Kontynuacja książek: „Kryptonim Mirza”, „Operacja kukułka”, „Dobry pies”, „SMOTR”
Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.
Gdy Polska ogranicza swobodę rosyjskich dyplomatów, Moskwa sięga po ostatnią kartę — nielegała ukrytego od jedenastu lat pod skradzioną tożsamością. Major Gryń z polskiego kontrwywiadu szuka człowieka, którego nie potrafi opisać żaden świadek. Ma twarz, którą zapomina się po pięciu minutach. Ma też skłonność do zabijania bez rozkazu. Piąty tom serii o Eryku Gryniu.
Prolog
PONIEDZIAŁEK, 27 MAJA 2024 | GAZETA NOWOCZESNA | Angelika Sobiech
KONIEC SWOBODY. POLSKA ZACISKA PĘTLĘ WOKÓŁ ROSYJSKICH DYPLOMATÓW
To nie jest kolejna rutynowa nota dyplomatyczna. To sygnał, że era uprzejmego ignorowania podejrzanych aktywności rosyjskich wysłanników dobiegła końca. Dziś, podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych UE w Brukseli, szef polskiego MSZ Radosław Sikorski ogłosił decyzję, która drastycznie zmienia zasady gry na dyplomatycznej szachownicy.
Sikorski nie przebierał w słowach, ogłaszając nowe restrykcje z datą wejścia w życie: 1 czerwca 2024 roku. „Mamy dowody na udział państwa rosyjskiego w dopuszczaniu się sabotażu także w naszym kraju” — oświadczył minister. To bezpośrednia odpowiedź na narastającą falę pożarów, prób dywersji i prowokacji, które w ostatnich miesiącach przetoczyły się przez Europę Środkową.
Restrykcje są bezlitosne i precyzyjne.
Rosyjscy dyplomaci akredytowani w Warszawie nie będą już mogli swobodnie pojechać na weekend w Tatry ani nad mazurskie jeziora. Ich świat kurczy się do granic województwa mazowieckiego. Pracownicy konsulatów w Gdańsku, Krakowie i Poznaniu utkną w obrębie regionów, w których znajdują się ich placówki. Wyjątek dotyczy jednej osoby: ambasadora. Reszta od 1 czerwca 2024 r. będzie musiała prosić o przepustkę.
Nowa rzeczywistość to logistyczny koszmar dla rosyjskich służb działających pod przykryciem statusu dyplomatycznego. Każdy wyjazd poza wyznaczoną strefę będzie musiał zostać zgłoszony z trzydniowym wyprzedzeniem. Polska strona żąda pełnej transparentności: numerów rejestracyjnych, planowanej trasy, celu wizyty i dokładnego harmonogramu.
„To ruch, który wyrywa im zęby” — mówi anonimowo wysoki rangą oficer polskiego kontrwywiadu. — „Dyplomata, który nie może niespodziewanie zgubić się w tłumie w innym mieście, by odebrać meldunek od agenta lub dokonać sabotażu, staje się dla centrali w Moskwie niemal bezużyteczny.”
Warszawa, wykonując ten krok, wyznaczyła nowy standard w relacjach z Kremlem. Choć można spodziewać się, że Rosja odpowie symetrycznie, ograniczając ruchy polskich dyplomatów na swoim terytorium, polskie władze uznają to za cenę wartą zapłacenia. Eksperci ds. bezpieczeństwa nie mają wątpliwości: to element szerokiej strategii odcinania tlenu rosyjskim służbom na terenie NATO.
W kuluarach mówi się, że dzisiejsze ogłoszenie to dopiero początek. Atmosfera w rosyjskich placówkach staje się gęsta. Każdy samochód wyjeżdżający z terenu ambasady przy ulicy Belwederskiej będzie teraz pod lupą nie tylko kamer monitoringu, ale i nowej, surowej litery prawa.
Era uprzejmego ignorowania się skończyła.
Rozdział 1: D82
Moskwa, Komsomolski Prospekt 20, 10 czerwca 2024 r.
Pułkownik Jurij Mielnikow stał pod oknem. Ręce za plecami, palce splecione. Stał tak od kilku minut — nieruchomo.
Na biurku zadzwonił telefon. Jurij podszedł do aparatu. Słuchawka przy uchu. Słuchał. Trzy sekundy. Wyprostował się — stopy razem, podbródek do góry.
Odłożył słuchawkę.
Wyjął z kieszeni klucz. Zamknął pokój. Ruszył szybkim krokiem korytarzem. Drzwi po obu stronach — zamknięte, ponumerowane, bez tabliczek.
Schody. Piętro wyżej. Kolejny korytarz, węższy, z niższym sufitem. Drzwi na końcu — drewniane, ciemne, z mosiężną klamką.
Zapukał.
— Proszę.
Wszedł. Zamknął drzwi za sobą.
— Pułkownik Mielnikow melduje się na rozkaz.
Mężczyzna siedzący za biurkiem kiwnął głową. Cywilne ubranie — garnitur ciemny, koszula biała, krawat granatowy. Twarz pełna, gładko ogolona. Oczy małe, głęboko osadzone, w kolorze, którego Jurij nigdy nie potrafił określić — ni to szare, ni to zielone. Na biurku szklanka herbaty, telefon.
— Usiądź.
Jurij usiadł. Krzesło twarde, drewniane, bez podłokietników. Krzesło dla podwładnych.
— Raport poproszę.
Generał wziął niebieską teczkę. Nie czekał, aż Jurij zacznie mówić — otworzył i przerzucał kartki sam. Czytał szybko, palcem po marginesie, zatrzymując się przy podkreśleniach. Jurij siedział nieruchomo. Czekał.
Generał zamknął teczkę. Położył dłoń na okładce.
— Jurij, który wariant proponujesz?
— Panie generale — D82. To jest nasze najsłabsze aktywo. Możemy zaakceptować ryzyko jego utraty.
Generał patrzył na niego. Sekundę. Dwie.
— Podzielam tę ocenę. Tylko czy da radę?
— Zadania nie są skomplikowane. Ale ryzyko wpadki ponadprzeciętnie duże.
Generał odsunął teczkę na bok biurka. Sięgnął po szklankę z herbatą. Nie pił — trzymał, obracał w dłoni, jakby szukał właściwej temperatury.
— No właśnie. To nie jest Smotr. D82 nie potrafi siedzieć w półmroku.
Jurij nie skomentował. Nie musiał. Generał znał akta D82 — notatkę Sobolewa o skłonności do przemocy, raporty operacyjne z lat szkolenia, ocenę psychologiczną, która kończyła się zdaniem, które Jurij pamiętał na pamięć: „Agent zdolny, ale wymagający stałej kontroli.”
Stałej kontroli, której nie będzie. Bo kontroler — Smotr — siedzi w polskim areszcie.
— Po ostatniej decyzji Polaków — powiedział Jurij — i ograniczeniu możliwości poruszania się naszych dyplomatów, nie mamy wyboru. Trzeba kogoś aktywować.
Jurij spojrzał na generała. Generał kiwnął głową. Krótko, raz.
— Mów dalej.
— Alternatywą jest przerwanie operacji sabotażowych. Ale tego nie chcemy.
Generał kiwnął znowu.
— Po wpadce Smotra i śmierci lub zdradzie Smotra2, zadaniowanie agentów jednorazowych bez kadrowego koordynatora na miejscu jest niemożliwe. — Jurij mówił spokojnie, bez notatek, bez pauzy. — Agenci jednorazowi potrzebują kogoś, kto im da paczkę, wskaże cel, zapłaci i zniknie. Bez rezydenta nie ma komu tego robić. Dyplomaci po 1 czerwca 2024 r. nie wyjadą z województwa mazowieckiego bez zgłoszenia z trzydniowym wyprzedzeniem. Trzeba kogoś na miejscu. Kogoś, kto jest na miejscu od lat.
Generał postawił szklankę na biurku. Herbata była zimna — nie pił jej od początku rozmowy.
— Czym się dotąd zajmował?
— Służył nam jako informator w środowiskach postępowych, lewicowych, gejowskich. To co przekazywał, powoli zastępujemy źródłami OSINT oraz kilkoma figurantami ze środowisk ukraińskich.
Generał uśmiechnął się lekko. Pierwszy raz od początku spotkania — uśmiech krótki, suchy, bez ciepła.
— Faktycznie. Wystarczy czytać X-a oraz Facebooka. Kiedyś, żeby zdobyć takie informacje, musieliśmy kogoś tam mieć. Teraz sami nam to piszą.
— Dokładnie tak.
— Zalety?
— D82 ma jedną zasadniczą zaletę. — Jurij zrobił pauzę. Nie dla efektu — bo następne słowa ważyły więcej niż pozostałe. — Nie boi się brudnej roboty. Co zresztą już dla nas robił. Ma zimną krew.
— Ma też wady.
— Niestety ma.
Generał nie pytał, jakie. Znał akta. Znał notatkę Sobolewa. Znał też to, czego notatka nie zawierała — bo pewnych rzeczy się nie zapisuje.
— A inne aktywa?
— Ta dwójka, którą tam mamy, jest zbyt cenna do operacji sabotażowej.
Cisza. Generał patrzył na teczkę.
— Dobrze — powiedział generał. — Aktywuj D82.
Jurij kiwnął głową.
— Rozkaz, panie generale.
— I Jurij.
— Tak?
— Pilnuj go.
Jurij wyszedł.
Na korytarzu stał chwilę. Drzwi za plecami — zamknięte, ciężkie, ciemne. Przed nim — schody w dół, biurko, telefon analogowy z tarczą impulsową, rozkaz do wysłania.
***
Jurij wszedł do gabinetu. Zamknął drzwi na klucz. Podszedł do analogowego telefonu. Wybrał pięć cyfr.
— Proszę o wysłanie rozkazu łącznością radiową do agenta D82.
Odłożył słuchawkę.
Za oknem Moskwa w czerwcowym słońcu. Trzydzieści stopni. Na biurku artykuł z „Gazety Nowoczesnej” — ten sam, który trzy tygodnie temu Angelika Sobiech wysłała do druku z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku.
„Era uprzejmego ignorowania się skończyła” — napisała.
Miała rację. Tylko nie wiedziała, co zaczęło się zamiast niej.
Rozdział 2: Fajrant
Koszalin, 2 lipca 2024 r.
Sala biura podawczego Prokuratury Okręgowej w Koszalinie miała wymiary pokoju w bloku z wielkiej płyty, tylko sufit był wyższy. Pod ścianami cztery stoliki, do każdego krzesło. Na stolikach długopisy przywiązane sznurkiem do plastikowych podstawek — inaczej znikały. W rogu, ukośnie do drzwi, stało duże biurko. Ustawione tak, żeby siedząca za nim osoba widziała całą salę, drzwi i okno.
Za biurkiem siedziała Basia Nowak. Pięćdziesiąt osiem lat. Dwa lata do emerytury.
Piętnasta dwadzieścia.
Za dziesięć minut koniec pracy.
Basia odświeżyła Outlooka. Nowy mail.
Kliknęła.
„Dzień dobry, jestem dziennikarzem Gazety Nowoczesnej. Chciałabym obejrzeć akta sprawy rozróby pseudokibiców na działkach ROD z dnia 3 maja 2024 r. Z tego, co wiem, postępowanie jest umorzone, więc akta stanowią informację publiczną. Z racji wykonywanego zawodu mam zawodowy obowiązek opisania moim czytelnikom tego, co zaszło, w tym wyjaśnienia okoliczności śmierci właściciela komisu z Nowej Soli. Biorąc pod uwagę, że sprawą zajmuje się centrala mojej gazety, bardzo proszę o przekazanie tej wiadomości kierownikowi jednostki i wyznaczenie jak najszybszego terminu, w którym mogłabym zapoznać się z aktami. Śledztwo dziennikarskie w sprawie przestępczości pseudokibiców jest w toku. Z poważaniem, Angelika Sobiech.”
Basia westchnęła.
Wydrukowała. Kyocera zajęczała i wypluła kartkę. Przystawiła pieczątkę „wpłynęło”. Data. Numer rejestru. Podpis nieczytelny, bo Basia przestała się podpisywać czytelnie mniej więcej wtedy, gdy wprowadzono e-PUAP.
Wreszcie fajrant.
Wyłączyła komputer — przytrzymała guzik. Szef kiedyś się denerwował, mówił o pamięci podręcznej i błędach, ale Basia nigdy nie pamiętała, jak się robiło inaczej, a i tak nic się nie psuło.
Wzięła kartkę, zgasiła światło, zamknęła drzwi na klucz.
Poszła na górę.
Drugie piętro. Korytarz pachniał pastą do podłóg i starą kawą. Zapukała.
— Proszę.
Za biurkiem siedział mężczyzna, około pięćdziesięciu pięciu lat. Sumiaste wąsy w stylu, który zaginął razem z telewizją publiczną lat dziewięćdziesiątych. Marynarka na oparciu. Kołnierzyk rozpięty.
— Panie prokuratorze, mamy dziennikarzy.
— Dziękuję, pani Basiu.
Basia wyszła. Drzwi kliknęły.
Prokurator patrzył na kartkę chwilę, bez wyrazu. Potem podniósł słuchawkę stacjonarnego telefonu. Wybrał numer z pamięci — cztery ruchy palca.
— Dzień dobry. Miałem zadzwonić, jeśli ktoś będzie interesował się tą sprawą.
Pauza.
— Tak. Tak, chodzi o tę sprawę z trzeciego maja 2024 roku. Tak. Pani Angelika Sobiech. Gazeta Nowoczesna.
Słuchał. Kiwał głową, choć rozmówca tego nie widział.
— Rozumiem. Oczywiście.
Odłożył słuchawkę. Wstał, podszedł do okna. Na parkingu stała furgonetka z napisem „Szamba — opróżnianie — konkurencyjne ceny”. Prokurator wzruszył ramionami, wrócił do biurka. Wydrukowany mail odłożył na kupę innych papierów.
Fajrant.
***
Warszawa, Żwirki i Wigury
Stępień odłożył słuchawkę. Piętnasta dwadzieścia pięć. Na biurku dwie otwarte teczki — Smotr i Wróbel — i trzecia, zamknięta na klips. Spojrzał przelotnie na zdjęcie córki z wnuczką z 2021 roku.
Wybrał numer.
Dwa sygnały.
— Eryk.
Głos Grynia w słuchawce brzmiał, jakby jadł.
— Tak szefie.
— Jest ktoś, kogo interesuje nasz martwy nielegał.
Chwila ciszy po drugiej stronie. Stępień słyszał, jak Gryń przełyka.
— Kto?
— Dziennikarka. Na komunikatorze będziesz miał jej dane. Sprawdź ją.
***
Moskwa, Komsomolski Prospekt 20, 15 lipca 2024 r.
W Moskwie trzydzieści jeden stopni, a klimatyzacja nie nadążała. Jurij Mielnikow siedział bez marynarki. Koszula przylegała do pleców.
Na biurku „Gazeta Nowoczesna”, wydanie weekendowe z dwunastego lipca.
Pierwsza strona. Duże zdjęcie Grzegorza Brauna, ręka w górze, usta otwarte szeroko. Nagłówek na czerwono: „Skandal — kolejne antyukraińskie wystąpienie Grzegorza Brauna”. Jurij nie czytał.
Przerzucił stronę.
Materiał redaktora naczelnego. „Kiedy Rosja zostanie wyrzucona z Międzynarodowej Federacji Szachowej?”. Dwie kolumny. Zdjęcie pionka w kolorach flagi ukraińskiej. Jurij się mimowolnie uśmiechnął. Szachy. Jakby szachy cokolwiek rozstrzygały.
Przerzucił dalej.
Trzecia strona, dół. Mniejsza czcionka. „Śmierć pseudokibica”.
Czytał powoli, palcem pod linijką. Polski znał dobrze, ale nigdy mu się z nim nie śpieszyło.
„...niepokojące zjawisko społeczne, subkultura pseudokibiców zajmuje się nie tylko handlem narkotykami, jest niestety infiltrowana przez środowiska antyukraińskie związane z wywiadem rosyjskim… śmierć Krzysztofa M., właściciela komisu samochodowego, ustosunkowanego w miejscowym środowisku przedsiębiorców, jest kolejnym dowodem, że pseudokibice poszerzają swoją bazę społeczną, to nie tylko młodzi ludzie bez perspektyw… państwo polskie musi położyć zdecydowaną tamę szerzeniu rosyjskiej narracji przez to środowisko…”
Jurij zamknął gazetę. Położył ją na brzegu biurka.
Otworzył komputer.
Zdjęcie pierwsze: Smotr2 leżący na plecach na stalowym stole. Oczy zamknięte. Rana z prawej strony czoła, czarna, otoczona zaschniętą krwią. Taśma z kodem kreskowym nad uchem — oznakowanie prosektorium.
Zdjęcie drugie: fotokopia aktu zgonu. USC Koszalin. W rogu kadru kobieca dłoń trzymająca dokument, długie czerwone tipsy.
Zdjęcie trzecie: karta zgonu. Przyczyna: rana postrzałowa głowy, kanał czternaście centymetrów, kierunek lewo-prawo.
Powiększył ranę. Powiększył jeszcze raz. Piksele się rozpłynęły. Twarz stała się czerwono-szarą abstrakcją bez człowieka.
Zamknął komputer.
Jak to się mogło stać, że Smotr2 nie żyje.
Czy w ogóle nie żyje.
Smotr siedzi u Polaków w areszcie. Od sześciu tygodni. Konsul rosyjski z Gdańska rozmawiał z nim. Smotr przekazał, że Polacy zwabili go przez komunikator należący do Smotra2.
Pytanie zasadnicze: czy Smotr2 żyje, czy Polacy przejęli jego kanał łączności.
Bo jeśli żyje — jest zdrajcą.
A jeśli nie żyje — to ktoś inny siedział przy klawiaturze.
Zdjęcie rany postrzałowej mogli przecież sfałszować, podobnie jak akt zgonu.
Jurij wstał. Podszedł do okna. Na podwórku dwóch żołnierzy z papierosami pod znakiem „zakaz palenia”. Rosja — wszystko jakby się zmienia, i nic się nie zmienia.
***
Warszawa, Praga
Opel Insignia stał na parkingu pod Galerią Wileńską, poziom minus dwa, miejsce dla niepełnosprawnych. Gryń nie był niepełnosprawny. Miał jednak kartę.
Wysocki siedział na fotelu pasażera. Kawa z Żabki parowała w klimatyzowanym wnętrzu mimo lipca.
— Tomek, musisz się przyjrzeć tej Angelice.
— Szefie, niby jak?
Gryń oparł głowę o zagłówek i spojrzał w sufit parkingu. Żarówka świetlówki mrugała. Mrugała od marca.
— Tomek. Przecież jesteś przystojny chłopak.
Wysocki nie odpowiedział.
— Popatrz na mnie. — Gryń gestem wskazał swoją łysą głowę i miejsce, gdzie byłyby włosy, gdyby nie czas. — Na mnie nawet by nie spojrzała. Na takich dziadów jak ja te laski nawet nie patrzą. Nawet jak ten dziad ma dużo kasy. — Zarechotał krótko.
Wysocki pił kawę, żeby czegoś nie powiedzieć.
— A ty to co innego, Tomek. — Rechot drugi. — Co innego.
Wysocki zaczerwienił się przy uszach. Zawsze się tam rumienił, nigdy na policzkach.
Gryń spoważniał. Zmiana była tak szybka, że kawa w kubku Wysockiego zadrżała.
— A teraz na serio. Ona przygotowuje materiał o granicy z Białorusią. Pójdziesz na wywiad jako żołnierz WOT.
Wysocki kiwnął.
— Nie musisz z niej nic wyciągać. Masz sprawdzić, czy sama prowadzi sprawę, czy ktoś ją prowadzi. Czy pije. Z kim pisze. Do kogo dzwoni po wyjściu z pracy. Zaprzyjaźnij się. Niech ona liczy, że coś z ciebie wyciągnie.
Wysocki kiwnął powoli.
— Przecież to ładna laska. — Gryń znów się roześmiał. — Jest za co złapać.
Wysocki pomyślał: Eryk się po tym sukcesie rozluźnił. Za bardzo. Jeszcze w maju Eryk nie mówił „laska”. Jeszcze w maju Eryk by powiedział „obiekt obserwacji”, a teraz mówi „laska” i rechocze jak szwagier na chrzcinach. Coś w nim przeskoczyło — może to awans na podpułkownika, o którym od dwóch miesięcy wszyscy mówili, a którego jeszcze nie było na papierze. Może to nie awans. Może to coś innego. W każdym razie Eryk z maja i Eryk z lipca to dwóch różnych Eryków.
Odstawił kubek.
— Szefie, zrobi się.
Rozdział 3: Figurant
Łódź, ROD Tramwajarz, Radogoszcz, 14 czerwca 2012 r.
Altanka pachniała rozgrzanym eternitem i starym drewnem. Smotr zamknął klapę w podłodze, przesunął na nią dywanik — wzór w tureckie kwiaty, kupiony na targowisku na Górnickiego za dwadzieścia złotych. Dywanik leżał idealnie.
Usiadł na plastikowym krześle ogrodowym. Przed nim na stole laptop — ThinkPad z naklejką „Geodezja — Kowalczyk — pomiary, podziały, mapy”. Na ekranie notatnik z odszyfrowanym rozkazem. Czytał trzeci raz.
„Typujesz mężczyzn w wieku 13–18 lat. Osobowość skryta, samotnicy, introwertycy, bez szerokich kontaktów towarzyskich. Z jak najmniejszą rodziną. Warunek konieczny: jedynak, ewentualnie dużo młodsze rodzeństwo. Rodzina figuranta nie może pochodzić z tej części Polski, w której zamieszkują. Nie może mieć bliskiej ani dalszej rodziny w tym samym powiecie, a jeśli ma — nie może z nimi utrzymywać stałych i systematycznych kontaktów rodzinnych, a jedynie kurtuazyjne wizyty na uroczystościach rodzinnych. Termin realizacji: pół roku.”
Smotr zamknął laptopa.
Za oknem altanki sąsiad podlewał pomidory. Trzy działki dalej ktoś palił ognisko. Dym szedł nisko — powietrze było ciężkie, lipcowe, choć jest dopiero czerwiec.
Nie wiedział, o co chodzi centrali. Nie musiał wiedzieć. Wiedział natomiast, że rozkaz jest dokładny, a dokładne rozkazy mają za sobą dużo planowania. Ktoś w Moskwie myślał o tym od dawna.
Okazji będzie dużo. Co drugi dzień Smotr był na pomiarach geodezyjnych. Wyznaczał granice działek, robił podziały, biegał po sądach z mapami. Zleceń nie miał tyle od 2006 roku — kryzys na rynku nieruchomości minął, ziemia w Polsce znów zaczęła drożeć, ludzie dzielili spadki i sprzedawali ziemię. Każde zlecenie to inny powiat. Każdy powiat to inne szkoły, inne domy, inne rodziny.
Wstał. Wyszedł z altanki. Zamknął na kłódkę. Na sąsiedniej działce starszy mężczyzna w kapeluszu podniósł rękę.
— Cześć, Heniek!
— Cześć.
Smotr poszedł do samochodu. Czerwony Fiat Punto stał pod lipą. Na tylnym siedzeniu tyczki geodezyjne, pryzmat, tachimetr w walizce. Zapalił silnik. Radio złapało Trójkę — ktoś śpiewał po polsku o miłości. Smotr wyłączył.
Zadanie wykona. Zawsze wykonywał.
***
Moskwa, Komsomolski Prospekt 20, 7 lutego 2013 r.
Sala konferencyjna na trzecim piętrze nie miała okien. Ściany obite drewnianą boazerią, sufit niski, oświetlenie jarzeniowe. Na stole karafka z wodą i cztery szklanki. Nikt nie pił.
Za stołem siedzieli dwaj mężczyźni w mundurach generalskich i jeden w garniturze cywilnym. Przed nimi — podpułkownik Sobolew. Teczka na stole, zamknięta.
— Figurant trzeci jest według mnie idealny do przeprowadzenia operacji.
Starszy z generałów — gruby, wąsaty, ze srebrnym orderem na lewej piersi — patrzył na Sobolewa znad okularów. Nie przerywał.
— Obecnie siedemnaście lat. Trzecia klasa szkoły zawodowej w Warcie, uczy się na kucharza. Mieszka na wsi pod Wartą. Wieś typu kolonijnego — domy porozrzucane po okolicy, najbliższy sąsiad sto metrów od jego domu.
Sobolew mówił spokojnie, bez notatek. Znał materiał.
— Rodzice przeprowadzili się z Sieradza dziesięć lat temu, po dużym konflikcie majątkowym między ojcem figuranta a jego rodzeństwem. Kontakty rodzinne zerwane. Matka figuranta pochodzi z Orzysza. Ojciec ją poznał, gdy służył w tamtejszym garnizonie.
Młodszy generał przesunął szklankę po stole. Nie napił się.
— Figurant kończy osiemnaście lat za cztery miesiące. Ojciec — pracownik kolejowy. Matka — sprzątaczka w ośrodku zdrowia. Rodzeństwo: siostra, dziewięć lat.
— Dziewięć lat — powtórzył starszy generał.
— Tak. Dużo młodsze rodzeństwo. Zgodnie z kryteriami.
Cisza. Jarzeniówka nad stołem brzęczała cicho — jednostajny, metaliczny ton, do którego wszyscy zdążyli przywyknąć.
— Figurant jest przeciętnym uczniem — kontynuował Sobolew. — Spokojny. Nie ma kolegów. Czas spędza na grach komputerowych. Counter-Strike, głównie online. Obecnie odbywa praktyki zawodowe w hotelu w Uniejowie. Nie udziela się towarzysko. Nie ma dziewczyny.
— Kontakty rodzinne? — spytał cywil. Pierwszy raz się odezwał. Głos suchy, bez intonacji.
— Tylko okazjonalne. Wesela, chrzciny, pogrzeby. Ostatni raz figurant był w Orzyszu trzy lata temu. U rodziny w Sieradzu — pięć lat temu, na pogrzebie dziadka.
Sobolew zrobił pauzę. Wiedział, że to jest moment, w którym materiał się sprzedaje albo nie.
— Idealnie uplasowany.
Starszy generał zdjął okulary. Przetarł je rękawem munduru.
— Możliwe zagrożenia?
— Według mnie brak. — Sobolew sięgnął po teczkę. — Nie powiedziałem jeszcze o cechach fizycznych. To znaczy o ich braku.
Otworzył teczkę. Wyjął zdjęcia — trzy, formatu dziesięć na piętnaście — i podał starszemu generałowi.
— Ma twarz, którą zapomina się po pięciu minutach.
Starszy generał patrzył na zdjęcie. Chłopak. Jasne włosy, krótko przystrzyżone. Oczy nieokreślone — nie niebieskie, nie szare, gdzieś pomiędzy. Nos prosty, wargi wąskie, bez żadnego znaku szczególnego. Twarz, na którą patrzy się i nie zapamiętuje. Twarz z tłumu na przystanku, twarz z kolejki w sklepie.
Generał odłożył zdjęcia na stół, przesunął je do młodszego generała.
— Jaki plan realizacji? — zapytał młodszy.
— Oddział S jest już na miejscu.
Cisza. Inna niż poprzednia. Starszy generał podniósł głowę.
— Bez naszej zgody?
— Wykonywali zadanie likwidacyjne — powiedział Sobolew. Głos nie drgnął. — Zarządziłem tylko, żeby nie wracali. Zresztą to też dla ich bezpieczeństwa. Lepiej, żeby nie przekraczali granicy więcej razy niż to konieczne.
Starszy generał nic nie powiedział. Palce leżały płasko na stole, nieruchomo.
— Nasz człowiek? — zapytał młodszy generał.
— Czeka na zgodę. Gotowy na przerzut. Jest w Czechach.
Młodszy generał spojrzał na starszego.
— Ja daję zgodę.
Starszy generał wziął z powrotem zdjęcia. Przejrzał je raz jeszcze. Potem sięgnął po drugie, które podał mu młodszy generał — rodzina figuranta. Ojciec w granatowym uniformie kolejarskim, matka w kwiecistej bluzce, dziewczynka z warkoczykami na kolanach matki. Chłopak stał z boku, pół kroku za rodziną, jakby nie był pewien, czy należy do zdjęcia.
Starszy generał oddał Sobolewowi fotografie. Mruknął. Chrząknął. Poprawił okulary, które właśnie przetarł.
— Cóż. Trudno. Akceptuję.
Młodszy generał nie patrzył na Sobolewa. Patrzył w blat stołu konferencyjnego — lekko zmieszany, ale nie na tyle, żeby cokolwiek powiedzieć.
Cywil zapisał coś w notesie i zamknął go.
Sobolew zebrał zdjęcia, włożył do teczki, zamknął ją. Wstał.
— Dziękuję, towarzysze generałowie.
Nikt nie odpowiedział.
Sobolew wyszedł. Drzwi zamknęły się cicho, na pneumatycznym domyku. Wyrok został wydany i podpisany.
Starszy generał nalał sobie wody. Wypił jednym łykiem. Szkło uderzyło o stół za mocno — echo poszło pod niski sufit i wróciło.
Rozdział 4: Wielkanoc
Wieś Kurki pod Wartą, 31 marca 2013 r.
Piętrowy dom z czerwonej cegły, nieotynkowany. Eternit na dachu. Przed domem brzoza. Za domem garaż przerobiony ze starej stodoły, wrota z desek, zamek na kłódkę. Podwórko ogrodzone betonowymi płytami. Pod płotem kury grzebały w błocie pomieszanym ze śniegiem. W budzie przy garażu siedział pies na łańcuchu. Duży, w typie wilczura, uszy do góry.
Godzina piętnasta.
Karol Staniak wziął łopatę i wyszedł przed dom. Śnieg napadał w nocy — wiosna, Wielkanoc, a napadało po kostki. Odgarnął przed bramą. Otworzył bramę. Poszedł przez podwórko do garażu, odgarnął i tam. Wyprowadził Opla Astrę — srebrną, rocznik 2004.
Z domu wyszła żona w kurtce puchowej i córka w czerwonej czapce z pomponem.
— A Janek nie jedzie do kościoła? — zapytał Karol.
— Siedzi przed komputerem. Mówi, że ma grę z kolegami.
Karol westchnął.
— Nie można go zmuszać. Jak nie chce, to trudno.
Córka wsiadła do tyłu. Żona na przód. Karol odpalił silnik, cofnął na podwórko, zawrócił i wyjechał na drogę.
Jechał powoli. Szarówka. Na termometrze minus jeden. Droga wąska, bez poboczy — po obu stronach rowy, za rowami pola zasypane śniegiem i rzędy drzew. Drobny śnieg padał ukośnie, wiatr niósł go z zachodu. Pod kołami lód.
W lusterku wstecznym pojawił się kształt. Pomarańczowy.
Ciężarówka wywrotka. Duża. Jechała szybko.
Karol zdążył pomyśleć: kto w Wielkanoc piasek wozi?
Spojrzał w lusterko. Ciężarówka była bliżej. Dużo bliżej niż sekundę temu. Spojrzał na drogę. Prosta, ale wąska. Spojrzał znowu w lusterko — ciężarówka już była tuż za nim, dziesięć metrów, może pięć.
Córka nuciła piosenkę z Psiego Patrolu. Cicho, pod nosem, patrząc w boczną szybę na padający śnieg.
Ciężarówka zaczęła wyprzedzać.
Karol zjechał lekko w prawo. Nie zwolnił — siedemdziesiąt na liczniku, bo droga była prosta i szeroka. Wywrotka wysunęła się obok — kabina pomarańczowa, wysoko, Karol widział tylko koła i podwozie na wysokości swojego okna. Przez ułamek sekundy pomyślał, że kierowca wywrotki go mija.
Nie mijał.
Skrzynia wywrotki szła w prawo. Karol poczuł uderzenie w lewy bok — metaliczny odgłos. Astra zjechała z asfaltu. Prawe koła złapały pobocze. Karol szarpnął kierownicą w lewo, ale samochód już nie reagował — jechał ukośnie, przechylony, z piskiem metalu po kamieniach na dnie rowu. Drzewo.
Lipa. Gruba, stara, z korą popękaną od mrozu.
Uderzenie rzuciło Karola na kierownicę. Poduszka nie wystrzeliła. Pas wbił mu się w obojczyk. Coś chrupnęło w klatce piersiowej. Karol oddychał — krótko, płytko, z bólem, od którego robiło się biało pod powiekami.
Odwrócił głowę w prawo.
Żona siedziała na swoim miejscu. Głowa odchylona do tyłu, na zagłówku. Oczy otwarte. Nie zapięła pasów — nigdy nie zapinała na krótkie trasy, mówiła że ją uwiera. Przy uderzeniu uderzyła twarzą w deskę rozdzielczą. To, co Karol zobaczył na desce rozdzielczej, nie było twarzą. Coś szarego. Mózg.
Ciemność.
***
Z kabiny wywrotki wysiadł kierowca. Gruby, w czarnej kurtce roboczej, rękawice bez palców. Z drugiej strony zeskoczył drugi — młodszy, chudy, w dresie i czapce nasuniętej głęboko na głowę.
— Дима, проверь, — warknął kierowca.
Dima podszedł do astry. Szedł szybko, ale nie biegł. Obejrzał przód — maska złożona w harmonijkę, silnik wciśnięty w kabinę po kierownicę. Kierowca nie żył — głowa na kierownicy, krew w uszach. Kobieta obok niego — Dima spojrzał i odwrócił wzrok.
Tylne drzwi.
Szyba pękła, ale trzymała się w ramie — pajęczyna z mlecznego szkła. Dima otworzył drzwi. Fotelik dziecięcy przekrzywiony. Zaczepy puściły W foteliku dziewczynka w czerwonej czapce z pomponem. Patrzyła na niego. Nie płakała. Miała szeroko otwarte oczy i otwarte usta, ale nie wychodził z nich żaden dźwięk.
Dima odwrócił głowę.
— Живая.
Kierowca stał przy wywrotce. Zaciągnął się papierosem. Wyrzucił niedopałek w śnieg.
— Блядь. Знаешь что делать. Быстро.
Dima stał. Sekunda. Dwie.
— Быстро, — powtórzył kierowca.
Dziewczynka nadal na niego patrzyła. Teraz płakała — bez głosu, łzy leciały po policzkach, ale nie krzyczała. Może nie umiała. Może już nie mogła.
Dima włożył rękę przez otwarte drzwi. Położył dłoń na twarzy dziecka. Kciukiem i palcem wskazującym zatkał nos.
Dźwięk wydany przez dziecko był cichy. Miękki. Taki, jakiego człowiek nie chce zapamiętać, a zapamiętuje na zawsze.
Po chwili Dima cofnął drżącą rękę.
Kierowca ciężarówki już siedział za kółkiem. Silnik wywrotki pracował cały czas.
Dima wsiadł. Trzasnął drzwiami.
Wywrotka ruszyła. Śnieg padał dalej. Za minutę ślady opon zaczęły znikać.
***
Siedlisko Staniaków. Ta sama godzina.
Pokój na parterze. Roleta opuszczona. Światło zgaszone — jedyne źródło to monitor, który rzucał niebieski blask na twarz siedzącego przed nim chłopaka. Cienkie, jasne włosy. Oczy skupione na ekranie. Na głowie słuchawki — duże, nauszne, z mikrofonem przy ustach.
Na ekranie Counter-Strike: Global Offensive. Mapa Dust. Drużyna antyterrorystów. Jan Staniak grał z AWP-ką — czekał za skrzynkami na środku mapy, celownik nieruchomy, crosshair na wysokości głowy.
W drzwiach pokoju stał mężczyzna.
Stał nieruchomo. Ręce wzdłuż ciała. Patrzył na ekran. Czekał.
Na ekranie terroryści weszli przez long A. Dwóch. Jan strzelił — pudło. Poprawił — trafił jednego. Drugi rzucił flasha. Ekran zbielał. Jan przełączył na pistolet, cofnął się, ale za rogiem czekał trzeci. Seria z AK-47. Jan zginął. Na ekranie napis: „You were killed by xD_P3dr0.”
— Kurwa, — powiedział Jan do mikrofonu. — Pedro, ty śmieciu, kampiłeś tam całą rundę.
Nikt nie odpowiedział. Jan spojrzał na listę graczy. Jeden po drugim jego koledzy wyłączali in-game voice chat. Zielone ikonki mikrofonów gasły.
Przegrali. Szesnasta runda.
— Ej, ktoś tam jest? Halo?
Cisza w słuchawkach.
Jan westchnął. Ściągnął słuchawki z głowy, położył je na biurku obok myszki. Wstał z krzesła. Przeciągnął się — ręce do góry, kręgosłup wydał lekki trzask.
Odwrócił się.
Mężczyzna stał metr od niego.
Jan nie krzyknął. Otworzył usta, ale z gardła nie wyszedł dźwięk — tak samo jak z ust jego siostry trzy kilometry dalej. Ciało wiedziało, zanim zrozumiał umysł. Cofnął się o pół kroku i uderzył plecami w biurko. Monitor zachwiał się.
Mężczyzna miał spokojną twarz. Oczy bez wyrazu. Nic w tych oczach nie było — ani złości, ani współczucia, ani pośpiechu.
Ciemność.
***
Meżczyzna pracował szybko.
Rozłożył folię na podłodze — budowlaną, czarną, grubą. Położył ciało na folii. Zawinął szczelnie. Dwa owinięcia. Taśma pakowa — trzy pasy: nogi, tułów, głowa.
Przez chwilę patrzył na twarz prawdziwego Jana Staniaka, zanim zakrył ją ostatnią warstwą. Język wystawał między zębami, spuchnięty, sine. Oczy wytrzeszczone, białka popękane od wylewów. Na szyi sine ślady — szerokie, równe, od dużych dłoni.
Zakleił.
Wziął ludzki pakunek na plecy. Siedemdziesiąt kilogramów, może siedemdziesiąt pięć. Nielegał Dźwignął go bez trudu — ćwiczył to. Nie na manekinie.
Wyszedł na podwórko.
Śnieg padał gęściej. Z daleka, gdzieś od strony drogi powiatowej, niósł się dźwięk syren. Karetka. Potem straż pożarna — niższy ton, dłuższy. Dźwięk odbijał się od pól i wracał echem, jakby ktoś odtwarzał nagranie w pustym kościele.
Mężczyzna szedł przez podwórko do garażu. Kury uciekały spod nóg.
Pies wyszedł z budy.
Stanął na całą długość łańcucha. Łańcuch napiął się, zabrzęczał o metalowy kołek wbity w ziemię. Pies nie szczekał — warczał, nisko, z głębi klatki piersiowej. Sierść na karku i grzbiecie zjeżona. Uszy płasko przy głowie. Zęby obnażone. Oczy utkwione w człowieku, który wyglądał jak Jan, ale pachniał inaczej niż Jan i niósł na plecach coś, co pachniało jak Jan.
Mężczyzna położył pakunek na ziemi. Podszedł do psa. Pies cofnął się o krok, ale łańcuch nie pozwalał na więcej. Warczał głośniej.
Kopnął go w żebra. Mocno — zamach od biodra, czubek buta pod łopatką.
Pies zapiszczał. Krótki, wysoki dźwięk. Skulił się. Cofnął do budy. Położył się w środku, pysk między łapami. Nie warczał. Patrzył.
Mężczyzna podniósł ciało. Wszedł do garażu. Zamknął wrota.
Na podwórku zostały ślady butów w śniegu. Za dwadzieścia minut śnieg je zasypie, a rano zmienią się w błoto.
Syreny na drodze umilkły.
Rozdział 5: Kolacja
Warszawa, 27 lipca 2024 r.
Światło w restauracji miało ciepłą temperaturę — bursztynowe, ściemnione, z żarówek na odsłoniętych kablach. Stolik przy oknie, mały, okrągły, blat z ciemnego dębu. Na zewnątrz ciemność i lipiec. Dwudziesta druga trzydzieści.
Angelika zaśmiała się, zasłaniając usta dłonią. Długie palce, czerwone tipsy — te same, które dwa tygodnie temu trzymały akt zgonu w koszalińskiej prokuraturze.
Tomek, zadowolony z opowiedzianego żartu, podniósł kieliszek z białym winem do ust.
Angelika Sobiech siedziała naprzeciwko niego. Smukłe ramiona, opalone nierówno — prawe ciemniejsze od lewego, bo tak siadała przy biurku, przy oknie w redakcji. Sukienka czerwona, na ramiączkach. Dekolt odsłaniał niewiele, ale materiał był cienki i przylegał tam, gdzie nie powinien, jeśli kobieta chce, żeby mężczyzna słuchał tego, co mówi.
Wysocki miał na sobie brązową marynarkę i szarą koszulę w drobne prążki. Na przegubie duży, ciężki zegarek — taki, który mówi albo o pieniądzach, albo o potrzebie, żeby ludzie myśleli o pieniądzach.
— Ale Angelika, ty chyba rozumiesz, że my tam na granicy nikogo nie zabijamy.
Gardłowy śmiech Tomka. Łyk wina.
— Tomek, ty na pewno nie. — Angelika przechyliła głowę. — Czy ktoś o takich delikatnych dłoniach mógłby kogoś zabić?
— Te dłonie są stworzone do czegoś innego.
Śmiech. Kolejny łyk wina. Druga butelka wina była już w dwóch trzecich pusta.
Angelika założyła nogę na nogę. Jej oczy błyszczały — bardziej niż zwykle, bardziej niż kiedy pisała zaangażowane teksty w „Gazecie Nowoczesnej” o ruskiej agenturze i kremlowskich machinacjach. Ten młody żołnierz jej się podobał. Bardzo podobał. Miał szerokie ramiona i mięsiste usta, i mówił dużo, co było wygodne, bo nie musiała sama mówić.
Angelika spojrzała na jego usta. Alkohol szumiał jej w głowie — przyjemnie, ciepło, tak jak światło w tej restauracji. Nie słuchała, co mówi. Patrzyła, jak jego wargi się poruszają, jak dolna jest pełniejsza od górnej, jak lekko błyszczy od wina. Wyobrażała sobie, co mógłby robić tymi ustami.
Przełożyła nogę. Teraz lewa na górze. Pociągnęła łyk wina.
Uśmiechnęła się — biel równych zębów ukazała się Tomkowi i Tomek na chwilę zapomniał, po co tu przyszedł.
— Angelika, przecież musisz wiedzieć, że Putin każe Baćce wpuszczać ludzi z trzeciego świata, a później ich zwozi na granicę z Polską.
Angelika spojrzała na jego usta, kiedy kończył zdanie. Zauważyła, że Tomek oblizał dolną wargę. Szybko, odruchowo, pewnie nawet nie zdając sobie sprawy.
Chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego znów zmieniła ułożenie nóg. Prawa na górze. Zacisnęła lekko uda. Tomek spojrzał w dół — pończocha w kolorze cielistym uwypuklała smukłość mięśni nad kolanem. Spojrzał z powrotem na jej twarz. Ale spojrzał z powrotem o sekundę za późno i oboje o tym wiedzieli.
— Ta operacja ma nawet kryptonim „Śluza” — mówił dalej Tomek. — To zagrożenie hybrydowe. Zwożą tych biednych ludzi na granicę, a później im każą na nas iść. Dają narzędzia. Pomagają niszczyć zaporę.
Angelika westchnęła. Sama nie wiedziała, czy to był sprzeciw wobec tematu, czy zacisnęła udo zbyt mocno.
— Tomek, zmieńmy temat. Ten jest zbyt ciężki. — Odetchnęła. — Zobacz, jaka parna noc. Ciężko oddychać tym powietrzem, a co dopiero mówić o tym, o czym mieliśmy rozmawiać.
Tomek wziął kolejny łyk wina. Spojrzał na jej usta. Czerwone, pełne, lekko rozwarte. Rzucił okiem na oczy — błyszczały. Wilgotne, ciemne, z rozszerzonymi źrenicami.
Tomasz Wysocki przez chwilę wahał się, co ma dalej robić. Dalej udawać żołnierza WOT. Być oficerem SKW, który sprawdza obiekt. Czy może wejść w rolę dwudziestosiedmioletniego mężczyzny, który kobiety nie miał od dwóch lat.
Nie wahał się długo. Spojrzał w dekolt Angeliki i nabrzmiałe sutki rysujące się pod cienkim materiałem sukienki.
— Angelika, to co — idziemy do mnie czy do ciebie?
Pytanie było surowe, krótkie i jednoznaczne, jak przystało na żołnierza. Na żołnierza, którym był.
Angelika pozbyła się reszty wstydu. Odpowiedziała szybko, bez pauzy, bez udawania, że się zastanawia.
— Do ciebie.
Tomek podniósł rękę. Kelnerka natychmiast go zauważyła i podeszła z terminalem płatniczym. Tomek przyłożył kartę. Dwieście czterdzieści siedem złotych. Nie sprawdził rachunku.
Wstali. Angelika poprawiła ramiączko sukienki. Tomek odsunął jej krzesło.
Wtedy z zaplecza kuchni wyszedł mężczyzna.
Wysoki, szczupły. Twarz — zwyczajna, taka, którą zapomina się po pięciu minutach. Włosy jasne, krótko przystrzyżone. Oczy nieokreślone. Fartuch kucharski zdjęty, miał na sobie białą koszulę z podwiniętymi rękawami.
Angelika się zatrzymała.
— Tomek — to Janek Staniak, nasz gospodarz.
Jan Staniak i Tomasz Wysocki uścisnęli sobie dłonie. Staniak miał silny uścisk — taki, który trwa dokładnie tyle, ile powinien, ani sekundę dłużej. Patrzył Wysockiemu prosto w oczy.
— Gratuluję panu.
Uśmiech. Męski, surowy. Nic więcej.
Angelika, mimo że była wyzwoloną kobietą, feministką z wyboru i przekonań, zarumieniła się. Szybko, żeby to ukryć:
— Tomek, Janek prowadzi tę restaurację od trzech lat. To jego dziecko. Kiedyś tu pracował jako kucharz, a teraz jest właścicielem.
— Angeliko, za bardzo mnie chwalisz. — Staniak lekko pochylił głowę. — Jestem skromnym rzemieślnikiem. Zwykłym kucharzem.
— Nie takim zwykłym, proszę pana — powiedział Tomek. — To, co jedliśmy, było doskonałe.
Staniak ukłonił się lekko. Uprzejmie. Bez obcesowości, ale i bez nadmiernej serdeczności. Twarz — gładka, spokojna, kontrolowana. Twarz, która nie budzi ani podejrzeń, ani zainteresowania.
Twarz, którą zapomina się po pięciu minutach.
Angelika i Tomek wyszli. Drzwi restauracji zamknęły się za nimi. Ciepłe lipcowe powietrze uderzyło ich z zewnątrz — gęste, wilgotne, bez wiatru.
Staniak stał w drzwiach kuchni i patrzył na zamknięte drzwi wejściowe. Kelnerka zbierała ze stolika kieliszki.
— Ładna para — powiedziała.
Staniak nie odpowiedział. Wrócił na zaplecze. Zamknął za sobą drzwi.
Rozdział 6: Pobudka
Warszawa, 28 lipca 2024 r.
Wysocki obudził się pierwszy.
Biały sufit. Kuchnia otwarta na salon, łóżko za przepierzeniem z regału na książki. Przypomniał sobie. Dwie butelki wina. On wypił jedną w całości, drugą w części.
Tępy ból za oczami. Skronie pulsowały.
Angelika leżała na boku, tyłem do okna. Oddychała równo i spokojnie. Jej ręka była zarzucona na jego pierś — lekko, niedbale, jakby ją tam zostawił sen, nie kobieta. Bał się ruszyć, żeby jej nie obudzić.
Popatrzył na jej usta. Pełne. Nabrzmiałe. Przypomniał sobie, co te usta robiły wczoraj wieczorem. Poczuł, że krew znowu odpływa mu z mózgu w dół.
Szybka myśl: Tomek, weź się w garść.
Jeśli Gryń się dowie — po mnie. A nie daj Boże Stępień. Po mnie. Koniec. Przeniesienie.
Kurwa, co robić.
Ta dziewczyna mu się podobała. Bardzo podobała. To nie tak miało wyglądać. Miał z nią tylko porozmawiać.
Tylko porozmawiać?
Wysocki przypomniał sobie Grynia. Tę łysą głowę satyra. Ten uśmiech, który nigdy nie znikał z twarzy. Te słowa: „przecież to ładna laska”, „jest za co złapać”. I ten rechot.
Nie. To Gryń kazał mu to zrobić. To nie ja. To Gryń. On wiedział, że tak to się skończy.
Angelika lekko się poruszyła. Westchnęła przez sen. Jej duże, czerwone usta zacisnęły się — krótko, odruchowo, jakby śniła o czymś, co wymaga wysiłku.
Tomek odwrócił wzrok.
Kolejna myśl: kurwa, Tomasz, jesteś porucznikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Przestań.
Spojrzał na usta Angeliki.
Przesunął rękę i położył na jej piersi. Zamknął oczy.
***
Moskwa, Komsomolski Prospekt 20, 30 lipca 2024 r.
Jurij podniósł słuchawkę analogowego telefonu. Szary aparat, bez wyświetlacza, z tarczą impulsową. Wybrał numer — pięć cyfr, wewnętrzny.
— Proszę o wysłanie rozkazu łącznością radiową do agenta D82.
Odłożył słuchawkę.
Przez chwilę siedział nieruchomo. Na biurku leżała teczka — szara, papierowa z czerwonym napisem po przekątnej, którego znaczenie znało w budynku może dwadzieścia osób. Gruba na trzy palce.
Jurij rozpiął plastikowe wąsy klipsu, który zszyto akta. Wziął z biurka kartkę — rozkaz, który przed chwilą kazał wysłać. Jedenaście linijek maszynopisu. Dziurkaczem zrobił dwa otwory w górnym marginesie. Wszył kartkę do akt agenta D82, za ostatnią stronę.
Zamknął klips. Otworzył teczkę od pierwszej strony.
Notatkę sporządził Sobolew, jeszcze jako podpułkownik. Jurij był wtedy starszym lejtnantem.
Charakterystyka agenta D82. Cztery strony. Cechy pozytywne — pełna adaptacja językowa, biegły polski bez akcentu. Dyscyplina operacyjna oceniona na „wyróżniającą”. Zdolności aktorskie — „ponadprzeciętne”. Odporność psychiczna — „wysoka, potwierdzona w warunkach polowych”. Wytrwałość fizyczna — „powyżej normy”.
Jurij przesunął wzrok na ostatni akapit sekcji „Cechy negatywne”.
„Podczas szkolenia dostrzeżono skłonność do przemocy nieadekwatnej do powierzonych zadań. Konieczność wyeliminowania u agenta. Agent świadomy tej cechy charakteru.”
Jurij zamknął teczkę. Schował ją do szuflady. Zamknął szufladę na klucz. Klucz włożył do kieszeni marynarki.
Konieczność wyeliminowania — napisał Sobolew jedenaście lat temu. Pytanie, czy wyeliminowali.
***
Warszawa, Nowolipki, 1 sierpnia 2024 r.
Godzina siedemnasta. Jan Staniak wyszedł przed lokal. Upał nie odpuszczał — trzydzieści dwa stopnie, asfalt miękki pod butami. Na Nowolipkach wyły syreny. Przechodnie zamarli na chwilę. Przystanęli na tej ziemi obficie skropioną polską krwią. Jan stanął na baczność i spojrzał w dal.
Szyld nad drzwiami: „Sznycel i Sztaluga” — białe litery na czarnym tle, czcionka prosta, bez szeryfów. Lokal mały — dwanaście stolików w środku, trzy na zewnątrz.
Dzisiaj pusto. Przy jednym stoliku siedział sędzia pobliskiego sądu. Trzecia wódka. Schabowy.
Przy drugim stoliku para. Zamówili sałatkę warzywną i mały serek tofu. Staniak się uśmiechnął — randka na bogato, a skromnie. Serek tofu kosztował dwanaście złotych. Sałatka piętnaście. Butelka wody niegazowanej — siedem. Trzydzieści cztery złote za dwoje. Sędzia wydawał tyle na samą wódkę.
Pod restaurację podjechał skuter. Chłopak — dwadzieścia kilka lat, kręcone włosy, opalenizna rowerzysty — zsiadł i wziął kwadratowy plecak z logo „Sznycel i Sztaluga”. Spojrzał na Staniaka.
Staniak kiwnął głową.
Chłopak wszedł do środka.
***
Na zapleczu restauracji pachniało cebulą i chlorem. Zlewozmywak ze stali nierdzewnej, blat roboczy, chłodnia za drzwiami z pleksi.
Chłopak, który przed chwilą przyjechał skuterem stał odwrócony plecami do Staniaka. Dłonie oparte o blat roboczy, palce zaciśnięte na krawędzi stali. Głowa pochylona.
Staniak trzymał obie dłonie na jego szyi. Kciuki na karku, palce na gardle. Ściskał rytmicznie — nacisk, luz, nacisk, luz — poruszając biodrami w tym samym tempie. Twarz chłopaka robiła się coraz bardziej czerwona. Żyły na skroniach nabrzmiały. Chłopak stęknął głośno. Chwycił obiema dłońmi za ręce Staniaka — próbował odciągnąć, ale dłonie Staniaka nie zwolniły uścisku. Oczy chłopaka wyszły z orbit — białka powiększyły się, źrenice zwęziły. Jeszcze sekunda.
Głośny wzdech. Staniak puścił ręce.
Chłopak oparł się o blat. Oddychał ciężko, szybko, z gwizdaniem w gardle.
— Prawie mnie udusiłeś. Myślałem, że zemdleję.
Staniak nie odpowiedział. Cofnął się o krok. Poprawił koszulę. Umył ręce w zlewozmywaku — mydłem, dokładnie, każdy palec z osobna. Wytarł papierowym ręcznikiem.
Chłopak odwrócił się. Na szyi zostały mu ślady — czerwone, rozlane, w kształcie palców.
— Następnym razem wolniej — powiedział chłopak.
Staniak patrzył na niego. Te same oczy co w pokoju siedemnastolatka w Kurkach pod Wartą — bez wyrazu, bez złości, bez niczego.
— Dobrze — powiedział.
Chłopak wziął plecak. Wyszedł zapleczem przez drzwi na podwórko. Skuter odpalił. Odjechał.
Z sali dobiegł głos sędziego zamawiającego czwartą wódkę.
Staniak wyszedł z zaplecza i przyjął zamówienie.
Rozdział 7: Biegacz
Warszawa, 2 sierpnia 2024 r.
Piąta rano. Ulica Rejtana pusta — sierpniowa Warszawa, ludzie na urlopach, na Mazurach, w Chorwacji, gdziekolwiek. Na jezdni ani jednego samochodu. Na chodniku ani jednego człowieka.