E-book
39.38
drukowana A5
58.49
Nowy wymiar sprawiedliwości w dobie sztucznej inteligencji

Bezpłatny fragment - Nowy wymiar sprawiedliwości w dobie sztucznej inteligencji


Objętość:
258 str.
ISBN:
978-83-8467-161-0
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 58.49

Rozdział 1
Zmiana

Najpierw był spór rządu z sędziami. Prawicowy gabinet, który wygrał wybory z hasłem o „przywracaniu porządku”, szybko przedstawił nową koncepcję funkcjonowania sądów. Zaczęły się konferencje o „kastach” i „nadzwyczajnych przywilejach”. Potem przyszły ograniczone budżety oraz nocne ustawy, poprawiane rano kolejnymi nowelizacjami. Sędziowie odpowiadali uchwałami i listami otwartymi, rząd reagował komunikatami w telewizji, że „broni suwerenności narodu przed buntownikami z sądów”.

Kiedy kolejne sądy zaczęły zawieszać postępowania, powołując się na sprzeczne przepisy, w rządzie zapadła decyzja, że tak dalej być nie może. W dokumentach opisywano to jako reformę. W gabinetach mówiono prościej:

— Ograniczmy zakres orzekania. Zostawimy tylko ceremoniał.

Na jednym z zamkniętych posiedzeń przedstawiono pomysł, który kilka miesięcy później miał stać się rzeczywistością: sąd algorytmiczny. „Bez emocji, bez układów, bez strajków” — dopisał ktoś na marginesie prezentacji, która krążyła między resortem sprawiedliwości a kancelarią premiera. Od tego momentu prace nad „nowym podejściem do wymiaru sprawiedliwości” ruszyły zaskakująco sprawnie jak na państwo, które od lat miało trudności z doprowadzeniem do końca jakiegokolwiek systemu informatycznego. I zaskakująco szybko jak na państwo, które lubowało się w ogłaszaniu niekończących przetargów.

„Dobry wieczór państwu. Właśnie zakończyło się głosowanie, które komentatorzy już nazywają końcem wymiaru sprawiedliwości, jaki znamy…”.


Spikerka patrzy prosto w kamerę, jakby czytała nekrolog.

Za jej plecami — animacja z logo: AI. LEX SUPREMA. Chłodny blask, zero przypadkowości. W rogu ekranu — pasek:

„SEJM PRZYJMUJE USTAWĘ O SĄDZIE ALGORYTMICZNYM. ERA LUDZKICH SĘDZIÓW DOBIEGŁA KOŃCA?”.

Odpowiedź jest już znana, choć większość widzów jeszcze tego nie rozumie.

Nieoficjalnie: koniec sędziów.

Kinga wróciła pamięcią kilka lat wcześniej. Wtedy była jeszcze szeregową prokuratorką z okręgu, bez nazwiska w mediach, bez ambicji, żeby ją kiedykolwiek pokazywali w newsach. Sejm, późny wieczór. Zielone światło na tablicy głosowania rozlało się po sali plenarnej jak choroba — „ZA” przy każdym pośle z rządzącego klubu, poza kilkoma samotnymi „PRZECIW” i „WSTRZYMUJĘ SIĘ”. Kamery robiły zbliżenie na twarz marszałka w chwili, gdy wypowiadał podniosłe słowa o „historycznym kroku ku bezstronnej sprawiedliwości opartej na danych”.

— Wysokość progu konstytucyjnego została osiągnięta — powiedział — poprawka do artykułu sto siedemdziesiątego dotyczącego wymiaru sprawiedliwości zostaje przyjęta.

Nowe brzmienie artykułu wyglądało jak techniczny opis programu komputerowego, a nie jak fundament państwa:

„Wymiar sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej w sprawach karnych sprawuje system sztucznej inteligencji spełniający wymogi określone w ustawie, zwany AI. LEX SUPREMA, działający przy udziale prokuratorów, obrońców oraz ławy przysięgłych”.

W komentarzach w studiu eksperci mówili o „rewolucji”, „końcu ludzkich błędów”, „erze 4.0”. Związki zawodowe sędziów mówiły o „egzekucji grupy zawodowej przeprowadzonej w białych rękawiczkach”. Kilka tygodni później w „Dzienniku Ustaw” ukazała się reszta. Zmieniono Kodeks postępowania karnego, ustawę „Prawo o ustroju sądów powszechnych”, inne ustawy i regulaminy. Wszędzie pojawiało się to samo zdanie, powtarzane jak mantra:

„W miejsce sędziego orzekającego w pierwszej i drugiej instancji w sprawach karnych wprowadza się orzekanie przez system AI. LEX SUPREMA”.

Wprowadzono jedynie ławy przysięgłych, ale i im odebrano połowę władzy. W brzmieniu nowego art. 4 §2 k.p.k. zapisano:

„Ława przysięgłych może wyłącznie orzec uniewinnienie wbrew rekomendacji skazującej AI. LEX SUPREMA lub potwierdzić jej rekomendację. Skazanie bez pozytywnej rekomendacji systemu jest niedopuszczalne”.

Skazać mógł już tylko algorytm. Rezultat w sądzie widział każdy. Dawna ława sędziowska zamieniła się w gładką, czarną płytę z dyskretnym logo AI. LEX SUPREMY w rogu. Zniknęły togi z fioletowymi żabotami, złote łańcuchy, pieczęcie. Zostały czerwone pasy prokuratorów, niebieskie — adwokatów i radców i rząd zwykłych krzeseł ławy przysięgłych — sześć miejsc; sześć osób, które mogły już tylko powiedzieć „nie”. Pojawiły się liczne głosy sprzeciwu ze strony sędziów:

„Zwracam się z prośbą o przeniesienie w stan spoczynku w związku ze zmianą ustroju sądów karnych”.

„Nie wyrażam zgody na pełnienie funkcji eksperckich przy systemie AI. LEX SUPREMA”.

„Nie będę firmował swoim nazwiskiem eksperymentu, który narusza trójpodział władzy”.

Faksami, listami poleconymi wiadomości szły w górę: do prezesów sądów, do Krajowej Rady, do ministerstwa. Większość kończyła się tak samo — lakonicznym:

„Przyjęto do wiadomości. Dziękujemy za dotychczasową służbę”.

W archiwach zostały teczki z nazwiskami, orzeczeniami, dorobkiem. Ludzie, którzy przez trzydzieści lat decydowali o cudzym życiu, nagle znaleźli się na ławkach na widowni. Niektórzy przychodzili z przyzwyczajenia, by patrzeć, jak ich miejsce zajmują czarna płyta i animacja.

Kinga lubiła wtedy siedzieć z tyłu sali i obserwować. Pierwsza sprawa pokazowa z AI. LEX SUPREMĄ miała rozwiać wątpliwości.

Pierwotnie AI. LEX SUPREMA miała działać tylko pilotażowo w kilku największych okręgach jako „program testowy”. Ale pierwsze statystyki — czas trwania postępowań skrócony o połowę, „spójność orzecznictwa” sięgająca dziewięćdziesięciu dziewięciu procent, wykresy opatrzone zielonymi strzałkami w górę — zrobiły swoje. Algorytm zaczął obrastać legendą nieomylności, powtarzaną w wystąpieniach ministrów, w rządowych kampaniach informacyjnych, w występach ekspertów od nowych technologii.

W ciągu roku harmonogram wdrożenia kilkukrotnie przyspieszano. To, co miało być spokojną, kilkuletnią reformą, zamieniło się w wyścig: kolejne sądy okręgowe i rejonowe „podłączano do systemu”, jak mówiono w języku ministerialnych komunikatów. AI. LEX SUPREMA, która zaczynała jako kontrowersyjna innowacja, zdobyła taką sławę, że w końcu została wprowadzona we wszystkich sądach karnych w kraju. Dla opinii publicznej stała się nową, cyfrową twarzą sprawiedliwości — jedyną, jaką młodsi widzowie w ogóle kojarzyli z sądem.

„Sprawa burmistrza z Miastka” — tak ochrzciły ją media. Mężczyzna, który przez lata był nietykalny, został oskarżony o przyjmowanie łapówek, ustawianie przetargów, kombinowanie przy budowie obwodnicy. Śledztwo ciągnęło się latami, dowody były poszlakowe, świadkowie albo odwoływali zeznania, albo nagle przypominali sobie inne wersje. Bez AI. LEX SUPREMY to byłby kolejny proces, który skończyłby się wysoką grzywną lub przedawnieniem. Tego dnia sala pękała w szwach. Telewizje robiły wejścia na żywo, a na widowni siedziało dwóch emerytowanych sędziów Sądu Najwyższego, z których jeden publicznie nazwał system „bluźnierstwem wobec Temidy”. Na środku, na wysokości dawnej ławy, nad czarną płytą rozbłysło logo AI. LEX SUPREMY, a potem — dane:

SPRAWA NR IUST/01/1

OSKARŻONY: JAN B. — BURMISTRZ MIASTKA

ZARZUTY: ART. 228 §1 K.K., ART. 231 §1 K.K. W ZW. Z ART. 12 K.K.

— AI. LEX SUPREMA przystępuje do analizy materiału dowodowego — oznajmił spokojny, syntetyczny głos. Po kolei na ekranie pojawiały się: skany umów, nagrania rozmów z podsłuchów, zeznania świadków. Obok każdego — mała ikonka oznaczająca „wiarygodność” według systemu: zielona, żółta, czerwona.

Zeznania świadka koronnego numer jeden

Podsumowanie: wysoki poziom niespójności w porównaniu z danymi operacyjnymi.

Waga: obniżona.

Stary sędzia na widowni się skrzywił. Całe życie sam ważył wiarygodność świadków. Teraz robiła to maszyna.

Analiza przepływów finansowych

Podsumowanie: osiem przelewów z kont firm powiązanych z wykonawcą obwodnicy na konta osób trzecich. Przesunięcia między rachunkami aż do żony oskarżonego. W pięciu przypadkach tytuł przelewu: „spłata pożyczki”.

Na ekranie pojawił się graf: linie między kontami bankowymi, niczym pajęczyna, stopniowo zagęszczająca się wokół jednego nazwiska. JAN B.

Porównanie z innymi postępowaniami korupcyjnymi z lat 2005—2025

Podsumowanie: wzorzec identyczny jak schemat z piętnastu innych spraw zakończonych prawomocnym skazaniem. Prawdopodobieństwo, że przelewy odzwierciedlają rzeczywiste spłaty pożyczek: 3%.

Oskarżony wiercił się w ławie.

— Rekonstrukcja rozmowy z dnia 12, godzina 19:44 — zapowiedziała AI. LEX SUPREMA. Na ekranie rozbłysnął zapis z podsłuchu. Dawniej sąd odtwarzał takie nagrania w całości. Teraz system robił z nimi coś więcej. Przezroczysta linia pod tekstem przesuwała się w rytm słów, podświetlając te, które uznał za znaczące. „Trzeba się będzie jakoś dogadać”, „nie mogę oficjalnie”, „wiesz, jak się robi takie rzeczy”. Obok — wąska kolumna:

Prawdopodobieństwo znaczenia korupcyjnego: 78%.

Prawdopodobieństwo znaczenia neutralnego: 9%.

Prawdopodobieństwo znaczenia metaforycznego: 13%.

— Zakończono analizę danych — podsumowała.

Prawdopodobieństwo popełnienia czynu zabronionego: 97%.

Prawdopodobieństwo niewinności: 3%.

A następnie pojawił się wyrok:

Rekomendacja: SKAZANIE

Wyrok: 7 LAT POZBAWIENIA WOLNOŚCI

Ława przysięgłych, wylosowana tydzień wcześniej z różnych warstw społecznych, spojrzała po sobie. Wystarczyło nacisnąć: „potwierdzam”.

— Siedem głosów za potwierdzeniem — oznajmiła AI. LEX SUPREMA. — W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej orzekam: Jan B. winnym.

Na paskach w telewizji pojawiło się: „AI rozbiła układ burmistrza. Koniec bezkarności”.

Druga sprawa, która przekonała sceptyków, była jeszcze głośniejsza.

„Sprawa chłopaka z trzeciego piętra”.

Dwudziestolatek oskarżony o napad w nocy z użyciem noża na przechodnia. Na miejscu zdarzenia znaleziono jego odciski butów, scyzoryk, było też nagranie z monitoringu, na którym widać kogoś w podobnej kurtce. Wszystko na niego wskazywało — powiedziałby dawny sędzia. W starym systemie dostałby pewnie kilka lat odsiadki. Ale AI. LEX SUPREMA robiła to, czego ludzie nie potrafili: pamiętała wszystko. Przed analizą materiału system wyświetlił się napis:

UWAGA: WYKRYTO SPRZECZNOŚCI MIĘDZY MATERIAŁEM BIEŻĄCYM A ARCHIWALNYM. URUCHAMIAM MODUŁ WERYFIKACJI HISTORYCZNEJ.

Na ekranie pojawiło się nagranie sprzed dwóch lat z innej sprawy — drobnej bójki pod klubem. Te same buty, ta sama kurtka, ten sam chłopak. W aktach tamtej sprawy policjant wpisał „zarekwirowano obuwie i odzież”, ale protokół zwrotu nigdy się nie znalazł.

— Analiza śladów obuwia — kontynuował głos — wskazuje na identyczny wzór podeszwy jak zabezpieczonej w sprawie sprzed dwóch lat. Prawdopodobieństwo, że buty znajdujące się w policyjnym magazynie zostały użyte do zabezpieczenia śladów w bieżącej sprawie, wynosi 88%.

Na ekranie mignęły nazwy magazynów, daty, numery spraw.

— Wykryto brak zgodności dat między protokołem zabezpieczenia a dziennikiem magazynowym — dodała AI. LEX SUPREMA — wszczynam procedurę powiadomienia wewnętrznego.

Kinga, oglądając to potem na szkoleniu dla prokuratorów, poczuła mieszaninę wstydu i ulgi. Wstydu, że ktoś mógł tak ordynarnie podkładać dowody. Ulgi, że to nie człowiek, tylko algorytm to wyłapał.

— W świetle powyższego — podsumował głos — wiarygodność śladów obuwia oceniono jako znikomą. Inne dowody nie przekraczają progu prawdopodobieństwa wymaganego do skazania.

Prawdopodobieństwo popełnienia czynu przez oskarżonego: 23%.

Prawdopodobieństwo niewinności: 77%. Rekomendacja: uniewinnienie.

Po procesie okazało się, że policjant z magazynu dowodów „dorabiał” sobie, podkładając ślady butów w kilku sprawach. To AI. LEX SUPREMA puściła pierwszą nitkę, za którą pociągnięto resztę. Na paskach tym razem zapisano:

„AI uratowała niewinnego. Policjant próbował wsadzić go do więzienia”.

Takich spraw było więcej. Z miesiąca na miesiąc Ministerstwo Sprawiedliwości publikowało raporty, z których wynikały:

• spadek liczby uniewinnień przez sądy,

• wzrost wykrywalności w sprawach gospodarczych,

• wykryte nieprawidłowości w pracy policji, prokuratury, biegłych.

W statystykach wyglądało to jak bajka.

Zadowolenie społeczne z wymiaru sprawiedliwości rosło. Sondaże pokazywały, że ponad siedemdziesiąt procent obywateli „ufa bardziej wyrokom AI niż dawnym sędziom”. Młodzi prawnicy marzyli nie o nominacji sędziowskiej — bo tej ścieżki już nie było — tylko o pracy w departamentach współpracy z AI. LEX SUPREMĄ, o pisaniu wniosków pod algorytm. Kinga też przez jakiś czas wierzyła. Na szkoleniach powtarzano im, że algorytm nie ma interesu, nie boi się mediów, nie poddaje się naciskom, nie ma złego dnia, kaca ani rozwodu. W przeciwieństwie do sędziego nie wróci do domu z poczuciem winy i nie będzie się zastanawiał, czy dobrze zrobił. Że jeśli już ktoś tu ma dylematy, to prokurator i obrońca. Maszyna tylko liczy. Tyle że żeby liczyć, potrzebuje danych. A dane podawali jej ludzie. Kiedy więc parę lat po „nowej erze sprawiedliwości” pojawił się pierwszy głośny raport o wysokim procencie uniewinnień, nikt się specjalnie nie niepokoił.

— To naturalne — tłumaczył w telewizji główny architekt systemu, profesor informatyki, z lekkim uśmiechem celebryty. — Przez lata przeszacowywaliśmy winę. Teraz system uczy się ostrożności. Woli raczej przepuścić wątpliwą sprawę niż wsadzić niewinnego. To cena nowej etyki.

Na ekranie za jego plecami widniała plansza:

WYSOKI PROCENT UNIEWINNIENIA W SPRAWACH Z NISKĄ JAKOŚCIĄ MATERIAŁU DOWODOWEGO — aż 82%

Dla opinii publicznej brzmiało to dobrze. Mało kto pytał, co kryje się pod tym hasłem. Zwykli ludzie widzieli tylko to, co pokazano im w wiadomościach: burmistrz, który wreszcie poszedł siedzieć, katecheta, który już nie uczył dzieci, chłopak z trzeciego piętra, który nie trafił za kratki. W salach rozpraw czarna płyta AI. LEX SUPREMA świeciła dyskretnie. Prokuratorzy nauczyli się formułować akty oskarżenia tak, żeby system dostał jak najwięcej strukturalnych danych. Obrońcy wyspecjalizowali się w podważaniu wag dowodów i w szukaniu podobnych spraw w bazach, aby można było przeciągnąć wynik na swoją stronę. Ława przysięgłych stała się formalnością — bez prawa skazania, z prawem uniewinnienia, z którego korzystano rzadko, bo trudno było spojrzeć w oczy kamerom i powiedzieć: „My wiemy lepiej niż maszyna”. Sędziowie — ci, którzy nie przeszli do stanu spoczynku — rozeszli się po uczelniach, kancelariach. Czasem przychodzili na procesy, siadali z tyłu, nie odzywali się, śledzili tylko ruchy cyfr.

Kinga nie wiedziała jeszcze wtedy, że ten wysoki procent uniewinnień kiedyś stanie się jej obsesją. Na razie widziała tylko statystyki, które — jak powtarzano im na odprawach — mówią same za siebie. A przecież w komunikatach AI. LEX SUPREMA — tych pisanych suchym, technicznym językiem — już wtedy pojawiały się drobne, niepokojące frazy. „Model wykazał tendencję do niedoszacowywania ryzyka przy sprawcach o wysokim poziomie adaptacji społecznej”.

„Stwierdzono brak wystarczających danych treningowych dla profilu: zaburzenia psychiczne maskowane wysoką podatnością na przygotowanie procesowe”.

Nikt nie robił z tego dramatu. Ustawy zostały zmienione. Konstytucja została zmieniona, chociaż to wcale nie było takie proste.

Zmiana Konstytucji w Polsce jest możliwa tylko w ściśle określonej procedurze, opisanej w art. 235 Konstytucji RP.


Kiedy możemy zmienić Konstytucję:

Zmiana jest dopuszczalna, gdy pojawi się projekt ustawy o zmianie Konstytucji zgłoszony przez:

 co najmniej 1/5 posłów

• Senat

• Prezydenta RP


Jak wygląda procedura:

1. Sejm uchwala zmianę większością:

• co najmniej 2/3 głosów

• przy obecności minimum połowy posłów

2. Senat musi ją zatwierdzić:

• bezwzględną większością głosów

3. Prezydent podpisuje ustawę (nie ma weta w klasycznym sensie)


Dodatkowy warunek (czasem):

Jeśli zmiana dotyczy kluczowych Rozdziałów:

• I (zasady ustroju)

• II (prawa i wolności)

• XII (zmiana konstytucji)

to możliwe jest referendum ogólnokrajowe, jeśli zażąda tego:

• Prezydent

• Senat

• lub 1/5 posłów

Sędzią była AI. LEX SUPREMA. A ława przysięgłych mogła tylko powiedzieć „nie”. Jeszcze nikt wtedy nie przypuszczał, jak bardzo odbije się to wszystkim czkawką, gdy na ławie oskarżonych zasiądzie człowiek, którego poczynania algorytm opatrzy hasłem „wysokie prawdopodobieństwo niewinności”.

Rozdział 2
Rewolucja

Rewolucje na żywo rzadko wyglądają jak na obrazkach z podręczników historii. Ta nie miała barykad ani tłumów na ulicach. Miała kolorowe wykresy, infografiki w social mediach i krótkie filmiki, w których dwudziestolatki tańczyły do popowych kawałków na tle przerobionego logo AI. LEX SUPREMA. Zamiast kamieni na bruk, ludzie rzucali serduszka i lajki. Pierwszy viral przyszedł po sprawie chłopaka z trzeciego piętra. Dziewczyna o nicku lex.girl, studentka prawa, nagrała się przed sądem z telefonem w ręce.

— Słuchajcie, to jest absolutnie historyczny dzień — mówiła, robiąc lekki duckface, a za nią widać było wejście do gmachu z nową tablicą: „SĄD KARNY — WYDZIAŁ ALGORYTMICZNY”. AI właśnie uratowała chłopaka, który normalnie poszedłby siedzieć na kilka lat, bo policja mu podłożyła buty. BUTY! Dosłownie. Podniosła brew.

— A nasza kochana AI. LEX SUPREMA powiedziała „nope”. Dane się nie zgadzają, dowody są „brudne”. Wysoki procent niewinności. Uniewinniony.

Dodała napis: #trustthecode#wysokiprocencik. Filmik obejrzało pięć milionów osób w trzy dni. Ktoś podłożył pod niego remiksowany głos AI. LEX SUPREMY, powtarzający monotonnie, w rytm bitu: „prawdopodobieństwo niewinności siedemdziesiąt siedem procent, siedemdziesiąt siedem procent”. Inni nagrywali duet: najpierw fragment z rekonstrukcji, którą telewizje puściły w wiadomościach, potem oni, powtarzający dramatycznie, z przesadną mimiką słowa algorytmu:

Rekomendacja: uniewinnienie.

Na kampusach prawniczych żartowano, że nowa specjalizacja to nie „prawo karne”, tylko „prawo algorytmiczne”. Na bluzy z uczelnianym logo nanoszono małe, stylizowane „AI. LEX.SUPREMA górą”. Politycy też szybko się dostosowali. Minister sprawiedliwości — ten sam, który kilka lat wcześniej pilotował pakiet „Nowej Karty Sprawiedliwości” — objeżdżał kraj, odwiedzał sądy z nowymi salami. Kamery lubiły, gdy stał obok czarnej płyty AI. LEX SUPREMA z ręką opartą o elegancko wbudowany panel, niczym gospodarz nowoczesnego showroomu.

— Oddaliśmy sprawiedliwość algorytmowi, ale nie odebraliśmy jej ludziom — powtarzał w każdym wywiadzie. — Ława przysięgłych, prokurator, obrońca — oni wciąż są filarem procesu. My tylko usunęliśmy czynnik ludzkiej omylności tam, gdzie był najbardziej niebezpieczny.

Zapytany o wysokie wskaźniki uniewinnień, uśmiechał się łagodnie:

— To nie wysokie procenty uniewinnienia. To wysoki procent niewinnych, których wreszcie nie skazujemy. To różnica.

Na ekranach w tle pojawiały się kolorowe słupki. W jednym programie śniadaniowym prowadząca przesunęła palcem po ekranie dotykowym, pokazując wykres:

— Zobaczmy. W ciągu pięciu lat działania AI. LEX SUPREMA liczba wyroków uniewinniających w sprawach z niską jakością materiału dowodowego wzrosła z dwudziestu do osiemdziesięciu procent. Z kolei liczba niesłusznych skazań, potwierdzonych później przez sądy wyższych instancji, spadła o ponad dziewięćdziesiąt procent.

Jej gość — młody socjolog — kiwał głową.

— Ludzie widzą, że zyskują ochronę. To buduje zaufanie do państwa.

Nikt nie pokazywał na wykresie małej gwiazdki na dole: „dane za okres pięciu lat, bez uwzględnienia spraw wznowionych po trzech latach od wyroku AI”. Bo takich spraw było jeszcze wtedy niewiele. Kinga patrzyła na to wszystko nie z TiTaka, tylko z sali nr 7 w sądzie okręgowym. Tu rewolucja miała zapach kawy z automatu i dźwięku przewijanych plików. Na ekranie służbowego laptopa migały powiadomienia z intranetu prokuratury: nowe wytyczne co do formułowania aktów oskarżenia, rekomendacje, jak opisywać dowody w sposób przyjazny dla parsera AI. LEX SUPREMA, szkolenia z etyki pracy z algorytmem. Na jednym z webinarów prowadzący — analityk danych z ministerstwa — tłumaczył im, jak opis zdarzenia w akcie może wpływać na pierwszą fazę analizy systemu.

— Nie chodzi o to, żeby kłamać — zastrzegł z uśmiechem — chodzi o to, żeby być precyzyjnym. Jeśli napiszecie „oskarżony był agresywny”, system tego nie rozumie. Jeśli napiszecie „oskarżony trzykrotnie uderzył pokrzywdzonego pięścią w twarz, powodując złamanie nosa”, to jest konkret. To są dane.

Kinga notowała skrupulatnie. Czuła się czasem jak tłumacz między dwoma światami: tym ludzkim, w którym wszystko było złożone, szare, pełne niedomówień — i tym cyfrowym, w którym każdą emocję trzeba było przełożyć na kolumnę w tabeli.

— Pamiętajcie — dodał prowadzący — AI. LEX SUPREMA nie „czuje” sprawy. Ona ją liczy. Jeśli czegoś nie wpiszecie do systemu, to tak, jakby tego nie było. A jeśli wpiszecie to źle, to możecie przypadkiem obniżyć lub podnieść prawdopodobieństwo winy.

Na czacie ktoś anonimowo napisał:

„Czyli teraz największym niebezpieczeństwem dla wymiaru sprawiedliwości jest literówka?”.

Kinga uśmiechnęła się pod nosem. Prowadzący nie skomentował. Media kochały liczby. Ludzie — historie. Więc rewolucję karmiono jednym i drugim. Materiał w niedzielnym programie „Sprawiedliwość 2.0” pokazywał staruszkę, która przez dziesięć lat chodziła po sądach, próbując udowodnić, że jej syn nie był pijany, kiedy zginął w wypadku samochodowym. Stary system opierał się na jednej, wadliwej opinii biegłego. Nowy — na analizie tysięcy podobnych zdarzeń, logów z telefonu, zapisów rozmów.

— Według AI. LEX SUPREMY — wyjaśniał prowadzący, siedząc naprzeciwko kobiety — prawdopodobieństwo, że pani syn był trzeźwy, wynosi… osiemdziesiąt dziewięć procent.

— Czyli… — głos jej zadrżał — on… on nie pił?

— System tak ocenia dostępne dane.

Widzowie płakali przed telewizorami, gdy kobieta ściskała w rękach wydruk z logo AI. LEX SUPREMA jak obrazek świętego.

— Dziękuję — powtarzała. — Dziękuję, że ktoś wreszcie go obronił.

Ktoś przerobił ten fragment na kolejny viral. Z podłożonym szeptem algorytmicznego głosu:

Prawdopodobieństwo niewinności: osiemdziesiąt dziewięć procent.

Rekomendacja: przywrócić dobre imię.

Były też mroczniejsze opowieści, ale te trafiały głównie do ludzi takich jak Kinga. Na jednej z narad szef prokuratury okręgowej wyświetlił im wykres na ścianie:

— Widzicie? — wskazał wskaźniki. — W ciągu ostatnich dwóch lat AI. LEX SUPREMA wyłapała 3 przypadki manipulacji materiałem dowodowym po stronie policji i dwie po stronie prokuratury. To nie jest powód do wstydu. To powód, żeby się pilnować. Za jego plecami migał slajd:

„AI. LEX SUPREMA — STRAŻNIK CZYSTOŚCI POSTĘPOWANIA”.

Kinga pamiętała jedną z tych spraw. Jej kolegi po fachu, który na skróty przepisywał zeznania świadka z wcześniejszego przesłuchania zamiast robić nowe. System wychwycił identyczne błędy interpunkcyjne, te same powtórzenia i zgłosił „wysokie prawdopodobieństwo kopiowania treści”.

— Dawniej — mówił szef — takie rzeczy wychodziły na jaw może w jednej na sto spraw, z czego w jednej na tysiąc ktoś robił aferę. Teraz mamy mechanizm samokontroli. Algorytm nie jest przeciwko nam. On jest przeciwko fuszerce.

Nie wszyscy byli zachwyceni. Stary prokurator z sąsiedniego pokoju, Policjant Zdzisław, mruknął kiedyś podczas nalewania sobie kawy:

— Nie lubię, jak mi maszyna zagląda w warsztat. Jeszcze chwila, a będziemy pisali protokoły pod dyktando systemu.

Kinga tylko wzruszyła ramionami.

— Już to robimy — odparła — i jakoś żyjemy.

Na ulicach rewolucja miała postać memów. Zdjęcie dawnego sędziego z kamienną twarzą, z podpisem: „Prawdopodobieństwo, że miał zły dzień: 95%”. Obok czarna płyta AI. LEX SUPREMA z tym samym podpisem: „Prawdopodobieństwo, że ma zły dzień: 0%”. Albo grafika:

„TRZY RODZAJE WYROKÓW”

— kiedyś: sędzia, sędzia, sędzia,

— teraz: dane, dane, dane.

Ktoś założył stronę internetową „AI. LEX SUPREMAWatch”, która śledziła wszystkie głośne sprawy i analizowała, kiedy system „uratował niewinnych” albo „przywalił możnym”.

— To jest właśnie piękne — mówił w jednym z podcastów jego twórca. Żaden człowiek nie zdecydowałby się skazać burmistrza, księdza i prezesa banku w jednym kwartale. A AI. LEX SUPREMA? Ona nie wie, że oni są ważni. Ona widzi tylko liczby. Prowadzący dodał ze śmiechem: — No i nie można do niej zadzwonić w nocy i zasugerować wyniku.

Śmiech, muzyczka, reklama kursu „Jak pracować z AI. LEX SUPREMĄ — dla prawników”.

W korytarzach sądów, w których kiedyś czekało się na Wysoki Sąd, to wszystko mieszało się z bardziej przyziemną codziennością.

— Pani prokurator — zaczepił kiedyś Kingę młody obrońca przed salą. — Prawda, że w sprawach o rozboje lepiej się sprawdza, jeśli w akcie oskarżenia podkreśla się czasową sekwencję zdarzeń? Bo słyszałem, że algorytm na to mocniej reaguje.

— Pan pisze akty za mnie? — spytała chłodno.

Zarumienił się.

— Nie, ja… po prostu chcę zrozumieć logikę systemu.

— To pan powinien bardziej rozumieć logikę swojego klienta — ucięła.

Ale jego pytanie zostało jej w głowie.

Bo prawda była taka, że wszyscy zaczęli myśleć w kategoriach „co AI zobaczy”, a nie tylko „co człowiek przeczyta”. Świadków uczono zeznawać tak, żeby ich wypowiedzi dały się łatwo przetranskrybować i przeanalizować. Biegłych proszono o wnioski zwięzłe, punktowane, z wyraźnymi konkluzjami. Adwokaci ćwiczyli mowy końcowe, w których każda teza miała odniesienie do paragrafu, rokowań, statystyki.

— To nie jest rewolucja — powiedział jej kiedyś psycholog sądowy przy kawie. — To jest adaptacja. System wymusza na nas precyzję. Jak chirurgia, kiedy wprowadzono laparoskop — trzeba się nauczyć inaczej trzymać narzędzia.

— Tylko że jak chirurg przetnie nie to, co trzeba, to widać od razu — odparła — a jak my coś wpiszemy nie tak, to algorytm może się pomylić, a nikt tego nie zauważy latami.

Psycholog wzruszył ramionami.

Kinga spojrzała wtedy przez szybę na salę obok, gdzie akurat ładowano nową rekonstrukcję. Ława przysięgłych siedziała jak w kinie. Część notowała, część tylko patrzyła. Nad ich głowami świecił napis:

Zalecenie: proszę nie ulegać emocjom. Zaufaj danym.

Na TiTaku krążył trend: „Dzień z życia ławnika AI. LEX SUPREMY”. Ludzie nagrywali się w perukach z mopa na głowach, siedzących na kanapie przed telewizorem, udających ławę przysięgłych, z podpisem:

AI. LEX SUPREMA: prawdopodobieństwo winy 99%

— Ja: potwierdzam

— Rewolucja: dokonana.

Śmieszne. Głupie. Bezmyślne. Kinga scrollowała to wieczorami z mieszanką rozbawienia i irytacji.

— To nie jest takie proste — mruknęła kiedyś do ekranu, kiedy jakiś influencer tłumaczył swoim obserwatorom, że „wreszcie nikt nie skazuje niewinnych, bo algorytm nie ma uprzedzeń”.

Nad wideo ktoś dopisał komentarz:

„Lepiej, żeby mylił się kod niż ktokolwiek inny”.

Tysiące lajków. Rewolucja miała też swoje ofiary, ale one rzadko dostawały push-notyfikacje. Stary sędzia z sądu okręgowego, którego Kinga pamiętała z aplikacji, sprzedał mieszkanie w mieście i wyprowadził się na wieś. Na pożegnalnym spotkaniu wypił z nimi po kieliszku wina i powiedział:

— Wiecie, nie jestem przeciwko maszynom. Sam używam nawigacji. Ale jak nawigacja pokazuje, że droga biegnie przez jezioro, to jednak spojrzę przez okno, zanim tam wjadę. Wy teraz jedziecie na autopilocie.

Kilka miesięcy później zobaczyła go w telewizji — w materiale, w którym pokazano „dawnych sędziów, którzy nie pogodzili się z postępem”. Był wcięty w montaż między starszą panią narzekającą, że „kiedyś to było inaczej”, a młodym programistą mówiącym, że „dziadki nie ogarniają technologii”.

— Rewolucje nie mają sentymentów — powiedział jej sędzia na emeryturze.

Kinga nie odpowiedziała. Bo to była właśnie rewolucja. Cicha, elegancka, w asyście interfejsów użytkownika i kampanii w social mediach. A w jej centrum — czarna płyta AI. LEX SUPREMA, która ani razu nie mrugnęła, kiedy skazywała burmistrza, ratowała chłopaka z trzeciego piętra i wyciągała na wierzch cudzy brud. Na razie lśniła nieskazitelnie. Na razie. Bo gdzieś w statystykach, których nikt poza garstką programistów i kilkoma prokuratorami nie czytał dokładnie, powoli zaczynały pojawiać się drobne, szare punkty. Wyroki z wysokim procentem uniewinnienia.

Sprawy, które nie pasowały do wykresów. Nazwiska, które jeszcze nic nikomu nie mówiły.

Rozdział 3
Pierwsze pęknięcie

Kinga nie lubiła poniedziałków, ale ten zaczął się wyjątkowo dobrze. Zaczęło się od tego, że po raz pierwszy od wielu dni udało jej się odstawić córkę do przedszkola na czas — bez sprintu w szpilkach, bez tłumaczeń nauczycielom. Córka Ninka zdążyła jeszcze pomachać jej z sali, przyklejona twarzą do szyby, z włosami naprawdę uczesanymi, a nie tylko „symbolicznie ogarniętymi”. W windzie nikt nie gadał o polityce, ekspres na korytarzu zamiast fusów wypluł coś, co rzeczywiście przypominało kawę, a na służbowej skrzynce nie czekało żadne „pilne na wczoraj”. Czekało za to coś innego.

TEMAT: Analiza — wysoki procent uniewinnień AI. LEX SUPREMA

Nadawca: Departament Analiz Systemu Algorytmicznego

Weszła do pokoju, odłożyła teczkę na biurko, usiadła i kliknęła.

„W związku z zapytaniami opinii publicznej dotyczącymi rosnącego udziału wyroków uniewinniających wydawanych przez AI. LEX SUPREMĘ w sprawach karnych, przedstawiamy syntetyczną analizę danych za ostatnie 24 miesiące…” Przeleciała oczami tabelki i wykresy. Procenty. Słupki. Strzałki w górę i w dół.

„Brak statystycznie istotnych przesłanek wskazujących na systemową stronniczość AI. LEX SUPREMA. Wzrost odsetka uniewinnień wynika głównie z eliminacji spraw opartych na poszlakach”.

Krótko mówiąc: wszystko gra, proszę się rozejść. Kinga odchyliła się na krześle. Okno jej pokoju wychodziło na wewnętrzny dziedziniec. Pomiędzy blokami betonu i szkła ktoś kiedyś posadził jedno drzewo, które uparcie próbowało udawać zielony skwer.

— Wysoki procent uniewinnień… — mruknęła pod nosem, powtarzając tytuł raportu. — Ładnie to wygląda na papierze.

Zapisała sobie hasło „raport” na karteczce i wcisnęła ją pod monitor. Nauczyła się, że w tym zawodzie nic nie ginie. Ani stare sprawy, ani krótkie słowa, które kiedyś mogą znaczyć więcej, niż się dziś wydaje.

Telefon zadzwonił, zanim zdążyła się wgryźć w załączniki.

— Wysocka — odebrała.

— Sala trzecia, za piętnaście minut — odezwał się głos sekretarki. — Wznowienie w sprawie K-24/19. Rekonstrukcja AI. LEX SUPREMY po nowych dowodach. Prokurator generalny prosi, żeby pani była.

— Już idę.

Sala trzecia była jedną z pierwszych, które przeszły pełną „algorytmizację”. Ściany świeżo odmalowane na biało, wymienione ławki, a nad dawną ławą sędziowską — czarna tafla AI. LEX SUPREMA, matowa, bez żadnych ozdób. Na widowni siedziało kilka osób: dwóch dziennikarzy, ktoś z biura prasowego, grupa studentów pochylonych nad telefonami. Na ławie oskarżonych — mężczyzna po pięćdziesiątce, w koszuli z lekko odgniecionym kołnierzykiem, z wyrazem twarzy człowieka, którego niewiele już potrafi zaskoczyć. Kinga kojarzyła go ze zdjęć. To Kazimierz Strzelecki. Dwa lata temu skazany za śmiertelne potrącenie rowerzysty na drodze krajowej. Alkohol we krwi, zbyt duża prędkość, brak śladów hamowania — przypadek, jaki często przewijał się w aktach. Po wyroku pojawiło się jednak coś nowego. Tym „nowym” była AI. LEX SUPREMA. Kiedy system zaczął analizować stare sprawy pod względem ewentualnych pomyłek, sprawa Strzeleckiego pojawiła się w raporcie jako „wymagająca ponownej oceny”.

— AI. LEX SUPREMA przystępuje do rekonstrukcji — odezwał się głos, gdy tylko drzwi się zamknęły.

Na ekranie pojawiło się nocne nagranie z monitoringu drogowego. Wcześniej biegli oglądali je w zwolnionym tempie, klatka po klatce. Teraz system wykonywał tę pracę sam.

Dane wejściowe: nagrania z monitoringu, zeznania świadków, protokoły z oględzin, opinia biegłego sądowego z zakresu ruchu drogowego, dane z telefonu oskarżonego, dane z logów pojazdu zabezpieczone po wyroku. Obraz zyskał dodatkową głębię. System naniósł na niego linie, kąty, numery. Pokazał samochód Strzeleckiego. Pokazał rowerzystę. Pokazał dwie trajektorie.

— Weryfikacja opinii biegłego — ciągnął głos. — Stwierdzono błąd w przyjętych parametrach długości śladów hamowania. Po uwzględnieniu danych z ABS i logów prędkości pojazdu stwierdza się, że w momencie zderzenia prędkość samochodu wynosiła pięćdziesiąt dziewięć kilometrów na godzinę, a nie osiemdziesiąt.

Na widowni ktoś cicho wciągnął powietrze.

— Analiza danych z alkomatu — kontynuowała AI. LEX SUPREMA. — Stare urządzenie, kalibracja przekroczona o dwa tygodnie, wcześniejsze raporty o zawyżaniu wyniku. Po korekcie statystycznej prawdopodobne stężenie alkoholu we krwi oskarżonego: 0,12 promila, poniżej progu wynikającego z „Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi”.

Na ekranie pojawił się schemat: wykres błędu pomiarowego, zakres odchyleń, czerwone i zielone linie.

— W świetle nowych danych — głos zwolnił, jakby podkreślając wagę komunikatu — prawdopodobieństwo, że do wypadku doszło wskutek rażącego naruszenia zasad bezpieczeństwa przez oskarżonego, wynosi dwadzieścia dwa procent. Prawdopodobieństwo, że zdarzenie miało charakter nieszczęśliwego wypadku w warunkach nieznacznego przekroczenia prędkości i błędu obu uczestników ruchu, wynosi siedemdziesiąt osiem procent.

Zapadła krótka cisza.

— Rekomendacja: uchylenie wyroku skazującego, przekwalifikowanie czynu na wykroczenie.

Strzelecki spojrzał na ekran z wyrazem twarzy, którego Kinga nie potrafiła odczytać. Jakby przez dwa lata odbywania kary nie przygotowywał się na taką ewentualność. Jakby wciąż trudno mu było uwierzyć, że taka sytuacja naprawdę może mieć miejsce.

Ława przysięgłych siedziała nieruchomo, ale mieli to samo zdanie.

— Ława proszona jest o zajęcie stanowiska — powiedział głos.

Po minucie wszystkie ikonki nad głowami ławników zaświeciły na zielono.

Wynik głosowania: sześć głosów za uniewinnieniem. AI. LEX SUPREMA nie dodawała komentarzy, ogłosiła uniewinnienie.

W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej orzekam: wyrok z dnia 8.04. zostaje uchylony. Oskarżony zostaje zwolniony z odpowiedzialności karnej za czyn z art. 177 §2 w zw. z art. 178a §1 K.K.

Strzelecki zacisnął dłonie na poręczy przed sobą. Kinga poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Nie znała go. Nie prowadziła tamtej sprawy. Ale w tej scenie widziała to, o czym pisano w ministerialnych materiałach informacyjnych: „sprawiedliwość naprawczą”, „drugą szansę”, „korektę ludzkich błędów”.

— Panie Kazimierzu — powiedział cicho jego obrońca, pochylając się w jego stronę — jest pan wolny.

— Po dwóch latach — odparł tamten ochryple — po dwóch latach spędzonych w więzieniu jestem „wolny”.

Jego głos nie trafił do protokołu. AI. LEX SUPREMA nie analizowała emocji po wyroku.

Po rozprawie Kinga zajrzała do pokoju techników. To pomieszczenie zawsze ją fascynowało. Zwykły, wielki pokój, kilka biurek, monitory, kable. Żadnych świecących rur ani migających świateł jak w filmach. Serwerownia była piętro niżej, zamknięta dla ciekawskich. Tutaj siedzieli ludzie, którzy rozmawiali z AI. LEX SUPREMĄ inaczej niż prokuratorzy.

— Hej, Wysocka — przywitał ją chłopak w dżinsach i koszulce z napisem „DATA OR DIE” — przyszłaś zapytać, jak bardzo maszyna jest mądrzejsza od was?

— Przyszłam zapytać, jak bardzo wy jesteście mądrzejsi od maszyny — odparła. — Jak to w ogóle wyszło ze Strzeleckim? Przecież nikt tych logów wcześniej nie miał.

Wzruszył ramionami.

— Mieli, mieli. Leżały sobie w magazynie producenta auta. Tylko nikt nie wpadł na to, żeby je ściągnąć. My mamy teraz automatyczne zapytania do baz. — Uśmiechnął się z odrobiną dumy. — Jak gdzieś istnieje cyfrowy ślad, to my go znajdziemy.

— Pięknie — powiedziała, opierając się o framugę. — A jak gdzieś nie istnieje?

Nie odpowiedział od razu. Popatrzył na nią, potem na monitor.

— Wtedy go nie ma — powiedział w końcu — dla systemu.

— Czyli jeżeli ktoś jest wystarczająco ostrożny i nie zostawia śladów, to dla AI. LEX SUPREMY jest…?

— Mniej prawdopodobny — dokończył, jakby to było najoczywistsze na świecie. — Widzisz, my tego nie ukrywamy. Algorytm działa na tym, co ma, on nie jest Bogiem.

Kinga przygryzła dolną wargę.

— Ale ludzie zaczynają go tak traktować.

Wzruszył ramionami.

— Ludzie zawsze coś lub kogoś tak traktują. Kiedyś sędziów, teraz nas, za parę lat może coś innego.

Jej telefon zadrżał. Wiadomość z sekretariatu:

„Prokurator Wysocka proszona do gabinetu prokuratora okręgowego. Sprawa pilna”.

— Lecę — mruknęła — dzięki za kazanie.

— Zawsze do usług — odparł technik, już z powrotem wpatrzony w kod.

Szef siedział przy biurku zawalonym papierami, jakby chciał udowodnić, że szyld „epoka cyfrowa” kończy się na drzwiach.

— Usiądź. — Wskazał krzesło naprzeciwko. — Masz dziś jeszcze coś pilnego?

— Parę przesłuchań, ale mogę przełożyć.

— Przełóż. Dostałaś nową sprawę dość specyficzną.

Przysunął w jej stronę cienką teczkę. Na okładce — świeży numer.

KPR 74/28

Pod spodem: ZABÓJSTWO.

— Kolejna demonstracja AI. LEX SUPREMY? — zapytała, nim zdążyła się powstrzymać.

— W pewnym sensie — odpowiedział, a jego ton był zbyt spokojny. — To będzie jedna z pierwszych spraw, gdzie w pełni uruchomimy nowy moduł rekonstrukcji 3D w czasie rzeczywistym. Ministerstwo chce mieć pewność, że poprowadzi ją ktoś, kto wie, jak się rozmawia z systemem.

— I przypuszczam, że ktoś taki dziwnym trafem siedzi właśnie naprzeciwko pana? — Uniosła brew.

— Jakoś tak wyszło… — Uśmiechnął się krótko. — Otwórz.

Otworzyła teczkę.

Zdjęcie ofiary na pierwszej stronie. Dziewczyna. Delikatna skóra, ciemne włosy, aparat na zębach. Nie wyglądała jak bohaterka mrocznego kryminału. Wyglądała jak ktoś, kogo mijasz na schodach..

KATARZYNA BOREK, lat 22.

Przyczyna zgonu: uraz głowy w wyniku uderzenia tępym narzędziem.

Miejsce: klatka schodowa bloku przy ulicy Żelaznej.

— Mamy coś? — zapytała, kartkując dalej.

— Mamy krew na poręczy, mamy ślady błota na schodach, mamy nagrania z kamery samochodu i z domofonu.

Szef wyliczał dalej, jakby mówił o liście zakupów:

— Mamy nagranie z kamery z klatki, ale z fatalnym oświetleniem. No i mamy kilku podejrzanych: wskazał na kolejną stronę.

Na razie nikogo nie wykluczamy. Każdy z nich miał jakiś związek z Katarzyną. Kinga odwróciła kartkę.

Pierwsze zdjęcie przedstawiało młodego mężczyznę o krótko ostrzyżonych włosach. Michał Domański, dwadzieścia cztery lata. Były chłopak ofiary. Rozstali się trzy tygodnie temu. Sąsiedzi twierdzą, że kilka razy słyszeli głośne kłótnie na klatce schodowej.

— Przyznał się do nich?

— Nie zaprzecza. Twierdzi jednak, że od tygodnia nie widział Katarzyny.

Kinga zrobiła krótką notatkę i przewróciła stronę.

Drugie zdjęcie przedstawiało elegancko ubranego mężczyznę po pięćdziesiątce.

— Marek Borkowski. Właściciel firmy, w której Katarzyna pracowała dorywczo. Według współpracowników kilka dni przed śmiercią wezwał ją do gabinetu. Rozmowa trwała ponad godzinę. Po wyjściu wyglądała na roztrzęsioną.

— Wiadomo, o czym rozmawiali?

— Oboje twierdzą, że chodziło o grafik pracy.

— A wierzymy im?

— Szef wzruszył ramionami.

— Jeszcze nie.

— Na kolejnej stronie znajdowała się fotografia kobiety.

Joanna Król. Sąsiadka z tego samego piętra. To ona znalazła ciało i zadzwoniła pod numer alarmowy. Problem w tym, że monitoring pokazuje, iż wróciła do bloku znacznie wcześniej, niż podała w zeznaniach.

— O ile wcześniej?

— O prawie czterdzieści minut.

Kinga uniosła wzrok.

— I przez czterdzieści minut nikogo nie powiadomiła?

— Tak wynika z nagrań.

Zapadła cisza.

— Co mówi?

— Że pomyliła godziny.

Kinga zamknęła teczkę.

— Ludzie mylą godziny. Kamery nie.

Szef podszedł do tablicy i zawiesił trzy fotografie obok siebie.

— Były partner. Pracodawca. Sąsiadka. Każde z nich coś ukrywa. Pytanie brzmi, czy ukrywają morderstwo, czy tylko własne sekrety.

Kinga jeszcze raz spojrzała na zdjęcie Katarzyny. Miała wrażenie, że odpowiedź znajduje się gdzieś między tymi trzema twarzami. W śledztwie nauczyła się jednak jednego. Najbardziej podejrzany nie zawsze był najbardziej winny.

Prokurator Kinga umówiła pierwsze przesłuchanie jeszcze tego samego dnia. Michał Domański pojawił się punktualnie. Miał na sobie ciemną kurtkę i sprawiał wrażenie człowieka bardziej zmęczonego niż przestraszonego. Gdy usiadł naprzeciwko niej, przez chwilę rozglądał się po pokoju, jakby szukał wzrokiem czegoś, co pozwoliłoby mu uniknąć rozmowy.

Kinga otworzyła teczkę i położyła przed sobą zdjęcie Katarzyny.

— Znał ją pan najlepiej ze wszystkich osób, które do tej pory przesłuchaliśmy. Chciałabym, żeby opowiedział mi pan o waszej relacji.

Michał spuścił wzrok na fotografię.

— Byliśmy razem prawie dwa lata. Ostatnie miesiące nie były łatwe. Coraz częściej się kłóciliśmy, ale nigdy nie zrobiłbym jej krzywdy.

— Sąsiedzi twierdzą, że kilka razy słyszeli państwa awantury.

— To prawda. Nie będę udawał, że było inaczej. Oboje byliśmy uparci. Czasami wystarczyło jedno słowo, żeby wybuchła kolejna kłótnia.

Kinga uważnie obserwowała jego twarz. Nie odwracał wzroku, odpowiadał spokojnie i bez pośpiechu.

— Kiedy widział ją pan po raz ostatni?

— Cztery dni przed jej śmiercią. Spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie. Rozmowa trwała może dwie minuty. Powiedziała, że chce zacząć wszystko od nowa i żebym przestał do niej dzwonić.

— Posłuchał jej pan?

Michał zawahał się.

— Przez kilka dni próbowałem się z nią skontaktować, ale nie odbierała.

— Kinga sięgnęła po wydruk połączeń.

— Z naszych danych wynika, że zadzwonił pan do niej jedenaście razy w ciągu dwóch dni.

Mężczyzna ciężko westchnął.

— Chciałem tylko porozmawiać. To wszystko.

— A gdzie był pan w wieczór zabójstwa?

— Oglądałem mecz u kolegi. Było nas trzech.

— Jeden z pańskich znajomych nie potrafił jednak potwierdzić godziny pańskiego wyjścia.

Na twarzy Michała pojawił się cień zdenerwowania.

— Bo wypił więcej od nas. Nawet nie pamiętał wyniku meczu.

Kinga zamknęła notatnik.

— Czy Katarzyna bała się kogoś?

Przez chwilę panowała cisza.

— Ostatnio wspominała o swoim szefie. Mówiła, że zaczął zachowywać się dziwnie. Często prosił ją, żeby zostawała po godzinach. Nigdy nie powiedziała wprost, o co chodzi, ale widziałem, że coś ją niepokoi.

Kinga zanotowała każde słowo. Gdy Michał opuścił pokój przesłuchań, od razu poleciła umówić rozmowę z Markiem Borkowskim. Po raz pierwszy od początku śledztwa miała wrażenie, że sprawa zaczyna prowadzić w zupełnie innym kierunku. Każda odpowiedź rodziła nowe pytania, a liczba osób, które mogły mieć coś wspólnego ze śmiercią Katarzyny, zamiast maleć, zaczynała niepokojąco rosnąć.

Rozdział 4
Prokuratura

Marek Borkowski zjawił się w prokuraturze następnego dnia rano. W przeciwieństwie do Michała wyglądał na człowieka doskonale przygotowanego. Elegancki garnitur, nienagannie zawiązany krawat i spokojny uśmiech sprawiały wrażenie, jakby przyszedł na spotkanie biznesowe, a nie na przesłuchanie w sprawie zabójstwa.

Kinga zaprosiła go do pokoju przesłuchań i wskazała miejsce naprzeciwko siebie.

— Dziękuję, że znalazł pan czas.

— Nie miałem wyboru — odparł z lekkim uśmiechem. — Ale oczywiście chcę pomóc. Katarzyna była dobrą pracownicą.

Kinga otworzyła teczkę.

— Od jak dawna pracowała w pańskiej firmie?

— Niecałe dwa lata. Zaczynała jako stażystka, później dostała umowę. Była sumienna i szybko się uczyła.

— Świadkowie twierdzą, że często zostawała z panem po godzinach.

— Borkowski poprawił mankiet koszuli.

— Zdarzało się. Prowadziliśmy kilka ważnych projektów. Czasami trzeba było coś dokończyć.

— Czy tylko z Katarzyną zostawał pan po pracy?

Mężczyzna zastanowił się przez chwilę.

— Nie. Zdarzało się również innym pracownikom. Ale najczęściej zostawała właśnie ona.

Na twarzy Borkowskiego pojawiło się krótkie zakłopotanie.

— Była najbardziej zaangażowana.

Kinga wyjęła z teczki kopię listy wejść do budynku.

— Według systemu tydzień przed śmiercią Katarzyna opuściła firmę dopiero po dwudziestej drugiej. W budynku byli już wtedy tylko państwo.

Borkowski spojrzał na dokument.

— Rozmawialiśmy o jej przyszłości w firmie.

— O awansie?

— Tak.

— A dlaczego po tej rozmowie wyszła zapłakana?

Mężczyzna przez chwilę nic nie mówił.

— Była pod dużą presją. Powiedziała, że nie wie, czy chce dalej pracować.

— Z jakiego powodu?

— Nie powiedziała.

Kinga odchyliła się na krześle.

— Przesłuchaliśmy już kilka osób z pańskiej firmy. Dwie z nich twierdzą, że Katarzyna unikała z panem kontaktu.

Borkowski zmarszczył brwi.

— To nieprawda.

— Jest pan tego pewien?

— Oczywiście.

Kinga przez chwilę milczała. Wiedziała, że cisza często działa lepiej niż kolejne pytania.

Po kilku sekundach Borkowski sam się odezwał.

— Rozumiem, jak to wygląda. Młoda pracownica ginie, a jej przełożony automatycznie staje się podejrzany. Tylko że ja naprawdę nie mam z tym nic wspólnego.

— Czy może pan wskazać kogoś, kto mógł chcieć skrzywdzić Katarzynę?

Mężczyzna zawahał się.

— Kilka razy wspominała o sąsiadce.

— Co mówiła?

— Że ta kobieta ciągle ją obserwuje. Podobno zwracała jej uwagę o hałas, o gości, nawet o to, kiedy wraca do domu. Katarzyna śmiała się z tego, ale miałem wrażenie, że zaczyna ją to męczyć.

Kinga zapisała każde słowo.

— Dziękuję. Na razie to wszystko.

Borkowski wstał i bez pośpiechu wyszedł z pokoju.

Gdy drzwi się zamknęły, Kinga przez chwilę patrzyła w notatki. Jego odpowiedzi były spójne, ale zbyt ostrożne. Nie popełnił ani jednego błędu, a to często bywało bardziej niepokojące niż oczywiste kłamstwo.

Kilka minut później zadzwonił telefon.

— Pani prokurator, Joanna Król już czeka.

Kinga zamknęła teczkę i ruszyła w stronę kolejnego pokoju przesłuchań. Miała przeczucie, że starsza sąsiadka powie znacznie więcej, niż powiedziała podczas pierwszej rozmowy z policją. To właśnie świadkowie, którzy początkowo przemilczają część informacji, nierzadko okazują się kluczowi dla przebiegu śledztwa.

Rozdział 5
Przesłuchanie

Joanna Król przyszła do prokuratury kilka minut przed wyznaczoną godziną. Była drobną kobietą po sześćdziesiątce, ubraną w ciemny płaszcz, który mimo ciepłej pogody trzymała zapięty aż pod szyję. Rozglądała się nerwowo po korytarzu, jakby obawiała się, że ktoś ją obserwuje.

Kinga wyszła po nią osobiście.

— Dziękuję, że przyszła pani jeszcze raz.

— Nie miałam spokojnej nocy — odpowiedziała cicho Joanna. — Ciągle widzę tę dziewczynę.

Usiadły naprzeciwko siebie. Kinga odczekała chwilę, dając kobiecie czas na uspokojenie.

— W pierwszym przesłuchaniu powiedziała pani, że wróciła do domu około dwudziestej drugiej. Monitoring pokazuje jednak, że weszła pani do budynku znacznie wcześniej. Chciałabym zrozumieć, skąd ta rozbieżność.

Joanna zacisnęła dłonie na filiżance z herbatą.

— Skłamałam.

Kinga nie zareagowała. Pozwoliła, aby cisza zrobiła swoje.

— Dlaczego?

— Bałam się.

— Czego dokładnie?

— Kiedy wróciłam do domu, usłyszałam kłótnię na klatce schodowej. Nie chciałam się mieszać. Zamknęłam drzwi i udawałam, że nic nie słyszę.

— Rozpoznała pani głosy?

Kobieta pokręciła głową.

— Jeden należał do młodej kobiety. Drugiego wcześniej nie słyszałam. To był spokojny, niski głos. Nie krzyczał. Właśnie to mnie przestraszyło.

— Co powiedział?

Joanna zamknęła oczy.

— Powiedział, że wszystko mogło skończyć się inaczej, ale teraz jest już za późno.

Kinga zanotowała zdanie.

— A potem?

Potem zapadła cisza. Po kilku minutach usłyszałam ciężkie kroki na schodach i trzaśnięcie drzwi wejściowych.

— Wyjrzała pani przez wizjer?

— Nie od razu. Minęło kilka minut. Kiedy otworzyłam drzwi, nikogo już nie było.

— Czy widziała pani coś nietypowego?

Joanna długo się zastanawiała.

— Na schodach leżała moneta i modlitwa. Pomyślałam, że należy do tej dziewczyny, więc zabrałam je..

Kinga uniosła wzrok znad notatnika.

— Nikomu wcześniej pani o tym nie powiedziała?

— Uznałam, że musiałam się pomylić.

— A dziś uważa pani inaczej?

— Tak, bo przypomniałam sobie jeszcze jedną rzecz.

Kinga pochyliła się lekko do przodu.

— Jaką?

— Kilka dni przed śmiercią Katarzyny widziałam przed blokiem czarnego sedana. Stał tam przez ponad godzinę. Kierowca nie wysiadał. Siedział za kierownicą i obserwował wejście do budynku.

— Zapamiętała pani numer rejestracyjny?

Joanna pokręciła głową.

— Nie. Ale pamiętam, że na tylnej szybie była naklejka firmy handlowej.

Kinga natychmiast zapisała tę informację.

— Czy widziała pani ten samochód jeszcze kiedyś?

— Tak. Dzień po pogrzebie. Przejechał powoli obok bloku i odjechał.

Po zakończeniu przesłuchania Kinga odprowadziła Joannę do wyjścia. Gdy wróciła do gabinetu, zadzwoniła do wydziału analiz.

Chcę listę wszystkich czarnych sedanów zarejestrowanych na firmy, które działały w tej okolicy. Sprawdźcie również, czy którykolwiek z ich pracowników miał kontakt z Katarzyną Borek.

Odłożyła słuchawkę i spojrzała na tablicę ze zdjęciami. Zamiast wyjaśniać sprawę, każde kolejne przesłuchanie dokładało nowy element układanki. Coraz wyraźniej było widać, że każdy z podejrzanych ukrywał jakiś sekret, ale nie każdy sekret musiał oznaczać udział w zabójstwie. To właśnie takie fałszywe tropy i osobiste tajemnice pozwalają budować wiarygodnych podejrzanych, nie zdradzając zbyt wcześnie tożsamości sprawcy.

Rozdział 6
Nowy świadek

Po zakończeniu przesłuchania Joanny Król Kinga wróciła do swojego gabinetu. Zamknęła drzwi i jeszcze raz rozłożyła na biurku fotografie z miejsca zbrodni, protokoły przesłuchań oraz wydruki połączeń telefonicznych Katarzyny Borek. Każda z dotychczas przesłuchanych osób mówiła prawdę, ale żadna nie powiedziała jej całej. Im dłużej analizowała zgromadzony materiał, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że wszyscy coś ukrywają.

Nie minęła godzina, gdy zadzwonił telefon.

— Pani prokurator, zgłosiła się koleżanka Katarzyny. Twierdzi, że ma informacje, których wcześniej nikomu nie przekazała.

— Proszę ją przyprowadzić.

Po kilku minutach do gabinetu weszła młoda kobieta o jasnych włosach. Była wyraźnie zdenerwowana. Przedstawiła się jako Paulina Sadowska i usiadła ostrożnie na krześle naprzeciwko Kingi.

— Dziękuję, że pani przyszła — powiedziała Kinga. Każda informacja może okazać się ważna.

Paulina przez chwilę milczała. Widać było, że zastanawia się, od czego zacząć.

— Nie zgłosiłam się wcześniej, bo bałam się o pracę. W naszej firmie szybko wiadomo, kto rozmawia z policją.

Kinga skinęła głową.

— Proszę opowiedzieć mi o Katarzynie. Czy zauważyła pani, że w ostatnim czasie coś się zmieniło?

— Bardzo się zmieniła. Jeszcze kilka miesięcy temu była pogodna. Planowała wyjazd za granicę i odkładała pieniądze. Potem nagle zaczęła się denerwować. Często wychodziła z biura, żeby odebrać telefon, a kiedy wracała, wyglądała tak, jakby miała się rozpłakać.

— Mówiła, kto do niej dzwonił?

— Nigdy. Za każdym razem odpowiadała, że to sprawy prywatne.

— Wspominała o jakichś problemach?

Paulina zawahała się.

— Tylko raz powiedziała mi, że przypadkiem zobaczyła coś, czego nie powinna była zobaczyć, że boi się o własne życie.

Kinga natychmiast podniosła wzrok znad notatnika.

— Wyjaśniła, o co chodzi?

— Nie. Powiedziała tylko, że jeśli komukolwiek o tym opowie, może mieć poważne kłopoty.

— Bała się swojego przełożonego?

Paulina pokręciła głową.

— Nie. Myślę, że bała się kogoś zupełnie innego.

W pokoju zapadła cisza.

— Kogo ma pani na myśli? — zapytała Kinga.

— Nie wiem. Ale dwa tygodnie przed śmiercią do firmy przyszedł jakiś mężczyzna. Wyglądał jak zwykły handlowiec albo przedstawiciel firmy. Miał ciemne spodnie, jasną koszulę i skórzaną teczkę. Niczym się nie wyróżniał. Gdyby nie to, że wszedł prosto do gabinetu i poprosił Kasię, pewnie w ogóle nie zwróciłabym na niego uwagi.

— Rozmawiał z nią?

— Tak. Zamknęli się w sali konferencyjnej. Po kilkunastu minutach Katarzyna weszła tam z dokumentami. Wyszła niemal od razu. Była blada i wyraźnie zdenerwowana.

— Powiedziała pani, co zobaczyła?

— Nie. Powiedziała tylko, że niektórych rzeczy lepiej nie widzieć i że ma nadzieję, iż ten człowiek już nigdy więcej się tu nie pojawi.

— Potrafiłaby go pani rozpoznać?

Paulina skinęła głową.

— Myślę, że tak. Miał bardzo charakterystyczne oczy. Spokojne, ale takie, jakby cały czas wszystko obserwowały.

Kinga zamknęła notatnik.

— Czy widziała go pani jeszcze kiedyś?

— Nie. Ale kilka dni później Katarzyna powiedziała mi, że ma wrażenie, iż ktoś ją śledzi. Myślałam, że przesadza. Dzisiaj już nie jestem tego taka pewna.

Po zakończeniu rozmowy Kinga odprowadziła Paulinę do drzwi. Gdy wróciła do gabinetu, natychmiast zadzwoniła do wydziału analiz.

— Chcę sprawdzić wszystkie wizyty zarejestrowane w firmie Katarzyny z ostatnich trzech miesięcy. Interesuje mnie każdy gość, który nie był pracownikiem.

— Zajmiemy się tym od razu — odpowiedział analityk.

Kilka minut później na ekranie komputera pojawił się raport z bilingów telefonu Katarzyny. Większość połączeń należała do rodziny, znajomych i współpracowników. Jeden numer jednak wyraźnie się wyróżniał. Powtarzał się regularnie przez kilka tygodni, zawsze wieczorem.

Kinga poleciła sprawdzić właściciela numeru.

Po kilku minutach analityk oddzwonił.

— To dziwne. Numer jest zarejestrowany na spółkę konsultingową z Warszawy, ale firma od dwóch lat praktycznie nie prowadzi działalności. Pod wskazanym adresem znajduje się pusty lokal.

Kinga spojrzała na zdjęcie Katarzyny leżące na biurku.

Miała coraz silniejsze przeczucie, że dziewczyna nie zginęła dlatego, kim była. Zginęła dlatego, że przypadkiem zobaczyła coś, czego nigdy nie powinna była zobaczyć.

Rozdział 7
AI wyklucza podejrzanych

Następnego ranka sala analityczna była pełna ludzi. Na ścianie wyświetlono fotografie wszystkich dotychczasowych podejrzanych. Pod każdym nazwiskiem znajdował się wskaźnik prawdopodobieństwa udziału w zabójstwie Katarzyny Borek. Kinga zajęła miejsce przy stole konferencyjnym, kiedy do sali wszedł główny analityk.

W nocy AI. LEX SUPREMA zakończyła rozszerzoną analizę materiału dowodowego. System uwzględnił nowe nagrania monitoringu, dane z telefonów komórkowych, wyniki badań kryminalistycznych oraz zeznania świadków.

Na ekranie pojawiło się nazwisko Michała Domańskiego.

Po kilku sekundach system wyświetlił komunikat.

„Prawdopodobieństwo udziału w zabójstwie: 1,8%. Podejrzanego wykluczono.”

Analiza danych lokalizacyjnych telefonu, zapisów z monitoringu oraz zeznań świadków potwierdza, że Michał Domański przebywał w innym miejscu w czasie popełnienia przestępstwa — odczytał analityk.


Fotografia Michała zmieniła kolor na szary i zniknęła z głównego ekranu.

Po chwili pojawiło się nazwisko Marka Borkowskiego.

System potrzebował zaledwie kilku sekund.

„Prawdopodobieństwo udziału w zabójstwie: 2,4%. Podejrzanego wykluczono.”

AI ustaliła, że rozmowa z Katarzyną dotyczyła planowanego awansu oraz przeniesienia do oddziału w Gdańsku. Dane z monitoringu miejskiego i zapis płatności kartą potwierdzają miejsce pobytu Marka Borkowskiego w chwili zabójstwa.


Na sali znów zrobiło się cicho.

Kolejne nazwisko należało do Joanny Król.

Na ekranie przez kilka sekund pojawiały się kolejne wykresy i linie danych.

W końcu wyświetlił się następny komunikat.

„Prawdopodobieństwo udziału w zabójstwie: 0,7%. Podejrzaną wykluczono.”

Analiza zachowania wskazuje, że zataiła część informacji z obawy o własne bezpieczeństwo. Brak danych potwierdzających udział w przestępstwie.


Kinga spojrzała na pustą tablicę.

Jeszcze dzień wcześniej byli przekonani, że sprawca znajduje się wśród tych trzech osób. Teraz AI. LEX SUPREMA wykluczyła każdą z nich.

— Czy system wskazał kogokolwiek nowego? — zapytała.

Analityk skinął głową.

— Tak. Po raz pierwszy algorytm przeanalizował również osoby, które nie były wcześniej objęte postępowaniem.

Na ekranie pojawiło się nagranie z kamery znajdującej się przy wejściu do firmy, w której pracowała Katarzyna.

Obraz był niewyraźny. Widać było mężczyznę z teczką, ubranego w jasną koszulę i ciemne spodnie. Wyglądał jak zwykły przedstawiciel handlowy.

— To właśnie o nim mówiła świadek — powiedziała Kinga.

Analityk uruchomił moduł poprawy obrazu.

Program stopniowo wyostrzał kolejne fragmenty nagrania. Najpierw twarz, później identyfikator gościa, a na końcu podpis złożony w elektronicznej księdze wejść.

Na ekranie pojawiło się nazwisko.

Henryk Lis.

Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.

— AI porównała wizerunek z bazą danych oraz podpis z dokumentami urzędowymi — powiedział analityk. Zgodność wynosi dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent.

Kinga nie odrywała wzroku od ekranu.

— Czy wiemy, po co odwiedził firmę?

Analityk otworzył kolejne okno.

— W księdze wpisano cel wizyty jako spotkanie handlowe. Nie znaleźliśmy jednak żadnej umowy ani korespondencji potwierdzającej, że reprezentował jakąkolwiek firmę.

Na ekranie pojawił się ostatni komunikat AI. LEX SUPREMY.

Osoba zarejestrowana na nagraniu pozostaje jedynym niewyjaśnionym elementem śledztwa. Zalecenie: natychmiastowe ustalenie celu wizyty oraz kontaktów z ofiarą.

Kinga zamknęła teczkę.

Jeszcze kilka godzin wcześniej śledztwo miało trzech podejrzanych.

Teraz nie miało ani jednego.

Poza człowiekiem, którego nikt wcześniej nie brał pod uwagę.

Kinga poleciła rozszerzyć zakres weryfikacji AI. LEX SUPREMY do czternastu dni poprzedzających zabójstwo. Algorytm miał odtworzyć każdy możliwy kontakt Katarzyny Borek z nieznanym mężczyzną przypominającym handlowca. System rozpoczął analizę tysięcy godzin nagrań z monitoringu, zapisów z elektronicznych ksiąg wejść, danych lokalizacyjnych oraz informacji o wszystkich osobach, które pojawiły się w pobliżu Katarzyny w ciągu dwóch tygodni przed jej śmiercią.

Po chwili pojawił się komunikat:

Tożsamość potwierdzona.

Na ekranie wyświetliły się dane.

Henryk Lis.

Data wizyty: czternaście dni przed śmiercią Katarzyny Borek.

Cel wizyty wpisany do księgi wejść: „Spotkanie handlowe.”

AI. LEX SUPREMA kontynuowała analizę.


Nie odnaleziono dokumentów potwierdzających, aby Henryk Lis reprezentował jakikolwiek podmiot handlowy współpracujący z firmą ofiary. Nie odnaleziono również korespondencji dotyczącej planowanego spotkania.


Na ekranie pojawił się ostatni komunikat.

Ocena systemu: wizyta wymaga pilnej weryfikacji. Prawdopodobieństwo zatajenia rzeczywistego celu spotkania: 94,8%.

LIS, Henryk — lat 29.

Zdjęcie z dowodu: przeciętna twarz mężczyzny, który mógłby być kimkolwiek. Sprzedawcą w sklepie, kierowcą, sąsiadem z drugiego piętra.

— Byli sąsiadami? — zapytała Kinga.

— Mieszkał piętro wyżej. Według wstępnych ustaleń mógł wracać o podobnej porze co ofiara. Widziano go na klatce wcześniej. Znaleźliśmy u niego buty z błotem podobnym do tego z miejsca zdarzenia odpowiedział jeden z techników. Włączcie moduł AI. LEX SUPREMA w wersji weryfikacji, na razie są to słabe dowody, ale musimy zaufać naszemu nowemu modułowi.

Włączamy nowy moduł AI. LEX SUPREMA.

Kinga przejrzała dalej: wstępne zeznania matki Kasi, kilku lokatorów, notatki policji.

— I co na to AI? — zapytała.

— Na razie mamy wstępną analizę — odpowiedział szef — bez pełnej rekonstrukcji. System oznaczył sprawę jako „wysokiego znaczenia” z uwagi na brutalność i presję medialną. — Zawahał się, po czym dodał: I jako „szczególnie interesującą” pod względem nowych modułów.


Kinga spojrzała znowu na zdjęcie Kasi.

Na dolnej krawędzi strony widniała mała adnotacja wydrukowana inną czcionką:

REKOMENDACJA AI. LEX SUPREMA (analiza wstępna, niepełne dane):

prawdopodobieństwo udziału Henryka LISA w zdarzeniu — 48%.

Prawdopodobieństwo niewinności: 52%. Rekomendacja:

BRAK PODSTAW DO WYDANIA WYROKU NA TYM ETAPIE. KONIECZNA DALSZA ANALIZA.

— Masz więc coś, co się teraz rzadko zdarza — dodał szef. Sprawę, w której na starcie nie jesteśmy po żadnej stronie. Ani my, ani algorytm.

Jest coś jeszcze co oddała nam sąsiadka na przesłuchaniu — monetę i wydrukowaną modlitwę. Może to być seryjny morderca — dodał szef.

Obydwoje spojrzeli na tekst wydrukowanej modlitwy:


Modlitwa o sprawiedliwość

„Panie Wszechmogący, który znasz serca wszystkich ludzi, prowadź mnie drogą prawdy. Daj mi siłę, by przeciwstawiać się złu, odwagę, by nie odwracać wzroku od niesprawiedliwości, i mądrość, by odróżniać dobro od zła. Niech światło zwycięży ciemność, a sprawiedliwość zapanuje tam, gdzie króluje grzech. Amen.”

Pod modlitwą znajdowało się jeszcze jedno zdanie, wydrukowane pogrubioną czcionką:

„Złych ludzi trzeba unicestwiać.”

W pokoju zapadła cisza. To nie wygląda na przypadek — powiedziała cicho. Podejrzewam seryjnego mordercę.

Właśnie — odpowiedział szef. Albo mamy do czynienia z kimś, kto uważa się za narzędzie boskiej sprawiedliwości, albo ktoś bardzo chce, żebyśmy w to uwierzyli.

Kinga zamknęła teczkę. Czuła znajome napięcie w karku, ten stan między adrenaliną a zmęczeniem, który towarzyszył jej zawsze przy poważnych sprawach.

— Dobra — powiedziała. Zobaczymy, co nasz cudowny sędzia powie, kiedy dostanie pełen stół danych.

— I ława przysięgłych — przypomniał spokojnie szef. — Nie zapominaj o ludziach.

Wyszła z gabinetu z teczką pod pachą. Na korytarzu minęła plakat z kampanii informacyjnej: uśmiechnięta para trzydziestolatków w togach, nad nimi hasło:

SPRAWIEDLIWOŚĆ JEST TERAZ PRECYZYJNA. ZAUFAJ AI. LEX SUPREMIE”.

Poniżej małymi literami:

Ława przysięgłych — Twój głos, gdy dane nie wystarczą.

Kinga zatrzymała się na moment.

Wysoki procent uniewinnień.

Wysokie zaufanie.

Wysokie oczekiwania.

I w tej sprawie akurat system mówi — po raz pierwszy od dawna — „Nie wiem”.

Wzięła głęboki oddech.

— No to zobaczymy, Lis — szepnęła, patrząc na nazwisko wystające z teczki — czy jesteś statystyką, czy wyjątkiem.

Rozdział 8
Rytuał

Zapach był ten sam. Metaliczny, ciężki, lepki. Taki, który wżera się w ubranie i wraca jeszcze długo po tym, jak wrzuca się rzeczy prosto z kosza do pralki. Kinga zorientowała się, że zaciska palce na uchwycie torby tak mocno, że aż bolą ją nadgarstki, dopiero gdy minęła żółtą taśmę i wchodziła na klatkę schodową.

— Kolejna podobna zbrodnia — drugie piętro — rzucił policjant w mundurze, odsuwając się, żeby ją przepuścić. — Tak jak poprzednio.

„Tak jak poprzednio”. Słowa zahaczyły ją jak drzazga, przypominała sobie rozmowę z szefem odnośnie teczki związanej z morderstwem prawdopodobnie seryjnego mordercy. Klatka przy Żelaznej. Noc, wąskie schody, ciemna smuga na ścianie. Ta sprawa dopiero się zaczynała — była w teczce, którą dopiero co zabrała ze stołu szefa — a już ktoś mówił „tak jak poprzednio”. Schody tutaj były inne, ale wrażenie podobne. Wilgoć, echo kroków, ślady błota. Mieszkańcy skuleni za uchylonymi drzwiami, oczy świecące w półmroku jak oczy zwierząt w lesie. Na półpiętrze stał technik w białym kombinezonie. Skinął jej głową.

— Prokurator Wysocka?

— Tak — odpowiedziała. — Co mamy?

Zamiast odpowiedzieć, przesunął się i odsłonił widok. Dziewczyna leżała na plecach, głową w stronę drzwi mieszkania, nogami w dół schodów. Ręce miała ułożone starannie wzdłuż ciała, palce złączone, jakby ktoś ją do tego zmusił, kiedy już nie mogła protestować. Krew rozlała się wachlarzem po stopniach, ale jej twarz była… czysta. Jakby ktoś starł z niej ostatnie ślady.

— Uderzenie w potylicę — powiedział technik, wskazując brodą na ciemną, poszarpaną ranę z tyłu głowy. — Na razie wygląda na jedno, mocne. Tępe narzędzie. Pewnie znowu jakiś „domowy klasyk” — młotek, pręt, coś takiego.

„Znowu”.

Kinga uklękła ostrożnie, próbując nie patrzeć na ranę, tylko na resztę. Włosy — ciemne, rozrzucone wokół głowy jak aureola. Ubranie — zwyczajna, jesienna kurtka, dżinsy, tenisówki. I szczegół, którego w sprawie Kasi nie było — albo nie zwróciła na niego wtedy uwagi. Przy lewej dłoni dziewczyny, jak odłożona starannie tuż przed zaśnięciem, leżała moneta pięciozłotowa. Orzeł do góry. Błyszcząca, jakby niedawno wypolerowana.

— Co to za cyrk? — mruknęła.

— Moneta oraz modlitwa leżały na podłodze, kiedy przyjechaliśmy — powiedział technik. Zabezpieczyliśmy zdjęcia przed wejściem ekipy. Nikt jej nie dotykał.

— Pokazać — rzuciła.

Wyciągnął tablet, przesunął ekran. Na zdjęciu moneta leżała dokładnie tam, gdzie teraz, połyskując w świetle flesza.

— Kto znalazł ciało?

— Sąsiadka z trzeciego piętra. Schodziła rano z psem. Wpadła w panikę, zadzwoniła na sto dwanaście, obudziła pół bloku.

Technik mówił spokojnie, jakby relacjonował stan pogody. Policja przyjechała jakieś dziesięć minut później.

— Imię, nazwisko, numer mieszkania — powiedziała niemal mechanicznie.

— Jeszcze bez oficjalnej identyfikacji — wtrącił się policjant operacyjny, który właśnie wyszedł z mieszkania na drugim piętrze — ale dokumenty znaleźliśmy w torebce na klatce. Zofia Janicka. Dwadzieścia trzy lata. Mieszka sama.

Spojrzał na ciało. Mieszkała.

Kinga podniosła wzrok na drzwi lokalu. Otwarty zamek, ślady błota na wycieraczce. Ktoś wchodził i wychodził. Ktoś, kto wiedział, co robi.

— Drzwi wyważone? — zapytała.

— Nie — odparł policjant. — Zero śladów na zamku. Albo go znała, albo otworzył ktoś, kto umie to robić bez śladów.

Kinga odwróciła się jeszcze raz do ciała. Ułożenie rąk, a przy niej ponownie modlitwa i moneta. Treść modlitwy prawie identyczna tylko sprawca dodał informacje, że to dopiero początek — Kinga oznajmiła szeptem.

Modlitwa o sprawiedliwość

„Panie Wszechmogący, który znasz serca wszystkich ludzi, prowadź mnie drogą prawdy. Daj mi siłę, by przeciwstawiać się złu, odwagę, by nie odwracać wzroku od niesprawiedliwości, i mądrość, by odróżniać dobro od zła. Niech światło zwycięży ciemność, a sprawiedliwość zapanuje tam, gdzie króluje grzech. Amen.”

Pod modlitwą znajdowało się jeszcze jedno zdanie, wydrukowane pogrubioną czcionką:

„Złych ludzi trzeba unicestwiać — to dopiero początek.”

Czysta twarz. Ranę zakrywają włosy — śmierć schowana jak wstydliwa tajemnica.

Rytuał. To słowo przemknęło jej przez głowę bez zaproszenia.

— W systemie jest już zgłoszenie — powiedział policjant, kiedy schodzili na dół. AI. LEX SUPREMA oznaczyła sprawę jako „możliwy ciąg zdarzeń” w powiązaniu z tą na Żelaznej.

— Tak szybko? — zdziwiła się.

— Mamy nowy alert. — Wzruszył ramionami. Jak tylko pojawia się zabójstwo w określonych okolicznościach, algorytm od razu porównuje je z bieżącymi śledztwami. Widzisz — dodał, wyciągając telefon — już przyszło.

Na ekranie jego służbowej aplikacji migał czerwony pasek:

ALERT AI. LEX SUPREMY: WYKRYTO PODOBIEŃSTWO WZORCA

SPRAWA ŻELAZNA /

SPRAWA BEMA — PODOBIEŃSTWO 78%

Pod spodem:

Zalecane połączenie działań dochodzeniowych. Możliwe powiązanie sprawcy. Wysokie prawdopodobieństwo sekwencyjnego charakteru zdarzeń.

Kinga przejechała palcem po komunikacie.

Dwa adresy. Dwie dziewczyny w podobnym wieku. Dwie klatki schodowe. Dwa uderzenia w tył głowy.

I pięciozłotówka, która błyszczała jej przed oczami, choć została już zabezpieczona w foliowym woreczku. Dodatkowo jeszcze ta modlitwa.

— Dobra — mruknęła — zróbcie swoje. Ja wracam do prokuratury. Musimy przepuścić obie sprawy przez pełne sito AI. LEX SUPREMY.

— Czyli…? — zapytał policjant.

— Czyli nasz nowy „rytualista” zasłużył na rekonstrukcję specjalną — odparła.

W sali numer siedem panował półmrok. Technicy lubili przygaszać światła podczas rekonstrukcji — twierdzili, że wtedy mniej widać niedoskonałości w projekcji. Prawdziwe życie rzadko wyglądało tak dobrze jak symulacja. Kinga siedziała w pierwszym rzędzie razem z kilkoma policjantami z wydziału zabójstw i jednym analitykiem z AI. LEX SUPREMY. Za nimi — pusta ława przysięgłych. Proces był jeszcze przed nimi. To miało być tylko „opracowanie materiału”.

— Moduł „MO-SEARCH” uruchomiony — poinformowała AI. LEX SUPREMA. — Analiza sekwencji zdarzeń w sprawach: Żelazna, Bema.

Na ekranie pojawiły się dwie kolumny:

SPRAWA ŻELAZNA — OFIARA: KATARZYNA BOREK, 22 LATA

SPRAWA BEMA — OFIARA: ZOFIA JANICKA, 23 LATA

Poniżej — lista parametrów:

— pora zdarzenia,

— struktura budynku,

— miejsce odnalezienia ciała,

— rodzaj obrażeń,

— ewentualne ślady szczególne.

Przy większości z nich zapaliły się małe zielone kropki.

— Pora zdarzenia: późny wieczór / noc — odczytał głos. Lokalizacja: klatka schodowa budynku mieszkalnego, brak świadków bezpośrednich. Obrażenia: pojedynczy uraz okolicy potylicznej zadany tępym narzędziem średniej wielkości. Ułożenie ciała: na plecach, głowa w stronę drzwi mieszkania, kończyny górne ułożone równolegle do tułowia. Na ekranie pojawiły się dwa kontury ciał, nałożone na siebie jak kalka.

Zgodność niemal idealna.

— Element szczególny: obecność monety pięciozłotowej i modlitwy w pobliżu lewej dłoni ofiary w sprawie Bema. — Przy tym punkcie kropka była żółta. — Brak elementu w sprawie Żelazna. Możliwy błąd dokumentacji lub eskalacja wzorca rytualnego.

Kinga nachyliła się do analityka z AI. LEX SUPREMY.

— „Eskalacja wzorca rytualnego”? — powtórzyła.

— Tak to nazwaliśmy — odpowiedział szeptem — jak ktoś powtarza pewien schemat, ale zaczyna dodawać swoje „podpisy”. System widział to w innych krajach, w analizach seryjniaków. Wzorce się buduje etapami.

— Czyli według algorytmu… — zaczęła.

— …ktoś może się dopiero rozkręcać — dokończył.

Na ekranie pojawiła się nowa plansza.

PODOBIEŃSTWO WZORCA: 78%

PRAWDOPODOBIEŃSTWO, ŻE SPRAWCA JEST TEN SAM: 64%.

PRAWDOPODOBIEŃSTWO, ŻE KOLEJNE ZDARZENIE WYSTĄPI W CIĄGU 30 DNI: 42%.

— Skąd ta ostatnia liczba? — spytał któryś z policjantów.

— Na podstawie danych z innych spraw o podobnych parametrach — wyjaśnił analityk. — AI. LEX SUPREMA ma dostęp do międzynarodowych baz. To nie jest wróżenie z fusów. To statystyka.

— Czterdzieści dwa procent, że znowu kogoś nam ubiją w miesiąc — mruknął policjant. — Pocieszające.

— To znaczy — wtrąciła Kinga — że mamy czterdzieści dwa procent szans zauważyć wzorzec na tyle wcześnie, żeby go złamać.

Na ekranie tymczasem pojawił się nowy komunikat:

NALEŻY ROZWAŻYĆ NADANIE SPRAWIE PRIORYTETU KRAJOWEGO. ZALECANE: ZESPÓŁ DEDYKOWANY, CIĄGŁA ANALIZA DANYCH, MONITORING SPRAW O PODOBNEJ STRUKTURZE”.

— Priorytet krajowy… — powtórzył analityk. — To rzadko się zdarza.

— Teraz się zdarzyło — ucięła Kinga. — Wprowadzę wniosek.

Spojrzała na ekran.

— A teraz chcę rekonstrukcję. Najpierw Żelazna, potem Bema.

Kartka leżała tuż przy dłoni Zofii, jakby ktoś delikatnie wsunął ją pod jej palce w ostatniej chwili. Zwykły wydruk z domowej drukarki: czarno-białe litery, tani papier z paczki po pięćset sztuk. Na górze tytuł czcionką większą o dwa punkty: „Modlitwa za dusze zmarłych w nagłej śmierci”. Na rogu zaschnięta plamka krwi rozmazała dwa wyrazy tak, że wyglądały jak niedokończone zaklęcie.

— System zidentyfikował treść jako popularną modlitwę krążącą w sieci od 2019 roku — odezwała się AI. LEX SUPREMA. — Źródło: fora religijne, serwisy z cytatami, blogi ezoteryczne. Wersje różnią się pojedynczymi słowami, ta jest jedną z najczęściej kopiowanych.

Kinga nachyliła się, jakby chciała poczuć, czy na papierze został jeszcze czyjś zapach — tanich perfum, tytoniu, tonera. Ktoś się modli, zanim zabija — mruknęła — albo po.

Głos algorytmu, obojętny jak zawsze, tylko odnotował w tle:

Zapisano nowy element rytuału: banknot lub moneta, modlitwa drukowana. Prawdopodobieństwo zachowania o charakterze sekwencyjnym rośnie do 71%.

— I co z Henrykiem Lisem? — zapytał policjant. — Bo jak rozumiem, to jest ten moment, kiedy algorytm powie nam: „tak, to on” albo „nie, to jednak ktoś inny”?

W odpowiedzi na ekranie pojawiło się nowe okno.

PROFIL PODEJRZANEGO: LIS, Henryka

WZROST: 178 CM

WAGA: 79 KG

MIEJSCE ZAMIESZKANIA: ŻELAZNA 32

GODZINA POWROTU DO DOMU W DNIU ZDARZENIA ŻELAZNA: 22:47

BRAK ALIBI NA GODZINĘ ZDARZENIA BEMA

Poniżej:

Na podstawie dostępnych danych prawdopodobieństwo, że Henryk Lis brał udział w jednym lub obu zdarzeniach: 54%. Prawdopodobieństwo, że jest niewinny: 46%. Rekomendacja: KONTYNUOWAĆ POSTĘPOWANIE, BRAK PODSTAW DO WYDANIA WYROKU.

— No pięknie — mruknął policjant. — Połowa szans, że to on, połowa, że nie. To sobie mogłem rzucić monetą.

— On też — powiedziała cicho Kinga, myśląc o pięciozłotówce.

— Proszę zauważyć — odezwała się AI. LEX SUPREMA — że dodatkowe dane mogą znacząco zmienić rozkład prawdopodobieństwa. Obecny rozkład odzwierciedla jedynie stan wiedzy na teraz.

— O, oczywiście — mruknęła — jak zawsze.

Spojrzała na profil Henryka. Zwykłe dane: PESEL, adres, miejsce pracy (tymczasowy magazynier w hurtowni), brak dzieci, jedna była dziewczyna, kilka mandatów. Nic, co by krzyczało „seryjny morderca”. Ale wzorzec na ekranie krzyczał coś innego. Powtarzalność. Schemat. Rytuał.

— Co z jego psychiką? — zapytała.

— Na razie nic nie wiemy — odpowiedział policjant. — W aktach nie ma żadnych wcześniejszych opinii. Średnia szkoła, żadnych pobytów w psychiatryku, żadnych diagnoz. Zwykły facet z blokowiska.

— Zwykli faceci z blokowiska też czasem mają tajemnice — powiedziała. — Zróbmy pełen wywiad. Rodzina, znajomi, praca. I zaczepcie go — dodała. — Nie formalnie, na razie. Niech wie, że go widzimy.

— A jeśli to nie on? — spytał technik.

Kinga spojrzała na monetę na ekranie, na modlitwę i na dwie martwe dziewczyny.

— To się upewnimy — odparła. — Ale ktoś gra z nami w jakąś grę. A ja nie lubię przegrywać z ludźmi, którzy zostawiają swoje podpisy na ciałach.

Rewolucja rewolucją, AI. LEX SUPREMA — nieskazitelnym osądem, statystyka — statystyką, ale gdzieś pomiędzy liczbami i krwią zaczynało się coś, czego algorytm nie widział.

Rytuał. I ktoś, kto najwyraźniej zamierzał go powtarzać.

Rozdział 9
Sprzedawca

Salę przesłuchań numer dwa uznawano w prokuraturze za wzorcową.

— Moduł rejestracji aktywny. — poinformował spokojny głos z głośnika. Analiza mowy i mimiki włączona.

Na monitorze wbudowanym w ścianę pojawiła się cienka linia EEG rozmowy — puls dźwięku, który dopiero miał nabrać kształtu zdań. Kinga poprawiła togę, choć nie musiała jej tu zakładać. Lubiła mieć ją na sobie podczas istotnych przesłuchań. Przypominała jej, po czyjej stronie ma być. Drzwi otworzyły się z cichym sykiem. Henryk Lis wszedł tak, jakby przyszedł na rozmowę kwalifikacyjną, a nie na pierwsze przesłuchanie w związku z zabójstwem. Granatowy garnitur, dobrze skrojony — może nie z najwyższej półki, ale taki, który robił robotę. Biała koszula, krawat z dyskretnym wzorem. Włosy przycięte równo, broda wystylizowana na trzydniowy zarost, który w rzeczywistości musiał wymagać codziennej pielęgnacji. Za nim policjant bez togi, w cywilu, z teczką.

— Prokurator Kinga Wysocka. — Kobieta przedstawiła się, gdy Henryk usiadł naprzeciwko. — Będzie pan przesłuchiwany w charakterze osoby podejrzewanej o udział w zdarzeniach przy ulicy Żelaznej i Bema. Na tym etapie nie postawiono panu zarzutów. Ma pan prawo do odmowy składania wyjaśnień i do ustanowienia obrońcy. Rozumie pan?

Uśmiechnął się lekko. Uśmiech z katalogu — dwa stopnie poniżej „sprzedażowego”, dwa powyżej „grzecznościowego”.

— Oczywiście, pani prokurator — odpowiedział. Głos niski, pewny — Znam procedurę. W pracy często przerabiamy takie szkolenia, wie pani.

— W jakiej pracy? — zapytała, choć wiedziała już z akt.

— Menedżer sprzedaży — odparł bez wahania. — Konsultant, jeśli woli pani modne słowa. Zarządzam zespołem handlowców w firmie medycznej. Sprzedajemy sprzęt do diagnostyki obrazowej. — Uśmiechnął się trochę szerzej. — Ironia losu, nie? — Skinął w stronę kamery. — Te wszystkie obrazki, które robią w szpitalach, żeby zobaczyć, co w człowieku siedzi.

Kinga zanotowała w myślach: przechwytywanie rozmowy. Odwrócenie ról. Pierwsze minuty, a już próbuje ją wciągnąć w swoje metafory.

— Czy chce pan skorzystać z prawa do obrońcy na tym etapie? — zapytała.

Przez sekundę miał w oczach cień wahania. Potem wzruszył ramionami.

— Jeśli mam być szczery, pani prokurator, nie czuję się jak ktoś, kto potrzebuje obrońcy. Nie zrobiłem nic złego. Ale wiem, że to wygląda… — rozłożył dłonie — …jak wygląda. Więc tak, chciałbym, żeby był tu mój prawnik.

— Wskazał pan już kogoś?

— Mecenas Martin Radecki — odparł bez namysłu. — Może pani kojarzyć. Parę głośnych spraw, media, te sprawy.

Kinga poczuła, jak coś jej zgrzyta wewnątrz. Nazwisko znała. Oczywiście, że znała. W raportach „Sprawiedliwości 2.0” pojawiało się często. Obrońca, który potrafił „rozumieć język AI. LEX SUPREMY” — tak go reklamowano.

— Mecenas Radecki jest w drodze — wtrącił policjant — zawiadomiliśmy go. Poprosił, żebyśmy zaczęli od danych ogólnych. Zgodził się, że doprecyzowanie pewnych informacji może nastąpić przed jego przybyciem.

Kinga skinęła głową.

— Dobrze. — Otworzyła teczkę, starannie rozłożyła dokumenty. — Zaczniemy od rzeczy prostych. Proszę odpowiadać tak, jakby nikt nie nagrywał.

Uniósł brew.

— Ale przecież nagrywają.

— Właśnie dlatego — odparła.

— Imię, nazwisko, imiona rodziców, adres…

Przeszli przez formalności szybko. Głos Henryka ani razu się nie zachwiał. Mówił wyraźnie, bez jąkania, z tym charakterystycznym, lekko miękkim „r”, które Kinga przypisała gdzieś między blokowiskiem a szkoleniami z autoprezentacji.

AI. LEX SUPREMA na monitorze po lewej stronie generowała na bieżąco transkrypcję. Pod linią tekstu przesuwał się cienki pasek z małymi oznaczeniami:

STRES: NISKI

KONTROLA EMOCJI: WYSOKA

PŁYNNOŚĆ WYPOWIEDZI: WYSOKA

Póki co wszystko wyglądało jak rozmowa o kredycie, nie o zabójstwie.

— Jak długo pracuje pan jako menedżer sprzedaży? — zapytała.

— Trzy lata w obecnej firmie, wcześniej pięć jako handlowiec w innej branży — zawiesił głos. — Wie pani, dużo gadania, dużo słuchania. Takie życie.

— Jakie dokładnie ma pan obowiązki?

— Rekrutacja, szkolenia, targety, motywacja — wyliczał jak z ulotki. — Uczymy ludzi, jak zadawać dobre pytania, jak radzić sobie z obiekcjami, jak prowadzić rozmowę tak, żeby klient wyszedł zadowolony i… lżejszy o parę tysięcy.

Uśmiechnął się. Policjant za jego plecami prychnął cicho.

Kinga notowała dalej.

— Czy pana praca wymaga częstych wyjazdów?

— Bywa. — Wzruszył ramionami. — Ale ostatnio siedzę głównie w Warszawie. Rynek tutaj jest… — zrobił gest w górę — …bogaty.

— Czy znał pan Katarzynę Borek? — przeszła wreszcie do sedna.

Nie mrugnął.

— Z widzenia — odpowiedział natychmiast. — Mieszkała nad nim, na drugim piętrze. Czasem widywałem ją na klatce, może raz w windzie, raz z zakupami. Tyle.

Transkrypcja na ekranie zarejestrowała zdanie, a pod nim pojawiły się małe oznaczenia:

ZGODNOŚĆ Z WCZEŚNIEJSZYMI ZEZNANIAMI SĄSIADÓW: 73%

OZNAKI NAPIĘCIA: NIEZNACZNE PODWYŻSZENIE GŁOSÓW

— Co pan wie o jej życiu prywatnym? — dopytała.

— Nic. Nie jestem typem, który rozmawia z ludźmi w windzie. — Zawahał się ułamek sekundy. No, może poza tym, że chyba studiowała. Raz gadała przez telefon na klatce o jakimś egzaminie.

— A Zofię Janicką?

Tutaj pauza trwała dłużej.

— Nie kojarzę — powiedział w końcu. — Widziałem zdjęcie, jak mi pokazaliście. Może mijałem kiedyś na ulicy, ale nie zapamiętałem.

Kinga spojrzała na monitor.

ZGODNOŚĆ Z DANYMI: BRAK DANYCH O KONTAKCIE.

PŁYNNOŚĆ WYPOWIEDZI: LEKKI SPADEK.

POZIOM STRESU: WZROST O 12%.

— Pana telefon logował się do tej samej stacji BTS co jej telefon, w podobnych godzinach, i to kilka razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy — zauważyła. Bardzo przypadkowa znajomość jak na brak znajomości.

Uśmiech mu się rozszerzył, ale tylko o milimetry.

— Pani prokurator, w Warszawie tysiące ludzi logują się do tych samych stacji. To magia wielkiego miasta. Rozłożył ręce. Gdyby AI. LEX SUPREMA za każdym razem robiła z tego romans, to wszyscy bylibyśmy rodziną.

Policjant poruszył się niespokojnie.

— Niech pan odpowiada na pytanie — ucięła twardo. Czy spotykał się pan z Zofią Janicką?

— Nie — powiedział — nie spotykałem się. Przechylił lekko głowę. Mogę pani sprzedać tę odpowiedź na różne sposoby, ale w gruncie rzeczy będzie zawsze taka sama.

Na monitorze mignęło:

PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRAWDOMÓWNOŚCI: 61%.

Mechaniczna ocena.

— Proszę opisać swój wieczór w dniu śmierci Katarzyny Borek — kontynuowała.

— Wyszedłem z pracy około osiemnastej, pojechałem do centrum handlowego na zakupy. Zaczął wyliczać: sklepy, godziny, paragony. Mam zresztą aplikację lojalnościową, pewnie znajdzie pani ślady logowania. Potem wróciłem do domu. Około dwudziestej pierwszej byłem już na Żelaznej. Oglądałem serial.

— Sam?

— Tak.

— Nikt pana nie odwiedził? Nie rozmawiał pan z nikim?

— Pisałem na komunikatorze ze znajomą, mogę pani podać nick. Ale nie, fizycznie byłem sam.

AI. LEX SUPREMA na ekranie podświetliła fragmenty jego wypowiedzi i dopasowała je do danych, które już miała: logów z bramki wjazdowej, lokalizacji telefonu, zakupów na karcie.

ZGODNOŚĆ CZASOWA: 94%.

ZGODNOŚĆ MIEJSCOWA: 100%.

— Czy wyszedł pan z mieszkania między dwudziestą drugą a dwudziestą trzecią tego dnia? — zapytała.

— Może wynieść śmieci — odparł — ale nie pamiętam. Wiem, że zaraz pani powie, że kamera nie zarejestrowała… Uśmiechnął się krzywo. Ale kamery też się mylą, prawda?

Kinga zacisnęła szczękę.

— Dla pana wiadomości — powiedziała chłodno — kamery nie myślą, więc się nie mylą. Mylą się ludzie, którzy je obsługują. I ci, którzy ignorują to, czego nie widzą.

— No właśnie. — Skinął głową. — Jak wszyscy.

Ktoś otworzył nagle drzwi bez pukania.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział męski głos.

Martin Radecki wszedł do sali, jakby była jego. Kinga odruchowo odwróciła głowę w jego stronę. Martin. Nie musiała widzieć plakietki z nazwiskiem, nie musiała słyszeć głosu — ciało rozpoznało go pierwsze. Gdzieś pod mostkiem coś jej się zacisnęło, jakby ktoś nagle założył jej wewnętrzny opatrunek za ciasno. Nie widzieli się od miesięcy, ale wystarczyła ta jedna sekunda: profil pod zimnym światłem ekranu, lekko przechylona głowa, ten sam półironiczny uśmiech, który kiedyś ją rozbrajał, a teraz tylko drażnił. Nie chciała tego, ale poczuła go w sercu tak wyraźnie, jakby podszedł i położył jej dłoń na klatce piersiowej. Wciąż coś do niego czuła — zbyt dużo jak na kogoś, kto stał teraz po prostu w rubryce „współpracownik w sprawie”. Zacisnęła palce na poręczy krzesła, jakby mogła w ten sposób przycisnąć to uczucie z powrotem tam, gdzie powinno zostać: głęboko, pod warstwą raportów, protokołów i chłodnych procentów prawdopodobieństwa. Ciemny garnitur, fioletowy żabot, eleganckie okulary w cienkich oprawkach. Na sekundę skrzyżowali z Kingą spojrzenia; w jego oczach zobaczyła coś między rozbawieniem a zawodową ciekawością.

— Mecenas już jest — powiedział Henryk z wyraźną ulgą, udawaną prawdopodobnie w dziewięćdziesięciu procentach. — Mówiłem, że przyjedzie.

— Prokurator Wysocka — przedstawiła się. — Jesteśmy w trakcie wstępnego przesłuchania.

— Wiem — odparł Martin, zerkając na monitor AI. LEX SUPREMY. — System był łaskaw przysłać mi transkrypcję do aplikacji. — Uśmiechnął się lekko. — Plus nowy moduł: analiza postawy rozmówcy na podstawie nagrania wideo. Bardzo ładnie to państwu rozbudowali.

— Czy zamierza pan udzielać rad swojemu klientowi, czy recenzować nam oprogramowanie? — spytała sucho.

— Jedno nie wyklucza drugiego — odparł swobodnie — ale dobrze, skupię się na pierwszym.

Usiadł obok Henryka, otworzył teczkę, rzucił okiem na papiery, jakby chciał dać wszystkim znać, że od tej chwili to on ustala rytm.

— Panie Henryku — powiedział cicho, tak, by mikrofony to zarejestrowały, ale by zabrzmiało to jak coś poufnego — proszę odpowiadać krótko i zgodnie z prawdą. Resztą zajmiemy się później.

Henryk skinął głową. Ramiona opadły mu o pół centymetra; maska menedżera sprzedaży osiadła, w jej miejscu zostało coś twardszego.

— Kontynuujmy — powiedziała Kinga. — Proszę opisać swój wieczór w dniu śmierci Zofii Janickiej.

Henryk zawahał się, spoglądając na Martina.

— Moja pamięć… — zaczął.

— Pana pamięć jest dobra — przerwał spokojnie mecenas. — Proszę mówić, jak rozmawialiśmy.

Kinga zanotowała to w głowie: „jak rozmawialiśmy”. Przygotowanie do przesłuchania. Rytuał. Skrypt.

— Byłem w pracy do około osiemnastej trzydzieści — powiedział Henryk. — Potem spotkanie z klientem w kawiarni przy metrze Pole Mokotowskie. Mam wpisane w kalendarzu służbowym. — Uniósł wzrok. — Mogę dać pani dostęp do aplikacji, jeśli trzeba.

AI. LEX SUPREMA na ekranie zaczęła już szukać: logowanie do firmowego systemu, płatność kartą, logi z Wi-Fi.

— Po spotkaniu pojechałem do domu — ciągnął. — Wysiadłem na przystanku przy Bema, poszedłem pieszo. Do mieszkania dotarłem około dwudziestej. — Wzruszył ramionami. — Potem oglądałem mecz.

— Ma pan kogoś, kto to potwierdzi? — zapytała.

— Telewizor — odparł z cieniem uśmiechu. — Platforma streamingowa, logowania, czas spędzony na oglądaniu. Wszystko w chmurze.

— Czy wyszedł pan z mieszkania między dwudziestą pierwszą a dwudziestą trzecią?

— Nie — powiedział — nie wyszedłem.

Na monitorze:

ZGODNOŚĆ Z LOGAMI WEJŚCIA DO BUDYNKU: CZĘŚCIOWA.

BRAK DANYCH O AKTYWNOŚCI TELEFONU W TYM CZASIE.

POZIOM STRESU: LEKKI WZROST.

Kinga przesunęła palcem po ekranie, wywołując dodatkowe informacje. AI. LEX SUPREMA podsunęła jej od razu komentarz:

Możliwy brak aktywności wynikający z oglądania materiału w trybie pełnoekranowym. Brak jednoznacznych danych potwierdzających obecność podejrzanego w mieszkaniu przez cały analizowany okres.

Jak zwykle: ostrożność. „Możliwy”, „brak jednoznacznych”.

— Pani prokurator — włączył się Martin — rozumiem, że system nie wskazał mojego klienta jako sprawcy z żadnym znaczącym prawdopodobieństwem? — Spojrzał na monitor. — Ostatni raport, który widziałem, mówił o pięćdziesięciu czterech procentach udziału i czterdziestu sześciu niewinności. Czy coś się zmieniło?

— System wciąż analizuje dane — odparła — a my wciąż zbieramy materiał.

— Czyli na razie — uśmiechnął się — mamy remis. I w tym remisie próbuje pani przebić wynik równymi dziesiątkami pytań.

— Remis to dobre słowo — powiedziała chłodno. — Tyle że piłka jest po mojej stronie, a bramka po pańskiej.

Henryk prychnął cicho, jakby go to rozbawiło. Pytania zaczęły się zagęszczać. O ubrania. O buty. O to, czy kiedykolwiek nosił przy sobie narzędzia — młotek, pręt, cokolwiek. Henryk odpowiadał szybko, czasem z lekką ironią, czasem z przesadną uprzejmością.

— Nie, pani prokurator, nie chodzę z młotkiem po mieście. Zazwyczaj wystarczy mi długopis.

— Zasypia pan łatwo?

— Ostatnio gorzej, odkąd mam świadomość, że ktoś mnie podejrzewa o bycie psychopatą.

— Czy w dzieciństwie miał pan epizody agresji?

— Jak każdy chłopak z blokowiska… — uśmiechnął się krzywo — jednak nigdy nie tłukłem ludzi po głowie.

Za każdym razem AI. LEX SUPREMA produkowała swoje małe paski ocen. Prawdomówność: 58%, 63%, 49%… Krzywa napięcia falowała, ale nie wystrzeliwała. Trenowanie latami radzenia sobie z obiekcjami robiło swoje.

— Pani prokurator — rzucił w pewnym momencie — z całym szacunkiem, ale mam wrażenie, że jeśli będziemy tak dalej, to w końcu zapyta mnie pani, jaki miałem kolor skarpetek w przedszkolu. A dowodów dalej nie będzie.


Na ekranie:

PRAWDOPODOBIEŃSTWO PRAWDOMÓWNOŚCI: 57%.

POZIOM STRESU: NIEWIELKI WZROST.

KONTROLA EMOCJI: BARDZO WYSOKA.

— Na razie pan tak twierdzi — odparła. — Zobaczymy, co powiedzą dane.

— Dane już coś mówią — wtrącił Martin. — Mówią „brak podstaw do skazania”. I obyśmy o tym pamiętali, zanim zaczniemy tworzyć z mojego klienta potwora w mediach.

— Media nie siedzą w tej sali — odparła Kinga.

— Ale trzy kamery AI. LEX SUPREMY tak — zadrwił. — One mają lepsze story niż niejedna redakcja.

Po dwóch godzinach przesłuchanie formalnie zakończono.

— Na tym etapie nie stawiam panu zarzutów — powiedziała Kinga, zamykając teczkę — ale to się może zmienić.

Spojrzała na Henryka.

— Proszę nie wyjeżdżać z miasta, stawiać się na każde wezwanie, nie utrudniać postępowania.

— Postaram się nie utrudniać — odparł — tak jak pani stara się nie zakładać z góry, że jestem winny.

Wstał. Garnitur ani trochę się nie pogniótł.

Martin podniósł się z gracją, zarzucił torbę na ramię i wyszedł, a Henryk powiedział:

— Dziękujemy za profesjonalne przesłuchanie. Liczę, że AI. LEX SUPREMA doceni pani dociekliwość w swoich logach.

Kinga spojrzała na niego ze złością.

Przez moment trwali tak, mierząc się wzrokiem. Potem Henryk wyszedł. Drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. W sali zostali Kinga, policjant i cichy szum systemu. Na monitorze wciąż widniało ostatnie zdanie Henryka:

Nie zabiłem tych dziewczyn.

Pod nim suche podsumowanie:

„Łączna ocena wiarygodności wypowiedzi podejrzanego na podstawie dotychczasowego materiału: 59%.

Uwaga: ze względu na wysoką kontrolę emocji i wyuczony styl wypowiedzi zaleca się ostrożność w interpretacji”.

Kinga oparła dłonie o stół i pochyliła się nad ekranem.

— Wysoki procent uniewinnień, co? — szepnęła. — Zobaczymy, jak długo będziesz się nim zasłaniać.

Nie wiedziała jeszcze, że w logach AI. LEX SUPREMY obok jej uwagi pojawi się przypis:

Sprawa LIS, Henryk — oznaczono jako interesującą z punktu widzenia dalszego treningu modelu w obszarze: manipulacja, wysoka kontrola, brak diagnozy psychiatrycznej.

System uczył się Henryka. A Henryk, jak się miało okazać, od dawna uczył się systemu.

Rozdział 10
Seryjny

Pierwsze morderstwo było tragedią. Drugie — przypadkiem, który wstrząsnął dzielnicą. Trzecie — oficjalnym początkiem legendy. Kinga dowiedziała się o nim nie z systemu, nie z telefonu dyżurnego, tylko z… telewizji. Siedziała wieczorem przy biurku, przeglądając transkrypcję przesłuchania Henryka, gdy ekran w rogu pokoju, nastawiony na nocne wydanie wiadomości, nagle wypluł czerwony pasek:

PILNE: ZNALEZIONO CIAŁO MŁODEJ KOBIETY NA KLATCE SCHODOWEJ — TRZECIA OFIARA TAJEMNICZEGO SPRAWCY?

Podniosła głowę. Prezenterka patrzyła w kamerę z powagą, którą ćwiczyła latami.

— …nieoficjalnie mówi się o podobieństwach do dwóch wcześniejszych zabójstw kobiet na klatkach schodowych bloków przy ulicach Żelaznej i Bema. Sprawy wciąż są w toku. Czy to oznacza, że po mieście grasuje seryjny morderca? Ministerstwo Sprawiedliwości na razie nie komentuje…

Kinga sięgnęła po telefon, zanim zdążyła w pełni przetrawić słowa. Trzy nieodebrane połączenia od dyżurnego, jedno od szefa.

— Wysocka — rzuciła, naciskając „oddzwoń”.

— Gdzie jesteś? — zapytał szef bez powitania.

— W pokoju. Widziałam w wiadomościach.

— Dobrze, że chociaż telewizja cię informuje — warknął. — Trzecia klatka. Ulica Słoneczna. Ten sam schemat. Jedź tam. Policja jest w drodze. I zabierz ze sobą świadomość, że właśnie zrobili nam z tego serial na żywo.

Nazwa „Słoneczna” okazała się ironią. Stary blok z wielkiej płyty, szare ściany, odrapane drzwi wejściowe z wymienionymi tylko szybami. Nad wejściem już świeciła ekipa jednej z telewizji, ustawiona tak, żeby w kadrze było widać taśmę policyjną i płaczącą kobietę rozmawiającą z kimś przez telefon. Kinga minęła ich, nie zwracając uwagi na mikrofony, które instynktownie dziennikarze wychylali w jej stronę.

— Pani prokurator, to trzeci raz… — ktoś zaczął, ale uciszył go policjant.

Na ekranie obok rekonstrukcji pojawiły się słowa, których Kinga jeszcze nie widziała w oficjalnych sprawach: „motyw”, „podpis”, „schemat eskalacyjny”.

Zadrżał jej telefon gdzieś pod stertą wydruków i notatek. Zignorowała pierwszy sygnał, drugi też. Za trzecim sięgnęła po urządzenie bardziej ze złości niż z potrzeby.

Powiadomienie ze szkolnego dziennika elektronicznego.

„Prosimy o pilny kontakt w sprawie nieobecności córki na zajęciach…”

Westchnęła. Godzina osiemnasta dwadzieścia. Zajęcia zaczynały się o dwunastej trzydzieści.

Przez moment zobaczyła córkę oczami wyobraźni, jak siedzi przy oknie w ich mieszkaniu, przytuloną do misia. Ninka ostatnio coraz częściej mówiła „nieważne”, kiedy pytała kiedy pójdzie z mamą na plac zabaw

Kinga odłożyła telefon ekranem do dołu.

Kontynuuję analizę sekwencyjną — poinformował głos AI. LEX SUPREMA. — Wykryto powtarzalność w doborze miejsc i godzin…

W głowie Kingi, zamiast mapy miasta, pojawił się zeszły weekend. Ninka w drzwiach, z piłką pod pachą, w za dużym T-shircie z napisem „FC Cokolwiek”, bo akurat taki był w promocji.

— Pójdziesz ze mną chociaż raz? — zapytała wtedy. — Tylko popatrzeć…

— Mam dyżur — odpowiedziała automatycznie. — Wiesz, że jak jest sprawa, to…

— To sprawa jest ważniejsza — dokończyła za nią córka. Bez złości. Gorzej — z przyzwyczajeniem.

Tak, sprawa była ważniejsza. Trzy martwe dziewczyny były ważniejsze. Algorytm, który jeszcze „nie wiedział”, kto zabija, był ważniejszy. Każdy dzień opóźnienia mógł znaczyć czwartą. Ścisnęło ją w żołądku drugi raz tego dnia, mocniej niż pod blokiem, kiedy wrzeszczeli o seryjnym mordercy. Tamte pytania mogła odgrodzić się od siebie kratką radiowozu i służbową frazą „bez komentarza”. Od spojrzenia Niny — nie bardzo mogła się odseparować. Przesunęła kubek z zimną kawą na drugi koniec stołu, jakby przesuwała w bok własne wyrzuty sumienia.

— Przejdź do korelacji z wcześniejszymi sprawami — powiedziała głośno, bardziej do siebie niż do systemu. — Chcę zobaczyć wszystkie wspólne elementy, nawet te najsłabsze.

Praca. Praca zawsze miała pierwszeństwo. Tak ją wychowano, tak uczyła się na aplikacji, tak mówiły wszystkie podręczniki i mentorzy: „sprawa ponad wszystkim”. Tylko nikt nie napisał, co dokładnie oznacza to „wszystko”, kiedy po drugiej stronie jest jedenastoletnia dziewczynka, która coraz częściej patrzy na matkę jak na kolejną ikonę na ekranie — ciągle „zajęta”.

Analiza w toku — odpowiedziała AI. LEX SUPREMA.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 58.49