E-book
27.3
drukowana A5
77.74
Nieubogaceni

Bezpłatny fragment - Nieubogaceni

Objętość:
559 str.
ISBN:
978-83-8189-624-5
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 77.74

Notatka dla Użytkownika

Jeśli Czytelnik utożsami się z którymś z bohaterów na podstawie znanych tylko mnie i jemu faktów, zbieżność i tak może być przypadkowa.


Do informacji z zakresu medycyny proszę podejść z ograniczonym zaufaniem. Nawet jeśli brzmią bardzo przekonująco. Nawet jeśli są opatrzone bardzo mądrym przypisem. Nawet gdy podaję źródło. Oczywiście starałam się być rzetelna, ale zdecydowanie zachęcam do kontaktu z lekarzem, a nawet z lekarzem i farmaceutą.


Dziękuję tym, którzy zachęcali mnie do pisania, potem cierpliwie wysłuchiwali skarg, a wreszcie podjęli się roli beta testerów, czyli pierwszych czytaczy.


Wszystko przez nich.

Dziś w nocy obudził mnie twój szept.

Nie byłaś natarczywa i nie podnosiłaś głosu — jakbyś za wszelką cenę nie chciała mnie przestraszyć. Nie przestraszyłaś. Raczej zaintrygowałaś.

— Wiesz — usłyszałam — często myślę o tym, jak dużo mi dałaś i że nie wiem jak ci się odwdzięczyć…

Nie rozumiałam co chcesz przez to powiedzieć. Co mogłaś rozpatrywać w takich kategoriach? Przyszło mi potem do głowy, że potrzeba tylko czasu — odpowiedzi bywają nieśmiałe albo pełne kompleksów, czasem pojawiają się dopiero, gdy przestajemy ich szukać. Zanim jednak odpowiesz, przemyśl to jeszcze raz. Ja tymczasem nieco uporządkuję fakty.

Pozwól, że zacytuję fragment maila, który wysłałam do ciebie trzy tygodnie Przed. Jest najlepszym dowodem, że byłam z wami, choć dzieliła nas niebagatelna odległość. Trochę się wygłupiałam, ale tylko po to, żeby ukryć niepokój, który lubi się czaić w takich chwilach:


Mogłabym zacząć tak:

„Jesteś coraz bliżej najważniejszego egzaminu w Twoim życiu. Zdałaś ich tak wiele. Tyle rzeczy wydawało się nie do przeskoczenia, do tylu musiałaś się zmuszać, przekonywać samą siebie, że dasz radę… Nie wiesz, co Cię czeka. Boisz się (choćby podświadomie) czy dasz radę, a odwrotu już nie ma… To się nazywa przygoda! W przygodach — takich prawdziwych, tych nie do zapomnienia — zawsze jest element zaskoczenia, wyzwania, satysfakcji, ale i lęku, niewygody, ryzyka, czasem nawet bólu. Możliwe, że to one nas kształtują — czy życie nie składa się z sekwencji przygód: wielkich i pomniejszych? Ta, która przed Tobą, jest jedną z największych, najważniejszych, najwznioślejszych…”

Ale patos, co? OK — nawet mnie to męczy (co nie zmienia faktu, że szło mi nieźle).

Do rzeczy jednak:

Każda nowa rola to zagadka. Prawda jest taka, że co dzień będziesz inną mamą: coraz mądrzejszą, coraz uważniejszą, coraz mniej przewrażliwioną. Pod jednym względem Twoja „mamość” się nie zmieni: kochać będziesz zawsze tak samo. Nawet jeśli nie poczujesz tego od razu. Czasem ta miłość przychodzi nieśmiało, czasem z minimalnym opóźnieniem — ale przychodzi zawsze. I nigdy, przenigdy nie odchodzi. Fakt, że objawia się różnie, ale zawsze jest.

Będziesz najlepszą mamą na świecie. Masz ogromny potencjał, żeby kochać, i wspaniałego męża, który będzie najlepszym ojcem — chociaż na początku prawdopodobnie trochę przerażonym i niezręcznym. Oni przeważnie tak mają :)

Stworzycie dobry dom i szczęśliwą rodzinę, a Wasze dziecko zawsze będzie to czuło (pomijając niezwykle długi, straszliwie trudny okres dojrzewania, kiedy średnio co drugi dzień ktoś z Was będzie miał ochotę się wyprowadzić).

Myszko moja!

Cokolwiek Cię czeka — dasz radę. Ja to wiem, bo Cię znam. Przed cierpieniem nie uciekniesz, ale szybko je zapomnisz. Matki cierpią nie tylko przy porodzie. Akurat ten ból, choć bywa intensywny, trwa krótko i nigdy nie wraca. W jego miejsce całymi stadami przychodzą lęki, które może pokonać tylko matczyny, czyli Twój, Rozsądek. Życzę Ci, żeby nigdy nie zawiódł. Zawsze go słuchaj, ale jak będziesz miała wątpliwości, to masz mnie — profesora doktora matkologii stosowanej. Nigdy o tym nie zapominaj! Bardzo kocham całe Wasze stado!


Chciałam, żebyś się nie bała bardziej niż trzeba i żebyś wiedziała, że po prostu jestem i myślę o tobie.

Zamykam oczy, by otworzyć drzwi do Przeszłości. Ciekawi mnie, jak i z czym byś mi się kojarzyła, gdyby aż do dzisiaj nic się nie zmieniło:

Z ufnością, gdy na mnie patrzyłaś. Nie od razu zrozumiałam, jaki to ciężar. Z bezustannym dylematem: jak nie matkować młodszej siostrze?

— Mamy już nie mam i nie będę miała! — rzuciłaś kiedyś ze złością, która miała ukryć niewypowiedziany ból, rozpacz i tęsknotę. No i oczywiście irytację, bo… znowu miałam w czymś rację.

Tak, wiem: nie byłam nieomylna w każdej kwestii. Tym bardziej doceniałam, że zwykle potrafiłaś przyjąć moje argumenty pod rozwagę. Zdarzały nam się też chwile milczenia. Jak bywa między siostrami. Potem bardzo długo uważałyśmy na słowa, gesty, a nawet ton głosu. To normalne. Aż do następnej wpadki. Faktem jest, że nauczyłyśmy się przez te wszystkie lata rozmawiać ze sobą tak szczerze i jednoznacznie, że nieporozumienia zdarzały się coraz rzadziej.

W każdym razie to właśnie takie momenty uświadamiały nam obu, że nieobecność jednej osoby może całkowicie wyludnić krajobraz życia…


Wiem, że próbowałaś sobie wyobrazić nasze przerażenie, kiedy się to wszystko zaczęło. Wciąż nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele się działo.

Chciałaś, żebym to opisała. Opisałam. Chciałaś, żebym ci przeczytała. Zaczęłam czytać, ale nie dałaś rady wysłuchać do końca. Pamiętasz? Rozpłakałaś się i poprosiłaś, żebyśmy to odłożyły na później. Myślę, że właśnie nadeszło to twoje „później”.

Nie zapominaj o jednym: obserwatorów było wielu.

Każdy stał w innym miejscu.

Zatem nie dziw się, że każda opowieść będzie inna.

Moja jest taka:

Podróż 1. Weź moje skrzydła

Wreszcie przyszedł SMS od Rudego: MAMY CÓRECZKĘ!

Wiadomość nie różniła się od innych tego typu: aż skrzyła się od szczęścia. Dlaczego więc nie poczułam ulgi? Jak to możliwe, że moje serce natychmiast ścisnął niepokój? Może przez ten sen, który zadomowił się w mej pamięci kilka dni wcześniej, jakby wiedział, że jeszcze nie raz go przywołam?

Nie opowiadałam? Śniła mi się Mama. Leżała na szpitalnym łóżku — bardzo słaba, bardzo chora. To nie było żadne wspomnienie — nigdy nie widziałam jej w takich okolicznościach. Skąd więc akurat taka scenografia?

Pamiętasz jeszcze jej oczy? Niewiarygodnie błękitne, uważne, zawsze takie jasne — gotowe uśmiechnąć się w najczarniejszych momentach. Patrzyła na mnie, a ja czułam, że za chwilę ją stracę. Niby zapomniałam, że odeszła już dawno, że nie ma jej wśród nas, a jednocześnie doskonale wiedziałam, jak będę cierpieć, gdy jej cierpienie się skończy. Trzymałam ją za rękę. Kiedy Miłosz chciał się przywitać, odwróciła głowę w przeciwną stronę. Zdezorientowany zatrzymał się w pół kroku, nie podszedł do nas wcale. Nie poznali się więc nawet w moim śnie… Gasła na moich oczach, mogłam tylko patrzeć. Nieco później uświadomiłam sobie, że miała włosy identyczne jak twoje.

Może powinnam przyjąć, że miałam tak zwany proroczy sen i jakoś was ostrzec? Z drugiej strony… Nie po raz pierwszy śniło mi się coś niepokojącego, co przecież tylko czasem zdarzało się naprawdę. A może wystarczająco często, żeby się tym przejąć? Czy jednak zaistnienie takiego snu powinno rzeczywiście modyfikować moje zachowanie? Czy powinnam wtedy zadzwonić i powiedzieć: „Uważaj! Coś ci grozi. Jeszcze nie wiem co, ale mam złe przeczucia…”?

Wyobrażasz to sobie? Wyobrażasz reakcję swoją i Rudego?

Czy takie sny w ogóle czemuś służą? A może są tylko suchą, cyniczną informacją, że oto niebawem nastąpi kontrolowana zmiana scenariusza naszego życia? Wiesz, jak te, które przychodzą z banku — coś w rodzaju: Uprzejmie informujemy o zmianach „Regulaminu świadczenia usług dotyczących (dajmy na to) poczucia szczęścia i bezpieczeństwa”, które zaczną obowiązywać od 12 października bieżącego roku. Prosimy o zapoznanie się z nowymi zasadami, ale — szczerze? — jest nam obojętne, czy to zrobisz. Procedura i tak została zainicjowana!

Problem w tym, że nawet jeśli przeczytamy taki list, i tak nie mamy szansy na wycofanie się czy uaktualnienie umowy.

No i po co nam sny, te wątpliwej wartości przecieki z jutra?

Zatem był sen i moje złe przeczucia, a krótko potem SMS, który ich nie wyciszył i wreszcie informacja, która zdecydowała o podróży.

Muszę przyznać, że twój mąż nie nalegał. W żaden sposób nie wywierał na mnie presji. Chwała mu za to. Po prostu sama czułam, że muszę jechać. Decyzję podjęłam już w pierwszej rozmowie. Nigdy nie zapomnę, jaka wtedy ogarnęła mnie panika: Miłosz przechodził rotawirusa, a ja w maksymalnie krótkim czasie musiałam uporządkować wszystkie sprawy i zorientować się w — nie zawsze oczywistych — zasadach rządzących podróżami zagranicznymi. Pamiętasz jeszcze, że naprawdę nie znoszę wyjazdów, zwłaszcza nagłych i dalekich? Rozumiesz, mam nadzieję, że taka kumulacja nie zachwyciła mnie wcale.

Wyobrażasz sobie, jak się czułam, wyruszając w drogę? Przybita i przerażona, to mało powiedziane. Byłam sama, a ty…

…umierałaś…

W oczach Męża widziałam troskę i niepokój — o ciebie i o mnie. Chciał, ale nie mógł mnie zatrzymać. Musiał powstrzymać naturalny odruch roztoczenia opieki, który pojawia się w takich sytuacjach. Wzruszyła mnie jego bezsilność, której nie potrafił ukryć. A i Miłosz, choć ogromnie starał się być dzielny, płakał, bo nie mógł pojąć, że nie wiem kiedy wrócę. To mądry chłopiec, w dodatku bardzo cię kocha, dlatego próbował zrozumieć, że teraz jestem bardziej potrzebna tobie niż jemu. Ale miał wtedy tylko siedem lat…

W jakimś momencie, już w drodze, przypomniał mi się fragment wiersza, który wracał jak echo: „Wyruszyłam w podróż niełatwą:/ Odyseusz w czarnej czarnej sukni/ Prowadziły mnie Ból i Tęsknota/ Towarzysze nieodłączni i smutni”. Pisałam go w chwili największego zaskoczenia tym, że poczucie osierocenia po śmierci Mamy jest tak silne. Nagle uświadomiłam sobie, że moja podróż jeszcze się nie skończyła, a i towarzystwo — niestety — wciąż to samo…

Dławiła mnie rozpacz. Wszystko było odrealnione. Nie byłam w stanie skupić się na lekturze ani nawiązać rozmowy ze współpasażerami w pociągu czy na lotnisku. Nie potrafiłam sobie wyobrazić co zastanę. Nie mogłam zebrać myśli. Zupełnie jakbym się zgubiła w sobie…

Stanęłam wreszcie na progu szpitalnej salki, w której leżałaś. Zobaczyłam łóżko ustawione centralnie i oświetlone jak cenny eksponat, sprzęt, którym byłaś otoczona, no i te twoje czerwonawe włosy rozsypane na poduszce. Wtedy zrozumiałam, jak wyrazisty był tamten sen: ja to wszystko już widziałam!

Jeszcze moment wcześniej miałam nadzieję, że zmęczenie stępi emocje i uchroni przed eskalacją uczuć, nawet jeśli przekonam się, że złe wieści nie są przesadzone. Myliłam się: zagotowało się we mnie, jakbym dopiero się dowiedziała…

Ale wiesz co? Nikt nie zobaczył moich łez.

Wszystkie wpadały gdzieś do środka.

A potem przyszły dni, kiedy sterczałam z Rudym przy twoim łóżku. Godzinami. Owszem, byłam zmęczona, ale widziałam w tym sens. Może naprawdę moja obecność przywoływała cię troszkę do życia, a może tylko mnie było to potrzebne? I twojemu mężowi? Nie wiem na ile byłam mu ciężarem, a na ile wsparciem.

Śmiałabyś się, gdybyś wtedy słyszała moje myśli. Zaklinałam cię, żebyś się nie poddawała, a w przerwach targowałam o twoje życie z Losem… Tak, gdyby to było możliwe, zamieniłabym się z tobą, ale masz prawo myśleć, że to tylko słowa, które łatwo przychodzą. Niesprawdzalne.

Chciałam oddać wszystko, a nie mogłam dać nic. Tylko trzymać cię za rękę… Jakby to mogło w czymś pomóc. A jednak często tak się robi. Może dlatego, że dłoń jest tak łatwo dostępna i… nieintymna? A może to taki atawistyczny odruch, który ujawnia się w sytuacjach szczególnie trudnych: trzeba się kogoś uczepić? Odkryłam, że trzymanie cię za rękę miało pomóc przede wszystkim mnie… Było aktem mojego totalnego zagubienia, rozpaczy i bezradności. Obawa, że mogę w każdej chwili cię stracić, skłaniały też do magicznego myślenia: wyobrażałam sobie, że poprzez złączenie naszych dłoni przekazuję ci wszystko czego potrzebowałaś, żeby się nie poddać.

Na początku ciężko mi było nawet mówić. Rudy robił to w taki naturalny sposób:

— No, królewno, obudź się, siostra przyjechała! — To do ciebie, a do mnie: — Widzisz? Nie słucha mnie… Lekarze mówią, że powinna się obudzić już dwa dni temu, bo ograniczyli podawanie środków nasennych. — I znowu do ciebie: — A może ty udajesz, leniuszku mój? Wstawać ci się nie chce?

Wiesz, on cię traktował cały czas tak, jakbyś była przytomna, jakbyś zaraz miała otworzyć oczy, wrócić. Ani przez chwilę w to nie wątpił… A ja — owszem. Ale on był mądrzejszy o te kilka dni więcej. No i rozmawiał z lekarzami. Zazdrościłam mu.

No jasne, że liczyłam na współczesną medycynę i wierzyłam w siłę twojego młodego organizmu. Patrzyłam jednak na pokonaną przez zbieg okoliczności młodą kobietę, z którą dzieje się coś, co jest poza moim doświadczeniem, więc ni cholery nie mogę jej pomóc. Choćby głupio-mądrą radą… Nic dziwnego, że chwilami nie mogłam wykrzesać z siebie nawet odrobiny optymizmu.

Miałam sporo czasu, żeby się przyjrzeć Tobie i tej szpitalnej aranżacji… To naprawdę wyglądało jak scena z filmu: jasny, przestronny pokój, mnóstwo urządzeń, doskonała opieka. Wciąż byłaś pod czujną obserwacją przydzielonej tobie i tylko tobie pielęgniarki, którą co jakiś czas, w czynnościach szczególnie wymagających, wspierały koleżanki. Krzątano się nieustannie, jakby cały świat skupił się na twojej chorobie. Imponujące. Oczywiście do chwili kiedy trzeba było wyjść z tej sali i okazywało się, że życie biegnie swoim torem, bez oglądania się na nasze nieszczęścia.

Byłaś nieco spuchnięta, niepodobna do siebie, ale mogły to być jeszcze zmiany ciążowe. Jednak najbardziej poruszająca była twoja bezbronność. To było takie nienaturalne! Tylko ten kolor włosów… Zdradzał, że w ciele uśpionym dla jego dobra mieszka niepokorna dusza.

Od początku byłaś podłączona do respiratora, ale dopiero dzień wcześniej wykonano tracheotomię. To dlatego w twoim gardle tkwiła rurka tracheostomijna, której wylot zabezpieczała owinięta wokół szyi tasiemka i gąbka chroniąca skórę przed otarciem i odparzeniem. Pod lewym uchem widniały dwie ranki pokryte krwawymi strupkami, jak po ugryzieniu wampira — ślady pierwszego wkłucia na potrzeby dializy. Kilka centymetrów niżej, tuż nad obojczykiem, pod przeźroczystym plastrem przypominającym folię spożywczą zagłębiała się w ciało błękitna rurka — czujnik monitorujący pracę serca. Gdzieś za plecami wiły się inne rurki i kabelki: przeźroczyste, białe, czarny, czerwony, żółty… Nie rozumiałam ich zastosowania, nie mogłam uwierzyć, że tyle tego potrzebowałaś. To one uświadomiły mi powagę sytuacji.

Mimo czarnych myśli zalewających moje serce, robiłam wszystko, co podpowiadał rozum. Na przykład sprawdzałam, czy jest szansa, że mnie słyszysz, choć wyglądałaś na pogrążoną we śnie. Przede wszystkim jednak starałam się nie dokuczać swoją obecnością: poprawiałam pościel, czasem coś opowiadałam, głaskałam po włosach, twarzy i dłoniach, przytulałam, całowałam na powitanie i pożegnanie. Wszystko to robiłam instynktownie bardzo delikatnie, tak, żeby nie wyrywać cię ze snu, jeśli śpisz, albo nie dokuczyć nadmiarem bodźców, jeśli jednak czuwasz.

No i była wasza córeczka… Urocza i wzruszająca — jak każdy noworodek. Być może wszystko stało się przez nią. Ty zapewne powiedziałabyś, że nie przez nią, a dla niej.

Obserwowałam ją uważnie i zastanawiałam się, czy stała się przyczyną tego, przez co właśnie przechodziłaś. Byłam jednak daleka od obarczania jej winą za twój stan. To byłoby irracjonalne. Zresztą machina Przeznaczenia i tak ruszyła… Żadne uczucia wzbudzane przez bieg wydarzeń, nie są w stanie zmienić tego, co się stało. Mogą najwyżej złagodzić lub pogłębić cierpienie.

Ale też pogrążyć w odmętach domysłów i pretensji…

Zatem: dziecko. Dziewczynka o słodkim imieniu Róża. Różyczka… Przyszła na świat i przyniosła ze sobą wszystko: radość, niepokój, nadzieję, niewyobrażalny ból, nieoczekiwane refleksje i… sens życia.

Przyjechałam w piątej dobie twojej choroby. Aż do tego dnia pozwolono Różyczce przebywać z babcią i tatą na oddziale patologii noworodków, choć była zdrowym dzieckiem i od trzech dni powinna mieszkać we własnym domu. To był piękny gest ze strony władz szpitala. Twój mąż nie musiał kursować pomiędzy tobą a nią w najtrudniejszych chwilach. W końcu zapadła jednak decyzja, że czas na wyprowadzkę. Rudy sprawiał wrażenie, jakby nie przewidział takiego obrotu sprawy. Wyraźnie rozdarty pomiędzy koniecznością organizowania domu dla waszego dziecka a potrzebą trzymania cię za rękę i szeptania tych swoich krzepiących zaklęć wprost do ucha, wreszcie uwierzył, że moja obecność jest jakąś namiastką jego niedoścignionej troski i zostawił nas na parę godzin.

Wcześniej jednak przyniósł Różyczkę w nadziei, że się ockniesz. Jakby jej bliskość mogła sprawić to, czego nie mogła dokonać medycyna… Położył małą w zgięciu twojego ramienia. Leżała spokojnie, rozglądając się wyjątkowo rozumnie jak na dziecko niespełna tygodniowe. Komentowaliśmy głośno jej obecność i zachowanie, bo wierzyliśmy, że choć wydajesz się spać bardzo głębokim snem, jesteś o wiele bliżej nas. Czas jednak mijał, a ja nie widziałam żadnej reakcji. Dopiero niespodziewane kichnięcie różyczkowego noska wyrwało cię z letargu i wywołało lekki uśmiech, a właściwie grymas warg, który tak można było interpretować. Wreszcie coś się wydarzyło! Jeszcze przez chwilę sprawiałaś wrażenie, jakbyś bardzo starała się otworzyć oczy, wciąż jednak powieki były zbyt ciężkie.

W kolejnych dniach wiele razy zgadywaliśmy, czy nas słyszysz, ale kiedy padało imię twojej córeczki, nie mieliśmy wątpliwości: ożywiałaś się. Prześcigaliśmy się w opowiadaniu anegdot o osesku, który przecież z definicji jest — w najlepszym przypadku! — nudnawy. Wtedy było tak, jakby twoja świadomość podpływała ku powierzchni rzeczywistości. Byliśmy jak widzowie stojący na brzegu, którzy próbują podać rękę, ale dystans jest wciąż za duży. Byliśmy też cierpliwi — nie przestawaliśmy tego robić, a ty reagowałaś coraz częściej i wyraźniej.

Pamiętam naszą pierwszą „rozmowę”, kiedy powinnaś już być wybudzona ze śpiączki, a tymczasem wciąż nie było z tobą kontaktu. Stałam nad tobą i opowiadałam jakieś dyrdymały. Przez chwilę czułam się jak debil, bo to przecież nie jest normalna sytuacja, że się gada do śpiącego człowieka! Wreszcie zrozumiałam, że trzeba w sobie coś pokonać, przebudować, uwierzyć, że to ma sens i naprawdę nie przejmować się, czy świat patrzy i co myśli. Przecież ktoś zawsze patrzy i zawsze ocenia. A ocenia przez pryzmat domysłów, poszlak i własnych doświadczeń. Dlatego zazwyczaj bywa bardzo surowy — niesłusznie i głupio, a jednak. Rozsądny człowiek nie powinien nawet o tym myśleć. Zatem postanowiłam być rozsądna i skupić się na rzeczach ważnych:

Kolejny raz prawie otworzyłaś oczy. Zrozumiałam, że minie jeszcze trochę czasu zanim otworzysz je na dobre i spojrzysz na mnie rozumnie, a póki co: mamy co mamy. Przypomniałam sobie — odwołując się do własnych szpitalnych doświadczeń — że gdy chory walczy o otwarcie powiek i w końcu stwierdza, że mu się udało, personel poszturchuje go niecierpliwie i woła: „Proszę otworzyć oczy! Proszę nie zasypiać! Jak pani ma na imię?”. I takie tam. Jakby wcześniej nie mogli zapytać z kim mają do czynienia… Żartuję, wiem, że sprawdzają w ten sposób, czy mózg obudził się razem z pacjentem. Ja nie mogłam pytać jak się nazywasz, bo podejrzewałam, że dość trudno konwersować, kiedy potrzebujemy wsparcia nawet w oddychaniu. Dlatego ułatwiałam ci zadanie:

— Słyszysz mnie, Myszko? — pytałam ostrożnie. Swoją drogą to fascynujące obserwować, jak w takich momentach Nadzieja mocuje się ze Zdrowym Rozsądkiem. Ona woła: „Tak! to teraz! nareszcie!”, a on: „Przestań się oszukiwać!”.

— Jestem tu. Popatrz na mnie — dobijałam się, uparcie lekceważąc Rozsądek.

Próbowałaś, byłam tego pewna. Ale nadal szło opornie. Poruszyłaś ustami, nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pomyślałam więc, że należy ci się wyjaśnienie:

— No tak, nie możesz mówić, bo masz taką rurkę w gardle…

Fakt, mogłam użyć nieco inteligencji, żeby komunikat, który otrzymałaś był subtelniejszy, ale zrozumiałam to poniewczasie. Twoje oczy zrobiły się nagle ogromne. Wyrażały strach i zdziwienie, ale przy okazji obaliły teorię, że w takich sytuacjach potrzebujemy słów. Twoja reakcja dała mi pewność, że nie rozmawiam sama ze sobą. Mimo to poprosiłam, żebyś zamknęła na chwilę oczy — na znak, że mnie słyszysz. Zrobiłaś to, ale nie od razu. Ponieważ jednak otworzyłaś powieki po chwili dłuższej niż potrzeba na mrugnięcie, uznałam, że naprawdę jesteśmy w kontakcie.

— OK, witamy w rzeczywistości! — ucieszyłam się i jednocześnie zaczęłam kombinować, jak nie palnąć czegoś, co znowu cię przestraszy. — Zamykaj oczy na TAK, ale nie zapomnij zaraz otworzyć. Zaczynamy: Czy wiesz z kim rozmawiasz?

TAK.

Postanowiłam wtedy dać ci kredyt zaufania, chociaż potem mogło się okazać, że rozmawiałaś z kimś zupełnie innym…

— Domyślasz się, gdzie jesteś?

Patrzyłaś przed siebie, twoje oczy były zupełnie nieruchome. Nawet uwzględniając znacznie dłuższy czas reakcji, doszłam do wniosku, że była to przecząca odpowiedź.

— W szpitalu. Byłaś w ciąży, pamiętasz?

TAK — zamknęłaś na chwilę powieki zgodnie z umową, ale gdy je uniosłaś zobaczyłam rozpacz. Aż musiałam zdławić łzy.

— Ciii, spokojnie Myszko. Nie denerwuj się… — i właśnie w tym momencie słowa ugrzęzły mi w gardle. Zarówno te, które powinny zostać powiedziane, jak i te, które w takich sytuacjach należy zachować dla siebie. Jedne były zbawiennym kłamstwem, drugie przygnębiającą prawdą.

A może nie? Przecież prawda jaką znaliśmy, nie determinowała przyszłości. Niestety, wymagała nie tylko dyplomacji, ale i co najmniej wykładu z anatomii, fizjologii i biochemii. Nie sądziłam, żeby wiedza, jaką musiałabyś przyswoić w krótkim czasie, podziałała na ciebie uspokajająco. Ja sama im więcej wiedziałam, tym bardziej byłam zdezorientowana i przerażona. A kłamstwo? Zakładając, że twoja inteligencja nie ucierpiała na skutek parodniowej drzemki, musiałabym wspiąć się na wyżyny łgarstwa, żebyś uwierzyła w taki na przykład tekst: „…Wszystko jest w porządku. Zaraz do siebie dojdziesz. Z dnia na dzień jest coraz lepiej”. Bo — skoro jest w porządku — dlaczego tu leżysz oplątana kabelkami, ponakłuwana w tylu miejscach, niezdolna poruszyć nawet palcem? skoro zaraz do siebie dojdziesz — to dlaczego nie mówię, że stanie się to np. za dwie godziny albo jutro? jeśli jest lepiej z dnia na dzień, to — Jezus! Maria! — ile dni już minęło?!

Jak widzisz, świetnie mi szło aż do chwili, gdy trzeba było wybrać między prawdą i kłamstwem. Warto zauważyć, że nie miałam też zbyt wiele czasu. Jak wiadomo — im dłużej ważymy słowa, tym więcej czasu ma nasz rozmówca na snucie domysłów i podejrzeń, które potem trzeba karczować w pocie czoła…

Ponaglał mnie też wyraz twoich oczu. Zdałam się na instynkt.

Macierzyński.

Twój instynkt macierzyński.

— Chcesz zapytać o dziecko?

— TAK! — Tym razem zacisnęłaś powieki z taką mocą, że zrozumiałam jedno: zainteresowanie własnym stanem nie było pierwsze na liście twoich trosk.

— Urodziłaś córeczkę…

TAK — wpadłaś mi w słowo, jakkolwiek dziwnie to brzmi.

— Ty to pamiętasz! — bardziej stwierdziłam niż zapytałam. Dlatego nie czekałam na odpowiedź: — W takim razie pamiętasz też, że miałaś cesarkę, że czułaś się bardzo źle i zaraz po zabiegu zrobiono ci wiele badań, aż wreszcie trafiłaś na IC.

Znów mocno zacisnęłaś powieki, jakbyś chciała mi przerwać. Tak, jak robi to niecierpliwy rozmówca, przytakując z wyprzedzeniem: — Tak, tak i co dalej?!

— Przepraszam, przecież miałam mówić o dziecku! Wszystko z nią w porządku, jest zdrowa, grzeczna, śliczna. Wszystko jest w porządku… — powtarzałam obserwując jak pojawia się ulga, uspokaja oddech, ciśnienie, tętno…

Z wyczerpania czy szczęścia — zasnęłaś w sekundę.

Potem często nam to robiłaś, ale łatwo ci wybaczaliśmy, bo dowiedzieliśmy się, że środki nasenne długo wypłukują się z organizmu. Zwłaszcza tak osłabionego.

To był czas trudnej do odtworzenia huśtawki wydarzeń i nastrojów.

Jednego dnia wychodziliśmy przygnębieni twoim stanem, a rano okazywało się, że idzie ku lepszemu. Innym razem żegnaliśmy się wieczorem z uśmiechem i wśród żartów, ja zaczynałam rozglądać się za biletem powrotnym, a rano… rano umierałaś… A potem znów było dobrze i znowu krytycznie.

Przyszła taka chwila, że — choć mieliśmy z tobą kontakt, stan się pogarszał, a lekarz — w szczerej do bólu rozmowie — poinformował nas, że…


Jednak opowiem chronologicznie:


Możliwe, że twoje ciało wysyłało jakieś sygnały wcześniej, ale ciąża je maskowała. Myślę jednak, że gdybyś była pod stałą opieką lekarza, tak jak to się dzieje w naszym kraju, zaniepokoiłaby go podstawowa analiza krwi i najdyskretniejsze objawy, które u nas są traktowane z należną im uwagą.

Gwoli ścisłości muszę zaznaczyć, że w Polsce każda skarga kobiety ciężarnej traktowana jest bardzo poważnie. Zdrowie jej i dziecka jest absolutnym priorytetem. Wydaje mi się, że położnictwo jest jedyną dziedziną medycyny, na której się nie oszczędza kosztem zdrowia pacjenta. Tu, gdzie postanowiłaś zamieszkać, było jednak inaczej. Nie twierdzę, że przeprowadziłam szeroko zakrojone badania, ale artykuły i rozmowy z kobietami rodzącymi w Anglii pozwoliły mi dokonać dość wstrząsającego podsumowania: w tym kraju ciąża jest traktowana jak zaparcie, które musi zakończyć się wypróżnieniem.

Brzydkie porównanie? A czy system, który traktuje ciężarne kobiety w taki sposób jest piękny? Czy to normalne, że ciężarna nie ma swobodnego kontaktu z lekarzem, bo położna jest jak cerber, który chroni doktora przed atakiem pacjentek? Że położna decyduje, czy stan zdrowia kobiety kwalifikuje ją, aby dostąpiła zaszczytu stanięcia przed obliczem Jego Wysokości Ginekologa? Że położna ocenia wyniki badań i ordynuje niektóre leki? Że do 12 tygodnia wszelkie anomalia, takie jak choćby krwawienie z dróg rodnych, są traktowane jak wyrok losu. Dziecko? popłynie albo zostanie w łonie matki… Że w takiej sytuacji proponuje się kobiecie, aby wzięła dzień wolnego, w razie bólu zażyła paracetamol i w zaciszu własnej sypialni poobserwowała, czy ciąża chce przetrwać? A może tylko ty i twoje koleżanki, które dzieliły się doświadczeniami, miałyście takiego wyjątkowego pecha?

Wszystko zaczęło się dzień przed wyznaczonym terminem porodu. Kiedy wczesnym popołudniem pojawiły się bóle, mimo braku doświadczenia w tej kwestii przeczuwałaś, że nie są to skurcze porodowe. Umiejscawiałaś je pomiędzy pępkiem a mostkiem. Ponieważ nasilały się, zadzwoniłaś do szpitala. Poradzono, żebyś wzięła ciepłą kąpiel, ewentualnie zażyła paracetamol i relaksowała się, czekając na rozwój wypadków.

Nie poczułaś się lepiej, a nawet pojawiły się wymioty, dlatego późnym wieczorem ponownie zadzwoniłaś na pogotowie. Ale i tym razem jedyną radą był paracetamol i… sen. Byłaś coraz bardziej pewna, że to, co się dzieje, nie jest bólem porodowym, a jednocześnie nie mogłaś wykluczyć, że przemawia przez ciebie histeria — skąd miałaś wiedzieć gdzie jest granica? Może jednak powinien wyznaczać ją ból, który opisywałaś osobie przyjmującej zgłoszenie: nie miał charakteru skurczów, lecz był ciągły, ostry i wciąż narastał. Czułaś go teraz bardziej w lewym boku, przeszywał jak nóż i promieniował do łopatki. Wiedziałaś, że karetka nie przyjedzie, bo w tym kraju rodząca zazwyczaj musi dojechać sama, ale… nie za wcześnie. Znałaś procedury, bo jakiś czas temu towarzyszyłaś swojej przyjaciółce przy porodzie. Wtedy widziałaś na własne oczy, jak odesłano ją do domu, bo skurcze były jeszcze zbyt rzadkie, żeby potraktować ją poważnie, czyli jako rodzącą.

Dlatego potulnie zastosowałaś się do wskazówek osoby przyjmującej zgłoszenie.

Rano ból nie pozwolił ci już podnieść się z łóżka. Rudy zadzwonił na pogotowie, gdzie usłyszał, że pierworódki zawsze panikują. A jednak, mimo że tak źle współpracowałaś, przez co trudno było określić etap porodu, łaskawie pozwolono, żeby cię przywiózł na izbę przyjęć. To jednak nie było już możliwe — nie byłaś zdolna wykonać nawet kroku. Twojemu mężowi nieco puściły nerwy, gdy zorientował się, że dyspozytor waha się, czy cierpisz dostatecznie prawdziwie i mocno, żeby wysłać karetkę. Okazał złość, co w tej kulturze jest niewybaczalne, ale czasem jednak nieuniknione. Jak wszędzie. Przede wszystkim zaś było skuteczne.

Kiedy wreszcie znalazłaś się na właściwym oddziale, lekarzom dało do myślenia, że ból to nie wszystko: drżałaś, pociłaś się obficie i miałaś problem z oddychaniem. Okazało się, że nikt nie wie co się dzieje. Jedno było jednak pewne — to nie poród. Nie było rozwarcia ani skurczów, nie odeszły też wody. Nawet przebicie pęcherza płodowego nie zainicjowało akcji porodowej. Badania trwały. Stwierdzono odklejenie łożyska. Ktoś rzucił, że „dziecko się niecierpliwi”, wszczęto więc procedurę przygotowania do cesarskiego cięcia.

Analizy krwi wykonywane w trakcie całego zamieszania wykazały między innymi kosmiczne wartości cholesterolu, a kolejne przyniosły diagnozę: ostre zapalenie trzustki. Cesarkę przeprowadzono w znieczuleniu miejscowym, dzięki czemu chwilę potem przytuliłaś swoje maleństwo. Dane ci było — pomimo bólu, który nie mijał — poczuć euforię jedyną w swoim rodzaju i zyskać spokój, bo już wiedziałaś, że dziecko jest bezpieczne.

Natomiast twój stan wymagał natychmiastowych działań. Przewieziono cię na Intensiv Care i podłączono do czujników, które — jak nazwa wskazuje — miały czuwać i alarmować, gdyby twoje życie było zagrożone. Rudy nie odstępował cię ani na krok. Kiedy pielęgniarka akurat wyszła z sali, a ty powiedziałaś, że masz problemy z oddychaniem, poprosił, żeby wróciła. Rzuciła okiem — nie na ciebie jednak, lecz na urządzenia, które widocznie są bardziej wiarygodne niż relacja pacjenta:

— Spokojnie. Wszystkie parametry są w porządku — stwierdziła z całkowitą pewnością i dodała uspokajająco: — Wychodzę tylko na chwilę. Muszę przekazać próbki krwi do laboratorium.

Nie odeszła daleko, bo rozległ się alarm wzbudzony przez twojego męża, gdy zauważył, że przestałaś oddychać. Był szybszy niż cała aparatura, której powierzono twoje życie…

Zaintubowano cię, przeprowadzono masaż serca i zastosowano defibrylację, żeby przywrócić oddech… Zaraz potem stwierdzono niewydolność wielonarządową, rozpoczęto dializę i wprowadzono w śpiączkę farmakologiczną. Właśnie wtedy otrzymaliśmy wiadomość, że masz niewielkie szanse na przeżycie. Ostre zapalenie trzustki lubi zbierać straszne żniwo…

Tak oto w nasze życie wtargnęła medycyna i to od razu level hard. Aż do tej chwili nie zastanawiałam się nad czymś takim jak dializa, a niewydolność wielonarządowa czy śpiączka były tylko elementem akcji w filmach takich, jak na przykład „Doktor House”. Z każdą chwilą uświadamiałam sobie jak niewiele wiem. Robiłam wszystko, żeby nadrobić zaległości i zrozumieć, co się dzieje w twoim organizmie. Wkurzali mnie ci, którzy mówili, że to niepotrzebne — będzie co będzie i tak dalej… Chciałam wiedzieć, jakie masz szanse, co o tym decyduje, z których informacji czerpać nadzieję i czy w ogóle można określić kierunek w jakim wszystko zmierza. Dawało mi to złudzenie, że panuję nad czymś i nadzieję, że nie dam się zaskoczyć. Może też wysiłek, który musiałam włożyć w przyspieszony kurs medycyny, paradoksalnie odwracał uwagę od nieszczęścia i ratował przed rozpaczą, która rodzi się z poczucia bezradności i często z niewiedzy właśnie?


Wciąż robiono jakieś badania. Zdaje się, że wybudzanie nie przebiegało tak jak planowano: krótkie chwile radości, że już-już jesteś z nami były przerywane długim oczekiwaniem na twoją kolejną wizytę w naszej rzeczywistości. Dlatego trzeba było wciąż czuwać: nie mogłaś nas nie zastać…

Nerki były nie mniej oporne niż twoja świadomość. Z nadzieją obserwowałam woreczek, do którego mocz spływał jakby z namysłem i były to chwile, które uświadamiały mi, jak kruchy i jednocześnie fascynujący jest ludzki organizm: zaburzenie pracy precyzyjnie dopasowanych trybików może łatwo przerodzić się w dramat. Nie traciłam nadziei, że potęga ludzkiego umysłu w połączeniu z wewnętrzną siłą, która w tobie drzemie, i z wolą przetrwania potrafią czynić cuda. Dlatego czekaliśmy — Internet i opowieści naszych przyjaciół pełne były takich cudów. Dlaczego kolejny nie miałby się zdarzyć teraz?

Tymczasem gorączkowałaś, ale tłumaczono nam, że zawsze tak się dzieje po zaprzestaniu dializy. Zapowiedziano tomografię głowy i brzucha, który był wciąż twardy, ciepły i obrzmiały.

Młoda lekarka, Debora, zaprosiła mnie i Rudego do pokoiku przeznaczonego do rozmów z rodziną pacjentów. Był utrzymany w uspokajającej szaroniebieskiej kolorystyce i wyposażony w miękkie fotele, niskie stoliki, przygaszone światło i… chusteczki higieniczne.

— Na pewno macie wiele pytań — zaczęła bez ogródek. — Jestem tu po to, żeby na nie odpowiedzieć.

Poczułam się jak na planie amerykańskiego filmu. Tylko tam widywałam lekarzy skłonnych do rozmów na temat pacjenta. Powinnaś zatem rozumieć moje zdziwienie, gdy naprawdę otrzymaliśmy wyczerpującą informację o twoim stanie. Między innymi dowiedzieliśmy się, że trzeba będzie wznowić dializę, bo nerki nie podjęły czynności. Znaczne powiększenie trzustki utrudniało naturalną cyrkulację płynów w organizmie, między innymi w okolicach oskrzeli i brzucha. Rana pocesarkowa i „kobiece sprawy” nie powinny stanowić problemu, bo byłaś dobrze zaopatrzona farmakologicznie.

— Jest stabilna, ale jak jest naprawdę, okaże się po odłączeniu aparatury wspierającej — zakończyła dr Debora. — Zawsze jest nadzieja, że wszystko pójdzie dobrze i od tej chwili rozpocznie się okres rehabilitacji i regeneracji, czyli powrót do normalnego życia. Liczymy się jednak ze wszystkim, nawet z tym, że znowu trzeba ją będzie wprowadzić w śpiączkę…

Coraz częściej otwierałaś oczy i coraz bardziej widziałam w nich nieme pytanie, a ponieważ stanie przy łóżku jest zajęciem nie tylko ciężkim, ale i nudnym (wybacz szczerość…), wymyślaliśmy różne atrakcje. Na przykład udoskonalaliśmy sposób porozumiewania. Zamykanie powiek na TAK było dość kłopotliwe — miałaś zwolniony czas reakcji, więc nie zawsze byliśmy pewni czy niemruganie jest odpowiedzią przeczącą, czy chwilowym zawieszeniem „systemu”. Za moją namową po kilku próbach udało ci się wysunąć język. Wtedy ustaliliśmy, że będziesz to robić na TAK, a chwilę później odkryłaś, że możesz lekko, ledwie zauważalnie poruszyć głową na NIE. Dzięki temu można było już prowadzić całkiem sensowne rozmowy. Tyle że ciężar formułowania wszelkich pytań, odpowiedzi i wniosków spoczywał na nas. A wyglądało to mniej więcej tak:

— Jak się czujesz?

Bardzo szybko się połapałam, że kiedy odpowiadasz wymownym wytrzeszczem, dajesz mi do zrozumienia, że źle zadałam pytanie. No bo jak można odpowiedzieć „tak” lub „nie” na tak postawione pytanie?!

— Sorry… Czy coś cię boli?

NIE.

— Czy jest ci wygodnie?

NIE.

— Coś cię uwiera?

NIE.

— Chcesz zmienić pozycję?

TAK-NIE.

— Chcesz inaczej ułożyć nogi?

NIE.

— Ręce?

NIE.

— Całe ciało?

TAK.

— Na drugi bok?

NIE.

— OK: na wznak!

NIE!

— Nie rozumiem…

Wytrzeszcz.

— Wiem! Chcesz, żeby zmienić nachylenie łóżka, prawda?

TAK.

Byłam z siebie taka dumna! Wszystko na nic: pielęgniarka wyjaśniła, że półleżąca, choć nie najbardziej komfortowa, pozycja jest optymalna dla twojego oddechu i dla pracy nerek. Przymknęłaś oczy, jakbyś potwierdzała, że rozumiesz. Poprosiłam, żebyś mi uścisnęła rękę — tego dnia dokonałaś tylu niemożliwych parę godzin wcześniej rzeczy — dlaczego nie to? Spróbowałaś, ale skończyło się tylko na drżeniu ramion. Za to pod koniec naszej wizyty unosiłaś lekko głowę znad poduszki! Każde takie wydarzenie cieszyło nas ogromnie, bo odzyskując władzę nad swoim ciałem, odzyskiwałaś kontrolę nad życiem.

Wpadłam na pomysł, żeby wydrukować fotografie Różyczki w dużym formacie, żebyś ją mogła zobaczyć za każdym razem, gdy otworzysz oczy. Liczyłam na to, że wizerunek dziecka będzie cię dopingował do walki ze słabością i sennością. Pielęgniarka pomogła nam przymocować zdjęcia tak, żeby nie uszkodzić ściany i żeby na pewno nie umknęły twojej uwadze.

Kiedy mieliśmy pewność, że nie śpisz, Rudy powiedział:

— Zobacz kochanie, nie możemy przywozić do ciebie Różyczki, ale tutaj są jej zdjęcia. Często będę robił nowe, żebyś była na bieżąco…

Otwierałaś oczy coraz szerzej, ale były jakby… martwe. Walczyłaś chwilę z nazbyt ciężkimi powiekami. W tym momencie czujniki, które w twoim imieniu reprezentowały emocje — a może nawet uczucia? — postanowiły przekazać nam jakąś informację. Pulsometr na przykład powiedział, że serce chce ci wyskoczyć z piersi, a na monitorze respiratora pojawiły się cyfry wskazujące, że oddychasz trzy razy szybciej niżby sobie życzył…

— Spokojnie, Myszko. — Pogłaskałam cię po dłoni.

Nie wiedziałam co myśleć. Dlaczego się zdenerwowałaś? Co zrobiliśmy nie tak?

— Już lepiej? — zapytałam jeszcze.

NIE — zmarszczyłaś brwi, jakby nagle przeszył cię ból, a ja rozumiałam coraz mniej.

— Mam dla ciebie niespodziankę — odezwał się wtedy Rudy i wyjął z plecaka kocyk Różyczki. Nie wierzyłam własnym oczom, choć ucieszyłam się, że tak podszedł do naszej rozmowy sprzed kilkunastu godzin. Zaczęło się od pomysłu ze zdjęciami, ale byłam przekonana, że trzeba działać na wszystkie twoje zmysły, że to może pobudzić cię do działania, zmobilizować, postawić na nogi. Rudy, jak to mężczyzna, nie od razu uwierzył w ideę, ale w końcu dał się przekonać, że coś, co będzie pachniało Różyczką może ci sprawić radość. Nie byłam tylko pewna czy to właściwy moment, ale twój mąż nie miał żadnych wątpliwości:

— To jest kocyk Różyczki. Spała w nim dwa dni, dlatego pachnie tak jak ona. Wiem, bo sprawdzałem. Z której strony mam go położyć?

Z nieodgadnioną miną wskazałaś miejsce, przekręcając głowę w lewo. Rudy położył kocyk tak, żebyś dotykała go dłonią i policzkiem jednocześnie. Nie wiem czy poczułaś zapach, niemniej częstotliwość oddechów spadła niemal natychmiast z 45 na 35. Choć do normy — 20 — było ciągle daleko, śmialiśmy się, że powinniśmy opatentować nową metodę regulacji parametrów życiowych: kocykoterapię.

Sprawiałaś wrażenie, jakby świat przestał dla ciebie istnieć. Byłaś odprężona i spokojna. Twój spokój dał mi nadzieję, że teraz musi być coraz lepiej, mamy przecież takie świetne pomysły!

— Kocham cię, wiesz? — zebrało mi się na wyznania.

W odpowiedzi wywaliłaś język i wybałuszyłaś oczy. Jako siostra czułam się w obowiązku uratować sytuację przed ckliwym rozmemłaniem:

— Wiedziałaś?! To fajnie, ale zacznij już gadać jak człowiek, bo głupio wyglądasz z tym jęzorem na wierzchu!

Wieczorem rozmawiałam o twoim stanie z jednym z moich znajomych, Viktorem. Wcześniej przesłaliśmy mu wyniki badań. Szpital udostępnił je bez oporów. Zapytaliśmy też, czy ktoś mógłby z nim porozmawiać i usłyszeliśmy, że nie ma problemu. Ponieważ Viktor jest lekarzem interdyscyplinarnym potrafił bardzo jasno i z całkowitą pewnością wyjaśnić, co się z tobą dzieje. Ku swojemu przerażeniu dowiedzieliśmy się od niego o czterominutowym zatrzymaniu akcji serca — stało się to wtedy, gdy straciłaś oddech. Nikt nam wcześniej o tym nie wspomniał. Dlaczego? Następnego dnia Rudy zweryfikował tę informację, pytając wprost jednego z lekarzy prowadzących. Usłyszał, że było to „tylko” zatrzymanie akcji serca.

— Bez obaw. W końcu była w tym momencie pod intensywnym nadzorem. Natychmiastowa akcja nie dopuściła do zatrzymania krążenia, zatem nie przewidujemy problemów, na przykład niedokrwienia mózgu… Serce już się regeneruje.

Żałowałam, że nie ma przy tobie Viktora. To na pewno naiwność kazała mi tak myśleć, ale wtedy nie miałam wątpliwości, że jego obecność uchroniłaby cię przed tym, co właśnie przechodziłaś…

— Musicie pamiętać — uświadamiał nam powagę sytuacji — że jej ciało przeszło kilka wstrząsów na raz: ostre zapalenie trzustki, zatrzymanie akcji serca, może nawet zawał, no i cesarskie cięcie.

Gdy się dowiedział, że brzuch jest bardzo powiększony, radził, żebyśmy chociaż spróbowali naprowadzić lekarzy na wykonanie drenażu.

— Bez odprowadzenia płynu nie można się spodziewać poprawy — przekonywał. — Przy zapaleniu trzustki zawsze dochodzi do jej niewydolności, a jednym z objawów jest właśnie zbieranie się płynu w jamie brzusznej. Trzeba też uwzględnić, że w pozycji leżącej, na którą jest skazana, macica nie ma możliwości oczyścić się w naturalny sposób. To grozi sepsą! Moim zdaniem nie ma innej drogi, tylko drenaż!

Aż się wzdrygnęłam, kiedy zrozumiałam, że mówi o wykonaniu otworu w brzuchu i wprowadzeniu tam rurki, przez którą ma się wydostać płyn… Viktor podpowiedział jeszcze, że warto zawalczyć o przywiezienie do ciebie Różyczki raz na jakiś czas, bo dla młodej matki nie ma lepszej motywacji, żeby wracać do zdrowia. To było oczywiste, ale nie czuliśmy się na siłach, żeby pouczać lekarzy. Musieliśmy zaufać, że sami to zaproponują, gdy tylko twój stan i warunki pozwolą.

Kiedy wróciliśmy do domu, przyglądałam się małej. Kaprysiła trochę. Na pewno wyczuwała nasz niepokój — możliwe, że się jej udzielał. No i ewidentnie jej czegoś brakowało — próbowała podjadać własne paluszki. Pomyślałam, że mogą jej się jeszcze kiedyś przydać i tak długo przekonywałam do smoczka, aż wreszcie uwierzyła, że warto spróbować. Tak, wiem: najlepszy byłby maminy cycuszek… Serce mi pękało, kiedy przypominałam sobie, jak planowałaś, że — choćby nie wiem co — będziesz karmić piersią i nie mogłaś pojąć, że niektóre młode matki tak łatwo z tego rezygnują. Jak szybko nasze plany mogą legnąć w gruzach! Jak łatwo zastępujemy je innymi…

Właśnie wtedy, czyli w dziesiątym dniu życia, Różyczka pozbyła się pępowinki. Miałam zaszczyt przeprowadzić jej pierwszą w życiu kąpiel. Każda rzecz, którą mogłam robić przy małej — a nie było tego zbyt wiele, bo jednak większość czasu spędzałam przy tobie — dawała mi radość, że akurat jestem i mogę chociaż spróbować włożyć w to całą uwagę i miłość, jaką ty byś włożyła.

…lub mama Rudego…

Całe dnie i większość nocy dyżur przy małej pełniła przecież twoja teściowa, jednocześnie pozostając także najczujniejszą opiekunką twojego męża. Widziałam jak była przygnębiona całą sytuacją. To jednak nie paraliżowało jej poczynań: prowadziła dom, modliła się za ciebie, pielęgnowała waszą córeczkę, wspierała swojego syna i… po prostu trwała przy was tak wiernie, jak tylko matka potrafi…

Obserwowałam też Rudego. Dużo mówił do ciebie — raz tkliwie, to znów żartobliwie, i to zanim uzyskaliśmy pewność, czy cokolwiek słyszysz i rozumiesz. Ani na chwilę nie tracił nadziei i wiary w sens czuwania przy tobie. Po prostu był, choć ogromnie zmęczony… Sprawiał wrażenie, jakby się z kimś założył, że nie potrzebuje jeść ani spać, żeby funkcjonować. Nie wiem doprawdy, skąd brał siły, żeby siedzieć przy tobie, a potem jeszcze zajmować się Różyczką. Często upierał się, że będzie do niej wstawał w nocy, chociaż tak późno wracaliśmy ze szpitala.

Kolejnego dnia zastaliśmy puste łóżko, bo właśnie zawieziono cię na tomografię. Potem bardzo długo czekaliśmy, aż się wybudzisz po lekach, które miały ułatwić leżenie bez ruchu podczas badania. Niepokoił nas fakt, że dzień wcześniej nie wspominano o takich planach. Pielęgniarka zapewniała jednak, że nie wydarzyło się nic nowego, a noc minęła spokojnie. Zanim zaczęłaś się budzić, poproszono nas na rozmowę do „pokoju z chusteczkami”. Miałam złe przeczucia.

Lekarz był bardzo poważny:

— Przede wszystkim musicie wiedzieć, że poprzednia tomografia głowy wykazała drobne zmiany. Tak drobne, że nie było wskazań do dokładniejszych badań. Nawet jej powolne wybudzanie się ze śpiączki pozostawało w granicach normy. Jednak podczas rutynowego badania neurolog zauważył brak reakcji źrenic na światło. Dzisiejsza tomografia ujawniła zmiany w obszarze przetwarzającym bodźce wzrokowe. Przykro mi, ale to dowodzi, że podczas czterominutowego zatrzymania akcji serca, w tym właśnie miejscu nastąpił udar…

Rudy tłumaczył mi na bieżąco słowa lekarza. Czasem najpierw musiał opanować zaskoczenie, a czasem dopytywał, czy dobrze zrozumiał. Podziwiałam jego spokój, nawet jeśli wynikał z oszołomienia. Nie od razu dotarło do nas, że nie widzisz. Milczeliśmy. Lekarz przyglądał się wnikliwie, jakby się zastanawiał, ile jeszcze zniesiemy.

— To nie jest najgorsza wiadomość — powiedział wreszcie. — Niepokoi nas, że obwód brzucha się nie zmniejsza. Podejrzewamy niedrożność jelita cienkiego. W takiej sytuacji w jamie brzusznej zbiera się duża ilość płynów ustrojowych… Bardzo obawiamy się infekcji, bo możemy być wobec niej bezradni. Podaliśmy leki, które mają temu zapobiec, ale musicie wiedzieć, że nadchodzą trudne chwile. Nawet, jeśli to przeżyje, nie tak szybko będzie można myśleć o przeniesieniu jej na „normalny” oddział i o rehabilitacji.

Jeśli to przeżyjesz…

Jeśli?!

Miałam nadzieję, że śnię. Trudno było uwierzyć, że zagrożenie jest aż tak poważne — przecież leżałaś w wielkim szpitalu, otaczał cię tłum lekarzy specjalistów. Jak to możliwe, że nikt wcześniej nie zauważył, że jesteś w takim niebezpieczeństwie?!

Pytania w mojej głowie mnożyły się w postępie geometrycznym. Cóż z tego? Nawet gdybym znała odpowiedzi, nie zmieniało to biegu wydarzeń i nie poprawiało twojego stanu.

Wróciliśmy do ciebie — każde z własnym przerażeniem i niedowierzaniem w głębi duszy. Co ciekawe, oboje przyjęliśmy tę samą postawę — zupełnie jakbyśmy się umówili: żadne z nas nie dało po sobie poznać, że umieramy ze strachu. Głos nam nie drgnął, kiedy stanęliśmy przy twoim łóżku i zachwycaliśmy się postępami: pokazywałaś, że możesz leciutko ruszyć dłonią i — choć z wielkim wysiłkiem — podnieść i utrzymać nogę kilkanaście centymetrów nad materacem. Nie miałam wątpliwości, że powrót sprawności fizycznej będzie uwarunkowany twoją determinacją, motywacją i wewnętrzną siłą, ale czy one wystarczą, aby powstrzymać infekcję, jeśli nadejdzie? Byłam bezradna wobec rozpaczy i nieufna wobec nadziei…


Nie będę jednak udawać, że w tym czasie wyłącznie ty zaprzątałaś moje serce. Przecież — ponad półtora tysiąca kilometrów dalej — wciąż toczyło się moje życie. Choć beze mnie. Rozmowy telefoniczne były bardzo drogie, a jakość połączenia na Skypie pozostawiała wiele do życzenia. Nie było sposobu, żeby naprawdę okiełznać tęsknotę — zwłaszcza Miłosza. Nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo. Kiedy mijał drugi tydzień mojej nieobecności, zorientowałam się, że już nie pyta, kiedy wrócę i skraca czas rozmów, te zaś coraz bardziej tracą spontaniczność… A przecież to tylko kilkanaście dni! Czy trzeba tłumaczyć, co wtedy czułam? Niewątpliwie nastał czas trudnych wyborów. Potem okazało się, że podczas gdy moja obecność przy tobie była oczywista dla tych, dla których byłaś ważna, pozostali uważali, że jestem przecież „tylko” siostrą, a ty masz męża i to jego obowiązkiem jest towarzyszyć ci w tym, co cię spotkało. Bo ludzie mają szczególną łatwość udzielania rad. Mam wrażenie, że tym większą im mniejszą wyobraźnię.

Tak minęły tylko i aż dwa tygodnie.

Dla Miłosza „aż”. Dla choroby „tylko”. Tylko tyle czasu potrzebowała, żeby z trzydziestoletniej, pięknej, energicznej, pewnej siebie i pełnej radości życia kobiety uczynić człowieka całkowicie niesamodzielnego, praktycznie ubezwłasnowolnionego… Jeśli w coś wtedy wierzyłam, to w twoją wytrwałość i waleczność. Bywało, że szłaś w życiu na skróty, ale w sprawach naprawdę ważnych mobilizowałaś się i udowadniałaś całemu światu, że niełatwo cię zniechęcić, a jeszcze trudniej pokonać. Niemniej strach o twoje życie co rusz podnosił głowę…

Wciąż walczyłam z uczuciami, których nie mogłam okazywać, żeby nie rozkleić się całkowicie. Czułam na plecach niecierpliwe posapywanie Histerii. Była zawsze w pobliżu, zawsze gotowa: w blokach startowych od świtu do świtu. Może dlatego nie mogłam spać.

Nie chciałam tkwić w tym szpitalu, w obcym kraju, czekając na najgorsze.

Nie wyobrażałam sobie, żeby być gdzie indziej.

Tęskniłam za wszystkim i wszystkimi, których pozbawiła mnie twoja choroba.

Ale za tobą tęskniłam najbardziej…

Tymczasem ty, w krótkich chwilach powrotu świadomości, walczyłaś na ile mogłaś. Zaczęłaś nieco poruszać ramieniem — już nie tylko dłonią. Zginałaś je w łokciu. No i wciąż usiłowałaś ściskać mi rękę, ale nadal bez skutku. Zgodnie z moją prośbą napinałaś wiotkie i rozluźniałaś zbyt napięte mięśnie, które ci wskazywałam. Wreszcie byłaś też w stanie wykonać twierdzący ruch głową, dzięki czemu nie musieliśmy oglądać twojego języka. Co jakiś czas próbowałaś poruszyć się cała, dlatego dosłownie z godziny na godzinę mogłam zaobserwować, jak mobilizacja wszystkich mięśni przynosi subtelne, tak długo oczekiwane efekty. Trochę nawet zaczęłaś odksztuszać wydzielinę zalegającą w oskrzelach. Brzuch jednak nadal budził niepokój.

— Naprawdę nie ma na to rady? — zapytał Rudy dyplomatycznie, bo przecież nie sposób pouczać lekarzy jak powinni postępować. — Dlaczego tak się dzieje?

— W jamie brzusznej zbiera się płyn w związku z niewydolnością trzustki. Mamy nadzieję, że to przejściowe, dlatego nie wykonujemy drenażu.

Patrzyliśmy na siebie z Rudym porozumiewawczo. Tak samo wyjaśniał to przecież Viktor, ale tam gdzie on widział wskazanie do działania, tutejsi medycy woleli poprzestać na nadziei, że… choroba sama minie, a wraz z nią objawy, które — w mojej ocenie — pogarszały jednak twój stan. Znów podjęto dializę.

Byłaś coraz częściej i coraz bardziej świadoma. Któregoś dnia zastałam cię płaczącą „na sucho” i bezgłośnie. Twoja twarz wyrażała takie uczucia, dla których łzy były chyba zbyt pospolitym środkiem wyrazu. Tylko tak mogę wytłumaczyć ich nieobecność. Wiedziałam, że masz wszystkiego dość, choć nie wydarzyło się nic szczególnie przykrego: właśnie zostałaś umyta i wygodnie ułożona w czystej pościeli. Myślę, że konieczność poddawania się takim zabiegom — bez wpływu choćby na czas i sposób ich wykonywania — mogłaś odbierać jako dotkliwe ograniczenie wolności. Ograniczenie, które już zbyt długo szło w parze z cierpieniem i strachem.

Tego samego dnia zapadła wreszcie decyzja o zainstalowaniu drenu. Od tej chwili miałaś w ciele 7 rurek. Niektóre były przyszyte do skóry. Wiedziałam, że cierpisz niewygodę, ból, skrępowanie, i złościsz się, że tak długo to trwa. Ciężko było na ciebie patrzeć — w oczach miałaś milion pytań, na które nikt nie znał odpowiedzi, wciąż nie mogłaś uwierzyć, że ciało cię nie słucha, obcy ludzie decydowali o każdej minucie twojego życia, zaś wspomnienie o Różyczce wywoływało grymas bólu i tęsknoty, a każde rozstanie — choćby tylko na chwilę — budziło niepokój.

Nie sposób było nie wspominać jak trzydzieści lat temu zasypiałaś ukołysana dźwiękiem mojego głosu. Tak, jak teraz twoja córeczka. Kiedy śpiewałam jej te same piosenki albo ułożone na poczekaniu rymowanki, połykam łzy i szeptałam: „Nic się nie martw, przecież w końcu ta twoja mama wróci…”.

W najtrudniejszych chwilach wymienialiśmy imiona osób, które cię pozdrawiają i wciąż dopytują o twoje zdrowie… Zawsze wtedy się rozpogadzałaś. Miałam wrażenie, że tego rodzaju wsparcie dodaje ci sił, uskrzydla. Nie chciałaś jednak, żeby cię odwiedzano. Spośród wielu przyjaciół wyraziłaś zgodę na wizytę zaledwie dwojga. Zapytałam dlaczego, a po żmudnych zgadywankach otrzymałam mniej więcej taką odpowiedź:

— BO NIE WIEDZĄ CO ZOBACZĄ! JA TEŻ NIE WIEM. DAJCIE MI CHWILĘ: OGARNĘ SIĘ I BĘDĘ PRZYJMOWAĆ GOŚCI!

— Świetny plan! — wtrącił Rudy. — Najlepiej już w domu!

Przyzwyczaiłaś nas, że przynajmniej od czasu do czasu jesteśmy z tobą w kontakcie, ale przyszedł dzień, że przez wiele godzin nie mogłaś się do nas przebić. Jakbyśmy się cofnęli o kilkanaście dni. Widziałam, że się starasz, lecz coś było nie tak.

Kiedy dr Debora stanęła w progu sali, żeby zaprosić mnie i Rudego na pogawędkę, miałam pewność, że nie ma dla nas dobrych wieści.

— Rana pooperacyjna nie goi się najlepiej. Możliwe, że wdała się infekcja, stąd osłabienie i podwyższona temperatura.

To dość znamienne, że w takich chwilach, jakby zawsze na nowo przeżywałam rozpacz, zaskoczenie i rozczarowanie rozwojem sytuacji. Jakbym nie potrafiła powiedzieć sobie stanowczo, że nadzieja nadzieją, ale… Po prostu — nawet jeśli na zewnątrz przyjmowałam postawę gotowej na wszystko — mój scenariusz nie uwzględniał niekorzystnego obrotu sprawy i już.

— …źrenice nadal nie reagują na światło — kontynuowała lekarka. — Na razie przerwaliśmy drenaż jamy brzusznej i pobraliśmy próbkę płynu, w którym nie stwierdziliśmy zakażenia. Dlatego podejrzewamy, że źródłem infekcji może być rana pocesarkowa.

Milczeliśmy. Coś nie działa… na razie czegoś nie robią… coś podejrzewają… — o co jeszcze można było zapytać? Nagle poczułam bezsens dociekań. Nie chciałam już słuchać, że w zasadzie nie można nic zrobić tylko czekać. Przecież i tak czekaliśmy.

— Mam pytanie i prośbę… — powiedziała jeszcze Debora. — Czy wyrazicie zgodę na publikację tego przypadku w prasie medycznej? Jest jedyny w swoim rodzaju. Coś takiego jeszcze nikomu się nie zdarzyło. Opublikowanie takiego materiału zwiększa jej szansę, bo ktoś może mieć pomysł, na jaki jeszcze nie wpadliśmy. Warto też pomyśleć o innych pacjentach: artykuł może być pomocny w podobnych przypadkach, jeśli zdarzą się w przyszłości. Czy weźmiecie to pod rozwagę? — pytanie skierowała do nas obojga. Najwyraźniej uznała, że Rudy nie podejmie decyzji samodzielnie. To oczywiście nie oznacza, że moja obecność cokolwiek mu ułatwiała.

Wiedzieliśmy, że Debora robi jakąś specjalizację, może byłaś tylko kluczem do jej kariery? Nie byliśmy w stanie przejrzeć jej intencji, ale czy mogliśmy odmówić? Patrzyliśmy po sobie bezradnie. Nikt nie wie jak zachować się w takiej sytuacji.

— Jest szansa, że to zagwarantuje lepszą opiekę, odważniejsze decyzje i większe nakłady finansowe — myślałam na głos.

— A może narazimy ją tylko na dodatkowe badania i zabiegi, a co za tym idzie, cierpienie lub co najmniej dyskomfort w imię nauki? Kto wie do czego może się posunąć autor pracy, aby osiągnąć sukces, rozgłos czy awans? — zastanawiał się Rudy.

— Myślę, że jednak będą się starać bardziej, bo z chwilą publikacji wszyscy zaczną im się przyglądać. To dobra motywacja.

— Coś w tym jest… ale… nigdy nie wiesz… — zamyślił się Rudy, po czym zwrócił się do Debory: — Czy nasza zgoda nie zrobi z niej królika doświadczalnego? Czy nie wydłuży pobytu w szpitalu?

— Oczywiście, że nie! — odparła natychmiast lekarka.

Patrzyła na nas wzrokiem człowieka, który nie tylko nie popełnił nigdy błędu, ale też — czy macie jakieś wątpliwości? — nigdy nie postąpił nieetycznie. Poczułam się stara, zbyt stara, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że nie jestem w stanie zweryfikować ani tego spojrzenia, ani tego, co się wydarzy niezależnie od naszej decyzji.

Przyjęłam wszystko do wiadomości i kolejny raz wróciłam do ciebie z poczuciem pustki i bezradności, która mnie przerastała. Wciąż nie mogłam się oswoić z tym nieznośnym doznaniem. Zwykle każdemu problemowi stawiałam czoła, opracowywałam strategie, myślałam o ludziach, do których warto zwrócić się o pomoc… Wtedy jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Absolutnie nic. Świadomość, że zbliża się coś, czego nie potrafię powstrzymać paraliżowała mnie, a przecież nie wolno było ci tego okazać, nawet należało demonstrować pogodę ducha, bo nic tak dobrze nie karmi nadziei jak odpowiednia postawa bliskich, prawda? Przecież im ufa się najbardziej. To ci, którzy nie są w stanie nas okłamać, bo gdyby było bardzo źle, nie umieliby ukryć rozpaczy i przerażenia. Nie wiedziałam oczywiście, czy myślałaś takimi kategoriami, ale wydawało mi się, że ja bym tak myślała. Czerpałabym otuchę na podstawie zachowania tych, którzy mnie kochają.

Byłabym w błędzie.

Możliwe, że właśnie najbliżsi grają najlepiej. A może tylko my byliśmy tacy zdolni? Tak czy inaczej byłam pełna podziwu: zachowując się naprawdę bardzo naturalnie, wspięliśmy się na szczyt sztuki aktorskiej.

Byłam przy tobie, trzymałam za rękę i czasem coś mówiłam, kiedy miałam wrażenie, że tego potrzebujesz. Temperatura rosła, oddychałaś z coraz większym trudem, to znaczy miałam wrażenie, że respirator nie ułatwia ci tego tak jak jeszcze niedawno. Spojrzałam na monitor dopiero, gdy odezwał się alarm. Ciśnienie spadło nieprawdopodobnie, a tętno ustało! Straciłaś oddech. Prawie natychmiast w sali zebrała się ekipa ratunkowa. Każdy wiedział co ma robić i nikt nie podnosił głosu.

Poproszono, żebym wyszła. Stanęłam nieopodal drzwi. W polu widzenia miałam boksy z pacjentami, poprzedzielane kotarami. Pielęgniarki, które się nimi opiekowały, pobiegły ratować ciebie, powierzając swoje zadania „koleżankom z sąsiedztwa”.

Nie płakałam i nie załamywałam rąk. Tyle mógł widzieć postronny obserwator. Tak naprawdę stałam tam oniemiała i zdruzgotana. „Więc to tak? — myślałam. — Bez uprzedzenia, bez pożegnania, bez walki?!” Miałam wrażenie, że sama zaraz przestanę oddychać. Nadal nie mogłam płakać, choć byłam przekonana, że łzy są lepsze niż ten stan pomiędzy przerażeniem i rozpaczą a — zupełnie niepojętym — poczuciem klęski.

Ktoś podsunął mi krzesło. Nie chciałam siadać, ale kiedy to zrobiłam, zrozumiałam, że dobrze oceniono moją kondycję: odniosłam wrażenie, że ziemia kołysze się lekko.

Rudy nadszedł, kiedy sytuacja została już opanowana, ale chciał wiedzieć, co się właściwie wydarzyło. Otrzymał odpowiedzi, które niewiele wyjaśniły:

— Twoja żona jest po prostu odwodniona, stąd ten epizod — oświecił nas jeden z medyków.

— Stwierdziliśmy bardzo niski poziom hemoglobiny — powiedział inny.

— Przez dializę straciła mniej więcej litr krwi. Rozpoczęliśmy transfuzję…

Wszystkie informacje były podane prawie jednocześnie i miałam wrażenie, że nie są dostatecznie spójne. Jakby każdy miał swoją wersję. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że lekarze wciąż zgadują i eksperymentują, balansując na cienkiej krawędzi pomiędzy życiem i śmiercią.

Twoim życiem.

Twoją…

Niektórych słów nie wymawiałam nawet w myślach.

Następnego dnia, być może dzięki transfuzji, byłaś znacznie silniejsza. Założono ortezy, które miały utrzymać dłonie w anatomicznej pozycji i ochronić zginacze palców i nadgarstki przed przykurczami. Minęły już dwa tygodnie od udaru, rehabilitacja powinna się rozpocząć natychmiast, ale może wtedy oceniano, że nie masz szans na przeżycie? Czy ortezy oznaczały, że twoje notowania zaczęły rosnąć? Chciałam w to wierzyć. Poprosiłam, żebyś uścisnęła moją dłoń. Bardzo, bardzo lekko, lekuchno zgięłaś palce i po raz pierwszy nie towarzyszyło temu drżenie ramion. Podniosło mnie to na duchu, a radość natychmiast udzieliła się tobie, bo rozjaśniłaś się tak, że oczy zaczęły sprawiać wrażenie bardziej przytomnych.

Nieco później pielęgniarka zaproponowała, żebyśmy kupili szampon i odżywkę do włosów. Ucieszyłam się ogromnie, bo pomyślałam, że nie może być bardzo źle, skoro ktoś myśli o tak prozaicznych rzeczach jak kondycja twoich włosów. Inna sprawa, że po dwóch tygodniach były bardzo zaniedbane — miałam wrażenie, że rozpoczął się proces samoistnego tworzenia się dredów… Walczyliśmy z nimi ponad półtorej godziny. Pielęgniarka poddała się wreszcie i — choć wcześniej nie było mowy, żebym w czymś mogła pomóc — zapytała, czy chcę zająć się suszeniem i rozczesywaniem. Trzeba przyznać, że nawet lekko współpracowałaś: przechylałaś głowę, żeby strumień powietrza dotarł gdzie trzeba. Często krzywiłaś się z bólu i zniecierpliwienia, gdy byłam zbyt nieuważna. Kiedy wreszcie znowu stałaś się zadbaną kobietą o puszystych, pachnących włosach, w drzwiach stanął doktor — nomen omen — Hairfur.

— Och, pięknie dziś wyglądasz! — zawołał od progu. Spojrzał na Rudego z uśmiechem i dodał: — Myślę, że już czas na odwiedziny córeczki. Co wy na to?

Zmarszczyłaś brwi, jakbyś nie zrozumiała co mówi albo nie mogła w to uwierzyć. Niespodziewanie głos zabrała pielęgniarka:

— Uważam, że to zły pomysł. Dziecko jest bardzo malutkie, wizyta w szpitalu stanowi zagrożenie dla noworodka!

— A to dlaczego? — lekarz z wyraźnym zainteresowaniem czekał na jej argumenty.

— Bo to Intensywna Terapia. Tu leżą ciężko chorzy ludzie. Pełno tu różnych bakcyli!

Dr Hairfur rozejrzał się czujnie i podejrzliwie.

— Nie widzę żadnych robaków — szepnął teatralnie, a głośno powiedział: — Przyjeżdżajcie jutro z małą. Korzyści są większe niż zagrożenie.

— Ale tylko na 15 minut! — uściśliła pielęgniarka. — Nadal uważam, że dziecko nie powinno mieć wstępu na ten oddział.

— Ale na szczęście ja tu jestem szefem — uśmiechnął się przekornie Hairfur. — Przyjeżdżajcie. Sami wyczujecie jak długo powinna trwać wizyta.

Pożegnał się serdecznie i poszedł uszczęśliwiać kolejnych pacjentów.

— Nie pozwolę na więcej niż 15 minut! — mruknęła pielęgniarka.

To był kolejny dzień bez dializy, ale okazało się, że nie ma powodu do radości, bo nerki wciąż produkują za mało moczu i trzeba będzie do niej wrócić. Nadal nie było obaw o zakażenie płynu w jamie brzusznej, za to badanie próbek z rany pooperacyjnej przeciągało się ponad miarę.

— To dobry znak — uspokajał nas jakiś optymista. — Badanie nie było robione na cito, a brak pośpiechu świadczy o tym, że wykonywano je na wszelki wypadek. Spójrzcie: jest stabilna, ciśnienie w normie, temperatura tylko nieznacznie podwyższona… Nie trzeba się niepokoić na zapas.

Chciałam pójść za tą radą, ale już nie umiałam. Bałam się cieszyć, bałam się nawet oddychać swobodniej.

Przywieźliśmy Różyczkę.

Twoja twarz — która przecież w tym czasie, delikatnie mówiąc, nie szastała mimiką — wyrażała uniesienie. Nie znajduję trafniejszego określenia. Jakbyś miała za chwilę dotknąć samego Boga… Położyliśmy malutką tak blisko jak to było możliwe, a na jej ciałku twoją bezwładną rękę. Nie czułaś jej dłonią, nie widziałaś, ale wiedziałaś, że jest. Nie próbowałaś otwierać oczu. Można było pomyśleć, że śpisz, ale tak naprawdę byłaś wtedy w swoim świecie.

I zaprosiłaś tam tylko swoją córeczkę.

Zrobiłam kilka zdjęć, choć musiałam się liczyć z tym, że nigdy ich nie zobaczysz. Lekarze nie byli w stanie określić jak duże i jak trwałe jest uszkodzenie nerwu wzrokowego. Mówili tylko o podejrzeniach, ostrożnie szacowali skutki, próbowali nas przygotować na najgorsze, nie pozbawiając jednak nadziei… Byłam zła. Po co komu taka informacja — niepewna i zwodnicza? Już wolałam poczekać, aż rzeczywistość sama się określi. Przecież w końcu musi.

Rudy pochylił się nad wami i coś do ciebie szeptał. Poruszająca scena. Jedna z tych, które zapadają w pamięć na zawsze. Nagle zorientowałam się, że macie sporą widownię: mniej lub bardziej dyskretnie do sali zaglądały pielęgniarki i ich asystentki, zaś lekarze pojawiali się niby przypadkiem — wielu musiało akurat teraz skontrolować parametry…

Spojrzałam porozumiewawczo na mamę Rudego.

— Chyba ktoś tu potrzebuje chwili intymności.

Wyszłyśmy z sali w taki sposób, że słowa okazały się niepotrzebne. Zostaliście sami.

Kiedy wizyta dobiegła końca, byłaś spokojna, opanowana, ale i zmęczona. Parametry, oprócz temperatury, która nieznacznie wzrosła, wreszcie zbliżyły się do oczekiwanej normy.

— Żeby jeszcze nerki wzięły się do roboty! — westchnął Rudy. Pielęgniarka właśnie mu wytłumaczyła, że 25 ml/h to zbyt mało, mile widziane byłoby chociaż 30

Ja jednak byłam zadowolona. Nawet oddech nie sprawiał ci trudności. Miałaś — chyba po raz pierwszy — pogodny wyraz twarzy. Ścisnęłam twoją dłoń, oddałaś uścisk, po czym poruszyłaś lekko palcami, jakbyś mi chciała pokazać, że zaczęły cię słuchać. Zaraz potem pogrążyłaś się w bardzo długim, spokojnym śnie. Obudziłaś się w tak dobrej formie, że pozwoliłaś na masaż i rozruszanie stóp i dłoni. Stwierdziłam, że ścięgno Achillesa jest w przykurczu, ale łatwo poddało się zabiegowi, co zauważalnie zmniejszyło obrzęk nóg. Moje działania sprawiały ci ból, ale nie chciałaś, żebym przestała. Wreszcie zaczęłaś odczuwać wyraźną ulgę, a co najważniejsze, okazało się, że w tym czasie nerki wyprodukowały 50 ml moczu. Cóż za piękny widok! Wiedziałam, że to i tak nie uchroni cię przed kolejnym cyklem dializy, ale przez chwilę miałam poczucie, że mogę ci jakoś pomóc, ulżyć, że moja obecność może mieć sens. Nie czarujmy się: bardzo tego potrzebowałam.

Nic dziwnego, że kiedy kilka godzin później opuszczaliśmy szpital, byliśmy w znacznie lepszych nastrojach. Rudy w tak dobrym, że poczuł głód i postanowił zrobić hamburgery. Tak, jedliśmy je już po północy.

Kolejnego ranka przywitałaś nas tak pogodnie, że gdyby Nadzieja była psem, zaczęłaby merdać ogonkiem…

— Widzę, że pozdrowienia z całego świata zaczęły odnosić skutek! — stwierdziłam.

Zmarszczyłaś brwi pytająco.

— Nie pamiętasz? Wciąż powtarzam, ile osób trzyma za ciebie kciuki, na ile maili i SMS-ów muszę odpowiadać… — zaczęłam wymieniać naszych przyjaciół i znajomych, streszczając ich wiadomości. — To miłe, że tak się przejmują, prawda?

TAK.

Poruszyłaś ustami, zwracając głowę w moją stronę.

— Chcesz coś powiedzieć?

TAK.

— Nam?

NIE.

— Pielęgniarce?

NIE!

— Tym, o których mówiłam?

TAK, TAK.

— OK. Co chcesz powiedzieć?

Uśmiechnęłaś się tylko. Wieczorem poinformowałam wszystkich, że ich pozdrawiasz i jesteś wdzięczna za wsparcie.

Potem było już trudniej o tematy, które można przy tobie poruszać bez obaw. Wbrew pozorom niełatwo było znaleźć taki, który by cię nie zasmucił, nie zirytował albo nie przestraszył. Miałam też problem z oceną twoich możliwości intelektualnych — nie wiedziałam jak szybko i jak trafnie analizujesz otrzymane komunikaty. Trudno mi było zwracać się tylko do Rudego tak, jakby cię nie było, a świadomość, że i tak nie możesz brać udziału w dyskusji, wcale nie pomagała. Liczyłam się z tym, że możemy ci sprawić przykrość i nawet się nie zorientujemy. Poza tym zwyczajnie nie miałam nastroju: martwiłam się i byłam zmęczona. Próbowaliśmy trochę żartować, ale spis tematów ze zbioru „Niewykluczone, że zabawne” szybko się wyczerpał.

Poprosiłaś, żebym poczytała książkę, ale nie miałam przy sobie jakiejś szczególnie porywającej lektury. To jednak było ci obojętne, chciałaś tylko słyszeć mój głos i czuć bliskość Rudego.

Przyszedł czas na zmianę opatrunku na brzuchu. Zabieg rozpoczął się od takiego ustawienia łóżka, że leżałaś zupełnie płasko. Wtedy przekonałam się, jaki wpływ ma ułożenie ciała na cały twój organizm: tętno przyspieszyło do 160 uderzeń, a oddech do 52 na minutę, temperatura wzrosła do prawie 40 stopni. Była to normalna reakcja związana z przemieszczeniem i zmianą ciśnienia dużej ilości płynu w jamie brzusznej. Zresztą przez ten płyn nie można było również odłączyć respiratora, bo wykonanie pełnego wdechu było niemożliwe ze względu na ucisk od strony brzucha. Inaczej mówiąc, gdyby respirator nie wspomagał twojego oddechu, niemożliwe byłoby wypełnienie wszystkich pęcherzyków płucnych, co szybko doprowadziłoby do niedotlenienia narządów. Wykorzystałam okazję, żeby rzucić okiem na ranę pocesarkową i — bez dyplomu chirurga! — domyśliłam się, że nie jest dobrze. Rana sączyła się i moim zdaniem nie miała szans na zagojenie ze względu na powiększenie brzucha. Aż dziwne, że nie skarżyłaś się na ból.

Potrzebowałaś dwóch godzin, żeby wszystko wróciło do normy. Przespałaś kolejne trzy, po czym obudziłaś się w świetnej formie. Nawet próbowałaś mówić! Rudy pochylił się nad tobą i po chwili stwierdził, że prosisz o zmianę pozycji. Nie mogłam uwierzyć. Musiałam sprawdzić.

— Powiedz coś. Na przykład „cześć” — poprosiłam.

— CZEŚĆ — wyszeptałaś cichusieńko, ale nie miałam wątpliwości co słyszę.

— O kurczę! — ucieszyłam się. — Powiedz coś jeszcze, może mi się to śni?

— KOCHAM CIĘ SIOSTRA!

— No nareszcie! Nie mogłam się już doczekać, kiedy zaczniesz gadać!

…bo serce mi pęka przez te twoje bezgłośne łzy i milczące uśmiechy — dodałam w myślach.

Dr Debora musiała nas obserwować od jakiegoś czasu, bo gdy zauważyłam, że jest tuż obok i napotkałam jej spojrzenie, bardziej stwierdziła niż zapytała:

— Twoja mała siostrzyczka… Jak córka, prawda?

Skinęłam tylko głową.


Kolejny dzień rozpoczął się dość nerwowo. Byłaś marudna i niecierpliwa. Podczas zmiany pozycji z boku na bok nastąpiło przyspieszenie tętna, zaczęłaś się trząść, a twoje ręce zastygły w przykurczu, który upodobnił je do szponów. Ustaliliśmy, że nie czułaś lęku ani bólu. Za to temperatura wzrosła do ponad 40 stopni. Z braku lepszych pomysłów głaskałam cię po głowie. Czując chłód twojego czoła, nie mogłam uwierzyć, że resztę ciała dręczy gorączka. Kiedy paracetamol zaczął działać, zapadłaś w dłuższą, niespokojną drzemkę. To nie przerwało jednak bezustannej krzątaniny pielęgniarki, która zmieniała regularnie pozycję twojego ciała, odsysała wydzielinę z oskrzeli, sprawdzała parametry, przyglądała się wkłuciom, opróżniała worki i kontrolowała otaczający cię sprzęt.

Okazało się, że nawet w takich warunkach drzemka może zadziałać jak reset: znów miałaś więcej energii. Zaczęliśmy opracowywać prostszy sposób porozumiewania się. Postanowiliśmy, że zawsze trzeba najpierw ustalić, jakim językiem się posługujesz. Potem uczyliśmy się wsłuchiwać w twój szept. Nie robiłaś jednak spektakularnych postępów, my zresztą też nie… Trochę cię to zirytowało, bo zażądałaś, żebyśmy podali ci kartkę i coś do pisania, najlepiej kredkę. Czyli niby miałaś świadomość, że nie dasz rady pisać, jeśli będzie to wymagało użycia nawet niewielkiej siły, ale jednocześnie nie zdawałaś sobie sprawy, że pisanie wymaga czegoś więcej. Jeśli chodzi o możliwości twojej ręki, byłaś w stanie co najwyżej ugiąć ją lekko w łokciu i przesunąć dłoń i przedramię z materaca na brzuch. A i to nie zawsze. Jakże więc mogłaś marzyć o precyzyjnym ruchu dłoni i palców? Próbowałam ci to uświadomić, ale najwidoczniej byłam niewiarygodna, bo jednak chciałaś się przekonać sama. Obserwując daremną walkę, gorączkowo szukałam innego sposobu, który pomoże nam w kontakcie i odwróci twoją uwagę od analizowania własnych ograniczeń. Wpadłam na pomysł, że w odpowiednim tempie będę wymawiać kolejne litery alfabetu, a ty zareagujesz, gdy podam właściwą.

Pierwsze zdanie poszło dość łatwo:

BARDZO WAS KOCHAM.

Nudziara!

Drugie stanowiło pewne wyzwanie:

NIE CZUJĘ…

Wyglądało na to, że kolejne słowo miało się zaczynać na „g”, ale wydawało mi się to bez sensu. Bo czego na „g” mogłaś nie czuć? Gnatów? Rudy miał lepszą intuicję:

— Grawitacji?

TAK! — ucieszyłaś się. Nie wiem jak na to wpadł! Byłam pełna podziwu.

Okazało się, że od początku niepokoiło cię, że nie czujesz ciężaru własnego ciała i nie wiesz, w jakiej pozycji leżysz. Wyjaśniłam, że to uczucie może mieć wiele przyczyn. Osłabienie i niemożność wzrokowego ustalenia swojej pozycji względem konkretnych punktów odniesienia, to jedno, a drugie, to fakt, że leżałaś na materacu przeciwodleżynowym, którego komory wypełniały się naprzemiennie, delikatnie masując twoje plecy. Mogłaś mieć wrażenie, że jesteś zawieszona w przestrzeni. Uśmiechnęłaś się z wyraźną ulgą.

Taki sposób porozumiewania okazał się jednak żmudny i czasochłonny.

— To może najpierw ustalmy czy chodzi o literę z początku, czy z końca alfabetu? — zaproponował Rudy.

OK

— Ale gdzie kończy się początek, a zaczyna koniec? Oto jest pytanie!

— Wobec tego spróbujmy podzielić alfabet na, powiedzmy, trzy części…

— A-H, I-O, P-Z? — zapytałam, choć bałam się, że to wymaga od ciebie zbyt wielkiego wysiłku. Nie doceniłam cię. Poszło świetnie: bez problemu ustalaliśmy, w której części alfabetu mamy gmerać, a potem czy chodzi o samogłoskę. Byliśmy naprawdę bardzo kreatywni!

Po jakimś czasie i to okazało się zbyt męczące. W miarę twojego znużenia taki sposób komunikacji zaczął irytować nas wszystkich. I wtedy przyszedł mi do głowy nowy pomysł:

— A może spróbuj wymawiać pojedyncze głoski? Może pójdzie nam łatwiej niż z całymi słowami?

Bingo! Już bez problemu ustaliliśmy harmonogram reszty dnia: najpierw czytam, potem prosimy pielęgniarkę, żeby cię ułożyła na lewym boku i się żegnamy. Dowiedzieliśmy się też, że bardzo cię niepokoiło i przygnębiało każde nasze pożegnanie, bo nie wiedziałaś jaka jest pora dnia i jak długo będziesz musiała na nas czekać: minuty, godziny, całą noc? Nareszcie więc wyjaśniliśmy sobie wszystko i po raz pierwszy zostawiliśmy cię spokojni, że nie obudzisz się przerażona i zagubiona, bez możliwości uzyskania informacji. Przecież nikt z personelu nie rozumiał co próbujesz powiedzieć. Myślę, że większość nawet nie wierzyła, że jesteś przy zdrowych zmysłach…

Rano potrzebowałaś okładów z lodu, kocyk chłodzący nie wystarczał. Wykonano tomografię, która miała wyjaśnić, dlaczego trawi cię tak wysoka gorączka. Organizm wyraźnie nie radził sobie z jakąś infekcją, mimo że już trzecią dobę podawano antybiotyk. Znów zamajaczyło widmo sepsy.

— CZY MOŻESZ MI ROZMASOWAĆ I POĆWICZYĆ NOGI? — zapytałaś, gdy paracetamol na chwilę pozwolił zapomnieć o gorączce.

Stopy miałaś wiotkie i obrzmiałe. Po zabiegu zaczęłaś lekko zginać lewą, zaś w prawej mogłaś poruszyć palcami. Różnicę dało się zauważyć także pomiędzy lewą i prawą ręką. Na korzyść lewej, w której siła uścisku wzrastała z dnia na dzień.

Do sali wszedł dr Heron. Już wcześniej zauważyłam, że zawsze był tak samo wyważony, konkretny, poprawny. Zawsze. Jakby ćwiczył przed lustrem albo jakby go zaprogramowano. Możliwe, że ten sposób bycia zakładał na siebie jak fartuch przed rozpoczęciem pracy.

Nie zrażało go nawet nasze wymowne zdziwienie, którego nie mogliśmy ukryć zwłaszcza na początku rozmowy. Zaczął bowiem dość niefortunnie:

— W ostatnim czasie rzadko tu zaglądałem, ale czytałem raporty… Czy macie jakieś pytania?

Pomyślałam, że jesteśmy na dobrej drodze do leczenia korespondencyjnego. Byliśmy niezwykle ciekawi, jak twoje zdrowie zaistniało w raportach, dlatego Rudy rzucił na początek:

— W takim razie chcielibyśmy poznać szczegóły związane z udarem.

— To akurat może być trudne, bo… nie jestem neurologiem.

Nie dziw się więc, że wszystko co powiedział potem, przyjmowaliśmy z pewną rezerwą. Nie był specjalistą w żadnej dziedzinie, mimo to wykluczył zapalenie wsierdzia, pocieszył, że nie grozi ci sepsa, zawyrokował, że dializa jest niezbędna, bo nerki nie dadzą sobie rady z taką ilością płynu oraz zapowiedział drenaż brzucha pod kontrolą usg i podjęcie próby żywienia dojelitowego… Dodał jeszcze, że nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy odzyskasz wzrok, a rana pooperacyjna jest lekko zainfekowana, ale wewnętrzne warstwy zrastają się dobrze, no i że ginekolodzy nie stwierdzili żadnych komplikacji związanych z połogiem. Zgadłaś: nie był też ginekologiem ani okulistą. Nie wiem dlaczego miał opory w przekazywaniu wiedzy zaczerpniętej z dokumentów akurat w przypadku udaru…

Rehabilitantka przyniosła i pokazała jak zakładać ortezy — sztywne, czarne łupki przytrzymywane rzepami, które miały chronić stopy odwykłe od ruchu i dźwigania ciężaru ciała. Rudy śmiał się, że masz niezwykle seksowne szpilki. Bardzo często wszystko obracał w żart. Nawet gdy się złościł, robił to tak, że po prostu cię to bawiło. Dość łatwo wchodziłam w tę konwencję. Możliwe że dzięki temu było lżej, jakby jaśniej, mniej strasznie.

…ale — ponieważ Prawo Murphy’ego nigdy nie śpi — otrzymałam informację, że Miłosz trafił do szpitala. To była prawdopodobnie kolejna fala rotawirusa, który szalał przed moim wyjazdem. Po ciężkiej nocy mały był tak słaby, że tata musiał go zanieść do samochodu. W szpitalu od razu podłączono kroplówkę. Wobec tego co przechodziłaś, wszystko było nieważne albo banalne. Wszystko, oprócz choroby mojego dziecka… Nie chciałam i nie nadawałam jej rangi wyższej niż należało, nie wpadłam też w histerię, tylko zwyczajnie, po matczynemu, było mi ciężko, że nie mogę mu towarzyszyć…

Chciałam wtedy być w dwóch miejscach na raz. I to takich, gdzie nie chciałam być. Skomplikowane, co?

Tymczasem poranna tomografia wykazała, że płyn jest zamknięty w kilku komorach, które należy precyzyjnie opróżnić, wprowadzając dreny. Jedna z komór była usytuowana w okolicach miednicy. Stwierdzono, że zalegający tam płyn w dużej mierze składa się z krwi, prawdopodobnie połogowej, która zaczęła się rozkładać i stała się źródłem infekcji. Druga opcja: problemem jest jednak wewnętrzna strona rany pooperacyjnej.

Zapadła decyzja o operacji. Dopiero teraz przypomniała mi się rozmowa z lekarzem sprzed tygodnia: jego obawy o to, że może się wywiązać infekcja, i słowa: „jeśli to przeżyje…”. Osłabiona gorączką, obłożona lodem, zapadłaś w drzemkę, a kiedy się z niej przebudziłaś, zapytałaś:

— TO DZIŚ TA OPERACJA?

Potwierdziłam, a ty zrobiłaś taką minę, jakbyś zaraz miała się rozpłakać. Pomimo ściśniętego gardła przekonywałam pogodnym tonem:

— Tak naprawdę trzeba się cieszyć. Pomyśl: dziś mijają trzy tygodnie jak tu jesteś i aż do teraz nie bardzo było wiadomo co się dzieje. Nareszcie wiedzą i mają na to sposób. Od tej chwili będziesz wracała do zdrowia!

Rozjaśniłaś się wreszcie, a ja postanowiłam zmienić temat. Podałam datę i zapytałam:

— Pamiętasz czyje dziś urodziny?

— TAK, NASZEGO BRATANKA!

— Chcesz mu czegoś życzyć?

— TAK: ŻONY! — odparłaś bez namysłu i uśmiechnęłaś się całą sobą. Gdyby cię widział, nie miałby wątpliwości jak szczere i przemyślane to było życzenie. Bardzo dużo mówiło o waszej bliskiej, niemal siostrzano-braterskiej relacji.

— DZIWNA TA NASZA RODZINA — wyszeptałaś. — TY DLA MNIE JAK MATKA, A BRATANEK JAK BRAT. TAK TO JEST KIEDY RODZICE ZACZYNAJĄ WCZEŚNIE, A KOŃCZĄ PÓŹNO…

Przyznam, że jak na człowieka w bardzo nieciekawej sytuacji zdrowotnej, miałaś zaskakująco trafne przemyślenia!

Tak właśnie mijał nam czas oczekiwania na operację i przygotowań do transportu na salę operacyjną. A trwało to naprawdę długo. Byłaś podpięta do tylu urządzeń i tak wrażliwa na ruch i dotyk, że obchodzono się z tobą jak z jajkiem. Przez salę przewinęło się mnóstwo ludzi. Każdy wykonywał swoje zadanie tak, żeby nie przeszkadzać innym i — o dziwo — moja i Rudego obecność nie zawadzała nikomu. Gawędziliśmy od niechcenia i żartowaliśmy do ostatniej chwili. Dosłownie: uśmiechałaś się jeszcze na progu bloku operacyjnego, kiedy zacytowałam Osła ze „Shreka”:

— Pamiętaj: iść prosto i nie patrzeć w dół!

Kiedy drzwi się zamknęły, nie było mi już tak wesoło.

Operacja trwała ponad trzy godziny. Rozcięto ponownie ranę pocesarkową, usunięto to, co było prawdopodobnie przyczyną infekcji i założono trzy dreny. Od tej chwili z życiem łączyło cię w sumie dziewięć rurek. Czekaliśmy, aż się obudzisz po narkozie, żebyś się upewniła, że wszystko jest w porządku. Bałam się, że zechcesz nas zatrzymać na dłużej. Tymczasem ucieszyłaś się ogromnie, że jesteśmy i z zaskakującym zrozumieniem podeszłaś do tego, że i my potrzebujemy jakiejś regeneracji po tak ciężkim dniu.

Wszystko wskazywało na to, że operacja się powiodła. Temperatura nie przekraczała 38 stopni, byłaś słaba, ale kto jest silny w takich okolicznościach? Dreny spełniały swoje zadanie: obwód brzucha zmniejszył się nieco i to było najważniejsze. Pielęgniarka zapytała, czy zawsze byłaś tak cierpliwym i zrównoważonym człowiekiem. Twierdziła, że jesteś doskonałą pacjentką.

Jej słowa przywołały wspomnienia sprzed ponad dwudziestu paru lat, kiedy jako sześcio-, może siedmioletnia dziewczynka trafiłaś do szpitala. Na przemian z Mamą odwiedzałam cię najczęściej jak się dało, choć miałam z tym spory problem: nie mieszkałam już w twoim mieście i byłam matką dwójki małych dzieci, jedno karmiłam jeszcze piersią. Cieszyłaś się, że dojechałam, opowiadałaś, co się wydarzyło podczas mojej nieobecności, tuliłaś się, dziękowałaś za drobiazgi, które ci przywoziłam, a kiedy przychodził czas rozstania, kiwałaś głową na znak, że wszystko rozumiesz i obiecywałaś być dzielna. I byłaś — lekarki i pielęgniarki były co do tego zgodne. Nie mogły się nadziwić, że poddajesz się badaniom i nie histeryzujesz po Mamy lub moim wyjściu. Jak na takiego malucha nadzwyczaj dobrze rozumiałaś sytuację.

A tak na marginesie… Do dziś nie mogę uwierzyć, że były czasy, kiedy rodzice nie mogli być przy swoich dzieciach w szpitalu — w chorobie, bólu i strachu, wtedy kiedy byli potrzebni najbardziej. Jak to możliwe, że się na to godziliśmy?!

Po południu wróciła czterdziestostopniowa gorączka. Pielęgniarka położyła kocyk chłodzący. Poprosiłaś, żeby wyłączyła nawiew i nie mogłaś jej wybaczyć odmowy… Dygotałaś. Myślę, że miałaś jakieś omamy, bo nie mogliśmy z tobą nawiązać normalnego kontaktu. Wtedy odkryłam, że w takich sytuacjach wystarczy tylko być. Spokojny głos i ewentualnie delikatne głaski działały najlepiej…

Po trzech godzinach otworzyłaś oczy i… miałam wrażenie, że skupiasz wzrok na swoim mężu. Zaczęłaś coś mówić, więc pochylił się, żeby rozpoznawać pojedyncze dźwięki.

— WIDZĘ TWÓJ CIEŃ! — oznajmiłaś.

— Tylko tyle? — zapytał Rudy.

— AŻ TYLE! MOGĘ ROZPOZNAĆ, CZY KTOŚ SIĘ ZBLIŻA CZY ODCHODZI. ALE NIE WIDZĘ KTO… TO JEST JAKBY… TYLKO CIEŃ NA CIENIU…

Oczywiście nie chciałam przyjąć do wiadomości, że straciłaś wzrok na zawsze, ale jednocześnie coś mi podpowiadało, że jeszcze za wcześnie na radość. Byłam na siebie zła za ten pesymizm.

Ponieważ gorączka nadal wracała, chirurdzy chcieli podać inny antybiotyk, ale nie zgodzili się na to toksykolodzy. Upierali się, że najpierw należy ustalić przyczynę wysypki, która pojawiła się na całym ciele. Podejrzewano leki, środek cieniujący stosowany w tomografii lub krew po transfuzji. Ich niepewność dezorientowała mnie i przerażała chyba bardziej niż twój stan. Skarżyłaś się na silny ból, dlatego zaproponowano morfinę, która uśmierzy go, ale uprzedzano, że wtedy będziesz dużo spała.

— Jeśli nie chcecie tracić z nią kontaktu, możemy się zastanowić nad inną terapią przeciwbólową — powiedział lekarz ku mojemu zdziwieniu. Nie mogłam pojąć, że twój komfort leży w naszych, nie twoich rękach. Czy to aby nie przesada?! Znacznie później dotarło do mnie, że chcieli dać nam czas. W przekonaniu, że nie masz go zbyt wiele…

A przecież, gdyby nie zatroskane miny lekarzy, myślałabym, że jest lepiej: brzuszek się zmniejszał, parametry coraz częściej były w normie, może nawet mogłabyś już samodzielnie oddychać? Wyglądałaś też coraz ładniej, coraz bardziej przypominałaś siebie sprzed ciąży, sprzed choroby. Wiele bym dała, żeby wiedzieć, co się dzieje wewnątrz twojego organizmu, co nie pozwala mu wrócić do zdrowia, wywołuje niepokój lekarzy… Wspominano, że poziom leukocytów waha się zagadkowo — potrafi wielokrotnie przekroczyć normę, a potem obniża się do wartości prawidłowych. Nie, nie miałam wrażenia, że lekarze udzielają takich informacji na odczepnego, licząc na ignorancję, która powstrzyma nas od zadawania pytań.

Pomimo bólu i morfiny, która jakoś kiepsko sobie z nim radziła, poprosiłaś, żeby opowiadać o małej. Wciąż zapominaliśmy o tym, że każda informacja związana z Różyczką jest tym, na co czekasz najbardziej, co cię na pewno zaciekawi i rozbawi. Maleńka była słodka i cudowna, ale im bardziej mnie zachwycała, tym większy był mój żal do Losu… To niezbyt mądre, ale chyba zrozumiałe? Niemniej Różyczka dostarczała codziennych radości i wzruszeń jak przystało niemowlęciu. W szpitalu — ty walcząca o życie, w domu zaś życie samo: niemożliwe do zignorowania, wszechobecne i oczywiste…

Nie ukrywam, że z każdym dniem było mi coraz ciężej, coraz bardziej tęskniłam za domem, a twój stan nie poprawiał się tak, żebym mogła spokojnie cię opuścić. Wszystkie sprawy, którymi żyłam do tej pory, zaczęły wydawać się dalekie i nieistotne. Jak się później okazało, tak właśnie myśleli wszyscy, którzy pytali o ciebie, ale nie chcieli zaprzątać mojej głowy „błahostkami”. Tymczasem brakowało mi tego: ludzi i spraw, które — tak naprawdę bardzo ważne i pilne — zostawiłam niedokończone. Zaczynałam się obawiać, że tak zostanie na zawsze.

Przygnębienie, strach, niepewność ani nawet tęsknota za własnym życiem nie były jedynymi uczuciami, które mi wtedy towarzyszyły. Z perspektywy odległości jaka nas dzieliła, zupełnie mimochodem, przyglądałam się swoim znajomym. Codziennie odkrywałam, kim są naprawdę, a właściwie kim ja dla nich jestem. Czasem zaskakiwała mnie czyjaś troska, innym razem — na szczęście rzadko — uświadamiałam sobie, że kontakt po prostu zamarł. Jakby komuś było nie po drodze z nieszczęściem, które wtargnęło w nasze życie. Jakby stwierdzili, że teraz i tak do niczego się nie nadam. Z pewnością mieli na to milion wyjaśnień. Możliwe, że przemawiała przez nich delikatność albo naprawdę nie chcieli zawracać głowy banalnymi sprawami. I choć próbowałam ich usprawiedliwiać, miewałam momenty, że czułam się porzucona. Byłam chyba bardziej zdziwiona, niż dotknięta. Te moje obserwacje żyły własnym życiem — nie miałam czasu ani nawet ochoty na analizę. Tak więc weryfikacja dokonywała się poza mną, ale być może z korzyścią dla mnie.

I tak ty byłaś najważniejsza. Kto by przypuszczał…

Wciąż na nowo wzbudzałam w sobie nadzieję. Za każdym razem, gdy widziałam jakiś postęp, myślałam: obie jesteśmy bliżej domu! Tylko nikt nie umiał powiedzieć, jak długa i jak kręta poprowadzi nas ścieżka…

Któregoś dnia pielęgniarka pogmerała coś przy tracheostomii: odłączyła rurkę łączącą cię z respiratorem, a w to miejsce założyła coś, co umożliwiło mówienie. Nazwaliśmy to „spiker”. Miałaś śmiesznie zniekształcony głos, niczym krasnoludek z „Kingsajz”. Nie wiedziałam, czy to zawsze tak działa, ale i tak najważniejsze było, że nie trzeba się domyślać co mówisz. Niezwykłe, zaskakująco silne przeżycie… Dla wszystkich. Czułam się tak, jakby zbito szklaną ścianę, która nas dzieliła i tłumiła dźwięki. Jakby ktoś mi ciebie oddał na chwilę… A właściwie pokazał z daleka — jakbyś była zakładnikiem, a porywacz właśnie udowodnił, że jesteś bezpieczna, dopóki spełniamy jego żądania…

Zmęczyłaś się szybko, ale i tak byłam pod wrażeniem: wytrzymałaś około dziesięciu minut na własnym oddechu! Za to ja chyba zapomniałam oddychać — ziemia rozkołysała się niebezpiecznie, jakby miał mnie zabić nadmiar emocji… Zauważyłam szczere wzruszenie pielęgniarek i ucieszyłam się, że trafiłaś właśnie pod ich opiekę. Los sprzyjał ci chociaż w tej kwestii…

Nagle wszystko nabrało rozpędu, jakbyśmy byli świadkami jakiegoś znaczącego przełomu. Twoje źrenice sprawiały wrażenie, że zaczęły reagować na światło. Rudy zauważył to pierwszy:

— Hej, Skarbie — przyglądał ci się intensywnie — chyba zaczynasz łapać focusa! A może ty coś widzisz, tylko jesteś zbyt podekscytowana tym gadaniem?

— Coś… — powtórzyłaś i marszcząc brwi, zaczęłaś się w niego wpatrywać. — Widzę… ciebie!

— Jak jestem ubrany?

— Masz na sobie bluzę. Może czarną, może wszystko jest czarne…

— Zaczekaj, zdejmę ją i sprawdzimy czy zobaczysz kolor koszulki.

— Zielona?

— Tak! — zawołał Rudy.

— A ty… — skupiłaś wzrok na mnie — masz różową bluzkę.

— Byłaś blisko, więc ci zaliczam: mam czerwoną bluzkę. Ale jak mogłaś tak pomyśleć?! Przecież ja nie noszę różowych rzeczy!

— Nawet się zdziwiłam…

Po chwili i tak niewyraźny obraz zamazał się. Nie byłaś w stanie dostrzec już nic więcej. Niemniej znów cieszyliśmy się, jakby ktoś obsypał nas prezentami. Niewątpliwie największym z nich był twój uśmiech — szczęście rozpierało cię, niemal uskrzydlało. Wisienką na torcie była informacja, że podjęto ostrożne próby żywienia dojelitowego i nie dzieje się nic niepokojącego. Mimo bólu nie prosiłaś o środki znieczulające, nie chciałaś otępiać umysłu rozbudzonego endorfinami, lecz być z nami — w pełni świadoma i wreszcie decydująca o sobie choć w takim zakresie.

Patrząc na twoją radosną twarz, pomyślałam, że jestem skłonna zacząć wierzyć w siłę pozytywnego myślenia, dobre słowa, promyczki, uśmiechy i serdeczności i że Los po prostu nie ośmielił się zlekceważyć tych wszystkich, którzy ci je słali. W drodze na parking z ulgą zaczerpnęłam nocnego, listopadowego powietrza — smakowało zupełnie jak majowe.


Po burzy — słońce. A po rozpogodzeniu? Rozczarowanie. Trzeba było przerwać dializę, bo wszystko wskazywało na to, że w twoim organizmie rozszalała się infekcja. Podano antybiotyk o najszerszym spektrum działania. Byłaś bliska płaczu, bo chciałaś porozmawiać przez speakera, jak wczoraj. Zaplanowałaś co nam opowiesz i że zadzwonisz do braci, ale to był jeden z tych momentów, o którym mówi stare, wulgarne, aczkolwiek z doświadczenia zrodzone przysłowie: „Planúj, planúj, a i tak wszystko w ….”. Nie mogłaś ani na chwilę pozostać bez wspomagania oddechu.

Znów głaskałam cię słabiutką i bezradną, tłumacząc oczywistości, które mnie samą doprowadzały do łez. Twoja skóra była rozpalona do czerwoności. Dygotałaś z zimna, a jednak obłożono cię lodem. Znów trzeba było walczyć z naturalnym odruchem okrycia cię i ogrzania. Zamiast tego stałam tam i po prostu czekałam aż wszystko minie. Bo nie wyobrażałam sobie, że będzie inaczej. Rudy reagował na każde twoje poruszenie, jakby się bał, że kiedy się przebudzisz, pomyślisz, że nikt tu na ciebie nie czeka i zawrócisz…

Kolejny dzień nie przyniósł spodziewanej zmiany na lepsze, ale zmianę — owszem. Najpierw jednak muszę opowiedzieć, w jakich warunkach przyszło ci chorować. Utkwiło mi to w pamięci, bo szpital od pierwszej chwili zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Był naprawdę wielki. Trzeba było pokonać znaczną odległość, żeby dotrzeć do oddziału, na którym leżałaś. Pamiętam, że zachwycił mnie swoją nowoczesnością i tym, że tak całkowicie różnił się od szpitali, które znałam z Polski. Wszystko wyglądało jak scenografia filmu: oświetlenie, aranżacja i wyposażenie wnętrz, sposób bycia personelu, ale przede wszystkim wytłumienie wszelkich dźwięków. Nie słyszałam tam nigdy maszyny do sprzątania podłóg, windy, głośnych rozmów pielęgniarek czy łomotu naczyń podczas wydawania posiłków. Dźwięki, jakie nam towarzyszyły, pochodziły wyłącznie z urządzeń monitorujących lub podtrzymujących życie.

Leżałaś na ICU, czyli Oddziale Intensywnej Terapii. Była to przestronna hala, w której wydzielono boksy, około trzy na cztery metry. W każdym, oprócz łóżka, znajdowało się mobilne stanowisko komputerowe i kolumna-panel, oblepiona niemożliwą ilością sprzętu medycznego. Każde stanowisko w jednej chwili stawało się przestrzenią intymną dzięki barwnym lekkim zasłonom służącym za parawany. W rogach hali usytuowano izolatki — małe pokoiki z takim samym wyposażeniem, które były o tyle lepsze, że posiadały okna oraz ściany i drzwi. Od początku przebywałaś w takiej właśnie izolatce. Wypas!

Tego dnia poinformowano nas, że — aby cię odwiedzić — będziemy musieli przechodzić przez specjalną śluzę: małe pomieszczenie przylegające do twojej sali. Śluza była prawdziwa; kiedy otwieraliśmy jedne drzwi, drugie się automatycznie blokowały. Zanim przeszliśmy dalej, musieliśmy umyć i odkazić dłonie (i tak robiliśmy to zawsze dla twojego dobra, więc nic nowego…) Dopiero wtedy mogliśmy przejść dalej. Tu musieliśmy ponownie umyć i odkazić ręce, a także założyć jednorazowe rękawiczki i — nie mniej jednorazowe! — foliowe fartuszki. Nie wytłumaczono nam przyczyn podjęcia tych środków ostrożności, poprosiliśmy więc o rozmowę. Ciemnoskóry doktor znalazł dla nas czas niemal natychmiast.

— Stwierdziliśmy poważną infekcję rany pooperacyjnej oraz płynu w jednej z komór w jamie brzusznej i w jednym z otworów do drenażu.

Poprosiłam Rudego, żeby zadał pytanie, które nie dawało mi spokoju:

— Czy grozi jej sepsa?

— To jest sepsa.

Chyba każde dziecko wie, że sepsa to gwałtowna reakcja organizmu na zakażenie. Jest śmiertelnie groźna, bo bardzo szybko może dojść do niewydolności kluczowych dla życia narządów. Lekarz natychmiast zauważył nasze przerażenie, dlatego dodał szybko:

— Wszystko jest pod kontrolą. Nowe środki bezpieczeństwa mają chronić ją przed bakteriami z zewnątrz, a was przed jej bakteriami. To bardzo ważne, macie przecież kontakt z maleńkim dzieckiem.

Byłam pełna podziwu i wdzięczności. Mogli nam przecież po prostu zabronić odwiedzin.

Ani przez chwilę nie pozwalałaś nam się nudzić. Niepokój wciąż mieszał się z nadzieją. Na przykład informacja, że nerki podjęły pracę, przyszła z wiadomością, że nie jest to jednoznaczne z całkowitą rezygnacją z dializy. Aparat wciąż stał w pobliżu, gotowy do wsparcia nerek, jeśli w jamie brzusznej nadal będzie się utrzymywała duża ilość płynu. Zespół rehabilitacyjny był zachwycony: ręce i nogi nabierały siły, a nawet przez moment utrzymałaś się sama w pozycji siedzącej na brzegu łóżka. Nie doczekaliśmy się jednak dobrych wieści na temat pracy jelit — nadal nie absorbowały pożywienia. Ucieszyła nas za to relacja pielęgniarza:

— Przyglądała mi się i w końcu zapytała, czy mam ciemne włosy!

Lubiłam Aleksa, bo nie pierwszy raz obserwowałam go przy pracy. Jego radość, że prawdopodobnie go zobaczyłaś, była rozczulająco szczera. Z tak samo niekłamaną troską przekazał nam informację, że jest problem z temperaturą, która nie chce zejść poniżej 39 stopni i powoduje, że serce bije w niebezpiecznym rytmie 160 uderzeń na minutę. Wyjaśniał też, dlaczego nie można ci podać silniejszych leków przeciwbólowych: dostawałaś tak ekstremalną mieszankę na opanowanie infekcji, zbicie gorączki i utrzymanie właściwej krzepliwości krwi, że podanie dodatkowego preparatu stawało się bardzo ryzykowne.

Uwierz mi, że niemałym wyzwaniem było też patrzeć na ciebie jak cierpisz i zgadywać, co chcesz powiedzieć, zwłaszcza że nawet te próby szeptu kosztowały cię wiele — prowokowały kaszel, który z kolei powodował wzrost ciśnienia i tętna, przyspieszał oddech i pracę serca. Wtedy do akcji musiała wkraczać pielęgniarka, która po upewnieniu się, że w twoich drogach oddechowych zalega wydzielina — czasem widoczna w rurce intubacyjnej, czasem stwierdzana osłuchowo — przystępowała do dzieła, które de facto były dość skomplikowaną procedurą. Najpierw ustawiała łóżko w odpowiedniej pozycji, potem za pomocą respiratora doprowadzała do 100% natlenienia układu oddechowego, następnie do oporu wprowadzała cewnik do rurki intubacyjnej tkwiącej w twojej tchawicy, dopiero wtedy delikatnym ruchem obrotowym wycofywała go, uruchamiając pompę zasysającą wydzielinę. Za każdym razem rozpoczynała tę czynność od umycia rąk i założenia jednorazowych rękawiczek i fartuszka. Irytowało mnie to, bo w tym czasie męczyłaś się, próbując kasłać samodzielnie, lecz całkowicie bezproduktywnie. Poza tym taka ostrożność była dla mnie dość niezrozumiała, bo wszystko odbywało się przy pomocy przemyślanego zamkniętego systemu, który z założenia chronił ją i ciebie przed wzajemnym zakażeniem. Zanim rozpoczęła procedurę zawsze też informowała cię o swoich zamiarach. Nawet gdy byłaś nieprzytomna, nawet gdy moment wcześniej sama, to znaczy za naszym pośrednictwem, o to prosiłaś. Podczas zabiegu musiała monitorować wszelkie parametry, aby w porę zareagować, jeśli dojdzie do jakichkolwiek zaburzeń. Bo choć przynosił wyraźną ulgę, nie był to zwyczajny zabieg — w chwili zasysania zawsze dochodziło do gwałtownego przyspieszenia akcji i zmiany rytmu serca oraz wzrostu ciśnienia krwi, zaś całe twoje ciało reagowało tak, jakby wysysano z niego życie…

Dlatego byłam bardzo wdzięczna pielęgniarce Lizzy, gdy zechciała podzielić się swoim doświadczeniem:

— Nie musisz być bierna, odsysanie traktuj jedynie jako wsparcie. Zawsze próbuj wyciszyć odruch kaszlu. Respirator tylko wspomaga twój oddech, ale ty tu rządzisz, sama możesz decydować o jego rytmie, jeśli zechcesz. W ten sposób wyczujesz najlepszy moment na odsysanie. Dzięki temu nie będziesz napędzać spirali, która niepotrzebnie podkopuje twoje siły, wyzwala ból i lęk.

Myślę, że była niezłym psychologiem: wiedziała, że trzeba ci dać poczucie panowania nad czymś, wrażenie, że coś zależy od ciebie. W dodatku zrobiła to z wdziękiem i poczuciem humoru. Uspokoiłaś się wyraźnie i uważnie wsłuchiwałaś w jej wskazówki, uśmiechając się, gdy chwaliła cię za starania. Bardzo szybko przekonaliśmy się, że Lizzy naprawdę znała się na swoim fachu. Czyżby tylko ona?

Kiedy wzmocniona nową umiejętnością i zrelaksowana świadomością, że jesteś pod dobrą opieką, leżałaś wyciszona i pogodna, „powiedziałaś”:

— A JA CZĘSTO ŚNIĘ O TWOIM DOMU.

Trochę mnie to zdziwiło, nie wiedzieć czemu byłam przekonana, że powinnaś śnić o własnej chałupie.

— O moim?

— TAK. JA BARDZO LUBIĘ TWÓJ DOM…

— A ja polubiłam twój. Od chwili gdy przekroczyłam próg, czuję się jak u siebie. Ładnie go urządziłaś. I wygodnie. Wszędzie widać twoją rękę. Uwiłaś bezpieczne gniazdko, dobrze w nim twojemu pisklakowi…

— NAPRAWDĘ? DZIĘKUJĘ.

Miałam wrażenie, że mi się przyglądasz, więc zapytałam:

— Widzisz mnie?

— TROCHĘ.

— Jakieś szczegóły, czy jako bezkształtną brzydką plamę?

— NIE. TY ZAWSZE JESTEŚ ŁADNA — odparłaś i już miałam pewność, że widzi mnie tylko twoja wyobraźnia i pragnienie serca. Zrobiło mi się słodko i smutno jednocześnie.

Po chwili dołączył do nas Rudy. Po zwyczajowych całuskach i powitaniach powiedziałaś mu, że widzisz część sali.

— Tak? — zapytał bez przekonania. — A jaką część?

— NIE WIEM, ALE WCZEŚNIEJ WIDZIAŁAM TAM SAME TRÓJKĄTY.

— Jakie trójkąty? — pytał dalej, patrząc na mnie tak, jakby się obawiał, że pomieszało ci się w głowie.

— GOTYCKIE.

— Aha… A jak wyglądają trójkąty gotyckie?

Przeszły mnie ciarki. Spojrzałam na twojego męża, który chyba coraz bardziej nabierał pewności, że zwariowałaś.

— JAK W NASZYM KOŚCIELE W KĘTRZYNIE.

— Masz na myśli sufit, to słynne „kryształowe sklepienie”? — dopytywałam.

— NO WŁAŚNIE! — rozpromieniłaś się.

Bez słowa wskazałam Rudemu sufit twojej sali — był wyłożony kasetonami, które z twojej perspektywy rzeczywiście układały się we wzór do złudzenia przypominający kościelne sklepienie.

— Co wy, dziewczyny! — roześmiał się z ulgą. — Po historii sztuki jesteście czy jak?

— Nie — odpowiedziałam za nas obie. — To lokalny patriotyzm tak się u nas objawia!

Uśmiechałaś się tylko i kiwałaś głową potakująco. Po jakimś czasie powiedziałaś:

— LIZZY JEST BLONDYNKĄ!

Już nie pytałaś. Wiedziałaś.

Ten dzień obfitował w niespodziewane zwroty akcji. Było miło aż do chwili, kiedy Lizzy poszła na przerwę, a my musieliśmy cię zostawić w rękach lekarki, która miała wymienić sensor w żyle podobojczykowej. Po wszystkim zastaliśmy cię we łzach.

— CZY MOGĘ ZMIENIĆ PIELĘGNIARKĘ? — zapytałaś, przygryzając wargę, żeby powstrzymać jej drżenie.

— Ale co się stało, Myszko? Dlaczego? Lizzy jest miła, pogodna, życzliwa, kompetentna…

— NIE TĘ. TĘ DRUGĄ CO ROBIŁA MI ZABIEG.

— To była lekarka.

— ONA JEST NIEDELIKATNA, BARDZO MNIE BOLAŁO!

— Ale to może zawsze boli?

— NIE ZAWSZE. TYLKO KIEDY ONA TO ROBI!

Lizzy była świadkiem naszej rozmowy i twoich łez. Stała z boku bardzo zaniepokojona, bo przecież nie rozumiała o czym mowa.

— Dziś mocno ją bolało — wyjaśnił oględnie Rudy.

— Nie dziwię się, ta lekarka dopiero się uczy. Przepraszam, że mnie przy tym akurat nie było…

Potem okazało się, że sensor i tak jest źle założony: był umiejscowiony zbyt blisko serca, powodował ból i dawał fałszywy pomiar. Lizzy zgłosiła problem, ale na szczęście poprawkę wykonywała inna lekarka. Co ciekawe, wcale jej nie przeszkadzała nasza obecność. Dzięki temu wiem jak się zdejmuje szwy, wyciąga nadwyżkę kabelka, podaje zastrzyk przeciwbólowy i ponownie zakłada szwy. Lizzy nie miała jednak najlepszego zdania na temat umiejętności także tej lekarki — widziałam, że ledwo się powstrzymywała, żeby jej nie wyręczyć.

Wykorzystując gotowość Lizzy do ulżenia w twoim losie, Rudy zapytał, jak masz w nocy wezwać pomoc, bo po bardzo żmudnej konwersacji ustaliliśmy, że miałaś z tym kłopot. Dowiedzieliśmy się, że minionej nocy wyjątkowo cię zaniedbywano. Dyżur miała wówczas Filipinka, która w przekonaniu, że śpisz albo w ogóle nie wiesz na jakim świecie żyjesz, ignorowała cię zupełnie i większość czasu prowadziła pogaduszki ze swoją krajanką. Wcale nie oczekiwałaś, żeby traktowano cię jakoś szczególnie, ale to chyba naruszyło granice twojej cierpliwości i godności.

— NIE JESTEM WARZYWEM! — szepnęłaś ze łzami w oczach. — NAWET, GDYBYM BYŁA… TAK NIE MOŻNA!

— Oczywiście powiem mojej zmienniczce, że kontakt z tobą jest możliwy — obiecała Lizzy. Była zniesmaczona zachowaniem młodej Filipinki. Po jakimś czasie przyniosła specjalny buzzer, który mógłby się przydać do wzywania pielęgniarki. Niestety, twoja dłoń nie osiągnęła jeszcze precyzji, nawet takiej, żeby namacać i nacisnąć wielki, jedyny w całym urządzeniu przycisk…

Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że minionej nocy nie zaniedbywano cię — wręcz przeciwnie, pielęgniarka co chwilę dopytywała, czy nie potrzebujesz pomocy… Właściwie nie dała ci spać. Kiedy nam to opowiadałaś, nie ukrywałaś poirytowania, a ja się cieszyłam, widząc jak na twojej twarzy maluje się coraz więcej emocji. Z doświadczenia wiedziałam, że nic tak nie stawia człowieka na nogi jak złość.

Jakby na potwierdzenie tej tezy spojrzałaś na mnie i powiedziałaś:

— JESTEŚ W OKULARACH, PRAWDA?

Byłam.

— A TY JESTEŚ NIEOGOLONY! — dodałaś, patrząc z wyrzutem na męża. Jeszcze nie widziałam faceta, który tak się cieszy z reprymendy! Pokazaliśmy ci zdjęcia Różyczki, ale ledwo dostrzegłaś wizerunek dziecka, chyba raczej uwierzyłaś nam na słowo. Fakt, że masz przed sobą jej zdjęcie, wywołał na twarzy czuły uśmiech. Jednak patrzenie wymagało wielkiego skupienia, przychodziło z dużym wysiłkiem — aż mnie samej robiło się ciężko. W każdej minucie zmagałaś się z każdym kawałkiem swojego ciała. Jakby tylko zbuntowało się i jakbyś próbowała je zmusić lub przekonać do współpracy. Najprostsza aktywność była tytaniczną pracą i nikt nie mógł cię w tym wyręczyć.

Znów trzeba było ci umyć włosy i należało zrobić to szybko, ze względu na pozycję szczególnie niekomfortową dla oddechu i cyrkulacji płynów. Ciągnąc za prześcieradło, Lizzy przesunęła cię wzdłuż łóżka, aby twoja głowa znalazła się na krawędzi u szczytu. Podścieliła folię w taki sposób, że zwisała jak rynna. Dzięki temu można było w miarę spokojnie polewać włosy wodą, która spływała swobodnie do miski postawionej na podłodze. Za to rozczesywanie okazało się jeszcze większym wyzwaniem niż ostatnio. Sprawiało ci ogromny ból, bo włosy były splątane tak bardzo, że nie pomógł nawet jedwab w płynie.

— Myszko, wydaje mi się, że najlepiej byłoby je skrócić — poddałam się.

— NIE! NO COŚ TY?!

Dalej więc zmagałam się z oporną materią, a ponieważ naprawdę nie dało się tego robić bezboleśnie, używałam nożyczek, kiedy trafiałam na prawdziwy kołtun.

— Oszukujesz! Teraz moja kolej — zaśmiała się Lizzy.

Widząc jak reagujesz na najdelikatniejsze nawet pociągnięcie szczotki, poddała się po minucie.

— MYŚLISZ, ŻE MÓJ MĄŻ CHCIAŁBY, ŻEBYM ŚCIĘŁA WŁOSY? — zapytałaś, jakby nie pamiętając, że Rudy stoi obok.

— Zrobisz jak zechcesz, kochanie — odpowiedział, głaszcząc cię po twarzy. — Od kiedy pytasz mnie o takie rzeczy?

— TO JA JESZCZE SPRÓBUJĘ WYTRZYMAĆ! — uśmiechnęłaś się.

Mimo to odniosłam wrażenie, że ktoś musi wreszcie podjąć decyzję. Wzięłam to na siebie. W efekcie mycie włosów było usługą powiązaną z dyskretnym strzyżeniem, co znacznie poprawiło ich rozczesywalność.

Bez wątpienia zabiegi fryzjerskie rozbudziły cię, bo zapytałaś Lizzy, czy może podłączyć speakera. Dzwoniliśmy do kogo się dało. Znów było tak, jakbyś wyrwała się z klatki, jakbyśmy byli „na widzeniu”. Kiedy słuchałam, jak właściwie na nowo uczysz się mówić, nie mogłam powstrzymać łez. Znów dzielnie walczyłaś z oporem własnego ciała, w dodatku ze świadomością, że pokonanie go, to zaledwie wygrana potyczka. Chyba już przeczuwałaś, że nie wiadomo, w którą stronę za chwilę przetoczy się front i że wojna zapowiada się długa… Spieszyłaś się, żeby wyrazić wszystko, co do tej pory zgadywaliśmy bardziej lub mniej trafnie:

— Mam wszystkiego dość! Ciągle zadają mi ból! — poskarżyłaś się na koniec.

— Tak naprawdę dzięki temu żyjesz… — powiedziałam, choć byłam zła na siebie, że nie znajduję innych słów. Na przykład takich, które dałyby ci nadzieję, że to nie będzie długo trwało. Nie chciałam cię jednak oszukiwać, bo — chociaż nikt nie wiedział ile twój organizm potrzebuje czasu — wiadomo było, że jeszcze wiele przed tobą. A jeśli to miał być początek bardzo długiej drogi? Żadnej podróży nie należy zaczynać od kłamstwa.

— Wiem — odparłaś ze łzami w oczach. — Ja to zniosę! Wszystko wytrzymam!

Znałam cię już trzydzieści lat, ale wtedy naprawdę mi zaimponowałaś. Nie do wiary, ile siły może drzemać w człowieku nawet tak sponiewieranym przez chorobę! Akurat na tę chwilę nadszedł nasz ulubiony dr Hairfur. Uśmiechnął się szeroko.

— Słyszę, że robisz postępy. Rehabilitanci cię chwalą. Brawo! Dziś usuniemy jeden dren i wkłucie do dializy, bo już czas. Nerki pracują coraz lepiej, może już dasz sobie radę?

Kiedy więc pod koniec dnia zostawialiśmy cię zasypiającą i wymęczoną, ale lżejszą o tych kilka rurek — i nam było lżej na sercach. Szepnęłaś coś, zawieszona pomiędzy jawą i snem.

— Co mówisz? — zapytaliśmy w tym samym czasie i jednocześnie pochyliliśmy się nad tobą.

— DZIĘKUJĘ, ŻE JESTEŚCIE.

Miło usłyszeć… Dlaczego tak rzadko mówimy to swoim bliskim? Przecież ich obecność nie zawsze jest taka oczywista.

Nie chciałaś, żeby pielęgniarka, nawet Lizzy, przycinała ci paznokcie. Przekonałaś ją, że sister zrobi to najlepiej i najdelikatniej. Oczywiście poczułam się dowartościowana i ważna, ale tylko do chwili rozpoczęcia zabiegu. Krzywiłaś się tak, jakbym przeprowadzała co najmniej leczenie kanałowe… Pomyślałam, że właśnie dlatego chciałaś, żebym to ja robiła manikiur: mogłaś sobie pozwolić na grymasy, których nie zniosłaby pielęgniarka. Nawet Lizzy.

Gorączkowałaś prawie bez przerwy, wciąż ordynowano duże dawki paracetamolu. Ktoś wreszcie wpadł na pomysł, że warto częściej stosować inne sposoby obniżenia temperatury: okłady na czoło, lizaki-kostki lodu na patyku, przecieranie odkrytych części ciała ręcznikiem zmoczonym w lodowatej wodzie czy „kołderkę” chłodzącą. Nad kołderką warto się zatrzymać. Do niedawna nie wiedziałam o istnieniu czegoś takiego. Zrobiona z delikatnej, ale mocnej folii jest urządzeniem genialnym w swojej prostocie: okrywa się nią pacjenta i włącza zimny nadmuch przy gorączce, a ciepły, gdy pacjent jest wychłodzony i marznie. Proste i skuteczne. Można powiedzieć, że obniżanie gorączki wzięliśmy z Rudym na siebie. Pielęgniarka miała i tak dużo roboty, a my przynajmniej czuliśmy, że coś dla ciebie robimy. Bo ile można masować nogi i przycinać paznokcie?

W pewnej chwili szepnęłaś do męża, kiedy poprawiał ci zimny okład na czole:

— ŚMIERDZISZ CZOSNKIEM!

— Nie dość, że spędzam tyle godzin w szpitalu, to jeszcze będę musiał się myć i golić! — śmiał się potem Rudy, opowiadając to mamie.

A zatem odzyskałaś węch! Nie posiadaliśmy się z radości. Nie zgasiła jej nawet kolejna „próba widzenia”, którą podjęłaś optymistycznie, gdy Rudy zaproponował, żebyś spróbowała zobaczyć portret Różyczki wydrukowany w formacie A3. Miałaś wrażenie, że widzisz fragmenty jej buzi, ale nie byłaś w stanie objąć całości. Wielkość zdjęcia nie miała raczej znaczenia, problem tkwił gdzie indziej. Nie umiałam tego nazwać. Przy okazji odkryłam, że kiedy patrzyłaś w lewo, twoje oczy — jakby to ująć — były bliżej sukcesu…

Nadal nie rozumiałam, co się wydarzyło w twoim organizmie i dlaczego lekarze sprawiają wrażenie, jakby nie ogarniali tematu. Chcieliśmy wierzyć, że wiedzą co mówią, ale swoją niepewnością co do przebiegu choroby i ostrożnością w doborze słów — które nie odbierając nadziei miały sygnalizować powagę sytuacji — z biegiem czasu wzbudzali we mnie coraz większą nieufność. Dziś już wiem, że naprawdę nie mieli do czynienia z takim przypadkiem, a przez nas przemawiały nie tylko rozpacz i strach, ale też niecierpliwość i ignorancja.

Często słyszeliśmy, że cała nadzieja w twoim młodym wieku.

— Młodość zawsze chce żyć — stwierdził sentencjonalnie któryś z medyków.

Miał szczęście, że nie znałam języka, bo zaraz wdałabym się w dyskusję, czy to aby przypadkiem nie znaczy, że starość żyć nie lubi. I czy w ogóle można tak generalizować — przecież młodzi popełniają samobójstwa, a starzy… no właśnie: chcą żyć. Ośmielam się przypuszczać, że im mniej piasku w klepsydrze — tym bardziej.

— To potrwa — mówił ktoś inny — i nikt nie wie jak się skończy, ale zawsze trzeba być dobrej myśli. Nigdy nie da się przewidzieć, jak rozwinie się choroba i czy zastosowano właściwe leczenie, wiadomo jednak, że największa siła tkwi w pacjencie, w jego woli życia…

No, coś takiego!

Kolejne dni nie przyniosły ze sobą nic zaskakującego. Nawet temperatura oscylowała na niemal stałym, a więc nudnawym już poziomie około czterdziestu stopni. Stagnacja, która trochę drażniła się z naszą cierpliwością, stała się w końcu synonimem ukojenia i wyciszenia. Wiedziałam, że jest przejściowa, ale — ponieważ zwykle nie wiadomo, z której strony nadejdzie wiatr — najrozsądniej było zbierać siły.

Zauważyłam, że coraz rzadziej myślę o tobie sprzed choroby: jak wyglądałaś, jak brzmiał twój głos i śmiech, jak reagowałaś w różnych sytuacjach, co planowałaś… Wypierałam te wspomnienia, bo podsycały mój ból, gdy zderzały się z rzeczywistością. Zrozumiałam, że trochę się w ten sposób z tobą żegnam, choć nikomu bym się do tego nie przyznała. To znaczy z tobą, jaką pamiętałam sprzed choroby — bałam się, że takiej już cię nie zobaczę…

Nie miałam wątpliwości, że nasze wizyty działają na ciebie kojąco. Byłaś jak dziecko, któremu sama obecność bliskich ratuje świat… Co ciekawe, im bardziej odsuwałam w cień twój wizerunek sprzed kilku miesięcy i lat, tym chętniej wracałam do wspomnień z okresu twojego wczesnego dzieciństwa. Może porównywałam cię z Różyczką — łączyła was niemowlęca bezradność.

Znów zarządzono tomografię. Dzięki niej ustalono, że twoje nerki i jelita pracują, no i nie stwierdzono martwicy trzustki. Za to dokonano dwóch ważnych odkryć, które być może wyjaśniały kiepski stan. Po pierwsze okazało się, że utworzyły się dwie nowe komory z płynem, a po drugie jeden z drenów tkwił w niewłaściwym miejscu, a więc nie spełniał swojej roli. Mimo że drenaż odbywał się także przez częściowo otwartą ranę pooperacyjną, zalegający płyn uciskał narządy wewnętrzne, co opóźniało twój powrót do zdrowia. W związku z tym zapadła decyzja o wstawieniu kolejnego drenu.

Przywieźliśmy Różyczkę. Za każdym razem, kiedy jechaliśmy z nią do ciebie, obiecywałam sobie wiele. Nie oczekiwałam wielkich postępów, ale gorąco wierzyłam w to, że obecność małej poruszy w tobie to coś, co jeszcze śpi.

Albo nie wie, czy chce żyć.

Albo nie wierzy, że ma dla kogo walczyć.

Zauważyłam, że niezależnie od tego, czy sen był natury fizjologicznej czy farmakologicznej, za każdym razem musiałaś po przebudzeniu przywoływać wszystkie wspomnienia i odsiać od nich koszmary i urojenia. Wiedziałam, że nasza obecność bardzo ci w tym pomagała. Cóż dopiero, kiedy stawialiśmy się w składzie znacząco powiększonym o pewną drobinkę?

Tym razem nie zadziałało od razu. Podsypiałaś i nie mieliśmy sumienia cię niepokoić. Byłaś też pod wpływem morfiny, bo nawet najdelikatniejsze manipulacje związane ze zmianą położenia skutkowały reakcją całego organizmu. Mimo to poprosiłaś, żeby położyć Różyczkę obok. Uśmiechnęłaś się i zasnęłaś — na minutę lub dwie, po czym znów próbowałaś unieść powieki, a ponieważ mała akurat w tym momencie wydała jakiś dźwięk — ponownie rozkwitłaś uśmiechem. Za którymś razem ocknęłaś się chyba z powodu jej kwękania. Nie dałam rady — nawet nie wiem, w którym momencie zaczęłam płakać: kiedy bezskutecznie próbowałaś ją przytulić, czy kiedy mówiłaś: „ciii, cichutko…” …i nic nie było słychać…

Rudy szybko zrozumiał, że to nie najlepszy moment na odwiedziny dziecka i zawiózł małą do domu. Tymczasem dochodziłaś do siebie niespiesznie. Morfina nie zamierzała zbyt szybko wypuścić cię ze swych objęć, a jednak chwilami pokonywałaś jej moc i na przykład pytałaś zaskakująco przytomnie:

— PAMIĘTALIŚCIE O BATERIACH DO MP3?

— Tak, Myszko, wszystko pod kontrolą — uspokajałam, zadowolona, że spodobało ci się słuchanie audiobooka.

Poprosiłaś o lodowego lizaka, ale kiedy ci go podałam, liznęłaś dosłownie trzy razy i odwróciłaś głowę. Byłam zdziwiona, bo domyślałam się jak wielkie musi cię dręczyć pragnienie — przecież nie piłaś od czterech tygodni!

— Nie schrupiesz go?

— NIE. POWIEDZIELI, ŻE MOŻNA TYLKO TYLE!

Zaimponowałaś mi. Naprawdę nie sądzę, żeby mnie było na to stać. Podobno któraś z pielęgniarek powiedziała Rudemu, że należysz do ulubionych pacjentek całego personelu, który miał z tobą kontakt. Ten lizak przekonał mnie, że to możliwe — domyślam się, że zdyscyplinowany pacjent to łatwy pacjent.

Poprosiłaś, żebym jakoś zaakcentowała fakt, że Różyczka kończy pierwszy miesiąc życia. Rano zrobiłam więc tort, a Rudy zaprosił kilkoro waszych przyjaciół.

— O TO MI CHODZIŁO! — uśmiechnęłaś się, gdy zdawałam raport. Twoja akceptacja tak mnie rozkręciła, że zaczęłam opisywać zupełnie nieistotne szczegóły planu na ten dzień. Zamknęłaś oczy.

— Przepraszam, że tak dużo gadam. Pośpij sobie… — zreflektowałam się.

— JA NIE ŚPIĘ.

— Przecież zamykasz oczy.

— BO I TAK NIC NIE WIDZĘ…

Zasnęłaś jednak. I to nim dokończyłam swoją fascynującą opowieść o tym, jak się robi wypieki w obcym kraju w cudzej kuchni w godzinę. Nie dlatego, że aż tak przynudzałam — raczej znużyła cię gorączka. Zbudziłaś się chyba tylko po to, żeby skontrolować jak sobie radzimy:

— O KTÓREJ PRZYCHODZĄ GOŚCIE?

— Za godzinę.

— TO CO WY TU JESZCZE ROBICIE?!

— Mysza, spokojnie, jakoś sobie radzimy — uspokajałam cię znowu. W ostatniej chwili ugryzłam się w język i nie dodałam: „bez ciebie”… Ciągle uczyliśmy się takiej eliminacji bądź obracania w żart zbyt nagle karkołomnych zwrotów.

Kiedy cię tuliłam na pożegnanie, zapytałaś:

— A ZROBISZ MI KOMPOCIK? TYLKO KILKA SŁOICZKÓW…

— Jasne. Listopad to najlepszy czas na przetwory. Co konkretnie mam zrobić?

— Z TRUSKAWEK… Z WIŚNI… Z JABŁEK… CHOCIAŻ PO DWA… I TROCHĘ PRZECIERU JABŁKOWEGO…

Znaleźli się tacy, co przekonywali mnie, że bredzisz w gorączce, ale nie umiałam tak potraktować twojej prośby. Następnego dnia kompoty i przecier trafiły na półkę, gdzie miały czekać, aż będziesz mogła ich skosztować.

Przyjęcie prawie-urodzinowe (dopiero później wymyślono określenie „miesięcznica”) odbyło się zgodnie z twoją prośbą, ale — jak należało się spodziewać — nikomu nie było łatwo. Sympatyczne spotkanie życzliwych ci ludzi przenikała zgroza, zdziwienie, współczucie i niezgoda na taki stan rzeczy. Rozmowy wciąż krążyły wokół twojej nieobecności: co byś teraz powiedziała, jak pusty bez ciebie jest twój dom… Cóż z tego? Nie licząc tej garstki ludzi, świat toczył się z właściwą mu obojętnością. To było jednak bardzo ważne spotkanie. Dla ciebie, bo na pewno obawiałaś się, że mogło nam umknąć przyjście Różyczki na świat, dla babci, która tęskniła za towarzystwem, dla Rudego, któremu należała się chwila oddechu, ale też dla mnie i twoich przyjaciół, których znałam tylko z opowiadań. Patrząc na ich troskę i smutek, zrozumiałam ile dla nich znaczysz. Tak oto, w jakimś sensie poznawałam cię, choć myślałam, że znam.

To był pierwszy wieczór, kiedy nie towarzyszyliśmy ci aż do zaśnięcia. Może dlatego sama nie mogłam zasnąć? Wciąż miałam cię przed oczami i walczyłam z myślą, że może właśnie teraz czegoś potrzebujesz, a przecież nie możesz zawołać pielęgniarki ani się poruszyć, ani zobaczyć, czy ona w ogóle przy tobie jest…

Okazało się, że i Rudy nie zmrużył oka. Rano przyznał się, że w pewnej chwili przyszło mu do głowy, aby w środku nocy sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Jakoś się powstrzymał, ale pojechaliśmy wczesnym rankiem, nie tracąc czasu na kawę i śniadanie.

— Jak ci minęła noc, Skarbie? — zapytał zanim zaczęliśmy opowiadać o naszej „imprezie”.

— MIAŁAM PROBLEM Z ODDYCHANIEM, POTRZEBOWAŁAM POMOCY, ALE PIELĘGNIARKA AKURAT WYSZŁA. DUSIŁAM SIĘ… BARDZO SIĘ BAŁAM…

Nawet nie spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo.

Oceniliśmy, że mimo wszystko masz się nieźle, a kiedy dowiedzieliśmy się, że w planach nie ma żadnych zabiegów, twój Mąż pojechał po wczorajszą Jubilatkę, żebyś mogła osobiście złożyć życzenia. Chyba po raz pierwszy byłaś w dobrej formie podczas jej wizyty. Rudy podsunął ci córeczkę tak, że mogłaś ucałować jej główkę. Oczywiście miałaś minę jakbyś przyjmowała komunię… O ile twoje uniesienie było w tej sytuacji zrozumiałe, o tyle zachowanie Różyczki zdumiewające. Otóż zastygła w bezruchu tak, jak niemowlęta nie zastygają nigdy. Przecież one ruszają się bez przerwy, jakby miały wbudowany samonapędzający się mechanizm! A ta znieruchomiała, jakby wiedziała, że nie wolno przeszkadzać w celebrowaniu niecodziennej chwili.

Trudno mi było pogodzić się z tym, że wciąż nie możesz jej zobaczyć. Przecież miewałaś jakieś przebłyski. Dlatego przeanalizowałam sytuacje, w których się to zdarzało i doszłam do wniosku, że ważny jest kąt widzenia, oświetlenie i… hormony. Można było poprzestać na tym, że więcej sobie wyobrażasz niż widzisz naprawdę, ale ja chciałam mieć pewność, że zrobiłam wszystko, żeby ci to umożliwić maksymalnie. Uczepiłam się myśli, że kiedy musnęłaś ustami trochę już mechatą różyczkową łepetynkę, z pewnością zaczęły działać endorfiny. Tak długo chodziłam z berbeciem wokół łóżka i trzymałam pod najdziwniejszymi kątami, aż — oczywiście w momencie kiedy straciłam nadzieję i ręce mi mdlały, a wszyscy kręcili głowami, że to się nie może udać — coś zobaczyłaś! Pielęgniarka włączyła dodatkową lampę, tę której używano do precyzyjnego doświetlania na przykład podczas zmiany opatrunku. Kiedy na Różyczkę padł snop jasnego światła, nikt mi nie musiał mówić czy ją widzisz. Ja to wiedziałam. Rudy przejął wasze czterokilogramowe szczęście, widząc że potrzebuję wsparcia i jeszcze przez chwilę upewniał się, czy trzyma ją w optymalnym polu.

— Widzisz ją rzeczywiście? — dopytywał, choć twoja mina naprawdę mówiła wszystko. Nie odpowiedziałaś od razu, tylko twierdząco przymknęłaś powieki. Dopiero po chwili szepnęłaś:

— JEST UBRANA NA NIEBIESKO. OCZY TEŻ MA NIEBIESKIE!

Tak było.

Nie umiałam tego jakoś sensownie wytłumaczyć, ale nagle nabrałam pewności, że wzrok powróci, musimy być tylko bardziej cierpliwi. Może to naprawdę endorfiny? Jednym otwierają oczy, innym przywracają nadzieję?

Wieczorem temperatura znowu osiągnęła czterdzieści stopni.

— W okolicach macicy zalega płyn, który jest zbyt gęsty, żeby wypłynąć drenem. To mogą być resztki połogowe, jest jeszcze szansa, że organizm je wchłonie — wyjaśniała nam dr Debora.

— A jeśli nie?

— Będziemy musieli wykonać zabieg, ale przy takim osłabieniu każda interwencja chirurgiczna obciążona jest szczególnym ryzykiem.

Nie chciało mi się wierzyć w tę gadkę o pozostałościach po połogu. Nie zamierzałam stawiać diagnozy, ale coraz bardziej traciłam zaufanie do wiedzy i doświadczenia lekarzy.

Ból wciąż narastał. Decyzję o zabiegu podjęto paręnaście godzin później. Miał polegać jedynie na oczyszczeniu rany pocesarkowej, ale ostatecznie skończyło się na operacji, ponieważ trzeba było wyciąć dużo tkanki.

— Zaraz… nie bardzo rozumiem… — Rudy długo szukał słów na wyrażenie swojego zaskoczenia. — Jakiej tkanki?!

— Okazało się, że mięśnie brzucha zostały zaatakowane przez bakterie. Nie było szans na zamknięcie pola operacyjnego. Byliśmy nie mniej zaskoczeni niż ty teraz — tłumaczył lekarz.

Myszko, aż do tej chwili myślałam, że już gorzej być nie może. Chyba dlatego po usłyszeniu takiej informacji pomyślałam, że to tylko okropny żart, że jesteśmy w ukrytej kamerze i jakaś banda socjopatów sprawdza, ile jeszcze zniesiesz… A my razem z tobą.

Kiedy się obudziłaś, wiedziałaś, że jestem przy tobie, ale nie wykazywałaś ochoty do konwersacji. Tego dnia założono też sondę dwunastniczą. Wprowadzona przez nos, podrażniała gardło, nic dziwnego, że nie byłaś zbyt rozmowna. Leżałaś z otwartymi oczami, pomyślałam, że może nawet nie jesteś pewna, czy już się obudziłaś. Zastanawiałam się jak to jest: nie widzieć, nie rozróżniać pory dnia, jawy i snu…

W pewnej chwili coś wyszeptałaś. Dość łatwo rozszyfrowałam pytanie:

— SKĄD SIĘ BIERZE UDAR?

W pierwszym odruchu pomyślałam: „Jakie to ma znaczenie, to teraz najmniej istotne”. Dopiero chwilę później uzmysłowiłam sobie, że przecież nie mogłaś wiedzieć, co w tym momencie było największym problemem, a ja nie mam prawa się dziwić, że zadajesz pytania i rozważasz swój stan…

— Prawdę mówiąc nie wiem jak było z tobą. Nie wiem czy był to udar, zator czy wylew. Przyczyny mogły być różne: pęknięte naczynko, skrzeplina… Nie wiem, Myszko, ale dowiem się i ci opowiem.

— DZIĘKUJĘ

— Nie ma za co, sama jestem ciekawa. Póki co, niezależnie od przyczyn, musisz znaleźć w sobie siłę i walczyć, tak?

— NIE MAM INNEGO WYJŚCIA… — odparłaś z przejmującym, nieznanym mi dotąd wyrazem oczu.

Byliśmy przy tobie do drugiej w nocy. Personel nie miał żadnych zastrzeżeń, nikt nie dawał nam do zrozumienia, że nie powinno nas tu być, nie namawiał do odpoczynku. To najlepszy dowód jak było źle.

Rano Rudy otrzymał informację, że jesteś szykowana do kolejnej tomografii. Od razu chciał do ciebie jechać.

— To nie ma sensu — przekonywałam. — Zanim tam wejdziesz, ona już będzie poza twoim zasięgiem. Co za różnica gdzie czekasz? Zostań, zjedz śniadanie, wypijmy kawę i pojedziemy razem jak zawsze.

Ktoś niewtajemniczony odniósłby wrażenie, że Rudy potrzebuje czyjegoś pozwolenia. Nie potrzebował. A jednak wdał się w rozmowę:

— Skoczę tylko na chwilę. Zaraz wrócę i pojedziemy dopiero po obiedzie — targował się.

— Zastanów się: zabierają ją na badanie. To tylko badanie, nie operacja.

— Ale ona na pewno już się wszystkiego boi. Nikt jej nie wytłumaczy… Będzie myślała, że dzieje się coś złego… i… pewnie się dzieje. Nie planowali tomografii…

Mówił tak, jakbyś była jego dzieckiem. Wczuwał się w twoją sytuację w sposób, którego do tej pory nie miałam okazji zaobserwować u żadnego mężczyzny, nawet myślałam, że jest im to całkowicie obce. Wzruszył mnie tym ogromnie.

— Rudy, posłuchaj — nie odpuszczałam. — Ja naprawdę wszystko rozumiem, nawet myślę tak samo jak ty, ale przyznaj, że działasz nieracjonalnie. Poza tym pomyśl o dziecku: Różyczka też ciebie potrzebuje. Pobądź z nią właśnie teraz zamiast siedzieć w szpitalnej poczekalni…

Stał już w drzwiach.

— Różyczka potrzebuje mnie i mamy. Będę z nią całe życie…

— Tak, będziesz z nią całe życie, niezależnie od tego co się stanie. Ale wiesz doskonale, że to jest czas, kiedy między rodzicami a dzieckiem buduje się najsilniejsza więź. Na razie nie ma przy niej mamy, nie pozbawiaj jej także swojej obecności… Nie pozwalaj, żeby was oboje zastępowała babcia i ciocia. Twoja żona… znam ją trochę… da sobie teraz radę. Będziemy przy niej od razu jak stamtąd wróci…

Nie czekałam co mi odpowie. Zostawiłam go z jedną nogą za progiem, a gdy usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, po prostu wróciłam do swoich zajęć.

— No i co z tą kawą? — zapytał po chwili, stając w drzwiach kuchni z Różyczką w ramionach.


— Badanie wykazało, że trzustka zaczęła krwawić — wyjaśniała młoda lekarka. — Jej soki trawią od wewnątrz mięśnie brzucha i utrudniają zrastanie się rany pooperacyjnej: podrażniają ją, prowadzą do obrzęku i martwicy brzegów. Zabezpieczyliśmy ją najlepiej jak to możliwe i czekamy.

— Na co?

— Aż trzustka się ustabilizuje i przestanie „przeciekać”. Nie ukrywam, że stan jest bardzo poważny.

— Czy istnieje zagrożenie, że sok trzustki zacznie trawić inne narządy?

— Jeśli nawet, to niewielkie. Wszystko jest pod kontrolą…

Ledwo się powstrzymałam przed uwagą, co myślę na temat takiej kontroli. Przecież wciąż coś ich zaskakiwało!

— Nie zrozum mnie źle, nie chcę nikogo pouczać, zastanawiam się tylko, czy usunięcie trzustki nie byłoby najrozsądniejszym wyjściem? — drążył ostrożnie Rudy.

— Nie, bo trzustka jest sprawna, a życie bez niej to udręka. Poza tym w naszej ocenie większym ryzykiem jest taka, bardzo poważna, interwencja chirurgiczna niż czekanie, aż wszystko się wyciszy.

Nie przekonała mnie. Nie mogłam uwierzyć, że warto zachować trzustkę, która „przeciekała” od ponad miesiąca i trawiła cię od środka. Tym bardziej nie mogłam zrozumieć, że w chwili, gdy okazało się, że na dodatek krwawi, można ją nazywać „zdrowiejącą”. Ciekawe co jeszcze musi się stać, żeby uznali ją za chorą? Nabierałam pewności, że była to raczej asekuracja — nie umieli ci pomóc, ale też nie chcieli zaszkodzić bardziej, wymyślili więc, że nie będą przykładać ręki do tego, co nieuniknione.

Lekarka, jakby czytając w moich myślach, powiedziała na odchodnym:

— Nie trzeba tracić nadziei. Jeszcze dziś podejmiemy kolejną próbę żywienia dojelitowego, dlatego założyliśmy zgłębnik do dwunastnicy. Jest jakaś szansa, że wdroży to jelita do normalnej pracy, uchroni je przed niszczeniem kosmków, no i „da zajęcie” dla enzymów trzustki: będą miały co trawić.

Mieliśmy okazję porozmawiać, bo znów podłączono speakera. Ponieważ jednak byłaś bardzo słaba, nie chcieliśmy tracić czasu.

— Zróbmy tak, że najpierw zadasz nam pytania, na które odpowiemy dopiero, kiedy zmęczysz się mówieniem, OK? — zaproponowałam.

— Ale… nie wiem o co pytać. Nie miałam czasu, żeby się zastanowić.

Nie miałaś czasu!

— To gadaj cokolwiek!

— Chcę, żebyście wiedzieli, że ja się z tym wszystkim pogodziłam. Coraz rzadziej zadaję sobie pytanie, dlaczego przytrafiło mi się coś takiego… Nawet nie wiem jak to nazwać… W każdym razie nie pytam, bo nikt mi nie odpowie. To nic nie da… No… Więc muszę tu być tak długo jak trzeba. Wciąż sobie tłumaczę, że cokolwiek się dzieje, jest robione dla mojego dobra. Nawet jak bardzo boli. Nie mogę się poddać… Nie mogę…

Twoje oczy wyrażały to co słowa: desperację, zdecydowanie i pokorę. Po chwili jednak mocno zacisnęłaś wargi, lekko wciągając je do środka. Zawsze tak robiłaś, gdy próbowałaś ukryć emocje, które cię przerastały. Myślałaś, że mnie oszukasz?

Podczas zmiany opatrunku przyszła wysoka gorączka. Tak reagowałaś na ból. Cierpiałaś, mimo że dostałaś dużą dawkę morfiny. Patrzyłam na ciebie rozdygotaną, półprzytomną i obolałą, a w pamięci wciąż brzmiały tamte słowa: „Nie mogę się poddać… Nie mogę…”.


Rudy znowu nalegał, żeby Różyczka odwiedziła mamę. Bałam się szpitalnych bakterii. Jak długo szczęście mogło sprzyjać, gdy wciąż je prowokowaliśmy? Twój mąż oczywiście chciał cię w ten sposób mobilizować, przypominać, że masz dla kogo żyć i dać szansę wam obu na nawiązanie jakiejś więzi… Tak niewiele można ci było wtedy dać! I tak dobrze było patrzeć na twoją radość, gdy miałaś ją przy sobie. A przecież też myślałaś o bakcylach, bo któregoś wieczoru żegnając się z nami powiedziałaś:

— TYLKO PAMIĘTAJCIE, ŻEBY PO POWROCIE DO DOMU PRZEBRAĆ SIĘ I UMYĆ RĘCE I BUZIE ZANIM PÓJDZIECIE DO RÓŻYCZKI!

Jako siostra byłam więc szczęśliwa, gdy widziałam szczęśliwą ciebie, a jednocześnie odzywał się we mnie instynkt Rozsądnej Pramatki, który nakazywał chronić potomstwo. To był poważny dylemat, z którym zmagaliśmy się regularnie. Zawsze zwyciężały sentymenty i upór Rudego. Wiedziałam, że kiedyś będziesz mu za to wdzięczna.

Kiedy wreszcie do ciebie dotarła, znowu w milczeniu delektowałaś się jej obecnością, choć mogłaś skorzystać ze speakera. Leżałaś uśmiechnięta, całą sobą chłonąc tę chwilę, zamknięta we własnym świecie i — na ten moment — odmieniona blaskiem, który rozświetlał też twoje wielkie, smutne i nieposłuszne oczy.

…a kiedy tak rozkwitałaś, słysząc i czując dziecko w pobliżu, wracała nadzieja, że wyjdziesz z tego i będziesz taka jak dawniej, tylko dojrzalsza o swoje przemyślenia i jeszcze silniejsza niż byłaś. Wielu z nas dojrzewało w cieniu twojej walki.

Trzeba przyznać, że córeczka robiła wszystko, żebyś miała show na miarę jej niemowlęcych możliwości: sapała, chrumkała, popiardywała, a nawet dostała czkawki, co bardzo cię rozbawiło. Nadszedł oczywiście moment, kiedy nie było jej wygodnie w żadnej pozycji, stała się senna i zaczęła kaprysić, a wtedy ty — jak przystało na mamę — zaniepokoiłaś się, że męczymy ją za bardzo i że tak długi pobyt w szpitalu może jej zaszkodzić. Kiedy Rudy i Różyczka wyszli, zamknęłaś oczy, choć wiem, że nie byłaś senna. No bo o czym można gadać w tej sytuacji?

Milczałam więc i ja.

Mijał szósty tydzień choroby. Dostawałaś morfinę na żądanie. Bardzo małe dawki, ale prosiłaś o nią często. Wytłumaczono nam, że nie należy się obawiać, bo redukcja bólu zapewnia ci komfort, wycisza cię i pomaga w regeneracji. Rzeczywiście — temperatura ustabilizowała się i nie działo się nic szczególnie niepokojącego ani nawet godnego uwagi. Cieszyłaś się, kiedy przychodziliśmy i coraz łatwiej znosiłaś pożegnanie, gdy nadchodził wieczór. Może dlatego, że kiedyś ci uświadomiłam, ile godzin przy tobie spędzamy, łamiąc przepisy i nadużywając cierpliwości pielęgniarek. Pozwalano nam zostawać do dwudziestej, ale Rudy codziennie przeciągał chwilę powrotu do domu. Nie wiem komu trudniej było się rozstać.

Doszło do tego, że sama co jakiś czas pytałaś o godzinę i powiedziałaś swojemu mężowi:

— NIE POWINNO WAS TU JUŻ BYĆ. PA. SPAĆ MI SIĘ CHCE!

Zawsze byłaś zdyscyplinowana i bardzo przestrzegałaś procedur w pracy, dlatego wiedziałaś, że stawiamy twoje opiekunki w niezręcznej sytuacji i być może narażamy na jakieś nieprzyjemności. Pochyliłam się do twojego ucha i szepnęłam więc:

— Grzeczna dziewczynka! On czasem zapomina, że też powinien odpocząć.

— TAK — odparłaś. — PA! — i zacisnęłaś powieki.

Wiem, że wcale nie było ci łatwo. Gdybyś tylko mogła, nie pozwoliłabyś mu w ogóle wychodzić.


Odwiedziła cię przyjaciółka. Pracowałyście w tej samej firmie. Przyjechała, żeby zaprezentować niespodziankę, jaką przygotowała z ekipą z pracy. Były to gratulacje z okazji urodzenia Różyczki i życzenia szybkiego powrotu do zdrowia zarejestrowane w prawdziwym studio nagrań, jakim dysponowała twoja instytucja. Kilkanaście osób po kolei, z wielkim przejęciem mówiło coś od siebie i choć prawie nic nie rozumiałam, z łatwością rozpoznawałam emocje jakie pobrzmiewały w ich głosach: przejęcie, współczucie, nieco udawaną radość, autentyczną troskę, wiarę w twoją niezłomność, ale — ponad wszystko — nadzieję, że cokolwiek teraz przechodzisz, przeminie…

Zareagowałaś bardzo szybko. Bezgłośnie, ale dobitnie zaczęłaś szeptać:

— WYŁĄCZ TO! WYŁĄCZ! WYŁĄCZ!

Potem płakałaś prawdziwymi łzami, a czujnik tętna i ciśnienia podniósł alarm. Kiedy opanowałaś nieco emocje, powiedziałaś:

— DZIĘKUJĘ. TO PIĘKNY PREZENT. KIEDYŚ WYSŁUCHAM GO DO KOŃCA…


Zauważyliśmy, że dawno nie rozmawiał z nami żaden medyk. Rudy wypytał pielęgniarkę o jej spostrzeżenia, dzięki czemu mieliśmy wrażenie, że rozumiemy coraz więcej. Chwilę potem zagadnął pierwszą napotkaną lekarkę.

— Chociaż nie widać jakiejś spektakularnej poprawy, zwróćcie uwagę, że nie ma też pogorszenia — zaczęła. — Rana jest w coraz lepszym stanie, wysoka temperatura pojawia się sporadycznie i jest coraz łatwiejsza do opanowania. Dziś przez chwilę było nawet trzydzieści sześć stopni. Właśnie podjęto decyzję o odstawieniu antybiotyku. Chcemy zobaczyć, czy jej organizm sam podejmie walkę. Jest taka szansa.

Pomyślałam, że te twoje trzydzieści sześć stopni świadczyło o osłabieniu. Potwierdziłaś to w jakimś sensie, bo zapytałaś o godzinę, po czym stwierdziłaś, że natychmiast musisz się zdrzemnąć.

— DAJCIE MI TRZYDZIEŚCI MINUT, ALE NIE WIĘCEJ! — wydałaś dyspozycję i zasnęłaś.

Oczywiście przytaknęliśmy, ale wcale nie zamierzaliśmy cię budzić. Cierpliwie jak zawsze czekaliśmy, aż twój organizm zdecyduje, ile snu mu potrzeba. Obudziła cię pielęgniarka, informując, że będzie pobierała krew. Od razu skontrolowałaś czas, a gdy się okazało, że spałaś ponad godzinę, zrugałaś nas za niesłowność.

— Oho! — śmiałam się z twojego rozdrażnienia. — Próbujesz przejąć kontrolę nad światem! Będzie dobrze!


Kiedy powiedzieliśmy, że planujemy wyjazd do Londynu, bo trzeba wyrobić paszport dla Różyczki, zaniepokoiłaś się.

— PO CO TEN POŚPIECH?

— Bo nie chcę się zajmować takimi pierdołami, kiedy już wyjdziesz ze szpitala. Wtedy chcę mieć czas wyłącznie dla ciebie. Dla was — wyjaśnił Rudy.

To cię trochę uspokoiło. Czego się właściwie przestraszyłaś?

Całe przedsięwzięcie omal nie utknęło w punkcie wyjścia, bo okazało się, że Rudy zgubił swój dowód osobisty. Pół nocy spędziliśmy na poszukiwaniach. Wreszcie podjęliśmy decyzję, że rano musi to zgłosić na policji i zrobić zdjęcie do nowego dokumentu. Nic nie mogliśmy poradzić na to, że sprawa odwlecze się w czasie. Trudno.

Długo nie mogłam zasnąć, ale wreszcie i tak padłam. Przyśniło mi się, gdzie leży zguba: dowód dostał się pomiędzy szufladę a dno komody. Rano, nie mówiąc nic nikomu, sama sprawdziłam to miejsce. Był tam.

Wyruszyliśmy więc z opóźnieniem, za to w przekonaniu, że Los nam sprzyja.

Ale nie sprzyjał.

Przejechaliśmy najwyżej dwadzieścia mil, gdy spod maski samochodu zaczął się wydobywać czarny, śmierdzący dym. Skręciliśmy z autostrady pierwszym napotkanym zjazdem. Natrafiliśmy na szereg parterowych budynków — hurtowni oraz niewielkich zakładów produkcyjnych i usługowych. Było ich mnóstwo, ale warsztatu samochodowego oczywiście ani widu, ani słychu…

Dowiedzieliśmy się, że niecałe dwie mile dalej jest warsztat o nazwie Mr ALEKSYN i że warto tam poprosić o pomoc, ale raczej nic nie wskóramy, bo zawsze są zawaleni robotą. Rudy próbował, ale mechanik, który znalazł chwilę, żeby w ogóle rzucić okiem, pokręcił tylko głową i stwierdził, że nie da się tego załatwić od ręki. Samochód wymagał postawienia na kanale, a wszystkie stanowiska były zajęte. Rudy był zdruzgotany. Wiedział, że w tym kraju właściwie wszystko wymaga czasu, ustaleń i przepływu papierków.

— Weź go na litość — podpowiadałam, gdy mechanik jeszcze raz wymownym gestem pokazywał ile samochodów czeka na swoją kolej.

— To nic nie da — odparł zrezygnowany.

— Powiedz mu, że jesteś umówiony w Londynie, w konsulacie, że żona chora, dziecko małe… Rudy! Chociaż spróbuj!

— Do polskiego konsulatu jedziecie? — wtrącił mechanik czystą polszczyzną. — To dlaczego od razu nie gadacie po polsku?

— Skąd miałem wiedzieć?! — parsknął zdezorientowany Rudy.

— A nazwa firmy nic ci nie mówi?

— Mr ALEKSYN? Niby jak mnie to miało naprowadzić?

— No… ALEK i SYN! — roześmiał się młody mężczyzna, po czym wskazał jedno ze stanowisk. — Ten zaraz skończy. Wjedź, zobaczę, ale nadal nie gwarantuję, że da się zrobić od ręki…

Podczas oględzin samochodu wywiązała się naturalna na obczyźnie konwersacja: skąd, jak długo, co kto porabia i dlaczego akurat tutaj. Kiedy Rudy zaczął opowiadać o tobie, młody Polak aż oderwał się od roboty.

— Bardzo współczuję — powiedział — ale proszę przekazać żonie, że zawsze warto walczyć. Wiem co mówię. Dziesięć lat temu potrącił mnie samochód, a drugi po mnie przejechał. Doszło do pęknięcia trzustki. Krwawienie, obrzęk, trzy operacje, sześć tygodni na intensywnej terapii, w sumie trzy miesiące w szpitalu… Co wam będę opowiadał… Lekarze powiedzieli matce, żeby zajęła się drugim synem, bo ze mnie już i tak nic nie będzie. Kurde! Jak się zorientowałem, że jest tak źle, powiedziałem sobie, że się nie dam. Naprawdę, ciągle o tym myślałem i, jak widać, wciąż tu jestem! Trzeba się przeciwstawić chorobie ze wszystkich sił!

I tak, wśród pouczających rozmówek polsko-polskich, samochód został naprawiony. Rudy wyciągnął portfel, ale mechanik rzucił tylko:

— Pozdrów żonę!

Był wzruszony, w milczeniu uścisnął nam dłonie i wrócił do swojej pracy.

Dalsza podróż minęła już bez przygód. Za to u celu czekało nas mnóstwo atrakcji. Czas naglił, a w pobliżu konsulatu nie było wolnych miejsc parkingowych. Jedyne jakie się zwolniło wymagało kilkunastominutowej analizy sposobu opłaty za postój. Krótko mówiąc okazało się, że aby zostawić samochód w tym miejscu trzeba dysponować telefonem z Internetem i jakąś aplikacją bankową siedemnastej generacji. Rudy poradził sobie oczywiście, ale nie ośmieliłabym się zacytować jego przemyśleń na temat angielskich rozwiązań technologicznych…

Kiedy się nimi dzielił z parkomatem i światem jako takim, z ciekawością obserwowałam otoczenie. Chyba dopiero dotarło do mnie, że jestem w Londynie. W zasięgu wzroku miałam kilkanaście konsulatów. Polski poznałam po tym, że już na ulicy kłębił się tłumek. Kolejka. Była o wiele wymowniejsza niż flaga, która powiewała smutno i niechętnie. Miałam też wrażenie, że budynek, w którym się mieści, jest najskromniejszy, najbardziej zaniedbany i jakby… przepracowany — jak ludzie, którzy go oblegali. Dość znamienne. Na szczęście ogonek szybko topniał. Niestety, przy okienku okazało się, że — choć uwzględniono zaświadczenie ze szpitala, które tłumaczyło twoją nieobecność — nic nie załatwimy, bo wzięliśmy niewłaściwą wersję któregoś dokumentu.

— Bez tego nic się nie da zrobić — rozłożył ręce urzędnik. — Bardzo mi przykro. Taka jest procedura…

Rudy próbował skruszyć jego serce, opisując waszą sytuację, ale miałam wrażenie, że zabrakło mu siły. Kiedy zrezygnowany i wściekły odwrócił się od okienka, natychmiast zajęłam jego miejsce i zwróciłam się do młodego urzędnika:

— Naprawdę nie ma sposobu? Chce pan powiedzieć, że w dobie komputerów, skanerów i Internetu, jest to niemożliwe?

Znów rozłożył ręce:

— To nie ja ustalam przepisy…

— Proszę pana — przerwałam mu — przed chwilą zapłaciliśmy za parking bez użycia karty kredytowej i gotówki, a bank przyjął transakcję. Przecież nie magicznie. Tak sobie myślę… Gdybyście otrzymali skan dokumentu drogą mailową… Czy nie moglibyście na jego podstawie uruchomić całej procedury, skoro już jesteśmy tu fizycznie? Po powrocie do domu mój szwagier oczywiście niezwłocznie wyśle oryginał pocztą…

— Proszę dać mi chwilę, zapytam konsula. Może się uda?

Wziął od Rudego wszystkie papiery i pobiegł na górę. Wrócił po kilku minutach.

— Mamy zgodę — oznajmił radośnie — ale skan musi zostać przesłany drogą mailową w ciągu dwóch godzin. Powodzenia.

Zaczął się wyścig z czasem. Kiedy mama Rudego rozpoczęła poszukiwania dokumentu, wasz przyjaciel zwalniał się z pracy i pędził, żeby go odebrać, zeskanować i wysłać. Tyle że do waszego domu miał kawał drogi, a właśnie zaczęły się godziny szczytu. Kiedy otrzymaliśmy wiadomość, że papier już czeka na naszego kuriera, on sam utknął oczywiście w korku, a gdy dotarł na miejsce, okazało się — ale już nie byliśmy zdziwieni — że wasz skaner, niestety, nie działa. Przyjaciel wyruszył na poszukiwanie sprzętu, ale — na użytek tej sytuacji skonstruowałam kolejne prawo Murphy’ego: — „Kiedy nie korzystasz ze skanera, znajdziesz go nawet w psiej budzie, ale gdy go bardzo potrzebujesz, okazuje się, że w promieniu 25 kilometrów wszystkie urządzenia posiadające funkcję skanowania właśnie uległy autodestrukcji”. Czekając na sygnał od poszukiwacza skanerów, poszliśmy coś zjeść. Przecież i tak nie mogliśmy mu pomóc. Wstąpiliśmy do włoskiej knajpki, gdzie Włoch-właściciel opowiedział Rudemu o swojej ukochanej żonie, Polce. Wszędzie nas pełno…

Niespiesznie szliśmy w stronę konsulatu, zaszłam nawet do butiku, gdzie kupiłam dwie jednakowe sukienki: dla mnie i dla ciebie. I coś dla mamy Rudego. Może, babskim zwyczajem, chciałam tymi kieckami zaczarować Przyszłość?

Już prawie straciliśmy nadzieję na powodzenie misji, gdy otrzymaliśmy informację, że skan został wysłany. Rudy złożył stosowne podpisy i wniósł część opłaty. Część, bo konsul — sam z siebie! — uwzględnił jego wyjątkową sytuację.

— Zapraszam za tydzień po odbiór paszportu córeczki — uśmiechnął się przemiły urzędnik, który chyba naprawdę czuł ulgę, że wszystko poszło jak należy.

Nic nie odpowiedziałam, patrzyłam tylko — z nadzieją, że umiem patrzeć dostatecznie wymownie.

— …ale możemy, oczywiście w drodze wyjątku, wysłać dokument pocztą. Co więcej: pan nie musi wnosić żadnej opłaty — dodał przeinteligentny młody człowiek.

Umiem!

W drodze powrotnej zajechaliśmy do szpitala. Cały dzień była przy tobie przyjaciółka, Monika. Wciąż czułam do niej wdzięczność za to, że tyle godzin czuwała przy tobie w pierwszych dniach choroby. Odkąd przyjechałam, pojawiała się rzadziej. Dopiero kiedy ci to opowiadam, dociera do mnie jak taktownie się zachowała. Może tęskniła za tobą, ale — być może niesłusznie — pozbawiła cię swego towarzystwa zakładając, że moja obecność wystarcza?

Byłaś rozpalona gorączką i smutna. Wszystko się wyjaśniło, gdy okazało się, że ustawiono niewłaściwy nadmuch w kocyku, który zamiast chłodzić ogrzewał cię… Georgia, pielęgniarka, która była temu winna, chyba nie mogła nam wybaczyć, że odkryliśmy jej niedopatrzenie, bo od tej chwili patrzyła na nas niemal ze złością. Niepojęte!

Próba żywienia dojelitowego nie powiodła się, ale miałam przeczucie, że dręczy cię coś jeszcze. Bałam się, że tracisz nadzieję. Ożywiła cię nieco nasza relacja z wyprawy, zwłaszcza opowieść polskiego mechanika.

Tuż przed wyjściem dowiedzieliśmy się, że rana pooperacyjna nie goi się dobrze, a co gorsza, odnieśliśmy wrażenie, że lekarze nie mają na to żadnego pomysłu. Nabierałam podejrzeń, że szpital już nie walczy o ciebie. Nie rozumiałam, dlaczego nie przekazali cię bardziej doświadczonemu ośrodkowi. Obawiałam się, że najpierw działały względy ambicjonalne: byłaś ciekawym i niespotykanym przypadkiem. Próbując cię leczyć, mogli liczyć na sukces, a porażka była z góry usprawiedliwiona — z ciekawego i niespotykanego stałabyś się przypadkiem wyjątkowo skomplikowanym, może nawet mieliśmy się dowiedzieć, że nierokującym…

Narastała we mnie złość, którą podsycała bariera językowa. Niemożność uzyskania informacji z pierwszej ręki i prowadzenia rozmowy na własnych zasadach była dla mnie wyjątkowo trudna do zniesienia. Dopiero dziś widzę, że odebrałam wtedy niezłą lekcję cierpliwości i pokory. Moja zraniona duma miała tu jednak znaczenie drugorzędne — najważniejsze było twoje życie i to, że w domach czekały na nas dzieci…

Wymogłam na Rudym, żeby zażądał spotkania, na którym uzyskamy odpowiedź na każde pytanie. W południe następnego dnia mogliśmy porozmawiać z dwoma lekarzami, jeden z nich — doktor Chrupak — był Polakiem.

— Proszę zrozumieć nasze zaniepokojenie — zaczęłam. — Nie trzeba się znać na medycynie, żeby zauważyć, że choroba mojej siostry ma dziwny przebieg i o ile się nie mylę, nawet nie potraficie jej nazwać. Dlaczego to tak długo trwa?

— To wyjątkowo niezwykły przypadek. Taka jest prawda — usłyszeliśmy w odpowiedzi.

— Czy w związku z tym nie wymaga niezwykłego traktowania, troski i uwagi?

— Oczywiście!

— Czy możemy prosić o wyznaczenie jednego lekarza, który będzie zorientowany na bieżąco i będzie nam zdawał relację z przebiegu leczenia? Często mamy wrażenie, że dostajemy wyrywkowe albo błędne informacje. To deprymujące…

— Rozumiem — odparł lekarz dyplomatycznie, nie potwierdzając i nie przecząc słuszności tych wrażeń. — Ponieważ niektórzy z nas pracują tylko w tygodniu, a inni tylko w weekend, proponuję wyznaczyć trzy takie osoby. Będzie pewność, że zawsze kogoś zastaniecie.

— Dziękuję. Kolejna sprawa to opieka pielęgniarska. Nawet my, laicy widzimy, że choć na ICU niewątpliwie pracuje personel o najwyższych kwalifikacjach, zdarzają się sytuacje, których wolelibyśmy zaoszczędzić mojej żonie — powiedział Rudy.

— Czasem w ciągu tygodnia przy siostrze pracuje w sumie 14 osób, a innym razem trzy dni pod rząd opiekuje się nią ta sama osoba — dodałam. — W zależności od doświadczenia i empatii pielęgniarki, moja siostra czuje się bezpiecznie i komfortowo lub wręcz przeciwnie. Rozumiem, że jej przypadek to szansa na zdobycie doświadczenia, ale kiedy pomyślę, że każde niedopatrzenie może zniweczyć pracę lekarzy, a przede wszystkim jest źródłem jej cierpienia, nie godzę się na to.

Naszej rozmowie przysłuchiwała się Georgia, która dzisiaj znowu, niestety, miała przy tobie dyżur. Chciałam, żeby usłyszała co myślę między innymi o niej. Kiedy przetłumaczono jej moje słowa, poruszyła się niespokojnie, ale milczała. I słusznie, bo właśnie wyliczałam grzechy personelu, ale jeszcze nie użyłam jej imienia:

— Czy lekarka zakładająca linię nadobojczykową nie powinna tego robić pod okiem bardziej doświadczonej osoby? Czy ignorowanie skargi na kilkudniowy ból po wkłuciu na dłoni jest standardem w waszym szpitalu? Czy rurka od respiratora wypadająca przy każdym ruchu nie wymaga jakichś skutecznych działań? Czy ogrzewanie pacjenta podczas bardzo wysokiej gorączki nie stanowi bezpośredniego zagrożenia życia? Czy pielęgniarka z zapaleniem zatok może mieć kontakt z ciężko chorym pacjentem? Jaki sens ma narzucanie używania specjalnych środków ostrożności: rękawiczek, fartuszków, konieczności przechodzenia przez śluzę, jeśli nie dotyczy absolutnie wszystkich osób?

— Na pewno spróbujemy to zmienić — odparł spokojnie doktor Chrupak.

— Od wielu dni słyszymy, że trzeba czekać. Mamy wrażenie, że nikt nie wie czego się spodziewać… Czy to znaczy, że tutejsi lekarze są bezradni? A jeśli tak, chciałbym wiedzieć, czy szpital konsultował się z innymi ośrodkami, czy rozważano przewiezienie mojej żony gdzie indziej?

— Oczywiście, że się konsultowaliśmy i nadal to robimy. Na razie uzyskaliśmy pewność, że inne ośrodki podejmowałyby takie same decyzje, czyli stosowałyby to samo leczenie. Jeśli uznamy, że coś wymyka się spod kontroli, na pewno poprosimy o wsparcie z zewnątrz.

— Jaki właściwie w tej chwili jest stan trzustki?

— Już nie krwawi. Wciąż jest lekko obrzęknięta i „przecieka”, ale wszystko wskazuje na to, że się stabilizuje.

— Co jest największym problemem: infekcja czy trzustka?

— Infekcja jest w odwrocie. Mija właśnie trzecia doba bez antybiotyku. Co dzień pobieramy próbki na obecność bakterii. Tak delikatne epizody gorączki i wyniki analiz świadczą o tym, że infekcja, nawet jeśli trwa, nie stanowi zagrożenia. Trzustka zaś… jej enzymy nie pozwalają ranie się zagoić, co prowadzi do martwicy tkanki na jej brzegach. Niebawem trzeba będzie przeprowadzić kolejną operację usunięcia martwicy i zabezpieczenia zdrowej tkanki. Zawsze jest zagadką, co zastaniemy podczas zabiegu i czy da się wszystko oczyścić tak, żeby można było przeprowadzić plastykę, czyli rekonstrukcję brzucha…

— Czy ona ma szansę wyzdrowieć? — zapytałam wprost, choć do ostatniej chwili bałam się co usłyszę.

— Nic byśmy już nie robili, gdybyśmy uważali, że nie.

Niedługo potem okazało się, że specjalne środki ostrożności są już zbędne. Nie było też Georgii, choć kończyła dyżur dopiero za kilka godzin…

Dziś już nie wiem, czy przyjęłam te informacje tak bezkrytycznie dlatego, że bardzo potrzebowałam pożywki do budowania nadziei, czy dlatego, że byłam aż tak naiwna? Pewnie jedno i drugie. Więc choć brakowało tu logiki i użyto słów, które zdradzały więcej niewiadomych niż faktów, pokiwałam głową ze zrozumieniem. A może po prostu wciąż ufałam lekarzom? Nawet jeśli nie wszystko było jasne i oczywiste, nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogą mnie zwodzić.

— Czy przywożenie Różyczki naprawdę nie stanowi ryzyka dla żadnej z nich? — zapytałam jeszcze, żeby raz na zawsze przestać się wahać choć w tej kwestii.

— Nie ma żadnego ryzyka. Warto robić to jak najczęściej. Dziecko jest najlepszą motywacją dla młodej mamy.

Oczywista dla nas trafność ostatniego zdania, szybko została potwierdzona przez życie. Kiedy leżąca cichutko jak trusia i wgapiająca się w sufit Różyczka przeszła w tryb „pieluszkowa symfonia”, a ty zorientowałaś się w jego naturze — zrobiłaś minę, jakby wręczano ci bukiet róż. Takiego utworu jeszcze nie słyszałaś! Niebawem opróżniony do cna brzuszek wymagał napełnienia. Rudy przygotował wszystko i zwrócił się do ciebie:

— No, matka! Dosyć tego leniuchowania! Trza nakarmić potomstwo. Pomożesz?

— JAK?! — zmarszczyłaś brwi.

— Zwyczajnie — powiedział i ułożył małą w pozycji optymalnej dla twojej dłoni, w której po prostu umieścił butelkę z ciepłym mlekiem. Różyczka zassała, wydając wszystkie okolicznościowe dźwięki, a gdy już się najadła, pomogłam jej chwycić twój palec. Byłaś zachwycona siłą maleńkiej rączki. Twoje wzruszenie upewniło mnie, że drzemie w niej moc o wiele większa niż mógł wyrazić taki uścisk. Zupełnie jakby cię podłączono do ładowarki…

Kiedy mała zaczęła grymasić, wydałaś dźwięk przypominający cmoknięcie — jedyny jaki można było usłyszeć w twoim wykonaniu. Natychmiast przykułaś jej uwagę. Mruknęła coś, a ty znów cmoknęłaś, czym sprowokowałaś jej „odpowiedź”. Gadałyście tak sobie do chwili, gdy Różyczkę zmorzył sen, a kiedy ci o tym powiedzieliśmy, zasnęłaś również!


— DZIĘKI. WIEM, ŻE MI TROCHĘ POMAGAŁAŚ W KARMIENIU RÓŻYCZKI. NIE UMIEM NAWET UTRZYMAĆ BUTELKI! — powiedziałaś z goryczą jakiś czas później. Zamyśliłaś się i dodałaś po chwili: — NIE WYJEDZIESZ, PÓKI STĄD NIE WYJDĘ.

— Myszko, po pierwsze: moja pomoc jest znikoma. Po drugie: wiele osób ci towarzyszy. Nie jesteś tu sama…

— WIEM.

— Super. Trzymajmy się tego. Nie zapominaj, że Miłosz bardzo przeżywa moją nieobecność. Wyjadę jak tylko będę miała pewność, że jesteś bezpieczna.

Wspomniałam jedynie o Miłoszu, bo był najważniejszy, ale też dlatego, że nie miałam sumienia wymieniać wszystkiego, co mnie wzywało: tęsknota za mężem, za domem, za własnym życiem… No i zobowiązania różnego rodzaju. Przyziemność. Codzienność. Czym były wobec tego, co działo się z tobą? Sęk w tym, że zaniedbanie tego wszystkiego zwiastowało kłopoty w przyszłości, a w żaden sposób nie chciało się przełożyć na sukces tu i teraz. Milczałaś, jakbyś wsłuchiwała się w argumenty, których nie miałam odwagi wyrazić. Wreszcie z przekonaniem pokiwałaś głową i szepnęłaś:

— ROZUMIEM. NAPRAWDĘ CIĘ ROZUMIEM.

Wolałabym, żebyś zarzuciła mi nieczułość albo egoizm. Twoja wyrozumiałość niczego mi nie ułatwiała. To była jedna z tych sytuacji, gdy każda decyzja niesie poczucie winy, którego nikt nie zrozumie i nikt nie rozgrzeszy…

Moje samobiczowanie przerwał chirurg, który przyszedł z wiadomością, że na następny dzień zaplanowano operację.

— PRZYJDZIECIE RANO, ZANIM MNIE ZABIORĄ? — zapytałaś, jakby to nie było oczywiste.

— Nie. Mamy zaplanowaną partię krykieta! — roześmiałam się.

Od świtu przez twoją salę przewinęła się cała parada lekarzy i specjalistów. Między innymi pojawił się chirurg, chirurg plastyczny, neurolog, ginekolog i anestezjolog. Każdy przedstawiał się, przeprowadzał wywiad w swojej dziedzinie i udzielał wyczerpujących informacji co do swojej roli i zamiarów. Z wielkim taktem i cierpliwością odpowiadali nie tylko na twoje, ale i nasze pytania. Dowiedzieliśmy się, że chirurg plastyczny po raz pierwszy będzie miał okazję ocenić twój stan i jest szansa, że określi termin wykonania plastyki brzucha. Wiele wskazywało na to, że najbliższa operacja to koniec jednego i początek kolejnego etapu twojego powrotu do zdrowia.

W oczekiwaniu na nią opowiadałaś ostatni sen:

— MAMY TAKIEGO KOLEGĘ… JEST NIEOBLICZALNY, MA TAK WARIACKIE POMYSŁY, JAKBY NIE POSIADAŁ INSTYNKTU SAMOZACHOWAWCZEGO… CIĄGLE PAKUJE SIĘ W JAKIEŚ KŁOPOTY. ŚNIŁO MI SIĘ, ŻE JECHAŁAM Z NIM NA TIRZE. NO WIESZ… NA SZOFERCE. BARDZO SIĘ BAŁAM, ŻE SPADNĘ. OKROPNY SEN!

— Ale nie spadłaś?

— NIE. JAKOŚ DOJECHAŁAM. BYŁAM TYLKO OBOLAŁA.

Czekałaś co wymyślę. To była taka zabawa, ale i swojego rodzaju tradycja: kiedy miałaś złe sny, prosiłaś, żeby ci wytłumaczyć co mogą oznaczać. Nie miało to nic wspólnego z wiarą w jakąś obowiązującą symbolikę snów — raczej oczekiwałaś wyjaśnienia, co się dzieje w twojej głowie.

Gorączkowo uaktywniałam Wrodzony Translator Okropnych, Znaczących i Bezdennie Głupich Snów.

— To bardzo dobry znak: ktoś naraził cię na ryzyko, a ty nie mogłaś go uniknąć, ale stawiłaś mu czoła i wyszłaś z opresji cało, choć obolała.

— AHA, ROZUMIEM — uśmiechnęłaś się, a Rudy, który stał po przeciwnej stronie twojego łóżka wymownie uniósł brwi. Chciałam wierzyć, że w podziwie dla moich nieprzeciętnych zdolności interpretacyjnych…

— Pora na wycieczkę! — zawołała w tym momencie pielęgniarka. — I na całuski!

Przymknęłaś oczy i z pogodnym wyrazem twarzy wystawiłaś pyszczor do buziaków jak do słońca.

Czekaliśmy na twój powrót ponad pięć godzin. Może czegoś nie zrozumiałam, ale wyobrażałam sobie, że bardziej chodzi o usunięcie resztek martwiczych zmian, kontrolę rany i przygotowanie pola do popisu dla chirurga plastycznego niż operację z prawdziwego zdarzenia. Nie spodziewałam się, że to może trwać tak długo.

W takich chwilach serce nigdy nie jest spokojne.

Okazało się, że po oczyszczeniu rany z resztek martwiczej tkanki tłuszczowej i mięśniowej, podłączono urządzenie odsysające na bieżąco płyn zbierający się w ranie — tzw. vac dressing. Chirurg plastyczny postanowił dać ci cztery, pięć dni na wzmocnienie i dopiero wtedy wykonać pierwszą z serii operacji. Na początek planował przeszczep mięśni i założenie siatki w miejscu największych ubytków.

— Bardzo nas cieszy, że ostatni posiew z rany nie wykazał już bakterii — powiedział lekarz na zakończenie relacji o przebiegu operacji. — Teraz powinniście iść do domu, ona i tak będzie spała. Zapraszam wieczorem. A jutro przywieźcie Różyczkę. Koniecznie!

Podczas wieczornej wizyty dowiedzieliśmy się, że przez chwilę miałaś wysoką gorączkę, pojawiły się też zawirowania z tętnem i ciśnieniem, ale transfuzja krwi szybko wszystko unormowała. Lekarz poinformował, że to zawsze przebiega w postaci sinusoidy. Od niechcenia dodał, że są dobrej myśli, choć już widać, że znowu trzeba będzie wyciąć nieco martwiczej tkanki. Nie od razu zauważyłam, jakie to było dziwaczne: oto otrzymywałam informację, że niebawem moja siostra przejdzie kolejną operację i traktowałam to jak rzecz oczywistą, jakby mówili o przycięciu paznokci. Przyszedł czas, że zaczęłam myśleć o wszystkim co się z tobą działo, jako o etapach zdrowienia. Skoki temperatury do 40 stopni? — organizm walczy; wciąż zbierający się płyn w brzuchu? — na szczęście są sposoby, żeby nie zalegał. Najważniejsze, że nie było infekcji.

Przebudziłaś się na krótko, tuż przed północą.

— CZY OPERACJA JUŻ BYŁA?

— Tak.

— CAŁY DZIEŃ TU PRZY MNIE JESTEŚCIE?

— Nie. Wygonili nas na obiad.

— JESTEŚCIE NIESAMOWICI! MUSICIE BYĆ BARDZO ZMĘCZENI. IDŹCIE JUŻ, JA BĘDĘ SPAĆ. KOCHAM WAS!

Całą noc dręczyły cię wymioty. Prawdopodobnie przez nadmiar soków w żołądku. Dwie operacje temu wyjęto zgłębnik, który umożliwiał odsysanie ich w miarę potrzeby. Zamiast tego zainstalowano tylko sondę dwunastniczą. Trzeba było go ponownie założyć. Od tej chwili miałaś rurkę w każdej dziurce nosa. Patrzyłam na to z niedowierzaniem i znów zastanawiałam się, co jeszcze będziesz musiała znieść.

Poprosiłaś, żebym zadzwoniła do Starszego Brata, bo ci się przyśnił.

— Hmmm… — odpowiedziałam — gdybym dzwoniła do każdego kto mnie albo tobie się przyśnił, musiałabym zatrudnić sekretarkę. Nooo, chyba że opowiesz mi ten sen.

— NIE!

— Dlaczego?

— BO TO NIEDOBRY SEN.

— Nie współpracujesz, moja droga. Nie zadzwonię. On jest teraz we Francji, nie stać mnie na takie fanaberie. Chyba, że jakoś mnie zmotywujesz…

Zacisnęłaś usta w grymasie jaki pamiętałam z twojego dzieciństwa i już wiedziałyśmy obie, że zadzwonię — jeśli trzeba, nawet do sąsiedniej galaktyki — ale targowałam się nadal, bo… zaintrygowałaś mnie:

— Telefon za sen.

— ŚNIŁAM, ŻE UMARŁ. ZASTANAWIAŁYŚMY SIĘ JAK I GDZIE GO POCHOWAĆ. TO BYŁO TAKIE… — szukałaś słów, po czym dodałaś z rozpaczą w oczach: — NIENORMALNE I REALNE JEDNOCZEŚNIE!

— My, dyplomowani interpretatorzy snów, doskonale wiemy, że sen, w którym widzimy kogoś w roli umarlaka, dobrze wróży tej osobie. Ale ponieważ nasz brat dzwoni z tej swojej Żabolandii codziennie i pyta o ciebie, możemy tym razem zapytać co u niego.

Nie opowiadałam oczywiście, że Starszy Brat codziennie też tłumaczy dlaczego jego przyjazd do ciebie tak się opóźnia, płacze nad twoim losem i dziękuje, że chociaż ja tu jestem.

— ZADZWOŃ, PROSZĘ — ponaglałaś bezgłośnie.

Zadzwoniłam.

— Ty żyjesz?! — zdziwiłam się dowcipnie, słysząc jego głos. Kątem oka widziałam, jak uśmiechnęłaś się z ulgą. — Bo Mysza już chciała cię pochować, ale jeszcze nie ma pomysłu…

— Ledwo żyję — uściślił Starszy nieswoim głosem. — Jezu! Taki mieliśmy dzisiaj zapiernicz, że autentycznie jestem śmiertelnie zmęczony.

— Tadam! — zawołałam do ciebie po krótkiej, jak nigdy, rozmowie. — Zadowolona? Następnym razem postaraj się bardziej, bo ty głupoty śnisz, a ja za to płacę!

Tak naprawdę też odetchnęłam z ulgą. A koszty? Chciałabym mieć tylko takie problemy!

Kiedy po jakimś czasie zapadłaś w sen, Starszy Brat zadzwonił raz jeszcze:

— Możesz rozmawiać swobodnie?

— Gadaj, wyszłam do poczekalni — zimne ciary natychmiast powędrowały mi od krzyża w górę.

— Tak naprawdę wygląda na to, że otarłem się o śmierć. Kumpel odwoził mnie dziś na pociąg do Paryża, miałem jechać do was. Na naszą drogę, zresztą jedyną drogę do cywilizacji, posypały się kamienie ze zbocza. Wyszliśmy z samochodu, żeby ją odblokować, bo tu nie ma jak wezwać odpowiednich służb: brak zasięgu. Pamiętasz jak ci mówiłem, że wspinam się co wieczór na górę, żeby z tobą rozmawiać? Założyliśmy kaski i wzięliśmy się do roboty. Nawet dobrze nam szło, ale góry są uparte, zeszła na nas nieduża lawina. Lawinka właściwie. Większość kamieni wielkości pięści, ale spadło też parę głazów. Z powrotem całkowicie zatarasowały przejazd. Nie do ruszenia. Musimy czekać, aż ktoś to zauważy…

— Pieprzyć drogę — weszłam mu uprzejmie w słowo — najważniejsze, że wam nic się nie stało.

Chrząknął.

— Prawda, że nic wam się nie stało? — dopytywałam więc.

— Prawie nic…

— Zaraz tam pojadę i cię piznę! Gadaj! — przypomniałam sobie, że rozmawiam z budowlańcem, a oni szybciej kojarzą, kiedy się używa specjalistycznego słownictwa.

— Jeden z kamieni zerwał mi kask, a kolejny zdrowo rąbnął w czerep. Mam głębokie rozcięcie. Kumpel mówi, że to się nadaje do szycia. Krwawi dość mocno. Ale spokojnie, siostra! — Chyba zaczęło do niego dochodzić, że jestem trochę wyeksploatowana emocjonalnie, bo przeszedł nagle w inny ton: — Nic mi nie będzie. Coś wykombinujemy! Tylko nie wiem, kiedy przyjadę do was…

Wróciłam do ciebie, żałując, że nie mogę się podzielić tym strachem i zwrócić honoru w proroczych kwestiach. Przyglądałam ci się tylko i doszłam do wniosku, że Śmierć nie ma łatwej roboty.

Zwłaszcza z wami.

Zwłaszcza gdy chybi za pierwszym zamachem…


Tej samej nocy przyśniło mi się, że razem z Rudym układamy cię w szerokim, płytkim grobie. Robiliśmy to z całą pieczołowitością, dbając o twoją wygodę. Ułożyliśmy cię na boku, a pod obiema pachami — zupełnie bez sensu — wysypaliśmy z woreczków małe kupki kamieni wielkości włoskich orzechów. Nie mogłam stwierdzić: jesteś żywa czy martwa.

O dziwo, nie miałam jednak żadnych przeczuć, ogarnął mnie za to czarny humor, którym nie było z kim się podzielić. Pomyślałam mianowicie, że mój sen jest odpowiedzią na twój: nie miałaś pomysłu jak pochować brata, a ja wyśniłam bardzo oryginalny pochówek i to z kamieniami w roli głównej — a jakże! Postanowiłam nie zwracać już uwagi na durne senne mary, które się nam przydają jak rybie rower.

Kiedy rano weszliśmy do twojej sali, Wspomnienie Snu aż podskoczyło z wrażenia (dałabym głowę, że szturcha moją Pamięć i woła: „Widzisz to? Widzisz?!”) — leżałaś z zamkniętymi oczami i otwartą buzią, buraczkowa na twarzy, bez kontaktu ze światem, a pielęgniarka właśnie przyniosła dwa woreczki pełne kostek lodu wielkości orzecha włoskiego. Włożyła je w poszewki na poduszki i umieściła… pod twoimi pachami. Wyjaśniła, że próbuje zbić temperaturę bez użycia paracetamolu, który ma wiele szkodliwych działań ubocznych. Bez wątpienia nie wyglądałaś w tym momencie ani na żywą, ani na martwą.

Doszłam do wniosku, że warto zastanowić się nad snami raz jeszcze.


Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, gdy dowiedziałam się, że wszczęto wreszcie rehabilitację. Co prawda przez chwilę zastanawiałam się, czy fizjoterapeutki nie przeszarżowały, bo podobno trzymały cię w pozycji siedzącej całe 45 minut, ale doszłam do wniosku, że w końcu to ich praca, muszą wiedzieć co robią. Zareagowałaś gorączką i przyspieszoną akcją serca, ale to naturalne; leżałaś już ponad 40 dni!

Oczywiście potem długo musiałaś odpoczywać, ale byłaś wyraźnie podniesiona na duchu. Chyba sama sobie udowodniłaś, że stać cię na wiele. Zawsze lubiłaś wyzwania.

Wydaje się, że rozmowy, które z nami prowadziłaś, szepcząc dobitnie poszczególne słowa, były dla ciebie doskonałym ćwiczeniem, bo okazało się, że jesteś prawie całkowicie wydolna oddechowo. Pielęgniarka wyjaśniła, że respirator jest podłączony w zasadzie tylko na wszelki wypadek. Potwierdziła to kolejna sesja z użyciem speakera — mówienie już cię tak nie męczyło, nawet próbowałaś zaśpiewać Różyczce kołysankę, gdy powiedziałam, że bardzo to lubi.

— Widzisz ją? — zapytałam, gdy odniosłam wrażenie, że przyglądasz się małej.

— Nie wiem jak to opisać… Tak i nie. Widzę ją jakby… w kawałkach. Jak puzzle.

— Nie martw się tym, Myszko. Z biegiem czasu wszystko wróci do normy.

— Mam nadzieję… Wiesz? Dzisiaj oślepiło mnie słońce!

Kilka dni temu, gdy zapytałam nieopatrznie, czy wiesz jaki mamy piękny słoneczny dzień, tylko smutno pokręciłaś głową. Zrobiło mi się strasznie głupio. Więc kiedy podzieliłaś się tą dobrą nowiną, było tak, jakbyś chciała powiedzieć, że wybaczasz mi tamten nietakt.

Do sali wszedł Mr Hairfur.

— Podobno pozwolili ci mówić! — zawołał od progu. — Przyszedłem usłyszeć twój głos!

Przy okazji dowiedzieliśmy się, że następnego dnia czeka cię kolejna operacja i że tym razem nie zamierzają poprzestać na kontroli i oczyszczaniu rany. Była duża szansa, że chirurg plastyczny wreszcie weźmie się do roboty.

— Jeżeli wszystko będzie szło tak jak dotychczas, niebawem odłączymy respirator. Jestem zadowolony z działania vac dressingu, podoba mi się też wykres temperatur, a twój optymizm wręcz zachwyca — powiedział na koniec.

Wieczorem przyszła jednak gorączka. Znów patrzyliśmy jak z nią walczysz pogrążona w niby-śnie. Reagowałaś na nasze słowa, a jednak byłaś daleko. Jakbyś szukała drogi, którą wyznaczamy swoją obecnością…

Kiedy zabierano cię na blok operacyjny, nie mogłam pozbyć się złych przeczuć. Nie mam pojęcia skąd się wzięły. Może stąd, że gorączka wciąż się utrzymywała? Wtedy się przekonałam, że przeczucia nic nie ułatwiają, a już na pewno nie przygotowują na złą nowinę, bo jednak zaskoczyły mnie słowa Mr Hairfura:

— Niestety, musieliśmy usunąć więcej tkanki niż się spodziewaliśmy. Stwierdziliśmy, że soki trzustki nadal wylewają się do jamy brzusznej zamiast spływać do dwunastnicy. Wszystko wskazuje na to, że między trzustką a dwunastnicą w ogóle nie ma kontaktu. W związku z tym żywienie dojelitowe traci sens. Przykro mi, ale zbyt duży ubytek mięśni brzucha uniemożliwia przeprowadzenie plastyki…

Chyba czekał na pytania — przecież zawsze mieliśmy ich wiele. Tym razem milczeliśmy. Jakbyśmy nie chcieli wiedzieć już nic więcej, jakbyśmy przeczuwali, że kolejne słowa odbiorą nam nadzieję.

— Przepraszam, ale muszę powiedzieć, że szanse przeżycia oceniamy na minimalne, bo może ją uratować tylko natychmiastowe samowyleczenie trzustki, czyli… cud.

Odchodząc, w geście współczucia pogładził mnie po ramieniu.

— Zupełnie nic nie można dla niej zrobić? — zapytał cicho Rudy.

— Za trzy-cztery dni przeprowadzimy kolejną operację usunięcia martwiczej tkanki. Możemy też zwiększyć dawkę morfiny… — ojcowskim gestem poklepał Rudego po plecach i wyszedł.

Rozpłakałam się. Rudy powiedział:

— Płacz. Ja już nie mam łez.

Ja zaś miałam ich mnóstwo.

Bałam się, że na podstawie melodii mojego głosu usłyszysz jak bardzo jest źle albo wręcz wybuchnę płaczem. Tymczasem gorączkowałaś, nie było czasu na rozpacz — trzeba było robić zimne okłady, zwilżać usta, smarować dłonie, z których zaczęła schodzić gruba warstwa naskórka i każde otarcie o pościel sprawiało przykrość… Jednak prawdziwą ulgę dawała tylko morfina. Musieliśmy obiecać, że będziemy wciskali przycisk z lekiem co dziesięć minut, nie czekając aż o to poprosisz, bo wtedy ból był już nie do zniesienia. W krótkich przebłyskach świadomości uśmiechałaś się do nas.

Uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy nie podano ci krwi po operacji. To było dosyć dziwne, bo przecież musiałaś jej sporo stracić… A jeszcze bardziej zdziwiło mnie, że reakcją na niebezpiecznie duży spadek ciśnienia było… podanie adrenaliny. I nic ponadto. Jakby już nawet nie opłacało się udawać, że cię ratują.

Morfina pozwoliła ci wreszcie zasnąć. Pielęgniarka zapewniała, że będziesz spokojnie spała całą noc. W drodze na parking nie mogłam pozbyć się oburzenia, że świat kręci się nadal: karetki podjeżdżały pod szpital, ludzie biegli do swoich spraw, pachniało jedzenie, ktoś śmiał się w głos, ktoś przeszedł obojętnie. Nic do siebie nie mówiliśmy, jakby już wszystko zostało powiedziane.

A jednak milczenie, które zapadło między nami aż krzyczało z bólu…

Nie wyobrażałam sobie jak jutro stanę przy twoim łóżku.


Kiedy rano przemierzaliśmy oddział, aby spotkać się z lekarzem, nie witano nas już tak pogodnie jak w ostatnich dniach. Miałam wrażenie, że wszyscy wiedzą więcej niż my i najchętniej zeszliby nam z oczu. A jednak rozpaczliwie pielęgnowałam cichutką nadzieję, że tylko wprowadzono nas w błąd, że diagnoza była przedwczesna, naciągana albo pobieżna. Dr Heron pozbawił mnie resztki złudzeń:

— Tak, trzustka nadal „wylewa się” do jamy brzusznej i faktycznie nie ma kontaktu z dwunastnicą. Wiele wskazuje na to, że również jelita są częściowo strawione przez enzymy trzustki i bakterie. Duże ubytki znaleźliśmy także w mięśniach brzucha… Tak duże, że nie da się ich odtworzyć. W tej chwili podajemy morfinę bez przerwy, a mimo to czasem musimy zwiększyć dawkę. Robimy wszystko, żeby nie czuła bólu.

Musiałam zadać pytanie, które wiele mnie kosztowało:

— Czy morfina ochroni ją przed bólem do… końca?

— Tak. Z pewnością.

— Czy macie jakiekolwiek plany oprócz tej morfiny? — zapytał Rudy tonem, który wiele mówił o tym, co myśli o tak zawężonej perspektywie.

— W tej chwili przeprowadzamy badanie tomografem, za trzy dni zaplanowaliśmy kolejną operację, ale… nie chcę wam robić złudnej nadziei. Operacje nie ocalą jej, mogą tylko poprawić jakość reszty jej życia… Przykro mi…

Nie miałam do niego żalu. Byłam wdzięczna za szczerość i za to, że patrzył nam w oczy. Dzięki temu miałam pewność, że jesteś dla niego ważna, a nasz ból nieobojętny. Nie pytaj, dlaczego było to dla mnie takie istotne, bo sama nie wiem…

— Dlaczego nie przewieźliście mojej żony do innego szpitala? — zapytał Rudy dziwnym, głuchym głosem. Spojrzałam na niego trochę zaskoczona, bo przecież mówiono nam, że twój stan wykluczał transport. Po co do tego wracał? Jakby rozumiejąc to spojrzenie, dodał:

— Wydaje mi się, że był taki moment, kiedy nadawała się do transportu. Czy nie popełniliście błędu, oceniając, że już nic jej nie grozi?

W odpowiedzi doktor tylko bezradnie rozłożył ręce. Nie wiedziałam jak to interpretować. Co chciał powiedzieć tym gestem: nie ja podejmuję decyzje? jakie to ma teraz znaczenie? nie wam oceniać? czy naprawdę nie przeczuwaliście, że sytuacja jest beznadziejna?!

— Czy powinnam zawiadomić braci? Czy powinni przyjechać, żeby się z nią pożegnać?

Nie wiem jak to możliwe, że byłam w stanie zadawać takie pytania, że w ogóle mogłam wydobyć głos.

— Tak, to już czas…

— A Różyczka..? — nie miałam siły dokończyć zdania.

— Powinna odwiedzać mamę jak najczęściej, to bardzo poprawia jej nastrój…

Poprosiliśmy o udostępnienie historii choroby i leczenia. Dowiedzieliśmy się, że dokumenty przekazuje się na zakończenie terapii, ale dla nas zrobią wyjątek. Potrwa to jednak czas jakiś.

Pielęgniarki odwracały załzawione oczy, kiedy Rudy szedł przez oddział z córeczką w ramionach. Ułożyliśmy małą u twojego boku. Odkryłaś z radością, że możesz już niemal samodzielnie ją podtrzymywać. Aż mnie ta twoja radość bolała. Jak dobrze, że nie mogłaś nas wtedy zobaczyć! Ocierałam łzy i zastanawiałam się, po cholerę wracają ci siły, skoro jest tak źle jak mówią.

Trzeba było za wszelką cenę zachować pozory normalności, coś mówić i nie zdradzić się…

— Różyczka ma kolor włosów po tatusiu — zagaiłam.

Skrzywiłaś się nieznacznie.

— Miedziany — sprecyzowałam, żeby nie było niedomówień.

— MNIEJSZA O NAZWĘ. KAŻDY KOLOR JEST ŁADNY.

— Oczywiście, że tak… — zgodziłam się szybko, ale nadal miałaś niezadowoloną minę. — O co chodzi, Myszko? Denerwuje cię rozmowa na ten temat? Mogę mówić o czymś innym…

— GADALIŚMY O TYM Z TRZYSTA RAZY. ILE MOŻNA?!

„I słusznie!” — pomyślałam. Jednocześnie zrozumiałam, że zaczynasz coś podejrzewać — strach i niepewność przybierają czasem maskę niezadowolenia lub złości.

— Przepraszam — powiedziałam więc z braku lepszych pomysłów. — Obiecuję, że się poprawię i następnym razem lepiej dobiorę tematy, bo zdaje się, że cię zanudzam. Pewnie masz mnie trochę dość…

A ty… rozpłakałaś się. Fakt, byłam głupia w tej sytuacji, ale kto z nas był mądry? Nikt nie miał pojęcia co myśleć, co mówić, co robić. Nie wiedziałaś, że dźwigamy brzemię wiedzy, która miała pozostać poza tobą, choć ciebie dotyczyła. A może wiedziałaś i razem z nami znalazłaś się w potrzasku: my nie mogliśmy się podzielić swoją wiedzą, ty zaś nie miałaś odwagi ani nazwać swoich domysłów, ani usłyszeć prawdy?

Zajrzał do nas lekarz, którego znaliśmy tylko przelotnie.

— Za chwilę będę miał wyniki tomografii. Chciałbym je z wami omówić — rzucił tylko.

Ty już wtedy spałaś. Nie był to jednak zwyczajny, głęboki, zdrowy sen. Bez wątpienia byłaś w świecie wykreowanym przez morfinę, bo budząc się na chwilę prosiłaś o rzeczy niemożliwe:

— DAJCIE MI KAWY.

— POMÓŻ MI STANĄĆ OBOK CIEBIE.

— WYBIERZMY SIĘ NAD MORZE…

Albo chciałaś usiąść na swojej ulubionej czerwonej skórzanej kanapie. Trzymałam cię za rękę, odruchowo rozprostowując palce, aby uchronić je przed pogłębieniem przykurczu.

— PRZEPRASZAM — szepnęłaś w pewnej chwili.

— Za co?!

— ŻE MI SIĘ TAK RĘCE KURCZĄ I ZACISKAM PALCE.

Moja mała, grzeczna Myszka… No jak miałam nie płakać?

— Tomografia potwierdziła nasze najgorsze przypuszczenia: bardzo zły stan trzustki, podziurawione jelita i ubytki tkanki mięśniowej… — zaczął lekarz. — Proponujemy przewiezienie pacjentki do znakomitego szpitala akademickiego w sąsiednim mieście. To nie więcej niż sto mil. Tylko ten szpital dysponuje specjalistami, którzy są zdolni przeprowadzić operację w takim stanie. Nie zapominajcie, że już przeszła w sumie pięć poważnych zabiegów… Potrzebujemy waszej zgody, żeby wszcząć odpowiednie kroki. Musicie jednak wiedzieć, że zarówno transport jak i operacja, która ją czeka, są obarczone wielkim ryzykiem…

— Tak — odparł Rudy — jesteśmy jednak pewni: warto spróbować.

— Wobec tego proponuję naradę w większym gronie. Zapraszam za trzy godziny.


Odwiedziliśmy cię krótko przed tym spotkaniem. Pomimo wielkiego osłabienia utrudniającego jakieś sensowne porozumienie ucieszyłaś się z naszej obecności. Nieco później, w oczekiwaniu na innych specjalistów zaproszonych na konsultację, chirurg, który przeprowadzał ostatnią operację tłumaczył nam szczegóły twojego stanu, rozrysowując na kartce schemat przewodu pokarmowego.

— Generalnie sprawa sprowadza się do tego, że trzeba wykonać zespolenie trzustki z dwunastnicą i „załatać” perforacje, bo na pewno jakieś są.

— „Jakieś”? — zdziwił się Rudy — Powiedziano nam, że jelita są dziurawe.

— Co?! Nie użyłem takiego określenia, nikt nie miał prawa tak tego przekazywać.

Okazało się, że ubytek mięśni, choć znaczny, nie jest aż tak dramatyczny.

— Perforacje na pewno są — powtórzył — ale zlokalizowanie ich i ocena jest możliwa tylko wtedy, gdy otworzy się brzuch z odpowiedniej strony. To zadanie należy do szpitala, który proponujemy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, pacjentka wróci do nas i będziemy kontynuowali leczenie. Nadzieja jeszcze jest.

Przyznasz, że to nienormalne: spokojnie przyjęłam do wiadomości, że masz perforację jelit i czeka cię bardzo ciężka operacja (o ile przeżyjesz podróż — bardzo to podkreślał!), ale przecież jeszcze wczoraj było znacznie gorzej. Wystarczy człowieka porządnie przestraszyć, a cieszy się potem z byle czego…

Jednak, pomimo naszej zgody, nie trafiłaś tego dnia do nowego szpitala. Nie było miejsca na oddziale. Tymczasem słabłaś wyraźnie, choć wysoka temperatura już cię nie dręczyła. Twoja twarz zrobiła się woskowa i pociągła. Nie miałaś siły rozmawiać. Poza uśmiechem, którego bardziej się domyślaliśmy niż widzieliśmy, nie reagowałaś na obecność Różyczki. Dostawałaś lek przeciwbólowy sto razy silniejszy niż morfina, trudno się dziwić, że już nie wiedziałaś, gdzie jesteś ani co się z tobą dzieje.

Kolejny dzień przywitał nas informacją, że nadal nie ma co liczyć na miejsce w szpitalu, który był twoją jedyną szansą. Po raz pierwszy widziałam jak Rudy rozmawia z lekarzem podniesionym tonem. Zadzwoniłam do doktora Chrupaka, który swojego czasu w przypływie narodowej solidarności podał swój numer telefonu i zapewnił, że choć niewiele może, jest gotów wspierać nas w szczególnie trudnych chwilach. Obiecał zorientować się w sytuacji i od razu wyznaczył godzinę spotkania.

Dowiedzieliśmy się, że szpital jest w kontakcie z innymi ośrodkami, które są w stanie podołać wyzwaniu, ale nigdzie, nawet w Londynie nie ma, niestety, miejsca dla ciebie. Kiedy doktor Chrupak przekazywał nam te wieści, nie potrafiłam powstrzymać się od komentarza:

— Nie mogą nam po prostu powiedzieć, że to nie ma sensu? Że nikt jej nie chce? Przecież tylko mydlą nam oczy! Po co to przedstawienie?!

Mr Hairfur przyglądał nam się z daleka — możliwe, że mój ton powiedział wszystko, bo włączył się do rozmowy:

— Namawiam kolegów z naszego szpitala do przeprowadzenia zespolenia trzustki i dwunastnicy. Jeszcze do niedawna mieliśmy oddział specjalizujący się w podobnych przypadkach. Nadal mamy fachowców… Potrzebujemy teraz waszej zgody, żeby poprosić Departament Zdrowia o prawo wykonania takiego zabiegu.

Rudy nie zastanawiał się ani chwili:

— Działajcie.

— To dobra decyzja — skinął głową doktor Chrupak. — Zresztą… nie macie innego wyjścia…

Niebawem otrzymaliśmy wiadomość, że szpital dostał zgodę Departamentu.

Plan zakładał, że operację trzeba przeprowadzić za wszelką cenę bez cięcia brzucha — przezprzełykowo. Byłaś stabilna. Spałaś. Temperatura tylko trochę przekraczała stan podgorączkowy. Przygotowania miały zająć parę godzin. Nie było jeszcze południa, operację zaplanowano na godzinę 19.

Zastanawialiśmy się przez chwilę, czy nie powinna odwiedzić cię Różyczka, ale porzuciliśmy tę myśl, bo nie budziłaś się wcale. Postanowiliśmy już nie wracać do domu. Niezrażeni twoją niegościnnością i małomównością, po prostu byliśmy przy tobie. Nie znaliśmy lepszego miejsca.

Około czternastej zarządzono jednak „wycieczkę”: szpital, który był brany pod uwagę w pierwszych rozmowach, zgłosił nagle, że dysponuje wolnym miejscem. Rozpoczęły się gorączkowe przygotowania. Nie przypuszczałam, że to może trwać aż tak długo — trzy godziny! Tyle czasu trwały zabiegi, ablucje i podpinanie mobilnej aparatury.

Kiedy zamieszanie wokół ciebie na chwilę ucichło i zostałyśmy same (jak w oku cyklonu!), obudziłaś się nagle.

— ZRÓB MI KISIEL — usłyszałam.

— No coś ty! Nie możesz…

— MOGĘ.

— Dawali ci kisiel?!

Zastanowiłaś się chwilę.

— RACZEJ NIE.

— No widzisz…

— PROSZĘ CIĘ, IDŹ NASTAW WODĘ NA KISIEL.

— Dobrze, ale najpierw zapytam lekarza… — odparłam pojednawczo, jakbym rozmawiała z dzieckiem albo wariatem.

Odwróciłaś ode mnie głowę i rozpłakałaś się.

— Myszko, co się dzieje? — zaniepokoiłam się.

— NIC! PROSIŁAM CIĘ O GŁUPI KISIEL… NIEWAŻNE…

Nie miała znaczenia irracjonalność twojej prośby ani okoliczności, w jakich się znalazłyśmy. Co z tego, że nie do końca byłaś sobą? Łzy były prawdziwe. Były twoje i płynęły przeze mnie — czułam się winna i nieszczęśliwa.

Wbrew wcześniejszym ustaleniom, z jakichś powodów nie mogłam ci towarzyszyć w karetce. Rudy miał za nami jechać samochodem. Prawdopodobnie i tak miałaś przespać podróż, ale był przekonany, że czułabyś się bezpieczniej, gdybym przy tobie była. Możliwe, ale nie mieliśmy na to wpływu. W dodatku okazało się, że musimy jeszcze zaczekać na Starszego Brata, który już był w drodze. Praktycznie tylko przesiadł się z autobusu do samochodu i ruszyliśmy twoim śladem. Był bardzo zmęczony i przygnębiony, ale starał się z tym nie zdradzać.

Dotarliśmy do ciebie w momencie, kiedy akurat zostałaś ulokowana na oddziale Intensywnej Terapii. Minęła godzina 22, ale pielęgniarka o imieniu, nomen omen, Hope, nie miała nic przeciwko naszej obecności. Na dźwięk naszych głosów zaczęłaś otwierać oczy i przedzierać się do rzeczywistości, tak jak sześć tygodni temu, ale teraz poszło ci o wiele lepiej. Próbowałaś się nawet uśmiechnąć.

— Cześć, Myszko — pogłaskałam cię po twarzy. — Mamy niespodziankę: jakiś facet chce się z tobą przywitać.

Zmarszczyłaś brwi.

— KTO TO?

Pewnie byłaś trochę zła, przecież ustaliliśmy wcześniej, że nie chcesz żadnych gości. Ale gdy wymówił twoje imię, rozjaśniłaś się cała:

— BRAT PRZYJECHAŁ!

W końcu musieliśmy pomyśleć, gdzie przetrwać noc w obcym mieście. Czekając, aż spokojnie zaśniesz, rozmawialiśmy z Hope. Dowiedzieliśmy się, że następnego dnia przejdziesz szereg badań, a operacja odbędzie się prawdopodobnie pojutrze. Podpytaliśmy także o nocleg.

— Dajcie mi chwilę — odparła. — Szpital dysponuje darmowymi pokojami dla rodzin pacjentów. Zaraz będziemy wiedzieli, czy są wolne miejsca.

Niestety, nie było, ale wykonała jeszcze jeden telefon i zarezerwowała nam pokoje w niezbyt drogim hotelu w pobliżu szpitala. To duże miasto, więc oczywiście „w pobliżu” okazało się sporą odległością. Ale trafiliśmy. Śniadoskóry recepcjonista przyglądał się nam uważnie. Kiedy Rudy powołał się na Hope, od której nawet dostaliśmy karteczkę z adresem hotelu, stwierdził stanowczo, że nic nie wie, a miejsc nie ma. Jak na tutejsze standardy był nieuprzejmy, a nawet arogancki. Może wyglądaliśmy jakoś podejrzanie? A może nie lubił Polaków? Zwłaszcza takich, którzy obnoszą się ze swoim pochodzeniem jak nasz Starszy Brat. Przejechał z tym pół Europy — około 1800 kilometrów. Niecałą dobę wcześniej rozpoczął podróż z Lazurowego Wybrzeża do Paryża, stamtąd do Brukseli, gdzie tylko przepakował bagaż i wyruszył do Londynu, żeby następnie pokonać jeszcze dwieście mil, a po dotarciu na miejsce dowiedział się, że jeszcze sto przed nim. I nikomu nie przeszkadzała czapka z daszkiem z kłującym w oczy napisem POLSKA. Mam nadzieję, że i tu nie o nią chodziło, tylko trafiliśmy na chama. W dodatku musieliśmy zapłacić za parking hotelowy 12 funtów! Do dziś nie mogę im tego darować…

Długo szukaliśmy jakiegoś kąta. Już się bałam, że przyjdzie nam spać pod mostem — w końcu był piątek, początek weekendu. Wreszcie trafiliśmy na hostel, w którym ostał się jeden wolny pokój. Był bardzo mały, wręcz ciasny, ale posiadał piętrowe żelazne łóżko (dwa miejsca na dole, jedno na górze), jeden fotel, rachityczny stoliczek i maleńką umywalkę, ale za to wyposażoną w dwa krany. Przypominał więzienną celę, brakowało tylko kibla w rogu… Byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby narzekać. Najważniejsze, że materace były wygodne, a pościel świeża i pachnąca. A to wszystko za jedyne 70 funciaków i bez dodatkowej opłaty za parking! Nie dałam jednak rady skorzystać z toalety ani wieczorem, ani rano — a myślałam, że jestem odporna na różne zapachy i widoki… Co do widoków — rano okazało się, że ten z okna naszego pokoju — ograniczony murem i przygnębiający — idealnie pasował do naszych nastrojów i tego niewyszukanego miejsca. Za to obsługa była bardzo miła. Kobieta z recepcji nawet dała nam upust — około 20 funtów. Rudy myślał, że wzruszyła się, gdy wspomniał, w jakim celu przybyliśmy do jej miasta, ale ja miałam swoją teorię. Po prostu dopiero się zorientowała, że — oględnie mówiąc — nie jesteśmy klientelą do jakiej przywykła…

Bez kawy i śniadania pojechaliśmy prosto do ciebie. Zdążyliśmy tuż przed tomografią, która miała potrwać mniej więcej dwie godziny. Dowiedzieliśmy się, że masz szczęście, bo zajął się tobą Mr Gipps — wybitny specjalista od trzustki i wątroby. Nieco spokojniejsi postanowiliśmy coś zjeść. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak olbrzymim obiektem jest szpital, do którego trafiłaś. Główny budynek miał 11 pięter. Na najniższym poziomie znajdowały się sklepy, kawiarenki, bary szybkiej obsługi, a nawet salon fryzjerski.

Po powrocie na oddział zastaliśmy trzech lekarzy analizujących wyniki twojego badania. Jeden z nich, właśnie Mr Gipps, przedstawił się i zaprosił do pokoiku, którego charakter był mi już skądinąd znany. Towarzyszył nam jeszcze jeden lekarz i pielęgniarka.

Chirurg od razu przeszedł do rzeczy:

— Nie ma czasu do stracenia. Za około trzy godziny wykonamy zabieg. Nie planuję jeszcze operować trzustki, najpierw trzeba się uporać z płynem, który zebrał się w okolicach nerek, z boków i z tyłu tułowia. Będziemy się starali nie wykonywać dodatkowych cięć i jeśli to nie będzie koniecznie, nie będziemy ruszać rany pooperacyjnej. Być może interwencję ograniczymy tylko do założenia drenów i pozbycia się martwiczej tkanki. Trzustkę spróbujemy wyciszyć, podając leki zmniejszające produkcję enzymów. To wszystko brzmi dość niewinnie, ale szanse przeżycia oceniam na mniej niż 50%… Wiem, że macie świadomość ryzyka…

— Tak — potwierdził Rudy.

Lekarz uścisnął nam dłonie, a my życzyliśmy mu powodzenia, jakby startował w jakimś konkursie. Po godzinach oczekiwania zadzwonił, żeby poinformować Rudego o zakończeniu operacji i zaprosić nas na kolejną rozmowę, w której opowie o szczegółach i rokowaniach.

— Ubytek mięśni faktycznie okazał się duży. Bez problemu włożyłem rękę i wydobyłem około litra bardzo gęstego płynu, który zalegał w okolicach prawego boku. Zainstalowaliśmy tam trzy grube dreny. Stwierdziłem, że nerka i wątroba są nienaruszone. Jeśli zaś chodzi o jelita… Nie zauważyłem nic niepokojącego, ale za wcześnie na stanowcze stwierdzenia. Póki co, założyliśmy vac dressing. Jutro, może pojutrze planujemy kolejną operację. Chcemy założyć dwa dreny po lewej stronie. Wszystkie razem w odpowiednim czasie posłużą do wprowadzenia narzędzi laparoskopowych. O uzupełnienie ubytków mięśni brzucha nie powinniście się martwić, to drobiazg w porównaniu z tym, z czym teraz trzeba się zmierzyć.

Powiódł po nas wzrokiem, jakby chciał ocenić, czy może powiedzieć więcej i dodał:

— Prawda jest taka, że moją pacjentkę czeka jeszcze wiele operacji, a póki co, jej szanse nie wzrosły… Wybaczcie szczerość, ale nie mam pojęcia, czy wystarczy jej sił i czasu.

Pozwolono nam pobyć z tobą godzinę. Obudziłaś się na moment, ale byłaś taka słabiutka, że nie miałaś siły szeptać dostatecznie wyraźnie. Wyczuwałam twój niepokój. Gorączkowo zaczęłam szukać jego przyczyn.

— Chcesz wiedzieć gdzie jesteś?

— TAK.

— W nowym szpitalu.

Zmarszczyłaś lekko brwi.

— Przewieźli cię wczoraj.

— TAK… PAMIĘTAM TO.

— Właśnie przeszłaś operację. Wszystko poszło dobrze. Jesteś bezpieczna. Zbieraj siły. Jesteśmy z tobą.

Pokiwałaś głową na znak, że moja odpowiedź cię zadowala i pogrążyłaś się we śnie, który miał cię zregenerować. Uprzedzono nas, że będziesz utrzymywana w takim stanie przy pomocy morfiny.

My zaś wyruszyliśmy na poszukiwanie nowego lokum. Tym razem udało nam się spędzić noc w jednym z płatnych szpitalnych pokoi. Znajdował się w niewielkim parterowym budynku naprzeciwko szpitala. Tu zastaliśmy warunki godne hotelu co najmniej trzygwiazdkowego, ale na szczęście w cenie nawet niższej niż wczorajszy niezapomniany hostel. Niestety, to nie miało wpływu na moje zdrowie, które mniej więcej wtedy postanowiło się zbuntować…

W nocy prawie nie gorączkowałaś, a Mr Gipps miał dla nas coraz lepsze wieści:

— Mamy niemal pewność, że z jelitami nie jest najgorzej, bo obudziła się perystaltyka. Za trzy, cztery dni spróbujemy zacząć żywienie dojelitowe. Trzustka nie wymaga operacji. W naszej ocenie jest zdrowa w 98%, kwalifikuje się do leczenia farmakologicznego. Mamy doskonały sprzęt do przeprowadzania zabiegów laparoskopowych, które trwają co prawda wiele godzin, ale są bardzo łagodne. Wykorzystamy go przy usuwaniu martwiczej tkanki. To z kolei pomoże opanować infekcje i ograniczyć obecność płynu. Jutro wstawimy dreny z lewej strony, tak jak mówiłem wczoraj — westchnął głęboko, ale zaraz się uśmiechnął. — Dobrze, że przy niej jesteście. Zauważyliśmy, że to ją naprawdę uspokaja. Proszę jednak pamiętać, że przy łóżku pacjentki nie mogą przebywać więcej niż dwie osoby.

Zastosowaliśmy się do przepisów i w efekcie zawsze jedno z nas koczowało w poczekalni. Czasami przesiadywaliśmy tam wszyscy troje. Czas dłużył się w nieskończoność. Widziałam w tym coraz mniej sensu, ale może tylko dlatego, że czułam się coraz gorzej. W pewnej chwili zwinęłam się w kłębek na jednej z kanap.

— Muszę wracać do domu — pożaliłam się Rudemu, kiedy nadszedł.

Chyba się nawet trochę zaniepokoił.

— Jesteś w szpitalu, możemy poprosić o pomoc.

— Nie. Wiem co mi jest. Nie da się tego załatwić od ręki.

— Spokojnie. Położą cię obok siostry i będziemy z waszym bratem odwiedzali obie — silił się na żartobliwy ton, ale ja już dojrzewałam do podjęcia oczywistej decyzji.

Pamiętasz? Obiecałam, że wyjadę, kiedy będę o ciebie spokojna. Byłam pewna, że jesteś w dobrych rękach. Za to moje rezerwy się wyczerpywały. Rudy znów załatwił pokój w przyszpitalnym hotelu. Już nie miałam siły tak długo ci towarzyszyć, musiałam zadbać o siebie. Brat i mąż trwali więc dzielnie przy tobie, a ja próbowałam nie użalać się nad sobą. Cóż z tego, że byłam sama w obcym pokoju, w obcym mieście, w obcym kraju? Niepewna jak długo jeszcze dam radę, wciąż myślałam o tym, że moje cierpienie jest niczym wobec twojego. W pewnej chwili zrozumiałam jednak, że to nie poprawia stanu żadnej z nas, a ja za chwilę mogę stać się problemem dla twojego męża i mojej rodziny. Krótko mówiąc: czas na mnie!

Następnego dnia rano przyszłam odwiedzić cię ostatni raz przed powrotem do domu. W oczach zwróconych ku górze miałaś udrękę, zniecierpliwienie i bezsilność. Pielęgniarka, widząc moje poruszenie, uspokajała, że nie cierpisz i nic nie będziesz pamiętała. Bardzo chciałam w to wierzyć.


Wracając do domu, czułam, jakby pozbawiono mnie skrzydeł. Do ciebie jechałam przerażona, ale też pewna jakiejś wewnętrznej mocy, która miała postawić cię na nogi, przywołać do porządku… Może nie poniosłam porażki, ale odpuściłam prędzej niż na to pozwalał rozwój wypadków, więc było tak, jakbym cię porzuciła. Oczywiście łatwo mogłam sobie wmówić, że winny był mój organizm, ale… jakąkolwiek nadawałam temu nazwę, słyszałam tylko nowe imię przegranej.

Wracałam więc na tarczy. I bez skrzydeł. Została przy mnie jedynie nadzieja, że jeszcze nie wszystko stracone. Zanim pozbieram się, wzmocnię i wrócę, żeby znów trzymać cię za rękę, może już będziesz w domu? Może nawet dzięki moim skrzydłom, które tam zostały?

Kiedy stanęłam w drzwiach własnego domu, Miłosz rzucił mi się w ramiona i wczepił jak małpka, wtulił najmocniej jak się da. Nie od razu się zorientowałam, że płakał. I to tak, jak dzieci nigdy nie płaczą: bezgłośnie. Nie widział mnie dwa miesiące, spodziewałam się… czegoś innego.

— Dlaczego płaczesz synku? Przecież jestem.

— To ze szczęścia, mamo.

Podróż 2. Dla ciebie

Tęskniłam za domem, zanim go opuściłam, ale tak samo mocno tęskniłam za tobą.

Wiele wskazywało na to, że nadszedł dla nas czas podróży: moich między wyspą a lądem i twojej, pomiędzy życiem a śmiercią.

Znów byłam w drodze do ciebie.

Właściwie miałam wrażenie, że moja pierwsza wyprawa nadal trwa. Bo mentalnie nie odeszłam od twojego łóżka. Wciąż zgadywałam lub wypytywałam Rudego, co się z tobą dzieje. Czekałam na wieści i bałam się ich. Siedziałam długo w nocy, czekając aż twój mąż znajdzie czas, żeby opowiedzieć, jak minął wam dzień. Sen przychodził bardzo rzadko.

Myślę, że Rudy miał cichy żal o to, że wtedy wyjechałam, a moją niedyspozycję potraktował jako pretekst. Czy mógł nie widzieć co się ze mną dzieje? Mógł. Bo był skupiony na tobie, a ja nie zasypywałam go szczegółami mojego stanu zdrowia. Miał własną biedę. Moja była moja.

Tydzień przed kolejną wizytą poprosiłam, żeby przesłał twoje aktualne zdjęcie. Spodziewałam się zmian, ale… no cóż… Płakałam. Może to głupie, może śmieszne, małostkowe i babskie, ale owszem: byłam bardzo poruszona. Może przelał się kielich goryczy? Może nie wierzyłam, że choroba, która zabrała ci już tak wiele, zechce wyciągnąć łapę po coś jeszcze? Nie wiem. Zastanawiałam się, jaki sens ma moja podróż do ciebie, skoro jestem taka słaba?

Twoje piękne, bujne włosy… Już dwa tygodnie po moim wyjeździe znacznie je skrócono, bo po umyciu okazały się nierozczesywane. Zresztą i tak przetarły się zupełnie w miejscu, gdzie głowa spoczywała na poduszce od dziesięciu tygodni. A jednak ich stan ogromnie mnie poruszył: były nie tylko krótkie, ale i bardzo, bardzo rzadkie — zostało może 20%.

Nigdy nie miałaś tak skąpej fryzury. Urodziłaś się z niezwykle gęstą, ciemną czuprynką. Rosła bardzo szybko. Gdy miałaś niespełna trzy miesiące, włosy już opadały na zawsze uśmiechniętą buzię, kręcąc się malowniczo i słodko. Zawsze były długie i gęste. To głupie w obliczu wszystkich okoliczności, ale było mi żal, jakby od nich zależało cokolwiek…

A może nie o włosy chodziło, lecz o wyraz twoich oczu? Widziałam w nich smutek. Najsmutniejszy jaki można sobie wyobrazić. Nie rozpacz, nie łzy, ale smutek, który uświadomił mi więcej niż mogłaś powiedzieć.

To właśnie zdjęcia, rozmowy i informacje od Rudego wyznaczały moje plany, określały nastrój i narzucały tematy rozmów. Bo twoje cierpienie stawało się i moim. Nie potrafiłam odciąć się i zapomnieć o nim. Kiedy udawało się to choćby na moment, zaraz pojawiałaś się przed moimi oczami: w szpitalnym łóżku, oddychająca wymuszonym oddechem, niewidzącymi oczami wpatrzona w przestrzeń… Pogodna albo na skraju rozpaczy, mniej lub bardziej obecna, ale zawsze — cierpiąca. Z bólu, niewygody, ograniczeń, wstydu, niepewności…

Jednocześnie imponowałaś mi — rzadko pozwalałaś sobie na łzy i narzekanie. Niby łatwo to wytłumaczyć: młodość, miłość, macierzyństwo, a przecież… Ludzie tak łatwo się poddają. Tak szybko popadają w rozpacz, zniecierpliwienie, zniechęcenie czy depresję z powodów, które — w obliczu tego co widziałam — bywają naprawdę banalne. Bardzo często są tylko dowodem niesłychanej słabości i niczym więcej.

Jak to możliwe, że ogarniałam codzienne problemy? To prawda, że nie miałam dla nich tyle serca co zwykle, ale jednak… Czasem potrafiłam nawet śmiać się i rozmawiać o sprawach nieistotnych. Nie czarujmy się — większość była trywialna z perspektywy twojej choroby, a śmiech gasł nagle i wcale nie dawał radości. Za to nieźle ukrywał rozpacz, która potrafiła zakraść się i dławić bez uprzedzenia.

Nie da się ukryć, że — jakkolwiek to brzmi — wciąż trwał proces odkrywania ludzi, których znałam od dawna. Przekonałam się, że co prawda nie wszyscy potrafią znaleźć odpowiednie słowa, ale zdecydowana większość naprawdę była w tych chwilach z tobą i z nami: w rozmowie, spojrzeniu, geście, konkretnym działaniu. Każdy po swojemu. Niektórzy zawsze od razu pytali o ciebie, inni zachowywali pewną czujność: podejmowali temat tylko wtedy, gdy widzieli, że bardzo tego potrzebuję. Nauczyłam się rozmawiać o tobie, panując nad emocjami. Przekonałam się, że ci, dla których coś znaczę i tak wiedzą co czuję. Czasem aż za bardzo skupiali się na mnie. Nie od razu doceniłam tę troskę.

Wielu zapewniało o modlitwie w twojej intencji. Proboszcz naszej parafii, który jak zawsze podczas corocznej „kolędy” zapytał co u nas, ze zdziwieniem zauważył łzy w moich oczach. Wyjaśniłam krótko, że mi się pochorowałaś, a on na to:

— Tak! Teraz sobie przypominam: modlimy się za pani siostrę.

Nie zapytałam nawet, czyj to był pomysł. Ta informacja nie umniejszyłaby przecież wdzięczności, którą poczułam ku własnemu zaskoczeniu.

Moja teściowa każdą rozmowę kończyła słowami:

— Ja zawsze się za nią modlę. Zobaczycie: będzie dobrze!

W jej słowach było tyle… wiary, a właściwie: Wiary. Jakby przekazywała wiadomość od samego Boga. Zawsze wtedy myślałam, że gdyby coś do niego docierało, na pewno nie ośmieliłby się jej zlekceważyć.

Miłosz, zapytany o to, co chciałby dostać pod choinkę, odparł z przejmującym, wcale nie dziecinnym smutkiem w oczach:

— Ja chciałbym tylko, żeby już Różyczka miała zdrową mamę.

…a ktoś inny, kto nie wierzył w nic, był gotów uwierzyć w „różne takie”. Na przykład jedna z moich przyjaciółek wybrała się do bioenergoterapeuty, który twierdził, że potrafi nawiązać kontakt na odległość. Kontakt na odległość?! Nie mogłam uwierzyć, że właśnie ona to mówi — przecież jeszcze wczoraj kategorycznie kwestionowała takie zjawiska.

— Powiedział — relacjonowała, całkowicie ignorując moje osłupienie — że „widzi” niespotykaną wolę walki. Zaraz potem znieruchomiał. Wiesz, tak jakby czegoś nasłuchiwał i dodał: „Nie rozumiem. Odbieram wibracje charakterystyczne dla stanu agonalnego, a jednocześnie widzę mocną linię życia. Czy tu chodzi o młodą matkę?”.

To zrozumiałe, że w sytuacji takiej jak ta, wiele spraw i zjawisk widzi się inaczej. Są takie, w które nigdy nie uwierzę, i takie, których istnienie błąka się gdzieś na pograniczu mojej wyobraźni i wiedzy, albo — jak kto woli — zdrowego rozsądku i nadziei, że jednak są możliwe. Bywa, że nawet realiści rozpaczliwie pragną nie mieć racji. Dlatego i ja wyruszyłam w podróż — kolejną podróż dla ciebie! — do znanej bioenergoterapeutki, aby prosić o pomoc. Przejęła się, rozumiała mój ból, ale wyjaśniła, że na razie nic nie może zrobić.

— Dla dobra pacjentów nie mogę mieć kontaktu, nawet na odległość, z osobą po udarze, wylewie czy zatorze. Dopiero po 3 miesiącach od jego zaistnienia. Jeśli zrobię to wcześniej, zaszkodzę… Obiecuję, że włączę się w ratowanie zdrowia pani siostry, ale dopiero za miesiąc. Zapewniam, że jak już zacznę, poprawa będzie zauważalna.

Byłam zawiedziona i rozczarowana. Na co liczyłam? Na cokolwiek. Czy wierzę w takie moce? Chyba jednak nie. Po prostu musiałam coś robić, ale nie miałam lepszych pomysłów. Uspokajałam sumienie? Pozorowałam działanie? Z perspektywy czasu tak to może wyglądać, wtedy jednak myślałam: „Kto wie? A jeśli coś w tym jest?”. Jak widać można wierzyć nie wierząc…


Podczas mojej nieobecności wasze życie nie tylko nie zwolniło, ale jeszcze nabrało tempa. Przeszłaś dwie poważne operacje. Tomografii i badań rtg już nawet nie liczyłam.

Wieści na temat twojego stanu to niosły, to burzyły spokój. Na przykład trzustka: wykazywała nieznaczną poprawę, stabilizowała się, nie stwierdzano niepokojących zmian, stan zapalny ulegał ograniczeniu, a po tygodniu czy dwóch nagle okazało się, że infekcja doprowadziła do martwicy. I to tak poważnej, że pojawił się plan operacji polegającej na nekrosektomii głowy i ogona, przy czym brano pod uwagę nawet całkowite jej wycięcie. Trzeba było jednak uwzględnić, że zabliźnianie się ran po takiej operacji może trwać miesiące, a nawet lata. Ponadto, z uwagi na metodę przeprowadzenia zabiegu, istniało ryzyko poważnego krwawienia i wycieku z jelita, co mogłoby pogorszyć twój stan i zaostrzyć infekcję.

Właśnie: jelito. Na początku trudno było ustalić, czy jest drożne i nienaruszone. Gdy już stwierdzono i mniej więcej zlokalizowano niewielką perforację — zapadła decyzja, że warto zaczekać na samoistne wygojenie. W tym przypadku czas regeneracji określano na nie mniej niż sześć tygodni. Trzeba było jednak liczyć się i z tym, że potrwa trzy miesiące albo nie zagoi się nigdy.

Tymczasem lekarze oceniali, że pomimo infekcji, perforacji i wciąż trwającego stanu zapalno-martwiczego trzustki byłaś w zaskakująco dobrej kondycji. Operacje były jednak nieuniknione. Pierwsza trwała sześć godzin.

— Już wcześniej lekarz mówił, że planują całą serię zabiegów — opowiadał Rudy — ale będą się wystrzegali poważnej interwencji chirurgicznej, bo muszą działać ostrożnie. Powiedział, że przede wszystkim trzeba zlokalizować i zlikwidować wyciek, i że powinno się to udać laparoskopowo. Uprzedzał, że każda operacja to ryzyko, że coś może ich zaskoczyć, a pacjent może nie znieść szoku pooperacyjnego, ale tu jest raczej dobrej myśli i nie przewiduje komplikacji.

— Nic nowego — odparłam. — Nie straszy, ale ostrzega. Nie obiecuje też cudów… To chyba dobrze o nim świadczy?

— Po prostu wie, że nie jestem debilem i mam świadomość konkretnych zagrożeń — skwitował po swojemu twój mąż, wieczny sceptyk.

— A może moja siostra jest pod właściwą opieką?

— Może… Nigdy nie wiesz… — zawiesił głos, po czym zaśmiał się i zawołał: — Hej! Coś w tym jest! Mówiłem ci, jak się nazywa ten chirurg?

— Nie przypominam sobie…

— Jah. Czaisz? Jah!

Uśmiechnęłam się, gdy przypomniałam sobie, że pierwszą pielęgniarką, która się tobą zaopiekowała w nowym szpitalu, była Hope. To chyba naturalne, że w końcu dołączył do niej Jah

Drugą operację planowano przeprowadzić nie wcześniej niż po dwóch tygodniach. To właśnie upewniło nas w przekonaniu, że idzie ku lepszemu: przeszłaś pomyślnie pierwszy bardzo ciężki zabieg. Planowano następny, ale dano ci czas na regenerację, czyli ktoś uznał, że go masz. Czas.

Wynik operacji był bardzo niepewny, a infekcja wciąż opóźniała decyzję o jej podjęciu. Zresztą żadna interwencja chirurgiczna nie była oczywista niemal do ostatniej chwili. Bakteriolodzy wciąż spierali się z chirurgami. Raz jedni, raz drudzy odradzali, a innym razem nalegali na jakieś działanie. Stało się jasne, że nikt nie wie co jest, a co nie jest bezpiecznym ruchem. Czasem miałam wrażenie, że po prostu obstawiano jedną z opcji, a potem czekano na wynik. Jak w ruletce. Niezależnie od tego w międzyczasie wzbogaciłaś się o trzy nowe dreny…

To zrozumiałe, że wobec tak intensywnego „życia wewnętrznego” nieustannie byłaś pod wpływem dragów. Coraz silniejszych, bo morfina traciła skuteczność. W pewnej chwili wprowadzono preparat, który był od niej sto razy silniejszy, a potem taki, który był od niego silniejszy piętnastokrotnie. W efekcie wciąż tkwiłaś w jakimś Matrixie. Taka była cena błogostanu. A jednak istniała obawa, że w pewnej chwili leki przestaną działać.

Robiły z tobą dziwne rzeczy. Nic dziwnego, że Rudy niepokoił się coraz bardziej. Przede wszystkim dlatego, że nie chciałaś porozumiewać się tak, jak to robiliśmy wcześniej. Niby wiedział, że lekarze starają się dobrać leki tak, żeby utrzymać balans między znieczuleniem a zachowaniem świadomości, ale czułam, że żyje w strachu. Myślę, że wciąż zgadywał, czy nie zmieniły mu ciebie na zawsze. Mogło tak być, ale uspokajałam siebie i jego, że lekarze wiedzą co robią. Wierzyłam, że za zasłoną halucynacji, wrażeń i snów jesteś taka, jaką cię pamiętamy sprzed choroby.

— Prawdopodobnie walczy, żeby się przedostać do rzeczywistości, tak jak dwa miesiące temu. Może czasem się boi, że już nikt na nią nie czeka? — rozważałam na głos, bo byłam prawie pewna, że wciąż próbujesz odpowiadać na pytania albo zareagować na gesty, ale podobnie jak we śnie, gdy myślisz, że biegniesz, a nogi grzęzną w gęstej mazi, wydaje ci się, że mówisz wyraźnie, a my widzimy tylko bezgłośny ruch warg.

Współczułam Rudemu, który od jakiegoś czasu borykał się z tym wszystkim samotnie. Starszy Brat był z wami prawie miesiąc — już nie mógł przeciągać swojego nagłego urlopu. A przecież tak naprawdę każdy z nas — będąc czy nie będąc przy tobie fizycznie — zmagał się ze wszystkim, co implikowała ta sytuacja. Mając świadomość, że i ty walczysz samotnie w świecie, którego nawet sobie nie wyobrażamy, myślałam ciepło o twoim mężu, o szczęściu, które ci musiało sprzyjać, skoro trafiłaś na takiego człowieka. Przypomniał mi się list, który napisałam siedem lat wcześniej, gdy wyruszałaś do Anglii. Napisałam między innymi: Nie ma we mnie zgody na Twój wyjazd, ale wiem, że tak trzeba, że masz prawo do własnych wyborów. Wierzę, że znajdziesz tam towarzysza życia, swojego rycerza na białym koniu. I znalazłaś go. Nawet coś do mnie mówił, ale tak się zamyśliłam, że usłyszałam tylko końcówkę:

— …przyjedziesz, to sama zobaczysz…

„Przyjedziesz” rozumiałam jako „jesteś jej potrzebna”, „liczymy na ciebie”. Żeby to było takie proste! Byłabym już z tobą, gdyby nie to, że właśnie wtedy brat mojego Męża trafił na stół operacyjny. Nasze życie przez chwilę musiało się skupić na tej części rodziny. To znacznie opóźniło mój wyjazd i nic nie mogłam poradzić. Jak z czymś takim miałam zaczynać kolejny dzień?


Długotrwałe leżenie, na jakie byłaś skazana, nie tylko nie sprzyjało sprawności układu krążenia i oddechowego, ale doprowadziło do osłabienia mięśni i przykurczy rąk i nóg. Wiedziałam, że unieruchomienie naraża cię także na odleżyny, zakażenia różnego rodzaju, zator, zawał, zmiany chorobowe w mięśniach i stawach, dlatego ucieszyłam się, słysząc, że wreszcie wszczęto rehabilitację. Była nie mniej ważna niż leki czy operacje. W pewnej chwili okazało się, że coraz mniej potrzebujesz wspomagania oddechu. Myślę, że zawdzięczałaś to nieźle dobranym środkom przeciwbólowym i właśnie rehabilitacji. Może nawet przede wszystkim jej.

Na początek skupiono się na fizjoterapii. Pionizację rozpoczęto od posadzenia cię w wielkim fotelu, gdzie spędziłaś prawie dwie godziny. Dzielnie dźwigałaś opadającą głowę — jakby mięśnie karku zapomniały do czego służą. Innym razem posadzono cię na brzegu łóżka, gdzie musiałaś utrzymać pozycję podpierając się tylko rękoma i też dawałaś radę. Odtąd część dnia spędzałaś w fotelu, a to znacznie ułatwiało oddychanie i świetnie wspomagało samodzielne odkasływanie. Za każdym jednak razem odchorowywałaś zmianę pozycji z leżącej na siedzącą: twój organizm reagował wzrostem ciśnienia i bólem głowy.

Nic nie było zwyczajne i łatwe.

W związku z fizjoterapią zdarzyło się też coś, czego nie mogę zrozumieć do dziś. Pewnego razu pielęgniarka — wielka, silna kobieta — postanowiła samodzielnie przesadzić cię z łóżka na fotel. Absolutnie nie byłaś w stanie współpracować, dlatego do tej pory, ze względu na twoje bezpieczeństwo robiły to zawsze co najmniej dwie osoby. Ta jednak z jakichś powodów nie chciała na nikogo zaczekać. Prawdopodobnie nie miała pojęcia, jakim jesteś pacjentem. Szarpnęła cię w daremnej próbie postawienia na nogi. Bardzo źle to zniosłaś. Wysunął się też jeden z drenów — a tyle cierpienia kosztowało cię jego zainstalowanie! Zastanawialiśmy się, co jeszcze mogło się stać tam, gdzie nasz wzrok nie sięgał…

Mama Rudego od tej chwili zaczęła dzielić personel na „pielęgniarki” i „pielęgniary”. Rudy zaś coraz częściej stwierdzał, że wiele czynności, jakich wymagała pielęgnacja i opieka nad tobą, umiałby wykonać sprawniej i delikatniej.

Twój mąż kursował między dwoma miastami, bo chciał być z tobą, a jednocześnie nie mógł wciąż zostawiać swojej mamy samej z dzieckiem. Często się jednak zdarzało, że nie wracał do domu na noc, bo w sytuacjach szczególnie trudnych i niepewnych nie potrafił tak po prostu wyjść z twojej sali. Był przekonany, że jego obecność, nawet gdy ciągle spałaś, daje ci poczucie bezpieczeństwa, a personel stara się bardziej. Było w tym sporo racji. Dlatego kiedy działo się coś szczególnie niepokojącego, nie było takiej siły, która by go od ciebie oderwała. Zostawał w szpitalu na całą noc, choć z sercem pełnym obaw o zaledwie kilkutygodniową Różyczkę i mamę.

To naturalne, że zaczęliśmy się bać o jego bezpieczeństwo i zdrowie. Po traumatycznym i emocjonującym dniu musiał przecież bezpiecznie przejechać ponad 70 mil z głową naszpikowaną przygnębiającymi myślami.

Jedna z pielęgniarek podpowiedziała kiedyś, żeby się zdrzemnął w poczekalni. Stała tam wąska sofa. Rudy musiał się poskładać jak scyzoryk, żeby się jakoś położyć. Nie zrażało go to — od tej chwili zawsze woził ze sobą śpiwór. Jego upór i konsekwencja zmiękczały niekiedy jakieś serce: wtedy pozwalano mu spać w wielkim fotelu, tym, w którym sadzano cię za dnia.

Martwiło go, że przez pierwsze trzy tygodnie nie miałaś szans na kontakt z Różyczką. Myślę, że w chwilach kiedy byłaś mniej otumaniona lekami, musiałaś się zastanawiać dlaczego jej przy tobie nie ma, choć tyle o niej słyszysz. Może nawet myślałaś, że tylko ci się śniło, że ją masz? A może bałaś się, że stało jej się coś złego? Tylko tak mogę wytłumaczyć twoją reakcję, gdy Rudy o niej opowiadał: smutniałaś albo okazywałaś niepokój. Potem, nawet jeśli udało się doprowadzić jej wizytę do skutku, trudno było trafić na taki moment, żebyś miała siłę to zauważyć. Bywało, że się rozmijałyście, bo zabierano cię na badanie czy zabieg, a ją trzeba było odwieźć do domu zanim wróciłaś. Żal było Rudego, który pokonując wszelkie trudności i zmęczenie wiózł ją do ciebie w niezachwianym przekonaniu o słuszności takiego działania, ale często zastawał cię właściwie nieobecną: odurzoną lekami, na pograniczu zobojętnienia na wszystko.

Tak było też w dniu twoich urodzin. Chciał sprawić ci radość, przywożąc Różyczkę w charakterze prezentu, ale odsypiałaś noc, która minęła na walce z gorączką i wysokim ciśnieniem. Może nawet twój stan spowodowała jego nieobecność — spał w domu, żeby o świcie przywieźć ci dziecko. Niestety, kiedy znikał choćby na parę godzin, stawałaś się niespokojna, a parametry pogarszały się coraz bardziej. Wołałaś go albo prosiłaś pielęgniarki, żeby do niego zadzwoniły. Gdy zaś jego nieobecność przeciągała się, wpadałaś w panikę. Często śniłaś, że stało mu się coś okropnego.

Tego dnia, jak na złość, zasnęłaś kamiennym snem właśnie wtedy, gdy miałaś przy sobie ich oboje — niepomna na obecność Różyczki i nieświadoma przykrości, jaką być może sprawiłaś swojemu mężowi… On tymczasem uparł się, że Różyczka zaczeka, aż zarejestrujesz jej obecność. Postarał się o pokój w przyszpitalnym hotelu, gdzie przenocowali wszyscy troje.

Kiedy rano weszli do twojej sali, okazało się, że akurat posadzono cię w fotelu. Uśmiechnęłaś się, słysząc, że córeczka jest tuż obok. Przywitałaś się z mamą Rudego, po czym szepnęłaś z przejmującym zdumieniem:

— JA NIE WIDZĘ! NIC NIE WIDZĘ!

Jakbyś dopiero to odkryła…

Kiedy po jakimś czasie babcia powiedziała, że pora ukołysać małą do snu, zapytałaś o godzinę i pokiwałaś głową ze zrozumieniem. Byłaś obecna, ale bardzo smutna. Twoja świadomość była więc gościem, który ciągle zaskakiwał — zarówno wizytą, jak i długością jej trwania…


Nie mam pojęcia, jak Rudy poradziłby sobie bez mamy. Kiedy on wzruszał mnie empatią i zdumiewał wyobraźnią, ona stała na straży fundamentów waszego życia codziennego. Wreszcie zrozumiałam, dlaczego nigdy nie mówiłaś o niej „teściowa”. Nie cierpiałaś tego słowa, zawsze była „mamą”. Ale i ona traktowała ciebie jak córkę. Potwierdzał to nawet jej sposób opowiadania o tobie:

— Czekałyśmy z Różyczką ponad pół godziny, aż twoja siostra ocknie się i zauważy, że jesteśmy — relacjonowała jedną z wizyt. — Zaczęłam gadać niby do Różyczki: „Widzisz? Twoja mama miała mnie nauczyć angielskiego, a tymczasem stoję tu jak tuman i nie wiem, co pielęgniarki pierniczą…”. A ta nasza Śpiąca Królewna uśmiecha się leciutko! To znaczy, że nie spała, tylko siły za wiele nie miała. Od tej pory gadam. Śpi czy nie śpi, ja gadam… — zamilkła na chwilę i dodała z nutą matczynej troski: — Wiesz… schudła bardzo…

Czasem była głosem rozsądku. Choćby wtedy, gdy Rudy próbował powstrzymać ją przed wyliczaniem w twojej obecności czasu jaki minął od chwili, gdy trafiłaś do szpitala. Chronił cię, przyświecały mu najlepsze intencje, ale musisz przyznać, że nieco przesadzał:

— Ona nie ma poczucia czasu — przekonywał. — Prawda może ją przerazić.

Tymczasem jego pragmatyczna mama nie mogła pojąć, jak można to ukryć:

— Mam jej wmawiać, że Różyczka ma miesiąc, a nie prawie trzy? Myślisz, że poczuje się lepiej, kiedy odkryje, że jest oszukiwana?!

Bez wyraźnej przyczyny słabłaś i smutniałaś z każdym dniem. W jednym z nielicznych momentów, kiedy byłaś prawie całkiem świadoma, ale milcząca, Rudy zaczął podejrzewać, że gnębi cię coś nieoczywistego. Nie bardzo chciało ci się rozmawiać, nawet kiedy podłączono speakera.

— Mamy wystarczająco dużo pieniędzy? — zapytałaś wreszcie.

— Czy właśnie tym się martwisz? — chciał wiedzieć twój mąż.

— Tak. Czy mógłbyś mi odpowiedzieć na pytanie? Masz pieniądze na mleczko dla Różyczki? Masz różne zapasy?

— Tak. Nie martw się…

— Jak mam się nie martwić? Ciągle przy mnie jesteś, a mama siedzi tam sama i Różyczka prawie cię nie widzi…

— No właśnie: postanowiłem przenieść się tutaj z nimi.

— A gdzie będziecie mieszkać?

— Będziemy — poprawił z naciskiem. — Przecież w końcu stąd wyjdziesz.

— OK… Gdzie będziemy mieszkać? — skorygowałaś.

— Pracuję nad tym. Wracaj do zdrowia, a już ja coś wymyślę…

Pokiwałaś głową, ale trudno było stwierdzić, czy jego odpowiedź uspokoiła cię czy nie. Mówił prawdę: nie ustawał w poszukiwaniu mieszkania.

Koszty wynajmu okazały się jednak zaskakująco wysokie. Według mojego rozeznania stanowiły połowę przeciętnych zarobków w Anglii lub — jak kto woli — co najmniej dwukrotność przeciętnej pensji w Polsce. Mimo to wciąż żył nadzieją, że znajdzie się jakieś okazyjne, niedrogie lokum dla rodziny z małym dzieckiem. Szybko przekonał się, że właśnie obecność dziecka jest przeszkodą większą niż opłaty. Nie da się też ukryć, że jego zarobki z ostatnich trzech miesięcy były zbyt niskie, żeby zasłużyć na poważne traktowanie. Nie do wiary, że raptem kilka tygodni wcześniej odmówiono wam pomocy, bo za dobrze zarabialiście… Nikogo oczywiście nie wzruszał fakt, że na początku twojej choroby Rudy stracił pracę, bo zlikwidowano jego firmę. Od tej chwili żyliście tylko z twojego zasiłku macierzyńskiego. Paranoja. Tak więc wynajęcie mieszkania wchodziło w grę tylko pod warunkiem, że będzie dysponował żywą gotówką. Mieszkanie należało opłacić za kilka miesięcy z góry, plus kaucja. Oferty, które nie dość, że były poza zasięgiem jego możliwości finansowych, wykluczały dziecko. Kiedy mi o tym opowiadał, miał matowy głos, jakby zabrakło w nim życia. Nigdy wcześniej nie słyszałam go tak przybitego i pozbawionego energii.

Dlatego trzeba było działać. Napisałam maila do prezesa jednego z lokalnych stowarzyszeń polonijnych, które na swojej stronie internetowej obiecywało pomoc rodakom. Krótko opisałam waszą sytuację i poprosiłam o pomoc w znalezieniu mieszkania na najbliższe miesiące. Wobec absolutnego milczenia adresata, po dwóch tygodniach wysłałam maila o tej samej treści do wszystkich członków zarządu stowarzyszenia. Wiadomość poprzedziłam krótkim wstępem: 26 grudnia wysłałam poniższą prośbę do prezesa Waszego stowarzyszenia. Do tej pory nie otrzymałam odpowiedzi. Nigdy nikogo o nic nie prosiłam. Teraz wiem, że brak jakiejkolwiek odpowiedzi boli bardziej niż odmowa udzielenia pomocy… Mimo że już dawno minęła północ po godzinie otrzymałam bardzo grzeczną odpowiedź z wyjaśnieniem, że działalność stowarzyszenia jest zawieszona oraz — mimo wszystko — prośbę o kontakt do twojego męża. Przyznam, że ujęło mnie takie podejście. Czas naglił, to nie był dobry moment, żeby liczyć na moją skruchę czy wyrozumiałość. Wymiana maili uporządkowała jednak wszelkie niedomówienia.

Mama Rudego też działała: wysłała maila do proboszcza tamtejszej polskiej parafii, z prośbą o pomoc w znalezieniu mieszkania. Podobnie jak ja w korespondencji z Polonią, daremnie czekała na odpowiedź. Zdobyłam adres mailowy bezpośrednio do przewodniczącej rady parafialnej. Opis waszej historii zakończyłam słowami: Chodzi tylko o pomoc w wynajęciu niedrogiego mieszkania dla taty, babci i maleńkiego dziecka, aby ułatwić chorej kontakt z nimi, a przez to przyspieszyć jej powrót do zdrowia. Jeśli jednak pomoc jest poza Waszym zasięgiem, proszę o jasny komunikat, żebym nie czekała na darmo — będę bardzo wdzięczna i za to… Już na drugi dzień adresatka obiecała nagłośnić naszą prośbę, a nawet zaproponowała nocleg dla Rudego, póki się coś nie zmieni. Polska gościnność wiecznie żywa! Podała też numery telefonów do siebie i proboszcza, zachęcając do bezpośredniej rozmowy. Mama Rudego niemal od razu zadzwoniła do księdza. Był bardzo poruszony. Obiecał wykorzystać swoje kontakty i zwrócić się do parafian o pomoc, ale — wiadomo — na efekty trzeba czekać. Nic to! — trenowali od trzech miesięcy — w czekaniu osiągnęli mistrzostwo.

Twoja teściowa przeprowadziła jeszcze rozmowę telefoniczną z Polką wynajmującą pokoje. Szło nieźle dopóki kobitka nie dowiedziała się, że lokatorami mają być dwie dorosłe osoby i niemowlę. Powiedziała:

— Ach tak… chyba już wiem z kim rozmawiam… Słyszałam apel księdza na mszy.

Po czym dodała:

— Proszę zadzwonić za tydzień, naradzę się z narzeczonym.

Każdy wie, że negocjacje na tak wysokim szczeblu wymagają co najmniej siedmiu dni, prawda? Nigdy oczywiście nie poznaliśmy zdania Pana Narzeczonego. To ciekawe, że ludzie nie boją się nie udzielić pomocy, ale powiedzenie tego prosto w oczy przerasta ich możliwości.

Polonia działała wielokierunkowo: skontaktowano się z Rudym w celu weryfikacji danych. Niebawem na polonijnym forum pojawił się wpis, w którym przedstawiono waszą sytuację. Na końcu zamieszczono apel o pomoc. Wśród opublikowanych pod nim komentarzy pełnych współczucia i obietnic były propozycje działań, które Rudy już dawno przetestował. Nie da się ukryć, że nie wszyscy ogarniali temat, nawet jeśli decydowali się udzielać bardzo konkretnych rad. Na przykład: Hej, niestety za cenę, którą wymieniłeś w poście w tych okolicach można co najwyżej wynająć pokój, ewentualnie malutką kawalerkę, a i to jak ma się szczęście. Wiem na pewno, że szpital ma możliwość zapewnienia accomodation dla rodziny. Niech pytają na oddziale. Nie jestem pewny, czy musiałby za to płacić, ale jeżeli tak, to są to grosze. Ewentualnie może zapytać w biurze PALS (pomagają pacjentom i ich rodzinom, na pewno będą mieli info o tanim lokum).

Choć ktoś napisał „wiem na pewno”, posiadał nieaktualne lub niesprawdzone, nic niewarte w realnym świecie informacje. Może miał za mało danych, może za skąpo opisano waszą historię, a może nie ufał w operatywność swoich rodaków? Intencje miał niewątpliwie szczere. Pewnie gdybyście byli na początku tej drogi, nawet taki wpis miałby dla Rudego jakąś wartość.

Odezwał się też dziennikarz lokalnej gazety, a Rudy przekierował go do mnie. Przesłałam mu tekst, w którym starałam się nie grać na uczuciach, ale to redaktor miał ostatnie zdanie. Niebawem w gazecie, także w wydaniu elektronicznym, pojawił się opis waszej rodziny i melodramat w krótkich odsłonach. Trochę nie po mojemu, ale co ja tam wiem o pisaniu artykułów!

Pod tekstem znalazłam komentarze — bardzo szczere pomimo swej surowości: Cholernie mi przykro. Takie artykuły powodują, że nasze problemy stają się błahe… Przydałoby się zmienić tytuł, bo pomoc w tytule już nikogo nie wzrusza i temat mało otwierany jest.

Przyznam, że trochę dały mi do myślenia. W pewnym sensie razem z wami znalazłam się po drugiej stronie lustra. Od tej pory chyba inaczej reaguję na artykuły z prośbą o pomoc i jeszcze skrupulatniej ważę słowa w komentarzach wszelkiego rodzaju.

Najważniejsze jest jednak to, że po publikacji skontaktowała się z Rudym Polka o wdzięcznym imieniu: Basia. Bardzo chciała wam pomóc, ale najpierw poprosiła o spotkanie w szpitalu. Powiedziała, że rozumie sytuację doskonale. Wiedziała jak to jest, gdy choroba najbliższej osoby wdziera się w życie, jak potrafi całkowicie przytłoczyć i odebrać wszystko. Miała za sobą trudne doświadczenia: też przechodziła przez rozpacz i niemożność ogarnięcia przyziemnych aspektów życia w obcym kraju. Zamieszkała tu kilkanaście lat temu, gdy u syna, zaraz po tym jak przyjechał z Polski i rozpoczął pracę, zdiagnozowano chorobę nowotworową. Trwała przy nim do końca. Umierał na tym samym oddziale, na którym właśnie leżałaś. Miał dwadzieścia osiem lat…

Basia zostawiła prezent dla Różyczki i obiecała pomoc w znalezieniu mieszkania. Rudy nie robił sobie wielkich nadziei, ale docenił sam gest i rozmowę.

Myślę, że to spotkanie było jakąś — jej tylko wiadomą — weryfikacją. Niewątpliwie przeszliście ją pomyślnie, bo zadzwoniła już na drugi dzień, żeby ogłosić dobrą nowinę: znalazła mieszkanie! Było przeznaczone na sprzedaż, ale póki co, udostępniono je na miesiąc, za naprawdę symboliczną opłatą.

— Dobry i miesiąc — skomentował Rudy. — To mi daje czas na spokojne rozglądanie się za czymś innym.

Akurat kilka dni wcześniej zepsuł się samochód, którym wasza przyjaciółka wiozła do ciebie Różyczkę z babcią. Po prostu zgasł silnik. Natychmiast zrobiło się zimno, a mała zaczęła rozpaczliwie płakać. Można powiedzieć, że mieszkanie trafiło się w momencie, kiedy cierpliwość twoich bohaterów była już mocno nadwyrężona.

Mogli się wprowadzić już następnego dnia. Rudy nie zwlekał ani chwili.


Przez ciebie (dla ciebie?) założyłam nawet konto na Fb, żeby rozesłać informację do jak największej liczby znajomych. Przecież oni też mieli znajomych… Potęga mediów społecznościowych i poczty pantoflowej! Odezwało się sporo osób z przeszłości — mojej i twojej — z mojego punktu widzenia tak dalekiej, że w ogóle nie brałam ich pod uwagę, Niech mi wybaczą… Kilkoro z nich zaczęło mnie przekonywać, żebym po prostu ogłosiła, że potrzebujecie pieniędzy. Nie przypuszczałam, że do tego dojdzie. Owszem, nie ukrywałam jak jest ciężko, ale miałam odwagę o tym mówić tylko najbardziej zaufanym. Dość szybko przyznałam rację życzliwym doradcom. To nie znaczy, że było mi łatwo, ale nie miałam czasu na dyplomację. Pomyślałam, że kto nie zechce lub nie będzie mógł, nie wesprze was i tak, zaś ci, którzy są skłonni do pomocy, nie zarzucą mi w przyszłości, że nic nie powiedziałam.

Mniej więcej wtedy Los uznał, że życie za bardzo rozpieszcza Rudego, więc postanowił mu przydzwonić z jeszcze innej strony. Dostał mandat za „nieopłacenie wjazdu do strefy Great Portland Street”. To przestępstwo miało związek z naszą wyprawą do Londynu po paszport dla Różyczki. Pamiętasz? — awaria samochodu, pośpiech, stres… Zagapił się, fakt. Miał jednak prawo odwołać się od kary, więc skwapliwie z tego skorzystaliśmy. Pismo, które skierował do urzędu, zawierało między innymi słowa: Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że kwestia uiszczenia opłaty umknęła mojej uwadze ze względu na okoliczności, jakie towarzyszyły podróży do Londynu… Po czym krótko opisaliśmy waszą sytuację życiową i finansową. Otrzymał uprzejmą odpowiedź, że ma zapłacić, ale może się znowu odwołać. Z tym, że jeśli ponownie otrzyma odpowiedź odmowną, zapłaci mandat o połowę wyższy. Wtedy może się odwołać kolejny raz, ale jeśli urząd zostanie przy swojej decyzji, wysokość mandatu wzrośnie dwukrotnie… Myślę, że to zawsze działa po myśli urzędu: rozsądny petent szybko wyliczy, że najdalej osiemnasta nieudana próba odwołania musi skutkować co najmniej karą śmierci…

Najsmutniejsze było to, że Rudy oszczędzał na wszystkim, żeby jakoś ogarnąć finanse, tymczasem stracił równowartość pokaźnego zapasu pieluszek lub mleka dla Różyczki, bo w strasznym czasie, kiedy świat mu się walił na głowę, nie opłacił wjazdu „do strefy”.

Decyzja o kolejnej operacji szybko pozwoliła zapomnieć o sprawach niezwiązanych bezpośrednio z tobą. Była obarczona ogromnym ryzykiem. Lekarze przedstawiali plany, szanse i zagrożenia bez owijania w bawełnę:

— Najogólniej mówiąc — objaśniał jeden z nich — operacja ma polegać na przezprzełykowym wprowadzeniu T-drenu do dwunastnicy, gdzie zlokalizowaliśmy perforację. Dren ma wyprowadzać treść jelita przez powłoki brzuszne na zewnątrz, dzięki specjalnie w tym celu utworzonej przetoce.

— Ma szansę, żeby z tego wyjść — dodał Mr Jah. — Gdyby nie to, że cierpi tak długo, czekalibyśmy do samowygojenia. Niestety, obawiamy się, że jej rezerwy są na wyczerpaniu. Wszystko wskazuje na to, że choć nie wiemy, co zastaniemy w jamie brzusznej, a stan zapalny z pewnością spowoduje krwawienie, które ogranicza możliwości chirurga, jesteśmy zmuszeni wkroczyć do akcji. Tylko tak możemy uchronić ją przed wtórną infekcją i zapewnić dobry drenaż.

Rudy przyjął to do wiadomości, ale zachowywał się tak, jakby nie wierzył w niepowodzenie. To było coś więcej niż optymizm.

Z tobą zaś było odwrotnie: w krótkich chwilach całkowitej przytomności podchodziłaś z dużą rezerwą do wszystkiego co mówił twój mąż. Jego zapewnienia o powrocie do zdrowia nie działały już tak jak wcześniej. Wyglądało na to, że jesteś bardziej świadoma swojego stanu niż myśleliśmy. Pocieszał nas tylko fakt, że chyba nie jest bardzo źle, skoro zdecydowano o zmniejszeniu wspomagania oddechu. Próbowano też ograniczyć leki przeciwbólowe — zaczęto je podawać tylko na wyraźne życzenie. Pojawił się jednak silny ból brzucha i wysokie ciśnienie. Niezależnie od tego, wciąż dokuczał ci odruch wymiotny i… silny głód. Miałaś pełną świadomość, że czeka cię poważna operacja, a mimo to niecierpliwiłaś się, że nastąpi dopiero jutro.

Rozmawiałam z Viktorem. Całkowicie zgadzał się z tym, co powiedzieli twoi lekarze.

— Wstawienie T-drenu jest jedynym w tej sytuacji rozwiązaniem — wyjaśniał. — Zaszycie jelita nie wchodzi w grę, bo tam, gdzie jest infekcja, zbiera się dużo płynu, który musi mieć ujście. O zaszywaniu można myśleć dopiero, gdy infekcja wygaśnie. Nie będę ukrywał, że jest poważnie. Musisz też sobie zdawać sprawę, że choć twoja siostra jest młoda i silna, to jednak te siły są już podkopane przez operacje, które przeszła. Próbowałaś je kiedyś policzyć? Spróbuj, to dopiero uświadamia ogrom ryzyka. Choć w tej chwili jest stabilna, infekcje, z którymi się zmaga, nadal bezpośrednio zagrażają jej życiu, wciąż wisi nad nią groźba sepsy. To jednak w żadnym razie nie przesądza sprawy! Medycyna jest pełna niespodzianek, a w człowieku, który chce żyć, naprawdę drzemie wielka moc.

Bardzo delikatnie podpowiadał, żeby pomóc twojemu mężowi uwzględnić KAŻDY scenariusz, aby — w razie niepowodzenia — nie dał się zaskoczyć sytuacji. Pominęłam to milczeniem. Przy całym szacunku dla Viktora tę misję uważałam za niewykonalną. Najbardziej racjonalnie osoby bywają bezbronne wobec takich wyzwań, a kto widział Rudego przy twoim łóżku, nigdy by się jej nie podjął … Poza tym: czy naprawdę można się przygotować na utratę najbliższej osoby? Co to w ogóle znaczy?!

Chyba zrozumiał moje milczenie, bo nagle zmienił temat:

— Czy uporządkowałaś wszystkie sprawy związane z twoim zdrowiem? Czy ty w ogóle sypiasz? Rozumiem, że bardzo przeżywasz stan siostry, ale jeśli o siebie nie zadbasz, zaraz znowu będziesz szukała pomocy…

Nie miałam jednak czasu na rozmowy o sobie. Nadeszła wiadomość, że operacja właśnie się zaczęła. Trwała prawie osiem godzin. Anestezjolog stwierdził, że zniosłaś wszystko bardzo dobrze, jesteś stabilna i nie ma żadnych zagrożeń, jeśli chodzi o jego dziedzinę. Natomiast konsultant, od którego mieliśmy prawo oczekiwać szczegółów, nie znalazł czasu na rozmowę. Poradził Rudemu, żeby skontaktował się z sekretarką chirurga i ustalił spotkanie…

— Wybacz — zasygnalizował koniec rozmowy — ale jestem bardzo zajęty i mam nadzieję, że widzisz jak ciężko tu wszyscy pracują i jak bardzo poświęcają się dla pacjentów.

— A ja mam nadzieję, że ty z kolei rozumiesz, jak bardzo martwię się o żonę — odparł twój mąż z mistrzowskim spokojem. — Czy nie mógłbyś po prostu sprawdzić? Może zostawiono jakąś notatkę? Wiem, że jest zawsze sporządzana w trakcie operacji i przywożona razem z pacjentem z bloku operacyjnego.

— Owszem, zostawili — potwierdził konsultant.

— Czy mógłbyś zapoznać mnie z jej treścią?

— Tak, oczywiście, ale musisz złożyć w dziale administracji oficjalną prośbę o zapoznanie się z dokumentacją medyczną twojej żony — odparł lekarz, wprowadzając twojego męża w osłupienie. Ponieważ — jak wiemy — bywa niezrażalny, zapytał:

— Czy nie mógłbyś mi po prostu przeczytać co napisali?

I wtedy usłyszał:

— Nie. Nie jestem upoważniony do udzielania ci takich informacji, ale… — wręczył mu na chwilę dokument — mogłeś go przeczytać, kiedy na moment zostałeś sam przy żonie…

Są rzeczy, których nawet nie próbuję zrozumieć.

Notatka zawierała informację, że T-dren został założony, wykonano też nekrosektomię i płukanie otrzewnej oraz że zaleca się kontynuację dotychczasowego leczenia.

Kiedy kilka godzin później Rudemu wreszcie udało się porozmawiać z chirurgiem, dowiedział się, że:

— Dren założony do dwunastnicy nie jest idealnie dopasowany, ale choć nieco za wąski, przy odrobinie szczęścia spełni swoją rolę. W tej chwili działa jak należy. Gdy infekcja wygaśnie, wyjmie się go i trzeba będzie poczekać, aż jelito się zagoi. To może trwać kilka tygodni lub miesięcy. Usunęliśmy większość, a może nawet całość martwiczych tkanek.

— A co z trzustką?

— W tej chwili mogę powiedzieć, że uratowaliśmy 30, może nawet 40%. No i jest jeszcze jedna dobra wiadomość: jelita podjęły pracę! Zamierzamy znacznie ograniczyć środki sedacyjne, dzięki temu twoja żona powinna mieć dużo lepszy nastrój.

Gdy obudziłaś się wreszcie, od razu domyśliłaś się, że przyszła nowa pielęgniarka na nocną zmianę. Poprosiłaś Rudego, żeby ją uprzedził, że zaraz będziesz mieć operację. Oczywiście natychmiast wyprowadził cię z błędu. I wtedy po prostu się załamałaś… Liczyłaś chyba na to, że po operacji będziesz się czuła znacznie lepiej. Za wiele sobie obiecywałaś. Tak bardzo chciałam wtedy przy tobie być, wszystko wyjaśnić, pogłaskać, uspokoić…

W pierwszej dobie po operacji płyn z dwóch drenów nabrał krwistej barwy. Chirurg powiedział, że to dość częste, kazał monitorować krew i zarządził tomografię, która miała zlokalizować problem, gdyby parametry stały się niepokojące. Nikt nie wpadł w panikę. I słusznie, bo po krótkim pogorszeniu poczułaś się znacznie lepiej. Odczuwanie bólu w 10-stopniowej skali oceniłaś na 2. Póki co, nie planowano kolejnych zabiegów, no chyba że kosmetyczne.

Zostałaś zbadana przez neurologa pod kątem problemu ze wzrokiem. Powiedziałaś mu, że czasem widzisz zegar na ścianie, ale nie zauważałaś jego ręki blisko twarzy. Stwierdził, że póki przyjmujesz silne leki znieczulające, nie jest w stanie postawić precyzyjnej diagnozy. Trzymaliśmy się tego, że skoro wcześniej wzrok powracał, nie powinniśmy tracić nadziei.

W szóstej dobie po operacji odłączono respirator! Byłaś w stanie oddychać samodzielnie i mogłaś mówić. Nie poprawiło ci to humoru jakoś znacząco, bo martwiłaś się, że nie widzisz. Pozwolono ci wypić trochę kawy, ale żołądek jej nie przyjął. Odzwyczaił się. Następny był sok. Obiecano likwidację tracheostomii, czyli w najbliższej przyszłości nie przewidywano problemów z oddychaniem. To był najlepszy dowód, że wracasz do zdrowia. Zapowiedziano też przeniesienie na inny oddział w ciągu najbliższych dni, a któregoś wczesnego popołudnia „wystawiono” cię nawet na balkon, żebyś zażyła świeżego powietrza.

To niezrozumiałe, ale zalew dobrych wiadomości przyprawiał mnie o zawrót głowy i łzy.

Przed wylotem musiałam uporządkować sprawy finansowe: zamienić na funty wszystkie złotówki, które do mnie spłynęły jako wsparcie dla was. Nie gniewaj się, ale nie jestem pewna, czy dostatecznie gorąco podziękowałam za każdą kwotę. Nasza wdzięczność wydaje się oczywista, ale czy ją wyraziłam jak należy? Nie wiem! Mam nadzieję, że tak…

Wyruszyłam zatem do kantoru. Porównałam ceny w kilku punktach.

— Drogo jakoś… — zagaiłam właściciela przybytku, który posiadał potrzebną mi ilość waluty, ale miał mniej korzystny przelicznik.

— Sama sobie pani winna — odparł nie zrażony moim niezadowoleniem. — Kto o tej porze roku, kiedy funty najdroższe, wyjeżdża na wycieczkę zagraniczną?!

— Chciałabym, żeby to była wycieczka… — westchnęłam bez żadnych intencji, ale wzbudziłam czujność, bo zapytał:

— Kłopoty?

Od słowa do słowa, choć nie polazłam na pogaduchy, opowiedziałam co mnie tu sprowadza. Skończyło się na tym, że specjalnie dla mnie, a właściwie dla was, ustalił inną cenę, dzięki czemu przywiozłam nieco więcej niż wskazywał na to kurs obowiązujący tego dnia. Protestowałam oczywiście, ale powstrzymał mnie argument, z którym nie mogłam dyskutować:

— Też chcę jakoś pomóc…

Zapewne zgodzisz się ze mną, że na świecie jest wielu wrażliwych ludzi. Chciałabym, żeby na swojej drodze spotykali jak najwięcej sobie podobnych. To dzięki nim leciałam do was z gotówką, która miała twojemu mężowi ulżyć w choć jednej trosce.


Czekałaś na mnie mimo późnej pory. Nie mogłam się nadziwić, że moje pojawienie się w szpitalu o pierwszej w nocy nikogo nie oburzało, a nawet niespecjalnie interesowało… Przekonałam się, że naprawdę nie potrzebujesz respiratora, więc możesz normalnie rozmawiać. Radość nie trwała jednak długo, bo mówiłaś mało. Być może dlatego, że przychodziło ci to z dużym wysiłkiem. Byłaś nie tylko oszczędna w słowach, ale trochę jakby nieobecna. Dowiedziałam się, że powinnam się cieszyć z tego, że w ogóle kojarzysz moją wcześniejszą wizytę — podobno różnie z twoją pamięcią bywało… Postanowiłam przekonać się sama. Na początek spytałam, czy pamiętasz datę moich urodzin. Dzień i miesiąc podałaś poprawnie, pomyliłaś natomiast rok.

— Jak to?! — nie dowierzałaś.

— Tak to! Policz jeszcze raz. Ile jest między nami lat różnicy?

Zdenerwowała cię ta pomyłka. Myślę, że tylko dlatego znów podałaś niewłaściwą odpowiedź. Zanim jednak zdążyłam to skomentować, zauważyłam w twoich oczach przebłysk zrozumienia.

— No faktycznie! — prawie wykrzyknęłaś. — Odmłodziłam cię o dziesięć lat!

Zaczęłam przypuszczać, że tak naprawdę dezorientacja mogła być pozorna, a małomówność wynikała przede wszystkim z dłuższego czasu namysłu. Wystarczyło nie spieszyć się i pozwolić toczyć się rozmowie w dogodnym dla ciebie rytmie.

Potem przyszedł czas na inne, mniej radosne odkrycia. Choćby to, jak bardzo choroba zmieniła cię w ciągu półtora miesiąca, czyli odkąd widziałam cię ostatni raz. Zdjęcie, które wcześniej przesłał Rudy, nie oddawało całej prawdy. Byłaś bardzo słaba i mizerna na twarzy, skóra nabrała żółtego odcienia, dłonie coraz bardziej ulegały przykurczowi. Szeroko otwarte, nieruchome oczy sprawiały wrażenie jakbyś ciągle usiłowała pokonać ich niemoc. Wciąż wypadały ci resztki włosów — były wszędzie. Nadal nie mogłaś się poruszać. Niewiele się odzywałaś i rzadko uśmiechałaś. Czasem chciałaś, żeby cię trzymać za rękę, a za chwilę dotyk bardzo ci przeszkadzał. Może to za sprawą gorączki, która od poprzedniego dnia przekraczała 40 stopni.

Do domu dotarliśmy o trzeciej w nocy. Wreszcie miałam okazję zobaczyć mieszkanie użyczone twojej rodzinie. Było dwupoziomowe, naprawdę przyzwoite i wygodne: trzy sypialnie i salon z jadalnią, dwie toalety i łazienka. Należało do polsko-angielskiego małżeństwa: Moniki i Pola, a właściwie do niedawno zmarłej matki Pola. Wcale nie byli bogaci, jedno z ich dzieci było autystyczne, a jednak, tak po prostu zostawili do waszej dyspozycji wszystko co mogło się przydać, włącznie z naczyniami i pościelą. Nie było tylko pralki. I telewizora, ale ten akurat nikogo by nie zdołał zainteresować — wasze życie oferowało aż za wiele atrakcji…

Rankiem następnego dnia byłaś bardzo senna, bo podano leki przed wykonaniem tomografii. Gorączka nie dawała się zbić, a jej obecność świadczyła o infekcji. Twoje obolałe ciało stało się nieprawdopodobnie wrażliwe. Nadwrażliwe. To nie był najlepszy moment na zabiegi kosmetyczne, ale chciałaś, żebym ci zrobiła manicure. Przycinanie paznokci, które stały się kruche i łamliwe, bolało cię, a piłowanie sprawiało co najmniej dyskomfort. Dlatego nie odważyłam się na ciąg dalszy — pedicure. Nie ośmieliłam się też skomentować tego, co się dzieje z twoimi włosami. Jak się zdążyłam zorientować, nie ja jedna. Postanowiłam zrobić to następnego dnia.

Jakby jutro dawało gwarancję, że zniesiesz to lepiej.

Rudy martwił się, że miesiąc minie szybko i nie będzie miał gdzie się podziać z dziewczynami, kiedy Monika i Pol sprzedadzą mieszkanie. Dlatego umówił się z lokatorką opuszczającą niebawem dom na obrzeżach miasta. Późnym popołudniem pojechaliśmy na oględziny nowego lokum.

Znajdowało się w spokojnej, sennej dzielnicy. Niewielkie budynki ukryte wśród bujnej, zimozielonej roślinności w labiryncie podmiejskich uliczek sprawiały wrażenie romantycznych i tajemniczych. Ten, którego szukaliśmy, okazał się bardzo stary. Niewątpliwie miał swój urok, a nawet duszę — miałam nadzieję, że tylko jedną… Typowy domek na przedmieściu angielskiego miasta, tak niziutki, że nawet ja z łatwością dosięgałam stropu… Z pewnością nie był to najwygodniejszy dom jaki widziałam, ale miał to „coś”. I mnóstwo zakamarków. Dlatego pomyślałam, że mogłabym w nim zamieszkać. Oboje stwierdziliśmy, że tobie też by się spodobał. Rudy postanowił złożyć wniosek do pośrednika.

— Jaki wniosek? — dziwiłam się. — To nie jest tak, że po prostu dzwonisz i mówisz: „Wszystko mi odpowiada, chciałbym ustalić termin przeprowadzki”?

— Nie. Najpierw pośrednik zweryfikuje, czy nie jestem seryjnym mordercą, czy żyję dostatecznie bogobojnie, czy nie jadam dzieci, no i czy urodziłem się pod właściwym znakiem zodiaku. Może coś jeszcze… Nie tak łatwo zasłużyć na ich zaufanie!

Nawet lubiłam ten jego sarkazm. Ale nie tym razem, bo miał ukryć gorycz i niepokój, a ja w żaden sposób nie mogłam pomóc.

Kolejnego dnia przed południem przyjechaliśmy do ciebie w pięcioro: oprócz Różyczki, Rudego i mnie przybyła też twoja teściowa i jej siostra, która przyjechała do was kolejny raz na parę tygodni. W ten sposób zdeptaliśmy przepisy tworzone przez kogoś w pocie czoła, wyznaczające inne godziny odwiedzin i ograniczające ilość gości do dwóch osób. Czekałam na gromy albo chociaż wymowne spojrzenia, tymczasem praktycznie cały personel skupił się na serdecznym powitaniu Różyczki. Witali ją jak starą znajomą:

— Hello, lady Rubella!

Całkiem ładnie…

Poprosiłaś, żeby położyć ją jak najbliżej ciebie, a kiedy już wszystko było przygotowane, zmieniłaś zdanie:

— Dzisiaj mi jednak wystarczy, że ją słyszę jak gaworzy, jak się złości i marudzi… i jak wszyscy się nią zachwycają…

Z pewnością to nie był twój najlepszy dzień. Majaczyłaś:

— Co zrobimy z tymi pociągami? No wiesz, bo ja rzygam w pociągach… — i rzeczywiście zaczynałaś wymiotować. A ja nic nie mogłam zrobić z „tymi pociągami”, mogłam ci tylko trzymać miskę i udawać, że nie płaczę. Daleka i zapatrzona w przestrzeń „widziałaś” różne rzeczy: czyjeś zdjęcia, ulicę z lotu ptaka, mleko z przeterminowaną datą ważności… Chwilę później chciałaś wyrywać swoją rękę z mojej, prosząc:

— Pomóż mi to jeszcze włożyć.

— Co?

— To co mam w ręku — i tyle na ile mogłaś ścisnęłaś moją dłoń.

— To moja ręka, Myszko…

— Aha… — nie byłaś tym nawet zmieszana czy zdziwiona, a to niepokoiło mnie jeszcze bardziej. Miałam jednak nadzieję, że taki stan nie pozwala ci na ocenę własnych zachowań. Chyba też byś się przeraziła. Leki… — to im wszystko zawdzięczałaś i wszystkiemu były winne.

Bywały też lepsze momenty, choć krótkie. Siedzenie przy tobie sprowadzało się praktycznie do wyczekiwania, kiedy da się zamienić kilka sensownych słów. Sprawdzałam wtedy twoją pamięć. We własnym mniemaniu działałam sprytnie i subtelnie, ale często przyłapywałaś mnie i nie ukrywałaś irytacji. Dlatego nauczyłam się robić to mimochodem. Na przykład wymieniałam nazwiska osób, które cię pozdrawiają i udawałam, że nie bardzo pamiętam imiona niektórych, potem opowiadałam zdarzenia z przeszłości, „nie mogąc” umiejscowić ich w czasie. Nieźle dawałaś sobie radę. Z niewielkim wsparciem wyliczyłaś nawet ile tygodni i miesięcy ma Różyczka. Nie poszło ci tylko z „Inwokacją” niejakiego Adama M. Zaczęłam, ale nie umiałaś jej dokończyć. Tak, wtedy też byłaś na mnie zła:

— Normalni ludzie nie pamiętają takich rzeczy!

— Brawo, właśnie ustaliliśmy, że z twoją głową wszystko w porządku — śmiałam się.

— …i że mam nienormalną siostrę… — dodałaś uszczypliwie, a po chwili: — Ale lepiej mieć taką niż żadną. Widzisz? Ja umiem cenić zanim stracę!

— O ty cholero! Udawałaś!

— Przecież to „Inwokacja”, chcesz mnie obrazić? — prychnęłaś, a po chwili już spałaś.

Tymczasem chirurg stwierdził, że nowy antybiotyk nieźle radzi sobie z infekcją, za to dren przepuszcza sporo treści, która była pożywką dla bakterii. Nie mieli na to pomysłu. Można było tylko czekać aż samoistnie wytworzy się przetoka, którą będzie można drenować. Póki co lekarze zastanawiali się, jak ustawić leki, żebyś spała w nocy, a czuwała w dzień. Chyba byłaś dobrze zabezpieczona przeciwbólowo, bo jeśli się skarżyłaś, to na niewygodę, a nie na ból. Może właśnie dlatego planowano cię przenieść na inny oddział — niby też Intensywna Terapia, ale już bez opieki jeden na jeden. Warunkiem było tylko opanowanie infekcji. Cieszyłam się, bo to oznaczało, że są dobrej myśli.

Na fali tego optymizmu wróciłam do planów kosmetycznych:

— OK, malutka: trzeba coś zrobić z pazurami zanim ci wrosną w materac.

— Jasne. Zaczynaj!

— Jesteś pewna?

— Tak.

— Nie będziesz jęczeć?

— Nie.

— Zrzędzić?

— Nie!

— Krytykować moich „pediciurskich” umiejętności? Bo ja wrażliwa jestem bardzo…

— Dobra, rozumiem: sugerujesz, żebym je sobie obgryzła… — uśmiechnęłaś się. — Siostra, damy radę! Obiecuję. Zresztą, nie bój się, przecież cię nie kopnę, niestety…

Och, jak żałowałam, że nie możesz! Choć chwilami balansowałam na granicy twojej wytrzymałości, dotrzymałaś obietnicy — dałaś radę. Obcięłam, opiłowałam, a nawet pomalowałam bezbarwnym lakierem.

— No, teraz wyglądasz jak człowiek! — podsumowałam nasze wysiłki.

— Jesteś pewna? — zapytałaś zaczepnie. — Przyjrzyj mi się: podobno to ja tu jestem ślepa…

Westchnęłaś wymownie i powiedziałaś to, co zapewne planowałaś wcześniej:

— Opowiedz… Tylko nie ściemniaj!

Wiedziałam, że masz na myśli włosy i wiesz o nich tyle, że wypadają. Nie mogłaś unieść rąk, aby je odgarnąć czy przeczesać, dlatego nie wiedziałaś, że praktycznie wcale ich nie masz. Najwięcej zostało w okolicach grzywki — akurat tyle, żeby irytująco opadały na twarz.

— No cóż… — zaczęłam ostrożnie. — Jesteś bardzo podobna do swojej córeczki: leżysz plackiem jak ona, nic konkretnego nie robisz, no i masz tyle samo włosków co ona. Z tą różnicą, że ty masz głupią grzywkę. Pozwolisz, że ci ją obetnę całkiem krótko?

— To mi jakoś pomoże? — w pytaniu pobrzmiewała nuta wątpliwości.

— No. Nie będzie ci spadać na pyszczor. Urodzie to nie zaszkodzi i nie pomoże. Ładnemu we wszystkim ładnie, prawda? Mysza, pliiis… przecież to tylko włosy! Wiadomo, że odrosną! Wierzysz mi?

— Tak — odpowiedziałaś po chwili, ale już bez wahania. — Mnie tylko oczy martwią…

Myślałaś, że mnie nie? Wciąż czekałam na cud.

Tej nocy i następnego dnia wysoka gorączka odpuszczała tylko na chwilę, ale majaczyłaś nawet wtedy. Odpływałaś co chwila i zaraz byłaś z nami znowu. Te lepsze momenty zagospodarowywał Rudy — wciąż miał jakieś pomysły. Na przykład kiedy Różyczka przy tobie leżała, łączył wasze dłonie, bo jej dotyk natychmiast wywoływał twój uśmiech. Zachęcał cię do różnych zabaw z małą. Podkreślał ich wartość rehabilitacyjną. Często też zabawiał ją tak, że piszczała z radości i wtedy opowiadał ci, jaką ma teraz minkę i czym się bawią. Opisywał ze szczegółami każdą zabawkę, którą zainteresowała się wasza córeczka. Było tak, jakby stał się jednym z twoich zmysłów. Wsłuchiwałaś się w jego relację i reagowałaś tak, jakbyś sama się z nią bawiła. Stało się to niezauważalnie i jakoś tak… naturalnie.

Któregoś razu Rudy zaskoczył nas, obwieszczając:

— A teraz Różyczka przytuli się do mamusi: skórka do skórki!

Jak powiedział, tak zrobił: rozebrał Różyczkę i odsłonił cię tak, żeby można było ułożyć ją na twojej klatce piersiowej.

— Boże, jakie to cudowne uczucie! — szepnęłaś. — Jaka ona jest mięciutka, cieplutka i… żywa!

Śmialiśmy się z tych odkrywczych spostrzeżeń, ale nikomu tak naprawdę nie było do śmiechu. Siedziałaś tam wynędzniała, podpięta do miliona urządzeń, a twoje niewidzące oczy uśmiechały się do dziecka, które wykreowała wyobraźnia. Nigdy nie zapomnę złości, jaką wtedy poczułam. Irracjonalnej i wszechogarniającej. Bezsensownej i naturalnej zarazem.

Zachowanie twojego męża nie przestawało mnie fascynować. Do tego, że jest przy tobie codziennie najdłużej jak się da, już się przyzwyczaiłam, ale te wszystkie pomysły aranżujące bliskość twoją i Różyczki, sam fakt, że jej codzienna obecność była dla niego tak oczywista… Nie zastanawiał się — wiedział, że tak trzeba. Zachwycała mnie jego gotowość do pokonywania trudności z tym związanych i grzecznego lekceważenia wszelkich dobrych rad. Po pierwsze: bakterie. Nie masz pojęcia, ile razy słyszał, że naraża dziecko na straszliwe szczepy szpitalnych bakcyli odpornych na wszystkie antybiotyki świata. Jedna z pielęgniarek stwierdziła wręcz, że nigdy nie naraziłaby swojego dziecka na takie niebezpieczeństwo. Rudy wytrzymał jej oskarżycielskie spojrzenie, po czym zapytał:

— Naprawdę? Będąc w takiej sytuacji jak moja żona, nie chciałabyś chociaż usłyszeć i poczuć dziecka przy sobie?! Jesteś pewna?

Po drugie: logistyka. Trzeba było pamiętać o każdym drobiazgu, bez którego wyprawa z dzieckiem może stać się piekłem. No i nie zapominajmy, że zwykle ludzie nie wychodzą z domu z takim małym brzdącem, jeśli cokolwiek jest nie tak: pogoda nie sprzyja, dziecko kichnęło dwa razy albo spało niespokojnie. Rudy należał do innej kategorii rodziców. Zapewniając Różyczce wygodę i bezpieczeństwo, dawał ci radość, jakiej ja czy jego mama byśmy nie dały. Przezorność powstrzymywała nas przed tym, co on robił intuicyjnie. Całkiem nieświadomie udowodnił mi, że czasem młodość musi zignorować doświadczenie, a pod wpływem okoliczności warto zweryfikować każdą zasadę i pokonać lęk wynikający z nadmiaru ostrożności.


A jednak z dnia na dzień było coraz gorzej. Temperatura przekraczała 40 stopni, serce pracowało z szybkością 160 uderzeń na minutę, niebezpiecznie też wzrosło ciśnienie i miałaś problem z oddychaniem. Nic dziwnego, że pojawiły się objawy niedotlenienia. Prosiłaś, żeby cię nie dotykać. Dygotałaś z zimna. Lekarz zwyczajnie nie wiedział jak to interpretować. Według jego wiedzy nic takiego nie powinno mieć miejsca. Z jakiegoś powodu wcale mnie to nie uspokoiło… Nawet chirurdzy poproszeni o ocenę sytuacji sprawiali wrażenie jakby wyczerpały im się pomysły. W Rudym dostrzegałam coraz więcej bezsilnego buntu i nieumiejętnie skrywanej rozpaczy.

Tomografia wykazała, że T-dren znalazł się w niewłaściwym miejscu i trzeba go nieco przemieścić. Do sali weszło dwoje lekarzy. Nie dość że nie musieliśmy wychodzić, to jeszcze mieliśmy zadania do wykonania. Na prośbę medyków stanęliśmy u szczytu łóżka — ja trzymałam maskę z gazem znieczulającym, a Rudy szeptał ci coś do ucha, od czasu do czasu głaskał uspokajająco i całował twoją już prawie zupełnie łysą głowę. Traktował cię tak czule, jakby miał do czynienia z dzieckiem…

Lekarze działali sprawnie, szybko i empatycznie. Objaśniali co będą robić, uprzedzali kiedy zaboli, żebyś się na to przygotowała. Na koniec dren został przyszyty do skóry. Najbardziej bolesne okazały się zastrzyki przeciwbólowe. Lekarze wymieniali z Rudym krótkie uwagi i od czasu do czasu upewniali się, czy ja dobrze się czuję. Jakby dopiero teraz uświadomili sobie, że asystowanie przy zabiegu chirurgicznym — nawet jeśli w tak skromnym wydaniu — może nadwyrężyć wrażliwość nowicjuszki. Ta ich wszechstronna czujność była naprawdę ujmująca. Po wszystkim zasnęłaś prawie od razu, miałaś naprawdę ciężki, pełen wrażeń dzień. Kiedy później pytałam, czy to nie problem, że byliśmy obecni przy zabiegu, uśmiechnęłaś się i powiedziałaś:

— Nie ma takiej sytuacji, kiedy byłoby to niewskazane. Dobrze, że jesteście!

Pozytywne wrażenie jakie zrobiła na mnie praca chirurgów szybko ustąpiło miejsca niedowierzaniu, gdy przyszło mi obserwować pielęgniarkę, która tego dnia miała przy tobie dyżur. Była niechlujna, nieuważna i… niedowidząca. Zachowywała się jak amatorka: plaster przeciwbólowy naklejała na inny plaster, nie zauważyła ranki na nodze ani że krem przeciwbólowy za długo pozostaje na skórze, co wywołało odczyn alergiczny. No i wciąż nie pamiętała, że nie widzisz… Dopiero kiedy zwróciliśmy jej uwagę, że śpisz w jednej pozycji od pięciu godzin, wezwała koleżankę, żeby ułożyć cię inaczej. Z niepokojem czekaliśmy, kto ją zastąpi na dyżurze nocnym… Na szczęście przydzielono ci sympatyczną i znającą się na rzeczy dziewczynę. Próbowała nawiązać ze mną kontakt, ale przeprosiłam i wyjaśniłam, że bardzo słabo znam język.

— Nie ma za co przepraszać — uśmiechnęła się. — Ja nie mówię po polsku i nie przepraszam!

W rozmowie z Rudym zwierzyła się, że cię podziwia za łatwość posługiwania się dwoma językami. Twierdziła, że w sytuacji takiej jak twoja, pacjenci praktycznie zawsze przechodzą na mowę ojczystą, bo stres blokuje inne możliwości. Może dwujęzyczność była świadectwem potęgi twojego umysłu, może stąd czerpałaś siłę?

Wszystko wskazywało na to, że po korekcie drenu twój stan ulega powolnej stabilizacji. Kiedy przestałaś brać udział w naszej leniwej rozmowie, zapytałam o czym myślisz:

— Staram się nie myśleć o jedzeniu.

— Biedaku… — współczułam szczerze. — Musisz jeszcze wytrzymać, aż jelito się zagoi.

— Jakie jelito?! — twoje oczy zrobiły się jeszcze większe. Rudy cierpliwie wyjaśnił w czym rzecz. Jednocześnie patrzył na mnie wymownie: „A nie mówiłem?! Coś jest nie tak z jej pamięcią!”. Tymczasem ty kiwałaś głową ze zrozumieniem. Ponieważ byłaś ogromnie śpiąca, powiedziałam:

— Śpij, nie walcz z tym. Słuchaj swojego organizmu. On wie, czego potrzebuje najbardziej.

— Taaak? To poproszę banana i sok cytrynowy!


Różyczka niewątpliwie polubiła wizyty w szpitalu. Układaliśmy ją bardzo blisko ciebie i prowadziliśmy twoje dłonie po jej ciałku, co nieodmiennie rozjaśniało cię całą. Nie umiem tego inaczej opisać: po prostu promieniałaś. Wciąż jeszcze spieraliśmy się o to, jak długo powinna trwać taka wizyta, ale nikt już nie pytał, czy ma sens.

Dobrze było patrzeć jak Różyczka, która właśnie odkryła, że warto spróbować, czy mama nadaje się do jedzenia, gryzie cię w palec i jak cię to bawi. Podobnie jak dźwięki, które zaczynała wydawać — słuchałaś tych jej wszystkich mlasknięć, parsknięć i innych „paszczowych” odgłosów jak najpiękniejszej muzyki. Jej ruchliwość też ci się podobała, ale najbardziej ze wszystkiego lubiłaś słyszeć jak śmieje się w głos.

Twoja radość zawsze podnosiła nas na duchu, ale nie miałaś pojęcia, że przebywanie kilka godzin w szpitalu z takim berbeciem było coraz większym wyzwaniem i wysiłkiem. Zazwyczaj babcia ogarniała wszystko, jednak jej zmęczenie rzucało się w oczy. Rudy co prawda opiekował się małą w nocy, ale przecież wiele razy nocował przy tobie. Ponadto na jej głowie spoczywały wszystkie obowiązki domowe. Dbała o nich oboje i bezustannie zamartwiała się tobą. Twój mąż i dziecko codziennie wracali do ciepłego, bezpiecznego domu. Bezcenne…

Niepokoił mnie obrzęk twoich nóg. Wiedziałam, że u pacjenta obłożnie chorego cyrkulacja płynów jest zaburzona, ale przecież i na to są sposoby. Czasem nie miałam cierpliwości czekać, aż ktoś z personelu dozna olśnienia i dręczyłam twojego męża, żeby zasugerował to czy tamto. Po kolejnej uwadze pielęgniarka ułożyła cię wręcz podręcznikowo, a opuchlizna zmniejszała się na naszych oczach. Na fali tego sukcesu wspomnieliśmy też o ranie na nodze. Pojawiła się po otarciu butem ortopedycznym i wyglądała jak krwiak, ale któregoś dnia zaczęło się stamtąd coś sączyć. Niestety, pielęgniarka nie błysnęła inteligencją: zakleiła to po prostu plastrem, pod którym szybko utworzył się interesujący pęcherz. Poskarżyłaś się, że zaczyna boleć. Rudy zerwał opatrunek. Z pękniętego bąbla wyciekała ropa — bakterie jak zwykle wykazały się refleksem i szybko wykorzystały sprzyjające warunki: ciemno, ciepło, wilgotno i bezpiecznie. Nic, tylko się mnożyć… Pielęgniarka nie ukrywała złości, zupełnie jakbyśmy byli temu winni. Przetarła ranę środkiem dezynfekującym, ale już nie pozwoliliśmy jej zaklejać. Uparliśmy się, żeby zobaczył to lekarz. Zanim się pojawił, właściwie nie było tematu — wszystko zaczęło przysychać. Śmialiśmy się, że gdybyśmy od początku wzięli sprawy w swoje ręce, już byłabyś w domu.

Rano zastaliśmy cię siedzącą w fotelu, przygotowano również balkonik do nauki chodzenia. To był dobry znak. Już następnego dnia stanęłaś na własnych nogach — z asekuracją, ale jednak! Byłaś bardzo przejęta, nic dziwnego — minęły prawie cztery miesiące odkąd robiłaś to ostatni raz, to znaczy zanim złamała cię choroba… Rehabilitant zapowiedział, że za kilka dni zaczniesz regularne ćwiczenia na „siłowni”. Ta informacja wyraźnie wlała otuchę w nasze serca. Po bardzo długiej przerwie znów pozwoliłaś rozmasować stopy. Jak należało się spodziewać zakres ruchów był bardzo ograniczony, ale łatwo poddałaś się ćwiczeniom. Nic dziwnego, że szybko przyniosły ulgę. Może też dzięki temu dało się z tobą sensownie porozmawiać. Miałam wrażenie, że dopiero tego dnia naprawdę zarejestrowałaś moją obecność. Wszyscy wkraczaliśmy w nowy etap. Na twoich nogach.

Nocą przyszła jednak znowu wysoka gorączka. Uspokajaliśmy ciebie i siebie, że to skutek emocji albo zbyt forsownej rehabilitacji. Wróciły halucynacje. Ni stąd ni zowąd mówiłaś:

— Ten palec mi obcięli.

Albo:

— Uważaj, bo tędy — ruchem głowy wskazywałaś „trasę” — przechodzą pająki!

Albo:

— Widzę trawę i samochody.

Na początku przyjmowałam to spokojnie, ale w pewnej chwili już nie mogłam. Miałam wrażenie, że upewniam cię w jakimś szaleństwie, więc — choć wiedziałam, że wszystkiemu są winne leki i choroba — próbowałam zawracać cię z tej drogi:

— Tam nic nie ma. Tylko to sobie wyobrażasz.

— No tak — smutniałaś — przecież ja nie widzę…

Wcale mi to nie poprawiało samopoczucia. Czasem wydawało się, że zaraz obie wylądujemy w psychiatryku.

Na następny dzień zapowiedziano naradę bakteriologów.


Wiadomość o twojej chorobie rozeszła się po świecie. Twoim i moim. Wasi i nasi znajomi, a nawet ludzie całkiem obcy chcieli was wesprzeć finansowo. Polonia w waszym mieście zorganizowała zbiórkę, a jeden z twoich dawnych kolegów z zespołu (czy wasza kapela nazywała się „Crash”? ) planował zorganizować koncert charytatywny w Trójmieście. Potrzebowaliśmy twojej zgody, a jednocześnie nie chciałam cię niepokoić, zdradzając w jak trudnej sytuacji finansowej jesteście. Przedstawiłam to tak, jakby pomoc nie była konieczna, lecz mile widziana, jakby była na wszelki wypadek. Zasugerowałam, że dzięki temu Rudy będzie mógł nadal poświęcać czas tobie i Różyczce. Na koniec dodałam:

— No wiesz, dziś wam potrzebna jest jakaś pomoc, ale jak wrócisz do zdrowia, to wy będziecie pomagać innym.

— Zawsze pomagaliśmy. Od trzech lat co miesiąc wysyłałam pieniądze na szpital dziecięcy…

— No widzisz… — zaczęłam, ale przerwałaś gorzkim:

— No właśnie nie: nadal NIE WIDZĘ… — a potem nagle podjęłaś decyzję: — Powiedz mu, niech robi ten koncert.

Dostaliśmy też informację, że datki na tacę zebrane podczas polskiego nabożeństwa w najbliższą niedzielę zostaną przeznaczone dla was. Rudy nie potrafił przejść nad tym do porządku dziennego. Niby trafiał do niego ten sam argument co do ciebie, ale wciąż miotał się, czy nie powinien pójść do pracy, bo czuł się jak żebrak. Stanęło na tym, że o pracy pomyśli dopiero, gdy twoja sytuacja w końcu się ustabilizuje. Na razie, pomiędzy tobą, Różyczką, rozmowami z lekarzami i załatwianiem niekończących się formalności urzędowych, ledwo znajdował czas na sen.

Te wszystkie kościelno-zrzutkowo-koncertowe akcje uświadomiły mi, że nie warto słuchać opinii o samolubnych bogaczach, powszechnej znieczulicy i złych Polakach na obczyźnie. Czułam wdzięczność i ulgę.


Jeden z pielęgniarzy, szef zmiany, zajrzał do twojej sali i zagaił po polsku:

— Dzień dobry! Jak sie masz? Dobzie? — a potem po angielsku: — To już wszystko. Więcej nie umiem i nie rozumiem!

Przy okazji dowiedziałam się, że język polski jest, zaraz po angielskim, najczęściej używanym w Anglii. Ważniejsza była jednak informacja, że z obecnego oddziału ICU zostaniesz przeniesiona na HDU, gdzie będziesz wciąż pod czujną opieką, ale nie potrzebujesz już sprzętu ratującego życie.

Znalazłaś się tam już po kilku godzinach. Pokoik, który ci przydzielono był bardzo malutki, w dodatku nie miał okien, co robiło trochę klaustrofobiczne, przygnębiające wrażenie. Ogarnęłam wszystko wzrokiem: pompy podawały leki, miałaś siedem drenów, cewnik, zgłębnik żołądka w jednej, a rurkę z tlenem w drugiej dziurce od nosa, ale nie było żadnej maszyny monitorującej lub modyfikującej twoje parametry życiowe. Miła odmiana.

Co prawda byłaś niewidoma i prawie łysa, nie mogłaś zmienić pozycji o własnych siłach ani nawet nacisnąć buzzera przywołującego pielęgniarkę, więc dla postronnego obserwatora nadal byłaś człowiekiem umęczonym chorobą, ale my widzieliśmy więcej. Przełom. I właśnie wtedy, właśnie tam — chyba po raz pierwszy — powiedziałaś, że dobrze się czujesz.

Stałam przy twoim łóżku z Różyczką w ramionach, a ty patrzyłaś wprost na nas. Twoje oczy zmieniły wyraz, dlatego Rudy zapytał:

— Co widzisz, Kotku?

— Róg pokoju. A niżej jakby… głowę… może dwie?

Zbombardowaliśmy cię pytaniami, żeby ustalić, czy euforia, jaka znów zakradła się w nasze serca, nie jest przedwczesna. Dowiedzieliśmy się, że całkowita ciemność przechodzi czasem w szarość, z której wyłaniają się kształty. Okazało się, że nie mówiłaś o tym, w obawie czy nie oszukujesz samej siebie.


— Jutro wyjeżdżam, pamiętasz? — zapytałam, kiedy opadły emocje.

— To już jutro?! Myślałam, że przyjechałaś na dłużej…

— Myszko, byłam z tobą prawie dwa tygodnie, a poprzednim razem dwa miesiące.

— No tak. Zapomniałam, a powinnam to pamiętać. Zapominam wszystko, długo myślę, źle kojarzę. Czuję się jak głupek… — mówiłaś to z wielkim smutkiem, a ja nawet w tym znajdowałam pocieszenie, bo nabierałaś do siebie dystansu. Tym samym przestawałaś być już tylko kłębkiem bólu i strachu. Twoja świadomość wychodziła poza jakieś pierwotne doznania i zataczała coraz szersze kręgi. Budziła się. Otwierała.

Próbowałam wytłumaczyć, że moje odwiedziny nie mają znaczenia, jakie jesteś gotowa im przypisywać. To, że twój stan poprawił się akurat przy mnie, nie dowodziło mojej zasługi.

— Lepiej się czuję, kiedy ze mną jesteś — przekonywałaś. — Jakoś tak… bezpieczniej.

Zostawiłam cię zatem nieco może przygnębioną, ale w niezłym stanie.


Kolejne dwa tygodnie nie przyniosły spektakularnych zmian. Zapachniało stagnacją, która zaczęła nas irytować. Doceniliśmy ją oczywiście dopiero w chwili, gdy — nie bez powodu — przyszło pogorszenie: skoki temperatury, narastające osłabienie i splątanie. Zaczęło się od tego, że kiedy myto ci zęby, zakrztusiłaś się i straciłaś oddech na pół minuty. Potem spałaś cały dzień i zupełnie zobojętniałaś na otoczenie. Pielęgniarka dwadzieścia minut próbowała cię obudzić, ale bez skutku. Wezwany lekarz zarządził tomografię, która wykazała, że w płucach zalega duża ilość płynu. Można powiedzieć, że się topiłaś…

Przewieźli cię na OIOM, zaintubowali i wprowadzili w stan śpiączki. Kolejne badanie wykazało, że zapadły się oba dolne płaty płuc. Mimo to, zdaniem lekarzy, byłaś zdolna podjąć samodzielne oddychanie. Zmniejszanie wspomagania powodowało jednak, że akcja serca przyspieszała, wpadałaś w panikę i walczyłaś o oddech. Postanowiono wykonać tracheotomię.

Ponieważ gorączka nadal się utrzymywała, stało się jasne, że gdzieś w najlepsze rozwija się infekcja. Nie można było wykluczyć, że zakażeniu uległy zmiany martwicze w okolicach macicy lub trzustki. Zapadła decyzja o operacji, ale trzeba było poczekać aż nieco się wzmocnisz. Tymczasem powyżej kolan pojawił się obrzęk i rumień. Istniało zagrożenie, że wywiązało się zapalenie skóry, a jedyne leczenie to… jej usunięcie. Po chwili jednak zmieniono diagnozę: ktoś napomknął o alergii i już nie mówiono o usuwaniu skóry. Zaczęłam wątpić w szpital, lekarzy, ich diagnozy i wyniki badań. Robiło się coraz… dziwniej.

— ZABIERZ MNIE DO DOMU! — błagałaś Rudego przez łzy.

Innym razem prosiłaś, żeby cię zabił, bo nie masz siły i nie wierzysz, że to się skończy. Jak to możliwe, że nie zwariowaliście oboje? Byłaś w depresji, a Rudy sugerował, że mój przyjazd bardzo by ci pomógł.

— Nie musisz tu siedzieć za każdym razem dwa tygodnie, jak ostatnio — przekonywał — ale możesz wpadać chociaż na weekendy, powiedzmy trzy w miesiącu…

— Ty mówisz poważnie… — upewniałam się.

— No jasne. Koszty nie są takie duże, jeśli bilet lotniczy rezerwuje się…

— Nie chodzi tylko o koszty — przerwałam. — Po pierwsze jestem pewna, że to co teraz się dzieje jest przejściowe, choć tak źle wygląda. Po drugie: przecież dopiero od was wróciłam! Wyobraź sobie, że nie mam trzydziestu lat… Chodzi też o moje życie: mam rodzinę, obowiązki, pracę, potrzebuję czasem odpoczynku.

— Ona też cię potrzebuje. Też jest twoją rodziną.

— Uwierz mi, że to nie jest fakt, o którym musiałbyś przypominać. Właśnie dlatego spędzam z nią tyle czasu. Czy ty w ogóle masz świadomość, że byłam u was dwa i pół miesiąca z tych czterech odkąd jest chora?

— I co: to ci jakoś poprawia nastrój? Masz poczucie dobrze spełnionego obowiązku? Gratuluję! Przy niej trzeba być bez przerwy, ale ja, niestety, nie jestem w stanie temu sprostać… Oprócz mnie, Różyczki i mojej mamy ona nie ma tu nikogo… — prawie słyszałam jak szuka słów, którymi mógłby trafić do mojego niewzruszonego serca. Już wiedziałam, zrozumiałam, że tak mnie widzi. Imponowała mi nawet jego determinacja, ale nie zamierzałam stać się jej ofiarą:

— Posłuchaj: choć jej stan psychiczny bardzo mnie martwi, to wiem, że jest naturalną konsekwencją tego co przeszła i przechodzi. To jest jeden z elementów jej choroby. Nawet gdybym zamieszkała przy jej łóżku, nie jestem zdolna tego powstrzymać. Nie masz pojęcia co czuję, nie mogąc być z nią na co dzień. Tak, wiem: ja z kolei nie mam pojęcia co czujesz, przebywając z nią tyle godzin dziennie. Każde z nas coś dźwiga… Różnica polega na tym, że ty się zachowujesz, jakbym była z drewna i nie miała uczuć. Przyjmij do wiadomości, że jestem przy niej, kiedy mogę. Ty masz wszystkich, których kochasz w zasięgu ręki. Twoja mama też. Odłożyliście na bok wszystko, bo możecie sobie na to pozwolić. Moja sytuacja różni się diametralnie, dlatego nie zniosę więcej uwag. Nie zasłużyłam na nie.

— A ja już nie mogę słuchać, ile masz powodów, żeby nie przyjechać. Ile z tym problemów: a to podróż ciężka, a to plany twojej rodziny, a to choroba czy pieniądze… Wiem, że każdy z nich jest ważny, ale uwierz mi, że każdy da się rozwiązać. Jeśli kasa jest problemem, to powiedz. Zapożyczę się, sprzedam samochód…

— Naprawdę chcesz mnie obrazić czy w ogóle mnie nie słuchasz?

— Słucham. I obserwuję. Nie mogę na przykład zrozumieć jak to możliwe, że przyjeżdżasz na dwa tygodnie i czasem odpuszczasz sobie wizytę w szpitalu. Może jestem jakiś dziwny, ale na twoim miejscu chciałbym wykorzystać każdą sekundę!

Rzeczywiście kiedyś zostałam w domu, żeby spokojnie porozmawiać z rodziną: Miłosz tęsknił, jego tata walczył z awarią centralnego ogrzewania, inne problemy piętrzyły się w postępie geometrycznym, a ja próbowałam pomóc je rozwiązać na odległość. Nie mogłam uwierzyć, że ktoś rozlicza mnie z takich sytuacji. Na chwilę odebrało mi mowę. Ale tylko na chwilę:

— Rudy… Co ty bredzisz?! OK, wyjaśnijmy sobie coś: to jest moja siostra, to ja decyduję ile razy i kiedy chcę i mogę ją widzieć. Nigdy nie powinno to być przedmiotem twojej oceny. Nie wkurzaj mnie. Właśnie ze względu na nią.

— Bo się na mnie obrazisz i nie przyjedziesz?

— Nie, bo przestaniemy ze sobą gadać, a jej to sprawi przykrość.

— Cieszę się, że nadal masz zamiar przy niej być, kiedy będziesz mogła. Dla mnie to jest najważniejsze. Jestem i zawsze będę ci za to wdzięczny, czy w to wierzysz czy nie. Może na tym poprzestańmy.

Wiedziałam oczywiście, że ten jego żal, to tak naprawdę żal do losu i do świata, że się kręci, gdy on sam musiał się zatrzymać w pół kroku i poddać fali, która go niosła w nieznane. Był taki dzielny i wierny swojej miłości, a przecież jednocześnie straszliwie samotny. Tak naprawdę nikt nigdy nie zrozumie co się w nas kotłuje w chwilach prawdziwej rozpaczy, gdy nadzieja przestaje wystarczać, gdy coraz trudniej rozpocząć nowy dzień… Wtedy zawsze jesteśmy prawdziwie samotni, nawet gdy mamy wokół siebie wielu życzliwych ludzi.

…A jeśli już o nich mowa: Rudy podesłał mi skan artykułu, który ukazał się w waszej lokalnej gazecie. Podsumowywał akcję rodaków, którzy ofiarowali bezinteresowną pomoc:

Dzięki Wam rodzina jest razem! Od chwili publikacji artykułu nadeszły deklaracje udzielenia wsparcia. Część już zrealizowano, a kolejne są w toku. Obok słów otuchy pojawiają się też i deklaracje pomocy finansowej. Mężowi, który codziennie jest przy swojej chorej żonie i niemalże wyręcza pielęgniarki w opiece, życzymy wytrwałości. Swoją postawą i determinacją wzruszył wielu z nas do głębi. Stąd zrodziła się potrzeba pomocy.(…) Dziś, po miesiącu od pierwszej publikacji, chcielibyśmy podziękować wszystkim, którzy dołączyli do naszych działań i udzielili wsparcia.


Jakiś czas później, nad ranem, przyśniło mi się, że dostałam wiadomość o śmierci naszego Taty i pomyślałam: „Biedny, zawsze taki samotny, tak niewiele radości miał z życia”. Poczułam żal, że tak rzadko się widywaliśmy, że bywał w moim domu sporadycznie, w święta (co jest bzdurą, bo przecież umarł zanim się tu wprowadziłam, no i nie był samotny, bo to on odszedł pierwszy, przed Mamą). Płakałam w przypływie autentycznej, rozdzierającej serce rozpaczy. Płakałam nawet, gdy już wiedziałam, że to tylko sen — zanim na dobre otworzyłam oczy, pozwoliłam sobie na prawdziwy szloch. Jak dziecko. Czułam się osierocona, okradziona, nieszczęśliwa. Kiedy oprzytomniałam, moją pierwszą myślą było: musiało się stać coś złego! I oczywiście natychmiast przypomniałam sobie rozmowę z Rudym i pożałowałam każdego wypowiedzianego wtedy słowa.

Pół godziny później zadzwonił telefon. Otrzymałam informację, że moja przyjaciółka, Iwona, nie żyje. Moja Iwona! Prosto z domu trafiła do szpitala i zmarła po operacji. Okazało się, że miała tętniaka mózgu. Nikt, nawet ona sama nie wiedziała, że jest tak poważnie chora, miała tylko bóle głowy — od lat. Nie raz namawiałam ją na wizytę u specjalisty, byłam pewna, że nie wolno tego ignorować. Nigdy sobie nie daruję, że pomimo obaw byłam za mało przekonująca. Rozmawiałyśmy dwa dni wcześniej, miałyśmy się spotkać na lotnisku przy kawie. Bardzo się przejęła twoją sytuacją, ale wierzyła, że wygrasz. Mówiła: „Wierzę w jej siłę, to twarda baba — da radę!”.

Przygniotła mnie wiadomość o stracie, której nigdy bym się nie spodziewała. Minęło już tyle czasu, a ja wciąż przyłapuję się na tym, że mam ochotę do niej zadzwonić albo czekam na telefon…

Tymczasem twój stan poprawił się na tyle, że wiadomości od Rudego nabrały spokojniejszych tonów. Podczas rozmowy wyczuł mój smutek i szczerze współczuł.

— Wiedziałaś, że jest chora?

— Miałam pewne podejrzenia. Lekceważyła je systematycznie.

— Z tego co sobie przypominam, znałyście się kupę czasu.

— Nooo: 41 lat… Była rok ode mnie młodsza. Parę lat temu wyniosła się do Gdańska, ale to nic nie zmieniło, nie straciłyśmy bliskiego kontaktu. Czasem spędzała z nami święta, moi chłopcy nazywali ją ciocią. Pamiętała daty naszych urodzin i ważnych rocznic, a twoją żonę znała od pierwszych dni życia…

Gadałam i gadałam, a Rudy — urodzony psychoterapeuta! — w ogóle mi nie przerywał, czasem tylko mruknął potakująco, żebym wiedziała, że słucha.

— …była niespokrewnionym członkiem naszej rodziny, częstym gościem w domu moich rodziców, a potem w moim. Chyba byliśmy dla niej namiastką rodziny, bo przecież swojej nie założyła… Wiesz… bałam się tego roku. Nie śmiej się, ale w każdym roku z „3” na końcu: 1973, 1983, 1993, 2003 umierał mi ktoś bliski.

— Myślisz, że wyczerpała pulę? — wcale się nie nabijał z moich zabobonów.

— Jeśli mierzyć to moim poczuciem straty, to tak. Łączyły nas siostrzane więzi: wkurzała mnie czasem i jednocześnie zawsze była. Ostatnio rozmawiałyśmy o jej samotności. Ustaliłyśmy, że na starość zamieszka u mnie…

— Czy to możliwe, że aż tak się przestraszyła? — wstrzelił się w mój kolejny monolog. Trochę mnie zatkało, więc dodał: — Przepraszam, chciałem cię rozśmieszyć, bo pocieszać chyba nie umiem… Tak naprawdę z doświadczenia wiem, że się nie da…

— Spoko. Dzięki. Nie przepraszaj. Miałeś dobre intencje. To miłe, a byłoby nawet… zabawne, gdyby nie kontekst. A co do śmierci… Kiedy o niej mowa, przychodzą do głowy same banały: zawsze zjawia się nie w porę i nikt nie zna dostatecznie kojących słów.

Milczał.

…A świat toczył się dalej, choć nie dla każdego miała nadejść wiosna…

Podróż 3. Nikt cię nie zastąpi

Najpierw myślałam, że to tylko chmury. Samolot wyraźnie obniżył lot. Jeszcze chwila… jeszcze wstrząs… — jakby przejechał przez wysoki próg. Powinien już hamować, ale nie: lecieliśmy dalej. To była tylko turbulencja (sztuk: jeden). Chmury zgęstniały tak, że nie widziałam skrzydła, dotąd podziwianego w pełnej krasie, ani światełka na jego końcu. Przyszedł czas, żeby spojrzeć prawdzie w oczy: to nie chmury, lecz mgła… Na pokładzie zapadła interesująca cisza. Nastąpiło kolejne wyraźne obniżenie lotu i wreszcie bardzo stanowcze zetknięcie maszyny z ziemią. Dałabym głowę, że nawet pilot był zdziwiony, że to już… To się chyba nazywa twarde lądowanie. Doświadczenie tyleż ciekawe, co niewarte powtórek. Może twardo, ale bardzo punktualnie — znaczy się: Anglia.

W drodze z lotniska Rudy przedstawił mi twój stan:

— Jedno płuco jest wciąż zapadnięte. Od paru godzin utrzymuje się wysoka temperatura. Brzuch jest trochę napięty, a skóra i oczy żółte. Planują tomografię, bo to może być też problem z wątrobą. Niezależnie od tego chcą się upewnić, że nie nastąpiło zakażenie krwi po zmianie wkłuć albo czy nie ma infekcji w jamie brzusznej, no wiesz: dreny, trzustka… Z kolei inna lekarka-chirurg mówi, że gdyby udało się wdrożyć żywienie dojelitowe i cały wyciek sprowadzić do jednego drenu, tego T-tube, no wiesz z dwunastnicy oraz usprawnić ją ruchowo, możliwość wypisania ze szpitala byłaby kwestią dni. Kurwa! Skoro to takie proste, to dlaczego takie trudne?! Już nie wiem komu wierzyć! — wykrzyknął na koniec, jakby dopiero zrozumiał własne słowa.

Spałaś, kiedy dotarliśmy do szpitala. Było już po północy. Nie chciałam cię budzić — przecież sen jest taki ważny w chorobie. Jednak Rudy miał inne zdanie. Powiedział, że cały dzień przespałaś, bo byłaś słaba, ale podano ci dwie jednostki krwi i wieczorem wreszcie nabrałaś sił. Bardzo na mnie czekałaś i byłoby ci przykro, gdybyśmy cię nie obudzili. Rozmawialiśmy przyciszonymi głosami, gdy nagle zobaczyłam, że masz otwarte oczyska, wielkie jak pięć złotych!

— Cześć Myszko! — powiedziałam, głaszcząc twoją już lekko mechatą łysinkę.

— CZEŚĆ! — szepnęłaś i uśmiechnęłaś się całą sobą: oczami, uszami, zębami, a nawet respiratorem…

— Jak się czujesz?

— NIE WIEM…

Wcale nie miałaś tak dużo sił jak zapewniał Rudy. Okazało się, że od jakiegoś czasu zdolna byłaś tylko do delikatnego ruchu głową na „tak” lub „nie”. Chciałaś uczestniczyć w rozmowie, ale ograniczało się to do twojej walki z sennością. Na szczęście pielęgniarka, która się tobą opiekowała, dała do zrozumienia, że czas już na nas: szturchnąwszy Rudego przyjacielskim gestem powiedziała:

— Do domu! Ona teraz potrzebuje dużo snu!

Rudy zaskakująco posłusznie przyznał jej rację. Potem mi wyjaśnił, że wyjątkowo ufa tej kobiecie, bo widzi, że dobrze wykonuje swoją pracę i że jest tobą bardzo przejęta. Prowadziła grupę modlitewną dla personelu: jej członkowie modlą się w intencji chorych, a ona dbała o to, żeby zawsze pamiętali o tobie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 27.3
drukowana A5
za 77.74