa, formowana od listopada 1918 roku w poszczególnych garnizonach, na polecenie pruskiego ministra wojny. /…/. Zatem jeszcze w listopadzie 1918 roku w zaborze pruskim zaczęło się tworzenie dwóch formacji, które w przyszłości stały się oparciem dla przyszłego powstania: Straży Ludowej i Służby Straży i Bezpieczeństwa. /…/. Od tej chwili poznańska Rada [RRiŻ] w rzeczywistości była już w rękach polskich. Radą Żołnierzy kierował Bogdan Hulewicz, Mieczysław Paluch został pełnomocnikiem Wydziału Wykonawczego RRiŻ przy dowództwie V Korpusu Armijnego. Peowiacy uzyskali więc kontrolę nad podstawowymi punktami decyzyjnymi o sprawach wojskowych w stolicy prowincji. Równocześnie prowadzono werbunek do POWZP i kierowano ochotników do dziewięciu placówek rozmieszczonych na obszarze Poznania. Szczególną specyfikę zyskała wtedy Zielona Kawiarnia przy ulicy Wrocławskiej, jedno z ulubionych miejsc spotkań poznańskich peowiaków. Organizacja w dalszym ciągu była tajna, oparta na zaprzysiężeniu członków. W przeddzień wybuchu powstania w szeregach miała ich już około pięciuset. Wkrótce po zamachu na Ratusz POWZP zaczęła organizować równie spektakularne, co ryzykowne akcje w Poznaniu. Już 15 listopada przeprowadziła nieudaną próbę opanowania Fortu IX, a trzy dni później — baraków wojskowych za Brama Dębińską. Ale powodzeniem zakończyła się brawurowa akcja wykradzenia 80 kilogramów akt dotyczących nowych formacji niemieckich z samej komendy V Korpusu Armii. Udaremniono wywóz złota z poznańskiej filii Banku Rzeszy, zajęto również baraki ze sprzętem wojskowym przy ulicy Rycerskiej (później F. Ratajczaka), odwach przy ul. Młyńskiej i Urząd Umundurowania przy ul. Nollendorfa (Jackowskiego), na Jeżycach. Utworzono też około stuosobowy oddział specjalny, tzw. wykonawczo-wywiadowczy pod wodzą Jana Kalinowskiego, spełniający funkcję ochrony działania całej POWZP. /…/. Konkretyzując językiem wojskowym ocenę powstańczych wydarzeń w Poznaniu między 27 grudnia 1918 i 6 stycznia następnego roku, należy stwierdzić:

1. Przebieg walk o Poznań 27 XII 1918—6 I 1919 r. świadczy o tym, że rozwój wydarzeń zaskoczył obydwie strony. W rezultacie: — pierwsze godziny starć w mieście miały charakter chaotyczny, brak było przejawów zdecydowanego działania ze strony politycznych i wojskowych przywódców obydwu stron; — powodzenie osiągnięto dzięki determinacji i zdecydowaniu powstańców.

2. Brak jednolitego kierownictwa i doświadczenia w walkach ulicznych, a także brak broni ciężkiej uniemożliwiły opanowanie obiektów bronionych umiejętnie i zdecydowanie: koszar 6. Pułku grenadierów i gmachu Prezydium Policji. Gdy jednak morale strony niemieckiej zostało nadwątlone — sukces powstańców był szybki i jednoznaczny.

3. Jak w przypadku niemal każdego spontanicznego czynu zbrojnego, tak i w pierwszych godzinach powstania wielkopolskiego zauważalny był brak centralnego kierownictwa, co sprzyjało pojawieniu się dużej liczby samozwańczych „wodzów”.

W Powstaniu Wielkopolskim uczestniczyło 40 lekarzy weterynarii i 14 młodych powstańców, którzy po walkach wyzwoleńczych ukończyli studia weterynaryjne. Razem 54: Rudolf Bachor, Alojzy Tadeusz Bąk, Roman Bolesław Brocki, Stefan Bross, Dionizy Dreszler, Stanisław Durski, Bolesław Fiutak, Franciszek Górski, Kazimierz Gummer, Stefan Jakubowski, Kazimierz Jewasiński, Wacław Anastazy Kensik, Jan Konitzer, Władysław Kopliński, Maksymilian Hieronim Kowalewski, Franciszek Marian Kowalski, Aleksy Antoni Kruszka, Edmund Krzyślak, Aleksy Kuropka, Antoni Albin Kwiatkowski, Mieczysław Lapis, Mieczysław Lessiński, Julian Maliszewski, Jan Marczyński, Jan Mendyk, Alfons Mosakowski, Edmund Nagler, Kazimierz Nowacki, Marian Opielewicz, Bernard Pałąk, Stefan Piotrowski, Franciszek Polita, Hipolit Połomski, Stefan Roessler, Franciszek Teodor Saenger, Kazimierz Sentkowski, Władysław Sieja, Leon Franciszek Siuda, Eryk Smorowski, Józef Starkowski, Czesław Stebnicki, Stanisław Szafarkiewicz, Józef Ślebioda, Jan Święcicki, Teofil Weigt, Augustyn Wilamowski, Józef Wilamowski, Władysław Witkowski, Stanisław Wroceński, Bogdan Wrzyszczyński, Edmund Zengteller, Kazimierz Albin Ziemecki, Jan Antoni Żeńczak, Ignacy Żyto.

Ograniczona objętość monografii nie pozwala na przedstawienie biografii wszystkich wymienionych lekarzy weterynarii. Zaprezentuję tylko kilka wybranych z pośród omówionych w książce autora Lekarze zwierząt w Powstaniu Wielkopolskim:


STANISŁAW SZAFARKIEWICZ

Fot. S. Szafarkiewicz — fot. ze zbiorów prawnuka Jarosława Witka z Kożuchowa

Walczył w I wojnie światowej w wojsku niemieckim. W jednej z bitew został ranny. I tak zakończył się dla niego udział w walkach tamtej wojny.

Fot. S. Szafarkiewicz w lazarecie w 1917 r. (u góry) — fot. ze zbiorów Jarosława Witka z Kożuchowa

Po wyleczeniu i powrocie do Wielkopolski zgłosił się do 1. Pułku Rezerwowego w Poznaniu, przekształconego następnie w 10. Pułk Strzelców Wielkopolskich (w składzie 3. Dywizji Piechoty Wielkopolskiej). Wiosną 1919 r. Pułk skierowany został do walk powstańczych na froncie północnym powstania pod Rynarzewo. Stanisław Szafarkiewicz zginął w bitwie o most na Kanale Noteckim pod Murowańcem.

Fot. S. Szafarkiewicz 1917 r. — drugi od prawej — fot. ze zbiorów Jarosława Witka z Kożuchowa

Urodził się 2 marca 1888 r. w Borucinie w pow. pleszewskim, s. Ignacego i Marii z d. Otocka. Miał 11 rodzeństwa. Był absolwentem Gimnazjum Realnego Bergera w Poznaniu. Studiował agronomię we Wrocławiu oraz weterynarię. Niestety nie potrafiłem ustalić uczelni. Nie ma go na listach absolwentów Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Weterynaryjnej we Lwowie. Prawdopodobnie studiował w Berlinie, gdyż w I wojnie światowej walczył w armii niemieckiej. Piotr S. Adamczewski zaprezentował następujący biogram: Stanisław Szafarkiewicz z wykształcenia był lekarzem weterynarii. W maju 1917 r. został ranny i przebywał w wojskowych lazaretach. Wykorzystując wojskową zawieruchę rewolucyjną w Niemczech, pod koniec roku 1918 powrócił do rodzinnego domu. W tym też mniej więcej czasie zawarł związek małżeński z Pelagia Kapsą (1898—1973), z którą doczekał się syna Henryka (1918—1943). Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego zgłosił się ochotniczo do 1. Pułku Rezerwowego w Poznaniu, przekształconego później w 10. Pułk Strzelców Wielkopolskich. Wiosna 1919 r. wraz z Pułkiem został skierowany do walk na froncie północnym powstania pod Rynarzewo, gdzie przebiegała linia demarkacyjna biegnąca wzdłuż Noteci i Kanału Noteckiego. Na tym odcinku służył do nocy 18/19. 06. 1919 r., kiedy to poległ podczas kolejnej próby zdobycia Bydgoszczy. Zginął w bitwie o most na Kanale Noteckim. Oprócz Szafarkiewicza w bitwie poległo jeszcze 14 innych powstańców z 10. Pułku Strzelców Wielkopolskich, których Niemcy następnie pochowali w prostej żołnierskiej mogile wykopanej tuż obok miejsca bitwy.

Podobny opis tamtych dni podała w „Expressie bydgoskim” red. Kamila Czechowska: 19 czerwca 1919 r. kilka miesięcy po zawarciu rozejmu w Trewirze miała miejsce bitwa o most na kanale na Noteci koło Rynarzewa. W środę, 18 czerwca, do Rynarzewa przybył 10. pułk strzelców wielkopolskich. Bitwa, którą powstańcy nazwali trzecim uderzeniem na Bydgoszcz, rozegrała się w noc, która poprzedzała święto Bożego Ciała. W wyniku stoczonej walki, po stronie polskiej poległo 15 walczących, 2 zmarło w wyniku odniesionych ran, 47 zostało rannych a 18 dostało się do niewoli. Poległych 15 powstańców pochowano po zakończeniu walk na polu bitwy. Ekshumacji dokonano w lipcu 1920 r. Razem z poległymi, do 16 drewnianych trumien złożono również ciało szeregowca 4. kompanii gnieźnieńskiej, Michała Śronia, który uległ nieszczęśliwemu wypadkowi 7 lutego 1919 r. Trumny spoczęły w zbiorowej mogile podczas uroczystego pogrzebu 1 sierpnia 1920 r.

Kapral Stanisław Szafarkiewicz pochowany jest na cmentarzu parafialnym w Rynarzewie we wspólnej mogile. Nad mogiłą miejscowe koło Towarzystwa Powstańców i Wojaków w 1926 r. ufundowało pomnik poświęcony pamięci poległych żołnierzy 10. Pułku Strzelców Wielkopolskich.
Ponieważ interesujący opis tej bitwy znalazłem na stronie Towarzystwa Pamięci Powstania Wielkopolskiego — Koło Bydgoszcz zwróciłem się z prośbą o wyrażenie zgody na jego wykorzystanie. Zadałem także inne pytania. Odpowiedzi udzielił p. Grzegorz Hetzig: „Jeśli jakieś informacje z naszej „strony” są przydatne to proszę korzystać, proszę jednak nie nazywać walk z 18/19 czerwca 1919 r. walkami o Bydgoszcz, to było rozpoznanie. Dowódca Powstania gen. Muśnicki i szef sztabu płk Władysław Anders, dwuosobowo planowali w styczniu 1919 r. odbić Bydgoszcz, Piłę, Warmię a nawet Gdańsk, jednak po drugiej wizycie Ignacego Paderewskiego w Poznaniu w styczniu 1919 r. już jako premiera plan ten upadł /…/.

Drugie zapytanie dotyczące Stanisława Szafarkiewicza to wiemy tylko, że zginął pod Murowańcem (obecnie gmina Białe Błota) z 18/19 czerwca 1919 r. Niemcy zakopali poległych nad kanałem noteckim, widział to jeden z mieszkańców i po 1920 r. wskazał to miejsce i ciała poległych pochowano na cmentarzu w Rynarzewie”.


Oto wspomnienie powstańca Antoniego Ciszaka: Bitwa pod Murowańcem

W nocy z 18 na 19 czerwca (św. Bożego Ciała) 1919 roku doszło w Murowańcu do krwawej bitwy, której celem było „otwarcie drogi do Bydgoszczy”. Murowaniec położony jest po obu stronach Kanału Górnej Noteci, obecnie należy do Gminy Białe Błota. Główne zadanie miał wykonać pierwszy batalion 10 Pułku Strzelców Wielkopolskich pod dowództwem por. Stanisława Śliwińskiego, o stanie 7 oficerów, 50 podoficerów i 550 szeregowców. /…/.

Tu należy też wspomnieć o istniejącej wtedy w Szubinie pogłosce, rzekomo pochodzącej od naszego wywiadu: ponieważ na jutrzejszy dzień, tj. 19 czerwca, przypada kościelne Święto Bożego Ciała, to w razie dojścia naszych wojsk do Bydgoszczy ludność polska gromadząca się na procesjach przyłączy się do akcji opanowania miasta. Wieść tego rodzaju, jak również wiadomość o rzekomej chęci przejścia na naszą stronę obsługiwanej w dużej części przez Polaków baterii niemieckiej, traktowaliśmy bardzo sceptycznie. Obie wieści uważaliśmy raczej za celowo szerzone przez wywiad przeciwnika.

Gdy minęła godzina wyznaczona na równoczesne ruszenie całej pierwszej linii do natarcia, a atak nie nastąpił — zaczęliśmy się niepokoić, czy akcja nasza w ostatniej chwili nie została odwołana. Jak się później okazało, był to wynik opóźnienia dojścia 1 kompanii do jej stanowiska na lewym skrzydle. Wreszcie o godz. 2.45 poszła w górę zielona rakieta i natychmiast z lewej strony odbiły się o las pierwsze odgłosy gwałtownej palby, która błyskawicznie przesunęła się wzdłuż prawie trzykilometrowego frontu ataku. Swoje opóźnienie 1 kompania wyrównywała teraz impetem ruchu i ognia; szybko dotarła do wzmocnionego silnymi zasiekami mostu przy „Nadkanale” (nr 2), wypierając niemiecką załogę ubezpieczającą. Wtedy doszła do głosu ciężka broń przeciwnika. Na samym moście i szeroko po obu jego stronach położył on krzyżowy ogień broni maszynowej. Ponosimy pierwsze straty. Dowódca kompanii, ppor. Berkowski, zwiększył rozczłonkowanie plutonów wszerz, nakazał okopanie się i prowadzenie pojedynku ogniowego. Gdy w pewnej chwili pluton piechoty przeciwnika, zapewne z jego odwodów, posuwał się od Murowańca rowem prostopadle ku kanałowi, został on w niedogodnej dla siebie sytuacji zaskoczony i zmasakrowany ogniem jednego cekaemu wspierającego 1 kompanię.

W środkowej 3 kompani wytworzyła się od samego początku prawie taka sama sytuacja jak w pierwszej, z tym że jej dowódca, por. Szyfter, mając dogodniejszy teren, przegrupowując plutony oraz zręcznie manewrując skośnym ogniem na oba skrzydła niemieckiej obsady, która zajmowała mały przyczółek mostowy (nr 3) na lewym brzegu kanału, zadawał jej straty i zmusił ją do cofnięcia się o około 400 m poza kanał. Przy wycofywaniu się zdążyła ona wysadzić most w powietrze. W tym czasie na prawym skrzydle, na odcinku 2 kompanii por. Kosteckiego atak rozpoczął samochód pancerny. Przy podsunięciu się do zatarasowanego przeszkodami mostu (nr 5) samochód został zasypany zmasowanym ogniem ciężkich karabinów maszynowych. Pociski przeciwpancerne przebijały płyty ochronne i już w pierwszych chwilach raniły załogę, z wyjątkiem dowodzącego ppor. Kończaka. Na szczęście, mimo rany przytomny kierowca zdołał samochód wycofać. Ogień przeciwnika spadł teraz na szturmujące dwa plutony, które po opanowaniu tartaku poprowadził na most dowódca kompanii, biegnąc na przedzie z pistoletem w dłoni. Z grupką najdzielniejszych, usiłując przedrzeć się przez most, por. Kostencki padł ciężko ranny z rozdartą piersią. Miejsce jego zajął dowódca plutonu, 21 letni sierż. Piotrowski, który z kolei w końcowej fazie walki poległ w bohaterskim zmaganiu. Po około dwugodzinnych zmaganiach od wszystkich trzech kompanii szły rakietami znaki: „Potrzebuję pomocy”. Dowódca batalionu skierował teraz do 2 i 3 kompanii trzymane w swoim odwodzie ciężkie karabiny maszynowe. Naszych poległych i rannych zaścielających szmat ziemi zbierały z największym poświęceniem kompanijne patrole sanitarne. Por. Śliwiński, wysunąwszy się ku brzegowi lasu za 3 kompanią i oceniwszy bezowocność dalszej walki, zarządził przygotowanie do wycofania się na poranne podstawy wyjściowe. Pewną pociechą dla nas były wieści, jakie podano nam nazajutrz, a potwierdzone 21 czerwca przez przybyłego do pułku gen. Dowbór — Muśnickiego. Nasze uderzenie w pełni wyjaśniło sytuację, gdyż rozbiło niemieckie przygotowania do ofensywy, zmusiło naczelne dowództwo niemieckie, przygotowujące zlikwidowanie wyników powstania, do poniechania tych zamiarów. Poniesione straty batalionu, w ilości 15 poległych i 2 zmarłych z ran, 47 rannych i 18 popadłych do niewoli”. Z pola walki do niemieckiego lazaretu trafił Nieznany Powstaniec Wielkopolski, który nie odzyskując przytomności po kilku dniach zmarł. Staraniem bydgoskich działaczy niepodległościowych 26 czerwca 1919 r. urządzono uroczysty pogrzeb na cmentarzu Nowofarnym w Bydgoszczy. 8 sierpnia 1925 r. uroczyście przeniesiono trumnę na skwer przy ul. Bernardyńskiej, gdzie mamy dzisiaj mogiłę i pomnik Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego. Drewniane mosty w Murowańcu pełniły 1919 r. funkcję przejść granicznych a most (nr 2), obecnie przy ul. Jaskółczej, który umożliwiał przejście do lewobrzeżnej części Murowańca pełnił rolę punktu kontaktowego i przerzutowego. Działaczki niepodległościowe z Bydgoszczy na czele z Panią Apolonią Ziółkowską, Wincentyną Teskową, Apolonią Sikorską, Stefanią Tuchołkową werbowały ochotników spośród młodzieży i ułatwiały przedostawanie się do wojsk powstańczych. W Murowańcu przeprowadzaniem zajmowały się: Anna Wiarek, Katarzyna Hetzig, Katarzyna Kowalska zd. Hetzig. Ochotnicy kierowani byli do Murowańca, zatrudniani byli do prac polowych u w/w rodzin i w stosownym momencie, najczęściej przed zmianą wartowników niemieckich przy moście, wraz z domownikami tych rodzin po przedstawieniu celu, przechodzili z narzędziami do prac polowych po drugiej stronie kanału. Wieczorem, po zmianie wartowników wracali do domów w zmniejszonym składzie. Chcemy aby rocznicowe obchody bitwy uchroniły od zapomnienia Bohaterów z tamtych lat.


DIONIZY DRESZLER

Urodził się 5 października 1891 r. w Toruniu, syn Tomasza i Marii z Rejenkowskich. Jako uczeń należał do polskiej tajnej organizacji im. Tomasza Zana. Absolwent toruńskiego gimnazjum w 1912 r. Latem 1914 roku będąc studentem w Wyższej Szkole Weterynaryjnej w Berlinie, wskutek wybuchu wojny, musiał studia przerwać gdyż został wcielony do armii niemieckiej (10 sierpnia 1914 r.) i w stopniu szeregowca służył w 4 Pułku Ułanów (1 Pomorski) — garnizon w Toruniu. Pułk walczył w I wojnie światowej w XX Korpusie. Po kilku miesiącach awansował (15 grudnia 1914 r.) i pełnił funkcję lekarza weterynarii do zakończenia I wojny. Odznaczony Krzyżem Żelaznym 2 kl.

Po wojnie wrócił na studia w Berlinie i 5 września 1919 r. uzyskał absolutorium i dyplom lekarza weterynarii. We wrześniu 1919 roku po powrocie z Berlina zgłosił się do wojska wielkopolskiego i otrzymał awans na porucznika (15 września 1919 r.). Służył jako lekarz wet. w 17 Pułku Ułanów Wielkopolskich. Pułk ten sformułowano w 1919 roku jako 3 Pułk Ułanów Wielkopolskich a w sierpniu 1920 r. przemianowany na 17 Pułk Ułanów Wielkopolskich, który stacjonował w Gnieźnie. Wchodził w skład I Brygady Jazdy Wielkopolskiej. Pułk walczył na północnym froncie powstania wielkopolskiego. Następnie porucznik lekarz wet. Dionizy Dreszler zostaje naczelnym lekarz wet. Frontu Wielkopolskiego. 20 marca 1921 r. prosi dowództwo o przeniesienie do Torunia lub Bydgoszczy „ponieważ moją specjalnością jest chirurgia, proszę o przydzielenie mnie do szpitala koni”. W biogramie (W. R.) w art. Pro Memoria w WPH nr 4, 1992, s. 322 czytamy: ”Trafnie ujął to w opinii wystawionej w listopadzie 1919 r. szef służby weterynaryjnej Frontu Wielkopolskiego, mjr Kowalewski (nie Kowolewski) — ppor. Dreszler pracując z wielką umiejętnością i pilnością, jako referent i Naczelny Lekarz Frontu Wielkopolskiego przyczynił się do zorganizowania służby weterynaryjnej w szpitalnictwie i oddziałach tegoż Frontu”. I dalej: „W okresie wojny polsko-bolszewickiej pełnił obowiązki oficera do zleceń przy naczelnym lekarzu 3 Armii. Po wojnie przeniesiony do rezerwy i awansowany na stopień kapitana”. Dionizy Dreszler był w latach 1921 — 1939 powiatowym lekarzem w Chojnicach. Mieszkał przy ul. Dworcowej 15 w Chojnicach. Żona Paulina. Córka Janina ur. w Chojnicach 13 marca 1922 r. Oficer rezerwy w stopniu kapitana. PKU Starogard. Uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., zostaje ciężko ranny pod Tarnopolem. I w takim stanie dostaje się do niewoli sowieckiej. Ostatnia wiadomość od niego pochodzi z listopada 1939 r. z Kozielska. Na ostatniej liście wywózkowej NKWD z maja 1940 r. Zginął w Katyniu w maju 1940 r.


KAZIMIERZ GUMMER

Urodził się 7 stycznia 1878 roku w Grodzisku Wielkopolskim, s. Ludwika i Bronisławy. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1903 r. w Monachium. Po I wojnie światowej pracował jako powiatowy lekarz weterynarii w Lesznie (Wielkopolska). Uczestniczył w powstaniu wielkopolskim. Żonaty — żona Helena. Mieli dwóch synów. W 1939 r. był na emeryturze i mieszkał w Lesznie. Podczas okupacji hitlerowskiej wysiedlony z Leszna (Kraj Warty) do GG (Generalnej Guberni).

Odznaczony przez Radę Państwa Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym. Cytuję opis związany z nadaniem odznaczenia:

Gummer Kazimierz, rodzice: Ludwik, Bronisława. Ur.: 1878-01-07, Grodzisk Wielkopolski (Nowy Tomyśl). Uchwała Rady Państwa nr: 12.06—0.955 z dnia 1957-12-06

Opis: Gummer Kazimierz brał czynny udział w Powstaniu Wielkopolskim w okresie od dnia 01.01.1919 r. do 20 lutego 1919 r. Od początku stycznia 1919 r. organizował służbę weterynaryjną na froncie północnym, odcinek Żnin — Szubin — Łabiszyn i pełnił na tym froncie funkcję szefa służby weterynaryjnej do 12 maja 1919 r. Brał czynny udział jako kapitan lek. wet. w organizowaniu jednostek powstańczych w miesiącu styczniu 1919 r. w mieście i w powiecie w Żninie. Po ustaleniu się frontu zorganizował Straż Ludową w powiecie żnińskim. Od 12 maja 1919 r. został odkomenderowany do 1 Pułku Art. Cięż. w Poznaniu. Zdemobilizowany został dnia 01.02.1920 r. Jako powstaniec wielkopolski pismami z dnia 31.10.1939 i 7.11.1939 r. Ortskommandantur Lissa był zakładnikiem na rozstrzelanie. Powyższe stwierdzono na podstawie przedłożonych dowodów.

Doktora Kazimierza Gummera wspomina Karol Rzepecki autor publikacji Powstanie Grudniowe w Wielkopolsce 27. 12. 1918 r. we fragmencie dotyczącym Żnina opracowanym przez St. Smitkowskiego: „Po zdobyciu Żnina dnia 1. stycznia 1919. została założona Straż obywatelska, której członkowie przy powtórnym zdobywaniu miasta Żnina w dniu 11 stycznia r. b. i walkach pod Szubinem brali dość liczny udział. Po wkroczeniu dnia 11 go stycznia 1919. załogi W. P. do Żnina, została płatna Straż przez komendanta p. Tomaszewskiego założona i przez tego opłacana. Dnia 21. stycznia p. Tomaszewski opuszczając wraz z załogą swoje miasto powierzył weterynarzowi K. Gummerowi i St. Smitkowskiemu dowództwo Straży, która się składała oprócz honorowych członków z 86 opłacanych. Gotówkę na opłacenie żołdu miała pobierać Straż z kasy miejskiej, gdy jednakowoż magistrat po wypłaceniu za 9 dni mk. 4062, — dalszych wypłat odmówił, znalazła się komenda w przykrym położeniu. Z tego powodu zostało dnia 4 lutego zwołane publiczne zebranie w lokalu p. Bukowskiego, na którym uchwalono, aby utworzyć Straż tylko z 52 członków i na pokrycie żołdu pobrać 50 % od podatku dochodowego. Takowy doniósł nam 6045.50 mk. W powiecie zorganizowano 3093 członków; takowych podzielono na 5 baonów (16 komp.) i dnia 3 maja zaprzysiężono uroczyście na rynku w Żninie 2630 członków. Po wstąpieniu komendanta Gummera do wojska, mianowano dnia 6. 6. 19. ppor. Krzymińskiego komendantem powiatu /…/, a mianowany kwat. administr. Smitkowski zlikwidował 1. sierpnia całą Straż Ludową”.


STEFAN JAKUBOWSKI

Urodził się 21 października 1893 r. w Gninie, pow. Grodzisk Wielkopolski, s. Ignacego i Ludwiki. Uczęszczał do gimnazjum w Wągrowcu i Inowrocławiu. Należał do tajnych organizacji: Tow. im. Tomasza Zana i Tajnych Drużyn Harcerskich. Świadectwo dojrzałości uzyskał w 1915 r. W tym też roku został powołany do wojska pruskiego — cytuję biogram ze Słownika biograficznego przygotowane do druku przez prof. A. Schollenbergera — Następnie brał udział w powst. wlkp., jako ochotnik w stopniu kaprala w III Batalionie 10 Pułku Strzelców Wielkopolskich, walcząc o Inowrocław, Szubin, Rynarzewo i Czarnków. Po zakończeniu powstania zgłosił się w maju 1919 do Grupy Wielkopolskiej i uczestniczył w walkach w obronie Lwowa pod Bóbrką, Husiatynem, Podhajcami oraz nad Zbruczem, za co został odznaczony przez gen. Rozwadowskiego odznaką „Orląt”. W 1920 został przydzielony do szpitala weterynaryjnego, skąd przeniesiony był do rezerwy w stopniu porucznika. W 1921 wstąpił do Akad. Med. Wet..

Zainteresowanych biografią doc. dr hab. Stefana Jakubowskiego zachęcam do przeczytania wspomnianego opracowania.

Uchwałą Rady Państwa z 18 grudnia 1958 r. odznaczony został Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym nr 12.18—0.1053. Do Uchwały załączono następujący opis działań: Brał czynny udział w Powstaniu Wlkp. od 2.01.1919 do 5.01.1919 na odcinku Inowrocław, Rynarzewo, Szubin oraz czynny udział przy zdobywaniu Inowrocławia. Od 24.02.1919 do 23.06.1919 ochotnik 10 Pułku Piechoty Strzelców Wlkp. Udział w walkach wzdłuż Noteci w powiatach Czarnków i Szubin. Następnie służył w 7 Dyonie Taborów i Szpitalu Koni nr 7 jako lekarz weterynarii. W 1939 brał czynny udział w kampanii wrześniowej jako lekarz weterynarii w stopniu porucznika. Brał udział w obronie Warszawy „Rzeźnia Polowa” na Pradze.

Zmarł 20 lutego 1985 r. w Opolu i został pochowany w Poznaniu na cmentarzu Junikowskim w kwaterze Powstańców Wielkopolskich.


ANASTAZY WACŁAW KENSIK

Urodził się 28 września 1890 r. w Chełmnie. Studiował weterynarię w Berlinie i we Lwowie. Tytuł lekarza weterynaryjnego otrzymał we Lwowie w 1922 r. W 1918 r. brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Po studiach powrócił do Chełmna, gdzie pracował na stanowisku miejskiego lekarza weterynarii. Przeniósł się do Świecia, gdzie został lekarzem powiatowym. W Świeciu był dyrektorem rzeźni, a następnie burmistrzem miasta. Współuczestniczył wraz z dr. Franciszkiem Fischoederem, dr. Szczepanem Graczem i lekarzem wet. Franciszkiem Ziegertem w powstaniu rozporządzeń Prezydenta RP dotyczących zwalczania zwierzęcych chorób zaraźliwych z dnia 22 sierpnia 1927 r. oraz badania zwierząt rzeźnych i mięsa z 22 marca 1928 r., które to obowiązywały do 1997 r. (przez 70 lat). Wydał także książkę dla lekarzy weterynarii: „Podręcznik praktyczny do badania mięsa”. Uczestniczył w kampanii wrześniowej w stopniu kapitana, w dokumentacji wojskowej zachował się podpis: „podlek. wet.”. Został aresztowany i osadzony w obozach koncentracyjnych, ostatnim z nich był Dachau, gdzie go zamordowano 25 lutego 1941 r. We wspomnieniach uczestnika „szarży pod Krojantami” dotyczącego 18 Pułku Ułanów Pomorskich wśród listy poległych oficerów znalazłem zapis: wrzesień 1939 — kpt. rez. lek. wet. Anastazy Kęsik.

Po opublikowaniu powyższego biogramu otrzymałem list z załączonymi materiałami od wnuczki lekarza wet. A. Kensika p. Krystyny Misiak. W liście czytamy: „W korespondencji z obozów dziadek prosił, aby rodzina trzymała się razem, gdyż krewni zamierzali — chcąc pomóc babci — dzieci podzielić pomiędzy siebie. Przypominam sobie opowieść babci, o tym jak otrzymała zawiadomienie o śmierci dziadka i możliwości odebrania prochów — oczywiście odpłatnie. A prochy dziadka przesłano w zwykłej metalowej puszce. Pogrzebu udzielił znajomy ksiądz w języku polskim (był to rok 1941), co w tamtych okolicznościach groziło mu śmiercią. /…/ Syn dziadka, wuj Michał, studiował także weterynarię ale we Wrocławiu i tak się złożyło, że u tego samego profesora co dziadek (chodzi o prof. dr hab. Aleksandra Zakrzewskiego). Według słów profesora, ojciec wypadł „o niebo lepiej”, co syna nie zmartwiło, wręcz przeciwnie — był dumny z ojca. /…/ W „Niepowtarzalnych” podał Pan tytuł książki dziadka: „Podręcznik praktyczny badania mięsa” a właściwy tytuł to: „Praktykum badania mięsa”. /…/ Dziadek w listach do rodziny pisał, gdy przeniesiono go do obozu koncentracyjnego Dachau, że: „dostał się z piekła do nieba” i że „przy dobrej pogodzie widać Alpy”.

Zginął w Dachau w 1941 r.

Poniżej publikuję biogram lekarza weterynarii Anastazego Kensika opracowany na podstawie materiałów otrzymanych od rodziny.

Urodził się 28 września 1890 r. w Chełmnie n. Wisłą, s. Baltazara i Teofilii Wardackiej. Świadectwo dojrzałości uzyskał 9 czerwca 1910 r. w Chełmnie. Następnie podjął studia teologiczne w Seminarium Duchownym w Pelplinie. Po roku nauki przeniósł się jednak na studia weterynaryjne do Berlina. W listopadzie 1915 r. upomniała się o niego armia niemiecka, w której służył do końca 1918 r.

M. Lorch pisze: „wstępuje w szeregi polskich powstańców i bierze udział w Powstaniu Wielkopolskim, a w maju 1919 r. zgłasza się jako ochotnik do Wojska Polskiego. Uczestniczy bezpośrednio w walkach o Kijów, w obronie Warszawy i w dalszej ofensywie dochodzi aż nad Berezynę”.

23 sierpnia 1920 r. zostaje ranny pod Kolnem. Tak to zdarzenie zostało wówczas opisane: „Podporucznik lekarz weterynarii Anastazy Kensik III Dyon 15 p.a.p. 23 sierpnia 1920 r. o godz. 19.40 został ranny w lewe ramię kulą z rewolweru w potyczce z nieprzyjacielem w miasteczku Kolno na Ziemi Łomżyńskiej. Rana na wylot. Został przewieziony do Szpitala Polowego w Łomży”.

W stopniu kapitana Wojska Polskiego w 1921 r. opuszcza szeregi armii. Przenosi się do Lwowa i na tamtejszej uczelni kończy w 1922 r. studia weterynaryjne uzyskując dyplom lekarza weterynaryjnego. Podejmuje pracę na Uczelni jako starszy asystent w Katedrze Anatomii Patologicznej. Już we wrześniu 1922 r. otrzymuje propozycję pracy w Chełmnie na stanowisku dyrektora miejskiej rzeźni. Na tym stanowisku pracuje do października 1924 r. Od 16 października 1924 przenosi się do Sępolna Krajeńskiego i zostaje powiatowym lekarzem weterynarii na niemal cztery lata. Od 29 stycznia 1929 r. podejmuję pracę w Świeciu n. Wisłą, gdzie zostaje dyrektorem rzeźni miejskiej. Na tym stanowisku wytrwa do wybuchu II wojny światowej z kilkumiesięczną przerwą — od 15 maja 1936 r. do 10 sierpnia 1936 r. — w tym czasie piastował tymczasowe stanowisko burmistrza Świecia. Rzeźnia miejska w Świeciu powstała w 1899 r. W 1927 r. dokonano jej przebudowy — kierownikiem był wówczas dr Edmund Sobolewski były powiatowy lekarz weterynarii w Świeciu. W latach 1928 — 1932, za czasów A. Kensika, w rzeźni wybudowano nowoczesną bekoniarnię „Standard Bacon”. Rzeźnia od 1933 r. uzyskała prawo szkolenia lekarzy weterynarii w zakresie poubojowego badania tusz wieprzowych i wołowych ze szczególnym zwróceniem uwagi na eksport bekonów. Oprócz lekarzy weterynarii w rzeźni odbywali praktyki studenci weterynarii. Z myślą o nich Anastazy Kensik napisał i wydał własnym nakładem podręcznik pt. „Praktykum badania mięsa”. W dokumentach znajduje się zaświadczenie wystawione przez prof. dr Aleksandra Zakrzewskiego, że Anastazy Kensik 28 września 1939 r. pracował we Lwowie nad rozprawą doktorską z zakresu oceny mięsa świń dotkniętych gruźlicą. Praca doktorska „Gruźlica węzłów chłonnych u świń” wysłana została za pośrednictwem „poczty” do Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie w ostatnich dniach sierpnia (tuż przed wybuchem wojny) i nie doczekała się publicznej obrony.

Oprócz pracy zawodowej, pracy naukowej zajmował się działalnością na rzecz środowiska. W 1935 r. uczestniczył w powstaniu w powiecie świeckim Polskiego Związku Zachodniego. Został prezesem Zarządu Obwodowego. Uczestniczył w organizacji kolonii letnich dla polskich dzieci z Niemiec. Był reżyserem w „teatrze amatorskim”. Pod jego kierownictwem wystawiono sztukę Moliera pt. „Chory z urojenia” — oryginalne stroje wypożyczono od E. Bartla. Wygłaszał liczne prelekcje i odczyty. Uczył młodzież w miejscowej szkole rolniczej. Poza zawodową pasją doktora była astronomia. Potwierdzeniem doskonałości swoich zainteresowań było uzyskanie z tego zakresu dwóch patentów. Pierwszy w 1932 r. nr 17760 — Przyrząd do określania szerokości geograficznej. Drugi — w 1934 r. nr 20161 — Sposób określania długości geograficznej oraz urządzenie do wykonywania tego sposobu.

Po godzinach miał jeszcze czas na grę na skrzypcach, uprawianie szermierki i pływanie. Przekonany jestem, że doskonałe przygotowanie fizyczne pomogło mu w późniejszym okresie.

Był żonaty z Rozalią Kensik i mieli ośmioro dzieci. Najmłodszy z rodzeństwa, Michał, poszedł w ślady ojca — został lekarzem weterynarii.

W lipcu 1939 r., tuż przed wybuchem II wojny światowej, został zmobilizowany do 18 Pułku Ułanów Pomorskich, którego dowódcą był szeroko znany pułkownik Kazimierz Mastalerz. Anastazy Kensik będąc kapitanem Wojska Polskiego pełnił funkcje zastępcy lekarza wet.

Klemens Szczepański w pracy „Krojanty. Szlak bojowy 18 Pułku Ułanów Pomorskich we wrześniu 1939 r.” tak pisze: „W lipcu 1939 r. pułk wyruszył na letnią koncentrację w okolicy Świecia i wszedł w skład Pomorskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. Adama Zakrzewskiego. Do pułku dosyłano napływających rezerwistów. Po złożonej przysiędze ułani otrzymywali bojowe uzbrojenie: karabinek z bagnetem i cztery pełne ładownice z osiemdziesięcioma nabojami, szablę i trzy ręczne granaty. Przez Osię, Tleń i Tucholę szwadrony pułku zostały skierowane w rejon Chojnic, w jego południową część, zamieszkałą przez Kosznajdrów — potomków dawnych kolonistów niemieckich z początku XV wieku, którzy na skutek nacisków ze strony pruskiego zaborcy ulegli ponownej germanizacji. W okresie międzywojennym wielu z nich prowadziło działalność dywersyjną”.

Pierwszego września 1939 r. pułk uczestniczył w najsłynniejszej szarży w bitwie pod Krojantami koło Chojnic, w której poległ płk K. Mastalerz. 4 września 1939 r. 18 Pułk Ułanów został rozbity przez Niemców. Żołnierze pułku walczyli jeszcze w bitwie nad Bzurą, a tylko nieliczni przebili się do Warszawy. Kpt. A. Kensik dostał się do niewoli niemieckiej pod Modlinem. Wkrótce podejmuje próbę ucieczki, która okazuje się udana. Z różnymi przygodami dociera do Lwowa. Tam następuje kolejne aresztowanie. Tym razem przez Sowietów. Kolejna ucieczka. Także zakończona sukcesem. Wrócił do Świecia. Tutaj codziennie musi się meldować na posterunku gestapo. Jednakże 11 kwietnia 1940 r. gestapowcy zjawiają się w jego domu. Aresztują A. Kensika i wywożą go do obozu koncentracyjnego Oranienburg-Sachsenhausen, a następnie zostaje przeniesiony do Mauthausen-Gusen i ostatecznie — do Dachau.

Okres pobytu w obozie szczegółowo opisuje współwięzień Witold Domachowski z Bydgoszczy: „Po powrocie z niewoli wojskowej pracowałem jako robotnik przy budowie szosy „Terespol-Tuchola”. W dniu 11 kwietnia 1940 roku o godz. 4.00 przybyło do mego mieszkania niemieckie gestapo i po zapytaniu, czy jestem Polakiem, aresztowali mnie i zabrali do sali gimnastycznej przy tut. Gimnazjum. W sali było już wielu mieszkańców Świecia i powiatu. Między innymi i dyrektor rzeźni Anastazy Kensik. Po południu zostaliśmy przewiezieni samochodami do Bydgoszczy do budynku szkolnego przy Placu Kościeleckich. Tam Niemcy w ciągu 5 dni zgromadzili 1100 Polaków z terenu całego województwa pomorskiego. W dniu 16 kwietnia 1940 roku specjalnym pociągiem przewieźli nas do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Po odbyciu 6-tygodniowej kwarantanny, gdzie zginęło wielu mieszkańców Świecia (prof. Budych, Piotrowski i inni) w dniu 25 maja 1940 roku Niemcy zorganizowali nowy transport 1100 uwięzionych, którzy przeżyli piekło kwarantanny, a w którym był także Anastazy Kensik i ja, przetransportowali do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen (Austria).

Anastazy Kensik przy przydziale pracy w obozie dostał się do tzw. Efektenkammer, to jest baraku, gdzie były przechowywane ubrania cywilne wszystkich więźniów. Było to komando składające się wyłącznie z Polaków, a jego kapo był także Polak Henryk Bachtig. W tym czasie był w obozie kategoryczny zakaz palenia papierosów. Więźniowie zatrudnieni w tym komando odnajdowali w ubraniach cywilnych przeróżne papierosy i je palili, mimo że komendant obozu SS Karl Chmielewski zapowiedział karę śmierci dla tych Polaków, którzy przyłapani zostaną na paleniu papierosów.

W dniu 29 czerwca 1940 r. do obozu w Gusen przybyła komisja mająca zbadać warunki przechowywania rzeczy więźniów. Po wejściu do baraku 32, komendant Chmielewski wyczuł wyraźny zapach dymu papierosowego. Zapytał: „kto tu palił?”. Nikt się nie przyznał. Wszyscy więźniowie pracujący w baraku musieli go opuścić i ustawić się na ulicy. Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Wszyscy zostali strasznie pobici, otrzymali 25 batów, a następnie kolejnych 10 wieszano na belce wiązania baraku. Wszyscy byli bici i maltretowani przez cały dzień. W czasie bicia kilku z nich zmarło a kilku odniesiono do rewiru (szpital obozowy). Między innymi był tam też Anastazy Kensik. Pomimo otoczenia ich opieką lekarską przez Polaka dr Kościńskiego (widziałem Kensika całego obandażowanego), większość z nich zmarła a między innymi i Anastazy Kensik.

Podając ten przeżyty przeze mnie epizod życia obozowego chciałbym uzupełnić życiorys Anastazego Kensika podając, że zmarł w obozie koncentracyjnym Gusen, gdzie został spalony w krematorium. Taki i podobny los spotkał 37411 więźniów tylko w tym podobozie Gusen w latach 1940 — 1945”.

Nie jest prawdą, że Anastazy Kensik został zamordowany w Gusen. Po pobiciu i częściowym wyleczeniu przewieziono go do obozu koncentracyjnego Dachau, gdzie faktycznie zginął, jak podano w akcie zgonu. Został zamordowany (rozstrzelany według D. Boguszewskiego) 25 lutego 1941 (www.straty.pl — akt zgonu).


JAN ŚWIĘCICKI

Fot. J. Święcicki — wachmistrz podchorąży. Fot.- Święciccy_herbu_Jastrzębiec www.wikipedia/org/wiki [dostęp 10.12.2016]

Urodził się 13 października 1901 r. w Bobrownikach w pow. bobrzyńskim, s. Tadeusza herbu Jastrzębiec i Jadwigi Franciszki Goćkowskiej herbu Prawdzic. Szkołę powszechną ukończył w Osięcinach, gdzie ojciec jego pełnił stanowisko plenipotenta dóbr wchodzących w skład Fundacji Karoliny i Fryderyka Hrabiów Skarbków. Szkołę średnią rozpoczął w Warszawie w Szkole Realnej im. E. Rontalera. Świadectwo dojrzałości uzyskał 8 lipca 1922 r. w Państwowej Akademii Rolniczej w Bydgoszczy na Wydziale Rolnym. W tym też roku został immatrykulowany na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego. W 1923 r. przeniósł się na Akademię Medycyny Weterynaryjnej do Lwowa. W 1924 r. odbywa praktykę u płk. lek. wet. Mossakowskiego w Radziejowie [płk dr wet. Alfons Mossakowski-Jastrzębiec ur. 16.09.1879 r.- dop. W.A.G.]. W roku następnym — w Bekoniarni w Starogardzie u mjr. dr. Sołgi. Przez rok — od października 1928 r. do we września 1929 r. zalicza roczną służbę wojskową i wraca na studia. W 1930 r. kolejna praktyka zawodowa w Bekoniarni we Lwowie u dr. Ruckera. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymuje 7 maja 1931 r.

Fot. Ułan Jan Święcicki — ochotnik z 1918 r. (17 l.) odznaczony Medalem Polska Swemu Obrońcy 1918—1921 — fot. Święciccy_herbu_Jastrzębiec www.wikipedia/org/wiki [dostęp 10.12.2016]

Lata wcześniejsze i późniejsze przytoczę cytując zdania Andrzeja H. T. Święcickiego z pracy dotyczącej historii Rodu Święcickich: „W 1918 roku bierze czynny udział w Powstaniu w szeregach Polskiej Organizacji Wojskowej jako 17-letni ochotnik. W 1920 roku jako ochotnik walczy na froncie z bolszewikami w 1 Pułku Ułanów Krechowieckich im. płk Bolesława Mościckiego, w którym walczą również trzej jego bracia: Henryk, Czesław i Stefan. Otrzymał medal pamiątkowy za wojnę 1918—1921. Orzeł państwowy z Krzyżem Virtuti Militari na piersiach, w szponach daty 1918—1921, na stronie odwrotnej napis Polska Swemu Obrońcy w wieńcu liści dębowych. Wstążka z mory: środek szerszy niebieski w barwie orderu KVM, po bokach wstążki pionowe paski: czarny, biały i amarantowy, tj. koloru wstążki orderu KW — Krzyża Walecznych. Medal przyznawany wojskowym i osobom cywilnym za czynny udział w walce w polu — w okresie 1 listopada 1918 do 18 marca 1921.

1 Pułk Ułanów Krechowieckich z dniem 16. 10. 1928 r. powołał Jana do dyonu szkolnego podchorążych rezerwy, w celu odbycia zasadniczej służby wojskowej i uzyskania stopnia oficerskiego. Jan w tym czasie był studentem ostatniego roku. Służbę w Szkole Podchorążych Rezerwy zakończył stopniem wachmistrza podchorążego z funkcją młodszego lekarza wet. pułku kawalerii. Rozpoczęte szkolenie zakończył w 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich stacjonującym w Starogardzie przeniesieniem do rezerwy 20. 09. 1929 r.

Po kolejnych ćwiczeniach wojskowych w 1932 r. i 1934 r. został awansowany do stopnia starszego wachmistrza podchorążego, a w dniu 1. 01. 1935 r. został mianowany podporucznikiem rezerwy.

Kolejne kursy informacyjne oficerów rezerwy odbył dwukrotnie w 1936 r.

Przebieg służby czynnej poświadczył pismem Dowódca Pułku na koncentracji, a pismo podpisał w zastępstwie rotmistrz Rudnicki.

Czynny sportowiec Wojskowego Klubu Jeździeckiego we Lwowie. Cenił sobie prawo noszenia Państwowej Odznaki Sportowej nadanej przez Komitet Wychowania Fizycznego i Przysposobienia Wojskowego. Prawo do odznaki uzyskiwano biorąc udział w klasyfikowanych zawodach sportowych.

Był bardzo przywiązany do tradycji swego pułku, a w klapie marynarki nosił odznakę pamiątkową pułku — legitymacja nr 192.

Po skończonych studiach odbywa staże rzeźniane w kilku rzeźniach miejskich (Lubawa, Tczew i Poznań), a następnie z dniem 1. 08. 1931 r. podejmuje pracę lekarza weterynarii i dyrektora Rzeźni Miejskiej w Pucku. Pracuje jednocześnie jako lekarz weterynarii w bekoniarni angielskiej w Pucku.

Związek małżeński zawarł w 6. 10. 1931 r. z Ireną Eleonorą Zofią z Święcickich w kościele kolegiackim i parafialnym pod wezwaniem św. Marii Magdaleny (Fara) w Poznaniu. [Było to połączenie dwóch linii rodu — Mazowieckiej z Wielkopolską — dop. W.A.G.]. Z tego małżeństwa urodził się syn Andrzej — 1935 r. — potem inżynier rolnictwa i córka Teresa — 1937 r. — potem lekarz specjalista pediatra i neonatolog.

W działaniach wojennych 1939 roku walczy w baonie artylerii 2 Pułku Ułanów na terenie Pomorza i dostaje się z nim do niewoli niemieckiej. Jest więziony jako jeniec wojenny w Woldenbergu (Dobiegniew) w Offizierlager II C /5695/XVIII A Bar, 3b/. /…/. [Wcześniej był osadzony w Oflagu XVIII A w Lienzu w Tyrolu (Austria) — dop. W.A.G.].

Fot. J. Święcicki wśród jeńców Oflagu — fot. Święciccy_herbu_Jastrzębiec www.wikipedia/org/wiki [dostęp 10.12.2016]

W styczniu 1945 r. Niemcy na wieść o zbliżających się wojskach radzieckich przystąpili do pieszej ewakuacji obozu. 30. 01. 1945 r. czołgi rosyjskie odbiły w dramatycznych okolicznościach kolumnę jeniecką — zginęło 22 jeńców, a 34 odniosło rany. Dwa bataliony jeńców dotarły do Hamburga i zostały uwolnione przez aliantów. Kilka dni wcześniej kolumny jeńców zostały zbombardowane, kilkunastu jeńców poległo. Na obelisku na pamiątkowej tablicy podano, że na terenie obozu zamordowano 47 żołnierzy, poległo 36, a 71 żołnierzy zmarło.

Ppor. Jan Święcicki został uwolniony w Hamburgu. Przez południowe Niemcy i Czechy wraz z kolegami dotarł do Polski. W Warszawie, w domu dziadka Teofila dowiedział się gdzie aktualnie znajduje się jego rodzina. Znalazł żonę i dzieci w Kownacie, w majątku Hanny i Jana Świderskich.

W Poznaniu broniła się jeszcze Cytadela [Cytadela padła 23 lutego 1945 r. — dop. W.A.G.], ale Zawada była już wolna — wracaliśmy do swoich.

Po zakończeniu wojny Jan obejmuje stanowisko powiatowego lekarza weterynarii w Urzędzie Ziemskim w Toruniu i organizuje lecznicę zwierząt na ulicy Kościuszki 49, której zostaje dyrektorem. Wkrótce umiera zakażony chorobą Banga w dniu 31. 10. 1945 roku i zostaje pochowany w Toruniu na cmentarzu na Mokrym. Po dwudziestu latach jego prochy zostały pochowane w mogile rodzinnej na Cmentarzu Komunalnym Junikowo w Poznaniu. Numer grobu R8/2-3-1/”.

Po zapoznaniu się z powyższym biogramem z całym przekonaniem mogę podkreślić, że osłabienie organizmu tak długim pobytem w izolacji w obozie i związane z tym niedożywienie było główną przyczyną zakażenia brucelozą ze skutkiem śmiertelnym bohatera niniejszego rozdziału.


WŁADYSŁAW WITKOWSKI

Urodził się 12 czerwca 1899 r. w Poznaniu, s. Jana Nepomucena i Agnieszki Żakowskiej. Uczestnik Powstania Wielkopolskiego. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1930 r. we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Pracował jako państwowy lekarz weterynarii. W 1939 r. mieszkał w Poznaniu. Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. w stopniu podporucznika. W niewoli niemieckiej. Nr jeńca 833. Osadzony w Oflagu XI A Sandbostel i przeniesiony do Oflagu II A Prenzlau. Po wojnie wrócił do kraju i zamieszkał w Rogoźnie przy ul. Kościuszki 13.

Zmarł w 1970 r.

Opis uczestnictwa w Powstaniu Wielkopolskim ze strony internetowej związanej z przyznaniem Wielkopolskiego Krzyża Powstańczego przez Radę Państwa: Witkowski Władysław; rodzice: Jan, Agnieszka; ur. 1899-06-12 w Poznaniu. Uchwała Rady Państwa nr: 12.18—0.1054 z dnia 1958-12-18.

Opis: Witkowski Władysław brał czynny udział z bronią w ręku w Powstaniu Wlkp. jako ochotnik od 27.12.1918 do 15.03.1919 w Straży Ludowej Dzielnicy VII Poznań-Główna. Brał udział w walkach ulicznych Poznania przy zajmowaniu zakładów amunicyjnych, fortu IV, dworca kolejowego Poznań-Wschodni oraz Zakładu w Owińskach, pod dowództwem ówczesnego Komendanta Straży Ludowej na Dzielnicę VII Cyrankowskiego Czesława, w stopniu szeregowca. Podstawa: zaświadczenie byłego dowódcy Straży Ludowej, byłego dowódcy 1 Pułku Artylerii Polowej.

Kiedy wybuchło powstanie Władysław wraz z bratem Bernardem uciekł z domu kradnąc ojcu strzelbę. W Powstaniu Wielkopolskim zaciągnął się do artylerii.

Natalia Jackowska w art. Z Zawad na Główną i dalejKilka słów o rodzinie Witkowskich w Kronice m. Poznania napisała: „Protoplastą rodu Witkowskich z Głównej był Marcin Witkowski (1814—1889) /…/. Przyszła żona Maria Terczewska z Buku, z którą zamieszkał na Zawadach i tam prowadził piekarnię. /…/ Witkowscy mieli 12 dzieci. Jednym z nich był Jan Nepomucen Witkowski (1867—1928), sołtys Głównej. /…/ W 1891 r. poślubił Agnieszkę Żakowską. /…/ Doczekali się 11 dzieci. /…/ Starszym synem Jana Nepomucena był Władysław (1899—1970). /…/ Brał udział w walkach o Lwów, dosłużył się stopnia porucznika. Po przeniesieniu do rezerwy ukończył studia weterynaryjne na Uniwersytecie Lwowskim, gdzie również pracował jako asystent. Po doktoracie powrócił do Wielkopolski. W 1939 roku dostał się do niewoli i do końca wojny przebywał w oflagu. Na Głównej mieszkał do śmierci, pracując m.in. jako inspektor weterynaryjny”.


LEKARZE WETERYNARII W POWSTANIU WIELKOPOLSKIM

1918/1919:


1. Bachor Rudolf

2. Bąk Alojzy Tadeusz

3. Brocki Bolesław

4. Bross Stefan

5. Franciszek Czapla

6. Dreszler Dionizy

7. Durski Stanisław

8. Fiutak Bolesław

9. Górski Franciszek

10. Gummer Kazimierz

11. Jakubowski Stefan

12. Jewasiński Kazimierz

13. Kensik Wacław Anastazy

14. Konitzer Jan

15. Kopliński Władysław

16. Kowalewski Maksymilian Hieronim

17. Kowalski Franciszek Marian

18. Krupczyński Wacław

19. Kruszka Aleksy Antoni

20. Krzyślak Edmund

21. Kwiatkowski Antoni Albin

22. Kuropka Aleksy

23. Lapis Mieczysław

24. Lessiński Mieczysław

25. Maliszewski Julian

26. Marczyński Jan

27. Mendyk Jan

28. Mosakowski Alfons

29. Nagler Edmund

30. Nowacki Kazimierz

31. Opielewicz Marian

32. Pałąk Bernard

33. Piotrowski Stefan

34. Polita Franciszek

35. Połomski Hipolit

36. Połomski Ludwik

37. Roessler Stefan

38. Saenger Franciszek Teodor

39. Sentkowski Kazimierz

40. Sieja Władysław

41. Siuda Leon Franciszek

42. Smorowski Eryk

43. Starkowski Józef

44. Stebnicki Stanisław

45. Stobiecki Czesław

46. Szafarkiewicz Stanisław (†)

47. Ślebioda Jan

48. Święcicki Jan

49. Weigt Teofil

50. Wilengowski Augustyn

51. Wilamowski Józef

52. Witkowski Władysław

53. Wroceński Stanisław

54. Wrzyszczyński Bogdan

55. Zengteller Edmund

56. Ziemecki Kazimierz Albin

57. Żeńczak Jan Antoni

58. Żyto Ignacy.

Powstania Śląskie 1919, 1920, 1921

Jeszcze nie umilkły echa walk powstańców w Wielkopolsce, a już 16 sierpnia 1919 r. powstali Ślązacy przeciw Niemcom w obronie polskości tych ziem. Ślązacy organizowali się i powstawali trzykrotnie.

I powstanie śląskie — od 16 sierpnia 1919 r. do 24 sierpnia 1919 r. — w obronie aresztowanych przywódców POW a także jako manifestacja niezadowolenia ludności polskiej z trwającego terroru i represji niemieckich — na przykład masakra w Mysłowicach (górnicy z żonami i dziećmi udali się do kopalni po wynagrodzenia, Grenzschutz Ost otworzył ogień, zginęło wielu z protestujących). Na czele samorzutnego zrywu stanął Alfons Zgrzebniok.

II zwycięskie powstanie śląskie miało miejsce rok później — od nocy z 19 na 20 sierpnia 1920 r. i trwało do 24 sierpnia 1920 r. Dowodził nim także Alfons Zgrzebniok. Cel powstańców został osiągnięty. Powstanie uznano za zwycięskie.

III powstanie śląskie trwające od nocy 2 na 3 maja 1921 r. do 5 lipca 1921 r. jest określane jako powstanie śląsko-wielkopolskie, gdyż dowodził nim Wojciech Korfanty, co prawda rodowity Ślązak ale także jeden z komisarzy Naczelnej Rady Ludowej w Poznaniu. Oficerowie i żołnierze z Wielkopolski udali się na Śląsk pod przybranymi nazwiskami czy pseudonimami. Głównodowodzącym został ziemianin z Wielkopolski — ppłk Maciej Mielżyński (ps. Nowina-Doliwa). Grupą „Północ” dowodził kpt. Alojzy Nowak (Neugebauer), były dowódca batalionu wrzesińskiego w powstaniu wielkopolskim. Grupą „Wschód” dowodził Ślązak Karol Grzesik (Hauke), a Grupą „Południe” kierował ppłk Bronisław Sikorski (Cietrzew), który walczył na ulicach Poznania i został inspektorem piechoty Dowództwa Okręgu Generalnego. Z Wielkopolski udało się na Śląsk 2000 „ochotników”, wysłano 136 wagonów żywności, znaczne ilości broni, amunicji i mundurów. Przeznaczono 1, 3 mln marek niemieckich na żołd dla powstańczej armii…

Właśnie wśród walczących o wolność ziem polskich, o ich trwałe przyłączenie do Polski nie mogło zabraknąć przedstawicieli mojego pięknego zawodu, lekarzy weterynarii. Wspomina o nich, wymieniając nazwiska ośmiu lekarzy wet., doc. dr hab. Stefan Jakubowski w obszernej i pięknej pracy: Również na Śląsku włączyli się lekarze weterynarii w akcje polityczne i zbrojne w ochronie polskości tych ziem. W akcji plebiscytowej w 1921 r. brali udział lekarze wet.: Halama Józef (1875—1958), od 1919 r. kierownik referatu wet. w Krajowym Urzędzie Gospodarczym w Cieszynie.; Kurzydym Jan (1871—1943), działacz plebiscytowy w Kietrzu w woj. opolskim, uchodźca po plebiscycie: Mucha Eugeniusz (1876—1956), czynny udział w akcjach plebiscytowych, powstaniec śląski aktywny w Związku Uchodźców Polskich w Niemczech; Niedoba Jan (1888—1958), udział w pracach plebiscytowych; Niesłańczyk Alojzy (1888—1947), członek tajnego niepodległościowego Towarzystwa im. T. Zana (TTZ), działacz plebiscytowy; Pielok Augustyn (1892—1940), działacz plebiscytowy; Popiołek Linus Anatol (1890—1942), ur. w powiecie frysztackim za Zaolziu, od 1913 r. udział w organizacji 10 pułku piechoty Ziemi Cieszyńskiej oraz w Sztabie Frontu Śląskiego w walkach z Grenzschutzem, Medal Niepodległości, Krzyż na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi; Sobota Stanisław (1879—1964), w czasie plebiscytu współpraca z Korfantym, przez Komisję Międzysojuszniczą mianowany doradcą powiatowym (starosta konspiracyjny) na powiat Prudnik, uczestnik III Powstania Śląskiego, ranny i w niewoli w Cottbus, gdzie był katowany, następnie po zwolnieniu był doradcą powiatowym na powiat Rybnik, Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi I kl., Gwiazda Górnośląska, odznaka honorowa za wierną służbę połączenia prastarej ziemi śląskiej.

Do ośmiu lekarzy weterynarii uczestniczących w powstaniu śląskim doliczyć należy kolejnego, dziewiątego lekarza wet. — Edmunda W. A. Bartnika. Od krótkiej prezentacji jego biogramu rozpocznę omówieniu życiorysów bohaterskich kolegów:


EDMUND WŁADYSŁAW ANTONI BARTNIK

Fot. Edmund Bartnik — fot. Archiwum UW

Urodził się 15 września 1897 r. w Sosnowcu. Uczył się w Gimnazjum Prywatnym w Piotrkowie. Wstąpił do Legionów Polskich, był żołnierzem I Brygady Legionów Polskich w latach 1918 — 1921. Internowany w Szczypiornie k. Kalisza. Następnie w Wojsku Polskim. Maturę zdał eksternistycznie 8. listopada 1921 r. w Państwowym Gimnazjum w Toruniu. 18. stycznia 1922 r. immatrykulowany na Wydział Fizyki UW, a w marcu 1922 r. przenosi się na Wydział Weterynaryjny UW. Dyplom lekarza weterynaryjnego nr 95 otrzymał na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego 30. czerwca 1930 r. Oficer rezerwy 1 Brygady Legionów. Przed wybuchem wojny, w latach 1937–1939, był dyrektorem naczelnym Zakładów Mięsnych w Gdyni-Chylonii. W listopadzie 1939 r. został przez Niemców zamordowany w Piaśnicy k. Wejherowa. Żona — Irena z d. Borysoglebska, ps. „Ari”, należała do ZWZ od 1939 r., a później do AK. Została aresztowana 8 sierpnia 1944 r. przez gestapo i osadzona w więzieniu w Alei Szucha w Warszawie. Po przesłuchaniach wysłana do Obozu Zagłady Auschwitz-Birkenau (nr obozowy 53851), gdzie po pół roku, 1 lutego 1944 r. — została zamordowana. Dodam jeszcze kilka słów o losach Ich córki –Teresy ps. „Diana”, która w wieku 13 lat walczyła w Batalionie „Parasol”.

Tadeusz Kryska-Karski informuje, że Edmund Bartnik ur. 15.10.1897 r. uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r. ppor. lek. wet. PKU Będzin, poległ 09—1939. Podobna informacja znajduje się w Księdze pochowanych żołnierzy polskich poległych w II wojnie światowej. Żołnierze września. Ta sama informacja zawarta jest w kartotece Fundacji Polsko-Niemieckiego Pojednania.

Tekst, który poniżej przedstawię, jest na tyle interesujący i zawiera szereg ciekawych danych rodziny Bartników, że chciałbym go opublikować, jednakże nie znalazłem autora tego tekstu czy może przepisując artykuł nie odnotowałem nazwiska jego autora, za co — na wstępie — bardzo autora przepraszam: Bartnik Edmund Władysław Antoni lekarz wet., dyrektor Rzeźni i Targowiska Zwierzęcego w Gdyni. Urodził się w Sosnowcu 15. 09. 1887 r. w rodzinie dyplomowanego inżyniera. W 1915 r. wstąpił, razem z braćmi, do Pierwszej Brygady Legionów — brał udział w licznych bitwach. Dostał się do niewoli. Został uwięziony w Szczypiornie, skąd uciekł. Ukończył szkołę oficerską. Brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i w III Powstaniu Śląskim. Został ciężko ranny w bitwie o Górę św. Anny. Kawaler Krzyża Walecznych. Po wyjściu ze szpitala studiował weterynarię na Uniwersytecie Warszawskim — w 1929 r. uzyskał dyplom lekarza weterynarii. Do końca 1935 r. pracował w rzeźniach śląskich, następnie otrzymał od ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego ofertę nadzoru nad budową Rzeźni i Targowiska Zwierzęcego w Gdyni. Ofertę przyjął. Pod jego kierownictwem powstała nowoczesna, osiągająca bardzo dobre wyniki produkcyjne firma, specjalizująca się w eksporcie swoich produktów. W 1937 r. został prezesem jednoosobowego zarządu spółki. Mieszkał przy ul. Słowackiego 18 (od 1938 r. przy ul Sienkiewicza 35) z żoną Ireną (z d. Borysoglebska) synem Jerzym (ur. w 1929 r.) i córką Marią Teresą (ur. w 1930 r.). Był sekretarzem oddziału Związku Legionistów w Gdyni, kawalerem Krzyża Niepodległości.

Pod koniec sierpnia 1939 zawiózł rodzinę do Warszawy i wrócił do Gdyni, by walczyć w jej obronie. Po kapitulacji miasta, otrzymał od Niemców (jako Ślązak) ofertę przyjęcia niemieckiego obywatelstwa — którą odrzucił.

13. 11. 1939 r. został zamordowany przez Niemców w lasach piaśnickich.

Żona, Irena Bartnik, aresztowana przez Niemców za przynależność w AK, została osadzona w KL Auschwitz i tam zamordowana.

Fot. Irena Bartnik i córka Maria — www.ogrodywspomnien.pl [dostęp 17.10.2017]

Córka, Maria Bartnik — łączniczka AK — zginęła w czasie Powstania Warszawskiego.

Syn, Jerzy Bartnik, walczył w zgrupowaniu Partyzanckim AK „Ponury” mjr. J. Piwnika, a następnie w batalionie AK „Parasol”. W walkach w Powstaniu Warszawskim został ciężko ranny. Za swoja waleczność został odznaczony Krzyżem Walecznych, a następnie — osobiście przez Komendanta AK — gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego — Krzyżem Virtuti Militari. Był najmłodszym kawalerem Krzyża VM wśród Powstańców. Po upadku Powstania Warszawskiego znalazł się w obozie jenieckim, gdzie odnalazł go wujek, kontradmirał Karol Mora-Korytowski i ściągnął do Wielkiej Brytanii. Tam skończył studia inżynierskie, ożenił się, pracował w Kanadzie, USA i Szwajcarii. W 1990 r. wrócił do Polski.

Poszukując informacji o zamordowaniu dr. Edmunda Bartnika natrafiłem na przerażające, mało znane naszemu społeczeństwu fakty, zamordowania w Piaśnicy w pierwszych miesiącach II wojny światowej od 12 000 do 14 000 mieszkańców Pomorza. Wówczas była to największa na taką skalę zbrodnia w Europie. Elżbieta Maria Grot w referacie: Ludobójstwo w Piaśnicy jesienią 1939 r. ze szczególnym uwzględnieniem losu mieszkańców Gdyni pisze (wybrane krótkie fragmenty): Dzień 11 listopada związany z odzyskaniem niepodległości przez Państwo Polskie ma też inny bolesny wymiar nie tylko dla historii miasta Gdyni, ale przede wszystkim dla członków rodzin, którzy stracili swoich bliskich w Piaśnicy i hitlerowskim obozie Stutthof. W tym dniu okupant niemiecki rozprawił się z większą grupą czołowych przedstawicieli miasta. Przypomnienie tragedii mieszkańców Gdyni wydaje się konieczne, ponieważ nie została ona w sposób dostateczny utrwalona w świadomości historycznej mieszkańców Polski. Również wiedza o skali represji i zbrodni hitlerowskich popełnionych w pierwszych miesiącach okupacji od jesieni 1939 r. do wiosny 1940 r. na ludności Pomorza Gdańskiego, nie jest powszechna. (…) Na wiadomość o tym, że mój mąż (zeznaje E. Cetkowska — przyp. aut.) również został aresztowany jako zakładnik, Griep wyraźnie przerażony ostrzegł mnie, że winnam wszystko zrobić, aby męża zwolnić przed 11 listopada 1939 r. Było to jeszcze w październiku. Z tego wniosek, że Niemcy datę 11 listopada, jako datę święta narodowego, wybrali tendencyjnie i stało się wiadome, że zamierzają w tym dniu popełnić większą zbrodnię. Tak też się stało. Na kilka dni przedtem zakładników przewieziono do więzienia w Schiesstange w Gdańsku. Dnia 10 listopada pojedynczymi transportami na transportowych wozach należących do Waffen SS, w eskorcie Schutzpolizei i Selbstschutzu, zakładników przewieziono do Wejherowa, zabierając jeszcze dodatkowo z aresztu policyjnego przy ul. Starowiejskiej i pozostałych w Etapie Emigracyjnym. W Wejherowie umieszczono ich w więzieniu. Od przebywających tam jeńców wojennych wiem, że w nocy z 10/11 listopada kazano im zdjąć wierzchnie ubranie oraz pozostawić wszelkie pakunki, załadowali ich na auta i wywieźli w lasy pod Piaśnicą, gdzie ich wszystkich wymordowali. Dwóch niemieckich szoferów, Kaszubowski i Jakubowski, naoczni świadkowie opowiadali mi, że egzekucja odbyła się przy świetle reflektorów i karabinami maszynowymi. Po każdej salwie nastąpiło dobijanie tych, którzy jeszcze żyli. Akcja była ukończona 11 listopada ok. godziny 11. (…) W 1944 r., kiedy zaczęto liczyć się z możliwością przegranej wojny, sprawcy przystąpili do zacierania śladów zbrodni popełnionych w lasach piaśnickich. Z obozu koncentracyjnego Stutthof zostali sprowadzeni więźniowie, którzy zmuszeni zostali do rozkopywania mogił, wydobywania z nich zwłok pomordowanych, a następnie palenia ich w leśnych paleniskach. Czynności te wykonywali zakuci w kajdany na nogach przez okres ok. 6 tygodni od sierpnia do końca września 1944 roku. Po wykonaniu zadania zostali też tam rozstrzelani i prawdopodobnie spaleni.

W „Spisie lekarzy weterynaryjnych w Rzeczypospolitej Polskiej”, Warszawa 1939 s. 6 dodatkowo wymienia się kolejne imię — Antoni.


Wspomnienie syna Jerzego Bartnika ps. Magik

Okres wojny — Ojciec został po kilku dniach złapany i aresztowany przez Niemców. Ojciec brał udział w walkach, a potem pomagał innym w ucieczce, ponieważ transportował dużo wyrobów mięsnych, najwięcej bekonu do Anglii, i miał kontakty z kapitanami statków. Więc wielu Żydom pomagał uciekać. Ale, jak mi powiedziano, przed końcem września 1939 roku został złapany i uwięziony. Właściwie zdradził ojca jeden z jego pracowników, który przed wojną przez ojca został usunięty.
Ojciec mojego ojca urodził się wtedy w Prusach, w Nysie i konsekwentnie Niemcy uważali, że jego ojciec był Niemcem. Jego ojciec umarł w 1906 roku w Gliwicach, czyli nadal w Prusach, nigdy się nie zrzekł obywatelstwa niemieckiego. Dziadek po studiach uciekł do Kongresówki, bo nie chciał być pobrany do wojska, poza tym był też polskim patriotą. Niemcy twierdzili, że jeżeli ojca miał Niemca, ma prawo do [uzyskania statusu] Reichsdeutsche. Ojciec powiedział: „Nie, on jest Polakiem, walczy o Polskę i nie ma zamiaru nic zmieniać”. Później Niemcy dowiedzieli się, że ojciec brał udział w III Powstaniu Śląskim. Józef Piłsudski wysłał niektórych swoich oficerów tam do pomocy na ochotnika i ojciec został ciężko ranny w bitwie o Górę Świętej Anny. Jak Niemcy się o tym dowiedzieli, no to już wróg. Inteligencję specjalnie w Gdyni tępili. Zdecydowali, że zostanie w pierwszej grupie rozstrzelany. Ojciec przesłał gosposi Zosi wiadomość, że chciałby jeszcze przed śmiercią spotkać się ze mną, więc Zosia przyjechała do Zielonki, szybko mnie spakowali i pociągiem, nie wiem jak załatwili przepustki, przyjechałem do Gdyni. Tam już było załatwione, że mam prawo zobaczyć się z ojcem. Ojciec wtedy był w podziemiach w sądzie, to jest naprzeciwko dworca gdyńskiego, poszedłem tam go zobaczyć. Ojciec przede wszystkim pytał, co się dzieje z rodziną i powiedział mi, jak ja mu powiedziałem, że się Niemców nie boję, chodzę do nich i nawet od nich dostaję wiadomości, co się dzieje na froncie: „Pamiętaj, że jesteś Polakiem i masz Polakiem zostać”. Jakieś trzy–cztery dni później ojca zobaczyłem drugi raz, już był w takim miejscu, gdzie trzymali skazanych na karę śmierci. Zośka prosiła ojca, żeby powiedział, że jest Niemcem, że może coś się uda, może złagodzą, a ojciec powiedział, że jakby miał dwa życia, to oba by oddał dla Polski. No i kazał mi się opiekować rodziną i pamiętać, że jestem Polakiem. Wiadomo było, że Niemcy po kilku dniach stania, czekania, nie pozwolą więcej ojca zobaczyć i gdzieś pod koniec października wróciliśmy do Zielonki. Mama, jak to usłyszała to od razu wsiadła w pociąg i pojechała do Gdyni starając się ojca wydostać. Mama nie dała żadnej wiadomości, była chyba z miesiąc w Gdyni, albo może nawet dłużej, starając się zapłacić, ale w międzyczasie ojciec może już został rozstrzelany, bo później po wojnie dostaliśmy list od pana Rutkowskiego, że 13 listopada w pierwszej grupie, którzy byli rozstrzelani, widział, jak ojca wywozili do Piaśnicy na rozstrzelanie.

Ciąg dalszy Wspomnienia o ojcu dodany w tym samym czasie:

Ojciec był odznaczony Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznym i za Gdynię Złotym Krzyżem Zasługi. Ja od małego chłopca byłem wychowany na patriotę. Ojciec oficer I Brygady Legionów, Józef Piłsudski to był mój „dziadek” i jak miałem pięć lat, to już umiałem go narysować. Cała rodzina ojca należała do Legionów. Mam zdjęcia, gdzie matka ze znanej rodziny Zatorskich, jego trzej bracia, wszyscy z ojcem są w mundurach oficerów I Brygady Legionów z roku 1920. Więc pochodzę z patriotycznej polskiej rodziny…

Teksty wstawione na stronę internetową przez Irenę Francuz-Malczewską (11 marzec, 2017).


JÓZEF HALAMA

Urodził się w 1875 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał na uczelni w Wiedniu w 1898 r. W latach 1923—1931 pracował na stanowisku powiatowego lekarza weterynarii w Cieszynie, a następnie jako samorządowy lekarz weterynarii w Wiśle. W powyższym opisie doc. S. Jakubowski podał, że zmarł w 1958 r. natomiast w opracowaniu „Lekarze weterynarii na Śląsku…” podano inną datę śmierci: 19. 02. 1948 r.


JAN KURZYDYM

Urodził się w 1871 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał na uczelni wyższej Tierärztliche Hochschule w Berlinie w 1896 r. W 1915 r. pracował jako lekarz weterynarii w Kietrzu. W latach 1921—1931 był powiatowy lekarz weterynarii w Rybniku. Po przejściu na emeryturę mieszkał dalej w Rybniku.

Jego syn, także Jan, obchodził setną (2015) rocznice urodzin: W tej sytuacji Pan Jan z drogisty przekwalifikował się na oglądacza mięsa. Funkcja ta, polegająca na dopuszczaniu mięsa do spożycia, była w pewnym sensie związana z zawodem weterynarza. Profesja ta w rodzinie Pana Jana ma silne tradycje. Ojciec jubilata był uznanym w regionie lekarzem weterynarii, który dyplom uzyskał na uczelni w Berlinie. Jako pierwszy w Polsce posiadał stół, na którym wykonywane były operacje koni. W 1922 r. zorganizował w Rybniku służbę weterynaryjną i do 1938 r. pełnił funkcję powiatowego lekarza weterynarii.

Jan Kurzydym zmarł podczas wojny w 1943 r.


EUGENIUSZ MUCHA

Urodził się w 1876 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał na Tierärztliche Hochschule w Berlinie w 1902 r. Po I wojnie światowej pracował jako miejski lekarz weterynarii w Mikołowie, od 1931 do 1939 r. w Żorach w pow. rybnickim. Po II wojnie światowej nie poddał się rejestracji.

Zmarł w 1956.


JAN NIEDOBA

Urodził się 30 marca 1888 r. w Nawsie w pow. jabłonkowskim. Biogram cyt. K. Millaka: dyplom lekarza wet. otrzymał w Wiedniu w 1913. Uczestniczył w wojnie światowej jako lekarz wet. wojska pruskiego (1914—1918). Po wojnie był dyrektorem Centralnej Targowicy w Mysłowicach (1923), referendarzem urzędu wojewódzkiego w Katowicach (1931), powiatowym lekarzem wet. w Cieszynie (1939). Po drugiej wojnie światowej był kierownikiem Miejskiego Zarządu Weterynarii w Katowicach.

Zmarł 29 kwietnia 1958.


ALOJZY NIESŁAŃCZYK

Urodził się w 1888 r. w Bziu Dolnym w pow. pszczyńskim. Do szkoły średniej uczęszczał w Pszczynie i Gliwicach. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1913 r. w Monachium a stopień doktora medycyny wet. w 1915 r. w Giessen. Dalsza część biogramu dr. A. Niesłańczyka pochodzi z pracy Zespołu red.: Pracował w Ljen i Templin. Był pierwszym lekarzem rzeźnianym w Bytomiu (1914—1915), w latach 1915—1918 w wojsku niemieckim. Kierownik rzeźni miejskiej w Mikołowie (1918—1922), powiatowy lekarz weterynarii w Tarnowskich Górach (1922—1935). W latach 1935—1939 pracował w Rybniku, a w latach 1939—1945 w rzeźni w Mikołowie. W okresie 1945—1947 by powiatowym lekarzem weterynarii w Rybniku.

Zmarł 17 sierpnia 1947 r. w Rybniku i pochowany w Mikołowie. Dwukrotnie odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.


AUGUSTYN PIELOK

Urodził się 21 lipca 1892 r. w Wysokiej na Górnym Śląsku, s. Jana i Heleny z Beniosków. Uczestniczył w walkach I wojny światowej i powstania śląskiego. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1920 r. na Tierärztliche Hochschule w Berlinie. W latach trzydziestych pracował w Lublińcu. Od 1931 r. do wybuchu II wojny światowej pracował w Ostrowie Wielkopolskim na stanowisku powiatowego lekarza weterynarii. Mieszkał w Ostrowie Wlkp. przy ul. Kościuszki 23. Podporucznik rez. — mianowany 1 czerwca 1919 r.

Fot. A. Pielok — zgoda na przedruk ROPWi M z Katyń. Księga Cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego, Warszawa 2000

Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Żonaty — żona Pelagia. Uczestniczy w wojnie obronnej 1939 r. Zmobilizowany do 4 Pułku Artylerii Lekkiej w Łodzi.

Wzięty do niewoli przez żołnierzy sowieckich i osadzony w obozie w Kozielsku. Do rodziny dotarł „jedyny list z 21 listopada 1939 r. i od tego czasu nie daje znaku życia” — cytat pochodzi z akt sądowych z wniosku złożonego w Sądzie Grodzkim w Ostrowie Wlkp. o uznanie za zmarłego Augustyna Pieloka.

Na liście wywózkowej NKWD — 032/4 z 14 kwietnia 1940 r. Zamordowany w Katyniu w kwietniu 1940 r.


LINUS ANATOL POPIOŁEK

Urodził się 23 września 1890 r. w Zawadzie. Doc. S. Jakubowski w biogramie w 1984 r. pisał: Po uzyskaniu dyplomu lek. wet. we Lwowie 5 grudnia 1915 r. był asystentem w Klinice Chirurgicznej Akademii Weterynaryjnej we Lwowie u prof. Królikowskiego. W 1918 r. brał współudział w organizacji 10 pułku piechoty Ziemi Cieszyńskiej, a następnie w sztabie Frontu Śląskiego. Brał udział w walkach z Grenzschutzem i następnie w akcjach plebiscytowych na Śląsku. Od 20 stycznia 1919 r. do 5 lutego 1921 r. był powiatowym lekarzem wet. w Bielsku-Białej (woj. śląskie). Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. Jako jeniec wojenny przebywał w Oflagu w Murnau, gdzie był operowany na nowotwór żołądka. Nieuleczalnie chory został zwolniony z Oflagu. Krótko po zwolnieniu zmarł w Rzeszowie 14 października 1942 r. Odznaczony Krzyżem na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi, Medalem w Obronie Śląska, Medalem Niepodległości. Po wojnie ekshumowany i pochowany w Bielsku-Białej.


STANISŁAW SOBOTA

Urodził się 27 września 1879 r. w wiosce Wolków w woj. opolskim. Do szkoły średniej uczęszczał w Prudniku. Studia weterynaryjne podjął w Berlinie na Tierärztliche Hochschule, które ukończył w 1906 r. Dalszy życiorys przedstawiam cytując opublikowaną pracę Zespołu red.: Po rocznym stażu asystenckim został powołany do odbycia służby wojskowej. Po roku wrócił na Śląsk i podjął pracę jako wolno praktykujący lekarz wet. w Głogówku. Podczas pierwszej wojny światowej został wcielony do armii niemieckiej. Po wojnie brał czynny udział w powstaniach śląskich. W okresie plebiscytu pełnił funkcję doradcy powiatowego przy Międzysojuszniczej Komisji Alianckiej (funkcja ta była równoznaczna z funkcją polskiego starosty z nominacji komisji). Za te działalność był prześladowany przez Niemców. więziony w Prudniku, a następnie w obozie koncentracyjnym, z którego po dwunastu tygodniach udało mu się zbiec do Polski. Przez rok przebywał w Rybniku, po czym został powołany na stanowisko kierownika Oddziału Weterynarii w Śląskim Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach. W okresie 1925—1937 był dyrektorem Rzeźni Miejskiej w Katowicach. W 1937 r. został dyrektorem Rzeźni Miejskiej w Warszawie i na tym stanowisku pozostał do maja 1945 r., kiedy to przeniósł się Śląsk. Tam do przejścia na emeryturę w 1958 r. pracował na stanowisku kierownika PZLZ w Prudniku. Za zasługi odznaczony był m.in. Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta i Krzyżem Powstańców Śląskich.

Zmarł 22 marca 1964 r. w Prudniku.

2. W armiach zaborczych, korpusach wschodnich i Legionach Polskich 1914—1918

Polacy żyjący na ziemiach zabranych przez trzech zaborców byli wcielani do ich armii. Łącznie w I wojnie światowej służyło niemal 3,5 mln Polaków w armiach zaborczych, głównie jako szeregowi żołnierze na pierwszej linii frontów, stojąc w okopach na przeciw siebie. Do armii niemieckiej wcielono 800 tys. Polaków, austro-węgierskiej 1, 4 mln a do carskiej 1, 2 mln. W historii wojskowości Polski pod bronią nigdy nie służyło jednocześnie aż tylu Polaków.

W niektórych pułkach c.k. armii z Galicji aż 90 procent żołnierzy stanowili Polacy. Także w wielu pułkach pruskich i carskich z Górnego Śląska czy Mazowsza Polacy stanowili znaczny odsetek żołnierzy. Polski rekrut z Kongresówki współtworzył rosyjską 2. Armię, która w sierpniu 1914 r. w bitwie pod Tannenbergiem została całkowicie zniszczona przez armię pruską.

W I wojnie światowej zginęło 500 tysięcy Polaków-żołnierzy. Kilka razy więcej Polaków odniosło rany lub trafiło do niewoli. Podczas żadnej wojny nie zginęło aż tylu polskich żołnierzy.

W latach 1914—1918 o 15 procent, zmalała ludności zamieszkująca obszar późniejszej II RP. Było to wynikiem śmierci a także poprzez ewakuacje zarządzone przez armie zaborcze. Jedna trzecia majątku na ziemiach polskich została zniszczona w wyniku tych działań wojennych z lat 1914—21, gdyż front kilka razy przemieszczał się przez ziemie Polski centralnej i południowej. Niektóre zniszczone miejscowości przez wycofującą się armię carską kolejny raz zniszczyła (spaliła) Armia Czerwona w 1920 r. Straty związane z walkami w latach I wojny światowej oraz 1920—1921 objęły niemal 80 proc. terenu II Rzeczpospolitej Polskiej.

W celu przybliżenia losów lekarzy weterynarii z tego okresu przedstawię biografię lekarza weterynarii Władysława Godfreyowa cytując kilka stron z publikacji autora. Jest to fragment rozmowy z córką Barbarą:

— /…/ Urodził się 16 maja 1886 r. w Tarnopolu. Jego rodzicami byli Adolf Godfreyow i Emilia Weber von Webersfeld z rodziny wiedeńskiej. Obydwoje narodowości polskiej. Ojciec był inżynierem na kolei, budowniczym wiaduktów i mostów kolejowych. Jego pracą dyplomową był kamienny most na rzece Prut w Jaremczu. Natomiast babcia była nauczycielką śpiewu i gry na fortepianie. Władysław ukończył gimnazjum i seminarium nauczycielskie w Samborze i dzięki staraniom siostry jego matki — Grafiny Kamilii von Wimpfen podjął służbę w gwardii przybocznej Cesarza Franciszka Józefa. Od stycznia 1911 roku był w I Pułku Obrony Wiednia w Jednorocznej Oficerskiej Szkole w Armii Austriackiej w Wiedniu.

Fot. W. Godfreyow — fot. udostępnione przez Barbarę Godfreyow

W 1912 roku pracuje jako urzędnik w Komisariacie Targowym i jednocześnie zgodzono się na rozpoczęcie studiów medycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Naukę przerwała I wojna światowa. Od 3 marca 1914 r. do 6 września 1915 r. jest na froncie rosyjskim w 33 Pułku Obrony Armii Austriackiej — kadet Dowódca Plutonu 45 Dywizji. We wrześniu 1915 roku dostał się do niewoli rosyjskiej i został wywieziony do Jarańska, gdzie pracował jako „medyk” w szpitalu dla jeńców słowiańskich. W 1917 roku wezwany został do szpitala do Moskwy, gdyż brakowało lekarzy a ludzie umierali na tyfus. Ze względu na doskonałą znajomość języka niemieckiego i rosyjskiego wydelegowany został przez Rząd rewolucyjny do Szwecji, do Czerwonego Krzyża, po pomoc medyczną…

Fot. J. Godfrejów, powstaniec 1863 r. wraz z rodziną — fot. udostępnione przez Barbarę Godfreyow

— Pobyt w Jarańsku… Mówię pobyt jakby to były wczasy. Był zesłańcem ale jako „medyk” pomagał chorym…

— Osadzili ich w barakach z czasów wojny serbskiej. Stąd pluskwy, które po kilku latach „uśpienia” odżyły i gdy pojawili się nowi jeńcy, już z wojny 1914 roku, spadały z sufitów na śpiących. No i pojawił się zaraz tyfus… Ojciec mieszkał wraz z pięcioma innymi lekarzami. Na przestrzeni 2 800 km nie mieszkał nikt. Żywność była dowożona na saniach co jakiś czas. Lekarze obsługiwali chorych, bowiem był tu szpital jeńców słowiańskich. Dużo chorych leżało w lepiankach na piętrowych łóżkach. Najniższe łóżka zajmowali umierający, nie dostawali jedzenia. Polacy chorzy spychali innych chorych na dół, sami zajmowali ich miejsca, aby dostać jedzenie. Na pomoc można było liczyć tylko ze strony jeńców Żydów i Rosjan. Ojciec nie mówił po polsku, bowiem wstydził się zachowania rodaków. Mówił doskonale po niemiecku i rosyjsku. Tato opowiadał po latach takie zdarzenie: jeden z jeńców założył się, że zje trzy miski kaszy jaglanej, którą mieli przeważnie do jedzenia. Zjadł i zmarł, pękł mu żołądek. W tym samym czasie w Moskwie ludzie bardzo chorowali na tyfus. Ojciec został przeniesiony z Jarańska do szpitala w Moskwie, gdzie dyrektorem był bardzo życzliwy doktór, który polubił ojca. Doszło nawet do zaręczyn jego córki z ojcem. Ojciec zachorował na tyfus, dyrektor opiekował się nim. W czasie silnej gorączki ojciec zapragnął aspiryny czując, że jeśli jej nie zażyje — umrze. W nocy straszliwie słaby odszukał szafkę z medykamentami i zażył aspirynę. Rano czuł się lepiej. Kiedy kończył się pobyt w Rosji przyrzekł, że najpierw pojedzie do Polski do matki do Krakowa, a potem przyjedzie po narzeczoną. Tak też uczynił. Gdy wrócił do miejsca zamieszkania, do dworku dyrektora, pokazano ojcu… mózg narzeczonej na ścianie, bowiem bolszewicy głowę Jej roztrzaskali o ścianę domu. Całą rodzinę wymordowano. Tego doktora też.

— Straszne. Ale gdy obcuje się z wydarzeniami jakie zgotowali rządzący w Rosji swoim narodom, to już nic nie może zadziwić. — W 1918 roku wrócił do kraju — wtrąciłem — i poznał Pani Mamę…

— Od 16 czerwca do 29 lipca 1918 roku trwał powrót do Ojczyzny. Przez trzy miesiące był w Armii Austro-Węgierskiej dowódcą Szpitala w Czyżynach koło Krakowa. Dopiero 7. listopada 1918 roku, po zakończeniu wojny i odzyskaniu poprzez wojnę niepodległości wstąpił do Wojska Polskiego i został mianowany podporucznikiem (10 marca 1919 r.) 17 maja 1920 roku objął dowództwo batalionu celnego w Karniowicach, następnie Bielsku i Cieszynie, później w Dziedzicach i na końcu w Szczawnicy. Został w Polsce dzięki zakochaniu się w pięknej kobiecie.

— Gdzie czas na studia weterynaryjne?

— Będąc dowódcą batalionu celnego został oddelegowany — 1 października 1921 r. — do Lwowa na studia weterynaryjne, które ukończył w 1927 r. Podczas studiów jeszcze przydzielono go do 1 Pułku Artylerii Górskiej w Nowym Sączu, a w 1925 roku na stanowisko p.o. mł. lek. wet. do 3. Pułku Strzelców Konnych w Wołkowysku. 3. października 1925 roku ożenił się — ślub odbył się w Nowym Sączu. W okresie od 11. listopada 1925 r. do 5. lutego 1927 r. przebywał na urlopie bezpłatnym i kończył studia. Po otrzymaniu dyplomu został lekarzem weterynarii w 23. Pułku Ułanów Grodzieńskich w Mołodecznie i w 19 Pułku Artylerii Lekkiej w Helenowie, następnie w 23 Pułku Ułanów w Podbrodziu. W 1928 r. został dowódcą w jednostce wojskowej Artylerii Górskiej w Nowym Sączu. Po odbyciu przeszkolenia dla oficerów sztabowych w Grudziądzu awansował do stopnia kapitana — 20. lutego 1930 r. i przeniesiony został do 5. Dywizjonu Artylerii Konnej w Krakowie. W 1938 roku podczas manewrów Ojciec dostał zawału serca, który przeżył i w wyniku tej choroby przeszedł w stan spoczynku w wieku 53 lat. I przenieśliśmy się do Piwnicznej, gdzie Tato zostaje dyrektorem rzeźni miejskiej.

— Było to jeszcze przed wybuchem II wojny światowej… — Tak. Ale w ramach mobilizacji w 1939 roku został powołany w skład Armii „Kraków”. Przydzielono mu Pułk Piechoty liczący 2 800 żołnierzy. W składzie pułku było 82 oficerów oraz tabory konne. Wyruszyli na front. Bardzo szybko sytuacja zmieniła się w dramat. Wobec szybkiego natarcia Armii niemieckich, po wielu walkach i przygotowaniach do walki, przyszedł rozkaz przedarcia się w kierunku granicy wschodniej w celu przedostania się do Rumunii. Jako najstarszy rangą został wezwany do dowódcy, który oznajmił mu, że opuszcza oddział i udaje się bezpośrednio do Rumunii, powierzając mu ludzi i konie wraz zabezpieczeniem finansowym w celu kontynuacji ruchu na wschód i połączenia się z resztą wojska polskiego.

— Co najmniej dziwne zachowanie dowódcy…

— Przed odjazdem, dowódca wsiadając do auta zatrzymał się na chwilę radząc ojcu ściszonym głosem: rozdać pieniądze żołnierzom i przedostać się do Rumunii na własną rękę… Po czym odjechał zabierając ze sobą rodzinę, służbę i kanarka w klatce.

— ?

— Tato jednak kontynuował marsz z oddziałem w kierunku granicy wschodniej przez Lwów, Tarnopol i Sambor. Pewnego dnia w trakcie jednego z postojów przy torach kolejowych z budki wyszedł na ich spotkanie kolejarz (tzw. budnik) szukając lekarza dla swoich córek chorych na anginę. Ojciec zbadał obie dziewczynki i dał im niezbędne lekarstwa. Po czym dorzucił „Budnikowi” dwie krowy z taborów, mówiąc, że one już są niepotrzebne, a mleko bardzo się może przydać chorym. Zapadał wieczór, napływał chłód. Długo jeszcze kolejarz stał z krowami patrząc na odchodzących żołnierzy.

— Oddział zapewne poruszał się nocą lasami by uniknąć bombardowań, a odpoczywał za dnia…

— Tak. Nawet po tych męczących nocach trudno im było zasnąć. Ojciec zaczął mieć złe przeczucia co do przyszłości kraju i ludzi. Wypełniali bezsenne chwile rozmowami na te tematy, które snuły się jak mgły poranne po ciepłych jeszcze nocach. Wspólnie rozmawiali o tym, że człowiek w swojej naturze jest nieprzewidywalny i wszystko nawet nadzwyczajne może się przydarzyć. Ojciec wyobrażał sobie, że pewnego dnia, kiedyś w przyszłości będzie możliwe odnaleźć głosy ludzi sprzed tysięcy lat, które są stale gdzieś, zagubione w przestrzeni… Mówił również, że ludzie będą latać na inne planety. Potem jednak tematy wracały do rzeczywistości. Ojciec często wyciągał z portfela obrazek Matki Boskiej i wszyscy mówili sobie, że trzeba przejść przez życie uczciwie. Rozmowy czy modlitwy? Jak poranne mgły…

— W drodze spotkali jednak oddział żołnierzy sowieckich.

— Moja siostra Krysia wspomina opowiadanie o potyczce, która miała miejsce pewnej nocy pomiędzy oddziałem Ojca i Rosjanami, którzy wobec przewagi liczebnej wycofali się i powrócili następnego dnia z czołgami. O świcie wartownicy zameldowali, że zbliża się siedem sowieckich czołgów i wkrótce cały oddział został otoczony. Nastąpił długi moment napiętej ciszy, która trwała i trwała… W końcu głos z megafonu oznajmił, że wszyscy są bezpieczni i nikomu nic się nie stanie, po czym wezwał, żeby oficerowie oddzielili się od żołnierzy składając broń, sztandary i mapy wraz z dokumentami sztabowymi. Żołnierze w przeciwieństwie do oficerów mogli usiąść. Po około trzech godzinach wszyscy oficerowie dostali nakaz klęknięcia z rękami na karku. Minęło znów kilka godzin. Mogli wreszcie opuścić ręce. Grupa oficerów i podoficerów składała się z 82 osób, w tym trzech lekarzy weterynarii: Mück Jan (lekarz państwowy, zamieszkały w Boguminie pow. cieszyński, ur. w 1900 r. — uzupełnienie W.G.), Eugeniusz Stuber (lekarz wet. samorządowy, zam. w Dąbrowie pow. nowosądecki, ur. w 1900 — dop. W.G.) i mój Ojciec.

— Znaleźli się w trudnej sytuacji…

— Ta sytuacja trwała całą dobę. W końcu głos z megafonu zażądał dowódcy i odprawy oficerów. Mój Ojciec zgłosił się pierwszy. Następnie po odebraniu im wszystkim dokumentów osobistych rozdano papierosy. Żołnierze zajmowali się wygrzebywaniem resztek ziemniaków z kiedyś uprawianego kawałka ziemi na polanie. Wszyscy byli bardzo głodni. Po pewnym czasie oznajmiono żołnierzom, że są wolni i mogą opuścić to miejsce. Większość z nich zdecydowała się odejść w grupach w różnych kierunkach.

— Oficerowie zostali aresztowani?

— Oficerów zebrano w kolumnę i po kilku godzinach wydano rozkaz wymarszu na Stanisławów. Kolumna pod nadzorem żołnierzy sowieckich na koniach maszerowała w stronę wagonów kolejowych ale w ostatnie chwili zmieniono kierunek na pobliską szosę. Mój Ojciec zorientował się, że Rosjanie otrzymują sprzeczne rozkazy, które przychodziły po długich okresach — prawdopodobnie z daleka. Zaczął mieć bardzo złe przeczucia i znając już niewolę rosyjską bał się tam powrócić. W takim przypadku zastanawiał się nawet nad ideą odebrania sobie życia, ale wiedząc, że rodziny oficerskie zostały wywiezione do Stanisławowa i mając tam kilku znajomych, czekał na dalsze wydarzenia.

— Wydarzenia te miały miejsce jeszcze we wrześniu, po 17 września 1939 r.

— Oczywiście. Prawdopodobnie było to 19 września 1939 r. Nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, że od dwóch dni Armia Sowiecka była w trakcie zajmowania szerokiego obszaru wschodniej Polski zatrzymując w ten sposób większość wycofujących się oddziałów Armii Polskiej i biorąc do niewoli przeszło dwieście trzydzieści tysięcy polskich żołnierzy.

„New York Times” obwieścił tego dnia w nagłówku: „NIEMCY UPOLOWALI OFIARĘ. CZĘŚĆ TRUPA, KTÓREGO NIE POŻARŁY ZAGARNIA ROSJA SOWIECKA W SZLACHETNEJ ROLI HIENY PRZY NIEMIECKIM LWIE”.

Warszawa biła się bohatersko przed niemieckim najazdem do 28 września i ostatnia bitwa Armii Polskiej miała miejsce pod Kockiem (na północ od Lublina) dnia 5 października 1939 r. Przez 35 dni Polska walczyła z najazdem nieporównywalnie silniejszych Niemiec i ich nowego sojusznika, Związku Radzieckiego. Do dziesiątki tysięcy żołnierzy i oficerów, którzy zbiegli za granicę pod koniec września, dołączyło się w trakcie wojny ponad 100 tysięcy innych, kontynując walkę z Niemcami na innych frontach.

— Doktor wspomniał, że rodzina udała się do Stanisławowa…

— W tym samym czasie, wobec rozwijającego się konfliktu Rząd wydał polecenie rodzinom wojskowym udania się na wschód. Jechaliśmy więc z Piwnicznej po przez Przemyśl załadowani w wagony kolejowe razem z moim ukochanym dziadkiem Franciszkiem, ojczymem Mamy i innymi rodzinami. W końcu skierowano nas do Stanisławowa, po czym do małej ukraińskiej wsi — Uhorniki. Tam zamieszkaliśmy w Domu Ludowym, który znajdował się przy drodze na początku wsi za dużymi błoniami obok lasu.

— Liczyliście na spotkanie kogoś z rodziny, Tatę…

— Pamiętam jedno południe. Stałam przy płocie i patrzyłam jak się zbliża do wsi grupa Ukraińców niosąc wysoko nad głowami nosze na których leżał człowiek. Miał otwarty brzuch, który dymił. Wszyscy okropnie krzyczeli. Nasz gospodyni próbowała nas uspokoić.

Po kilku dniach było takie zdarzenie. Gospodyni wbiegła do domu i rozglądając się wokoło, powiedziała szeptem, że szosą do Stanisławowa Rosjanie pędzą polskie wojsko. Kobiety płacząc zaczęły się modlić, jak zwykle. Modliły się odmawiając nowennę do Matki Boskiej.

Zaraz po niej ustaliły, kto będzie chodził na szosę. Bo trzeba w nocy, bo trzeba w dzień, bo niewiadomo, kiedy będą jeszcze przechodzić… Trzeba dyżury, nie pojedynczo… Trzeba ustalić o kogo pytać. Co się dowiedzieć i czy będzie można podejść? A jak zabiją… Mama z siostrą chodziły codziennie na szosę. Pytały więc o 5-ty DAK (Dywizjon Artylerii Konnej). Mnie zabrały tylko raz. Ale do dzisiaj nawet z zamkniętymi oczami pamiętam ten widok: żołnierze szli brudni, smutni i zarośnięci podtrzymując spodnie rękami z braków pasków. Ich mundury były zakurzone i potargane bez epoletów. Szosa była wypełniona wojskiem. Posuwali się powoli szurając butami bez sznurowadeł albo nogami owiniętymi papierem. Było ich po czterech albo sześciu w jednym rzędzie. Co jakiś czas jechał na koniu rosyjski żołnierz w czapce z czubkiem…

— Myślę, że te wyprawy na szosę zaowocowały spotkaniem doktora?

— Mama odnalazła ojca. Wiem z jej opowiadań, że spostrzegła go w jednym z mijających już ją szeregów. Zaczęła wołać powtarzając co chwila: jesteśmy tutaj! Krysia, Basia i ojciec! Jesteśmy, Krysia, Basia i ojciec! Mój ojciec szedł dalej nie odwracając głowy. Mama pobiegła za kolumną ale wkrótce w zamieszaniu straciła go z oczu i w końcu zawróciła. Następnego ranka była znów na drodze. Szukając swego brata. Teraz wiem, że mój Ojciec doskonale wszystko słyszał i rozumiał ale bojąc się o nasze bezpieczeństwo nie reagował na wołania. Razem z innymi doszedł do Stanisławowa, gdzie wszyscy zostali umieszczeni w miejscowej szkole pod strażą kilku żołnierzy w starszym wieku. Rozdano im papierosy i trochę żywności. Rosjanie czekali prawdopodobnie na dalsze rozkazy. Ojciec poświęcając swoje oficerskie buty i skórzany neseser uzyskał praktycznie cudem przepustkę na trzy godziny tłumacząc, że ma rodzinę w okolicy.

— Z Rosjanami było to możliwe — podsumowałem.

— /…/ Stał przed szkołą rozglądając się dookoła, nie wiedząc gdzie mieszkamy. W tym momencie szedł ulicą nasz Dziadek z koszykiem cebuli. Koszyk wyleciał mu z rąk, cebule potoczyły się po ulicy… Tego dnia byłam sama w domu i stałam przy płocie. Gospodyni nie było, Krysia z Mamą poszły jak co dzień na szosę wypatrywać jej brata. Nagle zobaczyłam Dziadka idącego z kimś drogą ale patrząc pod słońce nie widziałam szczegółów. Na zegarze była punkt dwunasta. W oddali słyszałam dzwony na Anioł Pański. Trochę przestraszona uciekłam do domu. Przy płocie, tam gdzie był bruk, rano przeszły ślimaki w stronę ogrodu. W cieniu na kamieniach jeszcze dotąd błyszczały po nich wstążkowe ślady. Zawsze je omijałam, bo wydawało mi się, że po nich wracają do nas z powrotem w nocy. Tym razem biegnąc zapomniałam je ominąć. Pierwszy raz … W domu było bardzo gorąco i strasznie cicho. Wszyscy wyszli rano i wydawało się, że cały dom przysnął na tym upale. Tylko w kuchni było chłodniej bo liście winogron na zewnątrz przysłaniały trochę okna. Stąd widać było płot i dalej drogę. W asparagusie na oknie brzęczały leniwie muchy. Obok stała karafka w której pływały płatki lilii. Zawsze koło południa kiedy świeciło słońce przez szyby patrzyłam jak w szkle zapalają się błyszczące światełka. Ta karafka z płatkami zawsze przypominała mi nasz stary dom u Babci. Obiecałam sobie, że tak ma być, że to kawałek naszego domu. Patrzyłam na karafkę i natychmiast przestawałam tęsknić. Za oknem widziałam przez liście Dziadka, który prowadził kogoś na werandę. Nagle, myślałam, że to sen… Dziadek szedł z moim Ojcem… Bicie dzwonów i mojego serca… Ojciec miał na sobie mundur i jasne błyszczące buty i dlatego był taki piękny jak sen. Zamarłam z radości.

— Piękne spotkanie. Tato pozostał z wami czy wrócił?

— Ojciec wrócił do szkoły po trzech godzinach. Nie zastał już nikogo. Nikogo … Zastał ciszę. Wyszedł na ulicę i spotkał mężczyznę w cywilnym ubraniu z karabinem na sznurku. Panie kapitanie — powiedział mężczyzna — jak pan znalazłeś rodzinę, uciekaj pan, bo pana kolegów już tu nie ma. Idź pan do fryzjera jak ściemni się wieczorem. Ojciec wrócił do szkoły i ukrył się na piętrze pod parapetem okna. Spędził tam noc i następny dzień. W końcu następnego dnia pod wieczór zdecydował się opuścić to miejsce. U fryzjera paliło się jeszcze światło. Ojciec wszedł do środka i zaczął opowiadać co się stało. Fryzjer natychmiast posadził Ojca na fotel, narzucił mu gumowy kitel i zaczął go golić. Po skończeniu polecił Ojcu udać się na trzecie piętro. Tam mieszka poseł Ziemi stanisławowskiej — powiedział — on będzie wiedział, co z panem zrobić.

— Łańcuszek dobrych ludzi…

— Poseł od razu oznajmił Ojcu, że po mieście rozlepiono drukowane na starym papierze ogłoszenie z jego zdjęciem. W tekście wyznaczono nagrodę 2000 rubli za jego schwytanie lub wskazanie miejsca pobytu. Pozostał w mieszkaniu posła do później nocy i został przebrany w kolejarski mundur oraz za duże brązowe buty z wytłoczonym wzorkiem. W końcu poseł dorzucił mu czerwona wstążkę do klapy munduru. Nasza sytuacja stawała się coraz gorsza. Dochodziły do nas wieści, że Ukraińcy mordują Polaków. Ustalono nocne dyżury i mężczyźni czuwali z siekierami w ręku. Była ciemna noc, jak usłyszeliśmy walenie w drzwi. Mężczyźni poderwali się do obrony, a kobiety z nami do modlitwy. Słychać było szamotanie, a potem rozmowy. Nagle wszedł Ojciec w towarzystwie dwóch kolejarzy. Nie do poznania — krzyknęła Mama. — Wyglądasz jak bolszewik!

— Odnalazł was i wrócił…

— Nie mogliśmy już dłużej zostać w Uhornikach. Pewnego dnia przyszedł do Mamy syn jej koleżanki ze szkoły, która była modystką i miała sklep z kapeluszami. — Nie wiem, czy pani wie — zapytał — ale za pani męża dają 2 000 rubli… Mama odparła: — No to może sobie pan zarobić…

— Należało się wyprowadzić…

— Nocą zapakowano nas na wóz i wywieziono jedenaście kilometrów dalej do Urynia. Wisia Stolarska miała ze sobą druki i ręczną dziecinną drukarkę. Zrobiła Ojcu dowód na obce nazwisko i dzięki temu, Ojciec zaczął na wsi pracować jako weterynarz. Bardzo go lubiano. Za leczenie zamiast pieniędzy brał tylko żywność. Dziadek, który był kolejarzem, nie był podejrzany. Często jeździł do Stanisławowa i dopytywał się, jak można wrócić do Polski? Pamiętam, jak rodzice nas dwa razy zabrali na wiadukt kolejowy w Stanisławowie. Z tego miejsca widać było na dole szeregi wagonów bydlęcych do których rosyjscy żołnierze ładowali brutalnie polskich oficerów. W ogólnym zamieszaniu słychać było rosyjskie okrzyki „bystre, bystre…”. Oficerowie byli kopani i wpychani kolanami po czym zasuwano ciężkie drzwi. Patrzcie i zapamiętajcie — powiedział Ojciec — jak Rosjanie traktują polskich oficerów. Zobaczyłam młodą, bardzo grubą kobietę, która trzymała pod pachą małą paczkę. Uklękła przed Rosjaninem i prawdopodobnie prosiła go o podanie tej paczki do wagonu. Żołnierz odwrócił się, spuścił z ramienia karabin, odwrócił i uderzył ją kolbą. Patrzyłam, jak z jej głowy wycieka białawy płyn… Mama szybko zasłoniła mi oczy. W końcu Dziadek dowiedział się, że przy stacji powstało biuro, gdzie są wydawane przepustki do Polski. Od razu utworzyła się długa kolejka, która ciągnęła się wzdłuż kilku ulic. Stały tam całe rodziny z resztką dobytku. Po kilku dniach Mama postanowiła dostać się do biura i dowiedzieć się jak wygląda sprawa przepustek. W środku pracował urzędnik żydowskiego pochodzenia, przypadkowo z Nowego Sącza, który od razu ją rozpoznał. _ Co pani tu robi? — zapytał. — Dlaczego pan się pyta — odpowiedziała zaskoczona Mama. — Bo ja pamiętam panią z Nowego Sącza — odpowiedział urzędnik. Dzięki temu szczęśliwemu przypadkowi dostaliśmy przepustki. Po powrocie do kolejki rodzice zastanawiali się jak z niej wyjść nie budząc podejrzenia innych. Wreszcie Ojciec wpadł na pomysł i zawołał: — Dzieci! Dziewczynki! Znalazłem Ciocię! Ona tu mieszka niedaleko. Pójdę ją zobaczyć i zaraz po was wrócę. Wyszedł z kolejki i poszedł w stronę dworca. Na torach stały składy pustych pociągów. Dookoła nie było nikogo. Idąc peronem spostrzegł kolejarza z młotkiem na długim trzonku, który zbliżał się w jego stronę. Prawie się minęli, kiedy kolejarz zatrzymał się nagle przed Ojcem. — Panie kapitanie, co pan tu robi? — zapytał zaskoczony. Ojciec rozpoznał Budnika, któremu kiedyś zostawił krowy dla chorych córek. — Niech pana Bóg błogosławi — powtarzał w kółko kolejarz. — Córki wyzdrowiały, a krowy uratowały nas od głodu. Niech pana Bóg błogosławi… W końcu Ojciec zwrócił uwagę kolejarza na stojące wagony opisując historie przepustek. — Mój Boże — powiedział szeptem kolejarz — przecież to stoi ostatni transport do Polski. Ja mam tylko sprawdzić koła i on pojedzie. — Panie kapitanie, niech pan się spieszy. Zobaczyliśmy Ojca jak biegnie wymachując rękami. Dzieci szybko, ciocia się znalazła! Wrzeszczał. Pod światło nie widzieliśmy jego twarzy. Najpierw trzeba było spokojnie wyjść z kolejki i dopiero kiedy już nikt nas nie widział zaczęliśmy biec w stronę dworca. W momencie kiedy dobiegliśmy do ostatniego wagonu pociąg zaczął powoli ruszać. Wracaliśmy do Polski. Podobno wszystkie następne pociągi jechały na wschód do Rosji.

— Ogrom szczęścia i zadziwiające zbiegi okoliczności… — wtrąciłem.

— W każdym wagonie stał piecyk na węgiel. Tak dojechaliśmy do Przemyśla. Został nam jeszcze do przejścia most na Bugu. Trzeba było mieć znów przepustki. Do połowy mostu stali Rosjanie, a na drugiej połowie Niemcy. Jeszcze raz zaczęły się kolejki. Pewnego dnia Rodzice poszli razem i po powrocie oznajmili nam, że wreszcie będziemy mogli przechodzić przez granice. W tym czasie ukradziono nam nasze rzeczy. Mama bardzo żałowała koców, kołder i ubrań. — Nieważne — powiedziała — w końcu wracamy do Polski, już przepuszczają.

Weszliśmy na most i ja od razu upadłam na szyny. Podniósł mnie żołnierz rosyjski i zaniósł na rękach do połowy mostu po czym podał mnie żołnierzowi niemieckiemu. Ten niósł mnie jak paczkę pod pachą i postawił na końcu mostu. To była Polska. W tym czasie Ojciec był ciągle po stronie rosyjskiej. Teraz zaczął się zmagać ze strasznymi myślami. Miał przy sobie dokumenty historyczne i rodowe w tym oryginalna mapę bitwy z Rosjanami po drugim powstaniu. Przechodzenie granicy z tymi papierami było ryzykowne i zbyt niebezpieczne. Pamiętam tę mapę, wielka i na twardym papierze, poskładana na cztery części. Lubiliśmy nja oglądać bo wyrysowane na niej były domki, drzewa, ulice i tabory konne z armatkami. Przy magazynach widać było maleńkie bochenki chleba. W miejscu bitwy namalowane były wały i grupy żołnierzy z kolorowymi strzałkami i poprawkami. Ojciec często nam to opowiadał ze wspomnień jego wujków, którzy byli przyjaciółmi Langiewicza — przywódcy powstania. Teraz musiał się zdecydować wszystko spalić. Ukryty pod wałem palił i płakał. Spalił uratowane dokumenty z Moskwy. Spalił przepustki z podpisem Trockiego. Spalił dokumenty szlacheckie i oryginał odezwy Langiewicza. Ja już byłam w Polsce, a jego jeszcze nie było i nie było. Zeszliśmy z mostu po stronie niemieckiej i pamiętam jakieś miłe panie od których dostaliśmy gorącą zupę z dużego kotła. — Ale raj — powiedziała Mama — dobrzy ludzie. — Tutaj zupa, tam herbata. Istny cud. Potem znów wsiedliśmy w towarowy pociąg w dalszą drogę (już razem z Ojcem). Dotarliśmy do Nowego Sącza w wieczór wigilijny. Prószył śnieg. W hallu dworca palił się żyrandol, było ciepło i cicho. Szliśmy pustymi ulicami przez miasto. Najpierw do plant, potem koło pomnika na skos przez park i w końcu przy kościele skręciliśmy w boczną uliczkę, która kończyła się na skarpie. W dole słychać było szum rzeki, a za nią rozciągała się dzielnica Piekło. Z rynku przez most schodziła do Piekła długa ulica Lwowska. Szła prosto do Lwowa przez Ptaszkową, Grybów, Przemyśli i … most na Bugu. Doszliśmy do domu dziadków. Na ulicy było pusto i cicho, tylko rzeka szumiała w oddali. Staliśmy przed furtką na podwórko, ale nikt z nas nie zrobił kroku naprzód. Nagle ogarnął nas strach. W oknach nie było świateł. Ojciec zaczął zbierać kamyki i rzucać nimi w dom. Powoli na piętrze otworzyło się okno i zobaczyliśmy Babcię. — Dzieci! To wy! Wróciliście?!

— Ogrom szczęścia. Cała rodzina w komplecie.

— Pewnego dnia Ojciec spotkał swoich dwóch znajomych lekarzy weterynarii z oddziału: Mücka i Stubera. Nie rozmawiali na temat wspólnie przeżytych tragicznych dni i Ojciec się ich nie pytał, jak udało im się powrócić. Nie spotkali się więcej.

W Korpusach Polskich w Rosji

W marcu 1917 r. po upadku władzy carskiej w Rosji powołano 3 Polskie Korpusy Wschodnie.

I KORPUS WSCHODNI — powstał 24 lipca 1917 r. Dowódcą był gen. por. Józef Dowbor-Muśnicki. Żołnierze I Korpusu nazywani są Dowborczykami. Walczyli z władzą bolszewicką z Gwardią Czerwoną — podkreślić należy np. zdobycie twierdzy Bobrujsk. 21 maja 1918 Korpus został rozbrojony przez Niemców.

W I Korpusie Polskim służyli następujący lekarze wet.:

1. Wilczyński Jan — Naczelny Lekarz Wet. Korpusu

2. Adamowicz Czesław — młodszy lek. wet. taboru 2 Dyw. Strzelców

3. Chudziak Józef — młodszy lek. wet. baterii rezerwowej

4. Cieśliński Wiktor — Główny Szpital Wet.

5. Czarnocki Olgierd — młodszy lek. wet. taboru aprowizacyjnego

6. Czarnocki Zygmunt — młodszy lek. wet. 3 Dyw. Strzelców

7. Czempiński Bolesław — starszy. lek. wet. Głównego Szpitala Wet.

8. Filipowicz Wacław — starszy lek. wet. 1 Brygady artylerii

9. Filipowicz Zygmunt — 2 Brygada artylerii

10. Gano Wiktor — starszy lek. wet. taboru aprowizacyjnego

11. Grudzień Stanisław — młodszy lek. wet. 1 Pułku Ułanów

12. Hofman Władysław — naczelny lek. wet. dywizji ułańskiej

13. Hołyński Wiktor — młodszy lek. wet. 2 Brygady artylerii

14. Hulewicz Roman — młodszy lek. wet. 2 Pułku Ułanów

15. Kiełkiewicz Mieczysław — starszy lek. wet. możdż. dyonu artylerii

16. Kornaszewski Jan — starszy lek. wet. 1 Pułku Ułanów

17. Kowalewski Bolesław — starszy lek. wet. 3 Brygady artylerii

18. Kruszyński Eugeniusz — starszy lek. wet. pułku inżynieryjnego

19. Łukaszewicz Michał — starszy lek. wet. 3 Pułku Ułanów

20. Mackiewicz Józef — młodszy lek. wet. przy Zarządzie Nacz. Lek. Wet.

21. Millak Konrad St. — lek. wet. przy Zarządzie Nacz. Lek. Wet.

22. Mroczek Jan — lek. wet.

23. Niemczynowicz Zygmunt — młodszy lek. wet. taboru 2 Dywizji Strzelców

24. Orlikowski Czesław — młodszy lek. wet. 1 Brygady artylerii

25. Próchnicki Tadeusz — pułk inżynieryjny

26. Radzikowski Franciszek — starszy lek. wet. sztabu 1 Dywizji Strzelców

27. Różański Eugeniusz — młodszy lek. wet. taboru 3 Dywizji Strzelców

28. Skoczyński Hipolit — starszy lek. wet. 2 Brygady artylerii

29. Szmurło Jerzy — starszy lek. wet. dyonu artylerii konnej

30. Terlikowski Stanisław — młodszy lek. wet. 1 Brygady artylerii

31. Urbański Jan — młodszy lek. wet. Głównego Szpitala Wet.

32. Wakuła Adam — starszy lek. wet. ciężkiego dyonu artylerii

33. Ziemecki Albin — młodszy lek. wet. taboru 1 Dywizji Strzelców


Kilka wybranych biogramów:

Słowniku Konrada Millaka natrafiłem na biogramy trzech lekarzy weterynarii — Czarnocki Olgierd, Czarnocki Witold i Czarnocki Zygmunt, którzy okazali się braćmi. Już ten sam fakt był dla mnie niezwykle interesujący a to co dodatkowo udało się znaleźć jeszcze bardziej podgrzewało ciekawość.


OLGIERD CZARNOCKI

Urodził się 2 marca 1892 r. na Litwie. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1914 r. w Dorpacie (uczelnia rosyjska). Dalszy opis biogramu cytując wspomniany „Słownik”: „Odbył kampanię pierwszej wojny światowej w wojsku rosyjskim (1914—1917), po czym przeszedł do I Korpusu Polskiego jako młodszy lekarz wet. Taboru Aprowizacyjnego Korpusu (1917—1918); po rozbrojeniu Korpusu wrócił do kraju i służył w W. P. jako porucznik lekarz wet. (1918—1921). Po przejściu do rezerwy pracował jako powiatowy lekarz weterynarii w Ostrowcu (1923), a następnie jako miejski — w Krankach pow. grodzieński (1931). Zmarł przed drugą wojna światową (1938?)”.

Olgierd Michał Czarnocki w „Lista starszeństwa oficerów rezerwy weterynaryjnych” mianowany na stopień kapitana poz. 98 ze starszeństwa z dniem 1 czerwca 1919 r. P.K.U. Inowrocław.


WITOLD CZARNOCKI

Urodził się 25 lipca 1893 r. na Litwie. Dalszy opis ze „Słownika”: ”(brat Olgierda), studiował weterynarie w Dorpacie, uzyskał dyplom lekarza wet. w Nowoczerkasku w 1919. Pracował jako lekarz wet. wolnopraktykujący w Wołkowysku (1923), samorządowy — w Brzostowicy Wielkiej w pow. grodzieńskiego (1931—1939). Zmarł podczas okupacji hitlerowskiej (1942?)”.


ZYGMUNT CZARNOCKI

Urodził się 16 sierpnia 1894 r. na Litwie. Dalszy opis również ze „Słownika”: „(brat Olgierda), uzyskał w 1917 dyplom lekarza wet. w Dorpacie. Służył w wojsku rosyjskim podczas pierwszej wojny światowej, a następnie w W. P. Po przejściu do rezerwy pracował jako lekarz wet. samorządowy w Sochaczewie (1923), powiatowy w Słupcy (1931) i we Wrześni (1939). Zmarł w czasie okupacji hitlerowskiej (1942?)”.

Grzegorz Jakubik o Zygmuncie Czarnockim napisał: „Służył jako młodszy lek. wet. 3 Dywizji Strzelców I Korpusu Polskiego. Mianowany podporucznikiem 8. 11. 1918, przydzielony został do zapasu końskiego nr 1. W stopniu porucznika przeniesiony został w 1919 z Zapasu Koni nr 1 do 10 pułku ułanów. Służył tam jeszcze w 1921. W okresie międzywojennym pracował jako samorządowy lek. wet. w Sochaczewie (1923), powiatowy lek. wet. w Słupcy (1931) i państwowy lek. wet. we Wrześni (1939)”.

W przedstawionych biogramach zastanawia fakt., że cała trójka zmarła w bardzo bliskim przedziale czasowym — 1938—1942. Co prawda płk Konrad Millak daty te opatrzył znakiem zapytania nie mając przekonania co do ich prawdziwości.

Rodzicami trójki braci lekarzy weterynarii byli Czesław i Zofia (1870) Czarnoccy. Zofia Czarnocka została zesłana 28 lutego 1940 r. do Archangielskiej obł., do Małyje Izby i w 1941 r. do Pineżski rej., poczta Uść-Pinega, Dom Inwalidów.

Zygmunt Czarnocki był porucznikiem Wojska Polskiego w 1919 r. przydzielony do 10 Pułku Ułanów Litewskich. Uczestniczył z tym Pułkiem w wojnie 1920 r.

Po II wojnie światowej powrócił do Wrześni i zamieszkał przy ul. Lenina 36. Znak zapytania postawiony przy dacie śmierci (1942?) przez płk K. Millaka okazał się słusznie postawiony. Konrad Millak w „Kwiatach dla Anny. Wspomnienia Konrada Millaka Warszawa — Dorpat — Kresy 1886 — 1920” wspomina: „Wiosna w 1918 roku była wczesna. Już w marcu zazieleniły się drzewa. Przyszła Wielkanoc. Urządziliśmy z Anką nawet małe przyjęcie. Miałem w Korpusie kilku bliskich kolegów. Było trochę konfratów dorpackich. Był Józef Mackiewicz, Roman Rulewicz, Olgierd i Zygmunt Czarnoccy, Zygmunt Filipowicz, Jerzy Szmurło”.

Trzeci z braci, Witold Czarnocki, w „Lista starszeństwa oficerów rezerwy weterynaryjnych” mianowany na stopień porucznika poz. 72 ze starszeństwa z dniem 1 czerwca 1919 r. P.K.U. Grodno. Również nie zmarł podczas okupacji hitlerowskiej, gdyż dowiadujemy się o jego pobycie w obozie jenieckim. Informacje te zawarte są w kartotekach Indeksu Represjonowanych.

Kapitan rez. lekarz weterynarii Witold Czarnocki został internowany na Litwie 19 września 1939 r. w Mejszagoła. Litwa natomiast została anektowana (jako republika sowiecka) przez ZSRR w czerwcu 1940 r.

Witold Czarnocki 13 lipca 1940 r. został przetransportowany do obozu jenieckiego w Kozielsku (Rosyjska FSRR). Było to już po wymordowaniu polskich oficerów w Katyniu. „Mord katyński nie dotknął wszystkich polskich jeńców wojennych osadzonych w obozach w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie. Niewielką ich część, niespełna 400, która uniknęła zagłady, umieszczono najpierw na krótko w Pawliszczew Borze, a następnie w obozie griazowieckim. W grupie tej znalazło się pięciu lekarzy weterynarii (6 lekarzem wet., któremu proponowano pójście na współpracę był Alojzy Bąk ze Starobielska, odmówił i został zamordowany w Charkowie) — z Kozielska: M. Kawa, H. Zinn, Ch. Zyntak i ze Starobielska: D. Ozimkiewicz i Zb. Kapturkiewicz.

Natomiast zupełnie odmienne przesłanki sprawiły, że ocalało także ok. 5 tys. wojskowych polskich zagarniętych latem 1940 r. przez NKWD z obozów internowania na Litwie i Łotwie. Po klęsce Francji i wobec nieuchronności konfliktu ZSRR z III Rzeszą zmienił się bowiem kurs polityki Stalina wobec Polaków” — pisze Stanisław Jaczyński i dalej na stronie: „22 czerwca 1941 r., w dzień rozpoczęcia wojny niemiecko-radzieckiej, Beria zadecydował o innym niż dotychczas rozmieszczeniu polskich jeńców wojennych. Zgodnie z tą decyzją przeszło 900 oficerów zostało przeniesionych z obozu kozielskiego do Griazowca”.

Witold Czarnocki kapitan rez. ur. 1893 r. s. Czesława znajduje się pod poz. 216 na „Liście jeńców kampanii wrześniowej 1939 umieszczonych w obozie w Griazowcu reklamowanych z obozów w Starobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie. Umieszczone w tym obozie osoby w przeważającej większości oficerowie, bardzo często wyżsi rangą — stali się zaczynem Armii Andersa” — www.raportnowaka.pl. Po roku pobytu w Kozielsku przeniesiony został 2 lipca 1941 r. właśnie do Griazowca i 3 września 1941 r. udał się do Tatiszczewo, czyli do tworzącego się w ZSRR Wojska Polskiego do Armii Andersa.

W obowiązkowym spisie po wojnie w Zestawieniu lekarzy weterynarii widnieje jako nie zarejestrowany. To znaczy, że nie wrócił po wojnie do Polski.


JERZY SZMURŁO

Fot. J. Szmurło — fot. www.zspbierutow.pl [dostęp 10.12.2016]

Urodził się 23 kwietnia 1884 r. w Kamieńcu Litewskim w pow. brzeskim, s. Kaliksta. Ukończył szkołę rolniczą w Moskwie i zapisał się na studia weterynaryjne do Instytutu Weterynarii w Dorpacie (Tartu), który ukończył w 1914 r. Podczas studiów aktywnie uczestniczył w życiu studenckim. Należał do Stowarzyszenia Polaków i Litwinów — Korporacji Venedya. Uczestniczył w I wojnie światowej, jako starszy lekarz weterynarii w dywizjonie artylerii konnej w wojsku rosyjskim. Następnie w Wojsku Polskim w Korpusie Polskim gen. Dowbor-Muśnickiego. W 1919 r. w składzie delegacji Rządu Polskiego do Francji i USA celem zakupu koni do powstającej kawalerii.

Dalsze losy lekarza weterynarii Jerzego Szmurło chciałbym przedstawić cytując obszerne fragmentu artykułu „Dzieje szkoły rolniczej w Bierutowie” (nie podano nazwiska autora):

Po powrocie służył w artylerii konnej do 1921 r., biorąc udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po zdemobilizowaniu, od 1921 do 1939 r. prowadził gospodarstwo w Klepaczach i praktykę weterynaryjną.

Fot. J. Szmurło na koniu — fot. ze str. U. Rusik-Rosińska, www.smz.eu [dostęp 10.12.2016]

W 1939 r. brał udział w kampanii wrześniowej w Samodzielnej Grupie Operacyjnej „Polesie” gen. Franciszka Kleberga, do chwili kapitulacji w bitwie pod Kockiem. W okresie okupacji (1939—1944) pracował jako weterynarz w Józefowie nad Wisłą. Od 1944 r. wstąpił ochotniczo do II Armii WP dowodzonej przez gen. Karola Świerczewskiego, jako szef służb weterynaryjnych w IV Brygadzie Saperów. W walkach 1944—45 był ranny i dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Pod koniec marca 1945 r. cztery szwadrony IV Brygady Saperów pod dowództwem ppłk. Jerzego Szmurło przybyły do Bierutowa. Żołnierzy zakwaterowano w Posadowicach, na Karwińcu i w mieście (sztab mieścił się w budynku przy Młynówce, po byłym magazynie leków).

We wstępie do kroniki szkolnej dyr. Szmurło napisał: „Po zdemobilizowaniu się z wojska polskiego i osiedleniu się z rodziną na Ziemiach Odzyskanych w pow. Oleśnica czułem się w obowiązku poświęcić swoją pracę szkolnictwu, które w czasie okupacji tak silnie upadło, młodzież szkolna nie mając możności uczyć się i znajdując się w krytycznych materialnych warunkach musiała zająć się przeważnie handlem, co było dla niej zajęciem nie odpowiednim, a nawet dumie ubliżającym. Rolnictwo w Polsce również po wojnie znalazło się w opłakanym stanie. Mając kwalifikacje naukowe rolnicze postanowiłem przyczynić się do utworzenia uczelni rolniczej, uważając, że za pomocą szkolnictwa możemy podnieść kulturę rolną”. Gdy tylko zaistniała możliwość zrealizowania swoich dawnych marzeń, rzucił się z całą energią w wir pracy organizacyjnej. Z Sudetów przywiózł krowy i buhaje, z darów UNRR-y dostał konie i uprząż. Oprócz stanowiska dyrektora szkoły, pełnił funkcję kierownika lecznicy weterynaryjnej oraz prowadził własne gospodarstwo rolne. Jak wynika ze wspomnień, ten sześćdziesięcioletni pułkownik, weterynarz i dyrektor szkoły często wyjeżdżał na wieś konno lub rowerem, aby leczyć zwierzęta, ale i doradzać, jak dobrze uprawiać rolę, a słuchano go chętnie, bo własne gospodarstwo prowadził wzorowo.

Od 1949 r. władze komunistyczne zaczęły na siłę budować gospodarkę socjalistyczną na wsi. Dążono do zmiany psychiki chłopa, przekonania go, że gospodarka kolektywna jest lepsza niż własne, rodzinne. Tworzono ekipy agitatorów na czele z prokuratorem powiatowym, funkcjonariuszami UB i pracownikami politycznymi POM, które używając różnych sposobów zastraszania, zrzeszały zniechęconych i zmęczonych terrorem rolników w spółdzielnie produkcyjne. Do tych akcji zmuszano też nauczycieli oraz młodzież klas wyższych. Dyrektor J. Szmurło nie wyraził na to zgody, za co wrocławskie władze komunistyczne usunęły tak zasłużonego pedagoga i dyrektora ze szkoły. W nowym systemie sanacyjny oficer nie mógł robić kariery, tym bardziej, że potrafił zawsze uczciwie patrzeć na życie. Ze wspomnień córki dyrektora Szmurły — pani Zofii Kowalczyk dowiadujemy się, że pierwszy raz naraził się władzom, gdy skrytykował wywóz bierutowskiej cukrowni przez Rosjan. Wtedy po raz pierwszy zagrożono Mu „białymi niedźwiedziami”, bo oficjalna wersja brzmiała, że cukrownia została zniszczona podczas wojny. Później, cała szkoła pod jego kierownictwem, z biało-czerwonymi flagami poszła do kościoła na mszę z okazji święta 3 maja. To znów skrytykował zagrożenie nową wojną, w związku z sytuacją w Korei. 22.10.1949 r. został aresztowany za tzw. „szeptaną propagandę”. Przesiedział 6 tygodni w piwnicy UB w Oleśnicy, z małymi, zakratowanymi oknami, bez szyb, bez pryczy, nie było nawet materaca. Więźniowie leżeli bezpośrednio na cementowej podłodze. Jak pisze córka „miał szczęście, że go nie torturowano jak innych, którym łamano palce w drzwiach. Każda noc była pełna koszmarnych jęków. Gdy doszło do rozprawy zobaczyliśmy go na sali sądowej skulonego, wyglądającego chyba o 10 lat starszym. Padł wyrok — 3 lata. Gdy spojrzałam na ojca, byłam pewna, że tych trzech lat nie przeżyje. A jakie były jego winy? Sanacyjny oficer, kułak, ma 16 baranów i kilka koni — krzyczał wielkim głosem prokurator”. Przesłuchano ok. 40 świadków z okolic Bierutowa, aby wykazać nadużycia w szkole, lecznicy, a nawet szukano współpracy z Niemcami z okresu okupacji. Nic nie znaleziono, nikt nie chciał zeznawać przeciw tak wielkiej postaci. I znów słowa córki: „Obok ojca sądzono jeszcze dwóch „wrogów” Polski Ludowej: jakiegoś dowcipnisia, który napisał wiersz humorystyczny o Stalinie oraz człowieka, który nie chciał oddać zboża. Wszyscy trzej otrzymali ten sam wyrok. Udzielono im w końcu głosu, tzw. ostatniego słowa. Tamci dwaj płacząc prosili o litość nad rodziną i dziećmi. Tata wstał, wyprostował się jakby nie był w więziennym ubraniu, ale w mundurze pułkownika i powiedział głośno: „Gdy była wojna walczyłem o Polskę ze wszystkich sił, gdy nastał pokój, znów wszystkie siły oddałem na jej odbudowę i życzę wszystkim tu obecnym, aby tak samo jak ja zasłużyli się Ojczyźnie”. Na sali powstał szum, otrzymał ojciec wielkie brawa, a ubowcy zaczęli wszystkich uciszać i wypraszać z sali. Sąd apelacyjny zmniejszył wyrok do 1,5 roku, ale w więzieniu we Wrocławiu zachorował na serce i lekarz orzekł, że dalszy pobyt w więzieniu zagraża jego życiu. Otrzymał przerwę w siedzeniu na trzy miesiące. Do celi już nie wrócił — objęła go amnestia. W więzieniu przesiedział 8 miesięcy. Dopiero po 1956 r. wyrok z 1950 r. został uznany za niesłuszny, a dyr. Szmurło zrehabilitowany, a nawet otrzymał odszkodowanie za straty zdrowotne, moralne i materialne w wysokości 17.000 zł. Do końca życia, pomimo choroby serca, prowadził prywatną praktykę weterynaryjną i pracował na swoim gospodarstwie w Bukowiu. W wolnych chwilach polował lub grał z przyjaciółmi w brydża.

Zmarł 7.04.1963 r.

Potwierdzając i doceniając wielkość swojego dyrektora i profesora, absolwenci na spotkaniu z okazji 45-lecia szkoły 11.05.1991 r. ufundowali tablicę pamiątkową, na której widnieje napis: „DYREKTOROWI DR JERZEMU SZMURLE W 45 LECIE SZKOŁY ROLNICZEJ. ABSOLWENCI BIERUTÓW 9 MAJA 1991 r.”.

Na stronie internetowej Stowarzyszenia Miłośników Ziemi Bierutowskiej (www.smzb.eu) znalazłem fragment pracy magisterskiej Urszuli Rosik-Rosińskiej „Jerzy Szmurło — twórca bierutowskiego Gimnazjum Rolniczego w Bierutowie”. Artykuł zatytułowany: Ppłk dr Jerzy Szmurło — zasłużony i skrzywdzony. I z tego artykułu pozwalam sobie na zacytowanie kilku zdań: „Czas ucieka, „pamięć ludzka jest ulotna i zawodna”. Wśród nas żyli i żyją ludzie, którzy walką i pracą zasłużyli się dla nas i środowiska. Jednym z zasłużonych dla oświaty rolniczej, uczestnik obu wojen światowych, prześladowany i więziony przez komunistyczną władzę, twórca bierutowskiej szkoły rolniczej, lekarz weterynarii — Jerzy Szmurło. Ściślej: ppłk dr Jerzy Szmurło. (…) Ojciec Jerzego — Kalikst i jego dwaj bracia wywodzili się ze szlachty zaściankowej. Aktywnie uczestniczyli w Powstaniu Styczniowym 1863 r. Przepłacili to zsyłką w głąb Rosji. (…) W domu Szmurłów panowała atmosfera patriotyzmu, kultu oręża polskiego, umiłowania wolności i chęć zdobywania wiedzy. (…) Jego bracia nie przeżyli wojny. Zostali zamordowani przez Sowietów. Jeden z nich zginął w Katyniu. W lipcu 1944 r. został zmobilizowany do II Armii Wojska Polskiego, gdzie w 4 Brygadzie był szefem służby weterynaryjnej. Pod Dreznem został ranny (…). Zrehabilitowany w 1956 r. Zmarł 7 kwietnia 1963 r. i pochowany jest na cmentarzu w Wabienicach”.

Kolejny przedstawiciel profesji lekarzy weterynarii niebywale prawy, niebywale oddany Polsce a zarazem skromny, pracowity i szlachetny. Niepowtarzalny.


ALBIN K. ZIEMECKI

Oficer zawodowy. Dodatkowo studiował malarstwo. W 1913 r. wystawiał swoje prace w Zachęcie w Warszawie. Znany kolekcjoner dzieł sztuki i broni. Mieszkał w Poznaniu. W swoich cennych zbiorach posiadał pistolety Aleksnadra Puszkina pochodzące ze śmiertelnego pojedynku w 1837 r. z Georgiem DʼAnthesem. Szerszy opis poszukiwań tych pistoletów przez Rosjan w „NN-Nieznani Niepowtarzalni”. Ciąg dalszy pistoletów Puszkina prezentuję w Utrwalonych skrawkach życia: „Okazało się, że podczas remontu Willi Podgórskich (w Warszawie) pod dachówką na strychu znaleziono ukryte pudło z… pistoletami Puszkina. Pani Katarzyna Piskorska przechowuje pistolety Puszkina w depozycie bankowym, jako „jedną z najcenniejszych rodzinnych relikwii”.

Major lekarz wet. Albin K. Ziemecki podczas walk obronnych 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, został osadzony w obozie w Kozielsku i zamordowany w Katyniu w 1940 r.


ALBIN KAZIMIERZ ZIEMECKI

Fot. A. Ziemecki — zgoda na przedruk ROPWi M z Katyń. Księga Cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego, Warszawa 2000

Urodził się 1 marca 1890 r. w Warszawie, s. Piotra i Marii z Kuczmierowskich. Absolwent Instytutu Weterynaryjnego w Warszawie. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał 7 czerwca 1914 r. Oficer zawodowy. Oficer w wojsku rosyjskim w I wojnie światowej. W 1917 r. pełnił funkcję młodszego lekarza weterynarii taboru I Dywizji Strzelców I Korpusu. W 1918 r. pracował jako starszy asystent w Zakładzie Anatomii Zwierząt Domowych na Wydziale Weterynaryjnym UW.

Po 1918 r. w wojsku w Wielkopolsce. W latach 1918–1921 kapitan WP, lekarz weterynarii. Następnie w 15 Pułku Ułanów Wojska Polskiego w formacjach liniowych. Major WP — mianowany 1 stycznia 1927 r. Żonaty.

Osadzony w obozie w Kozielsku. Na liście wywózkowej NKWD z 9 kwietnia 1940 r. — N 452/28. Zamordowany w Katyniu w kwietniu 1940 r. Podczas ekshumacji zwłok w 1943 r. w Katyniu w spisie Amtliches Material zum Massenmord von KATYN, Berlin 1943, podano nazwisko — Sieniecki Albin. Przy zwłokach znaleziono część listu oraz świadectwo szczepień. Błędy w pisowni polskich nazwisk wyjaśnia A. Pamiatnych w art. „O identyfikacji nazwisk polskich oficerów rozstrzelanych w Katyniu”.


MAJOR ZIEMECKI I PISTOLETY PUSZKINA

W tym roku (2017) obchodzimy 77 rocznicę wymordowania przez Sowietów polskich oficerów w Katyniu, Charkowie, Twerze i wielu innych miejscach „nieludzkiej ziemi”. „Zbrodnia katyńska” to wymordowanie przez NKWD 21 857 jeńców wojennych, oficerów polskich. W Katyniu, Charkowie i Miednoje zamordowano 120 oficerów lekarzy weterynarii. Dodajmy jeszcze 5 lekarzy weterynarii z tzw. Ukraińskiej Listy Katyńskiej i 5 z Białoruskiej Listy Katyńskiej. Łącznie należy mówić o bestialskim zamordowaniu przez Rosjan w latach II wojny 130 lekarzy weterynarii. W ramach „rozładowania obozów” jeńców wywożono z Kozielska do Katynia od 3 kwietnia do 12 maja 1940 r. Ze Starobielska do Charkowa od 5 maja do 12 maja 1940 r. W Katyniu zamordowano 60 lekarzy weterynarii, a w Charkowie 59 i w Miednoje 1 lekarza wet.

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o lekarzu wet., do którego życiorysu dopisujemy nowe odkrywane właśnie wydarzenia. I proszę sobie wyobrazić, że w „Głosie Wielkopolskim” z 6 listopada 2009 r. ukazał się artykuł Sławomira Kmiecika zatytułowany „Szukają w Poznaniu pistoletów Puszkina”. Ponieważ temat jest interesujący pozwalam sobie ten artykuł zacytować (za zgodą autora), gdyż obawiam się, że opowiadając o nim pominę znaczące szczegóły.

„Rosjanie mają nadzieję znaleźć w Poznaniu zaginione przed laty pistolety Aleksandra Puszkina, za pomocą których poeta w 1837 roku stoczył śmiertelny pojedynek z Georgem D’Anthesem.

Dlaczego ta broń, dziś uznawana w Rosji za relikwię po narodowym wieszczu, miałaby być przechowywana lub ukryta gdzieś w stolicy Wielkopolski? Wiadomo, że Puszkin, najwybitniejszy przedstawiciel rosyjskiego romantyzmu, autor takich dzieł, jak tragedia „Borys Godunow”, czy poemat „Eugeniusz Oniegin”, nie miał żadnych związków z Poznaniem, nigdy tu nawet nie był w ciągu swojego krótkiego, 38-letniego życia.

Klucz do rozwiązania tej zagadki leży w ustaleniu losów kolekcji przedwojennego oficera z Poznania, majora Albina Ziemeckiego z 15. Pułku Ułanów Poznańskich, który był ostatnim znanym właścicielem słynnych pistoletów. Sprawa ma dodatkowy, tragiczny wymiar, bo oficer został rozstrzelany przez Rosjan w Katyniu w 1940 roku.

— Tak dramatycznie układała się historia naszych narodów — mówi konsul Jurij Rożkow skonfundowany informacją o losie poznańskiego ułana. Dyplomata z Kaliningradu nie chce jednak, aby sprawa poszukiwania broni narodowego wieszcza miała polityczny kontekst, więc woli opowiadać o najświeższych ustaleniach. Z pomocą poznańskich rusycystów i bibliotekarzy Jurij Rożkow odszukał artykuł w numerze 5 magazynu ilustrowanego „Światowid” z 1937 roku”, w którym — z okazji 100-lecia śmierci Puszkina — ogłoszono, że pistolety poety znajdują się w Polsce. Gazeta wyjaśniła, że major Albin Ziemecki z Poznania krótko przed wybuchem pierwszej wojny światowej kupił tę sławną broń od pewnego rosyjskiego oficera w Warszawie.
Była to ozdoba kolekcji i duma majora. W 1937 roku pokazał swój cenny eksponat na wystawie w Warszawie. A „Światowid” przedstawił na łamach zdjęcie i szczegółowy opis broni wyprodukowanej dla Puszkina w 1836 roku przez znaną fabrykę rusznikarską Lepage w Paryżu — tę samą, która niegdyś wytwarzała broń dla Napoleona. Oto jak przedwojenny magazyn pisał o pistoletach: „Znajdują się w efektownym pudle drewnianym, obitym metalem, z blaszką w środku wieka zdobną w inicjały A.S.P. Od wewnętrznej strony wieka, na aksamicie widnieje na skórce kwadratowej napis: <<Type crée pour Monsieur Pouchkine 1836 a. Lepage a Paris>>. W pudle jeszcze dzisiaj znajdują się odlane ołowiane kule oraz miedziane kapiszony, które były użyte w pojedynku. W jednym z narożnikowych schowków znajduje się bilet loterii dobroczynnej ze stycznia 1837 r. przygotowany do przybijania prochu”.
Dziennikarz „Światowida” dowodził, że pistolety Puszkina są „jedną z największych, aczkolwiek tragicznych pamiątek po świetnym poecie rosyjskim”.

Kim był natomiast polski ułan, z zawodu lekarz weterynarii, któremu około roku 1914 udało się pozyskać z Rosji tak cenną broń? — To był pułkowy weterynarz, bardzo lubiany i szanowany oficer — zapewnia Tadeusz Jeziorowski, dyrektor Wielkopolskiego Muzeum Wojskowego w Poznaniu, znawca dziejów 15. Pułku Ułanów Poznańskich. — Miał opinię osoby bardzo inteligentnej i nietuzinkowej. Na to wskazywały zresztą jego oryginalne zainteresowania kolekcjonerskie.

Droga życiowa majora Albina Ziemeckiego była typowa dla przedwojennego polskiego oficera, czyli znaczona patriotyzmem i służbą dla państwa. Urodził się w 1 marca 1890 roku w Warszawie. Uczęszczał do prywatnego gimnazjum humanistycznego, ale w 1904 roku za udział w strajku szkolnym został wydalony z gimnazjum. Maturę zdał jako ekstern, a po studiach w warszawskim Instytucie Weterynarii, krótko przed wybuchem I wojny światowej, uzyskał dyplom lekarza weterynarii. W lutym 1917 roku zgłosił się do Dywizji Strzelców Polskich, potem uczestniczył w walkach z bolszewikami i w czasie zdobywania Bobrujska został ranny. Uzyskał awans na rotmistrza, ale nie został w wojsku, lecz w czerwcu 1918 roku przyjął posadę w Zakładzie Anatomii Zwierząt Domowych UW.

Ciągnęło go jednak do wojska i w lipcu 1919 roku przyjechał do Poznania, gdzie objął stanowisko naczelnego lekarza weterynarii w formowanym w Biedrusku 2. Pułku Ułanów Wielkopolskich. Zorganizował tam między innymi centralny szpital dla koni oraz szkoły sanitariuszy i podkuwaczy. W 1927 roku został majorem, a dwa lata później trafił do 15. Pułku Ułanów Poznańskich. W końcu 1938 roku miał być przeniesiony z pułku na stanowisko w sztabie, ale na tym okresie urywa się dokumentacja jego służby.

— Major Ziemecki w 1939 roku został zmobilizowany, ale nie wiemy, czy poszedł na pierwszą linię frontu, czy do ośrodka zapasowego w Kraśniku — podkreśla historyk Wojciech Śmigielski ze Stowarzyszenia Katyń w Poznaniu, autor biogramów ofiar zbrodni katyńskiej. — Tym bardziej nie sposób ustalić, w jakich okolicznościach dostał się do sowieckiej niewoli.

Wiadomo, że trafił do obozu w Kozielsku, skąd do jego matki w Warszawie dotarła jedna kartka pocztowa. Wywieziono go z obozu 12 kwietnia 1940 roku, a następnego dnia zastrzelono w lesie katyńskim. Podczas ekshumacji w 1943 roku pracownicy ekspedycji PCK zidentyfikowali jego zwłoki na podstawie świadectwa szczepienia i fragmentu pisma służbowego.

Na liście ofiar widnieje pod numerem 4340. Tabliczka epitafijna na Polskim Cmentarzu Wojennym w lesie katyńskim przypomina podstawowe fakty z jego biografii. O talentach i pasji kolekcjonerskiej, rzecz jasna, nie ma tam wzmianki. Tymczasem Ziemecki studiował dodatkowo malarstwo, a w 1913 roku wystawiał nawet swoje prace w Zachęcie. Po przyjeździe do Poznania zaczął zbierać dzieła sztuki i broń.

Jeśli w 1939 roku Niemcy zajęli mieszkanie majora, to bez wątpienia zabrali jego kolekcję. A czy pistolety wcześniej mógł ukryć w Poznaniu ktoś z rodziny oficera, na przykład jego żona, Jadwiga, na co liczą Rosjanie?

— To scenariusz możliwy, ale oparty na spekulacjach — zastrzega Wojciech Śmigielski ze Stowarzyszenia Katyń. — Nie wiemy nawet, kiedy i jak pani Ziemecka trafiła z Poznania do Warszawy. Wiadomo, że była żołnierzem AK, została aresztowana i zamordowana w siedzibie gestapo przy alei Szucha. Państwo Ziemeccy byli bezdzietni. Kto więc dziś mógłby rzucić więcej światła na losy pistoletów Puszkina z kolekcji poznańskiego ułana?”.

Ponieważ w 2010 r. w książce „NN-Nieznani Niepowtarzalni opisałem historię dotyczącą lekarza weterynarii majora Albina Ziemeckiego i pistoletów Puszkina, a okazało się, że podczas remontu dachu „Willi Podgórskich” pod dachówką na strychu znalezione ukryte pudło z … pistoletami Puszkina — postanowiłem ten fragment włączyć do niniejszego artykułu. Według właścicielki willi pani Katarzyny Piskorskiej (córka Marii Podgórskiej i Tomasza Piskorskiego): „To nimi strzelał się w 1837 r. Puszkin z Georgem DʼAnthesem”. Pudło z pistoletami to niezwykły prezent, jaki Tomasz Piskorski otrzymał od hrabiego Wodzińskiego. Według L. Jampolskiego: „Pani Katarzyna Piskorska przechowuje pistolety Puszkina w depozycie bankowym, jako „jedną z najcenniejszych rodzinnych relikwii”.

Muszę dodać kolejną smutną wiadomość, że Katarzyna Podgórska-Piskorska zginęła 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie polskiego samolotu w Smoleńsku.


II KORPUS WSCHODNI — sformułowany 21 listopada 1917 r. w Besarabii w m. Soroki. Dowódcami byli: gen. S. Stankiewicz, krótko gen. W. Glass i brygadier gen. ppor. Józef Haller. W obsadzie personalnej wymienia się starszego oficera weterynarii płk. Stefana Podleskiego i korpuśnego referenta weterynaryjnego płk. Władysława Sulewskiego. II Korpus Wschodni 11 maja 1918 r. został otoczony pod Kaniowem przez wojska niemieckie i po całodziennej walce skapitulował.

Wśród odznaczonych Krzyżem Walecznych za męstwo i odwagę, wykazane w bitwie Kaniowskiej w składzie byłego II Korpusu Wschodniego w dniu 11 maja 1918 roku wymieniono wspomnianych lekarzy wet.: płk. Stefana Podleskiego i płk. Władysława Sulewskiego. W bitwie udział brali także inni lekarze weterynarii: Jan Aleksander Braun, Marian Mieszkowski i Ludwik Pasławski.

Biogramy:


STEFAN PODLESKI (wg wikipedia.pl — Stefan Podlewski)

Urodził się 24 czerwca 1863 r. na Podolu. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1889 r. w Dorpacie. Pracował w zawodzie w obwodzie kubańskim, w Astrachaniu, Płońsku. Brał czynny udział w 1905 r. w wojnie rosyjsko-japońskiej jako lekarz weterynarii 26 wojennego transportu. Był starszym oficerem weterynarii w II Korpusie Wschodnim. Odznaczony Krzyżem Walecznych za bitwę Kaniowską. W 1923 r. pracował w Toruniu jako lustrator weterynaryjny woj. pomorskiego.


WŁADYSŁAW SULEWSKI

Urodził się w 1864 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1890 r. w Warszawie. W 1891 r. był oficerem lekarzem weterynarii w 36 brygadzie artylerii, następnie uczestniczył w I wojnie światowej w 26 brygadzie art. Po przejściu na emeryturę w 1939 r. mieszkał w Grodnie. Po II wojnie światowej nie poddał się rejestracji.


JAN ALEKSANDER BRAUN

Urodził się 11 lutego 1891 r. (ten rok urodzenia znajduje się w źródłach: „Charków. Księga Cmentarna, 2003”, „Lista Katyńska i Ukraińska Lista Katyńska” oraz K. Millak natomiast Wł. Lutyński w „Liście lekarzy weterynarii jeńców…” podaje datę — 1881 r.) w Nowym Dworze, pow. warszawski, s. Bogumiła i Leokadii z Kunklów. (Doc. S. Jakubowski podaje inne miejsce urodzenia — Łódź). W 1915 r. ukończył Studium Weterynaryjne przy Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Żołnierz II Korpusu Wschodniego w 1917–1918 — uczestnik walk pod Kaniowem, w niewoli niemieckiej. Od 1918 r. w Wojsku Polskim, udział w wojnie 1918–1921 w 214 p. art., natomiast po wojnie w 1922 r. przeniesiony do rezerwy i przydzielony do Okręgowego Szpitala Koni nr 1. Kapitan rez. Wojska Polskiego. Pracował w Warszawie jako miejski lekarz weterynarii, także w rzeźni. Działacz Zrzeszenia Lekarzy Weterynarii. W 1939 r. znajdował się w ewidencji Rejonowej Komendy Uzupełnień Warszawa. W 1939 r. zmobilizowany do Modlina. Odznaczony Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi, Odznaką Kaniowską i innymi. Aresztowany przez Sowietów i przewieziony do obozu jenieckiego w Starobielsku. Zamordowany w Charkowie w 1940 r.


MARIAN MIESZKOWSKI

Urodził się w 1877 r. na Litwie. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w Dorpacie w 1903 r. W 1911 r. ukończył medycynę. Służył w armii rosyjskiej. W 1918 r. uczestniczył w bitwie pod Kaniowem jako lekarz wet. II Korpusu Polskiego. W niewoli niemieckiej. Od 1918 r. w wojsku polskim w stopniu pułkownika. Był dyrektorem Wojskowego Instytutu Serologicznego. Otrzymał Odznakę Kaniowską. Zmarł w 1953 r. w Warszawie.


LUDWIK PASŁAWSKI

Urodził się 17 września 1872 r. w Smolczyńcach, s. Wilhelma. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w Warszawie w 1898 r. Pracował w zawodzie w Dąbrowie Górniczej, Stopnicy, Kielcach. W I wojnie światowej uczestniczył w wojsku rosyjskim jako szef weterynarii Bałtyckiej Dywizji Morskiej. Był oficerem weterynaryjnym w Dowództwie Obrony Dunaju. W II Korpusie Polskim. Udział w bitwie pod Kaniowem. Internowany przez Niemców w Brześciu. Następnie w wojsku polskim. Był szefem weterynarii w stopniu pułkownika Dowództwa Okręgu Generalnego w Kielcach, następnie w Przemyślu. Zmarł w 1935 r,


III KORPUS POLSKI — nie posiadam informacji, by lekarz weterynarii służył w tej jednostce, której zadaniem była obrona majątków (dworów, pałaców, cukrowni) polskich na Ukrainie przed krwawymi napadami chłopów, band i Armii Czerwonej. Jednostki polskie zostały otoczone nocą z 9 na 10 czerwca 1918 przez przeważające siły dywizji austriackich i podpisały kapitulację.

W Legionach Polskich 1914—1918

Legiony Polskie to formacja wojskowa utworzona w 1914 r. w Galicji. Składała się dwóch legionów: Legionu Wschodniego powstałego we Lwowie. Legion ten został jednak rozwiązany zanim przystąpiono do walk ale żołnierze wraz z płk. Józefem Hallerem przeszli do Legionu Zachodniego, który powstał w Krakowie. W literaturze przedmiotu opisywana jest brawurowa akcja przeprowadzona wbrew rozkazom austriackim przez Legion Polski pod dowództwem Józefa Piłsudskiego. Zagrożony zepchnięciem przez cofające się wojska rosyjskie na terytorium Cesarstwa Niemieckiego legioniści przedarli się korytarzem pomiędzy oddziałami wojsk rosyjskich i austriackich do Krakowa. Operacja nazwana została jako Ulina Mała.

W Legionach funkcjonował Szpital Koni Legionów Polskich w Kotwicy k. Garwolina — komendantem był por. lekarz wet. Jan Ślaski. Szpital został rozwiązany przez Oddział Polska Siła Zbrojna 27 VIII 1917.

Fot. Czwórka legionowa Jan Raszka — domena publiczna — pl. wikipedia [dostęp 7.01.2021]

We wcześniejszych publikacjach biograficzno-historycznych przedstawiłem wielu lekarzy weterynarii uczestniczących w walkach niepodległościowych. Bohaterskich lekarzy weterynarii nazwałem „niepowtarzalnymi” i w formie niezwykle skróconej opowiedziałem ich losy: walczących w powstaniu listopadowym, powstaniu styczniowych, powstaniu poznańskim czy powstaniu wielkopolskim, walkach dwudziestego roku czy wojnie obronnej 1939 r.

W swoich opracowaniach opisuję losy kolegów i ich udział w walkach o wolną Polskę i staram się utrwalić w papierowej pamięci nazwiska tych, którzy oddali swoje życie byśmy mogli żyć w wolnym i bezpiecznym kraju. Dzisiaj mogę skonstatować, że praktycznie w niewielkim stopniu opisałem udział lekarzy weterynarii w walkach Legionów Polskich. Na początku XX wieku jeszcze przed uzyskaniem niepodległości polscy lekarze weterynarii służyli w licznych armiach zaborczych. 30 lekarzy weterynarii (w tym osoby, co studia weterynaryjne ukończyli po zakończonych walkach) służyło właśnie w Legionach Polskich, było to w latach 1914—1915. Lekarze weterynaryjni pełnili różne funkcje np. szefa weterynaryjnego Brygady w plutonie taborowym dowództwa Brygady, w pułku artylerii czy pułku kawalerii. Dr Wojciech Lietz napisał: „W II i III Brygadzie Legionów już we wrześniu 1914 roku (13 IX 1914 r.) przy Komendzie Legionów Polskich w Krakowie powołano Referenta Weterynaryjnego oraz Służbę Lekarską w Oddziale Sztabowym oraz przy formujących się artylerii i dywizjonie ułanów. Naczelnym lekarzem weterynarii mianowany został rtm. Bronisław Mendlowski. /…/. W listopadzie 1914 roku rtm. Mendlowski założył pierwszy Szpital Koni i został jego pierwszym komendantem”.

Szerszy opis służby weterynaryjnej w Legionach tego autora znajduje się na stronie dws.org.pl — Służba Weterynaryjna — początki, zachęcam do lektury, a w niniejszym opracowaniu przytoczę z tego opracowania kilka dłuższych zdań: „W pierwszych dniach sierpnia 1914 r. z krakowskich Olendrów wyruszyły pierwsze oddziały Legionów Polskich na wojenny szlak. Wśród wielu ochotników byli także lekarze weterynarii oraz studenci uczelni weterynaryjnych. Jednym z nich był Kazimierz Zagrodzki, absolwent lwowskiej Akademii Weterynaryjnej oraz działacz Związku Strzeleckiego (ukończył kurs oficerski i miał prawo noszenia odznaki pamiątkowej tego kursu tzw. „Parasol”). Na Oleandrach do Legionów dołączył wraz z konnym plutonem lwowskiego „Sokoła” Wacław Franciszek Skulski, student Akademii Weterynaryjnej we Lwowie. 13 września 1914 roku powołany został do służby wojskowej z przydziałem do II Brygady Legionów (formującej się wówczas w Krakowie) jako referent weterynaryjny porucznik Bronisław Mendlowski. Był on równocześnie lekarzem referentem i lekarzem powstającej artylerii i dywizjonu kawalerii. Zgodnie z wytycznymi Komendy Legionów zaopatrzenie w niezbędne leki i narzędzia miały być dokonywane w prywatnych aptekach w Krakowie. Kilka tygodni później II Brygada Legionów została odesłana do Marmaros Siget celem dalszego formowania oraz podjęcia walki z Rosjanami. W tym czasie do Brygady przydzielony został drugi lekarz weterynarii Antoni Kruszka. Odpowiadał on za stan zdrowia koni artyleryjskich zaś Bronisław Mendlowski za pozostałe konie brygady. W połowie listopada 1914 r., po licznych zabiegach doktora Mendlowskiego w dowództwie wojsk austriackich, założony został pierwszy szpital koni w węgierskiej wsi Bruszlwia. Głównymi pacjentami były konie chore na zołzy, świerzb oraz z urazami od siodeł i uprzęży. Do pomocy w szpitalu przydzielonych zostało dwóch słuchaczy medycyny weterynaryjnej, chorąży Tadeusz Sołga i Kazimierz Szymański. Po ofensywie bukowińskiej w październiku 1915 r. gdy doszło do połączenia wszystkich trzech Brygad Legionów (I, II i III) personel weterynaryjny stanowiło siedmiu lekarzy weterynarii oraz sześciu słuchaczy wydziałów weterynaryjnych. Lekarzami byli: Szymon Fedak (Komenda III Brygady), Antoni Kruszka (1 Pułku Artylerii), Tadeusz Kucz (Szpital Koni), Jan Ślaski (1 Pułk Artylerii), Marian Strowski (Komenda I Brygady) i Kazimierz Zagrodzki (1 Pułk Ułanów). Służba weterynaryjna Legionów Polskich oparta była na regulaminach obowiązujących w wojsku austriackim. /…/. Po ofensywie bukowińskiej Szpital został przeniesiony do Kołomyi a w połowie kwietnia 1915 r. wraz z Komendą Legionów i kadrą ułanów i artylerii przeszedł do Królestwa Polskiego i został zakwaterowany w folwarku w Dobryszczycach w powiecie noworadomskim. Podobnie jak wcześniej, chore konie artylerii leczone były przez doktora Kruszkę a w Szpitalu i pozostałych oddziałach przez doktora Mendlowskiego. /…/. Podobnie warunki pastwiskowe były bardzo dobre co przyczyniło się do szybkiej poprawy stanu zdrowia i odżywienia koni. W tym czasie w Szpitalu było około 250 koni chorych głównie na świerzb. W połowie lipca, po wyleczeniu i wydaniu koni do oddziałów Szpital został zamknięty. Doktor Mendlowski wraz z pozostałymi lekarzami został skierowany do III Brygady, z którą pod koniec października znalazł się nad Styrem na froncie wołyńskim…”.

Do wyżej wymienionych nazwisk należy dodać dr. Wacława Hryckiewicza i jego biografię.


WACŁAW HRYCKIEWICZ

Chciałbym przedstawić tutaj opowieść jego córki o nim, o rodzinie i sobie, będącą niewielkim fragmentem wywiadu, jakiego udzieliła red. Urszuli Herbich w Warszawie w 2009 i 2010 r. Ale zanim zaprezentuję część tego wywiadu związaną z jej ojcem lekarzem weterynarii, przedstawię biogram doktora Hryckiewicza, jaki znajduje się w oficjalnym słowniku biograficznym. W Słowniku biograficznym z 1960—1963 r. Konrad Millak nie wspomina Wacława Hryckiewicza. Biogram znajduje się natomiast w Drugim słowniku biograficznym pod red. prof. dr. hab. Jana Tropiły: Hryckiewicz Wacław, ur. 1895, wyzn. rzym.-kat., nar. polskiej. Dyplom lek. wet. uzyskał w 1927 w Akad. Med. Wet. we Lwowie. W 1939 był państwowym lek. wet. w miej. Baranowicze. [J.T.]. To jednak bardzo skromny biogram. Dodam do niego jedno zdanie. Po wojnie Wacław Hryckiewicz zarejestrował się w obowiązkowym spisie lekarzy weterynarii. Co oznacza, że przeżył wojnę i pracował dalej. Nie ma go więc w zestawieniu nazwisk lekarzy weterynarii, którzy figurowali w Spisie lekarzy wet. w Rzeczpospolitej Polskiej ogłoszonym w marcu 1939 r., a nie zarejestrowali się po wojnie. Oto fragment wspomnianego wywiadu: Nazywam się Danuta Jeżewska, z domu Hryckiewicz. Urodziłam się 16 maja 1924 roku w Wilnie.

— Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

— Moi rodzice — Jadwiga Piekarska i Wacław Hryckiewicz — pochodzą z rodzin ziemiańskich, z Mińszczyzny. W czasie rewolucji bolszewickiej musieli stamtąd uciekać. Niestety, zawsze tęsknili do swoich rodzinnych stron, ale już nigdy tam nie wrócili. W 1920 roku znaleźli się na terenie Polski, to znaczy w Warszawie. Ojciec był w Legionach, brał udział w tej słynnej bitwie pod Radzyminem. Po wojnie moi rodzice, którzy nie byli jeszcze małżeństwem, wzięli ślub — to było w listopadzie 1920 roku, i zamieszkali w Wilnie. Przeważnie wszyscy ludzie, Kresowiacy z Mińszczyzny, którzy musieli opuścić tamte strony, to chceli być bliżej tych Kresów, tak że bardzo dużo mieszkało właśnie w Wilnie. Mój ojciec jeszcze za czasów carskich zaczął studiować weterynarię w Petersburgu. Już po wojnie chciał ją skończyć, a było to [możliwe] tylko we Lwowie, to się nazywało medycyna weterynaryjna, tak że moja mama pracowała w Wilnie w kuratorium, a ojciec się uczył we Lwowie. W międzyczasie, w 1924 roku, jak mówiłam, urodziłam się ja. Po skończeniu studiów mój ojciec dostał pracę, a właściwie został wysłany do pracy w Nieświeżu. Nieśwież to małe miasteczko na Kresach, dawna — właściwie trudno powiedzieć, czy dawna — siedziba Radziwiłłów. W tymże Nieświeżu jest piękny warowny zamek otoczony fosą, ze zwodzonym mostem, piękny kościół, budowany jeszcze przez Krzysztofa Radziwiłła zwanego Sierotką, więc to jest wszystko wiek XVII. Tam mieszkaliśmy kilka lat; ja tam ukończyłam szkołę powszechną, a potem ojca przeniesiono do Baranowicz — również miasteczko na Kresach, z tym że to było już dużo większe [miasto] niż Nieśwież. Tam wstąpiłam do gimnazjum i tam w żeńskim prywatnym gimnazjum do okresu wojny skoczyłam trzy klasy. W czasie wojny jako harcerka pełniłam dyżury na dworcu kolejowym, bo przyjeżdżały tam pociągi z rannymi żołnierzami, z uciekinierami, z ludnością cywilną, i trzeba było zająć się głównie tą ludnością cywilną, gdzieś ją umieścić, dać jeść. Muszę powiedzieć, że mieszkańcy Baranowicz bardzo chętnie przyjmowali ich do swoich domów. Niestety 17 września spotkał całą Polskę, a nas bezpośrednio, potworny cios — weszli bolszewicy. Obszarpani, brudni, widziałam na własne oczy to, o czym się mówi, że karabiny mieli na sznurkach; tym niemniej byli bardzo butni, bardzo pewni siebie, tak jakby się czuli panami na tej ziemi. Muszę powiedzieć, że bardzo dużo ludzi, młodych Żydów, współpracowało z Rosjanami. Chodzili z czerwonymi opaskami na ramieniu, wydawali Polaków i zaczęły się naprawdę ciężkie czasy, bo bolszewicy zabierali własności, domy, samochody. Wchodzili do domu, nawet do naszego, który był dosyć duży, i powiedzieli, że dwa pokoje to są ich, będą tu mieszkać jacyś oficerowie. Przede wszystkim aresztowania były. Cała inteligencja, lekarze, a szczególnie sędziowie, jacyś wyżsi urzędnicy państwowi — wsadzano do więzienia; jeszcze na razie wywozów na Sybir nie było.

— Czy był jakiś konkretny powód, dla którego państwo uciekli?

— Mój ojciec był tam powiatowym lekarzem weterynarii, więc też miał jakieś stanowisko. Musiał to wszystko zdać lekarzowi rosyjskiemu, tamte wszystkie papiery. Trzykrotnie był wzywany do NKWD, przede wszystkim za to, że urodził się niby w ich kraju, że tam miał majątek, że w świadectwie metryki było napisane po rosyjsku — bo to jeszcze za czasów carskich [było] — dworjanin. Jednym słowem był takim podejrzanym elementem i dla nich wrogim. W związku z tym wiedzieliśmy, że na pewno potem aresztują albo wyślą nas wszystkich w głąb Rosji. Po jednym z takich przesłuchań moja mama powiedziała: „Natychmiast wyjeżdżamy”. To znaczy spakowaliśmy tylko jakieś torby, plecaki i po dwóch dniach opuściliśmy nasz dom. Było to gdzieś w połowie grudnia. Mama, ja, mój ojciec i mój brat, który miał wtedy dziesięć lat, opuściliśmy dom, oczywiście wszystko zostawiając tak, jak było urządzone, i co w nim było. Nasza gosposia, zresztą pochodząca z Białorusi, ale wiele lat u nas była i [była] bardzo zaprzyjaźniona, została w tym domu razem z psami, kotami. Później już, od moich krewnych, którzy byli w tym domu i rozmawiali z gosposią, dowiedzieliśmy się, że 25 grudnia przyszli aresztować ojca, tak że dosłownie tydzień czy dwa tygodnie przed tym zdążyliśmy wyjechać. Oczywiście kierowaliśmy się do Generalnej Guberni — do Warszawy; można powiedzieć, że od przyjaciół do przyjaciół. Droga trwała chyba ze dwa tygodnie, był mróz, śnieg. Część tej drogi to przebyliśmy piechotą, część, wynajmując jakieś tak zwane podwody — oczywiście trzeba było płacić za to podwiezienie koniem tylko ruble złote albo złote dolary. Chyba dwa tygodnie tak żeśmy wędrowali, spotykając takich samych uciekinierów jak my, i razem żeśmy szli. Wreszcie przeszliśmy jakoś szczęśliwie — naprawdę można powiedzieć, że mieliśmy szczęście — przez zamarznięty (chociaż z jakąś niewielką warstewką wody) Bug. Nie napotkaliśmy na szczęście Niemców, to znaczy Niemcy właściwie pozwalali, z tym że zabierali wszystko, co ci uchodźcy mieli przy sobie, a każdy starał się mieć złoto, biżuterię, to co miał — zaszywało się te ruble czy złote dolary gdzieś do pasa i tak dalej. Niemcy, jak złapali, to absolutnie wszystko to zabierali. Na szczęście jakoś uniknęliśmy tego i dobrnęliśmy, dojechaliśmy do Warszawy. Tam zatrzymaliśmy się u naszych krewnych na ulicy Barskiej, ale po kilku miesiącach rodzice wynajęli mieszkanie w willi znanego profesora Orłowskiego. Trudno powiedzieć „mieszkanie”, bo to były dwa takie maciupkie pokoiczki, bez łazienki niestety. Ale byliśmy u siebie. Początkowo moi rodzice, a szczególnie mama, która bardzo bała się bolszewików, mówiła, że zna ich dobrze, i bardzo bała się albo przeczuwała, że może tu wejdą i że znowu trzeba będzie uciekać od nich, zbierała w miarę możliwości złote ruble. Można było je kupować i to nas uratowało, bo na razie ojciec nie pracował, i za to jakoś żyliśmy. Mój ojciec był tam powiatowym lekarzem weterynarii, więc też miał jakieś stanowisko. Musiał to wszystko zdać lekarzowi rosyjskiemu, tamte wszystkie papiery. Trzykrotnie był wzywany do NKWD, przede wszystkim za to, że urodził się niby w ich kraju, że tam miał majątek, że w świadectwie metryki było napisane po rosyjsku — bo to jeszcze za czasów carskich [było] — dworjanin. Jednym słowem był takim podejrzanym elementem i dla nich wrogim. W związku z tym wiedzieliśmy, że na pewno potem aresztują albo wyślą nas wszystkich w głąb Rosji. Po jednym z takich przesłuchań moja mama powiedziała: „Natychmiast wyjeżdżamy”. To znaczy spakowaliśmy tylko jakieś torby, plecaki i po dwóch dniach opuściliśmy nasz dom. Było to gdzieś w połowie grudnia. Mama, ja, mój ojciec i mój brat, który miał wtedy dziesięć lat, opuściliśmy dom, oczywiście wszystko zostawiając tak, jak było urządzone, i co w nim było. Nasza gosposia, zresztą pochodząca z Białorusi, ale wiele lat u nas była i [była] bardzo zaprzyjaźniona, została w tym domu razem z psami, kotami. Później już, od moich krewnych, którzy byli w tym domu i rozmawiali z gosposią, dowiedzieliśmy się, że 25 grudnia przyszli aresztować ojca, tak że dosłownie tydzień czy dwa tygodnie przed tym zdążyliśmy wyjechać. Oczywiście kierowaliśmy się do Generalnej Guberni — do Warszawy; można powiedzieć, że od przyjaciół do przyjaciół. Droga trwała chyba ze dwa tygodnie, był mróz, śnieg. Część tej drogi to przebyliśmy piechotą, część, wynajmując jakieś tak zwane podwody — oczywiście trzeba było płacić za to podwiezienie koniem tylko ruble złote albo złote dolary. Chyba dwa tygodnie tak żeśmy wędrowali, spotykając takich samych uciekinierów jak my, i razem żeśmy szli. Wreszcie przeszliśmy jakoś szczęśliwie — naprawdę można powiedzieć, że mieliśmy szczęście — przez zamarznięty (chociaż z jakąś niewielką warstewką wody) Bug. Nie napotkaliśmy na szczęście Niemców, to znaczy Niemcy właściwie pozwalali, z tym że zabierali wszystko, co ci uchodźcy mieli przy sobie, a każdy starał się mieć złoto, biżuterię, to co miał — zaszywało się te ruble czy złote dolary gdzieś do pasa i tak dalej. Niemcy, jak złapali, to absolutnie wszystko to zabierali. Na szczęście jakoś uniknęliśmy tego i dobrnęliśmy, dojechaliśmy do Warszawy. Tam zatrzymaliśmy się u naszych krewnych na ulicy Barskiej, ale po kilku miesiącach rodzice wynajęli mieszkanie w willi znanego profesora Orłowskiego. Trudno powiedzieć „mieszkanie”, bo to były dwa takie maciupkie pokoiczki, bez łazienki niestety. Ale byliśmy u siebie. Początkowo moi rodzice, a szczególnie mama, która bardzo bała się bolszewików, mówiła, że zna ich dobrze, i bardzo bała się albo przeczuwała, że może tu wejdą i że znowu trzeba będzie uciekać od nich, zbierała w miarę możliwości złote ruble. Można było je kupować i to nas uratowało, bo na razie ojciec nie pracował, i za to jakoś żyliśmy.

— Wcześniej zbierała?

— Tak.

— Co pani rodzice robili w Warszawie? Z czego się utrzymywali?

— Po jakimś czasie tam spotkaliśmy dużo znajomych, również z Kresów, którzy jakiś handel [prowadzili], więc troszkę z nimi współpracował ojciec, ale potem zgłosił się do jakiegoś magistratu, że jest lekarzem weterynarii, czy do jakiegoś związku lekarzy weterynarii. W Warszawie sporo było [weterynarzy] i właściwie nie było co leczyć. Wtedy właśnie powiedziano mu, że gdzieś pod Warszawą — to był Stoczek, wiocha taka, małe miasteczko — że tam nie ma lekarza weterynarii, i ojciec tam pojechał i tam pracował. W związku 29 Zupełnie inny początek z tym zawsze mieliśmy jakieś zaopatrzenie, to znaczy przywoził, przyjeżdżał czy moja mama jeździła, bo brat chodził do szkoły.

— (…) Czy pani rodzice również byli zaangażowani w konspiracji?

— Mój ojciec nie był, pracował. O tyle tylko [działał], że dookoła były partyzantki i czasem zdarzało się, że wiedzieli partyzanci, że tu jest lekarz weterynarii, a były konie różne, a to odparzone od siodła, [a to] coś z nogami czy też inne schorzenia. Czasem zabierali ojca, jeździł tam do partyzantów, pomagał bardzo.

Przeglądając pamiętniki uczestników walk Legionów Polskich natrafiłem na interesujący akapit o lekarzu weterynarii poległym w jednej z bitew. Po zapoznaniu się ze wspomnianym pamiętnikiem księdza kapelana Legionów Polskich uzupełniłem swoją wiedzę i dzisiaj mogę szerzej przybliżyć sylwetkę lekarza weterynarii, który w wieku 34 lat poległ walcząc o niepodległą Polskę, dodajmy z zaskakującą puentą.


ROBERT AUGUST KUNICKI

Urodził się w 1880 r.

Pierwszy biogram R. Kunickiego przedstawię cytując wikipedię: Robert Kunicki urodził się w Złotonoszy w guberni połtawskiej. Studiował przyrodoznawstwo na Uniwersytecie w Kijowie, a następnie w latach 1900—1904 weterynarię na Uniwersytecie w Dorpacie oraz w Charkowie. W roku 1908 pracował w Prywatnej Siedmioklasowej Szkole Handlowej w Suwałkach. W latach 1908—1912 był asystentem w Instytucie Weterynaryjnym w Charkowie. W 1912 roku habilitował się i objął jako docent kierownictwo działu zootechnologicznego w Okręgowej Stacji Doświadczalnej Rolniczej w Charkowie. Z dniem 1 stycznia 1914 roku objął katedrę w Akademii Rolniczej w Dublanach. Opublikował szereg prac naukowych z dziedziny mleczarstwa i hodowli bydła.

W czasie studiów w Charkowie został członkiem PPS (od 1905 roku) oraz jej Organizacji Bojowej, w której ukończył kursy bojowe i pracował na jej rzecz jako technik. Po rozłamie w PPS pozostał w PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a z czasem odsunął się od czynnej działalności w partii.

W momencie wybuchu I wojny światowej Kunicki znalazł się w oddziałach organizowanych przez J. Piłsudskiego. Razem z M. Dąbkowskim, Janem Jur-Gorzechowskim oraz Wacławem Harasymowiczem opracował regulamin i instrukcję służbową żandarmerii. W sierpniu 1914 roku Robert Kunicki został wyznaczony na komendanta Żandarmerii Polowej przy cesarskiej i królewskiej Komendzie Legionów Polskich. Razem z nią udał się na front karpacki. Prawdopodobnie 9 października 1914 otrzymał stopień rotmistrza żandarmerii. Poległ 29 października 1914 roku w czasie bitwy pod Mołotkowem, przy powstrzymywaniu odwrotu..

Robert Kunicki został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari oraz w 1930 Krzyżem Niepodległości z Mieczami.

Ponieważ w poważnych pracach trudno opierać swoje informacje bez zweryfikowania tylko o dane zawarte w tej encyklopedii postanawiam przytoczyć dalsze opracowania:

Nieco więcej słów należy poświęcić kolejnemu profesorowi Instytutu Weterynaryjnego w Charkowie — Robertowi Augustowi Kunickiemu (1880–1914) — pisze Marian Skowyra. Ten uczony pochodził z rodziny zubożałego szlachcica Witalija ze Złotonoszy w guberni połtawskiej. Początkowe nauki pobierał w domu rodzinnym, potem w aleksandrowskim liceum. Kolejne lata 1894–1896 spędził w Charkowie, uczęszczając do tamtejszego liceum realnego. Po uzyskaniu świadectwa maturalnego, od 1897 roku studiował przyrodoznawstwo na uniwersytecie św. Włodzimierza w Kijowie i chemię na politechnice w Kijowie. Zmiana uczelni wynikała z faktu, że zabroniono przyjmowania na uniwersytet absolwentów liceów realnych.

W 1900 r. Kunicki zdał na studia weterynaryjne na uniwersytecie w Dorpacie, jednak, jak podawała L. Żwanko, już w lipcu 1901 roku zwrócił się pisemnie do dyrektora charkowskiego Instytutu Weterynaryjnego z prośbą o przyjęcie na studia. W liście miał napisać: „Dorpat znajduje się daleko od Krzemieńczuka, gdzie obecnie mieszka mój ojciec. Z innej strony w Charkowie osiedlili się moi bliscy krewni, u których mógłbym mieszkać”. Jesienią 1901 roku został zaliczony w poczet studentów tej uczelni. Tutaj właśnie uzyskał dyplom lekarza weterynarii. [1904 r. — dop. WAG].

Jeszcze w czasie charkowskich studiów udzielał się czynnie na rzecz miejscowej Polonii. Poglądami zbliżył się do Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), do której wstąpił w 1905 roku, używając pseudonimu Jan Rozłucki. Należał również do miejscowego Domu Polskiego, gdzie od 1909 roku był członkiem zarządu.

W pierwszych latach po ukończeniu studiów często zmieniał miejsce pracy. Pracował jako lekarz weterynarii, podejmując się jednocześnie nauczania dzieci i młodzieży języka polskiego. Tak oto w latach 1904–1909 przebywał kolejno w guberni orłowskiej, Krzemieńczuku, Moskwie, Chersonie, Aleksandrowsku, Lublinie, Warszawie, Suwałkach oraz Chrystynówce koło Kijowa.

W 1909 roku przybył ponownie do Charkowa i otrzymał zatrudnienie w charakterze asystenta katedry chemii fizjologicznej Instytutu Weterynaryjnego. W tym czasie nie angażował się w działalność na rzecz PPS, jedynie sporadycznie udzielał się w pracach młodzieżowej PPS. Robert Krynicki wiele czasu poświęcał nauce i w 1911 roku uzyskał stopień magistra nauk weterynaryjnych, zaś w 1912 roku habilitował się z hodowli zwierząt i zoohigieny, obejmując wykłady na charkowskim Instytucie Weterynaryjnym z zakresu hodowli bydła, zoohigieny i mleczarstwa. Był też kierownikiem działu zootechnicznego Okręgowej Stacji Doświadczalnej Rolniczej w Charkowie. W latach 1911–1913 wiele podróżował, biorąc udział w rozlicznych sympozjach i kongresach naukowych.

W 1913 roku przeniósł się do Galicji i od 1 stycznia 1914 roku rozpoczął wykłady na katedrze nauki o żywieniu zwierząt gospodarskich i mleczarstwa w Akademii Rolniczej w Dublanach.

Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Legionów, gdzie od 28 września 1914 roku służył jako komendant żandarmerii w randze kapitana II Brygady Legionów. Tam opracował „znakomity regulamin żandarmerii polowej, wydany natychmiast przez ówczesny N.K.N.”. Poległ 29 października 1914 roku w bitwie pod Mołotkowem. Pośmiertnie odznaczony Krzyżem Srebrnym Wojennego Virtuti Militari oraz w 1930 roku Krzyżem Niepodległości z Mieczami.

Dodam jeszcze uzupełniający biogram ze Słownika Konrada Millaka: /…/. W czasie studiów (1903) uzyskał złoty medal za pracę o soku kiszkowym zwierząt roślinożernych. Po studiach pracował jako lekarz wet. na Stacji doświadczalnej sztucznego zapładniania, jako prosektor Zakładu Utylizacyjnego w Moskwie, jako referent wet. ziemstwa aleksandrowskiego, jako inspektor hodowlany w gub. Chersońskiej (1904—1908);

Dopisek WAG: Według informacji zawartej w opracowaniu Andrzeja Matusiewicza dowiadujemy się, że Robert Kunicki pracował w Suwałkach w Prywatnej Siedmioklasowej Szkole Handlowej w latach 1906—1908: „Na przykład w połowie 1908 r. Ministerstwo Przemysłu i Handlu usunęło od wykładów historii powszechnej i geografii osoby nie będące pochodzenia rosyjskiego. Z Suwałk musiał odejść Robert Kunicki”.

W 1908 został asystentem Zakładu Higieny Instytutu Wet. w Charkowie i specjalizował się w zakresie mleczarstwa i nauki o żywieniu zwierząt, jednocześnie pracował przy prof. Iwanowie nad sztucznym unasienianiem; w 1910 współpracował z redakcja rosyjskiej Encyklopedii wiadomości naukowych i stosowanych; w 1911 uzyskał stopień magistra nauk wet. w Charkowie.

Wychowany w środowisku rosyjskim dopiero w 1911 nawiązał kontakt ze społeczeństwem polskim na Litwie w Kowieńszczyźnie, został delegowany przez Kowieńskie Tow. Rolnicze i Instytut charkowski do Danii, Szwecji i Niemiec w celu zaznajomienia się z hodowlą bydła mlecznego, organizacją gospodarstw mlecznych i kontrolą obór; w związku z tą podróżą uczestniczył w V Międzynarodowym Kongresie Mleczarskim w Sztokholmie. Od 1911 organizował pierwsze na Litwie związki kontroli obór i kursy kontrolerów obór i nadzorców żywienia bydła, kierował tymi kursami do 1913 oraz prowadził w tym zakresie propagandę odczytową w Kownie, Grodnie i Warszawie. W 1912 habilitował się jako docent hodowli i higieny w Instytucie charkowskim, wykładał w tej uczelni mleczarstwo i kierował wydziałem hodowli Okręgowej Rolniczej Stacji Doświadczalnej w Charkowie.

Robert Kunicki — umysł żywy, twórczy i pełny inicjatywy — jako wykładowca był entuzjastycznie oceniany przez swych uczniów. W 1913 przeniósł się na katedrę nauki o żywieniu zwierząt i mleczarstwa do Akademii Rolniczej w Dublanach. Poczuł się całkowicie odzyskanym przez polskość, z właściwym mu entuzjazmem w 1914 wstąpił do Legionów Polskich i 30 X 1914 padł w bitwie pod Mołotkowem jako rotmistrz żandarmerii polowej Legionów.

Na stronie Żandarmerii Wojskowej (https://wojsko-polskie.wp.mil.pl/kgzw/historia — dostęp 26.12.2019] znajduję wiadomość z czasu powstania żandarmerii w Legionach Polskich. W Krakowie w sierpniu 1914 r. utworzono dla Legionu Zachodniego Konną Żandarmerię Polową. Jej komendantem został rtm. Robert Kunicki, który 11 września wprowadził opracowany wraz z kolegami regulamin Żandarmerii Polowej Legionów Polskich. Podstawowe zadania żandarmerii to: ochrona armii przed wywiadem wroga, zapobieganie dywersji, utrzymanie porządku policyjnego na zajętych terenach i nadzór nad przestrzeganiem prawa wojennego.

O tym okresie działalności lekarza weterynarii Roberta A. Kunickiego barwnie opowiada w swoim pamiętniku opublikowanym w 1920 roku ksiądz Józef Panaś. Krótki cytat rozpocznę mottem z tej publikacji: Tym co spłonęli na stosie ofiarnym Ojczyzny, a nie zobaczyli jaśniejącego oblicza Matki wstającej z grobu, najlepszym i drogim Kolegom tę garść wspomnień poświęcam. Kapelan Brygady Karpackiej.

/…/ Zaopatrzywszy jeszcze kilku rannych, spotkanych na stokach Studennej i koło drogi pniowskiej, wmaszerowałem do Nadwórnej z 13 kompanią kapitana Zaleskiego. W Nadwórnej panowała niesłychana radość, chociaż nie wszyscy wiedzieli, komu zawdzięczają oswobodzenie. Wszystko wiedzący żydkowie, na widok jakichś odmiennych mundurów zaczęli krzyczeć „hojch Preussen”, ale kilka dosadnych argumentów zmieniło ich przekonanie polityczne i nie bez większego zdziwienia dowiedzieli się, że istnieje także „Polskie Wojsko”.

U miejscowego księdza proboszcza spotkało mnie bardzo gościnne braterskie przyjęcie. Cała zresztą Nadwórna i okolica mimo zniszczenia i długiego postoju Moskali starała się zasypać nas różnymi łakociami. Według opowiadania miejscowej ludności po zajęciu Nadwórnej kozacy odczytali na ulicy Delatyńskiej nazwiska wszystkich, którzy brali przed wojną zapomogi w rublach rosyjskich i wprost żądali od nich usług wojskowych. A że na początku wojny obawa przed zdradą rzeczywistą czy fikcyjną była wprost chorobą nagminną, więc nic dziwnego, że i nasza żandarmeria, która tak w L. jak i II brygadzie składała się prawie bez wyjątku z uczestników bojówki z r. 1905, zaaresztowała kilkunastu obwinionych o udzielenie wojskom rosyjskim czynnej pomocy i mimo łagodzącego wpływu Ekscell. Durskiego i zabiegów miejscowych księży obu obrządków kilka egzekucji wykonano na rynku miejskim. Rotmistrz żandarmerii, z którego rozkazu wykonano tę jedyną w II brygadzie egzekucję, zginął zaraz na trzeci dzień w bitwie pod Mołotkowem i to podobno od kuli własnego żołnierza, za to, że zastrzelił rannego legionistę wzbraniającego się wrócić do linii bojowej.

Jako autorowi opisującemu losy swoich poprzedników, kolegów po fachu, trudno jest zrozumieć i pojąć, jak lekarz weterynarii zajmujący się unasiennianiem zwierząt, ich żywieniem, mleczarstwem, wykładami na uczelniach raptem pisze regulamin żandarmerii wojskowej, jest jej szefem, wydaje rozkaz egzekucji i strzela do rannego dezertera…

Robert August Kunicki jest jednym z pierwszych lekarzy weterynarii, którzy poświęcili swoje życie by Rzeczpospolita Polska odzyskała wolność, byśmy mogli żyć w niepodległym i wolnym kraju.

Kolejnym lekarzem weterynarii służącym w Legionach Polskich, którego chciałbym przedstawić to płk dr Tadeusz Kucz:


TADEUSZ KAROL KUCZ

Fot. Tadeusz K. Kucz — lekarz weterynarii i zdjęcie z leg. Krzyża Niepodległości — fot. udostępnione przez syna Tadeusza Kucza

Urodził się 22 lipca 1886 r. w Krakowie, s. Zygfryda i Eleonory Uznańskiej. Uczęszczał do szkoły średniej C.K. II Wyższa Szkoła Realna w Krakowie, gdzie w 1908 r. zdał egzamin maturalny. Dalszą naukę podjął we Lwowie na Akademii Weterynaryjnej, którą ukończył w 1913 r. uzyskując dyplom lekarza weterynaryjnego (1 marca 1913 r.). Pracował zawodowo w Radomyślu Wielkim pow. Mielec.

W latach 1914 — 1918 służył w Legionach Polskich, był żołnierzem Legionów Komendanta Józefa Piłsudskiego. Na stopień podporucznika Wojska Polskiego mianowany został 10 czerwca 1915 r. w szpitalu koni. Obronił pracę doktorską w Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie 11 marca 1936 r.

Fot. Legitymacja członka Okręgowej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej w Krakowie — fot. udostępniona przez syna Tadeusza Kucza

Brał udział w kampanii wrześniowej, jako szef służby weterynaryjnej Armii „Kraków” — w stopniu pułkownika. Zadaniem Armii Kraków była obrona zachodniej i południowej granicy Polski. Apoloniusz Zawilski w książce „Bitwy polskiego września”, podaje: „Zagrożona odcięciem od południa, z terytorium Słowacczyzny, rozpoczęła już 2 września wieczorem odwrót w dwu zgrupowaniach /…/. Połączona za Sanem, stoczyła wraz z częścią armii „Lublin” I bitwę tomaszowską, a po wyczerpaniu środków walki skapitulowała 20 września 1939 r.”.

Z kartoteki jeńca nr 20398 Polskiego Czerwonego Krzyża wiemy, że Tadeusz Kucz jako jeniec wojenny nr 57 osadzony został w Oflagu IV-B (w twierdzy Königstein-Saksonia), 16 października 1939 r. przetransportowany z Oflagu XI-B Braunschwieg do Królewca; 3 czerwca 1940 r. w Oflagu VII-A Murnau (Bawaria) i 15 lipca 1941 r. z Oflagu VII-A (?).

W obozie Murnau, jak pisze dr Andrzej Gołębiowski w referacie Nasi Bolończycy: „W dniu 10 maja 1944 roku Paweł Wiktorski zdał, wraz z innymi jeńcami — oficerami, egzamin z przedmiotu „Higiena mięsa i badanie produktów spożywczych pochodzenia zwierzęcego”. W skałd Komisji, przed którą oficerowie zdawali egzamin, wchodzili: przewodniczący — płk dr n. wet. Tadeusz Kucz, przewodniczący Krakowsko-Rzeszowskiego Okręgu Izby Lek. Wet. od dnia 5 maja 1946 roku, por. dr n. wet. Kazimierz Karnecki, mjr lek. wet. Władysław Jonczy i por. lek. wet. Jan Gregorkiewicz”.

Będąc uczniem Szkoły Realnej klasy VII b (1907) grał w piłkę nożną w Wiśle Kraków jako prawy pomocnik. Debiutował w meczu rozegranym 4 czerwca 1906 r. „studenci” kontra „Czarni” Lwów, przegranym 0:2. Występował w barwach „Biało-Czerwoni” Kraków. W 1907 r. reprezentował już barwy „Wisły” Kraków. Z „Wisłą” Kraków związał się na wiele lat. Gdy zakończył karierę piłkarską wybrany został do zarządu. W 1933 r. pełnił funkcje drugiego wiceprezesa TS Wisła. Po II wojnie był członkiem Rady Seniorów Towarzystwa Sportowego Wisła.

Zmarł w Krakowie 17 marca 1965 r.

Na stronie internetowej Wisły Kraków znajduje się krótki opis dotyczący lekarza weterynarii Tadeusza Kucza: „Piłkarz Wisły w pierwszym roku działalności klubu, prawdopodobnie jeden z jego założycieli, chociaż J. Kukulski twierdzi, że przyszedł do Wisły dopiero w 1907 r. za namową prof. Łopuszańskiego. Uczestnik słynnych pojedynków krakowsko-lwowskich z czerwca 1906 r. Po zakończeniu kariery zawodniczej nigdy nie rozstał się z Wisłą, przez wiele lat wchodził w skład zarządu, w 1933 r. pełnił funkcję II wiceprezesa TS Wisła. Po II wojnie członek Rady Seniorów. Pułkownik WP, żołnierz Legionów. Brał udział w kampanii wrześniowej. Lekarz weterynarii. /…/ W Cesarsko-Królewskiej II Wyższej Szkole Realnej w Krakowie (statut szkoły średniej — dopisek W.G.) uczył prof. Tadeusz Łopuszański, zasłużony w historii Wisły Kraków, to on zaproponował uczniom w maju 1906 r. utworzenie klubu sportowego. Uczył w tej szkole przez 6 lat”.

W swoich wspomnieniach płk dr Tadeusz Kucz pisał: „Na skutek interwencji prof. Łopuszańskiego, jako uczeń II Szkoły Realnej przeszedłem do Wisły, w której liczbowo przeważali uczniowie tej szkoły”. Należy wyjaśnić, że w tamtych czasach nie było formalnej przynależności do barw klubowych i zawodnicy często grali w różnych zespołach.

Syn dr. Tadeusza Kucza (także Tadeusz Kucz) wspomina: „Mój ojciec był wojskowym. Około 1928 roku został przeniesiony z Jarosławia do Krakowa. Mieszkaliśmy przy ul. Na Zjeździe (budynek dawnego Składu Solnego, potem koszary) /…/. Dla nas wojna zaczęła się kilka dni wcześniej, gdy przyjechaliśmy z wakacji. Tato był wojskowym, szefem weterynarii tu w Krakowie w DOK V/Dowództwo Okręgu Korpusu Nr V i mówiło się o wojnie, ale nikt nie wierzył, że będzie. Myśmy przyjechali parę dni wcześniej do Krakowa z wakacji z Krasinki Małej, zresztą niedaleko. Mieliśmy zbiórkę pod ratuszem z kolegami. Czternaście lat miałem skończone wtedy w czerwcu. No i czekamy na drużynowego zastępowego, kolega Calikowski był zastępowym. Szedł w takim kombinezonie pracownik LOPP-u (Ligi Obrony Powietrznej Państwa), w hełmie niebieskim, z opaską LOPP-u i pytamy się go, czy się udały ćwiczenia lotnicze, bo rano idąc na tą zbiórkę słyszeliśmy wybuchy. No i on mówi: „Jakie ćwiczenia?”. Pokazuje odłamek bomby i mówi: „Chłopaki idźcie do domu, bo się wojna zaczęła”. /…/ W domu tato mówi: „Trzeba się pakować, musicie pakować „ślimoki”. I zaczęliśmy się pakować. To był piątek. Wybuch wojny. W sobotę to było klejenie pasków na okna, robienie zasłon i w niedzielę była ewakuacji rodzin wojskowych, mieliśmy do Łańcuta jechać…”.

Po nawiązaniu korespondenci z synem pułkownika p. Tadeuszem Zbigniewem Kuczem z Krakowa i otrzymaniu niezwykle interesującej przesyłki z dodatkowymi dokumentami, postanowiłem biografię płk dr wet. Tadeusza Kucza uzupełnić i rozszerzyć:

W 1914 r. wcielony został do II Brygady Legionów Polskich. 10 października 1914 r. zachorował na zapalenie płuc i trafił do szpitala. 19 czerwca 1915 r. jako rekonwalescent został wcielony do armii austriackiej. Otrzymał stopień podporucznika.

Ciąg dalszy życiorysu bardzo szczegółowo opisał Jerzy Skrzypczak w swojej książce: „Służył w garnizonie w Statin koło Opawy. Na własną prośbę i z adnotacją jako „politycznie podejrzany” 1 VI 1916 r. przeniesiony został do Sztabu I Brygady LP, gdzie służył do 20 III 1917 r. jako szef służby weterynaryjnej. W okresie 21 III — 15 IV 1917 r. przydzielony do Komendy LP w Warszawie. Następnie już w stopniu rotmistrza — lek. wet. od 6 VI 1917 r. służył w szpitalach koni w Łodzi, Cieszacinie koło Jarosławia i Szubrańcu na Bukowinie w szeregach PKP. Wziął udział w przebiciu się pod Rarańczą, organizując wraz z kapitanem Góreckim przejście na drugą stronę taborów. Dostał się do niewoli, przebywał do 7 X 1918 r. w obozach w Huszt i Marmaros-Sziget. 3 XI 1918 r. wstąpił do WP, do tworzonego w Krakowie 5. pp leg. 19 XI 1918 r. został przeniesiony do DOK — Lublin, gdzie został dowódcą szpitala koni nr 5 w Trawnikach. W okresie 3 XI 1918 r. — 18 III 1920 r. był zastępcą dowódcy szpitala koni w Kraśniku, a od 18 III do 1 VIII 1920 r. szefem weterynarii Zapasu Koni we Włodawie. Następnie w okresie zagrożenia państwa w czasie bitwy warszawskiej został przydzielony, od 1 VIII do 1 IX 1920 r. do grupy operacyjnej majora Grabowskiego i na kolejne dwa miesiące — już po awansie do stopnia majora lek. wet. — do grupy operacyjnej artylerii majora Wolfa. W okresie od 1 IX 1920 r. do 20 II 1921 r. był szefem weterynaryjnym 18. Dywizji Piechoty w grupie operacyjnej generała Jędrzejowskiego, a następnie od 1 IX 1921 r. oficerem sztabowym tej dywizji. W okresie 1 XI 1921 — 16 IV 1924 r. był pułkowym lekarzem weterynaryjnym w 24. Pułku Ułanów w Kraśniku, od 16 IV 1924 r. — 31 X 1927 r. w 24 pap w Jarosławiu. Następnie został przeniesiony do Krakowa jako zastępca naczelnego lekarza weterynarii DOK V. 3 I 1928 r. awansowany do stopnia podpułkownika lek. wet., a od 11 VII 1935 r. do stopnia pułkownika. Jednocześnie został szefem weterynarii DOK V. Obronił pracę doktorską nt. transfuzji krwi. W czasie kampanii wrześniowej szef weterynarii Armii Kraków generała Schyllinga. 20 IX 1939 r. dostał się wraz z całym sztabem do niewoli niemieckiej pod Tomaszowem Lubelskim. Przebywał w obozach w Konigsstain i Murnau. Po uwolnieniu przez wojska amerykańskie 29 IV 1945 r. wrócił do kraju. Zgłosił się do LWP i został wysłany do Modlina. W 1946 r. przeszedł w stan spoczynku. Pracował dalej w różnych przedsiębiorstwach i na różnych stanowiskach, był m.in. powiatowym lekarzem weterynarii w Krzeszowicach i nauczycielem w szkole felczerskiej w Brniu koło Rodomyśla. Żonaty z Ludwiką z Kosturkiewiczów z Rudy. Miał troje dzieci: Krystynę (ur. 1919 r. ), Tadeusza (ur. 1925 r.) i Wiesławę (ur. 1927 r.). Odznaczony: KN, KW, Złotym KZ i francuskim Médaille Interallié. Zmarł w Krakowie 15 III 1965 r. i tam został pochowany”.

Z listu Tadeusza Zbigniewa Kucza należy dodać: że pracował także w Krakowsko-Miłkowskim Zjednoczeniu Węglowym, pracował w krakowskim Sanepidzie, a na emeryturę przeszedł w 1952 r. jako nauczyciel w szkole felczerów.

W tym obszernym życiorysie autor skoncentrował się tylko na karierze wojskowej Tadeusza Kucza. Z życia wcześniejszego udało się odszukać zapiski z jego pamiętnika, które cytowane są w książce Janusza Kukulskiego: „Za datę narodzin zorganizowanego piłkarstwa krakowskiego przyjmuje się drugi dzień Zielonych Świąt, poniedziałek 4 czerwca 1906, dzień wizyty dwóch drużyn lwowskich. Przez szereg dni poprzedzających tę datę dr Tokarski pouczał kilku starszych przewodników parkowych /…/ o najważniejszych przepisach gry. Mieli oni tworzyć krakowska drużynę — wspomina J. Lustgarten. A oto fragment pamiętnika przyszłego uczestnika meczu, Tadeusza Kucza: „Podczas ćwiczeń w parku Jordana zostałem wybrany do pierwszej jedenastki piłki nożnej klubu studenckiego (…). Był to okres przełomowy w grze w piłkę nożną w Krakowie. Dotychczas, mimo że znaliśmy przepisy systemu angielskiego, odpowiadał nam sposób rozgrywki swobodny — kto świetnie wózkował i miał dobry szpurt, gnał na przód, a za nim cała chmara rozkrzyczanych kolegów…”.

Zawody wywołały duże zainteresowanie. Wspomina Józef Lustgarten: Boisko o wymiarach 60 x 35 m, trawiaste /…/ otoczyły bardzo liczne rzesze, przede wszystkim uczniów szkół średnich, kolegów i znajomych krakowskich zawodników. Już samo pojawienie się piłkarzy lwowskich wywołało poruszenie. Kraków ujrzał po raz pierwszy prawdziwą drużynę piłkarską ubraną w kostiumy piłkarskie. Efekt był nadzwyczajny. Na boisko wyszły dwie drużyny lwowskie: „Czarni” w czarnych koszulach z czerwona szarfą i czarnych spodenkach i drużyna IV gimnazjum w błękitnych koszulkach i czerwonych spodenkach”.

Dlaczego przyjechały dwie, skoro zapowiedziany był jeden mecz? Otóż, „zapasy kwalifikacyjne” na wyjazd do Krakowa przyniosły wynik nierozstrzygnięty; w tej sytuacji lwowianie przywieźli obie najlepsze (drużyna IV gimnazjum w 1907 połączyła się z Lechią tworząc słynną Pogoń). Sprawiło to kłopot gospodarzom, drugą krakowską drużynę musiano zestawić spośród widzów”.

Czarni Lwów wygrali 2:0 a IV gimnazjum z drużyną „akademików” 4:0.

Z pamiętnika Tadeusza Kucza: „W pierwszej jedenastce grałem jako prawy pomocnik. Przez kilka dni treningu opanowaliśmy zasady gry nowym systemem. Z ciężkim bólem ambicje indywidualne zostały w pewnym stopniu ukrócone na korzyć gry zespołowej (…). Z góry przygotowani byliśmy na przegraną, wszak Czarni byli najsilniejszym zespołem, zgranym od paru lat. Nic więc dziwnego, że pierwsze minuty gry należały do Czarnych. Uważaliśmy ich grę główką za coś nadzwyczajnego — rewelację. Później i my próbowaliśmy wychwytywać głową górne piłki i przekonaliśmy się, że to wcale nie boli, nie jest niebezpieczne…”.

Najlepszym i najlepiej zorganizowanym stałym zespołem piłkarskim w Krakowie w 1906 była drużyna Biało-czerwonych. Wywodzi się ona z zespołu Przewodników, który 4 czerwca rozegrał mecz z drużyną lwowskich Czarnych. Jan Keller, Tadeusz Kucz, Józef Stoeger, Stanisław Szeligowski — to nazwiska pojawiające się we wspomnianym i kolejnych meczach.

/…/. Jak trenowali możemy dowiedzieć się z pamiętnika Tadeusza Kucza: „Rewanż z lwowiakami miał nastąpić we wrześniu tego samego roku. Ułożyliśmy program treningów, trzy razy w tygodniu. Polegał on na zbiórce na dawnej rogatce (dziś róg al. Mickiewicza i ul. Manifestu Lipcowego), wolnym biegu do małych błoń (dziś Cichy Kącik) i z powrotem do parku Jordana. W okresie wakacyjnym trenowaliśmy intensywnie, zwłaszcza wytrzymałość w biegach, dokładność w podawaniu. Każdy musiał współpracować z prowadzącym grę, stale szukać dogodnego stanowiska do przyjęcia piłki. Ruch, szybkość, zmiana systemu gry, strzały z każdej pozycji. Jeszcze w wakacje graliśmy z klubem cyrku amerykańskiego”.

Krakowianie wygrali 1:0.

Rewanż we Lwowie wypadł podobnie. Zwycięstwo 1:0. „Na sygnał sędziego Bettaurea rozpoczyna się walka. Czarni — na swoim gruncie, pewni siebie, niedoceniający przeciwnika, a wiec ufni w zwycięstwo; Biało-czerwoni, onieśmieleni widocznie trochę z początku obcem dla siebie otoczeniem, obcem trenerem, a nade wszystko pamięcią porażki przed paru miesiącami w parku Jordana, odzyskują z każdą chwilą więcej zalet prawdziwie doskonałej gry i wystawiając coraz groźniej pazury broniącego swojej sławy współzawodnika. Tych, którzy mieli ich sposobność widzieć w matchu z naszymi w Krakowie (pisze „Słowo Polskie” z Lwowa) wprawiając wprost w podziw uczynionem w krótkim stosunkowo czasie postępem. /…/. Walka wre zacięta. /…/. Nie, nie mogą wrócić do Krakowa bez dowodu skutecznej obrony sławy swego grodu — i naraz piłka wpada w bramkę bronioną zaciekle przez Czarnych. Rozlega się „huragan oklasków”.

I ostatnie zdanie z pamiętnika T. Kucza: „Wiosna 1907 roku, na skutek interwencji prof. Łopuszańskiego, jako uczeń II szkoły realnej przeszedłem do Wisły, w której liczbowo przeważali uczniowie tej szkoły”.

Jako szersze uzupełnienia tego rozdziału pozwalam sobie załączyć kilka zdjęć Tadeusza Kucza z książki Jerzego Skrzypczaka — jakie otrzymałem w postaci odbitek od syna pułkownika, Tadeusza Zbigniewa Kucza.


LEKARZE WETERYNARII W LEGIONACH POLSKICH:

1. Bartnik Edmund

2. Baster Władysław

3. Dobiasz Leopold

4. Ejzert Stanisław

5. Fedak Szymon

6. Filipowicz Paweł Piotr

7. Henschel Rudolf

8. Hryckiewicz Wacław

9. Karpiński Zdzisław

10. Korabiowski Bernard

11. Kruczek Józef

12. Kruszka Antoni Aleksy

13. Kucz Tadeusz

14. Kunicki Robert August (†)

15. Lambert Leopold

16. Mendlowski Bronisław

17. Papciak Tomasz

18. Postolka Rajmund

19. Sapeta Tadeusz

20. Sęk Tadeusz

21. Skulski Wacław Franciszek

22. Sołga Tadeusz Paweł

23. Strowski Marian Michał

24. Szankowski Ludwik

25. Szymański Kazimierz

26. Ślaski Jan

27. Wiszowaty Aleksander

28. Wodzinowski Karol

29. Wołoszyński Marcin

30. Zagrodzki Kazimierz

3. W wojnie polsko-bolszewickiej dwudziestego roku

W Wojsku Polskim w 1920 r. służyło wielu lekarzy weterynarii. Doc. dr hab. S. Jakubowski wymienia nazwiska 73 lekarzy wet. w publikacji z 1981 r. jako ochotników, którzy zgłosili się do wojska polskiego. Zwrócę uwagę na kilka wybranych nazwisk odsyłając zainteresowanych do wspomnianej pracy. W 1918 r. do Wojska Polskiego zgłosili się m.in.: Jan Braun, Olgierd Czarnocki, Wacław Filipowicz, Zygmunt Erben, Zenon Górniewicz, Roman Hulewicz, Helena Jurgielewicz, Edward Ostkiewicz-Rudnicki, Stanisław Runge, Julian Puzyna, Jan Wróblewski czy Julian Zabielski.

W 1919 r. — Ferdynand Gancarz, Eugeniusz Górniewicz, Wacław Mancewicz, Marcin Marczewski, Tadeusz Przestalski, Stefan Tesarz, Jerzy Ulanicki, Czesław Wikiel i inni.

W 1920 r. — Stefan Colbe, Jan Gliński, Mieczysław Jeziorowski, Korneliusz Juszkiewicz, Teofil Kondyjowski, Hieronim Puczniewski, Włodzimierz Strzyżewski. Ponieważ ostatnio opracowywałem biogram Hieronima Puczniewskiego, postanawiam go w tym miejscu umieścić:


HIERONIM PUCZNIEWSKI

Urodził się 13 sierpnia 1889 r. w Białej Cerkwi, s. Antoniego. Dyplom lekarza weterynaryjnego odebrał w 1916 r. w Warszawie. Płk K. Millak podaje, że odbyło się to w Moskwie. Witold Jarno z Uniwersytetu Łódzkiego w swojej pracy dotyczącej 4 Szpitala Koni w Łodzi wspomina porucznika, a później kapitana Hieronima Puczniewskiego z 4 Pułku Strzelców Konnych odkomenderowanego czasowo do 4 Szpitala Koni w Łodzi — czerwiec 1921 r. Także do Dowództwa Okręgu Głównego w Kielcach. W 4 Pułku Strzelców Konnych był w latach 1922—1924.

W biogramie znajdującym się we wspomnianym „Słowniku” Konrada Millaka czytamy: Uczestniczył w wojnie światowej [I wojna światowa — dop. WAG] jako lekarz weterynarii wojska rosyjskiego. Następnie służył w W.P. w latach 1920—1931 w stopniach porucznika — kapitana lek. wet. w 4 pułku strzelców konnych w Płocku. Po wyjściu z wojska był samorządowym lekarzem weterynarii w Sulejówku.

W Spisie lekarzy weterynaryjnych z 1931 r. podano, że był oficerem zawodowym w stopniu kapitana.

Z chwilą wybuchu drugiej wojny światowej niewątpliwie został zmobilizowany do wojska polskiego. Niestety nie odszukałem do jakiej trafił jednostki mjr rez. lek. wet. H. Puczniewski. W 4 pułku strzelców konnych w marcu 1939 r. w obsadzie personalnej był kapitan lekarz weterynarii Czesław Łunkiewicz (zamordowany w Katyniu). W pułku tym służył od 1932 r.

Zestawieniu nie zarejestrowanych lekarzy weterynarii po wojnie figuruje nazwisko Hieronima Puczniewskiego — poz 675. W 1950 r. przed Sądem Grodzkim w Warszawie odbyła się rozprawa uznania Hieronima Puczniewskiego za zaginionego w latach 1939—1945.

Na cmentarzu parafialnym w Pruszkowie przy ul. Kraszewskiego 23 znajdują się groby Puczniewskich: Antoniego ur. w 1853 i pochowanego w 1922 r. oraz Hieronima — majora WP ur. 1887 r. i pochowanego w 1939 r. Nie ma dokładnej daty śmierci, chociaż data urodzenia odbiega o 3 lata od podawanych wcześniej?

Rozbudowany biogram Hieronima Puczniewskiego postanowiłem opublikować licząc, że może otrzymam stosowne uzupełnienia czy poprawki.

W trakcie szerokich poszukiwań lekarzy weterynarii uczestniczących w walkach wyzwoleńczych, którzy oddali swoje życie za niepodległość ojczyzny, natrafiłem na tragiczne informacji związane z losem trzech lekarzy weterynarii. W walkach dwudziestego roku z wojskami rosyjskimi polegli oficerowie-lekarze wet.: Jan Konitzer — uczestnik powstania wielkopolskiego, Antoni Legin i Tadeusz Doliwa-Brzeziński.


JAN KONITZER

Urodził się w 1878 r. w Czersku. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1912 r. w Stuttgarcie. W I wojnie światowej uczestniczył jako lekarz weterynarii wojsk pruskich w latach 1914—1918. W 1919 r. wstąpił do Wojska Polskiego w stopniu majora lekarza weterynarii. Został szefem weterynaryjnym I Dywizji Strzelców Wielkopolskich w składzie Wojsk Wielkopolskich, która powstała w styczniu 1919 r. i została przemianowana (10 grudnia 1919 r.) na 14 Dywizję Piechoty. W jej składzie znajdował się ambulans weterynaryjny. Major wet. Jan Konitzer zmarł w szpitalu polowym nr 702 1 maja 1920 r., chociaż płk dr Konrad Millak w swoim Słowniku podał, że: zmarł 4 stycznia 1920.


ANTONI LEGIN

Urodził się 12 stycznia 1872 r. w Perehińsku. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1896 r. we Lwowie w Szkole Weterynaryjnej. Po studiach pracował jako miejski lekarz weterynarii w Andrychowie. Następnie w Żywcu, gdzie został wcielony do wojska austriackiego, w którego szeregach walczył w I wojnie światowej. W 1918 r. powrócił do Żywca. W 1920 r. zmobilizowany do Wojska Polskiego jako major lekarz wet. komendant szpitala koni VI Brygady Jazdy w polu. 5 czerwca 1920 r. nastąpiło przełamanie przez Armię Konną Budionnego polskich pozycji pod Skwirą (na styku dwóch polskich armii VI i III). Rosjanie przejęli inicjatywę. Major dr Antoni Legin poległ 6 czerwca 1920 r. właśnie pod Skwirą.


TADEUSZ DOLIWA-BRZEZIŃSKI

Urodził się w 1884 r. w Łańcucie. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1914 r. we Lwowie. Zaraz po studiach został wcielony do armii austriackiej i przez cztery lata walczył na różnych frontach I wojny światowej. Od 1918 r. miejski lekarz weterynarii w Łańcucie. W 1919 r. powołany do Wojska Polskiego. Służył jako lekarz wet. poligonu w Rembertowie, później na froncie w walkach polsko-bolszewickich w 8 Pułku Artylerii Polowej. Poległ podczas przeprawy przez Niemen 19 lipca 1920 r. w miejscowości Grodno w randze kapitana WP.

W Wikipedii znajdujemy następujący opis tych walk: W dniach 18–23 lipca 1920 r. toczyły się w obronie Grodna walki oddziałów polskich dowodzonych przez gen. Stefana Mokrzeckiego i gen. Lucjana Żeligowskiego z nacierającym 3. Korpusem Kawalerii bolszewickiej dowodzonej przez Gaja Chana i częścią 4. Armii bolszewickiej. Utrata miasta zagrażała trwałości polskiej obrony na Niemnie i odsłaniała bolszewikom najkrótszą drogę znad Niemna na Warszawę.

4. Operacja polska 1937—1938 w ZSRR

Tuż przed II wojną światową, w latach 1937—1938 w ZSRR przeprowadzono tzw. „operację polską”. Rosjanie zamordowali wówczas niemal 200 tysięcy Polaków oskarżając ich, że w ramach Polskiej Organizacji Wojskowej (POW) chcieli obalić władzę sowiecką.

„Operację polską” przeprowadzono na mocy rozkazu Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych ZSRR Nikołaja Jeżowa nr 00485 z dnia 11 sierpnia 1937 roku. Na podstawie udostępnionych przez zainteresowanych dokumentów można stwierdzić, że NKWD skazało 139 835 osób polskiego pochodzenia, z grupy tej zamordowano bezpośrednio 111 091 Polaków — obywateli ZSRR, a 28 744 skazano na pobyt w łagrach — strukturze podległej Gułag. Wyroki były wykonywane natychmiast. Jednocześnie masowo deportowano Polaków zamieszkujących Ukraińską SRR i Białoruską SRR m.in. do Kazachstanu, na Syberię, w rejony Charkowa i Dniepropietrowska. Łączna liczba deportowanych Polaków przekroczyła 100 tysięcy i z tej grupy także wielu zmarło.

W „operacji polskiej” za „wroga ludu” uznano między innymi lekarza weterynarii Pawła Kobylańskiego.


PAWEŁ KOBYLAŃSKI

Urodził się w 1895 r., s. Jana. Żona Agata. Dwukrotnie żonaty. Z pierwszego małżeństwa miał córkę Katarzynę. Z małżeństwa z Agatą: dwie córki — Walentyna i Maria oraz dwóch synów — Marian i Leon. Pracował jako urzędnik, nie należał do partii, obywatel ZSRR, narodowość polska. W latach 1934—1937 był starszym lekarzem weterynarii w sowchozie w Krasiłowie (kartel winnicki). Cała rodzina muzykalnie uzdolniona (za wyjątkiem ojca).

Dalsze koleje losu przedstawię cytując obszerne fragmenty artykułu Jana Kozielskiego „Tragedie polskiej rodziny „wrogów ludu” zamieszczonego w Kurierze Galicyjskim 26 maja 2013 r. Jan Kozielski pisze: „Do domu przy ul. Pierwszego Maja 29 we wsi Zasłucz w okolicy Starokonstantynowa koło Chmielnickiego (dawne miasto Płoskirów) pukano późno w nocy. Gospodarz, Paweł Kobylański, syn Jana, pracujący jako weterynarz powiatowy, przyzwyczaił się do nocnych wezwań. Jednak, tym razem usłyszał coś zupełnie innego: Zbieraj się!. Zobaczył nieoczekiwanych gości w mundurach NKWD, którzy przeszukali mieszkanie na mocy decyzji kierownika oddziału NKWD, młodszego lejtnanta bezpieki Samogorodskiego. Odebrali i zabrali ze sobą jego dowód osobisty, książeczkę wojskową, różną korespondencję, w której było blisko 20 listów. Ciemną mroźną nocą wypędzą go z domu, popychając do czarnego kruka.

Akta sprawy oznaczone nr 3905 przechowywane są w Archiwum Obwodowym w Chmielnickim. W protokółach z przesłuchań czytamy zeznania głównego oskarżonego (cyt. ze wspomnianego artykułu): „Pierwsze przesłuchania wroga ludu P. Kobylańskiego, zawarte w bardzo ładnym charakterze pisma zawierają ducha i siłę jego męstwa, a zeznania zupełnie przeczą oskarżeniom. W tym czasie nie tylko w Grygoriwce, ale również w innych wsiach i kołchozach w powiecie Starokonstantynów, Krasiłów, Ostropół, Stara Siniawa na skalę masową ginęły konie oraz bydło. Oczywiście, winny temu był tylko główny weterynarz. Bardzo szybko majstruje się sprawę — ot, działa organizacja antysowiecka, o nastawieniu dywersyjnym, która zleca otrucie koni. W końcu 1937 roku w Kołchozie im. R. Luksemburg padło ich najwięcej — 41. /…/

Tak, zostałem powołany do armii Petlury, lecz nie służyłem a zdezerterowałem, poszedłem do Armii Czerwonej i trafiłem do niewoli denikinowców, byłem w niewoli przez 4 miesiące, po czym zostałem wyzwolony przez Armię Czerwoną w okolicy miasta Tiraspol i byłem w Armii Czerwonej do końca 1920 r.”.

Odpowiednie przygotowania do zeznań i skuteczna praca śledczych w niemal 90 % aresztowanych skutkowała „przyznaniem się” do wskazanych czynów.

„Po tym, jak się zapierałem — zeznaje dalej P. Kobylański — zdecydowałem się stanąć na drogę szczerych zeznań — napisze P. Kobylański trzęsącą się ręką na ostatnich kartach sprawy. — Tak, potwierdzam, że jestem uczestnikiem antyrewolucyjnej organizacji dywersyjnej, która stawiała sobie za cel i wcielała w życie likwidację hodowli bydła w rolnictwie…”.

„10 marca 1938 roku — pisze dalej red. Jan Kozielski — odbyło się posiedzenie „trójki” komisariatu NKWD w obwodzie kamienno-podolskim, która wydała wyrok: Pawła Kobylańskiego s. Jana — rozstrzelać, zaś jego rzeczy osobiste skonfiskować. Wyrok wykonano 5 maja 1938 roku. Później P. Kobylański zostanie pośmiertnie zrehabilitowany. /…/ Przysypana kurzem sprawa P. Kobylańskiego, leżąca w archiwum państwowym w Chmielnickim, otworzyła nowe karty życiorysu. P. Trońko, członek Akademii Nauk Ukrainy na pierwszych kartach pisma naukowo-publicystycznego „Z archiwum WUCzK, GPU, NKWD, KGB” napisał: „mowa jest o naszym rodowodzie, uczciwym, nie napiętnowanym życiu naszych dziadków i ojców, babć i matek. Zwróćmy dzieciom i wnukom dobre wspomnienia o ich przodkach. Żeby pamiętali, żeby byli z nich dumni”.

Doktor Piotr Kobylański nie jest jedynym Polakiem, ofiarą wśród służby weterynaryjnej w Rosji. 18 października 1937 roku na śmieć został skazany weterynarz Feliks Michnia z wioski Białystok. Aresztowany 13 sierpnia 1937 roku jako członek POW, kontrrewolucjonista, który przygotowywał się do powstania przeciw sowieckiej własti, świadomie rozprzestrzeniał choroby kołchozowych koni i zaraz świń. Po „skutecznych” przesłuchaniach podpisał się pod napisanym mu zeznaniem: że właśnie szykował otrucie wszystkich koni kołchozowych.


Szerzej o tym wydarzeniu pisze Piotr Szubarczyk z Oddziału IPN Gdańsk na stronie Nasz Dziennik. pl 11. 08. 2012 r. W 2008 r. nakładem wydawnictwa Bernardinum ukazała się książka Wasyla Haniewicza Białostocka tragedia właśnie przedstawiająca zagładę polskiej wsi Białystok na Syberii. Wasyl Haniewicz wyznał, że: „na zawsze zapamięta słowa wydrapane na ścianie jednej z celi więziennej przez Polaka tuż przed rozstrzelaniem:

„Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, ale najtrudniej — cierpieć i za nią umierać”.

Zdanie to stało się mottem w książce autora „Niepowtarzalni z Wielkopolski” przedstawiającej biografie lekarzy weterynarii z Wielkopolski, którzy zostali zamordowani/polegli w II wojnie światowej. Tablica z nazwiskami 51 lekarzy weterynarii uroczyście odsłonięta została przed siedzibą Wielkopolskiej Izby Lekarsko-Weterynaryjnej w 2017 r.

5. W wojnie obronnej 1939

W 1939 r. w wojsku polskim jako oficerowie zawodowi służyło 160 lekarzy weterynarii. Kilka lat przed wybuchem wojny lekarze weterynarii oraz studenci medycyny weterynaryjnej odbywali obowiązkową służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Naczelnym lekarzem weterynarii w CWKaw. był ppłk. Jan Wróblewski. W obsadzie personalnej Centralnej Szkoły Kawalerii (1924 r.) był także starszy lekarz wet. płk. Władysław Hofman, a młodszymi oficerami weterynarii byli — ppłk. Józef Kulczycki i por. Stanisław II Szczuka.

Nie jest przesadą — pisze w art. płk Piotr Kowalczuk — że w kawalerii bardziej troszczono się o konia niż o ułana. Chory ułan bez żadnego rozgłosu kierowany był do Izby Chorych, gdzie dostawał w zależności od dolegliwości aspirynę, maść na czyraki lub olej rycynowy. Natomiast chory koń powodował nie lada sensację, a służba weterynaryjna składała zaraz, Bóg sam wie gdzie, obszerne meldunki na ten temat oraz oddzielne meldunki o postępach w jego leczeniu. Ułan zaś, który konia ochwacił, okulawił czy odparzył, przedstawiany był zaraz do raportu karnego i najsurowszej kary.

Jerzy Jastrzębski szczegółowo opisał okres szkolenia 1932 r.: Pobór w 1932 r. objął nie tylko lekarzy weterynarii, ale i absolwentów, którzy do chwili osiągnięcia 24 lat życia nie uzyskali jeszcze dyplomu. Wszyscy wymienieni otrzymali karty powołania do Szkoły Podchorążych Rezerwy Kawalerii, co spowodowało wzrost rekrutów weterynaryjnych. Była ona tak duża, że przekroczyła możliwości szkolenia wszystkich w Grudziądzu i spowodowała konieczność przeprowadzenia w pierwszych dniach po przybyciu do szkoły selekcji tych rekrutów. Celem jej było określenie, którzy z nich zostaną w Grudziądzu, a którzy będą wysłani do Włodzimierza Wołyńskiego. Selekcję przeprowadzono w następujący sposób. Na obszernym placu zebrano w szeregu wszystkich poborowych lekarzy weterynarii i absolwentów. Przy stojących rekrutach pozostał jeden z oficerów, a paru innych tworzących komisję selekcyjną oddaliło się na odległość kilkadziesiąt metrów. Rekrutów wywoływano po nazwisku, a ci mieli szybkim biegiem podążać w kierunku komisji. Komisja prawdopodobnie po sposobie biegu decydowała, który z rekrutów zostanie w Grudziądzu i będzie kawalerzystą, a który pojedzie do Włodzimierz i będzie artylerzystą.

Wołyńska Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzy Wołyńskim. Pierwszy kurs plutonu weterynaryjnego odbył szkolenie w 1932 r. W 1935 r. powołano Oddział Szkolny Służby Weterynaryjnej. Do wybuchu wojny szkolenie to ukończyło 291 słuchaczy (wg J. Jastrzębskiego — od 350—420 lekarzy weterynarii). W kadrze oficerskiej szkoły począwszy od listopada 1926 r. był lek. wet. kpt. Piotr Kunasiewicz. Od sierpnia 1939 r. na jego miejsce przybył lek. wet. kpt. Julian Potkański.

Drugą szkołą artylerii dla podchorążych rezerwy była Mazowiecka Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii im. J. Bema w Zambrowie. W Mazowieckiej szkole nie prowadzono szkolenia lekarzy weterynarii. W kadrze oficerskiej tej szkoły znalazł się natomiast także lekarz weterynarii z tytułem doktora nauk weterynaryjnych, kpt. Jarosław Maksymowicz. Biogramy wymienionych trzech oficerów przedstawię poniżej:


PIOTR KUNASIEWICZ

Urodził się 1 lipca 1895 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał we Lwowie w 1924 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Był oficerem zawodowym. Jak podaje W. Wołk-Jezierska w książce „Wołyńska i Mazowiecka Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii” znajdował się w pierwszej obsadzie oficerskiej Szkoły Wołyńskiej 27 listopada 1926 r. w stopniu kapitana.

Fot. Kpt. P. Kunasiewicz lekarz wet.

Komendantem Szkoły był wówczas ppłk Wincenty E. Cybulski. Wymieniany jest w obsadzie oficerskiej Szkoły do 1934 r. W 1939 r. — dowiadujemy się, że ze szkoły odszedł 14 sierpnia z kadry oficerskiej naczelny lekarz weterynarii, lek. wet. kpt. Julian Potkański. Kapitan Piotr Kunasiewicz uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. Okres niewoli niemieckiej w życiu P. Kunasiewicza jest dla nas nieznany.

Kwerenda w Archiwum ITS w Bad Arolsen nie przyniosła żadnych nowych danych. W Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym po wojnie pojawia się nazwisko Piotra Kunasiewicza. Po wojnie pracował w Czernichowie w woj. krakowskim w lecznicy dla zwierząt.


JULIAN POTKAŃSKI

Urodził się w 1907 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1934 r. w Warszawie na Uniwersytecie Warszawskim. Był państwowym lekarzem weterynarii we Włodzimierzu Wołyńskim, to oznacza, że był żołnierzem zawodowym, oficerem. Od marca 1935 do grudnia 1937 pełnił funkcję młodszego lekarza weterynarii 9. Pułku Strzelców Konnych im. gen. Kazimierza Pułaskiego w Grajewie w stopniu podporucznika i później porucznika. Z publikacji W. Wołk-Jezierskiej: Wołyńska… dowiadujemy się, że 14 sierpnia 1939 r. odszedł ze Szkoły właśnie kpt. Julian Potkański.

Według relacji por. lek. wet. Juliana Potkańskiego zamieszczonej w/w pracy: W grupach 2 i 3 zebrało się tylko po kilkunastu oficerów, w grupie 1 nie mniej niż 300. O ile wiem, grupy 2 i 3 zostały wypuszczone z koszar bez większych trudności natomiast grupie 1, do której należałem, sowiecki oficer oświadczył, że ze względu na to, iż ludność Włodzimierza jest bardzo nieprzychylnie do nas ustosunkowana, da nam ochronę w postaci samochodów pancernych i wyprowadzi kolumnę unikając przejścia przez miasto w kierunku na Uściług, Chełm, Lublin. Podczas gdy staliśmy jeszcze na placu koszarowym, podjechał sowiecki samochód osobowy typu „Łazik”, którym wywieziono w nieznanym kierunku gen. Smorawińskiego i płk. Jasińskiego. Kwerenda w Archiwum ITS w Bad Arolsen nie przyniosła żadnych nowych danych.

Po wojnie podjął pracę w wyuczonym zawodzie. Zmarł 12 lipca 2000 r.


JAROSŁAW BAZYLI MAKSYMOWICZ

Urodził się 19 stycznia 1906 r. we Lwowie, s. Józefa i Julii z Szelastaków. [W. Wołk-Jezierska podaje, że był synem Jana — dop. W. A. G.]. Świadectwo dojrzałości uzyskał w gimnazjum w Miechowie. W 1926 r. rozpoczął studia weterynaryjne na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie.

Fot. J. B. Maksymowicz — zgoda na przedruk ROPWi M z Katyń. Księga Cmentarna Polskiego Cmentarza Wojennego, Warszawa 2000

Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1931 r. I jak podaje W. Wołk-Jezierska w tym też roku ożenił się ze Stanisławą. Również w 1931 r. rozpoczął kurs w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Dokładnie od 13 sierpnia 1931 r. do 15 maja 1932 r. (Dz. Pers. 13/32). Po ukończeniu Szkoły Kawalerii w Grudziądzu skierowany do 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego. 1 listopada 1932 r. otrzymał mianowanie na podporucznika lekarza wet. W grudniu 1932 r. przeniesiony do 22. Pułku Ułanów, w którym służył do 1936 r. W między czasie otrzymał nominację na porucznika W. P. — 1 stycznia 1935 r. W latach 1936—1937 służył w 2. Samodzielnej Brygadzie Kawalerii.

W 1936 r. obronił we Lwowie na swojej macierzystej Uczelni pracę doktorską „Leczenie rogówek przesączem przeciw ropnym według Besredki”.

Dowódcą 2. Samodzielnej Brygady Kawalerii był wówczas gen. bryg. Władysław Anders, który 27 października 1936 r. przygotował pisemną ocenę walorów por. dr wet. J. Maksymowicza: „Wybitny pod każdym względem. Inteligentny, energiczny. Samodzielny. Stale pracuje nad sobą. Taktowny. Charakter silny i wyrobiony. Lekarz weterynarii z przyszłością”.

Witomiła Wołk-Jezierska zamieszcza we wspomnianej na wstępie pracy jeszcze inną, pozytywną, opinię przełożonych: „Charakter silny, poważny ponad wiek. Bardzo solidny, obowiązkowy i pracowity, całkowicie rozmiłowany w zawodzie. Umysł bystry, jasny i logiczny. Nieprzeciętnej inteligencji. W pracy twórczy. Studiuje dodatkowo naukowo i praktycznie. Bardzo stanowczy i energiczny”.

3 września 1937 r. otrzymuje rozkaz udania się do Mazowieckiej Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii w Zambrowie (R.Dz. 1/14.09.1937). 19 marca 1938 r. odbiera mianowanie na kapitana W.P. (Dz. Pers. Nr 1/38). Z rozkazu [R. 141/27.VI.38] dowiadujemy się, że doktor uczestniczy w Komisji zawodów konnych: „W związku z Zawodami Konnymi wyznaczam do Komisji „Dnia Konia” kpt. Grygosińskiego Wacława, jako przewodniczącego, kpt. Maksymowicza Jarosława i por. Kużasa Wacława — jako członków…”.

Kapitan dr wet. Jarosław Bazyli Maksymowicz znalazł się na liście wywózkowej NKWD — 032/1 „14” kwietnia 1940 r. Moskwa 11. Maksymowicza Jarosława s. Józefa 1906 r. 294; p.a. 491—495. Zamordowany w Katyniu.

Wrzesień 1939 r. w Zambrowie. Opis września 1939 r. zamieszczam cytując obszerne fragmenty z książki Witomiły Wołk-Jezierskiej, s. 148: „Znakomitą wiedzę o losach oficerów Wołyńskiej i Mazowieckiej Szkoły zdobyłam z górą po półwieczu od wydarzeń 1939 roku. Udało się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że po wybuchu II wojny światowej, dopiero po 6 września 1939 r. Mazowiecka Szkoła Podchorążych Rezerwy Artylerii, przeniesiona została do Włodzimierza Wołyńskiego i weszła w skład Grupy Włodzimierz, którą dowodził komendant Wołyńskiej SPRArt. — płk Lucjan Jasiński /…/. Pani kapitanowa Ludomira Staszek, żona kpt. Marcelego Staszka — świadek tych wydarzeń jakie miały miejsce w Zambrowie, opisała je, na moją prośbę, w 2002 roku /…/. Ludomira Staszek: „Zambrów — 1. IX. 39 o 6-ej rano nadleciały bombowce — cel — Podchorążówka — zrzucono parę bomb nie czyniąc większych szkód — zestrzelono samolot niemiecki i oficera wzięto do niewoli. 3 dni byliśmy w stałym pogotowiu. 4-go dnia ewakuacja całej Podchorążówki do Czerwonego Boru, gdzie w lesie wraz z całym wojskiem i taborem czekaliśmy na podstawienie pociągu, by ruszyć w drogę. Była nas cywilów nieduża grupa. Zdecydowana większość rodzin wyjechała z Zambrowa w ostatniej dekadzie sierpnia /…/. 5-go dnia po załadowaniu całego sprzętu, broni itp. ruszyliśmy w drogę. Po drodze były naloty — nasi mieli działa przeciwlotnicze — wyskakiwaliśmy do lasu, czy krzaków — na szczęście nie było wypadków. W Brześciu n/Bugiem na stacji był nalot — przeżycie wielkie, ale nie trafiono i zaraz jazda w dalszą drogę. Nie umiem skojarzyć jak długo trwała droga; bez przeszkód zajechaliśmy do Włodzimierza Wołyńskiego przed południem, gdzie nas Czerwony Krzyż skierował do Włodzimierskiej Podchorążówki /…/. Wróciłam furmanką, a tu 20.IX.39 wojsko rosyjskie zajęło koszary…”.

„17 września 1939 r. godz. 5 rano — cytuję dalej W. Wołk-Jezierską — Armia Czerwona wtargnęła na wschodnie ziemie Polski. Dyrektywa Marszałka Polski wydana 17 września 1939 r. w Kutach przed ucieczką do Rumunii brzmiała: „… Z sowietami nie walczyć… Miasta do których podeszły Sowiety, powinny z nimi pertraktować w celu wyjścia garnizonów do Rumunii lub Węgier”. Marszałek sam uciekł z Polski, ale swoją dyrektywą zgotował oficerom rzeź katyńską. Z relacji Tadeusza Brzezińskiego i Mieczysława Welzandta wiemy, że Włodzimierz był doskonale przygotowany do obrony, ale „dyrektywa” Marszałka Polski Edwarda Rydza-Śmigłego Naczelnego Wodza Wojsk Polskich wydana 17 września 1939 roku, zakazywała walki. Dlaczego?!!! /…/. Por. Busiakiewicz wspomina, że już 19 września 1939 r. około godz. 21 od strony wsi Werba koszary ostrzelane zostały przez sowietów z broni maszynowej. 19/20 września 1939 roku o godzinie 24,00 brygada czołgów Frontu Ukraińskiego, Grupy Szepietowskiej 5. Armii, pod dowództwem kombriga Michaiła Aleksiejewicza Bogomołowa wtargnęła do Włodzimierza Wołyńskiego. Czołgi otoczyły garnizon, w nim obydwie Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii. /…/. W nocy, według relacji por. Busiakiewicza, strony ustaliły, że załoga garnizonu złoży broń, szeregowi wyjdą wolno z koszar, rodziny oficerów z dobytkiem, na wozach, mogą udać się w dowolnym kierunku, a oficerowie mogą zatrzymać szable i pistolety oraz konie i dołączyć do rodzin. /…/ Gdy kolumna opuściła koszary, oficerom odebrano służbowe konie wraz z przytroczonymi pod tybinką szablami i pistolety. Rozbrojonych otoczyły tyraliery piechoty z bagnetami na broni i pognano ich w kierunku Łucka. Gnano ich cztery dni bez jedzenia, raz na dzień pozwalano napić się wody ze studni /…”.

Z pamiętnika kpt. Gosiewskiego — zamieszczonego także w opracowaniu W. Wołk-Jezierskiej, s. 155 — wiemy, że grupa jeńców polskich z obu Szkół Podchorążych Rezerwy Artylerii dotarła do obozu w Kozielsku 3 listopada 1939 r. nad ranem.


ARMIA POZNAŃ, ARMIA POMORZE I BRYGADY KAWALERII


W związku z zagrożeniem wojną i mobilizacją niejawną i powszechną w 1939 r. dodatkowo powołano do wojska 560 lekarzy weterynarii rezerwistów i przydzielono do różnych związków operacyjnych. Ze względu na ograniczenia objętościowe tekstu przykładowo omówię udział lekarzy weterynarii w Armii „POZNAŃ”, w której służyło 37 lekarzy weterynarii, wspomnę w kilku zdaniach o uczestnictwie lekarzy wet. w Armii „POMORZE” oraz wymienię naczelnych lekarzy weterynarii w 11 brygadach kawalerii (9 brygadach).


ARMIA POZNAŃ

Dowódcą Armii „Poznań” został 23 marca 1939 r. gen. dyw. Tadeusz Kutrzeba. Armia „Poznań” licząca ponad 100 tys. żołnierzy składała się z czterech dywizji piechoty: 14, 17, 25 i 16, dwóch brygad kawalerii: Wielkopolskiej i Podolskiej oraz pułku lotniczego (51 samolotów) i kompanii balonów, 7 pac, 62 i 71 dywizjonów pancernych (z czołgami rozpoznawczymi TKS i TK-3, czterech kompanii czołgów rozpoznawczych — 31, 71, 72, 82 oraz pięciu pociągów pancernych i dwóch brygad obrony narodowej — Poznańskiej i Kaliskiej.

Armia „Poznań” okryła się chwałą godną największych. Stoczyła największą i najbardziej krwawą bitwę na ziemiach polskich we wrześniu 1939 r. — bitwę nad Bzurą. „Gen. Kutrzeba należał bezsprzecznie do najzdolniejszych dowódców Wojska Polskiego. W trakcie przygotowań i w przebiegu bitwy nad Bzurą podjął on jednak również wiele decyzji błędnych, które w konsekwencji zaciążyły na rezultacie bitwy…” — piszą P. Bauer i B. Polak w pracy o Armii „Poznań”.

Resztki Armii „Poznań” przebijały się do Warszawy. Walczyli do 28 września 1939 r., kiedy to podpisano kapitulację.

W obsadzie personalnej Armii „Poznań” znalazło się kilkudziesięciu lekarzy weterynarii. W Sztabie Armii Szefem Służby Weterynaryjnej był płk lek. wet. Mieczysław Lessiński. W Sądzie Polowym — ławnik mjr lek. wet. Ludwik Połomski.

W 14. Wielkopolskiej Dywizji Piechoty w 14. Pułku Artylerii Lekkiej w I dywizjonie — lek. wet. Eugeniusz Senator, w II dywizjonie — ppor. lek. wet. Kazimierz Suchodolski, III dywizjonie — ppor. lek. wet. Włodzimierz Julian Sawański. W 14. dywizjonie artylerii ciężkiej — ppor. lek. wet. Tadeusz Marian Łożyński, a w parku intendentury — ppor. lek. wet. Alojzy Neterowicz.

W 17. Wielkopolskiej Dywizji Piechoty Szefem Służby Wet. był ppłk lek. wet. Bronisław Brunon Otto, a ambulansem weterynaryjnym kierował por. rez. dr Emil Kaliński. W 17. Pułku Artylerii Lekkiej w I dywizjonie ppor. rez. lek. wet. Roman Ludwik Bednarczyk, w II dywizjonie — kpt. lek. wet. Józef Hetnał (według Waldemara Rezmera ppor. lek. wet. Edward Pluszyński), III dywizjonie — ppor. rez. dr wet. Stanisław Mikołaj Wędrychowicz.

W 17. Dywizjonie Artylerii Ciężkiej lekarzem weterynarii był ppor. lek. wet. Stanisław Pietrzak (inf. z W. Rezmera s. 493).

W 25. Kaliskiej Dywizji Piechoty Szefem Służby Wet. był kpt. lek. wet. Eugeniusz Warnicki i w Kwaterze Głównej dowódcą Ambulansu weterynaryjnego był kpt. rez. lek. wet. Klemens Wincentowicz. W 25. Pułku Artylerii Lekkiej — ppor. lek. wet. Zdzisław Ważny (inf. W. Rezmer s. 501).

W 26. Skierniewickiej Dywizji Piechoty Szefem Służby Weterynaryjnej był mjr lek. wet. Mieczysław Jeziorowski. W 26. Pułku Artylerii Lekkiej — ppor. lek. wet. Jerzy Kurczyński, a w 26. Dywizjonie Artylerii Ciężkiej — ppor. lek. wet. Wojciechowski (wg W. Rezmera s. 509 — nie podano imienia lekarza).

W Wielkopolskiej Brygadzie Kawalerii — kpt. lek. wet. Leon Demciuch, a w Dowództwie Pułku wymieniono podoficera sanitarno-weterynaryjnego st. wachmistrza Stanisława Balbierza i ppor. lek. wet. Euzebiusza Małeckiego. W 17. Pułku Ułanów Wielkopolskich im. Króla Bolesława Chrobrego w dowództwie pułku wymieniono por. lek. wet. Bohdana Piotrowskiego. W 7. Pułku Strzelców Konnych Wielkopolskich — por. lek. wet. Bolesława Witkowskiego i pchor. lek. wet. Sylwestra Radomskiego. W 7. Wielkopolskim Dywizjonie Artylerii Konnej w dowództwie dywizjonu podano kpt. lek. wet. Janusza Majewskiego i podoficera wet. plut. Stanisława Zwierzchowskiego.

W Podolskiej Brygadzie Kawalerii Szefem Służby Weterynaryjnej był mjr lek. wet. Mieczysław Zagajewski. W 6. Pułku Ułanów Kaniowskich — ppor. lek. wet. Konarzewski, a w 9. Pułku Ułanów Małopolskich — kpt. lek. wet. Walerian Rutkowski. W 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich ppor. lek. wet. Jarosław Piechowicz, a w 6. Dywizjonie Artylerii Konnej — por. lek. wet. Józef Wojnarowicz. W Ośrodku Zapasowym Brygady kpt. lek. wet. Roman Bojczuk. Według Waldemara Rezmera w Parku intendentury — ppor. lek. wet. Kazimierz Wojakiewicz. W 7. Pułk Artylerii Ciężkiej w 2 dywizjonie por. lek. wet. Antoni Heinsch, a w 67. Dywizjonie Artylerii Lekkiej ppor. lek. wet. Marian Błaszczyk.


BIOGRAMY.

Przedstawiam kilka wybranych biogramów: M. Lessińskiego, W. Sawańskiego, T. M. Łożyńskiego, A. Neterowicza, J. Z. Kurczyńskiego, B. Piotrowskiego, J. Majewskiego i W. Rutkowskiego.


MIECZYSŁAW LESSIŃSKI

Urodził się 6 czerwca 1886 roku w Ostrowie Wielkopolskim, s. Stanisława i Marii Kwietniewskiej. Po ukończeniu Gimnazjum w Ostrowie Wlkp. podjął studia na Tierärztliche Hochschule w Berlinie, którą ukończył w 1915 r. W okresie nauki w gimnazjum należał do Towarzystwa Tomasza Zana (lata 1900—1905). Na podstawie informacji podanej przez Tadeusza Łaszczewskiego zamieszczonej na stronie www.stankiewicze.com wiadomo, że od 7 lipca 1914 do 16 grudnia 1918 r. był w armii niemieckiej. Po wybuchu Powstania Wielkopolskiego (27 grudzień 1918 — 16 luty 1919) zgłosił się do dyspozycji Dowództwa Głównego w Poznaniu. Otrzymał nominację na szefa weterynaryjnego wojska wielkopolskiego. Energicznie przystąpił do organizacji służby weterynaryjnej. Następnie organizował pierwszy szpitala koni w Forcie Grollmana. „Rozkazem dziennym nr 18 z 22 I 1919 objął opiekę nad końmi w fortach „Prittwitz”, „Radziwiłł”, Rauch” Winiary/Cytadela. Dekretem Komisariatu NRL nr 60 z 2 V 1919 mianowany porucznikiem lekarzem wet., a dekretem nr 62 z tego samego dnia rotmistrzem, kolejnym dekretem nr 63 majorem lekarzem wet. Od 15 XI 1919 był szefem Weterynaryjnym DOGen. Zweryfikowany w stopniu majora lekarza wet. ze starszeństwem od 1 VI 1919 r. Następnie w DOK VII w Poznaniu. Był wykładowcą z lecznictwa koni w wojsku polskim. Autor wielu prac z dziedziny hodowli koni wojskowych. Awansowany do stopnia podpułkownika lekarza wet. 1 I 1930. Szef Komisji Remontowej Nr 4. Po 1933 szef weterynarii DOK VII w Poznaniu” — cytat ze strony www.stankiewicze.com — inf. T. Łaszczewski.

W cytowanej już publikacji Armia Poznań w wojnie obronnej 1939 P. Bauera i B. Polaka natrafiłem na s. 463 w „Obsadzie personalnej Armii „Poznań” na dzień 1 września 1939 r. właśnie na nazwisko pułkownika lekarza wet. Mieczysława Lessińskiego jako Szefa Służby Weterynaryjnej tej armii. Uczestniczył w walkach Armii „Poznań” i w obronie Warszawy.

W niewoli niemieckiej od 28 września 1939 r. z chwilą kapitulacji stolicy. Osadzony w Oflagu X A Sandbostel. Nr jeńca 52647. Przeniesiony 23 lipca 1940 r. do Oflagu II C Woldenberg. W niewoli niemieckiej uczestniczył w Kole Lekarzy Weterynarii: Starszym nie pozwoliła zapomnieć fachu i zmuszała ich do dzielenie się doświadczeniem z młodszymi, a młodym — wyobcować się zawodowo i zamiast kart do ręki wetknęła książkę (słowa dr. wet. W. Osyczka). W Woldenbergu uczestniczy wykładów po ich zaliczeniu zdawali egzamin przed komisją egzaminacyjną, której przewodniczącym był właśnie pułkownik Mieczysław Lessiński.

Do kraju powrócił 29 kwietnia 1945 r. Wykładał hipologię w Wyższej Szkole Rolniczej w Poznaniu.

Zmarł 3 czerwca 1953 r. w Poznaniu.


WŁODZIMIERZ SAWAŃSKI

Urodził się 20 września 1907 r. w Stanisławowie. Dyplom lekarza weterynaryjnego otrzymał w 1933 r. we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Po studiach pracował jako państwowy lekarz weterynarii. Według Spisu lekarzy weterynaryjnych w 1939 r. mieszkał w Poznaniu. Był ppor. lekarzem wet. w 14. Wielkopolskiej Dywizji Piechoty w 14. Pułku Artylerii Lekkiej w III dywizjonie.

Po przegranej wojnie obronnej 1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej. Nr jeńca 402. Osadzony początkowo w Oflagu XI A Osterode i przeniesiony do Oflagu II A Prenzlau. Z Archiwum International Tracing Service mieszczącego się w Bad Arolsen (Niemcy) otrzymałem kopie Personalkartez Oflagu Osterode. Z załączonych kart doskonale widać, jak precyzyjnie Niemcy prowadzili zapiski dotyczące poszczególnych więźniów. Zaksięgowano otrzymywany żołd w Lagermarkach, kwotę kredytu i rozliczenie z potwierdzeniem wypłacenia stosownych kwot. O tym opowiada Wikipedia:

Każdy oficer otrzymywał żołd w zależności od stopnia. Podporucznik dostawał 72, kapitan 96 marek miesięcznie, wypłacane co dekadę. Były to tzw. „Lagermarki” czyli waluta obowiązująca na terenie obozu. Początkowo można było w kantynie kupić za nie: piwo, wino, jabłka, pastę do zębów, wodę kolońską, karty do gry, żyletki. W późniejszym okresie piwo i owoce znikły, jedzenie było coraz gorsze, przeważnie zupa z brukwi, w której trudno było znaleźć ziemniaka. Po skontaktowaniu się z rodziną, na adres obozu mogła ona przysyłać paczki z produktami żywnościowymi. Ważne były produkty z witaminą „C”, której brak był szkodliwy dla uzębienia. W późniejszym czasie możliwe też było przesłanie pieniędzy rodzinom.

Po wojnie wrócił do kraju.


TADEUSZ MARIAN ŁOŻYŃSKI

Urodził się 22 lipca 1910 r. w Śremie, s. Józefa i Zofii Pałkowskiej. Maturę zdał w Gimnazjum Państwowym im. Gen. J. Wybickiego w Śremie w 1928 r. W latach 1928–1929 odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy w Śremie. Immatrykulowany na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie w 1929 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1935. Zaraz po studiach skierowany został przez naczelnego lekarza weterynarii z Poznania do zwalczania zarazy bydła, jaka wybuchła w tamtych latach w Wielkopolsce. Praktykę weterynaryjną rozpoczął w Sierakowie w pow. międzychodzkim i prowadził ją do czasu mobilizacji w 1939 r.

Fot. T. Łożyński 1939 r. — zdjęcie udostępnione przez syna Tadeusza Łożyńskiego

31 grudnia 1938 r. zawarł związek małżeński z córką Powstańca Wielkopolskiego i znanego przemysłowca z Sierakowa — Urszulą Stańko (1913–1989). W sierpniu 1939 r. podporucznik rez. lekarz weterynarii Tadeusz Łożyński zmobilizowany został do tworzonego w Poznaniu 14 Dywizjonu Artylerii Ciężkiej z dowódcą mjr. Eugeniuszem Szarym. Dywizjon liczył 17 oficerów, 487 podoficerów i kanonierów oraz 449 koni.

W niewoli niemieckiej. Osadzony w Oflagu VII A Murnau.

25 maja 1945 r. dotarł do Włoch i podjął służbę w 5 Polowym Szpitalu Ewakuacyjnym 2 Korpusu Polskiego stacjonującego wówczas w Loreto. W latach 1946—1947 przebywał w Anglii i Szkocji. W maju 1947 r. wrócił do Polski.

Zmarł w 1991 r. Szerszy biogram w Okruchach godnego życia.

Fot. T. Łożyński wśród lekarzy wet. jeńców w Oflagu VIIA w Murnau (1944) — zdjęcie udostępnił syn doktora Tadeusz Łożyńskiego
Fot. W laboratorium szpitalnym w Oflagu VII A Murnau — A. Suski, T. Łożyński, H. Gorgula i dr Bilski — z arch. rodzinnego


Fot. T. Łożyński w Loreto wraz z kapelanem i psychiatrą (1946) — zdjęcie z arch. rodzinnego

ALOJZY NETEROWICZ

Urodził się 3 kwietnia 1907 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1931 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie. Pracował jako samorządowy lekarz weterynarii w Poznaniu. Zmobilizowany został dopiero we wrześniu 1939 r. i uczestniczył w walkach obronnych 1939 r. W armii „Poznań” w 14 Dywizjonie Artylerii Ciężkiej w Parku intendentury (wg W. Rozmera).

Aresztowany przez Niemców i osadzony w obozie jenieckim w miejscowości Murnau. Zaraz też zaczął się rozglądać „jakby stąd można uciec?”. O ucieczce A. Neterowicza opowiada córka Mariana Siarkiewicza z Kalisza (współwięźnia): „W Murnau było pięć prób ucieczek. W zasadzie nie udało się nikomu. Pierwsza to za sprawą kpt. Mamunowa. Następna ucieczka do wewnątrz obozu nastąpiła dopiero w 1943 r. Uciekł ppor. Alojzy Neterowicz, podobnie jak kpt. Mamunow oskarżony o rozstrzelanie Niemca, którego schwytano na nadawaniu sygnałów świetlnych lotnikom niemieckim we wrześniu 1939 r. dla ułatwienia bombardowania polskich oddziałów. Niemiecki sąd w Warszawie uwolnił ppor. Neterowicza od winy i wrócił on do obozu jenieckiego. Neterowicz, lekarz weterynarii z Poznania został powiadomiony przez Komendę Obozu, że Sąd Specjalny (Sondergericht) w Warszawie dokona rewizji procesu. Po zastanowieniu się wraz z kolegami postanowiono wykopać w podłodze jednego pokoju tunel. Wybrano pokoik obok kaplicy w piwnicy bloku C. Było to tym bezpieczniejsze, że do budowy tunelu przyłączył się ks. Tadeusz Kirschke, kapelan obozowy, też Poznaniak i w dodatku kolega szkolny ppor. A. Neterowicza. Praca z wielkimi trudnościami została ukończona po kilku tygodniach. Wykopano loch pod łóżkiem jednego z kolegów, przykryty płytą wielkości 140 x 140 cm. Tunel ten posiadał światło, ale panowała w nim duża wilgotność. Ukrywający się mógł też wychodzić od czasu do czasu na powierzchnię do rozprostowania kości. Należy dodać, że w czasie budowy ziemię wynoszono w torebkach i rozsypywano na zewnątrz baraku wzdłuż placu apelowego. Dzięki kilkunastu ofiarnym kolegom, w których gronie był lekarz med. Wysocki i Dąbrowski, praca została szybko wykonana. Na czas kopania bunkra dr Dąbrowski zabrał Neterowicza do szpitala obozowego i zaaplikował mu zastrzyk, po którym musiał on przez kilka tygodni przebywać w szpitalu”.

Wszystko wydawało się zapięte na ostatni guzik. Gdy do obozu dotarła wiadomość o wezwaniu ppor. Neterowicza przez Sąd do Warszawy, ten skutecznie schował się w przygotowanej skrytce. Podczas spotkania z przyjaciółmi i w trakcie rozprostowywania zastygłych mięśni i kości w sierpniu 1943 r. do ich pokoju niespodziewanie wszedł podoficer niemiecki Kiesewetter i gdy zorientował się z kim ma do czynienia, wszystkich odprowadził na wartownię. Po szczegółowym śledztwie przeprowadzonym przez por. Oleszko (pochodzącego ze Śląska) wszystkich ukarano 14 dniowym aresztem. Ks. Tadeusz Kirschke także spędził dwa tygodnie w odosobnieniu. Ppor. Alojzy Neterowicz został wysłany do Warszawy na rozprawę. Odbył się proces i ponownie zapadł wyrok uniewinniający. Wrócił do obozu w Murnau i tam doczekał końca wojny. Po wyzwoleniu obozu, wrócił do kraju i pracował jako lekarz weterynarii.

Motyw ucieczki do wewnątrz obozu ppor. A. Neterowicza doskonale wykorzystał Tadeusz Chmielewski w filmie „Jak rozpętałem II wojnę światową” — do dzisiaj pamiętam aktora Mariana Kociniaka, jak ziemię rozsypuje na placu apelowym, jak gramoli się do skrytki za pomocą rur wodociągowych itp.

Po wojnie lekarz weterynarii Alojzy Neterowicz zamieszkał w Czarnkowie i pracował w zawodzie, jako lekarz weterynarii w miejscowej bekoniarni.

Zmarł 10 czerwca 1980 r.


JERZY ZENON KURCZYŃSKI

Fot. J. Kurczyński — Archiwum UW

Urodził się 22 grudnia 1905 r. w Obodówku na Podolu, s. Władysława i Zofii Bogusławskiej. Od 1915 r. uczęszczał do gimnazjum rosyjskiego, w którym uczył się do 1918 r. Do chwili powrotu z rodziną do Polski miał przerwę w nauce. W lutym 1922 r. został przyjęty do 4 klasy Państwowego Gimnazjum Humanistycznego w Bydgoszczy. Świadectwo dojrzałości otrzymał 18 maja 1926 r., a 29 października immatrykulowany na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego. Dyplom lekarz weterynaryjnego uzyskał na UW w Warszawie 28 czerwca 1934 r. (nr dyplomu — 346). W aktach personalnych w Centralnym Archiwum Wojskowym w Warszawie znajduje się zaświadczenie z Uniwersytetu Warszawskiego następującej treści: „Dyplomu jeszcze nie wykupił, wobec czego nie może przedstawić odpisu”. Pracował w woj. warszawskim jako lekarz rejonowy w Puszczy Mariańskiej, pow. Skierniewice. W kampanii wrześniowej 1939 r. walczył w stopniu podporucznika w 3. Dywizjonie 26. Pułku Artylerii Lekkiej. Szlak bojowy: Kcynia n. Notecią — Inowrocław — Bzura. Żonaty. Poległ 14 września 1939 r. w bitwie n. Bzurą na polu chwały.


BOHDAN PIOTROWSKI

Urodził się 12 stycznia 1908 r. w Wiskach, woj. lubelskie, s. Wacława i Ireny z d. Plewak. Egzamin dojrzałości uzyskał w Gimnazjum Państwowym im. Hetmana Żółkiewskiego w Siedlcach w 1928 r. Na Wydziale Weterynaryjnym UW immatrykulowany 6 listopada 1929 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego nr 385 uzyskał 12 listopada 1935 r. na Uniwersytecie Warszawskim. Pracę zawodową podjął w Wielkopolsce w Lesznie w 17. Pułku Ułanów im. Króla Bolesława Chrobrego (Wielkopolska Brygada Kawalerii) w stopniu porucznika. 7 maja 1937 r. z okazji święta pułkowego odebrał wyróżnienie z rąk dowódcy pułku ppłk T. Kurnatowskiego. We wrześniu 1939 r. por. lek. wet. Bohdan Piotrowski wymieniony jest w składzie dowództwa Pułku. Uczestniczy w kampanii obronnej 1939 r. W trakcie bitwy nad Bzurą został ciężko ranny z przestrzałem płuca. O zmaganiach 17. pułku ułanów opowiada uczestnik walk por. Juliusz Sielecki: „W straży przedniej jak zwykle 17 p. ułanów. Szwadron por. Karwowskiego wchodzi do wsi, oświetlonej płonącymi zabudowaniami. Wieś rozbudowana jest na wzniesieniach i piaszczystych wydmach. Jak się później okazało, na wzniesieniach znajdowały się starannie zamaskowane czołgi nieprzyjaciela. Jesteśmy na początku wsi, straż przednia, tj. 1 szwadron, skryła się już za pierwszymi zabudowaniami. Gen. Abraham zatrzymał się na skraju wsi, a przy nim płk Kowalczewski, ppłk Russocki i ja. Pada rozkaz „z koni” — nie pamiętam, który z dowódców wydał go. /…/. I w tej chwili „piekło na ziemi”. Ze wzniesień płyną tysiące świetlnych pocisków, ale wszystkie górują i na razie strat nie ma. Świetlne pociski robią jednak szalone wrażenie na koniach, które wyrywają się i galopują w kierunku, skąd przyszły. Zostajemy w pewnej chwili sami, tj. sztab pułku i gen. Abraham. Podjeżdża mój luzak i melduje: „Nie szło utrzymać Arkana (mojego konia)”; mówię mu więc: „Szukaj go, nie uciekł przecież do stajni”. W pewnej chwili zdaję sobie sprawę, że pociski nie czynią nam żadnej szkody, chociaż czołgiści niemieccy nadal prowadzą gęsty ogień. Widocznie nieprzyjaciel zajmując stanowiska nie sprawdził celności. W tym czasie odszedł już wraz z naszym dowódcą gen. Abraham do oddziałów stojących pod Sierakowem”.

Po zwycięstwie pod Sierakowem miało być kolejne zwycięskie uderzenie na Laski. Niestety. Gen. Abraham musiał zmienić kierunek ataku, gdyż wzmocnieni Niemcy przeszli do kontrnatarcia.

Wieczorem i w nocy 19 września na 20 września 1939 r. 17. Pułk Ułanów Leszczyńskich przebijał się do Warszawy i o świcie dotarł do stolicy wchodząc w skład jej obrony.

Porucznik Bohdan Piotrowski za kampanię obronną 1939 r. odznaczony został Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

W 1944 r. przebywał w Warszawie, gdzie został aresztowany przez NKWD i zesłany do łagru Borowicze woj. Nowogrodzka FSRR.

Mimo poszukiwań powodu aresztowania lekarza weterynarii Bohdana Piotrowskiego w Warszawie w 1944 r. nie natrafiłem na dokumenty mówiące o tym. Dlatego przytoczę kilka zdań omawiających ten temat. Dariusz Rogut „Referaty — Internowani żołnierze Armii Krajowej w obozach NKWD-MWD ZSRR 1944—1947 (zarys wybranej problematyki): „Klęska wojsk niemieckich na froncie wschodnim i szybkie posuwanie się Armii Czerwonej na zachód rozpoczęło w 1944 r. przygotowywaną przez Armię Krajową akcję „Burza”. Zakładała ona walkę zbrojną na tyłach niemieckiego frontu, samodzielne wyzwalanie poszczególnych obszarów i miast oraz ujawnianie się władz AK i przedstawicieli konspiracyjnych władz cywilnych, jako gospodarzy terenu, wobec nadchodzących oddziałów Armii Czerwonej /…/ w ramach akcji „Burza” operacje „Ostra Brama”. Miała ona na celu samodzielne zdobycie Wilna przez oddziały AK. Akcja nie powiodła się /…/ Podobny przebieg miały wydarzenia na Obszarze AK Lwów /…/. Rozpoczęły się masowe aresztowania wśród ujawnionej kadry oficerskiej. /…/. Represje nie ominęły również ludności cywilnej, niezwiązanej z żadną orientacją polityczną czy wojskową. Masowe aresztowania obejmowały nauczycieli, lekarzy, kolejarzy, duchownych. Tylko na terenach „Polski Lubelskiej” od października 1944 r. do stycznia 1945 r. aresztowano 13 142 osoby… Fala represji bardzo szybko ogarnęła całą Białostocczyznę. W ciągu zaledwie kilku dni (od 1 listopada do 8 listopada 1944 r.) organy „Smiersz” i NKWD aresztowały 1200 żołnierzy AK i innych organizacji. Podobny los spotkał w sierpniu i we wrześniu 1944 r. część oddziałów warszawskiego Obszaru AK, w którym samodzielnie wyzwoliły Węgrów, Radzymin, Mińsk Mazowiecki. Rozbrojeniu uległy też jednostki idące na pomoc powstaniu warszawskiemu”.

Lekarz weterynarii Bohdan Piotrowski został zwolniony do Polski 22 stycznia 1946 r. W Polsce zarejestrował się w obowiązkowym Spisie lekarzy weterynarii.


JANUSZ MAJEWSKI

Urodził się 8 czerwca 1906 r. w Warszawie. „Po ukończeniu gimnazjum studiował weterynarię uzyskując dyplom lekarza weterynarii — czytam w informacji na stronie www.7dak.pl. — W latach 1931 — 1932 ukończył szkołę podchorążych. Awansował do stopnia podporucznika rez. 1 stycznia 1934 r. z przydziałem do 7 dak w Poznaniu. Powołany do służby czynnej zostaje przemianowany na oficera sł. st. w korpusie oficerów weterynarii — grupa lekarzy. W 7. Wielkopolskim Dywizjonie Artylerii Konnej pełnił rolę oficera weterynarii od 1932 r. dowodząc ambulansem weterynaryjnym w koszarach na Sołaczu.

Fot. J. Majewski — Arch. UW

Wcześniej był asystentem Rektora Uniwersytetu Poznańskiego. Miał opinię wybitnego chirurga zwierząt. Znany był wśród kolegów z poczucia humoru i licznych dowcipów. Awansowany do stopnia porucznika ze starszeństwem od 1 stycznia 1935 roku pełnił funkcję lekarza weterynarii w 7 D.A.K. Kapitan weterynarii ze starszeństwem dnia 19 marca 1938 roku. Na wojnę 1939 wyruszył jako lekarz weterynarii 7 D.A.K.”.

Przerywam cytowany tekst, by wstawić zdanie, jakie otrzymałem od p. Pawła Janickiego ze Stowarzyszenie Grupa Rekonstrukcji Historycznej 7. D.A.K., a dotyczące naszego bohatera: „Sam kapitan znany był z imprezowego trybu życia i we dwóch wspomnieniach oficerów (1934 i 1939) występuje jako dość często wyciągany z lokalu, a jednocześnie wielki specjalista”. Jak sam podaje w swojej „Relacji z okresu walk września 1939 roku” spisanej 10 grudnia 1945 r.: „Został ranny 20 września 1939 r. pod Łomiankami podczas próby przebijania się do Warszawy. Przewieziony do Szpitala Ewangelickiego, a po jego likwidacji do Szpitala Ujazdowskiego”.

Zapis całej Relacji kapitana Janusza Majewskiego zamieszczam poniżej.


Relacja spisana 10 grudnia 1945 r. a znajdująca się w Polish Institute and Sikorski Museum oznaczona numerem SR 17369 nr Archiwum B.I.39/F — zgodę na publikację wyraziło Stowarzyszenie Grupa Rekonstrukcji Historycznej 7 D.A.K.:

Kapitan służby stałej lekarz wet. Majewski Janusz. W roku 1939 lekarz wet. 7 D.A.K., przydział obecny: 6 Komp. Sanitarna, czasowo odkomenderowany do 5 Plutonu Higieny Polowej na stanowisko p.o. d-cy.

Notatek ani wspomnień osobistych pisemnych w czasie działań względnie w okresie późniejszym nie posiadam. Udziału w pisaniu kroniki lub też sprawozdania z działania oddziału w kampanii wrześniowej 1939 roku nie brałem. Wiem natomiast, iż takie były robione w okresie niewoli w obozie dla jeńców Oflag VII-A MURNAU i powinny znajdować się obecnie u b. d-cy 7 D.A.K. ppłk. SAWICKIEGO Ludwika lub też u b. adiutanta dywizjonu por. KRYSTKA WITALISA, względnie b. oficera mch. kpt. BYSTYDZIEŃSKIEGO Stanisława /obecny przydział tego ostatniego — 7 P.A.K./

Poczet D-cy: D-ca 7 D.A.K. — ppłk Sawicki Ludwik

Adiutant — por. Krystek Witalis

Ofic. zw. dyw. — kpt. Dabski-Nerlich Paweł

Ofic. Łączn. — por. Chmiel Adam

Lekarz — kpt. Gubarewski Cyryl

Lekarz wet. — kpt. Majewski Janusz

/…/.

Stan wyposażenia i zaopatrzenia — dobry.

Mobilizacja alarmowa odbyła się w pierwszej połowie sierpnia w POZNANIU, trwała około 24 godzin, przeprowadzona została b. sprawnie i sprężyście, ludzie i konie z poboru przybywali na czas przewidziany w planach mob. Stan moralny i fizyczny zmobilizowanego oddziału b. dobry. 7 D.A.K. wchodził w skład WIELKOPOLSKIEJ BRYGADY KAWALERJI. Dowódcą której był gen. bryg. ABRACHAM.

Wielkopolska Brygada Kawalerii otrzymała zadanie wycofywania się w kierunku na Warszawę.

1-sza bateria współdziałała z 15 P. Ułanów, 2-a z 17 P. Ułanów, a 3-cia z 7 P.S.K.

Marszruta w dn. 1. IX. 39 r. w przybliżeniu: ŚREM (w okolicach którego po zmobilizowaniu kwaterował 7 D.A.K. bez 3-ciej baterii, która odeszła do 7 P.S.K. w BIEDRUSKU), ZANIEMYŚL, ŚRODA, LĄDEK, TUREK, UNIEJÓW, PIĄTEK, WALEWICE, SOBOTA, PIASKI, KAMPINOS, PALMIRY, ŁOMIANKI, WARSZAWA.

Do m. Uniejów marsz odwrotowy odbywał się bez styczności npl., b. forsownie /140 km bez przerwy/, aby uniknąć otoczenia. Od m. Uniejów odwrót w stałej styczności z npl. Wszystkie walki z npl. zwycięskie, z których największa pod WALEWICAMI, gdzie Niemcy zostali doszczętnie rozbici, wycofując się w popłochu, zostawiając wielu zabitych, rannych i jeńców, pozostawiając jednocześnie otwartą drogę na GŁOWNO. W walach zginęli: D-ca 3 baterji por. art. KORCZAKOWSKI JÓZEF, ppor. art. rezerw. KASZNICA, podchor. JANKOWSKI, 2-ch podoficerów, około 10 kanonierów. Ranni: ppłk. SAWICKI, por. KRYSTEK, kpt. lek. wet. MAJEWSKI, por. KOLSZEWSKI, ppor. NOWAKOWSKI, 4-ch podoficerów i około 20 kanonierów.

Do Warszawy 7 D.A.K. doszedł w całości wraz z kolumną amunicyjną. Do niewoli 7 D.A.K. dostał się przy kapitulacji Warszawy 27 września. Sam byłem ranny w m. ŁOMIANKI pod Warszawą, podczas przebijania się brygady do Warszawy. Jako ranny przewieziony zostałem do Warszawy 20 września do szpitala EWANGIELICKIEGO, gdzie zastała mnie kapitulacja Warszawy. Po zlikwidowaniu szpitala Ewangiel. zostałem przeniesiony do szpitala UJAZDOWSKIEGO skąd w czasie branki 6 lutego 1940 roku zostałem wprost z łóżka, niewyleczony zabrany do obozu jeńców.

Podpis nieczytelny (-).


Opis walk 7 dywizjonu podaję za Armia Poznań w wojnie obronnej 1939: „Zwycięstwo pod Sierakowem gen. Abraham postanowił wykorzystać do natychmiastowego uderzenia na Laski, mające stanowić już ostatni zryw na drodze do Warszawy. Natarcie pod dowództwem płk. Kowalczewskiego nastąpić miało o godzinie 11.00. W pierwszym rzucie atakować miał 9 i 17 pułk ułanów, a następnie 14 pułk ułanów, przy wsparciu artyleryjskim 1 i 2 baterii 7 dywizjonu artylerii konnej i 3 baterii 6 dywizjonu artylerii konnej. Odwód natarcia stanowić miał 7 pułk strzelców konnych z 3 baterią 7 dywizjonu artylerii konnej.

1 szwadron por. Karwowskiego posuwał się przez las w kierunku Lasek, a zanim reszta 17 pułku ułanów. Z przecinki leśnej wyszły na szwadron dwa czołgi nieprzyjaciela, które zostały unieruchomione przez dwa ocalałe w pułku działka przeciwpancerne. Przed Laskami pułk dostał się pod silny ogień nieprzyjaciela. Szwadron doszedł do pierwszych budynków, prowadząc walkę ogniową. Do boju włączył się dywizjon 14 pułku ułanów. W tym czasie na polskie stanowiska wyszły niespodziewanie trzy czołgi nieprzyjaciela. Jeden z nich unieruchomiła strzelająca spod lasu armatka przeciwpancerna, a pozostałe wycofały się. /…/. Nie mogąc przełamać niemieckiej obrony w Laskach, gen. Abraham około godziny 13.00 wstrzymał dalsze natarcie, postanawiając uderzyć całością sił w ogólnym kierunku Wólka Węglowa — Młociny — Warszawa. Ostatnie uderzenie w celu przebicia się do stolicy dowódca grupy operacyjnej kawalerii postanowił wykonać w dwóch etapach. W pierwszej fazie uderzenie rozpoznawcze w ciągu dnia /…/ wykonać miały 14 i 15 pułk ułanów. Natomiast pozostałe siły grupy operacyjnej kawalerii wychodząc w rejon Smolarni przebijać się miały w nocy z 19 na 20 września w szyku pieszym. W godzinach popołudniowych 14 pułk ułanów płk. Godlewskiego osiągnął linię lasu na wysokości Wólki Węglowej /…/. Płk Godlewski podjął natychmiast decyzję pokonania otwartej przestrzeni konno, wydając rozkaz do wykonania szarży. Na czele galopował 3 szwadron rtm. Mariana Walickiego, który wkrótce otrzymał śmiertelna ranę. Równolegle cwałowały pozostałe szwadrony pułku, siejąc w szeregach wroga panikę. Wykonana szarża zapisała się piękną, ale jakże krwawą kartą w działaniach obronnych kawalerii we wrześniu 1939 r. Obok bohatera szarży rtm. Walickiego chwalebna śmiercią poległo kilkudziesięciu ułanów. Z szarży wyniesiono także sztandar pułkowy, który przejął od rannego pod-sztandarowego kpr. Felicjana Maziarskiego cwałujący obok kpr. Bronisław Czech z 1 szwadronu. Rannych podoficerów i ułanów, którzy podczas szarży dostali się do niewoli, wyprowadził w nocy wachm. Rudolf Zenkner. /…/. Posuwając się nocą w szyku pieszym dotarły do stolicy kolejno pozostałe pułki: 7 pułk strzelców konnych, 17. pułk ułanów, 7 dywizjon artylerii konnej z baterią 6 dywizjonu artylerii konnej, a także 3 szwadron pionierów i pluton TKS. Do wieczora 20 września do lasku bielańskiego dojechały również tabory z rannymi i wozy amunicyjne artylerii.”.

Dnia 6 lutego 1940 r. wywieziony został z łóżka szpitalnego bezpośrednio do obozu jenieckiego dla oficerów w Murnau. Oflag wyzwolony przez Amerykanów 29 kwietnia 1945 roku. Janusza Majewskiego przydzielono do 6 kompanii sanitarnej. W grudniu 1945 r. odkomenderowany do 5 Plutonu Higieny Polowej jako p.o. dowódcy.

Odznaczony Krzyżem Walecznych. Dalsze jego losy nieustalone.

W Życiorysie złożonym na Uniwersytecie Warszawskim napisał: „W Warszawie, tu ukończyłem szkołę przygotowawczą pani Anders-Puchaczewskiej i następnie przeszedłem przez szkołę średnią normalnie, to znaczy nie zatrzymując się w żadnej klasie. Początkowo uczęszczałem do gimnazjum prywatnego imienia E. Konopczyńskiego, a następnie ze względu na zbyt wysoki wpis przeniesiono mnie do gimnazjum państwowego imienia Joachima Lelewela. Do tego zaś gimnazjum uczęszczałem przez trzy (3) lata i otrzymawszy promocję do klasy siódmej przeszedłem do również państwowego gimnazjum imienia Staszica, gdzie też po upływie dwóch (2) lat otrzymałem świadectwo dojrzałości”.

Uczęszczał do Gimnazjum Państwowego im. Staszica w Warszawie gdzie 5 czerwca 1925 roku otrzymał świadectwo dojrzałości. Immatrykulowany na Wydziale Weterynaryjnym Uniwersytetu Warszawskiego 1 października 1925 roku. Dyplom lekarz weterynaryjnego (nr albumu 19826) otrzymał 22 grudnia 1930 r.

W 7 Wielkopolskiej Dywizji Artylerii Konnej dowodzonej przez ppłk. Ludwika Sawickiego kpt. lekarz wet. Janusz Majewski był na etacie lekarz weterynarii i zajmował się końmi oraz żywnością wraz z podoficerem weterynarii plut. Stanisławem Zwierzchowskim.

Prawdopodobnie po wojnie powrócił do Polski, gdyż nie figuruje w Spisie lekarzy, którzy po wojnie się nie zarejestrowali.

Poniżej oryginał relacji J. Majewskiego złożony w Polish Institute and Sikorski Museum:


WALERIAN RUTKOWSKI

Fot. W. Rutkowski — student Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie (Archiwum AMW we Wrocławiu) i obok student Wydziału Weterynaryjnego UW (Arch. UW)

Urodził się 30 czerwca 1905 r. w Woli Tłomakowa, woj. łódzkim, s. Stanisława i Marianny z d. Krawczyk. Uczęszczał do Gimnazjum Państwowego im. A. Asnyka w Kaliszu. Świadectwo dojrzałości otrzymał 27 maja 1927 r. (nr świadectwa — 131). 15 grudnia 1928 r. podjął studia weterynaryjne na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie, gdzie zaliczył dwa lata nauki. 7 listopada 1930 r. przeniósł się na Wydział Weterynaryjny UW i dyplom lekarza weterynarii odebrał w 1933 r. (nr dyplomu — 279). W 1937 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie obronił pracę doktorską Przyczynek do rozpoznawania wieku koni polskich typu kawaleryjskiego i uzyskał tytuł doktora medycyny weterynaryjnej w 1937 r. Uczył się dalej i 22 października 1934 r. immatrykulowany na WP UW. Pracował jako wojskowy lekarz weterynarii w woj. poznańskim. Przed wojną pracował w woj. tarnopolskim w Trembowli jako państwowy lekarz weterynarii. Kapitan Wojska Polskiego. Walczył w kampanii wrześniowej. Uczestniczył w walkach 9 Pułku Ułanów Małopolskich (Podolska Brygada Kawalerii) — w wykazie obsady personalnej — kpt. lekarz weterynarii Walery Rutkowski. Podczas walk został ranny i jako jeniec przebywał w oflagu. Zbiegł z niewoli. Pracował w woj. poznańskim. Rozstrzelany przez Niemców w 1945 r..

Zginął wśród 9 Polaków zastrzelonych przez żandarmów niemieckich 20 stycznia 1945 r. w Ostrzeszowie.


ARMIA POMORZE

Dowódcą Armii był gen. dyw. Władysław Bortnowski. W skład armii wchodziły: 4 DP, 9 DP, 15 DP, 16 DP, 27 DP, PBK.

W Pomorskiej Brygadzie Kawalerii dowodzonej przez gen. bryg. Stanisława Grzmot-Skotnickiego znalazły się 4 pułki: 2 pszwol., 16. bydgoski, 18 grudziądzki, 8 psk, 11 dak, 1 i 2 baon strzelców.

W 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich oficerem pułku lekarzem weterynarii był mjr Tadeusz Sołga. W 16 Pułku Ułanów w marcu 1939 r. lekarzem wet. był kpt. Henryk Jaskólski (Jaskulski). W 18 Pułku Ułanów weterynarią zajmował się lekarz weterynarii kpt. Roman Kostrzewski. W 8 Pułku Strzelców Konnych wymienia się dwóch lekarzy: starszego lekarza wet. mjr. Bohdana Janczyńskiego i młodszego lekarza wet. ppor. rez. Józefa Gondzyka. W marcu w obsadzie personalnej 11 Dywizjonu Artylerii Konnej figuruje lek. wet. mjr Bronisław Sapeta, który we wrześniu 1939 r, jest już szefem służby weterynaryjnej w 15 Dywizji Piechoty Wielkopolskiej.

Leon Mitkiewicz opisuje: /…/ w dniu 31 sierpnia, dosłownie w przeddzień wybuchu wojny, to znaczy w przeddzień bezczelnego napadu Niemców na Polskę, Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych wydaje następujący rozkaz do dowódcy Armii „Pomorze” generała Władysława Bortnowskiego: Kwatera Główna Korpusy Interwencyjnego, elementy pozadywizyjne i 13. Dywizja Piechoty otrzymały rozkaz załadowania i odchodzą do dyspozycji Naczelnego Wodza. 27. Dywizja Piechoty oddana do dyspozycji dowódcy armii [„Pomorze”]. Generał Skwarczyński ze ścisłym sztabem zamelduje się jak najszybciej w Naczelnym Dowództwie”. /…/ Przez cały dzień 31 sierpnia dowódca Armii „Pomorze” generał dywizji Bortnowski nie wydaje żadnych rozkazów wojskom stojącym w „korytarzu pomorskim” /…/. Jest jeszcze inna ważna kwestia do rozważenia: obrona polskiego Pomorza stanowiła wyraźny nonsens operacyjny w polskich warunkach wojny, o czym również wiedział i dowódca Armii „Pomorze”, a mimo to generał Bortnowski zatrzymał 2 dywizje piechoty i 1 brygadę kawalerii właśnie do obrony tego trudnego obszaru /…/. W ciągu dnia 31 sierpnia można było wyprowadzić większość tych sił z tego beznadziejnego potrzasku”. I jeszcze kilka zdań ze s. 144 i 145: Są wzmianki (niemieckie i polskie) o oddziałach kawalerii (Pomorskiej Brygady Kawalerii), które szarżowały na przepadłe, nie oglądając się na straty, aby tylko wydobyć się z zaciskających się kleszczy niemieckich…”. /…/ Od 4 września 1939 roku Pomorska Brygada Kawalerii przestaje istnieć /…/.

Ppłk dypl. Jan Maliszewski wspomina Pomorska Brygadę Kawalerii: silna czteropułkowa jednostka uległa rozproszeniu prawie bez walki. Z Brygady tej walczył właściwie tylko w sposób zorganizowany 18 pułk ułanów, który zasłynął brawurową szarżą pod Krajantami…


BIOGRAMY (kilku wybranych lekarzy weterynarii z Pomorskiej Brygady Kawalerii):


TADEUSZ PAWEŁ SOŁGA

Urodził się 25 stycznia 1895 r. w Krakowie. Na ochotnika wstąpił do służby wojskowej i odbył kampanię pierwszej wojny światowej w Legionach Polskich. Następnie podjął studia weterynaryjne na Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie i w 1924 r. odebrał dyplom lekarza. Z dniem 15 maja 1924 r. został wcielony do 8. Dywizjonu Taborów w Toruniu. W następnym roku zostawał w dyspozycji Dowódcy Okręgu Korpusu Nr VIII dla Zapasu Młodych Koni nr 2 w Wyrzysku, a od 1926 r. w 2 Pułku Szwoleżerów. Na stopień majora W.P. mianowany został ze starszeństwa 1 stycznia 1930 r. był wówczas jeszcze oficerem 2 Pułku Szwoleżerów Rokitniańskich. W Spisie lekarzy weterynaryjnych RP z 1939 r. podano, że w tym czasie mieszkał w Jarosławiu. Można więc przyjąć, że wówczas był oficerem Zapasu Młodych Koni w Jarosławiu (?).

Po koniec września 1939 r. dotarł do Węgier, a stamtąd przedostał się do Francji. Po upadku Francji nastąpiła szybka ewakuacja na Bałkany i walczył w obronie Jugosławii. Aresztowany przez Niemców 25 kwietnia 1942 r. dostarczony został do obozu koncentracyjnego Dachau. Otrzymał numer obozowy 29830.

Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów 29 kwietnia 1945 r. wyjechał do Włoch i zamieszkał w Bari. Leczeniom skutków zdrowotnych pobytu w obozie i przejść z ostatnich lat poddał się w szpitalu w Casamassimo. Niestety, zdrowia już nie odzyskał. Zmarł 1 lutego 1946 r. Miał 51 lat. Pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym w Casamassima — nr grobu 102.

„Na cmentarzu w Casamassima pochowani zostali m.in. uczestnicy walk nad rzeką Sangro, żołnierze ranni pod Monte Cassino i Piedimonte i innych miejsc walk na szlaku bojowym 2 Korpusu, którzy zmarli w szpitalach w Casamassima i Pellagiano, żołnierze zmarli po zakończeniu działań wojennych”.

Na cmentarzu spoczęło 431 polskich żołnierzy.


HENRYK JASKULSKI (Jaskólski)

Urodził się 1 czerwca 1902 r. w Przemyślu. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1928 roku we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Pracował jako państwowy lekarz weterynarii. W 1939 r. mieszkał w Bydgoszczy. Był lekarzem weterynarii w 16. Pułku Ułanów Wielkopolskich w Bydgoszczy. Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. w stopniu kapitana. W niewoli niemieckiej. Nr jeńca 462. Uwięziony w Oflagu X A Sandbostel. Na karcie jeńca stempel z datą — 16. 01. 1940 r. Do kraju wrócił 28 lutego 1946 r. płynąc z Lubeki do Gdyni statkiem „Herkules”.

Zmarł w 1977 r.


ROMAN KOSTRZEWSKI

Urodził się 28 czerwca 1903 roku w Przemyślu. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał w 1928 roku we Lwowie na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Pracował jako państwowy lekarz weterynarii w wojsku w Grudziądzu. W marcu 1939 r. był w obsadzie personalnej 18. Pułku Ułanów Pomorskich. Uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. w stopniu kapitana. W niewoli niemieckiej. Nr jeńca 836. Osadzony w Oflagu II B Arnswalde i 27 września 1940 r. przeniesiony do Oflagu II C Woldenberg, do którego przybył 1 października 1940 r. Do kraju wrócił w 1946 r. do Gdańska — lista okrętowa. Pracował w zawodzie w Bytomiu i Gliwicach. Zmarł w 1975

W celu pełniejszego zobrazowania udziału lekarzy weterynarii w kampanii obronnej (wrzesień-październik) 1939 r. przytoczę obszerne fragmenty ze wspomnień dwóch lekarzy weterynarii uczestniczących w walkach Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga.

W marcu 1981 r. lekarz weterynarii Jerzy Zuberbier złożył w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie maszynopis swoich wspomnień z uczestnictwa w bitwach 20. Pułku Artylerii Lekkiej pod Kobryniem i Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie”. Podobnie postąpił pchor. rez. Kazimierz Krasnodębski, kolejny lekarz weterynarii z 20. Pułku Artylerii Lekkiej.

Relacje, wspomnienia i dokumenty znalazły się w tzw. Kolekcji Kleeberczyków, która została opublikowane przez CAW w 2014 r.


JERZY ZUBERBIER

Urodził się 22 listopada 1905 r. Dyplom lekarza weterynaryjnego uzyskał we Lwowie w 1933 r. na Akademii Medycyny Weterynaryjnej. Przed studiami odbył kurs dla podchorążych rezerwy w Szkole Podchorążych Rezerwy we Włodzimierzu Wołyńskim. Po studiach pracował w Rzeźni w Modlinie. We wspomnieniu prof. Jana Tropiło o bohaterze rozdziału zamieszczonym w Wybitni lekarze weterynarii czytamy: „W 1936 r. na polecenie Głównego Inspektora Weterynarii lekarze weterynarii Julian Baczyński i Jerzy Zuberbier przeprowadzili tuberkulinizację bydła tuberkuliną angielską, celem ustalenia częstotliwości występowania gruźlicy w Polsce oraz skontrolowania przydatności diagnostycznej tej tuberkuliny. /…/. Kompanię wrześniową odbył w Samodzielnej Grupie Operacyjnej Polesie pod dowództwem gen. Franciszka Kleeberga aż do ostatniej bitwy pod Kockiem (2—5.10.1939 r.). Przeszedł następnie przez obozy przejściowe w Dęblinie, Radomiu i Jędrzejowie. Wydostał się jednak z obozu i po wielu przejściach powrócił do Grójca, gdzie zajmował się zwalczaniem zaraźliwych chorób zwierzęcych i własną praktyką. W czasie okupacji uczestniczył w ruchu podziemnym, jak również w wysyłce do oflagów paczek, przygotowywanych w jego domu”.

Był dyrektorem Zjednoczenia Przemysłu i Zaopatrzenia Weterynaryjno-Zootechnicznego przez jedenaście lat. W 1971 r. przeszedł na emeryturę. Zmarł w 1993 r.

Oto obszerne cytaty ze Wspomnień ppor. rez. Jerzego Zuberbiera, lekarza weterynarii V/20 pal z 1939 r.: „W ostatnich dniach maja dostałem rozkaz z REKU Warszawa stawienia się 1 VI 1939 r. w 20 pal, stacjonującym w Prużanach, w OK IX dowodzonym przez gen. bryg. Franciszka Kleeberga. Byłem wówczas na stanowisku powiatowego lekarza weterynarii w Grójcu pod Warszawą (a w wojsku ppor. rez. art. po szkole SPRA we Włodzimierzu, później, po skończeniu studiów weterynaryjnych, ppor. rez. w służbie weterynaryjnej przy samodzielnym 32 dywizjonie szkolnym artylerii w Rembertowie pod Warszawą).

Dnia 1 VI 1939 r. zameldowałem się w 20 pal mjr. Gadomskiemu. Dostałem przydział do garnizonowej lecznicy weterynaryjnej, a to ze względu na to, że kierownik tej lecznicy lekarz wet. kpt. Piotr Pióro opuścił Prużanę wraz z 25 pułkiem ułanów. Bardzo szybko zaprzyjaźniłem się z ppor. Mikołajem Hałaczkiewiczem, który w ostatnich dniach maja odkomenderowany został z pułku z powrotem do Prużany, aby prowadzić szkolenie z elewami podoficerskiej szkoły artylerii /…/. Major przydzielił mi 3 kanonierów (jezdnych) po szkole powszechnej /…/ Zabierałem ich przy okazji wyjazdów do chorych zwierząt w pobliskich gospodarstwach chłopskich. Pozwolenie na takie wyjazdy otrzymałem od majora ze względu na brak w okolicy lekarzy weterynarii i ze względu na to, ze gospodarstwa prowadziły kobiety, których mężowie byli zmobilizowani. Na przykład zmobilizowany w naszym pułku lek. wet. Czajkowski [Ludwik Czajkowski, ur. 1907, dyplom lek. wet. 1932 na UW — dopisek W. A. G.] z Prużany wyjechał na zachód z III dyonem /…/. Tak minął czerwiec, lipiec i sierpień.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 100.67
drukowana A5
Kolorowa
za 158.09