E-book
27.3
drukowana A5
82.91
Nieubogaceni

Bezpłatny fragment - Nieubogaceni

Objętość:
558 str.
ISBN:
978-83-8189-624-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 82.91

Notatka dla Użytkownika

Jeśli Czytelnik utożsami się z którymś z bohaterów na podstawie znanych tylko mnie i jemu faktów, zbieżność i tak może być przypadkowa.


Do informacji z zakresu medycyny proszę podejść z ograniczonym zaufaniem. Nawet jeśli brzmią bardzo przekonująco. Nawet jeśli są opatrzone bardzo mądrym przypisem. Nawet gdy podaję źródło. Oczywiście starałam się być rzetelna, ale zdecydowanie zachęcam do kontaktu z lekarzem, a nawet z lekarzem i farmaceutą.


Dziękuję tym, którzy zachęcali mnie do pisania, potem cierpliwie wysłuchiwali skarg, a wreszcie podjęli się roli beta testerów, czyli pierwszych czytaczy.


Wszystko przez nich.

Dziś w nocy obudził mnie twój szept.

Nie byłaś natarczywa i nie podnosiłaś głosu — jakbyś za wszelką cenę nie chciała mnie przestraszyć. Nie przestraszyłaś. Raczej zaintrygowałaś.

— Wiesz — usłyszałam — często myślę o tym, jak dużo mi dałaś i że nie wiem jak ci się odwdzięczyć…

Nie rozumiałam co chcesz przez to powiedzieć. Co mogłaś rozpatrywać w takich kategoriach? Przyszło mi potem do głowy, że potrzeba tylko czasu — odpowiedzi bywają nieśmiałe albo pełne kompleksów, czasem pojawiają się dopiero, gdy przestajemy ich szukać. Zanim jednak odpowiesz, przemyśl to jeszcze raz. Ja tymczasem nieco uporządkuję fakty.

Pozwól, że zacytuję fragment maila, który wysłałam do ciebie trzy tygodnie Przed. Jest najlepszym dowodem, że byłam z wami, choć dzieliła nas niebagatelna odległość. Trochę się wygłupiałam, ale tylko po to, żeby ukryć niepokój, który lubi się czaić w takich chwilach:


Mogłabym zacząć tak:

„Jesteś coraz bliżej najważniejszego egzaminu w Twoim życiu. Zdałaś ich tak wiele. Tyle rzeczy wydawało się nie do przeskoczenia, do tylu musiałaś się zmuszać, przekonywać samą siebie, że dasz radę… Nie wiesz, co Cię czeka. Boisz się (choćby podświadomie) czy dasz radę, a odwrotu już nie ma… To się nazywa przygoda! W przygodach — takich prawdziwych, tych nie do zapomnienia — zawsze jest element zaskoczenia, wyzwania, satysfakcji, ale i lęku, niewygody, ryzyka, czasem nawet bólu. Możliwe, że to one nas kształtują — czy życie nie składa się z sekwencji przygód: wielkich i pomniejszych? Ta, która przed Tobą, jest jedną z największych, najważniejszych, najwznioślejszych…”

Ale patos, co? OK — nawet mnie to męczy (co nie zmienia faktu, że szło mi nieźle).

Do rzeczy jednak:

Każda nowa rola to zagadka. Prawda jest taka, że co dzień będziesz inną mamą: coraz mądrzejszą, coraz uważniejszą, coraz mniej przewrażliwioną. Pod jednym względem Twoja „mamość” się nie zmieni: kochać będziesz zawsze tak samo. Nawet jeśli nie poczujesz tego od razu. Czasem ta miłość przychodzi nieśmiało, czasem z minimalnym opóźnieniem — ale przychodzi zawsze. I nigdy, przenigdy nie odchodzi. Fakt, że objawia się różnie, ale zawsze jest.

Będziesz najlepszą mamą na świecie. Masz ogromny potencjał, żeby kochać, i wspaniałego męża, który będzie najlepszym ojcem — chociaż na początku prawdopodobnie trochę przerażonym i niezręcznym. Oni przeważnie tak mają :)

Stworzycie dobry dom i szczęśliwą rodzinę, a Wasze dziecko zawsze będzie to czuło (pomijając niezwykle długi, straszliwie trudny okres dojrzewania, kiedy średnio co drugi dzień ktoś z Was będzie miał ochotę się wyprowadzić).

Myszko moja!

Cokolwiek Cię czeka — dasz radę. Ja to wiem, bo Cię znam. Przed cierpieniem nie uciekniesz, ale szybko je zapomnisz. Matki cierpią nie tylko przy porodzie. Akurat ten ból, choć bywa intensywny, trwa krótko i nigdy nie wraca. W jego miejsce całymi stadami przychodzą lęki, które może pokonać tylko matczyny, czyli Twój, Rozsądek. Życzę Ci, żeby nigdy nie zawiódł. Zawsze go słuchaj, ale jak będziesz miała wątpliwości, to masz mnie — profesora doktora matkologii stosowanej. Nigdy o tym nie zapominaj! Bardzo kocham całe Wasze stado!


Chciałam, żebyś się nie bała bardziej niż trzeba i żebyś wiedziała, że po prostu jestem i myślę o tobie.

Zamykam oczy, by otworzyć drzwi do Przeszłości. Ciekawi mnie, jak i z czym byś mi się kojarzyła, gdyby aż do dzisiaj nic się nie zmieniło:

Z ufnością, gdy na mnie patrzyłaś. Nie od razu zrozumiałam, jaki to ciężar. Z bezustannym dylematem: jak nie matkować młodszej siostrze?

— Mamy już nie mam i nie będę miała! — rzuciłaś kiedyś ze złością, która miała ukryć niewypowiedziany ból, rozpacz i tęsknotę. No i oczywiście irytację, bo… znowu miałam w czymś rację.

Tak, wiem: nie byłam nieomylna w każdej kwestii. Tym bardziej doceniałam, że zwykle potrafiłaś przyjąć moje argumenty pod rozwagę. Zdarzały nam się też chwile milczenia. Jak bywa między siostrami. Potem bardzo długo uważałyśmy na słowa, gesty, a nawet ton głosu. To normalne. Aż do następnej wpadki. Faktem jest, że nauczyłyśmy się przez te wszystkie lata rozmawiać ze sobą tak szczerze i jednoznacznie, że nieporozumienia zdarzały się coraz rzadziej.

W każdym razie to właśnie takie momenty uświadamiały nam obu, że nieobecność jednej osoby może całkowicie wyludnić krajobraz życia…


Wiem, że próbowałaś sobie wyobrazić nasze przerażenie, kiedy się to wszystko zaczęło. Wciąż nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele się działo.

Chciałaś, żebym to opisała. Opisałam. Chciałaś, żebym ci przeczytała. Zaczęłam czytać, ale nie dałaś rady wysłuchać do końca. Pamiętasz? Rozpłakałaś się i poprosiłaś, żebyśmy to odłożyły na później. Myślę, że właśnie nadeszło to twoje „później”.

Nie zapominaj o jednym: obserwatorów było wielu.

Każdy stał w innym miejscu.

Zatem nie dziw się, że każda opowieść będzie inna.

Moja jest taka:

Podróż 1. Weź moje skrzydła

Wreszcie przyszedł SMS od Rudego: MAMY CÓRECZKĘ!

Wiadomość nie różniła się od innych tego typu: aż skrzyła się od szczęścia. Dlaczego więc nie poczułam ulgi? Jak to możliwe, że moje serce natychmiast ścisnął niepokój? Może przez ten sen, który zadomowił się w mej pamięci kilka dni wcześniej, jakby wiedział, że jeszcze nie raz go przywołam?

Nie opowiadałam? Śniła mi się Mama. Leżała na szpitalnym łóżku — bardzo słaba, bardzo chora. To nie było żadne wspomnienie — nigdy nie widziałam jej w takich okolicznościach. Skąd więc akurat taka scenografia?

Pamiętasz jeszcze jej oczy? Niewiarygodnie błękitne, uważne, zawsze takie jasne — gotowe uśmiechnąć się w najczarniejszych momentach. Patrzyła na mnie, a ja czułam, że za chwilę ją stracę. Niby zapomniałam, że odeszła już dawno, że nie ma jej wśród nas, a jednocześnie doskonale wiedziałam, jak będę cierpieć, gdy jej cierpienie się skończy. Trzymałam ją za rękę. Kiedy Miłosz chciał się przywitać, odwróciła głowę w przeciwną stronę. Zdezorientowany zatrzymał się w pół kroku, nie podszedł do nas wcale. Nie poznali się więc nawet w moim śnie… Gasła na moich oczach, mogłam tylko patrzeć. Nieco później uświadomiłam sobie, że miała włosy identyczne jak twoje.

Może powinnam przyjąć, że miałam tak zwany proroczy sen i jakoś was ostrzec? Z drugiej strony… Nie po raz pierwszy śniło mi się coś niepokojącego, co przecież tylko czasem zdarzało się naprawdę. A może wystarczająco często, żeby się tym przejąć? Czy jednak zaistnienie takiego snu powinno rzeczywiście modyfikować moje zachowanie? Czy powinnam wtedy zadzwonić i powiedzieć: „Uważaj! Coś ci grozi. Jeszcze nie wiem co, ale mam złe przeczucia…”?

Wyobrażasz to sobie? Wyobrażasz reakcję swoją i Rudego?

Czy takie sny w ogóle czemuś służą? A może są tylko suchą, cyniczną informacją, że oto niebawem nastąpi kontrolowana zmiana scenariusza naszego życia? Wiesz, jak te, które przychodzą z banku — coś w rodzaju: Uprzejmie informujemy o zmianach „Regulaminu świadczenia usług dotyczących (dajmy na to) poczucia szczęścia i bezpieczeństwa”, które zaczną obowiązywać od 12 października bieżącego roku. Prosimy o zapoznanie się z nowymi zasadami, ale — szczerze? — jest nam obojętne, czy to zrobisz. Procedura i tak została zainicjowana!

Problem w tym, że nawet jeśli przeczytamy taki list, i tak nie mamy szansy na wycofanie się czy uaktualnienie umowy.

No i po co nam sny, te wątpliwej wartości przecieki z jutra?

Zatem był sen i moje złe przeczucia, a krótko potem SMS, który ich nie wyciszył i wreszcie informacja, która zdecydowała o podróży.

Muszę przyznać, że twój mąż nie nalegał. W żaden sposób nie wywierał na mnie presji. Chwała mu za to. Po prostu sama czułam, że muszę jechać. Decyzję podjęłam już w pierwszej rozmowie. Nigdy nie zapomnę, jaka wtedy ogarnęła mnie panika: Miłosz przechodził rotawirusa, a ja w maksymalnie krótkim czasie musiałam uporządkować wszystkie sprawy i zorientować się w — nie zawsze oczywistych — zasadach rządzących podróżami zagranicznymi. Pamiętasz jeszcze, że naprawdę nie znoszę wyjazdów, zwłaszcza nagłych i dalekich? Rozumiesz, mam nadzieję, że taka kumulacja nie zachwyciła mnie wcale.

Wyobrażasz sobie, jak się czułam, wyruszając w drogę? Przybita i przerażona, to mało powiedziane. Byłam sama, a ty…

…umierałaś…

W oczach Męża widziałam troskę i niepokój — o ciebie i o mnie. Chciał, ale nie mógł mnie zatrzymać. Musiał powstrzymać naturalny odruch roztoczenia opieki, który pojawia się w takich sytuacjach. Wzruszyła mnie jego bezsilność, której nie potrafił ukryć. A i Miłosz, choć ogromnie starał się być dzielny, płakał, bo nie mógł pojąć, że nie wiem kiedy wrócę. To mądry chłopiec, w dodatku bardzo cię kocha, dlatego próbował zrozumieć, że teraz jestem bardziej potrzebna tobie niż jemu. Ale miał wtedy tylko siedem lat…

W jakimś momencie, już w drodze, przypomniał mi się fragment wiersza, który wracał jak echo: „Wyruszyłam w podróż niełatwą:/ Odyseusz w czarnej czarnej sukni/ Prowadziły mnie Ból i Tęsknota/ Towarzysze nieodłączni i smutni”. Pisałam go w chwili największego zaskoczenia tym, że poczucie osierocenia po śmierci Mamy jest tak silne. Nagle uświadomiłam sobie, że moja podróż jeszcze się nie skończyła, a i towarzystwo — niestety — wciąż to samo…

Dławiła mnie rozpacz. Wszystko było odrealnione. Nie byłam w stanie skupić się na lekturze ani nawiązać rozmowy ze współpasażerami w pociągu czy na lotnisku. Nie potrafiłam sobie wyobrazić co zastanę. Nie mogłam zebrać myśli. Zupełnie jakbym się zgubiła w sobie…

Stanęłam wreszcie na progu szpitalnej salki, w której leżałaś. Zobaczyłam łóżko ustawione centralnie i oświetlone jak cenny eksponat, sprzęt, którym byłaś otoczona, no i te twoje czerwonawe włosy rozsypane na poduszce. Wtedy zrozumiałam, jak wyrazisty był tamten sen: ja to wszystko już widziałam!

Jeszcze moment wcześniej miałam nadzieję, że zmęczenie stępi emocje i uchroni przed eskalacją uczuć, nawet jeśli przekonam się, że złe wieści nie są przesadzone. Myliłam się: zagotowało się we mnie, jakbym dopiero się dowiedziała…

Ale wiesz co? Nikt nie zobaczył moich łez.

Wszystkie wpadały gdzieś do środka.

A potem przyszły dni, kiedy sterczałam z Rudym przy twoim łóżku. Godzinami. Owszem, byłam zmęczona, ale widziałam w tym sens. Może naprawdę moja obecność przywoływała cię troszkę do życia, a może tylko mnie było to potrzebne? I twojemu mężowi? Nie wiem na ile byłam mu ciężarem, a na ile wsparciem.

Śmiałabyś się, gdybyś wtedy słyszała moje myśli. Zaklinałam cię, żebyś się nie poddawała, a w przerwach targowałam o twoje życie z Losem… Tak, gdyby to było możliwe, zamieniłabym się z tobą, ale masz prawo myśleć, że to tylko słowa, które łatwo przychodzą. Niesprawdzalne.

Chciałam oddać wszystko, a nie mogłam dać nic. Tylko trzymać cię za rękę… Jakby to mogło w czymś pomóc. A jednak często tak się robi. Może dlatego, że dłoń jest tak łatwo dostępna i… nieintymna? A może to taki atawistyczny odruch, który ujawnia się w sytuacjach szczególnie trudnych: trzeba się kogoś uczepić? Odkryłam, że trzymanie cię za rękę miało pomóc przede wszystkim mnie… Było aktem mojego totalnego zagubienia, rozpaczy i bezradności. Obawa, że mogę w każdej chwili cię stracić, skłaniały też do magicznego myślenia: wyobrażałam sobie, że poprzez złączenie naszych dłoni przekazuję ci wszystko czego potrzebowałaś, żeby się nie poddać.

Na początku ciężko mi było nawet mówić. Rudy robił to w taki naturalny sposób:

— No, królewno, obudź się, siostra przyjechała! — To do ciebie, a do mnie: — Widzisz? Nie słucha mnie… Lekarze mówią, że powinna się obudzić już dwa dni temu, bo ograniczyli podawanie środków nasennych. — I znowu do ciebie: — A może ty udajesz, leniuszku mój? Wstawać ci się nie chce?

Wiesz, on cię traktował cały czas tak, jakbyś była przytomna, jakbyś zaraz miała otworzyć oczy, wrócić. Ani przez chwilę w to nie wątpił… A ja — owszem. Ale on był mądrzejszy o te kilka dni więcej. No i rozmawiał z lekarzami. Zazdrościłam mu.

No jasne, że liczyłam na współczesną medycynę i wierzyłam w siłę twojego młodego organizmu. Patrzyłam jednak na pokonaną przez zbieg okoliczności młodą kobietę, z którą dzieje się coś, co jest poza moim doświadczeniem, więc ni cholery nie mogę jej pomóc. Choćby głupio-mądrą radą… Nic dziwnego, że chwilami nie mogłam wykrzesać z siebie nawet odrobiny optymizmu.

Miałam sporo czasu, żeby się przyjrzeć Tobie i tej szpitalnej aranżacji… To naprawdę wyglądało jak scena z filmu: jasny, przestronny pokój, mnóstwo urządzeń, doskonała opieka. Wciąż byłaś pod czujną obserwacją przydzielonej tobie i tylko tobie pielęgniarki, którą co jakiś czas, w czynnościach szczególnie wymagających, wspierały koleżanki. Krzątano się nieustannie, jakby cały świat skupił się na twojej chorobie. Imponujące. Oczywiście do chwili kiedy trzeba było wyjść z tej sali i okazywało się, że życie biegnie swoim torem, bez oglądania się na nasze nieszczęścia.

Byłaś nieco spuchnięta, niepodobna do siebie, ale mogły to być jeszcze zmiany ciążowe. Jednak najbardziej poruszająca była twoja bezbronność. To było takie nienaturalne! Tylko ten kolor włosów… Zdradzał, że w ciele uśpionym dla jego dobra mieszka niepokorna dusza.

Od początku byłaś podłączona do respiratora, ale dopiero dzień wcześniej wykonano tracheotomię. To dlatego w twoim gardle tkwiła rurka tracheostomijna, której wylot zabezpieczała owinięta wokół szyi tasiemka i gąbka chroniąca skórę przed otarciem i odparzeniem. Pod lewym uchem widniały dwie ranki pokryte krwawymi strupkami, jak po ugryzieniu wampira — ślady pierwszego wkłucia na potrzeby dializy. Kilka centymetrów niżej, tuż nad obojczykiem, pod przeźroczystym plastrem przypominającym folię spożywczą zagłębiała się w ciało błękitna rurka — czujnik monitorujący pracę serca. Gdzieś za plecami wiły się inne rurki i kabelki: przeźroczyste, białe, czarny, czerwony, żółty… Nie rozumiałam ich zastosowania, nie mogłam uwierzyć, że tyle tego potrzebowałaś. To one uświadomiły mi powagę sytuacji.

Mimo czarnych myśli zalewających moje serce, robiłam wszystko, co podpowiadał rozum. Na przykład sprawdzałam, czy jest szansa, że mnie słyszysz, choć wyglądałaś na pogrążoną we śnie. Przede wszystkim jednak starałam się nie dokuczać swoją obecnością: poprawiałam pościel, czasem coś opowiadałam, głaskałam po włosach, twarzy i dłoniach, przytulałam, całowałam na powitanie i pożegnanie. Wszystko to robiłam instynktownie bardzo delikatnie, tak, żeby nie wyrywać cię ze snu, jeśli śpisz, albo nie dokuczyć nadmiarem bodźców, jeśli jednak czuwasz.

No i była wasza córeczka… Urocza i wzruszająca — jak każdy noworodek. Być może wszystko stało się przez nią. Ty zapewne powiedziałabyś, że nie przez nią, a dla niej.

Obserwowałam ją uważnie i zastanawiałam się, czy stała się przyczyną tego, przez co właśnie przechodziłaś. Byłam jednak daleka od obarczania jej winą za twój stan. To byłoby irracjonalne. Zresztą machina Przeznaczenia i tak ruszyła… Żadne uczucia wzbudzane przez bieg wydarzeń, nie są w stanie zmienić tego, co się stało. Mogą najwyżej złagodzić lub pogłębić cierpienie.

Ale też pogrążyć w odmętach domysłów i pretensji…

Zatem: dziecko. Dziewczynka o słodkim imieniu Róża. Różyczka… Przyszła na świat i przyniosła ze sobą wszystko: radość, niepokój, nadzieję, niewyobrażalny ból, nieoczekiwane refleksje i… sens życia.

Przyjechałam w piątej dobie twojej choroby. Aż do tego dnia pozwolono Różyczce przebywać z babcią i tatą na oddziale patologii noworodków, choć była zdrowym dzieckiem i od trzech dni powinna mieszkać we własnym domu. To był piękny gest ze strony władz szpitala. Twój mąż nie musiał kursować pomiędzy tobą a nią w najtrudniejszych chwilach. W końcu zapadła jednak decyzja, że czas na wyprowadzkę. Rudy sprawiał wrażenie, jakby nie przewidział takiego obrotu sprawy. Wyraźnie rozdarty pomiędzy koniecznością organizowania domu dla waszego dziecka a potrzebą trzymania cię za rękę i szeptania tych swoich krzepiących zaklęć wprost do ucha, wreszcie uwierzył, że moja obecność jest jakąś namiastką jego niedoścignionej troski i zostawił nas na parę godzin.

Wcześniej jednak przyniósł Różyczkę w nadziei, że się ockniesz. Jakby jej bliskość mogła sprawić to, czego nie mogła dokonać medycyna… Położył małą w zgięciu twojego ramienia. Leżała spokojnie, rozglądając się wyjątkowo rozumnie jak na dziecko niespełna tygodniowe. Komentowaliśmy głośno jej obecność i zachowanie, bo wierzyliśmy, że choć wydajesz się spać bardzo głębokim snem, jesteś o wiele bliżej nas. Czas jednak mijał, a ja nie widziałam żadnej reakcji. Dopiero niespodziewane kichnięcie różyczkowego noska wyrwało cię z letargu i wywołało lekki uśmiech, a właściwie grymas warg, który tak można było interpretować. Wreszcie coś się wydarzyło! Jeszcze przez chwilę sprawiałaś wrażenie, jakbyś bardzo starała się otworzyć oczy, wciąż jednak powieki były zbyt ciężkie.

W kolejnych dniach wiele razy zgadywaliśmy, czy nas słyszysz, ale kiedy padało imię twojej córeczki, nie mieliśmy wątpliwości: ożywiałaś się. Prześcigaliśmy się w opowiadaniu anegdot o osesku, który przecież z definicji jest — w najlepszym przypadku! — nudnawy. Wtedy było tak, jakby twoja świadomość podpływała ku powierzchni rzeczywistości. Byliśmy jak widzowie stojący na brzegu, którzy próbują podać rękę, ale dystans jest wciąż za duży. Byliśmy też cierpliwi — nie przestawaliśmy tego robić, a ty reagowałaś coraz częściej i wyraźniej.

Pamiętam naszą pierwszą „rozmowę”, kiedy powinnaś już być wybudzona ze śpiączki, a tymczasem wciąż nie było z tobą kontaktu. Stałam nad tobą i opowiadałam jakieś dyrdymały. Przez chwilę czułam się jak debil, bo to przecież nie jest normalna sytuacja, że się gada do śpiącego człowieka! Wreszcie zrozumiałam, że trzeba w sobie coś pokonać, przebudować, uwierzyć, że to ma sens i naprawdę nie przejmować się, czy świat patrzy i co myśli. Przecież ktoś zawsze patrzy i zawsze ocenia. A ocenia przez pryzmat domysłów, poszlak i własnych doświadczeń. Dlatego zazwyczaj bywa bardzo surowy — niesłusznie i głupio, a jednak. Rozsądny człowiek nie powinien nawet o tym myśleć. Zatem postanowiłam być rozsądna i skupić się na rzeczach ważnych:

Kolejny raz prawie otworzyłaś oczy. Zrozumiałam, że minie jeszcze trochę czasu zanim otworzysz je na dobre i spojrzysz na mnie rozumnie, a póki co: mamy co mamy. Przypomniałam sobie — odwołując się do własnych szpitalnych doświadczeń — że gdy chory walczy o otwarcie powiek i w końcu stwierdza, że mu się udało, personel poszturchuje go niecierpliwie i woła: „Proszę otworzyć oczy! Proszę nie zasypiać! Jak pani ma na imię?”. I takie tam. Jakby wcześniej nie mogli zapytać z kim mają do czynienia… Żartuję, wiem, że sprawdzają w ten sposób, czy mózg obudził się razem z pacjentem. Ja nie mogłam pytać jak się nazywasz, bo podejrzewałam, że dość trudno konwersować, kiedy potrzebujemy wsparcia nawet w oddychaniu. Dlatego ułatwiałam ci zadanie:

— Słyszysz mnie, Myszko? — pytałam ostrożnie. Swoją drogą to fascynujące obserwować, jak w takich momentach Nadzieja mocuje się ze Zdrowym Rozsądkiem. Ona woła: „Tak! to teraz! nareszcie!”, a on: „Przestań się oszukiwać!”.

— Jestem tu. Popatrz na mnie — dobijałam się, uparcie lekceważąc Rozsądek.

Próbowałaś, byłam tego pewna. Ale nadal szło opornie. Poruszyłaś ustami, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pomyślałam więc, że należy ci się wyjaśnienie:

— No tak, nie możesz mówić, bo masz taką rurkę w gardle…

Fakt, mogłam użyć nieco inteligencji, żeby komunikat, który otrzymałaś był subtelniejszy, ale zrozumiałam to poniewczasie. Twoje oczy zrobiły się nagle ogromne. Wyrażały strach i zdziwienie, ale przy okazji obaliły teorię, że w takich sytuacjach potrzebujemy słów. Twoja reakcja dała mi pewność, że nie rozmawiam sama ze sobą. Mimo to poprosiłam, żebyś zamknęła na chwilę oczy — na znak, że mnie słyszysz. Zrobiłaś to, ale nie od razu. Ponieważ jednak otworzyłaś powieki po chwili dłuższej niż potrzeba na mrugnięcie, uznałam, że naprawdę jesteśmy w kontakcie.

— OK, witamy w rzeczywistości! — ucieszyłam się i jednocześnie zaczęłam kombinować, jak nie palnąć czegoś, co znowu cię przestraszy. — Zamykaj oczy na TAK, ale nie zapomnij zaraz otworzyć. Zaczynamy: Czy wiesz z kim rozmawiasz?

TAK.

Postanowiłam wtedy dać ci kredyt zaufania, chociaż potem mogło się okazać, że rozmawiałaś z kimś zupełnie innym…

— Domyślasz się, gdzie jesteś?

Patrzyłaś przed siebie, twoje oczy były zupełnie nieruchome. Nawet uwzględniając znacznie dłuższy czas reakcji, doszłam do wniosku, że była to przecząca odpowiedź.

— W szpitalu. Byłaś w ciąży, pamiętasz?

TAK — zamknęłaś na chwilę powieki zgodnie z umową, ale gdy je uniosłaś zobaczyłam rozpacz. Aż musiałam zdławić łzy.

— Ciii, spokojnie Myszko. Nie denerwuj się… — i właśnie w tym momencie słowa ugrzęzły mi w gardle. Zarówno te, które powinny zostać powiedziane, jak i te, które w takich sytuacjach należy zachować dla siebie. Jedne były zbawiennym kłamstwem, drugie przygnębiającą prawdą.

A może nie? Przecież prawda jaką znaliśmy, nie determinowała przyszłości. Niestety, wymagała nie tylko dyplomacji, ale i co najmniej wykładu z anatomii, fizjologii i biochemii. Nie sądziłam, żeby wiedza, jaką musiałabyś przyswoić w krótkim czasie, podziałała na ciebie uspokajająco. Ja sama im więcej wiedziałam, tym bardziej byłam zdezorientowana i przerażona. A kłamstwo? Zakładając, że twoja inteligencja nie ucierpiała na skutek parodniowej drzemki, musiałabym wspiąć się na wyżyny łgarstwa, żebyś uwierzyła w taki na przykład tekst: „…Wszystko jest w porządku. Zaraz do siebie dojdziesz. Z dnia na dzień jest coraz lepiej”. Bo — skoro jest w porządku — dlaczego tu leżysz oplątana kabelkami, ponakłuwana w tylu miejscach, niezdolna poruszyć nawet palcem? skoro zaraz do siebie dojdziesz — to dlaczego nie mówię, że stanie się to np. za dwie godziny albo jutro? jeśli jest lepiej z dnia na dzień, to — Jezus! Maria! — ile dni już minęło?!

Jak widzisz, świetnie mi szło aż do chwili, gdy trzeba było wybrać między prawdą i kłamstwem. Warto zauważyć, że nie miałam też zbyt wiele czasu. Jak wiadomo — im dłużej ważymy słowa, tym więcej czasu ma nasz rozmówca na snucie domysłów i podejrzeń, które potem trzeba karczować w pocie czoła…

Ponaglał mnie też wyraz twoich oczu. Zdałam się na instynkt.

Macierzyński.

Twój instynkt macierzyński.

— Chcesz zapytać o dziecko?

— TAK! — Tym razem zacisnęłaś powieki z taką mocą, że zrozumiałam jedno: zainteresowanie własnym stanem nie było pierwsze na liście twoich trosk.

— Urodziłaś córeczkę…

TAK — wpadłaś mi w słowo, jakkolwiek dziwnie to brzmi.

— Ty to pamiętasz! — bardziej stwierdziłam niż zapytałam. Dlatego nie czekałam na odpowiedź: — W takim razie pamiętasz też, że miałaś cesarkę, że czułaś się bardzo źle i zaraz po zabiegu zrobiono ci wiele badań, aż wreszcie trafiłaś na IC.

Znów mocno zacisnęłaś powieki, jakbyś chciała mi przerwać. Tak, jak robi to niecierpliwy rozmówca, przytakując z wyprzedzeniem: — Tak, tak i co dalej?!

— Przepraszam, przecież miałam mówić o dziecku! Wszystko z nią w porządku, jest zdrowa, grzeczna, śliczna. Wszystko jest w porządku… — powtarzałam obserwując jak pojawia się ulga, uspokaja oddech, ciśnienie, tętno…

Z wyczerpania czy szczęścia — zasnęłaś w sekundę.

Potem często nam to robiłaś, ale łatwo ci wybaczaliśmy, bo dowiedzieliśmy się, że środki nasenne długo wypłukują się z organizmu. Zwłaszcza tak osłabionego.

To był czas trudnej do odtworzenia huśtawki wydarzeń i nastrojów.

Jednego dnia wychodziliśmy przygnębieni twoim stanem, a rano okazywało się, że idzie ku lepszemu. Innym razem żegnaliśmy się wieczorem z uśmiechem i wśród żartów, ja zaczynałam rozglądać się za biletem powrotnym, a rano… rano umierałaś… A potem znów było dobrze i znowu krytycznie.

Przyszła taka chwila, że — choć mieliśmy z tobą kontakt, stan się pogarszał, a lekarz — w szczerej do bólu rozmowie — poinformował nas, że…


Jednak opowiem chronologicznie:


Możliwe, że twoje ciało wysyłało jakieś sygnały wcześniej, ale ciąża je maskowała. Myślę jednak, że gdybyś była pod stałą opieką lekarza, tak jak to się dzieje w naszym kraju, zaniepokoiłaby go podstawowa analiza krwi i najdyskretniejsze objawy, które u nas są traktowane z należną im uwagą.

Gwoli ścisłości muszę zaznaczyć, że w Polsce każda skarga kobiety ciężarnej traktowana jest bardzo poważnie. Zdrowie jej i dziecka jest absolutnym priorytetem. Wydaje mi się, że położnictwo jest jedyną dziedziną medycyny, na której się nie oszczędza kosztem zdrowia pacjenta. Tu, gdzie postanowiłaś zamieszkać, było jednak inaczej. Nie twierdzę, że przeprowadziłam szeroko zakrojone badania, ale artykuły i rozmowy z kobietami rodzącymi w Anglii pozwoliły mi dokonać dość wstrząsającego podsumowania: w tym kraju ciąża jest traktowana jak zaparcie, które musi zakończyć się wypróżnieniem.

Brzydkie porównanie? A czy system, który traktuje ciężarne kobiety w taki sposób jest piękny? Czy to normalne, że ciężarna nie ma swobodnego kontaktu z lekarzem, bo położna jest jak cerber, który chroni doktora przed atakiem pacjentek? Że położna decyduje, czy stan zdrowia kobiety kwalifikuje ją, aby dostąpiła zaszczytu stanięcia przed obliczem Jego Wysokości Ginekologa? Że położna ocenia wyniki badań i ordynuje niektóre leki? Że do 12 tygodnia wszelkie anomalia, takie jak choćby krwawienie z dróg rodnych, są traktowane jak wyrok losu. Dziecko? popłynie albo zostanie w łonie matki… Że w takiej sytuacji proponuje się kobiecie, aby wzięła dzień wolnego, w razie bólu zażyła paracetamol i w zaciszu własnej sypialni poobserwowała, czy ciąża chce przetrwać? A może tylko ty i twoje koleżanki, które dzieliły się doświadczeniami, miałyście takiego wyjątkowego pecha?

Wszystko zaczęło się dzień przed wyznaczonym terminem porodu. Kiedy wczesnym popołudniem pojawiły się bóle, mimo braku doświadczenia w tej kwestii przeczuwałaś, że nie są to skurcze porodowe. Umiejscawiałaś je pomiędzy pępkiem a mostkiem. Ponieważ nasilały się, zadzwoniłaś do szpitala. Poradzono, żebyś wzięła ciepłą kąpiel, ewentualnie zażyła paracetamol i relaksowała się, czekając na rozwój wypadków.

Nie poczułaś się lepiej, a nawet pojawiły się wymioty, dlatego późnym wieczorem ponownie zadzwoniłaś na pogotowie. Ale i tym razem jedyną radą był paracetamol i… sen. Byłaś coraz bardziej pewna, że to, co się dzieje, nie jest bólem porodowym, a jednocześnie nie mogłaś wykluczyć, że przemawia przez ciebie histeria — skąd miałaś wiedzieć gdzie jest granica? Może jednak powinien wyznaczać ją ból, który opisywałaś osobie przyjmującej zgłoszenie: nie miał charakteru skurczów, lecz był ciągły, ostry i wciąż narastał. Czułaś go teraz bardziej w lewym boku, przeszywał jak nóż i promieniował do łopatki. Wiedziałaś, że karetka nie przyjedzie, bo w tym kraju rodząca zazwyczaj musi dojechać sama, ale… nie za wcześnie. Znałaś procedury, bo jakiś czas temu towarzyszyłaś swojej przyjaciółce przy porodzie. Wtedy widziałaś na własne oczy, jak odesłano ją do domu, bo skurcze były jeszcze zbyt rzadkie, żeby potraktować ją poważnie, czyli jako rodzącą.

Dlatego potulnie zastosowałaś się do wskazówek osoby przyjmującej zgłoszenie.

Rano ból nie pozwolił ci już podnieść się z łóżka. Rudy zadzwonił na pogotowie, gdzie usłyszał, że pierworódki zawsze panikują. A jednak, mimo że tak źle współpracowałaś, przez co trudno było określić etap porodu, łaskawie pozwolono, żeby cię przywiózł na izbę przyjęć. To jednak nie było już możliwe — nie byłaś zdolna wykonać nawet kroku. Twojemu mężowi nieco puściły nerwy, gdy zorientował się, że dyspozytor waha się, czy cierpisz dostatecznie prawdziwie i mocno, żeby wysłać karetkę. Okazał złość, co w tej kulturze jest niewybaczalne, ale czasem jednak nieuniknione. Jak wszędzie. Przede wszystkim zaś było skuteczne.

Kiedy wreszcie znalazłaś się na właściwym oddziale, lekarzom dało do myślenia, że ból to nie wszystko: drżałaś, pociłaś się obficie i miałaś problem z oddychaniem. Okazało się, że nikt nie wie co się dzieje. Jedno było jednak pewne — to nie poród. Nie było rozwarcia ani skurczów, nie odeszły też wody. Nawet przebicie pęcherza płodowego nie zainicjowało akcji porodowej. Badania trwały. Stwierdzono odklejenie łożyska. Ktoś rzucił, że „dziecko się niecierpliwi”, wszczęto więc procedurę przygotowania do cesarskiego cięcia.

Analizy krwi wykonywane w trakcie całego zamieszania wykazały między innymi kosmiczne wartości cholesterolu, a kolejne przyniosły diagnozę: ostre zapalenie trzustki. Cesarkę przeprowadzono w znieczuleniu miejscowym, dzięki czemu chwilę potem przytuliłaś swoje maleństwo. Dane ci było — pomimo bólu, który nie mijał — poczuć euforię jedyną w swoim rodzaju i zyskać spokój, bo już wiedziałaś, że dziecko jest bezpieczne.

Natomiast twój stan wymagał natychmiastowych działań. Przewieziono cię na Intensiv Care i podłączono do czujników, które — jak nazwa wskazuje — miały czuwać i alarmować, gdyby twoje życie było zagrożone. Rudy nie odstępował cię ani na krok. Kiedy pielęgniarka akurat wyszła z sali, a ty powiedziałaś, że masz problemy z oddychaniem, poprosił, żeby wróciła. Rzuciła okiem — nie na ciebie jednak, lecz na urządzenia, które widocznie są bardziej wiarygodne niż relacja pacjenta:

— Spokojnie. Wszystkie parametry są w porządku — stwierdziła z całkowitą pewnością i dodała uspokajająco: — Wychodzę tylko na chwilę. Muszę przekazać próbki krwi do laboratorium.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 82.91