E-book
6.83
drukowana A5
23.89
drukowana A5
Kolorowa
51.71
Niebo przybrało barwy westchnienia

Bezpłatny fragment - Niebo przybrało barwy westchnienia


Objętość:
163 str.
ISBN:
978-83-8221-580-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.89
drukowana A5
Kolorowa
za 51.71

Wstęp

Mój krzyk witania świata został zagłuszony pomrukami warczących silników niemieckich bombowców, które nadleciały nad rodzinne miasto — Świętochłowice. Nad piękny Wieluń. Zaznałem dziecięcego strachu, gdy uciekając do schronu przeciwlotniczego, byłem trzymany za rączkę przez matkę. Życie zacząłem od biedy oraz głodu, które towarzyszyły mi jeszcze przez wiele lat. Czas wojny dawał się we znaki całej Europie. Dziecięcy śpiew donośny jak armatni wystrzał, wiersz głęboki jak okop. Stąpam po schodach poezji małymi, wierszowanymi krokami, witając się bardzo przyjaźnie ze wszystkimi jej czytelnikami.


Miłość, czy ona się zmienia z wiekiem, długością życia? Nie wiem, ale powiem na własnym przykładzie, że gdy byłem młody (mam na to dokumenty), kochałem bez wytchnienia. Dziś miłość stonowana, innego uroku, do niej się nie skacze, do niej się idzie krok po kroku. Kiedy ma się przestrzeń przed sobą i przed nią, już nie potrzeba przyspieszać kroku. Miłość w dłoniach i w sercu które równo stuka niezmiennie od trzech czwartych wieku jest piękniejsza, bo dojrzała. Gdybym dziś rzekł, że kocham, to nie byłoby tylko słowo rzucone na wiatr, byłoby to tym, czym jesteśmy w sobie całkowicie. Słowo-opoka, wody oceanu i głaz stuletni, pokochać i być temu słowu zawsze wiernym.


Największym marzeniem poety jest zaistnieć w starym mądrym drzewie, gdzie każda myśl, każde tchnienie, będzie pisane ręką po niebie. Zbiór wierszy, który trzymacie w dłoniach, dedykuję moim wnukom: Kamilowi oraz Bartkowi. Niech Wam służy!

Bolesław Zaja

Chleb, w nim niebiańskość

Gdy wezmę bochen i do piersi przytulę,

to jakbym objął w ramiona kibić ukochanej Matuli,

Gdy w bochen wkładam narzędzia ostrze

i odkrywam z niego dar życia,

każda kromeczka lśni na śniadaniowych talerzach,


Kiedy pierwszy kęs z bochenka do buzi wkładam,

bezwiednie modlitwą gadam

W modlitwie słychać skrzypce granie,

to życia dar podziękowanie,


Pamiętam z dziecinada jak matka, tuląc bochen,

krzyż na nim znaczyła,

padały ciche słowa miłości i przebaczenia,


Smak chleba, któż go opisać zdoła,

gdy w nim niebiańskość,

każdy kęs podziękowania woła,

Dzielę się z tobą chlebem,

łamiemy go w dłoniach,

to opłatek przy stole,

radość doznania,

takie doznanie ja wolę.

Cnota

Broniłam się nie chciałam, dziś nie wiem czemu,

Lata mijały, byłam niepotrzebna nikomu,

Zmieniały się rządy, rzeki płynęły i płynąć będą,

Ja zatwardziała, klątwa cnotliwej nade mną,


To była mgła, rozpościerająca nad łąką,

To on, oczy dwóch jezior w średnim wieku,

Cichy w słowach, które nutką grały,

Jego ciepłe dłonie czule mnie dotykały,


Zatraciłam zmysły, gdzie się podziały,

Zakazy, niezrozumiały przysięgi,

Mój Boże, dlaczego dopiero dziś po latach,

Doznaję piękna, we mnie pierwsze w rozkoszy jęki,


Zbliżał się i był to wtedy dla mnie świat cały,

Dwa jeziora, te oczy, szepty słowem kochały,

Dopiero on o siwej skroni i męskiej twarzy,

Czynił to delikatnie, subtelnie inaczej,


Kazał mi smakować pachnącą ziemie,

Uniesiona zaczynałaś w rozkoszy iść ku niebie,

Szłam wolno, jak wolne były zmysłowe szepty,

Coraz szybciej biegłam ku rozkoszy w te pędy,


Omamił mnie pachnącą ciepłą ziemią,

która była mięciutka jak wata pode mną,

Oddechy przenikały trawy i dalej biegły,

Najpiękniejszy był świat w rozkoszy rozległy,


Zabieram resztki ż życia zmarnowanego,

Doznałam rozkoszy wybuchałam ogniem,

Świadkiem chwili była zielona przyroda,

Doznania, radość — cudowna życiowa przygoda,


Drzewa chyliły nade mną rozłożyste konary,

słońca strumienie przenikały przez szpary,

Dotknęła mnie natura swoim palcem,

Szumiąc słowa, życie pije się jednym haustem.

Ślady stóp falą zmywane

Twoje ślady stóp morze zabiera na przyjaźń,

gdy jemu samotność doskwiera,

bo morze i jego fale żyją w pełni wrażeń,


Stań nad brzegiem, gdy toń cicha,

usłyszysz piano, to jego muzyka,

gdy fale o brzeg biją, a krople nieba sięgają

to nokturn się wydobywa, to orkany śpiewają.


Nad morzem, gdy słonce doskwiera,

ono piasek w złoto zamienia,

gdy zachodzi i kryje się w morzu,

wychyla tylko rąbek, to nocy początek,


Morze żyje tak jak my ludzie,

ma w sobie serce i duszę,

zawołaj w chwilach wątpliwych słowa do morza,

prośby wypisuj na piasku,

— spełnią się, zawsze o brzasku,


Gdy siostra morza wiatr dotknie jego tafli,

zaczynają się cudowne igraszki.

Powstają smugi i cienie, zaczyna się kołysanie

to ich muzyczne granie.


Z nieba muzyka mew swój taniec zaczyna,

to najpiękniejsze, to wieczorna uwertura.

Morze swym życiem karmi cały świat,

potrafi być zagniewane?

wtedy rusza ku nam na ląd w nasz świat,


Jest mocarzem, którego nie pokona żadna inna siła

morza czar jak żadna inna.

Gdy na tonie wypływają żaglowce,

obok płynące małe kolorowe kutry,

wtedy rozpływa się piękno,

niebieskie niebo za burty,


Podoba mi się gdy idziesz,

płynąc nad powierzchnią,

masz małe stopy, widziałem je na piasku,

szłaś samotnie ku wydmom,

zasłaniałaś oczy przed słońcem,

widok był cudowny.


Gdy znikłaś za wydmami, morze smutek ogarnął,

była na brzegu piękna dziewczyna,

A teraz jej po prostu nie ma.

Kiedy kochasz, jest przy tobie Bóg

Biorę w dłoń z moim monogramem, czystą białą kartę,

wyjmuje flakon, gdzie czerwony tusz z szuflady,

Tym kolorem, jak własną krwią tobie napiszę,

Co w moim sercu było i co dziś pięknego się wydarzy,


Każdego dnia przybywasz do mnie radosna z uśmiechem,

perlistym, skrzącym radosnym, młodzieńczym,

Ja witam ciebie w progu w pięknymi kwiatami,

z rozłożonymi ku tobie ramionami,


To co przyniosłaś i codziennie wnosisz jest cudowne,

Sprawia ze zmieniam się najpiękniej od środka,

Serce me rwie się ku tobie i przywdziewa piękne barwy,

Czynisz mnie majem — jest wiosna,


Serce w miłości czerwone, myśli i tęsknoty białe

Biało-czerwone słowa piszę do ciebie,

serce me jak wiosną oszalałe,


Każde słowo do ciebie pisane muskam ustami,

jak w pocałunku, wzrokiem nadaje mu kształt

pachnącego barwnego kwiatu,

Całość słów okrywam moimi ciepłymi rękoma,

By słowa moje nabrały cudowne miłosne znamiona,


Nim białą kartkę wypełnianą czerwienią

ukochanych słów do koperty włożę,

Dotykam kartką policzka swego, całuję ją jeszcze,

Ile miłości we mnie, ile mój boże!

Z prochu i w proch

Z prochu powstałeś, w co wątpię srodze,

Z tym prochem to mi nie po drodze,

Że w proch się zamienię, to wiem od małego,

Ale jakoś tego nie chcę, to nic dziwnego,


Nie wierzę, żem powstali z prochu z wielu przyczyn,

Mój twórca, a znam go osobiście, temu nie przeczy,

Prędzej mnie z gliny na swój kształt ulepił,

Nie zapominając, ze tworzymy wspólny zespół,


Zrobiłem ciebie chłopcze, rzecze rodzic, z gliny

Wolałem inny materiał, na glinę nie miałem ochoty,

Pomagała rodzicielka razem myśmy ciebie zlepili,

Jesteś efektem naszej wspólnej romantycznej chwili,


Spoglądam w lustro obracam się przed nim niewinny,

Rzeczywiście, barwą ciało moje podobny do gliny,

Gdzieżbym mógł być zrobiony z jakiegoś tam pyłu,

Rozpadłbym się, tuman kurzu bez przodu i tyłu,


Jest coś doskonałego w człowieku z gliny powstałego,

powiększyć można, dodając gliny do miejsca urodziwego,

Z pyłu nawet najlepszego, to by się nigdy nie udało,

Bo z pyłu to coś bardzo twardego, by nigdy nie powstało,


Ci, co głoszą o tym pyle i powstaniu z niego człeka,

Winni zmienić banał z gliny budujemy człowieka,

Co do reszty a chodzi o to ze w pył się zamienisz,

Nie polecam! To ulepiony z gliny człeka finisz.

Poświecę pani mój wiersz

Opiewać poranek jak piękno kobiety,

W mojej wyobraźni ciebie spotkałem,

W swej dłoni niosłaś kwiaty szmaragdy,

Z wrażenia przed tobą cały zadrżałem,


Widząc twą kobiecość bez skrawka szaty,

W wyobraźni rozmawialiśmy z przyrodą,

Miłosne spojrzenie mi podarowałaś

liście u bosych stóp tobie za piękno nagrodą,


Dotykałem wzrokiem twojego nagiego ciała,

W tych chwilach z tobą w pięknie spędziłem

Najcudowniejsze mego życia chwile,

Słowa poezji układaliśmy w barwne motyle,


Przed tobą cudowna istoto głowę chylę.

Mężczyzna jest pieśniarzem, gdy…

Mężczyzna jest pieśniarzem, gdy pragnie zdobywać,

Wyśpiewuję trele, mizdrzy się, co dzień brodę goli,

Ubiera krawat, są kwiaty, śliniąc się ciągle słodzi,

A gdy mu się uda zdobyć, zaczyna zwodzić,


Gdy jest myśliwym, co tylko trofeum pragnie,

Liczy i to się sprawdza, w ramiona mu wpadnie!


Zaspokoi chuć i odchodzi w glorii strzelca,

Ona — wiem, ze krwawi z pękniętego serca,

Taki facet, niby to strzelec, śpiew powtarza,

Wpada jak śliwka w kompot, klęczy u ołtarza,


Nowa, inna w jego ramionach przyszłością żyje,

On a może oboje, jakoś tak, byle jak się żyje!


Każdy z nas pragnie tego, co zawładnie sercem,

Każdy pragnie stabilizacji, a nie żyć w rozterce,

Chce mieć pewność jutra i nie marzyć o cudzie,

Mieć uśmiech w codzienności, nie być w złudzie,


Jakże często przewrotność miłość skraca,

Jest w piękniej wiośnie, nie doczekuje lata!


Nic nie trwa wiecznie, dbać by się nie rozpadło,

Świat nie mus się walić, nie musi gasnąć światło,

Usuwać bolesne chwile, zapominać złe, co nas nęka,

Iść razem w miłości przez życie to radość nie męka,


Razem patrzeć w piękno życia, co dzień, co chwil parę,

Pokonywać przeszkody, miłość dwojga — Bożym darem!

Mieć w sobie dar słowa

Pisać słowa wiersza — to patrzeć na piękno z każdej strony,

Ubierać słowa, te o barwach ciepła jak brązowe kasztany,

Iść z pięknym w dłoniach, jakby życiem gnany,

Uśmiechać się wokoło, tulić piękno, być dla innych kochany,


Tworzę w sobie aureolę, oświetlam ją dla poezji,

Chcę by to, co stworzę, mieściło się w wiązance pachnących frezji,

Piszę słowa, ubieram w kwiaty, kwiaty sadzę w ziemi,

nawet na plaży,

Nutami muzyki je otulam, by słuchać, słuchać i marzyć,


Piszę w mych snach ołówkiem barwnym, czynię to i na jawie,

Wkładam je w wazony gdzie barwne bukiety, układam na trawie,

W głowie przychodzą myśli, spacerując nad wodą, gdzie łabędzie,

Zaglądam ku niebu, na ścianę zielonego lasu, piękno widzę wszędzie,

.

Jaką mieć siłę w sobie, wolę by w dłoniach słowa zachować,

By moje wnętrze, serce, piękno zamieniało w słowa,

Bo ono wszędzie dookoła, wzrokiem objąć trzeba,

By żyć w miłości z pięknem — więcej mi nie potrzeba,


Pragnąłbym, by natura wyposażyła mnie w wrażliwość, gdzie miłość,

Pójdę z kagankiem wiedzy, z tomikiem wierszy w słowne meandry,

Może uda mi się, napisać wiersz o pięknej miłości ludzi dwojga,

By był piękny, czarowny, by wiersz ten czytały oczy Boga.

Wszystko w swoim czasie

Śmierć niczego nam nie wskaże,

oczekujmy tego od życia,

a najlepiej czytajmy to, co na życia zegarze,


Rankiem, gdy w pełni sił i z głową w chmurach,

miłości spontanicznej aż za wiele,

szafujemy nią, jak kadzidłem w niedzielę,


W południe, ciała cieplutkie,

ciągle pragnące, już się ukazują słowa wiążące,

zaczyna się miłość od uczuć i słów,


Gdy mija południe i

czas na południową drzemkę,

miłość wyraża się przywiązaniem, szacunkiem,


Gdy godziny dotykają nocy,

miłość, szacunek, opieka w piękno się jednoczy,

Zgasły na niebie światełka fajerwerków w rozbryzgu barw,

Życie ukazuje nam treść uczucia, co ono jest wart.


Wieczorne wskazania i tykania zegara,

zaczyna się czas refleksji

życia podsumowania,


Mamy chwile dla siebie,

czy myśmy kochali prawdziwie,

czy nasza miłość była pisana patykiem na niebie,


Do siebie mówię i pytam


Nie potrafię tak jak wielu

zdefiniować uczucia miłości,

bo to uczucie smakuje jak chleb,

jak woda rzeką płynąca pełna zawiłości,


Nie przywołuję śmierci

jako tej, co cokolwiek w doczesności wskaże,

bo ona właśnie uczucie wymaże.

Młodzieńcze zawstydzenie

W jodłowym borze rodzi się dzień,

przemyka miedzy szczelinami chmur i igliwiem,

łzy gwiazd zamilkły w cieniu księżyca,


Meteorów iskry rozświetlają miłosny teatr,

w którym puls serc, młodzieńcze zawstydzenie,

żenada rozgarniają ciemność,


Odsuwa się kurtyna teatru lasu,

między światłem a ciemnością,

Wiatr miłości zamilkł w zielonym mchu,

u stóp kochanków układają się słowa miłości.

Moja klepsydra

Klepsydra roku pustką w górze stoi,

Od smutnych myśli aż jej się roi,

Przelewała co dnia przez siebie,

każdą chwilę, sekundę — godzinę,


Ostatnie ziarenka na górze piasku,

Brzuch pełen klepsydry w dole,

Cicho odchodzą chwile bez wrzasku,

Smutek rysuje się w górze na czole,


Gdy ucichnie w północ dzwonów bicie,

Klepsydra zmieni siebie w nowe życie,

Smużka piasku biegnąć będzie skrycie,

Stożek w dole wyznaczy dalsze życie,


Żyjemy w radościach, w miłosnym dreszczu,

Pragniemy go jak kania deszczu,

Najczęściej ucieka ono miedzy palcami,

Życie trwonimy najczęściej sami,


Przysięgać będziemy na wiarę i krzyż,

Ze w nowym będziemy lepsi (a kysz!),

Nasze starania zostaną takie, jakie były,

My się tak prędko w nowym nie zmienimy,


Ale starać się trzeba i należy,

Wyznaczać cele i długość ścieżki,

po której brnąć pewnie będziemy,

Po prostu nie mamy od życia ucieczki,


Klepsydra w naszyć dłoniach życia odsypuje,

Mam ją dziś w dłoni, z źle się z nią czuję,

Nie zaglądam do nie przez rok cały,

Bo wiem, że tam piasku już stożek mały.

Taniec pieszczot

On kryje oblicze spełniony ona speszona zarumieniona,

Zmęczeni oddechami śpiewają,

Wbrew ich woli spadła jedna, druga z twarzy zasłona,

On kryje oblicze spełniony, ona speszona, zarumieniona,

Oboje pachnącymi pięknymi kwiatami,

Co leciutko spoczęły na wiotkich łodygach,

Paluszkami pieszczenie i słowa chybotliwe,

Fale włosów zakrywają jemu silną męską szyję,

On jak filar, gdy go winna latorośl obwija,


Radosnymi oddechami miłosny śpiew obwieszczają

Pieszczotą — oboje nowy taniec zaczynają,


Wbrew ich woli spadła jedna, druga z twarzy zasłona,

On kryje oblicze spełniony ona speszona zarumieniona,

Oboje pachnącymi pięknymi kwiatami,

Co leciutko spoczęły na wiotkich łodygach,

Paluszkami pieszczenie i słowa chybotliwe,

Fale włosów zakrywają jemu silną męską szyję,

On jak filar, gdy go winna latorośl obwija,

Radosnymi oddechami miłosny śpiew obwieszczają,

Pieszczotą — oboje nowy taniec zaczynają.

Wiatr odchyla i kołysze firanką

W pokoju świeca rzuca ciepłym płomykiem cienie,

Nastrój, delikatnej ciszy muzyki w takty płynie,

Okno, firanka w bieli, wiatr odchyla i kołysze,

Zmysłem, przywołuję ciszę, którą sercem słyszę,


Z za firany otuloną bielą postać w pięknie widzę,

Dotyka mnie jak motyl, jej czuły zapach skrycie,

Muzyka cicho biegnie wokół, barwną szarfą w fali,

Dotykam ją, po omacku, mimo ze jeszcze w dali,


Dłoń wędruję mając w sobie wszystkie zmysły,

Ciepłe delikatne, kształtne ciało i pachnące włosy,

Czuje oddech na sobie, zapachniała w objęciu cudna,

Na kolanach, obejmuję uda, we mnie cuda, cuda,


Opuszkami zwiedzam cudowną pachnącą krainę,

Dotykam wybrzuszeń, one nęcące, podnieceniem żyję,

Przytulam się, oboje drzemy w rozkosznych drżeniach,

Dzieje się cudowność, jeszcze wczoraj była w marzeniach,


Pocałunki są wszędzie na każdym skrawku jej ciała,

Bezwolnie poddaje się pieszczotom, sama ich chciała,

Zaczyna wirować pokój, firanki wtórują uniesieniom,

Promyk gaśnie, podmuchem obojga w rozkoszy krzyku,


Za oknem noc, gwiezdny świadek wykrzyczanej rozkoszy,

Firanka wolno opada, zakończyła swój wietrzny taniec,

Wolno wysnuwasz się z mojej radosnej niemocy,

Słyszymy nasze szepty, dziękujemy tej letniej nocy,


Zapalam świecę, promyk strzela światłem radośnie,

Nasze dłonie we włosach, wiemy, miłość w nas rośnie,

Nasze szczęście słyszane w wyznaniach w półmroku,

Przysięgamy- nie odstąpimy od siebie nawet na pół kroku.

On marzeniem, ona zwątpieniem

Kto to był, co wlał mi w serce marzenia,

bym co dnia tęsknił i wołał skrycie,

bym mógł siebie oglądać w kałuży odbicie,

Kto to był, ja sam siebie pytam należycie,


Kto ciągle mnie dotyka i szeptem cedzi słowa,

bym był szczęśliwy i miłości dochował,

bym był wesoły i szedł boso przez życie,

z fantazją młodzieńca, przed nikim oczu nie chował,


Kto do ucha szepcze litanie zwątpienia,

kto każe mi wchodzić w tunel bez wyjścia,

Jakże spożywać mam owoce, z pustego kiścia,

Znajdę drania, gdyż innego wyjścia nie mam,


Porozsypywałem moje dnie, miesiące lata całe,

mimo że co dnia dokładnie je sklecałem,

Zawierzyłem temu, kto kazał mi kochać i marzyć,

Pokochałem i kocham by co dnia z miłością gwarzyć,


Wiem, i to, ze dziś jest ten od wlewania w serce marzenia,

jutro zjawi się niecnota, lub ona pełna zwątpienia,

Musze ich szanować i iść z nimi pod ramię co dnia,

Trwa to już prawie wiek cały, taka moja życiowa dola.

Rozbujała fantazja

Rozbieram ciebie wzrokiem do nagości,

W wyobraźni usta moje na twej szyi,

zostawiają pąsowe róże, tulipany,

wzdycham sercem, rozkoszą skąpany,


Czy inni doznają rozkoszy twej wonności,

Jestem narcyzem pełen zazdrości,

Uwielbienie moje owiewa cię w chmurze,

spojrzysz na mnie, wracam z rajskiej podróży,


Zostawiam u twych drzwi pełne kwiatów kosze,

Tęsknotą o ciepłe spojrzenie proszę,

Przed twoim cieniem klęczę i wstać się boję,

Jaka to miłość, serce wypełnione, że ledwo stoję,


Czerwcowy w upał ciało twe w pełni obnażone,

Uwiję z promieni słońca i nałożę złotą koronę,

Ułożę pod stopy hołdowniczy kobierzec miłości,

Kiedyś może, cicho wproszę się do niej w gości.

Cudowne wzgórza

Ranek, spacer z pieskiem, nagle we mnie fale wezbrane,

Do bólu majestatyczna, ubrana w spodnie dopasowane,

Je piesek, ta smycz trzymała jej kształtna ręka śliczna,

Spojrzenie jej, jakby spojrzała z okna odsuwając falbanę,


Zwinna ona, przyległe spodnie z długimi nogami,

Stoimy obaj, ja i mój piesek, stanął i przechodzień,

Widzi nas, schyla się na pieskiem, oczy mgła zachodzi,

Rozkosz pewnej części jej ciała, dla oczu słodycz co mami,


Ten widok podniety, dwa wzgórza piękności,

Serce zamiera, chwilo trwaj wiecznie, litości,

Bądź dziewczyno nad pieskiem schylona,

To piękno kobiecej okrągłości, zachować w wieczności,


Za późno, już wstała, z gracją w tych spodniach odchodzi,

Idę za nią wpatruje się w nią, w tą część górnych jej spodni,

Podniecony żegnam ją wzrokiem, za załomem domu przepadła,

Widziałem piękno kobiety, szczególnie to, co pewnie odgadłaś,


Tych cudownych miejsc jest wiele w pięknej kobiecie,

Dwa wzgórza, to policzki, niżej pod jej szyją, sami wiecie,

Patrząc w otchłań jej sylwetki, są jeszcze dwie pary wybrzuszeń,

W dotyku, wtedy oczy mgłą zachodzą, doznaje się cudownych wzruszeń,


Wzruszenia doznaje się przy każdej kobiecie, nie tylko oceniając jej pagórki,

Jej intelekt, wiedzę, zmysłowość, macierzyństwo co wzrusza,

Przyjaźń, jej wierność i zdrady w miłości, jej ciuszki,

Ale zawsze gdzieś wszystko się kończy na miłosnych wzgórzach.

Fantazjo, zejdź na ziemię

Maluję ciebie w niebieskim obrazie,

I nim do ramy złotem zdobiony włożę,

opiszę ciebie najpiękniej — mój boże,


Nogi gładziutkie ku niebu-strzelisty gotyk,

moja twarz przy udach, czysty renesans,

wołam — pozwól biodrom zakwitnąć,

dłonie wędrują, oczy zamknięte ufne,

serce omdlewa, od gorącej pieszczoty,


Twe ręce pieszczą moje włosy, obejmuję biodra,

Ten gest wystarczy, aby ogień skrzesać,

Szept słyszalny, pozwól myśli zebrać,


Podnoszę się z klęczek ruchem dostojnym,

doznaje wezbrania od ciężkiego grona,

zamykasz mnie w życzliwych ramionach,


Ktoś śpiewa, słyszę wielogłos w chórach,

kto stworzył ciebie, to cudowna architektura,

z jędrnych mięśni,

delikatnej skóry,

nie z drewna, ani z gładkiego kamienia.


Jest ranek, słońce jeszcze w pościeli drzemie,

Stworzyłem piękno, ta cudowność jest we mnie,

Poranek, świta, fantazjo zejdź na ziemię!

Twoja twarz nad moją twarzą

Twoja twarz nad moja się delikatnie nachyla,

Nie zobaczę jej, poczuje oddech w noc ciemną,

Gdy to się stanie, Boże czuwaj nade mną,


Śnię w pięknie, twój oddech jak zefir śpiewny,

Czy będzie to ból radosny, nie jestem pewny,

Dotyk twój poczuję może mi się tylko zdało,

Nie, to prawda, dotyka mnie delikatne ciało,


W tej chwili rozkoszy, szczęśliwie przymykam oczy,

Poczujesz na swym policzku, czystą łże wytoczę,

Zapachowy dotyk, chciałbym ujrzeć twe oblicze,

Zarys widzę, jakże piękny, twoje piękno tajemnicze,


Splotły się wzajem kosmyki naszych włosów,

Delikatnie muskają twarze, nie widzę twoich oczu,

Nieskalana delikatność, sercem do serca się zbliżę,

Moje szczęście cudowne coraz wyżej i wyżej.

Ty w delikatnym muślinie

Tyle lat mija, a ja ciągle gdzieś w obłokach,

Słowa te najpiękniejsze dla ciebie chowam w chmury,

Twoimi cudnym słowami tak rozpieszczany,

Nie może być bym był w swym życiu ponury,


Oglądam twoje fotki ma nich oblicze słoneczne,

Całuję twarz na zdjęciu, pięknym mnie rozgrzewa,

Kolejną fotografią pieścisz me zakochane serce,

Dziś w tej chwili już nic mi więcej nie potrzeba,


Plaża ty w delikatnym muślinu oczy w pożądaniu,

Jak młodzian pieściłbym twoje nagie ciało,

Tyle fotek, przemierzałaś świata zakątki,

A przy mnie cisza, ciągle ciebie mało,


O puszkiem palca twoja sylwetkę pieszczę,

Uciekały lata, zostały fotki inność, moc straciły,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 23.89
drukowana A5
Kolorowa
za 51.71