NIEMCY
DRUGA KLAUZULA WINY
Moim Babciom
Zofii i Saturninie
dedykuję
Wstęp
Historia Europy i świata jest historią kryzysów, konfliktów, wojen, zamachów stanu, wojen domowych oraz masowych migracji. W sierpniowy dzień 1939 roku młodemu rolnikowi pasącemu owce na krańcu świata — w Nowej Zelandii — nie przyszłoby do głowy, że wkrótce przyjdzie mu ryzykować życie i zdrowie, a w końcu złożyć je tysiące mil od domu na europejskim froncie II wojny światowej. Niby dlaczego? W imię jakich wartości?
Szaleństwo, które 1 września 1939 roku rozpoczęło się z inicjatywy Niemiec, a do którego — w konsekwencji paktu Ribbentrop–Mołotow — w sposób aktywny dołączył Związek Radziecki, przez sześć lat zbierało śmiertelne żniwo na całym globie. Niewiele było miejsc na Ziemi, których ta wojna — prowadzona w interesie Niemiec jako państwa i narodu — nie dotknęła choćby pośrednio.
Skutki owego żniwa widoczne były na wszystkich frontach: w obozach koncentracyjnych, podczas pacyfikacji, w aktach masowego ludobójstwa, egzekucjach i mordach. Współcześnie wygodnie jest zrzucić całą odpowiedzialność na „systemy totalitarne” — nazizm i komunizm — i uznać sprawę za zamkniętą. Jest to jednak retoryka uproszczona, wręcz infantylna. Ideologie były narzędziem, niekiedy argumentacją, lecz za ich wdrożeniem stały konkretne interesy państwowe i narodowe. Ten fakt stanowi oś niniejszego opracowania.
Wojna rozpętana przez Niemcy zasadniczo zmieniła obraz świata i w sposób trwały wpłynęła na obecną rzeczywistość polityczną. Narody i państwa utraciły wolność oraz suwerenność, na dekady popadły w zależności polityczne, ekonomiczne i ideologiczne — zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne. Polska, znienawidzona zarówno przez Niemcy, jak i przez Rosję, stanowi tu przykład najbardziej wyrazisty, lecz nie jedyny. Ta wojna wpłynęła również na wiele innych narodów. Każdy świadomy Polak urodzony przed 1989 rokiem powinien zdawać sobie sprawę, że ograniczenia wolności i swobód, jakich doświadczał, były bezpośrednim następstwem powojennego podziału świata — podziału narzuconego po wojnie rozpoczętej przez Niemcy. W tym sensie mam prawo powiedzieć to wprost — mówię więc i piszę: oskarżam!
Kto zyskał, kto stracił?
Pytanie o bilans II wojny światowej — kto na niej zyskał, a kto stracił — należy rozpatrywać w perspektywie czasowej nieodległej z historycznego punktu widzenia: jednego ludzkiego życia. Osiemdziesiąt lat to w historii niewiele, właściwie całkiem mało. Skutki tamtych decyzji wciąż kształtują geopolityczną teraźniejszość i stanowią odpowiedź na postawione pytanie.
Bilans ofiar II wojny światowej jest porażający: Związek Radziecki — ok. 27 mln, Chiny — ok. 20 mln, Niemcy — ok. 7 mln, Polska — ok. 6 mln, Japonia — ponad 2 mln, a do tego setki tysięcy ofiar w wielu innych krajach. Ginęli ludzie z całego świata — Kanadyjczycy, Nowozelandczycy, Australijczycy, Amerykanie, nawet Eskimosi. Nie było narodu, którego wojna by nie dotknęła. Nie było praktycznie kraju, który nie poniósłby strat, nie było środowisk, nacji ani grup społecznych, które nie ucierpiały.
Przyczyną śmierci 50–55 milionów ludzi była polityka — prowadzona w pierwszym rzędzie przez jedno państwo: Niemcy. Ideologia była jej argumentacją, lecz istotą pozostawał interes państwowy i narodowy. Nazizm i komunizm różniły się retoryką, lecz w praktyce łączyła je gotowość do masowej eksterminacji. Niemcy realizowały ją według klucza etnicznego, Związek Radziecki — narodowościowego. Różnica dotyczyła metody i kolejności, nie celu. W tym kontekście zasadne pozostaje pytanie: czy mechanizmy takiego myślenia naprawdę zniknęły?
Holokaust nie dotyczył wyłącznie Żydów, choć to ich zagłada była celem pierwszoplanowym. Sojusz Niemiec i ZSRR wymierzony był w wiele narodów Europy, szczególnie w Polskę. W niemieckiej doktrynie politycznej nie było miejsca na istnienie państwa polskiego pomiędzy Berlinem a Moskwą. Hasła w rodzaju „Polska nie ma racji bytu” czy „Polska jest krajem tymczasowym” były w czasie wojny elementem oficjalnej narracji — ale czy tylko wtedy? Niestety nie. Ta narracja, a może trafniej: ten punkt widzenia, trwał od wieków — od Henryka II za czasów Chrobrego, przez Józefa II Habsburga i Fryderyka II, Otto von Bismarcka, aż po Adolfa Hitlera. Czy ten niemiecki „dogmat” geopolityczny zmienił się w czasach obecnych? Niestety często sami Polacy nie mają świadomości tego niemieckiego podejścia. Nie mają o nim pojęcia również Ukraińcy, raczej bezkrytyczni wobec Niemców, którzy po cichu wierzą w jakiś układ z Niemcami ponad głowami Polaków.
Straty Polski
Straty Polski w wyniku wojny wywołanej przez Niemcy są bezprecedensowe i w dużej mierze nieodwracalne. Straty ludzkie, eksterminacja elit państwowych, wojskowych, naukowych i kulturalnych. Odczuwalna do dziś luka demograficzna. Obniżenie społecznego poziomu wykształcenia. Bieda, głód, choroby. To straty niepodlegające żadnej wycenie.
Straty materialne objęły zniszczenia tysięcy miast, wsi, fabryk, maszyn przemysłowych, zabytków, kościołów, infrastruktury drogowej, mostów, domów i kamienic — właściwie wszystkiego. Grabieże dzieł sztuki, archiwów i bibliotek. Straty terytorialne oznaczały utratę Kresów Wschodnich (Lwów, Wilno i ogromne obszary II RP) oraz przymusowe przesiedlenia milionów Polaków. Straty polityczne to utrata suwerenności na ponad 45 lat, narzucenie systemu komunistycznego, represje wobec żołnierzy podziemia, więzienia, egzekucje oraz utracone szanse i zahamowanie naturalnego rozwoju państwa. Zyskiem za utracone ziemie wschodnie był Śląsk, Pomorze, Warmia i Mazury — okupione jednak przesiedleniami, cierpieniem i chaosem.
Polska poniosła ogromne straty kulturowe i cywilizacyjne. Wywołana przez Niemcy wojna była dla Polski katastrofą, która cofnęła kraj o dziesięciolecia. Polska nigdy nie otrzymała należnych reparacji wojennych od Niemiec, które choćby w pewnej części „naprawiałyby” poniesione straty.
Bardziej współczesna powojenna rzeczywistość
Poddając głębszej refleksji obecną rolę Niemiec w Europie i odrzucając płytkie, nieprawdziwe, lecz skrzętnie „konserwowane” frazesy o niemieckiej solidności, pracowitości, jakości i niezawodności technologicznej, dochodzę do wniosku, że na historycznej przestrzeni wielu lat w polityce niemieckiej funkcjonują te same mechanizmy wpływania na innych: unikanie uczciwej konkurencji, mataczenie, generowanie kryzysów i osłabianie sąsiadów. Na swój sposób niemiecką specjalnością stała się zasada: po co konkurować — wsadźmy tam swoich.
Czas fałszywego żalu po zbrodniach II wojny światowej dawno minął. Teraz niezwykle wygodna stała się narracja: „to nie my, to naziści”, „to nie my, to NKWD”. Oczywiście zbrodnicze systemy były i stały się pretekstem do systemowych, antyludzkich zachowań, koncentrujących się na próbie zagłady narodów lub grup etnicznych. Zabijać, eksterminować i niszczyć w imię interesów narodowych i chorych ideologii byli gotowi jedni i drudzy — i robili to.
Relacje tych dwóch silnych europejskich krajów koncentrowały się przeważnie — z pominięciem okresu po realizacji planu Barbarossa, tj. od 22 czerwca 1941 roku — na działaniu na szkodę pozostałych krajów europejskich. Szczególnie Polski, będącej jak sól w oku jednych i drugich. Skutki tych działań poniósł jednak cały świat. Niemców prowadzących ówczesną politykę nazywamy dziś „nazistami”, choć wtedy ten termin jeszcze nie istniał — była tam niewątpliwie ideologia, ale przede wszystkim interesy Niemiec jako państwa i Niemców jako narodu.
Powstały we Włoszech i zaimplementowany do Niemiec faszyzm nie był jedynym źródłem wojny, która stała się problemem całego świata — choć to właśnie tej tezy uparcie starają się nam dowieść współczesne europejskie elity. Wina Niemiec za II wojnę światową jako państwa jest bezsprzeczna. Bezsprzeczna jest również wina — a raczej współwina — Niemców za I wojnę światową i jej totalny charakter, przez który konflikt ten zyskał miano światowego.
Dziś polityce niemieckiej — a właściwie polityce gospodarczej rosyjsko-niemieckiej — zawdzięczamy wojnę na Ukrainie, kryzys energetyczny, kryzys gospodarczy, europejski kryzys migracyjny, a nawet pośrednio wojnę „celną” z Chinami. Ursula von der Leyen jest przecież niemieckim politykiem i tego nie da się ukryć. Pora zatem na kolejną w historii, drugą „Klauzulę Winy” wobec Niemiec — bo o ile po I wojnie światowej, w traktacie wersalskim, taka klauzula powstała, to po II wojnie — już nie.
Zdaję sobie sprawę, że po pierwszej stronie tej publikacji zostanę przez wielu określony i zaszufladkowany jako ksenofob, a przynajmniej germanofob. To jednak nieprawda. Nigdy wobec ludzi nie stosuję uogólnień. Wszędzie, w każdym kraju, są ludzie dobrzy i źli, mądrzy i głupi, leniwi i pracowici, prawi i oszuści. Na przestrzeni wieków można jednak ocenić politykę państwa, pewną doktrynę polityczną i militarną — szczególnie gdy pozostaje ona niezmieniona przez setki lat.
Zjednoczenie Niemiec
Kiedy 10 listopada 1989 roku upadał Mur Berliński, jako młody człowiek niezbyt interesujący się jeszcze geopolityką, zdawałem sobie sprawę, że Niemcy prędzej czy później muszą się zjednoczyć. Myślałem wtedy: „jeden naród nie może być podzielony” jakimiś traktatami czy umowami międzynarodowymi. Niemcy mają prawo być jednym krajem, jednym narodem. Jako człowiek wychowany w duchu patriotycznym i na ideałach Solidarności, przyłączałem się do ogólnego entuzjastycznego „piania” za zjednoczeniem Niemiec, nie mogąc sobie wyobrazić negatywnych skutków tego faktu dla mojej Ojczyzny i innych krajów Europy. Wiedziałem, że gdzieś istnieją nieśmiałe głosy sceptyczne, ale pamiętałem słowa prezydenta Ronalda Reagana, które słyszałem w Radiu Wolna Europa, skierowane do Gorbaczowa: „Zburz pan ten mur, panie Gorbaczow!” i „Mur ten nie może wytrzymać presji wolności”. Amerykańska polityka była wówczas mocno skoncentrowana na zjednoczeniu Niemiec, które w istocie stało się ostatnim aktem upadku żelaznej kurtyny. Nie możemy jednak zapominać, że ta iskra wolności dla Europy wyszła z Polski — była nią Solidarność.
Jak pokazuje rzeczywistość, polityka nie zna słowa „wdzięczność”. Dziś Niemcy podejmują wszelkie zabiegi zmierzające do odsunięcia amerykańskich wpływów w Europie, mimo realnego zagrożenia dla Polski, Ukrainy i krajów bałtyckich ze strony Rosji. Wspólnie z Francją starają się podzielić Europę na dwie strefy wpływów: zachodnioeuropejską, na czele z Niemcami, i wschodnią — rosyjską. Działania te są ewidentnie na szkodę pozostałych krajów europejskich, a ich motorem jest gospodarka, energetyka i po prostu hegemonia. Oderwana od rzeczywistości i wysoce szkodliwa koncepcja „NATO-bis” jest jednak na każdym kroku forsowana na forum wspólnoty europejskiej, a doktryna polityczna Niemiec pozostaje od wieków niezmieniona.
Obawy zachodu przed zjednoczeniem Niemiec
Po latach ujawniono dokumenty wskazujące, że prezydent Francji François Mitterrand oraz premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher wyrażali poważne obawy wobec perspektywy szybkiego zjednoczenia Niemiec w 1990 roku. Tajne materiały brytyjskiej dyplomacji, odtajnione po upływie dwóch dekad (głównie w 2009 roku) — w tym zapiski doradcy Margaret Thatcher, Charlesa Powella, a także relacje z rozmów przywódców — jednoznacznie potwierdzają, że zarówno Thatcher, jak i Mitterrand zajmowali sceptyczne stanowisko wobec procesu zjednoczeniowego i sprzeciwiali się jego przyspieszeniu.
Sceptycyzm Margaret Thatcher był wówczas powszechnie znany, jednak ujawnione dokumenty pozwoliły określić jego skalę oraz ukazały głęboko zakorzenione obawy brytyjskiej premier przed odrodzeniem niemieckiego nacjonalizmu i ambicji mocarstwowych w Europie. W grudniu 1989 roku miała ona stwierdzić: „Pokonaliśmy Niemców dwa razy, a teraz znowu się podnieśli”. W marcu 1990 roku zorganizowała seminarium z udziałem historyków, podczas którego postawiła pytanie: „Jak niebezpieczni są Niemcy?”.
Analogiczne, a według niektórych źródeł nawet bardziej radykalne obawy wyrażał prezydent Francji François Mitterrand w swoich prywatnych rozmowach dyplomatycznych. Podczas spotkania z Margaret Thatcher 20 stycznia 1990 roku miał on ostrzec, że zjednoczenie Niemiec może umożliwić kanclerzowi Helmutowi Kohlowi „osiągnięcie silniejszej pozycji niż ta, którą kiedykolwiek miał Hitler, a Europa będzie musiała ponieść konsekwencje”. Mitterrand oskarżał również Kohla o „brak zrozumienia dla wrażliwości innych narodów” oraz o „granie na niemieckich uczuciach narodowych”.
W przeciwieństwie do Thatcher Mitterrand stosunkowo szybko zdał sobie sprawę, że procesowi zjednoczenia nie da się skutecznie zapobiec. W konsekwencji podjął działania zmierzające do „uwiązania” zjednoczonych Niemiec w ramach struktur europejskich, co stanowiło jeden z impulsów do przyspieszenia integracji europejskiej oraz utworzenia Unii Gospodarczej i Walutowej, której podstawy prawne określił Traktat z Maastricht. Ostatecznie zarówno Francja, jak i Wielka Brytania poniosły dyplomatyczną porażkę, gdy Rada Europejska wyraziła poparcie dla zjednoczenia Niemiec, które formalnie nastąpiło w 1990 roku.
Europa pod przewodnictwem Niemiec — obecne zagrożenia
Obawiano się negatywnych skutków zjednoczenia dla Europy. Te negatywne skutki są dziś już wyraźnie widoczne. Wstępując w 2004 roku do Unii Europejskiej, kraje takie jak Polska nie zdawały sobie jeszcze sprawy, że ta tak zwana „wspólnota europejska” będzie wspólnotą dla Niemiec i w interesie Niemiec. Europejska rzeczywistość szybko to jednak pokazała. Wydmuszka demokracji, nazywana dziś żartobliwie „wspólnotą europejską”, stała się antydemokratyczna i anty-wolnościowa. Suwerenność narodów europejskich jest tłamszona, a co więcej — stworzono post-marksistowski grunt dla chorych i antyludzkich ideologii.
Cały ten opłakany obraz Europy pod przewodnictwem Niemiec zapowiada rychłą i groźną wojnę — ja już ją widzę. Tak jak robili to Niemcy od wieków, będą starali się podporządkować sobie inne kraje i społeczeństwa Europy — ktoś przecież musi na nich pracować. I tak teraz, jak przez wieki, od wielu społeczeństw i narodów usłyszą to samo słowo: NIE — i będzie wojna.
Historia świata potoczyła się tak, że od zjednoczenia Niemiec przez Bismarcka w 1871 roku do wybuchu I wojny światowej minęły 43 lata. Za Hitlera poszło to znacznie szybciej. Hitler zjednoczył naród wokół kwestionowania — niewątpliwie słusznie nałożonych na Niemcy — ustaleń wersalskich. Dokonał brutalnych czystek wewnętrznych, a w polityce zewnętrznej przeprowadził „Anschluss”. Od zdobycia władzy do rozpoczęcia wojny dokonał tego w zaledwie kilka lat.
Po II wojnie światowej Niemcy zostały ponownie podzielone — zarówno przez zwycięzców, jak i przez społeczność międzynarodową. Przyczyny tego podziału oraz ograniczenia nałożone na Niemcy po II wojnie światowej były jak najbardziej uzasadnione i przez wiele lat skutecznie zapewniały bezpieczeństwo na kontynencie europejskim.
Od ostatniego zjednoczenia Niemiec w 1990 roku minęło ponad 35 lat, a stabilność bezpieczeństwa europejskiego — głównie za sprawą Niemiec i koncepcji „NATO-bis” — jest już mocno zachwiana. Względem Polski konsekwentnie, rękami Ursuli von der Leyen, prowadzona jest polityka instalowania na ważnych stanowiskach swoich ludzi. Przykładem jest prowadzona przez Donalda Tuska polityka „Für Deutschland”. Nie mam tu na myśli frazesu skierowanego przez niego do Niemców w znanym przemówieniu, lecz to, co nazywam ingerencją gospodarczą na skalę międzynarodową — czyli podejmowanie działań gospodarczych w Polsce w interesie Niemiec.
Takich działań można by już przytoczyć dziesiątki — działań przynoszących państwu polskiemu szkody, dzięki którym Niemcy odbijają się od dna. Tak, to prawda — w latach 2015–2023 Niemcy gospodarczo stoczyły się na dno, podczas gdy Polska dokonała gigantycznego skoku cywilizacyjnego i stanęła u progu działań, które mogły pozostawić Niemcy całkowicie w tyle. Po to ponownie zainwestowano w Donalda Tuska. Szkody poczynione w zaledwie dwóch latach jego rządów są niewyobrażalne. Finanse publiczne Polski szorują po dnie. Gigantyczny dług publiczny, skutkujący wdrożeniem unijnej procedury nadmiernego deficytu, oraz zaciągnięcie gigantycznej — nielogicznej ekonomicznie, gospodarczo, a przede wszystkim z punktu widzenia bezpieczeństwa militarnego Polski — pożyczki, na której skorzystają przede wszystkim Niemcy, dopełniają obrazu zagłady.
Negatywne skutki niemieckiej hegemonii we wspólnocie europejskiej
Skutki negatywne procesu nazywanego „zjednoczeniem Niemiec” wychodzą jednak znacznie poza Polskę. Niemcy stały się dla Europy hegemonem wywierającym na Wspólnotę Europejską największy polityczny wpływ, a realizowane przez Unię Europejską zadania polityczne, a szczególnie gospodarcze, są zawsze w interesie Niemiec. Takimi projektami na europejską skalę, na których zyskują Niemcy, są bardzo często dyrektywy i rozporządzenia WE (Wspólnoty Europejskiej), które pod płaszczykiem rozwiązywania problemów świata i Europy promują gospodarczo lub politycznie Niemcy. Tak, tak — trzeba to jednoznacznie stwierdzić: Unia Europejska to Niemcy, a Niemcy to Unia Europejska. Jak to jest robione, podam na przykładach.
Przykład 1
W 2006 roku Unia Europejska wprowadziła przepisy tzw. Rozporządzenia REACH (Registration, Evaluation, Authorisation and Restriction of Chemicals — Rejestracja, Ocena, Udzielanie Zezwoleń i Ograniczenia dla Chemikaliów). Jest to Rozporządzenie (WE) nr 1907/2006 Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 18 grudnia 2006 r., które ustanawia ramy prawne dotyczące chemikaliów w Unii Europejskiej. Oficjalną motywacją i celami wprowadzenia tego rozporządzenia WE było zapewnienie wysokiego poziomu ochrony zdrowia ludzkiego i środowiska przed zagrożeniami, jakie mogą stwarzać substancje chemiczne, a także:
— zwiększenie konkurencyjności i innowacyjności europejskiego przemysłu chemicznego,
— wspieranie alternatywnych metod oceny zagrożeń stwarzanych przez substancje (np. ograniczenie badań na zwierzętach).
Idea piękna, jednak diabeł tkwi w szczegółach. Niniejsze rozporządzenie nakłada na producentów, importerów i dalszych użytkowników szereg obowiązków i wprowadza nieprosty mechanizm przeprowadzania badań i rejestracji stosowanych głównie w przemyśle substancji chemicznych.
Skutkiem tego rozporządzenia, który dotyka wszystkich procesowych użytkowników, ale i importerów w Europie, jest obowiązek bardzo drogiej rejestracji substancji chemicznych sprowadzanych spoza obszaru Wspólnoty Europejskiej — oczywiście po uprzednim przeprowadzeniu równie kosztownych badań. Mówiąc krótko: rozporządzenie to ruguje biznes chemiczny spoza Europy, czyniąc go niekonkurencyjnym. Wprowadza mechanizm ponoszenia gigantycznych kosztów w związku z użytkowaniem substancji sprowadzanych spoza Europy — a pamiętajmy, że mówiąc o użytkowniku, nie mamy na myśli gospodarstw domowych, tylko przedsiębiorstwa i całe gałęzie przemysłu gospodarek „suwerennych” krajów europejskich.
Wiodącym państwem w europejskim przemyśle chemicznym pod względem wartości produkcji, eksportu i innowacji pozostają niezmiennie Niemcy, a niemiecki przemysł chemiczny ma największy udział w ogólnej produkcji chemicznej Unii Europejskiej i dominuje w rankingach eksportu wyrobów chemicznych. Niemcy są już i tak największym potentatem chemicznym na świecie: BASF to największa firma chemiczna na świecie pod względem przychodów, operująca w niemal wszystkich segmentach chemii — od chemikaliów podstawowych po zaawansowane rozwiązania dla rolnictwa i przemysłu. Bayer to konglomerat farmaceutyczny i biotechnologiczny, którego segment Crop Science (w tym środki ochrony roślin) czyni go jednym z największych graczy w chemii rolnej na świecie i w Europie.
Na wprowadzeniu przepisów rozporządzenia REACH zyskują przede wszystkim Niemcy i ich przemysł chemiczny — gdzie więc wolny rynek i idea konkurencyjności? Koszty produkcji rosną, a za brak właśnie konkurencyjności i mechanizmów wolnego rynku płacimy wszyscy. Musimy zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma gałęzi przemysłu, w której „chemia” nie miałaby istotnego wpływu na produkcję — tworzywa sztuczne, nawozy, farmacja, przemysł odzieżowy, spożywczy, budownictwo, przemysł ciężki, motoryzacja, przemysł zbrojeniowy, transport — wymieniać można w nieskończoność. Podkreślić należy, że właśnie dzięki takim rozwiązaniom jak rozporządzenie REACH jest drogo, dużo za drogo. Tracą na tym konsumenci, gospodarki innych krajów europejskich, a wraz z utratą konkurencyjności — traci cała Europa.
Historia lubi się powtarzać, więc czytelnikom polecam zapoznanie się z historią niemieckiego konglomeratu IG Farben i kluczową rolą, jaką odegrała ta firma w niemieckim przedwojennym reżimie i w całej drugiej wojnie światowej. Firma ta powstała w wyniku fuzji sześciu wiodących niemieckich firm chemicznych, w tym gigantów takich jak BASF, Bayer, Hoechst (obecnie część Sanofi) i Agfa oraz innych mniejszych przedsiębiorstw, stając się największym koncernem chemicznym na świecie. Po wojnie, w ramach tzw. Procesów Następczych (Norymberga), osądzono kadrę kierowniczą IG Farben za zbrodnie wojenne, w tym niewolnictwo, grabież i członkostwo w organizacji przestępczej. W 1952 roku, na mocy decyzji aliantów, koncern został rozwiązany i podzielony z powrotem na mniejsze, niezależne firmy. Z dawnego konglomeratu IG Farben wyłoniły się dzisiejsze potęgi przemysłu chemicznego i farmaceutycznego: BASF, Bayer, Hoechst (który później połączył się, tworząc między innymi Sanofi). Der Laden läuft also! — biznes się kręci, można by po niemiecku powiedzieć.
Przykład 2
Kolejnym bardzo widocznym przykładem i negatywnym skutkiem dla bezpieczeństwa energetycznego Europy był rosyjsko-niemiecki projekt Nord Stream II, uzależniający państwa europejskie od rosyjskiego gazu. Chociaż Gazprom był jedynym akcjonariuszem w tym projekcie, połowę kosztów pokryło pięć dużych europejskich koncernów energetycznych (m.in. Shell, OMV, Engie, Uniper, Wintershall Dea) w formie pożyczek. Projekt ten stał się flagowym przykładem połączenia interesów niemieckich z interesami Kremla. Mówiąc krótko: bezpieczeństwo energetyczne wielu krajów byłoby zagrożone. Wybudowany już w 100% Nord Stream II omija kraje tranzytowe i może dostarczać gaz bezpośrednio do Niemiec, z pominięciem Ukrainy i Polski. To ominięcie państw tranzytowych pozwoliłoby Rosji na dostarczanie gazu do Europy Zachodniej bez konieczności korzystania z sieci przesyłowych na Ukrainie i w Polsce — a to z kolei odebrałoby im wpływ i bezpieczeństwo energetyczne. Rosja mogłaby bowiem odciąć im gaz, nie przerywając jednocześnie dostaw do Niemiec i Europy Zachodniej. Niemcy stanęły więc po stronie terroryzmu energetycznego płynącego ze strony Rosji. Dzieliły też tym projektem Europę na dwie polityczne strefy wpływów — rosyjską i niemiecką — zapewniając tym samym państwu niemieckiemu europejską hegemonię na wiele lat. Niemcy zyskiwały w tym projekcie na wszystkim, a będąc pośrednikiem — zyskiwały najbardziej. Projekt ten był także najważniejszym projektem dla Rosji i stał się, moim zdaniem, kluczową przyczyną wybuchu wojny na Ukrainie. Dla Niemców kluczową motywacją w tym projekcie była marginalizacja nieźle rozwijającej się Polski i przesunięcie jej części w strefę wpływów rosyjskich.
Przykład 3
Europejska wojna celna z Chinami, którą wywołała bądź co bądź niemiecki polityk Ursula von der Leyen, to kolejny sztandarowy przykład niemieckiej dwulicowości. Unia Europejska w „przedziwnym” głosowaniu w Radzie UE, które odbyło się 4 października 2024 r., wprowadziła wysokie cła na samochody elektryczne z Chin. Co ciekawe, inicjatywa ta wyszła od Ursuli von der Leyen, jednak w głosowaniu na poziomie rządowym — czyli właściwych ministrów państw członkowskich — Polska oddała głos „za” wprowadzeniem ceł, a Niemcy zręcznie zagłosowały „przeciw”.
Kraje, które były za wprowadzeniem ceł, to Francja, Włochy, Estonia, Holandia, Litwa, Łotwa, Dania, Bułgaria, Irlandia i Polska. Przeciwne wprowadzeniu były Niemcy, Węgry, Słowenia, Słowacja oraz Malta. Jednak największe grono stanowiły państwa, które wstrzymały się od głosu: Belgia, Grecja, Portugalia, Hiszpania, Chorwacja, Austria, Rumunia, Szwecja, Finlandia, Czechy, Cypr i Luksemburg. Największym zwycięzcą w tej sprawie okazały się Niemcy, będące największym — pod względem wartości produkcji — przemysłem motoryzacyjnym w Europie. To właśnie niemiecki sektor motoryzacyjny generuje największą wartość produkcji w Europie i to niemiecki przemysł jest największym eksporterem wyrobów motoryzacyjnych. Dominacja Niemiec jest tu bezdyskusyjna — choć inne kraje, takie jak Francja, Włochy, Hiszpania i Czechy, również mają silne sektory motoryzacyjne, Niemcy są niekwestionowanym liderem.
Taktyczne wymiksowanie się Niemców z poparcia dla ceł przyniosło im przy okazji kolejny benefit: wypchnięcie z Polski kontraktu na produkcję nowego elektrycznego chińskiego crossovera Leapmotor B10 — co jest oczywistą karą nałożoną przez Chińczyków za polski głos w tej sprawie. Niemcy odniosły zatem następujące korzyści: ochronę własnego rynku motoryzacyjnego dzięki wysokim cłom ograniczającym import samochodów z Chin oraz osłabienie konkurenta na rynku motoryzacyjnym — fabryki samochodów w Tychach, która w wyniku działań polskiego rządu znalazła się w trudnej sytuacji. Z tego, co wiem, Niemcy chciały przejąć ten kontrakt dla własnej fabryki, jednak ktoś w tej grze najwyraźniej zorientował się w porę i kontrakt prawdopodobnie będzie realizowany w Saragossie. Chińczycy postawili więc na najmądrzejszych — tych, którzy nie podjęli w ogóle dyskusji w tej sprawie.
Działania polskiego rządu, który w tej sprawie reprezentuje przede wszystkim niemieckie interesy gospodarcze, powinny wywoływać oburzenie. Nie wiadomo właściwie, dlaczego tak nie jest — sprawa ta „ginie” wśród innych, równie katastrofalnych dla polskiej gospodarki decyzji tego rządu. Jesteśmy świadkami systematycznego niszczenia polskiej gospodarki, przemysłu i biznesu. Sztandarowymi przykładami są: likwidacja terminalu zbożowego w Szczecinie, systematyczna likwidacja PKP Cargo, doprowadzanie do ruiny JSW czy trudna sytuacja Poczty Polskiej.
Przykład 4
Kolejnym przykładem jest umowa UE–Mercosur — proponowana umowa o wolnym handlu i partnerstwie między Unią Europejską a krajami Mercosuru: Brazylią, Argentyną, Paragwajem, Urugwajem i Boliwią, która jest w trakcie przystępowania do tej struktury. Porozumienie w ciągnącej się od dwóch dekad sprawie umowy handlowej z Mercosurem osiągnięto w 2019 roku.
Ostateczne porozumienie polityczne w sprawie umowy partnerskiej osiągnięto 6 grudnia 2024 roku. Obecnie umowa nie weszła jeszcze w życie i wymaga ratyfikacji. Komisja Europejska przedstawiła propozycje jej podpisania i zawarcia Radzie UE. Aby umowa mogła wejść w życie, musi zostać zatwierdzona przez Parlament Europejski i Radę Unii Europejskiej (większością kwalifikowaną). Pełna ratyfikacja, w zależności od jej podziału na część handlową i pozostałe, może wymagać także zgody parlamentów narodowych państw członkowskich UE.
Na umowie handlowej z krajami zrzeszonymi w Mercosurze, znowu kosztem innych krajów europejskich, najbardziej zyskują Niemcy. Dla Niemiec, będących potęgą w sektorach motoryzacyjnym, maszynowym oraz chemicznym, likwidacja barier celnych otwiera ogromny — liczący ponad 260 milionów konsumentów — rynek Ameryki Południowej. Niemieckie przedsiębiorstwa, a zwłaszcza duże koncerny, mogą znacząco zwiększyć sprzedaż, co przełoży się na wzrost gospodarczy i potencjalne ożywienie ich gospodarki.
Umowa natomiast rujnuje polskie i europejskie rolnictwo oraz przemysł spożywczy. Rolnicy słusznie obawiają się tańszej, a z dużym prawdopodobieństwem również gorszej jakościowo żywności i produktów rolnych z Mercosuru. Kluczową kwestią jest też bezpieczeństwo żywnościowe Polski i innych krajów europejskich — już po zniszczeniu rodzimego rolnictwa, co po prostu nastąpi w przypadku jego nieuchronnej likwidacji. Pamiętajmy, że to właśnie finansowe ciężary nakładane przez Unię Europejską czynią europejskie rolnictwo nieopłacalnym. Co więc się wydarzy, gdy statki z Ameryki Południowej z jakichkolwiek przyczyn przestaną płynąć, a polskiego i europejskiego rolnictwa po prostu już nie będzie?
Niemcy należą do największych zwolenników umowy UE–Mercosur w Unii Europejskiej, ponieważ ich korzyści wynikają głównie z silnie proeksportowego charakteru niemieckiej gospodarki, zdominowanej przez przemysł motoryzacyjny, maszynowy i chemiczny. Jednak moim zdaniem nie bez znaczenia dla Niemców jest też znakomita okazja do faktycznego osłabienia sąsiadów, a nawet wygenerowania bardzo poważnych problemów właśnie w Polsce, którą zawsze w swojej polityce uważali za „kraj tymczasowy”. Historia już wielokrotnie pokazała to w niemieckiej doktrynie politycznej. Głód, bezrobocie i Polacy pracujący dla Niemców. Ale o tym napiszę w innym rozdziale.
Podsumowując negatywne skutki niemieckiej hegemonii w Europie, należy przypomnieć fakty z niedawnej historii gospodarczej, a także z najnowszych wydarzeń. Mam tu na myśli przejęcia polskich firm, w tym tzw. „wrogie przejęcia”.
Wrogie przejęcia
Termin „wrogie przejęcie” (ang. hostile takeover) formalnie odnosi się do transakcji, w której zarząd spółki przejmowanej sprzeciwia się przejęciu, a nabycie następuje poprzez wykup akcji bezpośrednio od akcjonariuszy. W polskiej debacie publicznej pojęcie to stosuje się jednak szerzej — w odniesieniu do kontrowersyjnych lub negatywnie ocenianych przejęć istotnych polskich marek przez kapitał zagraniczny, w szczególności niemiecki.
Przykłady tego zjawiska obejmują m.in.:
1. Zelmer i BSH Hausgeräte GmbH
Najbardziej znanym i najczęściej przywoływanym przykładem „wrogiego przejęcia” przez kapitał niemiecki, zwłaszcza w sektorze AGD, jest przejęcie firmy Zelmer przez BSH Hausgeräte GmbH. Polska spółka Zelmer była wiodącym producentem małego AGD w Europie i cieszyła się dużą popularnością wśród konsumentów. W 2013 roku niemiecki koncern BSH (właściciel marek Bosch i Siemens) przejął spółkę. Kontrowersje wzbudził fakt, że po przejęciu BSH zrezygnował z produkcji urządzeń pod marką Zelmer, koncentrując się na rozwoju własnych marek globalnych — Bosch i Siemens. Przejęto zasoby produkcyjne Zelmera, a polska fabryka w Rogoźnicy rozpoczęła produkcję sprzętu pod niemieckimi markami. Sytuacja ta jest często uznawana za klasyczny przykład przejęcia w celu wyeliminowania silnego lokalnego konkurenta.
2. Mastercook i BSH Hausgeräte GmbH
Rok później ten sam koncern — BSH Hausgeräte GmbH — przejął markę Mastercook, producenta popularnych w Polsce kuchenek elektrycznych, co również wywołało kontrowersje w kontekście utraty krajowych marek przemysłowych.
3. Polska Press i Verlagsgruppe Passau
Kolejnym przykładem jest przejęcie grupy medialnej Polska Press (dawniej Regionalne Media) przez niemiecki koncern Verlagsgruppe Passau, który stał się właścicielem dominującego podmiotu na rynku prasy regionalnej w Polsce, wydającego liczne dzienniki i tygodniki lokalne. Przez lata wskazywano, że znacząca część polskiego rynku mediów regionalnych pozostawała pod kontrolą zagranicznego, głównie niemieckiego kapitału. Sytuacja ta trwała do 2020 roku, kiedy Polska Press została przejęta przez PKN Orlen, co z kolei wywołało nową falę kontrowersji związaną z procesem tzw. „repolonizacji” lub upaństwowienia mediów.
4. Lajkonik i Bahlsen
Choć nie jest to przypadek „wrogiego przejęcia” w sensie prawnym, często przywołuje się przykład przejęcia znanego polskiego producenta przekąsek — firmy Lajkonik — przez niemiecki koncern Bahlsen w 1993 roku. Transakcja ta symbolicznie ilustruje proces utraty kontroli nad krajowymi markami spożywczymi na rzecz zagranicznych inwestorów.
5. Bulk Cargo i Rhenus
Do najnowszych przykładów należy przejęcie jednego z największych operatorów przeładunkowych — firmy Bulk Cargo, działającej w porcie w Szczecinie — przez niemieckie przedsiębiorstwo Rhenus.
Przyszłość pokaże
Trudno jeszcze oceniać, ale chciałbym zwrócić uwagę na ostatnie transakcje, które zyskały akceptację UOKiK — co poważnie może dziwić, ponieważ ich skutki co do zasady zaprzeczają mechanizmom konkurencji na polskim rynku spożywczym i im przeciwdziałają.
Grupa Grall i Lisner
Tym kolejnym przykładem jest przejęcie grupy Grall przez firmę Lisner. Transakcja ta stanowi jedną z największych operacji kapitałowych na polskim rynku spożywczym w ostatnich latach, umacniając dominację niemieckiego kapitału w sektorze przetwórstwa rybnego. Do tego dodajmy jeszcze wspieraną przez UE ekspansję gospodarczą niemieckich koncernów handlowych na polskim rynku: Lidl, Kaufland, Aldi, Makro Cash & Carry, Selgros Cash & Carry, Rossmann, Tedi, KIK, OBI, Deichmann.
Szczególnie powinno Polaków niepokoić przejmowanie przez Niemców branży spożywczej. Może nam się wydawać, że oni po prostu chcą na nas zarobić — i zapewne tak jest. Jest jednak pewne „ale”. To „ale” to sytuacja, kiedy względy ekonomiczne stają się mniej ważne niż osiąganie celów politycznych, a nawet terytorialnych — a do takiej sytuacji w historii już dochodziło. Mam na myśli projekty polegające na fizycznej zagładzie ludności zamieszkującej polskie tereny w okresie pierwszej wojny światowej, realizowanej przez Niemcy na długo przed powstaniem faszyzmu czy nazizmu. Sytuację tę opiszę w rozdziale „Zagłada Polski — studium niemieckiej efektywności”.
Europejska równość
Jako państwo członkowskie UE — państwo wspólnotowe — podlegamy traktatom europejskim w takim samym stopniu jak pozostałe państwa. Jak wyglądają zatem zapisy traktatowe Unii Europejskiej odnoszące się do zasady równości, również w aspektach gospodarczych?
Zapisy art. 13 TUE mówią o tym, że Komisja Europejska nie może działać arbitralnie na szkodę żadnego państwa. Jak wygląda rzeczywistość, możecie ocenić sami, porównując zapisy traktatowe z przykładami, o których już wcześniej pisałem. Najbardziej transparentnym przykładem w czasie obecnym jest umowa UE–Mercosur. Porównanie zapisów traktatowych z rzeczywistością wypada źle. Doszedłem natomiast do wniosku, że relatywizm prawny w samej Unii Europejskiej osiągnął już taki poziom, że właściwie tych przepisów mogłoby nie być.
Zasada równości państw członkowskich
Główna zasada dotycząca równości państw jest zapisana w Traktacie o Unii Europejskiej (TUE). Artykuł 4 ust. 2 TUE stanowi, że Unia szanuje równość państw członkowskich wobec traktatów, jak również ich tożsamość narodową. Oznacza to, że każde państwo członkowskie ma taki sam status prawny wobec aktów założycielskich Unii, niezależnie od swojej wielkości, siły gospodarczej czy liczby ludności.
Zakaz dyskryminacji i równość wobec prawa
Traktaty zawierają także ogólne postanowienia mające na celu zapobieganie faworyzowaniu i dyskryminacji. Artykuł 2 TUE wymienia równość jako jedną z fundamentalnych wartości, na których opiera się Unia. Art. 13 TUE określa ramy instytucjonalne i zobowiązuje każdą instytucję do działania w granicach uprawnień powierzonych jej w traktatach oraz zgodnie z procedurami, celami i wartościami Unii — co oznacza, że Komisja nie może działać arbitralnie na szkodę żadnego państwa. Art. 17 TUE stanowi, że Komisja musi promować ogólny interes Unii, w tym interesy wszystkich państw członkowskich, oraz czuwać nad stosowaniem traktatów i prawa przyjętego na ich podstawie. Komisja ma również zapewnić spójność, co wyklucza dyskryminację państw członkowskich w procesie stanowienia i egzekwowania prawa. Artykuł 18 TFUE wprowadza zakaz wszelkiej dyskryminacji ze względu na przynależność państwową w zakresie stosowania traktatów. Choć dotyczy on przede wszystkim obywateli, ma zastosowanie również do podmiotów gospodarczych — co zapobiega tworzeniu przepisów faworyzujących firmy z jednego konkretnego kraju.
Równe traktowanie w obszarze gospodarczym
W kontekście gospodarczym kluczowe są zasady zapobiegające preferencyjnemu traktowaniu w ramach jednolitego rynku. Artykuł 107 TFUE stanowi, że co do zasady niezgodna z rynkiem wewnętrznym jest wszelka pomoc przyznawana przez państwo członkowskie, która grozi zakłóceniem konkurencji poprzez faworyzowanie niektórych przedsiębiorstw lub produkcji. Jest to mechanizm mający zapobiegać udzielaniu nieuzasadnionych dotacji lub ulg, które dawałyby przewagę firmom z danego kraju nad konkurentami z innych państw członkowskich.
Reprezentowanie interesów w instytucjach
Równowaga interesów państw jest zapewniona poprzez strukturę i mechanizmy decyzyjne głównych instytucji. Komisja Europejska — choć jej członkowie nie reprezentują rządów — ma zgodnie z art. 13 ust. 1 TUE służyć interesom wszystkich państw członkowskich i dbać o równe stosowanie prawa unijnego.
Traktaty europejskie są w tej kwestii jednoznaczne. Artykuł 4 TUE gwarantuje równość państw członkowskich wobec traktatów. Artykuł 2 TUE wymienia równość jako fundamentalną wartość Unii. Artykuł 13 TUE zobowiązuje Komisję do działania w granicach uprawnień i zakazuje arbitralnego działania na szkodę jakiegokolwiek państwa. Artykuł 17 TUE nakazuje Komisji promowanie ogólnego interesu Unii — wszystkich państw, nie wybranych. Artykuł 18 TFUE wprowadza zakaz dyskryminacji ze względu na przynależność państwową. Artykuł 107 TFUE zakazuje pomocy państwa zakłócającej konkurencję.
Piękne zapisy. Czytelne, jednoznaczne, twarde, ale teraz zestawmy je z rzeczywistością.
Rozporządzenie REACH — formalnie równe dla wszystkich, w praktyce chroni dominującą pozycję niemieckiego przemysłu chemicznego, nakładając gigantyczne koszty na importerów spoza UE i użytkowników substancji chemicznych w gospodarkach mniej rozwiniętych przemysłowo. Beneficjent: Niemcy. Poszkodowani: wszyscy pozostali.
Nord Stream II — projekt jawnie naruszający zasadę solidarności energetycznej i bezpieczeństwa państw członkowskich. Komisja Europejska przez lata przymykała oko na projekt, który stawiał Ukrainę i Polskę w pozycji energetycznego zakładnika Rosji. Artykuł 13 TUE mówi, że Komisja nie może działać arbitralnie na szkodę żadnego państwa. Nord Stream II działał dokładnie na szkodę kilku państw — i Komisja przez lata tego nie dostrzegała. Przypadek? Nie sądzę.
Umowa UE-Mercosur — forsowana przez Komisję mimo oczywistych, udokumentowanych szkód dla europejskiego rolnictwa — przede wszystkim polskiego, francuskiego i rumuńskiego. Beneficjent: przemysł eksportowy Niemiec. Poszkodowani: rolnicy z krajów, których gospodarki opierają się na produkcji rolnej.
Mechanizm warunkowości — czyli zamrażanie funduszy jako kara za politykę wewnętrzną państw członkowskich — stosowany selektywnie i politycznie. Polska i Węgry doświadczyły tego bezpośrednio. Tymczasem Artykuł 4 TUE gwarantuje poszanowanie tożsamości narodowej i równość wobec traktatów. Komisja Europejska uznała najwyraźniej, że niektóre państwa są równe, ale inne są równiejsze.
Głosowanie w sprawie ceł na chińskie samochody elektryczne — inicjatywa Ursuli von der Leyen, a Niemcy głosują przeciw. Mechanizm perfekcyjny: Komisja — obsadzona przez niemieckiego polityka — forsuje regulację, która chroni europejski rynek motoryzacyjny, Niemcy zaś głosują przeciw, zyskując w Chinach wizerunek fair play partnera. Polska głosuje za i traci kontrakty. Równość? Artykuł 18 TFUE zakazuje dyskryminacji ze względu na przynależność państwową. Polska jest państwem członkowskim. Wyciągnijcie więc wniosek sami.
Przepisy traktatowe UE dotyczące równości są precyzyjne i jednoznaczne. Rzeczywistość jest ich zaprzeczeniem. Dyskryminacja mniejszych i słabszych państw przez Komisję Europejską nie odbywa się przez jawne łamanie prawa — odbywa się przez jego selektywne stosowanie, przez obsadzanie kluczowych stanowisk ludźmi realizującymi interesy największych płatników, przez tworzenie regulacji formalnie neutralnych, a praktycznie asymetrycznych.
Doszedłem do wniosku, który pozwolę sobie sformułować wprost: relatywizm prawny w Unii Europejskiej osiągnął poziom, na którym przepisy traktatowe o równości mogłyby właściwie nie istnieć. Są piękną fasadą, za którą odbywa się coś zupełnie innego. I dopóki nazywamy to współpracą równych partnerów — jesteśmy wobec siebie nieuczciwi.
Co mówi nam historia?
Odwieczny wróg.
Już od czasów Bolesława Chrobrego polityka Niemiec — w średniowieczu i wczesnej nowożytności przede wszystkim Świętego Cesarstwa Rzymskiego, a później także Brandenburgii i Prus — miała charakter wrogi wobec Królestwa Polskiego, a nawet lenny. Dążenie do podporządkowania Polski politycznie, utrzymywanie niemieckiej strefy wpływów, uzależnienia gospodarczego, wspieranie wrogów Królestwa Polskiego oraz wykorzystywanie momentów osłabienia Polski były stałymi elementami polityki Niemiec wobec wschodniego sąsiada.
Trzeba tu też podkreślić, że takie działania polityczne nie były i nie są ani naturalne, ani zrozumiałe. Relacje z cesarstwem Ottonów i później z Henrykiem II były początkowo napięte (wojny o Łużyce, Milsko, Morawy), po zjeździe gnieźnieńskim z udziałem Ottona III stały się chwilowo poprawne. Już wtedy powstała wielka idea współpracy w chrześcijańskiej Europie. Jednak po śmierci Ottona III nastąpił okres otwartej wrogości Henryka II. Skutkiem tej wrogości były wojny 1002–1018, zakończone pokojem w Budziszynie, w których Polska mimo wszystko utrzymała Milsko i Łużyce.
Cały czas Henryk II i Niemcy próbowały utrzymać status Polski jako państwa lennego, czemu Chrobry zdecydowanie się sprzeciwiał. Cesarz Henryk II skutecznie blokował u papieża plany koronacyjne, które miały wzmocnić podmiotowość Królestwa Polskiego. Doskonale wiedział, że koronacja oznaczałaby pełną suwerenność Polski, a tym samym osłabienie wpływów cesarskich na wschodnim pograniczu Rzeszy. Jej przeprowadzenie było możliwe dopiero dzięki zmianie sytuacji politycznej w Europie — zwłaszcza po śmierci cesarza Henryka II i papieża Benedykta VIII.
Koronacja Bolesława Chrobrego na króla Polski w 1025 roku stanowiła niezwykle ważny i doniosły moment w dziejach Królestwa Polskiego. Była nie tylko kulminacją długiej i ambitnej polityki Bolesława Chrobrego, ale także manifestacją niezależności Polski wobec Niemiec. Podmiotowa Polska nie doczekała się jednak akceptacji ze strony cesarstwa niemieckiego, które nie zmieniło wrogiej wobec Królestwa polityki. Za to jeszcze bardziej zaczęło ingerować — tym razem w wewnętrzne konflikty książąt polskich, wspierając jednych przeciw drugim, prowadząc politykę według zasady divide et impera — „dziel i rządź”. Siejąc niezgodę, rozbijało osłabioną po niedawnej śmierci Chrobrego państwowość. Długofalowym skutkiem tej polityki był wzrost wpływów niemieckich na Pomorzu, Śląsku i w Wielkopolsce.
W wielu miejscach prowadzona była również kolonizacja na prawie niemieckim. Polityka cesarstwa niemieckiego miała także pośredni wpływ na rozbicie dzielnicowe w Polsce — choć bezpośrednią przyczyną rozbicia był testament Bolesława Krzywoustego. Niemniej cesarstwo, dążąc do wzmocnienia swojej pozycji w Europie Środkowej, często ingerowało w sprawy polskie, co dodatkowo osłabiało centralną władzę w Polsce i sprzyjało procesowi rozbicia dzielnicowego. Prowadzona polityka Drang nach Osten — „parcia na wschód” — prowadziła do konfliktów z Polską i osłabiała pozycję władzy centralnej. Cesarstwo często wspierało opozycyjnych wobec centralnej władzy książąt dzielnicowych, co dodatkowo potęgowało osłabienie władzy królewskiej i rozbicie państwa.
Tak, tak — śledząc współczesną politykę wewnętrzną w Polsce, można odnieść swoiste historyczne déjà vu. Tylko że współcześni „książęta” mają zdecydowanie mniej klasy.
Zło z inicjatywy Niemiec sączyło się na Polskę niezmiennie. Powstanie zakonu krzyżackiego z inicjatywy księcia Konrada Mazowieckiego (1226) — sprowadzenie niemieckiej siły militarnej na pogranicze — stało się zagrożeniem skutkującym wojnami i tysiącami ofiar. Stało się też jednym z długofalowych zagrożeń dla suwerenności i bezpieczeństwa Polski. Za Kazimierza Wielkiego stosunki z Luksemburgami generalnie się poprawiły, jednak Niemcy często wspierali Zakon Krzyżacki w sporach z Polską. Wojna z lat 1409–1411, zakończona zwycięstwem i pokojem toruńskim, nie przyniosła jednak zmian w niemieckiej polityce. W XVI wieku, w okresie Habsburgów, niemieccy cesarze starali się wpływać na wolne elekcje króla polskiego — i znowu w tym miejscu mam historyczne déjà vu: już wtedy niemieccy panowie mieli swojego „Rafała” i także wtedy im się nie udało. Był nim Ernest Habsburg, arcyksiążę austriacki. W czasie wolnej elekcji w 1573 roku wybrano króla o francuskich korzeniach — Henryka Walezego, co znacznie osłabiło wpływy Habsburgów. Krótko po koronacji Henryk Walezy powrócił jednak do Francji, której korona okazała mu się znacznie bliższa. Po jego ucieczce tron dzierżyła — a może bardziej administrowała — Anna Jagielonka i już w 1576 roku zasiadł na nim Stefan Batory, który zmarł dziesięć lat później, w 1586 roku.
Wobec śmierci króla kolejną elekcję zaplanowano na 1587 rok i znowu najpoważniejszym, niemal pewnym kandydatem został Maksymilian Habsburg. Sytuacja na sejmie elekcyjnym zmieniła się po przybyciu poselstwa szwedzkiego, które przekonało wielu możnych do kandydatury Zygmunta Wazy. Od Habsburga odwróciło się wielu jego wcześniejszych zwolenników i 19 sierpnia 1587 roku prymas Karnkowski nominował Zygmunta Wazę na króla. Maksymilian Habsburg i pozostali przy nim zwolennicy nie pogodzili się z tym faktem, a zgromadzone przy nim koło konwokacyjne 22 sierpnia ogłosiło go królem — co stało się początkiem działań zbrojnych mających znamiona wojny domowej, trwających do stycznia 1588 roku i pustoszących pogranicze polsko-śląskie. Zygmunt Waza został uroczyście koronowany 27 grudnia 1587 roku w katedrze wawelskiej. Znowu opcji niemieckiej się nie udało — ale sam fakt destabilizacji Królestwa Polskiego w tym okresie jest niezaprzeczalny.
XVII–XVIII w. — droga do zaborów
XVII i XVIII wiek to okres, kiedy niemieckie dynastie doszły do wniosku, że Polskę można pokonać, podporządkować, a właściwie zlikwidować jedynie jednocząc przeciw niej wrogów zewnętrznych. Potrzebne były do tego monarchie Prus, Austrii i Rosji. Już w latach 50. XVII wieku Brandenburgia-Prusy stopniowo umacniały niezależność Prus Książęcych, mając jako plan dalekosiężny połączenie ziem brandenburskich z Prusami Książęcymi. Prusy Hohenzollernów prowadziły konsekwentną politykę osłabiania Polski i rozszerzania swoich wpływów w Prusach Królewskich, na Pomorzu i w Wielkopolsce. W XVIII w. Prusy uczestniczyły w ingerencjach w polskie sprawy wewnętrzne, wspierając konfederacje i rokosze przeciw królowi. W 1772 roku, skutkiem wewnętrznej destabilizacji państwa i interwencji zewnętrznej, doszło do pierwszego rozbioru Polski. Prusy, Austria i Rosja wykorzystały słabość Rzeczypospolitej, przy czym dla Prus był to realizowany od dawna plan połączenia ziem brandenburskich z Prusami Książęcymi. Przyczyn pierwszego rozbioru było wiele: ogólne osłabienie państwa i państwowości, anarchia szlachty i magnaterii, rozbicie wewnętrzne, paraliż sejmowy, a przede wszystkim zbrojny konflikt wewnętrzny — Konfederacja Barska.
Był to zbrojny związek szlachty polskiej zawiązany w 1768 roku w Barze na Podolu, w celu obrony wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej, skierowany przeciwko protektoratowi Imperium Rosyjskiego i królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu. Celem konfederatów było uporządkowanie postępującej destabilizacji państwa i ograniczenie zewnętrznych wpływów. Wraz z podpisaniem w Petersburgu 5 sierpnia 1772 roku traktatów rozbiorowych Polska utraciła suwerenność i niepodległość. Był to pierwszy akt likwidacji państwa polskiego.
Stałe elementy niemieckiej polityki wobec Polski w okresie XI–XVIII wieku
— Dążenie do podporządkowania lub osłabienia Polski — od zapobiegania powstaniu trwałej struktury, jaką było Królestwo Polskie, przez próby uczynienia jej lennem, po wspieranie rozbicia dzielnicowego.
— Ekspansja terytorialna na zachód i północ Polski (Łużyce, Śląsk, Pomorze, Prusy).
— Wykorzystywanie i podsycanie konfliktów wewnętrznych w Polsce.
— Współpraca z innymi mocarstwami (Krzyżacy, Austria, Rosja) w celu ograniczenia polskiej suwerenności.
Działania antypolskie Cesarstwa Niemieckiego i Habsburgów obejmowały agresję militarną (wojny, podboje), ekspansję kulturową i religijną (germanizacja, misje chrystianizacyjne jako narzędzie dominacji), ingerencje polityczne (w elekcje, politykę wewnętrzną) oraz rozbiory terytorialne, które zakończyły istnienie państwa polskiego w 1795 roku.